Kaczyński z Kościołem na czele polskiego nihilizmu

– Kaczyński, wychowany na wulgarnym, siermiężnym marksizmie lat sześćdziesiątych, uznał, że do swoich celów może użyć religii jako opium- uważa prof. ZBIGNIEWEM MIKOŁEJKO, filozof i historyk religii w rozmawie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Pierwsze pytanie kieruję do Pana Profesora jako do filozofa religii. Gdy słyszy Pan lub przypomina sobie słynną formułę Marksa o religii jako opium ludu, myśli starożytnego ateisty Lukrecjusza religijne poglądy Feuerbacha, barona d’Holbacha, księdza Jeana Meslier, Nietzschego etc. i innych klasyków ateizmu, to co Pan myśli?

Że są ciągle aktualne. Zwłaszcza formuła Marksa o religii jako „duszy bezdusznych stosunków”, „westchnieniu uciśnionego stworzenia”, „kwiatach kładzionych na kajdany”.

Czy Kaczyński idzie za tą myślą Marksa, dekretując tak dobitnie, jak nigdy dotąd, kilka tygodni temu na konwencji PiS w Lublinie, sojusz Państwa i Kościoła, dawniej nazywanego sojuszem Tronu i Ołtarza?

Tak uważam. Kaczyński, wychowany na wulgarnym, siermiężnym marksizmie lat sześćdziesiątych, uznał, że do swoich celów może użyć religii jako opium. Uczynił to na zimno, cynicznie, bo myślę że nie jest człowiekiem wierzącym, ale zdał sobie sprawę, że trzeba ludzi zaczarować czy otumanić. Użył do tego, z wprawą starego, cynicznego „aparatczyka”,odmiany słynnej niemieckiej triady:Kűnder, Kűche und Kirche (dzieci, kuchnia i kościół), czyli trzech swoich „k”: kłamstwo, kościół, kasa. Taka operacja obezwładnia znaczną część społeczeństwa i daje potrzebne jej złudzenia: złudzenie dobrostanu, złudzenie sprawiedliwości społecznej, a także przyzwolenie na swobodne ujawnianie złych instynktów społecznych, które płyną z Schadenfreude, złej radości. Oparte jest to na mechanizmie psychologicznym, zgodnie z którym adresat takiego impulsu wie, że wiele nie osiągnął, że niewiele znaczy i że nie zostanie dostatecznie gratyfikowany, ale za to może patrzeć. jak „dowala się” znienawidzonym elitom – tym sędziom, uczonym, lekarzom, artystom, politykom z pierwszych stron gazet, opozycyjnym publicystom, ludziom z wielkich miast. Odwołam się tu do książki Petera Sloterdijka o gniewie. Pisze on w niej o tworzeniu tak zwanych banków gniewu -zasobników nienawiści zbiorowej, sterowanej dawniej przez autorytety religijne, na przykład autorów biblijnych „psalmów złorzeczących”, a w nowoczesnym świecie przez ideologów bolszewizmu „czerwonego” i „czarnego”. Sloterdijk utrzymuje przy tym – nie wiem, czy słusznie? – że koniec pewnego typu mesjanizmów świeckich, komunizmu w sowieckiej wersji oraz nazizmu, położył kres takim projektom w skali powszechnej, światowej. Kaczyńskiemu udało się to w skali lokalnej, polskiej, takie banki nienawiści – gniewu niby to „ludowego” – po stworzyć. Mogło się to udać dlatego, że zawiódł też w znacznej mierze i mesjanizm liberalny, który ma pewne cechy innych mesjanizmów świeckich – nie pod względem treści, ale z punktu widzenia samej struktury budowania nadziei, jej mechaniki i funkcji.Nie wszyscy zatem „załapali się” na dobrodziejstwa liberalizmu i zostawił on samym sobie również chmary ludzi odtrąconych, zdegradowanych czy przegranych. Rzecz jednak w tym, że ów „ludowy gniew” tylko w pewnym zakresie jest gniewem tych rzeczywiście przegranych. Po pierwsze bowiem – wbrew temu, co utrzymuje chociażby profesor Maciej Gdula – nie ma w Polsce od dawna żadnej „klasy ludowej”. W wyniku powojennej modernizacji, industrializacji i urbanizacji, w rezultacie wielkich i nierzadko dramatycznych procesów migracyjnych przestał istnieć ów tradycyjny „wiejski lud polski”, tak dobrze znany etnografom czy socjologom przedwojnia. A po roku 1989, w przyspieszonym, konwulsyjnym procesie nastąpił także kres „wielkoprzemysłowej klasy robotniczej” z jej szczególną kulturą i etosem. Dziś zatem, jak uważam, w Polsce dominuje mentalność drobnomieszczańska w różnych wcieleniach, a dawny „lud” należałoby teraz opisywać w kategoriach właściwych dla socjologii anglosaskiej: jako „niższą klasę średnią”, „klasę niższą”, wreszcie underclass, czyli środowiska radykalnego ubóstwa, skrajnie zdegradowane w społecznym, kulturalnym, materialnym wymiarze. Po drugie, gniew taki w znacznej części żywią ludzie mający się całkiem nieźle, nawet znakomicie, ludzie, dla których ten gniew jest „solą” ich działania. Weźmy więc Kościół katolicki, który się do budzenia tego gniewu świetnie strukturalnie nadaje. Przecież tacy organizatorzy nienawiści, jak biskupi Jędraszewski, Mehring czy Depo mają się doskonale, a nienawiść krzewią wszem i wobec, nieustannie wskazując wroga, jakąś „zarazę”. Na tym tle właśnie dokonuje się ścisła współpraca PiS z Kościołem: można by nawet sparafrazować znane hasło minionego systemu: „Mówimy Kościół, a myślimy Partia, mówimy Partia, a myślimy Kościół”. Cały czas tu zatem jesteśmy w przestrzeni mentalności polskiej lat sześćdziesiątych, może nawet po trosze lat stalinizmu – tam są korzenie wielu składników obecnej mentalności Polaków. Przetrwała ona demontaż dawnego systemu i jest dziedziczona, po rodzicach i dziadkach, co widzę nawet u niektórych studentów Uniwersytetu Warszawskiego i innych stołecznych uczelni. Ale nie tylko o to chodzi. Przywołam głośną kilka lat temu sprawę zabójczyni własnego dziecka, Katarzyny Waśniewskiej. Najpierw grała ona na mentalności wywodzącej się z katechizmu, opartej na współczuciu, na pobożnych obrazkach „Mater Dolorosa”, Matki Boleściwej, która utraciła Dzieciątko, a potem, kiedy jej zbrodnię wykryto, natychmiast oparła swój „przekaz” na przesyconym tanim erotyzmem wzorcu popkulturowym – na odgrywaniu roli wampa czy kobiety fatalnej i nieszczęśliwej, na półnagich zdjęciach na koniu, na tańcach przy rurze, na opowieściach o złych doświadczeniach seksualnych. Bo polską mentalnością rządzą też, współgrając ze sobą, dwa inne jeszcze zasobniki wzorców i języka wyrazu: skarlały, szczątkowy, zdeformowany katechizm katolicki i tandeta popkulturowa. Najpierw więc mieliśmy tu tandetę „ducha”, a potem tandetne „ciało”, rodem z prasy kolorowej. A jednocześnie tym, co rządziło Waśniewską, było poczucie braku znaczenia, z którego chciała się za wszelką cenę wydobyć. I dokonała tego przez transgresję w postaci zbrodni. To właśnie poczucie braku znaczenia rządzi znaczną częścią polskiego społeczeństwa (ci, którzy tego nie rozumieją, przegrywają wybory). Wykorzystał to Tadeusz Rydzyk, zjednując sobie ludzi żyjących w poczuciu wykluczenia. I powiedział im: jesteście „solą tej ziemi”, jesteście Kimś. I ujął to w język gniewu i przemocy, rzekomo wyzwolicielski, pozwalający im odreagować stygmatyzacje, które na nich spadły.

A jednocześnie na tym tle pojawiło się w ostatnich kilku latach, ostatnio szczególnie intensywnie, zjawisko w Polsce do tej pory właściwie w tej skali i postaci nieznane: akty agresji i szyderstwa w stosunku do Kościoła, jego funkcjonariuszy, w stosunku do religijnych symboli. Czy to reakcja na inwazję politycznego klerykalizmu, zwłaszcza ze strony części młodego pokolenia, które jak wskazują badania, radykalnie i w rekordowym tempie się laicyzuje?

Słusznie pan użył słowa „części”, bo inne są postawy młodzieży wielkomiejskiej, a inne wiejskiej (wynika to z badań). Odpowiadając wprost: po części tak, choć w każdym społeczeństwie, po różnych stronach światopoglądowo-politycznych, są osoby skłonne do publicznej ekscesywności. Wspomniane przez pana akty antyreligijne są więc przejawem tego właśnie zjawiska – dlatego różni ludzie wpadają do kościoła w czasie mszy, smarują na murze świątyni antykościelne hasła. Skądinąd właśnie przeciw takim aktom skierowane było ostrze przedwojennej ustawy o ochronie uczuć religijnych: głównie chodziło o ochronę obrzędów i obiektów religijnych przed napadami. Obecna polska ustawa jest poszerzona o ochronę warstwy werbalnej, symbolicznej, w tym sensie jest bardziej restryktywna. Niemniej jednak, będąc ateistą, jestem sceptyczny co do wyłącznie dobrych skutków, jakie przyniosłaby dokonująca się laicyzacja, zwłaszcza młodego pokolenia. Szczególnie we wschodniej części Polski, w tych Białystokach, Jarosławiach, Kodniach, religia jest jedynym spoiwem społecznym i bez niej więzi społeczne całkowicie by się rozpadły, podległy atrofii. To już tam następuje w postaci zaniku sensu zbiorowego istnienia. Te więzi są co prawda po części konformistyczne (chodzenie do kościoła bez wiary), ale trwają. W pięknym mieście Jarosławiu, pełnym wspaniałych zabytków, nie ma gdzie doprawdy przenocować i zjeść cokolwiek. Do tego w Polsce, wraz z likwidacją wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, zniknęła – jak wspomniałem – obyczajowa kultura robotnicza, zastąpiona mentalnością drobnomieszczańską z jej wsobnością i egoizmem. Dziś więc powtórka Sierpnia ’80 byłaby niemożliwa. Dziś figurą społeczną jest „rwacz” z powieści Erenburga, człowiek przychodzący znikąd i bezwzględnie garnący do siebie, człowiek o szczególnym poczuciu estetycznym – wyznawca plastikowej rzeczywistości rodem z reklam (plus grill i piwo). Podobnie jest na Zachodzie, stąd i tam tęsknota za wspólnotami plemiennymi.

Czyli nawet ateiści, sceptycy, antyklerykałowie powinni sobie powiedzieć: nie lubimy Kościoła, jego formy funkcjonowania w Polsce są antypatyczne, szkodliwe i godne szyderstwa, ale musimy łykać tę pigułkę w imię wyższego celu, jakim jest ocalenie elementarnych więzi społecznych, zwłaszcza na prowincji?

