Kaczyński żąda reparacji od Rosji

Wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla niemieckiej bulwarówki „Bild” wywołał rezonans w kilku krajach. Prezes PiS powiedział kilka ważnych rzeczy.

Potwierdził jeszcze raz chęć uzyskania reparacji wojennych. Tym razem jednak rozszerzył terytorium swoich oczekiwań: poza Niemcami (które oficjalnie już dawno odrzuciły polskie żądania), reparacje miałaby płacić Rosja. Odniósł się też do ostatniej wojny o historię między Polską a Rosją. Kaczyński jednoznacznie wypowiedział się, że Rosję uważa za sprawców II wojny światowej. Stwierdził też, że Rosja „powinna zapłacić”, choć przytomnie przyznał, że nie sądzi, by Rosja przyznała się do swojej odpowiedzialności, a co za tym idzie, by można było z nią podjąć rozmowy o finansowych rozliczeniach.
Prezes państwa dopuścił możliwość spotkania z prezydentem Rosji, by porozmawiać „o śmierci mojego brata” pod warunkiem, że przedtem strona rosyjska zwróci wrak samolotu, w którym śmierć poniósł m.in. Lech Kaczyński. Do momentu tej wypowiedzi prezesa PiS strona rosyjska nie wypowiadała się w sprawie ewentualnego spotkania.
Nie zabrakło też wątków wewnątrzpolskich: Kaczyński zaprezentował stałą tezę pisowskiej narracji, że sędziowie, którzy sprzeciwiają się reformom rządu, to beneficjenci „przywilejów komunistycznych”.
Na rosyjską reakcję nie trzeba było długo czekać: przewodniczący komisji spraw zagranicznych Rady Federacji ocenił wypowiedzi Kaczyńskiego dotyczące żądań finansowych wobec Rosji, która poniosła największe straty wśród krajów walczących w II wojnie światowej jako prowokację.
Niemieckie media kpią z Kaczyńskiego. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” potraktował wypowiedzi prezesa PiS o tym, że w Polsce nie dzieje się nic, co mogłoby wystraszyć Europę, jako przejaw poczucia humoru Kaczyńskiego, dotychczas przez niego ukrywanego. Z kolei „Sueddeutsche Zeitung” zarzucił szefowi PiS mijanie się z prawdą, gdy mówił o tym, że UE przekracza swoje kompetencje, interweniując w Polsce.
Maciej Wiśniowski (Strajk.eu)

Flaczki tygodnia

„PiS kradnie, ale dzieli się łupami z narodem”, taki głos polskiego ludu głosującego, rejestrowany na bazarkach i jarmarkach, miał uzasadniać wysokie i stabilne poparcie dla pana prezesa Kaczyńskiego i jego trupy.
„PiS kradł i dalej kradnie, a teraz jeszcze rozwala sądy, żeby ich złodzieje nie zostali ukarani”, taki najnowszy głos polskiego ludu głosującego usłyszano niedawno na bazarkach.
Pytanie dla uczonych politolożek i politologów. Komentatorów i komentatorek politycznych.
Czy ten głos bazarowej opinii publicznej prognozuje dalsze poparcie, skorumpowanego podziałem łupów, elektoratu dla złodziejskich elit pana prezesa Kaczyńskiego, czy jest to sygnał kolejnej moralnej odnowy narodu polskiego?
Przyszłych rozliczeń kolejnego okresu błędów i wypaczeń.

Jeśli „Ryba psuje się od głowy”, to stan zepsucia moralnego i powszechnego złodziejstwa dotarł na najwyższe piętra państwa PiS. Media ujawniły, a Ziobrowa prokuratura potwierdziła, że Centralne Biuro Antykorupcyjne, a ściślej jego tajny fundusz operacyjny, był regularnie okradany przez elity tej „antykorupcyjnej” instytucji. I nie ma sporu czy kradli tam czy nie. Spór jest czy ukradli tylko pięć milionów złotych czy nawet piętnaście milionów?

Media upowszechniły głos skruchy niedawnego asa z talii tegoż Centralnego Biura Antykorupcyjnego, słynnego „Agenta Tomka”. Ten niedawny przyjaciel panów ministrów, posłów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, towarzysz ich wspólnych balang, opowiada teraz jak to on i jego przyjaciele z kierownictwa CBA notorycznie łamali prawo i akceptowali prawa łamanie. Jak pieniądze z tajnego, niekontrolowanego funduszu operacyjnego wyciekały niczym ścieki z pękniętego kolektora. Bo żadne pieniądze, zwłaszcza te państwowe, elitom PiS nie śmierdzą.

Jego Nieusuwalność, hotelarz na godziny, domniemany oszust podatkowy, pan prezes NIK Marian Banaś upowszechnił raport Izby, sporządzony jeszcze przez jego poprzedników, bijący w niedawnych koleżków pana Mariana. Potwierdza on, że firma GetBack oszukała swych klientów na ponad 2,5 miliarda złotych. To o wiele więcej niż setki milionów złotych przekręcone przez słynny AmberGold, który doczekał się specjalnej sejmowej komisji śledczej.
Ale teraz nie liczcie na podobną komisję. Złodziejska, jak się okazuje, firma GetBack hojnie też finansowała przeróżne bale i gale organizowane przez prorządowe, narodowo – katolickie media. Zwłaszcza „Gazetę Polską”, „Sieci” oraz powiązane z nimi portale internetowe. W czasie tych wypasionych gali PiS prominenci, tacy jak pan prezes Kaczyński, pani sędzia Julia Przyłębska, pan premier Morawiecki otrzymywali zaszczytne tytuły ludzi Roku albo Wolności.
Tak to za kradzione przez GetBack pieniądze bawiły sie elity polityczne, medialne PiS oraz ich kasty sędziowskie.

Upowszechniony przez Jego Nieusuwalność raport NIK daje podstawy okradzionym przez sponsorów „Gazety Polskiej” i „Sieci” do dochodzenia od skarbu państwa ukradzionych im przez GetBack pieniędzy. Bo odpowiedzialne za nadzór finansowcy instytucje państwa polskiego, okupowanego teraz przez elity PiS, jak choćby Komisja Nadzoru Finansowego, nie wykonywały swych podstawowych obowiązków. Dopuściły do złodziejstwa na miliardową skale.
Jeśli poszkodowani przez GetBack uzyskają odszkodowania to zapłacą za nie wszyscy polscy podatnicy. Także Flaczki i Czytelnicy „Trybuny”. Bo choć GetBack kradł, to dzielił się z elitami medialnymi i politycznymi PiS, zatem za złodziejstwo i wypasione gale zapłacą solidarnie wszyscy podatnicy. Takie to w tej IV Rzeczpospolitej prawo i sprawiedliwość. Taka to solidarność.

Tylko 182 miliony złotych zmarnowano w Podkarpackiego Banku
Spółdzielczego. Można by to kolejne złodziejstwo pominąć, gdyby nie fakt, że tym razem najwięcej stracą najbiedniejsze samorządy tego województwa. Bo przynajmniej 35 samorządów miało tam swoje konta, wśród nich wiele niebogatych podkarpackich gmin.
Podkarpacki Bank do końca uchodził za pewny, bo miał polityczny parasol rządzących regionem elit PiS. Znów też Komisja Nadzoru Finansowego nie zadziałała. Teraz czas na akcję ratunkową Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Ale obejmie ona przede wszystkim indywidualnych klientów, nie samorządy. I znów za malwersacje PiS banku zapłacą z BFG wszyscy klienci polskich banków, czyli znowu my.

Wspomniany wyżej pan prezes Kaczyński udzielił wywiadu niemieckiej gazecie „Bild” przeznaczonej dla najgłupszych czytelników w Niemczech. Poskarżył się Zagranicy na sprawy dziejące się w Polsce.
Czyli zrobił to samo za co jego polityczni żołnierze krytykują polskich euro deputowanych.
Najwięcej jedna żalił się na Rosjan, po raz kolejny niemieckiej opinii publicznej udowadniając, że elity PiS jedynie skarżyć się na Rosję potrafią.
Oprócz tego zaskomlał głośno, przypominając o niewypłaconych Polsce przez Niemcy reparacjach wojennych. Nie tylko tych z czasów II wojny światowej, ale też i I wojny światowej.
„Polska została zniszczona zresztą już w czasie I wojny światowej, zwłaszcza dawne Królestwo Polskie, które do końca I wojny światowej znajdowało się na terenach carskiej Rosji i było przez nią wyzyskiwane. Za to Polska także nie otrzymała odszkodowania. Podczas gdy Francja jeszcze do niedawna otrzymywała od Niemiec reperacje na mocy Traktatu Wersalskiego z 1919 roku. Polska praktycznie nic nie dostała”, żalił się pan prezes i dodał „Jedno jest pewne: nasze żądania się nie przedawniają.

