Flaczki tygodnia

Największym przegranym tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego będzie polski kościół katolicki.

Kościół kat. przegrał już. Ale czekają go kolejne klęski, bo temat pedofilii zdominował końcówkę kampanii wyborczej.
Bo w roli obrońcy polskiego kościoła kat. wystąpili cyniczni aktywiści PiS.
Bo postanowili wykorzystać obronę kościoła do dodatkowej mobilizacji swego, najbardziej tradycyjnego, konserwatywnego elektoratu.

Bronili oni, zaskoczonego wybuchem społecznego gniewu kościoła, jak tylko oni potrafią. Zgodnie z wyznawaną w PiS zasadą, że najlepszą obroną przed stawianymi nam zarzutami, przed społeczną krytyką naszej działalności jest totalny medialny atak skierowany w krytykujących. Bezwzględnie zakłamany. Bo taki nasz „ciemny lud” lubi, taki kupi na pewno.

I dlatego w ciągu ostatnich dni paru obywatele naszego kraju mogli usłyszeć następujący przekaz.
Cóż z tego, że polski kościół katolicki zgrzeszył hodując i chroniąc pedofilii w swych szeregach, skoro inne środowiska są jeszcze gorsze. Zwłaszcza te popierające Koalicję Europejską.
Usłyszeliśmy, że problem pedofilii w kościele kat. to w skali kraju zwykły drobiazg, bo przecież najwięcej pedofilii odnotowanych jest nie w środowiskach kościelnych, tylko wśród murarzy i reżyserów filmowych. Największe bestie znajdziemy wśród znanych reżyserów.
Co tylko dowodzi propagowanej przez prominentów PiS tezy, że polscy artyści to wyjątkowe zgniłki moralne. I dlatego czas najwyższy ich szybko usunąć. Wymienić na nowych. Zdrowych moralnie patriotów, nie utrzymywać tych kosmopolitycznych, elitarnych pedofilii.

Związane z PiS narodowo – katolickie media szybko też ustaliły kto naprawdę winny jest tych ujawionych, licznych przypadków bezkarności księży pedofilów. Otóż winna jest „komuna”, paskudny PRL. To przecież w tamtym czasie zbrodniczy funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa masowo i przymusowo werbowali księży pedofilii. Czynili z nich poddaną sobie agenturę. I potem już tak zwerbowany ksiądz – pedofil był pedofilem bezkarnym, bo miał parasol bezpieczeństwa SB.

Dlatego trzeba jak najszybciej ukarać byłych funkcjonariuszy SB za kolejne zbrodnie wobec narodu polskiego. Najlepiej zbiorowo, bo czas ucieka.

Winnymi bezkarności księży – pedofilii są oczywiście też elity obecnej Koalicji Obywatelskiej, bo nie przeprowadziły one zapowiadanej dekomunizacji. To one bagatelizowały zbrodnie pedofilskie aby przypodobać się środowiskom artystycznym i innym nadzwyczajnym kastom.
Ale jeśli tylko PiS utrzyma po wyborach posiadaną już władzę to wszyscy winni będą surowo ukarani. Bez patrzenia na wcześniejsze zasługi, bez przedawnienia. Nawet pośmiertnie.

Intelektualiści PiS odkryli też kolejnych winnych tej bulwersującej bezkarności polskich księży – pedofilii.
Są to liczni, ukryci w księżowskich sutannach, księża homoseksualiści. Wielka mafia LGBT, która podstępnie zakorzeniła się w polskim kościele katolickim. Zwana przez żarliwych, katoliccy publicystów, jak Tomasz Terlikowski, czy ksiądz Tadeusz Isakiewicz – Zalewski, „Lawendową mafią”.
Nie trudno zgadnąć, że homoseksualna mafia, w opinii narodowo – katolickich publicystów, też była agenturą SB i też była przez „komunę” przez lata chroniona.
Teraz, w obliczu tych pedofilskich skandali, kościół kat. ma już odwagę głośno mówić o swym homoseksualnym lobby. I oczyścić się moralnie.

W czasie burzliwych, nie zawsze w pełni kontrolowanych debat o kościelnej pedofilii, pojawiają się coraz głośniej opinie, że gdyby wszyscy funkcjonariusze polskiego kościoła kat, szczególnie ci wysokiego szczebla, byli heteroseksualnymi facetami, twardzielami zwłaszcza, to żaden pedofil w polskim kościele kat. długo by nie pożył.
Bo dostał by zdrowy, męski wycisk. Podobny do tego, jaki osadzonym pedofilom gotują przestępcy odsiadujący z nimi więzienne wyroki.
Tak to okazuje się, że chyba już tylko w polskich więzieniach ocalał, tak mocno teraz postulowany przez elity PiS, męski system wartości, taki narodowo – katolicki styl obcowania z pedofilami.

Do tej pory to polski kościół kat. brał pod swą obronę prześladowane lub powszechnie krytykowane formacje polityczne.
To kościół kat. wystawiał świadectwa moralności i polskiego patriotyzmu krajowym politykom.
Poparcie funkcjonariuszy kościoła kat. gwarantowało w czasie wyborów przynajmniej kilkanaście punktów procentowych oddanych przez wiernych głosów. Czasem tylko kilka procent zyskanych na takim poparciu decydowało o zwycięstwie wyborczym.
To sprawiało, że liderzy prawicowych i centrowych ugrupowań zawsze w czasie wyborów zabiegali o poparcie hierarchii polskiego kościoła kat.
A wielu lokalnych liderów SLD modliło się o neutralność swych miejscowych hierarchów w czasie niedzielnych mszy w dniu wyborów.

W tym roku po raz pierwszy w historii III RP większość konkurencyjnych komitetów wyborczych nie zabiega publicznie o łaskę, o błogosławieństwo polityczne hierarchów polskiego kościoła kat.
Coraz więcej buduje swoje kampanie wyborcze na antyklerykalnych postulatach.

W tym europejskich wyborach po raz pierwszy też partia pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, deklarując „Sojusz tronu i kropidła”, występuje z pozycji silniejszego sojusznika.
To nie hierarchia kościelna broni PiS przed publicznymi oskarżeniami, to pan prezes jawi się jako pierwszy obrońca upadłej reputacji hierarchii i jej kościoła.
Po raz pierwszy to hierarchia kościelna pada na kolana przed autorytetem panem prezesem.

Pan prezes Kaczyński dowiódł już, że on i jego partia potrafią skutecznie przejąć parlament, Trybunał Konstytucyjny, resorty siłowe, służby prokuratorskie, spółki skarbu państwa, media publiczne.
Teraz pan prezes prywatyzuje politycznie, zawłaszcza kościół katolicki. Broniąc go przed zarzutami o tuszowanie przestępstw zwasalizuje go. To on czyni go sobie podanym.

Jeśli nadal sprzyjające PiS media będą trąbiły o masowym zjawisku księży – agentów, o księżach – pedofilach i „Lawendowej mafii”, o innych moralnych zgniliznach polskiego kościoła kat., to któż o zdrowym rozumie i zdrowej moralności zechce być tam zbawianym?

Obecny sojusz PiS i hierarchów polskiego kościoła kat. to gwarancja rychłego upadku tego kościoła. To koniec kościoła powszechnego.

