Trąba, bomba, kasa znikła

Ponad 10 milionów złotych zapłacili polscy podatnicy międzynarodowej szajce hochsztaplerów. Działających pod przykrywką sejmowej podkomisji ds. ponownego zbadania przyczyn okoliczności wypadku lotniczego prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Pamiętnego 10 kwietnia 2010 roku.
Jedenaście lat mija od katastrofy, pięć lat od pierwszego posiedzenia sejmowej podkomisji. Jej promotor i patron pan poseł Antoni Macierewicz, ówczesny minister obrony narodowej, obiecywał wreszcie ujawnić „prawdę”. Wcześniej ukrywaną rzekomo przez zauszników byłego premiera Donalda Tuska. Zblatowanego ponoć tajnym sojuszem z Władimirem Putnem. Ówczesnym premierem, dzisiejszym prezydentem Rosji.
Pewnie dlatego zausznicy pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego błyskawicznie wykreowali mit zmarłego „wybitnego polskiego prezydenta”. Profesora Lecha Kaczyńskiego. Rzekomego Wielkiego Stratega. Pierwszego polskiego Geopolityka. Proroka zapowiadającego późniejszą rosyjską ekspansję. Od tamtej pory Lech Kaczyński funkcjonuje w mediach jako wyłącznie prezydent „Świętej Pamięci”. Na wieki, wieków amen? Szybko zapomniano, że Lech Kaczyński był co prawda doktorem prawa, ale specjalistą jednie prawa pracy. Był profesorem, ale tylko „belwederskim”. Tytularnym, z nadania poprzedniego prezydenta Kwaśniewskiego. Znaczącego dorobku naukowego Lech Kaczyński nie miał.
Był rzeczywiście miłym, safandułowatym kompanem debat o polskiej historii, także koneserem wina. Ale politykiem i geopolitykiem był drugorzędnym. Kiepskim międzynarodowym strategiem, ogrywanym, wystawianym na prowokacje, przez sprytnego ówczesnego prezydenta Gruzji Saakaszwiliego.
W kwietniu 2010 roku, po pięcioletniej kadencji, poparcie dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego oscylowało wokół 20 procent. Nie rokowało jego reelekcji. Przegrywający prezydent Kaczyński i jego ekipa rozpaczliwie szukali sposobów zwiększenia mu poparcia.
Uroczysta msza na katyńskich grobach, a potem spotkanie z „Rodzinami Katyńskimi” miały zainaugurować kampanię wyborczą przegrywającego prezydenta. Rangę wyborczego pikniku miał podnieść skład prezydenckiej delegacji. Reprezentującej wszystkie najwyższe władze partyjne, kościelne, wojskowe i państwowe.
Dlatego cynicznie złamano wszelkie przepisy i procedury. Dlatego na pokładzie jednego samolotu zgromadzono aż tylu dostojników państowych. Wbrew elementarnym zasadom bezpieczeństwa.
Sojusz tronu i kropidła
Fundamentem mitu „Świętej Pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego” był pochówek pary prezydenckiej w katedrze na Wawelu. Wtedy to drugorzędny prezydent RP został pochowany w pierwszorzędnej lokalizacji. Panteonie narodowym. Tylko dlatego, że zginął w wypadku lotniczym, który zresztą jego współpracownicy zorganizowali i warunki dla tej katastrofy przygotowali.
Dlatego twórcy mitu „Świętej Pamięci Lecha Kaczyńskiego” nie mogli pozwolić, aby obywatele naszego kraju, zwłaszcza przysłowiowy „ciemny lud”, dowiedzieli się, że katastrofa smoleńska to efekt polskiego bałaganu. Sumy powszechnej w elitach ówczesnej PO i PiS pogardy dla przestrzegania prawa, procedur, konieczności rutynowych szkoleń. Prymatu chciejstwa nad kwalifikacjami.Trudno przecież polskiemu patriocie, krzewiącemu wspaniałą „ułańską fantazję”, deklarującemu, że „polski lotnik to poleci nawet na drzwiach od stodoły”, przyjąć do wiadomości, że polscy lotnicy kierujący prezydenckim samolotem byli zwyczajnie niedouczeni. Nie trenowali wystarczająco. Byli niekompetentni, podobnie jak urzędnicy improwizujący ów przelot.
Badająca przyczyny wypadku komisja stwierdziła liczne nieprawidłowości i popełnione błędy. A potem prezydent Lech Kaczyński, na wniosek ówczesnego ministra obrony Klicha z PO, pośmiertnie mianowali trójkę pasażerów na stopnie generalskie. Bo fantazja i ułański duch w Narodzie zginąć nie może.
Za wawelski pochówek pary prezydenckiej hierarchia polskiego kościoła kat. wystawiła elitom PiS stosowny rachunek. Jeszcze silniej przyssała się do budżetu państwa. Kolejny raz potwierdzając, że za pieniądze hierarchowie polskiego kościoła katolickiego wszystko uświęcą i uzasadnią.
Zwłaszcza kiedy hierarchii kościelnej grożą ujawnienia licznych pedofilskich afer. A tak hierarchowie stale pomagali elitom PiS krzewić kultu „zamachu smoleńskiego”, a elity PiS rządzące IV RP zapewne w zamian nie śpieszyły się z wyjaśnianiem pedofilskich afer w kościele kat.
Za to „ciemnemu ludowi” w TVP wyjaśniono, że statystycznie więcej jest pedofilii wśród murarzy i reżyserów filmowych, niż katolickich księży.
Bomba termobaryczna
Skoro prezydent Lech Kaczyński miał „Świętej Pamięci” być, to jak każdy porządny święty, musiał zginąć męczeńską śmiercią. A nie banalnie w wypadku komunikacyjnym. Dlatego smoleńska katastrofa w Prawicowej mitologii nie może być efektem polskiego burdelu z rosyjskim bardachen w tle. Prozaiczna prawda nie może przebić się do wiadomości potencjalnych wyborców.
Pochowany na Wawelu, zmitologizowany „Świętej Pamięci”, prezydent RP, musiał zatem zginać przynajmniej w zamachu. I to nie z rąk drugorzędnych fanatyków, tylko pierwszorzędnego mocarstwa. Ponieważ komunistyczne Chiny nie wchodziły jeszcze wtedy w grę, ani demokraci z USA, to Rosja była jak znalazł. I dlatego przez pięć lat „pracy” komisji pana przewodniczącego Macierewicza ciągle słyszeliśmy o nowych odkryciach. O „bombie termobarycznej”, o próbach parówkowych, wreszcie o ładunkach trotylowych. Pochodzenia rosyjskiego rzecz jasna.
A przy okazji międzynarodowi hochsztaplerzy zasiadający w komisji pana ministra Macierewicza za pieniądze polskich podatników spełniali sobie swe fantazje. Marzyli wcześniej aby zostać ekspertami od katastrof i zamachów, i potem hop- siup polscy podatnicy sfinansowali im ich fantazje i realizowanie swych hobby. Przy okazji zatrudniony w firmie Boeing pan Wacław Berczyński utrącił kontrakt na zakup śmigłowców przez konkurencyjny francuski koncern Caracal. Sam się tym w mediach pochwalił. Ile dostał za to prowizji od macierzystej firmy, już nie powiedział.
W efekcie tej radosnej twórczości Polska nie nadal ma nadal śmigłowców od Caracala, ani od innej firmy. Nawet amerykańskiej.
Nie ma też, po pięciu latach „pracy” komisji Macierewicza, wielokrotnie zapowiadanego już raportu ujawniającego prawdę o „zamachu smoleńskim”.
Ma za to najnowszy konflikt pan minister Macierewicz kontra pani reżyser Ewa Stankiewicz szefowa Stowarzyszenia Solidarni 2010 i jej małżonek inżynier Glenn Jorgensen, były członek komisji.
Bo małżeństwo Stankiewicz- Jorgensen koniecznie chce pokazać film o wybuchu trotylu na pokładzie prezydenckiego samolotu. Film tak fantastyczny, że nawet pan poseł Macierewicz nie chce go firmować, a pan prezes TVP Jacek Kurski, znany kłamca sejmowy i medialny, nie chce pokazać go w swej telewizji.
W sobotę 10 kwietnia zapewne ujrzymy za to w TVP relacje z kolejnej „miesięcznicy smoleńskiej”.
Msze, przemarsze, składane wieńce.
Kolejny raz kultywowanie kłamstw za nasze podatki.

Bigos tygodniowy

Osiem gwiazdek!!!!!


Polska jest europejskim „czempionem” w licznie zgonów. Brawo rząd PiS!!! „Die Welt” określa to jako „wielkie umieranie”. Nie tylko w Polsce, także w Czechach czy na Węgrzech, ale tylko w Polsce rząd prowadzi propagandę sukcesu.


Skoro już wszystko zamykają, to trzeba w końcu, do jasnej cholery, zamknąć także kościoły, które słusznie określa się od roku jako rozsadniki zarażeń. Czas skończyć z traktowaniem kleszego geszeftu jako uprzywilejowanego przed innymi, a ich samych jak święte krowy. Nawet Schetyna wyszedł z typowego dla niego kokonu ostrożności i wezwał do objęcia ich lockdownem.


Pisiory odłożyły w czasie prezentację Nowoj Ekonomiczieskoj Polityki – oficjalnie z powodu intensywnej fali pandemii. Jednak prezentowanie tego podejrzanego planu w momencie obajt-afery też raczej nie jest dla nich wygodne. Próbują ten kłopot przykryć „sprawą” Grodzkiego.


„Polska staje się potęgą gospodarczą” – powiada prezes NBP i wywodzi, że niedługo Niemcy czy Francja będą gospodarczo gonić Polskę. Sułtan Glapa, prezes NBP, ma skłonności do euforycznego lewitowania i fantazjowania, co u szefa instytucji, którą kieruje, jest wybitnie nie na miejscu.


„Bieg Polski do autorytaryzmu” – tak media i instytucje zachodnie określają sytuację w Polsce. Najszybszy jest w Polsce także bieg do śmierci w warunkach epidemii.


Ścigają czytelników, tak, tak, czytelników jednej z gazet o obrazę Święczkowkiego i Ziobra. Zażądali od redakcji podania namiarów internautów, którzy komentowali tekst gazety w duchu nieprzychylnym obu tym osobnikom. Przesłuchują kobiety z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet za protesty przeciw banerom z krwawymi krwawym płodom pod porodówką w Poznaniu. Trwa ofensywa cenzury narodowo-katolickiej.


Także pisarz Jakub Żulczyk stanie przed sądem za nazwanie Dudy Andrzeja „debilem”. Przypomnę, że według dawnego nazewnictwa psychiatrycznego, „debil” to osoba upośledzona umysłowo w stopniu lekkim. Lekkim – podkreślam. Skoro zatem jest to określenie medyczne, to nie ma w tym nic obrażającego.


Sasin Jacek, który ostatnio grasował na Lubelszczyźnie, dobrze rozpoznał potrzeby mieszkańców Tomaszowa Lubelskiego i zapowiedział pomoc w ubogaceniu miasta łukiem triumfalnym.


Przed zaplanowanym na zeszły piątek kolejnym spektaklem „Dziadów” przy ulicy Mickiewicza w Warszawie (niedaleko od willi Kaczyńskiego) policja chodziła po mieszkaniach tej kamienicy informując, że należy ja opuścić z powodu alarmu bombowego. Nie ma takiego sposobu, jakiego władza nie imałaby się, by ugodzić w Ogólnopolski Strajk Kobiet.


 „Absolutnie nie był to mój stosunek seksualny ani włączony jakikolwiek film pornograficzny” – powiedział ksiądz katecheta po tym, jak podczas lekcji religii on-line z offu w Trzebiatowie, dały się słyszeć odgłosy pobudzenia seksualnego.


Kolejny katolicki „Katon” i autorytet moralny może się okazać humbugiem. Ujawniono świadectwa osób, który nieżyjący już zakonnik Maciej Zięba odmówił zajęcia się sprawą molestowania seksualnego młodzieży, uprawianego przez wrocławskich dominikanów. Ta instytucja naprawdę jest bardziej zgangrenowana niż mogłoby się to wydawać najbardziej radykalnym antyklerykałom.