„Flaczki” nie chcą reparacji od Niemiec. Nawet gdyby oni skomlącemu panu prezesowi jakiś grosz, niczym do grającej szafy, wrzucili. Bo przecież Polacy i tak nie mieliby z tego korzyści. Przecież elity PiS dowiodły, że wszystko i zewsząd mogą ukraść. Niemieckie reparacje też pewnie by rozkradli.

Jednak prezydent Rosji Władimir Putin był na tyle uprzejmy, że podczas konferencji w Jerozolimie nie oskarżył Polski o wywołanie drugiej wojny światowej. Ale i tak bilans Światowego Forum Holokaustu jest dla elit PiS ujemny. Forum Holokaustu to wielki powrót Władimira Putina na światowe salony. Nieobecna Polska utrwaliła swój wizerunek wiecznie obrażonego państwa. Rejterada pana prezydenta Dudy pozwoliła na prezentowanie kłamstw w przygotowanych przez organizatorów filmach „edukacyjnych”.
W przedstawionej w Jerozolimie wizji Armia Czerwona jawiła się jak zbawienie Europy od nazizmu. O polskich wojskach nie wspominano. Nic dziwnego, przecież elity PiS polskie wojsko zredukowały do anty semickich „żołnierzy wyklętych”.

Szefem Platformy Obywatelskie został poseł Borys Budka. Wezwał do intensyfikacji kampanii prezydenckiej. Wszystkie ręce na pokład, czyli palec pod budkę!

UWAGA, UWAGA, UWAGA. Dnia pierwszego lutego 2020 miasto Olsztyn nawiedzi PIOTR GADZINOWSKI. Redaktor „Trybuny”, były poseł SLD weźmie udział w publicznym poczęciu olsztyńskiego KLUBU PRZYJACIÓŁ „TRYBUNY” I MEDIÓW LEWICOWYCH. Szczegóły w następnych wydaniach „Trybuny”.

Smutny starszy pan

Przeczytałem ostatnio opinię prof. Jadwigi Staniszkis. Niezależnie od poruszanego tematu, zazwyczaj miałem odmienne spostrzeżenia od pani profesor. Nawet na studiach, niewiele wyniosłem z jej „cylindrycznego” opisu rzeczywistości. Tym razem jednak muszę się z panią profesor zgodzić. Jarosław Kaczyński chce zatrzeć złe wrażenie po „deformie” sądowniczej, ale boi się przyznać do błędu. Jak w napisach na łódzkich murach: ŁKS tak naprawdę lubi Widzew, ale nie wie jak zagadać.

W zeszłą środę spotkała mnie niemiła przygoda. Wracałem z poczty razem z małą Alą, lat 4. Podczas pokonywania przejścia dla pieszych, kiedy byliśmy w połowie drogi, tuż obok nas przejechało sobie auto, kompletnie na nas nie zważając. Zmroziło mnie. Rzuciłem za samochodem parę brzydkich słów. Zapamiętałem też, co było na aucie napisane. Na masce widniała informacja, że samochód należy do jednej z agencji piarowskich działających w Warszawie. Jeszcze tego samego dnia napisałem za pomocą fejsbuka do firmy, której auto było własnością, co sądzę o podobnym zachowaniu. Zadałem też na koniec retoryczne pytanie o to, czy postępując w ten sposób, firma od PR-u nie powinna najpierw zatroszczyć się o własny wizerunek, a dopiero później o cudzy, bo coś im chyba nie sztymuje. Po dniu odpisali. Konkretnie, odpisała właścicielka agencji. Przyznała się, że to ona prowadziła auto. Przeprosiła, ale jednocześnie…zrugała mnie za to, że nie miałem odblasków a przejście jest niedoświetlone, do tego w głupim miejscu, a jakby tego było mało, pasy na zebrze dawno już wyblakły. Rzeczywiście, to wszystko prawda. Podobnie jak to, że to ona przewiniła, a nie ja.

Obserwuję, co robi Kaczyński. A robi akurat niewiele. On uwielbia zarządzać przez kryzys. Często tak długo testował próg bólu Polaków dopychając kolanem idiotyczne propozycje, tylko po to, żeby finalnie się z nich wycofać. W przypadku ustawy o sądach powszechnych odnoszę wrażenie, że jest nieco inaczej. To nie on tokuje w mediach i w Parlamencie za pisowskimi ustawami. Robi to Ziobro, bo to oczywiste, w końcu sam te rzeczy pisał. Robi to też w bardzo dosadny jak na niego sposób, prezydent Duda. A Jarosław Kaczyński wymościł sobie tymczasem żoliborski Sulejówek i bierze na przeczekanie. Złośliwi powiadają, że usunął się w cień, ponieważ zmaga się z chorobą i nie ma siły na wojenki podjazdowe. Ja jednak myślę, że uciekł przed braniem na siebie pełnej odpowiedzialności, bo głupio mu się przyznać do tego, że trochę za daleko zaszło to wszystko, co sobie wcześniej przy obiedzie rozrysował na serwetce, kiedy w szale tworzył swój polityczny plan dla narodu. Mam wrażenie, że Kaczyński doskonale zdaje sobie sprawę, że to, co proponuje jego polityczne środowisko w kwestii niezawisłości sędziowskiej to zbyt daleko idący zamordyzm, i że jego zmarły brat nigdy by na to nie przystał. Jednakowoż fałszywie pojmowany honor i duma nie pozwalają mu powiedzieć: myliłem się, musimy zrobić parę kroków wstecz. Zresztą, nie jest Jarosław Kaczyński jedynym przykładem na to, że w polskiej polityce człowiek jest zakładnikiem swojej nieomylności. Większość z naszych polityków nie ma w swoim słowniku słów przepraszam, cofam to, co powiedziałem; większości z nich słowo na „p” więźnie w gardle, jak plwocina, której ni jak nie można się z siebie pozbyć.

Jadwiga Staniszkis w swojej diagnozie wspomina też, że gdy patrzy na Jarosława Kaczyńskiego, widzi człowieka opuszczonego i osamotnionego. I ja mam podobne spostrzeżenia. W cieniu samego siebie stoi starzec, zgorzkniały i przybity życiem, którego jedynym uczuciem wyższym które pielęgnuje, jest strach przed nim samym. Kiedy dociera do ciebie, że ludzie darzą cię szacunkiem głównie z obawy i lęku, to musi być…straszne.

Bigos noworoczny

„Jędraszewski, idź do diabła. Tam twoje miejsce” – Paweł Rabiej jest, niczym gołąbek, delikatny i niekonsekwentny w swoich słowach. Sugeruje bowiem, że Jędraszewskiego jeszcze w piekle nie ma. Ależ on tam już od dawna jest, bo to Diabeł Wcielony, to Belzebub. Sprzysiągł się Szatan na polski kościół katolicki i nasyła na niego tak groźnych agentów. Za to będzie miał Jędraszewski posadę w firmie „Bramy Piekielne”, gdy opuszczony już ostatecznie przez laicyzującą się w tempie stachanowskim polską młodzież, kościół ostatecznie w Polsce zbankrutuje. Ci, którzy twierdzą, że jednak „Bramy Piekielne Go nie przemogą”, mają poniekąd rację. Już niedługo Kościół katolicki zabierze swoje bety z Europy i przeniesie się do Afryki, gdzie jako materialny zasobnik ma spore wzięcie.

„Mnie jest tak nieprzyjemnie, tak strasznie nieprzyjemnie”, jak mówił Grynszpan z „Ziemi Obiecanej”, ale Władimir Putin ma z punktu widzenia nagich faktów sporo racji w swojej wypowiedzi o polskim flircie z Adolfem Hitlerem. Proszę uprzejmie: w 1934 roku Polska zawarła pakt o nieagresji z Niemcami, czyli mówiąc językiem dzisiejszym, układ o przyjaźni i współpracy. W czerwcu 1934 roku do Warszawy przybył z wizytą oficjalną Minister Propagandy III Rzeszy Josef Goebbels, który wygłosił odczyt, spotkał się w Resursie Obywatelskiej z elitą Warszawy (wśród przybyłych był płk. Walery Sławek, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego), a kilka dni później jego barwna fotografia obok Marszałka ukazała się na okładce jednego z ówczesnych magazynów prasowych. W 1938 zaś roku Polska wraz z Hitlerem i Mussolinim wzięła udział w monachijskim rozbiorze Czechosłowacji. W tej sytuacja jakaś tam antysemicka w wymowie notatka ambasadora Polski z Berlinie Józefa Lipskiego, to betka. A to, że III Rzesza i ZSRR zblatowały się poprzez pakt Ribbentrop-Mołotow dla wykończenia „bękarta Traktatu Wersalskiego”, jak nazwał Polskę Mołotow, to inna sprawa. Jedno nie przeczy drugiemu.

