Bigos tygodniowy

Od kilkunastu dni na oczach zdumionych rodaków, w dobie pandemii i narastającego kryzysu gospodarczego rozgrywała się farsa pt. „Rekonstrukcja”. W głównych rolach obsadzili się Jaro (Stary Królik) i Ziober (samozwańczy kandydat na Nowego Królika), zaś pozostałe figury farsy, w tym Mateo (namaszczony Następca Starego Królika), to tak naprawdę statyści. Intryga przewidywalna, zważywszy okoliczności, a chodzi mniej więcej o to, by Samozwańca zagonić do szeregu, na przyrodzone mu miejsce lidera niewielkiego, acz hałaśliwego stronnictwa, w którym prym wiodą młodzieńcy pewni siebie i nader ambitni, określani przez gawiedź mianem KaKaO. Staremu szło marnie, bo Samozwaniec brykał i żądał, nie odpuszczał, już widział się Starym Królikiem. Jednak wszystko wskazuje na to,że tym razem jeszcze się mu nie udało obalić Starego, a przy okazji Mateo osadzić oślepionego w ciemnicy o chlebie i wodzie za przewiny, które zostały bogato udokumentowane trefnymi papierami niejednokrotnie z jego podpisem. W IV akcie jest wymuszony happy end i „kochajmy się”, ale jak się zdaje na krótko. I tylko szkoda czasu na te trzytygodniowe nocne rozmowy, kiedy dla nas wszystkich z różnych powodów (ekonomicznych, epidemiologicznych) larum grają i nadciągają prawdziwe kłopoty.


Ten styl konfidencjonalnych narad, te srogie i tajemnicze miny, to zajeżdżanie limuzynami bossów poszczególnych Rodzin na nocne narady do capo di tutti capi naprawdę przypomina filmy o włoskiej mafii w USA, z „Ojcem chrzestnym” F.F. Coppoli na czele. Pamiętacie ten wątek z filmu, w którym po zastrzeleniu Sonny’ego Corleone bossowie rodzin Corleone, Tataglia i innych spotkali się, żeby położyć kres wzajemnej masakrze i zawrzeć pokój? Bigosowi tak się to nieodparcie kojarzy i nie tylko jemu.


Rośnie liczba zakażonych COVID 19, rośnie liczba osób w szpitalach i pod respiratorami, rośnie liczba zgonów. Niestety, było to do przewidzenia, bo lekceważenie przez Polaków zasad najprostszych z możliwych, czyli niezachowywanie dystansu, nienoszenie maseczek w miejscach publicznych, musiało dać taki efekt. I będzie gorzej, bo przecież Polacy nie wierzą w koronę, powikłania i zagrożenie zdrowia i życia osób będących w grupie ryzyka. Swoją drogą – jak to jest, że naród tak wierzący w boga, którego nie widział, nie wierzy wirusa, którego przynajmniej, w przeciwieństwie do boga, można zobaczyć pod mikroskopem? Przykre to tym bardziej, że oblewamy jako nacja egzamin z solidarności, takiej zwykłej, nienaznaczonej żadnym heroizmem. Z jednej strony taka postawa jest efektem naszych cech narodowych, wynikających choćby z braku elementarnego szacunku dla drugiego człowieka, z drugiej z sączonego przez „przywódców” przekazu „że wirusa nie ma, nie należy się go bać”. Niestety, jeżeli Polacy się nie ogarną, nie zaczną myśleć, przestrzegać zasad zalecanych przez wirusologów, to jesień i zima będzie ciężka. Medycy trzymajcie się.


Jadwiga Emilewicz, wicepremierka rządu odchodzi z Porozumienia. Przyznała, że drogi polityczne jej i Jarosława Gowina się rozeszły, zamierza być posłem bezpartyjnym w klubie PIS. Jadwiga E. nigdy nie wzbudzała mojej sympatii i mam tu na myśli choćby jej poglądy dotyczące praw kobiet. Jednak trzeba oddać, że jest osobą ambitną, oddaną i wierną członkinią Zjednoczonej Prawicy. Bigos tygodniowy podejrzewa, że zmęczyła ją „współpraca” z Hamletem-Gowinem, który znowu zapragnął być wicepremierem. Mając na uwadze jej zalety, jakże przydatne po prawej stronie sceny politycznej, opisane powyżej Bigos wróży jej karierę w rządzie Mateo i to na jakimś ważnym stanowisku.


Z Sejmu przeniknęły jakiś czas temu informacje, z których wynika, że ziobryści są szkodnikami wszechstronnymi, na różnych polach. Nie tylko reprezentują ekstrema fundamentalizmu religijnego, walczą z prawami kobiet, z ochroną przed przemocą domową i tak dalej, ale występują też przeciw wszelkim inicjatywom prawnym mającym ucywilizować ruch drogowy w Polsce, zmniejszyć liczbę wypadków i śmiertelność na polskich drogach, w tym śmiertelność pieszych. Są więc także darwinistami, bo chcą utrzymać w polskim ruchu drogowym i pieszym zasadę – „ratuj się kto może”.


Gdyby ktoś miał wątpliwości, co to za ziółko z tej filigranowej i słodziutkiej Emilewicz, to przypominam, że na twitterze podżegała niedawno do zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji przez wykreślenie z niej prawa do terminacji płodu uszkodzonego. Ruchy kobiece są w obliczu kolejnej walki, bo na 22 października zapowiedziane jest posiedzenie tzw. Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej w sprawie wniosku grupy fundamentalistów z PiS o sprawdzenie, czy aborcja eugeniczna jest zgodna z konstytucją. To większe zagrożenie dla i tak już radykalnie ograniczonego prawa do aborcji w Polsce niż to z października 2016, które wywołało masowy Czarny Protest kobiet w całej Polsce. Wtedy bowiem fundamentalistyczny projekt Ordo Iuris próbowano przeforsować przez Sejm, który skapitulował (także głosami PiS, na osobiste wezwanie prezesa) przed protestem. Zważmy jednak, że oczywistych względów Sejm jest znacznie mniej odporny na masowe protesty niż taki TK. Bo jak zatrzymać protestami wyrok TK? Jedyne co można, to odsuwać w czasie decyzję ad calendas graecas. Ale to może stać się tylko wtedy, o ile Kaczyński nadal pozostaje niechętny zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej, lęka się protestów kobiet i przykaże Przyłębskiej, żeby zrobiła z tym wnioskiem co trzeba. I o ile nie przekonają go perfidne podszepty Emilewicz.


Na pięknej ziemi lubelskiej jest miasto Kraśnik. Do niedawna niewiele osób wiedziało gdzie tak naprawdę jest ów Kraśnik, ale teraz cała Polska wie, cała Europa i świat cały. Podejmują tam ciekawe uchwały, a to LGBT, a to 5G jest na tapecie. Ostatnio nawet zaproponowano, aby wi-fi w szkołach zlikwidować, a to wszystko dla dobra obywateli – dorosłych i dzieci. Władza wie najlepiej, ludu nie wolno narażać, a chronić go trzeba przed złymi wpływami, bo bezrozumny i bezradny jest. Bigos tygodniowy czeka na otrzeźwienie władzy (nie tylko Kraśnika), bo naprawdę robi się i straszno i śmieszno w stopniu narastającym geometrycznie. W internecie już krążą memy i hasła popularyzujące Kraśnik, a szczególnym zainteresowaniem cieszy się hasło: „Kraśnik – strefa wolna od rozumu”.


50 ambasadorów i przedstawicieli organizacji międzynarodowych podpisało się pod skierowanym do polskich władz listem otwartym w sprawie społeczności LGBT. List został opublikowany na stronach ambasady amerykańskiej, zaś ambasadorka Georgette Mosbacher podkreśliła, że prawa człowieka nie są ideologią, to prawa uniwersalne. Nasi m.in. szef kancelarii premiera Dworczyk Michał, wiceminister spraw zagranicznych Jabłoński Paweł, pisząc wprost, minimalizują wydźwięk tego listu, bo przecież u nas jest wszystko w porządku, a sygnatariusze listu uczestniczą w „evencie ideologiczno -politycznym”. Niestety, u nas nie wszystko jest w porządku, a nawet w sprawie LGBT jest zupełnie źle. List otwarty tylko potwierdza tę diagnozę i żadne zaklęcia czy akty strzeliste takiej oceny nie zmienią.

Flaczki tygodnia

Pan Mateusz Morawiecki ma niepowtarzalną, życiową szansę. Zostać premierem w rządzie wicepremiera pana Jarosława Kaczyńskiego.

Czy rzeczywiście taką szansę dostanie? Tego na pewno nie wiemy. Bo podpisana w zeszłą sobotę umowa koalicyjna nadal jest tajna. Nadal nie wiemy co koalicjanci mają do ukrycia. Co skrywają przed polskimi podatnikami, czyli swoimi pracodawcami.

„Flaczki tygodnia” starają się uczciwie płacić podatki, czyli są też pracodawcami koalicyjnych elit politycznych. Nie są zadowolone z efektów i stylu ich pracy.
Na nieszczęście Polski owe elity załatwiły sobie w 2019 roku czteroletni kontrakt na zarządzanie naszym krajem. I teraz traktują swych pracodawców, jak kierownik szatni z filmu „Miś” swojego klienta. Na zasadzie ukradłem panu płaszcz i wiem, że nic nie możesz mi pan zrobić.

Przynajmniej trzy dni czekały w gotowości bojowej zastępy najlepszego polskiego dziennikarstwa informacyjnego na codziennie zapowiadaną konferencję prasową z udziałem Jaśniepana Prezesa i Jego koalicjantów.
Ostatecznie doszło do niej w sobotę. Formalnie dzień wolny od pracy.
Na konferencję Jaśniepan Prezes przyszedł „drogą prezydenta Putina”. To znaczy spóźnił się pół godziny. Oczekujących nie przeprosił, bo co mu może ta dziennikarska hołota zrobić?

Potem Jaśniepan przemówił.Po nim, jako zduszony i skruszony koalicjant, mówił pan poseł Gowin. Potem jako zduszony lecz nieskruszony pan minister Ziobro. Na koniec coś tam powiedział pan premier Morawiecki. To już dobitnie pokazało hierarchię w przyszłym, rekonstruowanym rządzie.

Chociaż występ tego kwartetu zapowiadano jako „konferencja prasowa”, to nie było tam mowy o zadawaniu pytań przez dziennikarzy. A zwłaszcza odpowiadaniu na nie przez elitę obecnej władzy. Tym samym elita władzy pokazała wszem wobec w jak głębokim poważaniu ma stan dziennikarski w naszym kraju.
Ech, a są na świecie kraje, gdzie dziennikarze uważają się za, a czasem bywają, tak zwaną „czwartą władzą”.

Ale niech stan dziennikarski nie popada w czarną rozpacz. To prawda, że obecne elity władzy traktują media jak tanie dziwki. Ale poprzednia umowa koalicyjna podpisywana w 2006 roku przez PiS z LPR i „Samoobroną” była transmitowana jedynie przez telewizję „Trwam” Ojca Dyrektora Rydzyka.A sobotnią pozwolono transmitować już wszystkim telewizjom.
Jakiś postęp jest.

Być może dożyjemy jeszcze czasów, że podczas transmisji kolejnej umownej konferencji prasowej zaproszeni tam dziennikarze będą jednak mogli zadać po jednym pytaniu. A na jeszcze kolejnej ktoś z koalicjantów odpowie na przynajmniej jedno pytanie.

Na razie dyżurnym medialnym komentatorom politycznym, z braku potwierdzonych informacji, pozostaje wieszczenie. Na przykład jaka będzie rola pana premiera Morawieckiego.
Czy ten zwykle obficie mówiący urzędnik państwowy będzie miał jeszcze cokolwiek do gadania w zrekonstruowanym rządzie? Czy będzie jedynie konferansjerem zapowiadającym wystawienia Jaśniepana wiece premiera i innych jego ministrów? x/Rangę pana premiera i jego zdolności konferansjerskie dosadnie skomentowała publiczność Stadionu Narodowego podczas sobotniego koncertu poświęconego solidarności z narodem białoruskim.
Pan premier został przez publikę uroczyście wygwizdany.
Z drugiej strony zupełnie źle nie było. Mogli przecież wszcząć demonstracje antyrządowe i pan premier musiałby zadzwonić po policję.

