Z politycznych „uniwersytetów” Jarosława Kaczyńskiego

„Zapadał wczesny grudniowy zmierzch. Było zimno i bezśnieżnie. Na Placu Trzech Krzyży gwałtowny wiatr tarzał się dookoła ruin kościoła, oplecionych rusztowaniami. (…) z drugiej strony ulicy, koło trawnika z dwoma krzyżami, na wąskim chodniku samotny mężczyzna w ciemnym kapeluszu i krótkiej jesionce. Spojrzał na zegarek. (…) Podniósł głowę w stronę Nowego Światu. (…) Odwrócił się, zrobił parę kroków. Z tyłu zaskowytały opony. Mały, przedwojenny Opel zahamował tuż koło niego. Z wewnątrz otworzono drzwiczki. Szybko dookoła obejrzał się i wsiadł”.

Tak oto, w stylistyce powieści kryminalnej rozpoczynają się „Małowierni” (1967) Jerzego Putramenta. Nie jest to jednak „kryminał”, lecz powieść polityczna dotykająca wczesnych lat pięćdziesiątych w Polsce, czyli apogeum okresu stalinowskiego. Powieść, do której w wywiadzie udzielonym braciom Karnowskim nawiązał sam prezes PiS Kaczyński. Być może umknęłoby to mojej uwadze, gdyby nie redaktor Piotr Gadzinowski, który zacytował fragment wypowiedzi prezesa. Zapytany przez braci o znaczenie sformułowania „zmarszczyło się”, którego użył w stosunku do koalicji rządowej, Kaczyński tak oto zaspokoił ich ciekawość: „To określenie z książki Jerzego Putramenta „Małowierni”, którą przed marcem 1968 roku ludzie pożyczali sobie na jedną noc i my z Leszkiem też tak przeczytaliśmy. Była to powieść z kluczem, dość łatwa do rozszyfrowania. Komitet Centralny PZPR występuje tam jako Komitet Ekonomiczny. Rzecz jest o zdradzie literatów, którzy popierali stalinizm. Pojawia się tam oczywiście i ubecja. Jeden z sowieckich nadzorców mówi w pewnym momencie do młodego ubeka: „Pamiętaj, jak coś się zmarszczy, od razu tnij, bo zawsze coś z tego będzie. I przykro mówić, ale w polityce to prawda”. „I tak dzięki panom braciom Karnowskim wiemy już, jaki to mędrzec ukształtował filozofię i praktykę polityki uprawianej przez pana prezesa Kaczyńskiego” – skonkludował redaktor Gadzinowski, a następnie osobiście zainspirował mnie do podrążenia wątku.
Tak się szczęśliwie złożyło, że nie tylko mam „Małowiernych” w swojej domowej biblioteczce, ale zaliczam ją do moich ulubionych powieści politycznych, gatunku w którym gustuję od lat. Skorzystałem więc z tej okazji, by powrócić do tej lektury. Kilka uwag na wstępie. Zbyt nonszalanckie wydaje się sformułowanie Kaczyńskiego, że ta powieść z kluczem „jest dość łatwa do rozszyfrowania”. Otóż nie jest, tym bardziej dziś, 54 lata po wydaniu powieści, a 70 lat od czasu powieściowej akcji. Nie była jednak łatwa do rozszyfrowania tuż po jej ukazaniu się, zwłaszcza dla czytelników postronnych, pewnie nieco łatwiejsza pod tym względem dla ludzi tak czy inaczej związanych lub ocierających się o kręgi władzy. Po drugie, wspomniany organ występuje w powieści nie jako Komitet Ekonomiczny, lecz jako Związek Ekonomistów. Po trzecie, sformułowanie, że „rzecz jest o zdradzie literatów, którzy popierali stalinizm” jest niejasne, a przy tym zawężające problematykę powieści. Po pierwszej lekturze „Małowiernych” sporządziłem sobie skromny i niekompletny „słowniczek”. Jedna z najważniejszych postaci powieści, Lichtner, to – co istotnie nietrudno nietrudno odgadnąć – Józef Światło, wysokiej rangi funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który w 1953 roku uciekł na Zachód korzystając z pobytu służbowego w Berlinie, poprosił o azyl, a następnie po przewiezieniu do USA udzielił obszernych wypowiedzi Radiu Wolna Europa, emitowanych przez długi czas w ramach w cyklu „Za kulisami bezpieki i partii”. Radoniak to Bolesław Bierut, Winert, to Jakub Berman, druga osoba w partii po Bierucie, a Motyczyna to Melania Kierczyńska. Na tym jednak moje możliwości „odkrywcze” się skończyły, a tożsamości niektórych innych postaci mogłem się jedynie domyślać. Niestety moja wiedza nie poszerzyła się także po lekturze wstępu do dzieł zebranych Jerzego Putramenta, które ukazały się w 1979 roku (bez „Małowiernych”). Autorem znakomitego skądinąd wstępu był wybitny krytyk i eseista Wacław Sadkowski, który jednak uznał powieść za najsłabszą w dorobku Putramenta i poświęcił jej zaledwie krótką, ogólnikową wzmiankę. Szczęśliwie natrafiłem jednak na tekst Stanisława Majchrowskiego, „Od „Małowiernych” do „Pasierbów” i „Bołdyna”, który ukazał się w 1978, w 34 numerze periodyku „Prace Polonistyczne” i który prawdopodobnie jest owocem najbardziej wnikliwego przeanalizowania powieści.
Czytamy u Majchrowskiego: „Są więc „Małowierni” powieścią z kluczem. Szyfry i pseudonimy w dużej mierze dają się rozwiązywać właśnie za pomocą tomu „Pół wieku” (kilkutomowy cykl wspomnieniowy Putramenta, a w tym przypadku chodzi przede wszystkim o tom zatytułowany „Literaci”), chociaż i tu występuje szyfr osobowy. Rozwiązanie klucza osobowego nie przynosi jednak odkrywczych rewelacji, nie ujawnia tajemnic osobowości, nie przyczynia się do zerwania jakichkolwiek masek. Podstawienie rzeczywistych osób w miejsce postaci powieściowych wprawdzie pozwala zorientować się w personalnych układach danego środowiska, lecz nie zmienia i w gruncie rzeczy nie poszerza ogólnej zawartości poznawczej utworu. Putrament z reguły kreacje swoich bohaterów opiera na konkretnych, historycznie istniejących ludziach, nawet jeśli tworzy postacie syntetyczne, noszące cechy kilku osób. Wynika to ze ściśle mimetycznego charakteru jego twórczości. Pisarza nie interesuje psychologia indywidualna, charaktery jednostkowe. Człowiek jest dlań ważny jako nosiciel określonego światopoglądu, reprezentant postawy, „narzędzie i ilustracja działania w określonym kierunku”.
Dalej Majchrowski dokonuje drobiazgowej egzegezy znaczenia i postaw politycznych poszczególnych, bardzo licznych postaci „Małowiernych”. Tworzy ona niejako galerię, katalog najbardziej reprezentatywnych postaw tego okresu, najbardziej charakterystycznych motywów i sytuacji (m.in. samokrytyka, rozliczenia z przeszłością przedwojenną, donosy ideologiczne, charakterystyczna frazeologia itd.) i w tym aspekcie można ją potraktować – pomimo formalnie wąskiego zakresu środowiskowego, jaki obejmowany jest przez fabułę – jako obraz „okresu błędów i wypaczeń w pigułce” w kręgach politycznych lub pozostających w bliskiej orbicie politycznej (dziennikarze, literaci). Nie ma możliwości by przeanalizować tu całość zawartości i problematyki „Małowiernych”. Zainteresowanych odsyłam do tekstu powieści jak i do studium Majchrowskiego, aczkolwiek jej lektura utworu nie jest łatwa, zwłaszcza po dziesięcioleciach, ponieważ Putrament, znający od podszewki problematykę władzy, od strukturalnych prawidłowości, którymi rządziły się jej kręgi po kulturalno-personalną naturę tych stosunków, posłużył się specyficznym, kryptonimicznym językiem, swoistym „narzeczem”, który jest trudny do zrozumienia dla czytelników postronnych.
Wróćmy jednak na koniec do wyjściowego wątku podjętego przez redaktora Gadzinowskiego: kto i co „ukształtowało filozofię i praktykę polityki uprawianej przez prezesa Kaczyńskiego”. Biorąc pod uwagę fakt, że można się domyślać, iż pamięć lektury tej powieści jest u prezesa raczej wybiórcza i po latach osłabiona (co zrozumiałe), a jej faktura mocno skomplikowana, nie jest łatwo na to pytanie odpowiedzieć, tym bardziej jeśli się tę kwestię potraktuje poważnie. Wymagałoby to gruntownej i wszechstronnej analizy. Być może warto jednak pójść takim oto tropem – to, co uderza w „Małowiernych”, to atmosfera wszechobecnych gier, rozgrywek personalnych, intryg politycznych, walk frakcyjnych, itd. Polityka jawi się tu tylko w tym kształcie. Może właśnie to, poza motywem „marszczenia się i cięcia”, wywarło na młodym (18-letnim) czytelniku Jarosławie najsilniejsze wrażenie i może to najsilniej odcisnęło się w świadomości przyszłego „emerytowanego zbawcy Polski”? A psychologia uczy, że dziecięce i młodzieńcze doświadczenia, wrażenia, lektury, etc. w decydującym stopniu (reguła „imprinting” – wdrukowanie) wpływają na kształtowanie się jednostki, że ją w znacznym stopniu determinują na przyszłość. Dokonawszy analizy postaw licznych, pomniejszych postaci powieści, jej analityk Stanisław Majchrowski napisał: „Pozostaje Lichtner. Na nim skupiła się oskarżycielska pasja narratora. Wątkiem Lichtnera zilustrował Putrament najgroźniejszy proces polityczny tego okresu. Uosabia on bowiem (…) władzę w stanie czystym, bez domieszki ideologii, a tę traktuje wyłącznie jako dogodny środek do zdobycia i utrzymania władzy”.
Może właśnie tu można odnaleźć część odpowiedzi lub przynajmniej trop, jakim należy podążyć, aby odpowiedzieć na pytanie, jaki to mędrzec ukształtował późniejszego prezesa PiS i jaki „kamień filozoficzny” legł u źródeł jego politycznej drogi.