Można by to i tak ująć. Kapitał społeczny na prowincji, zwłaszcza południowo-wschodniej, jest bardzo nikły na ogół. W takim Kodniu, gdyby nie kościół z „cudownym obrazem” i liczne pielgrzymki, nie byłoby toalety i nie byłoby gdzie zjeść.

Czy to znaczy, że choć po części powinniśmy przyznać rację Kaczyńskiemu, gdy broni Kościoła?

Ani trochę. To przypadkowa zbieżność materii. Gdyby chciał on wykorzystać Kościół jako dźwignię cywilizacyjną, działałby inaczej. O to mu zupełnie nie chodzi. Obywatel cywilizowany i świadomy jest mu nie tylko niepotrzebny, ale jest zawadą. Potrzebny mu jest obywatel znarkotyzowany obrzędami i ulegający nienawistnym hasłom pewnych hierarchów. Nie jest o to trudno, bo polski katolicyzm jest rytualny, pusty, nie związany z żadną metanoią, przemianą, z otwarciem na bliźniego. Szkoda więc, że to taki lichy katolicyzm jest spoiwem społecznym.

Czy w Polsce jest duży potencjał laicyzacyjny? Na oko wygląda, ze tak: sekularyzacja młodzieży, spadek zainteresowania katechezą szkolną, wyraźne zmniejszenie liczebności pielgrzymek, nawet te 60 tysięcy uczestników modlitewnej akcji „Polska pod krzyżem”, to niewiele jak na przeszło 30-milionowy naród…

Trudne pytanie. Polacy się laicyzują, ale nie wychodzą ze starych dekoracji. Inna sprawa, że to nie zawsze są tylko niewinne dekoracje. W Polsce południowo-wschodniej nie respektuje się nawet obecnej restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, fałszywie zwanej „kompromisem”, bo szpitale zbiorowo podpisały pod naciskiem Kościoła klauzule sumienia. Tam legalnie nie sposób przerwać ciąży.

Czyli polski model laicyzacji jest dokładną przeciwnością francuskiej: tam w 1905 roku nastąpił radykalny rozdział Kościoła od Państwa i trwa do dziś, w zimnej, administracyjnej postaci?

Tak, ma pan rację, a podobnie było we Włoszech czy Hiszpanii. W Polsce będzie więc istniała „wydmuszka”: w środku pusta skorupa katolicka. Skorzystać z niej jednak może tylko Kaczyński i jego partia, inni żywią dziwnie uporczywe złudzenia.

Tylko czy taka skorupa może długo istnieć bez treści, nie sklęśnie jak balon bez powietrza?

Może – i to bardzo długo. A szkoda, że tylko skorupa, bo chrześcijaństwo wprowadziło do naszej mentalności, poprzez wizję męki i śmierci Chrystusa, pojęcie „ciała cierpiącego” i „miłości bliźniego”, którego nie było w antyku „pogańskim”. I mimo prześladowań religijnych, stosów, inkwizycji etc. Kościół jednocześnie krzewił te pojęcia, a także to on, jako pierwszy, zorganizował opiekę nad starymi i chorymi, jałmużnictwo, dowartościowanie człowieka ubogiego („res sacra miser”), dowartościowanie współczucia. Była w tym sprzeczność, ale nie można tego nie uwzględnić. Mało kto wie, że prześladowaniom czarownic, procesom o czary i paleniu ich na stosach kres położyła w XVII wieku inkwizycja hiszpańska w Kraju Basków, bo uznała to za niechrześcijański przesąd. Wszystko to mówię jako człowiek niewierzący i niepraktykujący, który w wieku jedenastu lat rozstał się z Kościołem.

Gdzie tkwią antropologiczne, może podświadome, głębinowe źródła polskiego przywiązania do religii? Nie mam na myśli znanych powszechnie przyczyn historycznych.

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć „jednym tchem”. Ale spróbuję. Po pierwsze, to jest najłatwiejszy i najbardziej w Polsce dostępny stygmat tożsamości plemiennej czy kulturowej – taki „stempelek ma łeb”, że jest się Polakiem (to pokłosie tego, co Stefan Czarnowski, wybitny przedwojenny socjolog, rozpoznawał w „religijności wiejskiego ludu polskiego” jako „nacjonalizm wyznaniowy”, w prosty sposób pozwalający odróżnić „swoich” od „obcych”). Po drugie, w ścisłym więzi z poprzednim, o czym wspominałem już przy Waśniewskiej, to kalekie, szczątkowe instrumentarium – zespół obrazów i pojęć, który z braku innej paidei, pozwala jakoś wyrazić siebie i opisać świat. Po trzecie wreszcie, katolicyzm polski, z powszechnie znanych powodów historycznych, przybrał postać radykalnej „religii życia”, pewnego sposobu egzystencji, poza którym wielu ludzi nie jest w stanie sobie wyobrazić odmiennego trybu czy stylu istnienia. Inna sprawa, że bywa on z tego powodu tylko surogatem autentycznego życia albo maską albo skorupą, skrywającą bardziej jeszcze archaiczne czy wręcz atawistyczne, w każdym razie przedchrześcijańskie warstwy mentalności, także te – niestety – związane z przemocą i solidarnością gromady. Mówią o tym Chłopi Reymonta, a bardziej jeszcze poświadczyła to np. „bożonarodzeniowa zbrodnia” ze Zrębina w 1976 roku – gdzie na oczach kilkudziesięciu osób wracających z „pasterki”, zaprzysiężonych potem na różaniec i do tej pory trwających w milczeniu, zamordowano, w akcie rodowej zemsty, 18-letnią dziewczynę w ciąży, jej 24-letniego męża i 12-letniego chłopca. A podobne cechy nosi też zbrodnia na Iwonie Cygan. To zresztą zjawisko trwałe, kulminujące ongiś w rozmaitych wydarzeniach pogromowych czy w tzw. rabacji krakowskiej 1846 roku, kiedy to chłopi pod wodzą Szeli ogłosili, że „Najjaśniejszy Pan zawiesił przykazania na trzy dni”, można więc bezkarnie „rżnąć ciarachów”, czyli szlachtę, „Polaków”. Znamienne, że trwałością tego rodzaju charakteryzują się bastiony pisowsko-kościelnej władzy, czyli te obszary, gdzie formalny katolicyzm, mierzony udziałem we mszach niedzielnych, jest najmocniejszy: Tarnowskie, Podkarpacie, Kielecczyzna, wschodnie Mazowsze, Podlasie.

W przywołanym wcześniej przemówieniu w Lublinie powiedział Kaczyński, że poza Kościołem katolickim jest tylko nihilizm. Jaką ma Pan na to odpowiedź?

Jest inaczej, jest znacznie gorzej. To Kościół katolicki w Polsce spaja nihilistów. Widać to choćby z serii ostatnich wydarzeń aferalnych w szeregach władzy. Szkoda, że Kaczyński nie ma elementarnej wiedzy filozoficznej. Gdyby ją miał, wiedziałby, że nie tylko przed katolicyzmem, ale i przed chrześcijaństwem istniała bogata myśl moralna: Arystoteles, Platon, Sokrates, praojciec naszych systemów moralnych, stoicy, cynicy z Diogenesem i jego ideą ubóstwa, których myśl była niekiedy bliska Ewangelii chrystusowej, konfucjanizm, religijny żydowski system etyczny. I pewnie nie do końca jest świadom, że to on przyciągnął do siebie drobnomieszczańskie, egoistyczne, zachłanne środowiska i do nich się odwołuje. Niczego dobrego w sferze społecznej „dobra zmiana” bowiem nie uczyniła. Nie spoiła narodu, utrwala tylko jego partykularne instynkty. Ożywiła nadto powidoki, zjawy, upiory najgorszych, przeżytych ideologii, które wampiryzują Polskę, w tym kontrreformacyjny, polityczny katolicyzm i nacjonalizm. Trzeba by je wyegzorcyzmować. To pachnie czasami saskimi, wystarczy poczytać Szujskiego, Bobrowskiego, Skargę, Jasienicę. Bardzo więc żałuję, że w Rzeczypospolitej nie zwyciężył protestantyzm, nie powstał kościół narodowy, a było od tego o krok za Zygmunta Augusta. Ruch egzekucyjny pod wodzą Jana Zamoyskiego dokonał co prawda pewnych reform, ale udało mu się to tylko połowiczne. Tym partykularyzmem zatraciliśmy w Polsce państwo, a szlachta poszła pod lipę pić miód i drzemać, a z drzemki obudziła się w objęciach agresywnych sąsiadów. To zjawisko kapitalnie ukazała Hanna Malewska w powieści „Panowie Leszczyńscy” Kaczyński proponuje to samo – idźcie pod lipę, pijcie miód. A my się zajmiemy polityką. To Jarosław Kaczyński jest wodzem polskiego nihilizmu. I to wszystko nazywane jest – o zgrozo! – konserwatyzmem, choć od konserwatyzmu odległe jest o sto lat świetlnych. To nie ma z nim nic wspólnego. To nie konserwatyzm, to brutalny arywizm. Marian Zdziechowski, mistrz duchowy prawdziwych konserwatystów chrześcijańskich, przewraca się w grobie.

Co będzie dalej?

Musi nastąpić implozja, a wiele zależeć będzie od postaw elit liberalnych i lewicowych. Niestety, zauważam tam skłonność do trwania w starych schematach, stare śpiewki. Na przykład ostatnio pan Czarzasty, którego skądinąd bardzo lubię, bo to sympatyczny i inteligentny człowiek, złożył taką deklarację w sprawach kościelnych, która niebezpiecznie przypomniała mi alianse dawnych, lokalnych baronów SLD-owskich z biskupami, w czasach rządów tej formacji. To błąd, bo Kościół nigdy nie postawi na lewicę, a ta nigdy nie przelicytuje Kaczyńskiego. To samo dotyczy bliskich mi liberałów.

Ten „imposybilizm” w stosunku do Kościoła dotyka także radykalnych ateistów. W odpowiedzi na deklarację jednej z ważnych postaci polskiego ateizmu, że „nie chcą naprawiać religii, chcą się jej pozbyć” powiedziałem, że mają tak wielki cel, a od trzydziestu lat nie mogą zrealizować zamiaru wystawienia pomnika ani nawet skromnej tablicy ojcu polskiego ateizmu Kazimierzowi Łyszczyńskiemu, który jest patronem organizacji, którą przywołana osoba kieruje. Z czym do ludzi? – chciałoby się powiedzieć. Do tego zawsze mówią, nawet Jana Hartman, że to jeszcze nie ten czas, żeby budować pomniki ateistom. Ręce opadają…

O tym wszystkim zadecydowała śmierć konkurencyjnej wobec katolicyzmu paidei, czyli wychowania do demokracji i udziału w kulturze, oraz mitów społecznych, n.p. całkowicie zaprzepaszczono dorobek polskiego arianizmu i Akademii Rakowskiej. A wracając do przywołanej przeze mnie implozji: sytuacja w Polsce trochę mi przypomina wczesny okres Mussoliniego, po zabójstwie socjalisty Matteottiego w 1924 roku. Mussolini popadł na tym tle w depresję z lęku, że oburzenie społeczne spowodowane mordem na opozycyjnym dziennikarzu obali go. Zamknął się w swoim pałacu, nawet przestał przyjmować kobiety. Gdyby wtedy liberalno-lewicowa opozycja, która jeszcze nie siedziała więzieniach, wzięła się do dzieła, mogła skończyć z Mussolinim. Zachowała się biernie i to ją zgubiło. Jest tu pewna analogia z obecną sytuacją polską. Jest jeszcze czas na odsunięcie Kaczyńskiego i jego obozu. Jeśli się teraz nie uda, może być za późno na bardzo długie lata, nie tylko na jeszcze jedną kadencję.