Zanim polski premier wykręcił by odpowiedni numer, to zapewne musiałby poprosić o zgodę swego przyszłego wiece premiera. Bo Jaśniepan wice premier ma nadzorować resorty zwane „siłowymi”. Czyli wojsko, bezpiekę, policję i prokuraturę. Czyli to na czym dobrze się nie zna.
Z drugiej strony lepiej jest, że nie nadzoruje resortu finansów, kultury, albo sportu. Gdyby nadzorował ten ostatni, to mielibyśmy w Polsce silną reprezentację i mistrzostwa świata w rodeo. Ulubiony sport Jaśniepana.

Nietrudno zauważyć, że ewentualne wejście Jaśniepana prezesa do rządu będzie przede wszystkim rozwiązywało problemy jego Partii związane z knuciem Jego koalicjantów. W mniejszym stopniu pomoże rozwiązać problemy państwa.
Zauważcie, że mamy już wice premiera od kultury, a ściślej od wojny kulturowej. Mamy mieć wicepremier od bezpieczeństwa koalicji, czyli poskramiania intrygujących koalicjantów.
Nie mamy za to wiece premiera ds. walki z pandemią.
Dla elity PiS tacy knuje jak Ziobro i Gowin gorsi są od korona wirusa.

Patrząc na sobotnie miny umawiających się koalicjantów nie trudno było zauważyć, że umowę zawarto jedynie aby utrzymać koalicję. Na siłę. Skutki takiego utrzymania będziemy nieraz odczuwać.

Ale jeśli skutkiem takiej jedności będzie oddanie części władzy koalicjantom przez Jaśniepana prezesa, to niebawem zrobi on to, co obecnie wszyscy, uważający się za mądrych, komentatorzy polityczni wykluczają. To co grozi mu utratą władzy.
Czyli przedterminowe wybory.
Jednak kiedy Jaśniepan uzna, że pełni władzy i tak już nie ma, to sięgnie po to ostateczne rozwiązanie.

Bat na bata, czyli ostatnia szansa prezesa

Znacie? To posłuchajcie. Stary macher polityczny chciał uczynić z młodszego machera bat na opozycję. By chłostał w jego imieniu niepokorne sądy, zastraszał opozycyjnych liderów i krzewił wśród „ciemnego ludu wyborczego” mit o rządach surowych, lecz sprawiedliwych.

Z biegiem lat okazało się, że młodszy macher nie chce dalej być nieustającym młodym kandydatem na lidera. Chce, jak Moryc Welt, założyć „własną fabrykę”, „pójść na swoje”. I nie cofnie się nawet przed oszukaniem i oskubaniem starego prezesa.
Zwłaszcza, że stary prezes znalazł sobie innego następcę, młodego, cynicznego banksera. Jego miał uroczyście na wiceprezesa macherskiej Rodziny mianować. Na uroczystym Kongresie macherów. A młodego bata i jego drużyny nawet do rodziny przyjąć nie chciał.
I wtedy młody bat bryknął. Przypomniał wszystkim macherom, że jest już wykwalifikowanym batem. Ostrzegł też, że teraz może wychłostać wszystkich. Pana premiera też.
Nawet pana prezesa.
I tak rozpoczął się medialny serial polityczny. Obfitujący w mroczne, wyraziste postacie. I liczne zwroty akcji.
Od tygodnia codziennie słyszymy o kolejnym, tajemniczym spotkaniu „Ostatniej szansy”. Codziennie media dostają kolejną porcję sterowanych „przecieków” sugerujących rozwiązanie konfliktu pana prezesa, uosabiającego Rodzinę, czyli Partię, z dotychczasowym batem pana prezesa.
„Nie będzie ogon merdał psem”, miał zauważyć pan prezes. Największy krajowy przyjaciel zwierząt. Niestety stary prezes zbyt późno dostrzegł, że koalicyjny ogon przemienił się w sprawny bat.
Dlatego ujawniony, rozgrzany konflikt nie zakończy się szybko. Już na przedkongresowych, partyjnych rozgrywkach. Czeka nas długi polityczny serial ujawniający wiele brudów obecnie nam panujących elit politycznych PiS. Serial społecznie szkodliwy, bo zajmujący media i opinię publiczna jedynie praniem politycznych brudów. Odwracający naszą uwagę od licznych, istotnych problemów społecznych.
Nie dyskutujemy dziś o tym, że rząd PiS zwiększy budżetowy dług o 480 miliardów złotych, co stanowi 64 procent PKB.
Nie pytamy co PiS chce z tym długiem zrobić: spłacać go czy zostawić w spadku następcom?
Na razie ratuje się przed większym deficytem wprowadzaniem licznych opłat i dodatkowych podatków.
Zadłużenie Polski bije rekordy ze względu na konieczność walki z gospodarczymi skutkami pandemii. I dlatego eksperci lauru jeszcze nie grają.
Ale rząd PiS nie ma jasnego programu walki z pandemią. Z narastającym bezrobociem, zwłaszcza wśród młodych ludzi.
Dziś dla młodych pracy w IV Rzeczpospolitej nie ma. Nie ma też mieszkań. Aby kupić pięćdziesięciometrowe mieszkanie trzeba pracować dwadzieścia lat za pensję równą średniej krajowej. I nie wydawać w tym czasie ani złotówki. Zatem młodzi muszą czekać ponad 20 lat na własne mieszkanie, albo wejść w pętlę kredytu. I mieszkać trzydzieści lat w mieszkaniu nieswoim, bo należącym do kredytującego banku.
Nie dyskutujemy o innych, fundamentalnych problemach. O planowanych zwolnieniach pracowników w sektorze administracji państwowej.
O deficytach budżetowych licznych polskich miast i związanych z tym cięć inwestycyjnych.
O polityce energetycznej, o przyszłości sektora górniczego.
O roli Polski w Unii Europejskiej. Czy nadal mamy być jej „merdającym ogonem”?
O bezpieczeństwie narodowym. Czy jego gwarancją ma być tylko kontyngent wojsk USA?
Nie pytam co się zmieni w naszych relacjach z USA, Chinami jeśli prezydent Trump przegra listopadowe wybory prezydenckie?
Polityka polska sprowadza się w polskich mediach głównego nurtu do serialu o tym jak pan prezesa złapał Ziobrorzyna, a Ziobrorzyn za łeb trzyma. Zgadza się, że dziś bez koalicji z PiS gowinowcy i ziobrowcy nie dostaną się do parlamentu. Ale przyśpieszone wybory parlamentarne dziś oznaczają utratę władzy dla PiS.
Dlatego szykujmy się na kolejne odcinki serialu o sado maso miłości politycznej pan prezesa Kaczyńskiego z panem ministrem Ziobro i panem Gowinem. Ten miłosny trójkącik wchłonie liczne problemy i wykreuje kolejne.
Być może wykreuje nowe Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego z bermanopodobnym panem super ministrem prezesem Kaczyńskim.
A być może to tylko kolejny blef w negocjacjach politycznych szulerów.
Na pewno konflikt pana prezesa z panami Ziobro i Gowinem z odcinka na odcinek będzie narastał, pomimo zwodniczych zwrotów akcji sugerujących zawarcie pokoju lub rozejmu.
To oznacza, że zapowiedziana, lecz nie uruchomiona jeszcze polityczna bomba atomowa, czyli przedterminowe wybory parlamentarne musi kiedyś odpalić.
Musi. To wiedzą już wszyscy bohaterowie tasiemca.
Nie wiedzą jedynie, poza jednym panem prezesem, kiedy ten wybuch nastąpi.

Bigos tygodniowy

Jak tu przyrządzać kolejny bigos, skoro od zeszłego czwartku w polityce trwa takie bigosowanie, że to, co jako tako ogarniemy przed południem, diametralnie zmienia się przed wieczorem, a następnego ranka budzimy się w jeszcze nowszej rzeczywistości? Ustawa o prawach zwierząt została uchwalona przez Sejm głosami większości PiS, Koalicji Obywatelskiej i Lewicy i teraz pójdzie do Senatu, ale jest ona tylko wycinkiem, elementem dużo bardziej skomplikowanej konstrukcji, bardzo trudnej do bieżącego rozpoznania. Mimo tego spróbujmy kilka spraw – na ile to możliwe – poznawczo uporządkować, choć tak naprawdę przede wszystkim wokół nich pospekulować. W szczerość pozytywnych, serdecznych intencji Jarosława Kaczyńskiego w stosunku do zwierząt wypada wierzyć, bo są one powszechnie znane z dawien dawna. Nie eliminuje to jednak przypuszczenia, że uznał on, iż projekt ustawy o prawach zwierząt można wykorzystać także, w pakiecie, dla celów politycznych, wewnątrzkoalicyjnych. Czy doszedł do tego wniosku spontanicznie, czy było to efektem wcześniejszych przygotowań – tego nie sposób sprawdzić. Nie ma to jednak zasadniczego znaczenia, bo sprawny polityczny taktyk może i planować, i wykorzystywać nadarzające się niespodziewanie okazje. Jedna z możliwych hipotez może być taka, że Kaczyński miał już dosyć pychy i samowoli Ziobry, tego samego, który kiedyś już się zbuntował i którego mimo to, jako syna marnotrawnego, przyjął ponownie na swoje łono. Może Kaczyński uznał, że po raz drugi warcholstwa Ziobry nie zniesie i chce się pozbyć z rządu toksycznego, kłopotliwego partnera? Przy okazji, na progu nowego sezonu politycznego, nadarzyła mu się okazja do przeprowadzenia praktycznego testu na spoistość koalicji z Ziobrem i Gowinem, okazja do uporządkowania przedpola, by uniknąć kłopotów w przyszłości, pozbycia się nielojalnych i wszelkiej potencjalnej „piątej kolumny”, tych co trzeba wyrzucić, tych co trzeba ze sobą związać. Dotyczyłoby to oczywiście także Gowina, który zbuntował się w maju w sprawie wyborów. Nie sądzę, by sprzeczna z zasadą prawdopodobieństwa była też hipnoza, że Kaczyński wziął pod uwagę wariant samodzielnego pójścia PiS do przedterminowych wyborów, bez wzięcia na listy gowinowców i ziobrystów, by się ich przy okazji raz na zawsze pozbyć, jako że mają nikłe szanse na samodzielne wejście do parlamentu. W nowej konstelacji politycznej, po wyborach prezydenckich, jest to ryzykowne i mogłoby się skończyć utratą władzy, ale i to może Kaczyński zwekslować na swoją korzyść. Jak to możliwe? Ano tak, że nadciąga ciężki kryzys gospodarczy i rząd PiS musiałby się z nim skonfrontować przy słabym prawdopodobieństwie sprostaniu mu. Nie miałby już w ręku swojego najważniejszego atutu – świadczeń do rozdawania, ale to i tak byłby chyba najmniejszy z nadciągających problemów. W takiej sytuacji oddanie władzy rządowi wyłonionemu z opozycji byłoby pozbyciem się parzącego dłoń kartofla i przekazanie go rywalom. Bo o ile PiS, wspomagane przez koniunkturę gospodarczą, rządziło przez pięć lat w warunkach komfortowych i ze swoim prezydentem w gotowości z długopisem w dłoni, o tyle rząd niepisowski stanąłby na wejściu oko w oko z kryzysem, silną opozycją PiS i reszty prawicy (nawet gdyby do parlamentu nie weszli gowinowcy i ziobryści, to raczej wejdą i to wzmocnieni, konfederaci) oraz nieprzychylnym prezydentem, który w nowej sytuacji będzie odrzucał ustawę po ustawie i faktycznie zablokuje zarówno rządzenie bieżące jak i próby robienia porządków po rządach PiS. W tych spekulacjach nie można też nie uwzględnić projektu tzw. ustawy bezkarnościowej, która powszechnie sytuowana jest w polu ostrego konfliktu między Ziobrą a Morawieckim. Opór Ziobry przeciw niej interpretowany jest jako chęć zatopienia rywala, który ma na koncie delikty prawne wytknięte mu w niedawnym wyroku WSA. W tej sytuacji Kaczyński, który wspiera Matousza i chyba widzi w nim sukcesora w roli szefa obozu politycznego, ma dwa wyjścia – albo przeforsować ustawę bezkarnościową, albo pozbyć się Ziobra. To tyle póki co spekulacji, które i tak są bardzo utrudnione przez skomplikowanie materii i liczbę mogących odgrywać rolę czynników. Trudno zbudować z nich jakiś spójny obraz, zgrabnie dopasować liczne elementy tej układanki i cokolwiek uznać tu za pewnik. Wydaje się jednak, że w perspektywie przyszłości, tak potężne zawirowania w łonie tzw. Zjednoczonej Prawicy raczej nie sprzyjają jej wzmocnieniu, lecz przeciwnie. I że jest ona raczej na drodze ku utracie władzy (choć to droga jeszcze raczej długa) niż na drodze do jej utrwalenia. I że raczej są sygnałem, nierychłego co prawda, ale jednak zmierzchu hegemonii szeroko rozumianej prawicy na polskiej scenie politycznej. Jej toczona z uporem i intensywnością, wydawałoby się, godnym lepszej sprawy, z tzw. ideologią LGBT i rewolucją kulturową jest być może w mniejszym stopniu próbą umacniania obecnie sprawowanej władzy, a w stopniu większym pierwszym etapem pozycjonowania się w roli przyszłej opozycji.


