Bigos tygodniowy

Najczarniejsze koszmary stają się rzeczywistością. Pandemia coraz bardziej, lawinowo się rozpędza, a władza PiS zdecydowała się na arcybarbarzyńskie posunięcie w stosunku do kobiet i ich praw. Piekło kobiet rozpęta się teraz z siłą, jakiej do tej pory nie znaliśmy. Podstępnie scedowano brudną robotę z Sejmu na atrapę tzw. Trybunału Konstytucyjnego. Obowiązująca w Polsce od 27 lat najbardziej drakońska ustawa antyaborcyjna w Europie zostanie zmieniona tak, że będzie to oznaczało praktycznie całkowity zakaz aborcji. Nie ma odpowiednich słów by adekwatnie nazwać to horrendum, tę hańbę, która dokonała się 22 października 2020 roku. Polska stała się tego dnia najbardziej opresyjnym i ponurym miejscem w Europie, europejskim Salwadorem. To co się stało, jest tak straszne i tak brzemienne w skutki, że powinno być właściwie jedynym tematem bigosu. Nie chce się wierzyć, że coś takiego mogło się stać w kraju członkowskim Unii Europejskiej. Nie ma też złudzeń, że na tym się skończy. Tylko czekać jak po zniesieniu legalności przesłanki embriopatologicznej, zniesiona zostanie także legalność dwóch pozostałych przesłanek uprawniających do przerwania ciąży – zagrożenia zdrowia i życia kobiety oraz przestępczego źródła ciąży. Tuż po ogłoszeniu wyroku przez tzw. Trybunał Konstytucyjny, w wielu polskich miastach, odbyły się protesty. W Warszawie, nieopodal domu Kaczyńskiego, doszło do starć z policją, która potraktowała demonstrantów gazem i zatrzymała kilkanaście osób. Więcej, protesty nie ustały w kolejnych dniach pomimo ograniczeń epidemicznych i trwają już blisko tydzień. Biorą w nich udział przede wszystkim bardzo młodzi ludzie, ich skala jest zapewne większa niż pamiętny, masowy Czarny Protest z października 2016 roku.

*****

A teraz kilka słów refleksji „na chłodno”, choć tak naprawdę nie sposób w tej kwestii zachować chłodnego dystansu. Układ sił politycznych w Polsce od wielu lat nie pozwalał nawet marzyć o szansach na liberalizację prawa aborcyjnego, ale z drugiej strony wydawało się, że nie ma także klimatu sprzyjającego co pewien czas podejmowanym przez fundamentalistów próbom jego zaostrzenia. Te próby, włącznie z projektem Godek i projektem Ordo Iuris jesienią 2016 roku nie powiodły się także wskutek postawy Kaczyńskiego. Wydawało się więc, że obecnie obowiązująca, ale pozostawiająca kilka wyjątków od zakazu aborcji restrykcyjna ustawa trwać będzie jeszcze długo. Co więc spowodowało ten nagły i mimo wszystko jednak zaskakujący ruch? Pojawił się argument, że chodziło o przykrycie nieudolności władzy w walce z pandemią, nadchodzącego wielkimi krokami kryzysu gospodarczego, bo to o czym donoszą media już jawi się jako katastrofa, apokalipsa. Zgodnie z innymi argumentami, Kaczyński zdecydował się na ten ruch, by zneutralizować nacierających od prawej strony fundamentalistów z Konfederacji i „Solidarnej Polski” Ziobry. Być może jest tu coś na rzeczy, ale nie zmienia to faktu, że podstawową przyczyną tego, co się stało jest fakt, że PiS to formacja fundamentalistyczno-autorytarna, której celem jest podporządkowanie sobie wszystkich sfer życia. Czyli, nie chodzi tylko o taktykę, ale że oni – PIS-owcy mają po prostu taki pogląd na świat.

*****

Dziwisz, niegdysiejszy kapciowy Wojtyły w randze kardynała okazał swoją nicość. Indagowany o sprawę pedofilii wśród podległych sobie księży, na oczach widzów jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych wił się i kluczył, „szedł w zaparte”, po prostu „nie widział, nie słyszał, nie mówił”. Wypierał się w żywe oczy wszelkiej wiedzy i wszelkiej odpowiedzialności za czyny kapłanów, latami krzywdzących małoletnich, pomimo że przedstawiono świadectwa, że wiedzę taką miał, tylko nic, ale to nic z nią nie zrobił. Osobnik, który nie ma kwalifikacji nawet na wiejskiego proboszcza, nie był w stanie okazać nawet cienia empatii ofiarom pedofilii. A tak w ogóle ciekawe, jak i kiedy Kościół Katolicki w Polsce zamierza rozwiązać nabrzmiewający problem coraz większej liczby osób, pokrzywdzonych przez jego funkcjonariuszy, którzy zebrali się na odwagę i niejednokrotnie publicznie opowiadają o swojej traumie? Na razie oprócz okrągłych słów KK konkretnych rozwiązań nie proponuje.

*****

Mimo poparcia ponad tysiąca organizacji pozarządowych i szacownych instytucji, 201 posłanek i posłów, pisowska większość odrzuciła kandydaturę Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Przebieg posiedzenia Sejmu, a zwłaszcza stanowisko PiS, wyrażone właściwie jednym zdaniem przez Kanthaka Jana nie pozostawia wątpliwości, że rządzący najchętniej zlikwidowaliby RPO, ale skoro konstytucja nie daje takiej możliwości, wepchną na to stanowisko swojego funkcjonariusza o poglądach skrajnie fundamentalistycznych w rodzaju Czarnka czy Pawlaka, pseudorzecznika praw dziecka. Bigos tygodniowy stawia na niejakiego nomen omen Warchoła, obecnego sekretarza stanu w resorcie kierowanym przez Ziobro, piastującego dodatkowo funkcję rzecznika rządu do spraw praw człowieka albo kogoś bardzo, bardzo podobnego. Z tym, że jeszcze rządzący muszą się zastanowić co z senatem zrobić, bo niestety ten ma coś do powiedzenia w sprawie wyboru RPO. Najbardziej cieszy, że Zuzanna Rudzińska – Bluszcz nie wymięka i już zapowiada, że będzie ponownie kandydować. Bigos tygodniowy oczekuje zatem z niecierpliwością, kiedy prawica wystawi swojego kandydata, kto nim będzie i jaki program nam zwykłym obywatelom przedstawi. Będzie się działo!