„To świat w którym obecne patriotyczne rządy w Polsce są niemal cudem, są czymś, co sądząc po posiadanych zasobach nie powinno się zdarzyć. Wokoło mamy świat ogarnięty szaleństwem demolowania całego porządku cywilizacji. Zreformowany marksizm zagarnia coraz to nowe obszary. Narasta agresja wobec każdego odruchu szacunku dla zasad cywilizacji łacińskiej i chrześcijański źródeł kultury europejskiej. Cenzurę wprowadza się już otwarcie, dawne książki ruguje z półek. Nowa tyrania zapuszcza korzenie. Dlaczego Zjednoczona Prawica mimo to rządzi? Bo wspierają ją bezinteresownie dziesiątki tysięcy zaangażowanych ludzi, bo jest zjednoczona i ma silne przywództwo –  prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Te trzy elementy pozwoliły na osiągnięcie serii wygranych, w teorii niemożliwych. Gdy przestanie być zjednoczona i gdy zabraknie Jarosława Kaczyńskiego długo władzy nie dotknie nawet przez szybę. System opresji zgniecie wszystkich i każdego po kolei. W mediach też rozsiądzie się we wszystkich studiach jeden dziennikarz, ten sam o tysiącu twarzach. Dlatego może i dobrze, że III RP przypomina tak mało subtelnie o swojej potędze – w kraju i na zewnątrz. Może ta seria skandalicznych wyroków i manipulacji uświadomi ponownie Zjednoczonej Prawicy czym jest otoczona i jak kruche są te rządy, co leży na szali i co jest wokół”. Lęki medialnego porucznika PiS, Karnowskiego Michała nad kruchością władzy PiS to źródło jednego z nielicznych dziś dla mnie pocieszeń w tych okropnych czasach.


„Oddaj mandat i możesz iść nawet prosto na wycieraczkę do Kaczyńskiego. Krzyż na drogę” – pod tym ostrym wpisem posła Tomasza Treli „Bigos tygodniowy” bez wahania się podpisuje, podobnie jak pod innymi nie mniej ostrymi głosami parlamentarzystów Lewicy w reakcji na konwersję polityczną Moniki Pawłowskiej. Z kierownictwa Lewicy do obozu PiS – tego jeszcze nie było. Czy jednak warto żałować kogoś, kto głosił chwałę powojennych „band leśnych”, jak to przydarzyło się Pawłowskiej. Ale jest też niepokój z przeciwnej strony. Wyraził go porucznik Karnowski z „Sieci”: „ani Jarosław Gowin nie sięgałby po panią poseł Pawłowską, ani ona nie przeszłaby do Porozumienia, gdyby celem było wzmocnienie Porozumienia o jednego posła, i to z antypodów światopoglądowych. Nie, to byłoby bez sensu. To ruch, który z obu stron jest inwestycją w coś nowego, w jakieś nowe rozdanie, w jakiś nowy kurs. Może już za chwilę, może później”.


Nie ma już Konwencji Stambulskiej w Stambule. Fundamentaliści islamscy wygrali w Turcji. Czy fundamentaliści katolscy dopną swego w Polsce?


A poza tym dziesiątki innych, okropnych wieści.

Flaczki tygodnia

Kto zabije pana prezesa?, spekulują komentatorzy polityczni. Kto sprawi, że PiS straci społeczne poparcie, i wreszcie władzę też?

Wielką nadzieją i kandydatem liberalnej opozycji na politycznego zabójcę jest teraz pan prezes Daniel Obajtek. To jego zalety jaśniepan prezes Kaczyński, nadając mu ksywkę „Daniel, wszystko mogę, Obajtek”. Czy pan prezes Daniel jest aż tak wszechmocny, że jego działalność będzie skutecznie „*****” PiS?

Wbrew nadziejom wielkomiejskim liberałom, to nie przekręty pana prezesa Objatka obalą rządy jaśniepana prezesa, choć pewnie ich fundamenty naruszą. Gwoździem do trumny politycznej pana wicepremiera Kaczyńskiego będzie „Nowy ład”. Program nowego, politycznego otwarcia starego „Prawa i Sprawiedliwości”. Od miesięcy zapowiadany.

Już wydawało się, że PiS zaprezentuje go w minioną sobotę. Prezentację przesunięto, bo „Rząd w tej chwili skupia się na walce z pandemią, gdyż życie i zdrowie Polaków jest najważniejsze”, poinformowała pani rzecznik PiS Anita Czerwińska. Ale tego „nowego ładu” szybko nie będzie. Nie przyznają się do niego koalicjanci PiS współtworzący klub parlamentarny Zjednoczonej Prawicy. Zresztą Zjednoczona Prawica jako byt polityczny już nie istnieje. Ostał się ino „Sojusz koryta i bezkarności”. On utrzymuje jeszcze większość parlamentarną i jaśniepana prezesa przy władzy. Przyszłe ogłoszenie przez PiS tegoż „Nowego ładu”, będzie wstępem do kampanii wyborczej. Zaproszeniem do nowych, przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.

Na razie mamy sterowane, przecieki zawartości owego „Nowego ładu”. Jako takie sondaże ich popularności. Jeden z nich jest szczególnie ważny. Elity PiS zdają sobie sprawę, że narobiły już gigantycznych długów budżetowych. Długi mogą się jedynie zwiększyć. Spłacać je można już różnymi sztuczkami. Jedna ze nich to rosnące ceny benzyny i wyrobów ropopochodnych. Sięgające już dawnego poziomu, kiedy światowa cena ropy naftowej przekraczała 100 USD za baryłkę. Dziś przekracza ona 60 USD. Zatem benzyna mogłaby być tańsza, ale windują ją akcyzy i inne podatki pośrednie.

Ale tylko takimi sztuczkami nie da się załatać wszystkich dziur w budżecie państwa. Najlepszym sposobem jest finansowanie długów ze wzrostu gospodarczego. Aby Polska mogła taki mieć – powinna dobrze spożytkować fundusze otrzymane z Unii Europejskiej na tworzenie nowego, po pandemicznego ładu. Elity PiS chcą pozyskać te pieniądze, nawet za cenę federalizacji Unii Europejskiej. Jednak ich koalicjant, ziobrowska Solidarna Polska, jest temu przeciwny. Bo przyszłe pieniądze obwarowane są zgodą na dotrzymywanie unijnych standardów w prawodawstwie. Co jest sprzeczne z podstawowym programem Solidarnej Polski. Dlatego zgody ziobrystów na ratyfikowanie nowego, europejskiego ładu nie będzie.

Oczywiście jaśniepan prezes Kaczyński zdoła przepchnąć przez Sejm zgodę na korzystanie z europejskich pieniędzy. Ma na to poparcie opozycji. Jednak dzień w którym jego władza zostanie uzależniona od głosów opozycji będzie dniem utraty jego politycznej mocy. Cóż to za Naczelnik Polski, który wisi na łasce Budki lub Czarzastego? Dlatego, żeby nie iść od razu na dno, tonący politycznie jaśniepan prezes gówna się chwyta. Negocjuje z Pawłem Kukizem. On może co prawda przynieść jaśniepanu sześć popierających szabel, ale Kukiz to polityczny Jonasz. Nieszczęście sprowadza.

Oczekujący europejskiego wsparcia rząd pana wicepremiera Kaczyńskiego ma bieżące rachunki do płacenia. Finansuje je dzięki osłabiania polskiej złotówki przez NBP. Taki stan sprzyja eksportowi polskich produktów, hamuje import. Zyskują na tym też wiodący polscy eksporterzy. Przemysł meblarski, rolno- spożywczy, miedziowy KGHM. Drożeją importowane „ośmiorniczki”, ale nie jest to chleb wyborców PiS. Cierpią niestety na tym też polskie lasy. Drewno z Polski masowo jest wyprzedawane, drzewostan trzebiony gorzej niż za okupacji niemieckiej. Ale całkowita wycinka Puszczy Białowieskiej, i zastąpiona „Dobrej Zmiany” młodniakiem, też nie sfinansuje przyszłych deficytów budżetowych. Do tego niezbędna jest reforma polskiego systemu podatkowego.

Obecny system sprzyja ludziom bogatym. Kreuje setki tysięcy jednoosobowych przedsiębiorców opodatkowanych najniższą stawką PIT. Wysoki VAT również sprzyja najbogatszym, bo procentowo wydają oni na podstawowe wydatki ze swych budżetów mniej niż ludzie mało zarabiający. Dodatkowo nie ma w Polsce podatków od spadków. Dzięki temu miliony najuboższych Polaków utrzymują budżet państwa, który nie zapewnia im nawet podstawowego socjalnego serwisu. I ci najubożsi najczęściej też głosują na PiS. Bo partia jaśniepana Kaczyńskiego dała im poczucie godności oraz 500+

Dlatego sztabowcy PiS podzielili obywateli Polski na dwie grupy. Zarabiających do 4500 złotych brutto. I pozostałych, zarabiających więcej. Z badań wyszło im, że wyborcy z pierwszej grupy zwykle głosują na PiS. Z drugiej, głosują tylko prezesi podobni panu Obajtkowi i ich familie. Dlatego spin doktorzy PiS postanowili zmniejszyć podatki najmniej zarabiającym. Przede wszystkim przez zwiększenie im kwot wolnych od podatków. No i zwiększyć obciążenia podatkowe tym bogatszym. Szkody politycznej nie będzie, skoro oni i tak na PiS nie głosują. Takie działania można też opakować w patriotyczne, szlachetne szaty. Zmobilizować tym i skupić głosy biedniejszych wyborców. A „swoim” bogatym obiecać poufnie stosowne rekompensaty. To pomoże PiS pozyskać poparcie na poziomie 35- 40 procent głosujących w przyszłych wyborach parlamentarnych. Dodatkowo, dzięki takiej podwyżce podatków antyPiSowskim wyborcom, uda się PiS-owi też sfinansować swój program wyborczy.

Jest jednak koalicyjny problem. Proponowane przez PiS podwyżki podatków dla bogatych nie mogą liczyć na poparcie gowinowskiego Porozumienia Prawicy i pozyskiwanych kukizowców. Dlatego pamiętając doświadczenia z „piątką dla zwierząt”, spin doktorzy PiS, chcą do tej reformy podatków wciągnąć klub Lewicy. Kto jak kto, ale Lewica nie powinna stawiać politycznych warunków dla podwyżki podatków bogatym. Nawet kiedy uderzą one też w wyborców Lewicy. Mamy w Polsce bogatych, którzy głosują na Lewicę, na Partię „Razem” nawet.

Jeśli rządzącemu PiS nie uda się załatać dziur budżetowych podwyżkami podatków, to pozostaje jedynie polityka proinflacyjna. Ale ta uderza przede wszystkim w najuboższych, czyli wyborców PiS. Łatwo też wymyka się spod kontroli. Już teraz czarne prognozy wskazują na przyszłoroczną 8 -10 procentową inflację. Co daje wzrost cen żywności o kilkanaście procent.

Jaśnie pan prezes Kaczyński aby utrzymać się dalej przy władzy musi: pozyskać pieniądze z Unii Europejskiej, czyli stracić poparcie ziobrystów, podnieść podatki bogatym, czyli stracić poparcie gowinowców. Czekać aż rosnąca inflacja zmniejszy mu poparcie do 20 procent. We wszystkich wariantach władzę traci. Może też iść na przedterminowe wybory przy poparciu 30 procent. I potem szukać nowych koalicjantów.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

PiS, prawicowy fenomen bolszewizmu

W trakcie mojej korespondencji z Markiem Suskim zwróciłem mu uwagę na bolszewickie złogi w działalności politycznej PiSu jak i w mentalności pisowców. To go oburzyło, bo przecież bolszewicy to tacy ludzie, którzy strzelali w tył głowy. Racja, lecz skoro ich zbrodnie budzą zrozumiałą odrazę, jak to się dzieje, że PiS stał się tak paradoksalną, wynaturzoną hybrydą deklarowanej prawicowości i bolszewizmu.