Kaczyński – obrońca kościoła

Chciałem bardzo podziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu za dzisiejsze wystąpienie w Pułtusku. Szczególnie za tę część o Kościele. Rzadko się zdarza polityk, który tak jasno daje do zrozumienia, że nie rozumie pojęcia świeckości państwa, że nie wie, co znaczy równość wobec prawa wszystkich bez wyjątku, że demokracja jest dla niego pustym i nic nie znaczącym słowem.
Nie ma wątpliwości, że Kościół w Polsce ma swoje zasługi przy zachowaniu substancji i tożsamości narodowej na przestrzeni wieków, szczególnie wtedy, kiedy państwa polskiego fizycznie nie było. Miał też w tym czasie swoje haniebne uczynki, których nie powinniśmy zapominać. Tylko nic z tego na obecny czas nie wynika. To jest właśnie ten polski sposób widzenia historii: przywiązujemy się do jednego faktu i wokół niego tworzymy całą narrację, zapominając, że wszystko się zmienia i nie trwa w miejscu. Kościół nie jest w tym żadnym wyjątkiem. Zmieniał się i nie zawsze na lepsze.
Uważam, że jego dobre dni, które zapewne miał na myśli Kaczyński, już dawno minęły. Ostatnie to te, kiedy najwyżsi hierarchowie Kościoła w Polsce zrozumieli, że PRL jest państwem, z którym w takiej a nie innej sytuacji międzynarodowej trzeba współpracować, a jego nowych granic i ziem – strzec. Durnie, którzy dzisiaj próbują wmówić o nieustającej walce Kościoła z komunizmem, nie wiedzą o czym mówią, a raczej wiedzą i w związku z tym świadomie kłamią.
Kościół po 1989 roku zwariował od pychy, chciwości i poczucia bezkarności. I tkwi w tym szaleństwie bez refleksji i nadziei poprawy. Wystąpienie Kaczyńskiego wydatnie go w tej pozycji utwierdza. Ale nie tylko to świadczy o tym, że przywódca PiS żyje w innym wymiarze.
Myli się bowiem Jarosław Kaczyński, że jeżeli nie Kościół, to jakiś chaos, „nihilizm” i jeszcze jakieś określenia, które dla Kaczyńskiego są synonimem końca świata. To nieprawda. Poza kościołami i mniej lub bardziej fanatycznymi religiami, które buńczucznie twierdzą, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania istnieje cała paleta sposobów urządzania świata i społeczeństwa, które o wiele lepiej zastępuje teokratyczne ustroje. W ogóle sądzę, że jeżeli wiara jest ludziom potrzebna, to kościół i religia – nie.
Nieprawda, że Kościół należy utożsamiać z Polską. Polska, panie prezesie, to mozaika ludzkich postaw, wierzeń, światopoglądów, preferencji i, zdziwi się pan, wierzeń. Mówiąc krótko, ludzie są różni. Nie chcą jednym równym krokiem iść w pochodzie chwalców Kościoła katolickiego. I nie ma pan prawa zmuszać ludzi do tego. Nie ma pan tez prawa grozić im jakimiś niezwykłymi sankcjami za krytykę Kościoła strasząc, że to jest tak, jakby podnosili rękę na Polskę (zresztą nic nie wiadomo mi o tym, by Polska była wyjęta spod krytyki). Kościół na krytykę, szczególnie wobec ostatnich skandali, wyjątkowo zasłużył. Zresztą ja bym był ostrożny z tymi porównaniami o podniesionej ręce. Ostatnio podobne paralele czynił w 1956 roku Józef Cyrankiewicz i nie przyniosło mu to chluby.
Kościół nie jest też „jedynym depozytariuszem wartości”. Nie ma jednego kościelnego systemu wartości, zapewniam. Są inne, których przestrzeganie uczyni nas lepszymi, a do tego Kościół katolicki w Polsce ma się nijak.
Kościół katolicki w Polsce nie potrzebuje obrony Jarosława Kaczyńskiego i kierowanego przez niego państwa wyznaniowego. Jeśli potrzebuje jakiejś obrony, to najszybciej przed sobą samym.

Flaczki tygodnia

„Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ”. Tak brzmi siódmy z 21 Postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1981 roku. Tablice z 21 Postulatami uważane są za Dekalog NSZZ „Solidarności”. Fundament założycielski wszystkich partii odwołujących się do etosu, powstałego po sierpniowych strajkach 1980 roku, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

I dlatego kiedy dzisiaj pan prezes Kaczyński, pan premier Morawiecki i inni prominenci PiS z mściwą satysfakcją ogłaszają, że rząd pana prezesa Kaczyńskiego nie zapłaci nauczycielom za strajk, to wszyscy oni stają tam, gdzie w sierpniu 1980 roku stało ZOMO.

„Flaczki Tygodnia” szarmancko witają pana prezesa Kaczyńskiego w szeregach neo-ZOMO. Tylko nie wiedzą, co na to stare ZOMO. Czy ono zechce stać przy takich antypolskich, antypracowniczych i antyzwiązkowych kreaturach?

Pan Piotr Zaremba to kwiat prawicowej, pro-PiSowskiej publicystyki. Został Miss Dziennikarskiej Wazeliny, za wyjątkowo lizusowską laudację wygłoszoną dwa lata temu w imieniu prawicowego, prorządowego tygodnika „Sieci” na cześć pana prezesa Kaczyńskiego z okazji wręczania mu nagrody „Człowiek Wolności”.

Z drugiej strony pan redaktor Piotr Zaremba to też utalentowany dziennikarz. W „Dzienniku Gazeta Prawna” opublikował w zeszły piątek artykuł pod jednoznacznie brzmiącym tytułem „Protest nauczycieli to porażka rządu”.

Zaczął po bożemu „Gdybym dziś był nauczycielem, tak jak byłem nim w latach 1987-1991, pewnie bym nie strajkował./…/ Ale rozumiem także emocje tysięcy nauczycieli, którzy uznali, że nie mają innej możliwości, jak użyć broni atomowej. /…/ Twierdzę jednak, że jedyną stroną tego konfliktu, która powinna się wstydzić, jest polski rząd i kierownictwo PiS. Niezależnie od doraźnej sprawności w próbie ogrania przeciwnika. Ta sprawność wyjdzie nam wszystkim bokiem. Możliwe, że w dłuższej perspektywie zaszkodzi również prawicy, nawet jeśli doraźnie przekuje ona swoje kłopoty w sukces i wygra dwie kampanie. Bo jej perspektywą jest, zdaje się, tylko gra wyborcza”.

Taka doraźna polityka pana prezesa Kaczyńskiego długofalowo zaszkodzi nie tylko polskiej prawicy. Także polskiej edukacji, rozwojowi polskiego społeczeństwa. Pisze o tym pan redaktor Zaremba. Posobnie pisał o tym w „Trybunie” redaktor Piotr Gadzinowski.

Na koniec swego odważnego artykułu pan redaktor Zaremba pisze, że choć ten rząd zapewne nie ustąpi i zmusi nauczycieli do powrotu do pracy szczując na nich swe media i wyborców PiS, to tak przymuszeni nauczyciele „nie staną się przyjaciółmi tego rządu, formacji ani sposobu myślenia. Fryderyk Wielki opowiadał w XVIII w., że to pruski nauczyciel wygrywał mu wojny. Otóż bądźcie pewni, panie i panowie z prawicy, że polski nauczyciel w rok, dwa nie wygra niczego, ale będzie pracował, abyście nie wygrali już żadnej bitwy. Z czego przy swoich poglądach bynajmniej się nie cieszę. Możecie się upajać antyinteligenckim przekazem: nie dajemy nauczycielom, dajemy rolnikom na bydło. Wiem, że z innych pieniędzy, ale symbolika tego zderzenia była porażająca. Tak się nie buduje trwałych państwowych i obywatelskich wartości”.

Pan redaktor Naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, zwany przez prawicowych dziennikarzy „Sakwą”, z powodu talentu w załatwiania sobie pieniędzy, opublikował w swej gazecie manifest zatytułowany „Kwestia honoru”. Pisze on: „Drugą obietnicą w sprawie Smoleńska było wyjaśnienie przyczyn tragedii. Rok temu komisja państwowa kierowana przez Antoniego Macierewicza opublikowała raport techniczny./…/ Jednak sprawa zakończona nie jest. Nie ma raportu końcowego, a szansa na ukaranie winnych jest niewielka. Ostatnia rzecz, jakiej bym chciał, to to, by obóz władzy poróżnił się z powodu tragedii smoleńskiej. Ale odpuścić sprawy nie można. Ta rzecz ma charakter zasadniczy. Amerykanie do dzisiaj każdego 11 września czczą ofiary World Trade Center. Winnych tragedii po prostu zlikwidowali. Trwało to całe lata. Polska też potrzebuje czasu, by sprawiedliwości stało się zadość. Podejrzewam, że główny odpowiedzialny czuje się bezkarnie. Ale i na niego przyjdzie czas.”

Kim jest ten „główny odpowiedzialny”, pan redaktor Sakiewicz nie dopisał. Ale znając dorobek pana Macierewicza można wytypować dwie osoby. Przewodniczącego Donalda Tuska i prezydenta Włodzimierza Putina.

