Milionerzy

Czy wyborcze obietnice PiS-u zmienią Polskę w kraj mlekiem i miodem płynący?

Wszyscy chcielibyśmy być piękni, młodzi i bogaci. Bogactwo obiecuje nam PiS. Prezes Kaczyński już zapowiedział, że dzięki polityce rządu Mateusza Morawieckiego wkrótce dogonimy Niemy. Profesor Grzegorz Kołodko w Faktach po Faktach TVN24 zaproponował politycznym populistom zupełnie nowy gatunek wyborczej kiełbasy. „Niech obiecają, że jak wygrają wybory, za rok wszyscy będziemy o rok młodsi” – powiedział Kołodko. Zaczynam w tonie nieco żartobliwym. Ale sprawa jest śmiertelnie poważna. Jesteśmy bowiem świadkami przekroczenia populistycznego rubikonu. Chcesz wygrać wybory – przelicytuj swego konkurenta. A po nas – choćby potop.

Milionerzy
„Nie będzie płacy minimalnej cztery tysiące złotych w 2023 roku” – zapewnił profesor Kołodko. Przynajmniej w takim rozumieniu tych pieniędzy jak dzisiaj.
Niektórym z nas jeszcze nie zatarły się w pamięci tamte ceny. Kilogram chleba – 1000 zł. Schab – po 12 tysięcy zł. Kilogram żółtego sera – 6,5 tysiąca. I płaca – nawet ta najniższa – sięgająca miliona złotych. Wszyscy byliśmy wtedy milionerami.
Gdy po zapowiedzi prezesa Kaczyńskiego radykalnej podwyżki wszystkich wynagrodzeń napisałem na Facebooku o ryzyku wzrostu inflacji – podniosły się głosy krytyki. Tak – wszystkich wynagrodzeń. Bo tylko naiwni mogą sądzić, że jeśli najsłabiej zarabiający dostaną 4000 zł, pracownicy dotychczas tyle zarabiający nie zażądają paru tysięcy złotych podwyżki. Zgadzam się, że płace w Polsce są niskie. Zwłaszcza te najniższe. Ale czy należy pozwolić na niezwykle ryzykowny eksperyment ekonomiczny, które zamierza przeprowadzić na Polkach i Polakach główny ekonomista PiS-u Jarosław Kaczyński. Eksperyment unikalny w skali światowej. Bo raczej nie zdarza się, by w kraju o stabilnym pieniądzu i umiarkowanym kilkuprocentowym wzroście gospodarczym płace w ciągu czterech lat wzrosły o kilkadziesiąt procent. A płaca minimalna nawet o 80 proc.
Spróbujmy podsumować plusy i minusy nowego pomysłu Prawa i Sprawiedliwości.

Inflacja
„Kaczyński gra na rozwój popytu wewnętrznego i za to akurat wyjątkowo mu chwała. Bo to popyt wewnętrzny jako jedyny może zmniejszyć skutki nadchodzącej recesji. Nawet jeśli wynagrodzenia w PL wzrosną o 100% to i tak będziemy konkurencyjni w stosunku do zachodu, gdzie wynagrodzenia są wyższe 4-6 razy” – napisał w swoim facebookowym komentarzu Piotr Żukowski. „Trzeba zwiększyć cyrkulację pieniądza” – dodała inna komentatorka, Jola Tutak.
Wzrostu inflacji nie obawia się również Iwo Augustyński, dr nauk ekonomicznych Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. A zarazem kandydat partii Razem w nadchodzących wyborach. Przedstawiający siebie jako jednego z niewielu polskich post-keynesistów. „W takim kraju jak Polska, na inflację nie ma wpływu ilość pieniądza” – pisze dr Augustyński na blogu. Podając jako dowód napływ olbrzymich środków unijnych do Polski, który nie doprowadził do wzrostu inflacji. Nie wiem, czy to dobry przykład, bo znaczna część pieniędzy unijnych przeznaczona została na inwestycje, nie na konsumpcję. Ale jako informatyk – nie ekonomista – nie zamierzam wchodzić w spór stricte ekonomiczny.
Ja swój inflacyjny dowód mam w koszyku w markecie. Te same zakupy, za które jeszcze nie tak dawno płaciłem 200 zł, dziś kosztują kilkadziesiąt złotych więcej. I trudno uwierzyć, że gwałtowny wzrost cen nie ma żadnego związku z kilkudziesięcioma miliardami rocznie dodatkowych pieniędzy trafiających do konsumentów. A poza tym, jeśli nie ma związku inflacji z ilością pieniędzy na rynku, to czemu mamy sobie żałować. Podnieśmy płace minimalne nie do 4000 zł, a do 8000 zł. Przegonimy wtedy Niemcy już za cztery lata. Bo u nich minimalna płaca to „zaledwie” 1557 euro.

Bezrobocie
Ludzie lewicy nie należą do szczególnie wierzących. Szczególnie w tak zwaną „niewidzialną rękę rynku”. Ale też zalecany przez keynesistów interwencjonizm państwa musi być trzymany na smyczy odpowiedniej długości. Bo gdy miejsce ekonomistów zajmą pijarowcy od wyborczej propagandy – może być nieciekawie. Jadwiga Emilewicz. minister przedsiębiorczości i technologii przyznała, że nikt z PiS-u nie konsultował z nią zamiaru radykalnej podwyżki płacy minimalnej. Sądzę że te 4000 zł nie wynika z żadnych analiz ekonomicznych. Potrzeba było tylko ładnej i równej sumki. Działającej na wyobraźnię wyborców PiS-u.
Ale ta suma działa też na wyobraźnię pracodawców. Jestem przeciwnikiem budowania przyszłości Polski na fundamencie specjalnych stref ekonomicznych. I znajdujących się tam montowni. Których zyskiem jest groszowy koszt robocizny. Ale na początku tego wieku – gdy bezrobocie sięgało 20 proc. – o takich inwestorów zabiegaliśmy. Likwidacja zakładów pracy bazujących na najgorzej opłacanych pracownikach musi się odbywać w sposób bezpieczny dla tychże pracowników. Koncerny dadzą sobie radę. Taśmy montowni mają to do siebie, że w dwa miesiące można je przenieść gdzieś indziej. Tylko czy wtedy w biedniejszych regionach Polski zamiast wizji 4000 zł, nie pojawi się wizja bezrobocia.
To ciekawe doświadczenie. Rozmawiałem ostatnio z kilkoma potencjalnymi beneficjentami zaordynowanej przez Kaczyńskiego podwyżki płacy minimalnej. O dziwo nie strzelały korki od szampanów. Dominował strach. Bo rachunek jest prosty. Dziś na stróżówce jest nas dwóch. Za marne 2250 zł brutto. Po podwyżce PiS-u jeden dostanie niemal dwa razy tyle. Ale drugi będzie musiał szukać roboty gdzie indziej. Kto kiedyś pracował na etacie, wie, czym jest strach przed zwolnieniami.

Na szarym końcu
„W Polsce udział wynagrodzeń w PKB jest żałośnie niski” – napisał Piotr Żukowski, jeden z moich kolejnych komentatorów facebookowych. Tak – to prawda. Wraz ze Słowacją, Węgrami i Irlandią jesteśmy w ogonie Europy. Udział płac w PKB w Polsce to zaledwie 48 proc. To istotnie mniej od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc. Powoli rośnie. W bieżącym roku ma wynieść 48,9 proc. Pytanie, czy da się ten niekorzystną sytuację zmienić jedną ustawą rządu Morawieckiego? Moim zdaniem, nie.
O udziale płac w PKB decydują dwa czynniki: ogólny poziom płac i struktura zatrudnienia. Jeśli wszyscy bylibyśmy informatykami, pewnie udział płac w PKB byłby w europejskiej szpicy (chociaż – po co nam tylu informatyków). Jeśli wszyscy pracowalibyśmy w montowniach – byłoby odwrotnie. Nie ma skuteczniejszej drogi do lepszych płac niż rozwój nowoczesnej i innowacyjnej gospodarki. Oferującej dobrze płatne miejsca pracy dla wykwalifikowanych pracowników.
Rezerwy w podnoszeniu ogólnego poziomu płac (w tym płacy minimalnej) z pewnością są. Należy je wykorzystywać, aby również pracownicy o niższych kwalifikacjach mogli otrzymywać wynagrodzenia pozwalające na godne życie. Ale z pewnością nie może o tym decydować przedwyborcza licytacja.

