Gdy Polska wstaje z kolan, rachunki są wysokie

Jest w tym coś metafizycznego. Jest taki rząd, który ciągle grzmi o narodzie, walce i odzyskiwaniu godności, a jednocześnie prowadzi politykę zagraniczną na doprawdy obleśnym, lokajskim poziomie; jest takie społeczeństwo, które to widzi, ale wciąż nie potrafi przełamać tego poznawczego dysonansu. Leci więc Duda do Waszyngtonu, wraca puściwszy Polki i Polaków w skarpetkach, a tu wciąż biją mu brawo.
Dopiero co strajkowali nauczyciele, protestują fizjoterapeuci i weterynarze, samorządy nie mają pieniędzy na dokończenie oświatowej „deformy”, niepełnosprawni wciąż nie mogą doczekać się spełnienia swoich postulatów, w powiecie piotrkowskim nie będzie już ani jednej „porodówki”… Można by tak wyliczać długo. Na nikim to chyba nie robi to chyba żadnego szczególnego wrażenia. Trzy dekady cywilizacyjnego regresu najwyraźniej nie tylko oswoiły ludzi z patologiami, ale i sprowadziły na społeczeństwo szereg poznawczych trudności.
Bo jak inaczej wyjaśnić, to, że prezydent powstającej z kolan Polski leci do stolicy mocarstwa i wraca wyłącznie ze zobowiązaniami. Jak można nie dostrzegać tak ewidentnych rzeczy? Jak można coś takiego popierać? I to tak masowo.
Andrzej Duda w Waszyngtonie wszak nie tylko nie powstał z kolan, ale wręcz na nie upadł i to w stylu tak lokajskim, że pierwsi sekretarze KPZR mogą Donaldowi Trumpowi szczerze pozazdrościć.
Zrekapitulujmy. US Army wyśle nad Wisłę jeszcze tysiąc żołnierzy. Wszelkie koszty pokryje Polska. Do tego kupimy jeszcze ponad 30 samolotów F35, z których latać będą mogły może trzy ze względu na koszty eksploatacyjne. A na sam shopping u Wujka Sama wywalimy 17 mld. zł. Jakby tego było mało, to zapłacimy też za amerykański gaz. Rosyjski jest be, chociaż wielokrotnie tańszy. Zobowiązaliśmy się, że będziemy prowadzili z USA strategiczną współpracę w zakresie budowy elektrowni jądrowej. Szacowane koszty takiego przedsięwzięcia opiewają na ponad 70 mld. zł.
Te gigantyczne kwoty można byłoby naprawdę lepiej wydać. Czy to na dofinansowanie publicznej służby zdrowia, czy na publiczny transport zbiorowy, czy na edukację. Można byłoby je przeznaczyć na wzmocnienie nauki polskiej, zwłaszcza zdegradowanych po 1989 r. dziedzin technicznych i na szkolnictwo zawodowe. A co z polityką socjalną? Co z opieką publiczną nad ludźmi starymi, przewlekle chorymi i niepełnosprawnymi. Już pal sześć, że lokajstwo! To przecież jest jakieś antyludzkie, zupełnie niehumanitarne, żeby odmówić pieniędzy opiekunom osób niepełnosprawnych, a mieć gest dla Pentagonu i zainwestować w amerykański wojenny watażkizm sumy tuziny razów większe.
I jeszcze ta propagandowa paplanina: „to jest wielka inwestycja w nasze bezpieczeństwo”. Jeśli nawet za prawdziwe przyjąć tezy o „rosyjskim zagrożeniu wobec Polski”, to tylko przygłup może sobie wyobrazić, że dodatkowe 3, 4 czy nawet 5 tys. amerykańskich szwejków może takie „zagrożenie” odeprzeć.
To, co Duda nawyprawiał w Waszyngtonie, to intelektualna, polityczna i moralna hańba, to zupełne bankructwo. Niestety, zapłacimy za to wszyscy, nie tylko wyznawcy prezesa Kaczyńskiego.

Flaczki tygodnia

Polsce nie są potrzebni stacjonujący na jej terytorium amerykańscy żołnierze, aby realnie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju.
Potrzebni są, by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa wśród Polaków. Wzmocnić w nas wiarę, że tym razem dobry Waszyngton nakaże swym wojakom umierać za Gdańsk, Licheń i Nowogrodzką.
Potrzebni są też elitom PiS aby zwiększyć bezpieczeństwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości.

Różnica pomiędzy realnym bezpieczeństwem państwa a pobudzonym poczuciem bezpieczeństwa u obywateli podobna jest różnicy pomiędzy efektami lekcjami matematyki i religii.
Nauczanie rachunków pomaga nam odsłaniać prawdę. Często nieprzyjemną, bo minusową. Wiara, krzewiona na lekcjach religii, pobudza poczucie naszej wielkości, wspólnoty i nadziei na efektowne zwycięstwa.
Dlatego każde dobrze zorganizowane wojsko, gotując się do bitwy, najpierw wspólnie śpiewało na mszy, a potem zażywało działkę regionalnego dopalacza. I tak bóg, honor, a potem amfa lub spirytus, wiodły żołnierzy do zwycięstwa.

Nietrudno zauważyć, że każdy tysiąc, z obiecywanych przez PiS, amerykańskich żołnierzy wpisuje się w pakiet wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.
Jeszcze niedawno pan prezes Kaczyński kupował sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze. Za obietnice kolejnych transferów socjalnych z budżetu państwa. Obietnice bezpieczeństwa socjalnego.
Teraz zamierza dodatkowo kupić jeszcze więcej poparcia za obietnice wzmocnienia naszego poczucia bezpieczeństwa.

W ciągu ostatnich lat elity PiS straszyły nas wielokrotnie. Najazdem muzułmańskich uchodźców, czyli epidemią tyfusu i prawa szariatu. Wieś polską, wieś spokojną, wieś wesołą, napaść miał podstępny, przywleczony z Zachodu „gender”. Nakazujący chłopcom zakładania różowych sukienek, a dziewczynkom niebieskich spodenek.
PiS straszył Polaków też atakami pedofilii ze środowisk murarskich i artystycznych, eksplozją „ideologii LGBT”, „nadzwyczajną kastą sędziowską” kradnąca wiertarki w „Żabkach”, a niedawno rozbiciem dzielnicowym Polski zaplanowanym przez prezydentów największych miast Polskich.

Straszył skutecznie. Najpierw kreował nierzeczywistego wroga. Potem fałszywe informacje o nadchodzącym zagrożeniu. Aby w końcu odtrąbić zwycięstwo zmobilizowanych sił partyjno- rządowych nad antynarodowym, groźnym, lecz zmyślonym wrogiem.
Takie propagandowe wiktorie wiedeńskie elitom PiS udają się, bo w Polsce ponad 30 procent obywateli nadal nie ma dostępu do innej telewizji niż TVP.

Kreując kolejnych wrogów elity PiS wyszły poza granice Polski. Skłóciły państwo polskie z władzami Ukrainy, Izraela, Niemiec, Francji, Czech, Austrii i Słowacji. Bo wszędzie tam elit PiS wynajdowały „antypolonizm”. Groźny dla narodowo- katolickiej Polski niczym „gender”, „ideologia LGBT”, albo wychowanie seksualne w szkołach. Jedynie Węgry i czasem Włochy mogły liczyć na przyjazne gesty ze strony Nowogrodzkiej. Czyli polskiego Kremla.

Jednak wszystkie wymienione wyżej straszaki, nawet Żydzi i pedofilscy reżyserzy filmowi, nie dorastają do pięt największemu wrogowi katolickiego narodu polskiego. Brudnych pięt, rzecz jasna. Odzianych w „śmierdzące, ruskie onuce”.

Od wielu lat elity PiS kreują Rosję jako największego naszego wroga i potencjalnego agresora. To Rosja ma zagrażać bezpieczeństwu naszego państwa i jego obywateli.
Elity PiS każą wierzyć nam w dogmat ogłoszony przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W wypowiedziane przez niego w 2014 roku słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

Ponieważ pan prezydent Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej, uznawanej przez wyborców PiS za zamach inspirowany przez Kreml, to tenże prezydent zyskał w narodowo- katolickich środowiskach status świeckiego świętego.
Dlatego jego kiepska prezydentura nie może być dziś krytykowana. Dlatego jego słowa traktowane są jak wyrocznie. Zwłaszcza te, uzasadniające pragnienie agresji na Polskę genetycznie zakodowaną w rosyjskim narodzie.