Przewodniczący Tusk już może się bać. Zwłaszcza po faszystowsko brzmiącym przemówieniu pana senatora PiS Grzegorza Biereckiego wzywającego, podczas uroczystości upamiętniającej katastrofę smoleńską, do oczyszczenia polskiej wspólnoty narodowej z niegodnych jej ludzi. Książki palą już w Polsce ludzie godni „polskiej wspólnoty narodowej”. Czemu nie mogliby sięgnąć po nowy materiał na rozpałkę?

Czy prezydent Putin może się bać długich, mściwych rąk pana redaktora Sakiewicza? Czy poci się ze strachu na dźwięk „Sakwa idzie!”?

Na razie pan premier Morawiecki nie wpuścił rosyjskiego okrętu żaglowego „Siedow” na wody terytorialne naszego kraju. Bo na jego pokładzie znajduje się 70 kursantów z Kerczeńskiego Państwowego Morskiego Uniwersytetu Technologicznego z okupowanego Krymu. Zapewne nie wszyscy kursanci z Kercza mieszkają na Krymie. Na „Siedowie” jest ponad 300 kursantów z różnych uczelni. Czy pan premier będzie konsekwentny i zakaże też wpuszczania do polskiej przestrzeni powietrznej każdego samolotu z mieszkańcem Krymu na pokładzie? Każdego pociągu, autobusu, samochodu, balonu?

Tymczasem mieszkańcy Powidza, gdzie powstaje magazyn uzbrojenia NATO, skarżą się, że Amerykanie zachowują się jak szarańcza. Wojskowi wycięli wielkie połacie lasu, także z Natura 2000, ciężkie transporty blokują i rozjeżdżają lokalne drogi, podatków nie płacą, a kanalizacja ledwo wytrzymuje napór nowych ścieków. I powódź amerykańskiego gówna wylewa się na Powidz.
Wcześniej mieszkańcy Powidza liczyli na korzyści z bazy. Na razie zarobiły pensjonaty, goszcząc polskie ekipy budowlane. Może zarobią panienki, jeśli sojusznicy będą im płacić, a nie tylko je gwałcić. Ale to cena wzmocnienia polskiego bezpieczeństwa zagrożonego ponoć Rosją i wypełnienia sojuszniczych zobowiązań wobec USA.

No i mamy kolejnego wroga. To waluta euro, która też chce się podstępnie wedrzeć do Polski. Jak sieroty syryjskie, geje i lesbijki, europejscy sędziowie. Dlatego pan prezes Kaczyński nie pozwoli aby polscy nauczyciele zarabiali w euro.

Za to nikt z PiS nie zabrania polskim nauczycielom, aby mieli przynajmniej trójkę dzieci, sześć krów i tuzin świniaków. Tylko tak przegonimy Włochy, Hiszpanię, i kiedyś też Niemcy.

Zalewska kontratakuje

Minister Zalewska nie ma sobie i MEN nic do zarzucenia w sytuacji nadciągającego strajku nauczycieli w całym kraju, a niskim płacom w sektorze jest winna PO.

Uważa, że może spokojnie objąć funkcję deputowanej Parlamentu Europejskiego, bo spełniła się całkowicie na stanowisku rządowym w Polsce, a jej reforma ma się świetnie. Zapowiada też, że da zdecydowany odpór karcie LGBT w Warszawie.
W wywiadzie jaki w sobotę 16 marca rano ukazał się na jednym z portali minister edukacji Anna Zalewska najwyraźniej wątpi, czy zapowiadany na kwiecień strajk nauczycieli będzie odmową pracy na wielką skalę i uniemożliwi egzaminy gimnazjalne.
– Poczekamy na wynik nauczycielskiego referendum, który może przybierać różnego rodzaju formy – mówi szefowa MEN, podczas gdy faktycznie, jak już pisał Portal Strajk, nauczyciele w szkołach, gdzie referenda już się odbyły, w zdecydowanej większości opowiadają się za strajkiem.
Zalewska jednocześnie utrzymuje, że nie ma sobie nic do zarzucenia w kwestii podwyżek, jakich żądają nauczyciele, a ZNP zaprasza na “dalsze rozmowy”, oskarżając jednocześnie związek o niechęć do dialogu. Czołowy nauczycielski postulat podniesienia wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł określiła jako “zaporowy” i niemożliwy do realizacji ze względów budżetowych. Mówi, że budżet na ten rok jest już zamknięty, nie odnosząc się jednak do faktu, że główny postulat i groźba strajku były przez ZNP artykułowane od połowy roku ubiegłego.
Szefowa ministerstwa uparcie powtarza, że proponowane przez resort symboliczne podwyżki, gdzie nauczyciele dyplomowani dostaną w trzech turach dodatkowe 508 zł, a pozostali mniej, to na razie absolutny pułap. Nie wyklucza co prawda dyskusji o kolejnych podwyżkach w przyszłości i zaprasza ZNP do dalszych rozmów, podczas gdy przez cały ubiegły rok MEN regularnie ignorował głos związku.
– Kompromis zakłada, że my się gdzieś w pół drogi spotykamy – podkreśla przedstawicielka rządu, upominając ZNP, chociaż nie wiadomo, co w świetle dotychczasowych doświadczeń miałoby to oznaczać.
Pani minister nie ma wątpliwości, że jej rząd zrobił dla nauczycieli wszystko, co było możliwe. – Z mojej strony jest wyłącznie dobra wola – powtarza, a sedna problemu z niskimi zarobkami upatruje w polityce poprzedniej ekipy.
– Jestem ministrem edukacji, który oddał nauczycielom wszystko to, co zabrali moi poprzednicy, pamiętając, że nauczyciele zasługują na podwyżki, do których się zobowiązałam. (…) Nie wywołuję żadnych konfliktów. Zapowiedziałam podwyżki i je zrealizowałam przy absolutnym spokoju i aprobacie związków zawodowych.
Zalewska odżegnuje się od podejrzeń, że jej kandydatura do Parlamentu Europejskiego jest ucieczką od problemów polskiej edukacji, z którymi nie daje sobie rady.
– Jarosław Kaczyński i premier Beata Szydło poprosili mnie, abym z tego mandatu zrezygnowała i poszła do najtrudniejszego resortu z jednym celem: abym przeprowadziła reformy. I tak właśnie się stało. (…) Reforma jest dopilnowana (…) Jesteśmy absolutnie spokojni.
Pani minister zapowiedziała jednocześnie, że będzie walczyć z kartą LGBT w warszawskich szkołach, bo jej postanowienia są jej zdaniem niekonstytucyjne.
– W systemie oświaty nie występuje ktoś taki jak „latarnik”. Jest za to pedagog czy psycholog – zastrzega i zapewnia, że “latarnicy”, czyli osoby sygnalizujące dyskryminację osób LGBT, absolutnie do szkół nie wejdą. – To jest niezgodne z prawem. Będziemy tego bezwzględnie pilnować.

Flaczki tygodnia

„Ręce precz od naszych dzieci!”. To zawołanie zadudniło w każdym zakątku IV Rzeczpospolitej.

W pierwszej chwili Flaczki myślały, że pan prezes wystąpił w obronie swych dzieci poczętych, lecz nienarodzonych. Dwóch ślicznych, bliźniaczych wież płodzonych przez pana prezesa z austriackim biznesmenem i swą najbliższą rodziną. Dwóch dumnych wieżowców tworzonych na obraz i podobieństwo i wieczną chwałę panów braci Kaczyńskich. Wież poronionych w efekcie bezpłodnego związku Polaków z obcym narodowo i religijnie Austriakiem.
Gdyby pan prezes nie zapomniał o narodowych korzeniach, o Wandzie dumnej Polce, która nie chciała niemieckojęzycznego męża, gdyby postawił na czysto polskiego dewelopera, na polskich architektów, to pewnie już dziś chrzcił by pan prezes swe dwa srebrne bliźnięta.

„Ręce przecz od naszych dzieci”, echo niosło po kraju naszym całym. I w drugiej chwili Flaczki pomyślały, że pan prezes wreszcie wystąpił do hierarchów polskiego kościoła kat. Biorących pod swą obronę zwyrodniałych księży pedofilów. Że zakrzyknął „Ręce precz!” do tych przebierających się w księże sukienki pedofilów katujących polskie dzieci. Wykorzystujących w obrzydliwy sposób swą pozycję człowieka-boga. Wykorzystujących powszechny brak edukacji seksualnej wśród Polaków. Tych dorosłych i dzieci. Ale szybko okazało się, że to nie łamiący prawo i ład moralny pedofile przeszkadzają panu prezesowi.