To pytanie może budzić gniewną reakcję wyznawców ideologii wykuwanej na Nowogrodzkiej, lecz jest pytaniem absurdalnym jedynie z pozoru i na pierwszy rzut oka. Rzecz w tym, że PiS, partia chętnie postrzegająca się jako skrajnie prawicowa, zaskakująco daleko posuwa się w czerpaniu pełnymi garściami z teorii marksizmu-leninizmu, jak i z praktycznych doświadczeń komunistycznych ekip. Jeśli dla sympatyków Lewicy spostrzeżenie to może wydać się nieco ambarasujące i wprowadzające zamęt myślowy, warto podkreślić to co oczywiste – jeśli historia powtarza się, wraca jako farsa. Dlatego wynaturzona lewicowość w wydaniu PiS ma postać nienaturalną, niekonsekwentną, fałszywą i nie przystającą do współczesności.
Ile ich łączy
Na początek garść wspólnych dla komunizmu i pisizmu haseł i praktycznych ich realizacji. W realnym socjalizmie rozwijano programy socjalne, dotyczące jednak rzeczywiście potrzebujących osób i rodzin. Pis idzie tym samym śladem, lecz pisowskie 500 plus trafia do wszystkich równo, niezależnie od statutu majątkowego i tego czy odbiorcą jest osoba unikająca zatrudnienia, preferująca życie z zasiłku, czy też poprzez pracę starająca się zapewnić rodzinie godziwe życie.
O ile w młodym radzieckim państwie powszechnym było etykietowanie przeciwników władzy jako ,,wroga narodu”, to pisowska władza uwielbia metkować opozycję jako zdrajców Polski. A oba reżimy cechujące się wyrazistą antyinteligenckością i populizmem, chętnie szukają poparcia głównie u ludzi słabo wykształconych, z nizin społecznych, niegdyś nazywanych proletariatem.
Jeśli partia bolszewików miała charakter wodzowski i cechował ją skrajny radykalizm, to czy wszystko nie wskazuje, że PiS z swoim autorytarnym prezesem i rewolucyjną przebojowością jest jej młodszą siostrzycą?
Normą było i jest zaprzęganie historii na służbę reżimów i rządów partii niedemokratycznych. W radzieckich opracowaniach historycznych, książkach, podręcznikach i artykułach, w wszechogarniającej propagandzie dostrzegało się programowe przekłamywanie historii. To masa przykładów do przytoczenia, jak np. zaprzeczanie istnienia paktu Ribbentrop-Mołotow, początek II wojny światowej 22 czerwca 1941 r., niemiecka zbrodnia w Katyniu, Armia Krajowa jako sojusznik Hitlera, prośba państw bałtyckich o przyłączenie do ZSRR, łaskawe, wielkoduszne obejście się marszałka Suworowa z mieszkańcami Pragi w 1794 r. itp. To wszystko w pisowcach budzi święty gniew i sprzeciw. Lecz są to ludzie, którzy tzw. polityką historyczną realizują partyjne cele. Na nowo piszą historię Polski, w której to Polacy ukształtowali współczesną Europę, Lech Kaczyński własną piersią zatrzymał pochód ruskich tanków na Europę, za co musiał zapłacił życiem pod Smoleńskiem i jest tak naprawdę ojcem polskiej Niepodległości, jego matka Jadwiga, przebywając w Starachowicach uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, natomiast największą rolę w polskim ruchu oporu odegrali żołnierze wyklęci, a żołnierze 1. i 2. Armii WP to wojsko polskojęzyczne, które przyniosło Polakom zniewolenie i okupację.
Totalne niszczenie przez bolszewików i kaczystów indywidualizmu i prywatności obywateli to ich wspólna spuścizna i praktyczny dorobek. Pełna ingerencja w to jak ludzie mają żyć, z kim współżyć, co czytać i oglądać, jaki styl w sztuce kultywować, w co wierzyć, jakie poglądy wyznawać, którym wartościom hołdować, co jest dobre i moralne a co złe i naganne, co promować a co zabronić, wszystko to pod rządami PiS, jak głuche echo wraca z przeszłości Kraju Rad.
Interesujące jest tylko to, czy rządząca partia popełnia plagiat z komunizmu świadomie, czy jest to skutek anatomicznych instynktów obecnie starszych wiekiem ludzi uważających się za prawicowców, jednak takich, którzy wyrośli w realnym socjalizmie, przesiąkli nim i nie są zdolni otrząsnąć się z mentalnych naleciałości okresu, w którym dorastali, częstokroć jako członkowie PZPR zdobywali wyksztalcenie, robili kariery zawodowe i odbierali darmowe mieszkania. I nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby dziś, z prawicowych pozycji nie deklarowali swego antykomunizmu i zaprzeczali swej własnej przeszłości.
,,Dobro narodu ponad prawem”
To niedorzeczne słowa enfant terrible polskiej polityki, zmarłego wicemarszałka Sejmu RP Kornela Morawickiego, wprawdzie nie z PiS, ale pierwotnie kukizowca, więc tak czy inaczej przystawki (chciałoby się powiedzieć – przyssawki) PiS. To jednak słowa, które były pisowski marszałek Marek Kuchciński scharakteryzował jako ,,proste, lecz jakże piękne”. Ta sytuacja całkowicie obnażyła istotę PiS jako partii po uszy ugrzęzłej w komunistycznej mentalności. Kto zna realia życia w Związku Radzieckim, ten wie, że określenie ,,dobro narodu” (błago naroda) uwielbiali radzieccy komuniści, choć to oni sami określali, czym ma być dobro narodu, jak i kto go zdefiniuje i jak wcielać je w życie, często kosztem życia obywateli Kraju Rad. Litery prawa do tego nie potrzebowali. Dlatego po rewolucji, dla dobra narodu pozbawiali życia byłych carskich oficerów, a co bogatszych chłopów (kułaków) zsyłali na Syberię. Podobne sytuacje, oczywiście w realnych proporcjach widzimy w rządzonej przez PiS Polsce. Dla dobra narodu i w imię deklarowanej sprawiedliwości ludowej PiS tylnymi drzwiami wprowadził tzw. ustawę dezubekizacyjną. To mściwy pisowski nowotwór, ignorujący pryncypialne zasady prawne uznawane w cywilizowanym świecie i gwałcący normy konstytucyjne, pozbawiający prawnie przysługujących świadczeń emerytalnych tak zasłużonych dla demokratycznej Polski ludzi jak gen. Gromosław Czempiński czy gen. Sławomir Petelicki, a nawet odbierający renty wdowom i sierotom po policjantach poległych w walce z bandytami. To wyraz taniego i wręcz tandetnego populizmu cechującego zarówno wczesny okres socjalizmu jak i obecną władzę, która zrobi każdą podłość i każdą niedorzeczność by pozyskać sobie poparcie mas ludowych. Wcielający się w funkcję genseka Jarosław Kaczyński, dyktując swą wolę posłusznym mu posłom, wskazuje co dla narodu ma być dobre i uszczęśliwia nas swoimi decyzjami. Że zniszczy przy tym instytucje prawa, pokaże pogardę dla orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, to nieistotne dla partii mającej w nazwie prawo i sprawiedliwość.
Ukształtować nowego człowieka
Naczelnym celem partii bolszewików w polityce społecznej stawało się zbudowanie społeczeństwa idealnego, a drogą ku temu miało być ukształtowanie nowego typu człowieka. Takie zadanie przed partią postawił Lenin. Każdy dorosły powinien być członkiem partii, młodzi komsomolcami, najmłodsi pionierami i zuchami odpowiednio kształtowanymi w szkołach i uczelniach w myśl leninowskiej ideologii. Bolszewickie kierownictwo wiedziało, że wizja taka może spotkać się z oporem obywateli. W imię dobra narodu uruchomiono więc cały państwowy aparat terroru i represji, wprowadzono nie liczący się z prawem przymus.
O potrzebie wychowania nowego typu człowieka także mówi ostatnio Kaczyński. Temu celowi ma służyć cała inżynieria społeczna m.in. podporządkowanie sobie szkół i uniwersytetów, zmiana całego systemu edukacji tak, by młodzi niekoniecznie posiedli głębszą wiedzę, a stali się uświadomionymi wyborcami PiSu, czytaj – głupszymi, zmanipulowanymi i zindoktrynowanymi. Z. Ziobro już przestrzega: ,,Jeśli tego nie zrobimy, przegramy bitwę o polskie dusze”. Nie ma wątpliwości skąd zaczerpnął takie przeświadczenie. Dziennikarka Karolina Lewicka zastanawia się czy Kaczyński, wychowany w Polsce Ludowej, tak nasiąkł proletariackimi ideami, że dziś nie potrafi zorganizować państwa inaczej, jak tylko na podobieństwo bolszewickiego systemu.
Prymat ideologii nad gospodarką i gigantomania
Ta deklarowana odbudowa zrujnowanego kraju, jego reindustrializacja, polonizacja i nacjonalizacja przedsiębiorstw, przejmowanie banków, środków masowego przekazu, wykupywanie przez spółki skarbu państwa tytułów prasowych, a do tego podejrzliwość wobec przedsiębiorców, upatrywanie prowokacji i dywersji to atrybuty i znak firmowy pisowskiej władzy. Podporządkowanie centralnej władzy jak największej ilości gałęzi gospodarki, pełna kontrola nad nią to strategiczny cel PiSu. Czemu właściwie ma to służyć i czy to wszystko nie przypomina nam czegoś? Owszem, przypomina nauki Lenina: „Komunizm to gospodarka plus elektryfikacja całego kraju”. Czy Morawiecki dążąc do implementowania gospodarki upaństwowionej i kontrolowanej przez władzę, wprowadzi nam komunizm? Pewnie nie, lecz czujność muszą budzić jego neokomunistyczne wizje gospodarczych, planowych pięciolatek, dziesięciolatek, a prezes Kaczyński przebąkuje nawet o dwudziestolatkach. Owszem, dwudziestolatki są fajne, ale nie te zmyślone przez Kaczyńskiego, choć Morawiecki wyznaje, że jest w nich zakochany. To chyba dlatego, że wyznaje także zasadę prymatu osobistych urojeń nad zdrowym rozsądkiem.
Jeśli z kolei z kasy państwowej, z ministerstw i spółek, setki milionów złotych trafiają do kościelnego biznesmena T. Rydzyka na jego zbożne ,,dzieła”, to czy taka hojność ma jakiekolwiek umocowanie w podstawach racjonalnego wydatkowania środków publicznych, czy też przyczyna leży w ideologicznej tożsamości kościelnych hierarchów, Rydzyka i rządu? To jasne; dla rządzących priorytetem jest wspieranie inicjatyw kościoła kat., również tych biznesowych, ignorując najpilniejsze potrzeby społeczne, szczególnie w okresie pandemii lub też spychanie ich na dalszy plan.
Pseudomocarstwowe zdęcie to cecha dobrze opisująca wdrażaną różnymi drogami ideologię PiSu. W imię tych wątpliwych wartości władza sili się na gesty przerastające jej finansowe, intelektualne i organizacyjne możliwości, a także nie liczące się z gospodarczą rentownością. Jak w epoce gierkowskiej kiedy byliśmy ponoć dziesiątą potęgą gospodarczą świata, tak i teraz niezbędne są atrybuty mocarstwowości. Wszystko musi być ,,naj”. Jak najwyższe wieżowce Stalina w Moskwie, zagospodarowanie Syberii, radzieckie największe elektrownie wodne, gigantyczne projekty zawracania rzek Jenisej i Ob czy przekopanie kanału Białomorsko – Bałtyckiego. Czyżby pisowcy pozazdrościli radzieckim towarzyszom ich potęgi i rozmachu? Na to wygląda, bo skąd nie liczące się z kosztami projekty wyczerpujące znamiona prostackiej gigantomanii, jak przekop Mierzei Wiślanej, którego koszt zwróci się za 400 lat, największa w Europie elektrownia węglowa w Ostrołęce z jej utopionymi w betonie 2 mld zł, megaport lotniczy na łące w podłódzkim Baranowie, zaplanowany zakup najnowocześniejszych samolotów F-35, na które nie stać o wiele bogatszych od nas, a do tego gigantyczne projekty polityczne, jak mityczne tzw. Trójmorze (wcześniej Międzymorze), czy nadany samemu sobie status Polski jako najważniejszego partnera europejskiego Stanów Zjednoczonych, a wcześniej Anglii.
Dziel i rządź
Komuniści wiedzieli, jak skutecznie radzić sobie z rządzeniem, choć pewnie żaden z nich nie przeczytał rozprawy „O skutecznym rad sposobie” Stanisława Konarskiego; wielu z nich nie miało pojęcia o istnieniu takiego dzieła, a bolszewiccy budowniczowie Kraju Rad często nie potrafili czytać. Mieli za to rewolucyjny instynkt, niucha, który podpowiadał im, że skuteczność w rządzeniu zapewni im wewnętrzne skonfliktowanie społeczeństwa. Stąd radzieccy komuniści po zdobyciu władzy w 1917 r. napuszczali bezrolnych na kułaków, robotników na nepmanów, ideologicznie uświadomionych na wierzących, uczciwych na parazytów, a najlepiej całe społeczeństwo na światowy imperializm.
Pisowcy potrafią czytać, co więcej, wiedzą, jak rządzić. Najlepiej i najskuteczniej przez nieustanny chaos, zamęt w państwie i wszechogarniający konflikt. Lecz jeszcze lepiej naposzczuć jednych na drugich, jak za tow. Wiesława – robotników na studentów, prostaczków na inteligentów, Polaków na Żydów. Podobnie i teraz – wyznawców religii smoleńskiej na niedowiarków wciąż tkwiących w błędnym przekonaniu, że to była zwyczajna katastrofa komunikacyjna, patriotów na zdrajców, uczciwych na kombinatorów, wierzących na bezbożników i bluźnierców, mięsożerców na wegetarian, samochodziarzy na cyklistów, i tak bez końca. Jaki piękny konflikt społeczny uwarzył się nam w kipiącym polskim kotle.
Bo przecież Kaczyński uważający się za konserwatystę jest w istocie rzeczy destrukcyjnym rewolucjonistą używającym bolszewickich metod i haseł do realizacji prawicowych wizji i celów. Już na początku swych rządów zapowiedział rewolucję, obdarzoną przez niego dziwaczną nazwą kontrrewolucji kulturowej, która niczym rewolucja październikowa ma zmienić porządek rzeczy nie tylko w kraju, lecz nawet przeorać całą Europę.
Lenin uczył, że rewolucja społeczna wybuchnie tam, gdzie poziom konfliktu społecznego osiągnie najwyższą temperaturę. Kaczyński, który poznał nauki wodza proletariatu, dorzuca do rozgrzanego na czerwono pieca. Wie, że jak nauczali klasycy marksizmu-leninizmu, należy wywołać ferment rewolucyjny (rewolucionnoje brożenije). Do tego potrzebna jest przyprawa w kotle. Przepis jest prosty; należy zagrać na najniższych instynktach społecznych; szczypta mściwości, rewanżu, ostrej ksenofobii, wrogości, nieufności, zawiści, i rewolta gotowa, a władza PiS zabetonowana na amen. PiS w przeciwieństwie do partii bolszewików doszedł do władzy drogą demokratyczną, lecz robi wszystko co niedemokratyczne by władzy tej nie oddać. Podporządkowanie całego aparatu państwowego swoim nieograniczonym wpływom, niedemokratyczne zmiany wprowadzane w celu utrwalenia władzy, przywodzą na pamięć słowa Lenina, powtórzone w 1945 r. przez W. Gomułkę: : ,,Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Tworzą one zawstydzające dla PiS memento, którym jednak pisowcy zdają się zbytnio nie przejmować i zagadują je antykomunistyczną retoryką.
Szowinizm
Radzieckie kierownictwo stanowczo odżegnywało się od takiego obcego bolszewizmowi pojęcia jak szowinizm. Tylnymi drzwiami jednak pobudzało nastroje szowinistyczne, słusznie kalkulując, że mogą one służyć interesom władzy. Stąd wpajanie radzieckim ludziom przekonania o ich prymacie wśród narodów świata, o wyjątkowości radzieckiego społeczeństwa, o wielkości i potędze, co zresztą głosiły wielkie neony na budynkach, np.: ,,Chwała wielkiemu narodowi radzieckiemu”. Pisowska władza nie ukrywa sympatii do ideologii szowinizmu, bowiem zrozumiała jak hasła o szowinistycznym brzmieniu przysłużyły się utrwaleniu władzy radzieckiej na długich 70 lat, a przecież wg słów Kaczyńskiego chcą rządzić przynajmniej lat 20. Dlatego na co dzień obserwujemy festiwal haseł w rodzaju: ,,Polska wyspą wolności i tolerancji”, ,,Europa zazdrości polskiego dobrobytu”, ,,świat wzoruje się na polskich rozwiązaniach antykowidowych”, ,,polscy żołnierze pod Monte Cassino położyli podwaliny UE”, ,,polskim żołnierzom Europa zawdzięcza wolność”, ,,chrystianizacja Europy prowadzona przez Polskę” i cały arsenał patetycznego, lecz groteskowego bełkotu przepełnionego prymitywnym polonocentryzmem rodem z gumofilców i waciaka. Widzimy też dotykanie czułych miejsc narodowej dumy kiedy prezydent grzmi, że ,,nie będą nam w obcych językach mówili jak mamy się rządzić”, a Kaczyński baja o Polsce jako ,,ostatniej reducie zachodniej cywilizacji”, a jednocześnie obserwujemy pokaz pogardy dla innych narodów i ras.