Kreowanie przez elity PiS nieuchronnego, rosyjskiego zagrożenia jest skuteczne również dlatego, że rosyjskie elity lekceważąco traktują obecną Polskę. Uważają ją za państwo drugorzędne. Nie prowadzące suwerennej polityki, tylko służące administracji USA.
Takie lekceważenie Polski budzi niechęć do Rosji również wśród formacji politycznych opozycyjnych wobec rządów PiS. W praktyce wyklucza dialog polsko- rosyjski, nawet na innych , niż polityczne fora. Utrudnia w Polsce poważne studia i refleksję nad współczesną polityką Rosji.

Rządzące Polską elity PiS zapewne dobrze wiedzą, że obecna Rosja nie ma żadnego, racjonalnego interesu aby dokonać agresji militarnej na Polskę. Rosja nie zamierza dziś eksportować rewolucji, jak to było w 1920 roku, ani przystąpić do kolejnego rozbioru Polski, jak w 1939 roku. Nie ma też sojuszników dla takich działań w unijnej, transatlantyckiej Europie. Rosjanie nie są samobójcami aby militarnie porywać się na Polskę, czyli wejść z konflikt z NATO i Unią Europejską.

Oczywiście brak woli militarnej agresji nie wyklucza innego rosyjskiego oddziałania na nasz kraj. Nietradycyjnych, lecz „hybrydowych” wojen.
Ale elity PiS nie tworzą programów zabezpieczających przed takimi ingerencjami. Budują za to wizje bezpieczeństwo polskiego opartą na dawnych, już nieaktualnych wojnach. Wizje fałszywe, lecz nośne propagandowo w kampaniach wyborczych. Łatwiej przecież przekonać wyborców do zakupów efektownego, choć nie efektywnego uzbrojenia niż do posiadania wspólnej, europejskiej waluty. Do silniejszej integracji europejskiej.

Szykując się do kolejnej kampanii wyborczej elity PiS obiecują nam złudę przyszłego bezpieczeństwa. Wizję mocarstwowej militarnie Polski. Niestety dzieje się to kosztem odkładania dzisiejszych reformy służby zdrowia, nowoczesnego systemu edukacji, inwestycji w nowoczesną gospodarkę, poprawy ekologicznej jakości życia Polaków.

Stoi ułan na widecie…

Śpiący w samochodzie żołnierz ukradł panu prezydentowi całe defiladowe szoł.

Prezydent Duda, jak zwykle 3 Maja patriotycznie podniecony… a tu chłopak – pewnie umordowany ciągłymi alarmami, wyjazdami o bladym świcie, godzinami stania w bezruchu – ma to wreszcie wszystko gdzieś i dusi komara! W samochodzie, ale jednocześnie w oku kamery, z prezydentem na pierwszym planie. Duda ble, ble o żołnierskiej daninie krwi składanej od wieków i dyrdymały o historii najnowszej, a żołnierz – w kimę. Żołnierz tak ma – zasypia w każdej pozycji, w każdych okolicznościach, bo nigdy nie wie, kiedy znów okazja się trafi!…
No, ale nam kimać nie wolno. My, obywatele, zwłaszcza nieco starsi, kimnąć się nie możemy ani na moment. Mamy słuchać i targać za uszy każdego – choćby i prezydenta – kto nas nie szanuje, ma nas za głupków wmawiając nam ordynarne kłamstwa. Jeśli mówimy, że powinniśmy bronić swojej historii, to nikt za nas tego nie zrobi.
Minione dni obfitowały w kłamstwa, ociekały obłudą, hipokryzją i bezwstydem.
Oto minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas uroczystości 74. rocznicy forsowania Odry w Gozdowicach (woj. zachodniopomorskie), wspominając poległych żołnierzy, mówił: „pamięć dla tych, którzy polegli, jest wieczna”; że ich ofiara „kształtuje polską tożsamość narodową”, a także: „nigdy nie wolno nam zapomnieć o krwi i poświęceniu polskiego żołnierza”.
Jego rządowy kolega zaś, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński, przypomniał, że wielu żołnierzy biorących udział w walkach nad Odrą „nie zdążyło do armii gen. Andersa”, a I Armia Wojska Polskiego „była dla nich szansą na to, aby wrócić do Polski”.
Dodał też: „Jest dla mnie dzisiaj zaszczytem jako ministra, ale przede wszystkim jako mieszkańca tej ziemi (…), że mogę ukłonić się nisko tym z bohaterów, którzy tutaj o Polskę walczyli, opatrzność pozwoliła im przeżyć i są dzisiaj tutaj z nami. (…) Wasza krew, wasz pot, wasze poświęcenie, wasze umiłowanie ojczyzny ma dzisiaj w oczach rządzących taką samą wartość, jak krew, pot, poświęcenie żołnierza spod Tobruku, spod Monte Cassino, marynarza spod Narwiku, podwodniaków, którzy walczyli na morzach i oceanach, jak każdego polskiego żołnierza. (…) Krwi polskiego żołnierza nie wolno dzielić, nie wolno wartościować”.
Czy panowie ministrowie mają w domu lustra? Panowie zapomnieli: „Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża.”…
Te słowa wypowiedział Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. Gen. K. Sosnkowskiego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nie słyszałem, żeby swoje myślątka na temat żołnierzy, których panowie w tym roku, roku wyborczym, tak gorliwie czcili, odwołał. Co więc jest w panów ustach prawdą, a co łgarstwem? Bo jeżeli poszliście po rozum do głowy i rzeczywiście szanujecie ofiarę żołnierzy idących ze Wschodu do Berlina, to co na tych stanowiskach robi do tej pory pan Cenckiewicz?
Dlaczego też zdecydowanie nie przetniecie ciągłych podchodów wojewody zachodniopomorskiego, któremu przeszkadzają nazwy niektórych ulic w Kołobrzegu – związane z walkami o miasto w 1945 roku – a nawet Pomnik Zaślubin z Morzem, którego trwanie na kołobrzeskim brzegu wcale nie jest pewne.
Idźmy dalej – skoro minister Błaszczak jest zdolny do takich werbalnych wzniosłości pod adresem żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, to dlaczego w takim razie odmówił wojskowej asysty na pogrzebie najstarszego admirała Marynarki Wojennej, 97-letniego Henryka Pietraszkiewicza, który odszedł w kwietniu na wieczną wachtę? Do wojska został wcielony, gdy miał 21 lat. Początkowo do Armii Czerwonej, potem wylądował w Wojsku Polskim. Po ukończeniu kursów oficerskich, w składzie 4 Dywizji Piechoty WP, przeszedł szlak bojowy do Berlina. Po wojnie wstąpił do Marynarki Wojennej. Był prymusem w Szkole Marynarki Wojennej, służył na ścigaczu okrętów podwodnych ORP „Sprawny”, był dowódcą ORP „Sęp”. Podwodniakiem został do końca, pełnił coraz wyższe stanowiska. Był dowódcą Brygady Okrętów Podwodnych, potem dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża na Helu. Był komendantem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, szefem Sztabu Głównego Dowództwa Marynarki Wojennej, zastępcą Dowódcy Marynarki Wojennej do spraw Liniowych. Po zakończeniu służby był prezesem Ligi Morskiej wspierał Polskie Towarzystwo Nautologiczne, Stowarzyszenie Miłośników Okrętu Muzeum ORP „Błyskawica” czy też Bractwo Okrętów Podwodnych… I takiemu żołnierzowi odmówił pan, panie Błaszczak, asysty wojskowej podczas pogrzebu? Bo IPN podobno jakąś teczkę odgrzebał? A czy pańscy mianowańcy, ekspresowo awansowani, „wybitni dowódcy” po przyspieszonych kursach, nie współpracują z wojskowymi służbami specjalnymi? Nie stawiają się na odprawach, nie uczestniczą w naradach sztabowych? Nie udzielają żądanych informacji? Że niby, co – to inni dowódcy są, inni ministrowie, inne służby? Niepodległe? Różnie mówią. Jeden nawet dwie książki napisał o pańskim poprzedniku, a propos słówka „niepodległe”. I niech pan sobie wyobrazi, że ten pański poprzednik „oszczercy” do sądu nie podał! Taki honorowy…
Czyny panów, panowie ministrowie, i, że tak powiem – „praktyka rządzenia”, jedynie wzmacniają blask bijący od waszych miedzianych czół.
Uroczystości patriotyczne odbywały się nie tylko na zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej, ale także w jej sercu, na Placu Piłsudzkiego w Warszawie. Rządzący dziś notable składali wieńce przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Czy dręczyła ich jednak refleksja, co oni właściwie demonstrują – szacunek i podziw dla bohaterów, czy może namysł nad własnym wkładem w budowanie kłamstwa?
Przecież ci honorowani nad Odrą żołnierze I i II Armii Wojska Polskiego, po zakończeniu wojny wracali do kraju, Jedni szli do cywila, inni dostawali nowe przydziały. Jedni brali się za zagospodarowywanie Ziem Zachodnich i Północnych, ściągali osadników, przydzielali im domy i ziemię, zagospodarowywali odłogi tworząc PGR-y, zakładali szkoły, odbudowywali uniwersytety. Innych ojczyzna wezwała do nowej walki w obronie przed bandami, „zbrojnym podziemiem”. Tym razem oprócz Niemców strzelali do nich „swoi”. Dla „leśnych” każdy zabity żołnierz, każdy zabity milicjant, każdy „ukarany” za pomaganie władzy ludowej – choćby kobieta, nauczyciel wiejski, wybatożony chłop biorący ziemię z reformy rolnej, zabity Żyd, to był powód do dumy i mołojeckiej sławy. Wielu żołnierzy I i II Armii WP przeżyło szturm Berlina, ale nie przeżyło szturmu na posterunek milicji, w którym przebywali, zasadzki na oddział, w którym służyli, nie przeżyli niewoli u „leśnych”…
To panowie – pochylający głowy przed Grobem Nieznanego Żołnierza – tolerują oburzające manipulacje historią i kupczenie żołnierską krwią z politycznych pobudek. Oprócz bowiem rozsianych na kolumnach Grobu tablic upamiętniających żołnierzy spod Kołobrzegu, z Wału Pomorskiego, Budziszyna, Berlina, Lenino nawet – choć ono schowane jest ciut wyżej niż chodnik – na dumnym miejscu wiszą tablice z „bitwami zbrojnego podziemia”. Ci pierwsi ginęli w walce z Niemcami, wyzwalali Polskę, po to, żeby po paru miesiącach ci drudzy mordowali ich „ku chwale ojczyzny”… Panom to nie przeszkadza? Państwu, które współtworzycie na co dzień, to nie przeszkadza?
Już nie mówię o tym, że spośród bitew stoczonych przez I i II Armię WP wymieniono bodaj osiem, zaś bitew „leśnych” uhonorowano aż 18! To ci dopiero była siła!
No właśnie… Dlatego nie liczcie na zapomnienie, nie miejcie złudzeń, że patriotycznym klajstrem zamulicie mózgi. Niektórym na pewno, bo ludzie słabi są i dla „miski ryżu” będą „zapieprzać” dla kogo bądź. Ale nie oni stanowią o pamięci. Zatem musielibyście zmienić znacznie więcej niż tylko frazeologią patriotyczną, żeby dać Polsce szansę na posklejanie tego, co rozwaliliście. Nie ma w was takiej skłonności.
Wracając więc do defilady, którą urządziliście z okazji 3 Maja – oglądając ją przypomniałem sobie ostatnie miesiące Polski Ludowej. Każdy już czuł, że coś się kończy i coś zaczyna. Wtedy, po bardzo długiej przerwie na ulicach Warszawy zabrzmiała „Pierwsza Brygada”, zagrana wzruszająco przez Orkiestrę Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Była jak żołnierze po latach tułaczki wracający do domu… Ciary chodziły po plecach.
Wy zaś – na kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i na kilka miesięcy przed wyborami do Sejmu i Senatu, pokazaliście maszerujących klawiszy, policję skarbową, swoich ochroniarzy – na szczęście spieszonych, więc limuzyny były bezpieczne – i Wojska Obrony – Jeb! Jeb! Jeb! – Terytorialnej…
Myślę sobie, że nasz koniec był ładniejszy, chwytający za serce, nieco sentymentalny i jakby pogodzony z historią. W każdym razie nikt nie spał…