Pod stołem
Mądrością związków zawodowych w sporze z pracodawcą jest wynegocjowanie najlepszych warunków pracy. Ale jednocześnie takich, by firma mogła normalnie i zyskownie funkcjonować. Dramatem propozycji płacowych Kaczyńskiego jest to, że nikt żadnych negocjacji z pracodawcami nie prowadził. Pomysł 4000 zł urodził się w gabinecie prezesa PiS-u na Nowogrodzkiej.
Jak zareagują przedsiębiorcy? Duzi raczej sobie poradzą. Choć pewnie nie obejdzie się bez podwyżek cen – z jednej strony. I redukcji zatrudnienia – z drugiej. Póki co mamy ogromny deficyt pracowników. Więc ci zwalniani nie powinni obawiać się masowego bezrobocia.
Nikt natomiast nie jest w stanie przewidzieć, jak zareagują na wzrost płacy minimalnej najmniejsze firmy. Być może zmieni się tylko sposób wypłat. Wiadomo, że dzisiaj w wielu branżach model jest następujący: minimalna krajowa na papierze. Plus reszta „pod stołem”. Zwiększenie płacy minimalnej zmniejszy (lub zlikwiduje) to co „pod stołem”. Podrażając oczywiście koszty pracodawcy o podatek i ZUS kwoty wypłacanej dotychczas „pod stołem”. Ale koniec końców, byłby to scenariusz pozytywny.
Gorzej, jeśli przedsiębiorcy zaczną masowo likwidować zakłady pracy. Nie będąc w stanie prowadzić dalej działalności gospodarczej przy narzuconym administracyjnie poziomie wynagrodzeń. „Zarżnięcie” drobnej przedsiębiorczości – to możliwa konsekwencja tak niespodziewanych i wysokich podwyżek płac. Mogę to opisać na własnym przykładzie. Prowadząc przed laty małą drukarnię, bazowałem na wieloletnich umowach z kontrahentami. Podejrzewam, że nie byłbym w stanie w tak szybkim tempie dostosować się do zupełnie nowych warunków ekonomicznych funkcjonowania firmy.

Kredytobiorcy
Kolejnymi, którzy mogą sobie nie poradzić – to kredytobiorcy. Jeśli wskutek podwyżek płac inflacja wzrosłaby do 6-7 proc. w skali roku, to oprocentowanie kredytów złotówkowych (szczególnie hipotecznych) sięgnęłoby niemalże 10 proc. A to oznacza, że przy kredycie mieszkaniowym rzędu 350 tys. zł, do spłaty byłoby co najmniej 30 tysięcy samych odsetek rocznie. Wraz ze spłatą kapitału, miesięczna rata przekroczyłaby 3000 zł.
Lewica mówi w swoim programie o budowie mieszkań na wynajem z pieniędzy publicznych. Ale to dopiero przyszłość. Dzisiaj rynek mieszkaniowy w znacznej mierze funkcjonuje dzięki kredytom hipotecznym. A te z kolei – dzięki niskim stopom procentowym. Dr Augustyński przekonuje, że wskutek radykalnego wzrostu płac inflacja nie wzrośnie. Ale jeśli by wzrosła –oznaczałoby to zapaść na rynku budownictwa mieszkaniowego. Plus tragiczną sytuację kredytobiorców spłacających kredyty mieszkaniowe. Ryzykujemy, że los „frankowiczów” może stać się udziałem również „złotówkowiczów”.

W telewizji
A teraz puenta. Gdyby w radiu lub telewizji zapytali mnie: co Pan sądzi o podwyżce płacy minimalnej. Co bym powiedział w dwóch zdaniach? Popieram podwyżkę płacy minimalnej do 2600 zł w roku 2020. Lewica proponowała nawet 2700 zł. A 3000 zł? 4000 zł? To wyłącznie kiełbasa wyborcza. Której celem jest wygranie wyborów. A nie polepszenie życia najmniej zarabiającym. Tyle.

PiS przebija samo siebie

Kolejna konwencja wyborcza partii Jarosława Kaczyńskiego była w Lublinie. Prezes obwieścił budowę „państwa dobrobytu” osadzonego w bardzo sztywnych neotradycjonalistycznych ramach. To ma być coś jak Wielka Polska Katolicka Dobrobytu Narodu Polskiego.

Jarosławowi Kaczyńskiemu przypadła w udziale rola roztaczającego i nazywającego wizję, np. państwo dobrobytu. Ale też i zarysowanie fundamentów moralnych, socjalnych i kulturowych. Coś czego inne partie zupełnie nie rozumieją i nie robią; trochę próbuje tego teraz nowy konglomerat SLD-Wiosna-Razem, ale jednoznacznie lepsze wrażenie marketingowo robi Kaczyński, który, widać wyraźnie, niczego się nie boi i na nic nie musi uważać, po prostu obwieszcza, z odwagą, tupetem i przekonaniem.
Zaczął od ludzkiej godności oraz od zagadnienia wspólnoty i wspólnotowości. Tak właśnie kradnie lewicy grunt. Wyjaśnił już na samym początku swojego wystąpienia, że człowiek jest istotą społeczną i  od razu wskazał jaka formuła społecznego funkcjonowania interesuje go najbardziej; to trójkąt: rodzina, kościół, naród.
– Pierwsza z nich to rodzina o której była już tutaj mowa. Tak, rodzinę uważamy za komórkę społeczną o zupełnie fundamentalnym znaczeniu dla ciągłości pokoleń, dla przekazywania kultury cywilizacji, dla trwałości większych wspólnot – objaśniał Kaczyński; nie omieszkał, dla pewności, dokładnie zdefiniować rodziny: „rodzinę widzimy tak, jak tutaj, jedna kobieta, jeden mężczyzna w stałym związku i ich dzieci. To jest rodzina” – rzecze Prezes Państwa. Dodał także, że rodzina jest dziś atakowana.
– Naród to wspólnota języka, kultury, historii, wspólnego losu, wspólnych osiągnięć cywilizacyjnych. Naród to podstawa istnienia i działania człowieka w warunkach naszej cywilizacji, tej najbardziej życzliwej człowiekowi cywilizacji, to podstawa organizacji, którą nazywamy państwem. Naród jest nam potrzebny, jest potrzebny Europie, jest potrzebny światu. Tu mówię nie o naszym narodzie, tylko o narodach. Ale dla nas narodem jest Polska, polskość i tą polskość cenimy bardzo wysoko – powiedział Kaczyński o narodzie i szybko, płynnie przeszedł do kwestii chrześcijańskiego fundamentalizmu.
Orzekł m.in., iż kościół katolicki „był i jest głosicielem i dzierżycielem jedynego, powszechnie znanego w Polsce systemu wartości”. Według Prezesa Państwa „poza nim [kościołem – przyp. red.], poza może jakimiś bardzo niewielkimi partykularnie funkcjonującymi systemami, mamy tyko nihilizm”.
– Każdy dobry Polak musi wiedzieć, jaka jest rola Kościoła, musi wiedzieć, że poza nim jest – jeszcze raz to powtarzam – nihilizm. I ten nihilizm my odrzucamy, bo nihilizm niczego nie buduje, nihilizm wszystko niszczy – dodał.
Konwencja PiS była więc niezwykle przewidywalna, co do przesłań i formuły; tym razem są one może odrobinę bardziej egalitarne, jest trochę więcej ukłonów typu „PiS chce być partią wszystkich Polaków”.  Kaczyński ewidentnie szykuje się na zwycięstwo i puszcza oko do lewicowych ekonomicznie wyborców, którzy tradycyjnie nie głosują lub się wahają na kogo oddać głos. Zapowiedziane zostały 13 i 14 emerytury oraz płaca minimalna na poziomie 4 tys zł w 2023 r.