Okazało się, że to prezesowskie zawołanie skierowane było do osób homoseksualnych, które chciałby żyć w związkach partnerskich, podobnych heteroseksualnym małżeństwom, i jeszcze adoptować dzieci. Bo swoich mieć nie mogą. Jak wiele heteroseksualnych małżonków. Ci zaś dzieci adoptować mogą.

Było skierowane do homoseksualistów, ale nie tylko. Tak naprawdę te „Ręce precz od naszych dzieci” to jest kolejna próba zmobilizowania konserwatywnych, narodowo – katolickich, słabo wykształconych wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Zbudowania kolejnej wspólnoty wyborczej opartej na strachu przed atakiem obcych.

Najpierw dla wyborców PiS takimi obcymi byli „komuniści i złodzieje”. Wtedy kaczystom udało się podzielić polskie społeczeństwo. Skutecznie szczuć jednych na drugich. Potem przyjść mieli „uchodźcy zarażający tyfusem i wszawicą”. Wtedy jeszcze większy sukces osiągnęła kaczystowska szczujnia. Następnie straszakiem była „ideologia gender”. Tu jednak była totalna klapa, bo nawet najbardziej zakłamani kapłani kaczystowskiej szczujni, jak choćby pan minister Jarosław Sellin, nie potrafili „ciemnemu ludowi” wyjaśnić o co w tym „żenderze” chodzi. Poza to, że w „genderze” chłopcy muszą przebierać się w sukienki. Czyli robią to co wszyscy księża z kościoła kat.

Potem kreowano „POstkomunę”, czyli wskazywano na Platformę Obywatelską jako dziedziczkę starej, ohydnej „komuny”. Bo szczucie na „komunę”, czyli SLD, już im nie wystarczało. Chwilowo takim straszakiem – wrogiem była zmartwychwstała „żydokomuna”. Ale czujny amerykański Wielki Brat szybko wytargał PiS elity za uszy, niczym uczniaków w szkole. Dał im wyraźny sygnał, że wara kaczystom od izraelskiego sojusznika. Że kaczyści mają trzymać swe antysemickie modry na kłódki. Dlatego kaczyści już wiedzą, że na antysemityzmie narodowo – katolickiej wspólnoty budować nie mogą. Przynajmniej publicznie.

Skoro „komuna” już nie skutkuje, „uchodźcy” też już nie straszą, „Żydy” cicho – sza, bo Wielki Brat patrzy, to elitom intelektualnym PiS pozostali jedynie kosmici albo „pedały”.
Z kosmitów trudno straszaka przedwyborczego zrobić. Bo „ciemny lud” taki już głupi nie jest. Za to „pedały” były jak znalazł. Zwłaszcza, że jeden religijny gej, wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej udzielił długiego wywiadu „Dziennikowi. Gazecie Prawnej”. Tam zdradził swe marzenie. Marzenie religijnego geja, że kiedyś takie nadejdą czasy, kiedy i w Polsce pary homoseksualne będą mogły wychowywać adoptowane przez siebie dzieci.

Ponieważ „ciemny lud” nie czyta długich wywiadów, nawet tych znakomitych w „Dzienniku. Gazecie Prawnej”, to twórcy kłamliwej kaczystowskiej propagandy wyborczej, zakrzyknęli z radości. Ogłosili, że konkurencyjna Koalicja Europejska ma w swym programie nakaz wprowadzenia prawa, a nawet obowiązku, adoptowania dzieci przez pary homoseksualne. I zaczęli straszyć społeczeństwo polskie, że kiedy Koalicją Europejska wygra wybory do Parlamentu Europejskiego, to tenże Parlament Europejski, narzuci Polsce nowe, restrykcyjne prawo. Nakazujące adopcji niewinnych polskich dzieci, przez tak ohydnych „pedryli” jak
Paweł Rabiej.

Ale niech dzieci polskie nie tracą nadziei. Nie wpadną w „perdylskie łapska” jeśli zwycięży partia pana prezesa Kaczyńskiego. Od niedawna ojca „naszych dzieci”.

Pan prezes Kaczyński kreuje się nie tylko na ojca „naszych dzieci”, ale jeszcze strażnika moralności. Recenzenta moralności katolickiej wszystkich innych obywateli naszego kraju. I surowej ręki sprawiedliwości kaczystowskiej karzącej za odstępstwa od tej kato-moralności.

Ale jest to typowa moralność fasadowa. Polegająca na tym, że kaczyści głoszą pięknie brzmiące zasady moralne, narzucają wypełnianie ich zarządzanemu przez siebie społeczeństwu, ale sami już ich nie przestrzegają. Pan prezes Kaczyński szalenie dba o polskie dzieci rzekomo zagrożone „perdylsimi” adopcjami, ale nawet nie zająknie się w obronie dzieci gwałconych przez księży pedofilów. Tak jak katoliccy hierarchowie chronią księży pedofilii, tak pan prezes Kaczyński chroni swego posła Stanisława Piotrowicza, który wcześniej, jak prokurator, ochraniał pedofilii w księżowskich sukienkach. Pan prezes Kaczyński obłudnie kreuje zagrożenia polskich dzieci, a boi się wystąpić przeciwko autentycznym, pedofilskim zagrożeniom.

Pan prezes Kaczyński rozpoczął walkę z edukacją seksualną w szkole. Bo ona rzekomo „deprawuje dzieci”. Gdyby pan prezes miał dzieci, choćby te adoptowane, to pewnie posłałby je na lekcje religii katolickiej i na nauki przed pierwszą komunią. I wtedy dowiedziałby się jakie to katusze przezywają te dzieci podczas spowiedzi, kiedy zmusza się je do intymnych, zwykle niezrozumiałych Dia nich, wyznań. Do opowiadania gdzie dotykają się podczas kąpieli, czy bawią się siusiaczkami, a jeśli nie, to dlaczego? Kiedy straszy się ich piekłem za takie dotyki.

Elity PiS traktują obywateli Polski jak dzieci. Pan minister Szczerski każe nauczycielom rozmnażać się, a sam jest czterdziestoletnim, bezdzietnym kawalerem. A przecież nie musi żyć w celibacie. Pan prezes Kaczyński nakazuje zdziecinniałym Polakom żyć wedle katolickich przykazań, a jego najbliższa rodzina przoduje w ich łamaniu. Jego bratanica miała już kilkoro mężów, choć nie owdowiała. Jego siostrzenica żyje z Austriakiem bez katolickiego ślubu. Jego kuzynkowie są bohaterami obyczajowych plotek, bo mają nieślubne „kochanice”. Jego przybrany syn, pan prezes Jacek Kurski to zbiór wszelkich, katolickich grzechów. A pan prezes ani mru-mru.

Patrząc na zgniliznę moralną panującą w rodzinie pana prezesa Kaczyńskiego, to właśnie im należałoby prawnie zakazać adopcji polskich dzieci.

Megauwłaszczenie

Trzydziesty rok transformacji ustrojowej minie niezadługo. Szykowane są różne fety, uroczystości oficjalne i półoficjalne. Niewątpliwie sprzyja to refleksjom nad czasem minionym i chwilą obecną.