Amatorski teatr

Dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dyplomata i historyk dyplomacji dr Janusz Sibora.

JUSTYNA KOĆ: Prawie dwie godziny przemawiał w Sejmie minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Podsumował ubiegły rok, nakreślił przyszłe cele. Jak pan je ocenia?
DR JANUSZ SIBORA: Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, że minister nie wysłuchał debaty po swoim wystąpieniu, tylko w tym czasie zorganizował konferencję prasową. To zachowanie mało dyplomatyczne, a nawet mało eleganckie. Wracając do wystąpienia, to doskonale widać w nim, w jakim punkcie znajduje się obecnie nasza polityka zagraniczna.
Zdaniem ministra Czaputowicza „Polska jest dziś krajem aktywnym i słuchanym, cieszącym się coraz większym szacunkiem”.
W wystąpieniu mamy dużo chwytów retorycznych, a minister stosuje pojęcia ogólne, którym nadaje rozszerzone znaczenie, gdy chce uniknąć wypowiadania się o konkretach. Dużo było takiej waty słownej zamiast konkretnych odniesień do naszej polityki i jej problemów, jak Izrael czy Rosja. Z kolei w drugiej połowie tego wystąpienia słuchacze zostali zalani dużą ilością szczegółowych danych, które niczego nie ilustrowały, informacjami drugo- i trzeciorzędnymi, które nie powinny zaistnieć w tym przemówieniu, np. ile budynków zostało oświetlonych na biało-czerwono w dniu 11 listopada. Moim zdaniem to informacje na poziomie dyrektora departamentu, a nie exposé ministra. Dodatkowo, chyba po raz pierwszy, szef polskiej dyplomacji, dokonując pewnego bilansu polityki zagranicznej, mówił o szopkach krakowskich. Moim zdaniem to przejdzie do historii przemówień. Bardzo cenię dziedzictwo kulturowe, ale chyba nie tego oczekujemy od ministra występującego z sejmowej trybuny. Podobnie zabrzmiała informacja o założeniu placówki w Panamie, która przecież powstała doraźnie na potrzeby Światowych
Dni Młodzieży.
Czego zabrakło?
Konkretów, chociażby o placówkach dyplomatycznych. Niedawno Estonia założyła pierwszą elektroniczną placówkę dyplomatyczną. Nowe technologie wchodzą także do dyplomacji, o tym nie było słowa. Znam ministerstwa spraw zagranicznych, w których po analizie Big Data dokonywane są wyprzedzające działania umożliwiające zapobieganie rodzącym się konfliktom. Nie było mowy o dyplomacji obywatelskiej współdziałającej z MSZ. Ubolewam nad usuwaniem zawodowych dyplomatów. Wymiana kadr czy wręcz czystki muszą budzić niepokój. Od przedstawienia tych zagadnień minister de facto uciekał.
Dzisiejsza polityka zagraniczna przybrała model dyplomacji jednoosiowej zorientowanej na USA, która znalazła się w bardzo niekorzystnym układzie do dyplomacji unijnej. To wystąpienie dobrze obrazuje, w jakiej pułapce znajduje się nasza polityka zagraniczna, w pułapce, w którą sami weszliśmy. Nazywam to polityką bezalternatywności.
Pierwszą część swojej wypowiedzi minister poświęcił UE, ale o uruchomionym art. 7 nawet się nie zająknął.
Bo minister próbował uwiarygodnić przekaz, że jesteśmy bardzo prounijni. To był przekaz zbudowany na okres kampanii wyborczej do PE. Nawet nie wchodząc w meritum, przekaz był jasny. Gdyby przejść do konkretów, to minister pouczał Unię, a nawet zarzucił jej łamanie postanowień traktatowych, co miało być ripostą na zarzuty o łamanie przez Polskę praworządności. Zresztą słowo praworządność z ust ministra chyba nie padło ani razu. Usłyszeliśmy natomiast, że po brexicie większą rolę w UE będą odgrywać Niemcy i Francja. W tej części przemówienia, co tu dużo mówić, powiało antyniemieckimi demonami. Minister nie odniósł się też w żaden sposób do propozycji prezydenta Francji Macrona odnośnie do uzdrowienia UE. Jeżeli partia rządząca ogłosiła przed kilkoma dniami 12-punktową deklarację odnośnie do Europy, to była dobra okazja, żeby minister skonfrontował ją z deklaracją prezydenta Francji. Można było zarysować kontury polskiej wizji europejskiego renesansu.
Potem minister przedstawił obszerną część dotyczącą NATO i relacji z USA, ale o Fort Trump także się nie zająknął.
Muszę powiedzieć, że gdyby tę część analizować zdanie po zdaniu, to spokojnie mogłaby to być wypowiedź ministra obrony narodowej. Tam były bardzo szczegółowe, zresztą wielokrotnie powielane informacje: gdzie stacjonują jednostki amerykańskie, gdzie jeszcze będą, ilu jest żołnierzy. Natomiast jeżeli już szef dyplomacji mówi o Pakcie Północnoatlantyckim, to oczekiwałbym refleksji w części politycznej tego sojuszu. Tu widać jak na dłoni miałkość tego wystąpienia – brak pogłębionej refleksji geopolitycznej. Dostaliśmy wystąpienie, gdzie Polska leży w środku mapy Europy, w centrum. Tymczasem wolałbym, aby w wystąpieniu ministra Polska znajdowała się na globusie, gdzie jest inaczej pozycjonowana, bo te powiązania światowe, ta światowa pajęczyna stawia przed polską służbą dyplomatyczną inne jakościowo wyzwania.
Choć żyjemy u schyłku drugiej dekady XXI wieku, odniosłem wrażenie, iż jest to tekst ze schyłku minionego stulecia. Chociażby sprawa Chin i „Jedwabnego Szlaku”, o którym chyba już dziś zapomniano – ani słowa nie usłyszeliśmy. Zabrakło a n a t o m i i polityki zagranicznej w kontekście globalnym. W tej części odnośnie do NATO można było tego oczekiwać. Zdecydowanie najsłabsza część.
Jak ocenia pan wypowiedź ministra o stosunkach Polska-Izrael? Tu polska dyplomacja zaliczyła szereg wpadek.
To jest bardzo niepokojące i niestety potwierdza naszą słabość. Po tym, co się wydarzyło, czyli po dokonaniu obrazy narodu polskiego przez izraelskiego ministra i jeszcze nieprzeproszeniu nas, zazwyczaj odwołuje się na kilka tygodni, może trzy miesiące, ambasadora. To pokazałoby, że trzymamy się pewnych standardów. Izrael odwoływał swoich ambasadorów z krajów skandynawskich, gdy ich posunięcia w Radzie Bezpieczeństwa były dla nich niekorzystne. Myśmy tak nie postąpili, wybraliśmy politykę przetrwania i milczenia. Minister powiedział tylko enigmatycznie: „nie godzimy się na takie wypowiedzi”. To nie były „jakieś” wypowiedzi, tylko słowa premiera wygłoszone na ziemi polskiej, a następnie ministra już w Izraelu.
Wydaje mi się, że tu można było jednak stanowczo pokazać, że oczekujemy ze strony Izraela przeprosin. Szczerze to zastanawiam się, na co nasza dyplomacja liczy, że zapomnimy o tym jako społeczeństwo?
Podobnie w stosunkach z Rosją. Tu widzę intelektualny czy polityczny brak chęci podjęcia tej kwestii. Oczywiście minister wielokrotnie mówił, że nie godzimy się na agresję Rosji na Ukrainie, na Nord Stream 2. Natomiast ja polecałbym tu drogę Angeli Merkel, która prowadzi dyplomację XXI wieku, czyli na wielu poziomach. „Dyplomacja nie jest ulicą jednokierunkową”, jak powiedział kiedyś prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Merkel ma taką siłę, że mówi, że nie zgadza się z Rosją w pewnych punktach, ale ma świadomość, że w innych musi z nią współpracować. My takiej pozycji do rozmowy nie mamy i moim zdaniem nawet nie chcemy takiej mieć. Nasze stosunki z Rosją nie mogą się ograniczać do pomruków o wydanie wraku Tupolewa, a do osiągnięć nie możemy zaliczać wyposażenia nauczycieli w materiały do nauki historii. Mamy przecież takie instytucje, jak Ośrodek Studiów Wschodnich czy różne komisje, które mogą pomóc w dialogu z Rosją, ale wydaje mi się, że ten rząd boi się powiedzieć, że będzie z Rosją rozmawiać.
W kontekście tego aż boję się myśleć, jak będą wyglądać obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. My ciągle nie wiemy, kto tam przyjedzie i czy zaproszony zostanie Putin (już wiadomo – nie zostanie, przyp. red.). Ta okrągła rocznica jest dobrym momentem, aby przełamać trwającą od wielu lat inercję, co może wyjść tylko na dobre. Przypomnę, że jest słynne powiedzenie, że przyjaciół trzeba mieć blisko, a wrogów daleko. Proszę pomyśleć, że prezydent USA też kiedyś pojechał do komunistycznych Chin. To był przełom. W stosunkach z Rosją potrzeba wizji ułożenia wzajemnych relacji i przełomu politycznego myślenia. Proszę porównać, jak balansują w stosunkach z Rosją Węgry i Austria.
Minister wśród sukcesów wymienił konferencję bliskowschodnią.
Nawet nie chcę już pastwić się nad tym szczytem, bo tu już wiele zostało powiedziane, że niestety spełniliśmy w tym przypadku niewdzięczną rolę organizatora. Dlatego minister skupił się na innych elementach, a przed sednem informacji uciekł. Stąd też ta wyliczanka, ilu żołnierzy amerykańskich gdzie stacjonuje.
To jest właśnie pułapka polskiej polityki zagranicznej, zorientowania się na jednego partnera, jakim są Stany Zjednoczone. A co będzie, jak się zmieni prezydent?
Niepokojąco zabrzmiała też krytyka autonomii strategicznej UE. Minister Czaputowicz powiedział, że oczywiście możemy uczestniczyć w koncepcji europejskiego funduszu obrony, ale jeśli to będzie korzystne dla naszego przemysłu. To stawia nas poza jądrem Europy.
Nasza dyplomacja przypomina mi dziś amatorski teatr. My już nie gramy ról pierwszoplanowych, pytanie, czy zdarzają się nam jeszcze role drugoplanowe. To też pokazuje słabość ośrodka prezydenckiego. Proszę zwrócić uwagę, ile i jakich wizyt zagranicznych odbył prezydent, a w końcu, między innymi poprzez takie wizyty, liczy się siłę dyplomacji. Mieliśmy wizytę w Australii, roboczą wizytę w USA. Wspomniano o wizycie prezydenta Dudy w USA w tym roku. Czy będzie to oficjalna wizyta państwowa? Te przymiotniki w dyplomacji mają znaczenie fundamentalne.
Może ośrodek prezydencki abdykował z tej roli i pozostawił ją ministrowi spraw zagranicznych?
Oficjalne wizyty państwowe służą także temu, aby podnieść relację na wyższy poziom. O ile w zeszłym roku minister Czaputowicz jeszcze wymieniał, gdzie pojedzie prezydent, choć już było tego mało, to tym razem nawet takiego passusu nie było. Nikt nie przyjechał do Katowic na szczyt, nikogo znaczącego nie było na obchodach 11 listopada, czyli 100-lecia odzyskania niepodległości, chociaż szumnie zapowiadano, że przyjadą delegacje z całego świata. Nic nie tworzymy, nikt nas nie zaprasza, dosiadamy się tylko do stołów, które ustawia ktoś inny.
Podsumowując, dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański.

Taki mamy klimat Szczyt klimatyczny

3 grudnia rozpoczął się w Katowicach Szczyt klimatyczny ONZ (COP24). Wystąpienie inauguracyjne wygłosił pan Prezydent RP Andrzej Duda. Dowiedziałem się z niego, że Polska jest w czołówce krajów działających na rzecz ochrony klimatu.

 

Uczestniczymy we wdrażaniu proekologicznych programów takich jak przeciwdziałanie pustynnieniu, ochronie terenów leśnych, czy też ograniczeniu emisji, CO2. Dowiedziałem się także, że nie zrezygnujemy z energetyki opartej o spalanie paliw kopalnych (węgla), jako podstawowej metody wytwarzania energii elektrycznej.
W mojej opinii kluczową informacją na temat COP24 jest to, kto w nim NIE bierze udziału. Nie przybyli do Katowic między innymi prezydenci USA, Francji, Rosji, czy kanclerz Niemiec Angela Merkel. Bez „możnych tego świata” katowicki szczyt może przejść do historii, jako kolejna impreza, która urodzi pakiet deklaracji i stanowisk bez żadnego wpływu na rzeczywistość.
Degradacja klimatu to problem palący. Nie rozwiążą go „słuszne głosy” To USA, Chiny, Rosja, są kluczowymi graczami w rozwiązaniu problemu, bo to ich potężne gospodarki emitują lwią część gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń. Prawdziwym zagrożeniem dla przyszłości planety jest obojętność a nawet niechęć (wycofanie się prezydenta Trampa z Porozumienia Paryskiego z 2015) czy też spowolnienie realizacji postanowień traktatu z Kioto.
Unia Europejska, która także zalicza się do wiodących gospodarek świata, wykazuje relatywnie duże zainteresowanie problematyką ekologiczną. Pojawiają się inicjatywy a co ważniejsze, realne działania. Przykładem niech będzie ograniczanie dopuszczalnej emisji CO2 czy też projekt „Europy bez emisyjnej do 2050 roku.
Niestety jest w tym trochę hipokryzji. Funkcjonujemy w erze globalizmu i gospodarki neoliberalnej. Przepływ kapitału i sił wytwórczych jest powszechny. Europejscy przemysłowcy przenoszą zakłady o wysokiej emisji ciepła i zanieczyszczeń do Chin, Indii lub krajów rozwijających się, gdzie przed ekologią mają pierwszeństwo problemy podstawowe, i już mają sumienie spokojne a ręce czyste.
Czy Katowice staną się kamieniem milowym w procesie ratowania ziemi przed katastrofą klimatyczną czy też źródłem różnych deklaracji i dezyderatów, których kluczową frazą będzie „trzeba by…”?
Pewna część naszych elit skłania się do poglądu „Nasza chata z kraja”, nasz kraj nie zbawi całego świata, to, co emitujemy (2 razy mniej niż Niemcy) ma znikomy wpływ na globalny bilans zjawiska cieplarnianego a Emisją CO2, smogu i trujących wyziewów szkodzimy głównie sobie.
Warto oceniać jak deklaracje kolejnych rządów mają się do rzeczywistości.
Według dostępnych danych ponad 40 000 Polaków umiera rocznie na choroby spowodowane złą jakością powietrza a 38 polskich miast jest na czele europejskiej listy przekraczających dopuszczalne normy zanieczyszczenia.

 

Co jest źródłem zanieczyszczeń?

Ok. 70 proc. to nasze gospodarstwa domowe (ogrzewanie) 15 proc. to motoryzacja a reszta to przemysł. (Dane liczbowe różnią się nieznacznie w zależności od źródła)
Działania państwa, z tego, co możemy zaobserwować, to głównie samorządowe akcje wymiany pieców, ocieplanie budynków, kontrola gospodarstw domowych, co ma zapobiec spalaniu śmieci. Pan prezydent pochwalił się 30 proc. obniżeniem emisji, CO2, ale w komentarzu wyjaśnia, że odniesieniem jest poziom emisji z epoki Polski Ludowej, która budowała przemysł ciężki i wydobywczy. Obecnie to ułamek naszej gospodarki. Można by przypuszczać, że powrót do pierwotnych metod wytwarzania zlikwiduje problem.
Mamy wiele akcji edukacyjnych i uświadamiających wagę zagadnienia. Mam świadomość tego, że są one potrzebne, ale same z siebie nie wiele zmienią. Wstrzymywanie oddechu przez celebrytów nie pomaga, jeżeli przesadzą o parę minut, poniesiemy straty w sferze kultury, sztuki a nawet kulinariów.
Nasza energetyka opiera się w 80 proc. na spalaniu paliw kopalnych. (Węgiel kamienny i brunatny, gaz i pochodne ropy). Energetyki węglowej, jak mówi pan Prezydent, będziemy bronić jak niepodległości.

 

Czy są rozwiązania alternatywne?

Polska jest płaska jak naleśnik. Hydroenergia może jedynie uzupełniać potrzeby. Edward Gierek w epoce minionej próbował tworzyć program „Wisła” (10 progów na Wiśle), lecz została z niego tylko zapora we Włocławku. Sądzę, że tak wielkie programy inwestycyjne są nieosiągalne w neoliberalnej Polsce gdyż brak wystarczająco dużych i zainteresowanych źródeł finansowania.
Energetyka jądrowa to wielkie koszty i jeszcze większa odpowiedzialność Pierwszy projekt, Żarnowiec, został złożony na ołtarzu demokracji obecny jest tak odległy w czasie, że prawie nie realny. Na dzień dzisiejszy wygenerował tylko kilka lukratywnych posad.
Program OZE (odnawialne źródła energii) miał być wielkim otwarciem na technologie, rozpowszechniające się na świecie: elektrownie wiatrowe, energia solarna, bioenergia, elektromobilność, geotermia itp. Niestety kolejne inicjatywy okazują się medialnymi efemerydami. Przypominam plantacje wierzby energetycznej, kolektory biomasy, syntezę paliw z odpadów czy kolektory słoneczne na dachach, że nie wspomnę o geotermii, która miała być źródłem ciepła a zaowocowała aferami finansowymi w Toruniu. Większość okazywała się nieopłacalna lub zanikała z powodu braku środków na inwestycje. Energetyka wiatrowa została storpedowana przez lobby węglowe ustawą wygaszającą lądowe wiatraki. Nawet środowiska proekologiczne i samorządy lokalne miały w tym swój udział. Podobno kury się nie niosły.
Nie widzę też specjalnej troski o tereny zielone, o nasze lasy, to 10 proc. wydzielanego do atmosfery tlenu. Wyczyny pana Ministra Szyszki z trudem ograniczone przez ekologów i UE, wycinanie drzew w miastach, wyrąb lasów karpackich (Bieszczady), których mało, kto chce bronić nie rokuje dobrze na przyszłość.

 

Czy spalanie węgla to jedyna realna alternatywa?

Za nim stwierdzimy, że nie obchodzi nas, co będzie za 50 lat, ważne jak dożyjemy do końca miesiąca rozważmy kilka faktów.
Zasoby węgla nie są odnawialne. Według lobby węglowego ma ich starczyć na 200 lat, ale to, co zostało jest coraz głębiej lub znajduje się pod miastami i zasobami biologicznymi. Wydobycie jest coraz droższe i ryzykowne.
To właśnie elektrownie węglowe odpowiadają za zbliżającą się podwyżkę cen energii elektrycznej (opłaty emisyjne) i wzrost cen węgla. Żadne dopłaty dla odbiorców indywidualnych nie zrekompensują wzrostu kosztów zależnych od cen energii.
Brak dywersyfikacji energetycznej to efekt wieloletnich zapóźnień. Nie było takiej formacji politycznej, która odważyłaby się narazić sektorowi górniczemu, to obecnie 300 000 miejsc pracy. To także gałąź gospodarki rozpieszczana przez władze całej powojennej Polski, kiedyś podstawa naszej gospodarki i powód do dumy. Kilka formacji próbowało, lecz musiało się wycofać przed społecznym niezadowoleniem. Patrząc na wydarzenia we Francji trudno się dziwić, przecież Macron chciał podniesienia akcyzy paliwowej uzasadniając to ekologią.
Można jedynie w miarę możliwości łagodzić skutki wieloletnich zaniedbań. Wymiana pieców i docieplanie mieszkań na pewno poprawia jakość powietrza i oszczędza energię, ale biorąc pod uwagę, że to właśnie gospodarstwa domowe są głównym źródłem smogu trzeba dążyć do ogrzewania centralnego. Elektrociepłownia (nawet węglowa) dzięki możliwościom filtrowania i oczyszczania spalin jest bardziej ekologiczna niż tysiące piecyków, kominków i tzw. „kóz” z rurą sterczącą z okna. Takie elektrociepłownie budowano w Polsce Ludowej i to dzięki nim Warszawa ma nieco czystsze powietrze.
Odnawialne źródła energii muszą być dofinansowywane. Nie wystarczy pisać o nich ciepło w dziale ciekawostki. Indywidualnego odbiorcę bez wyraźnego bodźca finansowego nie namówimy do inwestowania w coś, co jest nowinką techniczną a przy tym kosztuje znacznie więcej niż spalanie byle jakiego węgla lub śmieci, które ma za darmo.
Podobnie jest z elektromobilnością. Musi ona być konkurencyjna dla pojazdów spalinowych. A działacze miejscy promujący rowery i hulajnogi powinni pamiętać, że nie każdego da się na nie wsadzić. Podstawą jest i będzie transport publiczny.
O potrzebie ochrony zasobów leśnych napisano już tyle, że jedyne, co potrzeba naszej przyrodzie to system prawny realnie ją chroniący, niezależny od lobby myśliwskiego, meblarskiego i kilku innych tak miłych części naszych elit.
Niestety powyższe działania jedynie złagodzą nasze problemy. Żeby je rozwiązywać w skali kraju czy świata potrzebna jest wizja i siły, które zechcą ją zrealizować.
Musimy pogodzić się z tym, że ludzie zamieszkają w ekologicznych miastach zamiast betonowych klocków z łuczkiem i kolumienką, rozwijających się w górę i w dół wykorzystujących wytwarzane ciepło regenerujących wodę korzystających z odnawialnych zasobów energii, miasta ze zintegrowanym transportem i powiązane z miejscami pracy.
Samowystarczalność żywieniowa będzie oparta o rolnictwo intensywne, w minimalnym stopniu zależne od pogody i ograniczonym wpływie na zasoby naturalne.
Musimy pozwolić otaczającej nas przyrodzie na samo regenerację, naturalną odbudowę zasobów wodnych i oczyszczenie powietrza.

 

Brzmi jak science fiction?

Na pewno tak. Ale jeżeli nasze prawnuki mają żyć w przyzwoitych warunkach trzeba iść tą drogą.
Martwi mnie jedynie, że neoliberalny system, gdzie imperatywami kategorycznymi są własność i swoboda gospodarowania, a fetyszem zysk, gdzie prezydent uważa, że unijny zakaz produkcji żarówek żarowych to atak na demokrację wizja pozostanie w świecie s/f.

Morale

Jak celnie wypomina „Gazeta Wyborcza” szefowej Biełsatu, Agnieszka Romaszewska-Guzy, tworząc stację, deklarowała, że w ten sposób zamierza „pokazywać białoruskim przyjaciołom i sąsiadom, na czym polega demokracja”.

 

Dziś okazuje się, że debata publiczna zamienia się w okopy dwóch wrogich sił. Świadczy o tym likwidacja platformy opiniowej w gazecie.pl – czyli rozwiązanie za jednym zamachem kwestii Wosia, Sroczyńskiego i Beczek. Tych usiłujących utrzymać równowagę na barykadzie i czyniących starania, by sprawiedliwie punktować – tak, aby jedna i druga strona mogła z tych uwag zrobić użytek – przepycha się siłą do jednego z dwóch obozów, bądź odmawia się błogosławieństwa oficjalnego, legalnego pismaka, odsyłając do blogosfery i na Twittera.
Wydawcy, rezygnując ze współpracy z frakcją „symetrystów”, powoływali się na spójną politykę redakcji i dowolność w doborze redaktorskich piór. Agnieszka Romaszewska-Guzy usiłowała zastosować w Biełsacie inną strategię: strategię „my się nie mieszamy”. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z dreptaniem na paluszkach wokół władzy, ukrytego pod płaszczykiem powstrzymywania się od wyrażania jakichkolwiek komentarzy na temat bieżącej polityki.
Ivan Shyla wyleciał z pracy po udostępnieniu na swoim prywatnym facebookowym profilu słynnego już zdjęcia Donalda Trumpa i Andrzeja Dudy, „dla którego zabrakło krzesła”. Opatrzył go spartańskim podpisem: „po lewej jest prezydent Polski”. Twierdzi, że szefowa usiłowała zablokować ów wpis, powołując się na interes narodowy oraz na to, że pracownikom stacji rzekomo nie wolno żartować z głowy państwa.
Biełsat nie jest Kancelarią Prezydenta, nie ma w umowie ocieplania jego wizerunku, a prywatny profil SM-redaktora nie jest oficjalną stroną organizacji, którą reprezentuje. Pamiętam jak osiem-dziesięć lat temu, gdy Facebook zaczynał na dobre rozgaszczać się w kraju nad Wisłą, wielu znajomych czyściło bądź ukrywało kontent na swoich tablicach w obawie przed ciekawskimi rekruterami z niektórych korporacji, które z jakiegoś powodu uznały, że oprócz sprawdzania znajomości języków obcych i pakietu Office, będą polować na zdjęcia z pubu, na których kandydaci do pracy siedzą przed pękatymi kuflami z piwem albo mają głębokie dekolty. Później to szaleństwo osłabło.
Oczywiście, pozostaje odwieczne pytanie o to, kiedy przekraczamy granice ról społecznych. Czy Anna Kowalska po zejściu z nocki na oddziale intensywnej terapii przestaje być siostrą Anią, a zaczyna być Anką, która odsłania wytatuowane ręce? Kiedy podporucznik zdejmuje mundur? Czy wolno mu wrzucać na Facebooka żarty o wojskowych?
Kontrolowanie sfery prywatnej pracownika na modłę Orwella może być kolejnym etapem zaprzęgania nas w Schmittowską ramę wojny i wrogości. O ile z polaryzacją debaty publicznej można jeszcze walczyć, generując nowe platformy przekazu i zapraszając do współpracy wykluczonych dziennikarzy, to rozciąganie pieczy nad ich dietą, kolorem noszonej bielizny czy sposobem redagowania postów na portalu społecznościowym może być dla standardów pracy w mediach zabójcze. W mechanizmie swoim przypominać zaczyna bowiem nabór do sekty.
Zwłaszcza, że często zasady gry obowiązują tylko jedną ze stron. Zjadliwe tweety Agnieszki Romaszewskiej-Guzy wymierzone w Donalda Tuska pochodzą zapewne z czasów, kiedy „zasadą Biełsatu” nie było jeszcze „to, że możemy informować o sprawach polskich, ale nie włączamy się w żadne kampanie polityczne – ani po stronie Platformy, PiS-u ani żadnej innej”. I nawet jeśli uznamy tłumaczenie szefowej, że zastrzeżenia do pracy Shyli redakcja miała już wcześniej, to trudno będzie teraz stacji odeprzeć zarzuty o łamanie wolności słowa.
Za wdrożenie podobnego mechanizmu wobec Rafała Wosia mam żal do „Polityki”. Jeśli wymaga się od podwładnego czy współpracownika, by oddał jakąś część własnej prywatności/tożsamości, a z jakąś nie obnosił się publicznie, należy zaznaczyć to przynajmniej w umowie. Bo inaczej niektórych pracodawców może zacząć kusić, by zacząć się interesować, z kim podwładni sypiają lub chodzą na wino, a „dobro firmy” jest kategorią tak szeroką, że można rozciągnąć ją absolutnie na wszystko. Tak właśnie próbowano przemycić oceny „postaw moralnych i etycznych” nauczycieli. Na szczęście to nie przeszło.

Kuglarze godnością

Jako stały czytelnik tygodnika „Polityka” od czasu do czasu wracam do starszych numerów, w których opublikowano artykuły, które zwróciły moją szczególną uwagę.

 

Tym razem, mając na uwadze atmosferę wokół byłych i obecnych żołnierzy oraz wojska jako całości, postanowiłem wrócić do artykułu „Dostawcy godności” panów Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki opublikowany w 13. numerze Polityki z 2017 r., zwłaszcza że znalazłem w nim bardzo celne spostrzeżenia dotyczące wojska.
W „Kodeksie Honorowym Żołnierza Zawodowego Wojska Polskiego” z 2008 r. czytamy: „godność żołnierza zawodowego, to wartość wypływająca z szacunku dla samego siebie, poczucia dumy z przynależności do społeczności wojskowej i podjęcia szczególnych zobowiązań wobec Ojczyzny”. Czytamy w nim również, „żołnierz zawodowy otacza szczególną czcią godło, barwy narodowe i hymn państwowy. Jest wierny przysiędze wojskowej i sztandarowi. Szanuje mundur wojskowy, który uosabia uświęcone tradycją wartości oręża polskiego. Utożsamia się z tradycjami i dobrym imieniem macierzystej jednostki wojskowej”.
W tym miejscu należy się chyba zastanowić, czy godność można ograniczać, czy można nią kuglować. Wspomniani wyżej Janicki i Władyka przywołują słowa, prawdopodobnie autorstwa Ludwika Dorna, że środowiskach prawicowych pojawiło się sformułowanie „redystrybucja prestiżu”, jako priorytetowy postulat do zrealizowania. Oznacza to, że w przestrzeni publicznej istnieje pewna ograniczona ilość godności, którą decyzjami włodarzy można podzielić między obywateli. Inaczej mówiąc rządzący mogą decydować, kogo można obdarować godnością, a komu należy ją zabrać. Idąc tą drogą panująca „dobra zmiana” uważa, że prestiż określonych grup można poprawić tylko wtedy, gdy ograniczy się znaczenie innych środowisk. Tak na przykład urzędnik MON Sławomir Cenckiewicz, zmienił adres Centralnego Archiwum Wojskowego (obecnie Wojskowego Biura Historycznego) w Rembertowie z ulicy Czerwonych Beretów na Pontonierów. Uznał, że polskim spadochroniarzom noszącym czerwone berety godność należy odebrać, a pontonierów nią obdarzyć.
Pod hasłami obrony godności jednych depcze się godność, cześć i honor innych. Jest to szczególnie widoczne w odniesieniu do środowiska byłych i obecnych żołnierzy. Przykładem znowu jest publicystyka „historyczna” wspomnianego Cenckiewicza. Twierdzi, on m.in. że „Ludowe Wojsko Polskie to formacja w gruncie rzeczy niepolska. Milicja Obywatelska i Ludowe Wojsko Polskie działały na szkodę Polski i powinny zostać uznane, za formacje w jakimś stopniu zbrodnicze”. Czy w związku z tym mam rozumieć, że mój Śp. Ojciec, żołnierz 7. Dywizji Piechoty 2. Armii Wojska Polskiego, który szlak bojowy zakończył w Mielniku, w Czechosłowacji, był zbrodniarzem? Kto to oceni? Jakim prawem ma to oceniać samozwańczy „prokurator” Cenckiewicz? Czy aby nie pomyliły mu się role? Gdybym był złośliwy, dociekałbym dlaczego ja, w odróżnieniu od Cenckiewicza, nie muszę się tłumaczyć za mojego dziadka, niepiśmiennego chłopa, który jako ułan marszałka Piłsudskiego walczył w 1920 r. z bolszewikami na Podlasiu i Polesiu. Nie tylko żołnierzom LWP i funkcjonariuszom MO odbiera się godność. W ubiegłym roku przyszła kolej na żołnierzy Armii Krajowej i Państwo Podziemne. Dobitnym tego przykładem była odmowa mianowania na wyższy stopień wojskowy bohatera Powstania Warszawskiego majora prof. dr. hab. Leszka Żukowskiego. W czerwcu br. prof. Żukowski został w haniebny, obrzydliwy sposób zaatakowany przez Cenckiewicza, który zarzucił mu współpracę z SB. Czym prof. Żukowski naraził się Cenckiewiczowi? Otóż przed dwoma laty w swoim przemówieniu pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej Profesor ośmielił się skrytykować promowanie żołnierzy wyklętych mówiąc, że „kontynuowali bezsensowną walkę i ginęli bez rozkazu”. Innym przykładem pozbawiania godności jest gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, który niedawno ukończył 101 lat i jest w poniżający sposób lustrowany. Państwo Podziemne jest powoli spychane na ubocze. Kto zatem zasługuje na obdarowanie godnością, oczywiście „Żołnierze Wyklęci”. To oni są obecnie najważniejszym podmiotem polityki historycznej prowadzonej przez kuglarzy. Nie wszyscy się jednak z tym zgadzają. Poseł Paweł Kukiz napisał w lutym 2017 r. na swym profilu na Facebooku (pisownia oryg.) „…najpierw powinniśmy rzetelnie przyjrzeć się naszym Wyklętym.……..pośród masy prawych Żołnierzy mieliśmy jednostki w postaci bandytów. Nie ulega wątpliwości, że ogromna większość Wyklętych była Bohaterami, ale nie wolno gloryfikować tych, którzy pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” dokonywali zbrodni na ludności cywilnej. A takie postaci jak „Bury” czy „Ogień” są – mówiąc bardzo delikatnie –kontrowersyjne. Bóg jest Miłością, a ten, który „w imię Ojczyzny” zionie nienawiścią tak, że morduje bezbronnych cywilów (a szczególnie kobiety i dzieci),nie ma prawa odwoływać się do Honoru”.
O dziwo, Kukiza wziął w obronę znany, kontrowersyjny historyk Piotr Zychowicz na łamach prawicowego tygodnika „Do Rzeczy”. Krytykuje on wyidealizowaną narrację i zjawisko „cenzury patriotycznej”, przeciwstawia się fałszowaniu historii „w imię racji stanu” i „obrony pięknej legendy” oraz przedstawia skrótowo kilku, przeklętych-wyklętych ,tj. tych, którzy wzbudzają największe obiekcje („Wacław”, „Bury”, „Szary”, „Wołyniak”, „Ogień” i „Łupaszka”). Wylicza ofiary rzezi, masakr i pacyfikacji, nie przebiera w słowach i nie pomija niewygodnych dla „Wyklętych” faktów. Zjawisko to zostało zauważone także za granicą. Brytyjsko-polski dziennikarz Matthew Luxmoore w artykule „Polacy podzieleni: gorzki konflikt o komunistyczną historię narodu” opublikowanym w dniu 13 lipca 2018 r. na łamach jednego z największych i najpoczytniejszych brytyjskich dzienników – „The Guardian” – napisał: „PiS gloryfikuje grupę bohaterów, którzy byli prześladowani i mordowani przez komunistyczne rządy. W miejscach komunistycznych pomników pojawiają się w całym kraju nowe, zaaprobowane przez państwo, murale i pomniki: polskich generałów, którzy zginęli z rąk okupantów nazistowskich i sowieckich, a także, w coraz większej liczbie żołnierzy wyklętych”.
Niestety, nowa polityka historyczna i kuglowanie godnością znajdują zwolenników w wojsku. Widać to choćby w treściach publikacji zamieszczanych mediach związanych resortem obrony narodowej. Nie znajdziemy tam materiałów o wyzwoleniu Warszawy (przepraszam, według obecnej terminologii zakończeniu walk o Warszawę), spaleniu w stodole w Podgajach 32 żołnierzy 1. Dywizji Piechoty, zdobyciu Poznania, Kołobrzegu i Trójmasta, forsowaniu Odry i Nysy Łużyckiej, zdobyciu Berlina, operacji praskiej 2. AWP, zapewnieniu przez wojsko bezpieczeństwa wewnętrznego po wojnie itp. Nie znajdziemy w nich również informacji o zamordowaniu przez oddział „Igły” w lesie pod Skaryszewem ppłk Alfreda Wnukowskiego, jego ciężarnej żony Ireny oraz kilku żołnierzy KBW. Nic więc dziwnego, że gdy przed kilku laty w rozmowie z jednym żołnierzem zawodowym kilkakrotnie wspomniałem o swych bardzo dobrych wrażeniach z obchodów 70 rocznicy bitwy pod Lenino w tej miejscowości, ten zaintrygowany zapytał, a co to była ta bitwa pod Lenino?
Ciekawych spostrzeżeń, wartych badań socjologicznych, dostarcza lektura wypowiedzi na internetowym Niezależnym Forum o Wojsku. Głośne wypowiedzi prasowe niektórych generałów komentowane są słowami w rodzaju „rocznik 1951–komuch”. Można znaleźć tam wypowiedzi, że młodzi zdolni oficerowie będą usatysfakcjonowani, gdy pogoni się „starych trepów”, pułkowników i generałów. Muszą jednak pamiętać, że „stare trepy” byli kiedyś młodymi zdolnymi i współcześni młodzi też zostaną „starymi trepami”, wcześniej niż się spodziewają. Zjawisko to świadczy, że kuglarzom udało się podzielić środowiska byłych żołnierzy i żołnierzy służby czynnej.
Kuglowanie godnością dotknęło żołnierzy pełniących wcześniej służbę w przysłowiowych „brązowych butach”. Mimo, że byli wierni wartościom zapisanym późnej w „Kodeksie Honorowym Żołnierza Zawodowego Wojska Polskiego” traktuje się ich jako osoby „gorszego sortu”. Odmawia się wojskowej asysty honorowej na pogrzebach i wielu uroczystościach patriotycznych organizowanych przez różne ogniwa Związku Żołnierzy Wojska Polskiego. Obecni na nich żołnierze służby czynnej w mundurach to nieliczne wyjątki. Kuglowanie godnością przekłada się na kuglowanie historią. Uroczystości składania wieńców na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza z okazji rocznicy wyzwolenia Warszawy, którą przecież wyzwoliło Wojsko Polskie, są bojkotowane przez władze państwowe i wojskowe. Premier bierze jednak udział w uroczystościach w Auschwitz z okazji wyzwolenia tego obozu koncentracyjnego przez „wrażą” Armię Czerwoną.
Bronisław Komorowski ani jako Minister Obrony Narodowej, ani jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nigdy nie wziął udziału w uroczystości z okazji Dnia Zwycięstwa w Warszawie. Nie przeszkodziło mu to jednak w udziale w takich uroczystościach w maju 2013 r w Paryżu. Widocznie we Francji świętowało mu się godniej. Zastanawiam się czasami czy udział oficjeli w uroczystościach rocznicowych nie jest uzależniony od stosowanej przy tych okazjach terminologii: wyzwolenie – tak , zdobycie –zależy czego i gdzie, zakończenie walk –nie, opanowanie, forsowanie, przełamanie – zobaczy się.
Kuglowanie godnością zaczyna dosięgać emerytów i rencistów wojskowych oraz ich rodziny. Spoczywający w Sejmie, przygotowany w pośpiechu przez resort obrony narodowej, projekt zmian w ustawie o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych oraz ich rodzin zawiera klauzulę służby na rzecz totalitarnego państwa i związaną z tym drastyczną redukcję emerytur i rent. Szkoda, że autorzy projektów nie zadali sobie trudu zrozumiałego zdefiniowania pojęcia „państwo totalitarne” i nie skorzystali z prac doświadczonych, uczonych politologów i socjologów na temat takiego państwa rozciągając to pojęcie na Polskę po 1956 roku.
Po tych rozważaniach pojawia się pytanie jak, zgodnie z prawem, walczyć z kuglarzami i kuglarstwem. Problem w tym, że wielu emerytów i rencistów mundurowych uległo w minionych latach dezorientacji, uwierzyli panom: Kukizowi, Dudzie, a nawet Kaczyńskiemu. Niektórzy nadal tkwią nogami w przeszłości i nie są w stanie wykonać kroku do przodu. Do dziś pamiętam, jak pewien emeryt wojskowy w stopniu pułkownika, z tytułem doktora wyjaśniał mi na kogo i dlaczego będzie głosował w drugiej turze wyborów prezydenckich. Teraz on i jemu podobni znaleźli się w swego rodzaju zagubieniu. Zaczynają sobie powoli uświadamiać, że pojawia się zagrożenie dla ich egzystencji, mają jednak nadzieję, że zagrożenie to dotknie innych, a ich nie.
Zdaniem Janickiego i Władyki jedyną drogą walki z kuglarzami i kuglarstwem wydaje się niepoddawanie się ich narracji, niepowtarzanie ich przesłań i uwolnienie się od ich rzekomo słusznych diagnoz, tworzonych przez nich samych, na ich własne potrzeby. Pamiętać należy, że społeczeństwo bardziej interesują problemy socjalne (np. program 500+ lub 300+) niż walka o godność. Na to, że uda się zagospodarować jakiś obszar chwilowo opuszczony przez kuglarzy nie ma co liczyć. Oni dysponują wszystkim, począwszy od środków finansowych poprzez usłużne media do grup hejterów (ang. hate – nienawidzić) piszących na sygnał nienawistne teksty na forach internetowych włącznie.
My dysponujemy bronią, której się boją najbardziej, kartką wyborczą. Przed wyborami wielu kuglarzy przypomni sobie o naszym istnieniu i znajdzie do nas drogę, jak znajdowali w przeszłości. Pierwsi emisariusze już się pojawili.
Musimy otrząsnąć się z atmosfery tworzonej przez kuglarzy. W przeciwnym razie kilkanaście procent społeczeństwa zapewni kuglarzom sprawowanie władzy przez kolejne kadencje.