*****

W miniony piątek, w plenerze odnalazł się Duda, z tym że ten plener to była tak naprawdę przebudowa Stadionu Narodowego na szpital tymczasowy. Duda i towarzyszący mu mężczyźni stali na tle krzątających się robotników i Duda prawił, jak będzie fajnie na tym stadionie, jak już zostanie przebudowany. Bigos tygodniowy nie wątpi, że może być fajnie, choć zważywszy sytuację epidemiologiczną kraju, uważa że może z tą fajnością to przesada. Co gorsze, Bigos tygodniowy nie może uwolnić się od kilku natrętnych pytań, które są związane z tą wiekopomną inwestycją. Mianowicie, ile lat tak przebudowany stadion będzie wykorzystywany jako szpital „tymczasowy”, ile taka przebudowa będzie kosztowała, ile będzie kosztował demontaż szpitala tymczasowego, gdy COVID 19 już się skończy i kto zarobi, na tych wszystkich montażach i demontażach, bez wątpienia, dużą kasę? I żeby nie było, Bigos tygodniowy uważa, że szpitali zakaźnych, medyków specjalizujących się tej dziedzinie jest mało, bardzo mało, w ogóle że polska służba zdrowia leży i kwiczy, bo po prostu w dobie koronawirusa zwyciężyło nasze narodowe zawołanie „Jakoś to będzie”, zamiast nudnej, rzetelnej roboty u podstaw. Tak tylko myśli, jaki ma sens taka przebudowa Narodowego oprócz propagandowego dymu? No jaki? Z różnych stron dobiegają wszak informacje, że w różnych miastach stoją szpitale, które w nieodległej przeszłości zostały zamknięte i należałoby je tylko otworzyć i doposażyć, aby mogły przyjmować pacjentów. Więcej, te szpitale zostałyby z nami na dłużej, tak na wszelki wypadek, bo naukowcy, ci wstrętni pesymiści, wieszczą, że ta pandemia to tak naprawdę uwertura tego co czeka ludzkość, również nas Polaków, w nieodległej przyszłości i zakaźne choróbska, przy których SARS – CoV-2 to pikuś, czają się za węgłem. A tak w ogóle, czy ktoś tak poważnie rozważał czy rzeczywiście, skoro istnieją gotowe budynki szpitalne (w tym podobno w Warszawie), adaptacja Narodowego prowadzona z takim rozmachem jest celowa, czy w ogóle ktoś policzył, a myślę tu przede wszystkim o Dworczyku Michale, ale nie tylko, ile to będzie kosztowało nas wszystkich, bo przecież środki pójdą z chudego budżetu ? Czy opinia publiczna nie powinna już teraz poznać faktycznych powodów przebudowy Stadionu Narodowego na szpital tymczasowy i kwoty za jaki zostanie zrealizowany ten fantastyczny pomysł? Najsmutniejsze jest to, że Stadion Narodowy to wisienka na torcie pomysłu forsowanego przez rządzących, media donoszą o kolejnych obiektach stadionach, halach targowych, centrach kongresowych, które za jak należy się domyślać za grubą, bardzo grubą kasę, będą adoptowane na tymczasowe szpitale. Ale co tam, Polska jest bogata i na pewno da radę.

*****

Wracam do rewolucji jaka od 22 października 2020r. dokonuje się na naszych oczach na ulicach polskich miast i miasteczek, bo to jest właściwie temat, który mógłby być jedynym tematem Bigosu tygodniowego. Tłumy, przede wszystkim młodych ludzi, w związku z wydaniem przez tzw. Trybunał Konstytucyjny wyroku prowadzącego tak naprawdę do całkowitego zakazu aborcji, protestują. Mają poczucie, że kobietom, ale nie tylko, także ich mężom, partnerom życiowym, odebrano prawo do decyzji w kwestii tak istotnej jak decyzja o terminacji uszkodzonego płodu. Mają poczucie, że pozbawia się ich podmiotowości, że rolę kobiet sprowadza się, jak ujęła trafnie jedna z uczestniczek protestu, do roli inkubatora. Póki co rządzący nie reagują na masowe protesty, nie wypowiedzieli się ani Duda ani Mateo, Jaro który zakończył kwarantannę milczy. Czyżby uważali, że sprawa przyschnie? No cóż Bigos tygodniowy uważa, że błądzą. Sprawa jest bardzo, ale to bardzo poważna, zaś sytuacja może się zakończyć tragicznie. Już tylko marginesowo Bigos zauważa, że epidemiolodzy apelują do demonstrujących o zachowanie dystansu społecznego, noszenie maseczek, wieszczą niekontrolowany wzrost zakażeń. Niestety, ich prognozy mogą się okazać trafne, a pod koniec listopada niestety zabraknie i łóżek covidowych i respiratorów, bo zakażeń będzie wiele.

W poszukiwaniu utraconej większości

Zamiast planowanej propagandowej „ofensywy jesiennej”, wystraszony pandemią pan premier Morawiecki wezwał do obrony Częstochowy.
Zaapelował do opozycji i wszystkich mieszkańców naszego kraju o jedność i zgodne współdziałanie w walce z zarazą. Symbolem takiego narodowego pojednania może stać się Szpital Narodowy. Zorganizowany na stadionie, gdzie polska reprezentacja wygrywała mecze ostatniej szansy.
Wezwania brzmiały pięknie i zabrzmiałyby jeszcze piękniej gdyby nie padały z ust polityka uznawanego powszechnie za notorycznego kłamcę. Któremu zaufanie społeczne pikuje w dół i w zeszłym tygodniu osiągnęło poziom 40 procent. Najniższy w tym roku. Dodatkowo spada autorytet pana premiera w elitach PiS. Dziś nikt nie wspomina tam o „przełomowym” jesiennym Kongresie Prawa i Sprawiedliwości, na którym pan premier miał zostać wice prezesem tej partii i otrzymać namaszczenie na pierwszego następcę pana prezesa Kaczyńskiego.
Za to coraz częściej przypomina się, że pan prezes ma zwyczaj traktowania swych faworytów jak „zderzaki”. Nie oszczędza ich, ale poobijanych potem też nie porzuca. Daje im sprawdzić się w Parlamencie Europejskim, przeróżnych trybunałach, nawet w biznesie.
Pan premier domagał się od opozycji zbudowania jedności narodowej i wsparcia PiS rządu. Czego nie dostaje teraz od własnego zaplecza politycznego. W Sejmie rządząca koalicja przegrała prestiżowe głosowanie, bo jej liderzy spóźnili się do pracy. I zamiast wyciągać organizacyjne wnioski, elity PiS winą za swe błędy obarczyły opozycję. Co rujnuje deklarowaną przez premiera politykę współpracy i jedności już na starcie.
Kłamią i dzielą
Nie sprzyja też tworzeniu takiej jedności polityka propagandowa TVP i Polskiego Radia. Ta telewizja i to radio nadal prześcigają się w opluwaniu opozycji i eskalowaniu wojny plemiennej z Platformą Obywatelską. W dzieleniu polskiego społeczeństwa, szczuciu jednych grup na drugie. Nawet opozycję parlamentarną TVP usiłuje podzielić. Najsilniej walczy z PO i Konfederacją. Czasem znajduje dobre słowa dla PSL- Kukizowców i Lewicy, zwłaszcza kiedy uwiarygodnia to telewizyjne ataki na liberałów i radykalną prawicę.
Trudno za to znaleźć w publicznych mediach programy systematycznie informujące jak zachowywać się aby uniknąć zarażeniu korona wirusem. Jak lepiej zorganizować sobie życie w czasie narastającej zarazy. Dostajemy za to codzienne, pełne ksenofobicznej satysfakcji serwisy, że inni, zwłaszcza zachodnie państwa Unii Europejskiej, radzą sobie znacznie gorzej niż Polska. Tak to TVP i Polskie Radio wykorzystują dwa miliardy złotych jakimi zasiliła je rządząca PiS z naszego deficytowego budżetu.
Nie sprzyja tworzeniu ponad partyjnej jedności nowy minister edukacji narodowej. Ten za najpilniejsze i priorytetowe zadanie uznał przegląd szkolnych podstaw programowych. Co na wstępie brzmi nawet słusznie. Bo po zdeformowaniu systemu oświaty przez panią minister Zalewską z PiS, pozostały po niej przeładowane niepotrzebnymi informacjami podstawy programowe. Nie przydatne w nauczaniu on-line.
Niestety pan minister Czarnek zamierza skupić się jedynie na wyrugowaniu z podręczników do polskiego i historii „ideologii liberalnej i lewackiej”. Czyli rozpocznie kolejną, dzieląca Polaków wojnę kulturową. I da zarobić zaprzyjaźnionym pisarzom słusznych podręczników. Opłacanych z deficytowego, wspólnego,budżetu państwowego.
Ten deficyt będzie rósł nam odwrotnie proporcjonalnie do dobrych nastrojów obywateli. Pogłębi go nieco wrzucona przez pana prezesa Kaczyńskiego ustawa o ochronie praw zwierząt. Zwana wśród jej prawicowych przeciwników ustawą „o uboju rytualnym polskiego rolnictwa”. Jej konsekwencją mogą być odszkodowania dla zamykanych branż hodowlanych i mniejsze wpływy podatkowe od ograniczających ubój hodowców.
Samo jej procedowanie podzieliło też polskich hodowców. Wyłączono spod jej rygorów hodowców drobiu, bo ich lider pan Andrzej Goździkowski, właściciel koncernu Celdrob, jest wieloletnim sponsorem struktur i mediów związanych z PiS. Pozostawiła rygory hodowcom bydła, bo widać nie wystarczająco wspierali elity PiS. Ci zdesperowani organizują teraz anty PiSowskie protesty na drogach.
Ustawa podzieliła też parlamentarzystów PiS. W Senacie plotkuje się, że jeden z najgłośniejszych jej krytyków, pan senator Jan Maria Jackowski, przejdzie do Konfederatów. Jego decyzja może wywołać podobne zachowania wśród głosujących przeciwko ustawie senatorów i posłów PiS. Choćby popularnego na wsi, byłego pana ministra rolnictwa Jana Ardanowskiego.
Takie zmiany barw klubów parlamentarnych mogą sprawić, że PiS utraci nadzieję na „odbicie” Senatu z rąk opozycji. A jego sejmowa większość skurczy się do niebezpiecznego minimum.
Nic dziwnego, że „anty rolnicza” ustawa jest już jawnie krytykowana na łamach tygodników związanych z PiS. Szydzi z niej, i z jej inicjatora pana Michała Moskala, pan redaktor Wojciech Reszczyński w „Sieci”. Zwalczają ją liczni panowie publicyści w „Do rzeczy”.
Strajk prezydencki
Nie słychać też wparcia dla tej ustawy i wezwań do jedności z Dużego Pałacu. Pan prezydent Duda milczy wymownie. A w pracy zachowuje się jakby przeprowadzał „strajk włoski”. Wykonuje tylko minimum swoich konstytucyjnych obowiązków. Nie konsultuje się z panem prezesem, wicepremierem Kaczyńskim. W swojej Kancelarii zatrudnił polityków skłóconych wcześniej z panem prezesem Kaczyńskim. A swą wizytę na Ukrainie przygotował bez udziału ministerstwa spraw zagranicznych. Nic dziwnego, że „Nowogrodzka mówi o niedobrej samoizolacji Andrzeja Dudy”, a nowy styl prezydenckiej pracy pryncypialnie krytykuje oddany PiS publicysta „Sieci” i TVP pan redaktor Stanisław Janecki.
Świadectwem „imposiblizmu”, czyli niemocy elit PiS jest konstytucyjny wakat na stanowisku Rzecznika Praw Obywatelskich. Elity PiS nie chcą poniżać się politycznie współpracą z opozycyjnym Senatem. Bez Senatu nie można jednak wybrać zgodnie z prawem nowego Rzecznika. Pozostawienie wakatu lub bezprawny wybór Rzecznika to kolejna, dodatkowa wojna z instytucjami naszej Unii Europejskiej. I kolejny argument by obciąć Polsce wspólne pieniądze na nasz rozwój.
Gdyby nie było zarazy, to elity PiS mogłyby propagandowo pokozaczyć sobie. Ale przy tak deficytowym budżecie jak obecny, nawet zapowiadane przez pana prezesa, wicepremiera weto unijnego budżetu, zostało uznane jako zwykle „strachy na Lachy”. Nawet Jan Rokita, były minister, dziś publicysta „Sieci”, przewiduje ostateczną polską zgodę za cenę dodatkowego politycznego cukierka wysupłanego przez kanclerz Merkel.
„Sytuacja jest dynamiczna możemy ją tylko obserwować”, lubi powtarzać pan prezes, wicepremier. Jedyny polityk w PiS, który stale mentalnie gotowy jest do przedterminowych wyborów. Nawet za cenę utraty władzy. PiS jest najbogatsza partią polityczną w Polsce. Stać ją na przeczekanie kryzysu gospodarczego wywołanego zarazą i powrót do władzy. Pan prezes Kaczyński dobrze czuje się w ławach opozycji. Chce być aktywny politycznie jeszcze przez 20 lat.
Wedle ostatnich sondaży na PiS zagłosowałoby 36 -38 procent wyborców. Nie daje to większości w przyszłym Sejmie. Na PO 26-28 procent. Pozostałe formacje polityczne, także Lewica, nie przekraczają 10 procent.Nie daje to gwarancji na stabilną, alternatywną większość.

Bigos tygodniowy

Wypada zacząć od epidemii, która narasta, przybierając zastraszające, apokaliptyczne wręcz rozmiary i której konsekwencje są rozległe, przerażające. I ta sprawa ze stanem epidemii się wiąże, choć pośrednio. Cztery lata temu, w październiku 2016, doszło do masowych i potężnych protestów, nazwanych „czarnymi”. Kobiety, bo one były główną siłą tego ruchu, sprowokowane zostały próbą wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji wysmażonego jako projekt Ordo Iuris. Sam Kaczyński, przerażony skalą i burzliwą atmosferą protestów oraz marszów wszedł wtedy na sejmową trybunę i nakazał rejteradę. Nie tylko dlatego, że z powodów politycznych nie należy do gorących zwolenników zakazu, ale także dlatego, że przeraziła go perspektywa, że jego „rząd obalą kobiety”. Po czterech latach śmiertelne niebezpieczeństwo dla resztki praw reprodukcyjnych kobiet w Polsce powraca jak ponure fatum. Tzw. Trybunał Konstytucyjny Przyłębskiej ma zbadać w tym tygodniu, na wniosek grona posłów PiS, zgodność z konstytucją prawa do aborcji uszkodzonego płodu. Sytuacja jest szczególnie niebezpieczna, bo warunki i obostrzenia epidemiczne radykalnie utrudniają, jeśli w ogóle nie uniemożliwiają organizacji protestów. Ponury paradoks może sprawić, że dla fundamentalistycznej katoprawicy i Kościoła kat. epidemia może okazać się „prezentem od losu”, „błogosławieństwem”, bo dzięki niej mogą osiągnąć to, do czego bezskutecznie dążyli przez lata, ale przegrywali z uwarunkowaniami politycznymi. To dla nich unikalna być może i ostatnia okazja wprowadzenia ultradrakońskiego, barbarzyńskiego zakazu aborcji. Czy to już przesądzone czy też jednak zdarzy się coś, co w ostatniej chwili odwróci to ponure fatum?


Wygląda na to, że to, co zrobiono z Romanem Giertychem, to pierwszy akt owej „jesiennej ofensywy”, którą władza zapowiadała od szeregu tygodni. W miniony czwartek, Roman Giertych, znany adwokat, został zatrzymany przed siedzibą jednego z sądów warszawskich, zakuty w kajdany, a następnie przewieziony do własnego domu, gdzie funkcjonariusze CBA podjęli, zgodnie z wypowiedzią Rzecznika Prasowego Ministra Koordynatora Służb Specjalnych Stanisława Żaryna „tradycyjne”, w takich sytuacjach, czynności przeszukania. Kilkugodzinne przeszukanie zostało jednak na jakiś czas przerwane, ponieważ adwokat stracił przytomność i został przewieziony do szpitala. W piątek w warunkach szpitalnych, półprzytomnemu przedstawiono zarzut i przesłuchano. Okazuje się, że postępowanie dotyczące m.in. Romana Giertycha trwa już kilka lat, zatem zdziwienie budzą okoliczności jego zatrzymania, przeszukania domu i kancelarii, a następnie przesłuchania. Prawnik dopatrzy się licznych uchybień prawa, natomiast Bigos tygodniowy zastanawia się czy prawdą są krążące wśród ludu pogłoski, że chodziło o uniemożliwienie adwokatowi udziału w piątkowym posiedzeniu w sprawie aresztowania znanego bankiera Leszka C.? Niestety, nie można tego wykluczyć… Pikanterii sprawie dodaje fakt, że ostatecznie Prokurator Regionalny w Poznaniu nie złożył do sądu wniosku o tymczasowe aresztowanie Romana Giertycha, a zastosował jedynie wolnościowe środki zapobiegawcze, czyli poręczenie majątkowe w kwocie 5. milionów złotych polskich, dozór policji, zakaz opuszczania kraju i zawieszenie w wykonywaniu zawodu adwokata. Ciekawe co zrobi sąd, do którego ani chybi wpłynie zażalenie obrońców mecenasa ? W każdym razie, ten ostentacyjny pokaz siły służb, jest kolejnym dowodem na to, że pod rządami PiS i jego sojuszników, Polska naprawdę zmierza w strony dyktatury. O ile już nią nie jest.


W minionym tygodniu opinia publiczna odnotowała rekordowe liczby osób zakażonych, osób zmarłych, osób przebywających w szpitalach i osób pod respiratorami. Tymczasem Karczewski Stanisław, niegdyś Marszałek Senatu, lekarz z zawodu, w Porannej Rozmowie RMF FM dziennikarza Mazurka Roberta (to ten, który wraz z byłym ministrem zdrowia Szumowskim swego czasu obśmiewał noszenie maseczek w dobie koronawirusa) o pandemii poradził słuchaczom, aby jeść jabłka, jedno a najlepiej dwa, czego skutkiem będzie zdrowie, a lekarz będzie zbyteczny(„Jedno jabłko z wieczora i nie ma doktora”). Faktycznie, jedzenie jabłek zwłaszcza polskich jest nie tylko zdrowe, ale napędza popyt, w dobie recesji nader ważny. Czy jednak ta metoda pomoże pokonać koronawirusa, który właśnie rozszalał się na terytorium RP? Bigos tygodniowy śmie wątpić.


Prominentni przywódcy faszystowscy w Słowacji i Grecji zostali skazani za swoją działalność na kary wieloletniego więzienia. W Polsce faszyści, ochraniani przez policję i dowartościowani przez rządową propagandę bezkarnie przejdą za kilka tygodni ulicami polskich miast, w tym w tzw. „marszu niepodległości” w Warszawie. Oto miara potwornej czeluści, w jakiej znalazła się Polska pod rządami PiS


Na nic będą ostrzeżenia i apele epidemiologów i wirusologów. Nie ulega bowiem wątpliwości, że 1 listopada, jak każdego roku, rodacy hurmą rzucą się na cmentarze, bo tego dnia nie mogą żyć bez zapachu palonej stearyny i więdnących chryzantem, spotkań z rzadko widywanymi krewnymi, rozmów nad grobem drogiego zmarłego. Tradycji stanie się zadość, bez dystansu, bez maseczek, bez zachowania zasad higieny i wskaźnik pandemii znowu radykalnie skoczy w górę. To jednak czynnik jednorazowy. Natomiast niewielu zwraca uwagę na nawyk chodzenia do kościoła, który jest w dobie pandemii nieustającym źródłem zakażeń, wśród uczestników mszy, zwłaszcza seniorów, a także osób duchownych, niejednokrotnie będących w grupie ryzyka. A przecież zamknięcie w czasach zarazy kościołów i zakaz organizowania zbiorowych obrzędów religijnych byłoby tak korzystne dla zdrowia społecznego.


W poniedziałek Polacy mogli zobaczyć Dudę, był u siebie w pałacu, miał nawet na twarzy maseczkę, a na rękach rękawiczki. Przemówił, ale nie wspierał Narodu w okresie próby pandemicznej słowem lub uczynkiem, nie przeprosił za opowieści dziwnej treści jakie głosił na placach Rzymu o mikrym poziomie zakażeń, o wypłaszczeniu krzywej cowidowej w połowie października. Nie wspomniał o sznurach karetek czekających pod szpitalami z ciężko chorymi, braku miejsc dla tych chorych, medykach harujących ponad siły, nie nakreślił planów na przyszłość, co to to nie. Duda natomiast wręczył niejakiemu Czarnkowi Przemysławowi, synowi ziemi lubelskiej, spóźnioną nominację ministerialną. Czarnek wyzdrowiał z COVID-a i może przystąpić do znojnej pracy na niwie edukacji i nauki. Mając w pamięci jego wypowiedzi choćby o LGBT czy kobietach, bez wątpienia będzie miał dużo do roboty Nauczyciele trzymajcie się, idzie „nowe” czarnkowe.

Flaczki Tygodnia

„Ofensywa jesienna”- taki kryptonim ma program nowego, zrekonstruowanego rządu. Za jej sukces, medialny przede wszystkim, odpowiadać będzie pan Mateusz Morawiecki. Pełniący funkcję premiera w rządzie pana wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego.

Wojna, jaką zaplanowano w ramach „ofensywy jesiennej”, miała być toczona w obronie tradycyjnych narodowo- katolickich wartości. Polskiej rodziny, tej wyłącznie damsko-męskiej. W obronie dzieci polskich dzieci zagrożonych adopcją LGBTI oraz przymusową masturbacją. „Nie będzie lesba pluć nam w twarz, a pedał masturbował !”, już ładowano armaty publicznych mediów narodowo – katolicką amunicją. Pełną tej ich miłości bliźniego. I wtedy padł ten cios w plecy.

Po pryncypialnej krytyce ze strony Wielkiego Brata, uosobionego przez JE Ambasador Mosbacherową, w elitach PiS pojawiły się propozycje zmiany wroga i frontu walki. Doktor Tymoteusz Zych z ultra konserwatywnego Odro Iuris, zaplecza intelektualnego ziobrystów, proponuje by „ideologię LGBT” zastąpić straszakiem „neo marksizm”. Wtedy waszyngtoński Wielki Brat przestanie targać PiS za przysłowiowe uszy, a może nawet Parlament Europejski stonuję swą krytykę. W Polsce samo określenie „marksizm” uchodzi w obecnych elitach za najgorszą obelgę. Zatem „neo marksizm” też łatwo będzie można skopać. I znów takie gminy jak Kraśnik zaczną zakazywać istnienia technologii 5G i „neo marksizmu”. Albo od razu „neo marksistowskiego 5G”.

„Najważniejszym celem, dla którego jestem w polityce, jest wzięcie udziału w wojnie kulturowej. (…) Jestem politykiem po to, by rodziną nadal był związek kobiety i mężczyzny, a życie najsłabszych było chronione”. To powiedziała pani Jadwiga Emilewicz, formalnie nadal minister rozwoju. „Jeśli minister rozwoju za swój sens bycia w polityce uważa udział w wojnie kulturowej, to trafiła do złego ministerstwa. Jeśli zaś takie deklaracje składa w czasie poważnego kryzysu gospodarczego, premier powinien się dobrze zastanowić, czy chce w strategicznym ministerstwie utrzymywać osobę, która najwyraźniej nie ma głowy do realnych problemów obywateli, jakich przecież nie brakuje. Tymczasem w sprawach bliższych swojej działce minister Emilewicz nie ma wiele do zaproponowania, jeśli nie liczyć rzucanych od czasu do czasu pomysłów, jak ten z podwyżką akcyzy na używane auta, „żeby się ich po prostu nie opłacało sprowadzać”. Po co sprowadzać używane, gdy każdego stać na zakup nowego elektryka z obiecanego miliona.”- tak skrytykowała panią minister znana, prawicowa publicystka Kataryna. Skoro po prawicowych ministrach jeżdżą już, niczym po przysłowiowych burych sukach, prawicowe publicystki to znak, że era PiS wchodzi w okres dekadencji.

Następcą pani minister Emilewicz będzie pan Jarosław Gowin. Zostanie też wywyższony do rangi wicepremiera, bo ponoć okazał należną skruchę wobec pana prezesa. I trzeba dać po nosie panu ministrowi Ziobrze. Pan Gowin będzie też ministrem rozwoju i pracy. Bycie odpowiedzialnym za rozwój i pracę w czasie powracającej pandemii i najgłębszego od 30 lat kryzysu gospodarczego to misja samobójcza. Nie trudno zauważyć, że powierzając panu Gowinowi taki resort, pan prezes Kaczyński posyła go na polityczna śmierć.

Odezwał się pan Duda. Nie pan Andrzej prezydent, lecz pan Piotr przewodniczący kanapowego związku zawodowego NSZZ „Solidarność”. „To jest tak, jakby napluto komuś w twarz, i PiS zrobiło to „Solidarności” – ocenił tak nominację pana Gowina. I wezwał pana prezydenta Dudę, by nie zaprzysięgał pana Gowina na ministra. Gdyby pan Duda pana Dydy posłuchał , to skazałby pana Gowina na chude uposażenie zwykłego posła, grożące głodową egzystencją w pełnej drożyzny stolicy. Z drugiej strony ocaliłby go od politycznej śmierci.

Wicepremierem nie zostanie pan Zbigniew Ziobro. Bo wtedy byłyby formalnie równym jaśniepanu prezesowi Kaczyńskiemu, który taką funkcję wybrał sobie w rekonstruowanym rządzie. Po to aby kontrolować działalność koalicyjnego polityka, „Zbyszkiem Zdradzieckim” zwanego. Wcześniej dyskutowano o innym kagańcu dla krnąbrnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. O pozbawieniu go posady prokuratora generalnego, wybiciu mu politycznych zębów.
Jednak ustawa o prokuraturze, która weszła w życie w 2016 roku, zagwarantowała nieusuwalność najważniejszych prokuratorów „krajówki” po przegranych wyborach parlamentarnych i zmianie władzy. Teraz, w sytuacji konfliktu w Zjednoczonej Prawicy, gwarantuje ona wieloletnią nieusuwalność z prokuratury ludzi Zbigniewa Ziobry. Dzięki temu pan minister i prokurator Ziobro będzie mógł grać na przeczekanie. I obarczać odpowiedzialnością za brak postępów w przejmowaniu sądów swego nowego nadzorcę.

Pan poseł Przemysław Czarnek zostanie ministrem edukacji narodowej. Ideowo i politycznie jest bardziej konserwatywny od pana ministra Ziobry i jego drużyny. Dodatkowo jest od nich głupszy. Nic zatem dziwnego, że stał się bohaterem mediów. Pan poseł Czarnek zastąpił złego ministra Piątkowskiego, który zastąpił bardzo złą minister Zalewską. Wszystkie te kandydatury świadczą, że elity PiS traktują edukacje narodową jak sądy. Chcą rozwalić ją. By potem na gruzach stworzyć własną, narodowo- katolicką edukację. Zapewne ich plan powiedzie się w 50 procentach. Edukację rozwalą skutecznie.

Pan prezydent Andrzej Duda znalazł wreszcie czas w swym napiętym grafiku zajęć. Być może już w poniedziałek odbierze przysięgę od nowych ministrów. Ciekawe jak zachowa się podczas odbioru od jaśniepana prezesa Kaczyńskiego? Padnie przed nim na kolana, czy uczyni to na stojąco? Zwłaszcza, że pan prezydent Duda nie musi już zabiegać o poparcie pana prezesa. Teraz może wybić się, choć trochę, na niepodległość.

Będziemy mieć rząd pana prezesa – wicepremiera, z panem premierem Morawieckim oddelegowanym na front brukselski, z dwoma liderami stronnictw koalicyjnych. Uznanych za polityczne ogony szczerzącego kły psa, czyli PiS. Rząd organizacyjnie dysfunkcyjny, pełen politycznych min i pułapek. Taki rząd nie gwarantuje stabilizacji. Nie zdziwmy się, jeśli dojdzie do przedterminowych wyborów parlamentarnych.

Rzeczniczka prasowa najsłynniejszego Polaka na świecie Roberta Lewandowskiego wysłała jednozdaniowe oświadczenie: „W związku z kontrowersjami jakie pojawiły się wokół spółki Nowe Mazury 8, Robert Lewandowski postanowił całkowicie wycofać się z tej inwestycji.” Okazało się, że rządzące elity PiS nie potrafiły zapewnić najsłynniejszemu Polakowi na świecie bezpieczeństwa inwestycyjnego. To symboliczna klęska wizerunkowa Polski jako kraju postępu i rozwoju.

Jan Paweł II, sławny niegdyś jak dziś Robert Lewandowski, został bohaterem „Zatrutego źródła”. Rzeźby Jerzego Kaliny. Artysty o dużym dorobku ,utożsamianym z „Dobrą Zmianą”. Ustawiona nadziedzińcu Muzeum Narodowego rzeźba nawiązuje do kontrowersyjnej kiedyś, wystawionej w Zachęcie instalacji włoskiego artysty Maurizio Cattelana, “Dziewiąta godzina”. Przedstawiająca Jana Pawła II przywalonego meteorem. Dziś rzeźba Kaliny budzi jedynie powszechny śmiech i szydercze komentarze w Internecie. W rodzaju „Jak zabić karpia” albo „ Żuk gnojowy. Reinkarnacja”. Masowy odbiór dzieła Kaliny świadczy o obecnym postrzeganiu polskiego kościoła kat. O drodze jaką on przeszedł. Od świętości do śmieszności.

Bigos tygodniowy

Od kilkunastu dni na oczach zdumionych rodaków, w dobie pandemii i narastającego kryzysu gospodarczego rozgrywała się farsa pt. „Rekonstrukcja”. W głównych rolach obsadzili się Jaro (Stary Królik) i Ziober (samozwańczy kandydat na Nowego Królika), zaś pozostałe figury farsy, w tym Mateo (namaszczony Następca Starego Królika), to tak naprawdę statyści. Intryga przewidywalna, zważywszy okoliczności, a chodzi mniej więcej o to, by Samozwańca zagonić do szeregu, na przyrodzone mu miejsce lidera niewielkiego, acz hałaśliwego stronnictwa, w którym prym wiodą młodzieńcy pewni siebie i nader ambitni, określani przez gawiedź mianem KaKaO. Staremu szło marnie, bo Samozwaniec brykał i żądał, nie odpuszczał, już widział się Starym Królikiem. Jednak wszystko wskazuje na to,że tym razem jeszcze się mu nie udało obalić Starego, a przy okazji Mateo osadzić oślepionego w ciemnicy o chlebie i wodzie za przewiny, które zostały bogato udokumentowane trefnymi papierami niejednokrotnie z jego podpisem. W IV akcie jest wymuszony happy end i „kochajmy się”, ale jak się zdaje na krótko. I tylko szkoda czasu na te trzytygodniowe nocne rozmowy, kiedy dla nas wszystkich z różnych powodów (ekonomicznych, epidemiologicznych) larum grają i nadciągają prawdziwe kłopoty.


Ten styl konfidencjonalnych narad, te srogie i tajemnicze miny, to zajeżdżanie limuzynami bossów poszczególnych Rodzin na nocne narady do capo di tutti capi naprawdę przypomina filmy o włoskiej mafii w USA, z „Ojcem chrzestnym” F.F. Coppoli na czele. Pamiętacie ten wątek z filmu, w którym po zastrzeleniu Sonny’ego Corleone bossowie rodzin Corleone, Tataglia i innych spotkali się, żeby położyć kres wzajemnej masakrze i zawrzeć pokój? Bigosowi tak się to nieodparcie kojarzy i nie tylko jemu.


Rośnie liczba zakażonych COVID 19, rośnie liczba osób w szpitalach i pod respiratorami, rośnie liczba zgonów. Niestety, było to do przewidzenia, bo lekceważenie przez Polaków zasad najprostszych z możliwych, czyli niezachowywanie dystansu, nienoszenie maseczek w miejscach publicznych, musiało dać taki efekt. I będzie gorzej, bo przecież Polacy nie wierzą w koronę, powikłania i zagrożenie zdrowia i życia osób będących w grupie ryzyka. Swoją drogą – jak to jest, że naród tak wierzący w boga, którego nie widział, nie wierzy wirusa, którego przynajmniej, w przeciwieństwie do boga, można zobaczyć pod mikroskopem? Przykre to tym bardziej, że oblewamy jako nacja egzamin z solidarności, takiej zwykłej, nienaznaczonej żadnym heroizmem. Z jednej strony taka postawa jest efektem naszych cech narodowych, wynikających choćby z braku elementarnego szacunku dla drugiego człowieka, z drugiej z sączonego przez „przywódców” przekazu „że wirusa nie ma, nie należy się go bać”. Niestety, jeżeli Polacy się nie ogarną, nie zaczną myśleć, przestrzegać zasad zalecanych przez wirusologów, to jesień i zima będzie ciężka. Medycy trzymajcie się.


Jadwiga Emilewicz, wicepremierka rządu odchodzi z Porozumienia. Przyznała, że drogi polityczne jej i Jarosława Gowina się rozeszły, zamierza być posłem bezpartyjnym w klubie PIS. Jadwiga E. nigdy nie wzbudzała mojej sympatii i mam tu na myśli choćby jej poglądy dotyczące praw kobiet. Jednak trzeba oddać, że jest osobą ambitną, oddaną i wierną członkinią Zjednoczonej Prawicy. Bigos tygodniowy podejrzewa, że zmęczyła ją „współpraca” z Hamletem-Gowinem, który znowu zapragnął być wicepremierem. Mając na uwadze jej zalety, jakże przydatne po prawej stronie sceny politycznej, opisane powyżej Bigos wróży jej karierę w rządzie Mateo i to na jakimś ważnym stanowisku.


Z Sejmu przeniknęły jakiś czas temu informacje, z których wynika, że ziobryści są szkodnikami wszechstronnymi, na różnych polach. Nie tylko reprezentują ekstrema fundamentalizmu religijnego, walczą z prawami kobiet, z ochroną przed przemocą domową i tak dalej, ale występują też przeciw wszelkim inicjatywom prawnym mającym ucywilizować ruch drogowy w Polsce, zmniejszyć liczbę wypadków i śmiertelność na polskich drogach, w tym śmiertelność pieszych. Są więc także darwinistami, bo chcą utrzymać w polskim ruchu drogowym i pieszym zasadę – „ratuj się kto może”.


Gdyby ktoś miał wątpliwości, co to za ziółko z tej filigranowej i słodziutkiej Emilewicz, to przypominam, że na twitterze podżegała niedawno do zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji przez wykreślenie z niej prawa do terminacji płodu uszkodzonego. Ruchy kobiece są w obliczu kolejnej walki, bo na 22 października zapowiedziane jest posiedzenie tzw. Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej w sprawie wniosku grupy fundamentalistów z PiS o sprawdzenie, czy aborcja eugeniczna jest zgodna z konstytucją. To większe zagrożenie dla i tak już radykalnie ograniczonego prawa do aborcji w Polsce niż to z października 2016, które wywołało masowy Czarny Protest kobiet w całej Polsce. Wtedy bowiem fundamentalistyczny projekt Ordo Iuris próbowano przeforsować przez Sejm, który skapitulował (także głosami PiS, na osobiste wezwanie prezesa) przed protestem. Zważmy jednak, że oczywistych względów Sejm jest znacznie mniej odporny na masowe protesty niż taki TK. Bo jak zatrzymać protestami wyrok TK? Jedyne co można, to odsuwać w czasie decyzję ad calendas graecas. Ale to może stać się tylko wtedy, o ile Kaczyński nadal pozostaje niechętny zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej, lęka się protestów kobiet i przykaże Przyłębskiej, żeby zrobiła z tym wnioskiem co trzeba. I o ile nie przekonają go perfidne podszepty Emilewicz.


Na pięknej ziemi lubelskiej jest miasto Kraśnik. Do niedawna niewiele osób wiedziało gdzie tak naprawdę jest ów Kraśnik, ale teraz cała Polska wie, cała Europa i świat cały. Podejmują tam ciekawe uchwały, a to LGBT, a to 5G jest na tapecie. Ostatnio nawet zaproponowano, aby wi-fi w szkołach zlikwidować, a to wszystko dla dobra obywateli – dorosłych i dzieci. Władza wie najlepiej, ludu nie wolno narażać, a chronić go trzeba przed złymi wpływami, bo bezrozumny i bezradny jest. Bigos tygodniowy czeka na otrzeźwienie władzy (nie tylko Kraśnika), bo naprawdę robi się i straszno i śmieszno w stopniu narastającym geometrycznie. W internecie już krążą memy i hasła popularyzujące Kraśnik, a szczególnym zainteresowaniem cieszy się hasło: „Kraśnik – strefa wolna od rozumu”.


50 ambasadorów i przedstawicieli organizacji międzynarodowych podpisało się pod skierowanym do polskich władz listem otwartym w sprawie społeczności LGBT. List został opublikowany na stronach ambasady amerykańskiej, zaś ambasadorka Georgette Mosbacher podkreśliła, że prawa człowieka nie są ideologią, to prawa uniwersalne. Nasi m.in. szef kancelarii premiera Dworczyk Michał, wiceminister spraw zagranicznych Jabłoński Paweł, pisząc wprost, minimalizują wydźwięk tego listu, bo przecież u nas jest wszystko w porządku, a sygnatariusze listu uczestniczą w „evencie ideologiczno -politycznym”. Niestety, u nas nie wszystko jest w porządku, a nawet w sprawie LGBT jest zupełnie źle. List otwarty tylko potwierdza tę diagnozę i żadne zaklęcia czy akty strzeliste takiej oceny nie zmienią.

Flaczki tygodnia

Walka o władzę w elitach PiS radykalizuje się. Świadczą o tym ostatnie prowokacje zorganizowane przez polityków Solidarnej Polski kierowanej przez pana ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, czyli Zbigniewa Ziobrę. To ziobryści wrzucili do debaty publicznej postulat wypowiedzenia przez rząd Konwencji Stambulskiej. Rozkręcili tym debatę o zagrożeniach tradycyjnej, świętej polskiej rodziny przez zachodnie liberalno-lewackie zagrożenia. I czekali jak zareaguje pan premier Morawiecki.