„Określone siły”
To, że w polityce należy posługiwać się językiem prostym, a nawet prostackim, obraźliwym, używać oskarżycielskiego tonu, o tym zawsze wiedzieli komuniści. Pamiętamy tę całą gomułkowszczyznę, tych wichrzycieli, wywrotowców, chłystków, chuliganów, te zapytania: ,”Na czyj młyn ta woda?”, te hasła: ,,Wichrzycielom mówimy nasze stanowcze – NIE !”. Takiego języka pisowcy nauczyli się od swoich mentorów z przeszłości i takim instrumentem posługują się na co dzień. Jako jedyni sprawiedliwi pouczają tonem Katona, karcą niepokornych, obrażają, wskazują na obcą inspirację, na przedsiębiorców, którzy wolą sobie zaszkodzić, byle rządowi przysporzyć problemów, na samorządowców-szkodników, na animowanie przez „określone siły”, pochody KOD-u, kobiece protesty, ulice i zagranicę.
Propaganda, nie informacja
Za krytykę władz radzieccy komuniści zamykali dysydentów w psychiatrykach bądź zsyłali do odległych zakątków kraju. Bo krytyka władzy to atak na ludowe państwo i podważanie jego dorobku. Czy to przypadek, że Beata Szydło powtarzała bolszewickie tezy o ataku na pisowską władzę jako ataku na Polskę? Wtórowali jej ministrowie ugruntowując przekonanie, że każda krytyka władzy, demonstracja przeciw niej, a nawet debata o praworządności nt. demolowania demokracji przez PiS, jest godzeniem w Polskę. Takie propagandowe komunały nie biorą się znikąd. Wynikają z głębokiego przekonania aktywistów partyjnych PiS, że tak faktycznie jest. To ewidentny skutek ich postkomunistycznej mentalności, lub czerpaniu z skarbnicy komunistycznej propagandy i z gomułkowskiej nowomowy. Kto pamięta tamte czasy, a Szydło i Kaczyński pamiętają, temu znane jest twierdzenie: ,,Atak na partię, jest godzeniem w żywotne interesy Polski Ludowej i narodu”.
Dla bolszewików i pisowców sprawy władzy miały i mają naturę mistyczną, dlatego otoczone muszą być aurą tajemniczości. To co kipi w kotle władzy nie jest przeznaczone dla wiedzy maluczkich. Kto za komuny słyszał co dzieje się za kulisami władzy? Choć dziś mamy wnikliwych dziennikarzy, a i tak władza stara się ukryć przed nimi ile się tylko da. Stąd ignorowanie lub wyniosłe milczenie ministrów nagabywanych przez przedstawicieli czwartej władzy. Informacje zastępuje propaganda, trwają zakulisowe rozgrywki, puszczane są zasłony dymne w postaci eksponowania drugoplanowych, zastępczych kwestii.
Antydemokratyczna władza nie potrafi obyć się bez kłamstwa, manipulacji i prostackiej propagandy. Porażającą jest zbieżność metod stosowanych w tym zakresie przez rządzącą w ZSRR WKP(b) i będącym u władzy PiS. To temat na oddzielny tekst, bo samo wymienianie propagandowych tez, kłamstw i manipulacji obydwu ekip zajęłoby zbyt wiele miejsca. Warto za to polecić dającą wiele do myślenia świeżo wydaną książkę Marka Świerczka ,,Jak sowieci przetrwali dzięki oszustwu”, ukazującą mechanizm akcji dezinformacyjnej prowadzonej przez totalną władzę.
Spoiwem skutecznego rządzenia przez partie niedemokratyczne musi być określona ideologia skupiająca ludzi wokół władzy centralnej. Podczas gdy w latach realnego socjalizmu dla Wojska Polskiego podstawą spójności ideologicznej żołnierzy miała być ideologia marksistowsko – leninowska, to obecnie, wg rozkazu gen. R. Głąba z stycznia 2019 r., o sile moralnej wojska mają przesądzać informacje zaczerpnięte wyłącznie z TVP Info i Jedynki, a w myśl b. ministra obrony A. Macierewicza głównym orężem żołnierza polskiego ma być wiara katolicka (!). Aż chce się dodać: a główną taktyką – ogień krzyżowy. Ale jesteśmy bezpieczni ponieważ właśnie zawierzono armię Panience Jasnogórskiej.
Państwem może rządzić kucharka
,,Partia to Lenin, a Lenin to partia” – głosił w swym rewolucyjnym poemacie Władimir Majakowski. Prezes nie dysponuje nadwornym wierszokletą, ale i tak wszyscy wiedzą, że partia to Kaczyński. Niemniej partia potrzebuje kadr. „Kardy są najważniejsze” – nauczał Lenin. Kaczyński ma identyczne zdanie. Kadry nie muszą być wykształcone i kompetentne, mają być wierne jedynie słusznej linii partii. Nie przypadkiem wśród posłów i senatorów PiS znajdujemy takie kompetentne kadry jak aktywiści parafialni, tapicerzy, stolarze, ślusarze, czeladnicy piekarstwa, technicy kolejowi, technicy ogrodnictwa, wyplatacze koszy wiklinowych itp. Prawdziwie bolszewicka kadra, od której poza lojalnością i podnoszeniem ręki za bezprawnymi ustawami niewiele wymaga się, lecz o której Macierewicz mówił, że podwładny ma być dyspozycyjny i zaufany. To pisowcom wystarczy, wszakże Lenin głosił: . „Prawy bolszewik, obdarzony zaufaniem Partii, może kierować czymkolwiek, żadnych szczególnych umiejętności tu nie trzeba”. W myśl tej zasady Obajtek, wójt Pcimia zostaje szefem koncernu PKN Orlen, bo swymi kompetencjami zaimponował prezesowi podczas lokalnej powodzi przywożąc na dwukołowej przyczepce skołowanych gdzieś kilka rolek papy.
Wspomnienia byłych NKWDzistów Sergo Goglidze czy Wsiewołoda Mierkułowa pokazują ten sam mechanizm, w którym mimo świadomości naruszania prawa, gotowi byli bez dyskusji wypełnić każdy rozkaz Stalina. Na gruncie tak rozumianej lojalności również i w dzisiejszych polskich realiach swą gotowość do służby melduje cały szereg miernot i sługusów: harcerze na stanowiskach po usuniętych, doświadczonych agentach wywiadu wojskowego, młodziki od gimnazjum wysługujący się ministrom, lizusy, pismaki na zawołanie, hipokryci, ozadaniowani manipulanci, propagandyści „dobrej zmiany”.
Lenin twierdził, że rządzenie państwem jest łatwe. Może dlatego, iż pisał te słowa, zanim objął władzę. Przekonywał, że państwem może rządzić kucharka. No i faktycznie mieliśmy już kobietę na stanowisku premiera, osobę formatu kucharki. Niezły bigos zgotowała Polakom. Inna kucharka trzęsie oskubanym z godności i niezależności Trybunałem Konstytucyjnym, choć gotuje tylko dla jednego Polaka.
Niedokształcone typy, z trudem na trójkę kończące uczelnie, a nawet absolwenci zawodówek i podstawówek, plagiatorzy prac magisterskich i doktorskich, ludzie wyciągani z dołów hierarchii zawodowej i stawiani na szczycie poszczególnych ministerstw muszą być z natury rzeczy wdzięczni, a zatem wierni i posłuszni woli swych protektorów. To demolujące dla państwa zjawisko, znane z początków władzy ludowej w Kraju Rad i w Polsce, rozkwitło w pisowskiej rzeczywistości, a urządzone na stanowiskach miernoty, korzystając z swej pozycji, przystępują do realizacji aktu zemsty za swe dotychczasowe niepowodzenia i upokorzenia, dają upust swym kompleksom, najniższym instynktom i fobiom. Na takie fobie, urojone zagrożenia dla swej pozycji cierpiał Stalin i wielu jego towarzyszy z wierchuszki władzy. Wokół wietrzyli spiski i knowania, rozumiejąc sprawowanie władzy i politykę jako osobistą rozgrywkę z konkurencyjną koterią, niekończącą się dworską intrygę i walkę o przetrwanie. Czy postępowanie Z. Ziobry daleko odbiega od profilu psychologicznego owładniętego obsesją zemsty Stalina, skoro Ziobro korzystając z pozycji ministra sprawiedliwości już czternasty rok ciągnie proces przeciw kardiologom za rzekome spowodowanie śmierci jego ojca. Czy to nie przypomina słynnego stalinowskiego procesu kremlowskich lekarzy z początku lat 30.?
Stalin pozbawił stanowisk, a potem życia starych, zasłużonych bolszewików, zastępując ich komunistami z tylnych szeregów, stawiał zasłużonych dowódców armii wpierw w stan oskarżenia o powiązania ze starym reżimem, a następnie przed lufami plutonów egzekucyjnych. Czy takie czystki nam czegoś nie przypominają? Nie, aż tak źle nie będzie, ale z drugiej strony źle już jest. Macierewicz jako naczelny inkwizytor wojska stawiał przed komisjami weryfikacyjnymi wszystkich oficerów, którzy służyli przed 1989 r. i przeznaczał ich do odstrzału. Jak Stalin, który pozbawił Armię Czerwoną najlepszych dowódców i pozbył się profesjonalnej kadry, tak i pisowscy dyletanci pozbyli się z szeregów WP czołówki polskiej generalicji. Co więcej, przed komisje weryfikacyjne wezwano doświadczonych agentów wywiadu i kontrwywiadu cywilnego, zasłużonych w walce z gangami policjantów, pograniczników, a nawet lekarzy szpitala MSW i sportowców klubów mundurowych. Wyrzucono ich z służby i pozbawiono należnych świadczeń emerytalnych. Tylko dlatego, że przesłużyli choćby jeden dzień przed 1989 r. Dobrze, że Syberia z jej gułagami nie należy do Polski; Ziobro może zsyłać kilkunastu niepokornych prokuratorów co najwyżej 400 km od ich domów, za to w ciągu 48 godzin.
A. Duda nazywa takie neobolszewickie czystki ,,czyszczeniem Polski”, lecz już M. Kuchciński idzie dalej mówiąc o ,,odszczurzaniu Polski”. Podobny proces doprowadził do sytuacji gdzie z MSZ powyrzucano na bruk najlepsze, profesjonalne kadry dyplomacji tylko dlatego, że kształcili się w moskiewskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Kaczyński usuwa w cień dawnych, rzeczywistych opozycjonistów, zastępuję bohaterów Solidarności własnymi miernotami z czwartego szeregu. To wszystko jako skutek paranoicznych fobii, zawiści, małości, nieufności i mściwości kwitnących w PiSie. Niczym radzieccy bolszewicy u zarania władzy rad. Tylko gratulować pisowcom wzorców i mentorów.
Izolacja międzynarodowa
Trudno może o analogie pisowskiej dyplomacji do dyplomacji radzieckiej, ale może jednak. Ta druga, mimo że robotniczo-chłopska, cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Pisowskie dyplomatołki potrafią skutecznie przegrywać polskie interesy i są w tym dobrzy. W ich przekonaniu otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić, pozbawić tożsamości, nakazać stosowanie się do prawa i własnej konstytucji. Dlatego świadomie bądź nieświadomie doprowadzają Polskę do samoizolacji na arenie europejskiej i światowej. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim własnym świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny, rządzić się po swojemu. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich komunistów tzw. syndrom oblężonej twierdzy. Pisowcom już ten cel udało się osiągnąć, bo po przegranej D. Trumpa mało kto chce się na poważnie liczyć z państwem naruszającym podstawowe zasady, którymi kieruje się UE. Ale co tam, tak do końca nie jesteśmy w izolacji. Jak Związek Radziecki w latach 30. mający wsparcie Mongolii i Republiki Tuwa, tak i my mamy swoich sojuszników na miarę pisowskich ambicji: Słowacja, Słowenia, Czarnogóra, Rumunia, Węgry, Azerbejdżan. Tyle, że to już nie ta liga co Trójkąt Weimarski.
Kult militaryzmu i kult jednostki
Każdy niedemokratyczny reżim uwielbia odwoływać się do ducha militaryzmu. W hitlerowskich Niemczech trwały nieustanne defilady wojskowe, a całe życie społeczne uległo militaryzacji. Podobne sytuacje miały miejsce w ZSRR, a tradycja ta kontynuowana jest w Korei Płn. Zachłystywanie się sferą militarną, tworzenie kultu wojska, każdy może obserwować w dzisiejszych polskich realiach. To rozbudowywanie armii poprzez tworzenia amatorskiego WOTu, to tworzenie w każdym powiecie strzelnic dla młodzieży, defilady wojskowe z prezydentem jadącym na czele kolumny, wypominki żołnierzy wyklętych, budowanie muzeów o charakterze wojskowym, szum propagandowy wokół zakupów broni, to wszystko łączy PiS z radziecką tradycją militarną. Lecz już potrząsanie szabelką przed nosem rosyjskiego niedźwiedzia (macierewiczowe ,,jesteśmy de facto w stanie wojny z Rosją”), czyni z partii rządzącej istną groteskę, tym bardziej kiedy zauważymy jak partia dowodzona przez tchórza i fajtłapę, który wojsko widział co najwyżej na obrazku, tak chętnie odwołuje się do militarnej retoryki. Skąd u nich to zauroczenie ,,frontem obrony wsi”, ,,frontem walki z przestępczością”, ,,pierwszą linią frontu”, ,,atakiem frontalnym”, ,,oszalałym atakiem”, ,,zmasowanym atakiem”, ,,ofensywą jesienno – zimową”, ,,polem zaciętej walki”, ,,wrogiem”, ,,redutą obrony dobrego imienia RP”, ,,trwaniem do końca na posterunku”, ,,ostatnią rubieżą obrony”, ,,dawaniem stanowczego odporu”, ,,wspólnym marszem”, ,,przegrupowaniem sił i środków”, ,,zabezpieczeniem zaplecza”, ,,modlitwą jako najskuteczniejszą bronią wojska polskiego” i pewnie wieloma innymi, podobnie buńczucznymi formułkami.
Rewolucja Kaczyńskiego potrzebuje symboli. Stąd pomnikomania i dążenie do przywrócenia kultu jednostki, jakże charakterystycznej dla komunizmu. Jest oczywiste, kogo dotyczą te zjawiska. Mamy nowych proroków polityki i kultury, nowych strażników prawa i konstytucji, nowych bohaterów narodowych, tych zbiorowych i indywidualnych, nowe wartości patriotyczne, nowe objawienia, łącznie z Maryjnymi, tymi uchwalonymi oficjalnie przez Sejm RP. Wszystko w tej dziedzinie jest już przetasowane. To Lech Kaczyński ,,faktycznie kierował Solidarnością”, ś.p. Anna Walentynowicz była przywódczynią strajku w Stoczni Gdańskiej, o roli Bogdana Borusewicza nie warto wspominać, a Lech Wałęsa to zaledwie agent bezpieki. Dlatego jego nazwisko należało zasłonić płachtą na gmachu terminalu w Gdańsku, by nie kłuło w oczy goszczącego tam prezydenta George’a Busha.
Tysiąc pomników L. Kaczyńskiego na 10-lecie zbrodni smoleńskiej. Podobnie brzmiące hasło pamiętamy z epoki gomułkowskiej, lecz tamto odnosiło się do tysiąca szkół na Tysiąclecie Polski, a to w nowej wersji już praktycznie obowiązuje, gdyż jesteśmy na etapie oddania do użytku publicznego już 600 miejsc upamiętnienia byłego prezydenta.
Jak w Związku Radzieckim – każde miasto, każda dzielnica, nawet drewniana wiocha bez wodociągów i kanalizacji z cotygodniowym objazdowym sklepem w ciężarówce, musiało mieć swojego Lenina, choćby takiego z gipsu, na pół metra wysokiego i pociągniętego złotanolem, ale własnego, by móc u jego stóp składać plastikowe kwiatki i upiornie szeleszczące na wietrze blaszane wieńce. W rządzonej przez PiS Polsce pomniki, tablice memorialne, popiersia, głazy, ulice, ronda, gazoport, szkoły, już wkrótce może i lotnisko, wszystko ma być im. L. Kaczyńskiego. I nie istotne czy samorząd życzy sobie tego czy nie.
Wszystko stanęło na głowie. O ile w komunizmie mieliśmy księżycową gospodarkę, o tyle obecnie mamy księżycowy krajobraz sceny politycznej, a niemal wszystko co realizuje PiS staje się neobolszewickim anachronizmem, absurdalną niedorzecznością, farsą, groteską, ponurą karykaturą politycznej normalności.