KaKaO – tak można ująć w litery Kaletę, Kanthaka i Ozdobę, trzech młodych waletów PiS, którzy swoimi buźkami firmują uchwaloną właśnie w Sejmie przez PiS kagańcową ustawę antysędziowską. PiS chce mieć sądy, bo chce kraść i chronić klechów. Coś takiego, tylko innymi słowami zasugerował Donald Tusk. Może rzeczywiście już najwyższy czas nie liczyć się ze słowami, i płakać nad różami, gdy płonie las?

Propaganda PiS ciągnie nagonkę przeciw Tomaszowi Grodzkiemu. Ciekawe, że ci wszyscy anonimowi oskarżyciele zarzucający mu branie łapówek nie zgłosili tego do prokuratury w odpowiednim czasie, tylko obudzili się dopiero teraz. Tak jak kobiety molestowane czy gwałcone przez Romana Polańskiego. W tej ocenie kieruję się własnym imperatywem: nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie zareagować natychmiast na wyrządzoną mi szkodę. Ci, którzy to robią z dużym opóźnieniem i pod wpływem zewnętrznych czynników, budzą moją nieufność. Nie bronię ani łapówkarzy, ani molestantów i gwałcicieli. Bronię zdrowego rozsądku.

Przewodniczący Mało, powoli, na środkach przeciwbólowych (wierzę lekarzom) i o kulach wszedł na salę sejmową. Posłowie rzucili się podtrzymać Czcigodnego Starca, Starego Mandaryna, ale ten grymasem odrzucił gesty pomocy. Czuje w sobie jeszcze wolę mocy, by dalej szkodzić Polsce?

Żyję już długo na tym świecie, więc i samemu zdarzało mi się kłamać (no – nazwijmy to, że oszczędnie gospodarowałem prawdą) i spotkałem wielu kłamców, ale takich kłamców in gremio, jakimi są pisiory bezpośrednio nigdy nie spotkałem. Nawet w systemie stalinowskim kłamstwo polegało raczej jedynie na generalnej rozbieżności między propagandowymi hasła a rzeczywistością. Natomiast PiS stworzyło cały system administracyjnego kłamstwa na każdym kroku, w szczegółowych sprawach, z miedzianym czołem. Jest tego tak wiele, że nie sposób tego nawet ogarnąć. Dlatego tym razem jeden tylko przykład. Wychodząc z projektem ustawy kagańcowej przeciwko sędziom propagandyści i polityczni czynownicy pisowscy stwierdzili, że tylko skopiowali w tym względzie prawo francuskie. I zaraz pojawił się francuski konstytucjonalista, prof. Laurent Pech, który wprost nazwał to „bzdurą” i wyjaśnił, że francuska ustawa z 1958 roku jedynie delikatnie sugeruje sędziom, żeby nie eksponowali publicznie swoich poglądów politycznych. Nie ma w tej ustawie ani kar dla sędziów, ani nawet zakazu przynależności do partii politycznych.

Znów władza PiS i akolitów przyznała potężne pieniądze na swoją propagandową tubę czyli TVPiS przy Woronicza 17, a szczególnie na Szturmową Szpicę Propagandową przy placu Powstańców Warszawy. Dotacja wynosi około dwóch miliardów złotych.

Ustawa śmieciowa. Czy nie jest tak, żeby w końcu wymusić na użytkownikach maksymalną wysokość opłat za wywóz śmieci? Przecież to stawianie alternatywy między niższą opłatą w przypadku zgodnego segregowania przez mieszkańców i wyższą w przypadku wyłamania się z tego poprzez jednego chociażby mieszkańca. To jawna pułapka. Przecież to oczekiwanie nierealne, sprzeczne z naturą ludzką, żeby spodziewać się, by wszyscy lokatorzy danej wspólnoty zgodnie, co do jednego, segregowali śmieci.

Bardzo mi się podobały rozważania kolegi Redaktora Piotra Gadzinowskiego o planowanym wzniesieniu Łuku Triumfalnego 1920 roku. Trzymając się poetyki dodałbym, że to napinanie łuku. A z czym Wam się kojarzy „napinanie łuku”? Z tym samym, co wy i ja myślicie. Inna sprawa, że ilekroć jestem w Paryżu przed ich Łukiem Triumfalnym, to zielenieję z zazdrości, że oni mają, a my nie. Stąd ambiwalencja moich uczuć w tej kwestii. Inna sprawa, że jestem raczej za łuczkiem niż łukiem. Jak dla mnie wystarczy łuczek o wysokości 3-4 metrów, dwukrotna wysokość człowieka.

Nago i jak na dłoni jawi się sens teorii względności Einsteina na przykładzie rozważań nad wynikiem wyborczym PiS. PiS wygrał ostatnie wybory parlamentarne? Wygrał, bo ma większość Sejmie i rząd. Jednak mimo kolosalnych wysiłków, to dokładnie tyle samo mandatów, ile w poprzedniej kadencji, czyli 235. Czyli zero wzrostu A zatem zysk w stosunku do poprzednich wyborów relatywnie mniejszy, tym bardziej, że wtedy PiS tylko obiecywał, a później naprawdę dał. W poprzedniej kadencji miał większość w Senacie i to miażdżącą, ale ją stracił. Czyli wygrał wybory, ale w generalnym bilansie wynik jest gorszy, także w stosunku do poniesionych nakładów.

Zdążyć przed podwyżkami

Pan prezes Kaczyński znowu „zagrał ostro”. Teraz wykreował konflikt z sędziami. Cynicznie, bo każdy wie, że w Polsce sądów nie lubi się, a zwłaszcza wykreowanej przez PiS – propagandę „nadzwyczajnej kasty sędziowskiej”. Jak każdej, innej elity. To też taka polska tradycja.

Pan prezes zagrał i pewnie cieszy się z licznych, ulicznych demonstracji opozycji. Im więcej ich będzie, tym większe będzie miał szanse na obudzenie i zmobilizowanie swego narodowo-katolickiego elektoratu. Uśpionego serią ostatnich zwycięstw. No i bliskością do przysłowiowego „koryta”.
Pan prezes tak zagrał, bo wie, że nic tak nie wzmacnia jego partii jak kolejna wojna polsko – polska. Prezentowana jako kolejna obrona Polski i polskości przed wściekłym atakiem zdegenerowanej, laickiej, lewacko liberalnej Brukseli wspomaganej przez antynarodową Targowicę. Czyli opozycję demokratyczną. Prezes wie, że w szeregach jego elektoratu, „demokracja” to synonim oszustwa liberalnych elit wspomaganych przez wrażą Polsce „żydokrację”. I dlatego znów pan prezes, niczym Hektor Kamieniecki, pan Wołodyjowski, stanie na narodowych szańcach, aby znowu bronić polskiej tradycji przed nadciągającą nawałą obcej nam „demokracji” i ideologii LGBT.
Pan prezes kazał „zagrać ostro”, bo wyborczą kampanię prezydencką czas zacząć. Na front ruszać, wchodzić w rozpisane role. W przygotowany scenariusz.
Najpierw prezes da się wykazać młodym, „poselskim jastrzębiom”. To oni rozpalą emocje swymi „poselskimi projektami”.Potem wesprze ich pan prezydent Duda. W tej kampanii obsadzony w roli twardziela. Konflikt z sędziami i twardy kurs wobec demokratycznej opozycji wywoła konflikt z Unią Europejską. Ten ułatwi przeciągnięcie wyborców Konfederacji na stronę utwardzonego kandydata Dudy.
Po zimowej wojnie z „nadzwyczajna kastą sędziowską” i innymi „POstkomunistami” przyjdzie czas na eskalację wojen światopoglądowych. Z mitycznym genderem i LBGT. Zapewne też z prawem do adopcji dzieci przez pary homoseksualne. W każdej chwili pisowskie jastrzębie mogą przedłożyć poselski projekt ustawy o zakazie takiej adopcji. I wtedy media narodowo-katolickie wezwą demokratyczną opozycję do deklaracji w tej sprawie.
Pan prezes Kaczyński wie, że reelekcja pana prezydenta Dudy, zwłaszcza w drugiej turze, zależy od poparcia go przez wyborców Konfederacji. Niestety. A takie może zagwarantować ostry, anty brukselski kurs rządzącej formacji. Reelekcja pana prezydenta Dudy zależy też od podziałów w demokratycznej opozycji. A ją najłatwiej skłócić można wszczynając kolejną wojnę światopoglądową. Tu ideowa ortodoksja lewicowa lub konserwatywna sprzyjać będzie planom pana prezesa.
Dlatego teraz propagandziści PiS będą robić wszystko aby pozyskać głosy konfederackie. Bo bardzo potrzebują poparcia tych „ruskich onuc”, jak do tej pory media narodowo-katolickie konfederatów pogardliwie nazywały.
Będą też radykalizować wojny światopoglądowe w Polsce aby skłócić opozycyjnych lewicowców i liberałów obyczajowych z opozycyjnymi konserwatystami. Aby wspólnie nie zagłosowali w drugiej turze wyborów prezydenckich na wspólnego, czyli centrowego kandydata opozycji demokratycznej. Elity PiS też wszczynać takie wojny aby przykryć nimi w mediach pogarszającą się sytuację gospodarczą w naszym kraju.
A zwłaszcza nieuchronne, lecz konsekwentnie odsuwane na czas powyborczy podwyżki cen energii elektrycznej, wywozu śmieci i wszystkie inne na jakie jeszcze rząd ma wpływ. Pan prezes Kaczyński chce zdążyć z wyborem swojego prezydenta jeszcze przed tąpnięciem gospodarczym. Póki jeszcze pustki nie widać w portfelach wyborców.
Jeśli zdąży, to przedłuży nieudolne rządy swej partii o trzy następne lata. Choć bez wyborcze, to jednak dla też skłóconych elit PiS już schyłkowe, dekadenckie. Ceną za odejście PiS – u od władzy będzie wyhamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce. Skok inflacji, wzrosty cen, niezadowolenie społeczne.
Im dłużej PiS pozostanie przy władzy, tym koszty jego rządzenia dla Polski i Polaków wyższe będą.

Elity PiS zaniemówiły. Ze wstydu?

Kalesony Pietrzaka

Co się w tej naszej Polsce porobiło. Pan prezes Kaczyński wygrał wybory. I milczy.
O jego nowych wspaniałych, uszczęśliwiających Naród „piątkach”, „siódemkach”, czy „jedenastkach” w mediach „Dobrej Zmiany” już nie słyszymy.
Milczy pan premier Morawiecki, chociaż nieraz już dowiódł, że co jak co, ale „gadane” to on ma. A teraz żadnych zapowiedzi kolejnych, iście herkulesowych prac jego ministrów już nie słyszymy.Żadna nowa, kolejna wizja budowy przedwojennej „Luxtorpedy” już nie pada.
Jak żyć panie premierze, kiedy pan milczy?
Milczy też pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek. Dzielna, jeszcze niedawno aktywna husarka „Dobrej Zmiany”. Teraz okopała się w szańcu na Wiejskiej. Nie wychyla się ani na chwilę.
Milczy jeszcze niedawno wielce wymowny pan marszałek Stanisław Karczewski. Ale kiedy już przestał być panem marszałkiem, to tak jakby mowę mu odebrało. Zresztą nie tylko mowę stracił. Okazuje się, że ten polityk i lekarz, który jeszcze niedawno wielce pouczał młodych strajkujących lekarzy, ratowników medycznych i rehabilitantów, że służba zdrowia to misja i czasem trzeba też „pracować dla idei”, w tym samym czasie bezprawnie zagarniał setki tysięcy złotych rocznie dzięki „dyżurom” w bliskim mu szpitalu. Być może też „dyżurom” fikcyjnym, odpracowanym dzięki złodziejskiej księgowości.
Milczy wymownie pan prokurator i minister sprawiedliwości w jednej osobie pana posła Zbigniewa Ziobry. Sumienie moralne Prawa i Sprawiedliwości.
Milczy pan minister spraw wewnętrznych i nadzorca służb specjalnych Mariusz Kamiński. Jeszcze niedawno stawiany za wzorzec rycerza „Dobrej Zmiany”. Prawy i uczciwy. Bat na aferzystów, zwłaszcza tych z liberalnej PO. Taki „Dzierżyński” pana prezesa Kaczyńskiego.

Nie chce za to milczeć pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. Jeszcze niedawno „złoty chłopak PiS”. Prezentowany w mediach narodowo- katolickich jako wzór do naśladowania dla patriotycznej młodzieży. Szczery antykomunista od urodzenia. Towarzysz broni pana Mariusza Kamińskiego z czasów konspiracji. Niezłomny pro państwowiec tropiący „mafie VAT-owskie”. Człowiek z kryształu, jak rzekł pan Marszałek Karczewski.

Miś Ziobry i Jakiego

Pan prezes Banaś przestał milczeć, bo zapewne zrozumiał, że w tym mafijno podobnym układzie politycznym stworzonym przez prominentów PiS, jedynie sypanie, oskarżanie politycznych konkurentów może zapewnić bezpieczeństwo Banasiowi i jego rodzinie.
I pewnie dlatego dowiedzieliśmy się, że inne „złote dziecko” PiS, jak były wiceminister sprawiedliwości, obecny euro deputowany z listy PiS, pan Patryk Jaki nadzorował ministerialny pogram organizowaniu pracy dla więźniów.
Program przepięknie prezentowany w mediach narodowo- katolickich. A w rzeczywistości, zapewne kolejny „Miś”. Czyli rozbuchany, wielce kosztowny i bezsensowny ekonomicznie projekt.
Drogi, bo wtedy z gigantycznego budżetu łatwiej można „wyprowadzić”, „zoptymalizować”, czyli zwyczajnie ukraść publiczne pieniądze. Pieniądze wszystkich podatników, czyli nasze.
Przed ostatnimi wyborami w kręgach dziennikarzy, komentatorów politycznych i kandydujących do parlamentu polityków krążyła, zaczerpnięta ponoć z polskich bazarków, przepowiednia. PiS miał znowu wygrać wybory, bo polski lud, wcale nie taki ciemny i głupi, uznał, że chociaż elity „Dobrej Zmiany” kradną jak te poprzednie z koalicji PO- PSL, to jednak tym razem elity pana prezesa Kaczyńskiego nie zapominają o potrzebach ludu.
Nawet jeśli zagarniają dla siebie, ale też „dzielą się” z ludem przyrastającym bogactwem Polski. Wypłacają 500+, trzynaste emerytury, obiecują podwyżki.
Słuchając przekazów i zawiadomień pana prezesa Najwyższej Izby Kontroli można odnieść wrażenie, że elity PiS, te „złote dzieci” pana prezesa Kaczyńskiego, uwierzyły w taką przepowiednie.
Uznały, że można bezkarnie kraść, tylko trzeba jakąś działkę ludowi odpalić. I wtedy nasycony programem 500+ dobry lud złodziejstwo elitom wybaczy.
Można odnieść takie wrażenie na poważnie, bo nagle wszyscy liderzy „Dobrej Zmiany” zamilkli w tej sprawie. Milczy pan prezes Kaczyński. Milczy jego pan premier, pani Marszałek Sejmu RP. Nawet pan wicemarszałek Terlecki, uważany za wiernego psa politycznego pana prezesa, ani nie warknie na pana prezesa Banasia.
Milczą też bojowi, żarliwi niedawno narodowo-katoliccy publicyści. Bracia Karnowscy. Rodzina Wildsteinów. Piotr Semka. Milczy nawet pierwszy zagończyk prawicy Rafał Ziemkiewicz.
W licznych, wysokonakładowych narodowo- katolickich mediach nie dyskutuje się o aferach ujawnianych przez pana prezesa NIK Mariana Banasia.
Oczywiście, gdyby podobne afery dotyczyły polityków opozycji, to zagościłyby od razu i na czołówkach tychże mediów.
A tak obcując dziś z nimi można odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem Polski i Polaków jest nadal nie zrealizowany projekt monumentalnego pomnika Bitwy Warszawskiej z roku 1920.
Pomnik, lansowany przez byłego „komunistę”, wielce zasłużonego kabareciarza Jana Pietrzaka, ma mieć formę wielkiego Łuku Triumfalnego. Stojącego na obu brzegach Wisły, w wersji monumentalnej. Albo na Placu na Rozdrożu, w wersji minimalnej.
Czy stać nas duży Łuk czy mniejszy? O to spierają się teraz elity PiS.
Niestety zaprezentowany projekt pomnika, jest wielce szkaradny, jak wszystkie inne pomniki postawione przez elity „Dobrej Zmiany”. Jak żywo przypomina wojskowe kalesony. Takie jakie nosił mój tatuś w czasie przegranej kampanii wrześniowej w 1939 roku.
Słuchając informacji pana prezesa Banasia o złodziejskich projektach nadzorowanych rzekomo przez ministrów sprawiedliwości można przyjąć, że ten monumentalny Łuk będzie kolejnym misiem elit „Dobrej Zmiany”.
Bo przecież im większe i droższe te triumfalne kalesony będą, tym więcej będzie można przy okazji tak monumentalnej inwestycji ukraść. I większe działki wyborczemu ludowi odpalić.
Taka to ta „Dobra Zmiana” jest.

Kabaret

Czterdzieści lat temu byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”. Nie traciliśmy humoru, działały kabarety naśmiewające się z naszych wad i z naszej sytuacji politycznej.

Starsze pokolenia pamiętają Tey, Dudka i pokazywany w reżimowej telewizji Kabaret Starszych Panów. Pamiętają krakowską Piwnicę pod Baranami i ówczesną warszawską Syrenę. Pamiętają też o filmach Barei.

Konkurencja

Kabarety były w PRL-u i 30 lat po jej upadku domeną aktorów, piosenkarzy i autorów specjalizujących się w satyrycznych tekstach. Ale przyszedł rok 2015 i to się zaczęło zmieniać. Owszem – jest i dzisiaj kilku starszych i młodszych „kabareciarzy”, którzy piszą dobre teksty. Takie kabarety jak Moralnego Niepokoju czy Młodych Panów nadążają za chlubną przeszłością.
Z niepokojem jednak obserwuję, że niespodziewanie wyrasta im nieprofesjonalna konkurencja. Silna, władcza i bezwzględna. To politycy zgrupowani w rządzącej partii, słuchający tylko swego wodza, Najważniejszego Zwykłego Posła, starający się swoimi działaniami uprzedzać jego życzenia.
Część tych działań jest tak niezgodna z prawem i tak humorystyczna, ze staje się politycznym kabaretem, niekiedy bardziej śmiesznym od pomysłów zawodowców. Ale ma wadę. Budzi – przynajmniej u mnie – śmiech przez łzy, jest niebezpieczna dla obywateli i może grozić destrukcją państwa, jednocześnie spychając je na margines Europy.

Tajne podpisy

Długotrwałym „numerem” kabaretowym, wymyślonym przez rządzącą partię, są manewry wokół powołanej według nowych zasad – czyli przez polityków – Krajowej Rady Sądowniczej. Aby zachować pozory demokracji kandydaci na członków tego „ciała” musieli być poparci podpisami wnioskodawców – aż 25 sędziów. Musieli być znani i uznani w środowisku, bo poinformowano „suwerena”, że zdobyli je z zastanawiającą łatwością. Dokumenty z tymi podpisami natychmiast jednak utajniono i schowano w głębokim sejfie sejmowym.
Występy i działania kabaretowe związane z tą sprawą zaczęły się z chwilą, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny zapragnął zobaczyć te podpisy. Odruchy paniki obozu rządzącego były zabawne i zakończyły się decyzją „organu administracji państwowej” powołanego dla ochrony danych osobowych. Nie pokażemy tych podpisów, bo podpisujący boją się ostracyzmu i sobie tego nie życzą. Sejm i Senat w Polsce może jeszcze głosować jawnie, prokuratura noże mieć „przecieki” pozwalające na powszechną wiedzę, komu ma zamiar postawić zarzuty, jawne są oświadczenia o stanie majątkowym – ale suweren nie może wiedzieć, kto popiera członków KRS.
Organ od ochrony danych osobowych zabronił nam ujawniania tych podpisów – powiedziała kancelaria sejmu. Poparł ją publicznie jeden z wiceministrów sprawiedliwości, mimo, że „w międzyczasie” także sąd okręgowy w Olsztynie wykazał się niezdrową ciekawością i zażądał pokazania podpisów.
Jako starzejąca się, mikroskopijna część suwerena, mam charakter przestraszonego baranka. Kancelarię, tak „po ludzku” mogę jeszcze zrozumieć Musi słuchać się szefów. Ale wiceminister sprawiedliwości lekceważący wyroki i żądania sądów zagrał w tym numerze kabaretowym rolę, która w państwie praworządnym powinna natychmiast zakończyć jego karierę.
Nie jestem prawnikiem. Ale lata innych studiów i praktyki utrwaliły we mnie przekonanie, o prymacie wyroków sądów. Może niesłuszne. Może teraz ma być inaczej. Jednak, jeśli policja mnie zatrzymuje, to sąd może mnie zwolnić. Jeśli komornik błędnie mi coś rekwiruje, to sąd może kazać mu to zwrócić. Jeśli sąd może nawet anulować decyzje specjalnej komisji wykrywającej nieprawidłowości w gospodarce nieruchomościami w Warszawie – to nie rozumiem, dlaczego nie może kazać ujawnić nazwisk osób popierających sędziów i dlaczego nie wykonuje się natychmiast takiej decyzji. Chyba, że w założeniu ma to być kabaret pobudzający fantazję. Może w sejfie sejmowym są tylko puste kartki, albo wszystkie listy poparcia są takie same?

Węzeł gordyjski

Krótki, ale błyskotliwy numer kabaretowy mieliśmy ostatnio w czasie posiedzenia sejmu, wybierającego kandydatów na członków wspomnianej Rady Sądowniczej. Przeprowadzono głosowanie, ale nie ogłoszono wyniku – prawdopodobnie niesatysfakcjonującego obozu rządzącego. Za to zdecydowano o powtórzeniu glosowania. Ten drugi wynik był dobry – więc go ogłoszono. U telewidza, (czyli także u mnie) powstała wątpliwość, czy przypadkiem nie marnujemy czasu i pieniędzy suwerena na tworzenie parlamentu, w którym można sobie dowolnie manipulować 460-ciu wybrańcami narodu. Może było by prościej i taniej ograniczyć się do jednego, zwykłego, ale Najważniejszego posła? I można wtedy pozbyć się tych skomplikowanych urządzeń do głosowania. Najważniejszy poseł podniesie rękę – czyli jest za i trzeba to natychmiast realizować. Nie podniesie – jest przeciw i trzeba to ze wstrętem odrzucić do kosza.
Rządowy kabaret sądowniczy niemal równolegle błysnął wyborem kandydatów na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kandydatury budziły zastrzeżenia merytoryczno – historyczne uzupełnione wątpliwościami, czy mogą być kandydatami osoby w wieku emerytalnym. O to ograniczenie niedawno upominano się przy ataku na Sąd Najwyższy. Nie ma powodów, aby w TK było inaczej. Wybrani większością PIS kandydaci i tak mi się nie podobają, ale – delikatnie mówiąc – przy wyborze aż na 9 lat, powinni być teraz zdecydowanie przed granicą wieku emerytalnego. A nie są.
Nie mogę też pojąć, dlaczego do ważnego dla suwerena Trybunału powołuje się profesorów, doktorów, ale także magistrów prawa. Powierza się im również kierowanie tym prestiżowym organem. Nasze uczelnie „produkują” dostateczną liczbę doktorów, którzy mogą później uzyskać stopnie prawdziwych profesorów, aby wystarczyło ich na podmianę starzejącej się kadry w Trybunale. To chyba jakaś tajna zmowa magistrów, słynących z umiejętności gastronomicznych i organizowania życia towarzyskiego, które zachwycają nawet Najważniejszego Posła.
W prawniczym zespole numerów kabaretowych aktualna władza tak się „zakałapućkała”, że powstał istny węzeł gordyjski. Sędziowie podejmują uchwały, że nie będą opiniować nowych kandydatów do czasu, aż wyjaśniona zostanie sprawa legalności powołania obecnego składu KRS. Sąd Najwyższy ma się wypowiedzieć o poprawności naszego, zmienianego systemu „kierowania” sprawiedliwością. Na wniosek Komisji UE Trybunał Międzynarodowy w Luksemburgu też jeszcze wróci do sprawy praworządności w Polsce. Rząd traci nerwy. Jego rzecznik mówi coś o „ukróceniu” działalności niezadowolonych sędziów. To brzmi jak groźba z wczesnych lat 50-tych ubiegłego wieku. Podpowiadam nieodpłatnie. Rosja ma opuszczone obozy na Kamczatce i w Obwodzie Magadańskim. Na pewno nie zażąda wysokiej ceny za ich wynajęcie. Wystarczy zadzwonić do Prezydenta Putina. Uratowane tygrysy jadą do azylu w Hiszpanii, a nasi „niegrzeczni” sędziowie mogą pojechać na zasłużony odpoczynek w tych obozach.
Kabaretowy, prawniczy węzeł gordyjski nie nadaje się już – moim zdaniem – do łagodnego rozplątania. Potrzebny jest nowy Aleksander Macedoński z ostrym mieczem, który go przetnie. Problem w tym, że go nie widzę. I to może oznaczać fatalne w skutkach dla szarych obywateli działanie tego numeru kabaretowego nawet do końca kadencji obecnej władzy.