Stalowa Wola – bastion PiS

W tym 60-tys.mieście,trzecim co do wielkości na Podkarpaciu i w ogóle największym w jakim rządzi PiS, odbył się ostatni przed wyborami piknik rodzinny tej partii.
Przy dużej frekwencji, dobrze zorganizowany-z udziałem prezesa Kaczyńskiego, szefa rządu,który wyraźnie polubił wystąpienia wiecowe,oraz byłej premier Szydło.
Mówcy chwalili dokonania minionych 4 lat,a także dziękowano metropolicie krakowskiemu,abp.Jędraszewskiemu za „obronę rodziny i Kościoła”. Potwierdza się więc ostatecznie,iż atak na rzekomą ideologię i środowiska LGBT będzie do końca trwałym elementem kampanii polskiej nacjonalistycznej prawicy.
Oznacza to,że w istocie mamy do czynienia z naruszaniem art. 32 Konstytucji RP stwierdzającym, iż „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”.
PiS oficjalnie akcentuje skromność,a nawet pokorę,ale z wygłoszonych wystąpień przebijał nieskrywany triumfalizm. Morawiecki mówił przecież nie tylko o perspektywie rządów w ciągu najbliższych 4 lat,ale kolejnych 8,12 itd.! Warto zatem pamiętać,iż TRIUMFALIZM pogrążył wiele partii.
Także w Polsce w ciągu minionych trzech dekad i to partii nader różnych orientacji,M.in. dlatego,że-jak pisał Johann Wolfgang Goethe:”Największe trudności znajdują się tam,gdzie ich nie szukamy” .A sama Stalowa Wola przeżywa kłopoty.
Od kilku lat zmniejsza się liczba mieszkańców,choć jeszcze dekadę temu liczono na rychłą perspektywę osiągnięcia 70 tys. Problemy mają też niektóre zakłady przemysłu ciężkiego.

Bigos tygodniowy

Minęła 99 rocznica „Cudu nad Wisłą”. Z tej okazji czołgi rozjeżdżały tym razem jezdnie w Katowicach. Ja tam uważam, że czołgi powinny wyruszać wyłącznie do boju lub na ćwiczenia na poligonie. Nie wierzę natomiast, że ksiądz Ignacy Skorupka, gdy biegł z małym krzyżykiem pod kule czerwonoarmiejców, nie mógł być trzeźwy. Jak wiadomo w wojsku wydawano żołnierzom nadziały okowity, dla kurażu. Na pewno wydawano je w Armii Czerwonej, a podejrzewam że i w polskiej też. Nie mogę po prostu uwierzyć, żeby ktokolwiek o zdrowych zmysłach i o suchym pysku ruszył na nieprzyjaciela z krzyżykiem w dłoni. To jest sprzeczne z naturą człowieka. Niechybnie musiał wcześniej coś wprowadzić do organizmu. Bohater polskiej wolności.
Paweł Kukiz przystąpił oficjalnie do „zorganizowanej grupy przestępczej”, jak nazwał kiedyś PSL. Ludzie się zmieniają, a człowiek nie krowa i może zmienić poglądy, ale dobrze będzie, gdy artysta ten na przyszłość bardziej będzie uważał na pokusy czyhające na człowieka w „piątki, piąteczki, piątunie”.

Jeden z przybocznych Ziobry, wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak kierował, wykonywaną przez niejaką „Emilię”, internetową akcją zniesławiania sędziów sprzeciwiających się łamaniu niezawisłego sądownictwa. Ci, którzy oburzali się na stosowane przez niektórych w stosunku do rządów PiS określenia „zorganizowana grupa przestępcza”, powinni zastanowić się czy ich oburzenie i wołanie o „przesadzie” naprawdę było uzasadnione. W przyszłości (bo na dziś liczyć nie można) konieczne będzie zbadanie, czy Ziobro to akceptował, milcząco względnie czynnie, czy też Piebiak robił to na własną rękę.

Pisowski Narodowy Instytut Wolności (brzmi to jak orwellowskie Ministerstwo Miłości w odniesieniu do policji politycznej) bez żenady obdarzył dotacjami wyłącznie skrajnie prawicowe organizacje. Pieniądze otrzymał Maciej – nomen omen – Świrski, szemrany jegomość z Fundacji Reduty Obrony Dobrego Imienia Polski, kiedyś doradca Glińskiego Piotra, ministra – pożal się boże kultury. Zasilony też został Podlaski Instytut Rzeczypospolitej Suwerennej, którego prezes organizował blokadę Marszu Równości w Białymstoku. Sporo kasy otrzymało kilka organizacji dewocyjnych, jak Stowarzyszenie Rodzin Katolickich czy Diakonia Ruchu Światło-Życie, a także Fundacja Solidarności Dziennikarskiej, ekspozytura opanowanego przez prawolstwo Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Prosto z rządu do rządu poszły pieniądze na Projekt Polska. Założył je bowiem z siostrą (sic!) obecny wiceminister spraw zagranicznych, niejaki Szynkowski vel Sęk. Żadna organizacja, która nie podoba się PiS nie może liczyć nawet na 50 groszy. Panie Gliński, co którzy prowadzą organizacje, stowarzyszenia, etc. nie lubiane przez PiS także są podatnikami. Podobnie jak ludzie LGBT!!! À propos – Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zamierza zaskarżyć osławione uchwały samorządów skierowane przeciw LGBT, jako jaskrawy wyraz zakazanej przez Konstytucję dyskryminacji.

Po sprawie ( i dymisji) Kuchcika pojawiły się zarzuty o nadużycia „publicznego grosza” w stosunku do szefa drugiej izby parlamentarnej, Senatu, Karczewskiego Stanisława. Tego samego, który zalecał lekarzom „pracę dla idei”.

A tymczasem ceny żywności, w tym warzyw i owoców na bazarach szybują w górę jak szalone, co oznacza oczywiście znaczący wzrost inflacji. Za analogiczny koszyk towarów płacę dziś około 50 procent więcej niż przed rokiem. Zjawiska cenowe o tym tempie i skali pamiętam z okresu nie późniejszego niż początek lat 90-tych. A w pisowskich mediach PiS nieustanna, rozbuchana do groteski propaganda sukcesu. „Gonimy Niemcy” – głosi Kaczor.

Na niektórych straganach cebula kosztuje nawet pięć złotych. Cebula – warzywo, które podobnie jak burak zawsze było emblematem „taniości”. Drożyzna i inflacja zaczyna coraz bardziej rozsadzać domowe budżety i roztapiać oszczędności bankowe. 500 plus okazuje się być pożyczką, którą trzeba będzie spłacić. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości, nie wiedziałem tylko, że okres prolongaty spłaty długu potrwa tak krótko.

Mieczyk Chrobrego wykryty na mundurze policjanta, który legitymował uczestników jednej z tęczowych manifestacji, to ostrzeżenie, że w szeregi policji mogą wnikać ludzie o skrajnie prawicowych poglądach. Daleki jestem od uogólnień, ale policja z natury jest instytucją autorytarną i jednak nastawioną na przemoc. Nic więc dziwnego, że może szczególnie przyciągać osoby o takich skłonnościach. To bardzo niebezpieczne.