Ale ten zręcznie ograł i rozbroił minę. Sporną konwencje odesłał pod osąd Trybunału Konstytucyjnego, czyli zamrażarki. Wtedy ziobrzyści zapewne zorganizowali prowokację policyjną. Wykorzystali sądowy wyrok skazujący Maggot, znanego akywistę ruchu LGBT, na dwa miesiące aresztu. Tak zorganizowali procedurę jego zatrzymania aby pobudzić protesty w jego obronie. A następnie brutalnie i bezprawnie stłumić je. Liczyli, że prowokacja się uda, bo parlament ma przerwę wakacyjną i wszyscy formalni liderzy partii opozycyjnych wyjechali na wakacje.

Ale znów w naszej rozmamłanej, przepojonej tupolewizmem Polsce misterna intryga wymknęła się spod kontroli intrygujących. Protestujących aktywistów LGBT masowo poparli też apolityczni Warszawiacy. Przebywający przypadkowo w miejscach protestów, które szybko zamieniły się w teren policyjnych łapanek, pałowania i duszenia złapanych. Aktywistów i przypadkowych przechodniów. Protestujący dostali też wsparcie parlamentarzystek Lewicy, a także z Komitetu Obywatelskiego. Zwykle debiutantek w tej kadencji, zatem nieznanych jeszcze policyjnym koordynatorom. Dlatego pewnie policjanci, i policjantki również, nie oszczędzali ciał parlamentarnych i bili je dysyplinująco. Zapewne dostali pozwolenie, zachęty nawet, aby dać tym „lesbom i pedałom” zdrowy, narodowo- katolicki „wpierdol”.

Być może też ci bijący policjanci nie potrzebowali specjalnych zachęt do brutalności. Od kilku lat jeszcze uczciwi policjanci przestrzegali, że rządzący policją państwową politycy PiS rekrutują do niej ludzi z radykalnych środowisk narodowo- katolickich, a nawet kibolskich. Do nich zapewne zwrócił się pan Jacek „Komisarz” Wrona. Emerytowany policjant, były wykładowca szkoły policyjnej w Szczytnie i komentator TVPiS. Ten gwiazdor prawicowego Twittera zamieścił taki wpis: „Mam nadzieję, że wdzięki pani »Margot« zostaną docenione przez współosadzonych!”. Czyli cieszył się, z ewentualnych gwałtów i przemocy jakie czekają na Margot w celi IV Rzeczpospolitej. Nie dziwmy się zatem, że policja państwowa zachowuje się jak partyjne bojówki PiS. Być może, że nie trzeba zachęcać jej do brutalności.

Jako pierwszy policyjne łapanki skomentował pan minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Zaprezentował on filmik z uwiecznionym protestem Magrot i innych aktywistów, którzy uszkodzili agitacyjny samochód plugawiący środowiska LGBT. A jego kierowcy grozili nożem. Ten bezprawny, agresywny czyn był podstawą do sądowego aresztu Margot. Dlatego pan minister Ziobro uznał aktywistów LGDT za pospolitych bandziorów, zaś osoby występujące w ich obronie za popierające zwyczajny „bandytyzm”.

Ziobro był pierwszym komentującym te wydarzenia podczas swej konferencji prasowej i jedynym członkiem rządu. Poza nim głos zabrał jedynie pan premier Morawiecki. „W tym współczesnym sporze cywilizacyjnym trzeba pamiętać o wzajemnym szacunku i wolności dla każdego, ale przede wszystkim o poszanowaniu polskiego prawa, tradycji, kultury, historii i religii. Nie będzie tolerancji dla łamania prawa i agresji!” – napisał na Fecebooku. Dodał, że „wolność człowieka kończy się tam, gdzie pojawia się naruszenie godności innej osoby” i „dotyczy to także uczuć patriotycznych i religijnych”.”Dlatego uważam, że pewne zachowania są karygodne i absolutnie niedopuszczalne”, podsumował. Czyli był za Ziobrą, a nawet przeciw.

Policyjnych łapanek nie skomentował jaśniepan prezes Kaczyński. Milczą marszałkowie Sejmu i Senatu RP. Choć przez policję były też szarpane i bite interweniujące posłanki Sejmu RP. Milczy też pan prezydent Duda, który kilka dni temu nawoływał do zgody. I wyciągał rękę do współpracy. Zamiast niej opozycją dostała policyjną pałę. Milczy też polski kościół katolicki, w imieniu którego wartości policjanci pałowali, dusili i bili wszystkich napotkanych podczas piątkowej demonstracji. Elity PiS milczą zaskoczone, bo nie tak to miało być. Miały być dwa tygodnie wakacji, a potem dyskusje w Zjednoczonej Prawicy o rekonstrukcji rządu. Ziobrzyści nie uszanowani politycznych wakacji i uderzyli znienacka. Pokazali kolegom z PiS, zadowolonym że zwycięstwo pana prezydenta Dudy osiągnięto bez wsparcia Konfederacji, że sejmowa większość nie jest im dana na zawsze. Bo jest Solidarna Polska, która teraz chce być strażnikiem narodowo- katolickich wartości w Zjednoczonej Prawicy. I jeśli jaśniepan prezes Kaczyński nie uwzględni interesów ziobrystów w przebudowanym rządzie, to przyszły pan premier Morawiecki będzie miał regularne ideologiczne testy. Będzie musiał zajmować radykalne stanowiska, co utrudni mu działalność zagranicą. Zwłaszcza w Unii Europejskiej. Dodatkowo wrzucając tematy obyczajowe do debaty publicznej ziobryści odsuwają uwagę opozycji od innych, jakże ważnych problemów: rekordowych zachorowań na koronowirusa, bezrobocia wśród młodych, bałaganu w oświacie, dalszej wasalizacji Polski wobec USA. Wciągając w te ideowo – obyczajowe spory propaganda PiS może też kreować opozycję jako obyczajowych, antypolskich radykałów. Wypychać ją z politycznego centrum, dorabiać gęby wielkomiejskich radykałów.

Jednak te ziorystowskie rozróby budzą też sprzeciw w środowiskach prawicowych. Znana prawicowa komentatorka KATARYNA napisała w „Rzeczpospolitej”: „W dniu, w którym władza chwaliła się złapaniem pomnikowych złoczyńców, a prawicowy komentariat ją za to wychwalał, Janusz Korwin-Mikke napisał na Twitterze, że „chrześcijanie mają obowiązek domagać się kamienowania homosiów”, wyczerpując chyba tym samym paragraf kodeksu karnego penalizujący publiczne pochwalanie popełnienia przestępstwa, ale zapewne tak jak przy innych podobnych wyskokach tego pana zostanie to skwitowane wzruszeniem ramion, bo „przecież on już taki jest”. Niczyich uczuć religijnych nie obraża przecież twierdzenie, że chrześcijaństwo jest religią popierającą kamienowanie ludzi za ich orientację seksualną, podobnie jak nie obraża ich załatwianie sobie kościelnych rozwodów czy systemowe krycie pedofilów. Jedynym aspektem religii wymagającym obrony przez wiernych i aparat państwa jest spokój kamiennego pomnika, a nie żywe wartości.”
KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej
TĘCZOWE ZAPRZYSIĘŻENIE

W cyfrowej sejmu przestrzeni,
wśród licznych dziś fotografii,
obraz co tęczą się mienił
prosto do serca mi trafił.
Zdjęcie – jak murzyn na „zebrze”
to się pojawia, to znika,
bo widać szkodzi celebrze
ta kolorowa publika.
Głębsze przesłanie w tym widzę,
ktoś „fotkę” zrobił genialną:
front to bezbarwny prezydent,
w tle kolorowa normalność.