Wszechstronna oferta

Jak ktoś nie lubi problemów prawniczych, to może się pośmiać z z kilku innych kabaretowych numerów oferowanych przez nasz zapobiegliwy rząd. Może się rozbawić historią myśliwców MIG 29, które ciągle stanowią istotną część naszych sił powietrznych. Są i stoją. Bo od dawna niedoszkalanym pilotom skończyły się formalne uprawnienia. Wprawdzie odważny głównodowodzący naszymi siłami zbrojnymi podjął decyzję, że mają jednak latać – ale problem nadal istnieje i trochę narusza, nienaruszalną zasadę zapewnienie „bezpieczeństwa lotów”.
Zachichotać można także przy odtworzeniu historii wyposażania naszej armii w helikoptery. Mieliśmy kupić od Francuzów 50 dobrych Caracali, ale rząd się z tego wycofał zaraz na początku poprzedniej kadencji. Bo za drogo. Znacznie taniej mieliśmy kupować maszyny amerykańskich i włoskich firm, częściowo wytwarzane w Polsce. Ale podobno jest jeszcze drożej i dłużej trzeba czekać.
Jeśli dla kogoś i ta tematyka jest za nudna – może zainteresować się bliżej sprawą krakowskiego hotelu i znajomości prezesa NIK M. Banasia. Już widzę skecz przypominający „Sęk”, słynną rozmowę telefoniczną Dziewońskiego z Michnikowskim, w kabarecie Dudek. Pan Prezes rozmawia z kimś, z kim jest „na ty”, ale nie wie, z kim i nie ma pojęcia, o czym rozmawia. Można też uruchomić zakłady, czy Prezes NIK spełni sugestię wierchuszki PISu i zrezygnuje ze stanowiska, czy też uprze się i postanowi je nadal piastować.
Najodważniejsi wielbiciele kabaretów mogą jeszcze domagać się skeczy ilustrujących wnikliwość i obiektywizm prokuratury. Monolog prokuratora zastanawiającego się nad argumentacją umorzenia śledztwa w sprawie wieszania na szubienicach portretów niektórych euro-posłów i nad sposobami nieprzesłuchiwania Najważniejszego Posła, w sprawie „Srebrnej”, mógł by być gwoździem sezonu.

Nieudolny plagiator Orbana

Węgierski scenariusz na długie i szczęśliwe rządzenie nad Wisłą nie wypalił.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji. Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.

Sprawdzony start

Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy. Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.

Morawiecki ocalił banki

Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte. Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

Sądy – nie, sklepy – tak

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.

Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.

Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Większa kasa

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.

Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.

Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.

Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.

Drobna zmiana

Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.

PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał.

Kaczyński z Kościołem na czele polskiego nihilizmu

– Kaczyński, wychowany na wulgarnym, siermiężnym marksizmie lat sześćdziesiątych, uznał, że do swoich celów może użyć religii jako opium- uważa prof. ZBIGNIEWEM MIKOŁEJKO, filozof i historyk religii w rozmawie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Pierwsze pytanie kieruję do Pana Profesora jako do filozofa religii. Gdy słyszy Pan lub przypomina sobie słynną formułę Marksa o religii jako opium ludu, myśli starożytnego ateisty Lukrecjusza religijne poglądy Feuerbacha, barona d’Holbacha, księdza Jeana Meslier, Nietzschego etc. i innych klasyków ateizmu, to co Pan myśli?

Że są ciągle aktualne. Zwłaszcza formuła Marksa o religii jako „duszy bezdusznych stosunków”, „westchnieniu uciśnionego stworzenia”, „kwiatach kładzionych na kajdany”.

Czy Kaczyński idzie za tą myślą Marksa, dekretując tak dobitnie, jak nigdy dotąd, kilka tygodni temu na konwencji PiS w Lublinie, sojusz Państwa i Kościoła, dawniej nazywanego sojuszem Tronu i Ołtarza?

Tak uważam. Kaczyński, wychowany na wulgarnym, siermiężnym marksizmie lat sześćdziesiątych, uznał, że do swoich celów może użyć religii jako opium. Uczynił to na zimno, cynicznie, bo myślę że nie jest człowiekiem wierzącym, ale zdał sobie sprawę, że trzeba ludzi zaczarować czy otumanić. Użył do tego, z wprawą starego, cynicznego „aparatczyka”,odmiany słynnej niemieckiej triady:Kűnder, Kűche und Kirche (dzieci, kuchnia i kościół), czyli trzech swoich „k”: kłamstwo, kościół, kasa. Taka operacja obezwładnia znaczną część społeczeństwa i daje potrzebne jej złudzenia: złudzenie dobrostanu, złudzenie sprawiedliwości społecznej, a także przyzwolenie na swobodne ujawnianie złych instynktów społecznych, które płyną z Schadenfreude, złej radości. Oparte jest to na mechanizmie psychologicznym, zgodnie z którym adresat takiego impulsu wie, że wiele nie osiągnął, że niewiele znaczy i że nie zostanie dostatecznie gratyfikowany, ale za to może patrzeć. jak „dowala się” znienawidzonym elitom – tym sędziom, uczonym, lekarzom, artystom, politykom z pierwszych stron gazet, opozycyjnym publicystom, ludziom z wielkich miast. Odwołam się tu do książki Petera Sloterdijka o gniewie. Pisze on w niej o tworzeniu tak zwanych banków gniewu -zasobników nienawiści zbiorowej, sterowanej dawniej przez autorytety religijne, na przykład autorów biblijnych „psalmów złorzeczących”, a w nowoczesnym świecie przez ideologów bolszewizmu „czerwonego” i „czarnego”. Sloterdijk utrzymuje przy tym – nie wiem, czy słusznie? – że koniec pewnego typu mesjanizmów świeckich, komunizmu w sowieckiej wersji oraz nazizmu, położył kres takim projektom w skali powszechnej, światowej. Kaczyńskiemu udało się to w skali lokalnej, polskiej, takie banki nienawiści – gniewu niby to „ludowego” – po stworzyć. Mogło się to udać dlatego, że zawiódł też w znacznej mierze i mesjanizm liberalny, który ma pewne cechy innych mesjanizmów świeckich – nie pod względem treści, ale z punktu widzenia samej struktury budowania nadziei, jej mechaniki i funkcji.Nie wszyscy zatem „załapali się” na dobrodziejstwa liberalizmu i zostawił on samym sobie również chmary ludzi odtrąconych, zdegradowanych czy przegranych. Rzecz jednak w tym, że ów „ludowy gniew” tylko w pewnym zakresie jest gniewem tych rzeczywiście przegranych. Po pierwsze bowiem – wbrew temu, co utrzymuje chociażby profesor Maciej Gdula – nie ma w Polsce od dawna żadnej „klasy ludowej”. W wyniku powojennej modernizacji, industrializacji i urbanizacji, w rezultacie wielkich i nierzadko dramatycznych procesów migracyjnych przestał istnieć ów tradycyjny „wiejski lud polski”, tak dobrze znany etnografom czy socjologom przedwojnia. A po roku 1989, w przyspieszonym, konwulsyjnym procesie nastąpił także kres „wielkoprzemysłowej klasy robotniczej” z jej szczególną kulturą i etosem. Dziś zatem, jak uważam, w Polsce dominuje mentalność drobnomieszczańska w różnych wcieleniach, a dawny „lud” należałoby teraz opisywać w kategoriach właściwych dla socjologii anglosaskiej: jako „niższą klasę średnią”, „klasę niższą”, wreszcie underclass, czyli środowiska radykalnego ubóstwa, skrajnie zdegradowane w społecznym, kulturalnym, materialnym wymiarze. Po drugie, gniew taki w znacznej części żywią ludzie mający się całkiem nieźle, nawet znakomicie, ludzie, dla których ten gniew jest „solą” ich działania. Weźmy więc Kościół katolicki, który się do budzenia tego gniewu świetnie strukturalnie nadaje. Przecież tacy organizatorzy nienawiści, jak biskupi Jędraszewski, Mehring czy Depo mają się doskonale, a nienawiść krzewią wszem i wobec, nieustannie wskazując wroga, jakąś „zarazę”. Na tym tle właśnie dokonuje się ścisła współpraca PiS z Kościołem: można by nawet sparafrazować znane hasło minionego systemu: „Mówimy Kościół, a myślimy Partia, mówimy Partia, a myślimy Kościół”. Cały czas tu zatem jesteśmy w przestrzeni mentalności polskiej lat sześćdziesiątych, może nawet po trosze lat stalinizmu – tam są korzenie wielu składników obecnej mentalności Polaków. Przetrwała ona demontaż dawnego systemu i jest dziedziczona, po rodzicach i dziadkach, co widzę nawet u niektórych studentów Uniwersytetu Warszawskiego i innych stołecznych uczelni. Ale nie tylko o to chodzi. Przywołam głośną kilka lat temu sprawę zabójczyni własnego dziecka, Katarzyny Waśniewskiej. Najpierw grała ona na mentalności wywodzącej się z katechizmu, opartej na współczuciu, na pobożnych obrazkach „Mater Dolorosa”, Matki Boleściwej, która utraciła Dzieciątko, a potem, kiedy jej zbrodnię wykryto, natychmiast oparła swój „przekaz” na przesyconym tanim erotyzmem wzorcu popkulturowym – na odgrywaniu roli wampa czy kobiety fatalnej i nieszczęśliwej, na półnagich zdjęciach na koniu, na tańcach przy rurze, na opowieściach o złych doświadczeniach seksualnych. Bo polską mentalnością rządzą też, współgrając ze sobą, dwa inne jeszcze zasobniki wzorców i języka wyrazu: skarlały, szczątkowy, zdeformowany katechizm katolicki i tandeta popkulturowa. Najpierw więc mieliśmy tu tandetę „ducha”, a potem tandetne „ciało”, rodem z prasy kolorowej. A jednocześnie tym, co rządziło Waśniewską, było poczucie braku znaczenia, z którego chciała się za wszelką cenę wydobyć. I dokonała tego przez transgresję w postaci zbrodni. To właśnie poczucie braku znaczenia rządzi znaczną częścią polskiego społeczeństwa (ci, którzy tego nie rozumieją, przegrywają wybory). Wykorzystał to Tadeusz Rydzyk, zjednując sobie ludzi żyjących w poczuciu wykluczenia. I powiedział im: jesteście „solą tej ziemi”, jesteście Kimś. I ujął to w język gniewu i przemocy, rzekomo wyzwolicielski, pozwalający im odreagować stygmatyzacje, które na nich spadły.