Dziękuję za rozmowę.

Zbigniew Mikołejko – ur. 24 lipca 1951w Lidzbarku Warmińskim -filozof i historyk religii, eseista, poeta. Autor, m.in. książek: Katolicka filozofia kultury w Polsce w epoce modernizmu(1987),Kim jestem dla ciebie…(1987),Elementy filozofii(siedem wydań, 1998–2008);Mity tradycjonalizmu integralnego(1998),Emaus oraz inne spojrzenia do wnętrza Pisma(1998), Żywoty świętych poprawione (2001, 2004, 2011), Śmierć i tekst. Sytuacja ostateczna w perspektywie słowa(2001),W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”(2009), We władzy wisielca, t. 1:Z dziejów wyobraźni Zachodu(2012), We władzy wisielca, t. 2: Ciemne moce, okrutne liturgie (2014), Żywoty świętych poprawione ponownie (2017), Gorzkie żale (2017), Między zbawieniem a Smoleńskiem. Studia i szkice o katolicyzmie polskim lat ostatnich (2018), Prowincje ciemności. Eseje przygodne(2018), Heilsberg, to miasto (2018).

Bigos tygodniowy

„Republika Bana-siowa”. Dobre i trafne. Kupuję.

Ćwierćinteligent z tytułem profesora i w randze ministra kultury, po czterech miesiącach od konkursu na dyrektora Muzeum Żydów Polskich „Polin” nadal blokuje objęcie stanowiska przez zwycięzcę, profesora Dariusza Stolę. Panie Gliński, kończ waść, wstydu oszczędź. Bo jak się Żydzi zdenerwują, użyją swoich mocy i się odwiną, to waści pogonią takiego kota jak prawie trzy lata temu po zmianie ustawy o IPN i znów będziecie uciekać w popłochu gubiąc gacie. A wtedy będzie wstydu co niemiara. Już jest.

„Zasada autonomii wymaga, aby organy państwa w swoich relacjach z instytucjami kościelnymi opierały się na współdziałaniu, rezygnując z wykorzystywania swoich uprawnień władczych w sposób antagonistyczny” – to fragment pisma zawierającego wytyczne, jakie Prokuratura Krajowa miała skierować do prokuratur w całym kraju, a które to pismo przeniknęło do mediów. Ta monstrualnie skandaliczna dyrektywa nakazuje rezygnację ze stosowania prawa do przestępczych działań funkcjonariuszy kościoła kat. Już bezczelny Głódź gdański odmówił kontynuowania sprawy jednej z ofiar Jankowskiego.

Kryzys w szpitalnictwie i perturbacje w rolnictwie to dwa podstawowe zakłócenia PiS-owi spokoju w prowadzeniu kampanii wyborczej. Pojawiły się jak niespodziewane wrzody na dupie. Ta zapaść kadrowa w szpitalach, zamykanie placówek zwaliło się na PiS jak belka na łeb w kościele. Z tajnej konferencji ministra rolnictwa z ARiMR przeciekło też nagranie słów Ardanowskiego Jana, że kłopoty są takie, iż „nie da się ich zwalić na poprzedników”. I tylko nauczyciele, jak to dupy wołowe, dają się jeść PiS-owi w kaszy i proklamowali strajk włoski na czas po wyborach. Pomoże im to jak umarłemu kadzidło, bo strajk włoski nie jest dokuczliwy dla władzy. Dzieci się zmartwią, że nie pojadą na wycieczkę, ale ucieszą, bo nie pójdą na dodatkowe zajęcia. Rodziców to niewiele ruszy, skoro dzieci będą chodzić do szkoły, a brak wycieczek, to dla nich tylko oszczędność.

Dało się słyszeć szum propagandowy wokół perspektywy beatyfikacji kardynała-prymasa Wyszyńskiego Stefana. W TVPiS z tej okazji odbył się istny klerykalny paroksyzm i wylew katolickiej wazeliny. A to przecież Wyszyński był jednym z budowniczych pychy i rozpasania Kościoła katolickiego w Polsce, więc w jakimś sensie jest praojcem plagi pedofilii, chciwości materialnej oraz heroldem przyszłej bezkarności kleru. Poza tym ta lawina frazesów o pokojowej, koncyliacyjnej, wypływającej z miłości bliźniego postawie Wyszyńskiego, o tym że był gołąbkiem pokoju, niezupełnie jest zgodna z prawdą. Dywizji, podobnie jak papież, nie miał, więc nie mógł walczyć z władzą PRL, potrafił lawirować, ale to był w gruncie rzeczy wojowniczy ideolog marzący o Polsce w postaci Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, o czym świadczą już jego przedwojenne pisma.

Jerzy Stuhr oburzył PiS swoją uwagą o tym, że elektorat obecnej władzy, to potomkowie chłopów pańszczyźnianych, a ich obecna dominacja i walka z elitami to forma zemsty za wielowiekowe uciemiężenie przez szlachtę, czyli „ciarachów”. Stuhr powrócił do wątku starego, już historycznego, sięgającego jeszcze połowy XIX wieku. Krakowska rabacja 1846 roku, czyli chłopska, z Jakubem Szelą na czele, rzeź szlachty, to istotnie była zemsta za uciemiężenie i upokorzenie. Mowa o tym m.in. w „Weselu” Wyspiańskiego, w dialogu Dziennikarza z Gospodarzem. Kolejnym etapem tej zemsty miała być była wroga postawa chłopów w stosunku do szlacheckiego powstania styczniowego 1863. Motyw mniej czy bardziej skrytej nienawiści chłopów do szlachty, to stary wątek, jedna z form walki klasowej. A czy to rzeczywiście przełożyło się na świadomość czy podświadomość współczesnych potomków włościaństwa polskiego? Bo ja wiem? Teza to efektowna, ale publicystyczna i meta-ideologiczna, bardzo trudna do empirycznego udowodnienia.

Pożal się boże przedwieczny – minister kultury, wspomniany już wyżej, oświadczył, że wypożyczy Luwrowi „Damę z łasiczką”, jeśli Luwr wypożyczy Muzeum Narodowemu w Polsce „Monę Lisę”. Dowcipny człowiek, dowcipem wprost z Monthy Pytona.

A pisowski Ogórek, dawna mianowanica prawicowego polityka Leszka Millera (dziękujemy!) szaleje jak cała TVPiS i wyrzuca ze studia telewizyjnego osoby mówiące jej w oczy prawdę o jej kłamstwach i manipulacjach. A główne kłamstwo TVPiS polega w tym momencie na tym, że milczy jak głaz o horrendalnej sprawie zblatowania z gangsterami szefa Krajowej Administracji Skarbowej, Ministra Finansów i szefa Najwyższej Izby Kontroli, a grzeje niczym trzęsienie ziemi jakieś durne, knajackie i bez znaczenia chełpliwe bredzenia Sławomira Neumana sprzed dwóch lat.

„Haratanie w gałę” pojawiło się expressis verbis w tekście programu PiS. Widać, że Przewodniczący Mało osobiście maczał palce we frazeologii dokumentu. Czyżby to wyraz kompleksu niewysportowanego maminsynka, nie potrafiącego trafić nogą w piłkę, bitego przez silniejszych kolegów na podwórku – kompleksu w stosunku do wysportowanego gdańskiego ulicznika-łobuziaka Donalda z ulicy Aksamitnej? A przecież Marek Kondrat, znany aktor, kolega podwórkowy braciszków Kaczyńskich opowiadał kiedyś w wywiadzie, że były to dokuczliwe łobuzy, które ciągle coś tam podpalały i niszczyły na osiedlu. I tak zostało.

Przewodniczący Mało najwyraźniej, jak człowiek stworzony do roli dyktatora, fascynuje się budowaniem. Faraonowie budowali sfinksy i piramidy, cezarowie rzymscy – cyrki i posągi na kolumnach, Stalin – Biełomor Kanał. Przewodniczący Mało też chciałby zostać Wielkim Budownikiem (jedno z masońskich określeń Istoty Boskiej), ale na razie więcej fantazjuje niż buduje. O odbudowie zamków kazimierzowskich dawno już się nie mówi, z wież Srebrnej nic nie wyszło, poza wycięciem lasu ani drgnęła budowa kanału na Mierzei Wiślanej, w budowie jest kilka muzeów (można n.p. zobaczyć dość rozbabraną budowę jednego z nich nieopodal Cytadeli warszawskiej). Ostatnio Wielki Budownik mówił o odbudowie przemysłu chemicznego. Jeszcze nam murarzem zostanie na stare lata.

Z braku realnych sukcesów budowlanych, PiS kontynuuje festiwal niepohamowanych, oszalałych i nierealnych obietnic.

Na koniec, tuż przed wyborami, 7 nazwisk liderów listy hańby i niesławy TVPiS, „haniebna siódemka” najbardziej gorliwych pisowskich propagandystów: Magdalena Ogórek, Danuta Holecka Jacek Łęski, Michał Rachoń, Adrian Klarenbach, Michał Adamczyk, Jan Pospieszalski.

Bigos tygodniowy

Jak wynika z afery Banasia, bądź co bądź podobno głównego machera operacji „uszczelnienia luki vatowskiej”, Polska PiS nierządem i pokojami na godziny stoi. Co gorsza, Banaś zamiast zostać wyrzuconym na zbity pysk jak Piebiak, udzielił sobie urlopu, a chwilę przedtem, zrobił czystkę w kierownictwie NiK i powołał na wickę niejaką panią Motylow, jakąś znajomą Kaczyńskiej Marty. Pani Motylow była nawet podobno na którymś z niezliczonych ślubów pani Marty. Jak śpiewano przed wojną, w sanacyjnej Warszawie: „Czy pani Marta jest grzechu warta?”.

Wyjątkowo bezczelna jest narracja PiS, który powiada, że może Banaś może tam coś i mieć za uszami, ale przecież druga strona ma Nowaka, Kropiwnickiego czy Gawłowskiego. Ale ich roli nie da się nawet porównać do wagi funkcji Banasia! Żaden z nich nie był i nie jest szefem Krajowej Administracji Skarbowej, ministrem finansów ani szefem NIK. A poza tym, co łączy Banasia ze „złotym” osobnikiem z hotelu na godziny, że tak błyskawicznie odebrał od niego telefon? On, tak wysoko usytuowany dygnitarz!

Niespodziewanie furiacki atak PiS na „Sok z buraka” (TVPiS od ponad tygodnia grzeje ten temat) nie wziął się z niczego, lecz z zaniepokojenia reżymku dużym zasięgiem portalu (około miliona użytkowników). Chodzi też o wbijanie we łby publiczności komunikatu: krytyka władzy to niedopuszczalny skandal. Niepokoi ich też fakt, że poetyka „Soku z buraka” dobrze trafia do mentalności i estetyki bliskiej młodzieży, która w swojej masie, wyłączając młodzież pielgrzymkową i innych „świętych młodzianków”, na ogół lubi tzw. „bekę”.

Podobne są przyczyny wściekłego, wręcz furiackiego ataku na skromną wrocławiankę Klaudię Jachirę. Z niewinnego warzywnego żartu „Bób, hummus, włoszczyzna” i kpinek mięsno-smoleńskich w stylu odrobinę kojarzącym mi się z makabryzującą poetyką rysunków Rolanda Topora (ciała ludzkie przepuszczane przez maszynkę do mięsa itp.) zrobili zbrodnię stanu. Tu także chodzi o komunikat: z władzy drwić nie wolno. Dlatego hitlerowcy za okupacji w Warszawie tak prześladowali „zakazane piosenki” i „bekę” z hitleriady. Totalniacy najbardziej boją się śmieszności i ośmieszenia, bo na „powadze” budują swój „autorytet”.

Niestety, bardzo brzydko, nielojalnie traktują Klaudię Jachirę kandydaci Koalicji Obywatelskiej. Od Grzegorza Schetyny wszyscy pytani o nią, mniej czy bardziej wyraźnie się odcinają (w cwanym stylu: „to nie mój język”). Akurat w sprawie Jachiry nie sposób uwierzyć, że nie wiedzieli, kogo przyjmują na listę. A skoro ją przyjęli, to powinni jej lojalnie bronić lub milczeć. Nawiasem mówiąc, osobiście żałuję, że Jachira nie jest na liście Lewicy. Natomiast cieszy mnie, że nie ma na niej Moniki Jaruzelskiej, zwłaszcza po jej ostatnich, obrzydliwie plotkarsko-maglarskich wycieczkach w stronę Włodzimierza Czarzastego i Anny Marii Żukowskiej.

W cotygodniowym programie „Przegląd Rzeczypospolitej” w Polsat News (28.09), prowadzący Bogusław Chrabota, naczelny „Rzepy”, określił przeszłą reputację Banasia Mariana jako „nieposzlakowaną” czy „nieskazitelną”, bo rzeczony należał do solidarnościowej opozycji i siedział w więzieniu. Nie rozumiem tej bezkrytycznej, ryczałtowej sakralizacji solidaruchostwa i solidaruchowszczyzny. Nie rozumiem dlaczego każdy solidaruch miałby być „nieskazitelny” czy „nieposzlakowany”, od kolebki po zgon, bez względu na to co czynił po drodze, tylko dlatego, że siedział w kryminale? Podobnie jest z sakralizacją Armii Krajowej, którą tak podobno „obraziła” Jachira udziałem w słitfoci pod pomnikiem nieopodal Sejmu. AK to był półmilionowy konglomerat osób najrozmaitszego elementu. Byli w nim i idealistyczni przedwojenni podchorążowie z harcerską proweniencją, osoby pokroju Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ale był też element kryminalny (ówczesna odmiana typa w rodzaju „złotego” znajomego Baniasia) czy faszyzująco-antysemicki (m.in. mord bandyckiej grupy Andrzeja Sudeczki na liberalno-lewicowych oficerach konspiracyjnego Biura Informacji Prasowej AK, Makowieckim i Widerszalu) i temu podobna menażeria ludzka.

W poprzedniej „Gazecie Polskiej” (co tydzień). Macierewicz i Wąsik ze służb unoszą się nad tym, jakie to „uczciwe i czyste państwo”, „troszczące się o wspólne dobro” zbudowało PiS. Po krakowskiej, burdelowej aferze Banasia („Dzwonić do Banasia”) te ich inwokacje brzmią jeszcze bardziej komicznie. No, niestety, cykl wydawania tygodnika ma swoje walory, ale i swoje wady.

„I have a dream”. Miałem sen. Śniło mi się, że jestem w obozie odosobnienia zorganizowanym przez PiS dla „gorszego sortu”. Siedzę na zewnątrz (tryb odsiadki „otwarta cela”), pod gołym niebem, na ławie, przy jakimś baraku (przestrzeń w rodzaju tej z Majdanka czy Oświęcimia) i sobie leniwie poddrzemuję. I nagle widzę przewodniczącego Mało wychodzącego z baraku po jakimś spotkaniu, z bukietem kwiatów w ręku, na pożegnanie całującego rączki pań. Już, już ma on wyjść, gdy nagle spogląda mimochodem na mnie, a ja kieruję do niego okropną minę, wrogi grymas. Przewodniczący Mało jeszcze raz spogląda na mnie z niepokojem i lękiem, jakby zobaczył upiora, wycofuje się z progu i kieruje do innego wyjścia, gdzieś wewnątrz baraku. Klnę się na Boga Żywego, że taki miałem sen. W jego poetyce było coś z nastroju filmu „O dwóch takich” Jana Batorego z udziałem braci Kaczyńskich. Byłem na nim w kinie w Lublinie, bodaj w roku 1962, jako dzieciak, więc nieco mroczny nastrój tego filmu trochę mi się wtedy udzielił.

Piotr Owczarski, były dziennikarz TVP, podobnie jak ja usunięty z TVP w roku 2016 w ramach „dobrej zmiany”, porównał atmosferę w tej instytucji do „obozu pracy w Korei Północnej”. Gruba przesada oczywiście, ale fakt, że po przyjściu pisiorów zewnętrznych i ujawnieniu się pisiorów wewnętrznych („śpiochów”) atmosfera (ja akurat byłem przy Woronicza) w tej i poprzednio niezbyt sympatycznej instytucji, zrobiła się zauważalnie ciężka, duszna, pełna podejrzliwości i wrogości. Upowszechniło się wzajemne spoglądanie „wilkiem”.

Nie jestem bezkrytyczny w stosunku do prezydenta mojego miasta Rafała Trzaskowskiego, ale z tym 500 plus to PiS sobie z nim bezczelnie i prowokacyjnie poczyna. Nie przekazali mu kasy odpowiednio wcześnie, bo właśnie chodziło im o to, by zaistniały te perturbacje z wypłatą świadczenia. Chodzi o efekt następującej demonstracji: patrzcie co będzie z 500 plus, gdyby oni wygrali wybory. Natomiast na miejscu Trzaskowskiego podałbym do sądu chama-żulnalistę Ziemkiewicza Rafała, który na Twitterze, zwracając się do niego per „pies cię trącał”, nazwał go też „złodziejem”. Niech teraz ten dziennikarski cham udowodni w sądzie, co Trzaskowski ukradł i jeśli tego nie zrobi, niech to publicznie odszczeka.

Dziwnie ucichło ( i to uderzająco, cisza aż dzwoni w uszach) wokół kościelnej pedofilii. Czyżby ktoś przestawił wajchę?

Łgarstwa kościelno-rządowe

Prawo i Sprawiedliwość oraz Konferencja Episkopatu Polski mają ze sobą coraz więcej wspólnego: życie ponad prawem i ponad stan, rozbestwienie, bezczelne łgarstwa. Im wyższe stanowisko w hierarchii partyjnej i kościelnej, z tym większym nasileniem się ujawniają, bo są skutkiem negatywnej selekcji awansowej. Wśród szeregowych księży i kaczystów trafi się jeszcze porządny, skromny i prawdomówny, ale im wyżej, tym gorzej, bo zdemoralizowani wygryzają przyzwoitszych.

Premier Morawiecki jest liderem w konkurencji Pinokio+, gdyż ma sądowe poświadczenia, że łgał i nakazy sprostowania. W żadnym demokratycznym kraju nie mógłby pozostawać na stanowisku szefa rządu, ale Polska wciąż nie osiągnęła europejskiego standardu politycznej przyzwoitości. Z hierarchów kościelnych żaden takiego dokumentu nie ma, bo są traktowani jak święte krowy i nikt ich po prokuraturach i sądach nie ośmiela się ciągać. Obojętne, jaki kodeksowy przepis łamią, są bezkarni. To ich rozbestwia, a zarazem działa destrukcyjnie na całe społeczeństwo, które widzi, że z purpuratami nie można nie tylko wygrać, ale nawet podjąć równorzędnej walki. W mniejszym stopniu dotyczy to także szeregowych księży, bo to immanentna cecha państwa wyznaniowego, w którym Kościół nie tylko wywiera wpływ na stanowienie świeckiego prawa, ale się do niego bezkarnie nie stosuje. Najjaskrawszym przykładem jest bezkarność biskupów za ukrywanie kościelnej pedofilii.
Łgarstwa tronu i ołtarza nasilają się zwłaszcza podczas kampanii wyborczej. Tegoroczna odbywa się pod hasłem obrony polskiej rodziny przed demoralizacją, deprawacją i seksualizacją przez ideologię LGBT+. Choć nie ma takiej ideologii, a relatywnie najwięcej homoseksualistów jest wśród kleru, temat jest nośny, bo trzydzieści lat katechezy w szkołach wychowało pokolenie homofobów. Kaczyści i kler dmą w trąby nienawiści i nietolerancji do kilku milionów nieheteronormatywnych Polaków i odmawiają im praw człowieka. Łżą w żywe oczy, byle tylko wygrać wybory, bo to być albo nie być i dla PiS, i dla kościoła.
Wyborczym tematem nr 1 jest więc „tęczowa zaraza”. Wg katoprawicy, przynosi plagi, które dotykają dotykają każdej dziedziny życia. Ks. prof. Bortkiewicz uznał, że awaria oczyszczalni ścieków „Czajka” to kara boska za tęczową profanację w Płocku obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Wprawdzie ścieki wylały się w Warszawie, ale Wisła w drodze do morza przepływa przez grzeszny Płock. Pominął milczeniem, że także przez bogobojne, homofobiczne tereny, które chcą być „wolne od LGBT”, bo katolicyzm wyznaje zasadę, że lepiej ukarać stu niewinnych niż pozwolić, aby uszedł choćby jeden grzesznik.
Kler pospołu z PiS mami wiernych rzekomymi zagrożeniami ze strony społeczności LGBT+ i wzywa do nienawiści. Są bezkarni, bo art. 256 kodeksu karnego przewiduje karę za publiczne nawoływanie do nienawiści, ale tylko „na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość”. Osoby nieheteronormatywne są pozbawione ochrony, co tym bardziej wyzwala wobec nich agresję „prawdziwych Polaków-katolików”, których moralność została okaleczona przez kościół i PiS.

Zwykły, szary człowiek Ważny tunajt

Kiedy będziecie czytać Państwo ten tekst, jak będę wracał z Dublina do Warszawy, z przesiadką w Londynie. Czemu tak? Ponieważ zespół na K. wcale nie lata za granicę czarterami ani nawet biznesem, tylko tanimi liniami, bo stadiony zapełnia kto inny. Nam zostają kluby i klubiki, ale i tak jest fajnie. Znamy więc dobrze normalny, ludzki żywot, choć mam wątpliwości, czy wszyscy politycy, w kampanii tokujący o życiu zwykłych ludzi i o tym, jak je dobrze znają i jak los zwykłego, szarego człowieka leży im na sercu, wciąż jeszcze wiedzą, o czym mówią.

Miała być zwykła rodzina i apel do prezesa Kaczyńskiego, żeby go wysłuchał. W mig odkryto humbug; żadna to rodzina, tylko wynajęci za pieniądze aktorzy. Zdaję sobie sprawę, że przewidywanie konsekwencji swoich najprostszych posunięć i rozbrajanie potencjalnych min, to nie jest to, co Koalicja Obywatelska potrafi najlepiej, ale na elementarną antycypację, lub raczej, jej brak, nie ma usprawiedliwienia. Aby jednak głos KO w kampanii mocno wybrzmiał, lider tejże na konwencji w Ostrowie Wielkopolskim przypominał o oderwaniu liderów PiS-u od tzw. normalnego życia, a to już zdaniem Grzegorza Schetyny, hańba i wstyd. Zrazu, gdym się o tym dowiedział, przypomniała mi się opowieść o hańbie i wstydzie jednego z moich kolegów.
Pewnego zimowego poranka, mój znajomy postanowił wybrać się na narty do Francji. Sam lot trwał niezbyt długo, jakieś 2 godziny. Znacznie dłużej, procentowo, trwało rozwożenie wycieczki po górskich kurortach. Autobus pełen mężczyzn i kobiet w średnim wieku. Dzieci brak, albo przynajmniej mało. Naokoło biało, zimno i daleko do domu; cóż można robić podczas takiej podróży. Gdzieś tak po 1,5 godziny jazdy, czyli w połowie drogi, kiedy pasażerowie byli już dobrze rozbawieni, ze swojego miejsca podniosła się pani pilot wycieczki i przez autobusowy mikrofon oznajmiła: „Przypominam Państwu, że wszelkie szkody na zdrowiu, powstałe na stoku, a spowodowane pod wpływem alkoholu, nie są objęte ubezpieczeniem, które Państwo wykupiliście”. Na raz, po tych słowach, z ostatnich rzędów ktoś krzyknął: „Hańba!”, a z naprzeciwka: „Wstyd!”.
Mówienie o hańbie i wstydzie przez lidera Koalicji Obywatelskiej, w odniesieniu do życia Polaków i ich przyziemnej egzystencji, przypomina właśnie sytuację z autobusu do Courchevel. Rację mają KOalicjanci, przypominając, że to wstyd i hańba, w jaki sposób urzędnik pisowski doi budżet i się na nim pasie, ale wiarygodność tego przekazu jest na poziomie jak powyżej. Wstydem w Polsce jest to, że ludzie nie mogą dostać się do lekarza specjalisty na czas i czekają w kilkuletnich kolejkach. Często nie doczekują. Zbyt często. Hańbą, że w XXI wieku, musimy zbierać pieniądze na leczenie dzieci po ludziach, bo Państwo nie finansuje zabiegów ani nie szkoli lekarzy za granicą, za to dozbraja parawojsko w coraz to nowsze zabawki do zabijania. Takie rzeczy mogą rozpalić policzki ze wstydu. I to robią. Dlaczego jednak, ja muszę wstydzić się za mój kraj na co dzień, a polityk od święta, tj. na czas kampanii?
W przekazie kampanijnym liczy się nie tylko co kto mówi, ale również kim ten ktoś był i jest w oczach Polaków. Cygara i winko w „pieczarze”, oraz bardziej niż sztuczna proteza ludowości nie wzięły się znikąd. Apele o wsłuchanie się w głos polskiej rodziny, która za PiS-u ubożeje, głosić śmie ktoś, kto za sowich rządów ani nie obniżył ludziom podatków, choć wcześniej to deklarował, a podniósł za to wiek emerytalny. Jak tu komuś takiemu uwierzyć.
Wczoraj, po koncercie, rozmawiałem na papierosie pod hotelem z polskim robotnikiem, który pracował w Cork przy budowie hipermarketu. Jest w Irlandii od kilku lat. Skumał się z kolesiem z Belfastu, monterem, i razem jeżdżą tam, gdzie akurat jest robota. Dostaje w Irlandii 33 euro na godzinę. To tyle, ile dniówka mojej żony, lekarza. Nie specjalnie ma ochotę wracać, bo i po co. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Na wybory nie pójdzie, bo nie chce mu się stać w kolejce w konsulacie. Zresztą, co to zmieni, skoro scena polityczna w Polsce jest zabetonowana jak szalunki u niego na odcinku. 13 października, w niedzielę, będzie miał pewnie kaca po sobocie. Poleży do południa, poogląda telewizję, zrobi pranie…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Biskupi mają dil z Kaczyńskim

Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil – mówi Artur Nowak w rozmowie z Michałem Ruszczykiem (wiadomo.co)

MICHAŁ RUSZCZYK: Od premiery filmu braci Sekielskich minęły trzy miesiące. Dziesiątki milionów ludzi zapoznało się z tym wstrząsającym materiałem, Jednak po pierwszym szoku nie nastąpiła dalsza reakcja i w tej chwili właściwie już nie ma sprawy. Co to mówi nam o polskim społeczeństwie?

ARTUR NOWAK: Widzę to inaczej. To proces. Postrzeganie kościoła zarówno przez media, jak również opinię publiczną różni się jednak znacząco od tego, z czym mieliśmy do czynienia dziesięć lat temu, rok temu i trzy miesiące temu. Myślę, że odkleiliśmy się od pewnej poprawności, która sprawiała, że dziennikarze oraz politycy byli dość powściągliwi w ukazywaniu ciemnych stron tej instytucji. To się już nie opłaca i politycy wyciągają z tego wnioski. Pamiętajmy jednak, że ukazanie patologii hierarchii kościelnej nie podziała na ludzi z dnia na dzień. Wyobraźmy sobie film w rosyjskiej telewizji, który by obnażył, kim naprawdę jest Putin, jakim jest cynikiem, który by ukazał jego fortunę zbitą na niejasnych relacjach z oligarchami. Zapewniam pana, że to nie podziałałoby w ten sposób, że Rosjanie następnego dnia zrobiliby jakiś majdan na Placu Czerwonym i zażądali głowy dyktatora. Już teraz jednak widzimy, że język Jędraszewskich, Głódziów, Gądeckich został odrzucony przez ludzi młodych.
Statystyki nie kłamią i to jest dla kościoła katastrofa. Młodzi nie chcą chodzić na religię, nie praktykują życia sakramentalnego. Chcą normalności bez narodowo-katolickich etosów.

Dlaczego to tak długo trwa? Kościół tym językiem przecież nie mówi od wczoraj.

I na tym polega problem. Ta socjalizacja narodowo-katolicka, afirmująca cierpienia naszego narodu, poczucie zdrady, a zarazem wybraństwa, była pożywką dla naszych kompleksów, nieufności wobec obcych, powiem szerzej – inności. Kościół doskonale zagospodarował rzesze Polaków, którzy kompletnie nie odnajdują w realiach otwartych granic, wędrówek ludów, integracji europejskiej. Lekiem na frustracje okazała się więc ta postawa zamknięta, roszczeniowa. No i mamy takie myślenie, że Polska nie musi przestrzegać reguł praworządności w Unii Europejskiej, ale euro z Unii nam się należy. Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej do powiedzenia o rzekomym zepsuciu w Europie Zachodniej, o tęczowej zarazie i cywilizacji śmierci mają ludzie, którzy nie znają języków i nie czytają książek. I Kościół właśnie na ten sektor społeczny postawił. Ja mam taką teorię, bo przecież słuchacze Radia Maryja to ludzie starsi, że biskupi mają gdzieś, jakie będą skutki tego wyboru. To pokolenie, które odejdzie przecież wraz z nimi, więc oni nie mają interesu, żeby brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Ten proces równi pochyłej już trwa, spadają powołania kapłańskie, mamy dramatyczny spadek udziału w praktykach religijnych młodzieży.
Pokolenia, które przyjdą po nas to ludzie, którzy poznają języki, będą podróżować. Nie ma więc powrotu do takiej dominacji Kościoła w przestrzeni publicznej, z którą mamy do czynienia. Rządy PiS to jest jakiś epizod w historii, po którym procesy, o których mówię, się zdynamizują.

Czy według pana Kościół w Polsce coś zrobił w ostatnim okresie, by oczyścić swoje środowisko z księży pedofilów?

Nic nie zrobił, oprócz kilku ruchów pijarowych. W zasadzie mogliśmy to obserwować głównie w maju tego roku, gdy hierarchowie podziękowali Sekielskim za film i publicznie się pokajali. Ja jednak myślę, że to, co naprawdę biskupi myślą o tym filmie, pokazał następnego dnia arcybiskup Głodź, że to jest „byle co”. To jest ta, mówiąc językiem Gombrowicza, prawdziwa gęba Kościoła. Dla mnie nie jest zresztą przypadkowy atak biskupów, który przypuścili ostatnio na mniejszości seksualne. Pomijając, że wpisują się tym w strategię wyborczą Kaczyńskiego, tak naprawdę sięgnęli po starą sprawdzoną metodę. Pokazać ludziom wrogów. Kiedyś to byli Żydzi, dziś są to homoseksualiści. Tyle że trzódka, która kupuje te brednie, Kościołowi się kurczy. Perfidne jest to, że Kościół bierze na celownik słabszych. Homoseksualistów, Żydów, słowem – mniejszości. Ich łatwiej skopać. Oni nie potrafią się obronić.
Prawda jest smutna. Kościół w Polsce przestał być chrześcijański. A więc otwarty, stojący przy słabszym, innym, wykluczonym. W zasadzie nie znam przypadku, żeby jakiś biskup poszukał kontaktu z osobą molestowaną w dzieciństwie przez księdza i okazał pokrzywdzonemu współczucie.

Oficjalny przekaz partii rządzącej głosi, że pedofilia w jednakowym stopniu dotyka wszystkich grup zawodowych, a w przypadku księży jest ich nawet mniej, niż w innych środowiskach. Jaka jest pańska opinia w tej kwestii?

Prawda jest taka, że Kościół boi się przeprowadzić jakiekolwiek badania na temat skali przemocy seksualnej w Kościele. Wie pan, to nie tylko ofiary pedofilów, ale molestowani klerycy, siostry zakonne. I to jest papierek lakmusowy, który pokazuje, jak mało poważnie Kościół traktuje kwestie związane z nadużyciami. Książ Adam Żak, który wiele dobrego zrobił, by walczyć z tymi patologiami, mówił niedawno, że nic nie wskazuje, że różnimy się od innych nacji. Badania zrobili Niemcy, Amerykanie czy Australijczycy. Ja myślę, że u nas jest gorzej, bo jesteśmy społeczeństwem sklerykalizowanym, a klerykalizacja to determinanta nadużyć. Dane z innych krajów pokazują, że 5 do 7 procent kleru było uwikłane w pedofilię. Ale pedofilii nie możemy mierzyć ilością sprawców, ale liczbą ofiar. Prowadzę trochę spraw i to jest czasem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Mówię tylko o ofiarach, które zdecydowały się ujawnić traumy z dzieciństwa. Poranionych w otoczeniu jest więcej. To rodzice tych ludzi, rodzeństwo, ich dzieci, partnerzy, partnerki. Oni niosą z tymi ludźmi ten krzyż przez dziesiątki lat. Gdyby Kościół zabiegał o zasługi w życiu doczesnym, ozłociłby tych ludzi, ale biskupi wolą zbierać kasę i budować świątynie opatrzności bożej, bursztynowe ołtarze i ścigać się, kto postawi wyższą figurę Chrystusa Króla. Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Nic.
Oczywiście pod naciskiem opinii publicznej kościół markuje jakieś działania. Tak było po opublikowaniu mapy kościelnej pedofilii, po filmie Wojtka Smarzowskiego, przy okazji szczytu watykańskiego w sprawie pedofilii w lutym tego roku. No, ale poza zapowiedziami nie mamy żadnych realnych działań.
Ksiądz Żak w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w zbiorze rozmów z ofiarami kościelnej pedofilii „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” tłumaczył mi, że nasze społeczeństwo jest niedojrzałe. Diecezje są niezależne i nie ma żadnych instrumentów, by cokolwiek od nich egzekwować. Moi przyjaciele, księża z różnych regionów Polski mówią, że w świadomości kleru diecezjalnego nie zmieniło się nic a nic. Oni ciągle widzą w pozycjonowaniu pedofilii atak na Kościół. Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil.
Oczywiście pedofilia występuje w innych środowiskach, ale mówiąc szczerze, nie poprawi mi jako pokrzywdzonemu przez księdza humoru fakt, że to zjawisko występuje również w środowisku jazzowym.
Proszę zobaczyć, jak szybko działają szkoły, organizacje sportowe, gdy jest choćby podejrzenie nadużycia przez nauczyciela albo trenera. Tam prokuratura wchodzi „z buta”. Pod kurię nie podejdą. Jest efekt aureoli. No i na tym polega ta różnica.

Po premierze „Tylko nie mów nikomu” pojawiły się deklaracje o powołaniu komisji ds. pedofilii. Co, według pana, stało się w międzyczasie, że społeczeństwo i politycy przestali interesować się tym tematem? Czy to tylko „odroczenie wyborcze” i kwestia wróci przed końcem roku, czy raczej została już zamieciona pod dywan?

Ale to, co proponuje rząd, mam na myśli ustawę, którą zapowiedział premier Morawiecki, to dokument napisany na kolanie, nieprzemyślany. Pisałem na ten temat. Pomysł powołania komisji, która by się zajmowała grupami zawodowymi, które pracują z dziećmi, nie jest zły. Podobna komisja, która badała to zjawisko, powstała w Australii. Na całym zresztą świcie pedofilię badali fachowcy (prawnicy, seksuolodzy, psycholodzy). W Niemczech, we Francji, Australii i USA zbadano akta osobowe księży na przestrzeni dziesiątek lat, uchwycono modus operandi sprawców, czynniki ryzyka itd.
Komisja, którą proponuje nasz rząd, to ciało polityczne, niemające żadnych kompetencji, któremu żadna kuria nie da akt osobowych księdza, więc nic się o nim nie dowiemy.
Druga kwestia to fakt, że organ ten nie będzie miał żadnych nadzwyczajnych uprawnień oprócz tych, które mają prokuratura i sądy. Po co zamiast efektywnie korzystać z instytucji, które działają, powołuje się ciało, które ma zrobić to samo, tylko w celu politycznym? Problemem jest również kwestia konstytucyjności tej komisji, bo komisja ma decydować o umieszczeniu danej osoby w rejestrze pedofilów, nawet jeżeli sprawa jest przedawniona. To są uprawnienia zastrzeżone dla wymiaru sprawiedliwości i żadna komisja nie powinna tego robić.
Potrzebna jest komisja stworzona w oparciu o modele, które znamy. To się ziści w perspektywie kilku lat. Badania pokazują, że 75 proc. Polaków uważa, że Kościół nie radzi sobie z pedofilią, a w celu wyjaśnienia sprawy należy powołać zewnętrzny organ, który dogłębnie zbada i wyjaśni sprawę.

Lewica w ostatnim okresie szczególnie głośno postuluje rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa. Czy sądzi pan, że jest to możliwe?

Sam Chrystus to postulował, bo to są dwa światy. Żadnemu Kościołowi zresztą w wymiarze duchowym, bo ja tu nie mówię o blichtrze i apanażach, alians Kościoła z państwem żadnego dobra nie przysporzył. Wręcz przeciwnie. Kościół rozpasany, bezkarny, uprzywilejowany skazany był na degrengoladę, stawał się sitwą. Druga sprawa to pretensje Kościoła związane ze sferą edukacji, te najazdy na programy szkolne, które są zwykłą indoktrynacją pod płaszczykiem rzekomej aksjologii chrześcijańskiej. To są lata zaniedbań, które doprowadziły do tego, że nie wykształciliśmy wśród młodzieży postaw obywatelskich, świadomości seksualnej i tak dalej. Jeśli Kościołowi zależy rzeczywiście na chrześcijaństwie, niech nie robi nic na siłę.

PiS bez pomysłu, opozycja zahipnotyzowana

Hat-trick Kaczyńskiego zdominował debatę programową i całą kampanię wyborczą. Propozycje programowe Prawa i Sprawiedliwości, dotyczące m.in. wzrostu płacy minimalnej, od kilku dni są nieustannie komentowane przez polityków opozycyjnych i dziennikarzy.

Koalicja Obywatelska straszy, że jeżeli propozycje partii rządzącej zostaną zrealizowane, Polsce zagrozi recesja i katastrofa rodzimej przedsiębiorczości, a czołowi politycy lewicy twierdzą, że w swoich pomysłach gospodarczych PiS wzorował się na jej pomysłach przedstawionych kilka dni wcześniej. Niektórzy komentatorzy powtarzają dziwną tezę, zgodnie z którą PiS jest najbardziej lewicową partią w Polsce. Środowisko Leszka Balcerowicza, tradycyjnie już, uznało PiS za partię socjalistyczną.

Wszystkie te podejścia zdumiewają – przede wszystkim tym, że traktują propozycje prezesa jako całościową wizję społeczno-ekonomiczną.

Tymczasem pomysły PiS-u na wybory są po prostu słabe, mało rozwojowe, a z jakkolwiek pojmowaną lewicowością nie mają nic wspólnego. Trudno wręcz zrozumieć, dlaczego lewica nie korzysta z okazji, aby pokazać pomysły PiS-u jako dowód jego słabości.
Propozycje partii rządzącej to każdorazowo świadczenia pieniężne dobrane pod konkretny elektorat. W przyjmowanych rozwiązaniach nigdy nie chodzi o rozwiązanie ważnego społecznie problemu czy poprawę jakości życia społeczeństwa, tylko efektowny (i zazwyczaj nieefektywny) transfer pieniężny, który krótkoterminowo zostanie doceniony przez jego odbiorców. Jednocześnie PiS powiela neoliberalny dogmat o tym, że państwo nie jest w stanie rozwiązywać kluczowych problemów społecznych i dlatego nie ma sensu rozwijać usług publicznych. Zgodnie z tym dogmatem PiS nie dba o państwową służbę zdrowia, niszczy szkolnictwo, lekceważy pomoc socjalną, nie zajmuje się ekologią czy transportem publicznym, nie interesuje się opieką żłobkową i przedszkolną, ani tym bardziej opieką senioralną. Wybrane grupy mają otrzymać nieco pieniędzy i zorganizować sobie usługi zdrowotne, edukacyjne czy transportowe na własną rękę.
Na tym właśnie polega program Rodzina 500+ – państwo ściąga od obywateli podatki, a następnie przekazuje je gospodarstwom domowym z dziećmi. Dokładnie o to samo chodzi w świadczeniu Wyprawka+. Wszyscy składamy się z podatków, aby przelać pieniądze grupie wskazanej przez partię rządzącą. Za rządów PiS podatki wciąż są bardzo mało progresywne, więc na flagowy program rządu składa się ogół obywateli, a w świadczeniu Rodzina 500+ nie ma już kryterium dochodowego nawet na pierwsze dziecko, więc środki również otrzymują biedni i bogaci, tyle że z dziećmi. W ostatecznym rozrachunku pieniądz krąży, nie zmniejszając nierówności społecznych, ani nie rozwiązując żadnego ważnego problemu. Gdyby chodziło o dobro dzieci, PiS na przykład wprowadziłby do szkół nieodpłatne pełnowartościowe posiłki dla wszystkich uczniów, ale z tego rozwiązania zrezygnowano. Znacznym ułatwieniem dla dzieci i ich rodziców byłaby też pełna refundacja kosztów podręczników, ale to program, który rozpoczął rząd PO-PSL, a PiS uznał, że nie ma sensu go rozszerzać.

Program Rodzina 500+ nie rozwiązuje też problemu ubóstwa, które radykalnie wzrosło w 2018 r.

Eksperci od wielu miesięcy zwracają uwagę, że bezwzględna bieda mogłaby być ograniczona znacznie bardziej i za mniejsze środki niż poprzez 500+, ale rząd nie chce nawet o tym słyszeć. Dlatego świadczenia z pomocy społecznej pozostają na skromnym poziomie przy niskich kryteriach dochodowych. Na ograniczenie ubóstwa duży wpływ miałoby zwiększenie dostępności leków i obniżki cen transportu na terenach wiejskich, ale to również kwestie zbyt skomplikowane i trudne do przekazania w kampanii wyborczej, więc rząd bardzo niewiele robi na tych obszarach. Jest 500+ i 300+, więc obywatele mają być zachwyceni. A gdy ktoś protestuje, to się go straszy złymi liberałami, którzy przyjdą i zakręcą kurek z pieniędzmi. Niestety opozycja nie korzysta z okazji, aby na tym polu nakreślić alternatywę wobec polityki rządu. Wciąż słyszymy, że świadczenia rządu są świetnymi rozwiązaniami, które co najwyżej zostaną rozwinięte o nowe propozycje. Skąd na nie wziąć pieniądze, już się nie dowiadujemy. Najwyraźniej i lewica, i liberałowie dali się zaszantażować polityce społecznej władzy i uznali, że inna polityka nie jest możliwa.
Tak właśnie wygląda reakcja opozycji na tzw. hat-trick Kaczyńskiego. Już w 2015 r. wiele słyszeliśmy o dobrej zmianie na rynku pracy. Minęły prawie cztery lata i nic takiego nie nastąpiło. Liczba umów niestandardowych utrzymuje się na wysokim poziomie, skala samozatrudnienia wręcz wzrośnie, a PIP wskazuje, że wciąż funkcjonują dziesiątki tysięcy umów zleceń, gdy są spełnione kodeksowe warunki etatu. Jednocześnie w bezpośrednio nadzorowanych przez władzę instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa panuje kolesiostwo, mobbing, dyskryminacja związków zawodowych poza podporządkowaną władzy „Solidarnością”. Na dodatek utrzymują się bardzo niskie płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia czy pracowników socjalnych, a władza co najwyżej arbitralnie podnosi wynagrodzenia wybranym pracownikom i grupom zawodowym. Nie tylko więc nie ma dobrej zmiany na rynku pracy, ale wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia standardów pracy pomimo świetnej koniunktury gospodarczej.
W tym kontekście deklaracja Kaczyńskiego odnośnie skokowego wzrostu płacy minimalnej wygląda na wyabstrahowany pomysł obliczony na wygraną w wyborach parlamentarnych, a nie przemyślane rozwiązanie, dzięki któremu mieliby zyskać pracownicy.
Zresztą wydaje się, że nawet część rządu nie została poinformowana o pomysłach prezesa partii.

Wielu lewicowych komentatorów docenia gest prezesa, twierdząc, że pokazuje on odwagę i wrażliwość PiS-u na tle partii opozycyjnych. Niektórzy wręcz żałują, że nikomu nie udało się przelicytować pomysłu partii rządzącej. Tymczasem propozycję nagłego wzrostu płacy minimalnej bez zmiany innych wskaźników społeczno-ekonomicznej trudno jednoznacznie ocenić.

Oczywiście płacę minimalną warto szybko podnosić, ale powinna to być część całościowych działań na rzecz świata pracy. Warto pamiętać, że w krajach socjaldemokratycznych głównym mechanizmem poprawy sytuacji pracowników są układy zbiorowe, których w Polsce prawie w ogóle nie ma. Są też silne związki zawodowe, które PiS całkowicie lekceważy, mając jedynie podporządkowaną sobie „Solidarność”. Ważnym elementem stymulowania wzrostu płac są też podwyżki w sferze budżetowej i samorządowej. Tymczasem na tym obszarze rząd robi bardzo niewiele i bez zmiany strategii, a przy zachowaniu deklaracji o wzroście płacy minimalnej, za 3-4 lata być może nawet połowa pracowników będzie zarabiać minimalne wynagrodzenie. Zresztą GUS pokazuje, że już teraz rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną.
Rośnie też odsetek samozatrudnionych i rząd nie wprowadza żadnych ustawowych mechanizmów na rzecz ograniczenia umów niestandardowych. W praktyce daje to możliwości omijania płacy minimalnej na masową skalę, co zresztą już teraz ma miejsce. Warto więc podnosić płacę minimalną, ale tak, aby pomagała ona ludziom pracy. Czy w wersji PiS-owskiej skutki będą wyłącznie pozytywne – można mieć wątpliwości, a w każdym razie partia rządząca nie zadbała, aby pokazać, że wzrost płacy minimalnej jest częścią szerszego planu. Nie jest też jasne, dlaczego płaca minimalna ma wynosić w 2021 r. 3000 zł brutto, a w 2024 r. 4000 zł. Czy dlatego, że takie kwoty efektownie wyglądają? A jeżeli w 2022 r. przyjdzie recesja i średnia płaca stanie w miejscu, to co wtedy zrobi prezes? Znacznie lepszym rozwiązaniem rekomendowanym przez Lewicę, Koalicję Obywatelską i związki zawodowe jest powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem albo z medianą.

Można pomyśleć nad takim mechanizmem też w obrębie poszczególnych branż, ale musi tu być jakaś odpowiedzialna myśl, a nie tylko plan na wygranie wyborów.

Jeszcze mizerniejsza i krótkofalowa jest propozycja wypłaty trzynastek i czternastek dla emerytów. Emerytury w Polsce są coraz niższe, szczególnie kobiet, ale jednorazowy prezent z okazji wyborów nie ma nic wspólnego z odpowiedzialną polityką senioralną. PiS nawet nie próbuje rozwijać całościowej polityki senioralnej, nie ma żadnego pomysłu na służbę zdrowia, nie wspiera osób z niepełnosprawnościami, nie podejmuje działań na rzecz aktywizacji zawodowej osób starszych ani nie ma pomysłu, jak systemowo podnieść emerytury. Jedyny pomysł to efektowne i mało efektywne rzucenie jednorazowego dodatku, który przy gorszej koniunkturze można będzie zlikwidować. Takie podejście nie rozwiązuje żadnego problemu, ani nie daje szansy na trwałą poprawę jakości życia seniorów. To obietnica sformułowana tylko po to, aby PiS wygrał wybory.
Co na to opozycja? Nikt nawet nie krytykuje takiej metody radzenia sobie z problemami społecznymi, a opozycja jednym chórem woła, że żadnego PiS-owskiego świadczenia nie zniesie. Skoro tak, to trudno dociec, z jakich środków Schetyna, Kidawa-Błońska, Czarzasty czy Zandberg zrealizują swoje własne obietnice – zresztą znacznie sensowniejsze niż trzynastki i czternastki Kaczyńskiego. Ale jeżeli lewica i liberałowie chcą utrzymać wszystkie świadczenia wprowadzone przez PiS, to bez radykalnego podniesienia podatków nie znajdą środków na realizację swoich programów.

Ostatni pomysł z hat-tricku Kaczyńskiego o znacznie wyższych opłatach dla rolników to już czysty wyborczy populizm, nie mający związku z rzeczywistością, gdyż poziom dopłat będzie zależny od decyzji całej Unii Europejskiej, a nie woli prezesa. A w Unii mało kto interesuje się hat-trickiem Kaczyńskiego czy piątką Morawieckiego. 500

Milionerzy

Czy wyborcze obietnice PiS-u zmienią Polskę w kraj mlekiem i miodem płynący?

Wszyscy chcielibyśmy być piękni, młodzi i bogaci. Bogactwo obiecuje nam PiS. Prezes Kaczyński już zapowiedział, że dzięki polityce rządu Mateusza Morawieckiego wkrótce dogonimy Niemy. Profesor Grzegorz Kołodko w Faktach po Faktach TVN24 zaproponował politycznym populistom zupełnie nowy gatunek wyborczej kiełbasy. „Niech obiecają, że jak wygrają wybory, za rok wszyscy będziemy o rok młodsi” – powiedział Kołodko. Zaczynam w tonie nieco żartobliwym. Ale sprawa jest śmiertelnie poważna. Jesteśmy bowiem świadkami przekroczenia populistycznego rubikonu. Chcesz wygrać wybory – przelicytuj swego konkurenta. A po nas – choćby potop.

Milionerzy
„Nie będzie płacy minimalnej cztery tysiące złotych w 2023 roku” – zapewnił profesor Kołodko. Przynajmniej w takim rozumieniu tych pieniędzy jak dzisiaj.
Niektórym z nas jeszcze nie zatarły się w pamięci tamte ceny. Kilogram chleba – 1000 zł. Schab – po 12 tysięcy zł. Kilogram żółtego sera – 6,5 tysiąca. I płaca – nawet ta najniższa – sięgająca miliona złotych. Wszyscy byliśmy wtedy milionerami.
Gdy po zapowiedzi prezesa Kaczyńskiego radykalnej podwyżki wszystkich wynagrodzeń napisałem na Facebooku o ryzyku wzrostu inflacji – podniosły się głosy krytyki. Tak – wszystkich wynagrodzeń. Bo tylko naiwni mogą sądzić, że jeśli najsłabiej zarabiający dostaną 4000 zł, pracownicy dotychczas tyle zarabiający nie zażądają paru tysięcy złotych podwyżki. Zgadzam się, że płace w Polsce są niskie. Zwłaszcza te najniższe. Ale czy należy pozwolić na niezwykle ryzykowny eksperyment ekonomiczny, które zamierza przeprowadzić na Polkach i Polakach główny ekonomista PiS-u Jarosław Kaczyński. Eksperyment unikalny w skali światowej. Bo raczej nie zdarza się, by w kraju o stabilnym pieniądzu i umiarkowanym kilkuprocentowym wzroście gospodarczym płace w ciągu czterech lat wzrosły o kilkadziesiąt procent. A płaca minimalna nawet o 80 proc.
Spróbujmy podsumować plusy i minusy nowego pomysłu Prawa i Sprawiedliwości.

Inflacja
„Kaczyński gra na rozwój popytu wewnętrznego i za to akurat wyjątkowo mu chwała. Bo to popyt wewnętrzny jako jedyny może zmniejszyć skutki nadchodzącej recesji. Nawet jeśli wynagrodzenia w PL wzrosną o 100% to i tak będziemy konkurencyjni w stosunku do zachodu, gdzie wynagrodzenia są wyższe 4-6 razy” – napisał w swoim facebookowym komentarzu Piotr Żukowski. „Trzeba zwiększyć cyrkulację pieniądza” – dodała inna komentatorka, Jola Tutak.
Wzrostu inflacji nie obawia się również Iwo Augustyński, dr nauk ekonomicznych Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. A zarazem kandydat partii Razem w nadchodzących wyborach. Przedstawiający siebie jako jednego z niewielu polskich post-keynesistów. „W takim kraju jak Polska, na inflację nie ma wpływu ilość pieniądza” – pisze dr Augustyński na blogu. Podając jako dowód napływ olbrzymich środków unijnych do Polski, który nie doprowadził do wzrostu inflacji. Nie wiem, czy to dobry przykład, bo znaczna część pieniędzy unijnych przeznaczona została na inwestycje, nie na konsumpcję. Ale jako informatyk – nie ekonomista – nie zamierzam wchodzić w spór stricte ekonomiczny.
Ja swój inflacyjny dowód mam w koszyku w markecie. Te same zakupy, za które jeszcze nie tak dawno płaciłem 200 zł, dziś kosztują kilkadziesiąt złotych więcej. I trudno uwierzyć, że gwałtowny wzrost cen nie ma żadnego związku z kilkudziesięcioma miliardami rocznie dodatkowych pieniędzy trafiających do konsumentów. A poza tym, jeśli nie ma związku inflacji z ilością pieniędzy na rynku, to czemu mamy sobie żałować. Podnieśmy płace minimalne nie do 4000 zł, a do 8000 zł. Przegonimy wtedy Niemcy już za cztery lata. Bo u nich minimalna płaca to „zaledwie” 1557 euro.

Bezrobocie
Ludzie lewicy nie należą do szczególnie wierzących. Szczególnie w tak zwaną „niewidzialną rękę rynku”. Ale też zalecany przez keynesistów interwencjonizm państwa musi być trzymany na smyczy odpowiedniej długości. Bo gdy miejsce ekonomistów zajmą pijarowcy od wyborczej propagandy – może być nieciekawie. Jadwiga Emilewicz. minister przedsiębiorczości i technologii przyznała, że nikt z PiS-u nie konsultował z nią zamiaru radykalnej podwyżki płacy minimalnej. Sądzę że te 4000 zł nie wynika z żadnych analiz ekonomicznych. Potrzeba było tylko ładnej i równej sumki. Działającej na wyobraźnię wyborców PiS-u.
Ale ta suma działa też na wyobraźnię pracodawców. Jestem przeciwnikiem budowania przyszłości Polski na fundamencie specjalnych stref ekonomicznych. I znajdujących się tam montowni. Których zyskiem jest groszowy koszt robocizny. Ale na początku tego wieku – gdy bezrobocie sięgało 20 proc. – o takich inwestorów zabiegaliśmy. Likwidacja zakładów pracy bazujących na najgorzej opłacanych pracownikach musi się odbywać w sposób bezpieczny dla tychże pracowników. Koncerny dadzą sobie radę. Taśmy montowni mają to do siebie, że w dwa miesiące można je przenieść gdzieś indziej. Tylko czy wtedy w biedniejszych regionach Polski zamiast wizji 4000 zł, nie pojawi się wizja bezrobocia.
To ciekawe doświadczenie. Rozmawiałem ostatnio z kilkoma potencjalnymi beneficjentami zaordynowanej przez Kaczyńskiego podwyżki płacy minimalnej. O dziwo nie strzelały korki od szampanów. Dominował strach. Bo rachunek jest prosty. Dziś na stróżówce jest nas dwóch. Za marne 2250 zł brutto. Po podwyżce PiS-u jeden dostanie niemal dwa razy tyle. Ale drugi będzie musiał szukać roboty gdzie indziej. Kto kiedyś pracował na etacie, wie, czym jest strach przed zwolnieniami.