Przez całe trzydzieści lat, niemal codziennie, albo i kilka razy dziennie karmieni byliśmy opowieściami o „uwłaszczającej się nomenklaturze komunistycznej”. To właśnie ona i jej niecny proceder miał być praprzyczyną wielu problemów zwykłego i niezwykłego Polaka. W tą trąbkę dmuchała cała postsolidarnościowa elita polityczna nowej Polski: Unia Wolności, AWS, PC, PO, PiS i inni. Dzień w dzień, noc w noc. Ale wszystkie te ugrupowania miały i dalej mają wszelką moc sprawczą, aby tych niegodziwców, którzy podstępem zawładnęli publicznym majątkiem wytropić i publicznie pokazać. Mają do dyspozycji prokuraturę, część sądów, różnego rodzaju agencje, policję. Jednakowoż nic takiego się nie stało, nikt nigdy nie opisał tego zjawiska w sposób rzetelny, nie wskazał imiennie beneficjentów transformacji ustrojowej, którzy zawładnęli publicznym do czerwca 1989 r. majątkiem. Znam dwie takie osoby. Jedna nosiła podobno pseudonim „Rycerz” i uwłaszczyła się na popularnym tytule prasowym. Druga osoba dyrektorowała zjednoczeniu przedsiębiorstw branży rozrywkowej i wykupiła od zatrudnionych w nich udziały tych przedsiębiorstw, przekształconych w nowej Polsce w spółki pracownicze. Obecnie jest wielce szanowanym przedsiębiorcą, ważną postacią polskiego rynku medialnego. Być może są jeszcze inni.
Może więc warto by było dać wreszcie społeczeństwu jakiś godziwy prezent z okazji 30-lecia transformacji ustrojowej i opublikować oficjalny, imienny wykaz „komunistycznej nomenklatury, która uwłaszczyła się na mieniu publicznym”. Po to, aby raz na zawsze uciąć plotki, spekulacje, oskarżenia. Chyba, że chodzi o to, aby każdy dorosły Polak tą bajkę o żelaznym wilku słuchał codziennie, aby ciągle gonić króliczka i broń Boże go nie złapać.
Ma przecież „uwłaszczanie się na państwowym” w Polsce swoją niekomunistyczną kartę. Mistrzem takiego procederu okazuje się grupa osób skupiona wokół najpierw braci Kaczyńskich, a obecnie wokół Jarosława Kaczyńskiego. To ta grupa szybciutko uwłaszczyła się na mieniu publicznym wykupując za marne grosze tytuł „Express Wieczorny” i prawa do kilku działek z czterema nieruchomościami w centrum Warszawy. Zapłaciła oczywiście nie swoimi pieniędzmi. Wynajmowała bowiem od gminy pomieszczenia, które z kolei podnajmowała jednemu z banków, który okazał się tak łaskawy, że zapłacił czynsz z góry za 12 lat. Ukoronowaniem tego uwłaszczenia miały być dwa wysokościowce w centrum stolicy, prawdopodobnie jeden o nazwie „Lech”, a drugi „Jarosław”.
Casus spółki Telegraf, Porozumienia Centrum i PiS musi jednak skłaniać do refleksji, czy to przypadek, wyjątek w kryształowo czystej historii gospodarczej postsolidarnościowych elit, czy raczej wierzchołek góry lodowej. Niewątpliwie losy narodowego majątku, z trudem wypracowanego przez miliony Polaków w okresie niemal półwiecza zasługują na rzetelne opracowanie. O ile bowiem dość dobrze znane są losy średnich i dużych zakładów przemysłowych, dzięki między innymi kapitalnym monografiom pod redakcją prof. Karpińskiego: „Jak powstawały i upadały zakłady przemysłowe w Polsce”, czy „Prawda i kłamstwa o przemyśle”, o tyle ziemią nadal nieodkrytą jest likwidacja tysięcy (ile?) zakładów zatrudniających poniżej 100 osób (nie objęte badaniami prof. Karpińskiego), likwidowanych, przekształcanych, sprzedawanych bez żadnego nadzoru społecznego przez administracje wojewódzkie. To jednak również uwłaszczanie się na innych aktywach jak grunty i pieniądze. Archiwa Najwyższej Izby Kontroli pełne są informacji o tych zjawiskach. Tutaj wspomnę tylko trzy: skandaliczny sposób znoszenia, a właściwie likwidacji Funduszu Rozwoju Eksportu, historię Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, czy też historię pewnego banku, którego misją miało być tworzenie miejsc pracy (wczesna lata 90-te), który powstał dzięki specjalnej pomocy rządu T. Mazowieckiego ze środków Funduszu Daru Narodowego i który bardzo szybko, po otrzymaniu dotacji się skomercjalizował. Dzięki temu bankowi nie powstało żadne nowe miejsce pracy, poza samym bankiem rzecz jasna.
Nie chodzi więc tylko o gonienie króliczka. Chodzi o to, aby w cieniu nieustającej ekscytacji społeczeństwa mityczną uwłaszczającą się „nomenklaturą komunistyczną”, ukryć różne sposoby uwłaszczania się postsolidarnościowych elit politycznych. Do bólu szczerzy Michnik i Bielecki publicznie głosili hasło, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Nie dodawali tylko komu.
Wydawać by się mogło, że proceder uwłaszczania się elit w naturalny sposób dobiega końca. O naiwności! Nie doceniamy prawicowych polityków. Na naszych oczach dokonuje się oto kulminacja procesu uwłaszczania. Nie chodzi o uwłaszczanie się na majątku przedsiębiorstwa, jakiejś nieruchomości czy jakimś banku. W minioną sobotę poseł Jarosław Kaczyński przystąpił do Wielkiego Finału: do uwłaszczenia siebie i swojej grupy na całym kraju.
Kaczyński nie ukrywa, że jego celem jest zdobycie w jesiennych wyborach parlamentarnych konstytucyjnej większości w Sejmie i w Senacie. To dla niego i dla jego otoczenia jest sprawą życia i śmierci. Nie ukrywa więc, że gotów jest za to zapłacić każdą cenę, zwłaszcza, że nie ze swojej – jak zwykle – kieszeni. Ogłoszone przez Kaczyńskiego wyborcze obietnice, nazywane w publicznym wystąpieniu urzędującego wicepremiera „podarunkiem Jarosława Kaczyńskiego dla społeczeństwa” są bezczelne i skandaliczne. Bezczelne, gdyż zawarta w nich jest forma szantażu, skandaliczne, gdyż godzą w porządek prawny RP. Szacowany koszt obietnic Kaczyńskiego tylko na ten rok to około 40 mld złotych. Oczywiście nie ma ich w podpisanym niedawno przez Prezydenta budżecie na ten rok. Ale kto by się tam tym przejmował. Już zapowiedziano, że rząd właśnie się zbiera, aby te środki „znaleźć”. Co to znaczy znaleźć środki finansowe w budżecie ? To znaczy albo wygenerować nowe, nieznane źródło dochodów, albo się zadłużyć, albo komuś zabrać. W pośpiechu wymyślono propagandową formułę, że środki pochodzić będą ze zwiększenia efektywności administracji. Rozdawnictwo sięgnęło dna. Tzw. „trzynastki” dla emerytów nie są żadnymi trzynastkami. Te bowiem są dodatkową pensją w pełnej wysokości. Dlaczego każdy emeryt ma dostać jednorazowo 1100 zł? Nie po to bynajmniej, aby systemowo ulżyć najuboższym. Po to, aby zapłacić za głosy, za jak największą liczbę głosów. Kaczyński obiecuje jednakowy dla wszystkich prezent (łapówkę?) w tym roku, zaznaczając, że w przyszłym roku się postara – jeśli, co każdy rozumie – obdarowani odpowiednio zagłosują. Poza systemowe rozdawnictwo publicznych pieniędzy, usankcjonowane autorytetem rządu, to oficjalna korupcja polityczna na mega skalę, a groźba: nie dostaniecie w następnych latach jak na mnie nie zagłosujecie nosi wszelkie cechy szantażu.
Jarosław Kaczyński, wzorem managerów z początków lat dziewięćdziesiątych, którzy skupywali od pracowników akcje ich własnych przedsiębiorstw, odkupić chce dzisiaj od „suwerena” całe państwo. Chce kupić za marne 40 miliardów zł, płaconych z kieszeni tegoż „suwerena”. Jeżeli ten diabelski plan się powiedzie, to w przyszłości gospodarki kraju nie uratuje nawet koncern produkujący znaczki „Ja nie głosowałem na PiS”.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Flaczki tygodnia

Duży strach przed utratą władzy musiał zapanować w PiS, skoro postanowili rozdać tak wiele pieniędzy z deficytowego budżetu państwowego. I tak szybko. Aby zdążyć zanim Obywatele ruszą do urn.

