PiS, prawicowy fenomen bolszewizmu

W trakcie mojej korespondencji z Markiem Suskim zwróciłem mu uwagę na bolszewickie złogi w działalności politycznej PiSu jak i w mentalności pisowców. To go oburzyło, bo przecież bolszewicy to tacy ludzie, którzy strzelali w tył głowy. Racja, lecz skoro ich zbrodnie budzą zrozumiałą odrazę, jak to się dzieje, że PiS stał się tak paradoksalną, wynaturzoną hybrydą deklarowanej prawicowości i bolszewizmu.

To pytanie może budzić gniewną reakcję wyznawców ideologii wykuwanej na Nowogrodzkiej, lecz jest pytaniem absurdalnym jedynie z pozoru i na pierwszy rzut oka. Rzecz w tym, że PiS, partia chętnie postrzegająca się jako skrajnie prawicowa, zaskakująco daleko posuwa się w czerpaniu pełnymi garściami z teorii marksizmu-leninizmu, jak i z praktycznych doświadczeń komunistycznych ekip. Jeśli dla sympatyków Lewicy spostrzeżenie to może wydać się nieco ambarasujące i wprowadzające zamęt myślowy, warto podkreślić to co oczywiste – jeśli historia powtarza się, wraca jako farsa. Dlatego wynaturzona lewicowość w wydaniu PiS ma postać nienaturalną, niekonsekwentną, fałszywą i nie przystającą do współczesności.
Ile ich łączy
Na początek garść wspólnych dla komunizmu i pisizmu haseł i praktycznych ich realizacji. W realnym socjalizmie rozwijano programy socjalne, dotyczące jednak rzeczywiście potrzebujących osób i rodzin. Pis idzie tym samym śladem, lecz pisowskie 500 plus trafia do wszystkich równo, niezależnie od statutu majątkowego i tego czy odbiorcą jest osoba unikająca zatrudnienia, preferująca życie z zasiłku, czy też poprzez pracę starająca się zapewnić rodzinie godziwe życie.
O ile w młodym radzieckim państwie powszechnym było etykietowanie przeciwników władzy jako ,,wroga narodu”, to pisowska władza uwielbia metkować opozycję jako zdrajców Polski. A oba reżimy cechujące się wyrazistą antyinteligenckością i populizmem, chętnie szukają poparcia głównie u ludzi słabo wykształconych, z nizin społecznych, niegdyś nazywanych proletariatem.
Jeśli partia bolszewików miała charakter wodzowski i cechował ją skrajny radykalizm, to czy wszystko nie wskazuje, że PiS z swoim autorytarnym prezesem i rewolucyjną przebojowością jest jej młodszą siostrzycą?
Normą było i jest zaprzęganie historii na służbę reżimów i rządów partii niedemokratycznych. W radzieckich opracowaniach historycznych, książkach, podręcznikach i artykułach, w wszechogarniającej propagandzie dostrzegało się programowe przekłamywanie historii. To masa przykładów do przytoczenia, jak np. zaprzeczanie istnienia paktu Ribbentrop-Mołotow, początek II wojny światowej 22 czerwca 1941 r., niemiecka zbrodnia w Katyniu, Armia Krajowa jako sojusznik Hitlera, prośba państw bałtyckich o przyłączenie do ZSRR, łaskawe, wielkoduszne obejście się marszałka Suworowa z mieszkańcami Pragi w 1794 r. itp. To wszystko w pisowcach budzi święty gniew i sprzeciw. Lecz są to ludzie, którzy tzw. polityką historyczną realizują partyjne cele. Na nowo piszą historię Polski, w której to Polacy ukształtowali współczesną Europę, Lech Kaczyński własną piersią zatrzymał pochód ruskich tanków na Europę, za co musiał zapłacił życiem pod Smoleńskiem i jest tak naprawdę ojcem polskiej Niepodległości, jego matka Jadwiga, przebywając w Starachowicach uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, natomiast największą rolę w polskim ruchu oporu odegrali żołnierze wyklęci, a żołnierze 1. i 2. Armii WP to wojsko polskojęzyczne, które przyniosło Polakom zniewolenie i okupację.
Totalne niszczenie przez bolszewików i kaczystów indywidualizmu i prywatności obywateli to ich wspólna spuścizna i praktyczny dorobek. Pełna ingerencja w to jak ludzie mają żyć, z kim współżyć, co czytać i oglądać, jaki styl w sztuce kultywować, w co wierzyć, jakie poglądy wyznawać, którym wartościom hołdować, co jest dobre i moralne a co złe i naganne, co promować a co zabronić, wszystko to pod rządami PiS, jak głuche echo wraca z przeszłości Kraju Rad.
Interesujące jest tylko to, czy rządząca partia popełnia plagiat z komunizmu świadomie, czy jest to skutek anatomicznych instynktów obecnie starszych wiekiem ludzi uważających się za prawicowców, jednak takich, którzy wyrośli w realnym socjalizmie, przesiąkli nim i nie są zdolni otrząsnąć się z mentalnych naleciałości okresu, w którym dorastali, częstokroć jako członkowie PZPR zdobywali wyksztalcenie, robili kariery zawodowe i odbierali darmowe mieszkania. I nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby dziś, z prawicowych pozycji nie deklarowali swego antykomunizmu i zaprzeczali swej własnej przeszłości.
,,Dobro narodu ponad prawem”
To niedorzeczne słowa enfant terrible polskiej polityki, zmarłego wicemarszałka Sejmu RP Kornela Morawickiego, wprawdzie nie z PiS, ale pierwotnie kukizowca, więc tak czy inaczej przystawki (chciałoby się powiedzieć – przyssawki) PiS. To jednak słowa, które były pisowski marszałek Marek Kuchciński scharakteryzował jako ,,proste, lecz jakże piękne”. Ta sytuacja całkowicie obnażyła istotę PiS jako partii po uszy ugrzęzłej w komunistycznej mentalności. Kto zna realia życia w Związku Radzieckim, ten wie, że określenie ,,dobro narodu” (błago naroda) uwielbiali radzieccy komuniści, choć to oni sami określali, czym ma być dobro narodu, jak i kto go zdefiniuje i jak wcielać je w życie, często kosztem życia obywateli Kraju Rad. Litery prawa do tego nie potrzebowali. Dlatego po rewolucji, dla dobra narodu pozbawiali życia byłych carskich oficerów, a co bogatszych chłopów (kułaków) zsyłali na Syberię. Podobne sytuacje, oczywiście w realnych proporcjach widzimy w rządzonej przez PiS Polsce. Dla dobra narodu i w imię deklarowanej sprawiedliwości ludowej PiS tylnymi drzwiami wprowadził tzw. ustawę dezubekizacyjną. To mściwy pisowski nowotwór, ignorujący pryncypialne zasady prawne uznawane w cywilizowanym świecie i gwałcący normy konstytucyjne, pozbawiający prawnie przysługujących świadczeń emerytalnych tak zasłużonych dla demokratycznej Polski ludzi jak gen. Gromosław Czempiński czy gen. Sławomir Petelicki, a nawet odbierający renty wdowom i sierotom po policjantach poległych w walce z bandytami. To wyraz taniego i wręcz tandetnego populizmu cechującego zarówno wczesny okres socjalizmu jak i obecną władzę, która zrobi każdą podłość i każdą niedorzeczność by pozyskać sobie poparcie mas ludowych. Wcielający się w funkcję genseka Jarosław Kaczyński, dyktując swą wolę posłusznym mu posłom, wskazuje co dla narodu ma być dobre i uszczęśliwia nas swoimi decyzjami. Że zniszczy przy tym instytucje prawa, pokaże pogardę dla orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, to nieistotne dla partii mającej w nazwie prawo i sprawiedliwość.
Ukształtować nowego człowieka
Naczelnym celem partii bolszewików w polityce społecznej stawało się zbudowanie społeczeństwa idealnego, a drogą ku temu miało być ukształtowanie nowego typu człowieka. Takie zadanie przed partią postawił Lenin. Każdy dorosły powinien być członkiem partii, młodzi komsomolcami, najmłodsi pionierami i zuchami odpowiednio kształtowanymi w szkołach i uczelniach w myśl leninowskiej ideologii. Bolszewickie kierownictwo wiedziało, że wizja taka może spotkać się z oporem obywateli. W imię dobra narodu uruchomiono więc cały państwowy aparat terroru i represji, wprowadzono nie liczący się z prawem przymus.
O potrzebie wychowania nowego typu człowieka także mówi ostatnio Kaczyński. Temu celowi ma służyć cała inżynieria społeczna m.in. podporządkowanie sobie szkół i uniwersytetów, zmiana całego systemu edukacji tak, by młodzi niekoniecznie posiedli głębszą wiedzę, a stali się uświadomionymi wyborcami PiSu, czytaj – głupszymi, zmanipulowanymi i zindoktrynowanymi. Z. Ziobro już przestrzega: ,,Jeśli tego nie zrobimy, przegramy bitwę o polskie dusze”. Nie ma wątpliwości skąd zaczerpnął takie przeświadczenie. Dziennikarka Karolina Lewicka zastanawia się czy Kaczyński, wychowany w Polsce Ludowej, tak nasiąkł proletariackimi ideami, że dziś nie potrafi zorganizować państwa inaczej, jak tylko na podobieństwo bolszewickiego systemu.
Prymat ideologii nad gospodarką i gigantomania
Ta deklarowana odbudowa zrujnowanego kraju, jego reindustrializacja, polonizacja i nacjonalizacja przedsiębiorstw, przejmowanie banków, środków masowego przekazu, wykupywanie przez spółki skarbu państwa tytułów prasowych, a do tego podejrzliwość wobec przedsiębiorców, upatrywanie prowokacji i dywersji to atrybuty i znak firmowy pisowskiej władzy. Podporządkowanie centralnej władzy jak największej ilości gałęzi gospodarki, pełna kontrola nad nią to strategiczny cel PiSu. Czemu właściwie ma to służyć i czy to wszystko nie przypomina nam czegoś? Owszem, przypomina nauki Lenina: „Komunizm to gospodarka plus elektryfikacja całego kraju”. Czy Morawiecki dążąc do implementowania gospodarki upaństwowionej i kontrolowanej przez władzę, wprowadzi nam komunizm? Pewnie nie, lecz czujność muszą budzić jego neokomunistyczne wizje gospodarczych, planowych pięciolatek, dziesięciolatek, a prezes Kaczyński przebąkuje nawet o dwudziestolatkach. Owszem, dwudziestolatki są fajne, ale nie te zmyślone przez Kaczyńskiego, choć Morawiecki wyznaje, że jest w nich zakochany. To chyba dlatego, że wyznaje także zasadę prymatu osobistych urojeń nad zdrowym rozsądkiem.
Jeśli z kolei z kasy państwowej, z ministerstw i spółek, setki milionów złotych trafiają do kościelnego biznesmena T. Rydzyka na jego zbożne ,,dzieła”, to czy taka hojność ma jakiekolwiek umocowanie w podstawach racjonalnego wydatkowania środków publicznych, czy też przyczyna leży w ideologicznej tożsamości kościelnych hierarchów, Rydzyka i rządu? To jasne; dla rządzących priorytetem jest wspieranie inicjatyw kościoła kat., również tych biznesowych, ignorując najpilniejsze potrzeby społeczne, szczególnie w okresie pandemii lub też spychanie ich na dalszy plan.
Pseudomocarstwowe zdęcie to cecha dobrze opisująca wdrażaną różnymi drogami ideologię PiSu. W imię tych wątpliwych wartości władza sili się na gesty przerastające jej finansowe, intelektualne i organizacyjne możliwości, a także nie liczące się z gospodarczą rentownością. Jak w epoce gierkowskiej kiedy byliśmy ponoć dziesiątą potęgą gospodarczą świata, tak i teraz niezbędne są atrybuty mocarstwowości. Wszystko musi być ,,naj”. Jak najwyższe wieżowce Stalina w Moskwie, zagospodarowanie Syberii, radzieckie największe elektrownie wodne, gigantyczne projekty zawracania rzek Jenisej i Ob czy przekopanie kanału Białomorsko – Bałtyckiego. Czyżby pisowcy pozazdrościli radzieckim towarzyszom ich potęgi i rozmachu? Na to wygląda, bo skąd nie liczące się z kosztami projekty wyczerpujące znamiona prostackiej gigantomanii, jak przekop Mierzei Wiślanej, którego koszt zwróci się za 400 lat, największa w Europie elektrownia węglowa w Ostrołęce z jej utopionymi w betonie 2 mld zł, megaport lotniczy na łące w podłódzkim Baranowie, zaplanowany zakup najnowocześniejszych samolotów F-35, na które nie stać o wiele bogatszych od nas, a do tego gigantyczne projekty polityczne, jak mityczne tzw. Trójmorze (wcześniej Międzymorze), czy nadany samemu sobie status Polski jako najważniejszego partnera europejskiego Stanów Zjednoczonych, a wcześniej Anglii.
Dziel i rządź
Komuniści wiedzieli, jak skutecznie radzić sobie z rządzeniem, choć pewnie żaden z nich nie przeczytał rozprawy „O skutecznym rad sposobie” Stanisława Konarskiego; wielu z nich nie miało pojęcia o istnieniu takiego dzieła, a bolszewiccy budowniczowie Kraju Rad często nie potrafili czytać. Mieli za to rewolucyjny instynkt, niucha, który podpowiadał im, że skuteczność w rządzeniu zapewni im wewnętrzne skonfliktowanie społeczeństwa. Stąd radzieccy komuniści po zdobyciu władzy w 1917 r. napuszczali bezrolnych na kułaków, robotników na nepmanów, ideologicznie uświadomionych na wierzących, uczciwych na parazytów, a najlepiej całe społeczeństwo na światowy imperializm.
Pisowcy potrafią czytać, co więcej, wiedzą, jak rządzić. Najlepiej i najskuteczniej przez nieustanny chaos, zamęt w państwie i wszechogarniający konflikt. Lecz jeszcze lepiej naposzczuć jednych na drugich, jak za tow. Wiesława – robotników na studentów, prostaczków na inteligentów, Polaków na Żydów. Podobnie i teraz – wyznawców religii smoleńskiej na niedowiarków wciąż tkwiących w błędnym przekonaniu, że to była zwyczajna katastrofa komunikacyjna, patriotów na zdrajców, uczciwych na kombinatorów, wierzących na bezbożników i bluźnierców, mięsożerców na wegetarian, samochodziarzy na cyklistów, i tak bez końca. Jaki piękny konflikt społeczny uwarzył się nam w kipiącym polskim kotle.
Bo przecież Kaczyński uważający się za konserwatystę jest w istocie rzeczy destrukcyjnym rewolucjonistą używającym bolszewickich metod i haseł do realizacji prawicowych wizji i celów. Już na początku swych rządów zapowiedział rewolucję, obdarzoną przez niego dziwaczną nazwą kontrrewolucji kulturowej, która niczym rewolucja październikowa ma zmienić porządek rzeczy nie tylko w kraju, lecz nawet przeorać całą Europę.
Lenin uczył, że rewolucja społeczna wybuchnie tam, gdzie poziom konfliktu społecznego osiągnie najwyższą temperaturę. Kaczyński, który poznał nauki wodza proletariatu, dorzuca do rozgrzanego na czerwono pieca. Wie, że jak nauczali klasycy marksizmu-leninizmu, należy wywołać ferment rewolucyjny (rewolucionnoje brożenije). Do tego potrzebna jest przyprawa w kotle. Przepis jest prosty; należy zagrać na najniższych instynktach społecznych; szczypta mściwości, rewanżu, ostrej ksenofobii, wrogości, nieufności, zawiści, i rewolta gotowa, a władza PiS zabetonowana na amen. PiS w przeciwieństwie do partii bolszewików doszedł do władzy drogą demokratyczną, lecz robi wszystko co niedemokratyczne by władzy tej nie oddać. Podporządkowanie całego aparatu państwowego swoim nieograniczonym wpływom, niedemokratyczne zmiany wprowadzane w celu utrwalenia władzy, przywodzą na pamięć słowa Lenina, powtórzone w 1945 r. przez W. Gomułkę: : ,,Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Tworzą one zawstydzające dla PiS memento, którym jednak pisowcy zdają się zbytnio nie przejmować i zagadują je antykomunistyczną retoryką.
Szowinizm
Radzieckie kierownictwo stanowczo odżegnywało się od takiego obcego bolszewizmowi pojęcia jak szowinizm. Tylnymi drzwiami jednak pobudzało nastroje szowinistyczne, słusznie kalkulując, że mogą one służyć interesom władzy. Stąd wpajanie radzieckim ludziom przekonania o ich prymacie wśród narodów świata, o wyjątkowości radzieckiego społeczeństwa, o wielkości i potędze, co zresztą głosiły wielkie neony na budynkach, np.: ,,Chwała wielkiemu narodowi radzieckiemu”. Pisowska władza nie ukrywa sympatii do ideologii szowinizmu, bowiem zrozumiała jak hasła o szowinistycznym brzmieniu przysłużyły się utrwaleniu władzy radzieckiej na długich 70 lat, a przecież wg słów Kaczyńskiego chcą rządzić przynajmniej lat 20. Dlatego na co dzień obserwujemy festiwal haseł w rodzaju: ,,Polska wyspą wolności i tolerancji”, ,,Europa zazdrości polskiego dobrobytu”, ,,świat wzoruje się na polskich rozwiązaniach antykowidowych”, ,,polscy żołnierze pod Monte Cassino położyli podwaliny UE”, ,,polskim żołnierzom Europa zawdzięcza wolność”, ,,chrystianizacja Europy prowadzona przez Polskę” i cały arsenał patetycznego, lecz groteskowego bełkotu przepełnionego prymitywnym polonocentryzmem rodem z gumofilców i waciaka. Widzimy też dotykanie czułych miejsc narodowej dumy kiedy prezydent grzmi, że ,,nie będą nam w obcych językach mówili jak mamy się rządzić”, a Kaczyński baja o Polsce jako ,,ostatniej reducie zachodniej cywilizacji”, a jednocześnie obserwujemy pokaz pogardy dla innych narodów i ras.
„Określone siły”
To, że w polityce należy posługiwać się językiem prostym, a nawet prostackim, obraźliwym, używać oskarżycielskiego tonu, o tym zawsze wiedzieli komuniści. Pamiętamy tę całą gomułkowszczyznę, tych wichrzycieli, wywrotowców, chłystków, chuliganów, te zapytania: ,”Na czyj młyn ta woda?”, te hasła: ,,Wichrzycielom mówimy nasze stanowcze – NIE !”. Takiego języka pisowcy nauczyli się od swoich mentorów z przeszłości i takim instrumentem posługują się na co dzień. Jako jedyni sprawiedliwi pouczają tonem Katona, karcą niepokornych, obrażają, wskazują na obcą inspirację, na przedsiębiorców, którzy wolą sobie zaszkodzić, byle rządowi przysporzyć problemów, na samorządowców-szkodników, na animowanie przez „określone siły”, pochody KOD-u, kobiece protesty, ulice i zagranicę.
Propaganda, nie informacja
Za krytykę władz radzieccy komuniści zamykali dysydentów w psychiatrykach bądź zsyłali do odległych zakątków kraju. Bo krytyka władzy to atak na ludowe państwo i podważanie jego dorobku. Czy to przypadek, że Beata Szydło powtarzała bolszewickie tezy o ataku na pisowską władzę jako ataku na Polskę? Wtórowali jej ministrowie ugruntowując przekonanie, że każda krytyka władzy, demonstracja przeciw niej, a nawet debata o praworządności nt. demolowania demokracji przez PiS, jest godzeniem w Polskę. Takie propagandowe komunały nie biorą się znikąd. Wynikają z głębokiego przekonania aktywistów partyjnych PiS, że tak faktycznie jest. To ewidentny skutek ich postkomunistycznej mentalności, lub czerpaniu z skarbnicy komunistycznej propagandy i z gomułkowskiej nowomowy. Kto pamięta tamte czasy, a Szydło i Kaczyński pamiętają, temu znane jest twierdzenie: ,,Atak na partię, jest godzeniem w żywotne interesy Polski Ludowej i narodu”.
Dla bolszewików i pisowców sprawy władzy miały i mają naturę mistyczną, dlatego otoczone muszą być aurą tajemniczości. To co kipi w kotle władzy nie jest przeznaczone dla wiedzy maluczkich. Kto za komuny słyszał co dzieje się za kulisami władzy? Choć dziś mamy wnikliwych dziennikarzy, a i tak władza stara się ukryć przed nimi ile się tylko da. Stąd ignorowanie lub wyniosłe milczenie ministrów nagabywanych przez przedstawicieli czwartej władzy. Informacje zastępuje propaganda, trwają zakulisowe rozgrywki, puszczane są zasłony dymne w postaci eksponowania drugoplanowych, zastępczych kwestii.
Antydemokratyczna władza nie potrafi obyć się bez kłamstwa, manipulacji i prostackiej propagandy. Porażającą jest zbieżność metod stosowanych w tym zakresie przez rządzącą w ZSRR WKP(b) i będącym u władzy PiS. To temat na oddzielny tekst, bo samo wymienianie propagandowych tez, kłamstw i manipulacji obydwu ekip zajęłoby zbyt wiele miejsca. Warto za to polecić dającą wiele do myślenia świeżo wydaną książkę Marka Świerczka ,,Jak sowieci przetrwali dzięki oszustwu”, ukazującą mechanizm akcji dezinformacyjnej prowadzonej przez totalną władzę.
Spoiwem skutecznego rządzenia przez partie niedemokratyczne musi być określona ideologia skupiająca ludzi wokół władzy centralnej. Podczas gdy w latach realnego socjalizmu dla Wojska Polskiego podstawą spójności ideologicznej żołnierzy miała być ideologia marksistowsko – leninowska, to obecnie, wg rozkazu gen. R. Głąba z stycznia 2019 r., o sile moralnej wojska mają przesądzać informacje zaczerpnięte wyłącznie z TVP Info i Jedynki, a w myśl b. ministra obrony A. Macierewicza głównym orężem żołnierza polskiego ma być wiara katolicka (!). Aż chce się dodać: a główną taktyką – ogień krzyżowy. Ale jesteśmy bezpieczni ponieważ właśnie zawierzono armię Panience Jasnogórskiej.
Państwem może rządzić kucharka
,,Partia to Lenin, a Lenin to partia” – głosił w swym rewolucyjnym poemacie Władimir Majakowski. Prezes nie dysponuje nadwornym wierszokletą, ale i tak wszyscy wiedzą, że partia to Kaczyński. Niemniej partia potrzebuje kadr. „Kardy są najważniejsze” – nauczał Lenin. Kaczyński ma identyczne zdanie. Kadry nie muszą być wykształcone i kompetentne, mają być wierne jedynie słusznej linii partii. Nie przypadkiem wśród posłów i senatorów PiS znajdujemy takie kompetentne kadry jak aktywiści parafialni, tapicerzy, stolarze, ślusarze, czeladnicy piekarstwa, technicy kolejowi, technicy ogrodnictwa, wyplatacze koszy wiklinowych itp. Prawdziwie bolszewicka kadra, od której poza lojalnością i podnoszeniem ręki za bezprawnymi ustawami niewiele wymaga się, lecz o której Macierewicz mówił, że podwładny ma być dyspozycyjny i zaufany. To pisowcom wystarczy, wszakże Lenin głosił: . „Prawy bolszewik, obdarzony zaufaniem Partii, może kierować czymkolwiek, żadnych szczególnych umiejętności tu nie trzeba”. W myśl tej zasady Obajtek, wójt Pcimia zostaje szefem koncernu PKN Orlen, bo swymi kompetencjami zaimponował prezesowi podczas lokalnej powodzi przywożąc na dwukołowej przyczepce skołowanych gdzieś kilka rolek papy.
Wspomnienia byłych NKWDzistów Sergo Goglidze czy Wsiewołoda Mierkułowa pokazują ten sam mechanizm, w którym mimo świadomości naruszania prawa, gotowi byli bez dyskusji wypełnić każdy rozkaz Stalina. Na gruncie tak rozumianej lojalności również i w dzisiejszych polskich realiach swą gotowość do służby melduje cały szereg miernot i sługusów: harcerze na stanowiskach po usuniętych, doświadczonych agentach wywiadu wojskowego, młodziki od gimnazjum wysługujący się ministrom, lizusy, pismaki na zawołanie, hipokryci, ozadaniowani manipulanci, propagandyści „dobrej zmiany”.
Lenin twierdził, że rządzenie państwem jest łatwe. Może dlatego, iż pisał te słowa, zanim objął władzę. Przekonywał, że państwem może rządzić kucharka. No i faktycznie mieliśmy już kobietę na stanowisku premiera, osobę formatu kucharki. Niezły bigos zgotowała Polakom. Inna kucharka trzęsie oskubanym z godności i niezależności Trybunałem Konstytucyjnym, choć gotuje tylko dla jednego Polaka.
Niedokształcone typy, z trudem na trójkę kończące uczelnie, a nawet absolwenci zawodówek i podstawówek, plagiatorzy prac magisterskich i doktorskich, ludzie wyciągani z dołów hierarchii zawodowej i stawiani na szczycie poszczególnych ministerstw muszą być z natury rzeczy wdzięczni, a zatem wierni i posłuszni woli swych protektorów. To demolujące dla państwa zjawisko, znane z początków władzy ludowej w Kraju Rad i w Polsce, rozkwitło w pisowskiej rzeczywistości, a urządzone na stanowiskach miernoty, korzystając z swej pozycji, przystępują do realizacji aktu zemsty za swe dotychczasowe niepowodzenia i upokorzenia, dają upust swym kompleksom, najniższym instynktom i fobiom. Na takie fobie, urojone zagrożenia dla swej pozycji cierpiał Stalin i wielu jego towarzyszy z wierchuszki władzy. Wokół wietrzyli spiski i knowania, rozumiejąc sprawowanie władzy i politykę jako osobistą rozgrywkę z konkurencyjną koterią, niekończącą się dworską intrygę i walkę o przetrwanie. Czy postępowanie Z. Ziobry daleko odbiega od profilu psychologicznego owładniętego obsesją zemsty Stalina, skoro Ziobro korzystając z pozycji ministra sprawiedliwości już czternasty rok ciągnie proces przeciw kardiologom za rzekome spowodowanie śmierci jego ojca. Czy to nie przypomina słynnego stalinowskiego procesu kremlowskich lekarzy z początku lat 30.?
Stalin pozbawił stanowisk, a potem życia starych, zasłużonych bolszewików, zastępując ich komunistami z tylnych szeregów, stawiał zasłużonych dowódców armii wpierw w stan oskarżenia o powiązania ze starym reżimem, a następnie przed lufami plutonów egzekucyjnych. Czy takie czystki nam czegoś nie przypominają? Nie, aż tak źle nie będzie, ale z drugiej strony źle już jest. Macierewicz jako naczelny inkwizytor wojska stawiał przed komisjami weryfikacyjnymi wszystkich oficerów, którzy służyli przed 1989 r. i przeznaczał ich do odstrzału. Jak Stalin, który pozbawił Armię Czerwoną najlepszych dowódców i pozbył się profesjonalnej kadry, tak i pisowscy dyletanci pozbyli się z szeregów WP czołówki polskiej generalicji. Co więcej, przed komisje weryfikacyjne wezwano doświadczonych agentów wywiadu i kontrwywiadu cywilnego, zasłużonych w walce z gangami policjantów, pograniczników, a nawet lekarzy szpitala MSW i sportowców klubów mundurowych. Wyrzucono ich z służby i pozbawiono należnych świadczeń emerytalnych. Tylko dlatego, że przesłużyli choćby jeden dzień przed 1989 r. Dobrze, że Syberia z jej gułagami nie należy do Polski; Ziobro może zsyłać kilkunastu niepokornych prokuratorów co najwyżej 400 km od ich domów, za to w ciągu 48 godzin.
A. Duda nazywa takie neobolszewickie czystki ,,czyszczeniem Polski”, lecz już M. Kuchciński idzie dalej mówiąc o ,,odszczurzaniu Polski”. Podobny proces doprowadził do sytuacji gdzie z MSZ powyrzucano na bruk najlepsze, profesjonalne kadry dyplomacji tylko dlatego, że kształcili się w moskiewskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Kaczyński usuwa w cień dawnych, rzeczywistych opozycjonistów, zastępuję bohaterów Solidarności własnymi miernotami z czwartego szeregu. To wszystko jako skutek paranoicznych fobii, zawiści, małości, nieufności i mściwości kwitnących w PiSie. Niczym radzieccy bolszewicy u zarania władzy rad. Tylko gratulować pisowcom wzorców i mentorów.
Izolacja międzynarodowa
Trudno może o analogie pisowskiej dyplomacji do dyplomacji radzieckiej, ale może jednak. Ta druga, mimo że robotniczo-chłopska, cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Pisowskie dyplomatołki potrafią skutecznie przegrywać polskie interesy i są w tym dobrzy. W ich przekonaniu otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić, pozbawić tożsamości, nakazać stosowanie się do prawa i własnej konstytucji. Dlatego świadomie bądź nieświadomie doprowadzają Polskę do samoizolacji na arenie europejskiej i światowej. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim własnym świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny, rządzić się po swojemu. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich komunistów tzw. syndrom oblężonej twierdzy. Pisowcom już ten cel udało się osiągnąć, bo po przegranej D. Trumpa mało kto chce się na poważnie liczyć z państwem naruszającym podstawowe zasady, którymi kieruje się UE. Ale co tam, tak do końca nie jesteśmy w izolacji. Jak Związek Radziecki w latach 30. mający wsparcie Mongolii i Republiki Tuwa, tak i my mamy swoich sojuszników na miarę pisowskich ambicji: Słowacja, Słowenia, Czarnogóra, Rumunia, Węgry, Azerbejdżan. Tyle, że to już nie ta liga co Trójkąt Weimarski.
Kult militaryzmu i kult jednostki
Każdy niedemokratyczny reżim uwielbia odwoływać się do ducha militaryzmu. W hitlerowskich Niemczech trwały nieustanne defilady wojskowe, a całe życie społeczne uległo militaryzacji. Podobne sytuacje miały miejsce w ZSRR, a tradycja ta kontynuowana jest w Korei Płn. Zachłystywanie się sferą militarną, tworzenie kultu wojska, każdy może obserwować w dzisiejszych polskich realiach. To rozbudowywanie armii poprzez tworzenia amatorskiego WOTu, to tworzenie w każdym powiecie strzelnic dla młodzieży, defilady wojskowe z prezydentem jadącym na czele kolumny, wypominki żołnierzy wyklętych, budowanie muzeów o charakterze wojskowym, szum propagandowy wokół zakupów broni, to wszystko łączy PiS z radziecką tradycją militarną. Lecz już potrząsanie szabelką przed nosem rosyjskiego niedźwiedzia (macierewiczowe ,,jesteśmy de facto w stanie wojny z Rosją”), czyni z partii rządzącej istną groteskę, tym bardziej kiedy zauważymy jak partia dowodzona przez tchórza i fajtłapę, który wojsko widział co najwyżej na obrazku, tak chętnie odwołuje się do militarnej retoryki. Skąd u nich to zauroczenie ,,frontem obrony wsi”, ,,frontem walki z przestępczością”, ,,pierwszą linią frontu”, ,,atakiem frontalnym”, ,,oszalałym atakiem”, ,,zmasowanym atakiem”, ,,ofensywą jesienno – zimową”, ,,polem zaciętej walki”, ,,wrogiem”, ,,redutą obrony dobrego imienia RP”, ,,trwaniem do końca na posterunku”, ,,ostatnią rubieżą obrony”, ,,dawaniem stanowczego odporu”, ,,wspólnym marszem”, ,,przegrupowaniem sił i środków”, ,,zabezpieczeniem zaplecza”, ,,modlitwą jako najskuteczniejszą bronią wojska polskiego” i pewnie wieloma innymi, podobnie buńczucznymi formułkami.
Rewolucja Kaczyńskiego potrzebuje symboli. Stąd pomnikomania i dążenie do przywrócenia kultu jednostki, jakże charakterystycznej dla komunizmu. Jest oczywiste, kogo dotyczą te zjawiska. Mamy nowych proroków polityki i kultury, nowych strażników prawa i konstytucji, nowych bohaterów narodowych, tych zbiorowych i indywidualnych, nowe wartości patriotyczne, nowe objawienia, łącznie z Maryjnymi, tymi uchwalonymi oficjalnie przez Sejm RP. Wszystko w tej dziedzinie jest już przetasowane. To Lech Kaczyński ,,faktycznie kierował Solidarnością”, ś.p. Anna Walentynowicz była przywódczynią strajku w Stoczni Gdańskiej, o roli Bogdana Borusewicza nie warto wspominać, a Lech Wałęsa to zaledwie agent bezpieki. Dlatego jego nazwisko należało zasłonić płachtą na gmachu terminalu w Gdańsku, by nie kłuło w oczy goszczącego tam prezydenta George’a Busha.
Tysiąc pomników L. Kaczyńskiego na 10-lecie zbrodni smoleńskiej. Podobnie brzmiące hasło pamiętamy z epoki gomułkowskiej, lecz tamto odnosiło się do tysiąca szkół na Tysiąclecie Polski, a to w nowej wersji już praktycznie obowiązuje, gdyż jesteśmy na etapie oddania do użytku publicznego już 600 miejsc upamiętnienia byłego prezydenta.
Jak w Związku Radzieckim – każde miasto, każda dzielnica, nawet drewniana wiocha bez wodociągów i kanalizacji z cotygodniowym objazdowym sklepem w ciężarówce, musiało mieć swojego Lenina, choćby takiego z gipsu, na pół metra wysokiego i pociągniętego złotanolem, ale własnego, by móc u jego stóp składać plastikowe kwiatki i upiornie szeleszczące na wietrze blaszane wieńce. W rządzonej przez PiS Polsce pomniki, tablice memorialne, popiersia, głazy, ulice, ronda, gazoport, szkoły, już wkrótce może i lotnisko, wszystko ma być im. L. Kaczyńskiego. I nie istotne czy samorząd życzy sobie tego czy nie.
Wszystko stanęło na głowie. O ile w komunizmie mieliśmy księżycową gospodarkę, o tyle obecnie mamy księżycowy krajobraz sceny politycznej, a niemal wszystko co realizuje PiS staje się neobolszewickim anachronizmem, absurdalną niedorzecznością, farsą, groteską, ponurą karykaturą politycznej normalności.