Flaczki tygodnia

Parlamentarzyści PiS bardziej od obcych wywiadów boją się „kaprala” Terleckiego i spółdzielni „Ucho” pana ministra Mariusza Kamińskiego.

Każdy polski parlamentarzysta zna „Katechizm polskiego posła”, przekazywany mu przez starszych kolegów. Pierwszy punkt katechizmu brzmi: „Poseł ma wrogów z innych partii, śmiertelnych wrogów ze swego okręgu wyborczego i jeszcze „kolegów” z partii”. Dziś parlamentarzyści z PiS w prywatnych rozmowach przyznają, że cały ten atak „ruskich” hakerów to pic dla mediów i ciemnego ludu, czyli wyborców PiS.

Naprawdę to mogło być tak: Parlamentarzyści wiedzą, że nie powinni używać prywatnych skrzynek mailowych do celów służbowych. Zwłaszcza, ci, którzy do chudej diety poselskiej dokładają pensyjki rządowe,bo dorabiają tam jako sekretarze stanu. Czyli ministrowie. Ci mogą przecież dostać na wyposażenie specjalne, bardziej odporne na hakerskie ataki, smartfony. Ale nie każdy parlamentarzysta umie z nich od razu korzystać. Niby może się tego nauczyć, ale wymaga to czasu, a tego każdemu polskiemu posłowi zawsze brakuje. Ci ząś, którzy muszą z nich korzystać, potwierdzają, że z prywatnego maila szybciej się wysyła.

Poza tym, a może przede wszystkim, znani nam parlamentarzyści podejrzewają, że bezpieka pana ministra Kamińskiego tak te ustrojstwa zabezpieczyła, że może jego użytkownika podsłuchiwać kiedy tylko zechce. Zatem lepiej go do politycznego knucia nie używać. Tak samo było kiedy w Sejmie wprowadzono służbowe laptopy i ifony aby zlikwidować obieg papierowych dokumentów. Wielu parlamentarzystów nie chciało ich wtedy brać, bo bali się, że Kancelaria będzie mogła ich kontrolować. Potem brali, ale i tak pracowali na „swoim” sprzęcie.

Każdy parlamentarzysta wie jak jest w klubie Zjednoczonej Prawicy. Jego rzecznik dyscypliny to pan wicemarszałek Terlecki. Zwany „kapralem”, od swego finezyjnego stylu działania. Powszechnie tam mówi się też, że bezpieka pana ministra Mariusza Kamińskiego zbiera haki na wszystkich parlamentarzystów. I potem wrzuca je do obiegu, jak to było w przypadku oskarżenia pana posła Maksymowicza o eksperymenty medyczne na „dzieciach nienarodzonych”. Połączenie „kapralstwa” pana marszałka Terleckiego z „hakarstwem” pana ministra Kamińskiego, sprawia, że polscy parlamentarzyści mniej boją się zagranicznego „hakerstwa” niż „hakarstwa” i „kapralstwa” ze strony swoich „kolegów” z partii.

Wielu polskich parlamentarzystów uważa też, że „bezpieczniej” jest prowadzić korespondencje z kilku prywatnych skrzynek mailowych. Na zmianę. Bo wtedy dywersyfikuje się korespondencję. Ale potem każdy zawsze ma mało czasu i w praktyce wysyła z jednej skrzynki.

Nie wiemy czy włamania do prywatnej skrzynki pana ministra Dworczyka dokonał ktoś z wymienionych w pierwszym punkcie poselskiego katechizmu. Nie inspirowany wtedy przez obce specsłużby. Tak z zemsty,aby zaszkodzić coraz bardziej popularnemu na prawicy ministrowi. Nie wiemy czy ten pomysł i wycieki korespondencji przechwyciły obce spec służby. A jeśli tak, to kiedy to było. Najwyższy z urzędników państwowych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, pan wicepremier Jarosław Kaczyński, obarczył winą hakerów działających na terenie Federacji Rosyjskiej. I wezwał do wyciszenia sprawy, bo każda debata o tym skandalu, to młyn na wodę imperialistów rosyjskich.

Zasugerował też, że bezpieka pana ministra Kamińskiego wie o włamaniach do skrzynek mailowych innych parlamentarzystów. Wzbudził tym popłoch tych wszystkich z rządzącej koalicji i opozycji, którzy też służbowe maile ze swych skrzynek wysyłali. Co może udowodnić bezpieka pana ministra Kamińskiego, „lustrując” skrzynki najbardziej gorliwych w krytyce pana ministra Dworczyka. Nic dziwnego, że w opozycji pojawiły głosy,aby pana ministra potraktować jak ofiarę „podstępnych ruskich”.

Jednak pomimo ujawnionego przez jaśniepana premiera Kaczyńskiego ataku na Polskę z terytorium Federacji Rosyjskiej, ambasador tej Federacji nie został nawet wezwany w celu złożenia stosownych wyjaśnień. Podobnie było niedawno, kiedy pan poseł Macierewicz ogłosił publicznie, że to Rosjanie dokonali zamachu na polski, prezydencki samolot nad lotniskiem w Smoleńsku w 2010 roku. Też żadnej reakcji ze strony rządzącego PiS.

„Flaczki” nie namawiają, żeby w ramach restrykcji i retorsji służby pana wicepremiera dokonały zamachu na samolot rosyjskiego prezydenta albo zbombardowały mu pałac na Krymie. Ale można by przynajmniej wezwać JE Ambasadora Federacji Rosji przed „kapralskie” oblicze pana marszałka Terleckiego. Samo obcowanie z „Psem” jaśniepana prezesa Kaczyńskiego bywa okrutną torturą.

Wzywanie do wyciszenia dyskusji nad kolejnym, bolesnym dowodem niekompetencji elit PiS i dyskusji o upadku najważniejszych instytucji państwa polskiego, to wezwanie aby być „Ciszej nad tą trumną”.

Jak polityczną szmatę potraktowały elity PiS panią senator Staroń. Nie zważając na jej kiepski stan zdrowia wysunęli jej kandydaturę na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Z góry wiedząc, że ta kandydatura zostanie odrzucona podczas głosowania w Senacie. Zresztą dla pewności grupa senatorów z PiS również nie poparła jej kandydatury.

Pan prezes Kaczyński nie chciał wyboru senator Staroń, bo na jej miejsce zostałby wybrany kandydat zjednoczonej opozycji. Co dodatkowo osłabiłoby PiS w Senacie. Chciał jedynie doprowadzić do głosowania aby poznać rzeczywiste poparcie pana wicepremiera Gowina ze strony jego klubu poselskiego. Nie chciał też „nieswojej” senator na funkcję Rzecznika. Woli konsekwentnie walczyć z Senatem, obwiniać Senat o utrącanie sejmowych kandydatur,by potem mianować swego komisarza. Kaligula mianował konia senatorem, a jaśnie pan Kaczyński mianuje Rzecznikiem tubkę wazeliny.

Ciężko pracował dla jaśniepana prezesa euro deputowany Adam Bielan. Zwany w polskim Sejmie „napierdalaczem prezesa”. Niedawno z właściwym sobie wdziękiem zakwestionował przewodnictwo w Porozumieniu Polskim pana wicepremiera Jarosława Gowina, a teraz powołuje nową partię republikańską. Aby pod ten nowy szyld wyprowadzić z gowinowskiego Porozumienia Polskiego jak najwięcej aktywów politycznych. Aby wicepremier Gowin został „królem Jarosławem bez partyjnego gruntu”.

Żydzi czekają na Mesjasza, a politycy Platformy Obywatelskiej i jej medialny komentatoriat na nadejście Donalda Tuska. To dzięki Tuskowi partia ta ma politycznie zmartwychwstać. By pod swym przewodem zjednoczyć demokratyczną opozycję, wygrać wszystkie następne wybory i wrócić do władzy.

Niestety nadal nie wiemy po co Platformie ta władza. Żeby odsunąć PiS? Zgoda. I potem „Żeby było tak jak było”?

Flaczki tygodnia

Nieznani jeszcze hakerzy dostali się do prywatnej skrzynki mailowej pana ministra Dworczyka. I na rosyjskim internetowym komunikatorze Telegram zaczęli publikować wykradzioną stamtąd korespondencje. Także dokumenty o charakterze poufnym, a nawet tajnym. Kompromitujące wszystkich, odpowiedzialnych za stan bezpieczeństwa państwa polskiego.

Reakcja elit PiS na ten kompromitujący je atak była charakterystyczna dla tego środowiska. Błyskawicznie, zbiorowo i solidarnie prominenci PiS uciekli od wszelkiej odpowiedzialności. Pan minister, szef kancelarii premiera Michał Dworczyk został wykreowany na niewinną ofiarę podstępnego ataku hakerów. Zapewne ruskich, czyli wyjątkowo podłych. Parlamentarzyści PiS dostali nakaz propagowania w mediach następującego przekazu. Każdy z polityków na świecie, nawet pani Hilary Clinton, może stać się ofiarą hakerskiego ataku. Nie ma na to rady i siły, bo z hakerami nawet taka mocarka jak Clinton nie wygrała. Zatem nie krytykujmy pana ministra Dworczyka. Współczujmy mu, bo każdy z parlamentarzystów, nawet tych z opozycji, może być kolejna ofiarą hakerskiego ataku. I pewnie dlatego wielu parlamentarzystów, nawet tych z opozycji, profilaktycznie łączy się w mediach w bólu ze zhakowanym panem ministrem Dworczykiem.