Takie rozdawnictwo pieniędzy z budżetu państwa nie jest efektywną polityką społeczna, tylko doraźnym, politycznym kupowaniem społecznego poparcia. Trzynasta emerytura sporej grupie zamożnych polskich emerytów nie jest potrzebna. Nie polepszy im życia. Nie jest też potrzebna panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i wielu innym parlamentarzystom pobierającym jednocześnie emerytury i parlamentarne uposażenia. Oczywiście w skali rocznego deficytu budżetowego są to sumy niewiele znaczące. Choć gdyby je zaoszczędzić to kilko rodziców nie musiałoby organizować publicznych zbiorek pieniędzy na operację swych dzieci.

Te sobotnie obietnice sypnięcia pieniędzmi to kolejny przykład pro-wyborczego, a nie pro-społecznego podejścia ekipy PiS do wydatków z deficytowego budżetu polskiego państwa. Rządzący ponad trzy lata PiS dowiódł, że znakomicie potrafi rozdawać budżetowe pieniądze. Zrealizował program 500+, obniżył wyśrubowany przez poprzednią koalicję PO-PSL wiek emerytalny.
Ale już nie potrafił wybudować mieszkania w obiecanym programie Mieszkanie+. Potrafił, chwaląc się wszem i wobec, przeforsować wzrost wydatków na wojsko w ustawach budżetowych, ale przez lata swych rządów nie potrafił wojska polskiego zmodernizować. Nawet pogorszył stan jego uzbrojenia.
Obiecał stworzyć innowacyjną polska gospodarkę, której symbolem miał być powszechny polski samochód napędzany energią elektryczną. Słowa nie dotrzymał. Nie wykorzystał też polskiego patentu na grafen, chociaż ten wynalazek miał być priorytetem rządu głoszącego „repolonizację gospodarki”.

Zauważcie, że ekipa PiS bezustannie chwali się swoja skutecznością w ściąganiu podatków, zwłaszcza VAT-u. A jednocześnie przez ponad trzy lata PiS nie potrafił unormować systemu finansowania mediów publicznych. Zlikwidować stary, nieefektywny już abonament radiowo-telewizyjny i zastąpić go nowym, sprawiedliwym podatkiem. Niedawno, aby załatać deficyt wydatków TVP SA, ekipa PiS przeforsowała w Sejmie dotację dla swych mediów narodowo-katolickich. Ponad miliard złotych, czyli jedną trzydziestą tegorocznych wydatków na ich nowe obietnice wyborcze.

Ostatnie wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego będą kosztować nasz deficytowy budżet, czyli nas wszystkich, corocznie ponad 30 miliardów złotych. Co oznacza, że w tym roku i pewnie następnych nie wystarczy na potrzebne podwyżki dla nauczycieli i modernizację służby zdrowia. Brak tych pieniędzy będzie szczególnie bolesne dla oświaty i przyszłości polskiej edukacji. Oświata to nie sektor budowlany czy firma kurierska Uber. Braków kadrowych w oświacie nie załatamy nisko opłacanymi importowanymi Ukraińcami czy hinduskimi studentami.

Wyborcze obietnice pana prezesa Kaczyńskiego zwiększą indywidualną konsumpcję. Wzbogacą się na niej duże, zagraniczne sieci handlowe. Polscy kupcy już mniej, bo przeforsowana z religijnych powodów przez NSZZ „Solidarności”, ustawa o zakazie handlu w niedzielę jednie wzmocniła dodatkowo zagraniczny kapitał handlowy, a osłabiła polski rodzinny, drobny handel. W ten sposób pan prezes Kaczyński zrobi trochę konsumpcyjnej radości w polskich domach i długofalowo wzbogaci zagranicznych kapitalistów. I swoich ziomków z PiS też, jeśli wyborcy dadzą się kupić.

Aktywiści NSZZ „Solidarności” z Gdańska dokonali heroicznego czynu – postawili pomnik księdza-pedofila Jankowskiego na nogi. Stawiając tym etos „Solidarności” na głowie. Bronią bowiem nie tylko powszechnie znanego pedofila, ale jeszcze agenta Służby Bezpieczeństwa z czasów Polski Ludowej.

„Solidarność” zaczynała jako ruch społeczny walczący o poprawę bytu robotników w Polsce Ludowej. O upodmiotowienie klasy robotniczej. O to, aby robotnicy poczuli się w pełni właścicielami i współgospodarzami swoich zakładów pracy oraz obywatelami swego państwa. Walczący wtedy o zreformowanie ustroju państwa, stworzenie „socjalizmu z ludzką twarzą”. Potem powstał związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, który upartyjniał się. W 1981 roku „Solidarność” była już konfederacją mieszczącą przeróżne ruchy polityczne. Od trockistów po endeków. Żywiołową, sprzeczną wewnętrznie. Spychającą się – i spychaną – ku konfrontacji.
Spacyfikowana w czasie stanu wojennego „Solidarność” nie wróciła już do dawnej liczebności i robotniczego etosu z jesieni 1980 roku. Po ponownej legalizacji w III Rzeczpospolitej ewoluowała w kierunku związku zawodowego o zabarwieniu narodowo-katolickim. Taka NSZZ „Solidarność” współrządziła Polską w latach 1997-2001. Wspierała potem rządy Prawa i Sprawiedliwości. Praw pracowniczych broniła coraz rzadziej, zwykle kiedy Polską rządziły koalicje PO-PSL. W czasach rządów PiS coraz mniej liczna NSZZ „Solidarność” stawała się klakierem elit PiS i zbiorowym ministrantem hierarchów kościoła katolickiego. Teraz, wchodząc w batalię o pomnik księdza Jankowskiego, kompromituje się ostatecznie i trwoni resztki dawnej, jakże pięknej legendy.

Tylko zaślepieniem politycznym, zacietrzewieniem towarzyskim i środowiskowym można wytłumaczyć obronę pomnika pedofila i agenta SB przez aktyw gdańskiej „Solidarności”. Ludzi, którzy na co dzień mają pełne gęby lustracyjnych postulatów i dekalogu katolickiej moralności. Zwłaszcza, że Polski kościół katolicki w sporze o pomnik księdza-pedofila zachował się zgodnie ze swą tradycyjną pragmatyką. Ogłosił, ustami arcybiskupa Leszka Sławoja Głódzia, że nie jest stroną w tym sporze i zachowuje „neutralność”. Może sobie pozwolić na taką, bo do ulicznych przepychanek ma parobków z „Solidarności”.

Przy okazji, jeśli chcecie poznać pijackie ekscesy tego hierarchy, a także tajemnice pana prezesa Kaczyńskiego, Wojciecha Cejrowskiego, Antoniego Macierewicza i innych reprezentantów prawicowych elit – polecamy książkę byłego posła, redaktora Piotra Gadzinowskiego „W Hongkongu. Za kulisami polskiego parlamentu”. Nakład wyczerpany, ale można poszukać jeszcze w dobrych księgarniach i Internecie.

„W najnowszym badaniu IBRIS Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe, Zieloni i Inicjatywa Polska, czyli Koalicja Europejska mają 38,5 procent poparcia. PiS plasuje się na drugim miejscu z poparciem 34,7 procent, Wiosna Roberta Biedronia uzyskuje 8,9 procenta, a Kukiz’15 – 6,6 procenta.