56-letnia kobieta (jak określiła ją rzeczniczka krakowskiej policji) Beata S. spowodowała w Krakowie wypadek samochodowy, wymuszając pierwszeństwo w ruchu z drogi podporządkowanej, czyli mówiąc po ludzku, zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Kobieta powinna sobie chyba odpuścić automobilizm. Nie umie jeździć ani jako pasażerka, ani jako szoferka. W ogólne niewiele „umi” ta Matka Boska Dobrej Zmiany.

Niejaki Czarnek, dość szemrana figura przynosząca Lubelszczyźnie wstyd w roli wojewody lubelskiego kandyduje z list PiS do Sejmu. Niewiarygodne, że to doktor prawa z KUL, bo ma fizjonomię i wysłowienie stadionowego, nacjonalistycznego „karka”. Wylansował się do tego kandydowania kleronacjonalistycznym ujadaniem w programie TVPiS „Studio Polska” prowadzonym przez funków PiS: Ogórkową i Łęskiego Jacka.

A podżegacza wojennego, siewcę nienawiści, patrona ludojadów Jędraszewskiego poparli już Kaczor, abepe Gądecki. Ciekawe jest milczenie prymasa Polaka i metropolity warszawskiego Nycza. Choć, prawdę mówiąc, nie wiązałbym z tym niczego szczególnego. Purpuraci to ludzie o radykalnie wybujałych ambicjach i skoncentrowani są na własnych akcjach, a nie na byciu cieniem czy podpieraniu kolegi.

SMS prezesa

Przez ostatni czas bardzo wiele działo się po stronie opozycji. Tak się bowiem szczęśliwie jeszcze dzieje, że politykom oddalonym nieco od prawej strony przysługuje w Polsce demokratyczne prawo do swojego zdania. Można debatować czy wstąpienie w szeregi innej partii tuż przed ogłoszeniem komitetów wyborczych jest uczciwe czy wynika z dostrzeganych interesów, jednak tak długo jak możemy zmieniać swoje zdanie, tak długo będziemy mieć pewność, że żyjemy w demokratycznym państwie.
Prawa strona niestety nie posiada komfortu prawa do zmiany. W ich przypadku pozostawanie w PIS równe jest staniu w obronie życia i kościoła. Zmiana w decyzji uczyniłaby z nich w świetle skrupulatnie tworzonej ideologii Judaszy, którzy zdradzają państwo polskie. Oni nie mają wyboru i nie mogą myśleć inaczej niż nakazuje im wysłany sms od prezesa, który jasno i przejrzyście mówi im co mają mówić i jakich argumentów używać kiedy przyjdzie im tłumaczyć kolejne afery. Nie może być więc inaczej, że jak jeden maż wszyscy posłowie PiS loty Jędraszewskiego przyrównują do lotów Tuska. Co w obliczu skali tych dwóch jest zawracaniem kijem Wisły. Co więcej, jakby ten ich nieodparty argument nie przeszedł, w odpowiedzi na wykryte warte miliony nadużycia marszałka, w mediach publicznych „wypłynęła” kolejna afera z oświadczeniami majątkowymi jednego z doświadczonych polityków PO. Skala porównania tych dwóch spraw do siebie jest niewspółmierna, jednak tylko taka może trafić do zależnych od państwa wyborców, dla których „luksusowe” świąteczne zakupy posła przyprawiają o zawrót głowy, a nad niezrozumianymi kosztami lotów, ich skomplikowaną procedurą nie warto już się pochylać. Z resztą jeżeli sam marszałek ich nie znał to dlaczego ma je zrozumieć wierny wyborca?
Afery jakie obecnie mamy na tapecie w swym końcowym efekcie, przy przyjętym wciąż skutecznym systemie ich obrony wydają się nie przeszkadzać prawicy. W oczach swoich wyborców są na zmianę raz męczennikami i ofiarami cenzury w internecie a raz rycerzami wyruszającymi na kolejną krucjatę po jak to określił Kaczyński „prawdziwą demokrację, „prawdziwą samorządność”, „prawdziwą równość” i… nową konstytucję.
Tak długo jak rząd będzie miał własne media publiczne, w których przedstawia swoje wersje zdarzeń, tak długo będzie mógł bez większego wysiłku zapewniać swoich wyborców o tym, że dzieje się dobrze. Celem jest uczynienie państwa dla większości, nie państwa dla każdego. To właśnie większość pozbawiona jest bowiem swoich własnych celów i ambicji. Daje się prowadzić niczym owieczki na pastwisko. Choć statystycznie jest ich coraz mniej w polskim kościele to są wśród nich jednak i tacy którzy nigdy w kościele nie byli, a którzy to w wyniku nienawiści do świata i siebie będą trwać po stronie, która do niej zachęca. Skrajność przekazów i emocjonalny charakter jest bowiem tam tak mocny, że przyciąga jak magnes tych, którzy nie potrafią zdobyć się na swoje własne zdanie o sobie i świecie. To właśnie tacy ludzie potrzebni są do rządzenia.
Polak który głosuje na PIS rzeczywiście będzie wiedział w jakim państwie będzie żył po wyborach i jaki będzie wyglądał stan jego kieszeni. To jest zdaniem prawicy ich karta przetargowa. Jeżeli jednak któryś z nich kiedyś przejrzy na oczy, nie będzie już miał prawa do jakiegokolwiek głosu.

Miało być skromne państwo, jest jaśniepaństwo

„To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy” – mówi prof. Marek Migalski, politolog w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.
MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

Te przeprosiny pokazują, że marszałek nic nie zrozumiał i nie chce przyjąć do wiadomości, że jego zachowanie jest bulwersujące.
Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.
Zwłaszcza dla ekipy, która głosiła sanację obyczajów publicznych, która oskarżała o jedzenie ośmiorniczek i nadużywanie władzy.
To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że ta sprawa może być istotniejsza, niż wszyscy myślą.
Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.
To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.
Tymczasem może okazać się, że właśnie taka „pierdoła” może przełożyć się na emocje wyborców.
I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.
Dla wyborców miliardy wydane na budowę centralnego portu lotniczego nie działają tak dobrze, jak loty marszałka.
Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że połowa plażowiczów powiedziałaby coś niecenzuralnego na ten temat o panu marszałku.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że jeśli PiS wygra jesienią to będzie on na równie eksponowanym stanowisku.
Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi. Jeżeli podjęli decyzję, że „idą na twardo”, to żadne nowe rewelacje tego nie zmienią, chyba że wyjdą jakieś nowe sprawy poza kwestiami lotów.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Przewrotność i obłuda

Prezes PiS w Dygowie.

W minioną sobotę w niewielkiej gminie wiejskiej Dygów pod Kołobrzegiem odbył się kolejny Piknik Rodzinny, którego głównym gościem był Jarosław Kaczyński. Zwrócił się on, co zrozumiałe ,o poparcie dla swojej formacji w nadchodzących wyborach parlamentarnych, a także – wychwalając obecnego prezydenta – apelował o reelekcję Andrzeja Dudy w przyszłym roku i to „najlepiej w I turze”. Dotychczas udało się to tylko Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w 2000 r.
Ale najważniejsze nastąpiło później. Prezes mówił twardo o konieczności zmiany Konstytucji RP na „potrzebną”, tym samym dezawuując obecnie obowiązującą ustawę zasadniczą, przyjętą w ogólnokrajowym referendum w 1997r. Ta nowa ma jakoby gwarantować „prawdziwą demokrację”, „prawdziwą praworządność” i „prawdziwą równość”. Dla mnie – jako jednego z 56 członków Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego,która w latach 1993-1997 wypracowała projekt aktualnej konstytucji – te słowa to nie tylko kuriozum,ale i zupełne qui pro quo.
Rzecz w tym, iż ta obecna generalnie sprawdziła się, choć oczywiście nie jest idealna (np. nie mogło w niej być jeszcze odniesień do UE; dziś wydaje się również trochę przegadana: ma aż 243 artykuły). Co więcej, to PiS wielokrotnie ją naruszał (korzystając z posiadanej większości i w Sejmie i w Senacie), co potwierdzały też opinie organów Rady Europy oraz zastrzeżenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Szereg postępowań w tej materii trwa. Tylko w niektórych przypadkach udało się temu zapobiec, jak choćby z próbą skrócenia 6-letniej kadencji I Prezesa Sądu Najwyższego, gwarantowanej art. 183.
Użyłem w tytule dość wyważonych słów: „przewrotność” i „obłuda”. W Słowniku synonimów języka polskiego znajdziemy szereg innych, często ostrzejszych określeń na omawiane zjawisko polityczne, np.: „dwulicowość”, „faryzeuszostwo”, „kuglarstwo”, a nawet „perfidia”. Na szczęście niewielkie są szanse polskiej prawicy na zmianę obecnej konstytucji, co wymaga zwłaszcza większości 2/3 głosów w Sejmie. I to niezależnie od tego – jak barwnie rzecz ujął Michał Szułdrzyński – „czy Gulfstreamy staną się ośmiorniczkami PiS”.
Z tego punktu widzenia sytuacja z demokracją nad Wisłą jest lepsza niż np. na Węgrzech, gdzie premier Orbán dysponuje taką większością konstytucyjną.
Ponad 350 lat temu wybitny francuski myśliciel, książę François de La Rochefoucauld napisał, iż „obłuda jest hołdem, jaki WYSTĘPEK oddaje CNOCIE”. Ale to chyba nie jest polski
przypadek.