Tym samym dyskusja o stanie bezpieczeństwa państwa polskiego, zwłaszcza cyber bezpieczeństwa, wygasa. Nikomu już nie chce się zadawać pytania; dlaczego pan minister Dworczyk używał prywatnego, czyli łatwego do zhakowania, konta mailowego do wysyłania służbowej korespondencji? W tym korespondencji o charakterze poufnym, a może nawet tajnym. Nikomu już nie chce się zadawać pytania: czy pan minister Dworczyk został przeszkolony przez polskie służby specjalne w zakresie cyber bezpieczeństwa? Czy wie, że nie wolno mu używać prywatnej skrzynki mailowej do korespondencji służbowej? Nikomu nie chce się już pytać; czy poinformowany o tym pan minister Dworczyk złamał obowiązujący go zakaz i tym samym złamał obowiązujące go prawo? Przeciwnie po raz kolejny mamy przypadek, że kolejny polityk „Prawa i Sprawiedliwości” łamie prawo i obowiązujące go procedury bezpieczeństwa i nie ponosi za to odpowiedzialności. Przeciwnie zostaje wykreowany na ofiarę podstępnego zamachu. Jeszcze kilka tygodni a pan minister Dworczyk stanie się w narodowo- katolickich mediach kolejnym bohaterem narodowym. Zaatakowanym przez podstępnego wroga, wiadomej narodowości.

Jedenaście lat temu pan prezydent Lech Kaczyński i jego urzędnicy złamali prawo i obowiązujące procedury organizując lot do Smoleńska. W efekcie tych błędów i zaniedbań doszło do katastrofy lotniczej. Zginał prezydent RP i zaproszeni do samolotu jego goście. Śledztwo w sprawie odpowiedzialności za katastrofę trwa nadal i pewnie za rządów PiS nie zostanie oficjalnie zakończone. Prezydent Kaczyński został bohaterem narodowym w środowiskach polskiej prawicy. Tylko dlatego, że był ofiarą polskiego bałaganu i zgody na łamanie obowiązującego prawa.

W Polsce mamy liczne, rozbudowane personalnie, państwowe służby formalnie odpowiadające za utrzymywanie bezpieczeństwa w naszym państwie. Mamy rządzącą obecnie formację, która obiecywała wyborcom stworzenie silnego, bezpiecznego i dumnego państwa polskiego. Dysponującego silną armią i kompetentnymi instytucjami. A praktyka pokazuje, że tajemnice państwowe wyciekają, bo pan szef kancelarii pana premiera rozsyłał je z darmowego, czyli słabo zabezpieczonego przed hakerskimi atakami, konta mailowego. Lekceważąc potencjalne ataki, wręcz zapraszając hakerów i obce służby do czytania tajemnic państwa polskiego.

W rządzie firmowanym przez pana premiera Morawieckiego najwyższym ranga urzędnikiem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo naszego państwa jest pan wicepremier, prezes Jarosław Kaczyński. Gdybyśmy żyli w sprawnym, solidnym państwie to pan wicepremier od spraw bezpieczeństwa powinien poczuwać się do odpowiedzialności za ten atak. I zabrać publicznie głos. A pan wicepremier Kaczyński milczy.

Dlatego „Flaczki tygodnia” zachęcają opozycję parlamentarną aby złożyła w Sejmie RP wniosek o odwołanie pana wicepremiera odpowiedzialnego za bezpieczeństwo naszego państwa. Oczywistym jest, że pan wicepremier nie zostanie odwołany. Ale taki wniosek może być powodem ważnej i merytorycznej debaty o stanie bezpieczeństwa w naszym państwie. Debaty oceniającej pracę i osiągnięcia pana wicepremiera Kaczyńskiego. Opozycja może taż postawić wniosek o informację rządu w zakresie cyber bezpieczeństwa złożoną przez pana wicepremiera Kaczyńskiego. Pan wicepremier, znany mistrz ciętej parlamentarnej riposty, z niejednego pieca chleb jadł, i zapewne problemy cyber bezpieczeńśtwa ma w małym paluszku.

Rozwiązała się firmowana przez Roberta Biedronia lewicowa partia Wiosna. Jej parlamentarzyści wchodzą nadal w skład Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewicy. Samorozwiązanie się Wiosny to kroku ku zjednoczeniu z Sojuszem Lewicy Demokratycznej i stworzenia jednej partii lewicowej. Kongres zjednoczeniowy planowany jest na październik tego roku. Niech wreszcie się odbędzie, wzdychają „Flaczki”, bo najgorszy jest stan ogłoszonego już małżeństwa politycznego, ale nadal nieskonsumowanego. Lewicowi wyborcy chcieliby mieć trwały, jednoznaczny byt polityczny.

Zaczęło się od wieczornym spotkań, nierzadko przy winku, i nawet wspólnych śpiewów. Paweł stopił chłodne serce pana prezesa wysoko oceniając jego kwalifikacje wokalne. I tak od poniedziałku pan poseł Kukiz i jego polityczna trupa zasilą parlamentarny chór pana prezesa Kaczyńskiego. Nie będą w koalicji, ale będą tak samo głosować. W zamian pan prezes coś panu Kukizowi obiecał. Czego dotrzymać nie musi.

Pawła Kukiza „Flaczki” poznały trzydzieści lat temu. Wtedy śpiewał w chórze politycznym razem z Jerzym Urbanem. Trochę repertuar mu się zmienił.

Ku wielkiej uciesze prawicowych internetowych trolli prawicowi internauci ogłosili akcję „Odeślij Oldze Tokarczuk posiadane przez ciebie jej książki”. Aby zawstydzić i upokorzyć „lewicową” Noblistkę. Tygodnie już mijają, ale żadnej takiej książki popularna pisarka nie dostała. Potwierdziło się, że w narodowo- katolickich domach książki wymagające poważnej lektury pojawiają się rzadko.

Badania sondażowe są jednoznaczne. Tylko wyborcy Koalicji Obywatelskiej i tylko ich 54 procent wierzy w powrót Donalda Tuska do polskiej polityki. Pozostali wyborcy cyklicznie pojawiające się sygnały o wsiadającym na białego konika Tusku traktują już jako sensacje ogórkowego sezonu dziennikarskiego. Na równi z doniesieniami o piraniach w Wiśle, czy zapowiadaną emancypacją pana prezydenta Dudy.

Bigos tygodniowy

W dzieciństwie Bigos bardzo lubił i od czasu do czasu grał w grę „Chińczyk”, opatrywaną często tytułem „Człowieku nie irytuj się”. Dziś musi grać w tę grę codziennie.


„Polska nie może być krajem niepłodnych matek” – powiedział w święto bożocielne pierwszy mędrzec polskiego Kościoła kat. Jędraszewski Marek, krakowski arcybiskup. No dobrze, ale jaką ma on na to radę? No bo chyba jego mądre słowa nie mają mocy zapładniającej? Barwę jego bożocielnej wypowiedzi wzbogaciła też uwaga o „lalkach”. Odkurzył starego Wyszyńskiego, który mówił o „modnych lalkach, których pełne są teatry, kabarety, kawiarnie, redakcje”, apelował by nie naśladowały „kobiet, wyśmiewających matki, które urodziły Polsce i Kościołowi trzecie, czwarte, czy piąte dziecko”. Zwłaszcza Kościołowi. Lalki całej Polski, łączcie się i powiedzcie Jędraszewkiemu, żeby wypierdalał.


Terlecki, rozjuszony faktem, że Cichanowska spotkała się w Polsce z przedstawicielami opozycji i dała się zaprosić przez Trzaskowskiego na jego zlot olsztyński, zasugerował, żeby pomocy szukała w… Moskwie. Typowy wykwit pisowskiej mentalności – kto stuprocentowo nie podporządkowuje się pisowskim oczekiwaniom, ten z definicji staje się wrogiem. Przy PiS nie można mieć swojego zdania i postępować zgodnie ze swoją wolą. Terlecki to kwintesencja pisowskiej, totalitarnej mentalności.


Z podobną pisowską z ducha i praktyki reakcją spotkała się Olga Tokarczuk za wypowiedź dla włoskiego tytułu prasowego, w której sytuację w Polsce porównała do sytuacji na Białorusi. Wielka pisarka i noblistka nie ma prawa do krytyki sytuacji w swoim kraju. Z miejsca pisowskie trolle rzuciły hasło odsyłania jej egzemplarzy jej książek. Tylko skąd je wezmą? Z tą akcją będzie problem, bo pisowcy na ogół egzemplarzy powieści Olgi Tokarczuk nie posiadają, a przecież nie będą ich specjalnie nabywać, by je odesłać.


Kłamstwo w żywe oczy, bez żenady i bez namysłu to znak firmowy pisiorstwa. W swoim „Salonie dziennikarskim” w TVPiS, Karnowski Michał wywodził, że w pisowskiej, partyjnej telewizji jest zachowywany najkorzystniejszy parytet udziału przedstawicieli różnych sił politycznych, że to najbardzie pluralistyczna telewizja. Mówił to w audycji, do której od początku zaprasza WYŁĄCZNIE pisowskich propagandystów. Przy okazji, oburzając się na porównywanie sytuacji w Polsce do sytuacji na Białorusi, stwierdził, że policja w Polsce atakuje tylko w sytuacjach szczególnych, łagodnie i używa gazu łzawiącego tylko wtedy, gdy jest atakowana.