Francja w uznaniu zasług i zaangażowania na rzecz wolności i praw człowieka przyznała Adamowi Bodnarowi byłemu Rzecznikowi Praw Obywatelskich Order Legii Honorowej. W dniu 17 września 2020r. insygnia odznaczenia wręczył Adamowi Bodnarowi ambasador Frederic Billet. Bigos tygodniowy serdecznie gratuluje Adamowi Bodnarowi, mając świadomość, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju.


W minionym tygodniu Parlament Europejski przyjął Rezolucję w sprawie praworządności w Polsce. Rezolucja zawiera 60 uwag odnośnie przestrzegania, a właściwie nieprzestrzegania zasad państwa prawa i apel o powiązanie ich przestrzegania z mechanizmem przyznawania środków unijnych. Teraz chodzi o to, żeby Europa zaczęła wprowadzać swoje zapowiedzi w życie.


Nad i tak ograniczone prawa kobiet w Polsce po raz kolejny nadciągają czarne chmury. Na 22 października 2020r. na godzinę 11.00 wyznaczone zostało posiedzenie tzw. Trybunału Konstytucyjnego, który – mówiąc najkrócej i najprościej – zdecyduje, czy aborcja tzw. eugeniczna jest zgodna z konstytucją. Jeśli orzeknie, że nie, zezwalający na nią przepis zostanie automatycznie wykreślony z ustawy antyborcyjnej. Do tej pory wniosek posłów PiS był trzymany w TK jak zamrażarce, jak wieść głosiła, na życzenie Prezesa. Czyżby zmienił zdanie i przychylił się do planu radykalnego zaostrzenia prawa do aborcji? W każdym razie za miesiąc dojdzie zapewne do nowej fali masowych, Czarnych Protestów, jak te z października 2016 roku. Już pojawił się w internecie plakat Strajku Kobiet w tej sprawie. Wydaje się jednak, że z różnych powodów zagrożenie dla praw kobiet jest tym razem groźniejsze niż cztery lata temu.


Byle pretekst posłużył władzy, aby nasłać o 6:30 rano CBA na dom sędziego Beaty Morawiec. Wiadomo – naraziła się Ziobru i jest jedną z najbardziej znanych twarzy walki o praworządność.

Flaczki tygodnia

Jarosław Kaczyński podziwiał Aleksandra Kwaśniewskiego. Za to, że prezydent potrafił na Ukrainie „zagrać ostro”. Wbrew ówczesnej poprawności politycznej. Wbrew interesom Rosji. Wbrew powszechnym w Polsce opiniom, że komuchy są genetycznie prorosyjscy. I zawsze realizują interesy Kremla.

Pan prezes Kaczyński także lubi „zagrać ostro”. Podjąć ryzykowną i niespodziewaną przez komentatorów i analityków politycznych decyzję. Łamiącą dotychczasowe standardy politycznego zachowania, schematy racjonalnych działań.
Nie cierpi też „imposibilizmu”, czyli argumentacji, że czegoś nie można zrobić. Bo tak nie wypada, bo to niezgodne z poprawnością polityczną i politologiczną. Bo tak się nie robi.
I pewnie dlatego już kilka razy potrafił „zagrać ostro”. Nawet kiedy wiązało się to z ryzykiem przegranej.

Ale pan prezes wie również, że w polityce czasem warto dziś hucznie przegrać, aby jutro przekuć to w mit niezłomności, w fundament przyszłej wielkiej wygranej. Wie też, że polityka to sztuka cierpliwości i czekania. Twórczego czekania.

Dlatego „Flaczki” uważają, że zapowiadana przez zauszników pana prezesa groźba przedterminowych wyborów parlamentarnych nie jest tylko blefem w rozgrywce politycznej z krnąbrnymi koalicjantami. Zaproszeniem ich do złożenia hołdu lennego panu prezesowi.
I odrzucają powszechną, bezmyślnie powtarzaną przez krajowych komentatorów politycznych argumentację, że pan prezes Kaczyński nie pójdzie na przedterminowe wybory, bo „ma traumę 2007 roku”. Bo wtedy zagrał podobnie i przegrał. Bo władzę w państwie stracił.

Zapominają jednak, że wtedy pełnej władzy, czyli większości parlamentarnej, pan prezes nie posiadał. Bo rządził z koalicjantami. Z LPR i „Samoobroną”. A tylko pełna władza pana prezesa satysfakcjonuje.

Przedterminowe wybory parlamentarne są możliwe, bo teraz pan prezes też pełni władzy nie ma. I jeśli nawet pan Gowin hołd lenny mu złoży, to nadal poczucia posiadania tej pełnej władzy mieć już nie będzie. Nawet jeśli podobny hołd złoży pan Ziobro.
Bo skoro pan Gowin już raz woli prezesowej nie uszanował, skoro pan Ziobro kwity na totumfackich i familiantów pana prezesa zbiera, to czas te wrzody polityczne wycisnąć. Żelazem rozpalonym wypalić.

Nie od razu rzecz jasna. Przedterminowych wyborów nie da się zrobić z dnia na dzień. Nawet kiedy Sejm RP niezwłocznie podejmie uchwałę o przerwaniu swej kadencji. Większością głosów, których teraz pan prezes nie ma. Aby przyśpieszyć wybory parlamentarne pan premier Morawiecki może wystąpić do Sejmu o wotum zaufania. To może zapoczątkować procedurę szukania większości przez opozycję.
Ale to wymaga jedności opozycji i współpracy pana prezydenta Dudy. Ten na razie milczy jak zaklęty.
Jest też inny, skuteczny, ale niekorzystny propagandowo sposób. Rząd nie przedstawia w parlamencie przyszłorocznego budżetu w nakazanym mu konstytucyjnym terminie. Wtedy, na początku przyszłego roku, pan prezydent musi rozwiązać parlament.

Zatem decyzja o przedterminowych wyborach rozstrzygnie się w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. W tym czasie odbędzie się kongres PiS. Wybrani zostaną nowi wiceprezesi. Wśród nich może być pan premier Morawiecki.
W ciągu sześciu miesięcy powinna nastąpić „rekonstrukcja” rządu. Czy będą wśród nich gowinowcy? Pewnie tak, bo pan Gowin karku sztywnego nie ma.

Czy będzie w nim też pan Ziobro? Zapewne jeśli i on też hołd złoży, to przykładową karę ponieść musi. Może przestać być Prokuratorem Generalnym. Stracić fundusz sprawiedliwości. Wpływy w spółkach skarbu państwa. Czyli w rządzie pozostanie, ale wykastrowany politycznie.

W Polsce bywały już rządy mniejszościowe. Każdy nie przetrwał dłużej niż rok. Pan prezes Kaczyński pewnie wolałby być w opozycji niż rządzić na łasce byłych koalicjantów, opozycji i pana prezydenta. Tych, których uważa za gorszych, którymi gardzi nierzadko.
Pan prezes Kaczyński nie boi się ław opozycji. Jego PiS jest najbogatszą partią w Polsce. Ma sieć własnych mediów i wpływy w mediach publicznych. Ma Trybunał Konstytucyjny. Wsparcie swojego biznesu. Wsparcie hierarchów i proboszczów kościoła kat. Swojego prezydenta. Choć ten może się też zbuntować.

Pan prezes ma alternatywę: mniejszościowe rządy w czasach kryzysu gospodarczego i społecznego czy taktyczny odwrót na pozycję silnej, merytorycznej, zwartej opozycji?
Ma przykład kanclerza Adenauera, z wykształcenia też prawnika, który był kanclerzem do 87 roku życia. I przestał być przywódcą rządzącej Niemcami chadecji oraz posłem Bundestagu kiedy skończył 90 lat.

Pan prezes Kaczyński ma tylko 71 lat. Ma czas.

Wielki Humanista zagrał

Nagły atak humanizmu przeszedł przez Sejm RP. Humanizmu szczególnego, bo PiSowskiego.

Dzięki osobistemu zaangażowaniu pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego nie będzie już w Polsce barbarzyńskich hodowli norek i lisów na futra, a i los wiejski psów łańcuchowych znacznej ulegnie poprawie.
Dzięki temu pan prezes zyskał ponadpartyjną miłość milionów miłośników zwierząt w naszym kraju, a nawet i zagranicą. Jego humanistyczne wysiłki zostaną zapewne docenione przez liczne, związane z PiS prawicowe tygodniki, portale internetowe i telewizje. Nie zdziwmy się kiedy uhonorują one pana prezesa tytułami, medalami i nagrodami w kategorii Najlepszy Obrońca Praw Zwierząt.
Może nawet powstanie zbiór opowiadań czołowych literatów IV RP zatytułowanych „Prezes przyjaciel zwierząt”. Opowiadający jak przywódca kaczystów opatrywał rannym kotkom łapki, potajemnie dokarmiał pieski, a niewinne ptaszki wypuszczał z sideł zastawionych przez podłą ideologię LGBT.
Nagły atak kaczyńskiego humanizmu, jaki uderzył w Sejm RP, pokazał też swe ludzkie oblicze. Bo chociaż barbarzyńska hodowla norek będzie pewnie zakazana, to już nie mniej barbarzyński ubój rytualny zostanie zachowany.
Bo w przeciwieństwie do hałaśliwych, ale nielicznych i marginalnych dla gospodarki polskiej, hodowców futerkowców, ubój rytualny stanowi poważny sektor krajowej hodowli zwierzęcej. Polską specjalizację eksportową.
I ma za sobą poparcie licznych związków wyznaniowych. Zatem mieści się w kaczo humaniźmie.
Gdyby hodowcy norek wcześniej zadbali aby ich futerka stanowiły element jakiegoś rytuału religijnego, stworzyli kult swojej Matki Boskiej z Norką, to pewnie i ich barbarzyńska branża ocalałaby teraz. Ale oni zawierzyli los swój jedynie Ojcu Dyrektorowi Rydzkowi. A ten boskiej mocy jeszcze nie ma.
W uaktywnionym teraz kaczyńskim humanizmie mieści się też hodowla królików, bo pozyskuje się z nich nie tylko futerka, ale też i mięso. A hodowla zwierząt na mięso, wedle kaczo humanizmu, nie jest tak barbarzyńska jak zabijanie zwierzęcia tylko na futra.
Co prawda mięsem barbarzyńsko zabijanych norek karmi się hodowlane ryby, nawet te narodowo- katolickie wigilijne karpie, ale ryby w tej humanistycznej, narodowej debacie głosu jeszcze nie mają.
Podobnie jak konie pociągowe znane wszystkim z doliny Morskiego Oka. Dalej będą padać tam ze zmęczenia. Za to tresura i występy koni w cyrkach już zakazane będą. Bo ten cyrkowy wyzysk zwierząt to barbarzyński szoł biznes, a pociągowa harówka to tylko element góralsko – katolickiej tradycji.
Ochrona zwierząt chroni ludzi
Nagły atak kaczo humanizmu nieprzypadkowo teraz wtargnął do Sejmu RP i propagandowo zdominował tam inne dyskusje.
Kiedy debatowano nad ustawą zapewniającą ochronę kaczystowskiej administracji państwowej. Jej przyszłą bezkarność za barbarzyńskie łamanie prawa. Dawniej, teraz i w przyszłości.
Dzięki niej premier Morawiecki i jego współpracownicy nie będą odpowiadać za bezprawne organizowanie wyborów prezydenckich. Za zmarnowane miliony złotych wydane na niepotrzebne wyborcze pakiety.
Dzięki takiemu humanizmowi byli już ministrowie zdrowia nie odpowiedzą za zakupy wadliwego sprzętu medycznego wartości wielu miliardów złotych. Będą też uwolnieni od podejrzeń i zarzutów o korupcję.
Co prawda skłócony z panem premierem Morawieckim pan minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny skoncentrowany w jednym Zbigniewie Ziobro odgrażał się ponoć w sejmowych kuluarach, że on bezpieczeństwa temu premierowi nie zagwarantuje, ale zapewne pan prezes znajdzie coś i dla pana ministra Ziobry w swym humaniźmie. Tak aby zaspokoić ambicje lidera Solidarnej Polski.
Aby prawo było po stronie pana prezesa. Aby rodzina PiS była na swoim.
W tym, jakże wielkim, humanizmie znajdzie się pewnie też rekompensata dla Ojca Dyrektora i związanych z nim hodowcach futerkowców.
Najmniej dostaną zwolnieni pracownicy zamykanych ferm. Ale ktoś przecież powinien za ten barbarzyński ubój odpokutować. Jakaś sprawiedliwość być musi.
Nagły atak tego humanizmu przełknie również niechętna przyznawania praw zwierzętom hierarchia polskiego kościoła kat.
Zwłaszcza, że jest ona teraz na łańcuchu pana prezesa niczym podwórkowy,wiejski Burek.
To od woli pana prezesa zależy czy nadal będzie obowiązywać w Polsce humanitarna ochrona księży pedofilii. Nieformalny zakaz wszczynania spraw o finansowe odszkodowania dla ich ofiar.
Nagły atak kaczo humanizmu sprawnie podzielił też anty Kaczyńską opozycję w polskim parlamencie. Popierających projekt pana prezesa i kontestujących go.
Sprawnie skanalizował wielką medialną debatę na dyskusję o przyszłym losie norek. Dzięki temu media i opozycja mniej debatowały o przyszłej bezkarności elit PiS za łamania prawa. O krytyce władz Polski za łamanie prawa w Parlamencie Europejskim i Radzie Europejskiej.
Niewiele wspominano o podatkach jakie ta władza zamierza nam teraz wprowadzić.
O strategicznych programach, które mogłyby odsunąć PiS od władzy. Jak choćby o lewicowej, sprawiedliwej społecznie i demokratycznej V Rzeczpospolitej proponowanej na naszych łamach.
Niestety media i opozycja nadal tańczą tak, jak jej humanista Kaczyński pogrywa.