Niesłychanie ciepły człowiek

Prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka to „taki ciepły człowiek jest”, oświadczył w grudniu 2016 roku marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski. Zaraz po powrocie z trzydniowej wizyty w Mińsku.
I w rozmowie z Konradem Piaseckim z „Radia Zet” pan marszałek przekonywał, że generalnie sprawy na Białorusi idą w dobrym kierunku. Bo nie ma tam już więźniów politycznych, bo po ociepleniu klimatu politycznego wszyscy zostali wypuszczeni.
Słowa marszałka Senatu RP, konstytucyjnie trzeciej osoby w IV Rzeczpospolitej, wzbudziły osłupienie. Wśród liberalnej opozycji oraz aktywu PiS.

Zły prezydent

Do tej poru o prezydencie Łukaszenko polska prawica mówiła wyłącznie źle, albo wcale. Białoruski prezydent prezentowany był w polskich mediach jako były „kierownik sowchozu”, co w polskim społeczeństwie, społeczeństwie byłych chłopów o szlacheckich ambicjach, jest wyjątkową obelgą. Poza tym w ciągu ostatnich 20 lat polskie media prezentowały go jako dyktatora, ekonomicznego zacofańca, wroga Związku Polaków na Białorusi, oddanego sojusznika prezydenta Rosji Putina.
I gdyby zrobić ranking najbardziej plugawionych przez polskie media zagranicznych polityków to prezydent Łukaszenka znalazł by się na podium. Po prezydencie Rosji Putinie i koreańskiej rodzinie Kimów.
Warto przypomnieć, że każda inna, wyrażona publicznie opinia, o prezydencie Łukaszenko albo o sytuacji na Białorusi była w polskich mediach negowana, a jej autor stygmatyzowany jako „agent Mińska”.
Z drugiej strony Białoruś od samego początku, czyli od 2009 roku, była członkiem Partnerstwa Wschodniego. Czyli programu wschodniej polityki Unii Europejskiej w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. Projekt programu partnerstwa to efekt działań dyplomacji polskiej i szwedzkiej.
Partnerstwo dotyczy sześciu byłych republik ZSRR. Czyli Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Początkowo Partnerstwo miało być pomostem dla tych państw w drodze członkowstwa w Unii Europejskiej. A nawet i w NATO. Jednak w ciągu dziesięciu lat ów pomost skurczył się do kładki. „WUniowstąpienie” tych państw zostało odłożone. Całościową akcesję zmieniono na programy sektorowych integracji. Wśród państw Partnerstwa zawsze pojawiali się okresowi „prymusi”, jak Mołdawia, Ukraina, którym Bruksela obiecywała szybszą integrację.

Zdolny, ale krnąbrny

Białoruś, czyli prezydent Łukaszenka, nigdy takim „prymusem” Partnerstwa nie był. Nie pretendował do takiej roli. I gdyby trzymać się szkolnych porównań to przypominał niesfornego ucznia, który co jakiś czas obrazi brukselskich nauczycieli, zostanie za to wyrzucony z klasy. Potem wymamrota wymuszone przeprosiny i wróci na swoje miejsce. Czyli do ostatniej ławki w klasie.
W rzeczywistości polityczne relacje Mińsk- Bruksela polegały na okresowych ociepleniach i dłuższych ochłodzeniach. Ochłodzenia następowały zwykle po białoruskich wyborach, kiedy policja prezydenta Łukaszenki traktowała białoruską opozycję w sposób „nieortodoksyjnie demokratyczny”. Czyli pałowała ich i zamykała.
Ale po takiej politycznej zimie administracja prezydenta Łukaszenki organizowała ocieplenie. Więźniów zwalniano, delegacje państw Unii Europejskiej zapraszano. Przyjmowano je niezwykle ciepło, iście po królewsku. A ponieważ obraz władz Białorusi i państwa białoruskiego w europejskich mediach też jest paskudny, to zaskoczenie gości z UE było jeszcze większe. Bo na Białorusi naprawdę pięknie i smacznie jest. Ludzie przemili, bardzo gościnni. Ciepli można rzec.

Księstwo mińskie

Każdy, kto zdążył odwiedzić Białoruś, zwłaszcza w „ciepłym okresie”, zauważył, że prezydent Łukaszenka buduje tam swoje państwo. Specyficzną tożsamość kulturalną, historyczną i gospodarczą.
Jego Białoruś nie nawiązuje do tradycji białoruskiej republiki powstałej po rozpadzie Rosji w 1918 roku. Do białoruskiej ”Pogoni”, tej z podniesionym końskim ogonem. Do postulatu wypierania języka rosyjskiego przez białoruski.
Władze Białorusi i związane z nią elity tworzą udzielne „Księstwo mińskie”. Odwołujące się do tradycji staro białoruskich, Wielkiego Księstwa Litewskiego, imperium Rosyjskiego i ZSRR.
Najłatwiej dostrzec to oglądając wystawy w odrestaurowanych przez obecne władze magnackich siedzibach w Nieświeżu i w Mirze. Zwłaszcza prezentujących białoruskie tradycje wojskowe. Miejscowi i przyjezdni mogą dowiedzieć się z nich, że wojska białoruskie zwyciężały Krzyżaków pod Grunwaldem, Tatarów nad Sinymi Wodami, Moskwę pod Orszą, Szwedów pod Połtawą, Francję pod Moskwą i III Rzeszę Niemiecką w zdobytym Berlinie. Czapki z głów!
Nietrudno też tam zauważyć, że najsłabszym walorem obecnej Białorusi jest jej gospodarka. Technologicznie wczorajsza, mocno uzależniona od wymiany handlowej z Rosją. Na preferencyjnych, nie komercyjnych warunkach.
Administracja prezydenta Łukaszenki próbowała uniezależnić się od rosyjskiego Wielkiego Brata zapraszając chińskie firmy. Te zadomowiły się na Białorusi bez politycznych warunków wstępnych. Nie wymagały demokratyzacji systemu jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ale kooperacja z chińskimi firmami podobna jest do gry w kasynie. Da się czasem wyjść stamtąd z zyskiem, ale kasyno nigdy nie bankrutuje.
Nieliczni, białoruscy opozycjoniści wielokrotnie z przykrością przyznawali, że jedynie konieczność spłaty zaciągniętych przez administracje prezydenta Łukaszenki kredytów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i instytucji związanych z Unią Europejską może skłonić białoruskiego prezydenta do kolejnego politycznego ocieplenia.
I oto znów mamy front ciepły z Mińska. Właśnie rozpoczęły się tam Europejskie Igrzyska Olimpijskie. Białoruś, plasująca się do niedawna na peryferiach politycznej Europy, organizuje teraz wszystkim Europejczykom wielką imprezę sportową za dziesiątki milionów euro.
Przy okazji radykalnie liberalizuje przepisy wizowe i otwiera się na turystów. Wystarczyło kupić najtańszy bilet na byle zawody i wjechać tam bez wizy. Nawet bez obowiązku oglądania zawodów.
Bo taki wzrost turystyki pobudzi białoruską gospodarkę cierpiąca na deficyt walut wymienialnych.
Napływ gości z Zachodu nie zagrozi też stabilności władzy prezydenta Łukaszenki. Bruksela przestała już „demokratyzować” białoruski reżim. Ma teraz swoje ważniejsze problemy. Ma też swoich „dyktatorów”: Orbana i Kaczyńskiego.
Państwa starej Unii Europejskiej wolą już przewidywalnego, czasami niepokornego wobec Moskwy, teraz „ocieplonego” dyktatora Łukaszenkę, niż nowego, czyli nieprzewidywalnego. Zwłaszcza, że tak pobudzona białoruska gospodarka może wreszcie zacząć spłacać stare długi.
Pierwszego września prezydent Łukaszenka przybędzie do Warszawy aby razem z rodziną Unii Europejskiej i Partnerstwa Wschodniego uczcić rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wtedy będzie prymusem ze Wschodu. Bo ukraiński prezydent jest dla elit PiS zbyt blisko związany z prezydentem Macronem, a prezydenta Putina w ogóle nie zaproszono.
Zapewne prezydent Łukaszenka znów wykorzysta ten efekt cieplarniany. Kasę od Brukseli weźmie i wiele obieca. I nawet jeśli obietnic nie dotrzyma, to unijni politycy ogłoszą swój sukces, a ich podatnicy za wszystko zapłacą.
Ciepło, nawet chwilowe, musi kosztować.
Maskotką igrzysk w Mińsku jest Lesik, czyli Lisek. Oficjalnie to lisek z powiastki Antoine de Saint- Exupery, który tłumaczył Małemu Księciu zasady przyjaźni.
Patrząc na szelmowski uśmiech Lesika można też dostrzec niemłodego już księcia.