Gang Jarsena

Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury wielokroć publicznie wzywał filmowców polskich, aby wreszcie nakręcili „wielki, hollywoodzki film o najnowszej, chwalebnej historii Polski”.
Nie przypuszczał pewnie, że oto gotowy scenariusz wpada mu do ręki. Super produkcji pod roboczym tytułem „Srebrne wieże”.
Jest tam przecież wszystko co „hollywoodzkiej” produkcji potrzeba. Władca światowego mocarstwa, skłócona rodzina, wielkie pieniądze, wielkie plany, wielkie namiętności, tajne intrygi i podstępna zdrada. Nie ma jedynie seksu i happy endu. Ale to zdolny scenarzysta dopisze.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław Kaczyński wsłuchiwał się w polskie przysłowia, które są przecież mądrością narodu polskiego, to swoich kuzynów Tomaszewskich omijałby szerokim łukiem. Bo każdy prawdziwy Polak wie, że z rodziną, to najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław Kaczyński zachowywał się jak prawdziwy polski szlachcic, do czego już samo nazwisko zobowiązuje, to przecież nie brudziłby sobie rąk deweloperskimi geszeftami. W konszachty z obcym, niepolskim biznesem nie wchodziłby. Od tego polski pan prezes powinien mieć swych zarządców i fornali.
A on, jakby jakimś Żydom pozazdrościł. Rockefellerem, Trumpem albo innym Poroszenką zachciał sobie zostać. Oligarchię finansową w Ojczyźnie naszej, na korzeniu rodów Kaczyńskich- Tomaszewskich, zasadzić. Niepokalane dziedzictwo ojców – Sarmatów przekupczyć. Wstyd i sromotę sprowadzić.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław słuchał co jego premier, pan Morawiecki młodszy, niedawno mówił w położonym na terytorium polskim niemieckim obozie śmierci, to pewnie zapamiętałby, że wszyscy Niemcy to genetyczni naziści. Złoczyńcy.
A Austriacy to przecież zakamuflowani Niemcy. Każdy prawdziwy Polak to wie.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław słyszał słowa Saddama Husajna, też prawnika i polityka jak pan prezes, też władcy kiedyś w Iraku z kolan powstałego, to usłyszałby, że dobry zięć to rozstrzelany zięć.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław zainwestował w dobre „szumiała”, zamiast wyrzucać te miliardy złotych w błoto, czyli w telewizję pana prezesa Jacka Kurskiego, to nie zostałby nagrany przez swego przyszywanego zięcia, zakamuflowanego Niemca.
Nie zostałby zdradzony o świcie. I byle wróg nie dowiedziałby się by się z podstępnych nagrań jak to Polak Austriaka wydymał.
Pan prezes Jarosław Kaczyński nie ma konta bankowego. I nie musi. Wystarczy, że ma bank do własnej dyspozycji. I prezesa banku na telefon.
Teraz już wiemy dlaczego elity PiS tak silnie postulowały „repolonizację banków” i odkupiły PKO SA. Wiemy już, że pan prezes to człowiek rodzinny, preferujący program „Rodzina na swoim”. Że skoro ma dwóch kuzynów Tomaszewskich, to dwie wieże chciał wybudować. Każdemu po jednej, aby umiłowana zgoda w rodzinie była.
I wszystko się zwaliło przez totalną opozycję i Bronisława Komorowskiego. On to ziarno zatrute w Polsce zasiał. On chodził i radził „Weź kredyt, zmień pracę”.
No to pan prezes kazał kupić bank, żeby mógł wziąć kredyt i zmienić pracę jak Rockefeller.
Ale potrzebnej jeszcze „wuzetki” kupić mu nie mogli. I zamiast srebrnych wież, wyrósł chytry zięć- Austriak, który dymany być nie chciał i zdradził pana prezesa za srebrniki mecenasa Giertycha.
I co ? Jest materiał na scenariusz panie premierze – ministrze Gliński?
Może nie na „Braveheart. Waleczne serce”, ani na „Krzyżaków”, ale na „Gang Olsena” na pewno wystarczy.
Ja cię nie mogę.

Dylemat władzy autorytarnej

Tragedia gdańska postawiła rządzący Polską już czwarty rok obóz Zjednoczonej Prawicy przed trudnym do rozwiązania dylematem. Z jednej strony politycy tego obozu musza jakoś odnieść się do morderstwa, które – niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu sprawca jest psychicznie chory – rzuca cień na dotychczasową politykę tego obozu, gdyż dramatycznie uwypukla konsekwencje prowadzonej od lat kampanii nienawiści i oszczerstw kierowanych pod adresem opozycji, w tym także zamordowanego Pawła Adamowicza. Znam niektórych polityków tego obozu i wiem, ze nie wszystkim ta kampania się podobała, chociaż nie mieli odwagi, by się jej w porę przeciwstawiać. Teraz nie da się już dłużej chować głowę w piasek. Trzeba zdecydować się, czy telewizja „publiczna” ma być nadal tubą tak brutalnie, jak dotąd, prowadzonej partyjnej propagandy i czy prokuratura ma nadal umarzać postępowania w sprawie mowy nienawiści, a nawet brać w obronę ludzi publicznie głoszących faszystowskie i rasistowskie poglądy. Losy dwóch mandatariuszy obozu władzy a zarazem najbardziej oczywistych symboli dotychczasowej polityki – Jacka Kurskiego i Zbigniewa Ziobry – zależą od tego, jak przywódca obozu rządzącego Jarosław Kaczyński oceni znaczenie polityczne tej sprawy.
Ma ona jednak drugi aspekt. Reakcja (zwłaszcza internetowa) na to, co stało się w Gdańsku, pokazuje, że morderca ma całkiem licznych fanów, którym nienawiść do „lewactwa” odbiera zdolność moralnej oceny i którzy oczekują od obecnej władzy co najmniej przyzwolenia na kontynuowanie dotychczasowej kampanii wrogości. Ludzie ci nie zrozumieją i nie zaakceptują jakiegokolwiek działania, które oznaczałoby wycofanie się obozu rządzącego z polityki tolerowania i cichego wspierania ich działań. Mają zaś zwolenników także w szeregach politycznych Prawa i Sprawiedliwości, o czym świadczy chociażby absencja radnych tej partii na posiedzeniu Rady Miejskiej w Łodzi poświęconym uczczeniu pamięci Pawła Adamowicza. W samym kierownictwie PiS widać wahania w tej sprawie. Nawet gdyby przyjąć kuriozalną tezę o niezamierzonym „spóźnieniu się” trzech bardzo ważnych polityków tej partii na posiedzenie Sejmu w czasie, gdy oddawano cześć zamordowanemu prezydentowi Gdańska, niewytłumaczalne pozostaje milczenie prezesa Kaczyńskiego przed i po tym incydencie.
Szef partii rządzącej jest więc między przysłowiowymi młotem i kowadłem. Cokolwiek zrobi, będzie to pociągało za sobą polityczne straty. Albo bowiem wahając się i cofając przed jednoznacznym potępieniem faszyzujących fanatyków skrajnej prawicy zrazi do swego obozu umiarkowanych, albo narazi się na to, że rozczarowani fanatycy opuszczą go i spróbują sił samodzielnie startując w tegorocznych wyborach. Gdyby do tego doszło, obowiązująca ordynacja wyborcza spowodowałaby, że dotychczasowy obóz rządzący w wyniku podziału utraciłby tę premię, która w 2015 roku przekształciła 37-procentowe poparcie wyborcze w absolutną większość sejmową. Były to koniec dotychczasowych rządów.
Dylematu podobnego nie ma idol polskiej prawicy – węgierski premier Victor Orban. Jego prawicowa i autorytarna partia wielu wyborcom jawi się jako umiarkowana przeciwwaga dla jawnie faszyzującej partii Jobbik, mającą drugą co do wielkości reprezentację parlamentarną. Orban jednak mógł sobie pozwolić na rezygnację z poparcia skrajnej prawicy, gdyż miał ( i ma ) do czynienia ze znacznie słabszą niż w Polsce opozycją demokratyczną. Dlatego Jarosław Kaczyński nie może, nawet gdyby chciał, wzorować się na swoim węgierskim idolu.
Wybór, przed którym stoi Jarosław Kaczyński, ma doniosłe i długofalowe konsekwencje polityczne. Nie idzie tylko o bardzo wysokie prawdopodobieństwo przegrania tegorocznych wyborów, ale także o charakter i los głównej partii prawicowej na wiele lat. Jeśli odetnie się ona od faszyzujących sojuszników ze skrajnej prawicy, utraci wprawdzie ich głosy, ale zachowa znaczną część umiarkowanych wyborców a z czasem może przekształcić się w normalną partię konserwatywną, posiadającą zdolność do skutecznej rywalizacji wyborczej. Jeśli natomiast w imię jedności swego obozu będzie tolerowała ich w swych szeregach, utraci poparcie umiarkowanych i na trwałe przekształci się w coś na kształt francuskiego Frontu Narodowego – partię stosunkowo silnie zakorzenioną w środowiskach skrajnie prawicowych, ale notorycznie niezdolną do wygrania wyborów.
W najbliższym czasie okaże się, jakiego wyboru dokona przywódca obozu rządzącego. Sprawdzianem będą nie słowa i gesty, lecz posunięcia personalne. Dwie osoby w stopniu szczególnie wielkim symbolizują dotychczasową politykę, przez co ich dymisja lub pozostanie przez nich na zajmowanych stanowiskach – bardziej niż jakiegokolwiek deklaracje – powiedzą nam, który wariant wyjścia z obecnego dylematu wybierze Jarosław Kaczyński. Są to prezes „publicznej” telewizji i minister sprawiedliwości.
Fatalnym ( dla rządzących) zbiegiem okoliczności dzieje się to na cztery miesiące przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które – lepiej niż sondaże socjologiczne – pokażą skalę poparcia dla obozu rządzącego. Wiele wskazuje na to, że nie będzie to sukces tego obozu, ale otwarte pozostaje pytanie, jak wielkie poniesie on straty i jak znaczna okaże się przewaga opozycji. Parę miesięcy później wybory parlamentarne przesądzą, czy nasz kraj kontynuować będzie marsz ku nowemu autorytaryzmowi, czy też stanie się pierwszym państwem, w którym ugrupowanie autorytarne utraci władzę w wyniku wyborów.
Niemal dwa lata temu, w tekście przeznaczonym dla międzynarodowego środowiska naukowego („New authoritarism in a comparative perspective”, Studia Sociologiczno-Polityczne, nr, 2, 2017) analizując sytuację polską na tle innych systemów „nieliberalnej demokracji”, sformułowałem tezę, że Polska może stać się pionierem w procesie odbudowy ładu demokratycznego w wyniku wyborczej porażki ugrupowania autorytarnego. Wtedy teza ta spotykała się ze sceptycyzmem, gdyż wiele wskazywało na bardzo mocną pozycję Zjednoczonej Prawicy i na słabość – podzielonej i skłóconej – opozycji. Początek 2019 roku – przez tragedię gdańską – zmienił obraz polskiej polityki. Dziś tylko waśnie i rozbicie opozycji mogłoby uratować Prawo i Sprawiedliwość przed utratą władzy.

