Gdyby Urban nosił turban…

Prawicowi publicyści, wśród nich rozsądny i dowcipny Jan Wróbel z radia TOK FM, zaapelowali do centrowych i lewicowych kolegów, aby nie porównywali obecnej policji państwowej z „komunistycznymi” ZOMO, czyli Zmotoryzowanymi Odwodami Milicji Obywatelskiej.
A pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego do pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Nawet w schyłkowych latach jego państowo- politycznej działalności. Takie porównania są bowiem nieuzasadnione z merytorycznych i ludzkich powodów.
Mechaniczne porównywanie starego, schorowanego Gomułki z, zachowującym się jak zidiociały, aktualnym prezesem Kaczyńskim czynione w imię chwilowego, łatwo osiągalnego poklasku medialnego, zaciemnia jedynie analizy bieżącej rzeczywistości. Nic, poza złośliwą satysfakcją porównujących, do debaty o Polsce nie wnosi. Dodatkowo może jeszcze sprawić przykrość panu prezesowi gdyby owe porównania jakoś przedarły się do niego. A przecież on i tak już wiele się w życiu nacierpiał. Po co mu dodatkowych zgryzot?
Podobnie jest w przypadku obecnej policji państwowej. Lekkomyślne porównywanie jej do dawnego ZOMO to jednoczesne stawianie równanie między obecną IV RP a minioną Polską Ludową. A przecież każdy rozsądny analityk wie jakże to trudne do zrównania polityczne i społeczne byty są. Dodatkowo, a raczej przede wszystkim, porównanie policji państwowej do ZOMO jest wysoce krzywdzące dla policji państwowej. Bo przecież uczciwym policjantom, a takich jest zdecydowana większość, zwyczajnie przykro jest kiedy podczas rozpędzania demonstrujących Polek słyszą raniące ich serca wyzwiska.
Kiedy wracają do domów rodzinnych, a tam dowiadują się, że ich bliskich spotyka jeszcze ostracyzm towarzyski. A nawet słyszą cierpkie uwagi ze strony najbliższych członków rodziny. To wszystko sprawia, że przepracowani policjanci nie mają szansy odpoczynku po pracy. Dlatego mogą popaść w „doły psychiczne” albo jeszcze gorzej w przewlekłe depresje. I kto wtedy będzie łapał bandytów w naszym kraju?, odzywają się raz po raz propaństwowe nuty.
Psy, ZOMO, gestapo
Przyznam, bez przysłowiowego bicia, że przykro mi jest kiedy słyszę jakże to przykro jest policjantom słyszącym raniące ich godność i sumienie obraźliwe dla nich porównania. Jednak od razu nachodzą mnie wtedy też wspomnienia. Czasów kiedy dzisiejsi obrońcy policji biegali na antyreżimowe demonstracje i obrzucali tam ówczesne interweniujące ZOMO.
Czasem brukowymi kamolcami, zwykle obrażającymi funkcjonariuszy wyzwiskami. Najłagodniejsze z nich to były skandowane „Gestapo, gestapo” i „Nie bij Matki za pieniądze”. Pamiętam ówczesne kawały w stylu: „Zamienię córkę milicjantkę na każdą inną. Może być kurwa”. Pamiętam rymowankę: „Gdyby Urban nosił turban, to zamiast świni byłby Chomeini”. Wtedy zakładaliśmy się w studenckim gronie; co może być dla Urbana bardziej obraźliwe. Świnia czy Chomeini?
Nie znałem wtedy jeszcze ”Łysego” osobiście, nie wiedziałem jakże trudno go celnie obrazić. Gdzie ma swą achillesową piętę.
Wtedy też zapewne wielu uczciwym funkcjonariuszom Milicji Obywatelskiej i jej Zmotoryzowanych Odwodom było przykro słysząc raniące ich ego porównania do „Gestapo”. Wtedy też można było udowadniać, że porównanie ich do „Gestapo” jest merytorycznie zbyt daleko idące. A tak po ludzki zwyczajnie niesprawiedliwe. Wtedy jednak nikt, nawet z obozu władzy, nie troszczył się o dobro stan psychiczny pałujących funkcjonariuszy. O ich zawodowe traumy. Ewentualne rozchwiania psycho- fizyczne. Nie proponowano im opieki psychologicznej. Ani nawet skierowania ich na coaching.
