Flaczki tygodnia

Walka o władzę w elitach PiS radykalizuje się. Świadczą o tym ostatnie prowokacje zorganizowane przez polityków Solidarnej Polski kierowanej przez pana ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, czyli Zbigniewa Ziobrę. To ziobryści wrzucili do debaty publicznej postulat wypowiedzenia przez rząd Konwencji Stambulskiej. Rozkręcili tym debatę o zagrożeniach tradycyjnej, świętej polskiej rodziny przez zachodnie liberalno-lewackie zagrożenia. I czekali jak zareaguje pan premier Morawiecki.

Ale ten zręcznie ograł i rozbroił minę. Sporną konwencje odesłał pod osąd Trybunału Konstytucyjnego, czyli zamrażarki. Wtedy ziobrzyści zapewne zorganizowali prowokację policyjną. Wykorzystali sądowy wyrok skazujący Maggot, znanego akywistę ruchu LGBT, na dwa miesiące aresztu. Tak zorganizowali procedurę jego zatrzymania aby pobudzić protesty w jego obronie. A następnie brutalnie i bezprawnie stłumić je. Liczyli, że prowokacja się uda, bo parlament ma przerwę wakacyjną i wszyscy formalni liderzy partii opozycyjnych wyjechali na wakacje.

Ale znów w naszej rozmamłanej, przepojonej tupolewizmem Polsce misterna intryga wymknęła się spod kontroli intrygujących. Protestujących aktywistów LGBT masowo poparli też apolityczni Warszawiacy. Przebywający przypadkowo w miejscach protestów, które szybko zamieniły się w teren policyjnych łapanek, pałowania i duszenia złapanych. Aktywistów i przypadkowych przechodniów. Protestujący dostali też wsparcie parlamentarzystek Lewicy, a także z Komitetu Obywatelskiego. Zwykle debiutantek w tej kadencji, zatem nieznanych jeszcze policyjnym koordynatorom. Dlatego pewnie policjanci, i policjantki również, nie oszczędzali ciał parlamentarnych i bili je dysyplinująco. Zapewne dostali pozwolenie, zachęty nawet, aby dać tym „lesbom i pedałom” zdrowy, narodowo- katolicki „wpierdol”.

Być może też ci bijący policjanci nie potrzebowali specjalnych zachęt do brutalności. Od kilku lat jeszcze uczciwi policjanci przestrzegali, że rządzący policją państwową politycy PiS rekrutują do niej ludzi z radykalnych środowisk narodowo- katolickich, a nawet kibolskich. Do nich zapewne zwrócił się pan Jacek „Komisarz” Wrona. Emerytowany policjant, były wykładowca szkoły policyjnej w Szczytnie i komentator TVPiS. Ten gwiazdor prawicowego Twittera zamieścił taki wpis: „Mam nadzieję, że wdzięki pani »Margot« zostaną docenione przez współosadzonych!”. Czyli cieszył się, z ewentualnych gwałtów i przemocy jakie czekają na Margot w celi IV Rzeczpospolitej. Nie dziwmy się zatem, że policja państwowa zachowuje się jak partyjne bojówki PiS. Być może, że nie trzeba zachęcać jej do brutalności.

Jako pierwszy policyjne łapanki skomentował pan minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Zaprezentował on filmik z uwiecznionym protestem Magrot i innych aktywistów, którzy uszkodzili agitacyjny samochód plugawiący środowiska LGBT. A jego kierowcy grozili nożem. Ten bezprawny, agresywny czyn był podstawą do sądowego aresztu Margot. Dlatego pan minister Ziobro uznał aktywistów LGDT za pospolitych bandziorów, zaś osoby występujące w ich obronie za popierające zwyczajny „bandytyzm”.

Ziobro był pierwszym komentującym te wydarzenia podczas swej konferencji prasowej i jedynym członkiem rządu. Poza nim głos zabrał jedynie pan premier Morawiecki. „W tym współczesnym sporze cywilizacyjnym trzeba pamiętać o wzajemnym szacunku i wolności dla każdego, ale przede wszystkim o poszanowaniu polskiego prawa, tradycji, kultury, historii i religii. Nie będzie tolerancji dla łamania prawa i agresji!” – napisał na Fecebooku. Dodał, że „wolność człowieka kończy się tam, gdzie pojawia się naruszenie godności innej osoby” i „dotyczy to także uczuć patriotycznych i religijnych”.”Dlatego uważam, że pewne zachowania są karygodne i absolutnie niedopuszczalne”, podsumował. Czyli był za Ziobrą, a nawet przeciw.

Policyjnych łapanek nie skomentował jaśniepan prezes Kaczyński. Milczą marszałkowie Sejmu i Senatu RP. Choć przez policję były też szarpane i bite interweniujące posłanki Sejmu RP. Milczy też pan prezydent Duda, który kilka dni temu nawoływał do zgody. I wyciągał rękę do współpracy. Zamiast niej opozycją dostała policyjną pałę. Milczy też polski kościół katolicki, w imieniu którego wartości policjanci pałowali, dusili i bili wszystkich napotkanych podczas piątkowej demonstracji. Elity PiS milczą zaskoczone, bo nie tak to miało być. Miały być dwa tygodnie wakacji, a potem dyskusje w Zjednoczonej Prawicy o rekonstrukcji rządu. Ziobrzyści nie uszanowani politycznych wakacji i uderzyli znienacka. Pokazali kolegom z PiS, zadowolonym że zwycięstwo pana prezydenta Dudy osiągnięto bez wsparcia Konfederacji, że sejmowa większość nie jest im dana na zawsze. Bo jest Solidarna Polska, która teraz chce być strażnikiem narodowo- katolickich wartości w Zjednoczonej Prawicy. I jeśli jaśniepan prezes Kaczyński nie uwzględni interesów ziobrystów w przebudowanym rządzie, to przyszły pan premier Morawiecki będzie miał regularne ideologiczne testy. Będzie musiał zajmować radykalne stanowiska, co utrudni mu działalność zagranicą. Zwłaszcza w Unii Europejskiej. Dodatkowo wrzucając tematy obyczajowe do debaty publicznej ziobryści odsuwają uwagę opozycji od innych, jakże ważnych problemów: rekordowych zachorowań na koronowirusa, bezrobocia wśród młodych, bałaganu w oświacie, dalszej wasalizacji Polski wobec USA. Wciągając w te ideowo – obyczajowe spory propaganda PiS może też kreować opozycję jako obyczajowych, antypolskich radykałów. Wypychać ją z politycznego centrum, dorabiać gęby wielkomiejskich radykałów.

Jednak te ziorystowskie rozróby budzą też sprzeciw w środowiskach prawicowych. Znana prawicowa komentatorka KATARYNA napisała w „Rzeczpospolitej”: „W dniu, w którym władza chwaliła się złapaniem pomnikowych złoczyńców, a prawicowy komentariat ją za to wychwalał, Janusz Korwin-Mikke napisał na Twitterze, że „chrześcijanie mają obowiązek domagać się kamienowania homosiów”, wyczerpując chyba tym samym paragraf kodeksu karnego penalizujący publiczne pochwalanie popełnienia przestępstwa, ale zapewne tak jak przy innych podobnych wyskokach tego pana zostanie to skwitowane wzruszeniem ramion, bo „przecież on już taki jest”. Niczyich uczuć religijnych nie obraża przecież twierdzenie, że chrześcijaństwo jest religią popierającą kamienowanie ludzi za ich orientację seksualną, podobnie jak nie obraża ich załatwianie sobie kościelnych rozwodów czy systemowe krycie pedofilów. Jedynym aspektem religii wymagającym obrony przez wiernych i aparat państwa jest spokój kamiennego pomnika, a nie żywe wartości.”
KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej
TĘCZOWE ZAPRZYSIĘŻENIE

W cyfrowej sejmu przestrzeni,
wśród licznych dziś fotografii,
obraz co tęczą się mienił
prosto do serca mi trafił.
Zdjęcie – jak murzyn na „zebrze”
to się pojawia, to znika,
bo widać szkodzi celebrze
ta kolorowa publika.
Głębsze przesłanie w tym widzę,
ktoś „fotkę” zrobił genialną:
front to bezbarwny prezydent,
w tle kolorowa normalność.

Ryszard Grosset

Prezydent polskich spraw

Wszyscy powtarzają, że to ostatnia kadencja pana prezydenta Dudy. Ale dlaczego ma być ostatnią?
Pan prezydent Duda złożył wymaganą przysięgę. W trakcie uroczystości parlamentarzyści PiS fetowali go jakby naprawdę wielkim politykiem był.
Pewnie dlatego nawet nie drgnęła mu powieka kiedy przedstawiał się jako „polski demokrata”. Kiedy mówił, że wszyscy obywatele naszej Polski są sobie równi. A tym prawdziwym, niekwestionowanym Polakiem jest „każda osoba lojalna wobec Rzeczpospolitej”. Każdy, kto „ma Polskę w sercu”.
Polskę, która, jak stwierdził, jest „krajem gościnnym” dla wszystkich. O czym zapewne wiedzą już ci wszyscy, niezależnie od ich koloru skóry, wyznania, orientacji politycznej i seksualnej, którzy mieli szczęście zakosztować polskiej gościnności w naszym kraju.
Nie drgnęła mu powieka nawet, kiedy zaprezentował się jako niezłomny obrońca zasady: „Pokój przez prawo, a nie prawo przez siłę”.
Zaprawdę pierwszy raz słyszałem w polskim parlamencie tak zakłamane wystąpienie nowo wybranego prezydenta. I trzeba też przyznać, że w kategoriach hipokryzja i zakłamanie pan prezydent Duda wielce podciągnął się przez ostatnie pięć lat.
Bo podczas swego zaprzysiężenia w 2015 roku mówił jedynie: „
Chciałem dzisiaj, proszę państwa, bardzo mocno powiedzieć: jednym z podstawowych oczekiwań jest to, byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę. Ludzie marzą o takiej wspólnocie, jaka wśród Polaków powstała w latach osiemdziesiątych, w czasach Solidarności i dlatego mówię dzisiaj do ludzi o różnych poglądach, o różnym światopoglądzie, wierzących i niewierzących.
I prosił: „O wzajemny szacunek. Proszę o to, abyśmy szanowali swoje prawa, oczywiście bez narzucania ich innym, ale żebyśmy umieli te prawa nawzajem szanować. Proszę, żebyśmy umieli szanować się nawzajem. Mówię do polskich polityków, mówię to także do siebie. Chciałbym, żebyśmy budowali wzajemny szacunek, bo to szacunek musi być podstawą wspólnoty, a tylko wtedy, kiedy będziemy wspólnotą, jesteśmy w stanie naprawić Polskę, a dzisiaj Polska – przede wszystkim Polacy – tej naprawy bardzo potrzebują.”
A politykę zagraniczną i relacje z Unia Europejską wtedy tak postrzegał:
„Polska polityka zagraniczna, która nie powinna podlegać rewolucji, bo polityka zagraniczna rewolucji nie lubi, potrzebuje dzisiaj korekty. Ta korekta to zwiększenie aktywności. Ta korekta to mówienie o naszych celach. To mówienie o naszych aspiracjach. To przedstawianie naszego punktu widzenia w sposób spokojny, ale zdecydowany i jednoznaczny poprzez komunikowanie tego partnerom w przestrzeni międzynarodowej.
W ten sposób powinniśmy dbać o spójność Unii Europejskiej, tak żeby przy budowaniu tej spójności nasze sprawy były także uwzględniane”.
Pięć lat temu mówił też o budowaniu bezwarunkowej wspólnoty. Teraz też budujemy wspólnotę, ale jej warunkiem jest wola współpracy ze strony opozycji. Zatem jeśli opozycja nie przyjmie warunków stawianych przez władzę, to właśnie ona będzie winną jej braku postulowanej wspólnoty, lub jej wad.
Pięć lat temu nowy prezydent mówił: „My, Polacy, mamy wielką historię i nie mamy się czego wstydzić, wręcz przeciwnie, powinniśmy być z niej dumni. Powinniśmy mówić prawdę, ale powinniśmy także walczyć o prawdę w stosunkach z naszymi sąsiadami, bo dobre stosunki międzysąsiedzkie, międzyludzkie mogą być zbudowane tylko na prawdzie.”
Teraz przestał już wspominać o „prawdzie” w historii. Teraz my Polacy jesteśmy wspaniałym narodem i mamy jedynie piękne karty w historii.
Jak choćby przywołany przez pana prezydenta Rząd Obrony Narodowej z roku 1920.Jako symbol porozumienia ponad partyjnymi podziałami i zgody narodowej.
Pewnie dlatego nie wspomniał, że dziesięć lat później wielce zasłużony premier tego rządu, czyli Wincenty Witos, został bezprawnie aresztowany, uwięziony w twierdzy brzeskiej, upokarzany tam, skazany w sfingowanym procesie politycznym i zmuszony do emigracji z Polski. Przez autorytarne władze sanacyjne, które tak dzisiaj elity PiS hołubią.
Nie mówił też pan prezydent Duda wiele o polityce zagranicznej. Czym wedle Konstytucji powinien się zajmować. O Unii Europejskiej wspomniał tylko raz, jedynie w kontekście Trójmorza. Inicjatywy powstałej w efekcie wielkomocarstwowych, wodzowskich ambicji elit PiS. Rozdmuchanej jak medialny balon. Prezentowanej jako alternatywa wobec integracji „starych” państw UE.
Jak jest naprawdę wystarczy porównać reklamowany w prezydenckim wystąpieniu Fundusz Trójmorza z Funduszem Odbudowy UE. Fundusz Trójmorza zebrał obecnie ponad 3 miliardy euro. Chce w najbliższych latach ambitnie pozyskać kolejne 2 miliardy. A na swe plany inwestycyjne do 2030roku potrzebuje około 500 miliardów euro.
Fundusz Odbudowy UE ma już 750 miliardów na lata 2021-2027. Ale pan prezydent Duda nie wspomina publicznie o Funduszu UE, bo przecież od lat eksponuje anty unijną retorykę. A miraż wielkiego Funduszu Trójmorza „ciemny lud” wyborczy z radością kupi.
Pan prezydent Duda zadeklarował w 2020 roku, że teraz chce być „prezydentem polskich spraw”. To pięknie brzmiące, pijarowskie określenie brzmi jak kalka, echo „Królowy ludzkich serc”. Tak określano brytyjską Lady Dianę.
Jako „prezydent polskich spraw” pan prezydent Duda ma szansę wybitnie wpisać się w nurt polityki celebrycko – twiterowej. Czyli pięknie wyglądać, gładko przemawiać, rozdawać uśmiechy i uczestniczyć w patriotyczno – religijnych imprezach. Śmigać na stokach narciarskich i na Tik-Toku. Wyciągać rękę do opozycji. Tej grzecznej, tej wspierającej pana prezydenta.
W czasie swej kampanii wyborczej pan prezydent Duda obwieścił, że podczas drugiej kadencji będzie już innym prezydentem. Bo wtedy będzie odpowiadał jedynie przez Bogiem i Historią.
Taką zapowiedź niektórzy komentatorzy odczytali jako deklarację zerwania z politycznej smyczy trzymanej przez jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Wybicie się pana prezydenta Duda na polityczną niepodległość.
Czy tak się stanie? Czy może pozostanie tak jak było, czyli nadal Bogiem i Historią będzie dla pana prezydenta Dudy jaśnie pan prezes Kaczyński?
Czas pokaże. Czas pokazać też może, że mówienie o „drugiej i ostatniej” kadencji pana prezydenta Dudy było nieuzasadnione.
Przecież pan prezydent Duda jest kochany na polskiej prowincji równie jak prezydent Łukaszenka na białoruskiej. Jest przystojny i wysportowany jak prezydent Putin.
Jeśli zatem jaśniepan prezes Kaczyński uzna, że Polska potrzebuje politycznego „pokoju przez prawo”, a nie stosowania prawa „na siłę”, to zrobi nam narodowe referendum. I zmieni prawo. Obejdzie Konstytucję.
A wtedy popularny jak Lady Diana pan „Prezydent ludzkich spraw” będzie nam prezydęcił kolejne pięć – siedem lat. Na zasadzie: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.
Boże coś Polsce?

Bigos tygodniowy

„Strefy wolne od LGBT” stały się strefami wolnymi od funduszy unijnych, przynajmniej dla sześciu miast, które to zadeklarowały, a wystąpiły o te fundusze. Unijna komisarz do spraw równości Helena Dalli przypomniała, że ten kto nie respektuje podstawowych wartości i praw Unii Europejskiej nie ma prawa do funduszy. Z kolei francuski minister do spraw europejskich Clement Beaune ostrzegł, że jeśli władza PiS wypowie konwencję stambulską, to Polskę powinny spotkać sankcje finansowe. Tak trzymać i nie popuszczać!


Propaganda reżymu rozpętała medialną histerię na cztery fajerki i rozdziera szaty, bo ktoś w nocy pozawieszał tęczowe flagi i chusty, ponaklejał kartki z manifestem („To miasto jest dla nas wszystkich”) na kilku warszawskich pomnikach, w tym na posągu Chrystusa, pomniku Kopernika, pomniku warszawskiej Syrenki, pomniku Witosa, pomniku Kilińskiego. Nazywają to profanacją i Bóg wie czym jeszcze, policja oczywiście intensywnie szuka sprawców. Ta sama policja, która jest tak pobłażliwa wobec osób nie noszących masek w przestrzeniach zamkniętych takich jak n.p. sklepy czy środkach komunikacji publicznej i stanowiących zagrożenie dla współobywateli z grup ryzyka. Tymczasem zawieszenie tęczowej tkaniny na jakimś obiekcie, choćby najbardziej szacownym i otoczonym czcią to najłagodniejsza, najdelikatniejsza i najmniej inwazyjna z form demonstracji. Czy figura Chrystusa, czy inne pomniki zostały w jakikolwiek sposób uszkodzone? Czy naklejenie przez n/n sprawców kartki papieru z manifestem naruszyło ich integralność? Nie wiem, nie byłem na miejscu tych aktów „wandalizmu”, ale mając na względzie mój wiek i doświadczenie życiowe śmiem przypuszczać, że nie. Usunięcie skutków tych aktów „wandalizmu” polegało, jak się zdaje na zdjęciu flag, chust i odklejeniu kartek papieru. I tyle… O, przepraszam i na zabezpieczeniu tych przedmiotów przez organy ścigania na potrzeby prowadzonego śledztwa. Do czego doszliśmy, skoro coś takiego z całą powagą jest obwoływane „przestępstwem”, a sprawcy/sprawczynie tych czynów z całą surowością ścigani przez wyspecjalizowane w ściganiu służby? Bigos rozumie, że następnie zaangażowane zostaną sądy, które również z całą surowością prawa mogą ukarać przestępców/przestępczynie, wszak okoliczności łagodzących brak. W jakim kraju my żyjemy? Czy ja śnię koszmar? Czy to jawa, czy sen? A tak na marginesie, czy Jezus Chrystus kocha swoich braci i siostry LGBT+? I czy tęcza nie jest znakiem przymierza Boga z ludźmi? Tak tylko pytam…


„Na balkonie w siedzibie biura partii – na trasie przemarszu nacjonalistów w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego – wywiesili trzy transparenty: „Powstań przeciwko faszyzmowi”, „feminizm, nie faszyzm” oraz transparent z powstańczą kotwicą” – napisał Onet. Z powodu tych napisów policja usiłowała wejść do lokalu parlamentarnej partii Lewica Razem, a nie weszła tylko dzięki interwencji posłanki Lewicy Pauliny Matysiak. A gdyby posłanka nie mogła pojawić się na czas? Policja próbowała wejść do lokalu legalnego ugrupowania parlamentarnego, które ma swojego wicemarszałka w prezydium Sejmu. Nie chcę się wdawać w szczegóły. To się nie miało prawa wydarzyć, a zdarzyło się wskutek działania faszyzującego kierownictwa MSW. Bo jak rozumiem, mocodawców policyjnej interwencji, uraziła antyfaszystowska wymowa haseł. Kogo rażą antyfaszystowskie hasła? No chyba tylko faszystów. To, że policja nie wystąpiła w obronie działaczy Lewicy Razem, gdy nie dyscyplinowała faszoli, gdy podczas przemarszu pod siedzibą partii wykrzykiwali groźby karalne i rzucali w nich butelkami, nie jest już zaskakujące.


Już wiemy co rząd Mateo, a właściwie sam Mateo postanowił w sprawie konwencji stambulskiej (tzw. antyprzemocowej), którą Polska miała zgodnie z życzeniem Ministra Sprawiedliwości natychmiast, od razu, już, wypowiedzieć. Taki radykalny pomysł, z różnych powodów, głównie europejskich mógłby być groźny dla wizerunku i kruchych finansów państwa, zatem Mateo i jego kumple (ale ci prawdziwi, nie Zbyszek Z. i jego przyjaciele) wymyślili, rozwiązanie proste, acz przewidywalne, konwencja „idzie” do Trybunału Konstytucyjnego. A ten Trybunał pod wodzą odkrycia towarzyskiego Prezesa Jarka, nieocenionej Prezeski Julii, po 5 latach od jej ratyfikowania i 5 latach rządów PiS sprawdzi czy jest zgodna z Konstytucją. Tak, tak, Trybunał Konstytucyjny po 5 latach od dnia wejścia konwencji stambulskiej do polskiego porządku prawnego będzie sprawdzał jej konstytucyjność. I ciekawe jest bardzo, jak długo poczekamy na wyznaczenie terminu rozprawy, a potem na wydanie orzeczenia? Nie ulega wątpliwości, że Trybunał Konstytucyjny będzie się nad konwencją z troską pochylać, ale czy będzie to trwało 3 lata (byle do kolejnych wyborów) czy jeszcze dłużej, tego nie wie nikt. Sumując powyższe podejrzewam, że Mateo posłał wniosek o zbadanie konwencji do Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej Julii, aby go uziemnić w rupieciarni ad calendas graecas. W końcu Mateo musi jeździć do Europy i z takiego świecenia oczami przed liderami europejskimi, jakie byłoby nieuchronne, mimo kilkuletniej już wprawy, nawet on nie wyszedłby obronną ręką.


Według szablonowej sztancy przekazu pisowskiego Jakubowska Aleksandra (tak, tak, ta sama millerowska „lwica lewicy”) oburza się na łamach w potylice.pl, gdzie służy porucznikom Karnowskim, na odrzucenie wniosków finansowych gmin, które uchwaliły „strefy wolne od LGBT”. I ostrzega, że tym samym może skończyć się uzależnienie przyznawania funduszy unijnych od przestrzegania praworządności przez pisowską władzę. A ja dziwię się, że ta pani choć przez jeden dzień mogła przynależeć do formacji lewicowej.


Tematem ubiegłego tygodnia, a jak się zdaje i bieżącego był i jest COVID -19.Po zapowiedziach, informacjach o tym, że koronawirus słabnie i nie należy się go bać, w przekazie polityków PiS nie ma śladu. Niestety, część naszych rodaków i to znaczna uwierzyła w te hurraoptymistyczne wieści głoszone zwłaszcza przez Mateo, i nie przyjmuje do wiadomości, że były to jedynie pobożne życzenia głoszone na potrzeby kampanii Dudy, że miały zachęcić wyborców PiS do tłumnego pójścia do urn. I teraz będzie trudno wytłumaczyć tymże rodakom, że jednak należy, a właściwie trzeba nakładać na twarze albo maski albo przyłbice w sklepach, środkach komunikacji publicznej, bo koronawirus jest z nami i rozpoczął hiperpolowanie na nasze płuca. Ciekawe czy Mateo stanie przed rodakami i np. w TVPPiS powie, że w czerwcu i na początku lipca w sprawie koronawirusa żartował?


W dniu 3 sierpnia 2020 r. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN stwierdziła ważność wyboru Andrzeja Sebastiana Dudy na prezydenta, dokonanego 12 lipca 2020 r. Boże, chroń Polskę.

Czym jest pisowska dyplomacja, jakie stosunki międzynarodowe wykreowała?

Sztuka dyplomacji, sfera polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowej to dla nominatów PiS istna terra incognito. Dla nieznającego świata zewnętrznego Jarosława Kaczyńskiego są to pojęcia równie obce i nierozpoznane jak zapach kobiety lub dla Andrzeja Dudy – zapisy Konstytucji.

Podobnie beztroska niewiedza i dyletanctwo cechuje całą armię pomniejszych pisowców sprawdzających się na odcinku kontaktów międzynarodowych. Na intelektualnie jałowym gruncie dyplomacji rosną nam ładne kwiatki.
Siła czy argumenty?
Cyceron już 2 tys. lat temu mówił o dwóch sposobach rozstrzygania sporów: jeden przy użyciu siły, drugi przy pomocy argumentów. Pisowska polityka wyraźnie cierpi na deficyt obu tych sposobów. Z argumentem siły jako państwo nie zaszalejemy. Dyplomacja jako funkcja polityki zagranicznej wiąże się z rozwiązywaniem w pokojowy sposób problemów między państwami. Czy jednak elementem dyplomacji jest wojownicze oświadczenie wówczas jeszcze ministra obrony Antoniego Macierewicza o tym, że ,,faktycznie jesteśmy w stanie wojny z Rosją”? Czy to buduje stosunki z silniejszym od nas sąsiadem, czy bardziej buduje nastrój grozy, a wśród sojuszników z NATO konsternację? Takie niefrasobliwe wypowiedzi mają już swą historię. Nonszalanckie oskarżanie rosyjskiego przywódcy o zamordowanie polskiego prezydenta może służyć wszystkiemu, lecz nie tworzeniu choćby poprawnych stosunków z Rosją.
Odbywa się to zresztą przy łoskocie roztrzaskiwanych pomników i miejsc upamiętnienia radzieckich żołnierzy. Czemu właściwie ma służyć to jeżdżenie prętem po klatce z rosyjskim niedźwiedziem? Prawdopodobnie umocnieniu przekonania o rzekomej mocarstwowości Polski. Dowodem na to ma wiodąca rola Polski w budowaniu abstrakcyjnego, rozbijającego unijną jedność i niechcianego przez nikogo tworu Międzymorza, czy też przekonywanie o zazdrości świata patrzącego na polski dobrobyt i kalkującego polskie rozwiązania antykryzysowe. Jest jednak inny klucz do wytłumaczenia aberracyjnej postawy wobec Rosji. Sprawa jest trywialnie prosta i polega na cechach osobowych dyplomatołków, ich kompleksach i zahamowaniach. Ma ona swą analogię w dyplomacji pierwszych rządów PiS. Świadomość pisowskich dygnitarzy własnych braków i dyletanctwa wobec nadzwyczaj profesjonalnej, wytrawnej dyplomacji rosyjskiej podpowiada im najlepszą w ich rozumieniu taktykę unikania wszelkich kontaktów ze stroną rosyjską. Nie będzie konfrontacji, nie będzie kompromitacji, to proste.
Tej zasadzie hołdowała Anna Fotyga sprytnie unikając jakichkolwiek kontaktów z Rosją, dopóki ta nie ukorzy się przed Rzeczpospolitą, nie uzna swoich historycznych win i przeprosi. Tyle, że czasy cara Wasyla Szujskiego i króla Zygmunta III dawno przeminęły, z czego Fotyga nie wpuszczająca do MSZ posłańca z kwiatami od rosyjskiego ambasadora, najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy. Nie zaryzykuję twierdząc, że Fotyga, jak i jej pisowscy następcy nie mają pełnej świadomości, iż dyplomacja jest trudną sztuką poszukiwania możliwego do przyjęcia dla negocjujących stron, zadowalającego kompromisu. Niestety, dla PiSu słowa: kompromis, ustępstwo, negocjacje są pojęciami obcymi, niezrozumiałymi i nieakceptowalnymi. Podobną postawę przyjmował zresztą i Lech Kaczyński, skutecznie unikając wszelkich rozmów z Putinem, a obecnie Andrzej Duda, ślepo zapatrzony w postać swego mentora. Mówimy o prezydencie Kaczyńskim, który prawdopodobnie jako jedyny w historii dyplomacji dopuszczał kuriozalną możliwość złożenia wizyty w innym państwie bez spotkania się z prezydentem tego państwa, po prostu jako turysta, na podstawie ważnej wizy.
Budować relacje
Dyplomacja to mozolne, konsekwentne budowanie niezbędnych więzi, relacji międzypaństwowych i klimatu zapewniającego bezpieczeństwo, owocną i korzystną współpracę, pozwalającą przypieczętować i utrwalić dobre stosunki między partnerami, wypracować najlepszą formułę wzajemnych kontaktów. Te relacje buduje się różnymi sposobami będącymi w zasobach dyplomacji. Także zacieśniając osobiste, przyjazne więzy osobiste między przywódcami. Co robią jednak przedstawiciele totalnej władzy? Robią wszystko na odwrót. W 2016 r. pełniąc obowiązki wicepremiera, Mateusz Morawiecki opisał kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych jako ,,dżumę i cholerę” (!), a prezydent Duda składając w lipcu 2020 r. przedwyborczą wizytę w Stanach unika spotkania z kontrkandydatem Donalda Trampa Joe Bidenem. To nie tylko skandal, ale i budzący politowanie przejaw dyletanctwa i dyplomatycznego partactwa. Uważnie będziemy przyglądać się stanowi wzajemnych stosunków między Andrzejem Dudą, a potencjalnie przyszłym amerykańskim prezydentem Bidenem.
Równie trudno zrozumieć jakim swoiście pojętym interesem Polski kieruje się Andrzej Duda, osoba na stanowisku prezydenta, który obraża na jakimś powiatowym spędzie, wszystkich łącznie partnerów z UE, z którymi współpraca i przyjaźń, rzekomo nic nam nie przynosi, bo to wyimaginowana wspólnota. Jak prezydent, do którego kompetencji należy współkształtowanie polityki zagranicznej, chce po tych słowach rozmawiać z prezydentami państw europejskich, czego może się po nich spodziewać, jakiego traktowania swej osoby? Czy to nie niedorzeczna postawa, bezmyślna i pełna irracjonalności? Co to za pisowski absurd?
Pewnie nie mniejszy od tego, gdy ośmieszany przez rosyjskich komików prezydent Polski wskazuje Ukraińców jako przyczynę szerzącej się w Polsce zarazy. I robi to prezydent, który na arenie międzynarodowej chce być promotorem unijnych i NATO-wskich ambicji Ukraińców.
Jeśli dyplomacją jest także opierający się na założeniach naukowych zespół metod i środków oraz sztuka osiągania celów polityki zagranicznej państwa, prowadzenia i utrzymywania stosunków między państwami, to jaką to naukową metodę i jaki cel polityki zagranicznej prezentuje Mariusz Błaszczak, co chciał osiągnąć kiedy mówił o ambasador USA i zarazem przyjaciółce Trumpa, pani Georgette Mosbacher, że jest niekompetentna?
Każde słowo wypowiedziane przez dyplomatę, szczególnie szefa dyplomacji musi służyć osiągnięciu pożądanego celu, ma być wyważone i przemyślane. Czemu więc służy wypowiedź ministra Jacka Czaputowicza o tym, że Francja jest chorym człowiekiem Europy i ciągnie nas w dół. W jakim celu wiceminister obrony Bartosz Kownacki, z pogardą mówił o Francuzach jako ludziach nie potrafiących jeść widelcem. W imię czego Antoni Macierewicz zerwał z Francuzami kontrakt na Caracale, jakby nie dość, że ci już w 2003 r. obrazili się na nas za przetarg na myśliwce F-16, a następnie ogłosił zdradę Francji, sprzedającej Rosji Mistrale w cenie 1 euro. Jak PiS mógł dopuścić by młodociany i niedoświadczony na polu polityki międzynarodowej Patryk Jaki wysmażył zwyczajnie głupkowatą ustawę obrażającą uczucia obywateli Izraela, a przy okazji dotknął ważnego interesu Stanów. Czy pokazem kunsztu dyplomatycznego jest pełna ognia, wykrzyczana przez prezydenta Dudę przestroga: ,,Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta!”. A to przy wcześniej przygotowanym wtórze sensacyjnego doniesienia Macierewicza o niemieckim ostrzeliwaniu poprzez granicę mieszkańców jeleniogórskiego z armaty elektromagnetycznej, przez co ofiary ostrzału ,,źle się czują”.
Ostatecznie jednak źle się mają stosunki polsko-niemieckie, lecz również stosunki z innymi ważnymi partnerami z UE, choćby w związku z zastrzeżeniami do praworządności, czy z powodu polskiej ksenofobii i braku solidarności wobec Włoch i Grecji zmagających się gigantycznym problemem uchodźców i imigrantów. Najwidoczniej politykom PiS, od których aż nadto często słyszymy o archaicznie rozumianym patriotyzmie, trudno zrozumieć, że wymogiem współczesnego patriotyzmu jest umacnianie silnej pozycji Polski wśród państw członkowskich UE, zabieganie i dbanie o dobre stosunki z partnerami, szukanie realnych sojuszy i wsparcia w Europie, nie tylko za oceanem.
Utrwalać izolację
Pisowskim dyplomatom udało się jedno: doprowadzić Polskę do ostracyzmu i faktycznej izolacji na europejskiej arenie. To sytuacja mająca analogię w tej, w jakiej znalazł się ZSRR w latach 30. Jednak kilkadziesiąt lat wstecz radziecka dyplomacja robotniczo – chłopska cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu, w warunkach izolacji międzynarodowej i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Tego pisowska dyplomacja żadną miarą dokonać nie potrafi, mając wszelkie możliwe warunki pomyślnego działania. Co więcej, zamiast międzynarodową izolację Polski niwelować, przyczynia się do jej utrwalenia. W przekonaniu pisowskich polityków otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić i pozbawić tożsamości. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich działaczy syndrom oblężonej twierdzy.
Kadry najważniejsze, choć nienajlepsze
Czy w ogóle za rządów PiS wymagane są dyplomatyczne kwalifikacje aby w taki właśnie sposób, jaki obserwujemy, prowadzić dyplomację i kierować polityką zagraniczną? Widać, że nie. Generalnie prawica zawsze miała pecha do kadr, choć jak Lenin, uważa, że kadry są najważniejsze. Tyle, że dla prawicy nie ważne jest by kadry były wykształcone i kompetentne. Przecież jak Lenin, uważają, że rządzenia państwem jest łatwe.
Tyle, że Lenin pisał te słowa zanim objął rządy, a PiS mimo dwukrotnego rządzenia zdaje się wciąż tkwić w swoim beztroskim przekonaniu. Dlatego pozwalano by tacy dyletanci jak min. Witoldowi Waszczykowski w sposób karygodny ujawnił notatkę MSZ z 2008 r. dotyczącą relacji z Rosją i polityki wschodniej, tylko po to by w ten sposób zaszkodzić swemu poprzednikowi Radosławowi Sikorskiemu. A gdy senator John McCain krytykował w 2019 r. pisowską ustawę o Sądzie Najwyższym i wpływy polityków na polskie sądownictwo, Waszczykowski słuchał go struchlały, stojąc pod ścianą na końcu sali, nie odważywszy się jednak na polemikę. Dlaczego? Bo nie potrafił, zresztą jakie mógł mieć argumenty. Dopiero po powrocie do kraju oświadczył, ze McCain został wprowadzony w błąd przez polityków opozycji.
Sprawny dyplomata, którym Waszczykowski z pewnością nie był, wie, jak wybrnąć z trudnej sytuacji i przekuć porażkę w sukces, a nie ośmieszyć się. On natomiast nie miał oporów dowodzić groteskowej tezy o tym jak polityka zagraniczna PO-PSL doprowadziła do katastrofy smoleńskiej, natomiast pod jego kierownictwem jakimś cudem wśród personelu MSZ znalazł się dziwny człowiek z amerykańskim paszportem pracujący dla amerykańskich instytucji. Wprawdzie Waszczykowski meldował Beacie Szydło wykonanie całego programu dotyczącego dyplomacji, lecz polityka kadrowa w MSZ, pod rządami „dobrej zmiany” zawiodły na całej linii. Wydaje się, że kluczem do kwestii kadr jest doświadczenie. Dlatego wysyłanie na istotne placówki dyplomatycznych debiutantów z politycznego nadania nie rokuje dobrze na przyszłość. Tymczasem jednak proceder ten kwitnie, a do tej najtrudniejszej domeny zarządzania interesami polskiego państwa zatrudnia się amatorów z nadania politycznego, osoby przypadkowe, historyków, filozofów, byłych posłów PiS, aktywistów partyjnych, znajomych, świeżo upieczonych absolwentów, którzy z dnia na dzień zostawali przełożonymi ludzi z dziesięcioletnią praktyką, powiatowo – parafialnych aktywistów rekomendowanych do MSZ przez lokalnych proboszczów, z uzasadnieniem, że kochają Boga i są dobrymi chrześcijanami.
Jednak takie sytuacje nie są postrzegane w PiS jako kontrowersyjne, jest na nie pełne przyzwolenie. Dynamika zmian na placówkach dyplomatycznych jest ogromna, ambasadorowie otrzymują nominację z dnia na dzień, obejmują stanowiska bez przygotowania merytorycznego, rozpoznania uwarunkowań państwa przyjmującego, niektórzy nie wytrzymują presji i składają rezygnacje, inni tkwią na posterunku przynosząc wstyd i kompromitacje. Personifikacją takiego stanu rzeczy jest ambasador w Berlinie Andrzej Przyłębski, który zasłynął wystąpieniem poświęconym wzajemnym relacjom Polski i Niemiec, które nazwał „katastrofą”, mówił o niemieckiej arogancji, podłości i rozwodził się nad wrodzony u Niemców instynkt mordercy.
Dyplomacja jest delikatnym, finezyjnym instrumentem, za pomocą którego państwo wyraża i prowadzi swą politykę zagraniczną i umacnia stosunki z światem zewnętrznym. Nie każdy jednak potrafi zagrać na tym instrumencie bez dostrzegalnego fałszowania. 16 lipca br. Morawiecki broniąc Mariusza Kamińskiego przed wnioskiem o wotum nieufności stwierdził, że podległe jemu służby działają sprawnie i odnoszą sukcesy, choć są one niedostrzegalne, bo ,,nie widać tego co działa dobrze”. Od 4 lat nie widzę profesjonalnej polskiej dyplomacji, nie widzę jej sukcesów i jednak mam poważne wątpliwości czy to rezultat dobrego jej działania.

  • autor jest byłym pracownikiem służb dyplomatycznych.

Bigos tygodniowy

„Unia Europejska to nie bankomat, musi być mechanizm praworządności” – fraza to nie nowa, ale właśnie wypowiedział ją szef Europarlamentu David Sassoli. Te słowa zostały skierowane m.in. do władzy PiS. I mam nadzieję, że instytucje europejskie będą w tym względzie konsekwentne w stosunku do reżymu w Polsce. A swoją drogą, sam fakt, że jakiś rząd stawia opór przed wprowadzeniem mechanizmu uzależniania przyznawania funduszy unijnych od przestrzegania praworządności jest zatykającą dech bezczelnością i nie powinien być traktowany inaczej, jak jawne przyznanie się do złych intencji.


Uprzejmie komunikuję, że od tej pory nie będę nazywał Andrzeja Sebastiana Dudy Adrianem, bo może nie taki z niego w końcu Adrian skoro jednak wybory wygrał. Aczkolwiek biorąc pod uwagę potężną machinę państwa PiS jaka na niego pracowała, rozdawane przez członków rządu wozy strażackie, promesy w postaci czeków z dykty, propagandowy terroryzm TVP, wygrał zaledwie o włos. Zatem będę go nazywał po prostu Dudą.


Sprawa rozmowy z rzekomym sekretarzem generalnym ONZ, w którą Duda został wkręcony jest, powszechnie znana i analizowana łącznie z jego niedobrą angielszczyzną, więc zwrócę uwagę na jeden tylko aspekt. Otóż Duda od razu powinien się zorientować, że sekretarz generalny ONZ, nobliwy starszy pan, nie mógłby tak formułować pytań i tak prowadzić rozmowy. Sam protokół dyplomatyczny nakazywałby mu złożyć bardzo oficjalną formułę gratulacyjną i tyle. Żadne krotochwilne pytania sugerujące przynależność Donalda Tuska do LGBT czy stan po użyciu alkoholu Rafała Trzaskowskiego domagającego się gratulacji z powodu wygranych wyborów nie wchodziłyby w takiej oficjalnej sytuacji w grę. Wniosek: Dudzie brakuje kompetencji kulturowych, intelektualnych, oczytania, wyczucia, wystarczających by od razu wychwycić fałsz i zakończyć tę żałosną rozmowę. Duda więc brnął jak cielę w te dialogi na cztery nogi, przez długie 11 minut. Udał się Duda, oj udał, prezydent dumnych Polek i Polaków.


Szacun dla posłów Dariusza Jońskiego i Michała Szczerby za wytrwałość i konsekwencję w dociekaniu prawdy w sprawie maseczek, testów i respiratorów, jakie miał załatwić resort Szumowskiego. Jak wynika z dotychczasowych ustaleń młodzi posłowie robią dobrą robotę, informując o jej wynikach nie tylko opinię publiczną, ale także choćby NIK. Bigos obserwuje sprawę i liczy na grande finale. Kiedyś.


Do Mariana Banasia, prezesa szacownej NIK, Bigos tygodniowy ma stosunek ambiwalentny, bo pochodzi on z twardego pisowskiego korzenia. Być może, gdyby koledzy nie nadepnęli mu na stopę, działałby po myśli obozu władzy. Jednak stało się tak, jak się stało. I Marian Pancerny działa, Marian Pancerny czuwa, Marian Pancerny podejmuje czynności kontrolne, a Bigos życzliwie mu kibicuje, bo obiektywnie robi dobrą robotę.


PiS nie tylko „komunistów” dzieli na „swoich” i „nie swoich”, w zależności od tego czy są lojalni i potrzebni, czy też można z nich zrobić wrogów. Na swoich i nie swoich dzieli nawet księży katolickich. Utrącono w Sejmie kandydaturę nie swojego księdza Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego do Państwowej Komisji do spraw wyjaśnienia przypadków skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec młodzieży poniżej lat 15. Isakowicz – Zalewski zapewne szkodziłby z punktu widzenia PiS aliansowi z Episkopatem. Procedurę wyboru członków komisji prowadziła Witek Elżbieta, marszałkini Sejmu, od pewnego czasu znana jako szczególnie niepohamowana śmieszka. Niczego nie sugeruję, ale wszyscy wiemy, że w ten sposób mogą się zachowywać osoby po lekkim spożyciu substancji rozweselających np: podtlenku azotu. Jeszcze raz powtarzam nie sugeruję, nie oburzam się, tylko głośno myślę… A myślę też o pokrzywdzonych przypadkami skierowanymi przeciwko wolności seksualnej i obyczajności, którzy obserwowali przebieg obrad Sejmu i zachowanie marszałkini – śmieszki.


Ministerka rodziny, pracy i polityki społecznej Maląg Marlena w TV Trwam zapowiedziała, że rząd PiS przygotowuje się do wypowiedzenia konwencji stambulskiej, która wspiera zapobieganie i zwalczanie przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Z kolei wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski powiedział PAP, że Ministerstwo Sprawiedliwości od dawna jest przygotowane do tego, by rozpocząć formalne prace nad jej wypowiedzeniem. Polska podpisała konwencję stambulską w 2012r., zaś w 2015r. ją ratyfikowała. Niestety, zdaniem niektórych konwencja jest niepotrzebna i zagraża tradycyjnym, polskim rodzinnym wartościom. Bigos tygodniowy nie podziela tego poglądu, a przemoc wobec kobiet czy przemoc domowa w Polsce jest faktem i statystyki policyjne potwierdzają to przerażające zjawisko.


Kurski Jacek ponownie ożenił się kościelnie, po kościelnym unieważnieniu poprzedniego, owocnego w potomstwo małżeństwa. Duch „Dziewic konsystorskich” Boya wiecznie żywy. Czy to początek jawnie politycznego kościoła PiS czyli nowej odmiany józefinizmu?


„Najbliższe lata będą straszne i obrzydliwe” – powiedział politolog, profesor Marek Migalski. „Zamiast polityki będzie wojna konkurencyjnych gangów w obozie władzy”. I wojna gangu u władzy przeciw ogromnej części społeczeństwa.

Sztuka czekania

Niektórych przegrane wzmacniają, innych zabijają.

Czy warto było głosować na Rafała Trzaskowskiego, skoro kandydat przegrał ?
Kiedy po wyborach glosujący tak lewicowi wyborcy nie usłyszeli ze strony Trzaskowskiego, ani jego sztabu wyborczego, żadnego słowa podziękowania.
Czy warto było wpierać liberałów z PO, przyjmować wobec nich „służalczą postawę”, taki zarzut często czytałem w Internecie po opublikowaniu tam stanowiska redakcji „Trybuny”. Zachęcającego do głosowania na Rafała Trzaskowskiego.
Wyniki przeróżnych sondaży wskazały, że duża grupa wyborców Lewicy, szacowana nawet do 30 procent, zagłosowała na pana prezydenta Andrzeja Dudę.
Była też grupa, stosunkowo niewielka, ale bardzo aktywna w Internecie, która proponowała bojkot wyborów lub oddanie głosu nieważnego. Przez „ukrzyżowanie” dwóch kandydatów.
Najwięcej, bo około 70 procent wyborców Lewicy poparło Rafała Trzaskowskiego. Gdyby wnioskować z lektury internetowych debat i deklaracji, to można by wysnuć wniosek, że wyborcy starsi, od lat związani z SLD, pamiętający realia państwa niedemokratycznego, nie należącego do Unii Europejskiej, głosowali na Rafała Trzaskowskiego.
Bo pamiętają jeszcze smak rządów autorytarnych i granic we wspólnej Europie. Bo nie są też wielce poszkodowanymi przez kapitalizm III RP. Niektórzy z nich są nawet beneficjentami zmian po „Okrągłym Stole”, tworzonego wtedy państwa.
Wyborcy młodsi, urodzeni lub wychowani w III RP, byli za to bardzo krytyczni wobec aliansu politycznego z liberałami PO.
Bo oni w tym stuleciu, w tej III RP zaznali jedynie ideowego wykluczenia i wyzysku neoliberalnego kapitalizmu. Stąd taki „symetryzm” w podejściu do obu, wrogich im ideowo, kandydatów.
Stad teraz nawet poczucie politycznego triumfu, bo skoro nie ich Trzaskowski przegrał, to znaczy, że ów „symetryzm” był wyborem słusznym.
W przeciwieństwie do młodszych towarzyszy, pomimo przegranej Trzaskowskiego, nie mam poczucia totalnej klęski.
Staż wieloletniego obserwatora życia politycznego, doświadczenia parlamentarne i polityczne, uczą spokoju, pokory i sztuki czekania.
Sztuka i sztuczki
Partia pana prezes Jarosława Kaczyńskiego od 2007 do 2015 roku przegrywała wszystkie kolejne wybory. Prezydenckie, parlamentarne, europejskie, samorządowe.
Ale posiadała ona sztukę politycznego czekania. Tego twórczego czekania.
Z każdych przegranych wyborów elity PiS wyciągały wnioski. Wzmacniały swoje struktury, zaplecza eksperckie, swoje media, i wpływy w przeróżnych organizacjach społecznych.
Stworzył też czytelną dla wyborców alternatywę wobec neoliberalnej III RP.
Swoją IV RP, swoją Dobrą Zmianę.
Dlatego z każdej, kolejnej przegranej PiS wychodziła jako opozycja coraz bardziej wyrazista i silniejsza. Aż przyszedł rok 2015 i od tamtej pory elity PiS wygrywają każde wybory.
Polska lewica, SLD i inne partie i ugrupowania lewicowe, nie potrafiły opanować takiej twórczej sztuki politycznego czekania.
Od przegranej 2005 roku lewicowe elity polityczne robiły wszystko co by tylko mogło zaszkodzić swojej formacji.
Po każdej większej wyborczej przegranej zmieniały przywódcę partii. Nowy lider miał zwabić nowych wyborców.
Po każdej, większej przegranej organizowały wielki Kongres Programowy Lewicy. Ogłaszano tam kolejny, nowy lewicowo brzmiący program, o którym szybko zapominano.
Polityczne lewicowe elity preferowały „rozwój przez podział”, czyli kolejne rozłamy w i tak już słabnącej partii.
Lekceważyły potrzebę tworzenie swego zaplecza eksperckiego. Lekceważyły, wręcz pogardzały, istniejącymi lewicowymi mediami. Wierzyły, że potrafią kupić sobie przychylność liberalnych mediów głównego nurtu.
Zamiast uprawiać sztukę twórczego, opozycyjnego czekania, lewicowi przywódcy zajmowały się „pijarowskimi”, propagandowymi sztuczkami.
Z okazji każdych następnych wyborów zmieniano logo partii.
Każde nowe wybory to nowa nazwa nowego komitetu wyborczego. Każdy nowy komitet wyborczy to także kłótnie i odtrącenia dotychczasowych koalicjantów. To nowi koalicjanci, zwykle w sojuszu na jeden sezon polityczny.
Im mniejsze było poparcie lewicowych wyborców tym arogancja lewicowych elit politycznych wzrastała.
W jej efekcie w 2015 roku cała polska lewica znalazła się poza parlamentem.
Była to polityczna Izba Wytrzeźwień dla niej.
Na szczęście w kolejnych latach mniej było już propagandowych sztuczek, więcej sztuki twórczego czekania.
W wyborach parlamentarnych 2019 lewicowe elity dostały od lewicowych wyborców kredyt za zjednoczenie. Najpierw za Koalicję Europejską w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem za wspólną listę Lewicy w wyborach parlamentarnych.
Ileśmy warci
W czasie dwóch, zwycięskich kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego popularne było powiedzenie: „Tyleśmy warci ileśmy zwarci”.
Dzisiaj klub parlamentarny Lewicy nadal jest trzecią, pod względem liczebności, siłą polityczną w naszym kraju.
Ale w ostatnich wyborach prezydenckich nie dało to już trzeciego wyniku.
Okazało się, raz jeszcze, że polscy wyborcy podzieleni są na dwa bloki.
Wolnościowo, demokratyczno, republikańsko, europejski. Głosujący na Trzaskowskiego.
Autorytarny, socjalny, narodowo- katolicki wybierający Andrzeja Dudę.
Polska lewica jest dziś jak krewetka między obu wielorybami. Może dumnie prężyć swe muskuły, deklarować swój polityczny i taktyczny symetryzm, ale skutecznie może to robić jedynie w Internecie.
W życiu realnym jej skuteczność polityczna uzależniona jest od kooperacji z wybranym wielorybem.
Może być zatem sojusznikiem i socjalnym skrzydłem wielopartyjnego bloku wolnościowo – europejskiego.
Może być europejskim, wolnościowym skrzydłem monolitycznego bloku narodowo- katolickiego.
Taki jest stan na dzisiaj.
Jeśli następne wybory parlamentarne i samorządowe odbędą się w konstytucyjnym terminie, czyli za 3 lata, to dla Lewicy ten czas dowyborczy będzie niezwykle ważny.
Jeśli lewicowi politycy, polityczki zwłaszcza, zbudują w tym czasie minimum zaplecza ekspercko, medialno, organizacyjnego swej formacji politycznej, to głoszone postulaty „trzeciej siły politycznej” staną się realne.
Ale to wymaga na początek więcej pracy z ludźmi w Polsce, mniej złośliwych tweetrów w Internecie.
Podziękowania
Wszystkim obywatelom naszego kraju, którzy wzięli udział w wyborach prezydenckich serdecznie dziękujemy.

Redakcja Dziennika „Trybuna”

Bigos tygodniowy

Rządy PiS otaczają szumowiny. To być może pierwszy rząd w dziejach Polski, który w takiej skali ma poparcie ze strony ludzi agresywnych. Brutalne, wulgarne ataki na prywatne osoby rozwieszające plakaty z poparciem dla opozycyjnego kandydata, ataki fizyczne na oponentów, na wiecach i poza wiecami, n.p. na posłankę KO Magdalenę Filiks, na środowisko gejów w Krakowie i przedstawicieli Młodzieżowego Strajku Klimatycznego. Żadna z rządzących w przeszłości formacji politycznych, ani SLD w koalicji z PSL, ani PO w koalicji z PSL, ani nawet postsolidarnościowa AWS ani nie wygenerowały, ani nawet nie próbowały skupić wokół siebie w takiej liczbie ludzi pozbawionych elementarnej kultury i hamulców. A może po prostu ta formacja en bloc jest właśnie taka?


W czasie kampanii prezydenckiej urósł katalog gaf, przeinaczeń, kiksów Adriana, który wskazuje, że jest to człowiek o nikłej wiedzy i świadomości. Pamiętamy kompromitującą, publiczną wpadkę – w obecności prezydenta Niemiec Franka Waltera Steinemeiera – gdy „dziwił się”, że w sklepach można nabyć tylko żarówki energooszczędne, a nie także „tradycyjne”. To świadczyło o totalnym niezrozumieniu elementarnego sensu walki z globalnym ociepleniem i katastrofą klimatyczną (to tak jakby dziwić się, dlaczego w wegańskiej restauracji serwują wyłącznie dania wegańskie, a nie również mięsne). Ostatnio wyskoczył jak „Filip z konopi” z kwestionowaniem sensu obowiązkowych szczepień, a niedługo potem ze stwierdzeniem, że Polska jest „stowarzyszona” z Unią Europejską, co już jest jaskrawym przykładem kompromitującej niewiedzy. „Stowarzyszone” z Unią Europejską jest np. Mołdawia, Polska od 2004 roku jest pełnoprawnym członkiem wspólnoty. Późniejsze mętne tłumaczenia wpadek przez Adriana, tylko pogłębiają przekonanie wyrażone w pierwszym zdaniu.


Adrian, jeżdżąc od miejscowości do miejscowości, jak zwykle wydzierał się w niebogłosy, co dla mnie, od bardzo już dawna, jest trudne do zniesienia, ale do czego jednak już zdążyła nas przyzwyczaić. Jednak to, co wyprawiał złotousty Pinokio Morawiecki, to jest coś dotąd niebywałego. Nie tylko jeździł po kraju niczym komiwojażer i rozdawał promesy (ktoś przytomnie zapytał, czy rozdawania czeków bez pokrycia nie jest formą przestępstwa), ale wykrzykiwał jak oszalały jakieś personalne inwektywy pod adresem Rafała Trzaskowskiego, tworzył dziwne neologizmy (np. „trzasko beton”). Cały był rozemocjonowany, rozhuśtany. Robiło to bardzo nieprzyjemne wrażenie. Bigos zastanawia się, co teraz Mateo ze sobą zrobi skoro kampania zakończona. Może jakaś strefa relaksu z daleka od bieżączki dnia codziennego? Wszak chłopina nerwy ma stargane na amen.


Adrian wydzierał się (powiedzieć, że on krzyczy to za delikatne określenie), że „Niemcy chcą wpływać na wybór prezydenta” i że „to podłość”. Podłość!!!? Jaka podłość? A kim są, do cholery, ci Niemcy!!? Pomijając już to, że w artykule „Faktu”, gazety wydawanej przez koncern z udziałem niemieckiego, ale także szwajcarskiego, a nade wszystko amerykańskiego kapitału podano tylko nagie fakt, czy owi współcześni „Niemcy”, to jacyś Krzyżacy, hakatyści czy naziści? Niemcy, którzy trwale wyciągnęli twarde konsekwencje ze swojej przeszłości, są dziś demokratycznym państwem praw i wolności obywatelskich bacznie strzegącym tych standardów. Są życzliwym sąsiadem Polski i jej najważniejszym partnerem w Unii Europejskiej. To taka uwaga na marginesie, ważniejsza w kontekście wrzasków Adriana zdaje się być planowana ofensywa obozu rządzącego na media, nieprzynależące do mediów państwowych. Bigos tygodniowy będzie obserwował (dopóki będzie mógł)przebieg zdarzeń, informując o nich PT Czytelników.


Jest jeszcze jedno środowisko, które ani chybi stanie się obiektem ataku PiS, gdy wygrał Adrian, a o którym prawie się nie mówi w tym kontekście. To środowisko naukowe, które jak wiadomo generalnie jest antypisowskie. Otóż po odrzuceniu przez komisję uniwersytecką aspiracji profesorskich Zybertowicza Andrzeja, będą chcieli się za to zemścić. Wskazuje na to już tylko reakcja Glińskiego, pożal się Boże ministra kultury, co profesury w geście solidarności planował się zrzec.


Wieczór wyborczy uświetniła swoją obecnością Kinga Dudówna, udane dziecię Adriana. Wróciła, chwilowo jak się zdaje, z Wielkiej Brytanii, gdzie pracuje i mieszka, aby wesprzeć i dać głos. Bigos tygodniowy jest pod wrażeniem tego głosu, zwłaszcza, że słuchał tego głosu zadziwiony i z mętlikiem w głowie. Bigos ma problem z ustaleniem, do kogo Kinga kierowała swe słowa dotyczące tolerancji? równości? szacunku? Czy w ogóle ma wiedzę co w czasie kampanii czynił i mówił Adrian i jego poplecznicy? Bigos tygodniowy stary jest bardzo, ale słuch ma jeszcze niezły i pochlebia sobie że rozumie co się mówi w języku polskim i śmie wątpić czy Kinga faktycznie wie co się w Polsce działo i dzieje i czy miało i ma dla niej jakiekolwiek znaczenie. Bigos uważa, że nasze sprawy są tak naprawdę poza Dudówną, wszak Wielka Brytania czeka, a tam to o czym mówiła ze sceny powyborczej jest standardem, normalnością. Zatem powodzenia Miss Duda na brytyjskiej ziemi, my tu zostajemy…


W dniu 13 lipca 2020r. PKW podała, że Duda Andrzej został wybrany prezydentem, osiągnął 51,03 procenta głosów, zaś Rafał Trzaskowski 48,97 procenta głosów.


Nie wiem, czy koincydencja faktu zamknięcia tygodnika „Fakty i mity” z tym co zaszło 12 lipca jest przypadkowa czy nieprzypadkowa (mam co do tego podstawy do pewnych wątpliwości), ale wydarzenie to jawi mi się jako groźne memento przed śmiertelnym zagrożeniem, jakie wyłania się przed wolnymi mediami w Polsce.


Ja w każdym razie podtrzymuję swoje członkostwo w stronnictwie „ośmiu gwiazdek”. Należę do niego od samego początku.

Paradygmat moczarowski

Parę dni temu, na jednym z popularnych portali internetowych wyczytałem, że wyborcy Roberta Biedronia z pierwszej tury nie mają wątpliwości, na kogo oddać głos w drugiej. 60 z hakiem zagłosuje na pana T. Ale aż 37,5 procenta na Andrzeja Dudę.

Gdzie popełniliśmy błąd? My, lewica. Tzn. Wy, lewicowi politycy, że przed drugą turą wyborów prezydenckich, tak ogromny procent tak niewielkiego procenta głosów które zebrał jedyny kandydat lewicowy w tym kraju, chce głosować na Andrzeja Dudę. Toż to prawdziwy szok i niedowierzanie. Co takiego mówiliście wyborcom na spotkaniach i partajtagach, że lud który Was słuchał, źle Was zrozumiał. Tokowaliście zapewne ciekawie i ze swadą, ale nie wiadomo do końca o czym. Co dziś macie sobie do powiedzenia, patrząc na ten przerażający wynik, a później w lustro? 37,5 procenta elektoratu Biedronia poprze Andrzeja Dudę? Może bywaliście nie na tych placach i targowiskach co trzeba? 37,5 to już coś więcej, niż stan podgorączkowy. Dla lewicy to gorączka krwotoczna!
Gdy prześledzi się dokładniej fluktuacje elektoratowe, dowiedzieć się można, że dokładnie taki sam procent wyborców Kosiniak-Kamysza zamierza głosować w drugiej turze na Dudę. W liczbach bezwzględnych to ledwie ciut więcej od naszych. Da się to nawet łatwo wytłumaczyć; wieś od dawna jest zaczadzona przez PiS. Ich bajeczki o chłopskiej tradycji i bogoojczyźnianych korzeniach lud prosty kupuje, razem z kasą z masońskiej Unii, ale o tym już PiS nie mówi, bo i po co. Nie dziwota zatem, że ci wszyscy, którzy z jakichś względów trzymali się w pierwszej turze peeselowskiej sukmany, w drugiej pójdą do Pana, który od wielu już lat skutecznie przytula ich do cycka. Czym jednak zasłużył sobie na atencję i oddanie lewicowego Polaka w 37,5 procentach Andrzej Duda? Lewicowy wyborca, a przynajmniej taki, który się za lewicowego mieni, ma u nas naturą dwojaką. Jak arbuz-z wierzchu zielony, w środku czerwony-nasz endemiczny, lewicowy malkontent pojawiać lubi się pod postacią robaczywego jabłka-z wierzchu czerwony, a w środku przegnity i zepsuty. A jedno zepsute jabłko, psuje cały koszyk. Jak nie wierzycie, zapytajcie tych od Kosiniaka.
Na lewicy przeważa myśl progresywna i proeuropejska, to zrozumiałe. Walka z dyskryminacją i wykluczeniem, wsparcie słabszych, tolerancja w poglądach, laicki charakter państwa, to wszyscy wiemy. Jest jednak cały czas obecny we współczesnej polskiej lewicy pewien rak, zaciągnięty jeszcze z czasów komuny; swoisty „paradygmat Moczara”, czyli dziwaczna, intelektualna hybryda myślenia lewicowego, pożenionego z tradycyjnie rozumianym patriotyzmem, podszytym, gdzieniegdzie, antysemityzmem.
„Paradygmat Moczara” kryje się pod czaszkami łysymi, poplamionym skórnymi zmianami i gdzieniegdzie przyprószonymi siwizną. Oczywiście nie tylko tam. Siedzi w głowach dawnego chłoporobotnika z ZOMO i pani Jadzi z sekretariatu KW. W głowach ich dzieci i wnucząt. Wszyscy oni głosują na lewicę, choć prawica cały czas kusi ich swoimi fruktami, bo córka z zięciem i progeniturą przecież mają co miesiąc, a wcześniej nie mieli. Irytują ich te kruchtowe umizgi do kleru i dlatego nie głosują na Dudę od razu, bo sumienie nie pozwala, ale w pewnym momencie zaczyna docierać do ich uszu rezonans polskości, patriotyzmu i walki z kułakiem, który brzmi w ustach prezydenta tak naturalnie, że nie mają wątpliwości, po której stronie Andrzej Duda nosi serce. Za jakim człowiekiem obstaje. I choć może nie jest z ich parafii, to lepszy polski Andrzej niż Trzaskowski, który wyrzuca ludzi z mieszkań w Warszawie i chce uczyć dzieci zabawy gruszką.
Pojawia się więc, a przynajmniej powinno się pojawić, na lewicy pytanie, co począć z takim myśleniem i jak je wyrugować. I czy w ogóle się da? Moczar, choć formalnie marginalizowany, do samego końca wierzył w swój geniusz, którym zaraził niejedną głowę, a myśl jego przetrwała samego demiurga. Na jakim odcinku kierownictwo lewicy zaspało, gdzie słuchało nie tym narządem co trzeba, że takie kwiatki wyrosły w jej ogródku. Może zasadnym byłoby w odpowiednim momencie jasno powiedzieć, że lepszy najgorszy Trzaskowski niż najlepszy Duda i PiS, a nie hamletyzować do końca, że może się uda dobić do 5 procent. Może. Pewne jest jedno: „paradygmat moczarowski” trzeba z polskiej myśli lewicowej wygumkować raz na zawsze. Młodzież i rutyna w sejmowych ławach ma się nad czym zastanawiać. W najbliższym czasie nie będzie miała nic lepszego do roboty.

Święto demokracji w cieniu autorytaryzmu

Nie bez przyczyny zło, nazywane tak przez jednych, okazuje się dla innych dobrem, a szczytne wartości przegrywają z codzienną koniecznością.

Dzień wyborów okrzyknięty świętem demokracji to może ładne ale i zupełnie puste hasło. Wszystkim bowiem wiadomo, że święto zdarza się tylko od czasu do czasu, a nieświąteczną rzeczywistość mamy każdego dnia. Wspomniane święto ma tylko miejsce gdy odbywają się wybory samorządowe, parlamentarne, europejskie i prezydenckie, a poza tymi terminami doświadczamy, nie mającego nic wspólnego z demokracją, łamania Konstytucji, prawa, lewych interesów opłacanych z państwowej kasy, kłamliwych oświadczeń, jeszcze ect. i itd. Żadnemu z opozycyjnych kandydatów na prezydenta ta myśl w licznych wystąpieniach nie zaświtała niestety. Za to już dziś, a może i po II wyborczej turze, Prawo i Sprawiedliwość obnosić się będzie po kraju, a przede wszystkim po Unii Europejskiej, z przekazem jak to normy demokracji przestrzegane są w Polsce, tak jakby Boże Narodzenie trwało u nas przez cały rok. A jak takie upierdliwe OBWE zaprotestuje, tak jak przy krytycznej ocenie debaty prezydenckiej przed I turą w TVP, to się im analogicznie odpisze, że wnioski są nieobiektywne i krzywdzące, a normy demokracji łamał Trzaskowski.
Już nie wystarczy
powtarzane wielokrotnie oświadczenie Rafała Trzaskowskiego o utrzymaniu przyznanych przez PiS licznych socjalnych wsparć gdyż wspólnym i wieloletnim wysiłkiem prawie wszystkich sił politycznych w Polsce zlekceważono położenie materialne wielu Polaków; obecnie 30 proc. obywateli osiąga dominujące w tej grupie dochody w wysokości do 1499 zł.(CBOS, komunikat z badań 61/2020). Z tymi wynikami koreluje również przeważający procent głosów oddanych przez bezrobotnych, zamieszkałych na wsi, a przede wszystkim przez osoby starsze na obecnego prezydenta. Dodać jeszcze należy wyciągniętą przez Andrzeja Dudę, jak królik z kapelusza, przyszłą średnią pensję w wysokości 2 tys. euro oraz oświadczenie: „Jesteśmy w stanie zbudować kraj mlekiem i miodem płynący”. No i mamy zapowiedź obniżki cen gazu, powszechne rozdawania tzw. czeków-promes, a podobno tuż przed 12 lipca kroi się jeszcze uchwalenie przez Sejm bonu turystycznego.
W tym kontekście słuszne opinie, że aktualny rząd nie prowadzi żadnej przemyślanej polityki socjalnej, a jedynie przekupuje ordynarnie wyborców ich własnymi pieniędzmi są pobawione jakiejkolwiek siły oddziaływania, gdyż spotka się z zasadną odpowiedzią, że PiS dał, a wszyscy inni nie, a nadto jak obiecał to słowa dotrzymał. Opinie o tym, że Kaczyński trafnie rozpoznał potrzeby Polaków budzą co najmniej pusty śmiech, bo przecież dobrze i powszechnie wiadomo, że w odtworzonym przez Solidarność kapitalistycznym ustroju liczy się przede wszystkim, albo nawet jedynie kasa. I nie ma podstaw aby obrażać ten elektorat bowiem wykluczenie ekonomiczne i kult pieniądza skutkuje takimi właśnie wyborami jak 28 czerwca. Tłumni wyborcy Dudy nie mają świadomości o dziesiątkach dodatkowych podatków wprowadzonych w czasie obecnych rządów, ani też o kolejnych, które odnajdują się w stale rosnących cenach na rynku. Obiecuje się już przecież czternastą emeryturę, a nawet i kolejne. Warto jednak informować, że od 1 lipca wśród innych znajduje się tzw. podatek cukrowy, a wiec słodyczy ze strony PiS będzie mniej. A to dopiero początek.
Ten ekonomiczny szklany sufit zbudowany przez PiS jest nie do przebicia darmowymi żłobkami i przedszkolami, lokalnymi inwestycjami, obroną samorządów, a nawet zahamowaniem nowych podatków. Nie znaleziono wcześniej w Koalicji Obywatelskiej odpowiedniego antidotum na socjalne argumenty PiS, a może, wieloletnim śladem Platformy Obywatelskiej, kolejny raz je zlekceważono i nie doceniono. A przecież można było, czego dowodzi zgłoszony przez małżonkę Trzaskowskiego ważny projekt dopłat do emerytur matek.
Pewien paradoks sytuacji
stanowi fakt, że mimo upływu lat rząd PiS utrzymuje się na podobnym poziomie społecznego poparcia, nie zużywa się, co jest w politycznej praktyce normalne. Niewątpliwie mają na to wpływ kolejne, etapowe transfery środków finansowych realizowane pod różnymi hasłami w odpowiednim czasie. Prof. Janusz Czapiński twierdzi, że to efekt „mobilizacji politycznej zwolenników nacjonalistycznego patriotyzmu »Polska dla Polaków«, »Polska suwerenna«, »Polska sama się rządzi«, »Polska czyści resztówki komuny w sądach«; krótko mówiąc: »odzyskujemy nasze«” („Newsweek”, 29.06-5.07.2020). Same transfery finansowe nie wystarczyłyby jednak do utrzymania trwałości tej grupy wyborców i przedstawione hasła stanowią, a zaczęło się smoleńskiej zdrady o świcie, quasi ideologiczne uzasadnienie określonych postaw i podstawę więzi. Dla zdecydowanej liczby wyborców obecnego prezydenta, dysponujących zaledwie podstawowym bądź zasadniczym zawodowym wyksztalceniem, powyższe hasła-zawołania wystarczają w zupełności do opisania świata i swojego w nim położenia, a nadto w szczególny sposób ich dowartościowują. Natomiast w grupie wyborców starszych, często bardzo aktywnych w czasach PRL, przy słabości Lewicy i jej wątpliwych wpływów na kształt polityki socjalnej, zwycięża przysłowie o lepszym wróblu w garści czyli np. o trzynastej emeryturze.
Mamy dość
To prawda, że ponad 56 proc. elektoratu ma dość rządów PiS, ale zwycięstwo Trzaskowskiego nie satysfakcjonuje tych wszystkich niezadowolonych. Założenia realizowanej strategii wyborczej, a także programu kandydata Koalicji Obywatelskiej, nastawione na pozyskanie niezdecydowanych i jak największego elektoratu, również spośród wyborców innych kandydatów, pod hasłami wspólnoty i solidarności, wykluczyły jednocześnie charakterystyczne dla tego typu kampanii ostrość i jednoznaczność zarysowanych kwestii. W jeszcze większym stopniu bezwzględny atak na kontrkandydata. To są plusy i minusy kampanii Trzaskowskiego, niejako z konieczności koncyliacyjnej, ale jednocześnie, z przewodnim hasłem-protestem-żądaniem.
Wygrana o jaki włos ?
Z licznych układanek Trzaskowski – Duda, dodających różnie rozkładające się głosy przede wszystkim Hołowni, Bosaka, Kosiniaka-Kamysza, Biedronia, ale i pozostałych kandydatów, okazuje się, że dziś nic nie jest wiadome na temat wyniku wyścigu o prezydencki fotel. Trzaskowski będzie musiał, i już to robi, sklejać różne postulaty opozycyjnych kandydatów nie w swój nowy program, a w przekaz wyborczy, dający także szansę pozyskania liczącej się części osób niegłosujących w I turze. Powinien być bardzo zwarty, hasłowy, łatwo przyswajalny i jasny dla każdego wyborcy, w odróżnieniu od ładnie oprawionego pliku kartek w jego ręce. Powtarzany jak mantra – opanowująca umysł i aktywizująca energię do działania – wszędzie gdzie tylko można.
Ewentualna wygrana Trzaskowskiego jako kandydata całej antypisowskiej opozycji musi koniecznie oznaczać czytelne zwycięstwo bowiem wielu komentatorów obawia się fałszerstwa wyborów w sytuacji niekorzystnej dla obozu Zjednoczonej Prawicy. Na podstawie przebiegu I tury poza granicami Polski i szeregu powszechnie odnotowanych tam uchybień (ale i w kraju również), łącznie z opóźnieniem przesyłki głosów z Wielkiej Brytanii: „Można się zastanawiać, czy jest to nieudolność, czy jest to sabotaż – mówi o realizowanym przez MSZ głosowaniu za granicą sędzia Woj­ciech Hermeliński, były szef Pań­stwowej Komisji Wyborczej” („GW”, 1.07.2020). Cuda nad wyborczą urną zdarzają się częściej niż te inne, tak często przez nas oczekiwane.
Równie zgodna opinia,
jak wynik II tury, dotyczy także liczących się w niej czynników i określonych sytuacji. „Powiedziałabym, że emo­cje społeczne są gorętsze po stronie prodemokratycznych obywateli niż politycznych liderów – mówi prof. Krystyna Skar­żyńska…W tych wyborach – dodaje prof. Radosław Markowski – to trzewia podpowiedzą Polakom, na kogo głosować. Bardziej niż kiedykolwiek zadecydują emocje.” (cytowany „Newsweek”).
Do tych emocji wyborców wynikających z samego faktu rywalizacji kandydatów oraz przekonań co do skutków określonego wyboru dochodzą jeszcze sytuacje z przebiegu kampanii: wypowiedzi i zachowania pretendentów i ich sztabów, różne możliwe wpadki w wygłaszanych przemówieniach i w gestach, sytuacje wkoło wyborcze, ale także pozornie dużo bardziej odległe. Bez wątpienia, co zresztą potwierdzają liczne momenty z poprzednich polskich wyborów prezydenckich, mają one swoją wagę na ostateczny wynik wyborów.
Pierwsze, drobne wpadki zaliczył Rafał Trzaskowski zapominając o tym za czym w swoim czasie głosował. Potężną natomiast wtopę zaliczył Andrzej Duda gdy na propozycję debaty w TVN szef jego sztabu wyborczego Adam Bielan odpowiedział negatywnie licząc, że Trzaskowski weźmie udział w organizowanej przez TVP, z udziałem publiczności, debacie w Końskich. Tę nienajlepszą odpowiedź potwierdzającą obawy Dudy przed takim spotkaniem on sam celnie poprawił słowami: „Wezmę udział w debacie, ale proszę wspólnie zdecydować, jak będzie wyglądała. Proszę o to, by wszystkie trzy telewizje się dogadały.” W ten prosty sposób oddalił od siebie podejrzenia o niechęć stawienia się w szranki z Trzaskowskim jednocześnie będąc pewnym, że Jacek Kurski na pewno nie porozumie się z pozostałymi, a więc nie z jego winy debata się nie odbędzie. Aż tu z niezrozumiałych zupełnie powodów Duda wygłasza 1 lipca w Złotowie orację, że wcale, a wcale się nie boi tego spotkania, podpierając ją opowieścią o tym że „prywatna stacja Trzaskowskiego chce sobie organizować debatę. Dlaczego ma być lepiej traktowana niż TVP i Polsat? ” A Kurski , co było z góry do przewidzenia, odmówił współpracy z TVN i Polsatem.
Kolejne wpadki i blamaże prezydenta, to w powrót do seksualizacji dzieci i kwestia eutanazji łącznie z uciekającymi z Europy zachodniej do Polski starszymi osobami, ułaskawienie pedofila bez względu na szczególne okoliczności tej decyzji, a na koniec sprawa szczepień. W tej ostatniej materii PAD użył nadzwyczaj głębokiego, intelektualnego uzasadnienia swojej decyzji: „Bo nie”.
Podsumowując, Duda nie spotka się z Trzaskowskim, bo mogło by to okazać się jego klęską, mówi jedno, a robi drugie, pokrzykując dzieli i obraża ludzi, wygłasza skandaliczne opinie w kwestii zdrowia. Nie wiemy jak zareagują wyborcy na te wszystkie dudy smolone, ale opozycyjny sztab wyborczy wykorzystuje te sytuacje i wyciska z nich maksimum, jak sok z cytryny.
Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że nie tylko Duda, jego sztab wyborczy, rząd, cała Zjednoczona Prawica z jej licznymi beneficjentami i sam prezes Jarosław Kaczyński zrobią wszystko, i nawet o wiele więcej, aby reelekcja Dudy dokonała się.
Czeka więc nas wszystkich czas nadzwyczajnych zmagań i emocji, stąd również dlatego te wybory już dziś nazywane są histerycznymi.

Podejdźmy racjonalnie do II tury

To oczywiste, że przegrani w dniu 28 czerwca nie są zachwyceni swoim wynikiem.

Po to zdecydowali się na kandydowanie, aby wygrać lub przynajmniej wzmocnić swoją pozycję polityczną na przyszłość, bo przecież w większości nie zamierzają wycofać się z polityki. Jest też zrozumiałe, że nie patrzą nadmiernie przychylnie na zwycięzców, tj. p. Dudę (dalej AD) i p. Trzaskowskiego (dalej RT), zwłaszcza na tego drugiego, gdyż zapewne jego wejście do gry osłabiło p. Kosiniaka-Kamysza i p. Biedronia, mniej p. Hołownię czy p. Bosaka. Można też zrozumieć satysfakcję przegranych z tego, że kandydaci, którzy pozostali na placu boju, starają się przeciągnąć na swoją stronę, zarówno tych, którzy nie wzięli udziału w wyborach, jak i tych, którzy nie oddali swoich głosów na AD lub RF. Niniejszy felieton jest próbą przekonania wyborców, że kolejna kadencja tego pierwszego będzie fatalna dla Polski. Najogólniej mówiąc, AD jako prezydent oznacza dalszą degradację naszego kraju na arenie międzynarodowej i postępującą atrofię instytucji demokratycznych i obywatelskich w perspektywie wewnętrznej. Środowisko polityczne popierające AD chce, przy jego czynnej i świadomej pomocy, zaprowadzić u nas porządek autorytarny, bo gwarantuje to sukces hasła „Teraz k..wa my” ze wszystkimi tego konsekwencjami w rozmaitych dziedzinach życia. I to motywuje poniższy apel –wprawdzie p. Duda jest faworytem, ale to nie znaczy, że musi wygrać.

  1. Do zwolenników Koalicji Obywatelskiej. Was nie trzeba przekonywać, ale zważcie, że II tura będzie już w okresie wakacji. Zwolennicy tzw. dobrej zmiany już zacierają ręce i gadają (to cytat) „Fajnie, ci z miast pojadą na wakacje, wiejska bidota zostanie w domach i zagłosuje na nas”. Jeśli możecie, nie rezygnujcie z udziału w wyborach i zachęcajcie innych, aby stawili się przy urnach (do tego jeszcze wrócę). Nie uważajcie, że inni mają głosować na RT tylko dlatego, że popierają szeroko pojętą opozycję. Trzeba ich do tego przekonywać.
  2. Do p. Hołowni i jego zwolenników. Wiele Waszych oświadczeń wskazuje na to, że bliżej Wam do p. Trzaskowskiego niż p. Dudy. Tak trzymać. Powiedzcie „Pomożemy porażce AD, bo nam bliżej do jego rywala”. Pamiętajcie, że wynik Waszego kandydata (13,87 proc. ) plus wynik RF 30,46 proc. , to więcej niż rezultat AD (43,5). Jest więc na czym budować.
  3. Do p. Bosaka i jego zwolenników. PiS od razu zaczął puszczać do Was oko, że oni też prawica i patrioci. Cała historia tzw. dobrej zmiany dowodnie wskazuje, że jej prawicowość jest tylko deklaratywna i obliczona na doraźne korzyści. Rozwój Waszego ruchu będzie trudny w państwie rządzonym przez PiS, ponieważ ta formacja chce mieć monopol na to, co słuszne, ale w swoim mniemaniu. Nie dajcie się uwieść, bo tylko na tym stracicie. Kłamstwo p. Bielana, który dziękuje Wam za poparcie, którego nie zadeklarowaliście, jest wymowny świadectwem obłudy obozu tzw. dobrej zmiany. Pamiętajcie, że głos nie oddany, sprzyja AD, a więc działa na Waszą niekorzyść. Nie dlatego, że tak powiedział p. Tusk, ale ponieważ tak jest. Autentyczny ruch narodowy może rozwijać się tylko w ładzie demokratycznym, a nie autorytarnym. Jasne, że macie różne obiekcje wobec RT, ale AD budzi jeszcze większe wątpliwości. Wprawdzie Wasi liderzy powstrzymują się od deklaracji w sprawie poparcia w II turze, ale p. Bosak apeluje, aby głosować rozumnie i zgodnie z sumieniem. Jeśli rozważycie na zimno, co dyktuje rozum i sumienie, niewykluczone, że obie te władze wskażą RT.
  4. Do zwolenników Koalicji Polskiej. Oczekiwaliście więcej, ale co się stało, to nie odstanie się. Ruch ludowy może odbudować się w ładzie demokratycznym, a nie w autorytarnym (patrz punkt poprzedni). Pamiętajcie, że PiS nie toleruje nawet najmniejszej rywalizacji. Będzie starał się Was wykończyć lub całkowicie podporządkować, wręcz za cenę Waszego upokorzenia. Świadczy o tym historia Samoobrony i to, co czynownicy PiS opowiadali o Was w ostatnich tygodniach. Nie jest tak, że daleko Wam do RT. Nie słuchajcie działaczy w rodzaju p. Litwiniuka z Białegostoku, który nie wyobraża sobie poparcia kandydata KO przez PSL. Ma małą wyobraźnię. A teraz słowo do p. Kukiza i jego zwolenników. Pięć lat temu AD wygrał dzięki poparciu Kukiz-15. Tedy, przyczyniliście się, niezależnie od Waszych intencji, do tego, co PiS nam zafundował i zamierza kontynuować, a co obecnie krytykujecie. Macie do spłacenia pewien dług wobec kraju. Pan Kukiz zapowiedział, że nie weźmie udziału w II turze, o ile p. Kosiniak-Kamysz nie znajdzie się w II turze. Czas by zmienił to postanowienie.
  5. Do p. Biedronia i lewicy. Także odbudowa lewicy zależy od tego, czy w Polsce zapanuje ustrój demokratyczny czy reżim. Nie można mówić tak, jak p. Trela gada, że lewicy bliżej do PiS w sferze socjalnej, zapominając słowach de Tocqueville’a „demokracja kończy się, gdy rząd zauważy, że może kupić obywateli za ich własne pieniądze”. Nieprawda. Zasadniczym celem transferów socjalnych ze strony PiS była właśnie kalkulacja polityczna, a jeno drugorzędnym chęć poprawy polskich rodzin. Świadczy o tym np. fakt, że np. 500+ przysługuje wszystkim rodzicom, także bogatym, a nie tylko rzeczywiście potrzebującym. Pan Biedroń nie powinien mówić, że nowy prezydent ma być także rzecznikiem lewicy, gdyż jego obowiązkiem jest świadczyć na rzecz wszystkich, niezależnie od ich poglądów. Jeśli zgadzacie się z tym, że autentyczna lewica optuje za demokracja, nie wystarczy nie głosować na AD, ale trzeba oddać głos na RT.
  6. Do zwolenników AD. Na pewno macie swoje i poważne racje, aby głosować na niego. Ale rozważcie jeszcze raz, czy są to racje wystarczające. I wtedy podejmijcie decyzję.
  7. Pozostali kandydaci otrzymali po kilkadziesiąt tysięcy głosów, w sumie niewiele, ale zawsze to jest coś, bo ponad 150 tys. Nie ma powodu, aby tych wyborców skreślać. Ich głosy mogą ważyć na ostatecznym wyniku. Nie wolno ich lekceważyć.
  8. Do tych, którzy nie wzięli udziału w I turze i tych, którzy nie zamierzają wziąć udziału w II. Wielu z Was nie chce uczestniczyć w wyborach dla zasady, np. dlatego, że brzydzą się polityki. Inni, ponieważ rozczarował ich wynik I tury, a jeszcze inni, ponieważ im zwyczajnie nie chce się. Zważcie jednak, że absencja nie jest czymś obojętnym dla wyniku elekcji w dniu 12 lipca.
    Frekwencja w I turze była i tak wysoka (około 65 proc. ), ale przewidywania głoszą, że AD wystarczą głosy zdobyte w I turze, o ile na RT będą głosować tylko dotychczasowi zwolennicy tego drugiego. Jeśli więc ktoś identyfikuje się z szeroko rozumianą opozycją lub uważa, że AD nie jest dobrym kandydatem na prezydenta, powinien wziąć udział w II turze. Pamiętajcie też o tym, że im większa frekwencja, tym mniejsza szansa, że ewentualne nieprawidłowości w przebiegu głosowania zaważą na jego wyniku. Doświadczenie I tury wskazuje, że takowe były i być może były sprokurowane intencjonalnie.
    Nie czas na argumenty typu „Nie będę głosować na RT, bo godzi się na poparcie ze strony narodowców”, „Nie będę głosować na RT, bo popiera LGBT”, „Nie będę głosować na RT, bo jest neoliberałem” itd. Etykietowanie jest czymś wyjątkowo szkodliwym w obecnej sytuacji, pomijając już to, że częściowo bierze się z wyjątkowo brudnej, bo kłamliwej,, propagandy stronników AD. RT nie jest cudotwórcą, także zważywszy kompetencje prezydenta RP. Jego prezydentura może być, co najwyżej otwarciem sanacji państwa polskiego, a nie radykalną zmianą od zaraz. Prezydent może to i owo inicjować czy temperować polityczne i ekonomiczne szaleństwa tzw. dobrej zmiany, np. mamienie przez AD perspektywą przeciętnych zarobków w wysokości 2 tys. Euro za 5 lat czy realizacją inwestycji, zarówno wielkich jak i lokalnych. Nie wierzcie, bo jest to zwyczajne chciejstwo, bez pokrycia w prezydenckich kompetencjach, nie mówiąc już o możliwościach budżetowych, za małych wedle opinii ekspertów. Polsce potrzebny jest prezydent racjonalny, mierzący zamiary na siły a nie odwrotnie, a więc takiego, jak RT w przeciwieństwie do AD – ten drugi głośno dmie w róg obfitości, musi być on pusty (parafraza z Leca).
    I na koniec symbol. Pan Duda odmówił udziału w debacie telewizyjnej zaproponowanej przez TVN i kilka innych mediów, ale nie ma oporu przed pojawianiem się w Polsacie i TVP, a więc tam, gdzie go wspierają częściowo (Polsat) lub całkowicie (TVP). To można porównać z takim oto oświadczeniem trenera drużyny rywalizującej o mistrzostwo Polski w piłce nożnej „Owszem, rozegramy mecz, ale tylko na własnym boisku” – na dodatek z własnym arbitrem wynajętym z TVP Info. Czy chcecie mieć za prezydenta kogoś, kto gra tak tchórzliwie i tak znaczonymi kartami w ostatecznej rozgrywce wyborczej?
  • tekst został opublikowany w internetowej Polityce.