Bigos tygodniowy

Po strasznym wypadku w Koszalinie moje długie i rozległe życiowe doświadczenie podpowiada mi, że Polska jest jednym wielkim koszalińskim escape roomem: ogromna część, jeśli nie większość urzędów, instytucji oraz firm najrozmaitszego autoramentu, od małych barów gastronomicznych i straganów z fajerwerkami po wielkie banki, tak właśnie działa: byle jak, bezmyślnie, bez zabezpieczeń, bez wyobraźni, w warunkach ogólnego bałaganu i niechlujstwa. Jedyną szczęśliwą w tych warunkach okolicznością, miłosiernym darem od Boga Przedwiecznego jest to, że nie wszędzie jest otwarty ogień.
*****
Barbara Nowacka ogłosiła swój projekt dotyczący rozdziału Kościoła od Państwa. Mimo gadania, że dziś mamy do czynienia z takim rozdziałem, Kościół był prawdziwie od Państwa oddzielony jeden raz w historii jedynie w Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Szkoda jednak, że projekt Nowackiej jest tak ostrożny, minimalistyczny i ogranicza się niemal wyłącznie do kwestii finansowych. Są ważne, ale niewystarczające, bo tu nie tylko o mamonę chodzi. Tymczasem ekstowarzyszce Aleksandrze Jakubowskiej, już pełną gębą stałej komentatorce w mediach Karnowskich, nawet to się nie podoba. Ta geszefciarka to wcielenie fałszu i oportunizmu politycznego. Trudno zapomnieć, jak z roli czołowej prezenterki „Dziennika Telewizyjnego”, przeskoczyła płynnie do służalczej, leśnej rozmowy z Tadeuszem Mazowieckim po jego nominacji na premiera w 1989 roku. A po latach jej szemrane manipulacje przy projekcie ustawy medialnej („i czasopisma”) walnie przyczyniły się do klęski SLD. O innych sprawach nie wspomnę. Tfu!
*****
PiS to formacja ludzi, w której szeregach występuje nadreprezentacja agresywnej, krwiożerczej, oszalałej nie tylko antykultury, ale także antynatury. To krwiożercze chamstwo, które nieustannie świerzbią ręce, by albo wycinać drzewa albo zabijać zwierzęta. Ostatnio głośno jest o decyzji ministra rolnictwa Ardanowskiego o wybiciu kilkuset tysięcy dzików i kilkudziesięciu żubrów, pod słabo uzasadnionymi pozorami. Buntują się nie tylko obrońcy zwierząt, ale nawet … myśliwi. „Pokot” Agnieszki Holland według powieści Olgi Tokarczuk, to nie metafora, to naturalistyczny film z życia polskiego.
*****
Nacjonalista, Łukaszenkowie i ekskukizowiec Andruszkiewicz, dziś w nacjonalistycznym i faszyzującym kole Kornela Morawieckiego „Wolni i Solidarni”, został wiceministrem cyfryzacji. Kolejny „Misiewicz” bez kompetencji na żołdzie PiS, ale warto też zwrócić uwagę na coś jeszcze gorszego. Po pierwsze, ta decyzja to wykwit prawdziwej mentalności pisowskiej, takiej prawdziwej, nie pozorowanej obwijaniem się we flagi unijne i okrzyki, że „Polska sercem Europy”. Po drugie, niemal równo rok po niesławnej pamięci nowelizacji ustawy o IPN, młody Morawiecki wystrzelił z tego samego pistoletu we własną stopę.
*****
Morawiecki wycofał projekt ustawy dotyczącej przemocy w rodzinie, z powodu haniebnego zapisu pozwalającego przejść do porządku dziennego nad pojedynczym aktem takiej przemocy. To już n-ta wycofka PiS z niefortunnego projektu, ale kluczowy jest tu fakt, że coś takiego w ogóle wysmażono w pisowskich gabinetach rządowych i długo tam trzymano. To właśnie, a nie wycofanie się pod presją i z lęku przed reakcją opinii publicznej, świadczy o prawdziwej mentalności tych ludzi. „Przemocą plus” – nazwała ten zapis Maja Ostaszewska. Z pisiorstwa nie po raz pierwszy wylazł, jak Jożin z Bażin, osławiony kołtun polski (plica polonica), w którego mentalności tkwi przywiązanie do możliwości „bicia baby, byle w domu, po cichu, byle nie za często”. To ten sam kołtun polski, którego tak sugestywnie opisał Julian Tuwim, choćby w „Kwiatach polskich”.
*****
Fraza o możliwości przegranych wyborach, nieobecna mediach PiS od jesieni 2015 roku, od kilku tygodni robi tam prawdziwą karierę i dogania liczbę migawek przedstawiających przewalające się pisiorskim w telewizorze worki z paczkami banknotów.
*****
Gnoje z „prolajfu” zakłócali ohydnym transparentem pogrzeb prof. Romualda Dębskiego
*****
Media doniosły, że przyboczne prezesa NBP Glapińskiego zarabiają bajońskie sumy. Zaniepokoili się tym nawet pisowcy: kancelista Dudusia Spychalski i senator w klubie PiS Jan Maria Jackowski oficjalnie zwracają się do Glapy o wyjaśnienia. Podobno Kaczor wypowiedział się gdzieś kiedyś o nim jako o najbardziej lubiącym „pieniądze i kobiety”. Czyli rewers psychiczny Prezesa, bo lubi to wszystko czego Prezes akurat nie lubi. Kiedyś na Wybrzeżu Gdańskim modne było powiedzenie o „najlepszym płatniku, grubym panu Ryśku”. Teraz najlepszy płatnik to Glapiński. W dwa miesiące po wybuchu afery KNF gorączka bankowa nie opuszcza PiS.
*****
Salvini kolejny miłośnik Putina po Orbanie został ulubieńcem PiS i odwiedza w tym tygodniu prezesa. Pisiory i ich media na Putina ujadają, ale może w końcu nadejdzie taki dzień, gdy PiS już otwarcie podzieli gusta swoich sojuszników.
*****
Po tragicznej śmierci pięciu dziewcząt w pożarze escape roomu w Koszalinie – porcja tragigroteski. Młody Morawiecki w towarzystwie Brudzińskiego i dwóch mundurowych komendantów prężyli się przed kamerami, na konferencji prasowej, jakby powrócili z wygranej bitwy.
*****
Jacek Kurski oświadczył, że „Wiadomości” TVP to potęga i jako jedyne pokazują prawdę o Polsce”. Czy jest na sali lekarz?