„Z uwagi na charakter prawa do wolności religijnej, wszelkie ograniczenia w korzystaniu z niej powinny być racjonalne i minimalne; muszą także być wprowadzane w ostatniej, a zdejmowane w pierwszej kolejności (…)” – napisał jaśnie pan Gądecki do Morawieckiego w liście wyrażającym oburzenie, że jeszcze pozostały jakieś minimalne ograniczenia limitu bywalców w kościołach. Dawno nikt tak bezczelnie jak jaśnie pan Gądecki nie wyraził przekonania, że interesy jego religii są „świętą krową”, mającą w Polsce pierwszeństwo przed prawami i wolnościami w innych dziedzinach.


Blietzkrieg pisowskiej Kani na media dawnej Polska Press zakupionej przez Obajtka trwa. Niedawno Bigos pisał o spisiowieniu jednej z tych pisowskich zdobyczy, dziennika „Kurier Lubelski”. Nawet za PRL był on enklawą prasową wolną od powinności politycznych, które wypełniała inna lokalna gazeta, organ KW PZPR w Lublinie „Sztandar Ludu”. Pod władzą PiS „Kurier” błyskawicznie stał się organem propagandowym tej partii. Ksiądz profesor Alfred Wierzbicki z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który skądinąd jest na swojej uczelni „na cenzurowanym” nazwał „Kurier Lubelski” w obecnej postaci „tubą propagandową władzy”. I tak się staje po kolei z kolejnymi tytułami wykupionej przez Orlen Polska-Press.


„Patrzyłem niedawno na europejskie sondaże i jestem przekonany, że tak spolaryzowane politycznie kraje jak Polska i Węgry, w których dziś jesteś tylko albo za rządem, albo przeciw nim, za pięć do dziesięciu lat będą państwami bardzo liberalnymi” – stwierdził Iwan Krastew, wybitny myśliciel bułgarski o renomie światowej. I dodał, że „jest przekonany, że za kilkanaście lat historycy stwierdzą, że jedną z głównych przyczyn szybkiej liberalizacji polskiego społeczeństwa był rząd PiS”. Kto przeżyje, zobaczy.


Pisowska propaganda podniosła wrzask po tym, jak prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak stwierdził, że pruska przeszłość Wielkopolski (pod zaborem) dobrze wpływa na współczesne porozumienie z niemieckimi sąsiadami. Jaśkowiak wyraził bardzo oględnie to, co można sformułować tak oto: pruska cywilizacja, przy wszystkich swoich wadach i brutalnościach, dobrze zrobiła żywiołowi polskiemu, zmuszając go do wyjścia z polskiego błota i gnoju, do podniesienia kultury, przemysłu i organizacji życia. To dzięki Prusakom Wielkopolska korzystnie, na tle reszty Polski, wyróżnia się poziomem organizacji życia, schludnością, etc. A czyż to nieprawda? Przecież to fenomen już dawno opisany przez historyków. W swoim dętym stylu na słowa Jaśkowiaka zareagował porucznik Karnowski: „Strzeżmy się ludzi, którzy chwalą dawny mord na Ojczyźnie”. Ufff!

Flaczki tygodnia

Po broń atomową sięgnął pan prezes Marian Banaś. Złożył w prokuraturze zawiadomienie o popełnienie przestępstwa przez najważniejszą osobę w państwie. Wicepremiera i jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Zgłupiał ten Banaś, że porwał się na majestat boski Dojnej Zmiany?

Wcześniej pan prezes Banaś, konstytucyjny organ RP, doniósł w imieniu Najwyższej Izby Kontroli, na pana premiera Morawieckiego, pana szefa jego kancelarii Michała Dworczyka, panów ministrów: aktywów państwowych Jacka Sasina oraz spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego.

Mamy zatem pana premiera oskarżonego o popełnienie przestępstwa. Dodatkowo ten pan premier regularnie kłamie. Zwłaszcza podczas kampanii wyborczych, co potwierdził sąd prawomocnym wyrokiem. Poza tym pan premier kilka razy złamał Konstytucję oraz kodeks wyborczy, co orzekł wojewódzki sąd administracyjny. Mamy pana prezesa, wicepremiera Kaczyńskiego, który publicznie zadeklarował, że to on zmusił pana premiera Morawieckiego, aby złamał prawo przygotowując wybory prezydenckie wbrew Konstytucji. Czyli sam doniósł o swym przestępstwie. Mamy panów wicepremiera Sasina i ministra Kamińskiego, którzy doprowadzili do straty co najmniej 70 mln zł publicznych pieniędzy na kopertowe wybory. Choć było powszechnie wiadomo, że nie wolno im ich organizować. I w końcu te wybory nie odbyły się. I mamy pana prezesa Banasia, którego jaśniepan prezes Kaczyński tak charakteryzuje: „Jest wielkim błędem naszego systemu prawnego, że człowiek, wobec którego toczą się poważne śledztwa, może być prezesem Najwyższej Izby Kontroli. To jest stanowisko dla ludzi, którzy są poza jakimkolwiek podejrzeniem, całkowicie czystych. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek kłopoty w tej sferze, jeśli jest mocno skoncentrowany na sprawach materialnych, to nie powinien być prezesem NIK”.

Ale kiedy pan Marian Banaś zostawał szefem NIK, a kanał TVN – 24 ujawnił kompromitujące go materiały, to czołowi politycy PiS zażarcie bronili swojego kandydata. Pan minister Sasin mówił, że Banaś jest Polsce potrzebny, bo jego „dokonania są niebywałe”. Pan premier Morawiecki przypominał, że to dzięki Banasiowi uszczelniono lukę VAT-owską. Przypomniano też słowa jaśniepana prezesa, który tak bronił pana Banasia w 2019 rok: „Jeżeli ktoś, jak Marian Banaś, zabrał co najmniej dwieście kilkadziesiąt miliardów przestępcom, to ma wrogów i ci wrogowie mogą posunąć się do daleko idącej operacji, żeby kogoś takiego skompromitować”. Czy teraz pan prezes Kaczyński ma rację glosząc, że ktoś taki jak pan Banaś nie powinien nigdy stanąć na czele NIK, skoro był „w kręgu podejrzeń” w sprawie majątku, jaki mógł nielegalnie zgromadzić? Czy może pan prezes przeszedł na stronę przestępców i chce pana „kryształowego” Banasia jedynie „skompromitować” ? I skoro pan prezes Banaś nie może kierować NIK, bo kłamał, to czy pan prezes i jego klika, deklarujący sprzeczne opinie na temat pana prezesa NIK, mogą dalej rządzić Polską?

Wraca do rządu pan Janusz Cieszyński. Uchodzi za bliskiego współpracownika pana premiera Morawieckiego. Był jego doradcą w ministerstwie rozwoju, potem w ministerstwie finansów. Stamtąd awansował na wiceministra w ministerstwie zdrowia. Odpowiadał tam za cyfryzacje. To on kupił po cenie kilkukrotnie wyższej niż rynkowe maseczki z podrabianym certyfikatem od instruktora narciarskiego, który by znajomym pana ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Podpisał też umowę na zakup respiratorów od właściciela spółki E&K z Lublina, handlarza bronią umieszczonego na czarnej liście ONZ . Za 1241 sztuk ministerstwo zgodziło się zapłacić około 200 mln złotych. Ten dostarczył tylko 200 aparatów. Do dziś nie zwrócił całej kwoty zaliczki. Jeśli wierzyć „ Gazecie Wyborczej”, transakcja odbyła się na polecenie pana premiera Morawieckiego. Stała za nią Agencja Wywiadu i służby specjalne, które w taki sposób chciały przepompować z budżetu państwa pieniądze na swoje tajne operacje.

Jeśli tak było, to pan minister Cieszyński okazał się nieudacznikiem. Tajna operacja stała się powszechnie znana, bo wtedy wszystkie zakupy sprzętu medycznego były pod lupą mediów. Gdyby kupił inny towar, nawet kondomy, to pewnie by mu się upiekło. A tak misternie tkana operacja tajnych służb zwyczajnie się ryła. Pan minister musiał podać się w zeszłym roku do dymisji. Zesłano go na wiceprezydenta miasta Chełma, bo tam rządzi ekipa PiS. Czy Chełmianie podpadli centrali PiS, że tak ich ukarano? Na szczęście dla nich rok minął i centrala PiS uznała, że pan minister swoje już tam odsiedział. Teraz znowu ma szansę szkodzić całej Polsce.

Do Polski przymusowo wrócił, ukrywający się ostatnio w Holandii, Zbigniew Stonoga. Zdeklarowany wróg pana ministra Zbigniewa Ziobry. Pewnie dlatego, że prokuratura pana ministra Ziobry wśród głównych zarzutów wobec Stonogi wymienia „wielomilionowe oszustwa na szkodę darczyńców fundacji charytatywnej oraz grożenie śmiercią pracownikom wymiaru sprawiedliwości”. Znawcy krajowych realiów uważają jednak, że ów Stonoga posiada też wiele materiałów kompromitujących elity PiS. Zwłaszcza pana ministra- prokuratora Ziobrę, a nawet jaśniepana prezesa. Posiada, bo jak ćwierkają warszawskie wiewiórki, ten niewątpliwie aktywny człowiek mógł też współpracować ze służbami specjalnymi, nie tylko polskimi, i trochę sobie tych „haków” na przysłowiową „czarną godzinę” uskładał. Czy teraz ów Stonoga zacznie pana ministra – prokuratora gryźć? I z których służb pomocą?

Na razie jaśniepan prezes publicznie opieprzył podlegającą panu ministrowi Ziobrze prokuraturę za nieróbstwo. Bo nie postawiła ona jeszcze zarzutów panu prezesowi Banasiowi. Tak porażających, że możliwa stanie się próba odebrania mu immunitetu, co zapoczątkuje procedurę usuwania go z kierowania NiK- iem. Albo przynajmniej tak go skompromituje w opinii publicznej, że zneutralizuje jego oskarżycielską działalność..