Bigos tygodniowy

„No dajcież spokój z PiS-ami, zrobili nas w chuja” – powiedział jeden z górali zakopiańskich ( też chory na tureta?). A widzita Gazdo, coście najlepszego zrobili? Narciarz też wos w chuja zrobił i wydupcył, że hej.


Tydzień po demonstracjach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet 8 marca warto odnotować, że jako prezent kobiety dostały – z sadystyczną jak zwykle zaciekłością – gazem po oczach od policji sterowanej przez Zaplutych Karłów Reakcji.


Numery telefonów do Aborcji bez Granic.pl – ku pamięci niejakiemu Dzierżawskiemu Mariuszowi, który próbuje zaszkodzić m.in. Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny czy Aborcyjnemu Dream Team’owi – 22 29 22 597 i 22 30 70 791


Po haśle „kochajcie się mamo, tato”, które zostało masowo wylepione na billboardach w Polsce organizatorzy akcji przeszli już do tezy bardziej bezpośredniej, że „rozwód to zgorszenie”. Jednocześnie krążą wokół tematu dobrodziejstwa jakim jest ciąża z gwałtu. O kim mowa? Tym konkurentem Mordo Iuris jest śląska Fundacja Nasze Dzieci – Edukacja, Zdrowie, Wiara niejakiego Kłoska Mariusza, milionera od okien.


Zdaniem Kamili Ferenc z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny definitywne odebranie kobietom prawa do aborcji „będzie negatywnie rzutowało na dzietność w Polsce”. „Zachodzenie w ciążę w Polsce będzie rosyjską ruletką. Obawiam się spadku dzietności, bo kobiety nie będą chciały ryzykować życia i zdrowia” – dodała prawniczka Federy.


Przy okazji informacji o wzroście zainteresowania Polek zabiegiem podwiązania jajowodów, który odnotowano w Czechach okazało się, że w Polsce, o ile ten zabieg jest nielegalny, o tyle podwiązanie nasieniowodów (wazektomia) jak najbardziej dozwolone. To kolejny przykład dyskryminacji kobiet w tym barbarzyńskim kraju.


W sporze między posłanką Lewicy Moniką Pawłowską a młodzieżówką Lewicy zdecydowanie opowiadam się po stronie młodzieżówki. Posłanka została skrytykowana za oddanie hołdu „wyklętym”. I słusznie. Nawet jeśli posłanka Pawłowska indywidualnie „cieniuje” swoje poglądy na tę kwestię, nie powinna czynnie wzmacniać przekazu skrajnej prawicy. W sytuacji, gdy wszelkie poglądy, idee czy emblematy lewicy, nawet te historyczne, są zaciekle tępione przez klerofaszystów i „osądzane od czci i wiary”, wspieranie przez posłankę lewicy ich przekazu ideologicznego jest zachowaniem absurdalnym i niedopuszczalnym. Posłanka powinna to wiedzieć, bo to „abece” polityki. Jeśli nie wie, powinno się jej to wytłumaczyć. Poza tym nie podobają mi się przypadki wdzięczenia się niektórych ludzi lewicy do pisiorów przed kamerami TVPiS.


Pisiorskiemu wójtowi Lanckorony nie spodobała się konferencja posła KO Marka Sowy na tematy obajtkowe. Próbował publicznie przegonić go z rynku miasteczka i miał pretensje, że ten nie powiadomił go o planowanej konferencji prasowej. Oto jak bezczelne pisiory wyobrażają sobie swoje rządy – miejsce gdzie rządzą ma być ich wyłączną własnością.


A propos afery z filmem o wibratorach. W Niemczech Hitlera rzucono hasło: „Armaty zamiast masła”. W Polsce Zaplutego Karła Reakcji odpowiednik tamtego hasła brzmi: „Niezłomni i wyklęci zamiast wibratorów”. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że te wibratory produkowane są na Węgrzech sojusznika Orbana.


„Niech pisowczyki liczą sie z tym, że ich też tak się będzie atakować! Powoli przelewa się czara goryczy! Mamy prawo się bronić, mówię tu nie tylko w imieniu osób nieheteronormatywnych, ale i zwykłych ludzi, atakowanych przez PiS każdego dnia. / „Bandyci są popierani i ukrywani przez PiS i Kościół. To są wewnętrzne akty terrorystyczne. I tak te zbiry powinni być sądzeni”/„piSS, TVpiSS i epiSSkopat ma krew na rękach” -. to niektóre wpisy internautów w reakcji na to co dzieje się w kraju. Warto odnotować, bo to coś mówi o nastrojach.


PiS mści się na znienawidzonej Unii Europejskiej i jako kandydata do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu wysyła człowieka M-Ordo Iuris Stępkowskiego Aleksandra, obecnie rzecznika SN.


Kibole ryczeli pod stadionem Legii na Czerniakowskiej i strzelali racami, ale zgromadzona tam policja nikomu z nich nie wpierdoliła, nie złamała ręki, nie wciągnęła do radiowozu i nie wywiozła sto kilometrów od miasta.


Niejaka Emilewicz Jadwiga zaprezentowała w telewizji szowinistyczną i antykobiecą postawę, na jaką nie zdobyłby się najgorszy mizogin w PiS-ie i okolicach. Było to obrzydliwe.