Bigos tygodniowy

„No dajcież spokój z PiS-ami, zrobili nas w chuja” – powiedział jeden z górali zakopiańskich ( też chory na tureta?). A widzita Gazdo, coście najlepszego zrobili? Narciarz też wos w chuja zrobił i wydupcył, że hej.


Tydzień po demonstracjach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet 8 marca warto odnotować, że jako prezent kobiety dostały – z sadystyczną jak zwykle zaciekłością – gazem po oczach od policji sterowanej przez Zaplutych Karłów Reakcji.


Numery telefonów do Aborcji bez Granic.pl – ku pamięci niejakiemu Dzierżawskiemu Mariuszowi, który próbuje zaszkodzić m.in. Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny czy Aborcyjnemu Dream Team’owi – 22 29 22 597 i 22 30 70 791


Po haśle „kochajcie się mamo, tato”, które zostało masowo wylepione na billboardach w Polsce organizatorzy akcji przeszli już do tezy bardziej bezpośredniej, że „rozwód to zgorszenie”. Jednocześnie krążą wokół tematu dobrodziejstwa jakim jest ciąża z gwałtu. O kim mowa? Tym konkurentem Mordo Iuris jest śląska Fundacja Nasze Dzieci – Edukacja, Zdrowie, Wiara niejakiego Kłoska Mariusza, milionera od okien.


Zdaniem Kamili Ferenc z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny definitywne odebranie kobietom prawa do aborcji „będzie negatywnie rzutowało na dzietność w Polsce”. „Zachodzenie w ciążę w Polsce będzie rosyjską ruletką. Obawiam się spadku dzietności, bo kobiety nie będą chciały ryzykować życia i zdrowia” – dodała prawniczka Federy.


Przy okazji informacji o wzroście zainteresowania Polek zabiegiem podwiązania jajowodów, który odnotowano w Czechach okazało się, że w Polsce, o ile ten zabieg jest nielegalny, o tyle podwiązanie nasieniowodów (wazektomia) jak najbardziej dozwolone. To kolejny przykład dyskryminacji kobiet w tym barbarzyńskim kraju.


W sporze między posłanką Lewicy Moniką Pawłowską a młodzieżówką Lewicy zdecydowanie opowiadam się po stronie młodzieżówki. Posłanka została skrytykowana za oddanie hołdu „wyklętym”. I słusznie. Nawet jeśli posłanka Pawłowska indywidualnie „cieniuje” swoje poglądy na tę kwestię, nie powinna czynnie wzmacniać przekazu skrajnej prawicy. W sytuacji, gdy wszelkie poglądy, idee czy emblematy lewicy, nawet te historyczne, są zaciekle tępione przez klerofaszystów i „osądzane od czci i wiary”, wspieranie przez posłankę lewicy ich przekazu ideologicznego jest zachowaniem absurdalnym i niedopuszczalnym. Posłanka powinna to wiedzieć, bo to „abece” polityki. Jeśli nie wie, powinno się jej to wytłumaczyć. Poza tym nie podobają mi się przypadki wdzięczenia się niektórych ludzi lewicy do pisiorów przed kamerami TVPiS.


Pisiorskiemu wójtowi Lanckorony nie spodobała się konferencja posła KO Marka Sowy na tematy obajtkowe. Próbował publicznie przegonić go z rynku miasteczka i miał pretensje, że ten nie powiadomił go o planowanej konferencji prasowej. Oto jak bezczelne pisiory wyobrażają sobie swoje rządy – miejsce gdzie rządzą ma być ich wyłączną własnością.


A propos afery z filmem o wibratorach. W Niemczech Hitlera rzucono hasło: „Armaty zamiast masła”. W Polsce Zaplutego Karła Reakcji odpowiednik tamtego hasła brzmi: „Niezłomni i wyklęci zamiast wibratorów”. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że te wibratory produkowane są na Węgrzech sojusznika Orbana.


„Niech pisowczyki liczą sie z tym, że ich też tak się będzie atakować! Powoli przelewa się czara goryczy! Mamy prawo się bronić, mówię tu nie tylko w imieniu osób nieheteronormatywnych, ale i zwykłych ludzi, atakowanych przez PiS każdego dnia. / „Bandyci są popierani i ukrywani przez PiS i Kościół. To są wewnętrzne akty terrorystyczne. I tak te zbiry powinni być sądzeni”/„piSS, TVpiSS i epiSSkopat ma krew na rękach” -. to niektóre wpisy internautów w reakcji na to co dzieje się w kraju. Warto odnotować, bo to coś mówi o nastrojach.


PiS mści się na znienawidzonej Unii Europejskiej i jako kandydata do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu wysyła człowieka M-Ordo Iuris Stępkowskiego Aleksandra, obecnie rzecznika SN.


Kibole ryczeli pod stadionem Legii na Czerniakowskiej i strzelali racami, ale zgromadzona tam policja nikomu z nich nie wpierdoliła, nie złamała ręki, nie wciągnęła do radiowozu i nie wywiozła sto kilometrów od miasta.


Niejaka Emilewicz Jadwiga zaprezentowała w telewizji szowinistyczną i antykobiecą postawę, na jaką nie zdobyłby się najgorszy mizogin w PiS-ie i okolicach. Było to obrzydliwe.


Rzecznik Praw Trupich Płodów, katolicki fanatyk o temperamencie ślimaka – Wróblewski Bartłomiej został przez PiS wysunięty na kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich. To bez wątpienia owoc sadystycznej wyobraźni Zaplutego Karła Reakcji.


„To jest chory kraj” – powiedziała Klementyna Suchanow i to jest najkrótsza i najtrafniejsza synteza tego szamba w którym tkwimy po czubek głowy. W XVIII wieku Wolter określał TOTO jako „Irokezów”.


Francuski minister Clément Beaune chciał wybrać się do którejś z gmin „wolnych od LGBT”, ale mu nie pozwolili.


Umilkły protesty Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Czy okażą się one efemerydą i słomianym ogniem jak Komitet Obrony Demokracji?


O aferze Obajtka ani słowa, bo mi się rzygać chce, gdy na niego patrzę.

Pożyjemy – zobaczymy

Czy prezydent Andrzej Duda zaszczepi się chińską szczepionką?

Informacja o telefonicznej rozmowie prezydentów Polski i Chin wzbudziła sensacje w mediach. Nie dlatego, że do takiej rozmowy doszło. Obaj prezydenci Xi Jinping i Andrzej Duda kontaktowali się już wiele razy wcześniej. Ostatni raz mieli okazję dłuższej rozmowy podczas lutowego pekińskiego szczytu Formatu „17 + 1”.
Sensację wzbudził jeden z jej tematów. Ujawnił go prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Poinformował polskie media, że „Na wniosek premiera Mateusza Morawieckiego prezydent poruszył kwestie współpracy polsko-chińskiej w zakresie walki z pandemią koronawirusa, w tym możliwości zakupu przez Polskę szczepionek wyprodukowanych w Chinach”.
I aby nie było warkliwości dodał, że ten problem „będzie przedmiotem dalszych ustaleń na poziomie międzyrządowym”.
Na razie polski prezydent „z zadowoleniem przyjął deklarację chińskiego przywódcy o gotowości Pekinu do uczynienia z produkowanych przez chińskie firmy szczepionek przeciw COVID-19 globalnego dobra publicznego”, podsumował prezydencki minister.
Dobra, ale nielegalna
W Chinach produkuje się już kilka rodzajów szczepionki przeciwko COVID-19. Stosowane są już w wielu państwach na świecie. Dotychczasowa praktyka potwierdziła ich skuteczność. Niedawne, rygorystyczne badania przeprowadzone w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, oceniły skuteczność stosowanej tam chińskiej szczepionki na poziomie 86 procent. To dobry wynik.
I dlatego problem jej zakupu przez państwa Unii Europejskiej nie polega na jakości chińskiej szczepionki, tylko na braku certyfikatu uprawniającego do stosowania jej na terenie wspólnoty europejskiej.
Każdy lek dopuszczony do użycia w państwach Unii Europejskiej musi mieć certyfikat Europejskiej Agencji Leków / EMA/. Chińskie szczepionki jeszcze nie mają go, bo nie były zgłoszone do procedury certyfikacyjnej. Nie były, bo jeszcze na początku roku wszystkie rządy państw Unii przekonane były, że wystarczą im szczepionki produkowane na terenie UE. Posiadające certyfikaty EMA.
Rzeczywistość okazała się mniej optymistyczna. Szczepionek z certyfikatami zaczęło brakować. Przede wszystkim w biedniejszych państwach Europy Środkowo- Wschodniej należących do Unii Europejskiej.
Pierwszy zadeklarował gotowość zakupu szczepionek niecertyfikowanych premier Węgier Wiktor Orban. Ogłosił, że Węgry uzupełnią deficyt szczepionek dodatkowymi zakupami w Chinach i Rosji. Aby przekonać Węgrów do takiego rozwiązania sam publicznie zaszczepił się chińską szczepionką.
W ślad za nim wolę zakupu chińskiej wyrazili też prezydent i premier Czech oraz premier Słowacji. Wsparli ich niemiecki minister zdrowia Jens Spahn, który wezwał Europejską Agencję Leków (EMA) do zatwierdzenia szczepionki Sinopharm „jeśli okaże się bezpieczna i skuteczna”. Austriacki kanclerz Sebastian Kurz wystosował podobny apel i wyraził gotowość do produkcji ich w Austrii. Jego zdaniem „żadne geopolityczne tabu” nie powinno kolidować z celem nadrzędnym, czyli zapewnieniem dostępności szczepionek dla wszystkich nią zainteresowanych.
W odpowiedzi władze chińskie potwierdziły gotowości sprzedaży szczepionki kolejnym krajom naszego regionu, co zresztą prezydent Xi Jinping deklarował na lutowym szczycie z przywódcami Europy Środkowo-Wschodniej w Formacie „17+1”.
Kiedy Polska?
Deficyt szczepionek odczuwalny w Polsce staje się poważnym problemem społecznym i politycznym. Brak certyfikatu EMA i związane z tym administracyjne problemy zniechęca do zakupów produktów niecertyfikowanych. Ale tylko niecertyfikowane chińskie i rosyjskie szczepionki mogą przyśpieszyć ogłoszony przez rząd Narodowy Program Szczepień.
To powoduje, że polski rząd nie ma jeszcze jednoznacznego stanowiska. Minister zdrowia Andrzej Niedzielski opowiada się za stosowaniem szczepionek z certyfikatami Unii Europejskiej.
Mniej rygorystyczny jest już odpowiedzialny za program szczepień minister Michał Dworczyk. Potwierdził, że polski rząd nie rozważa zakupu rosyjskiej szczepionki, na którą zdecydowały się rządy Słowacji i Węgier. Analizuje za to zakup szczepionki z Chin, pomimo, że na razie żadna nie została przetestowana przez Europejską Agencję Leków. Bardziej zdecydowane stanowisko zajął poseł PiS Krzysztof Lipiec, członek Rady Doradców Politycznych premiera Mateusza Morawieckiego. Zadeklarował, że w Polsce powinny być stosowane szczepionki z Chin „jeśli jest gwarancja, że są to szczepionki bezpieczne”. Dodał, że sam gotowy jest zaszczepić się taką szczepionką.
„Może jestem czasami radykalny w swoich sądach, ale poszedłbym drogą Słowacji i Węgier. Na co mamy się oglądać? Przecież dopuszczone już w UE szczepionki do nas nie docierają w potrzebnej liczbie. Trwa jakaś wojna koncernów, która ma wymusić na klientach system aukcyjny. Można kupić szczepionkę z Chin i u nas szybko przeprowadzić badania na ochotnikach, jeżeli mamy jakieś wątpliwości. Potem udostępnić te wyniki – tak jak zrobił Izrael w przypadku Pfizera. Te wszystkie szczepionki oparte są na tym samym białku. Nie wierzę osobiście w to, że któraś jest zdecydowanie mniej skuteczna. Wszystkie są w mojej ocenie dobre i bezpieczne, powiedział znany polski wirusolog profesor Włodzimierz Gut.
Uważa on też, że lepiej mieć „czyste sumienie” i kupić wiele szczepionek od różnych producentów niż czekać na polityczną decyzję wszystkich państw Unii Europejskiej. „Proszę spojrzeć na dane izraelskie. Tam śmiertelność już spadła poniżej 1 procenta, nadal będzie szła w dół. To dają masowe i szybkie szczepienia”, powiedział profesor Gut w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej.
Czy Polacy będą się szczepić się również chińskimi szczepionkami? Na takie, trudne do odpowiedzi pytanie, Polacy odpowiadają tradycyjnym przysłowiem: „Pożyjemy- zobaczymy”.

Może być gorzej

Pana prezydenta Dudę trzeba pocieszyć. Choć prezydent Biden nie zadzwonił jeszcze do niego, co może wywołać stany depresyjne, ryzyko wypadku narciarskiego i ponowne zamknięcia stoku, to innym głowom lekko też nie jest.
Weźmy pierwszą z brzegu. Wołodymyr Zełenski. Też prezydent, też przystojny i też czeka na połączenie. Jemu, w przeciwieństwie do pana prezydenta Dudy, trochę się do tej rozmowy śpieszy. Prezydent Ukrainy zaprosił bowiem amerykańskiego kolegę na uroczystość 30 rocznicy niepodległości Ukrainy. Biały Dom potwierdził zaproszenie, ale nie uczestnictwa najważniejszego tam lokatora jeszcze nie.
Cóż z tego, że przy okazji potwierdzono też wsparcie Kijowa dla odzyskania Krymu i Donbasu. Tradycyjną przyjaźń i partnerstwo. Skoro na razie amerykański prezydent więcej mówił o Ukrainie z prezydentem Rosji niż Ukrainy. Dlatego bez obecności głowy amerykańskiego państwa uroczystość ku czci ukraińskiej suwerenności może być niekompletna.
Czemu prezydent Biden jest tak powściągliwy z telefonicznych kontaktach z prezydentem Zełenskim ? Plotki przypominają ujawnione w Ukrainie podsłuchy wcześniejszych rozmów między amerykańskimi i ukraińskimi prezydentami. Chodziło o działalność Huntera Bidena, syna prezydenta USA, w radzie ukraińskiej firmy Burisma. Jej właściciel jest podejrzewany o korupcję, o co w Ukrainie nietrudno.
W lipcu 2019 prezydent Trump zadzwonił do prezydenta Zeleńskiego nalegając by wszczęto dochodzenie w sprawie syna jego ówczesnego konkurenta. A w zeszłym roku wyciekły wcześniej nagrane poufne rozmowy wiceprezydenta Bidena z poprzednim ukraińskim prezydentem Poroszenką. Może pp takich doświadczeniach prezydent Biden dostaje bezwarunkowego szczękościsku już na dźwięk „Prezydent Ukrainy”.
Szczęście ma pan prezydent Duda, że jego córka pracowała w jedynie w Londynie. I nie musi spieszyć się z zapraszaniem prezydenta Bidena do Warszawy.
I gadać, też nie ma o czym. Wojska USA już w Polsce są, „fortu Trump” nie zbudowano na szczęscie, a prezydent Biden propagujący teraz prawa LGBTI nie przez obecnego władze pilnie w Warszawie widziany.
NATO i co na to
Inaczej jest w przypadku prezydenta Zełenskiego. Ma pierwszą kadencję, drugi rok prezydentury, musi pracować. W kampanii obiecywał zbliżenie do Unii Europejskiej i NATO. Miał także poparcie amerykańskiego prezydenta i przywódców państw Unii Europejskiej.
Z Unią do zbliżenia doszło. Otworzyła się na ukraińskich pracowników, zwłaszcza tych tanich, a Ukraina obiecała lepsze warunki dla jej firm. Ale przyszła pandemia i państwa UE pozamykały się.
W międzyczasie władze ukraińskie kolejny raz skonfliktowały się z mniejszością węgierską, arbitralnie zamknęły rosyjskojęzyczne kanały telewizyjne, co było niezgodne z normami Unii Europejskiej. Ale ukraińskie elit polityczne doskonale wiedzą, że perspektywa akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej to zadanie za kolejne 30 lat. Bardziej realna jest pozycja podobna sąsiedniej Turcji. Silna integracja gospodarcza bez przyjmowania politycznych i obyczajowych norm UE.
Realniej wydaje się bliższa kooperacja z NATO. Zaproszenie Ukrainy do Planu Działań na rzecz Członkostwa. Klucz do bram NATO ma prezydent USA.
Na razie nie ułatwia on Ukraińcom wędrówki do wspólnoty Północnoatlantyckiej. Znany ukraiński oligarcha Ihor Kołomojski, uważany za protektora prezydenta Zełenskiego, dostał zakaz wjazdu do USA. Nałożone przez Departament Stanu USA sankcje uzasadnione są aferami korupcyjnymi i niszczeniem demokratycznych instytucji przez oligarchę. Przy okazji sankcje spadły na jego żonę, dzieci i licznych współpracowników. Psuje to wizerunek Ukrainy w USA.
Chiński koncern Skyrizon chciał kupić kontrolowany przez państwo ukraińskie koncern Motor Sicz. Produkujący silniki rakietowe i samolotowe, także do słynnego An -225. Transakcję finalizowano, ale zablokował ją ukraiński rząd. Dodatkowo prezydent Zełenski nałożył sankcje na Skyrizon, jego prezesa i trzy inne chińskie firmy.
Wcześniej, bo w sierpniu 2020 ówczesny sekretarz stanu USA, Mike Pompeo wyraził zaniepokojenie „szkodliwymi chińskimi inwestycjami na Ukrainie” i wskazał przejęcie Motor Siczy przez Skyrizon.
W styczniu ukraińskie służby bezpieczeństwa SBU przerwały spotkanie akcjonariuszy Motor Siczy z Chińczykami blokując zmiany w zarządzie firmy. Teraz Chińczycy domagają odszkodowania w wysokości 3,5 mld dolarów. Mają wsparcie swego rządu. Wojna z nimi będzie kosztowna. Chiny są największym rynkiem eksportowym Ukrainy. W razie bojkotu, UE strat tych nie zrekompensuje.
Zbliżenie Ukrainy z NATO od lat blokują Węgry, oskarżając ją o represje wobec mniejszości węgierskiej. Krzywym okiem patrzy Turcja, bo prawosławna Ukraina może wspierać wrogą wobec niej Grecję. Za to Ukraina wojująca z Rosją przyda się Turcji w rywalizacjach z Kremlem. Wzmocnionej tak Turcji nie chce Francja, skonfliktowana z nią w Libii, i USA na Bliskim Wschodzie. Niemcy chętnie pohandlują z Ukrainą i z Rosją. Ukrainie obiecają bezpieczeństwo, a Rosji szlaban dla Ukrainy w NATO. Im więcej Ukrainy w NATO, tym mniejsza atrakcyjność w pakcie Rumunii. I Polski też. Nowe kłopoty.
Na razie Kijów oczekuje pomocy USA w modernizacji armii, kolejnej transzy kredytów Międzynarodowego Funduszu Walutowego i chińskiego rynku na swój eksport. Pomocy w rozwiązaniu problemów Donbasu i Krymu też. Prezydent Biden nie dzwoni.
A szczęściarz Duda śmiga na nartach.

Bigos tygodniowy

„Dania jest więzieniem” – mówił szekspirowski Hamlet. Dziś ta metafora dziwnie pasuje do życia wielu z nas w pandemii koronawirusa. Możliwość poruszania się po Europie ograniczona została do minimum i dopuszczalna pod warunkiem posiadania aktualnego negatywnego wyniku testu lub zaświadczenia o przyjęciu szczepionki. Czyli – była Unia Europejska i nie ma Unii Europejskiej. Jeszcze rok temu można było poruszać się po kontynencie, od wschodu po zachód, od północy po południe. Dla obywateli Unii Europejskiej granice państw przestały być zauważalne i oto granice te powróciły. Już nie mamy de facto praw obywateli UE, bo to oczywiste, że pełnoprawny obywatel ma prawo bez ograniczeń poruszać się po przestrzeni, której jest obywatelem. Jesteśmy więc jak chłopi pańszczyźniani przywiązani do własnych krajów. Owszem, można gdzieś podróżować, ale pod ścisłymi rygorami. To pokazuje jak wątła i krucha jest konstrukcja UE, jak iluzoryczna jej idea. Okazało się, że jest to konstrukcja na pogodę, ale już nie na niepogodę.


Do najbardziej dokuczliwych więzień należy Polska, w której pisowska władza wprowadziła w życie Narodowy Program Rodzenia Trupów. Radykalne zaostrzenie prawa aborcyjnego uczyniło ten kraj piekłem kobiet w stopniu do tej pory niewyobrażalnym. Nie tylko z uwagi na kształt tego „prawa”, ale także z tego powodu, że warunki pandemiczne i ograniczenie możliwości przekraczania granic oznaczają także radykalne ograniczenie możliwości przeprowadzania przerwania ciąży za granicą. Nadal nie mogę się otrząsnąć z uczucia upiornego koszmaru. W kraju należącym do Unii Europejskiej przyjęto „prawo” jakby wymyślone w ramach ponurej dystonii, jakby rodem z upiornej, makabrycznej baśni braci Grimm, „prawo” nakładające na kobiety państwowy przymus chodzenia w ciąży z trupem czy półtrupem, a następnie wydania go na świat. To kolejny dowód na to jak słabym w praktyce, choć pięknym jako idea, konstruktem okazała się Unia Europejska, skoro coś takiego mogło się pod – bądź co bądź – jej dachem – nomen omen – urodzić.


Na stanowisko kierownictwa Platformy Obywatelskiej skłaniające się ku uznaniu potrzeby liberalizacji ustawy dotyczącej aborcji (możliwość legalne aborcji do 12 tygodnia ciąży) można by z lewicowego punktu widzenia wszechstronnie powybrzydzać. Że jednak zbyt zachowawcze w tych ograniczeniach i warunkach, że „rychło w czas”, że to efekt koniunkturalizmu i tak dalej i tak dalej. W tej jednak sprawie, tak ważnej społecznie, trzeba okazać wielkoduszność. Jakby nie było, to dobrze, że PO się w końcu na to odważyła po tylu latach postawy tchórzliwej i asekuranckiej. Lepiej późno niż wcale.


Kilka dni temu zatrzymano polskiego pedofila i sprowadzono do kraju. Odnaleziono go na terenie Filipin, gdzie krył się od kilku lat, po prawomocnym wyroku, skazującym go na karę pozbawienia wolności. Tymczasem w Polsce, pedofile w sutannach latami działają bezkarnie, pod parasolem ochronnym hierarchów, pod nosem organów ścigania.


Tymczasem represje polityczne rozkręcają się na full. Dziennikarka Jewish Telegraphic Agency Katarzyna Markusz na łamach „Krytyki Politycznej” zadała pytanie: „Czy doczekamy dnia, w którym polska władza również przyzna, że niechęć do Żydów była wśród Polaków nagminna, a polski współudział w  Zagładzie jest faktem historycznym?”. Niewiarygodne, ale za postawienie tego pytania została przesłuchana przez policję na polecenie prokuratury!!! Dziennikarze – uważajcie, bo jeszcze trochę i niedługo nie będzie można pisnąć słowa, które nie spodoba się reżymowi PiS. Ziobro et consortes już nad tym pracuje.


Inny przykład skrajnie prawicowej ofensywy ideologicznej: niejaki Górecki Artur współpracujący z Ordo Iuris, zastępca dyrektora w Departamencie Programów Nauczania i Podręczników w Ministerstwie Edukacji i Nauki Czarnka, będzie dodatkowo koordynował prace nad treściami podręczników szkolnych i treściami nauczania. Czyli już niedługo będą one kształtowane na modłę Ordo Iuris, a ściśle biorąc na modłę katolicką. Górecki stwierdził, że szkolne treści, które oddalają młodzież i dzieci od zbawienia są groźniejsze niż brak monitoringu (sic!). Podobny profil w MEN reprezentuje nowo mianowany szef gabinetu politycznego Czarnka, niejaki Brzózka Radosław.


Jeszcze inny przykład ideologicznej ofensywy: trwa proces przeciwko Elżbiecie Podleśnej i dwóm innym kobietom o obrazę uczuć religijnych, polegającej na wywieszeniu plakatów z wizerunkiem tzw. „Matki Boskiej” w barwach tęczowych. W Bigosie nie wystarczyłoby miejsca na pomieszczenie wszystkich przypadków brutalnej ofensywy ideologicznej kleroprawicy.


Zjednoczona Prawica jest zjednoczona tylko z nazwy. Porozumienie Jarosława Gowina, właśnie cofnęło rekomendacje ministerialne dla swoich trzech byłych członków, póki co bez efektu, bo Mateo ich nie zdymisjonował. Natomiast tenże Mateo, za zgodą kierownictwa PiS czytaj: Kaczor, podpisał dymisję niejakiego Kowalskiego Janusza, wiernego żołnierza Ziobra, zasilającego rozbuchany ministerialny zasób, od dłuższego czasu kontestującego działania rządu. W tej sytuacji należy się zastanowić czy jeszcze mamy Zjednoczoną Prawicę i rząd, a jeśli mamy to czy jest zdolny w tym pandemicznym czasie rządzić.


Duduś odwiedził stoki narciarskie w Wiśle, oczywiście w kilkuosobowej obstawie sopowców. Pierwszy narciarz RP, jest znanym miłośnikiem sportów zimowych i wykorzystał oczywiście czasowe poluzowanie obostrzeń pandemicznych, aby zrealizować swoje pasje. Nieważne, że miażdżąca część narodu walczy z biedą i pandemią, o jakimkolwiek wyjeździe nawet nie marząc. Dudusiowi nikt szusowania nie zabroni, zmęczył się robotą na państwowym, po prostu zharał, niech Andrzejek się zatem zrelaksuje, bo czas szaleństw na skuterze wodnym odległy.


Zybertowicz Andrzej powiedział, że kobieta nie jest właścicielem swojej macicy, gdy jest w ciąży, bo jej zawartość składa się także z materiału genetycznego zapładniacza. Z jakiej wartości materiału genetycznego składa się mózgownica Zybertowicza?

Studniówka

100 dni mija, a ja niczyja, mógłby zanucić pan prezydent Duda trawestując popularny sanatoryjny smuteczek. Faktycznie – prezydent Joe Biden zdążył już w tym czasie porozmawiać z kilkudziesięcioma szefami rządów i ważnych międzynarodowych instytucji, a dla Dudy czasu ciągle nie znalazł.

Nasz prezydent w końcu nie wytrzymał i – jak sam powiedział, wysłał do niego obszerny list. Zastanawiam się, o czym mógł pisać? Skoro „obszernie”, to ryzykując niezbyt wiele można przyjąć, że pan Duda przedstawił panu Bidenowi rys historyczny ilustrujący polską drogę ku demokracji. Ta, jak wiadomo, swój prawdziwy początek ma dopiero w roku 2015, gdy wreszcie PiS doszedł do władzy. Potem, jak znam tę śpiewkę, pan Duda tłumaczył, że po tylu latach niewoli, zamordyzmu, ponurego „komunizmu”, no i co tu dużo mówić – zaprzaństwa elit, trudno się dziwić, że w Polsce standardy demokratyczne siłą rzeczy muszą nieco odbiegać od zachodnich wzorców. Polska kroczy bowiem swoją, narodową drogą „tak nam dopomóż Bóg”. Jest ona trochę wyboista i dłuższa niestety, czego syte zachodnie demokracje nie rozumieją. Gdy bowiem one rozkwitały, Polska jęczała za drutami szepcząc święte słowa swojej modlitwy: „Jarosław Polskę zbaw”…
Myślę sobie, że o tym właśnie był ów „obszerny” list, no bo cóż innego mogłoby się w naszej głowie państwa ulęgnąć? Pan Duda przecież w kółko powtarza to samo. Powtórzył więc raz jeszcze, tym razem zapewne dodatkowo poganiany pragnieniem, żeby pan Biden poznał prawdę z pierwszych ust, zanim niechętni Polsce Brukselczycy tyłek nam w Białym Domu obrobią…
Tak się teraz zastanawiam – jeśli rzeczywiście było tak, jak się domyślam, to czy na pewno to był dobry pomysł? Kto jak kto, ale akurat amerykańscy prezydenci i bez Dudy bardzo dobrze wiedzą jak Polska wybijała się na niepodległość. Kibicowali tym procesom wytrwale przez pół wieku, a nawet odgrywali ważną dla ich przebiegu rolę inspiratora, inicjatora, pocieszyciela, obrońcy, a jak trzeba było to i sponsora.
Ciekawą rozmowę na ten temat przeprowadził w sierpniu ub. roku dziennikarz ONET-u Tomasz Awłasewicz z Seth G. Jonesem – autorem książki pt. „A Covert Action”. Rzecz zaczyna się od podpisania przez R. Reagana zgody na operację „QRHELPFUL”. W jej efekcie CIA stała się „niewidzialną ręką”, która latami wspomagała „Solidarność. Niezwykle krętymi drogami (m.in. przez Watykan) do Polski płynęły z różnych stron świata powielacze, papier, tusze, no i pieniądze. Autor „A Covert Action” korzystał z archiwów CIA, a jego publikacja została zatwierdzona przez amerykański wywiad. Skoro pochylił się nad nią pan red. Awłasewicz, to musi ona być tego warta. W końcu redaktor to fachowiec, że tak powiem z cenzusem. Jak czytam – po studiach z zakresu
bezpieczeństwa wewnętrznego zajął się badaniami dotyczącymi służb specjalnych. Był nawet wykładowcą na wyższych uczelniach Poznania i Warszawy prowadząc zajęcia na temat kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Musiał więc sobie zdawać sprawę, jakie znaczenie dla postrzegania najnowszej historii stosunków polsko-amerykańskich ma książka, którą poprzez rozmowę z jej autorem i jej publikację w tak znamienitym portalu jak ONET, przybliża publiczności.
Okazuje się oto nagle, że coś, co nawet dziś traktowane jest jak plotka, owe słynne „pieniądze CIA”, plotką wcale nie były. Pamiętam, że gdy w latach 80 jakieś strzępki informacji na ten temat przebijały się do opinii publicznej, traktowane były jako kłamliwe wytwory „komunistycznej propagandy”. Dziś te szańce niepokalanego patriotyzmu nie są już bronione z takim poświęceniem (bohaterowie w większości sami się pozagryzali), ale nadal lepiej o tym nie mówić niż mówić. Tymczasem książka Setha G. Jonesa – „A Covert Action” jest kolejna publikacją amerykańską, z której dowiadujemy się po latach, że te powielacze, tusze, papier na podziemną prasę i dla „niezależnych oficyn”, ale także tomiki poezji i prozy, najbardziej poczytny polski miesięcznik wydawany na emigracji, słowem cała ta „przestrzeń wolności”, jak wówczas mówiono, była efektem operacji „QRHELPFUL”. Łącznie z jej bohaterami, bo jak czytam w artykule – „dodatkowa pomoc udzielana była również ludziom zaangażowanym w te działania”. To chyba o jakieś honoraria chodzi, czyż nie? Może pensje? Autor książki oblicza, że osób, które udanie łączyły patriotyzm z pragmatyzmem, mogło być „nawet trzydzieści”…
Co trzeba Amerykanom przyznać, to to, że bardzo pilnowali swoich interesów. Doglądali „procesu dochodzenia do demokracji” przez wszystkie lata Polski Ludowej, a już zwłaszcza po 56. Urzędujący prezydenci USA gościli tu w kilkanaście razy. Nixon, Ford, Carter, Clinton, obaj Bushowie, Obama, no i Trump na końcu. Niektórzy byli dwa, trzy razy. Pozdrawiali wiwatujące tłumy jadąc otwartymi limuzynami po kwiatach, które rzucano im pod koła. Jak ktoś nie wierzy, że coś takiego było możliwe, wystarczy nieco rozsunąć ciężką kurtynę państwowej propagandy i zajrzeć do starych fotografii…
Mniejsza o to, dość, że stosunki polsko-amerykańskie przez te wszystkie lata były bardzo intensywne i to na różnych poziomach: prezydenci – I sekretarze, Kirk Douglas w łódzkiej „filmówce” – „Poznańskie Słowiki” w Carnegie Hall, Kukliński – Zacharski, mnóstwo tego było. Wystarczy z naddatkiem, żeby przywódcy USA mieli własne spojrzenie i swój pogląd na zmiany polityczne w Polsce. Obecnego prezydenta nie wyłączając. Przecież on sam pospieszył już z oceną sytuacji w Polsce, którą wygłosił w trakcie trwającej jeszcze kampanii wyborczej. Polskę Kaczyńskiego i Dudy zaliczył wówczas – obok Białorusi i Węgier,- do krajów odradzającego się autorytaryzmu. Kto wie, czy jego niedająca się już ukryć niechęć do rozmowy z prezydentem Dudą, nie jest w tej sytuacji tym bardziej wymowna.
Słowem jest kłopot. Andrzej Duda, choćby z racji pełnionej funkcji, powinien utrzymywać jak najlepsze stosunki z prezydentem Bidenem i to mimo, że pała afektem do jego przeciwnika. Problem w tym, że Joe Biden o tym wie. Wie też jakie jest rzeczywiste znaczenie prezydenta Dudy. Może dlatego wciąż nie odpowiada na jego list? Często milczenie jest najlepszą odpowiedzią.

Flaczki tygodnia

Larum popłynęło spod szczytu jasnogórskiego. Wacław abepe Depo, jeden z książąt korporacji zwącej się „polskim kościołem katolickim”, alarm ogłosił. Diecezja częstochowska znalazła się na skraju katastrofy. W 180 „parafiach”, czyli podstawowych jednostkach organizacyjnych tej korporacji, na posterunku jest tylko jeden funkcjonariusz. Zwany tradycyjnie „księdzem”.
W 132 pozostałych jest nico lepiej, bo pracuje tam przynajmniej dwójka księży. Dlatego abepe Depo planuje zreformować podległą mu korporację. Małe parafie zostaną połączone w większe.

Reforma Depy zoptymalizuje przede wszystkim koszty utrzymania parafii, pozwoli na lepsze wykorzystanie zasobów kadrowych. Mniej parafii to mniejsza liczba organistów. Pracowników zatrudnianych na umowach śmieciowych lub za płacę minimalną. Dorabiających zwyczajowo przygrywaniem w czasie ślubów i pogrzebów.
Niestety w czasach pandemii liczba ślubów, zwłaszcza wystawnych, gwałtownie zmalała. Co spowodowało spadek zamówień na przygrywki organowe. Po co płacić dla uciechy rodziny, której i tak nigdy się nie zadowoli?
Wzrosła za to liczba pogrzebów, co mogłoby polepszyć los organistów. Ale dziś pogrzeby organizowane są w trybie pandemicznym, z ograniczonym gronem żałobników. I działa taki sam mechanizm rynkowy jak w przypadku ślubów. Czasy są trudne, rodziny zmarłych też optymalizują koszty ceremonii. W Polsce najłatwiej oszczędza się na kulturze.
W efekcie grupa zawodowa organistów radykalizuje się. Podobno wielu z nich w przedwyborczych sondażach wskazuje na Partię „Razem”.

Inaczej jest z księżowskimi gospodyniami. Te zwyczajowo pracują quasi społecznie, zwykle w ramach indywidualnych umów barterowych. Wbrew obiegowym opiniom zjawisko „praca za seks” nie jest tam zjawiskiem powszechnym. Być może dlatego, że większość funkcjonariuszy tej korporacji to osoby o orientacji homoseksualnej, zwykle przyjaźnie i bezinteresownie nastawione do kobiet pracujących.
Jednak łączenie kilku małych parafii w jedną i dużą skutkować może zwolnieniami powstałej tak nadwyżki gospodyń. A także dodatkowymi obciążeniami gospodyń, zobowiązanych do obsługi dużych parafii. To kolejne pole do działania dla lewicy socjalnej.

Reforma abepe Depy sprawiteż, że wiele obcych budynków kościelnych będzie rzadziej wykorzystanych, a niektóre okażą się zbędne. Koszty ich utrzymania mogą być zbyt wysokie. Wyższe niż zyski korporacji z ogromnego, posiadanego majątku. Nawet coroczne miliardowe dopłaty z Unii Europejskiej do kościelnych ziemskich latyfundiów mogą nie starczać na stale rosnące wydatki.
Dlatego część dotychczasowych budynków kościołów zapewne zmieni swe funkcje. Przestaną być domami modlitw, chrzcin, ślubów i pogrzebów. Staną się Instytutami Myśli Jana Pawła II-go, placówkami muzealnymi, filiami Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Finansowanymi rzecz jasna z budżetu państwa polskiego. Znane z zachodniej Europy przypadki sprzedaży budynków kościołów i zamiany ich w instytucje kultury lub szołbiznesu w Polsce raczej się nie wydarzą.

„Kadry decydują o wszystkim”, mawiał kiedyś Józef /Stalin, diakon kościoła prawosławnego w młodości. Abepe Depo zgadza się z klasykiem zamordystycznego zarządzania i też ten problem wskazuje jak główny powód swych reform.
Otóż polski kościół kat. dołączył do grona korporacji, których działalność ograniczają braki kadrowe. Zwyczajnie brak mu ludzi do pracy. Dowodem tego są jednoosobowe parafie, gdzie byle choroba księdza paraliżuje całą działalność.
Zasoby kadrowe kościoła są płytkie i bez nadziei na szybką poprawę.Świadczą o tym gołe liczby. W 2020 roku zmarło 21 księży z częstochowskiej diecezji. W podległym jej seminarium, miejscu szkolenia nowych funkcjonariuszy, uczy się 23 kleryków. Niestety nauka trwa cztery lata i tylko czwórka z nich może rozpocząć pracę w tym roku.
Dodatkowo, o czym abepe Depo nie wspomniał, w korporacji kościelnej widać poważne zachwianie w proporcjach pracujących. Więcej jest celebrujących na górze hierarchów niż pracujących na dole proboszczów i wikarych.
Niepokojąco też rosną różnice w ich płacach i warunkach życia. Hierarchowie mieszkają w pałacach, poruszają się limuzynami. Stać ich na pijaństwa i seksualne orgie. Proboszczowie i wikariusze zdani są na internetowe rozrywki i łaskę wiernych.
A grono wiernych gwałtownie maleje. Nie tylko z powodów i rygorów pandemicznych. Wielu dotychczasowych klientów tej, świadczącej usługi zbawienia wiecznego, korporacji woli komunikować się z bogiem bez pośrednika. Kosztownego, kłopotliwego i jednoznacznie zdefiniowanego politycznie.

Słuchając raportu abepe Depo możemy zrozumieć też dlaczego polski kościół kat. tak silnie broni swych pedofilii .Gdyby państwowe organy śledcze i prokuratorskie uczciwie walczyłyby z kościelną pedofilią, to abepe Depo musiałby zlikwidować zapewne jedną trzecią ze swych parafii.

Każda inna korporacja w przypadkach takiego głodu pracowników skorzystałaby z migrantów. Jednak abepe Depo nie zatrudni Ukrainek jak podobni mu prezesi. Mógłby sięgnąć po księży z Azji albo Afryki. Ale „ciapaty” lub czarnoskóry ksiądz kłóciłby się z narodowo- katolicką wizją PiS popieraną przez kościół abepe Depo.

Zatem pozostają mu w odwodzie jedynie Wojska Obrony Terytorialnej. Niechże pan minister Błaszczak powoła ich do obrony Jasnej Góry. Ubierze w sutanny i komże. Zresztą wielu z nich do mszy już służyło, poradzą sobie. I tak kościół PiS znów zwycięży!

Poza tym w Polsce tragiczne żniwno zbierała zaraza. Pan prezydent Duda spędzał radośnie czas na stokach narciarskich. Rządząca prawica od rana do nocy żarła się ze sobą. A władze Instytutu Pamięci Narodowej mianowało niedawnego neofaszystę na dyrektora swego wrocławskiego oddziału.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Fatalne rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Bigos tygodniowy

Kolejny brutalny akt ze strony coraz bardziej terrorystycznych – opartych na jawnej i gołej jak święty turecki przemocy – rządów PiS. Bo one takimi już są, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. 27 stycznia tuż przed północą ogłoszono uzasadnienie i tzw. wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej, radykalnie zawężający już bardzo ograniczone prawo do aborcji, poprzez zakwestionowanie tzw. przesłanki embriopatologicznej (ciężka i nieuleczalna wada płodu). Na ulice polskich miast wróciły demonstracje Strajku Kobiet i tych, którzy go wspierają. Doszło do licznych zatrzymań i brutalnego traktowania przez policję zatrzymanych, których (m.in. jedną z liderek, Klementynę Suchanow) wywożono poza Warszawę, a następnie wiele godzin, także w nocy, przetrzymywano. Tu już nie ma miejsca na żaden relatywizm – ten reżim ma jak najgorsze intencje i rządzi już otwarcie za pomocą nagiej siły. Od białoruskich czy rosyjskich standardów znaleźliśmy się już naprawdę tylko o krok i wcale nie ma gwarancji, że nie zostanie on wykonany, a granica nie zostanie przekroczona. Macie pewność, że oni nie posuną się dalej? Bo ja nie mam takiej pewności. A przecież gdy 1 maja 2004 roku, uczestniczyłem pod Zamkiem Królewskim w uroczystym pikniku z okazji inauguracji wejścia Polski do Unii Europejskiej, z udziałem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, nawet w najczarniejszych wyobrażeniach nie mogłem sobie wyobrazić, że to co dzieje się dziś w Polsce, może się zdarzyć w kraju członkowskim europejskiej wspólnoty – a stało się. Mimo to, co pewien czas szczypię się w ramię, by sprawdzić, czy nie śnię koszmarnego snu.


Różne pięknoduchy po stronie opozycji i niektórzy komentatorzy basują pisiorom w oburzaniu się na Strajk Kobiet i osobiście Martę Lempart za „wulgarny język”. Po pierwsze, to oburzenie jest śmieszne w kraju, w którym słów „kurwa”, „wypierdalać” czy „chuj” używa się w mowie powszechnie, w roli przecinków, a mówią tak nawet przedszkolaki. Po drugie uważam, że tylko takimi słowami można adekwatnie oddać sytuację w Polsce i działania tego coraz bardziej barbaryzującego się reżymu.


Nie ma powrotu do kompromisu aborcyjnego, determinacja młodych kobiet i wspierających je młodych mężczyzn, protestujących na ulicach polskich miast i miasteczek, wyrażających swój sprzeciw wobec opublikowania tzw. wyroku tzw. Trybunału Konstytucyjnego świadczy, że jedyną drogą jest liberalizacja przepisów dotyczących praw reprodukcyjnych. Niestety, taka możliwość powstanie dopiero po odsunięciu pisowców od władzy, a złożone przez Lewicę projekty ustaw dotyczące tej sprawy, jeszcze sobie w tym Sejmie poleżakują, bo szans na podjęcie jakiejkolwiek dyskusji brak.


Od czerwca 2006 do grudnia 2020, przez 14 lat, partia Orbana Viktora Fidesz prowadziła w sondażach i wygrywała wybory na Węgrzech. Kaczorowi tak bardzo to imponowało, że publicznie snuł marzenia o „Budapeszcie w Warszawie”. W ostatnich rankingach coś się jednak zmieniło. Obozowi Orbana wyrósł niespodziewanie groźny przeciwnik. 20 grudnia wszystkie partie opozycyjne zawarły porozumienie ogłaszając wspólny start w wyborach 2022 roku i wystawienie jednego kandydata na premiera. I po raz pierwszy od czternastu lat pojawiły się sondaże, w których partia Orbana znalazła się na drugim miejscu, wobec perspektywy ewentualnej porażki. Węgierska opozycja okazała mądrość, przy czym warto dodać, że nowa koalicja nazywana jest „tęczową”, co nie ma związku z LGBT, ale odnosi się do jej różnorodności politycznej, a to tym bardziej skłania do podziwu dla jej sygnatariuszy. Czy rozczłonkowana i słaba polska opozycja pójdzie w jej ślady, czy też wygra w niej egoizm, sobkowstwo z głupotą pospołu i PiS utrzyma się przy władzy na kolejne lata?


„Nie powinna na tej samej sali przebywać kobieta, która ma wiedzę, że jej dziecko urodzi się z wadą śmiertelną, czasem kilka minut, czasem kilka godzin leżeć koło radosnej matki, która wie, że urodzi się dziecko zdrowe – to jest dodatkowe obciążenie psychiczne dla tej kobiety, nie możemy na to pozwolić” – to słowa Wójcika Michała, byłego wiceziobry z Ministerstwa Sprawiedliwości, nawiązujące do ziobrystowskiego projektu ustawy o hospicjach dla kobiet w ciąży z chorymi płodami. Jakim trzeba być człowiekiem, by cienkim tenorkiem wygłaszać takie cyniczne deklaracje? Czy mówiąc o „sali” Wójcik miał na myśli salę tortur?


Kaczor zapowiada, że po „zwalczeniu pandemii” PiS wystąpi z „ambitną ofensywą”, która będzie się nazywać Nowy Ład Polski. Z przecieków wynika, że będą to m.in. ustawy skierowane przeciw samorządom, mediom oraz nowe korupcyjne ustawy „socjalne” skierowane do wybranych targetów, już nie tylko osłabiające złotego, ale mogące mieć zabójczy dla przyszłości gospodarki.


Kaczor, jako wicepremier i przewodniczący komitetu ds. bezpieczeństwa narodowego i spraw obronnych, wydał oświadczenie w sprawie zakupu respiratorów w kwietniu 2020 roku przez Ministerstwo Zdrowia od handlarza bronią. Stwierdził, że działania służb specjalnych nie wykazały żadnych przesłanek wskazujących na możliwość nadużyć, działań korupcyjnych lub innych czynów zabronionych przy ich zakupie. Tym samym Kaczor uwolnił organy ścigania od prowadzenia żmudnego śledztwa, a sądy od prowadzenia rozpraw, uniewinnił też kierownictwo Ministerstwa Zdrowia od ewentualnej winy i kary. Szybko i sprawnie, bez zbędnej zwłoki, załatwił sprawę wartą grube miliony publicznego grosza. Można? Można, wystarczy chcieć. Tylko po co te prokuratury, po co te sądy i trybunały, po co te wszystkie reformy wymiaru sprawiedliwości nad którymi od lat biedzi się Zioberek z kolegami? Wystarczy sam jeden Kaczor – właściwy człowiek na właściwym stanowisku.


„Stawiając na przestarzałe rozwiązania węglowe Polska skazuje się na regres i zapóźnienia gospodarcze wobec Europy. Najgorsze jest jednak to, że negując zmiany klimatyczne polski rząd działa przeciwko własnym obywatelom” – powiedział w wywiadzie dla Onetu specjalny sprawozdawca ONZ ds. skrajnego ubóstwa Philip Alston. Zarzutów stawia rządowi PiS więcej, n.p. lekceważenie zbliżającej się katastrofy klimatycznej, której Polska będzie jedną z najdotkliwiej dotkniętych ofiar, a początek najgorszego okresu sytuuje już około 2030 roku. „W ten sposób pański kraj – mówi do dziennikarza Alston – stanie się całkowicie niekonkurencyjny i zostanie w tyle za innymi krajami, które będą korzystać z energii odnawialnej. Z czasem Polska zacznie odstawać na tyle, że będzie jej trudno handlować z tymi krajami. Najbardziej zadziwiający jest jednak fakt, że Polska po prostu nie dba o własne środowisko, a tym samym o własnych obywateli”. To nie jedyny wątek poświęcony Polsce w tym generalnie przerażającym swą wymową wywiadzie.

Flaczki tygodnia

Pan prezydent Duda wziął udział w podsumowaniu największych wojskowych ćwiczeń sztabowych ostatnich trzech dekad – „ZIMA-20”. Dokonał tego osobiście w Akademii Sztuki Wojennej w Rembertowie. Celem ćwiczenia była „ocena działania sił zbrojnych w sytuacji zagrożenia militarnego”, a po polsku mówiąc, sprawdzenie czy mamy jakieś szanse w razie „ruskiej” agresji.

Aby zwiększyć szanse polskiego wojska podczas tych Wielkich Narodowych Manewrów i zadowolić ambicje kaczystowskich ministrów, do posiadanego przez wojsko uzbrojenia dopisano sprzęt wojskowy jaki władza PiS wielokrotnie obiecywała mu zakupić. Dzięki temu narodowe wojsko polskie mogło opierać się nagłemu „zagrożeniu militarnemu” dozbrojone w liczne eskadry myśliwców F-35, pierścienie baterii rakiet „Patriot” i setki mobilnych rakiet Homar. A także wiele innego sprzętu, którego jeszcze nie ma. Pomimo tak znaczącego wzmocnienia, znów okazało się, że narodowe wojsko Macierewicza i Błasczaka zdolne jest bronić Polskę co najwyżej przez pięć dni. A bez tego, cholernie drogiego sprzętu obiecanego sprzętu, czyli realnie, jakieś cztery dni.

Kiedy kaczystowscy hetmani dozbrajali wirtualnie polską armię, Komenda Portu Wojennego w Gdyni rozpoczęła realnie złomowanie ostatnich dwóch okrętów podwodnych posiadanych przez polską marynarkę wojenną. OPR Bielika i ORP Sępa. Każdy z nich, po wcześniejszym usunięciu baterii i bandery, oraz sprzedaniu na złom, może wzbogacić skarb państwa o jakieś 750 tysięcy złotych. Przydadzą się jak znalazł na kolejne obietnice niezrealizowanych zakupów. Na stanie „marwoja” formalnie pozostaje jeszcze OPR Orzeł. Zacumowany, też niezdolnym do pływania. Może jedynie zagrać w filmie, ale tylko animowanym.

Kiedy sześć lat temu elity PiS doszły do władzy, to gromko odwołały wszelkie negocjacje w sprawie zakupu nowych okrętów podwodnych. Zwłaszcza tych z Francuzami. Ogłoszono, że za ich rządów w narodowym Szczecinie powstanie narodowa stocznia budująca narodowe okręty podwodne. Nie zbudowano ani jednego, podobnie jak obiecanych potem narodowych promów morskich. Potem pan minister obrony narodowej Błaszczak co kwartał oznajmiał, że „niebawem rozpocznie się program „Orka”, czyli zakup lub wypożyczenie od Szwecji dwóch starych, ale jeszcze sprawnych okrętów. Teraz narodowe ćwiczenia sztabowe udowodniły, że nawet gdybyśmy dostali dwadzieścia takich staruszków, to i tak „ruskie” zajmą Polskę w najwyżej pięć dni. I te szwedzkie okręty też.

Nie tylko z ruskiej strony może grozić narodowej armii polskiej „sytuacja zagrożenia militarnego”. Opublikowany przez portal Onet.pl raport dowodzi, że produkowany w Radomiu karabinek Grot jest wadliwy. Grzeje się podczas strzelania, zacina, potrafi nawet poranić odłamkami wadliwych części. Wroga i narodowego żołnierza. Ponieważ narodowy karabinek Grot propagandowym dzieckiem pana ministra Błaszczak jest, to zaraz odezwała się kanonada obrońców Grota i ministra. Zmasowanym, propagandowym ogniem udowadniali, że nie wszystkie karabinki Grot się grzeją i rdzewieją, że to broń ogólnie dobra, tylko szwje jebane czyścić jej nie umią, zresztą broń nie chuj i zaciąć zawsze się może. A wszytko to wraża robota, bo Radom chce sprzedać Groty na Ukrainę i dlatego konkurencja zaporowo wyje. Ciekawe co zrobią „ruskie” kiedy już zdobędą Polskę i te Groty? Też sprzedadzą je Ukrainie?

Tak naprawdę sprawność karabinków Grot nie ma większego znaczenia dla narodowej armii PiS. Wojsko potrzebne jest kaczystom jedynie na propagandowe defilady. Karabinki nie muszą sprawnie strzelać, muszą jedynie ładnie wyglądać i patriotycznie się nazywać. Okręty podwodne nie mogą defilować pod wodą, zatem elitom PiS wystarczą do tego okręty nadwodne. Piekielnie drogi amerykański sprzęt wojskowy nie musi być użyteczny w walce. Ważne by był i wspierał kaczystowskie kłamstwa o potędze IV Rzeczpospolitej.

Elity PiS traktują wojsko niczym magnateria schyłkowej I Rzeczpospolitej. Narodowego wojska wystarczyć ma na parady, a do obrony granic wynajmujemy autorament cudzoziemski. Kiedyś panowie magnaci wynajmowali szkockich artylerzystów, rejestrową kozacką piechotę, lekką jazdę wołoską, niemiecką rajtarię. Teraz rolę „autoramentu cudzoziemskiego” pełni zaciężna armia amerykańska. Ich obecność, niczym święty obraz umieszczony w oknie chałupy podczas burzy, ma uchronić przed piorunami i zmitologizowaną agresją „ruskich”.

Elity PiS wykreowały „ruskiego wroga” i nakręciły konflikt z Rosją aby zmobilizować, zjednoczyć wokół siebie licznych patriotycznych wyborców. Aby zjednać tak przestraszonych, ściągnęły do Polski amerykańskie wojska. Za cenę ich utrzymania tutaj. Za cenę kosztownych i często niepotrzebnych polskiemu wojsku zakupów amerykańskiego uzbrojenia. Za cenę degradacji polskiej armii do roli rekwizytów w kampaniach wyborczej. Dodatkowo na budowie amerykańskich baz wojskowych zarabiają jedynie zagraniczne firmy. Na obsłudze stacjonujących w Polsce amerykańsjkich wojsk też zarabiają zagraniczne firmy. Dziwi się temu pan Robert Tomanek, wiceminister rozwoju, pracy i technologii. I pozostaje dalej w stanie nieskutecznego zdziwienia.

Pomimo zarazy, ślimaczenia się Narodowego Programu Szczepień, kryzysu gospodarczego i Strajku Kobiet, elity PiS trawią swój czas i energię na energiczne knucie, intrygi, wzajemne podsrywajki. Parlamentarzyści od Ziobry zapowiadają już teraz, że zagłosują przeciwko ratyfikacji unijnego Funduszu Odbudowy. Na złość panu premierowo Morawieckiemu.Pan wicepremier Gowin zmienił podstępnie prezydium oraz zarząd swojej partii. To wywołało jawny bunt części polityków Porozumienia Polskiego, zapowiedź zemsty. Ich zdaniem zarząd złamał obowiązujące prawo. To jednak nie wstrząsnęło wyborcami Porozumienia, bo koledzy Gowina z PiS codziennie łamią prawo.

Wszystkich przebił jasniepan prezes Kaczyński, który wynurzył się z bunkra by wychwalać prezesa ORLEN-u, pana Daniela Obajtka. „Prezes Obajtek już wiele dla Polski uczynił i jestem przekonany, że uczyni jeszcze dużo, dużo więcej, bo ma ogromne możliwości, niezwykłą determinację i to coś takiego, co daje pan Bóg, a co trudno zdefiniować”, mówił jaśniepan prezes. Aby przypomnieć, że w każdej chwili może wymienić premiera. By zachęcić prawicowych knujów do kolejnych, narodowych intryg. Kłótni, podziałów, obelg. Tego co jaśniepan lubi najbardziej.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej


***** ***

W całej Polsce, wyż czy niż
wszędzie słychać * ***
Już powtarza kot i mysz
znane hasło ***** **.

Już od podstawówki wzwyż dzieci mówią ***.
Czy to Budka, czy Kamysz,
w Sejmie słychać ***** **.

Cały Kraj swój dźwiga krzyż powtarzając ***.
Chęć do żony tracę tyż
bo wciąż słyszę ***** **.

Więc Ty też swobodnie pisz wszędzie wkoło ***.
Kończę już ten wierszyk gdyż
w głowie tylko ***** ***.

Ryszard Grosset

Bigos tygodniowy

Propagandzistki reżimu z jednego z flagowych programów TVPiS pokazują się w coraz bardziej efektownych szpilkach. Ubogi lud pisowski jest jednak zapewne odporny, więc nawet gdyby się dowiedział, że takie szpilki mogą kosztować tyle, ile wynosi – powiedzmy – półroczne 500 plus.


Pierwsza w tym roku demonstracja Strajku Kobiet – w Warszawie -znów została brutalnie potraktowana przez policję. Jak wynika z informacji nieocenionego Sylwestra Marczaka, rzecznika Komendy Stołecznej Policji, wylegitymowano 213 osób, zatrzymano 11 osób. Już zapowiedziano, że do sądu zostanie skierowanych 190 wniosków o ukaranie, zaś sanepid zostanie ubogacony 197 wnioskami o nałożenie stosownych kar na protestujących. I nikogo nie zabili….


No właśnie… Duduś dał wywiad tefałenowi, wykazując się ciasnotą, prymitywizmem myślenia, czym formatem swojego móżdżku i dając wszechstronny pokaz swoich „możliwości”. Mówił jak to on ma w zwyczaju, dużo, gładko, pusto. Mówił też dość szybko i nerwowo, jak to bywa u osób przyłapanych na głupocie lub kłamstwie. Więcej, szybciej mówił niż myślał, niestety. Wśród jego złotych myśli warto odnotować tę, w której stwierdził, że wyrok TK Przyłębskiej „nie pogorszył sytuacji życiowej kobiet w Polsce”. A także tę, w której powiedział, że policja państwowa działa należycie, ponieważ „nikt nie zginął”!!!!!! Powołał się też na ostre działanie policji francuskiej. Nie zauważył, że policja francuska reagowała ostro, nawet brutalnie przeciwko wandalom dewastującym miasto, a nie przeciw pokojowo manifestującym kobietom. O zgrzanym telefonie w temacie zamkniętych stoków narciarskich też należy wspomnieć. Okazuje się, że Duda jest znany na południu kraju, bo z południa pochodzi, a poza tym lubi jeździć na nartach. Biedaczek przez kilka godzin odbierał telefony oburzonych przedsiębiorców, właścicieli tych stoków, co spowodowało, że interweniował w sprawie ich otwarcia u Gowina. Na krótką metę skutecznie. Wywiad smutny był bardzo, bo po jego wysłuchaniu nie ulega wątpliwości, że Andrzejek nie rozumie kim jest i jaka jest jego ustrojowa rola. Zatem zamiast mówić powinien raczej pojeździć, na nartach oczywiście.


Klerofaszystowska ośmiornica z konsekwencją posuwającego się stalowego walca zaciska się na prawach i wolnościach obywatelskich. Ziobryści wygotowują kolejny projekt ustawy mającej zakazywać serwisom społecznościowym usuwania wpisów i blokowania kont użytkownikom, jeżeli treści na nich zamieszczane nie naruszają polskiego prawa. Niestety, nie można wykluczyć, że w pisowskiej Polsce sprowadzi się to do zakazu banowania hejtu w internecie, wymierzonego choćby przeciw mniejszościom seksualnym, prawom reprodukcyjnym kobiet czy ludziom myślącym inaczej. Wszystko oczywiście pod pretekstem sprzeciwiania się cenzurze.


Po represjach przeciw niezależnym sędziom (m.in. Igor Tuleya, Beata Morawiec czy Paweł Juszczyszyn) zaczęły się represje przeciw prokuratorom sprzeciwiającym się poczynaniom władzy. Kilku takich, członków stowarzyszenia „Lex Super Omnia”, zostało karnie zesłanych do miejscowości niejednokrotnie oddalonych o kilkaset kilometrów od ich miejsc zamieszkania. Duda, pytany o tę sytuację stwierdził, najprościej rzecz streszczając, że jak się prokuratorom nie podoba i narzekają, to mogą zostać notariuszami albo radcami prawnymi albo adwokatami.


Jedną z cech Polaka-katolika-pisowca jest to, że nie tylko nie daje bliźniemu żyć, ale też umrzeć. Stanął więc na głowie, aby importować do Polski z Anglii, naszego rodaka znajdującego się w śpiączce, aby uratować go przed „zabiciem” czyli odłączeniem od aparatury podtrzymującej życie wobec braku szans na godne życie. Aby osiągnąć cel gotowi byli nawet posunąć się do ruchu rodem z poetyki absurdu typu Monthy Pyton – zrobić ze śmiertelnie chorego „przedstawiciela dyplomatycznego RP w Wielkiej Brytanii”. Wiadomo – szanse na „godne” życie są tylko w Polsce pod rządami PiS i reszty kamaryli. Podobno na ten pomysł godny połączenia Mrożka z Monthy Pytonem wpadł niejaki Warchoł, i tylko Warchoł mógł na to wpaść. Dziennikarka Katarzyna Markusz bardzo trafnie to skomentowała: „W Polsce nie da się żyć, dlatego rząd ściąga tu zmarłego człowieka, żeby dobić rodzinę”.


Zapadł wyrok więzienia przeciw młodemu mężczyźnie w sprawie pomagania w dokonaniu aborcji za pomocą pigułki wczesnoporonnej. Jak ustalono, przekazał swojej partnerce pieniądze na zakup preparatu. Na młodym pokoleniu zaciska się terrorystyczna pętla klerykalna. Młodzi ludzie długo nie interesowali się polityką przekonani, że można żyć w bańce, w odseparowaniu od zjawisk społeczno-politycznych. Więc polityka zainteresowała się nimi.


Trwa realizacja Narodowego Programu Szczepień (uff!!) na COVID-19, choć napisanie że akcja trwa byłoby nadużyciem, bo to już wygląda Narodowy blamaż. Tłumy ludzi z grupy wiekowej 70 plus, stojący od świtu, w tasiemcowych kolejkach i próbujący bezskutecznie zapisać się na szczepienia, a także inni, zapisywani na nie w miejscach odległych często o ponad sto kilometrów od miejsca ich zamieszkania – to stwarza obraz kompletnego chaosu. Zważywszy liczbę dawek preparatu przeznaczonych na punkt szczepień w tygodniu, zaszczepienie narodu nastąpi za kilka dobrych lat. A wirus mutuje…


Trump poszalał, poszalał, ale w końcu grzecznie ustąpił z Białego Domu. Nie radzę jednak mieć złudzeń co do tego, że polscy trumpiści, nawet jeśli przegraliby kolejne wybory pójdą w jego ślady. Natychmiast ogłoszą, że wybory zostały sfałszowane i zacznie się jazda, przy której zamieszki na Kapitolu okażą się małym piwem. Nawiasem mówiąc, abstrahując od wszelkich konsekwencji zmiany lokatora Białego Domu, od tego czym realnie będzie prezydentura Joe Bidena, wolny od wszelkich złudzeń – tak po ludzku – poczułem jednak powiew świeższego powietrza.