Po francusku
Dzisiaj przeróżni pro państwowcy przywołują brutalność policji francuskiej. Organu porządku często stawianego za wzór republikańskiego demokratycznego modelu państwa. To prawda, że francuska policja potrafi bić. Bić bardzo skutecznie. Kilka razy widziałem ich w akcji podczas demonstracji i po nich. Ale ich brutalność zwykle była odpowiedzią na brutalność demontujących. Kiedy policja doświadczała prawdziwego wpierdolu, a nie słuchała jedynie syrenich głosów sugerujących władzy aby ta „wypierdalała”. Również porównywanie pana prezesa Kaczyńskiego do towarzysza sekretarza Gomułki jest efekciarskie, lecz nierzetelne. Obaj zrzędzili na starość, obaj mieli problemy z chorymi nogami, obaj demonstrowali niechęć do Niemców. Ale to wszystkie ich podobieństwa.
Towarzysz Gomułka utykał, bo został postrzelony przez policję podczas demonstracji, siedział w więzieniu sanacyjnym i potem w stalinowskim. W październiku 1956 roku zgromadził największy spontaniczny wiec poparcia w XX wiecznej historii Polski. A w końcówce swej działalności politycznej doprowadził do uznania polskiej granicy zachodniej również przez Niemcy zachodnie.
Pan prezes Kaczyński utykał ostatno, bo nie dba o kondycję fizyczną. W więzieniu za politykę nie siedział. Nie internowano go w czasie stanu wojennego, nie był nigdy nawet zatrzymany przez policję. To prawda, że zgromadził ostatnio w całym kraju najliczniejsze wiece. Ale wiece i marsze protestujące przeciwko jego polityce. Teraz przez swe partyjne intrygi może doprowadzić do rozpoczęcia Polexitu, czyli kolejnej katastrofy państwa polskiego. Jak widać, pan prezes Kaczyński do pięt politycznych towarzyszowi sekretarzowi Gomułce nie dorasta. Dlatego zgadzam się z prawicowymi publicystami nawołującymi do nieporównywania pana prezesa do towarzysza sekretarza.
Grupa rekonstrukcyjna
Polacy lubią odwoływać się do historii. Zwłaszcza naszej Polski, bo zwykle jej dobrze nie znają.
Polacy lubią porównywać obecną rzeczywistość do okresów minionych. Stąd te porównania do ZOMO, towarzysza sekretarza Gomułki. Stąd ostatnie histeryczne ataki elit PiS na Niemcy. Wypominanie Niemcom niechlubnej, nazistowskiej przeszłości. Ataki propagandowe wspólnie z Węgrami. Choć to Węgrzy byli w czasie II wojny światowej wiernymi sojusznikami Hitlera. Ostatnimi w Europie Środkowo- Wschodniej, aż do początku 1945 roku. Tak bracia Węgrzy próbowali Europę rozegrać, że kolejny raz utracili marzenia o Wielkich Węgrach. Jeśli popatrzymy na politykę elit PiS, posłuchamy ich retoryki, bez trudu dostrzeżemy, że to grupa rekonstrukcji sanacji jest.
Sanacji końca lat trzydziestych. Tej z kultem truchła Piłsudskiego, flirtami z radykalnymi narodowcami, narastającym zamordyzmem i propagandą mocarstwowej polityki. Sanacji w stanie dekadencji. Sanacji pułkownika Walerego Sławka, który zaczynaj jako niepodległościowiec, demokrata, demonstrant i terrorysta. A na koniec nadzorując policję brał kolejne pokolenie demokratów za przysłowiową mordę. Sanacji skłóconej. Obozu prezydenta, obozu rządowego, kabotyńskiego pułkownika Becka.
Sanacji prowadzącej politykę skuteczne izolującą Polskę na arenie międzynarodowej. Szukającej potem rozpaczliwego wsparcia w bratniej Rumunii i bratnich Węgrach. Sanacji państwa „Domku z kart”. Takiego „państwa z paździerza”. Jakie to dziś mamy szczęście, że pani kanclerz Niemiec wojny Warszawie nie wypowie. I elitom PiS zamiast wywózki na stepy Kazachstanu grożą jedynie tłuste euro posady we wrażej Brukseli. Gorzki, emigracyjny chleb.