Polacy zasługują na PiS

Wybory do Parlamentu Europejskiego były przeprowadzone uczciwie. W historii Polski było wiele momentów, w których zbiorowa mądrość naszego społeczeństwa mogłaby być podawana w wątpliwość. By zobaczyć naszą narodową świadomość realiów ekonomicznych i geopolitycznych wystarczy się cofnąć do 1939, tudzież do fatalnego w skutkach eksperymentu transformacyjnego po 1989. Tak jak hekatomba drugiej wojny światowej była zawiniona przez nieumiejętność prowadzenia realistycznej polityki zagranicznej przez rząd w Warszawie, tak i obecna sytuacja jest następstwem samostanowienia narodu polskiego.

Niestety – zmiany w mentalności Polaków, które zaszły od 1989 czasu, to – z punktu widzenia rozwoju społeczno-gospodarczego – zmiany na gorsze. Jesteśmy niestarannie wykształconym, homofobicznym, zatęchłym narodem, o najwyższym w Europie poziomie nierówności dochodowych i folwarcznym charakterze gospodarki. Projekt Polski jako kraju nowoczesnego można ostatecznie zamknąć, pożegnać się z nim, pogodzić się z blamażem. Na nic trudy Daszyńskiego, Budzińskiej-Tylickiej, Pużaka, Dąbrowszczaków, działaczy PPS, mas pracujących miast i wsi. Polska progresywna umiera.

Liberalny paradygmat i jego koniec

III RP jako projekt modernizacyjny odniosła klęskę i prowadzi nas do czegoś o wiele gorszego niż sam PRL. PRL był formą ustrojową narzuconą przez wielkie mocarstwa, teraz w autorytaryzm idziemy samodzielnie. Wiara w to, że kryzys gospodarczy PRL w latach 80-tych wywołany był wyłącznie przyczynami wewnętrznymi to czysty, ideologiczny dogmatyzm. Powstanie „Solidarności” można uzasadniać kryzysem irańskim, wojną w Afganistanie i ogólną sytuacją na rynkach światowych. Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii strajkują górnicy i powstaje Sex Pistols, najważniejszy zespół w historii muzyki punk. Wiara w to, że PRL zbankrutował z powodu sytuacji wewnętrznej nie ma poparcia w badaniach i nie ma sensu z punktu widzenia analiz makroekonomicznych; to mit, który miał uzasadniać kolonizację Polski przez zagraniczny kapitał.
W Polsce występują największe nierówności dochodowe wśród krajów Europy. Wśród państw wysokorozwiniętych gorzej jest tylko USA. Niemal każdy, kto był w USA wie, że w wielu miejscach państwo to wygląda jak kraj tzw. „Trzeciego Świata”. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków posiada 40 proc. przychodów. Przy średniej europejskiej dla głównego decyla dochodowego na poziomie 34 proc., w żadnym innym kraju UE dysproporcja ta nie jest aż tak widoczna. W 1980 r. wskaźnik ten wynosił 29 proc. przychodów (średnia europejska); w Polsce jednakowoż kształtował się na poziomie około 20 proc. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 40 lat, część przychodów generowana przez górny decyl dochodowy powiększyła się dwukrotnie. Jednocześnie skumulowany wzrost gospodarczy PKB wyniósł w latach 1980-2018 98,2 proc. Dekada lat 1980-1989 cechowała się skumulowanym spadkiem PKB na poziomie 5,7 proc., zaś w latach 1990-2000, 2001-2010 oraz 2011-2017 cechowały się odpowiednio skumulowanym wzrostem PKB na poziomie 37,8 proc, 38,1 proc. oraz 22,3 proc. Oznacza to, że nie tylko od 1980 r. gospodarka Polski podwoiła wartość swojego PKB, ale także, że najbogatsze 10 proc. społeczeństwa, które podwoiło swój udział w dochodach całego społeczeństwa, de facto czterokrotnie zwiększyło swoją zamożność. Wzrost ten nie był niestety jednak udziałem najmniej zamożnej części społeczeństwa.
Pianie nad sukcesem rozwojowym III RP miałoby jakikolwiek sens tylko wówczas, gdyby cały świat stanął w miejscu w roku 1989, a my byśmy rozwijali się tak, jak rozwijaliśmy się od 1989 do 2019 r. Niestety, przez ten czas drepczemy w miejscu i zajmujemy mniej-więcej to samo miejsce w globalnym podziale pracy. Bogactwa nie należy mierzyć wartościami bezwzględnymi; przeciwnie – zawsze ma relatywny charakter.
Dziś statystyczny Polak dysponuje luksusami niedostępnemu średniowiecznym królom, ale chyba zestawianie tego jest kompletnie pozbawione sensu, bo rozumienie biedy zależy od czasu i od szerokości geograficznej (czym innym jest bycie biednym w Szwajcarii, czym innym w Erytrei, czym innym w średniowieczu, czym innym we współczesności). Niestety, od 1945 do 1989 r. tempo awansu w globalnym podziale pracy, tj. wzrost PKB per capita w porównaniu do innych krajów, był szybszy niż za czasów neoliberalnego eksperymentu Balcerowicza i jego kontynuacji przez establishment III RP. Wprowadzenie kapitalizmu w Polsce w taki sposób, w jaki został wprowadzony – niedemokratycznie, wbrew hasłom „Solidarności”, przy dużym sprzeciwie społecznym wobec Planu Balcerowicza – spowodował, że polska demokracja skarlała już w chwili poczęcia. Fakt ten, wraz z dwukrotnym wzrostem nierówności dochodowych w latach 1989-2015, utorował drogę do zwycięstwa PiS.

Dwie machiny

PiS wygrywa i będzie wygrywał, bo przełamał liberalny paradygmat w sprawach gospodarczych. Na ten temat powiedziano już wiele i nie widzę sensu rozwlekania się o tym. Polska to kraj o niskim współczynniku urbanizacji i klasa polityczna powinna się zorientować, że LGBT i teoria płci kulturowej (gender) to tematy polaryzujące tylko dla bardzo niewielkiej części społeczeństwa. To, co się liczy, to to, że w Polsce od 2015 r., po raz pierwszy od 1989 r., nierówności dochodowe zaczęły spadać, a nie rosnąć. Te wybory to ostateczny blamaż obrońców III RP. Co więcej, stało się to w otoczeniu, w którym elektorat wielkomiejski miał być mocniej zdyscyplinowany.
Polska wydaje się rozbita na dwa obozy. Z jednej strony wielkomiejska, liberalna klasa średnia, która gdzieś ma hasła sprawiedliwości społecznej, i choć przynależni do niej pracownicy najemni tyrają za 3500 złotych na umowie-zlecenie, to będą bronić interesu klasowego najbogatszych. Z drugiej strony jest zapóźniona, katolicka polska wieś. Jest to spór o kilku zmiennych osiach, w którym trybalizm rozmył ostrość obrazu i zatracił pierwotną, ideologiczną treść. Dziś jest to jedna machina polityczna przeciw drugiej. W polityce jednakowoż wartości mają charakter wtórny: zakładanie nienaruszonego związku pomiędzy aksjologią a polityką może być tylko domeną naiwnych. Realpolitik wygląda inaczej. Rolę grają zasoby i możliwość ich utylizacji. Polityka jest, między innymi, sztuką kreowania sporów i wygrywania ich. Niestety, w dzisiejszym świecie polityką rządzą pieniądze.
Zwycięzcy i przegrani
Drugim zwycięzcą tych wyborów jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przy niewielkich nakładach na kampanię i bez ryzyka wpadnięcia pod próg wyborczy, wprowadzili do Parlamentu Europejskiego 5 osób, praktycznie bez kosztów utrzymując swoją reprezentację w Europarlamencie i utrzymując jedyną polską delegację we frakcji socjalistów. Brawo, Włodzimierzu Czarzasty. SLD rozegrało tę sprawę po mistrzowsku, bo wystawianie jednej listy z Razem byłoby dla obu tych partii ostatecznie skutecznym samobójstwem, a i podobnież w sprawie Wiosny, nie ma w przypadku tych ruchów podobieństw elektoratów. Podtrzymanie pięcioosobowej reprezentacji Polski w S&D to większy sukces, niż wszystko, co zrobiło Razem od początku powstania tej partii.
Wynik Wiosny Roberta Biedronia – porażająco niski. Mimo medialnej wrzawy wokół filmu braci Sekielskich i świetnej identyfikacji wizualnej, obecności w mediach (na co nie mogła liczyć np. koalicja Razem, UP i Ikonowicza) oraz sympatii, którą Biedroń ma w warszawskich salonach, nie udało się zrobić dwucyfrowego rezultatu. Na Wiosnę głosują młode kobiety z wielkich miast. Również młode kobiety z wielkich miast są statystycznie najlepiej wykształcone, więc ta korelacja nie powinna dziwić. Niestety, hipsterami spod Planu B nie wygrywa się wyborów.
Zrywy są możliwe. Tyle, że nie są trwałe. Palikot, Razem, Nowoczesna, Kukiz, być może Biedroń, który podzieli ten sam los. Sprawa inaczej ma się tylko z narodowcami, którzy stanowią ideologicznych kontynuatorów LPR (które przecież też nie wzięło się znikąd) i mają wsparcie potężnej instytucji, jaką jest kościół. Bynajmniej nie jest to kwestia szukania w tym jakichkolwiek ogólnych prawideł, tylko racjonalne przeanalizowanie ostatnich 30 lat polskiej sceny politycznej.

Sztuka przetrwania i jej brak

Próby zinstytucjonalizowania mikrolewicy w Polsce nie powiodła się, mimo, iż w ostatnich 3,5 roku mikrolewica miała zasoby, którymi nigdy wcześniej nie dysponowała. Pół miliona głosów w 2015 to był wypadek przy pracy, efekt świeżości i Adriana Zandberga w TVP. Taki wypadek się drugi raz nie powtórzy. Trochę mi jednak szkoda, że dla takich ludzi jak Adrian Zandberg nie ma miejsca w polityce (a myślę, że znalazłoby się dla niego biorące miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej do Sejmu, jeśli takowa powstanie), bo choć polityk z niego marny, to wniósłby merytoryczny powiew świeżości do obrad parlamentu. W polityce najważniejsze jest przetrwanie. Sztuka, której ortodoksyjna lewica nieparlamentarna ewidentnie nie potrafi. Trochę więcej realizmu, kochani. Już po wyborach samorządowych Razem powinno było się samorozwiązać. Choć oczywiście poglądowo jest mi to najbliższe środowisko, to nieudolność hermetycznych, lewicowych kółek krytyki marksistowskiej – bo właściwie taką mam percepcję Razem, trudno nazwać mi to ugrupowanie partią polityczną, choć formalnie niewątpliwie nią jest – nie pozwala mi z czystym sumieniem zagłosować na ten ruch.
Budowanie lewicowego zaplecza od zera, w kraju przeoranym przez prawicową narrację historyczną – paradoksalnie ogranicza, a nie przybliża realizację lewicowej agendy. Zdeterminowanie walki politycznej przez zgromadzone przez rozmaite ruchy zasoby jest prawdziwe, docelowe i realne. Niepogodzenie się z tym faktem sprawia, że lewica marnuje w Polsce swoje zasoby. Niestety, Partia Razem – mówiąc o darmowych lekach – żadnego konfliktu nie wykreuje, nie spowoduje żadnej polaryzacji. Tym bardziej, że nie dysponuje żadnymi zasobami, poza grupą świetnie wykształconych znawców pism Wallersteina. Być może zatem członkowie Razem powinni raczej zajmować się pisaniem książek, może robieniem filmów na YouTube, ale nie zajmować się polityką. Niestety, ale inna polityka nie jest możliwa.
Są też i pozytywy. Nie ma ich zbyt dużo, ale są.
Dzięki brawurowej akcji Gwiazdowskiego, któremu dziwnym trafem zabrakło (serio? ktoś w to wierzy?) 400 głosów do rejestracji list w całym kraju – Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy nie weszła do PE. Z boku wygląda to tak, jakby Gwiazdowski był dogadany z PiS-em, bo gdyby zarejestrował listy w całym kraju, mógłby też urwać parę punktów procentowych partii Kaczyńskiego. A prezes na pewno by tego nie chciał.

Rewolucji nie będzie

Przedwojenny PPS i późniejsza „Solidarność” rodziły się w momentach kryzysu, wojny bądź stanu wojennego. Wszakże do klimatu wojny bardzo pasuje narracja o niechęci na pogodzenie się z „bezsilnością i odmową podjęcia walki”. Znamienne. Dlaczego? Ano dlatego, że lewica mogłaby w Polsce objąć władzę jedynie na dwa sposoby – albo niedemokratycznie, poprzez przewrót lub rewolucję, albo poprzez wojnę, która, tak jak w przypadku drugiej wojny światowej, zresetowałaby stan elit politycznych. Praktyczną aplikacją tej walki byłoby zatem przekształcenie ruchu typu Razem w uśpioną siatkę, czekającą na rewolucję. Tudzież rozpoczęcie aktywnych działań rewolucyjnych, w stricte marksistowskim sensie.
Niestety, nie ma w Polsce świadomości klasowej i polski elektorat nie ma lewicowych poglądów. Polityką rządzą super-sprofesjonalizowane, technokratyczne partie. Każdy, kto chce realizować się w działaniu na rzecz dobra społecznego, nieważne, czy poprzez akt głosowania, czy dążenie do aktywnej obecności w polityce i bycia wybieranym, powinien rozważyć, co zrobić, by te poglądy miały jak największą szansę realizacji i zastanowić się, na jakie kompromisy jest w stanie pójść. Niestety: jak się kto brzydzi, to niech nie zajmuje się polityką – zawsze można prowadzić kanał na YouTube i przekonywać innych do swojej wizji świata. Rewolucji nie będzie. Wojny – miejmy nadzieję – też nie. Choć tego ostatniego nigdy nie wiadomo.

Flaczki tygodnia

Największym przegranym tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego będzie polski kościół katolicki.

Kościół kat. przegrał już. Ale czekają go kolejne klęski, bo temat pedofilii zdominował końcówkę kampanii wyborczej.
Bo w roli obrońcy polskiego kościoła kat. wystąpili cyniczni aktywiści PiS.
Bo postanowili wykorzystać obronę kościoła do dodatkowej mobilizacji swego, najbardziej tradycyjnego, konserwatywnego elektoratu.

Bronili oni, zaskoczonego wybuchem społecznego gniewu kościoła, jak tylko oni potrafią. Zgodnie z wyznawaną w PiS zasadą, że najlepszą obroną przed stawianymi nam zarzutami, przed społeczną krytyką naszej działalności jest totalny medialny atak skierowany w krytykujących. Bezwzględnie zakłamany. Bo taki nasz „ciemny lud” lubi, taki kupi na pewno.

I dlatego w ciągu ostatnich dni paru obywatele naszego kraju mogli usłyszeć następujący przekaz.
Cóż z tego, że polski kościół katolicki zgrzeszył hodując i chroniąc pedofilii w swych szeregach, skoro inne środowiska są jeszcze gorsze. Zwłaszcza te popierające Koalicję Europejską.
Usłyszeliśmy, że problem pedofilii w kościele kat. to w skali kraju zwykły drobiazg, bo przecież najwięcej pedofilii odnotowanych jest nie w środowiskach kościelnych, tylko wśród murarzy i reżyserów filmowych. Największe bestie znajdziemy wśród znanych reżyserów.
Co tylko dowodzi propagowanej przez prominentów PiS tezy, że polscy artyści to wyjątkowe zgniłki moralne. I dlatego czas najwyższy ich szybko usunąć. Wymienić na nowych. Zdrowych moralnie patriotów, nie utrzymywać tych kosmopolitycznych, elitarnych pedofilii.

Związane z PiS narodowo – katolickie media szybko też ustaliły kto naprawdę winny jest tych ujawionych, licznych przypadków bezkarności księży pedofilów. Otóż winna jest „komuna”, paskudny PRL. To przecież w tamtym czasie zbrodniczy funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa masowo i przymusowo werbowali księży pedofilii. Czynili z nich poddaną sobie agenturę. I potem już tak zwerbowany ksiądz – pedofil był pedofilem bezkarnym, bo miał parasol bezpieczeństwa SB.

Dlatego trzeba jak najszybciej ukarać byłych funkcjonariuszy SB za kolejne zbrodnie wobec narodu polskiego. Najlepiej zbiorowo, bo czas ucieka.

Winnymi bezkarności księży – pedofilii są oczywiście też elity obecnej Koalicji Obywatelskiej, bo nie przeprowadziły one zapowiadanej dekomunizacji. To one bagatelizowały zbrodnie pedofilskie aby przypodobać się środowiskom artystycznym i innym nadzwyczajnym kastom.
Ale jeśli tylko PiS utrzyma po wyborach posiadaną już władzę to wszyscy winni będą surowo ukarani. Bez patrzenia na wcześniejsze zasługi, bez przedawnienia. Nawet pośmiertnie.

Intelektualiści PiS odkryli też kolejnych winnych tej bulwersującej bezkarności polskich księży – pedofilii.
Są to liczni, ukryci w księżowskich sutannach, księża homoseksualiści. Wielka mafia LGBT, która podstępnie zakorzeniła się w polskim kościele katolickim. Zwana przez żarliwych, katoliccy publicystów, jak Tomasz Terlikowski, czy ksiądz Tadeusz Isakiewicz – Zalewski, „Lawendową mafią”.
Nie trudno zgadnąć, że homoseksualna mafia, w opinii narodowo – katolickich publicystów, też była agenturą SB i też była przez „komunę” przez lata chroniona.
Teraz, w obliczu tych pedofilskich skandali, kościół kat. ma już odwagę głośno mówić o swym homoseksualnym lobby. I oczyścić się moralnie.

W czasie burzliwych, nie zawsze w pełni kontrolowanych debat o kościelnej pedofilii, pojawiają się coraz głośniej opinie, że gdyby wszyscy funkcjonariusze polskiego kościoła kat, szczególnie ci wysokiego szczebla, byli heteroseksualnymi facetami, twardzielami zwłaszcza, to żaden pedofil w polskim kościele kat. długo by nie pożył.
Bo dostał by zdrowy, męski wycisk. Podobny do tego, jaki osadzonym pedofilom gotują przestępcy odsiadujący z nimi więzienne wyroki.
Tak to okazuje się, że chyba już tylko w polskich więzieniach ocalał, tak mocno teraz postulowany przez elity PiS, męski system wartości, taki narodowo – katolicki styl obcowania z pedofilami.

Do tej pory to polski kościół kat. brał pod swą obronę prześladowane lub powszechnie krytykowane formacje polityczne.
To kościół kat. wystawiał świadectwa moralności i polskiego patriotyzmu krajowym politykom.
Poparcie funkcjonariuszy kościoła kat. gwarantowało w czasie wyborów przynajmniej kilkanaście punktów procentowych oddanych przez wiernych głosów. Czasem tylko kilka procent zyskanych na takim poparciu decydowało o zwycięstwie wyborczym.
To sprawiało, że liderzy prawicowych i centrowych ugrupowań zawsze w czasie wyborów zabiegali o poparcie hierarchii polskiego kościoła kat.
A wielu lokalnych liderów SLD modliło się o neutralność swych miejscowych hierarchów w czasie niedzielnych mszy w dniu wyborów.

W tym roku po raz pierwszy w historii III RP większość konkurencyjnych komitetów wyborczych nie zabiega publicznie o łaskę, o błogosławieństwo polityczne hierarchów polskiego kościoła kat.
Coraz więcej buduje swoje kampanie wyborcze na antyklerykalnych postulatach.

W tym europejskich wyborach po raz pierwszy też partia pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, deklarując „Sojusz tronu i kropidła”, występuje z pozycji silniejszego sojusznika.
To nie hierarchia kościelna broni PiS przed publicznymi oskarżeniami, to pan prezes jawi się jako pierwszy obrońca upadłej reputacji hierarchii i jej kościoła.
Po raz pierwszy to hierarchia kościelna pada na kolana przed autorytetem panem prezesem.

Pan prezes Kaczyński dowiódł już, że on i jego partia potrafią skutecznie przejąć parlament, Trybunał Konstytucyjny, resorty siłowe, służby prokuratorskie, spółki skarbu państwa, media publiczne.
Teraz pan prezes prywatyzuje politycznie, zawłaszcza kościół katolicki. Broniąc go przed zarzutami o tuszowanie przestępstw zwasalizuje go. To on czyni go sobie podanym.

Jeśli nadal sprzyjające PiS media będą trąbiły o masowym zjawisku księży – agentów, o księżach – pedofilach i „Lawendowej mafii”, o innych moralnych zgniliznach polskiego kościoła kat., to któż o zdrowym rozumie i zdrowej moralności zechce być tam zbawianym?

Obecny sojusz PiS i hierarchów polskiego kościoła kat. to gwarancja rychłego upadku tego kościoła. To koniec kościoła powszechnego.