A jednocześnie na tym tle pojawiło się w ostatnich kilku latach, ostatnio szczególnie intensywnie, zjawisko w Polsce do tej pory właściwie w tej skali i postaci nieznane: akty agresji i szyderstwa w stosunku do Kościoła, jego funkcjonariuszy, w stosunku do religijnych symboli. Czy to reakcja na inwazję politycznego klerykalizmu, zwłaszcza ze strony części młodego pokolenia, które jak wskazują badania, radykalnie i w rekordowym tempie się laicyzuje?

Słusznie pan użył słowa „części”, bo inne są postawy młodzieży wielkomiejskiej, a inne wiejskiej (wynika to z badań). Odpowiadając wprost: po części tak, choć w każdym społeczeństwie, po różnych stronach światopoglądowo-politycznych, są osoby skłonne do publicznej ekscesywności. Wspomniane przez pana akty antyreligijne są więc przejawem tego właśnie zjawiska – dlatego różni ludzie wpadają do kościoła w czasie mszy, smarują na murze świątyni antykościelne hasła. Skądinąd właśnie przeciw takim aktom skierowane było ostrze przedwojennej ustawy o ochronie uczuć religijnych: głównie chodziło o ochronę obrzędów i obiektów religijnych przed napadami. Obecna polska ustawa jest poszerzona o ochronę warstwy werbalnej, symbolicznej, w tym sensie jest bardziej restryktywna. Niemniej jednak, będąc ateistą, jestem sceptyczny co do wyłącznie dobrych skutków, jakie przyniosłaby dokonująca się laicyzacja, zwłaszcza młodego pokolenia. Szczególnie we wschodniej części Polski, w tych Białystokach, Jarosławiach, Kodniach, religia jest jedynym spoiwem społecznym i bez niej więzi społeczne całkowicie by się rozpadły, podległy atrofii. To już tam następuje w postaci zaniku sensu zbiorowego istnienia. Te więzi są co prawda po części konformistyczne (chodzenie do kościoła bez wiary), ale trwają. W pięknym mieście Jarosławiu, pełnym wspaniałych zabytków, nie ma gdzie doprawdy przenocować i zjeść cokolwiek. Do tego w Polsce, wraz z likwidacją wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, zniknęła – jak wspomniałem – obyczajowa kultura robotnicza, zastąpiona mentalnością drobnomieszczańską z jej wsobnością i egoizmem. Dziś więc powtórka Sierpnia ’80 byłaby niemożliwa. Dziś figurą społeczną jest „rwacz” z powieści Erenburga, człowiek przychodzący znikąd i bezwzględnie garnący do siebie, człowiek o szczególnym poczuciu estetycznym – wyznawca plastikowej rzeczywistości rodem z reklam (plus grill i piwo). Podobnie jest na Zachodzie, stąd i tam tęsknota za wspólnotami plemiennymi.

Czyli nawet ateiści, sceptycy, antyklerykałowie powinni sobie powiedzieć: nie lubimy Kościoła, jego formy funkcjonowania w Polsce są antypatyczne, szkodliwe i godne szyderstwa, ale musimy łykać tę pigułkę w imię wyższego celu, jakim jest ocalenie elementarnych więzi społecznych, zwłaszcza na prowincji?

Można by to i tak ująć. Kapitał społeczny na prowincji, zwłaszcza południowo-wschodniej, jest bardzo nikły na ogół. W takim Kodniu, gdyby nie kościół z „cudownym obrazem” i liczne pielgrzymki, nie byłoby toalety i nie byłoby gdzie zjeść.

Czy to znaczy, że choć po części powinniśmy przyznać rację Kaczyńskiemu, gdy broni Kościoła?

Ani trochę. To przypadkowa zbieżność materii. Gdyby chciał on wykorzystać Kościół jako dźwignię cywilizacyjną, działałby inaczej. O to mu zupełnie nie chodzi. Obywatel cywilizowany i świadomy jest mu nie tylko niepotrzebny, ale jest zawadą. Potrzebny mu jest obywatel znarkotyzowany obrzędami i ulegający nienawistnym hasłom pewnych hierarchów. Nie jest o to trudno, bo polski katolicyzm jest rytualny, pusty, nie związany z żadną metanoią, przemianą, z otwarciem na bliźniego. Szkoda więc, że to taki lichy katolicyzm jest spoiwem społecznym.

Czy w Polsce jest duży potencjał laicyzacyjny? Na oko wygląda, ze tak: sekularyzacja młodzieży, spadek zainteresowania katechezą szkolną, wyraźne zmniejszenie liczebności pielgrzymek, nawet te 60 tysięcy uczestników modlitewnej akcji „Polska pod krzyżem”, to niewiele jak na przeszło 30-milionowy naród…

Trudne pytanie. Polacy się laicyzują, ale nie wychodzą ze starych dekoracji. Inna sprawa, że to nie zawsze są tylko niewinne dekoracje. W Polsce południowo-wschodniej nie respektuje się nawet obecnej restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, fałszywie zwanej „kompromisem”, bo szpitale zbiorowo podpisały pod naciskiem Kościoła klauzule sumienia. Tam legalnie nie sposób przerwać ciąży.

Czyli polski model laicyzacji jest dokładną przeciwnością francuskiej: tam w 1905 roku nastąpił radykalny rozdział Kościoła od Państwa i trwa do dziś, w zimnej, administracyjnej postaci?

Tak, ma pan rację, a podobnie było we Włoszech czy Hiszpanii. W Polsce będzie więc istniała „wydmuszka”: w środku pusta skorupa katolicka. Skorzystać z niej jednak może tylko Kaczyński i jego partia, inni żywią dziwnie uporczywe złudzenia.

Tylko czy taka skorupa może długo istnieć bez treści, nie sklęśnie jak balon bez powietrza?

Może – i to bardzo długo. A szkoda, że tylko skorupa, bo chrześcijaństwo wprowadziło do naszej mentalności, poprzez wizję męki i śmierci Chrystusa, pojęcie „ciała cierpiącego” i „miłości bliźniego”, którego nie było w antyku „pogańskim”. I mimo prześladowań religijnych, stosów, inkwizycji etc. Kościół jednocześnie krzewił te pojęcia, a także to on, jako pierwszy, zorganizował opiekę nad starymi i chorymi, jałmużnictwo, dowartościowanie człowieka ubogiego („res sacra miser”), dowartościowanie współczucia. Była w tym sprzeczność, ale nie można tego nie uwzględnić. Mało kto wie, że prześladowaniom czarownic, procesom o czary i paleniu ich na stosach kres położyła w XVII wieku inkwizycja hiszpańska w Kraju Basków, bo uznała to za niechrześcijański przesąd. Wszystko to mówię jako człowiek niewierzący i niepraktykujący, który w wieku jedenastu lat rozstał się z Kościołem.

Gdzie tkwią antropologiczne, może podświadome, głębinowe źródła polskiego przywiązania do religii? Nie mam na myśli znanych powszechnie przyczyn historycznych.