Bigos tygodniowy

„Popieram profanacje. Dopierdalajcie katolikom, dopierdalajcie nacjonalistom, dopierdalajcie biało-czerwonym” – napisał Jerzy Urban. Mocne? Tak, mocne, ale polaryzacja społeczeństwa jest tak głęboka, że może tylko takie credo nas otrzeźwi. Nie wiem jak inni, ale Bigos tygodniowy podpisuje się pod tymi słowami.


Jarosław Kaczyński tysiące razy był nazwany przez swoich oponentów dyktatorem, wielokrotnie także na tych łamach. Jako wojowniczy wódz PiS, przez lata wypowiadał wojny i atakował liczne osoby, środowiska polityczne i społeczne czy grupy zawodowe, od sędziów po LGBT. Z większym lub mniejszym skutkiem. Teraz ma jednak okazję wydać i wygrać wojnę w prawdziwie dobrej sprawie, wojnę, którą już kilkakrotnie zapowiadał, ale się z niej wycofał. Mam na myśli wojnę z nieliczną, ale silną grupą reprezentantów branży futrzarskiej, którzy założyli w Polsce prawdziwy, okrutny, koncentracyjny obóz zagłady dla zwierząt, tzw. futerkowych. Ci „przedsiębiorcy”, czerpiący z tego procederu krwawe zyski, mają możnego protektora, toruńskiego Rydzyka. Jarosław Kaczyński, człowiek generalnie niedobry i agresywny, ma jeden powszechnie znany, pozytywny rys – szczerze serdeczny stosunek do zwierząt, nie tylko futerkowych. Widać, że ma wolę poprawić ich los, forsując gotowy już od lat projekt ustawy, która może w tym pomóc na wielu polach, m.in. przez likwidację koncentracyjnych obozów zagłady zwanych fermami hodowlanymi zwierząt futerkowych. Silny opór grupy „hodowców” objawił się już w chwilę po ponownym wyrażeniu przez prezesa PiS woli, by ustawa była procedowana. Jarosław Kaczyński, który tyle razy brutalnie atakował słabszych na ogół od siebie przeciwników, ma teraz okazję, żeby pokazać, że faktycznie nie pęka i los bezbronnych braci mniejszych leży mu na sercu. W każdym bądź razie Bigos tygodniowy popiera tę inicjatywę ustawodawczą i będzie śledził uważnie przebieg procesu legislacyjnego, oby zakończonego uchwaleniem ustawy, która poprawi los zwierząt w Polsce. Nawiasem mówiąc, oczywistym jest, że zanim ustawa firmowana przez Jarosława Kaczyńskiego wejdzie w życie, rząd Mateo już teraz, natychmiast, powinien pracować nad formami wsparcia finansowego nie tylko dla właścicieli ferm, ale także licznego grona zatrudnionych tam pracowników.


Odnoszę się do kapitalnego artykułu Andrzeja Ciążeli („Białoruska paranoja”, Trybuna, nr 177-178/2020), by podkreślić jego trafność i wagę, a także zadeklarować zgodność z poglądami Autora. Odnosząc się do postawy części Lewicy, napisał: „Nieszczęście zaczyna się w momencie, gdy obrońcy demokracji na Białorusi przestają sobie zdawać sprawę z własnej kondycji. Żyjąc w kraju, w którym wybory były w sposób oczywisty sfałszowane wskutek włączenia upolitycznionych mediów państwowych w kampanię na rzecz partii rządzącej oraz wykorzystania w tym samym celu środków budżetowych i przywilejów władzy, trzeba mieć duże poczucie humoru, albo też wielkie zasoby bezkrytycznego samouwielbienia, żeby walczyć o demokrację na Białorusi, jak by się żyło w jakimś kraju demokratycznym i wolnym”. I dalej dodaje trafnie, że żyjemy „w kraju będącym dyktaturą analogiczną do łukaszenkowskiej, tylko znacznie młodszą i będącą w fazie miesiąca miodowego opartego na 500 plusie”. Bardzo słusznie też publicysta sugeruje wspomnianym ludziom Lewicy, by „przestali zajmować się sprawami Weltpolitik i zajęli walką z własną dyktaturą”, bo tym sposobem Lewica, przekonana w dobrej zapewne wierze, że walczy o demokrację na Białorusi, robi to „wspierając dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego angażującą się w obronę tamtejszej demokracji”. Wiem, że trudno będzie publicyście przebić się do świadomości adresatów jego tekstu w kraju, w którym łatwo o idealistyczne złudzenia, w kraju gdzie powstało zawołanie „za waszą wolność i naszą”, ale tym bardziej chciałem przywołać co celniejsze oceny (jest ich oczywiście znacznie więcej) z tekstu, którego lekturę gorąco polecam. Policyjny, łukaszenkowski charakter obecnej władzy widać było nawet w poniedziałek pod siedzibą URM. Ledwo ustawiła się tam nieliczna grupka protestujących niewidomych – już kilku funkcjonariuszy siedziało im na karku. Po jakiego grzyba? Nawet pokojowo poprotestować nie można w spokoju.


Profesor Marcin Matczak, wybitny prawnik o wielkim autorytecie stwierdził: „Zasada wolności słowa nie pozwala karać za umieszczenie szalika czy tęczowej flagi na figurze. To komunikat symboliczny, a nie zniewaga”. Bigos tygodniowy w oparciu o swoje doświadczenie życiowe, intuicję i zdrowy rozsądek też tak uważał i uważa. Więcej ma nadzieję, że ten pogląd podzielą orzekające w licznych sprawach „ o znieważenie pomników” sądy powszechne.


Po kolejnych orzeczeniach sądów uchylających uchwały miast i gmin anty-LGBT Ziobro Zbigniew kontratakuje, wnioskując o kasacje, a rozeźlone tymi wyrokami PiS szykuje się do uderzenia w sądy administracyjne.


Jeszcze słowo o pandemii COVID-19…Rządzący, w ślad za ekspertami, zaczęli zachęcać rodaków do szczepień przeciwko grypie, której sezon nieuchronnie nadchodzi. Jestem w grupie osób, które uznały, że faktycznie w tym roku to bardzo, ale to bardzo dobry pomysł. Nie wiem jak Mateo i jego ferajna, ale zwykli obywatele mają trudności z nabyciem szczepionki i nie pomagają rajdy po aptekach, zapisy w nieformalnych kolejach zakupowych. Szczepionki trafiają do aptek nomen omen w aptekarskich ilościach i wieść gminna niesie, że na razie ich nie będzie, może kiedyś. Zatem, może minister zdrowia stanie w prawdzie (i w telewizorze) i powie nam szarakom, zwykłym obywatelom, kiedy będą mogli nabyć ten deficytowy towar.


Jesień za pasem, jesień smutna nie tylko dlatego, że zagraża nam Covid-19. Jak wynika z dostępnych informacji, ruszają zwolnienia pracowników różnych branż, będące pokłosiem pandemii. W administracji pracę ma stracić co 5 urzędnik. Nie trzeba być jasnowidzem, aby wiedzieć, że na pierwszy ogień pójdą kobiety z uprawnieniami emerytalnymi(60+), zdumione wyliczoną wysokością świadczenia i mężczyźni z uprawnieniami emerytalnymi (65+). Nie ulega wątpliwości, że osoby z uprawnieniami emerytalnymi są nie tylko doświadczonymi pracownikami, ale też w pełni dyspozycyjnymi. Jaki jest zatem cel, jeśli takie osoby chcą pracować, wypychania ich z rynku pracy? Naprawdę, tego nie wie nikt.


Mimo pierwotnego umorzenia sprawy przez prokuraturę, wznowiono, znów z poduszczenia Ordo Iuris, szykany w stosunku do studentów Uniwersytetu Śląskiego, którzy sprzeciwili się niejakiej pani Budzyńskiej, która zamiast referować na wykładach treści naukowe, wygłaszała brednie inspirowane katolickim fundamentalizmem. Z tym, że oni złożyli na nią skargę w ramach uczelni, a sami są ścigani z kodeksu karnego.

Flaczki tygodnia

Jarosław Kaczyński postanowił wykończyć opozycję poprawiając los zwierząt, przy okazji.

Warto przypomnieć, że pierwszą partią do której obecny jaśnie pan prezes należał było PC. Młodszym Czytelnikom „Flaczki” przypominają, że owo PC nazywało się „Porozumienie Centrum” i było prawicową centrową partią polityczną, która miała być polską wersją zachodnioeuropejskiej chrześcijańskiej demokracji. Taka nadwiślańską niemiecką CDU.

Ponieważ Polacy nie są Niemcami, ani zachodnio Europejczykami to eksperyment nie udał się. Ale aktywa PC nie zmarnowały się. Pan prezes Kaczyński stworzył zeń już czysto polski twór nazwany „Prawem i Sprawiedliwością”.

Też partię centrową. Bo pan prezes Kaczyński wie, że w Polsce mogą przekroczyć próg wyborczy ugrupowania radykalne, zasilające potem ławy opozycji, ale władzę zdobywają jedynie partie i kandydaci centrowi. To abecadło polityki w Polsce.

Wbrew przyprawianym medialnym gębom, pan prezes Kaczyński i jego „PiS”, kiedy sprawowali władzę, zawsze byli w politycznym centrum. Od radykalnej polityki zawsze miał pan prezes swych koalicjantów. Kiedyś LPR i „Samoobronę”, teraz wojującą Solidarną Polskę Zbigniewa Ziobry i liberalne Porozumienie Jarosława Gowina.
Pan prezes Kaczyński dobrze też rozumie panującą obecnie mediokrację. Wie, że aby być w mediach słyszanym trzeba używać radykalnej retoryki.
Za to aby być przez większość wyborców akceptowanym trzeba w praktyce legislacyjnej i administracyjnej trzymać się zdroworozsądkowego centrum. Zauważcie, że pan prezes nigdy nie zaostrzył ustawy antyaborcyjnej. A przecież miał i ma ku temu wystarczającą większość.