Rzecznik Praw Trupich Płodów, katolicki fanatyk o temperamencie ślimaka – Wróblewski Bartłomiej został przez PiS wysunięty na kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich. To bez wątpienia owoc sadystycznej wyobraźni Zaplutego Karła Reakcji.


„To jest chory kraj” – powiedziała Klementyna Suchanow i to jest najkrótsza i najtrafniejsza synteza tego szamba w którym tkwimy po czubek głowy. W XVIII wieku Wolter określał TOTO jako „Irokezów”.


Francuski minister Clément Beaune chciał wybrać się do którejś z gmin „wolnych od LGBT”, ale mu nie pozwolili.


Umilkły protesty Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Czy okażą się one efemerydą i słomianym ogniem jak Komitet Obrony Demokracji?


O aferze Obajtka ani słowa, bo mi się rzygać chce, gdy na niego patrzę.

Flaczki tygodnia

„Si vis pacem, para bellum”, tak powiedział pan minister, prokurator Zbigniew Ziobro jaśniepanu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu podczas ich ostatniego spotkania. Powiedział po łacinie, bo obaj panowie skończyli studia prawnicze w czasach, kiedy jeszcze wypadało znać łacińskie sentencje.

Po polsku owo przysłowie znaczy „Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. W języku politycz nym to ważna deklaracja. Przesłany sygnał, że pan minister i prokurator Ziobro, zwany przez zawistników „Zbyszkiem Zdradzieckim”, wszedł na wojenną ścieżkę.

Wojna na górze jest nieunikniona. Wojna domowa Zjednoczonej Prawicy. Bo obecna koalicja rządząca jest nieuchronnie skazana na konflikt. To znakomicie uzasadnił w weekendowym „Dzienniku. Gazecie Prawnej” emerytowany marszałek Sejmu RP, dorabiający jako publicysta Ludwik Dorn. Kiedyś najbliższy współpracownik braci Kaczyńskich. Zwany wtedy przez zawistników „trzecim bliźniakiem”.

Jarosław Kaczyński popełnił fundamentalny błąd, uważa publicysta Dorn. Tak schrzanił w 2019 roku listy wybiorcze PiS, że niegroźne wcześniej przystawki polityczne, czyli ziobrowska Solidarna Polska i gowinowskie Porozumienie Prawicy dwukrotnie powiększyły swój parlamentarny stan posiadania. W kadencji 2025-2019 ziobryści i gowinowcy mieli po dziewięciu posłów. Po wyborach w 2019 roku każdy z nich ma po kilkanaście szabel w Sejmie RP. Przy niewielkiej większości koalicji zwącej się „Zjednoczona Prawica”, czyli PiS + SP + PP, władza jaśniepana prezesa Kaczyńskiego, zleży od kaprysów koalicjantów.

Gowinowcy i ziobrowcy w wyborach 2019 roku startowali z list wyborczych PiS. Nie mają zatem prawa do refundacji wyborczej, dotacji z państwowego budżetu. Utrzymują się z dotacji na biura poselskie, uposażeń poselskich i pensji swoich wiceministrów w rządzie. Ponieważ uposażenie poselskie są niskie, podobnie jak pensje wiceministrów i dotacje na biura poselskie, to obie przystawki cienko przędą. Potrzebną na przyszłe wybory kasę mogą zdobyć jedynie od swoich ludzi uplasowanych na biznesowych posadach w spółkach skarbu państwa i wszystkich innych dobrze opłacanych posadach w instytucjach państwowych. Jeśli ich ludzie płacą im, nieformalnie rzecz jasna, „składkę specjalną”, czyli zwyczajowe dziesięć procent od osiąganych dochodów netto. W gotówce. Partie polityczne czasem działają jak kluby piłkarskie. Muszą mieć dodatkowe, gotówkowe środki finansowe. To jedno z wielu podobieństw piłki kopanej i polityki opartej też na kopaniu przeciwnika.

„Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro wiedzą, że przy układaniu list przed najbliższymi wyborami zostaną ostro zredukowani lub wręcz wygumkowani. Tyle, że dowiedzą się o tym na chwilę przed głosowaniem- jeśli oczywiście zdecydują się kandydować z list PiS. Muszą więc wyrabiać zaczątki samodzielnej pozycji wobec partii Jarosława Kaczyńskiego, czyli wchodzić z nią w konflikty, by się odróżnić.”, taki pisze Ludwik Dorna. A „Flaczki” zgadzają się z nim.

I gowinowcy i ziobryści wiedzą, że szybki, samodzielny ich start w wyborach skazany jest na porażkę. Nie przeskoczą progu wyborczego. Muszą dalej tkwić w poddańczej koalicji z jaśniepanem prezesem Kaczyńskim. Zbierać pieniądze i marzyć o „pójściu na swoje”. Jednocześnie systematycznie muszą budować swe odrębności polityczne wobec PiS- owksiego hegemona. Zwłaszcza, że większa większość prawicowych wyborców przekonana jest, że krajem rządzi Kaczyński i PiS. O koalicyjności Zjednoczonej Prawicy wiedzą tylko hobbyści oraz ludzie zatrudnieni w polityce i w obsługujących ją mediach. Każda porażka PiS może pomóc buntującym się przystawkom, jeśli tylko zostanie ona umiejętnie propagandowo sprzedana. Każdy wzrost popularności PiS to gwóźdź do trumien SP i PP.

Konflikt PiS kontra SP i PP potęguje dodatkowo problem sukcesji po panu prezesie Kaczyńskim. Choć jaśniepan prezes deklaruje swe odejście już za sześć- osiem lat, to jego przeciwnicy chcieliby jego abdykacji w najbliższych dwóch- trzech latach. Ale „zmiana lidera w rządzonej autorytarnie, silnie spersonalizowanej partii oznacza wewnętrzną rewolucję, także kadrową, i nic dziwnego, że ścisła elita z wyprzedzeniem się do niej przygotowuje. Dywagacje rozwiązaniu problemu przez „namaszczenie delfina” przez Kaczyńskiego są pozbawione sensu, bo w partii rządzonej autorytarnie wskazanie następcy przez przywódzcę jest z punktu widzenia tego ostatniego niemożliwe. Bo oznaczałoby to jego faktyczne ubezwłasnowolnienie: w obliczu zbliżającej się zmiany elita partyjna, aparat i działacze przenosiliby lojalność na następcę, a formalnemu przywódcy pozostawałby jedynie pozbawiony politycznej treści tytuł. Elita partyjna musi zatem po cichu przygotowywać się do walki o sukcesję, co nieuchronnie skutkuje wzrostem wewnętrznych napięć i utajonego na razie potencjału dezintegracji”, pisze Ludwik Dorn. A „Flaczki” zgadzają się z nim znowu.

Zatem mamy w pragnącej „pokoju” Zjednoczonej Prawicy trzy równolegle trwające przygotowania do wojen. Ziobryści i gowinowcy deklarują wolę pozostania w koalicji z PiS, w sojuszu „Koryta i bezkarności”, lecz jednocześnie szykują się do startów w wyborach parlamentarnych. W konstytucyjnym terminie w roku 2023 lub wyborach przyśpieszonych. Samodzielnie lub w koalicjach. Ziobryści kokietują Konfederację, gowinowcy Konfederację i PSL.

Pan prezes Kaczyński próbuje rozbić i przyciągnąć jak najwięcej gowinowców. Pozyskać Kukiza i kukizowców. Aby mieć sejmową większość bez zwartych ziobrowców i słabnących gowinowców. Jeśli jednak nie będzie miał gwarantującej mu nieskrępowane rządy większości to odsunie ziobrowców i gowinowców od koryta. A może nawet ujawni ich przekręty. I pójdzie na przedterminowe wybory aby je maksymalnie wygrać i tak wzmocniony szukać ewentualnego koalicjanta.

Jaśniepan prezes wie jednak, że choć ma jeszcze kontrolę nad „korytem”, to nad prokuratura już nie panuje. To „Zbyszko Zdradziecki” może mieć „kompromaty”, które wyciekną do mediów, jak niedawno „taśmy Obajtka”. I choć jego prokuratura lojalnie nie nęka jeszcze podejrzanych o przestępstwa kaczystów, to zawsze może się uaktywnić.

Oprócz służb prokuratorskich mamy też w Polsce służby antykorupcyjne, specjalne, kontrwywiadu, skarbowe, celne, graniczne, terytorialsów, Najwyższa Izbę Kontroli rządzona przez urażonego pana prezesa Banasia. Wszystkie one mogą być uaktywnione kiedy w pragnącym pokoju PiS zacznie się wojna wszystkich ze wszystkimi o sukcesję po jaśniepanu prezesie.

Na razie elity starego PiS uruchomiły promowanie Narodowego Funduszu Rozbudowy. Niby programu rządowego, ale firmowanego jedynie przez PiS. Wypisz, wymaluj programu wyborczego pana prezesa Kaczyńskiego. Adresowanego przede wszystkim do żelaznego elektoratu PiS. Czy to początek pożerania przystawek?

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Flaczki tygodnia

Rozpada się Porozumienia Prawicy, czyli koalicja PiS ze Zjednoczoną Prawicą Gowina i ziobrowską Solidarną Polską.

Pan prezes Kaczyński jak kania dżdżu łaknie pieniędzy z unijnego Funduszu Odbudowy. Łaknie też wzrostu notowań wyborczych PiS, bo te od pół roku nie gwarantują mu już utrzymania władzy.

Pan prezes potrzebuje pieniędzy z Unii Europejskiej, bo tylko one mogą uwiarygodnić przygotowany od tygodni „Nowy Polski Ład”. Kolejny program pokrzepienia narodowych serc, który uroczyście ogłosić ma pan premier Mateusz Morawiecki.
Będzie to program wychodzenia z pandemii i lepszego życia po zduszeniu jej. Dlatego poza rosnącymi wykresami gospodarczymi, pan premier przygotował też wiele prześlicznych slajdów o poprawie systemu ochrony zdrowia, edukacji, o ochronie środowiska nawet, no i magicznie brzmiących „innowacjach”.
Program oparty jest na szesnastu fundamentalnych filarach, które mają dodać mu powagi oraz eksperckiego wizerunku.

Jednym z ważniejszych filarów owego „Ładu” będzie Instytut na rzecz Rodziny i Demografii. Proponowana przez kaczystów nowa, skuteczna metoda na zwiększenie dzietności obywateli naszego państwa. Widać jaśniepan prezes Kaczyński naprawdę wierzy, że dzieci przynoszone są na ten świat przez obsadzone PiSiewiczami narodowe Instytuty.

Tego politycznego opium dla „ciemnego ludu” nie da się jednak skutecznie rozprowadzić po kraju bez współpracy z gowinowcami i ziobrystami. Bez ich sejmowych głosów za ratyfikowaniem unijnego Funduszu Odbudowy.

Przeciwko Funduszowi otwarcie występują ziobrzyści. W zamian za zmianę ich stanowiska, pan prezes Kaczyński obiecuje wsparcie ich dalszych czystek sądowych. Co oznacza podporządkowanie polskich sądów ziobrystom. Co na pewno wywoła kolejny spór o naruszanie praworządności z Unią Europejską i postulaty zablokowania wypłaty pieniędzy Polsce z unijnego Funduszu.

Można zatem przewidzieć, że pan prezes oszuka pana ministra Ziobrę. Zaraz po uzyskaniu ich głosów dla Funduszu Odbudowy wycofa swoje poparcie dla demolki sądów. Wie o tym pan minister Ziobro i nie śpieszy się z poparciem dla unijnego Funduszu. Końca sporu nie widać.

Pan prezes Gowin, też Jarosław, popiera europejski Fundusz Odbudowy, ale swe dalsze poparcie dla polityki swego imiennika, uzależnia od wyrzucenia z rządu swych byłych wiceministrów. Tych, którzy poparli pucz pana europosła Bielna. Pan prezes Kaczyński obiecuje „wycofanie Bielana” i jednocześnie negocjuje skaperowanie Pawełka Kukiza i piątki związanych z nim parlamentarzystów. By uzupełnić nimi ewentualną secesję gowinowców.
Ponieważ Pawełek Kukiz też wie, że pan prezes Kaczyński zawsze może go w negocjacjach „wyruchać”, mówiąc językiem rockendrolowców, to jednocześnie negocjuje z panem prezesem Gowinem przejście do jego ugrupowania. By zabezpieczyć się przed „wyruchaniem go” przez pana prezesa Kaczyńskiego.
Ale pan prezes Gowin również ma świadomość, że Pawełek Kukiz zwykle obiecuje na prawo i lewo, a potem, jak to rockendrolowiec, jest bardzo niestały w uczuciach, nawet tych politycznych. I flirtuje z PSL-em, który „wyruchał” Pawełka Kukiza. I tak to rządzi Polską koalicja polityków, którzy już nie ufają sobie wzajemnie.
Koalicja sojuszu „koryta i bezkarności”.