Z drugiej strony opieprzany za nieróbstwo prokuratury pan minister Ziobro w każdej chwili może zachęcić ją do działalności Do realizacji wskazań z raportów NIK. Wtedy aktywna prokuratura rozpocznie postępowania w sprawie pana premiera i jego ministrów. A nawet pana prezesa, wicepremiera! I wtedy przydać się mogą zasoby wiedzy „oszusta” Stonogi, zwłaszcza te kompromitujące pana ministra Ziobrę i jego prokuraturę.

Z Watykanu nadszedł wyrok skazujący na infamię biskupa Tadeusza Rakoczego. Ulubieńca papieża JP 2. Skazano go za tolerowanie i ochronę księży pedofilów. To już piąty biskup polskiego kościoła kat. skazany przez Watykan za tolerowanie takich przestępstw. Dlaczego organizacja regularnie praktykująca pedofilię i chroniąca „rozbójników seksualnych” nadal ma monopol na „nauczanie religii” w polskich szkołach?

Kłamstwa polityków i księży nie są zjawiskiem nowym. Ale coraz bardziej częsta praktyka, że uznajemy je za coś oczywistego i przestajemy reagować na te codzienne kłamstwa, świadczy gorzej o nas, niż o nich. Daje im przyzwolenie na łamanie prawa. Poczucie bezkarności. Dlatego oni nie zawahają się przed niczym, żeby tylko się przy władzy utrzymać.

Flaczki tygodnia

Gowin, Gowin, Gowin. To słowo jest ostatnio na wszystkich politycznych ustach w naszym kraju. Pisane z dużej i małej litery. Odmieniane przez wszystkie przypadki. Czasem poprzedzane znanym pięcio gwiazdkowym kodem.

Jak to się stało, że ten człowiek, jeszcze niedawno uchodzący za miernotę polityczną i moralną, w ostatnich tygodniach stał się gwiazdą krajowych mediów, wielką nadzieją opozycji demokratycznej?
A przynajmniej jej największego członu – podbudkowej Koalicji Obywatelskiej.

Wyjaśniamy. Klub parlamentarny KO złożył wniosek o wotum nieufności dla trzech ministrów rządu pana prezesa Kaczyńskiego, kierowanego obecnie przez pana premiera Morawieckiego.
Składanie wniosków o wotum nieufności to psi obowiązek opozycji parlamentarnej. Składa się je zwykle nie po to aby danego ministra odwołać, bo korzystają oni z parasola ochronnego rządzącej większości.
Wniosek taki składa się aby wywołać debatę oceniającą działalność niepopularnego ministra. Aby podczas niej dokonać jego kompleksowej krytyki. Rozpisanej na wiele głosów. Poważnych, złośliwych, szyderczych nawet. Zapadającej w pamięci wyborców.
Jeśli taka debata wykaże, że ów minister i jego dorobek poważnie obciążają konto rządzącej formacji, to nawet po odrzuceniu opozycyjnego wniosku, zostaje on bez rozgłosu odsunięty od „ministrantury” w niedalekiej przyszłości.

Zdarzają się też przypadki, że wzięty na opozycyjny celownik minister tak zdążył już nagrabić sobie w macierzystej formacji politycznej, że panująca tam nienawiść do niego może okazać się silniejszą niż partyjna dyscyplina i żądze pozostania przy korycie władzy. I niespodziewanie przegrywa głosowanie.

Takim ministrem może okazać się pan Mariusz Kamiński nadzorujący służbami specjalnymi. Ten bliski współpracownik pana prezesa Kaczyńskiego został publicznie oskarżony przez pana prezesa NIK Mariana Banasia o zbieranie „haków”, czyli kompromitujących materiałów, na wszystkich polityków. Także tych ze Zjednoczonej Prawicy.
To pewnie politycy związani z panem wicepremierem Gowinem rozpuszczali w Sejmie RP plotki, że to pan minister Kamiński jest odpowiedzialny za akcję szkalowania pana posła Maksymowicza. Oskarżania go o eksperymenty medyczne z udziałem ludzkich płodów. Co okazało się nieprawdą.

W efekcie takiej nagonki pan poseł Maksymowicz demonstracyjnie wypisał się z rządzącej Zjednoczonej Prawicy i przeszedł do opozycyjnego ruchu Hołowni. Wskazując tym drogę innym parlamentarzystom ze Zjednoczonej Prawicy. Krytycznym wobec rządów pana prezesa Kaczyńskiego i jego kliki, ale obawiających się, że wypad z łodzi pana prezesa skończy się ich politycznym utonięciem.
A teraz okazuje się, że możliwe jest przejście na tratwę rachunkową ruchu Hołowni, notującego blisko 20 procent poparcia wyborczego, co daje szanse na konturowanie zawodu posła po najbliższych wyborach.

Pan minister Mariusz Kamiński jest wielce ciekawą dla socjologa polityki postacią. Zaczynał jako licealista – opozycjonista w ostatniej dekadzie Polski Ludowej. Potem ten zdeklarowany „wolnościowiec”, ulubieniec „Gazety Wyborczej” w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, wsiąkał w służby policyjne. Aż stał się zamordystą, miłośnikiem tajnych operacji, prowokacji policyjnych. Prowokując złamał prawo, za co został nieprawomocnie skazany i ułaskawiony przez pana prezydenta Dudę. Ułaskawieniem też wątpliwym prawomocnie.
Pan minister Kamiński, nazywany „Mario” przez kolegów z NZS-u, kroczy drogą Walerego Sławka. Tyle, że Sławek to postać tragiczna, a dotychczasowa historia pana „Mario” ma zadatki na farsę. Jego dawni koledzy z NSZ-u, zasiadający w ławach Koalicji Obywatelskiej zwą go pogardliwie „ Jeżowem Kaczyńskiego”. Jego byli pracownicy ze spec służb rozsiewają plotki o jego alkoholizmie, co w PiS człowieka jeszcze nie przekreśla, ale też o skłonności homoseksualne, co już może być powodem do jakiegoś ostracyzmu.

Zanim dojdzie do głosowania nad wotum nieufności dla pana ministra Kamińskiego, zjednoczoną opozycję czekają w Sejmie dwie próby.
Kolejne głosowania nad kandydaturą profesora Mariana Wiącka na Rzecznika Praw Obywatelskich. Wiemy już, że ten kandydat ma poparcie całej demokratycznej opozycji oraz pana wicepremiera Gowina i jego parlamentarzystów. Może też zyskać poparcie Konfederacji.
Wtedy o wyniku głosowania nad alternatywą profesor Wiącek – popierana przez PiS senator Staroń może zadecydować nawet jeden głos!
Podobnie być może przy wyborze prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Wybór kandydata namaszczonego przez pana prezesa również zależy od decyzji grupki posłów Zjednoczonej Prawicy coraz bardziej zniesmaczonych rządami pana prezesa.

Jedność w Zjednoczonej Prawicy stale się panu ”marszczy” panu prezesowi i pewnie dlatego już teraz przygotowuje odwet, aby „każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza odrąbie…”

I jak by było mało kłopotów domowych, to dochodzą ciosy z zagranicy.
Papież Franciszek ukarał Tadeusza Rakoczego, biskupa polskiego kościoła kat. niezwykle surową karą dla polskich hierarchów – nakazem prowadzenia życia w duchu pokuty i modlitwy.
Jako kary dodatkowe wyznaczył: zakaz uczestniczenia w jakichkolwiek celebracjach lub spotkaniach publicznych, w zebraniach plenarnych Konferencji Episkopatu Polski oraz wpłacenie z prywatnych środków odpowiedniej sumy na rzecz Fundacji Świętego Józefa z przeznaczeniem na działalność prewencyjną i pomoc ofiarom nadużyć.

Biskup Rakoczy to już piąty hierarcha polskiego kościoła kat. ukarany w ciągu ostatniego roku przez Watykan za tolerowanie pedofilii i ochranianie księży „rozbójników seksualnych”. Dlaczego organizacja pełna pedofilii i systemowo ochraniająca zbrodnie pedofilskie, jak polski kościół kat. nadal ma monopol na nauczanie religii w polskich szkołach i przedszkolach?
Czy tylko dlatego, że jest politycznym sojusznikiem jaśniepana prezesa Kaczyńskiego i jego partii „Prawo i Sprawiedliwość”?
Partii, której już sama nazwa jest wyjątkowym szyderstwem z jej codziennej praktyki zarządzania Polską.

Zjednoczona, lecz już zmarszczona

Pan prezes Jarosław Kaczyński nie ćwieka na Twitterze. W poważnych mediach też wypowiada się rzadko. Ale kiedy już gębę otworzy, to warto go uważnie czytać i słuchać. Albowiem każda jego wypowiedź na prawach Ewangelii jest.
Warto wtedy też studiować myśli pana prezesa. Zwłaszcza kiedy rodzi je w tygodniku „Sieci”, a akuszerami są panowie bracia Jacek i Michał Karnowscy. Mistrzowie wazeliniarskiego dziennikarstwa.
Pan prezes mówiąc do czytelników „Sieci” przemawia do Najwierniejszych z wyznawców. Nie cenzurują go też panowie bracia Karnowscy. Wiernie, choć na kolanach, rejestrują strumienie myśli swego suwerena. Nawet te świadczące o jego postępującym politycznym szaleństwie.
Kłamie się i marszczy
Pan prezes Kaczyński chciał ruszyć do przodu z całym tym Nowym Polskim Ładem, ale napotkał niespodziewane bariery we własnych szeregach. Wielu wyborców PiS traktuje NPL jak szczepionki przeciwko covid. Nie chcą go przyjąć. Co dobitnie odzwierciedlają najnowsze sondaże poparcia wyborczego. PiS politycznie nie urósł, bo zaraz po propagandowym odpaleniu PLN dotarło do opinii publicznej postanowienie TSUE w sprawie elektrowni Turów. Po raz kolejny udowadniające impotencje elit PiS w polityce międzynarodowej.
Na nic zdały się tłumaczenia TVP info i innych PiS- mediów oskarżających o intrygi Czechów i Niemców. O zdradę i agresję na polską energetykę.
Na nic zdały się też kłamstwa pana premiera Morawieckiego przekonującego Polaków, że osiągnął już porozumienie z czeskim premierem. Bo strona czeska najpierw zdecydowanie zaprzeczyła temu, a potem zgodę na wycofanie swego wniosku z TSUE uwarunkowała polskimi inwestycjami w czeską ochronę środowiska. Znów na jaw wyszło nieróbstwo i niekompetencje rządu pana prezesa. Bo gdyby strona polska wcześniej poważnie potratowała czeskie roszczenia, to nie doszłoby do postępowania w TSUE, a koszty niezbędnych, obiecanych już przez polski rząd inwestycji byłyby znacznie mniejsze. Czemu pan premier Morawiecki znów okłamał polska opinię publiczną?
W mediach społecznościowych wyjaśniano, że po prostu taką on ma naturę. Nawet kiedy mówi prawdę to też kłamie. Powielano też informacje, że pan Morawiecki większość swego majątku przepisał na swą małżonkę. Ukrywanie majątków „pod spódnicami” żon i konkubin to pospolite zjawisko w PiS-wskiej Rzeczpospolitej. Polski lud pracujący i bezrobotny opowiada sobie teraz taki żart: „Dlaczego wśród katolickich dygnitarzy PiS aż tylu jest rozwodników? Bo tyle się już nachapali, że nie da się tego złodziejstwa przepisywać tylko na jedną żonę”.
A nieporozumienie z porozumieniem obu premierów tłumaczy się lingwistyką. Kiedy pan premier Morawiecki spotkał na brukselskim korytarzu biegnącego do toalety premiera Babisza, to zapytał go zdecydowanie: „Szukacie porozumienia z nami, czy nie?”. Po polsku rzecz jasna, bo psim obowiązkiem Czechów jest znać język przywódców Czwórki Wyszehradzkiej. Na to premier Babisz odparł w biegu: „Szukam, szukam”. Ale rzekł to po czesku. Takie to ludzkie śmichy- chichy, lecz panu prezesowi Kaczyńskiemu nie jest wesoło, kiedy widzi jak mu się ta Zjednoczona Prawica „marszczy”. W niejednym miejscu na dodatek.
Zmarszczony NIK, marszczona prokuratura
Pan prezes Kaczyński tak mówi o Marianie Banasiu w wywiadzie dla „Sieci”: „Jest wielkim błędem naszego systemu prawnego, że człowiek wobec którego toczą się poważne śledztwa, może być prezesem Najwyższej Izby Kontroli”.
I winą za tolerowanie pana Banasia na stanowisku prezesa NIK obwinia „bierną” prokuraturę, bo nie postawiła jeszcze panu Banasiowi stosownych zarzutów.
Tymczasem nieuwięziony jeszcze pan prezes Banaś oficjalnie zwrócił się do prokuratury pana Ziobry o postawienie zarzutów panu premierowi Morawieckiemu i jego pomagierom, bo złamali polskie prawo przy organizowanie „wyborów korespondencyjnych”. Na razie pan minister – prokurator Ziobro nie potwierdził czy takie zarzuty postawi.
Prokuratura nie postawiła też takiego zarzutu panu prezesowi Kaczyńskiemu, choć on tak w wywiadzie zadeklarował: „Chcę, żeby to było jasno powiedziane: to była moja osobista decyzja, by spróbować skorzystać z doświadczenia bawarskiego kanadyjskiego w organizacji takich głosowań. Problemem był brak większości w Sejmie dla tej sprawy”. Czyli pan prezes sam zawiadomił o popełnieniu przez siebie przestępstwa!
Mamy zatem w Zjednoczonej Prawicy podejrzanych o popełnianie przestępstw: pana premiera i jego ministrów, pana prezesa Kaczyńskiego, panią Marszałek Sejmu RP- też wymienianą w raportach NIK, i pana prezesa NIK. Zaiste trudno dziś znaleźć w Zjednoczonej Prawicy kogoś jeszcze nie oskarżanego o łamanie prawa przez kogoś ze Zjednoczonej Prawicy.
Zmarszczony Gowin
Problem „braku większości w Sejmie” trapiący pana prezesa Kaczyńskiego może niebawem powrócić. Za sprawą pana wicepremiera Gowina i grupki jeszcze jego posłów z Porozumienia Prawicy.
Otóż pan wicepremier Gowin twierdzi, że pan prezes Kaczyński obiecał poparcie kandydata zgłoszonego przez pana Gowina na Rzecznika Praw Obywatelskich. Za podpis pod porozumieniem Nowego Polskiego Ładu. Pan Gowin grzecznie podpisał, ale pan prezes wysunął swoją kandydatkę, co dowodzi, że takiego porozumienia mogło też nie być. Bonie wiemy który z nich mówi jak pan premier Morawicki? Czy kłamie pan wicepremier, czy pan prezes, czy może obaj?
Zresztą to teraz już nieważne. Pan wicepremier zagroził, że podczas głosowania wniosku opozycji o wotum nieufności dla ministrów z rządu Zjednoczonej Prawicy, gowinowskie Porozumienie zagłosuje za odwołaniem pana ministra od tajnych służb. Czyli pana Mariusza Kamińskiego. Zaufanego pomocnika pana prezesa Kaczyńskiego, zbierającego podobno kompromitujące materiały na wszystkich polityków Zjednoczonej Prawicy. I pana prezesa NIK też.
Bracia Karnowscy pytają: „Czy koalicja Zjednoczonej Prawicy się poskładała? Ogarnęła? Użył pan wcześniej sformułowania, że „się zmarszczyło”.
Na to pan prezes Kaczyński odpowiada: „To określenie z książki Jerzego Putramenta „Małowierni”, która tuż przed marcem 1968 r. ludzie pożyczali sobie na jedną noc i my z Leszkiem też tak przeczytaliśmy. Była to powieść z kluczem, dość łatwa do rozszyfrowania. Komitet Centralny PZPR występuje tam jako Komitet Ekonomiczny. Rzecz jest o zdradzie literatów, którzy popierali stalinizm. Pojawia się tam oczywiście i ubecja. Jeden z sowieckich nadzorców mówi w pewnym momencie do młodego ubeka: ”Pamiętaj, jak coś się zmarszczy, od razu tnij, bo zawsze coś z tego będzie”. I przykro mówić, ale w polityce to prawda”.
I tak dzięki panom braciom Karnowskim wiemy już jaki to mędrzec ukształtował filozofię i praktykę polityki uprawianej przez pana prezesa Kaczyńskiego.
Nie zdziwmy się zatem jeśli zatroskany brakiem zgody w Zjednoczonej Prawicy, zniesmaczony moralnie zdradami popierających go kiedyś polityków, pan prezes Kaczyński wezwie swego młodego ministra od służb specjalnych, pana Mariusza Kamińskiego, i po mentorsko rzeknie mu: „Zmarszczyło się. Tnij od razu, bo zawsze coś z tego będzie”.

Bigos tygodniowy

Dziś najważniejsza „piątka” PiS, to pięcioprocentowa inflacja i przyspieszający wzrost cen. Oto skutki między innymi cynicznego szafowania pieniędzmi dla celów politycznych. Ogólnie jest to wyjaśniane skutkami pandemii. No tak, ale przecież wszystkie kraje, nie tylko Polska podlegały lockdownom i wszelakim ograniczeniom unieruchamiającym lub dalece ograniczającym działalność gospodarczą. Wszystkie kraje poniosły straty. Jednak tylko w Polsce ( i na Węgrzech) jest tak wysoka inflacja, w pozostałych krajach kilkakrotnie niższa, także na przykład we Włoszech – poniżej jednego procenta. Pokazywany w mediach polski strzelisty słupek górujący nad niskimi słupkami pozostałych krajów europejskich niemile szokuje. Czy ktoś zechce mi wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje? Powtarzam, przecież cała Europa podlegała tym samym, a czasem ostrzejszym ograniczeniom niż Polska. Bigos ma swoją hipotezę, ale jest ona nie tylko antyrządowa, wynika nie tylko z tego, że rząd PiS swoimi posunięciami podkręca inflację ale także na tyle krytyczna w stosunku do rodaków (nadreprezentacja postawy chciwości i cwaniactwa, podwyższanie cen przez różne podmioty pod każdym nadarzającym się pretekstem), że oszczędzę sobie nieprzyjemności jej rozwijania.


W minionym tygodniu ostatecznie zakończyła działalność i tak od dawna dychawiczna Grupa Wyszehradzka, jedno z narzędzi podtrzymujących pisowski sen o potędze, o przywództwie w regionie. Afera z postanowieniem TSUE nakazującym zamknąć, na razie w trybie zabezpieczenia, przed ogłoszeniem wyroku, kopalnię „Turów”, to skutek hucpy PiS, które do żadnej kwestii nie jest mentalnie w stanie podejść w sposób normalny, bez bezczelności i agresji. Czesi wielokrotnie proponowali jakąś sensowną ugodę, bo im ta kopalnia rzeczywiście szkodzi, ale ich propozycje odbijały się jako groch od ściany. W końcu się więc zirytowali o poszli z wnioskiem do europejskiego trybunału. I pomyśleć, że przedstawiciele tego samego kraju, którego kopalnia pozbawia wielu Czechów wody jeszcze niedawno molestowali czeski Senat i chcieli na nim wymusić ograniczenie usług aborcyjnych dla Polek przyjeżdżających do tego kraju.