Ranking prezydencki

Przeprowadzane od lat rankingi popularności polskich prezydentów zawsze dowodzą, że najpopularniejszym z nich jest Aleksander Kwaśniewski. W ostatnim badaniu wskazało na niego 30 procent pytanych. Lech Kaczyński cieszy się zaufaniem tylko 10 procent Polaków. Można powiedzieć, że Kwaśniewski jest trzy razy popularniejszy od Kaczyńskiego. Tymczasem mało popularnemu prezydentowi Kaczyńskiemu postawiono już kilkanaście pomników w kraju, jego imię nosi setki ulic i placów. Kwaśniewski, ponieważ żyje, nie ma jeszcze żadnych pomników. Może kiedyś doczeka się jednego i to powinno wystarczyć.
Nawałnica propagandowa i pomniki wcale nie podnoszą notowań i nieżyjący prezydent nie zostanie przez Polaków uznany za Wielkiego, który wywiódł Polskę z niewoli i zginął (został zamordowany?) w Smoleńsku, by zbawić nasz kraj. Taki jest podtekst tych zabiegów. Póki co, kreowanie nowej religii, z Kaczyńskim jako zbawcą narodu, nie znajduje szerszego uznania w społeczeństwie. Fakt, że wraz z pomnikami upamiętnia się wszystkie ofiary katastrofy to sprawa drugorzędna. Liczy się przede wszystkim prezydent Kaczyński. Wszystkie pozostałe ofiary to swoisty backgraund, który stanowi tło dla wielkości kreowanego na zbawcę prezydenta Kaczyńskiego. Tymczasem obywatele swoje wiedzą. Lech Kaczyński był bardzo przeciętnym prezydentem, choć na pewno lepszym od prezydenta Dudy, który ma jednak lepsze notowania od wcześniej wspominanego. Takich paradoksów u nas nie brakuje. Prezydent Duda aktualnie sprawuje urząd i pewnie stąd te tymczasowe, wysokie notowania. Tak miał każdy prezydent. Najniżej notowani byli, w trakcie urzędowania, Wałęsa i Kaczyński.
Tak więc odgórne kreowanie wielkości lub prawie boskości prezydenta Kaczyńskiego to jedno, a faktyczna ocena przez obywateli jego prezydentury to drugie. Sam prezydent Kwaśniewski, po zakończeniu urzędowania niczego już w polityce nie dokonał. Poszukiwanie przez niego alternatywnych rozwiązań na lewicy nie powiodło się, a mimo to, w ocenie pytanych prezydentem wielkim był. Prezydenta Kaczyńskiego obywatele oceniają znacznie gorzej i propagandowe wzmożenie nic tu nie zmieni. Za ileś lat obywatele będą obojętnie przechodzić obok licznych pomników prezydenta Kaczyńskiego, a w dobrej pamięci będą mieli prezydenta Kwaśniewskiego.