Rozpad Porozumienia Prawicy zaczął się od forsowania ustawy zwanej „piątka dla zwierząt”. Miała ona ocieplić wizerunek PiS wśród polskiej młodzieży, pokazać „ludzkie” oblicze kaczystów.
Ale z legislacyjnego rozpędu i bałaganu, bezmyślnie wpisano do niej wiele „wielkomiejskich” postulatów, które wstrząsnęły wiejskim elektoratem PiS. Od zakazu hodowli zwierząt futerkowych i biznesowego uboju religijnego aż po administracyjne kontrole warunków życia podwórkowych „Burków”.

Wizja opresyjnych państwowych kontrolerów zaglądających do prywatnych ferm, ubojni i psich bud wstrząsnęła tradycyjną polska wsią. Społecznością dla której spory o konstytucyjność kolejnych sądów i trybunałów były księżycowymi. Podobnie jak debaty o pluralizmie mediów i misji informacyjnej publicznej TVP.
Za to groźba narzuconych z góry pomiarów długości mojego psiego łańcucha i kontroli sposobów mojego uboju moich zwierząt hodowlanych w moim domu uderzała w podstawowe wolności i mir gospodarstw domowych najbardziej twardego elektoratu PiS.
Zauważył to, i upowszechnia ze złośliwą satysfakcją, profesor Waldemar Paruch. Zdymisjonowany po ostatnich wyborach parlamentarnych szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych.

Kiedy pan prezes Kaczyński stracił swój tradycyjny, wiejski elektorat, zechciał szybko kupić sobie przychylność grupy kapitałowej zwianej się „polski kościół kat.” Wierząc, że dzięki jej środkom propagandowym odzyska utraconą wieś. Dlatego nakazał swemu Trybunałowi Konstytucyjnemu zaostrzyć prawo antyaborcyjne, by zaspokoić żądania tej patologicznej grupy.

Nie zdawał sobie sprawy, że wywoła tym wojnę z polskimi kobietami. A także powszechną nienawiść młodego pokolenia Polaków, których chciał wcześniej kupić sobie „piątką dla zwierząt”.

Pan premier Morawiecki zapewne dalej szlifuje swe slajdy aby wreszcie wspaniale zaprezentować „Nowy Polski Ład”. W tym czasie jego ministrowie zamykają województwo Warmińsko- Mazurskie rujnując tamtejszy przemysł hotelarsko- rekreacyjny. Pod hasłem walki z pandemią.
I aby pomoc mieszkańcom tegoż województwa w walce z pandemią, rząd przekazuje im 6 milionów maseczek. Bezwartościowych, bo już przeterminowanych.

Zapewne teraz cała Warmia i Mazury, jak kania dżdżu, czeka na wystąpienia pan premiera Morawieckiego. W między czasie „Flaczki” polecają Porozumieniu Prawicy. i wszystkim innym, sztukę Eugenia Ionesco „Le Roi se meurti”.
Po polsku brzmi to „Król umiera, czyli ceremonie”.

Kłamczuch smoleński?

Intrygi, oskarżenia, wzajemne oczernianie się, rozsiewanie kłamstw i rozkradanie publicznych pieniędzy, na tym dzisiaj skupiają się politycy Zjednoczonej Prawicy.
W piątek czwartego sierpnia 2018 pan poseł Antoni Macierewicz świętował swe siedemdziesiąte urodziny. Podczas okolicznościowego przyjęcia na cześć wiceprezesa PiS, przemówił jego szef – pan prezes Jarosław Kaczyński.
„W działalności Antoniego Macierewicza łączy się tradycja Piłsudskiego i tradycja Dmowskiego”, tak sprytnie zaprezentował dwu skłóconym nurtom kaczystów. Staranie unikał jego ocen jako odwołanego niedawno ministra obrony narodowej.
Skupił się na jego pracy w sejmowej podkomisji do spraw katastrofy smoleńskiej. „Kolejna niemożliwa misja, misja odkrycia prawdy. Misja, która była niezwykle trudnym, niezwykle odważnym, niezwykle zdeterminowanym dążeniem do prawdy, a z drugiej strony była fundamentalna dla tego, by sprawa smoleńska nie została zapomniana, a to była koncepcja drugiej strony”. I wspominając o „niezwykłej osobowości, niezwykłej siły, która jest w Antonim”, wieszczył „Antoni jeszcze bardzo wiele dla Polski zdziała”.
Cenzura prezesa
„Sprawa smoleńska” nie została zapomniana. 20 stycznia 2021 o godzinie 20.00 kurska TVP 1 miała pokazać film dokumentalny „Stan zagrożenia” poświęcony tej katastrofie. Projekcję odwołano nagle. W zamian pokazano mecz włoskich drużyn piłki kopanej. Program widać niezwykle ważny dla narodowo- katolickiej telewizji.
Tu warto przypomnieć, że reżyserem filmu jest pani Ewa Stankiewicz. W 2010 roku, po katastrofie prezydenckiego samolotu we Smoleńsku założyła stowarzyszenie „Solidarni 2010”. Wspólnie z panem artystą Janem Pośpieszalskim wyreżyserowała trzy filmy poświęcone tej katastrofie.Każdego 10 kwietnia przewodniczy marszowi w hołdzie ofiarom katastrofy przemierzającemu centrum Warszawy. Uczestniczy w nim jako chorąży duńskiej flagi, inżynier Glenn Jorgensen, który do 2020 roku wchodził w skład kierowanej przez pana wiceprezesa Macierewicza sejmowej i resortowej podkomisji. Inżynier Jorgensen jest bliskim pani Ewy Stankiewicz. Zbliżyła ich i połączyła węzłem małżeńskim wspólna pasja i smoleńska tragedia.
Oficjalnie powodem odwołania premiery tak ważnego dla kaczystów filmu były zastrzeżenia „natury formalno- prawnej”, zgłaszane przez podkomisję do spraw zbadania katastrofy kierowanej przez pana posła, wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza.A po ludzku mówiąc zarzuty, że pani reżyser Stankiewicz wykorzystała w filmie dokumenty z zasobów komisji bez zgody jej przewodniczącego pana Macierewicza.
Nieoficjalnie na salonach elit PiS spekulowano, czy ten bezprawny akt cenzury to robota pana posła Macierewicza, czy to sam pan prezes Kaczyński nakazał swojemu słudze zdjęcie z emisji tego filmu. Bo samodzielnie pan prezes Kurski nie odważyłby się na taki czyn.
W odpowiedzi na oficjalne zarzuty pani reżyser Stankiewicz zapewniała, że wszystko co w filmie użyła pochodzi z legalnych źródeł. Zwłaszcza, że dorobek wspominanej tu podkomisji współtworzył inżynier Jorgensen, z którym ma małżeńską wspólnotę pasji i fascynacji.
Tak naprawdę, sugeruje pani reżyser, jej film zablokowała cyniczna kurska cenzura. Trzęsąca portkami ze strachu przed ujawnieniem prawdy. Bo, jak mówiła w prawicowych tygodnikach, film udowadniał, że ”elita naszego państwa udająca się na obchody 70.rocznicy zbrodni katyńskiej zginęła w skutek serii eksplozji maszyny. Wszyscy pasażerowie znajdujący się na jej pokładzie zostali rozerwani nad ziemia. Dokładnie to samo mówi Antoni Macierewicz”.
Antoni milczący
„Na publiczne zabranie głosu decyduję się po latach prób naprawy sytuacji poza zasięgiem mediów, odkąd wyraźnie widzę, że sprawa ważna dla Polski, której poświęciłem- podobnie jak inni zaangażowani w badanie- osiem lat życia, zmierza w złym kierunku”, pisze inżynier Glenn Jorgensen.
Pisze w tygodniku „Sieci”, posiadanym i redagowanym przez panów braci Karnowskich. Najbardziej lizusowskich pracowników zjednoczonego frontu propagandowego PiS. Co tydzień wyciskających z siebie tony wazeliny na potrzeby rządzących elit PiS. I jednocześnie wyciskających ze spółek skarbu państwa miliony złotych z funduszów reklamowych i promocyjnych na potrzeby życiowe panów braci Karnowskich.
Inżynier Jorgensen publikuje na stronach 56/63 tygodnika kobylasty raport demaskujący wrogą działalność pana wiceprezesa Antoniego Macierewicza. Ujawnia, że „wbrew publicznym zapewnieniom przewodniczącego podkomisji, że raport końcowy jest gotowy od lipca ubiegłego roku – z tego co mi wiadomo- członkowie podkomisji deklarują, iż nieznaną jego finalnej wersji”.Z obszernej treści siedmiostronnicowego raportu wynika, że pan wiceprezes PiS Antoni Macierewicz to mówiąc delikatnie nieuk, leń, oszust, złodziej publicznych pieniędzy i ….?
Rozszyfrowanie tego „…” inżynier Jorgensen pozostawia czytelnikom raportu. Na koniec inżynier Jorgensen deklaruje, że my Polacy „Nie jesteśmy skazani na przewlekłość i chaos”. Ale „wymaga to zmiany na stanowisku przewodniczącego na osobę, która oprócz woli dojścia doprawdy przyjęłaby podejście naukowe i oparte na dowodach, miałaby zdolności organizacyjne i kompetencje” a nie kreowałaby „konflikty i sztucznie tworzone przeszkody”.
Gdyby inżynier Jorgensen dymisjonował pana wiceprezesa PiS Macierewicza na forach internetowych można lekceważyć ten przekaz. Ale czyni to w ulubionym przez pana prezesa Kaczyńskiego tygodniku. Redagowanym przez jego lizusów. Zatem przekaz jest jasny. Albo pan przewodniczący Macierewicz wreszcie rozliczy się z pięciu lat pracy swej komisji, z milionów złotych jakie jej działalność kosztowała budżet państwa, albo poszedł won. Co na takie oskarżenia pan wiceprezes Antoni?
Milczy wymownie. A lakoniczny komunikat wydany przez jego Podkomisję informuje jedynie, że artykuł inżyniera Jorgensena „jest zbiorem nieprawdziwych informacji, insynuacji i kłamstw niemających nic wspólnego z prawdą i z merytorycznymi pracami Podkomisji”. Jest także „bezprecedensowym atakiem na Przewodniczącego Podkomisji Antoniego Macierewicza i działaniem na szkodę Państwa Polskiego”.
Dobry Jezu, a nasz panie, daj mu….
W Polsce mamy kolejną fazę pandemii. Kryzys społeczny i gospodarczy. A rządząca państwem Zjednoczona Prawica zajmuje się przede wszystkim walką ze sobą. Pan prezes Kaczyński rozbija Porozumienie Prawicy, Solidarna Polska walczy z panem premierem, codziennie słyszymy o przekręcaniu publicznych pieniędzy przez oligarchów PiS i związanych z nimi hierarchów kościelnych. Intrygi, oskarżenia, wzajemne oczernianie się, rozsiewanie kłamstw. Teraz na celowniku „cywilizacji życia” znalazł się pan wiceprezes PiS.
Na wspomnianych urodzinach byłego szefa MON, w 2018 śpiewano mu okolicznościowej piosenki. Refren jednej z nich brzmiał:
„Kto agentów precz pogonił?
Pan Antoni.
Kto nie złoży nigdy broni?
Pan Antoni.
Kto się draniom nie pokłoni?
Pan Antoni.
Przed kim nadal drżą czerwoni?
I nie tylko czerwoni”.

Wygląda, jednak że sztandarowego „pogromcę czerwonych” składają właśnie do politycznego grobu jego najbliżsi „anty czerwoni” towarzysze.