Teraz posiadaną parlamentarną większość pan prezes użyje do realizowania swego makiawelicznego planu. Po ogłoszeniu jego „Piątki dla zwierząt” od razu opozycja parlamentarna podzieliła się. Lewica zapiała z zachwytu, że prezes Kaczyński znowu kocha zwierzęta i będzie realizował lewicowe postulaty. Konfederacja i PSL zaprotestowały, bo ta „piątką” to transakcja wiązana. To lepsze, powszechnie akceptowane traktowanie wiejskich Burków, ale też uderzenie w interesy hodowców futerkowców i zwierząt zabijanych zgodnie z wymogami koszerności i halal, czyli na wielce opłacalny eksport.
I mamy tu już pierwszy punkt zdobyty przez PiS. Bo w trakcie debat opozycja, nawet ta demokratyczna, skłóci się poważnie. Na dłużej nawet. Co utrudni jej przyszła współpracę na innych polach.

Zakazując hodowli futerkowców i eksportowego uboju religijnego partia Kaczyńskiego wejdzie w konflikt z lobby hodowców. Wznieci wojnę kulturową z nimi. Ale PiS szybko wycofa się na propagandowe tyły, pozostawiając w okopach rozgrzaną Lewicę kontra hodowcy i ubojowcy. Kiedy nienawiść walczących sięgnie zenitu, PiS zaproponuje kompromis. Zakażemy hodowli i uboju, ale nie od razu. Wprowadzimy humanitarny okres przejściowy aby hodowcy z głodu też nie umarli.
W ten sposób PiS nie straci poparcia hodowców, a zyska dodatkowo poparcie wyborców PSL i Konfederacji. Lewicy zaś zostanie dorobiona gęba ohydnych wegetarianów, którzy mają podstępny plan zakazu zabijania wszelkich hodowlanych zwierząt. Dziś futrzaków, jutro świń i kurczaków. Analogicznie jak z LGBT. Najpierw ich małżeństwa, potem adopcje dzieci, na koniec tabletki na zmianę płci.

W ten sposób Lewica będzie wypychana z politycznego centrum, petryfikowana jako opozycja radykalna, czyli politycznie marginesowa.

W związanym z „PiS” tygodniku „Do Rzeczy” szef młodzieżówki PiS Michał Moskal zadeklarował:”Musimy rozwiązywać problemy, które może sprawiają wrażenie lewicowych, ale w praktyce nie mają żadnych barw politycznych, są natomiast po prostu słuszne dla naszego środowiska. Przykładem jest ochrona środowiska. Ciężko ją nazwać lewicową. Korzenie szacunku dla przyrody odnajdujemy przecież w naukach św. Franciszka!”.
I dalej głosi: „Nie musimy do każdego tematu ważnego dla obywateli, przyklejać politycznej łatki. Podobnie jest w przypadku ochrony zwierząt. Realne są problemy takie jak trzymanie zwierząt na łańcuchach, cyrki, ubój rytualny, hodowla zwierząt futerkowych”. Bo te inne, uważane na prawicy za „kulturowo lewicowe i liberalne”, jak równouprawnienie kobiet, przemoc domowa, są dostrzegane też przez młodych prawicowych wyborców.
I apeluje: „Nie może nas paraliżować strach przed wprowadzeniem jakiegoś rozwiązania tylko dlatego, ze kojarzy się z lewicą”.
Jednym słowem proponuje oskubać Lewicę z popularnych wśród młodych wyborców postulatów. I tym pozyskać ich, bo stanowią oni najbardziej deficytową w PiS grupę.

Jacek Kuroń kiedyś postulował: „Nie palcie Komitetów, twórzcie swoje”. Michał Moskal apeluje aby nie tracić sił na walkę z lewicowymi i liberalnymi NGO, tylko przejąć ich program i płynące do nich fundusze.
„Zaczynają już działać ogromne programy wsparcia dla organizacji pozarządowych. Które do tej pory były dramatycznie niedofinansowane, a teraz, dzięki rozwiązaniom wprowadzonym przez PiS otrzymują nowe możliwości skutecznego funkcjonowania. Wspieramy i będziemy wspierać NGO nie tylko w Warszawie. Lecz także w mniejszych miejscowościach. Poza tym musimy starać się strzelać bramki na boisku rywala- te bowiem liczą się podwójnie”.
I takie przejęcie postulatów i organizacji społecznych może sie PiS udać. Zwłaszcza jeśli Lewica nie będzie proponować swoich propozycji, tylko reagować na wrzucane do publicznej debaty przez PiS. Jeśli wiele swej aktywności zużywać będzie na walkę z lewicową konkurencją. Licytację na radykalne hasła, dowody kto jest ową „prawdziwą lewicą”, a kto już nie.
A tymczasem młody Moskal swe „komitety” tworzy.

Igrzyska makiawelistów

Wyznawców dobra, prawdy i piękna polityka współczesna może mniej przeraża niż ta z dawnych epok, ale z pewnością bardziej zniesmacza. Wcześniej polityka wzbudzała trwogę moralistów i estetów skalą brutalności i okrucieństwa, stopniem bezbronności zwykłego i niewinnego niczemu człowieka. Teraz budzi odrazę trywialnością i jałowością medialno-parlamentarnych pyskówek i przepychanek, żenującym stylem krętactwa w sosie patetycznego frazesu i bełkotu, natężeniem pospolitej niekompetencji i nieudacznictwa, mieszanką cwaniactwa i pretensjonalnego kiczu oraz, niestety, przyzwoleniem, nawet aprobatą społeczną dla bezideowości, bezguścia, bezproduktywności, nieodpowiedzialności. Polityka zaczyna przypominać igrzyska, w których zawody (jak mecze ligowe) rozgrywane są bez końca, lecz ich wynik – każdego z osobna, jak i w pewnym ciągu, podsumowaniu – i tak nie ma żadnego znaczenia, niczego nie rozwiązuje, nie posuwa naprzód. To politykierska degeneracja.