Na szarym końcu
„W Polsce udział wynagrodzeń w PKB jest żałośnie niski” – napisał Piotr Żukowski, jeden z moich kolejnych komentatorów facebookowych. Tak – to prawda. Wraz ze Słowacją, Węgrami i Irlandią jesteśmy w ogonie Europy. Udział płac w PKB w Polsce to zaledwie 48 proc. To istotnie mniej od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc. Powoli rośnie. W bieżącym roku ma wynieść 48,9 proc. Pytanie, czy da się ten niekorzystną sytuację zmienić jedną ustawą rządu Morawieckiego? Moim zdaniem, nie.
O udziale płac w PKB decydują dwa czynniki: ogólny poziom płac i struktura zatrudnienia. Jeśli wszyscy bylibyśmy informatykami, pewnie udział płac w PKB byłby w europejskiej szpicy (chociaż – po co nam tylu informatyków). Jeśli wszyscy pracowalibyśmy w montowniach – byłoby odwrotnie. Nie ma skuteczniejszej drogi do lepszych płac niż rozwój nowoczesnej i innowacyjnej gospodarki. Oferującej dobrze płatne miejsca pracy dla wykwalifikowanych pracowników.
Rezerwy w podnoszeniu ogólnego poziomu płac (w tym płacy minimalnej) z pewnością są. Należy je wykorzystywać, aby również pracownicy o niższych kwalifikacjach mogli otrzymywać wynagrodzenia pozwalające na godne życie. Ale z pewnością nie może o tym decydować przedwyborcza licytacja.

Pod stołem
Mądrością związków zawodowych w sporze z pracodawcą jest wynegocjowanie najlepszych warunków pracy. Ale jednocześnie takich, by firma mogła normalnie i zyskownie funkcjonować. Dramatem propozycji płacowych Kaczyńskiego jest to, że nikt żadnych negocjacji z pracodawcami nie prowadził. Pomysł 4000 zł urodził się w gabinecie prezesa PiS-u na Nowogrodzkiej.
Jak zareagują przedsiębiorcy? Duzi raczej sobie poradzą. Choć pewnie nie obejdzie się bez podwyżek cen – z jednej strony. I redukcji zatrudnienia – z drugiej. Póki co mamy ogromny deficyt pracowników. Więc ci zwalniani nie powinni obawiać się masowego bezrobocia.
Nikt natomiast nie jest w stanie przewidzieć, jak zareagują na wzrost płacy minimalnej najmniejsze firmy. Być może zmieni się tylko sposób wypłat. Wiadomo, że dzisiaj w wielu branżach model jest następujący: minimalna krajowa na papierze. Plus reszta „pod stołem”. Zwiększenie płacy minimalnej zmniejszy (lub zlikwiduje) to co „pod stołem”. Podrażając oczywiście koszty pracodawcy o podatek i ZUS kwoty wypłacanej dotychczas „pod stołem”. Ale koniec końców, byłby to scenariusz pozytywny.
Gorzej, jeśli przedsiębiorcy zaczną masowo likwidować zakłady pracy. Nie będąc w stanie prowadzić dalej działalności gospodarczej przy narzuconym administracyjnie poziomie wynagrodzeń. „Zarżnięcie” drobnej przedsiębiorczości – to możliwa konsekwencja tak niespodziewanych i wysokich podwyżek płac. Mogę to opisać na własnym przykładzie. Prowadząc przed laty małą drukarnię, bazowałem na wieloletnich umowach z kontrahentami. Podejrzewam, że nie byłbym w stanie w tak szybkim tempie dostosować się do zupełnie nowych warunków ekonomicznych funkcjonowania firmy.

Kredytobiorcy
Kolejnymi, którzy mogą sobie nie poradzić – to kredytobiorcy. Jeśli wskutek podwyżek płac inflacja wzrosłaby do 6-7 proc. w skali roku, to oprocentowanie kredytów złotówkowych (szczególnie hipotecznych) sięgnęłoby niemalże 10 proc. A to oznacza, że przy kredycie mieszkaniowym rzędu 350 tys. zł, do spłaty byłoby co najmniej 30 tysięcy samych odsetek rocznie. Wraz ze spłatą kapitału, miesięczna rata przekroczyłaby 3000 zł.
Lewica mówi w swoim programie o budowie mieszkań na wynajem z pieniędzy publicznych. Ale to dopiero przyszłość. Dzisiaj rynek mieszkaniowy w znacznej mierze funkcjonuje dzięki kredytom hipotecznym. A te z kolei – dzięki niskim stopom procentowym. Dr Augustyński przekonuje, że wskutek radykalnego wzrostu płac inflacja nie wzrośnie. Ale jeśli by wzrosła –oznaczałoby to zapaść na rynku budownictwa mieszkaniowego. Plus tragiczną sytuację kredytobiorców spłacających kredyty mieszkaniowe. Ryzykujemy, że los „frankowiczów” może stać się udziałem również „złotówkowiczów”.

W telewizji
A teraz puenta. Gdyby w radiu lub telewizji zapytali mnie: co Pan sądzi o podwyżce płacy minimalnej. Co bym powiedział w dwóch zdaniach? Popieram podwyżkę płacy minimalnej do 2600 zł w roku 2020. Lewica proponowała nawet 2700 zł. A 3000 zł? 4000 zł? To wyłącznie kiełbasa wyborcza. Której celem jest wygranie wyborów. A nie polepszenie życia najmniej zarabiającym. Tyle.

PiS przebija samo siebie

Kolejna konwencja wyborcza partii Jarosława Kaczyńskiego była w Lublinie. Prezes obwieścił budowę „państwa dobrobytu” osadzonego w bardzo sztywnych neotradycjonalistycznych ramach. To ma być coś jak Wielka Polska Katolicka Dobrobytu Narodu Polskiego.

Jarosławowi Kaczyńskiemu przypadła w udziale rola roztaczającego i nazywającego wizję, np. państwo dobrobytu. Ale też i zarysowanie fundamentów moralnych, socjalnych i kulturowych. Coś czego inne partie zupełnie nie rozumieją i nie robią; trochę próbuje tego teraz nowy konglomerat SLD-Wiosna-Razem, ale jednoznacznie lepsze wrażenie marketingowo robi Kaczyński, który, widać wyraźnie, niczego się nie boi i na nic nie musi uważać, po prostu obwieszcza, z odwagą, tupetem i przekonaniem.
Zaczął od ludzkiej godności oraz od zagadnienia wspólnoty i wspólnotowości. Tak właśnie kradnie lewicy grunt. Wyjaśnił już na samym początku swojego wystąpienia, że człowiek jest istotą społeczną i  od razu wskazał jaka formuła społecznego funkcjonowania interesuje go najbardziej; to trójkąt: rodzina, kościół, naród.
– Pierwsza z nich to rodzina o której była już tutaj mowa. Tak, rodzinę uważamy za komórkę społeczną o zupełnie fundamentalnym znaczeniu dla ciągłości pokoleń, dla przekazywania kultury cywilizacji, dla trwałości większych wspólnot – objaśniał Kaczyński; nie omieszkał, dla pewności, dokładnie zdefiniować rodziny: „rodzinę widzimy tak, jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina” – rzecze Prezes Państwa. Dodał także, że rodzina jest dziś atakowana.
– Naród to wspólnota języka, kultury, historii, wspólnego losu, wspólnych osiągnięć cywilizacyjnych. Naród to podstawa istnienia i działania człowieka w warunkach naszej cywilizacji, tej najbardziej życzliwej człowiekowi cywilizacji, to podstawa organizacji, którą nazywamy państwem. Naród jest nam potrzebny, jest potrzebny Europie, jest potrzebny światu. Tu mówię nie o naszym narodzie, tylko o narodach. Ale dla nas narodem jest Polska, polskość i tą polskość cenimy bardzo wysoko – powiedział Kaczyński o narodzie i szybko, płynnie przeszedł do kwestii chrześcijańskiego fundamentalizmu.
Orzekł m.in., iż kościół katolicki „był i jest głosicielem i dzierżycielem jedynego, powszechnie znanego w Polsce systemu wartości”. Według Prezesa Państwa „poza nim [kościołem – przyp. red.], poza może jakimiś bardzo niewielkimi partykularnie funkcjonującymi systemami, mamy tyko nihilizm”.
– Każdy dobry Polak musi wiedzieć, jaka jest rola Kościoła, musi wiedzieć, że poza nim jest – jeszcze raz to powtarzam – nihilizm. I ten nihilizm my odrzucamy, bo nihilizm niczego nie buduje, nihilizm wszystko niszczy – dodał.
Konwencja PiS była więc niezwykle przewidywalna, co do przesłań i formuły; tym razem są one może odrobinę bardziej egalitarne, jest trochę więcej ukłonów typu „PiS chce być partią wszystkich Polaków”.  Kaczyński ewidentnie szykuje się na zwycięstwo i puszcza oko do lewicowych ekonomicznie wyborców, którzy tradycyjnie nie głosują lub się wahają na kogo oddać głos. Zapowiedziane zostały 13 i 14 emerytury oraz płaca minimalna na poziomie 4 tys zł w 2023 r.

Stalowa Wola – bastion PiS

W tym 60-tys.mieście,trzecim co do wielkości na Podkarpaciu i w ogóle największym w jakim rządzi PiS, odbył się ostatni przed wyborami piknik rodzinny tej partii.
Przy dużej frekwencji, dobrze zorganizowany-z udziałem prezesa Kaczyńskiego, szefa rządu,który wyraźnie polubił wystąpienia wiecowe,oraz byłej premier Szydło.
Mówcy chwalili dokonania minionych 4 lat,a także dziękowano metropolicie krakowskiemu,abp.Jędraszewskiemu za „obronę rodziny i Kościoła”. Potwierdza się więc ostatecznie,iż atak na rzekomą ideologię i środowiska LGBT będzie do końca trwałym elementem kampanii polskiej nacjonalistycznej prawicy.
Oznacza to,że w istocie mamy do czynienia z naruszaniem art. 32 Konstytucji RP stwierdzającym, iż „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”.
PiS oficjalnie akcentuje skromność,a nawet pokorę,ale z wygłoszonych wystąpień przebijał nieskrywany triumfalizm. Morawiecki mówił przecież nie tylko o perspektywie rządów w ciągu najbliższych 4 lat,ale kolejnych 8,12 itd.! Warto zatem pamiętać,iż TRIUMFALIZM pogrążył wiele partii.
Także w Polsce w ciągu minionych trzech dekad i to partii nader różnych orientacji,M.in. dlatego,że-jak pisał Johann Wolfgang Goethe:”Największe trudności znajdują się tam,gdzie ich nie szukamy” .A sama Stalowa Wola przeżywa kłopoty.
Od kilku lat zmniejsza się liczba mieszkańców,choć jeszcze dekadę temu liczono na rychłą perspektywę osiągnięcia 70 tys. Problemy mają też niektóre zakłady przemysłu ciężkiego.