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć „jednym tchem”. Ale spróbuję. Po pierwsze, to jest najłatwiejszy i najbardziej w Polsce dostępny stygmat tożsamości plemiennej czy kulturowej – taki „stempelek ma łeb”, że jest się Polakiem (to pokłosie tego, co Stefan Czarnowski, wybitny przedwojenny socjolog, rozpoznawał w „religijności wiejskiego ludu polskiego” jako „nacjonalizm wyznaniowy”, w prosty sposób pozwalający odróżnić „swoich” od „obcych”). Po drugie, w ścisłym więzi z poprzednim, o czym wspominałem już przy Waśniewskiej, to kalekie, szczątkowe instrumentarium – zespół obrazów i pojęć, który z braku innej paidei, pozwala jakoś wyrazić siebie i opisać świat. Po trzecie wreszcie, katolicyzm polski, z powszechnie znanych powodów historycznych, przybrał postać radykalnej „religii życia”, pewnego sposobu egzystencji, poza którym wielu ludzi nie jest w stanie sobie wyobrazić odmiennego trybu czy stylu istnienia. Inna sprawa, że bywa on z tego powodu tylko surogatem autentycznego życia albo maską albo skorupą, skrywającą bardziej jeszcze archaiczne czy wręcz atawistyczne, w każdym razie przedchrześcijańskie warstwy mentalności, także te – niestety – związane z przemocą i solidarnością gromady. Mówią o tym Chłopi Reymonta, a bardziej jeszcze poświadczyła to np. „bożonarodzeniowa zbrodnia” ze Zrębina w 1976 roku – gdzie na oczach kilkudziesięciu osób wracających z „pasterki”, zaprzysiężonych potem na różaniec i do tej pory trwających w milczeniu, zamordowano, w akcie rodowej zemsty, 18-letnią dziewczynę w ciąży, jej 24-letniego męża i 12-letniego chłopca. A podobne cechy nosi też zbrodnia na Iwonie Cygan. To zresztą zjawisko trwałe, kulminujące ongiś w rozmaitych wydarzeniach pogromowych czy w tzw. rabacji krakowskiej 1846 roku, kiedy to chłopi pod wodzą Szeli ogłosili, że „Najjaśniejszy Pan zawiesił przykazania na trzy dni”, można więc bezkarnie „rżnąć ciarachów”, czyli szlachtę, „Polaków”. Znamienne, że trwałością tego rodzaju charakteryzują się bastiony pisowsko-kościelnej władzy, czyli te obszary, gdzie formalny katolicyzm, mierzony udziałem we mszach niedzielnych, jest najmocniejszy: Tarnowskie, Podkarpacie, Kielecczyzna, wschodnie Mazowsze, Podlasie.

W przywołanym wcześniej przemówieniu w Lublinie powiedział Kaczyński, że poza Kościołem katolickim jest tylko nihilizm. Jaką ma Pan na to odpowiedź?

Jest inaczej, jest znacznie gorzej. To Kościół katolicki w Polsce spaja nihilistów. Widać to choćby z serii ostatnich wydarzeń aferalnych w szeregach władzy. Szkoda, że Kaczyński nie ma elementarnej wiedzy filozoficznej. Gdyby ją miał, wiedziałby, że nie tylko przed katolicyzmem, ale i przed chrześcijaństwem istniała bogata myśl moralna: Arystoteles, Platon, Sokrates, praojciec naszych systemów moralnych, stoicy, cynicy z Diogenesem i jego ideą ubóstwa, których myśl była niekiedy bliska Ewangelii chrystusowej, konfucjanizm, religijny żydowski system etyczny. I pewnie nie do końca jest świadom, że to on przyciągnął do siebie drobnomieszczańskie, egoistyczne, zachłanne środowiska i do nich się odwołuje. Niczego dobrego w sferze społecznej „dobra zmiana” bowiem nie uczyniła. Nie spoiła narodu, utrwala tylko jego partykularne instynkty. Ożywiła nadto powidoki, zjawy, upiory najgorszych, przeżytych ideologii, które wampiryzują Polskę, w tym kontrreformacyjny, polityczny katolicyzm i nacjonalizm. Trzeba by je wyegzorcyzmować. To pachnie czasami saskimi, wystarczy poczytać Szujskiego, Bobrowskiego, Skargę, Jasienicę. Bardzo więc żałuję, że w Rzeczypospolitej nie zwyciężył protestantyzm, nie powstał kościół narodowy, a było od tego o krok za Zygmunta Augusta. Ruch egzekucyjny pod wodzą Jana Zamoyskiego dokonał co prawda pewnych reform, ale udało mu się to tylko połowiczne. Tym partykularyzmem zatraciliśmy w Polsce państwo, a szlachta poszła pod lipę pić miód i drzemać, a z drzemki obudziła się w objęciach agresywnych sąsiadów. To zjawisko kapitalnie ukazała Hanna Malewska w powieści „Panowie Leszczyńscy” Kaczyński proponuje to samo – idźcie pod lipę, pijcie miód. A my się zajmiemy polityką. To Jarosław Kaczyński jest wodzem polskiego nihilizmu. I to wszystko nazywane jest – o zgrozo! – konserwatyzmem, choć od konserwatyzmu odległe jest o sto lat świetlnych. To nie ma z nim nic wspólnego. To nie konserwatyzm, to brutalny arywizm. Marian Zdziechowski, mistrz duchowy prawdziwych konserwatystów chrześcijańskich, przewraca się w grobie.

Co będzie dalej?

Musi nastąpić implozja, a wiele zależeć będzie od postaw elit liberalnych i lewicowych. Niestety, zauważam tam skłonność do trwania w starych schematach, stare śpiewki. Na przykład ostatnio pan Czarzasty, którego skądinąd bardzo lubię, bo to sympatyczny i inteligentny człowiek, złożył taką deklarację w sprawach kościelnych, która niebezpiecznie przypomniała mi alianse dawnych, lokalnych baronów SLD-owskich z biskupami, w czasach rządów tej formacji. To błąd, bo Kościół nigdy nie postawi na lewicę, a ta nigdy nie przelicytuje Kaczyńskiego. To samo dotyczy bliskich mi liberałów.

Ten „imposybilizm” w stosunku do Kościoła dotyka także radykalnych ateistów. W odpowiedzi na deklarację jednej z ważnych postaci polskiego ateizmu, że „nie chcą naprawiać religii, chcą się jej pozbyć” powiedziałem, że mają tak wielki cel, a od trzydziestu lat nie mogą zrealizować zamiaru wystawienia pomnika ani nawet skromnej tablicy ojcu polskiego ateizmu Kazimierzowi Łyszczyńskiemu, który jest patronem organizacji, którą przywołana osoba kieruje. Z czym do ludzi? – chciałoby się powiedzieć. Do tego zawsze mówią, nawet Jana Hartman, że to jeszcze nie ten czas, żeby budować pomniki ateistom. Ręce opadają…

O tym wszystkim zadecydowała śmierć konkurencyjnej wobec katolicyzmu paidei, czyli wychowania do demokracji i udziału w kulturze, oraz mitów społecznych, n.p. całkowicie zaprzepaszczono dorobek polskiego arianizmu i Akademii Rakowskiej. A wracając do przywołanej przeze mnie implozji: sytuacja w Polsce trochę mi przypomina wczesny okres Mussoliniego, po zabójstwie socjalisty Matteottiego w 1924 roku. Mussolini popadł na tym tle w depresję z lęku, że oburzenie społeczne spowodowane mordem na opozycyjnym dziennikarzu obali go. Zamknął się w swoim pałacu, nawet przestał przyjmować kobiety. Gdyby wtedy liberalno-lewicowa opozycja, która jeszcze nie siedziała więzieniach, wzięła się do dzieła, mogła skończyć z Mussolinim. Zachowała się biernie i to ją zgubiło. Jest tu pewna analogia z obecną sytuacją polską. Jest jeszcze czas na odsunięcie Kaczyńskiego i jego obozu. Jeśli się teraz nie uda, może być za późno na bardzo długie lata, nie tylko na jeszcze jedną kadencję.

Dziękuję za rozmowę.

Zbigniew Mikołejko – ur. 24 lipca 1951w Lidzbarku Warmińskim -filozof i historyk religii, eseista, poeta. Autor, m.in. książek: Katolicka filozofia kultury w Polsce w epoce modernizmu(1987),Kim jestem dla ciebie…(1987),Elementy filozofii(siedem wydań, 1998–2008);Mity tradycjonalizmu integralnego(1998),Emaus oraz inne spojrzenia do wnętrza Pisma(1998), Żywoty świętych poprawione (2001, 2004, 2011), Śmierć i tekst. Sytuacja ostateczna w perspektywie słowa(2001),W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”(2009), We władzy wisielca, t. 1:Z dziejów wyobraźni Zachodu(2012), We władzy wisielca, t. 2: Ciemne moce, okrutne liturgie (2014), Żywoty świętych poprawione ponownie (2017), Gorzkie żale (2017), Między zbawieniem a Smoleńskiem. Studia i szkice o katolicyzmie polskim lat ostatnich (2018), Prowincje ciemności. Eseje przygodne(2018), Heilsberg, to miasto (2018).