Demokraci załamują ręce nie tyle nawet nad nawrotem dyktatorów lub dyktatorków, ile nad tym, że „lud” współczesny – przecież już nie skazany na nędzę i ciemnotę jak dawni prostaczkowie – sam z ochotą wybiera i woli przy władzy zamordystów i hochsztaplerów. Ten lud zadowala się tym, że dostaje marchewkę w czasie, gdy dla malkontentów kija nie zabraknie. I prosi o jeszcze (jeszcze raz marchewka dla nas, kij dla przeszkadzających w dokarmianiu). Pięknoduchy nie rozumieją, że „suweren” nie kieruje się zasadami, wartościami, świętościami, ale ofertą, udziałami.
Autorytarni wodzowie i wodzusie oscylują między klasyczną demagogią (i kiełbasą wyborczą, która w ich ustach rośnie równocześnie z nosem Pinokia), klasycznym jawnym zamordyzmem a… makiawelizmem. Makiawelizm to bardziej wyrafinowana forma samowoli i sobiepaństwa niż ta oparta na zbiorowym błogosławieństwie za miedziaki i z wdzięczności za schlebianie zbiorowej próżności lub wściekłości, ale i ta oparta na jawnej arogancji i przemocy.
W epoce Dobrej Zmiany ta niewybredna demagogia (obliczona jednak już nie na lud „ciemny i głupi”, lecz zdemoralizowany klientelizmem i własnym cwaniactwem) oraz praktyka zastraszania opornych groźbą siły i spacyfikowania przez użycie siły dopełniana jest – za sprawą Pana Prezesa, ale i niektórych jego zauszników – imponującą, w każdym razie zaskakującą dla politycznych rutyniarzy w kręgu demokratów i legalistów, inwencją w zastosowaniu podstępu. Dobitnie ukazał to proces rozbrojenia i podporządkowania rządzącym parlamentu i sądownictwa, w którym uderzał kontrast między strategiczną dalekosiężnością i konsekwencją partii rządzącej a defensywnym i doraźnym charakterem oporu opozycji.
Ale upewnijmy się najpierw, czy aby na pewno dobrze rozumiemy, czym jest makiawelizm.
Wyróżniki makiawelizmu – stereotypowe i ścisłe
W tradycyjnym, stereotypowym ujęciu – powielanym w licznych słownikach, podręcznikach i frazesach komentatorskich – makiawelizm utożsamiany jest po prostu z podstępnością, przemiennym lub równoczesnym stosowaniem siły oraz manipulacji i kłamstwa, z hipokryzją, z profanacją najwznioślejszych pojęć, symboli i zasad, z pogardą dla zasad i hamulców moralnych w imię skuteczności. To jednak ujęcie zbyt szerokie.
Nie każdy przypadek obłudy, wiarołomstwa (nawet z góry zaplanowanego) i zdrady, zaprzeczania czynami własnym słowom jest po prostu i aż makiawelizmem. Ba, nie każdy, kto hołduje dewizie „cel uświęca środki” jest makiawelistą. Policjant zwalczający nielegalnymi metodami przestępczość nie zawsze imponuje manipulatorską finezją. „Po trupach do celu” kroczą także wodzowie na wojnie, politycy lub menadżerowie bezwzględni w gotowości niszczenia innych, deptania zasad współżycia, którzy jednak w tym celu nie muszą (zresztą, często nie potrafią) starać się o wzniosłe i wysublimowane usprawiedliwienia lub pozory dla swej brutalności. „Wszystkie chwyty dozwolone” to również dewiza hochsztaplerów, malwersantów, kombinatorów, aferzystów. Oraz pospolitych pieniaczy. Ale nie przesadzajmy, „kreatywna księgowość” czy giełdowe machlojki to niekoniecznie aż makiawelizm. A kiedy w totalitarnej dwójmowie nazywamy Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego instytucję, której istotą jest stwarzanie powszechnego, zbiorowego niebezpieczeństwa – nawet dla najbardziej posłusznych, pokornych i gorliwych, samo w sobie to także nie jest jeszcze makiawelizmem, choć może być z nim sprzężone w całokształcie praktyki politycznej.
Dewiza „cel uświęca środki” ma sens ściśle makiaweliczny dopiero wtedy, gdy użyte środki pozorują inny cel niż ten rzeczywisty, właściwy albo ostateczny, ale silnie sugerują ten cel pozorny lub żerują na poczuciu oczywistości w wyobrażeniach o tym, czemu dane działanie lub zastosowana metoda ma służyć.
Makiawelizm jest sprzężony z manipulacją, lecz nie w tym obiegowym, a błędnym rozumieniu manipulacji, że adresat / obiekt oddziaływania nie jest świadomy tego faktu lub jego intencji lub skutków. Wręcz przeciwnie, w repertuarze makiawelistów dominują działania wikłające ludzi w sytuacje, których są w jakiejś mierze świadomi i im przeciwni, którym jednak nie są w stanie zapobiec ani też nie są w stanie się z nich wyplątać. Domena makiawelizmu to pułapki z potrzaskiem, fakty dokonane, intrygi oraz brutalna destrukcja wyobrażeń ofiar o tym, co jest normalne, logiczne, przewidywalne, możliwe.
Przewagi makiawelistów
Inteligencja makiaweliczna (taki termin ukuli psycholodzy) to szczególny rodzaj skłonności i uzdolnień zarazem. To zupełnie inny rodzaj inteligencji niż dociekliwość i subtelność myślenia intelektualisty, przenikliwość i rozwaga mędrca. Pod tym względem makiawelista może być nawet prymitywem, jednak góruje nad nimi „zmysłem praktycznym”, manipulatorskim talentem taktycznym.
Na „szatańską” sprawność w przechytrzaniu i zaskakiwaniu innych, ustawianiu ich sobie i rozstawiania po kątach składa się cały splot właściwości: przebiegłość, inwencja godna wynalazcy i kreatywność w działaniach niekonwencjonalnych.
Makiawelista zwykle przekracza granice wyobraźni tych, których rozgrywa. Bezceremonialnie narusza reguły gry i własne zapowiedzi, zobowiązania; a czyni to tym chętniej i tym łatwiej, jeśli inni już mu zawierzyli, nabrali się na piękne słowa i gesty czy akty „dobrej woli” i ustępstwa będące tylko przynętą. Nie krępuje go gorset dobrych obyczajów ani „kwestia smaku”. Nic sobie nie robi z ograniczeń w postaci procedur, rygorów prawnych – nawet tych opatrzonych jakąś sankcją. Wie bowiem dobrze, że te sankcje można w tyłku zmieścić, gdy zastosuje się taktykę faktów dokonanych, zwykle nieodwracalnych.
Jego przewaga nad rywalami, przeciwnikami czy kontrolerami polega na cynizmie, który uwalnia go od pięknoduchowskich skrupułów i dżentelmeńskiej połowiczności, wahań, zakłopotania. A w rezultacie na umiejętności zaskakiwania czymś, co „w głowie się nie mieści(ło)”, co przerasta naturalne wyobrażenia, przewidywania i oczekiwania. Wreszcie – na umiejętności przeistaczania opornych w pomocników, ofiar we wspólników, sprzeciwu w trybik własnej machiny, posłużenia się cudzymi zamiarami, słowami, czynami we własnym działaniu, ale w sposób zaprzeczający czyimś intencjom i przewidywaniom. Ktoś np. chciał kogoś obronić lub pochwalić, a przekonuje się, że go… pogrążył.
Ten rodzaj talentu z równym powodzeniem można zastosować w służbie i z pożytkiem dla wspólnoty (choć nieelegancko) – jak to nieraz ma miejsce w dyplomacji, pracy wywiadu, w walce z mafijną przestępczością. Ale można też takim darem posługiwać się wyłącznie na użytek partykularny (osobisty, klikowy, partyjniacki), bez oglądania się na społeczne szkody, nawet te nieodwracalne.
Przewrotność i samozaprzeczenie
O makiawelizmie w rozumieniu ścisłym i adekwatnym możemy mówić wtedy, gdy mamy do czynienia z postępowaniem opartym na rozmyślnej przewrotności, a nawet wręcz perfidii. Wtedy realizacji celu służy coś więcej niż zwykła obłuda, gra pozorów i instrumentalne posłużenie się pewnymi zasadami, wartościami lub okolicznościami (np. klęskami zbiorowymi, cierpieniami lub frustracjami pewnych grup społecznych). Makiawelizmem jest, jeśli – traktując to czy tamto jako instrument (okazję, pretekst, narzędzie) działania, i to działania bezceremonialnie lekceważącego pewne zasady czy ograniczenia, w tym własne zobowiązania, śluby, deklaracje – czynimy to w dodatku nie tylko w ten sposób, że profanujemy pewną świętość, ale przy tym zaprzeczamy istocie, naturze tego „instrumentu”. A bywa, że zaprzeczamy samym sobie, przekreślamy własną tożsamość. Wyzwoliciel staje się gnębicielem; postępowiec budowniczym anachronizmów; racjonalista z poczuciem pedagogicznej misji upodmiotowienia ludu… ogłupiaczem mas, kapłanem mitów, pokrętnym propagandystą.
Co więcej, makiawelizmem jest, gdy powołując się na jakiś wzniosły cel lub np. jakiś stały obowiązek (działanie w imię racji stanu, bezpieczeństwa wspólnoty, w obronie jej tożsamości itp.) właśnie obranym sposobem postępowania ten cel lub wartość jakoby dzięki temu realizowaną faktycznie przekreślamy.
Tak właśnie było nieraz w historii, gdy „ewangelizacja” (krucjaty i podboje kolonialne pod wezwaniem religii miłosierdzia) uświęcała grabież i zbrodniczą eksterminacje całych populacji; gdy w pomocy Stalina dla walczącej Republiki Hiszpańskiej faktycznym celem było nie tyle przeciwstawienie się faszyzmowi, ile możliwość – podobna jak po stronie Mussoliniego i Hitlera – przećwiczenia taktyk wojennych i sprzętu oraz – może nawet przede wszystkim – okazja do zwalczania w obozie republikańskim trockistów i anarchistów; gdy udana próba broni jądrowej z Hiroszimie i Nagasaki nie tyle miała – jak brzmiało uzasadnienie – oszczędzić ofiar (we własnej armii i w populacjach okupowanych przez Japończyków) oraz przyśpieszyć zakończenie wojny na Dalekim Wschodzie, ile… dać coś do zrumienia Stalinowi, skoro już dojrzewała Żelazna Kurtyna. Bardzo oryginalne to rozwiązanie: rozprawa ze zbrodniarzami wojennymi megazbrodnią wojenną, rozpoczęcie Ery Pokoju inauguracją broni masowej zagłady. Podobnie jak zwalczanie komunizmu (jako wroga wolności, praw człowieka i demokracji) przez wspieranie i ochranianie najbardziej brutalnych dyktatur i despocji w państwach azjatyckich czy latynoskich. Dorzućmy jeszcze do tej kolekcji stalinowską walkę z wyzyskiem, o lepszą przyszłość dla ludzi pracy w obozach pracy – gułagach; objęcie opieką Ukrainy Zachodniej (na podstawie wiadomego tajnego paktu) tuż po takiej opiece nad Ukrainą Wschodnią, jaką był Wielki Głód.
Przewrotność perwersyjna i perfidia
We wszystkich klasycznych spektaklach makiawelizmu w wielkiej polityce (ale i w powszednich praktykach w sferze biznesu, zarządzania, w pasożytniczym uwodzicielstwie, w prywatnych intrygach w imię zemsty lub zadośćuczynienia własnej zawiści) przewija się ta sama zasada przewrotności. Na czym ona polega?
Nadajemy samym słowom, pojęciom lub gestom, rytuałom i czynom o ustalonym już znaczeniu taki okolicznościowo lub trwale dogodny dla nas sens, który wcześniejszemu dokładnie zaprzecza.
Przykłady powszednie: donos upozorowany na pochwałę; przysługa będąca zmyłką i pułapką z przynętą; jednorazowa pomoc, która nas niewiele kosztuje, lecz wspomożonego czyni wiecznym dłużnikiem zobowiązanym do rewanżu lub posłuszeństwa na kredyt, w ciemno.
A w życiu publicznym: Walka o „wolność sumienia” jako sztandar i parawan dla dyskryminacji innowierców lub niewierzących. „Walka o prawdę” – w korelacji z „walką o wolność słowa” jako tytuł do bezkarnego i bezceremonialnego znieważania, poniżania i zniesławiania innych, forsowania – nawet wbrew wszelkim oczywistościom – kłamstwa, które obraża i prawdę, i inteligencje odbiorców. Nazywanie prześladowaniem (własnej grupy, instytucji lub osoby) najbardziej nawet nieśmiałej i ugrzecznionej obrony i polemiki ze strony tych, których my znieważamy i szykanujemy. Powszechnie wiadomo np., że we współczesnej Polsce katolicy jako tacy oraz Kościół są prześladowani, atakowani, stoją w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Obecnie zagłada nadciąga ze strony tych Zboczeńców i Dyktatorów Tolerancji.
Makiawelista nadaje własnemu postępowaniu interpretację tyleż jedynie słuszną, co przyprawiającą o oszołomienie. Przykład: w ramach walki z Państwem Islamskim Erdogan zajął się w rzeczywistości… Kurdami (walczącymi z ISIS kosztem ogromnych ofiar) – na własnym terytorium i na gościnnych występach w Syrii.
Przewrotność bywa też u makiawelistów – podobnie jak hipokryzja – „wielozwrotna”. Wówczas polega to na tym, że w każdej kolejnej fazie działania zaprzecza się każdej poprzedniej, nie odczuwając zakłopotania ni wahania nawet wtedy, gdy finał jest potwierdzeniem stanowiska lub decyzji absolutnie i „pryncypialnie” negowanej w punkcie wyjścia. Tak bywało np. w praktyce czystek stalinowskich lub im podobnych: najpierw nakazujemy bezwzględnie zniszczyć pewną frakcję lub kategorię społeczną, następnie wykonawców tej woli nagradzamy i awansujemy za to, po czym rzucamy na pożarcie właśnie tych zasłużonych, dopiero co nagrodzonych, gorliwych i niezawodnych w wykonaniu tej mokrej roboty, uznając ich za zbrodniarzy, zdrajców, dywersantów wobec Wspólnej Sprawy. A w rozprawie z nimi może się przydać nawet uroczysta rehabilitacja ich ofiar. I wszystkie te kolejne zwroty pozytywnie sumują się w wizerunku zawsze nieomylnego i sprawiedliwego Wodza.
Najbardziej wyrafinowaną formą przewrotności jest PERFIDIA. To taki sposób działania, w którym rozmyślnie (a sztucznie, grą pozorów czy jakąś przynętą) wzbudzamy czyjeś zaufanie lub wykorzystujemy i pobudzamy zaufanie już istniejące rozmaitymi zachętami, aby następnie zaufania tego (np. do pewnych zasad, do demonstrowanych rzekomo dobrych intencji, uprawdopodobnionych np. przysługą, pomocą) nadużyć przeciw ufającemu. I co więcej, gdy szkodzimy komuś nie tyle własnym działaniem, wysiłkiem, ile jego własnym, którym zaczynamy sterować.
Po mistrzowsku takim mechanizmem posłużył się wielokrotnie Hitler w latach 1938 i 1939, rozgrywając przeciwko sobie państwa skonfliktowane w kwestiach terytorialno-etnicznych, wciągając je (w tym Polskę – wkraczającą z orkiestrą na Zaolzie) do krótkowzrocznego działania na własną szkodę. Zastawił wielostronną pułapkę, która pozwalała następnie szachować i zwasalizować Słowację, Węgry, Rumunię. Cóż dopiero powiedzieć o „kupieniu” przez Francję i Wielką Brytanię niespełna rocznego okresu „pokoju” („pokoju” z aneksjami i rozbiorami) za niewygórowaną jak dla nich cenę „sprzedania” Czechosłowacji. A mało kto pamięta, jak przydał się Niemcom przemysł czeski i uzbrojenie armii czechosłowackiej w nadchodzącej wojnie przeciwko Polsce, Francji, Wielkiej Brytanii.
Sprytny bat’ka
Po sąsiedzku możemy nauczyć się makiawelicznej finezji na przykładzie mocno u nas niedocenianego Aleksandra Łukaszenki, na mocy wishful thinking postrzeganego i przedstawianego w polskich mediach jako zamordysta-prostak.
Akt pierwszy: Kryzys ukraiński, z kulminacją w postaci separacji obwodu ługańskiego i donieckiego oraz aneksji Krymu – po mistrzowsku wykorzystany „misją dobrych usług”, inicjatywą mediacji (gospodarz rozmów jako inicjator rozmów), skrzętnie podchwyconą przez hegemonów UE. W imię troski o pokój dyktator osiągnął kilka celów naraz, bez narażania się na jakiekolwiek ryzyko. Inicjatywą tą zdystansował się od Rosji, bez stwarzania wrażenia, że wystąpił przeciwko Rosji, a nawet zachowując alibi, że w ten sposób pomaga Starszemu Bratu jakoś wyplątać się z awantury. Zarazem nadał sobie status bezstronnego i niemal postronnego uczestnika gry. W ten sposób spowodował zmianę wizerunku swej władzy jako wasalnej (jakież to używanie mieli w Polsce komentatorzy odnosząc się do skrótu ZBiR), uzyskał swoiste uznanie ze strony polityków Unii (skoro inicjatywa była tak konstruktywna i zgodna z zasadami UE) – tak bezcenne dla potwierdzenia swojej legitymizacji, wcześniej podważanej w Europie. Co więcej, w pewnym stopniu zaszachował Rosję szansą zrównoważenia swej zależności od niej przez oczekiwane i możliwe formy nagrodzenia tego zwrotu ze strony państw Europy Zachodniej i instytucji UE.
Akt drugi – posunięcie jeszcze bardziej mistrzowskie.
Po „spałowaniu” demonstracji antyrządowych i „daniu wycisku” zatrzymanym w areszcie, gdy już w całej Białorusi, jak i w otoczeniu międzynarodowym narastało oburzenie i przeświadczenie, że po czymś takim jego upadek jest już tylko kwestią czasu, Łukaszenka ogłasza w 25-stronicowym (!) dekrecie długą listę odznaczeń dla „siłowików” za wzorową służbę, czytaj: za dyspozycyjność i niezawodność w zadaniu pacyfikacji, w eskalacji represji.
Nieprzesadnie przenikliwy obserwator czy nawet komentator takiego zagrania być może złapał się za głowę. Czy to ładny poniekąd (choć w bardzo brzydkiej sprawie) odruch wdzięczności władcy dla wiernych sług? Czy to wyraz uznania dla nich i wiary, że nadal może na nich polegać? Czy może to trywialna próba kupienia tych, którzy mogą się w następnej podobnej sytuacji zawahać, zawieść?

Róbcie co do was należy nie oglądając się na te płacze, krzyki, protesty i groźby pociągnięcia do odpowiedzialności – bo ja murem stoję za wami tak jak wy za mną, a na wzorowych służbistów czekają ordery, awanse i podwyżki? Czy też to przejaw jakiejś klinicznej zawziętości, mściwości – taki wściekły „gest Kozakiewicza” w odpowiedzi na akty potępienia? A może to skrajny przejaw głupoty – bo podał tych „laureatów” na talerzu tym, którzy w przyszłości (być może nieodległej) będą rozliczać dyscyplinarnie i sądownie za działania bezprawne, przestępcze, nawet zbrodnicze?
Otóż nie. Ten „piękny gest” pod adresem aparatu represji, który „nie pękał”, to w rzeczywistości uczynienie tych funkcjonariuszy (od dygnitarzy po szeregowych użytkowników pałek, tarczy i granatów gazowych) swoimi zakładnikami. Po takim donosie udającym pochwałę i dziękczynienie zamyka się im drogę odwrotu. Gdyby teraz mieli powstrzymać się od działania, to zadziałaliby na własną szkodę, gdyż ułatwiliby „sprzątanie”, rozliczenia po upadku bat’ki.
Z taką wiedzą porównawczą przyjrzyjmy się makiawelicznej ekwilibrystyce sterników Dobrej Zmiany w Polsce.
Oto najkrótszy katalog makiawelicznej wirtuozerii rządzącego obozu prawicy i pewnych jego sojuszników.
Makiawelizm świętoszków – nauczycieli miłości
Zacznijmy od mocodawców namaszczających Dobrą Zmianę, zapewniających jej skuteczne wsparcie „dobrym słowem”, tj. „Słowem Bożym”.
Gdy już – za sprawą filmu „Kler”, potem pierwszego dokumentu braci Sekielskich wydawało się, że nie tylko autorytet, ale i wpływ Kościoła legł w gruzach (pobożni, kościółkowi, lecz zbulwersowani draństwem inteligenci, pięknoduchy w środowiskach dziennikarskich i akademickich nabrali się tu na swój własny szok i pobożne życzenia), to jednak szybko, a nieoczekiwanie okazało się, kto tu ma ostatnie słowo, kto „śmieje się ostatni”. Nieoczekiwanie? Chyba tylko dla tych, którzy nie czytali lub nie przemyśleli „Farona” Prusa. A już tam ukazano, jak kasta kapłańska potrafi obrócić największe, nawet śmiertelne niebezpieczeństwo dla swojej władzy w sukces i „cud zbawienia”.
Przypomnijmy, kto nie pamięta tego zwrotu w akcji: w krótkim czasie klerykalna kontrofensywa nie tylko zagłuszyła megaskandal kościelnej pedofilii (nie tylko haniebnego nadużycia autorytetu sutanny, lecz jeszcze bardziej bezkarności, krycia sprawców i tuszowania tej patologii w instytucjach kościelnych), ale odwróciła kierunek ataku „ludu bożego” przez kampanię przeciw „ideologii LGBT”. Do hasła „tęczowej zarazy” i straszaka „marksizmu pedałów” prowadziła najpierw stonowana pokrętność. To znaczy: Teza I, że atak na księży i biskupów to odwracanie uwagi od pedofilii reżyserów, trenerów, nauczycieli. I teza II, że do pedofilii prowadzi homoseksualizm, rozpowszechniony przede wszystkim w kręgach artystycznej bohemy i celebrytów. Potem już szarża „poszła na całość”. Osiągnięto cel nie tylko defensywny: wykręt przed systemowym, strukturalnym rozliczeniem instytucjonalnej zgnilizny, potwierdzeniem równości wszystkich przestępców wobec prawa. Również cel ofensywny: teraz lud boży walczy jak o życie lub jak o niepodległość o to, by w szkołach nie dopuścić do edukacji dzieciaków w kwestiach ich własnego bezpieczeństwa i samoświadomości seksualnej. Istne „mistrzostwo świata”!
Teraz perełki z repertuaru Prezesa.
Gdy Polską wstrząsnął – co prawda, raczej na zasadzie burzy w szklance wody, bo głównie w mediach, a z niedużym rezonansem społecznym – skandal po soczystych premiach dla ministrów rządu Beaty Szydło, premiach, które „po prostu im się należały”, to Prezes genialnie zgoła wsłuchał się i wczuł w nastroje ludu prostego – pracowitego, a niedopłaconego. I nie tylko odkręcił tę bulwersującą decyzję, ale i postarał się o budujący przykład wychowawczy. Mianowicie – nakazał swym adherentom, konsumentom tych premii – przekazanie tego zbytku na cele społeczne, fundusze charytatywne. Uwzględniając – z niejaką ulgą – ten twardy niuans prawny, iż nie istnieje możliwość nieprzyjęcia lub zwrotu takiej premii. Wizerunek błądzących rządzących się poprawił, a nawet oczyścił. Wizerunek czujnego i sprawiedliwego Prezesa nabrał blasku: jest ktoś, kto jak Pan Bóg interweniuje, gdy trzeba i pilnuje, by wszystko było w porządku, wróciło do normy. Nikt się potem nie wgryzał w szczegóły, ile w tym nakazie gestu pokutniczego było puszczenia oka do swoich, ile osób posłusznie i naprawdę pozbyło się tego przybytku, ani też, jak zrekompensowano wymuszony ubytek innymi fruktami w spółkach Skarbu Państwa. Tego Pan Prezes już nie rozliczał ani publicznie, ani za kotarą. Jego tym bardziej nie rozliczono z wyegzekwowania groźnego pomruku.
Ale to tylko pierwszy stopień makiawelicznej perwersji. Pan Prezes „nauczył skromności” nie tylko błądzących ze swojego obozu, ale przede wszystkim tych, którzy zepsuli ucztę podczas deseru i przedwcześnie triumfowali. Dał po nosie tej opozycji. Jak wiadomo, nastąpiła przykładna, wychowawczo budująca obniżka uposażeń posłów, senatorów oraz samorządowców. Tak oto pod pretekstem zwalczania chciwości, demoralizacji, pod hasłem służebności i skromności władzy perfekcyjnie zemścił się na opozycji za podniesiony krzyk. Zemsta doskonała, ku aprobacie publiczności, która lubi, by było sprawiedliwie, czyli wszystkim po równo – czy to do żłobu, czy w ryj.
Jakby drugą odsłoną tego pysznego spektaklu jest niedawny skandal z projektem podwyżek, forsowanym na sposób PiSowski (na skróty w procedurach, pod osłoną nocy i wakacji, w pośpiechu, by nikt nie zauważył) przy współudziale opozycji z objawami pomroczności jasnej. Już samo „nawiązanie dialogu” z tą opozycją, która nic wspólnego (oprócz pieniędzy, jak widać) nie chce mieć ze sprawcami nadużyć władzy, naruszeń Konstytucji i elementarnej praworządności, to sukces historyczny i przełomowy, niezależnie od powstałego smrodu. Tym bardziej, że smród ten przylgnął bardziej do opozycji, pozbawił ją elementarnej wiarygodności, podczas gdy wyrozumiałość dla zapobiegliwości polityków Dobrej Zmiany jest dobrze znana, zagwarantowana powszechnym poczuciem, że oni przynajmniej się dzielą z obywatelami, odpalają im dolę od swoich kokosów. Obciążenie odpowiedzialnością za ten obciach opozycji (przez tyle lat rządzili i nie uregulowali tak pilnej sprawy, a teraz sami się dopraszali, to był ich pomysł) to już tylko smakowity deser.
Z kolei przypomnijmy tak barwny epizod, jak – tego samego dnia – Obrona Częstochowy (tj. Beaty Szydło przed votum nieufności na wniosek opozycji), zwieńczona laudacją i wiązanką kwiatów, a następnie po kilku godzinach jej „zdjęcie” z funkcji premiera. Pikantna demonstracja, KTO TU RZĄDZI. Nie będzie nam tu opozycja oceniała, rozliczała ani odwoływała premiera. Ale też wszyscy „nasi” muszą widzieć i wiedzieć, że o tym, kto co może i czy w ogóle może rozstrzyga tylko jeden czynnik; jest nią wola Prezesa. Zawsze stanowcza, choć czasem nieodgadniona, nieprzewidywalna, zmienna albo zaskakująca.
Inny znany przykład dobrozmianowej makiawelicznej ekwilibrystyki to wybory korespondencyjne w maju, które – jak wiadomo – nie odbyły się z winy opozycji, wyłącznie wskutek jej złośliwej obstrukcji. Zatem zmarnowanie 70 milionów złotych wydanych na niewykorzystane karty do głosowania i inne koszty przygotowań to naoczny przykład szkodnictwa nieodpowiedzialnej totalnej opozycji.
Na razie w cieniu Prezesa, lecz coraz bliżej światła rozwija takie sprawności harcerskie minister Ziobro. Jeśli Prezes sam go nie utrąci, z całą pewnością to on będzie najsprytniejszym graczem w grze o schedę.
*
Największym problemem i ślepym zaułkiem współczesnej Polski jest nie to, jak marną – merytorycznie, jak i moralnie – mamy „klasę polityczną” (to nic nowego pod słońcem), lecz to, że na tym bezrybiu na tym więcej mogą sobie pozwolić jednostki z intrygancko-spiskowym tudzież kombinatorskim rodzajem kreatywności, a w tym czasie połowa społeczeństwa naprawdę uważa, że mózgu można nie przemęczać dociekliwością, że wystarczy brać, co dają (i jak w restauracji konsumować, nie pytając o higienę w kuchni), i przy tym wspólnie z kombinatorami kombinować, modlić się, bronić wiary.

Czym jest pisowska dyplomacja, jakie stosunki międzynarodowe wykreowała?

Sztuka dyplomacji, sfera polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowej to dla nominatów PiS istna terra incognito. Dla nieznającego świata zewnętrznego Jarosława Kaczyńskiego są to pojęcia równie obce i nierozpoznane jak zapach kobiety lub dla Andrzeja Dudy – zapisy Konstytucji.