Tituszki i warchoły

Mityczny król Midas dotykiem swym zamieniał wszystko w złoto. Ziejący „miłością do Polski” jaśniepan prezes Kaczyński zamienia wszystkich współpracowników w moralne błoto.
Pan Adam Bielan był cudownym politycznym dzieckiem i nadzieją polskiej prawicy. Zaczynał jako przewodniczący Niezależnego Zrzeszenia Studentów, był też wiceprzewodniczącym międzynarodowej organizacji studenckiej European Democrat Student. W 1997 roku został wybrany z listy Akcji Wyborczej „Solidarność” posłem na Sejm RP. Był wówczas najmłodszym parlamentarzystą w tamtej kadencji.
Potem pan Bielan został euro deputowanym. W Parlamencie Europejskim wybrano go wiceprzewodniczącym tej izby. Miał wtedy opinię poważnego parlamentarzysty, wróżono mu wielką międzynarodową karierę. W listopadzie 2010 roku wystąpił z PiS. Zachował się wtedy godnie, ostatni raz chyba w swojej karierze politycznej. Ale ta walka o godność kosztowała go klęską w następnych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Po kilku latach wysiadywania na prawicowych, kanapowych partiach politycznych złożył hołd lenny panu prezesowi Kaczyńskiemu. Jednak w szeregi PiS formalnie już nie wrócił. Dostał zapewne od pana prezesa nowe partyjne zadanie – pracę wśród prawicowych koalicjantów PiS. W 2015 roku został wybrany senatorem z listy PiS, a potem wicemarszałkiem Senatu. Cztery lata później ponownie wybrano go do Parlamentu Europejskiego. Też z listy PiS.
Do lutego 2021 roku pan euro deputowany Adam Bielan uchodził co prawda za prawicowego knuja politycznego i intryganta. Ale jego knujstwo mieściło się w prawicowej normie i standardach tradycyjnego tam politycznego intryganctwa. Dodatkowo nadal chodził w nimbie genialnego spin- doktora, specjalisty od wygrywania wyborów. Politycznego, prawicowego intelektualisty.
Teraz pan euro deputowany zachowuje się jak polityczna „Tituszka” pana prezesa Kaczyńskiego.
„Tituszki” to spotykane na Ukrainie, Białorusi i Rosji bojówki dresiarzy używane przez władze do bicia opozycjonistów i rozbijania ich wieców.
Co prawda pan poseł Adam Bielan jeszcze nie skopał fizycznie pana wicepremiera Gowina, ale swym knuciem i podłymi intrygami rozbija mu partię. Dla oszukania wyborców Porozumieniem zwaną. Partię, w której zapewne od początku był „śpiochem” pana prezesa. Teraz pan euro deputowany Bielan kłamie politycznie we wszystkich mediach. Zwłaszcza w kurskiej TVP info i Polskim Radio. Mediach w których kłamstwa polityczne są normą i codziennością.
Pamiętam pana posła Bielana, kiedy naprawdę błyszczał elokwencją w Sejmie RP III kadencji, jak uczciwie pracował w latach 2003-2004 podczas obserwacji Parlamentu Europejskiego. Miał wtedy zadatki na męża stanu. Niestety jako młody polityk wpadł w wyjątkowo złe, patologiczne politycznie towarzystwo. Ono zepsuło go i zdegenerowało moralnie. Dziś pan euro deputowany Adam Bielan jest symbolem politycznego bejsbola. Tituszkiem pana prezesa, dresiarskim karkiem od mokrej roboty politycznej.
Charchać na Warchoła
Pan poseł Marcin Warchoł to kolejne cudowne dziecko polskiej prawicy. Doktor nauk prawnych na prawdziwym, bo Warszawskim, uniwersytecie. Poseł na Sejm RP. Wiceminister sprawiedliwości, czyli ziobrzysta.
Do tego tylko raz żonaty, co w narodowo- katolickich elitach jest rzadkością. Bo oni praktykują katolicyzm selektywny. Wypełniania wszystkich norm katolickich wymagają jedynie od okupowanego religijnie narodu polskiego.
Ten piękny, czterdziestoletni polityk został dostrzeżony przez osiemdziesięcioletniego prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca. Wielce zasłużony dla rozwoju Rzeszowa prezydent zgłosił właśnie wolę ustąpienia i jako swego następcę wskazał na pana posła Warchoła. Wywołał tym zdumienie, zwłaszcza na lewicy, bo prezydent Ferenc był kiedyś członkiem PZPR i posłem na Sejm RP z list SLD. W czasach kiedy debiutował tam pan „Tituszek” Bielan. Jeszcze silniej na testament prezydenta Ferenca zareagowały elity PiS. Na wieść, że pan poseł Marcin Warchoł przyjął oferowaną mu w spadku prezydenturę Rzeszowa i rozpoczął kampanię przedwyborczą, pierwsze zareagowały narodowo- katolickie media.
Kaczystowski tygodnik „Sieci” opluł od razu pana posła z Solidarności Polskiej. Przede wszystkim za oświadczenie pan posła Warchoła, że „w razie ewentualnej wygranej utrzyma w stanie dalszego zatrudnienia wszystkie osoby obecnie wykonujące pracę, pod jakimkolwiek tytułem prawnym w urzędzie miasta, służbach i spółkach miejskich”. Bo przecież taka polityka miłości i współdziałania nie mieści się w kaczystowskich standardach. Skoro naród rzeszowski wybierze na prezydenta kaczystę Warchoła to znaczy, że daje mu prawo do wyrzucenia z pracy wszystkich nie kaczystów. Do poziomu sprzątaczek.
A tu taki Warchoł obiecuje koegzystencje. Toż to zamach na suwerenność Polski! Narodową wspólnotę! To jakieś neomarksistowskie warcholstwo.
Oczywiście można z góry przyjąć, że oświadczanie pana posła Warchoła jest zwykłem kłamstwem. Podobnym jakie codziennie słyszymy z narodowo- katolickich ust. Politycy PiS kłamali i kłamią, ich partyjne media kłamią, funkcjonariusze ich kościała kat. kłamią jak złoto.
Wszyscy chyba współpracownicy pana prezesa Kaczyńskiego kłamią, bo kaczyzm oparty jest na totalnym oszukiwaniu wyborców.
Dlatego opluwanie, charchanie wręcz, na pana posła Warchoła nie wynika z jego etyki politycznej. Bo w całej Zjednoczonej Prawicy etyka polityczna to oksymoron. Owo charchanie to dopiero wstęp do eliminacji pana posła Warchoła z rzeszowskich wyborów przez elity PiS. Bo pozwolił sobie on na wyjątkowe warcholstwo. Nie uzgodnił swego kandydowania wcześniej z rzeszowskim panem posłem PiS Krzysztofem Sobolewskim, szefem miejscowego PiS.
Oczywiście, gdyby zaczął uzgadniać, to pewnie usłyszałby braterskie „paszoł won”, bo wchodzi na teren, który już sobie pan poseł Sobolewski politycznie obsikał. Albo usłyszałby zapewnienie poparcia, które potem uległoby totalnej dewaluacji.
Dlatego znając poziom kłamstw, kucia i intryg w PiS, pan poseł Warchol poszedł własną drogą. Na swoje. Co oburzyło też wielce wpływowego w PiS pana euro deputowanego Tomasza Porębę. Zagrzmiał on tak: „Jest coś dziwacznego w tym, że prezydent ze środowisk, delikatnie mówiąc, dalekich od obozu rządowego rekomenduje na swego następcę ministra rządu Zjednoczonej Prawicy, a ten zgadza się i oświadcza, że nic nie zmieni, choć Rzeszów zmian potrzebuje. Pytanie, komu ma to służyć?
Tu warto dodać, że PiSowskie wiewiórki ćwierkają o chęci pana euro deputowanego Poręby na prezydenturę Rzeszowa. Bo „Rzeszów zmian potrzebuje”. I wszystko co tam ferencowskie trzeba będzie wypalić do żywego.
Jednak aby on wystartował musi wpierw poradzić sobie z warcholstwem wiceministra swojego rządu, poparciem dla pana posła Warchoła ze strony kierownictwa ziobrystowskiej Solidarnej Polski, a także z panem posłem Sobolewskim, który ma własną kandydatkę.
Czy to spowoduje, że w prezydenckich, rzeszowskich wyborach Zjednoczona Prawica wystawi dwójkę kandydatów?
Wszystko zależy od tego co urodzi się w głowie jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. On nie śpi. Zapewne już ma jakiegoś rzeszowskiego bejsbolo-bielana, rycerza Dobrej Zmiany.
Głosowaliście na nią, no to ją macie.

Flaczki tygodnia

Czy będą przedterminowe wybory parlamentarne? O tym huczało w zeszłym tygodniu na politycznych salonach. Choć jeszcze w zeszłym miesiącu takie przyśpieszone wybory traktowano tam jak „political fiction”.

Problem stał się realny za sprawą jednego kanibala politycznego. Bardzo wpływowego, niestety. Jaśniepana prezesa Kaczyńskiego, który użył pana posła Bielana jako tarana do rozbijania jedności gowionowskieo Porozumienia Polskiego.

Z jaśnie panem prezesem i panem wicepremierem Gowinem jest jak ze Skorpionem i Żabą w starym kawale. Oto Król Skorpion proponuje Żabie układ. Przeprawisz mnie przez rzekę za co dostaniesz udział w zrabowanych przeze mnie skarbach ukrytych za rzeką. Zawarli przymierze. Żaba wzięła Skorpiona na plecy i płyną. W połowie drogi Skorpion wbił Żabie swój jadowity kolec. Czemu?, spytała zdziwiona, umierająca Żaba. Nie mogłem się powstrzymać, taką mam kurwa naturę, odparł szczerze Król Skorpion.

Jednak pan poseł Bielan- taran okazała się miękiszonem. Pan wicepremier zachował wystarczająco sejmowych szabel by nadal decydować o większości parlamentarnej w rządzącej jeszcze „Zjednoczonej Prawicy”. Co więcej, Strajk Mediów przeciwko podatkowi dławiącego wolne media, zaplanowanemu przez rząd jaśniepana prezesa, okazał się wielkim prezentem politycznym dla pana wicepremiera Gowina.
Bo bez głosów gowinowców nie może on zostać uchwalony w Sejmie. A swą deklaracją sprzeciwu wobec tegoż podatku, pan wicepremier przypomniał, że dalej ma decydujące głosy, no i kupił sobie też przychylność protestujących mediów. Co mu się przyda w kolejnych rozgrywkach z nienasyconym Królem Skorpionem.

Plotki warszawskie głoszą, że dywersja pana posła Bielana, znanego knuja politycznego, miała być karą dla pana Gowina za potajemne zmawianie się z opozycją. W celu przejścia na stronę opozycji parlamentarnej i stworzenia „rządu technicznego”, który odsunie od władzy psychodyktatora oraz przeprowadzi uczciwe wybory parlamentarne. Warunkiem przejścia gowinowskiego Porozumienia Prawicy do obozu antyPiS-owskiego ma być stanowisko premiera dla pana wicepremiera Jarosława Gowina w „rządzie technicznym”. Czy fotel premiera dla wicepremiera Gowin wart jest ustępstw opozycji – przeczytajcie wywiad z Leszkiem Millerem zamieszczony obok.

Ku pamięci. Przedterminowe wybory może zarządzić Sejm RP wolą swej większości. Musi zarządzić pan prezydent jeśli nie otrzyma od Sejmu uchwalonej ustawy budżetowej w konstytucyjnym terminie. No i muszą zostać zarządzone przez pana prezydenta kiedy rozpadnie się koalicja rządząca i nie uda się zebrać w Sejmie alternatywnej większości.

Przedterminowe wybory prezydenckie odbędą się na pewno w Rzeszowie. Po 18 latach, w trakcie piątej już kadencji, ustępuje ze stanowiska schorowany ostatnio, osiemdziesięcioletni Tadeusz Ferenc. Kolega z pracy „Flaczków” z czasów kiedy Ferenc był posłem Sejmu RP z listy SLD. W czasie swej prezydentury prezydent Tadeusz prowincjonalny, zadupiały Rzeszów przemienił w regionalną metropolię. Zachwycającą Polskę, Izrael, USA a także ukraińskich i słowackich sąsiadów. Rzeszowiaków nieraz zaskakiwał swymi niekonwencjonalnymi decyzjami i politycznymi sojuszami, na których zwykle zyskiwało miasto i oni. Teraz prezydent Ferenc jako swego następcę wskazał pana posła Solidarnej Polski, wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła. Luźno z Rzeszowem związanego.

„Flaczki” chylą głowę wobec mistrzowskiego kunsztu politycznego towarzysza Ferenca. Wskazując bowiem przedstawiciela obozu rządzącego otworzył worek przyszłych obietnic składanych przez kaczystowskiego kandydata. Bo przecież żeby pan minister Warchoł mógł wygrać, to wpierw musi mieszkańcom Rzeszowa wiele naobiecywać z kasy warszawskiej centrali. Ba musi nawet coś im na wabia przed wyborami załatwić. Bo wszyscy już wiedzą, że politycy PiS kłamią. Im więcej obieca, im więcej realnie sypnie, tym dla Rzeszowa lepiej. Zwłaszcza kiedy wybory przerżnie.

Za kontrkandydaci pana Warchoła muszą się od razu zjednoczyć i wystawić jednego, wspólnego kandydata. Już teraz krajowy komentatorzy polskiej sceny politycznej uważają, że rzeszowskie wybory będą testem dla antyPiSowskiej opozycji w Sejmie RP. Jeśli pokaże, że można się w Rzeszowie skutecznie zjednoczyć, to będzie to przykład dla polityków opozycji na szczeblu centralnym. Tak czy siak teraz Rzeszów dyktuje w Polsce cywilizacyjne trendy.

A na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym