Ja jestem desperat!

Profesor ma 81 lat. Oczy profesora mają tyle samo, ale wyglądają na 25. Błyszczą. Spotykamy się w wigilię polskiego początku pandemii koronowirusa. Na pasku jednego z kanałów biegnie informacja o tym, że premier zamyka szkoły na 2 tygodnie. Dziś już każde dziecko wie, że przerwa w nauce potrwa co najmniej do połowy kwietnia. W parę dni bezpieczny świat który znaliśmy przepadł i nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci. A my dwaj, ja i profesor, trochę jak orkiestra na Tytaniku. O tym, o owym, bardziej o dawnym niż bieżącym. Bez pośpiechu i lęku. Dzwoniłem wczoraj do profesora. Ma się dobrze. Choć pozostaje w grupie ryzyka, nie zamierza poddać się chorobie bez walki. Ciągle nad czymś pracuje, coś opiniuje, snuje plany. Z Pawłem Bożykiem rozmawia Jarek Ważny.

Widzi Pan co się dzieje? Zamykają szkoły, wczoraj zakazali imprez masowych. Kultura i nauka schodzą do podziemi.
No niestety. Dla rządzących kultura i nauka to zawsze był jeden szajs. Nikt się z ich zdaniem nie liczył. Jak będą podskakiwać, to im trochę przykręcimy śrubę i po sprawie. Niektórych nie będziemy publikować…a co Pan tam ma na talerzu (rozmawiamy w kawiarni, kelnerka podała właśnie kawę i tosty)?
To keczup zwykły chyba…no tak. Chce Pan spróbować?
Nie, akurat niedawno wstałem od stołu, po śniadaniu.
Szczęściarz z Pana…
Akurat dziś mogłem pospać dłużej, bo wczoraj do późna czytałem. Doradcy prezydenta Dudy ds. Unii Europejskiej stworzyli taki materiał i wczoraj, późnym wieczorem, wysłali mi to mejlem dodając: profesorze, to jest tylko parę stron. Niestety te parę stron, to 120 kartek maszynopisu, zadrukowanych drobnych maczkiem jak cholera. Poza tym ten zespół który to pisał, mocno sili się na naukę, albo raczej na „naukawość”, więc przeczytałem 2/3, ale zachciało mi spać, i dzisiaj będę musiał doczytać resztę, ale to mordęga straszna…
A Pan to opiniuje w charakterze czy normalnie?
Oni wiedzą, że jak im coś powiem, to tak uważam, że nie mówię tego „pod władzę”.
Ale to są kwestie gospodarcze, ekonomiczne?
Głównie ekonomia, tak. Ale tu się towarzystwo zastanawia, czy Polska ma szanse do 2050 roku usamodzielnić się energetycznie. Czy jest taka szansa. Ja uważam że nie ma takiej szansy. Ktoś z nich wpadł na pomysł, że my się gazowo uniezależnimy od Ruskich. Rozbudowywać gazoporty, od Amerykanów z tych łupków, ale to nigdy nie będzie alternatywa dla Rosji. Oni są monopolistą i mają w ręku niesamowitą broń.
No właśnie, to czemu nie możemy się z nimi dogadać?
Ja to już mówię od dawna, ale ciągle walę głową w mur. Trzeba się z Ruskimi dogadać. Przecież my nie mamy z nimi żadnych konfliktów. Że samolot jest w Rosji, że zamach? To nie może stać na przeszkodzie, bo tracimy ekonomicznie na tym.
Swoją drogą, to zadziwiające, że administracja prezydencka zgłasza się do Pana po prośbie. Jakoś nie widzę punktu stycznego między prezydentem Dudą a Edwardem Gierkiem i jego głównym doradcą.
Zgłaszają się do mnie, bo ja dobrze znam Jarosława Kaczyńskiego. Znałem dobrze Lecha Kaczyńskiego. Obu braci spotkałem jesienią 1980 roku w Gdańsku. Miałem tam wykład na temat czy Polsce grozi kryzys gospodarczy. To organizowała Solidarność gdańska. Przyszło bardzo dużo ludzi. Miało się zacząć o 19, zaczęło się o 21 a skończyło o 1 w nocy. Super była w ogóle debata i atmosfera. Byli na niej obaj bracia. I później nie miałem z nimi wiele wspólnego. Aż do wyborów prezydenckich w 2005 roku. W przeddzień pierwszej tury zadzwonił do mnie dyrektor Opery Warszawskiej, Janusz Pietkiewicz, z którym przyjaźniliśmy się i zapytał: słuchaj, czy dziś nie spotkałbyś się z Lechem Kaczyńskim? Zorganizował u siebie takie spotkanie. Wiesz, mówi Pietkiewicz, dobrze by było, żebyś tego człowieka poznał. Twoje nazwisko on zna, oni wszyscy zresztą doskonale je znają. Przyjdź o drugiej, będzie moja żona, podejmiemy cię dobrą kawą, a po kwadransie przyjdzie Lech z żoną i pogadamy sobie o różnych rzeczach…
Brzmi cokolwiek zagadkowo…
Ale dla mnie bardzo interesująco, bo ja byłem przecież spoza tego establishmentu. No i rzeczywiście było tak, jak się umówiliśmy. Przyszedł Lech z Marią. Ona zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Niezwykle ciepła, ujmująca osoba. Rozmowa z nią była dla mnie prawdziwą przyjemnością. A sam akt rozmowy naszej też był dość ciekawy; oni mi zadawali pytania, głównie ona, a w trakcie tej naszej konwersacji dzwonił do Lecha Jarek, pamiętam siedem razy dzwonił; o czym oni rozmawiali to nie wiem, bo Lech szedł wtedy na drugą stronę salonu, przytykał komórkę ręką i coś tam szeptali. Potem wracał i wracaliśmy do tematu; głównie ich interesowały moje osobiste sprawy; losy mojego ojca na Sybirze, mojej matki, lata wojny, UPA, relacji rodzinnych, takie rzeczy. Ja im to wszystko opowiadałem, oni słuchali w skupienia, Maria Kaczyńska, to pamiętam miała łzy w oczach, jak te koleje losu moich bliskich im referowałem. Rozmowa trwała 2,5 godziny. Chwilę później Lech został prezydentem. Ja kontaktu już nie odnawiałem, wymieniliśmy się telefonami, ale nigdy już żeśmy się nie spotkali. Za to 3 albo 4 lata temu zadzwoniła do mnie sekretarka Jarosława…
Legendarna pani Basia!
Tak jest, pani Basia, ta sama! I mówi do mnie: zatęsknił za panem Jarosław Kaczyński…
Doprawdy, nie wiem czy zazdrościć czy jednak…
Ale proszę posłuchać dalej. Pani Basia, w imieniu prezesa, zaprasza mnie do niego na Nowogrodzką, na spotkanie. Tylko jak będę się wybierał, to ma prośbę, żebym zabrał ze sobą trzy egzemplarze mojej książki swojej „Hanka, miłość, polityka”, bo wtedy akurat to wyszło. I jedną książkę proszę zadedykować dla prezesa, drugą dla mnie, mówi pani Basia, a trzecią dla córki Lecha-Marty. Więc spełniłem te prośby i poszedłem. Jak już tam wchodziłem do sekretariatu, to Jarosław wyszedł z gabinetu, rozanielony, zaprosił mnie do środka i mówi: pragnąłem się od dawna z panem zobaczyć, bo Leszek i jego żona nie ustawali w komplementach pod pana adresem. Pan podobnież poprowadził tą Waszą rozmowę tak, że oni do śmierci niemal ją wspominali. No ja podziękowałem i tak żeśmy od tych uprzejmości przechodzili na kolejne tematy, a kiedy wchodziłem do Jarosława, to pani Basia mnie poprosiła, żebym był nie dłużej jak 0,5 godziny, bo w kolejce jest zapisana delegacja Solidarności, 20 chłopa, a ona mam tu tylko dwa krzesła w poczekalni. Po godzinie, pani Basia zajrzała dyskretnie do środka, na co Jarek przytaknął, że pamięta i że już kończymy. W drugiej części tej naszej pogawędki, mówiliśmy o tym, jaką polski rząd powinien prowadzić politykę wobec Rosji. Jarosław mnie pytał, jako człowieka, który Rosję zna i rozumie, a ja mu odpowiadałem to, co już mówiłem wcześniej: musi się Pan z nimi dogadać. Nie ma innej drogi. I on słuchał, a później prowadził kompletnie odwrotną politykę, niż ja wtedy mu mówiłem. W każdym razie rozmowa znacznie przekroczyła wyznaczony wstępnie czas. Nie byłem niezadowolony, bo rozmowa była nad wyraz interesująca.
I o czym Panowie tyle czasu rozmawiali, oprócz polityki wobec Rosji?
A różnie. I o sprawach prywatnych i o dużej i małej polityce. Wspominaliśmy stare czasy. Jarosława ciekawiło np. jaki był Gierek; ja mu wtedy zdradziłem, jak kiedyś, u Gierka w sekretariacie, przy świadkach mu powiedziałem, że jak będzie dalej słuchał Kani, Jaruzelskiego i innych, to go stąd wyrzucą na zbity pysk. Jarosław, pamiętam, bardzo się tym zainteresował i mówi do mnie: o, to widzę że z pana jest ostry zawodnik. A ja jestem z natury desperat; wtedy, u Gierka, myślałem, że naprawdę mnie wyrzucą za tą pyskówkę, ale po dwóch dniach Gierek mnie wezwał i zaproponował, żebyśmy wspólnie pojechali do robotników, do Poznania, to był 79 rok. Pamiętam, że dolecieliśmy do Poznania samolotem, na lotnisku przesiedliśmy się do takiego dużego wieloosobowego mercedesa, a tuż za bramą lotniska czekała na nas „przypadkowo” napotkana grupa młodzieży socjalistycznej, wznosząca spontanicznie hasła na cześć towarzysza Gierka…
Czytałem kiedyś, że jak Gierek podejmował po mundialu reprezentację Polski Kazimierza Górskiego, i pod gmachem KC tłum wiwatował na cześć piłkarzy, I sekretarz miał się był zwrócić do premiera Jaroszewicza: słyszycie towarzyszu premierze, jak naród nas kocha?
(śmiech) Tak, to by było do Gierka podobne.
Ale on tak na serio?
Nie sądzę, on nie był idiotą, wiedział, jak się sprawy mają naprawdę. Ale co mu tam w głowie siedziało, to nie wiem…
3 marca zmarł Stanisław Kania, ostatni żyjący I sekretarz. Wybiera się Pan na pogrzeb?
Nie, nie uważam, żebym był tam potrzebny, to by było dwuznaczne…
Jakie relacje was łączyły? Rozmawialiście w ogóle? W końcu to właśnie On zatopił Gierka i w konsekwencji, także Pana.
Normalnie rozmawialiśmy. On mnie bardzo często zapraszał na obiady do siebie. Ja oczywiście wcześniej informowałem Gierka o tym, że Stanisław Kania mnie zaprasza, a Gierek nie miał nic przeciwko. Tak samo do Jaruzelskiego, też chodziłem, jak zapraszał…
Sąsiadami Panowie byliście.
No tak, ulica w ulicę mieszkaliśmy na Mokotowie. Ale wtedy chodziłem oficjalnie do niego, do Ministerstwa Obrony. I na początku było poprawnie, ale później nasze stosunki się zepsuły.
Słyszałem, że nie chciał Panu wydać paszportu, tak?
No tak mnie załatwił. Miałem jechać w połowie lat 80. na jednego z dyrektorów do UNESCO, do Paryża. Byłem wtedy z nominacji sekretarza generalnego ONZ członkiem senatu Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych, i znałem tą całą czołówkę, gdyśmy się w Tokio spotykali, bo tam była siedziba. I tam poznałem szefa UNESCO, który mnie do pracy zaprosił, bośmy się polubili. Trzeba było załatwić paszport dyplomatyczny. Niestety, generał się nie zgodził, no i ostatecznie do Paryża nie pojechałem. A same wcześniejsze spotkania z Jaruzelskim to były czysto merytoryczne; ja mu po prostu wykładałem ekonomię, on pamiętam, wszystko zapisywał. Miał dziesiątki pytań, przygotowywał się do tych rozmów.
To czym mu Pan podpadł, że nie wydał Panu tego paszportu?
Samym faktem, że współpracowałem z Gierkiem. On był zazdrosny bardzo.
Lubi Pan filmy?
Lubię, ale do kina nie chadzam za często…
„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego Pan widział?
Widziałem, nie podobał mi się.
Dlaczego?
Bo uważam że jest nieprawdziwy. Z niego wynika, że oni tam, na tym Wołyniu, to się generalnie kochali, żenili się między sobą, żyli w zgodzie do pewnego momentu, w którym wszystko na raz runęło. Jedni wyrżnęli drugich i nastała nienawiść.
Stosunki z Ukrainą można jakoś ucywilizować?
To wie Pan, musi minąć kilka pokoleń. Dla mnie są one na teraz nie do naprawienia. Nasze relacje między narodami są po prostu głęboko patologiczne; od czasów polskiego na Ukrainie panowania. Kiedyś ukraińskie studentki na przerwie zapytały mnie, kogo ja bardziej poważam i lubię: Ukraińców czy Rosjan? Jeśli chodzi o Rosjan, to oni aresztowali mojego ojca, który już nigdy później do Polski nie wrócił, tylko dlatego że przed wojną był w polskim wojsku. A jeśli chodzi o Ukraińców, to oni zastrzelili mi matkę, bo była Polką. I więcej już żadnych podobnych pytań nie było.
A pańskim zdaniem przyciąganie Ukrainy do Zachodu to dobry kierunek w naszej polityce?
Dzisiaj to już jest bez znaczenia. To taki czyn charytatywny, za który nie będzie później zapłaty. Dziś Ukraina widzi, że Polska się bogaci, że pomoc Unii nam bardzo wiele dała.
Pomoc Unii? A nie reformy Balcerowicza na początku lat 90.?
Skąd. To było 20 procent tąpnięcia w dół, którego nie odrobimy nigdy.
Plan Balcerowicza to 20 lat zastoju?
Oczywiście.
A była wtedy alternatywa dla reform Balcerowicza?
Lepsza np. była tzw. metoda czeska. Przecież oni niczego nie stracili, spokojnie się odbili. A myśmy to robili krwawiąc. Cały pomysł był błędny. Sachs przecież wyparł się wszystkiego, mówiąc, że to był jego życiowy błąd.
To czemu Balcerowicz się na to złapał?
Bo…on – moim zdaniem – pewnych rzeczy zwyczajnie nie chciał pojąć.
A jak Pan dziś, kiedy choroba świat pożera, patrzy na rynki, na gospodarkę, to jest się czego bać?
Nie mogę powiedzieć, że nie, bo byłbym nieuczciwy wobec siebie, ale nie mogę też mówić, że zaraz wydarzy się tragedia i należy wołać zmiłowania, bo jeszcze do tego daleko.
Rozwarstwienie ekonomiczne i społeczne świata Pana nie martwi?
Oczywiście że tak, ale niewiele można z nim zrobić przy tym światowym porządku.
A nie będzie tak, że niedługo 90 procent biednych rzuci się do gardeł 10 procentom bogatych i wyrżnie ich jak Jakub Szela panów w Galicji?
Nie. Bogaci mają w swoich rękach zbyt wielką siłę. Poza tym człowiek ma naturalne skłonności do asekuranctwa. Boi się stracić i zaryzykować tym, co już ma. Istnieje oczywiście groźba przesilenia, i wtedy stary porządek może się zawalić, tak jak przed wielkimi konfliktami w historii świata.
A czy czasem nie stoimy u progu takiego przesilenia już teraz? Zmiany klimatyczne, pandemia…
Obecne zmiany klimatyczne to wydumany problem. Amerykanie w ogóle się tym nie przejmują. Według prezydenta Trumpa, takie ocieplenie klimatu tysiąc lat temu miało miejsce i nic z tego nie wyniknęło dla planety. To są pewne ciągi; plamy na słońcu powtarzają się i giną. W skali wszechświata to powtarzający się proces.
To komu potrzebna ta histeria z którą mamy teraz do czynienia? Kto na niej zarabia?
Są określone grupy, które rzeczywiście na niej zarabiają.
Spekulanci giełdowi?
Nie, to za mali gracze.
Koncerny, globalne marki?
Częściowo koncerny, grupy ludzi, częściowo poszczególne kraje. Na razie nie sposób tego nazwać.
Konflikt światowy między USA a Chinami nie wydaje się Panu realny?
Jeśli by do niego doszło, to Chiny mają mniejszy potencjał atomowy, a liczyć potrafią. A w sytuacji zagrożenia hegemonii USA i otwartego konfliktu, trudno dziś sobie wyobrazić, że nie ruszymy atomu. Poza tym większość konfliktów jest moim zdaniem nieplanowana, nieprzewidywalna.
Czy mamy dziś w Polsce na tyle światłych polityków, którzy potrafią antycypować to, co się będzie działo w świecie?
Trudne pytanie. Polska jest w dziedzinie polityki dosyć ułomnym krajem, przez wzgląd na ludzkie charaktery. Polska ani nie jest dobrym słuchaczem, ani nie jest dobrym projektorem. Tym, czym żyje polska ulica albo co piszą nasze gazety, nie należy się za bardzo przejmować. Co jakiś czas, raz na 100 tysięcy wielkich wydarzeń Polak czymś zabłyśnie i tyle.
To co zrobić, żeby zabłysnął raz na 50 tysięcy? Dawać więcej na naukę?
To na pewno też, ale czy to zmieni nasz charakter? My raczej czekamy na to, żeby coś nam spadło z nieba, a taki Chińczyk sam do tego nieba sięga i czegoś w nim szuka.

Bigos tygodniowy

Czy ktoś może mi to wytłumaczyć? Do sklepu czy na pocztę nie może wejść na raz więcej niż jedna osoba, a w kościele może przebywać jednocześnie 50 osób, które śpiewają i wygłaszają dziwne zdania, czyli rozprzestrzeniają wokół siebie ślinę w aerozolu. Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Jak się ma radykalny alert podtrzymywany przez rząd w związku z epidemią, jak się mają wszelkie wezwania ministra zdrowia i innych urzędników państwowych do zachowywania maksymalnych środków ostrożności, jak się ma zamknięcie szkół, wyższych uczelni, sądów, instytucji kultury, lokali gastronomicznych, supermarketów, zakładów usługowych, jak się ma wymóg wchodzenia pojedynczo do urzędów pocztowych i to do ściśle oznaczonej linii, do studiów telewizyjnych i radiowych, gdy odwołano mistrzostwa Europy w piłce nożnej, festiwal filmowy w Cannes i być może odwołana zostanie olimpiada w Japonii, etcetera, etcetera, etcetera, jak się ma praktyka licznych kwarantann, jak się ma wezwanie do nieprzychodzenia bez szczególnie uzasadnionej potrzeby do placówek służby zdrowia, jak się mają nieprzeliczone praktyki mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się epidemii, w tym między innymi zalecanie maksymalnie możliwego unikania bezpośrednich kontaktów, łącznie z unikaniem wspólnych spacerów – do trwania PiS przy przeprowadzeniu wyborów 10 maja? Jak się ten upór ma do definicji ewentualnego zagrożenia epidemiologicznego wypowiedzianej przed kamerą Polsat News przez dyrektora Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, która sprowadza się do sytuacji, w której co najmniej dwie osoby pracują w jednym pomieszczeniu przez co najmniej 15 minut? Jak się w końcu ma do tego osobisty apel Adriana do seniorów, by szczególnie chronili się przed zakażeniem – jak się to, do jasnej cholery, ma do uporczywego trwania władzy przy zachowaniu majowego terminu wyborów prezydenckich? Jojo Brudziński oficjalnie ogłosił zebranie 2 milionów podpisów pod kandydaturą Adriana. A przecież przeprowadzenie wyborów oznacza: konieczność zorganizowania tysięcy komisji wyborczych, czyli przebywania w jednym pomieszczeniu kilkorga osób przez wiele godzin, wzmożony, lawinowy ruch osobowy, w znaczącym stopniu osób starszych, zmierzający (pieszo lub środkami miejskiej komunikacji) do lokali wyborczych (dodatkowo dochodzi czynnik tempa przebiegu wyborów – jeśli głosujący będą wchodzili pojedynczo do lokali, to jak czas wyborów może zamknąć się w obrębie niedzieli?). Czy to nie będzie delikt kryminalny ze strony władzy, która w ten sposób narazi miliony ludzi na wzmożone ryzyko zakażenia, a więc zagrożenia zdrowia i życia? Czy to nie będzie delikt poważniejszy i bardziej karygodny niż łamanie Konstytucji, w którym to przypadku przynajmniej nie miało miejsca bezpośrednie narażenie ludzi na utratę zdrowia lub śmierć? Nawiasem: kilkuset lekarzy francuskich złożył pozew sądowy przeciw premierowi i minister zdrowia za przyzwolenie na wybory, co naraziło ludzi na śmierć. O tym, że de facto nikt, poza Adrianem, nie ma możliwości prowadzenia kampanii wyborczej już nawet nie wspomnę.

„W maju będziemy żyli w warunkach pandemii. Tylko wariat albo zbrodniarz mógłby proponować ludziom pójście do lokali wyborczych” – powiedział Donald Tusk. Z tej definicji wynika, że Kaczor, który kilka dni temu twardo opowiedział się za przeprowadzeniem wyborów 10 maja jest „wariatem lub zbrodniarzem”. Nie sprzeciwiam się tej opinii. Wystarczy poczytać relacje ze scen na lotniskach polskich, głównie Okęcia, w trakcie akcji „powrót do domu” obywateli polskich zza granicy. To co się działo na tych lotniskach i granicach zresztą też, nie było walką z wirusem, ale wspomaganiem go w intensywnych rozprzestrzenieniu się. I to przy zastosowaniu tzw. „procedur”. N.p. setki ludzi tłoczyły się w hali lotnisk, a inne setki przybywających na przejście w Zgorzelcu podpisywało oświadczenie o poddaniu się kwarantannie jednym podsuwanym im „służbowym” długopisem. Koronawirus mógł wesoło i żwawo przebiegać po tym długopisie z dłoni na dłoń. Nawiasem mówiąc, czyżby Prezesa, który poinformował, że „był w kościele” dotknął wirus Dzięgi. Oby w nie najcięższej postaci popychającej do korzystania z życiodajnej wody święconej ile dusza zapragnie. Życiodajnej w sensie życia wiecznego rzecz jasna.

Jedna z moich ulubionych posłanek, Klaudia Jachira (jaka szkoda, ze nie jest w Lewicy, tylko w KO, która do niej pasuje jak pięść do nosa) zwróciła uwagę na to, że epidemia uśpiła, a może po części sparaliżowała opozycję. Istotnie. Opozycja jakby zapomniała o niedawnym skandalu, jakim było przyznanie dwóch miliardów szczujni TVPiS, dwóch miliardów, które bardzo by się przydały na walkę z epidemią, zwłaszcza przy kolosalnych brakach przypomnianych przez samą pisówkę, Krynicką Bernadettę z Łomży. Opozycja powinna o tym nie mówić, a wyrykiwać donośnym głosem. Tymczasem nawet o szykowaniu się reżymu do wyborów prezydenckich mówi tak niemrawo, jakby chodziło o sprawę drugorzędną. Tymczasem powinna przez megafony ryczeć, że sam pomysł przeprowadzenia w terminie wyborów prezydenckich to skandal i głupstwo. Pojawił się mem z Adrianem stojącym obok urny cmentarnej i „zapraszającym do urn”

Mecenas Michał Wawrykiewicz mówi bez ogródek: już teraz, nie po ewentualnych wyborach można składać pozwy sądowe o zagrożenie zdrowia i o zaniechanie wyborów w nadzwyczajnych warunkach epidemii. Organizowanie wyborów tych warunkach jest działaniem prowadzącym do zagrożenia życia wielu osób. Artykuł 165 kodeksu karnego przewiduje za takie działania „sprowadzające niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej” karę do ośmiu lat więzienia, a w przypadku zaistnienia kwalifikowanej postaci tego przestępstwa: gdy następstwem tego czynu jest śmierć lub ciężki uszczerbek na zdrowiu – kara do dwunastu lat więzienia. Ten artykuł powinien być zaadresowany do prezydenta, premiera, marszałka Sejmu. „Sprawstwo nastąpi, jeśli wybory fatycznie zostaną zorganizowane w maju” – stwierdza Wawrykiewicz. Co do Kaczyńskiego, to prawnik jest zdania, że ten „szeregowy poseł” może zostać pociągnięty do odpowiedzialności za „podżeganie czy pomocnictwo”. „Dlatego w mojej ocenie – kontynuuje adwokat – w razie przeforsowania tej szalonej, zapewne tragicznej w skutki, decyzji można będzie mówić o odpowiedzialności karnej zarówno jego, jak i wielu innych osób, które uczestniczą w planowaniu wyborów, ryzykując życie milionów obywateli” – konkluduje. Ale to w odległej zapewne przyszłości. Na dziś, osobiście odmawiam, już teraz, uczestnictwa delikcie kryminalnym ludzi władzy, czyli pójścia na wybory na warunkach Kaczora. Czy ten człowiek jest obłąkany?

PS. Kącik poetycki
Ryszard Grosset

POMYSŁ GENIUSZA

Jest pomysł, co się zdaje durny
by emerytów gnać do urny
i ani trochę się nie zrażać
tym,że panuje w krąg zaraza.
Lecz ,gdy się trochę zastanowić,
wtedy w rozumie człowiekowi
myśl świta – prezes jest geniuszem
co problem chce rozwiązać z ZUSem.
Emeryt pójdzie – krzyżyk „walnie”,
złapie wirusa – skończy marnie.
Tą drogą siostry i braciszki
ZUS się uwolni od zadyszki.
Ruszaj do urny emerycie
Aby za państwo oddać życie.

Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes Jarosław Kaczyński jest ponad prawem. Dlatego nie zmieni terminu wyborów prezydenckich. Nawet gdyby pan prezydent Duda miał wygrać je po trupach.

Oczywiście trupach tego gorszego sorta, bo dla siebie i elit PiS, jaśniepan prezes niebezpieczeństwa nie widzi. Ma prawo czuć się bezpieczny. Jeśli zajdzie potrzeba to 10 maja dobrze wysterylizowana urna wyborcza przyjedzie do jaśniepana prezesa. Słudzy jaśnie pana zadbają o bezpieczeństwo.

Dlatego jaśnie pana prezesa nie obchodzą prawne aspekty i procedury opisane w Kodeksie Wyborczym.
Nie interesuje go co będzie jeśli nie uda się na czas sformować składów Komisji Wyborczych? Jeśli nie będzie chętnych do zasiadania w nich, a są to setki tysięcy ludzi? Czy wtedy przymusowo wyśle do nich aktywistów PiS, czy Wojska Obrony Terytorialnej?
Nie interesuje go jak i czy zagłosują osoby przebywające wtedy w kwarantannie? Warto przypomnieć, że Kodeks Wyborczy daje prawo glosowania korespondencyjnego jedyne osobom niepełnosprawnym.
W jaki sposób będą mogli głosować obywatele polscy przebywający za granicą?
Ani ile osób nie będzie mogło oddać w maju swój głos. Ilu uzna to za powód do kwestionowania legalności wyborów?
No i ilu, nawet tych, którym udał się oddać swój głos, uzna, że wybrany w taki sposób pan prezydent Duda nie ma mandatu do prawowania swego urzędu?

Jaśnie pan prezes Kaczyński dodatkowo kpi sobie z „ciemnego ludu” głosząc w mediach, że to pan prezydent Duda najbardziej traci na ograniczeniach w prowadzeniu kampanii wyborczej.
Ale wedle ekspertów w lutym 2020 roku wszystkie stacje TVP SA poświęciły 73,5 minuty na prezentowanie kampanii wyborczej pana prezydenta Dudy.
Na kampanię kandydata lewicy Roberta Biedronia zużyto 44 sekundy. Pokazano ją jedynie w TVP3. Może któryś z redaktorów pomylił się i wyemitował informację o Biedroniu?

Nieco lepiej byli prezentowani inni opozycyjni kandydaci. W lutym w TVP info kampanii Małgorzaty Kidawy – Błońskiej poświęcono 18 minut 5 sekund, a Władysława Kosiniaka – Kamysza – 9 minut 23 sekundy.W obu przypadkach prezentowano ich bardzo krytycznie.
Dobrze za to w tym czasie w TVP info pokazywano kampanię wyborczą pana prezydenta Dudy. Przez 47 minut i40 sekund.
Tak wyliczyli eksperci Wirtualnemedia.pl.

Już nie musi Rosja zwracać wraku prezydenckiego Tupolewa. Nie musi też przyznawać do zaaranżowania wybuchu w rządowym samolocie lecącym do Smoleńska. Teraz przedstawiciele narodowo – katolickiej Polski, która pięć lat temu ponoć ”wstała z kolan”, pokornie proszą władze rosyjskie o pozwolenie na wjazd do Smoleńska. Bo jaśnie pan prezes zechciał pojechać tam 10 kwietnia.
Raz jeszcze okazuje się, ze polska racja stanu, polska polityka zagraniczna uwarunkowana jest fobiami, humorami i zachciankami jaśnie pana.

Jeszcze kilka miesięcy temu prominenci PiS byli przekonani, że jaśnie pan prezes nie chce pojechać do Smoleńska. Bo wraży Rosjanie nie oddali wraku samolotu. Nie przyznali się do zbrodni smoleńskiej. Byli przekonani, że dziesiątego kwietnia 2020 roku jaśniepan prezes pojedzie na Wawel aby w krypcie katedralnej modlić się przy grobie brata.
Jednak ktoś albo coś sprawiło, że jaśnie pan prezes zmienił zdanie. No i pan premier ma kłopot. Co ma zrobić, żeby Rosjanie otworzyli granicę zamkniętą na czas zarazy? Jak ograniczyć skład polskiej delegacji by sprostać przyjętymi na czas zarazy ograniczeniom? Bo chętnych jest wielu, coraz więcej. Lizusostwo w PiS jest ponad strachem przed zarazą.

Rząd jaśnie pana prezesa Kaczyńskiego walczy z zarazą w prowizorycznych warunkach. Bo latem 2017 roku wyeksmitował swoje Centrum Bezpieczeństwa z budynku kancelarii premiera. Bo jego miejsce upatrzyło sobie biuro koordynatora spec służb pana ministra Mariusza Kamińskiego. Chcieli mieć pana premiera na oku, to stracili Centrum Bespieczeństwa.

„Drogi polski rządzie! Estonia zawsze uważała Polskę za wielkiego przyjaciela. Maria, żona Johana Laidonera, szefa przedwojennej armii estońskiej, była Polką. W 1939 r. pozwoliliśmy uciec z Tallina polskiemu okrętowi podwodnemu „Orzeł”. Teraz prosimy o umożliwienie obywatelom estońskim powrotu do domu przez Polskę bez ograniczeń. Chcielibyśmy móc na was liczyć – teraz i w przyszłości”. Tak napisała największa estońska gazeta „Postimees”, bo zamykając granice Polski rząd polski uniemożliwił powrót do domu tysiącom Estończyków, Litwinów i Łotyszy. Uwięził ich na granicy polskiej.
Elity PiS nieraz obiecywały nam, ze stworzą wielki blok państw Trójmorza pod polskim przewodem. Teraz widzimy jak w praktyce wygląda polskie przewodnictwo. Estoński minister spraw zagranicznych poinformował władze NATO i USA, że polski bałagan uderza w sprawność i wiarygodność NATO.

Byli świadomi zagrożenia, ale nic nie zrobili, tak uważa grupa francuskich lekarzy. Oskarżają oni premiera Eduorda Philippe’a i byłą minister zdrowia Agnes. Chcą, aby za przeprowadzenie samorządowych wyborów podczas epidemii koronawirusa politycy ci stanęli przed Trybunałem Stanu.

PS. Kącik poezji.
Ryszard Grosset

„DETERMINACJA

Człowiek niejedno w życiu zapewne podźwignie,
lecz dzisiaj się poczułem jak pijak w malignie
kiedy prezes – synonim powszechnej destrukcji,
rzekł w radiu, że dziś musi bronić Konstytucji.
Zmartwiałem ….. lecz natychmiast wszystko się wydało
Jaki „stan nadzwyczajny” ??? toż nic się nie stało.
Prezes prze do wyborów, wcale go nie zraża
dziesiątkująca grono wyborców zaraza.
Polak, bez względu na to czy zdrowy czy chory
nawet z respiratorem ma iść na wybory
i choć mu do wieczora dożyć się nie uda
stygnącą dłonią wstawić krzyżyk w kratce „DUDA”.”

Zapraszamy do komentowania Flaczków i Kącika na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/

Flaczki tygodnia

Czy będą przesunięte wybory prezydenckie?
Na to pytanie dzisiaj mógłby odpowiedzieć jedynie pan prezes Jarosław Kaczyński.
Ale on milczy jakby był zarażony i poddany kwarantannie.

Milczy, bo stworzył w Polsce system sprawowania władzy bardzo wygodny dla siebie. Oto pan prezes rządzi, często autorytarnie podejmuje najważniejsze dla państwa polskiego decyzje, ale nie ponosi za to żadnej osobistej odpowiedzialności.

Kosztami rządzenia i odpowiedzialnością dzielą się podwładni pana prezesa. Oni też przynoszą nam ostatnio wszystkie złe informacje.
Bo od przynoszenia dobrych, a zwłaszcza tych najlepszych wiadomości, jest w Polsce pan prezes Jarosław Kaczyński.

Dlatego teraz pan prezes tak wymownie milczy.

Wybory prezydenckie powinny być przesunięte, bo kampania wyborcza została faktycznie zawieszona. Kandydaci z opozycji przestali organizować wiece i publiczne spotkania wyborcze. Opozycja nie ma przecież do swej dyspozycji administracji państwowej, która mogłaby dokonać wcześniejszych dezynfekcji miejsc przeznaczonych do spotkań wyborczych.
Opozycja nie ma też tak wielkiego zaplecza finansowego jak obecnie rządzące Polską elity PiS. Dlatego ogłoszona przez rząd kwarantanna społeczeństwa, to też kwarantanna polityczna. Ale dotyczy ona przede wszystkim kandydatów opozycji, w mniejszym stopniu sztabu pana prezydenta Dudy

Pan prezydent Duda deklaruje, że zawiesił kampanię wyborczą, jednak fakty przeczą jego deklaracjom.
W ubiegłym tygodniu pan prezydent wziął udział w naradzie w Zachodniopomorskim Urzędzie Wojewódzkim. Dotyczyła ona podjętych i planowanych działań w związku z walką z koronawirusem. Następnie pan prezydent odwiedził punkt kontroli sanitarnej na granicy w Kołbaskowie. Stamtąd pojechał do Ciechanowa na spotkanie w siedzibie Banku Żywności w Ciechanowie aby walczyć z wykupem mąki i ryżu. Potem był w Krakowie i rozmawiał z wojewodą małopolskim oraz szefami służb ratowniczych, porządkowych i sanitarnych. Na temat przygotowania województwa do walki z wirusem. Potem spotkał się z przedstawicielami banków i innych instytucji finansowych i apelował o ulgi dla kredytobiorców. Spotkał się też z Głównym Inspektorem Sanitarnym i władzami organizacji harcerskich. Tematem była walka z zarazą.
Wszystkie te spotkania były propagowane przede wszystkim przez TVP i Polskie Radio, a także inne media.
Wtem sposób powstawało wrażenie, że pomimo śmiertelnego zagrożenia dzielny pan prezydent Duda intensywnie pracował, podczas gdy pozostali kandydaci tchórzliwie zawiesili swe kampanie i schowali się w bezpiecznych kryjówkach.

Pan prezydent Duda nie musi prowadzić kampanii wyborczej podczas publicznych wieców, wystarczy mu silna kampania w narodowo- katolickich mediach oraz obecność w programach i rubrykach informacyjnych pozostałych mediów.
Kandydaci opozycji mogą liczyć jedynie na komercyjne media. Ale tam pierwszeństwo mają informacje związane z zarazą.

Trudno znaleźć w polskich mediach informacje o rozpoczętych, wielkich manewrach wojskowych NATO pod kryptonimem „DEFENDER- Europe 2020”.
„Obecność znaczących sił armii USA w Polsce jest dla nas bardzo dobrym
znakiem. Oznacza bezpieczeństwo” powiedział pan prezydent Andrzej Duda, który spotkał się ostatnio też z polskimi i amerykańskimi żołnierzami uczestniczącymi w tych ćwiczeniach.
Nie poinformował obywateli naszego państwa jakie podjęto działania aby kilkadziesiąt tysięcy zagranicznych żołnierzy przemieszczających się po Polsce nie mogło przemieszczać również koronowirusa. Okazuje się, że wojsko NATO nie podlega narzuconym Polakom rygorom i kwarantannom.

Wybory prezydenckie zostaną przez pana prezesa Kaczyńskiego przełożone jeśli pan prezes uzna, że trzeba wymienić kandydata elit PiS. Zamienić pana prezydenta Dudę na nowszy model.
Pan prezydent podpadł panu prezesowi, kiedy próbował szantażować go. Kiedy postawił przed panem prezesem alternatywę: Albo dymisja pana prezesa Kurskiego, albo mój podpis pod ustawą 10 000 000 000 złotych + dla TVP SA.
Ale pan prezes Kaczyński ograł pana prezydenta Dudę jak szczeniaka. Cóż z tego, że formalnie zdymisjonował pana prezesa Kurskiego, skoro nie odsunął go od kierowania pro rządową TVP SA. Pokazał takim działaniem, że pan prezydent Duda jest jedynie podwykonawcą decyzji podjętych w kwaterze na Nowogrodzkiej.

Zaraza koronowirusa zapewne nie spowoduje znacznego, śmiertelnego spustoszenia wśród Polaków. Spustoszy za to polską i światową gospodarkę. Może okazać się śmiertelną dla wielu polskich firm. Zwłaszcza średnich i małych, nie posiadających finansowych poduszek bezpieczeństwa. Może spustoszyć też finansowo zatrudnionych na „umowach śmieciowych”, bo oni mogą z dania na dzień stracić źródła swego zarobkowania. Oni też nie dostaną zasiłków z ZUS. A grono „śmieciówek”, wraz z rodzinami, przekracza w Polsce ponad 2 miliony ludzi.

Ekonomiczne skutki zarazy obywatele naszego kraju zaczną odczuwać najwcześniej za dwa miesiące. Dlatego w interesie elit PiS jest terminowe przeprowadzenie wyborców prezydenckich. Nawet za cenę niskiej frekwencji wyborczej i niekompletnych składów komisji wyborczych.

Zapraszam do komentowania na: https://www.facebook.com/trybuna.net/

A na deser, cytat do przemyślenia w czasie wielkiej kwarantanny:
„Polska Ludowa w formie politycznej była tworem narzuconym, ale w swojej treści społecznej oczekiwanym przez większość Polaków, który też brali udział w jej budowaniu.”
Andrzej Mencwel „Pytanie o „Klasę dla siebie””. Zdanie nr 3/4.2019.

Anatomia upadku i tworzenie legendy

W polskiej historii ostatnich trzydziestu lat niespełna półroczny okres rządu Jana Olszewskiego (grudzień 1991-czerwiec 1992) stanowi krótki, ale bardzo ważny epizod. Jego znaczenie podnosi to, że w narracji obecnego obozu władzy okres ten jawi się jako jedyny jasny punkt na tle źle ocenianych lat poprzedzających dojście do władzy Prawa i Sprawiedliwości. Ta narracja rodzi zrozumiałą psychologicznie tendencję do nazbyt nawet negatywnego oceniania tego epizodu przez ugrupowania wobec PiS opozycyjne. Na tym tle wydana ostatnio monografia Artura Kłusa („Bohater naszych czasów: Premier Jan Olszewski”, Warszawa 2019: Fundacja Instytut Edukacji Pro Futuro, stron 825) stanowi pozycję ważną i z kilku powodów godną uwagi.

Autor jest młodym socjologiem i politologiem z pokolenia, dla którego lata rządu Jana Olszewskiego stanowią historię odległą, nie objętą własnymi doświadczeniami. To jest zarazem zaletą i wadą. Zaletą, gdyż pozwala autorowi patrzeć na opisywany okres z dystansu, na jaki mnie na przykład byłoby trudno się zdobyć, a wadą, gdyż skazuje autora na to, że omawiane sprawy widzieć będzie głównie oczyma innych.
Książka oparta jest na bardzo solidnej pracy badawczej, którą autor podjął już w 2007 roku (gdy jeszcze był studentem) i kontynuował do śmierci bohatera tej pracy, a nawet nieco dłużej. Warsztat badawczy autora jest bardziej socjologiczny niż historyczny: chociaż wykorzystuje materiały archiwalne, jego podstawowym źródłem są wywiady.
Przeprowadził je z 71 osobami, głównie, ale nie wyłącznie, spośród osób czynnych politycznie i należących do całego wachlarza orientacji politycznych. Jako jeden z tych, z którymi autor przeprowadził wywiady, mogę potwierdzić, że czynił to z wielką wnikliwością i z uderzającym obiektywizmem. Obok rozmów ze świadkami wydarzeń autor przeprowadził kilkanaście (osobistych lub telefonicznych) rozmów z Janem Olszewskim. Rozmowy te w wielkim stopniu ukierunkowały jego sposób patrzenia na omawiany okres, co powoduje dość wyraźną fascynację osobą byłego premiera i w znacznym stopniu skłonność do patrzenia na opisywaną historię jego oczyma.
Monografia Artura Kłusa nie jest biografią Jana Olszewskiego, gdyż w zasadzie zamyka się w krótkim okresie powstawania i funkcjonowania kierowanego przez niego rządu.
Czytelnik niewiele więc dowie się z tej pracy o bardzo ważnym i ciekawym okresie, gdy Jan Olszewski był znanym obrońcą w procesach działaczy opozycji demokratycznej a także jednym z najważniejszych doradców „Solidarności”. Ta ostatnia rola warta jest szczególnego odnotowania, gdyż w tym okresie (tak przed wprowadzeniem stanu wojennego, jak i później) Jan Olszewski (podobnie jak kilku innych doradców, w tym Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek) był rzecznikiem umiaru, w czym różnił się od coraz bardziej radykalnego kierunku, w jakim szedł robotniczy aktyw „Solidarności”. W kontekście późniejszych podziałów w obozie dawnej opozycji demokratycznej jest to sprawa ciekawa i godna pogłębionej analizy.
Krótkie trwanie rządu Olszewskiego było wynikiem tych właśnie podziałów i wynikającej z nich struktury Sejmu I kadencji (1991-1993).
W Sejmie tym – wskutek przyjęcia skrajnie proporcjonalnej ordynacji (bez progów minimalnych) – znaleźli się posłowie wybrani z 29 list, w tym aż jedenastu z nich to jedyni posłowie z danej listy. Najliczniejszy klub (Unii Demokratycznej) liczył zaledwie 62 posłów, a ponad trzydziestu posłanek i posłów liczyło jeszcze sześć klubów: SLD (60), Wyborcza Akcja Katolicka (49), PSL (48), KPN (47) Porozumienie Obywatelskie Centrum (45), Kongres Liberalno-Demokratyczny (37). Poza tymi klubami było jeszcze 12 małych ugrupowań oraz wspomniana plejada pojedynczych posłów, nie należących do żadnego klubu lub koła. Tak bardzo rozproszony Sejm musiał mieć trudności z wyłonieniem stabilnej większości.
Nie była to jednak jedyna przyczyna trudności. Gdyby obóz dawnej opozycji demokratycznej pozostawał w miarę zjednoczony, byłby w stanie zapewnić koalicyjnemu rządowi trwałą większość.
Tak jednak nie było z dwóch powodów. Pierwszym był podział dawnej opozycji wynikający ze stosunku do porozumień okrągłego stołu. Jak bardzo wyraźnie ukazuje autor, koalicja, na której oparty był rząd Jana Olszewskiego, składała się z ugrupowań niechętnych tym porozumieniom i dążącym do ich przekreślenia. To niejako automatycznie oznaczało starcie z Unią Demokratyczną i jej sojusznikami z Kongresu Liberalno-Demokratycznego.
Ponieważ zaś obie strony tego konfliktu wykluczały współpracę z SLD, pojawił się układ bardzo zrównoważonych sił, gdzie o powstaniu i utrzymaniu większości decydowała postawa dwóch ugrupowań (KPN i PSL), które do koalicji nie wchodziły, ale z którymi prowadziła ona pewną grę taktyczną. Bardzo interesujące jest to, co autor pisze o powtarzających się rozbieżnościach między Janem Olszewskim i Jarosławem Kaczyńskim w sprawie stosunku do Unii Demokratycznej. Nieprzejednanemu stanowisku zajmowanemu w tej sprawie przez premiera Kaczyński przeciwstawiał racjonalną taktykę zakładającą rozszerzenie rządu o Unię Demokratyczną, co – rzecz prosta – stępiłoby ideologiczne ostrze rządu, ale zapewne uchroniłoby go przed upadkiem.
Taki układ sił sejmowych nie był jednak jedynym powodem trudności, z jakimi spotkał się rząd Jana Olszewskiego. Obok tego był jeszcze coraz ostrzejszy konflikt z prezydentem Wałęsą. Prezydent nie miał powodów do zadowolenia z wyników wyborów sejmowych.
W nowym Sejmie nie miał swojej partii politycznej, a – co najważniejsze – ugrupowania, z którymi wiązał nadzieje (Unia Demokratyczna i Kongres Liberalno-Demokratyczny) były zbyt słabe, by mogły rządzić – przynajmniej do czasu, gdy kryzys rządu Olszewskiego spowodował korzystne dla prezydenta przegrupowanie sił. Ważnym elementem ówczesnej sytuacji był gorący konflikt między Lechem Wałęsą a Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi, których prezydent usunął ze swej kancelarii w 1990 roku. Sprawie tej autor nie poświęca dostatecznie wiele uwagi (choć o niej wielokrotnie wspomina), więc czytelnikowi pozostaje sięgnięcie do innych źródeł, by zrozumieć, co się wówczas zdarzyło i dlaczego. Nie ulega jednak wątpliwości, że ten odziedziczony przez premiera Olszewskiego konflikt stawiał go (i jego rząd) w bardzo trudnej sytuacji.
Opisując dzieje stopniowej agonii rządu Olszewskiego autor przychyla się do opinii samego premiera i kilku jego bliskich współpracowników, że upadek ten był przesądzony już w drugiej połowie maja 1992 roku, co miało wynikać z nakładania się dwóch wielkich sporów: wokół cywilnej kontroli nad wojskiem i wokół traktatu z Rosją dotyczącego warunków wyjścia z Polski wojsk rosyjskich. Silnie akcentując te sprawy autor utrzymuje, że sprawa lustracji nie była przyczyną upadku rządu Olszewskiego, a jedynie okolicznością, która upadek ten przyśpieszyła. Nie tak to pamiętam.
Będąc wtedy posłem byłem świadom narastającego konfliktu miedzy rządem i prezydentem, ale aż do początku czerwca nie miałem poczucia, że upadek rządu jest nieuchronny. Zapewne nie był. Gdyby nie uchwała lustracyjna a zwłaszcza ujawnienie materiałów obciążających tak znanych polityków prawicy jak Wiesław Chrzanowski, Leszek Moczulski i sam Lech Wałęsa, rząd miałby wciąż szanse obronić się w Sejmie przed opozycją. Szansę tę stracił, gdy przeciw niemu stanęły także KPN i PSL – w obu wypadkach w dużej mierze pod wpływem oburzenia na zarzuty stawiane ich działaczom.

Sprawie lustracji poświęca autor wiele uwagi, ale wydaje mi się, że nie do końca rozumie, w czym tkwiła istota problemu. Przede wszystkim kilkakrotnie pisze o lustracji i „dekomunizacji”, jakby była to ta sama sprawa.
W istocie szło o dwie różne kwestie: ujawnienie współpracy ze służbami specjalnymi z jednej i zakaz pełnienia funkcji politycznych z powodu politycznej przeszłości z drugiej strony. Ten drugi pomysł (potocznie nazywany „dekomunizacją”) w oczywisty sposób dotyka konstytucyjnie zagwarantowanego prawa wszystkich obywateli do równego udziału w życiu politycznym, co może w państwie praworządnym być ograniczone tylko prawomocnym wyrokiem sądowym.
W Sejmie pierwszej kadencji złożono (już po upadku rządu Olszewskiego) w sumie sześć projektów ustaw, z których cztery zakładały nie tylko lustrację (czyli ujawnienie współpracy ze służbami specjalnymi w okresie PRL), ale także „dekomunizację”, czyli mniej lub dalej idący zakaz pełnienia funkcji publicznych przez ludzi dawnego systemu. Były to projekty ustaw zgłoszone przez Senat, ZChN, Solidarność i Porozumienie Centrum.
Sondaże opinii publicznej jednoznacznie wskazywały, że o ile lustracja miała poparcie społeczne, to „dekomunizacja” poparcia takiego nie miała. Niejasność w sprawie rozróżnienia tych dwóch kwestii nie jest winą samego tylko autora.
To w retoryce rządu Olszewskiego (w tym w jego głośnym ostatnim przemówieniu w roli premiera) wybijało się pytanie „czyja ma być Polska”, przez co rozumiało się nie tylko lustrację, lecz właśnie „dekomunizację”. Późniejsze wydarzenia, w tym imponujące zwycięstwa wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 i w 2000 roku, pokazują, że większości obywateli polityczna przeszłość działaczy lewicy nie przeszkadzała w udzielaniu im poparcia.
Nawiasem mówić również sprawa lustracji nie wygląda tak prosto, jak to się wydaje jej zwolennikom. Wadą podstawową lustracji jest to, że jednakowo traktuje wszelkie formy współpracy ze służbami specjalnymi: tak samo donoszenie, jak udzielanie pomocy polskiemu wywiadowi. Późniejsze wydarzenia polityczne pokazały, że w ocenach społecznych jest tu wyraźna różnica . W wyborach prezydenckich 2000 roku drugie (po Aleksandrze Kwaśniewskim) miejsce zajął Andrzej Olechowski, który ujawnił swą dawną współpracę z wywiadem gospodarczym PRL. Nie przeszkodziło mu to w uzyskaniu dobrego wyniku i pokonaniu między innymi szefa „Solidarności” Mariana Krzaklewskiego.
Autor powołując się na rozmowy z Janem Olszewskim i Antonim Macierewiczem dowodzi, że rząd przygotowywał ustawę lustracyjną i był niemile zaskoczony uchwaleniem przez Sejm (na wniosek posła Janusza Korwin-Mikke) uchwały zobowiązującej ministra spraw wewnętrznych do ujawnienia nazwisk byłych „agentów”. Sugeruje nawet, że za tą uchwałą mogły stać siły rządowi nieżyczliwe.
To nie wydaje mi się przekonujące, gdyż gdyby tak było, trudno byłoby zrozumieć, dlaczego w Sejmie uchwała ta przeszła głosami posłów koalicji rządowej i dlaczego, o czym autor pisze, politycy tego obozu tak spieszyli do Sejmu na głosowanie w tej sprawie. Myślę, że jest to dorabianie wytłumaczenia do oczywistego błędu, jakim z punktu widzenia ówczesnego rządu było pospieszne i niestaranne wprowadzenie tej sprawy na forum publiczne.
Sprawa lustracji była przysłowiowym „gwoździem do trumny” rządu Olszewskiego. Nie tylko zmobilizowała przeciw niemu prezydenta i całą opozycję sejmową, ale także pozbawiła go poparcia KPN, bez czego rząd nie mógł się utrzymać. W tym sensie dopiero sprawa lustracji uczyniła upadek rządu nieuchronnym.
Upadek ten stał się, co autor bardzo dobrze pokazuje, punktem wyjścia dla budowania jego legendy, jako pierwszego rządu prawdziwie „niepodległościowego”.
Dla socjologa jest to bardzo ciekawy przykład tworzenia legendy na podstawie tego, co w istocie było polityczną przegraną. Rząd Olszewskiego nie miał specjalnie wyróżniających się sukcesów, co nie dziwi gdy bierze się pod uwagę krótki okres jego trwania. Zaznaczył swoją rolę nieprzejednanie wrogim stanowiskiem wobec okresu PRL i ludzi z tym okresem związanym, a także zdecydowanym odrzucaniem współpracy ze zwolennikami kompromisu okrągłego stołu.
To czyni go ”bohaterem naszych czasów” w oczach obecnego obozu władzy i do pewnego stopnia równoważy fakt, że to dzisiejsza opozycja ma prawo za swych bohaterów uważać ludzi, którzy odegrali znacznie większą rolę przed i w 1989 roku. Legenda Jana Olszewskiego jest więc swego rodzaju mitem zastępczym mającym równoważyć pamięć o Jacku Kuroniu, Bronisławie Geremku, Tadeuszu Mazowieckim i innych – żyjących lub zmarłych – ludziach dawnej „Solidarności”.
Właśnie jako studium narodzin legendy książka Artura Kłusa jest szczególnie interesująca. Nie trzeba być zwolennikiem tej legendy, by doceniać jej wielką rolę w politycznej narracji obecnego obozu władzy.

Bigos tygodniowy

Dziś bigos na pozór uboższy w składniki. Jednak tylko na pozór, bo sprawa przekazania dwóch miliardów na propagandę PiS w mediach rządowych zamiast na leczenie chorych na nowotwory jest tak bogata w ingrediencje, jak mało który bigos. Poza tym wiąże się z nią najważniejsze pytanie: czy wpłynie ona na wynik wyborów prezydenckie, a konkretnie na możliwość reelekcji Adriana. A zatem ad rem, czyli do bigosu.
Moment ogłoszenia przez Adriana decyzji o podpisaniu ustawy przekazującej blisko dwa miliardy (de facto kilka razy więcej, bo w skali kilku lat) na partyjną propagandę PiS pod szyldem mediów publicznych był (jest) jednym z najdziwniejszych, a przy tym także nieco zagadkowych momentów politycznych ostatnich lat. Zarówno co do treści, jak i co do formy. Zacznijmy od formy. Najbardziej zaskakujące było to, że po raz pierwszy Adrian ogłosił swoją decyzję nie sam, lecz w asyście premiera oraz dwóch funkcjonariuszy aparatu medialnego, przewodniczącego Rady Mediów Narodowych Czabańskiego i przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Kołodziejskiego. Tak jakby chciał zdjąć z siebie część ciężaru personalnej odpowiedzialności i rozłożyć ją na „kolegów”. To typowe dla jego „zajęczej odwagi”, ale spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia. Do tego komunikował swoją „decyzję” bez charakterystycznej dla siebie pozy, mającej zwiastować tandetną odmianę „nietzscheańskiej woli mocy”. Nie grzmiał, nie wrzeszczał, nie dudnił, nie nadymał się jak balon, ale mówił głosem cichym i raczej „skruszonym”, znamionującym człowieka upokorzonego.
Czyżby zdawał sobie sprawę, że ta decyzja grozi mu radykalnym ograniczeniem szansy na reelekcję? Dlaczego zatem podpisał ustawę przekazującą miliardy „mediom publicznym”? Bo wykonał rozkaz Kaczora, który – co bardzo prawdopodobne – postawił mu ultimatum: albo podpisujesz, albo TVP do minimum ograniczy propagandę na rzecz twojego wyboru. Wskazuje już na to okoliczność, na którą zwrócił uwagę politolog, dr Robert Sobiech, w wywiadzie opublikowanym także na łamach minionego, weekendowego wydania „Dziennika Trybuna”: zignorowanie przez poniedziałkowe „Wiadomości” TVP z 2 marca ofensywnej inicjatywy Dudy o zwołaniu dodatkowego posiedzenia Sejmu w związku z zagrożeniem korona-wirusem.
Miał być bohaterem poniedziałkowego show, a zrobiono z niego postać marginalną. W moim odczuciu przekaz Kaczora do Adriana był następujący: dla nas utrzymanie mediów jest ważniejsze od twojej wygranej, bo ona jest dalece niepewna, a rządząc przez kolejne trzy i pół roku, co raczej mamy zagwarantowane, musimy mieć w ręku TVP i Polskie Radio. Do tego doszedł czynnik czysto polityczny. Kaczor uznał, że podjęcie decyzji zgodnie z wezwaniami opozycji oznacza groźbę „rozmagnesowania” jego obozu Była to zatem pod adresem Adriana tzw. propozycja nie do odrzucenia. W jednoczesne zgodzie Kaczora na dymisję Kurskiego Jacka upatruję jego drobne ustępstwo, „nagrodę pocieszenia”, na „otarcie łez” dla Dudy, który „Kury” nienawidzi nie od wczoraj. W końcu „Kura” nie jest nie do zastąpienia.
Po niepewnej przemowie Adriana, przypominającej uczniaka próbującego, nie za bardzo do rzeczy, usprawiedliwić przewinienie przed nauczycielem, przemówił Morawiecki, ten również nie bardzo do rzeczy. Do tego złego wrażenia swoje dołożyli: mamroczący niewyraźnie jakieś podziękowania Kołodziejski, jak chłop pańszczyźniany dziękujący za łaskę dziedzicowi na dożynkach, oraz Czabański, ogłaszający publicznie „egzekucję” na „Kurze”. Robiło to wrażenie koszmarnego widowiska i do tego rozmijało się z elementarnym sensem i logiką – narracja, że media PiS są wspaniałe, potrzebne, a zasługi Kurskiego w tym dziele wielkie, nijak się miała do decyzji o jego odwołaniu.
Wobec wyboru: pieniądze na propagandę czy na ratowanie chorych nawet większość wyborców PiS (według badania: 67 procent) opowiedziała się za wyborem tego drugiego. A przecież walka toczy się nie o 67 procent wyborców PiS, lecz o tych kilka procent wyborców „warunkowych”, które rozstrzygną wynik wyborów prezydenckich. Ciekawe, że nie pojawił się projekt rozwiązania, które mogło być „salomonowe” (podzielenie dwóch miliardów między onkologię i media, „fifty fifty”, to byłoby bardziej strawne dla opinii publicznej). Co się tak naprawdę stało w sobotę 6 marca 2020 roku? Dlaczego Adrian zdecydował się zachować jak leming? Dlaczego właśnie w tej sytuacji wybrał totalne posłuszeństwo, choć przecież jednak – w końcu – MÓGŁ postąpić inaczej. Dlaczego Kaczor wybrał rozwiązanie aż tak bardzo ryzykowne, hazardowe, zagranie vabank? Dlaczego na skali od 1 do 10 wskazano – w najlepszym razie – 0,5 (zero i pół)? Dlaczego na dziewięć tygodni przed wyborami odwołano szefa najważniejszego ośrodka propagandy władzy, skoro to zwłaszcza w tym momencie robi wrażenie posunięcia defensywnego, panicznego? Na dokładkę wyskoczenie przez władzę, następnego dnia, z nagle znalezionymi trzema miliardami na leczenie, jest w tej sytuacji wręcz krzycząco niewiarygodnym zabiegiem propagandowym.
Bez palca Lichockiej być może w ogóle nie było by afery o dwa miliardy, a jeśli sweet, to nieporównywalnie mniejsza. Dodatkowym czynnikiem okazał się wyjątkowo słaby, uległy charakter Adriana. Gdyby się postawił, nadałby inny kierunek biegowi zdarzeń, pomieszał szyki Kaczorowi a propaganda PiS w końcu i tak, w gorszych czy lepszych warunkach musiałaby działać na rzecz jego elekcji.
W każdym razie cały przebieg operacji „miliardy na propagandę” nie wygląda na spójny i dobrze zorganizowany. Przeciwnie, sprawia wrażenie działania w panice, w pośpiechu, z użyciem rozregulowanej busoli.

Przy całej koronnej wadze sprawy, o której było powyżej, nie można zlekceważyć tego, o czym dalej. Ostrzeżenie jest bowiem niezbędne i PKP powinny wywiesić je w pociągach. Grasuje w nich bowiem odmiana koronawirusa, niejaki Tarczyński Dominik, ktory agresywnie zaczepia ludzi. Należy zachować szczególną czujność, bo może ugryźć, a wtedy grozi seria bolesnych zastrzyków.

Jedną z cech nowomodnej epoki w polityce, epoki dominacji memów, znaków graficznych i ich przerostu nad treścią jest to, że można polec (politycznie i moralnie) n.p. od jednorazowego pokazania środowego palca (Lichocka Joanna) albo od ugryzienia człowieka (Turczynowicz-Kieryłło Jolanta). Nawiasem mówiąc: efektowna pani mecenas-gryzoń jakby zniknęła na amen, natomiast większą szansę na wejście do historii Polski ma Lichosia, bo pojawiły się pierwsze billboardy z jej przesławną palcówką. Szkoda, że nie można za jednym zamachem polec od memłania językiem w debilowato otwartej gębie (geniusz z Żoliborza) ani od przekraczania dozwolonego poziomu decybeli poprzez wydzieranie się na wiecach jak stare, zetlałe kalesony i robienie głupich min (Adrian).

3 marca 2020 zmarł w wieku 93 lat (ur. 1927) Stanisław Kania, I sekretarz KC PZPR w latach 1980-1981.

Flaczki tygodnia

Ten nocny podpis pana prezydenta znowu potwierdził, że żyjemy w systemie prawa i sprawiedliwości gangsterskiej.

Jeszcze tydzień temu słyszeliśmy z tysięcy ust prominentów PiS, przesłany im przez pana prezesa, przekaz:
„Pan prezes Jacek Kurski robi najlepszą telewizję w III i IV RP”.
Jedna gorąca negocjacyjnie noc, i stary, schorowany polityczny capo di tutti capi musiał ustąpić. Rzucić swego ulubionego cyngla na pożarcie.
Tylko czy rzeczywiście pan prezes Kaczyński zrobił z pana prezesa Kurskiego jedynie kozła ofiarnego ?

Pan prezydent Duda podpisał jednak podsuniętą mu przez PiS ustawę. W efekcie jednego podpisu do roku 2024 media zwane publicznymi, czyli TVP i Polskie Radio, będą corocznie otrzymywać przynajmniej 1,95 miliarda złotych. Czyli około 10 miliardów przez najbliższe lata.
To oznacza, że niezależnie od efektów działalności TVP i Polskiego Radia w przyszłości, polscy podatnicy, czyli my wszyscy, będą składać się na media tylko jednej partii. Zwącej się cynicznie „Prawo i Sprawiedliwość”.

Pan prezes Jacek Kurski wpadł w tryby odwoływania go ze stanowiska. Ale jeszcze nie spasował. Najpierw przebiegle napisał list otwarty do pana prezydenta Dudy, informując, że oddaje się do jego dyspozycji. Chociaż zgodnie z prawem w Polsce obowiązującym, lecz nie przestrzeganym przez elity „Prawa i Sprawiedliwości, to nie prezydent RP odwołuje prezesa TVP.
Ale tamten list nie był adresowany do pana prezydenta Dudy, tylko do licznych zwolenników pana prezesa Kurskiego w elitach „PiS”. Informował ich, że oto zły prezydent ugiął się i postanowił sprzedać pana prezesa, aby przypodobać się wyborcom z centrum politycznego. I dzięki ich głosom wygrać majowe wybory. Zostać kolejne pięć lat przy prezydenckim korycie.

Następnie pan Krzysztof Czabański, przewodniczący Rady Mediów Narodowych, rozpoczął nocne, korespondencyjne głosowanie w celu szybkiego odwołania pana prezesa Kurskiego. Uczynił to w iście gangsterskim stylu, łamiąc prawa i demokratyczne obyczaje.
Odwoływanemu Kurskiemu nie dano prawa do obrony przed Radą. Głosowano „korespondencyjnie”. Wynik wyborów podano jeszcze przed zakończeniem procedury głosowania, zanim wszyscy głosujący swe głosy oddali.
Ale elitom PiS wystarczyło, że pan przewodniczący Czabański i jeszcze dwójka posłów „PiS” zagłosowali tak jak im Partia kazała. Głosy pozostałych dwóch członków Rady były już nieistotne.

Pan Krzysztof Czabański to wyjątkowy parlamentarny nierób i człowiek o niskim poziomie intelektualnym.W 2015 roku został wybrany posłem na Sejm RP z listy „PiS”. Tego samego roku został sekretarzem stanu, czyli urzędnikiem w randzie ministra w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz pełnomocnikiem rządu ds. przygotowania reformy mediów publicznych. Następnego roku został wybrany z rekomendacji PiS przewodniczącym nowo powołanej Rady Mediów Narodowych. Instytucji niepotrzebnej, dublującej pracę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wtedy odwołano go z posady sekretarza stanu.
Pan poseł, przewodniczący Czabański otrzymał od kierownictwa „PiS” zadanie przygotowania ustawy wprowadzającej stabilne źródła finansowania mediów publicznych. Pomimo piastowania tylu płatnych funkcji, posiadania większości w Sejmie i Senacie i podpisującego ustawy pana prezydenta, pan przewodniczący Czabański przez cztery lata nie potrafił takiej ustawy przygotować. Choć miał gotowe wzorce krajowe i zagraniczne.
Cztery lata na koszt podatników wiódł sobie słodki żywot sejmowego nieroba i legislacyjnego nieudacznika.

Podobnie zachowywała się posiadaczka słynnego, fallusowatego palca, pani posłanka Joanna Lichocka. Też spędziła cztery lata poprzedniej kadencji w Sejmie RP i w Radzie Mediów Narodowych. Też żyła sobie dostatnio na koszt podatników. Też okazała się sejmowym nierobem i legislacyjnym nieudacznikiem. I na dodatek panią poseł publicznie gardzącą chorymi na raka w Polsce.

Pan prezes Kurski został korespondencyjnie odwołany. Ale nowego prezesa jeszcze, nawet korespondencyjnie, nie wybrano. Juliusz Braun, reprezentujący w Radzie Mediów Narodowych elity Platformy Obywatelskiej, zaproponował rozpisanie konkursu na nowego prezesa. Nie wiadomo czy większość z PiS ten wniosek zaakceptuje. Ale taki stan bezdecyzyjności sprawić może, że korespondencyjnie odwołany pan prezes Kurski może dalej być „pełniącym obowiązki” prezesem. Do czasu wyboru nowego.
Czy czas ten nastąpi jeszcze przed wyborem prezydenta RP? Wszystko w rękach pana prezesa Kaczyńskiego.

Pan prezes Jacek Kurski doprowadził telewizję publiczną do stanu ruiny programowej. Otrzymał za to sowite wynagrodzenie, łącznie ponad 1, 5 miliona złotych. Z kieszeni wszystkich podatników.
Za rujnowanie mediów publicznych zostanie zapewne jeszcze przez pana prezesa Kaczyńskiego dodatkowo nagrodzony. Dostanie posadę sędziego w Trybunale Konstytucyjnym, przewodnictwo w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, albo ambasadora RP przy Watykanie. Polityczny capo di tutti capi nie da skrzywdzić swego cyngla.
x/ Pan prezes Kurski odejdzie, ale problem mediów publicznych pozostanie. Nie spodziewajmy się, że program TVP zmieni się radykalnie.

W sporze o finansowanie mediów publicznych moralnym zwycięzcą jest Jacek Kurski. Postąpił honorowo, a TVP zostawia w formie o niebo lepszej niż ją zastał. Najlepszą recenzją jego sukcesu były ataki wrogów dobrej zmiany. A odwołała go Korespondencyjna Rada Mediów”, tak już ocenił go pan marszałek Ryszard Terlecki.

Umarł król życia.
Ludwik Stomma. Wybitny polski pisarz polityczny, antropolog kultury, publicysta, i kompan. Konfrontował polskie mity narodowe z prawdą historyczną. Wykazywał dobitnie, że jedne z drugą niewiele mają wspólnego.
Niech żyją jego książki.

Korona pana prezesa

Koniec z cmokaniem w rączki, panowie szlachta.

Koronoawirus staje się uczestnikiem naszej prezydenckiej kampanii wyborczej. Zaczęło się od publicznego pojedynku dwóch polityków najwyższej rangi. Najpierw Marszałek Senatu RP Grodzki zademonstrował w mediach jak należy poprawnie myć ręce aby nie złapać konroawirusa. I zaraz potem pan wicemarszałek Senatu RP Kurczewski, też lekarz, zaprezentował swój prawidłowy proces mycia.
I teraz już wiemy, że jeśli ktoś myjąc ręce naciska dozownik do mydła kciukiem, to najpewniej należy do opozycji. Jeśli używa do tego łokcia, to na pewno jest zwolennikiem partii pana prezesa Kaczyńskiego. Bo ludzie pana prezesa, znakomicie rozpychający się łokciami, oszczędzają swe paluchy do innych czynności. Używają ich, patrz kultowy paluch pani posłanki Lichockiej, do czynów szczególnych, zwykle gestów lekceważących frajerskich Polaków.
Pierwszy korona wirus zameldował się już w Polsce. Jego przybycie ogłoszono rankiem, zaraz po nocnej wizycie pana prezydenta Dudy u pana prezesa Kaczyńskiego. Co lud polski, zaopatrujący się na porannych bazarkach, zinterpretował szybko i jednoznacznie. Pan prezes wezwał swego prezydenta, by dać mu cynk o wirusie. I jednocześnie zezwolił aby informacja o pierwszym koronowirusie- Polaku dnia następnego poszła w świat.
Pan prezes Kaczyński wszystkie swoje panie cmoka w rączki na powitanie. Taki ma zeszłowieczny zwyczaj. Znam to, bo też czasem odruchowo cmokam. Taki to mój zwyczaj z rodzinnej, świętej Częstochowy.
Ale pan prezes cmoka po żoliborsku, inaczej niż ja. W Częstochowie każdy galantny kawaler najpierw pokornie schyla głowę do wyciągniętej, kobiecej rączki, a potem dopiero cmoook.
Pan prezes Kaczyński podaną mu dłoń ciągnie ku sobie, niczym rączkę składanego parasola, i cmoka do przyciągniętej. Wyprostowany jak struna, z głową jedynie lekko pochyloną. To oczywiste, bo pan prezes Kaczyński przed nikim głowy nie schyla.
Teraz nadchodzi koniec cmokania panie prezesie, panowie szlachta z PiS.
Wszyscy już przecież wiemy, że koronawirus rozpowszechnia się przez brudne ręce i ślinę.
Ręce + ślina = Koronawirus
Ręce zawsze można umyć. Cisnąć mydło kciukiem lub łokciem, zgodnie z wyznawanymi poglądami politycznymi. Ale śliny nie da się już umyć tak łatwo. Chyba, że zdezynfekujemy całe usta.
Jeśli wierzyć bezstronnym specjalistom japońskim, a nie ma powodów by podważać ich kompetencje, najlepszym płynem do dezynfekcji rąk w czasie zarazy koronowirusem jest polski spirytus.
A do dezynfekcji ust najlepiej używać polską wódkę. Pan prezes Kaczyński wódki zwykle nie pija, kiedyś ostro grzał winko, teraz tylko piwko, i to jedynie małe.
Dlatego jeśli pan prezes szybko nie oduczy się cmokania pań w rączki, to powinien uczestniczyć w kampanii wyborczej. Nie tylko dlatego, że każdym swym cmokiem może koronawirusy przenosić. Pan prezes dzieckiem już nie jest. Przeciwnie, należy do grona osób należących do najbardziej narażonych na skuteczne działanie tegoż wirusa.
Zatem wszystkie panie, i panowie politycy też. Ręce precz od pana prezesa Kaczyńskiego!
Nie całujcie go, nie proście go o pocałunki.
Kampania wyborcza to codzienne zgromadzenia ludzkich gromad. Masowe ściskanie rąk potencjalnych wyborców przez ręce kandydatów, pocałunki przesyłane przez fanki i fanów. Idealne warunki do rozprzestrzeniania się i rozmnażania koronowirusów.
Wiece i spotkania wyborcze ze swej istoty powinny być otwarte dla wszystkich. Bez względu na wyznawane poglądy polityczne. Czyli dla koronawirusów też. Przecież nie wprowadzimy kontroli czystości rąk dla uczestniczących w wiecach polityków. Ani czystości zgromadzonych tam zwolenników i przeciwników politycznych kandydata.
Podobnie nie stworzymy skutecznego systemu badania temperatury wiecowych polityków i ich fanów. Kampanie wyborcze mają swoje, specyficzne gorączki. Bez podwyższonej temperatury nie ma skutecznej kampanii.
Ale jak odróżnić gorączkę wywołaną koronowirusem od gorączki wywołanej wirusem nienawiści?
Wirusem antysemityzmu, ksenofobii, antykomunizmu, antyLGBT?
A teraz już
poważniej.
Jeśli koronawirus rozmnoży się w Polsce, to rzeczywiście trudno będzie prowadzić tradycyjną prezydencką kampanię wyborczą. Nie tylko dlatego, że wiece i zgromadzenia wyborcze będą zagrożeniem dla zdrowia wszystkich obywateli naszego kraju i świata. W atmosferze powszechnego zagrożenia bardzo łatwo będzie można zrywać konkurencyjne wiece i zgromadzenia wyborcze.
Wystarczą przecież telefony, anonimowe rzecz jasna, o obecności osób zarażonych wirusem na wiecu.
Wystarczą bojówki „kaszlących” wysłane na zgromadzenia konkurencyjnych kandydatów by zdezorganizować im kampanię.
Nie podejrzewam, że w tej kampanii pojawi się jakiś polski, fanatyczny „Almanzor”, który wzorem mickiewiczowskiego władcy Grenady uda się do wrogiego politycznie obozu i zarazi wirusem pretendenta do Prezydenckiego Pałacu.
Ale rzeczywiste, powszechne zagrożenie wirusem może doprowadzić do sytuacji, że zostaną ograniczone lub nawet zakazane publiczne wiece i zgromadzenia.
Wtedy kampanie wyborcze będą toczyć się przede wszystkim w mediach.
I wtedy faworyzowani będą ci kandydaci, którzy mają swoje rozbudowane medialne zaplecze. Ci, którzy swoją aktywność wyborczą przeniosą do popierających ich mediów. Czyli pan prezydnet Andrzej Duda przede wszystkim.
Kandydat lewicy Robert Biedroń będzie miał wówczas najgorzej. Będzie ofiarą choroby lewicowych liderów politycznych.
Choroby lekceważenia warunku posiadania własnych mediów dla prowadzenia skutecznej polityki w Polsce.

PS. Jeśli chcesz skomentować artykuł autora zapraszamy na stronę: https://www.facebook.com/trybuna.net/

Bigos tygodniowy

Zeszły tydzień rozpoczął się od sprawy Patrycji Koteckiej (głośna już kiedyś „Pati Koti”) żony Ziobra. Silna sugestia „GW”, że „Pati Koti” jest umoczona w związki ze światem przestępczym, w kontekście roli jej męża może się wydawać użyciem ostrej amunicji, ale pozostałe media jakoś dziwnie zareagowały milczeniem. Ale czym jest „Pati Koti” w porównaniu z tym, że wiele wskazuje na to, iż mąż „Pati Koti” nienależnie pobiera dodatek prokuratorski, choć prokuratorem nie jest, jako że rządowe stanowisko Prokuratora Generalnego nie ma nic wspólnego z funkcją prokuratora sensu stricte. A nawet, gdyby był prokuratorem, to jest posłem i nie może łączyć tych funkcji. Tak więc, na dobrą przyszłość, Ziobro odsłonięty jest w tej sprawie od przodu i o tyłu, poniżej pasa.

Odbyła się jedna z najbardziej obrzydliwych celebr prawolskich, doroczna celebra ku czci bandyckich oddziałów z lat powojennych. Ich ekstatycznej idealizacji, kretyńskiemu kultowi tępych bandziorów, tych wszystkich „Rojów”, morderców, gwałcicieli, rabusiów i podpalaczy, przy kompletnym pomijaniu w sferze publicznej dziesiątków prawdziwie ciekawych i wartościowych postaci z polskiej historii, to jest coś okropnego, to jest objaw totalnego zbydlęcenia.

Jednak najważniejsza jest sprawa koronawirusa. Trzy główne pożytki, jakie z niej wynoszę, są następujące. Po pierwsze, dowiedziałem się, że należy myć ręce. Po drugie, (ważne!) można brać komunię na rękę. Po trzecie, uwierzyłem w Najświętszą Panienkę, której minister zdrowia Szumowski zawierzył naród cały. Jestem więc święcie przekonany, że to ona sprawia, iż koronawirus omija Polskę.

Jędraszewski, za pan brat współżyjący z Najświętszą Panienką, przybył w niedzielę do Warszawy, na Gocławek, gdzie odprawił jakąś celebrę katolicką i mówił o działalności szatana. Prawił, że jawi się on – szatan – w różnych postaciach. Mówił tak sugestywnie, że sprawiło to wrażenie, iż rzeczywiście mógł coś zobaczyć. Czy gdy otwiera lodówkę, to też znajduje w niej szatana? Jeśli tak, to czy brał jakiś dobry towar, czy też może należałoby go przebadać psychiatrycznie?

Miał być Budapeszt, a zaczyna się Ankara w Warszawie. Represje w stosunku do sędziego Igora Tulei nie za przewinienie pospolite, ale za czynności związane z orzekaniem. Jednak ta sprawa ma jeszcze jeden, trudny dziś do wyobrażenia aspekt. Otóż doświadczenia, także historyczne pokazują, że raz uruchomiony mechanizm represji i prześladowań, musi się kręcić i to po części niezależnie od intencji inicjatorów jego powołania. Tak jak służby specjalne, tak wszelakie aparaty represji w pewnym momencie mają skłonność do urwania się z łańcucha i życia swoim życiem. I to może stać się w przyszłości źródłem problemów i zagrożeń, które są dziś trudne do wyobrażenia. Zwykłem to nazywać „syndromem thermidora”, który uważam za konstrukcję bardzo pojemną, uniwersalną i przydatną w analizach mechanizmów politycznych. Wtedy to, w pewnym momencie, rozhuśtany przez Robespierre’a terror wciągnął go w swoje tryby jak niezabezpieczona maszyna fabryczna. Robespierre wszedł do sali Konwentu jako potężny dyktator Francji, a po niecałej godzinie został z niej wyprowadzony jako aresztant. „Rewolucja jest jak Saturn, pożera własne dzieci” – powiedział kilka miesięcy wcześniej zdekapitowany przez niego Danton.

Jednak póki co, karuzela stanowisk kręci się w najlepsze. Niejaki Pogonowski, usunięty przez Kamińskiego Mariusza z kierownictwa Firmy, dostał dobrze płatną posadę w NBP. Panuje żelazna zasada, że pisior pracy za karę nie traci, on ją za karę najwyżej zmienia.

Wojewoda dolnośląski unieważnił uchwałę Rady Miasta Wałbrzycha, która zakazała używania w handlu plastikowych torebek. Z kolei wojewoda mazowiecki Radziwiłł unieważnił warszawską uchwałę krajobrazową ograniczającą dewastację estetyczną przestrzeni reklamami. PiS wie, że jego elektoratowi wszelakie zanieczyszczanie przestrzeni zwisa zwiędłym kalafiorem, a boi się narazić małemu i średniemu biznesowi, dla którego te niezbędne cywilizacyjnie uchwały są mocno kłopotliwe.

Po raz pierwszy i zapewne ostatni zgadzam się z Pawłowicz Krystyną, która, która projekt pomnika bitwy warszawskiej 1920 roku określiła słowami „Coś okropnego” i z Jakubowską Aleksandrą, niegdyś jedną z czołowych kobiet SLD, „lwicą lewicy”, dziś oficjalną już propagandystką w mediach propisowskich, która napisała, że to „ni pies ni wydra”. Nie byłem i nie jestem zwolennikiem wystawiania tego pomnika, ale jeśli już ma być, to nie w postaci tego skrzywionego słupa, jak skręcona sztaba, zdeformowana tak, jakby jakiś siłacz w typie Gustlika z Pancernych albo króla Augusta Mocnego chciał ją skręcić w kształt świdra. Ta mania urządzania przestrzeni miejskiej i pomników przy zastosowaniu estetyki rodem z „Ikei”, to jakaś chroniczna choroba poczucia elementarnego gustu. Co do mnie, to wolałby taki łuk triumfalny jak ten na placu Gwiazdy w Paryżu, którego zazdroszczę Francuzom. Rezerwowo, podsuwam pomysł zainstalowania, któregoś z małych łuków triumfalnych, z Jabłonnej pod Warszawą albo z parku Czartoryskich w Puławach.

Co do polskich polityków jako mówców, jako retorów, za najgorszego uważam Adriana, za najlepszego – Włodzimierza Czarzastego. Naprawdę! Nie bujam, nie kieruję się uprzedzeniem, sympatiami politycznymi, nie pochlebiam. Ocenę powierzam moim uszom i ich wrażliwości. Kiedy słucham Adriana, od razu uderza mnie jego podniesiony i podnoszący się w miarę przemawiania głos. Niby nie powinien być drażniący, bo jest dość niski, ale jest w nim coś silnie sztucznego, antypatycznego, agresywnego, z silną komponentą histerii wyczuwalną w alikwotach (najdrobniejsze cząstki akustyczne wymawianych głosek). Tyle co do tworzywa psycho-akustycznego jego przemówień. Co do treści, to mówi niby zbornie, sprawnie, bez kartki, poprawną polszczyzną, ale jest to nieznośne pustosłowie w stanie czystym. Natomiast Włodzimierz Czarzasty ma głos nieco ochrypły i używa mniej gładkiej składni frazeologicznej, ale jego przemówienia mają w sobie coś, co można nazwać autentyczną (pardon) „męską siłą” i sporo chropowatej, weredycznej szczerości. Nie ma w nich też nawet grama wdzięczenia się do słuchaczy. Ich cennym walorem jest wręcz reistyczna konkretność, będąca przeciwieństwem adrianowego pustosłowia.

Bigos tygodniowy

CBA weszła do Banasia, Banaś wszedł do Prokuratury Krajowej, czyli „złapał kozak tatarzyna, a tatarzyn za łeb trzyma”. Mówi się o „walce buldogów pod dywanem”, o porachunkach mafijnego typu (Pruszków, Wołomin) w obozie władzy. Tylko nie jest jasne o jakie frakcje tu chodzi i o co walczą. Z tej samej beczki jest aresztowanie na trzy miesiące innej niegdysiejszej „gwiazdy” PiS – „agenta Tomka”, czyli Tomasza K. Tu motyw represji jest dużo jaśniejszy – niegdysiejszy agent „do usług” zaczął nadawać na „Mario” Kamińskiego i jego Wąsika, więc się zemścili i przymknęli mu buźkę. Ale i tak TVN zdążył nagrać co potrzeba, więc Tomek będzie siedział, a jego wyznania będą szły z konserwy. Przy czym fakt, że podobno nawet szef CBA Bejda nie mógł zaakceptować metod tego duetu, nie z dobrego serca bynajmniej, ale z przezorną myślą o własnej skórze w przyszłości, wiele mówi.

Major Bartłomiej Turbiarz stanowczo zaprzeczył, jakoby zabójca Pawła Adamowicza Stefan W. oglądał w mamrze TVP Info, bo tej stacji akurat nawet nie było w pakiecie dostępnym w ZK w Malborku. Z tego ma wynikać wniosek, że W. nie mógł zabić z poduszczenia TVP Info, więc zabił z innego podżegającego do mordu źródła. Fakt, że w pakiecie podległej Ziobrze jednostce nie było akurat zaprzyjaźnionej TVP Info, a był wraży TVN może wynikać z dwóch przyczyn. Albo z niedopatrzenia kierownictwa ZK, albo z przekonania, że w trosce o wyciszenie i resocjalizację więźniów nie można im aplikować takiej zatrutej szczujni.

W Rybniku podsądny pobił sędzię na sali sądowej. To oczywiste echo przerażającej, iście goebbelsowskiej i norymberskiej (w sensie „ustaw norymberskich”) rozpętanej z furią akcji dyfamacyjnej przeciw sędziom. W reakcji na to zastępca Ziobra, Wójcik Michał napisał na twitterze, że o co ten krzyk, „nożyk (zatrzymany oskarżonemu w sądzie na bramce) był do obierania ziemniaków, podobno nikt nikogo nie skopał, lekarza nie wzywano”. Czyli, o co ten krzyk, skoro nóż i tak był za krótki, a pewnie miał posłużyć w sądzie do obrania kartoszków, sędzię pobito rękami a nie skopano nogami, a i krwi zabrakło. W normalnym państwie Wójcik poleciałby z funkcji w kilka minut po tym wpisie. W normalnym państwie za swojego „palica” Lichocka Joanna zostałaby ukarana przez swój klub przynajmniej naganą. Ale nic z tego. Jej „palic” był jeszcze krótszy niż nożyk napastnika z Rybnika.

Okazało się, że nowa szefowa kampanii PAD, Turczynowicz-Kieryłło Jolanta (okropnie wszyscy przekręcają jej nazwisko niczym Birgfellnera, ofiary afery „Srebrnej”) jest nie tylko efektowną brunetką dla której porzucił on Szydło Beatę, nie tylko ssakiem płci żeńskiej, ale także gryzoniem. To weterynaryjne zaszeregowanie pani T-KJ zakłóciło kampanię prezydencką PAD. Pojawiły się już „wampiryczne” memy z Panią Gryzoń. Nawet jeśli rzeczywiście miała powód do samoobrony wśród nocnej ciszy wyborczej, to tak czy owak jest żartobliwie pisząc Panią Gryzoń. A co do porzucenia SB (Szydło Beaty) przez PAD, to jedna z telewizji uchwyciła moment, jak ta wzgardzona kobieta uchyla się, przy powitaniu przed konwencją inauguracyjną, przed jego pocałunkiem.

Ryszard Bugaj oświadczył, że „Urban i Palikot sprowadzili polską politykę do rynsztoka”. Od lat przyglądam się mądrym minom oraz patetycznym pauzom profesora Bugaja w telewizji i zachodzę w głowę, czy on jest człowiekiem aż tak mądrym i tak poważnym, na jakiego wygląda. Podważa to przekonanie choćby jego ponadwymiarowa chwiejność w ocenach, n.p. PiS czy PAD, ale nie tylko. Wypowiedź o Jerzym Urbanie i Januszu Palikocie utwierdza mnie w hipotezie, że Bugaj jednak krynicą mądrości nie jest.

Jan Paweł został wyciszony. Nie, nie Jan Paweł II, ale Jan Paweł Lenga, emerytowany arcybiskup Karagandy, który od 2011 roku mieszka w klasztorze w Licheniu Starym. I nie za pomocą noża ani kuli. Arcybiskup Jan Paweł powiedział, że „Kościół jest demontowany, a Chrystus detronizowany nie tylko jako człowiek, ale także jako Bóg”. Jan Paweł stwierdził, że odpowiedzialna jest za to loża Wenta, która 200 lat temu postanowiła rozpocząć wprowadzanie do struktur Kościoła swoich kretów w roli księży i biskupów. W reakcji na to metropolita wrocławski Mering zakazał mu wystąpień publicznych. Na to Jan Paweł odrzekł, że nie podlega Episkopatowi Polski, tylko bezpośrednio papieżowi. Ten ping-pong naprawdę jest wyraźnym znakiem, że i w hierarchii Kościoła kat. zaczyna się na dobre walka buldogów po dywanem. Ale, ale, jeszcze jedno – czyżby abp Mering należał do loży Wenta?

„Największym zagrożeniem dla Dudy są dziś działania PiS-owskiego aktywu, medialno-politycznego twardego jądra ekosystemu „dobrej zmiany. To bracia Karnowscy, Joanna Lichocka, Zbigniew Ziobro i Jacek Kurski mogą odebrać mu szanse na reelekcję. A i sam prezes Kaczyński może prezydentowi bardziej przeszkodzić, niż pomóc” – napisał stronnik Gowina, Piotr Trudnowski z Klubu Jagiellońskiego.

A propos PAD. Wrzeszczał niedawno, że „nie będą nam tu w obcych językach”. Czy zauważyliście, że językiem polskiej piosenki stał się zasadniczo angielski? Tymczasem nawet w „Voice of Poland” biorący udział w konkursie śpiewają wyłącznie po angielsku. Czy nie czas zakrzyczeć: „Nie będą nam tu w obcym języku wyśpiewywać piosenek polscy piosenkarze”? I pisiory śmieją mówić, że są patriotami?