Sposób, w jaki pisowcy z Witek Elżbietą na czele potraktowali Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara przy okazji składanego przez niego sprawozdania to wręcz piramida chamstwa i pogardy. Polską rządzi partia Chamów.


Żeby było jasne – Bigos jako skrajnie idealistyczny zwolennik jednolitofrontowości opozycji uważa, że każda przeciwwaga kontra PiS jest na wagę złota. Jednak gdy komentatorzy i dysydenci mówią, że kończy się czas przywództwa Borysa Budki i o potrzebie wymiany na „świeżą krew” Rafała Trzaskowskiego, to Bigos przypomina, że stary Budka (rocznik 1978) jest młodszy od młodego Trzaskowskiego (rocznik 1973) o pięć lat. Jednak w polityce kryterium świeżej krwi jest inne niż w biologii. W PiS najświeższa krew płynie w żyłach Kaczyńskiego, właściciela, według Flaczków, „steranej twarzy, wykrzywionej nienawiścią do mord zdradzieckich”. Co do Bigosu, to jak wiadomo, jest on tym lepszy, im starszy. Gdy rodził się Rafał, Bigos kończył (nie bez trudności) pierwszą klasę I LO im. Stanisława Staszica w Lublinie, a gdy rodził się Borys – był między pierwszym a drugim rokiem studiów na psychologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej-Curie w Lublinie (skrótowo: UMCS). Jak starzy są wzmiankowani politycy! Jak ten czas leci!


A propos: rząd rozważa zakupienie niegdysiejszego domu letniskowego Marii Curie Skłodowskiej w Saint Remy-de-Chevreuse w aglomeracji paryskiej, za ponad siedemset tysięcy eurosów. Wielka uczona była tam kilka razy, ale komu przeszkodzi urządzenie tam muzeum, którego kustoszem zostanie Szydło Beata, fizycznie nawet do MCS nieco podobna? Czy będzie też ona sprzedawała nieliczne bilety i czy Kaczyński będzie w tamtejszym ogródku spędzał wakacyjne tygodnie?


Profesor Wojciech Maksymowicz, poseł partii Jarosława Gowina przyłączył się do formacji Szymona Hołowni. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale po raz pierwszy od 2015 roku, poseł Zjednoczonej Prawicy przechodzi do formacji antyrządowej. Biorąc pod uwagę bardzo dobre osobiste relacje Hołowni i Gowina wątpliwe jest, by to było wrogie przejęcie. Gowin już wie, że polityczne cele „Polskiego Ładu” to przy okazji jego polityczna śmierć. Bo podwyżki podatków uderzają w elektorat Porozumienia i pozbawiają Gowina wiarygodności jako strażnika interesów klasy średniej. W interesie Gowina jest pogrożenie Kaczyńskiemu, że kolejni gowinowcy mogą przejść do Hołowni, osłabiając większość Zjednoczonej Prawicy w Sejmie. Teraz Gowin żąda ulg podatkowych dla swych wyborców. Wie też, że On i jego ludzie nie znajdą się na listach wyborczych PiS w najbliższych wyborach parlamentarnych. Alternatywą był Kosiniak – Kamysz z 5 procentowym poparciem. Teraz pojawił się Hołownia z poparciem sięgającym 20 procent. Gwarantującym reelekcję. Czy będzie Porozumienie z Hołownią? Sejm wart mszy z Hołownią?


Ale teraz już bez kpinek. Jeden z pomysłów z – pożal się boże – Polskiego Ładu, to stworzenie możliwości niszczenia lasów, betonowania ich i pomieszczania w nich nawet wysypisk i spalarni śmieci. Do tego dochodzi pomysł otwarcia szerokiej drogi patodeweloperce poprzez przyzwolenie na budowę domków o płaskich dachach, bez konieczności uzyskania pozwolenia na budowę, czyli gdzie popadnie. W kraju, w którym od niepamiętnych czasów panuje kompletny chaos przestrzenny, to zwyczajnie zalegalizowanie zbrodni.


Jeszcze jedno nie kwalifikuje się do sfery śmiechu: zgarnięcie przez policję demonstranta z transparentem krytykującym „Polski Ład”. I ta władza śmie oburzać się na reżim białoruski?


Kilkanaście dni po sławetnym głosowaniu z PiS w sprawie funduszy europejskich, znów w Bigosie zagwozdka z Lewicą. Na jej niedzielnej konwencji panie posłanki mówiły oczywiście ładnie ważne rzeczy, ale było to jakieś banalne, a przy tym jakoś plastikowo podane. Bigosowi zazgrzytało zaledwie prześlizgnięcie się w sprawie praw reprodukcyjnych kobiet. Razi to zwłaszcza kilka miesięcy po protestach ulicznych Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i wobec faktu, że zostały radykalnie pozbawione resztek praw w tej dziedzinie. Bigos się nie czepia, lecz dzieli się swoimi wrażeniami.


A propos. W najnowszym wywiadzie Kaczyński powiedział mniej więcej coś takiego, w tonie dość nonszalanckim, że aborcja nie jest w Polsce zakazana, a prawa kobiet nie zostały uszczuplone, bo można sobie pojechać na aborcję za granicę, płacąc za nią więcej czy mniej. Pobrzmiewające w tych słowach pragmatyczne przyzwolenie, to ekspresja krańcowego cynizmu, ostentacyjna ideologiczna deklaracja wycofania się państwa z jakiejkowiek troski o zdrowie reprodukcyjne kobiet. To oczywiście oburzający, bezczelny wyraz cynizmu, ale z drugiej strony, może to bardziej uczciwe postawienie sprawy niż ideologiczno-kościelne pitolenie o „świętości życia poczętego”. To deklaracja cynicznego pragmatyzmu: abortujcie się za granicą, skoro chcecie, byle nie na świętej ziemi polskiej. Może to powstrzyma radcę Wręgę z ambasady RP w Pradze przed kontynuowaniem misji antyaborcyjnej w Czachach.


Ciepły Człowiek Karczewskiego Stanisława, Aleksandr Białoruski podgrzał atmosferę do czerwoności swoją akcją z samolotem lecącym z Aten do Wilna i wyłuskaniem i zatrzymaniem lecącego nim Białorusina. Przy okazji ulubieniec Stanisława nieszczęśliwie całkowicie przykrył w mediach konwencję Lewicy.

Bigos tygodniowy

„Bóg jest gejem” – autora takiej (trudno orzec czy prawdziwej) informacji umieszczonej na jednym z murów Działdowa. Cała dzia(ł)dowska policja stanęła na rozkaz do boju i na początek zwróciła się do działdowian o wskazanie sprawcy tej potwornej zbrodni. To jest coś niewiarygodnego, że w XXI wieku, w kraju należącym do Unii Europejskiej, policja w ogóle może być angażowana do takich spraw i to z taką intensywnością, jakby chodziło o seryjnego mordercę. Z drugiej strony to wprost wymarzony temat na scenariusz absurdalnej komedii filmowej typu barejowego. W takich sytuacjach polska policja jest znacznie bardziej komiczna niż francuscy policjanci z niezapomnianych komedii z Louisem de Funés. Nawiasem mówiąc policja polska bywa czułostkowa i sentymentalna jak przedwojenne pensjonarki. Telewizje pokazały pewnego komendanta, który płakał przed kamerą nad smutnym losem chłopca skrzywdzonego przez rodziców. Ciekawe, czy ów komendant płakał nad losem kobiet bitych i przetrzymywanych w komisariatach przez jego kolegów po ulicznych demonstracjach.


„Obraza uczuć religijnych jest przestępstwem „archaicznym” i „prawnym kuriozum”. W ogóle nie powinno być tego zapisu w kodeksie karnym (…), bo jest nadużywany przez oportunistów i fanatyków religijnych. Został stworzony, żeby bronić mniejszości, a jest wykorzystywany przez tych, którzy mają w Polsce monopol na religię” – powiedział Adam Nergal, trafiając w samo sedno. 


Tymczasem w mediach można znaleźć informację o pewnej kobiecie, która jest w ciąży z płodem syjamskim, więc szykuje się dramatyczny problem. Ciągle towarzyszy Bigosowi poczucie, że śni koszmarny sen. Bo oto „w środku” Unii Europejskiej wprowadzono kilka miesięcy temu zakazy, które kojarzą się nie z cywilizowanym prawem, z opowieściami o Gileadzie i podręcznych, z poetyką makabrycznego horroru, z bajkami braci Grimm, opowiadaniami Edgara Allana Poe czy filmami o Hannibalu Lecterze. Bo jak inaczej oddać rzeczywistość, w której państwo zmusza kobiety, pod rygorem kar z katalogu zawartego w prawie karnym, do rodzenia trupów, półtrupów i potworków?


Tak jak chcą się wpieprzać z prawo czeskie, tak za nic mają wyroki sądów. Kania Dorota objeżdża gazety zakupione przez Obajtka i zwalnia dziennikarzy. A gazety już są tubami władzy. Regularnie zaglądam do „Kuriera Lubelskiego”, lokalnej gazety mojej młodości. W oka mgnieniu, po przejęciu jej przez pisowskiego nominata, gazeta ta zamieniła się w bezzębny biuletyn rządowy. Jest po prostu nie do poznania.


Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejski Trybunał Praw Człowieka wydały kolejne orzeczenia w sprawie naruszania praworządności. Pisowscy czynownicy reagują na to jak zwykle – „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”


Podobnie na raport prezesa NIK Banasia w sprawie niedoszłych wyborów kopertowych zareagowali pisowcy. Ujawnił cząstkę ich przecherstw, a oni na to … „nie mamy pańskiego płaszcza”. Miejmy jednak nadzieję, że raport w przyszłości będzie jak znalazł, a nie jak zgubił…


Szczepienia szły w Polsce przez pewien czas jako tako, można nawet powiedzieć, że nie najgorzej na tle szeregu krajów europejskich, ale to się skończyło, mimo słabej na ogół organizacji. Wygląda na to, że zaszczepili się ci, którzy chcieli się zaszczepić, a teraz machina stanęła wobec tej części populacji, która szczepić się nie chce i zapytana albo deklaruje to jawnie albo ucieka w wymówkę typu „poczekam”. Zdarzają więc już nawet przypadki zamykania punktów szczepień z braku chętnych. Dlatego wycofanie części obostrzeń i ogólne radosne poruszenie tłumów na ulicach, choć psychologicznie zrozumiałe, może skończyć się nową falą epidemii. Spowolnienie, by nie rzec wyhamowanie fali szczepień nie poprawiło poziomu organizacji. N.p. z urzędu nie przyspiesza się drugiego terminu szczepienia drugą dawką osób zaszczepionych przed 17 maja. Czy to naprawdę jest taki problem? Podobnie ze szczepieniami wracających do szkoły uczniów. Zamiast kierując się zasadami logiki i zdrowego rozsądku organizować dla nich punkty szczepień w szkołach, każe im się szukać punktów szczepień nie wiadomo gdzie i gdzie się da. Aspirującemu podobno do wysokich stanowisk harcerzowi Dworczykowi jakoś to proste rozwiązanie do głowy nie przyszło.


O tym całym na dęto ogłoszonym „Polskim Ładzie” czyli pisowskiej pajęczynie, nie bardzo chce się pisać, bo wszystko co od PiS pochodzi, na milę śmierdzi szachrajstwem. Po pierwsze, jako festiwal obietnic, które w znaczącej części nie zostaną spełnione, tak jak niegdysiejsze obietnice dotyczące wybudowania stu tysięcy mieszkań czy wyprodukowania miliona aut elektrycznych. Po drugie, jako formuła propagandowa, która polega na tym, że to, co daje się, daje się głośno, a to co odbiera, odbiera się po cichu, a „bilans musi wyjść na zero”. Bigos najbardziej martwi jednak to, że podatność elektoratu PiS na dętą propagandę może przyczynić się do ich kolejnej wygranej wyborczej. Ostrzega przed tym m.in. profesor Wojciech Sadurski, a także Andrzej Machowski, autor poważnej analizy aktualnego poziomu poparcia dla partii politycznych. Z analizy wynika, że obóz rządzący zdołał już odzyskać straty, jakich doznał po ogłoszeniu jesiennego pseudowyroku trybunału Przyłębskiej w sprawie aborcji. Traci natomiast skłócona opozycja, nad której rozbiciem i skłóceniem Bigos bardzo ubolewa.

Flaczki tygodnia

Dlaczego pan prezes Kaczyński polecił budowę domów z „płaskimi dachami”?
Aby z góry było wiadomo, gdzie mieszkają zwolennicy PiS.

„Polskie marzenie” – taki telewizyjny pasek emitowano w TVP Info podczas sobotniego wystąpienia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Jego sterana twarz, pokurczona od stałej nienawiści do „zdradzieckich modr” i zdradzająca pierwsze starcze demencje, była w TVP Info wizerunkiem nowej, przyszłej, dumnej Polski. Tej na miarę wielkich polskich marzeń.

Jak powinna wyglądać za dziesięć, dwadzieścia lat ta przyszła bogata Polska, doganiająca już bogaty Zachód? Tak jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania trzydzieści lat temu. Pan prezes Kaczyński zdradził,że zachował w swojej pamięci obraz „bogatego Zachodu” z końca XX wieku. I taki teraz chce naśladować. Takie zachodnie społeczeństwa teraz ma Polska doganiać.
Słuchając sobotniego wystąpienia pana prezesa Kaczyńskiego „Flaczki” przypomniały sobie wizję idealnego społeczeństwa z książki Augusta Bebla „Kobieta i socjalizm”. Wydanej po polsku po raz pierwszy w 1910 roku. Zrealizowaną częściowo w drugiej połowie XX wieku przez zachodnie socjaldemokracje i zwolenników „państwa opiekuńczego”. Teraz kaczyńskie „ Polskie marzenie” wskrzesza niektóre z postulatów starego Bebla.

„Polskie marzenie”, „Polski Nowy Ład” to też nośne propagandowe hasła. Echa „Chińskiego marzenia” przewodniczącego Xi i „New Dealu” Franklina Delano Roosevelta.
Ale proponowane Chińczykom „chińskie marzenie” jest odważnym projektem stworzenia nowego zamożnego, nowoczesnego, innowacyjnego społeczeństwa żyjącego wedle zasad zielonej ekonomii. Projektem reformatorskim, czasem rewolucyjnym.
Amerykański „New Deal” też był projektem progresywnym. Proponującym nowe rozwiązania. Zrywającym z ówczesnym konserwatywnym liberalizmem.
W przeciwieństwie do nich kaczyńskie „Polskie marzenie” jest konserwatywną utopią. Tworzącą kontrrewolucyjną kontrą do rozwoju społecznego w Unii Europejskiej. Tworzoną za dotacje i pożyczki uzyskane z tej Unii. Ale o tym finansowaniu liderzy prawicy nie wspominają. Cicho-sza !

Ten „Nowy Polski Ład” to wizja szczęśliwego życia w rodzinie wielodzietnej. W domku małym, może i dla pięcioosobowej ciasnym, ale własnym. Z pracującym Ojcem rodziny i jego żoną – wzorową matką Polką. Pracującą, ale niekoniecznie zawodowo. Rodziną wzmacnianą socjalnymi nagrodami za wielodzietność. A także autobusami docierającymi do każdej wsi i pociągami odjeżdżającymi z każdego miasteczka. Sprawną służbą zdrowia i niepodległą narodową gospodarką.

„Warto być Polakiem”- zadeklarował pan prezes Kaczyńskim. Kopiując cadyka ze znakomitego filmu „Austeria” zdradzającego mądrość usłyszaną od Boga. Że „Warto być Żydem” .

Oczywiście w programie rozwoju proponowanym przez jaśniepana prezesa, jego PiS, oraz jeszcze jego Gowina i Ziborę, można znaleźć wiele słusznych postulatów. Reanimację polskiej służby zdrowia, nieopodatkowane emerytury, podniesienie podatków najbogatszym, likwidację umów śmieciowych i wiele innych, niecierpiących zwłoki. Wiele z propozycji Polskiego Nowego Ładu kopiuje projekty ustaw złożonych już w Sejmie przez Klub Parlamentarny Lewicy. Dlatego realizując je rząd PiS zapewne będzie miał wsparcie parlamentarnej Lewicy.
Jednak proponowane obywatelom naszego państwa kaczyńskie „Polskie marzenie” nie dostrzega międzynarodowego otoczenia Polski i postulowanych przez USA, Chiny, Unię Europejska globalnych polityk. To program dla rodzin zamykających się przed światem w domkach wybudowanym bez zgodności z planami zagospodarowania terenów, planowania przestrzennego. Z symbolicznym płaskim, niczym horyzont myślowy elit PiS, dachem.

„Polska musi być krajem dumnym”, zadekretował jaśniepan prezes. W praktyce polską „Dumę” ma zrealizować pan premier Mateusz Morawiecki. Uważany przez polskie internetowe społeczeństwo, i nie tylko, za notorycznego kłamcę.
Polityka, który już wcześniej obiecywał nam milion polskich samochodów elektrycznych, polskie promy morskie z polskich stoczni, nową polską „Luxtorpedę”, czyli polskie koleje dużych polskich prędkości, polski Centralny Port Komunikacyjny, polski program Mieszkanie +, polski program Start Up-ów, i dziesiątki innych, również niezrealizowanych, polskich marzeń.

„Polskie marzenia” ma realizować premier, który w zeszłym roku chciał przeprowadzić w Polsce „wybory pocztowe”. Niezrealizowane, bo okazały się tak bezprawne, że nawet pan wicepremier Gowin sprzeciwił się nim, ale kosztujące polskich podatników ponad sto milionów złotych.
Łamanie prawa przez rząd pana prezesa Kaczyńskiego potwierdziły właśnie raporty Najwyższej Izby Kontroli kierowanej przez pana prezesa Banasia. Nominowanego na to stanowisko przez elity polityczne PiS. Wtedy określanego jako człowiek o „kryształowym” pionie moralnym.
Potem oskarżanego przez media o przekręty finansowe. Wzywanego przez pana premiera Morawieckiego aby dobrowolnie podał się do dymisji i z NIK odszedł.

Teraz dalszy los pana premiera Morawieckiego i jego ministra Dworczyka zależy od aktywności prokuratury podporządkowanej panu prokuratorowi i ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze. Skłóconemu z panem prezesem Kaczyńskim i jego premierem Morawieckim.
I jeśli teraz pan minister Ziobro zechce udowodnić, że jego prokuratura jest rzeczywiście od władzy „niezależna”, to możemy doczekać aktów oskarżenia wobec pana premiera lub jego najbliższych współpracowników. Za złamanie prawa przy organizowaniu „wyborów pocztowych”.

I wtedy jaśniepan prezes będzie musiał znaleźć sobie nowego premiera do realizowania starego „Polskiego marzenia”. Albo przez świadome doprowadzenie do niechwalenia przyszłorocznego budżetu urządzenie nam przedterminowych wyborów parlamentarnych.
Do których ostatnie kłótnie w opozycji parlamentarnej mogą go wielce zachęcać.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.