Podobnie beztroska niewiedza i dyletanctwo cechuje całą armię pomniejszych pisowców sprawdzających się na odcinku kontaktów międzynarodowych. Na intelektualnie jałowym gruncie dyplomacji rosną nam ładne kwiatki.
Siła czy argumenty?
Cyceron już 2 tys. lat temu mówił o dwóch sposobach rozstrzygania sporów: jeden przy użyciu siły, drugi przy pomocy argumentów. Pisowska polityka wyraźnie cierpi na deficyt obu tych sposobów. Z argumentem siły jako państwo nie zaszalejemy. Dyplomacja jako funkcja polityki zagranicznej wiąże się z rozwiązywaniem w pokojowy sposób problemów między państwami. Czy jednak elementem dyplomacji jest wojownicze oświadczenie wówczas jeszcze ministra obrony Antoniego Macierewicza o tym, że ,,faktycznie jesteśmy w stanie wojny z Rosją”? Czy to buduje stosunki z silniejszym od nas sąsiadem, czy bardziej buduje nastrój grozy, a wśród sojuszników z NATO konsternację? Takie niefrasobliwe wypowiedzi mają już swą historię. Nonszalanckie oskarżanie rosyjskiego przywódcy o zamordowanie polskiego prezydenta może służyć wszystkiemu, lecz nie tworzeniu choćby poprawnych stosunków z Rosją.
Odbywa się to zresztą przy łoskocie roztrzaskiwanych pomników i miejsc upamiętnienia radzieckich żołnierzy. Czemu właściwie ma służyć to jeżdżenie prętem po klatce z rosyjskim niedźwiedziem? Prawdopodobnie umocnieniu przekonania o rzekomej mocarstwowości Polski. Dowodem na to ma wiodąca rola Polski w budowaniu abstrakcyjnego, rozbijającego unijną jedność i niechcianego przez nikogo tworu Międzymorza, czy też przekonywanie o zazdrości świata patrzącego na polski dobrobyt i kalkującego polskie rozwiązania antykryzysowe. Jest jednak inny klucz do wytłumaczenia aberracyjnej postawy wobec Rosji. Sprawa jest trywialnie prosta i polega na cechach osobowych dyplomatołków, ich kompleksach i zahamowaniach. Ma ona swą analogię w dyplomacji pierwszych rządów PiS. Świadomość pisowskich dygnitarzy własnych braków i dyletanctwa wobec nadzwyczaj profesjonalnej, wytrawnej dyplomacji rosyjskiej podpowiada im najlepszą w ich rozumieniu taktykę unikania wszelkich kontaktów ze stroną rosyjską. Nie będzie konfrontacji, nie będzie kompromitacji, to proste.
Tej zasadzie hołdowała Anna Fotyga sprytnie unikając jakichkolwiek kontaktów z Rosją, dopóki ta nie ukorzy się przed Rzeczpospolitą, nie uzna swoich historycznych win i przeprosi. Tyle, że czasy cara Wasyla Szujskiego i króla Zygmunta III dawno przeminęły, z czego Fotyga nie wpuszczająca do MSZ posłańca z kwiatami od rosyjskiego ambasadora, najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy. Nie zaryzykuję twierdząc, że Fotyga, jak i jej pisowscy następcy nie mają pełnej świadomości, iż dyplomacja jest trudną sztuką poszukiwania możliwego do przyjęcia dla negocjujących stron, zadowalającego kompromisu. Niestety, dla PiSu słowa: kompromis, ustępstwo, negocjacje są pojęciami obcymi, niezrozumiałymi i nieakceptowalnymi. Podobną postawę przyjmował zresztą i Lech Kaczyński, skutecznie unikając wszelkich rozmów z Putinem, a obecnie Andrzej Duda, ślepo zapatrzony w postać swego mentora. Mówimy o prezydencie Kaczyńskim, który prawdopodobnie jako jedyny w historii dyplomacji dopuszczał kuriozalną możliwość złożenia wizyty w innym państwie bez spotkania się z prezydentem tego państwa, po prostu jako turysta, na podstawie ważnej wizy.
Budować relacje
Dyplomacja to mozolne, konsekwentne budowanie niezbędnych więzi, relacji międzypaństwowych i klimatu zapewniającego bezpieczeństwo, owocną i korzystną współpracę, pozwalającą przypieczętować i utrwalić dobre stosunki między partnerami, wypracować najlepszą formułę wzajemnych kontaktów. Te relacje buduje się różnymi sposobami będącymi w zasobach dyplomacji. Także zacieśniając osobiste, przyjazne więzy osobiste między przywódcami. Co robią jednak przedstawiciele totalnej władzy? Robią wszystko na odwrót. W 2016 r. pełniąc obowiązki wicepremiera, Mateusz Morawiecki opisał kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych jako ,,dżumę i cholerę” (!), a prezydent Duda składając w lipcu 2020 r. przedwyborczą wizytę w Stanach unika spotkania z kontrkandydatem Donalda Trampa Joe Bidenem. To nie tylko skandal, ale i budzący politowanie przejaw dyletanctwa i dyplomatycznego partactwa. Uważnie będziemy przyglądać się stanowi wzajemnych stosunków między Andrzejem Dudą, a potencjalnie przyszłym amerykańskim prezydentem Bidenem.
Równie trudno zrozumieć jakim swoiście pojętym interesem Polski kieruje się Andrzej Duda, osoba na stanowisku prezydenta, który obraża na jakimś powiatowym spędzie, wszystkich łącznie partnerów z UE, z którymi współpraca i przyjaźń, rzekomo nic nam nie przynosi, bo to wyimaginowana wspólnota. Jak prezydent, do którego kompetencji należy współkształtowanie polityki zagranicznej, chce po tych słowach rozmawiać z prezydentami państw europejskich, czego może się po nich spodziewać, jakiego traktowania swej osoby? Czy to nie niedorzeczna postawa, bezmyślna i pełna irracjonalności? Co to za pisowski absurd?
Pewnie nie mniejszy od tego, gdy ośmieszany przez rosyjskich komików prezydent Polski wskazuje Ukraińców jako przyczynę szerzącej się w Polsce zarazy. I robi to prezydent, który na arenie międzynarodowej chce być promotorem unijnych i NATO-wskich ambicji Ukraińców.
Jeśli dyplomacją jest także opierający się na założeniach naukowych zespół metod i środków oraz sztuka osiągania celów polityki zagranicznej państwa, prowadzenia i utrzymywania stosunków między państwami, to jaką to naukową metodę i jaki cel polityki zagranicznej prezentuje Mariusz Błaszczak, co chciał osiągnąć kiedy mówił o ambasador USA i zarazem przyjaciółce Trumpa, pani Georgette Mosbacher, że jest niekompetentna?
Każde słowo wypowiedziane przez dyplomatę, szczególnie szefa dyplomacji musi służyć osiągnięciu pożądanego celu, ma być wyważone i przemyślane. Czemu więc służy wypowiedź ministra Jacka Czaputowicza o tym, że Francja jest chorym człowiekiem Europy i ciągnie nas w dół. W jakim celu wiceminister obrony Bartosz Kownacki, z pogardą mówił o Francuzach jako ludziach nie potrafiących jeść widelcem. W imię czego Antoni Macierewicz zerwał z Francuzami kontrakt na Caracale, jakby nie dość, że ci już w 2003 r. obrazili się na nas za przetarg na myśliwce F-16, a następnie ogłosił zdradę Francji, sprzedającej Rosji Mistrale w cenie 1 euro. Jak PiS mógł dopuścić by młodociany i niedoświadczony na polu polityki międzynarodowej Patryk Jaki wysmażył zwyczajnie głupkowatą ustawę obrażającą uczucia obywateli Izraela, a przy okazji dotknął ważnego interesu Stanów. Czy pokazem kunsztu dyplomatycznego jest pełna ognia, wykrzyczana przez prezydenta Dudę przestroga: ,,Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta!”. A to przy wcześniej przygotowanym wtórze sensacyjnego doniesienia Macierewicza o niemieckim ostrzeliwaniu poprzez granicę mieszkańców jeleniogórskiego z armaty elektromagnetycznej, przez co ofiary ostrzału ,,źle się czują”.
Ostatecznie jednak źle się mają stosunki polsko-niemieckie, lecz również stosunki z innymi ważnymi partnerami z UE, choćby w związku z zastrzeżeniami do praworządności, czy z powodu polskiej ksenofobii i braku solidarności wobec Włoch i Grecji zmagających się gigantycznym problemem uchodźców i imigrantów. Najwidoczniej politykom PiS, od których aż nadto często słyszymy o archaicznie rozumianym patriotyzmie, trudno zrozumieć, że wymogiem współczesnego patriotyzmu jest umacnianie silnej pozycji Polski wśród państw członkowskich UE, zabieganie i dbanie o dobre stosunki z partnerami, szukanie realnych sojuszy i wsparcia w Europie, nie tylko za oceanem.
Utrwalać izolację
Pisowskim dyplomatom udało się jedno: doprowadzić Polskę do ostracyzmu i faktycznej izolacji na europejskiej arenie. To sytuacja mająca analogię w tej, w jakiej znalazł się ZSRR w latach 30. Jednak kilkadziesiąt lat wstecz radziecka dyplomacja robotniczo – chłopska cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu, w warunkach izolacji międzynarodowej i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Tego pisowska dyplomacja żadną miarą dokonać nie potrafi, mając wszelkie możliwe warunki pomyślnego działania. Co więcej, zamiast międzynarodową izolację Polski niwelować, przyczynia się do jej utrwalenia. W przekonaniu pisowskich polityków otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić i pozbawić tożsamości. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich działaczy syndrom oblężonej twierdzy.
Kadry najważniejsze, choć nienajlepsze
Czy w ogóle za rządów PiS wymagane są dyplomatyczne kwalifikacje aby w taki właśnie sposób, jaki obserwujemy, prowadzić dyplomację i kierować polityką zagraniczną? Widać, że nie. Generalnie prawica zawsze miała pecha do kadr, choć jak Lenin, uważa, że kadry są najważniejsze. Tyle, że dla prawicy nie ważne jest by kadry były wykształcone i kompetentne. Przecież jak Lenin, uważają, że rządzenia państwem jest łatwe.
Tyle, że Lenin pisał te słowa zanim objął rządy, a PiS mimo dwukrotnego rządzenia zdaje się wciąż tkwić w swoim beztroskim przekonaniu. Dlatego pozwalano by tacy dyletanci jak min. Witoldowi Waszczykowski w sposób karygodny ujawnił notatkę MSZ z 2008 r. dotyczącą relacji z Rosją i polityki wschodniej, tylko po to by w ten sposób zaszkodzić swemu poprzednikowi Radosławowi Sikorskiemu. A gdy senator John McCain krytykował w 2019 r. pisowską ustawę o Sądzie Najwyższym i wpływy polityków na polskie sądownictwo, Waszczykowski słuchał go struchlały, stojąc pod ścianą na końcu sali, nie odważywszy się jednak na polemikę. Dlaczego? Bo nie potrafił, zresztą jakie mógł mieć argumenty. Dopiero po powrocie do kraju oświadczył, ze McCain został wprowadzony w błąd przez polityków opozycji.
Sprawny dyplomata, którym Waszczykowski z pewnością nie był, wie, jak wybrnąć z trudnej sytuacji i przekuć porażkę w sukces, a nie ośmieszyć się. On natomiast nie miał oporów dowodzić groteskowej tezy o tym jak polityka zagraniczna PO-PSL doprowadziła do katastrofy smoleńskiej, natomiast pod jego kierownictwem jakimś cudem wśród personelu MSZ znalazł się dziwny człowiek z amerykańskim paszportem pracujący dla amerykańskich instytucji. Wprawdzie Waszczykowski meldował Beacie Szydło wykonanie całego programu dotyczącego dyplomacji, lecz polityka kadrowa w MSZ, pod rządami „dobrej zmiany” zawiodły na całej linii. Wydaje się, że kluczem do kwestii kadr jest doświadczenie. Dlatego wysyłanie na istotne placówki dyplomatycznych debiutantów z politycznego nadania nie rokuje dobrze na przyszłość. Tymczasem jednak proceder ten kwitnie, a do tej najtrudniejszej domeny zarządzania interesami polskiego państwa zatrudnia się amatorów z nadania politycznego, osoby przypadkowe, historyków, filozofów, byłych posłów PiS, aktywistów partyjnych, znajomych, świeżo upieczonych absolwentów, którzy z dnia na dzień zostawali przełożonymi ludzi z dziesięcioletnią praktyką, powiatowo – parafialnych aktywistów rekomendowanych do MSZ przez lokalnych proboszczów, z uzasadnieniem, że kochają Boga i są dobrymi chrześcijanami.
Jednak takie sytuacje nie są postrzegane w PiS jako kontrowersyjne, jest na nie pełne przyzwolenie. Dynamika zmian na placówkach dyplomatycznych jest ogromna, ambasadorowie otrzymują nominację z dnia na dzień, obejmują stanowiska bez przygotowania merytorycznego, rozpoznania uwarunkowań państwa przyjmującego, niektórzy nie wytrzymują presji i składają rezygnacje, inni tkwią na posterunku przynosząc wstyd i kompromitacje. Personifikacją takiego stanu rzeczy jest ambasador w Berlinie Andrzej Przyłębski, który zasłynął wystąpieniem poświęconym wzajemnym relacjom Polski i Niemiec, które nazwał „katastrofą”, mówił o niemieckiej arogancji, podłości i rozwodził się nad wrodzony u Niemców instynkt mordercy.
Dyplomacja jest delikatnym, finezyjnym instrumentem, za pomocą którego państwo wyraża i prowadzi swą politykę zagraniczną i umacnia stosunki z światem zewnętrznym. Nie każdy jednak potrafi zagrać na tym instrumencie bez dostrzegalnego fałszowania. 16 lipca br. Morawiecki broniąc Mariusza Kamińskiego przed wnioskiem o wotum nieufności stwierdził, że podległe jemu służby działają sprawnie i odnoszą sukcesy, choć są one niedostrzegalne, bo ,,nie widać tego co działa dobrze”. Od 4 lat nie widzę profesjonalnej polskiej dyplomacji, nie widzę jej sukcesów i jednak mam poważne wątpliwości czy to rezultat dobrego jej działania.

  • autor jest byłym pracownikiem służb dyplomatycznych.