Ryszard Grosset

Prezydent polskich spraw

Wszyscy powtarzają, że to ostatnia kadencja pana prezydenta Dudy. Ale dlaczego ma być ostatnią?
Pan prezydent Duda złożył wymaganą przysięgę. W trakcie uroczystości parlamentarzyści PiS fetowali go jakby naprawdę wielkim politykiem był.
Pewnie dlatego nawet nie drgnęła mu powieka kiedy przedstawiał się jako „polski demokrata”. Kiedy mówił, że wszyscy obywatele naszej Polski są sobie równi. A tym prawdziwym, niekwestionowanym Polakiem jest „każda osoba lojalna wobec Rzeczpospolitej”. Każdy, kto „ma Polskę w sercu”.
Polskę, która, jak stwierdził, jest „krajem gościnnym” dla wszystkich. O czym zapewne wiedzą już ci wszyscy, niezależnie od ich koloru skóry, wyznania, orientacji politycznej i seksualnej, którzy mieli szczęście zakosztować polskiej gościnności w naszym kraju.
Nie drgnęła mu powieka nawet, kiedy zaprezentował się jako niezłomny obrońca zasady: „Pokój przez prawo, a nie prawo przez siłę”.
Zaprawdę pierwszy raz słyszałem w polskim parlamencie tak zakłamane wystąpienie nowo wybranego prezydenta. I trzeba też przyznać, że w kategoriach hipokryzja i zakłamanie pan prezydent Duda wielce podciągnął się przez ostatnie pięć lat.
Bo podczas swego zaprzysiężenia w 2015 roku mówił jedynie: „
Chciałem dzisiaj, proszę państwa, bardzo mocno powiedzieć: jednym z podstawowych oczekiwań jest to, byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę. Ludzie marzą o takiej wspólnocie, jaka wśród Polaków powstała w latach osiemdziesiątych, w czasach Solidarności i dlatego mówię dzisiaj do ludzi o różnych poglądach, o różnym światopoglądzie, wierzących i niewierzących.
I prosił: „O wzajemny szacunek. Proszę o to, abyśmy szanowali swoje prawa, oczywiście bez narzucania ich innym, ale żebyśmy umieli te prawa nawzajem szanować. Proszę, żebyśmy umieli szanować się nawzajem. Mówię do polskich polityków, mówię to także do siebie. Chciałbym, żebyśmy budowali wzajemny szacunek, bo to szacunek musi być podstawą wspólnoty, a tylko wtedy, kiedy będziemy wspólnotą, jesteśmy w stanie naprawić Polskę, a dzisiaj Polska – przede wszystkim Polacy – tej naprawy bardzo potrzebują.”
A politykę zagraniczną i relacje z Unia Europejską wtedy tak postrzegał:
„Polska polityka zagraniczna, która nie powinna podlegać rewolucji, bo polityka zagraniczna rewolucji nie lubi, potrzebuje dzisiaj korekty. Ta korekta to zwiększenie aktywności. Ta korekta to mówienie o naszych celach. To mówienie o naszych aspiracjach. To przedstawianie naszego punktu widzenia w sposób spokojny, ale zdecydowany i jednoznaczny poprzez komunikowanie tego partnerom w przestrzeni międzynarodowej.
W ten sposób powinniśmy dbać o spójność Unii Europejskiej, tak żeby przy budowaniu tej spójności nasze sprawy były także uwzględniane”.
Pięć lat temu mówił też o budowaniu bezwarunkowej wspólnoty. Teraz też budujemy wspólnotę, ale jej warunkiem jest wola współpracy ze strony opozycji. Zatem jeśli opozycja nie przyjmie warunków stawianych przez władzę, to właśnie ona będzie winną jej braku postulowanej wspólnoty, lub jej wad.
Pięć lat temu nowy prezydent mówił: „My, Polacy, mamy wielką historię i nie mamy się czego wstydzić, wręcz przeciwnie, powinniśmy być z niej dumni. Powinniśmy mówić prawdę, ale powinniśmy także walczyć o prawdę w stosunkach z naszymi sąsiadami, bo dobre stosunki międzysąsiedzkie, międzyludzkie mogą być zbudowane tylko na prawdzie.”
Teraz przestał już wspominać o „prawdzie” w historii. Teraz my Polacy jesteśmy wspaniałym narodem i mamy jedynie piękne karty w historii.
Jak choćby przywołany przez pana prezydenta Rząd Obrony Narodowej z roku 1920.Jako symbol porozumienia ponad partyjnymi podziałami i zgody narodowej.
Pewnie dlatego nie wspomniał, że dziesięć lat później wielce zasłużony premier tego rządu, czyli Wincenty Witos, został bezprawnie aresztowany, uwięziony w twierdzy brzeskiej, upokarzany tam, skazany w sfingowanym procesie politycznym i zmuszony do emigracji z Polski. Przez autorytarne władze sanacyjne, które tak dzisiaj elity PiS hołubią.
Nie mówił też pan prezydent Duda wiele o polityce zagranicznej. Czym wedle Konstytucji powinien się zajmować. O Unii Europejskiej wspomniał tylko raz, jedynie w kontekście Trójmorza. Inicjatywy powstałej w efekcie wielkomocarstwowych, wodzowskich ambicji elit PiS. Rozdmuchanej jak medialny balon. Prezentowanej jako alternatywa wobec integracji „starych” państw UE.
Jak jest naprawdę wystarczy porównać reklamowany w prezydenckim wystąpieniu Fundusz Trójmorza z Funduszem Odbudowy UE. Fundusz Trójmorza zebrał obecnie ponad 3 miliardy euro. Chce w najbliższych latach ambitnie pozyskać kolejne 2 miliardy. A na swe plany inwestycyjne do 2030roku potrzebuje około 500 miliardów euro.
Fundusz Odbudowy UE ma już 750 miliardów na lata 2021-2027. Ale pan prezydent Duda nie wspomina publicznie o Funduszu UE, bo przecież od lat eksponuje anty unijną retorykę. A miraż wielkiego Funduszu Trójmorza „ciemny lud” wyborczy z radością kupi.
Pan prezydent Duda zadeklarował w 2020 roku, że teraz chce być „prezydentem polskich spraw”. To pięknie brzmiące, pijarowskie określenie brzmi jak kalka, echo „Królowy ludzkich serc”. Tak określano brytyjską Lady Dianę.
Jako „prezydent polskich spraw” pan prezydent Duda ma szansę wybitnie wpisać się w nurt polityki celebrycko – twiterowej. Czyli pięknie wyglądać, gładko przemawiać, rozdawać uśmiechy i uczestniczyć w patriotyczno – religijnych imprezach. Śmigać na stokach narciarskich i na Tik-Toku. Wyciągać rękę do opozycji. Tej grzecznej, tej wspierającej pana prezydenta.
W czasie swej kampanii wyborczej pan prezydent Duda obwieścił, że podczas drugiej kadencji będzie już innym prezydentem. Bo wtedy będzie odpowiadał jedynie przez Bogiem i Historią.
Taką zapowiedź niektórzy komentatorzy odczytali jako deklarację zerwania z politycznej smyczy trzymanej przez jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Wybicie się pana prezydenta Duda na polityczną niepodległość.
Czy tak się stanie? Czy może pozostanie tak jak było, czyli nadal Bogiem i Historią będzie dla pana prezydenta Dudy jaśnie pan prezes Kaczyński?
Czas pokaże. Czas pokazać też może, że mówienie o „drugiej i ostatniej” kadencji pana prezydenta Dudy było nieuzasadnione.
Przecież pan prezydent Duda jest kochany na polskiej prowincji równie jak prezydent Łukaszenka na białoruskiej. Jest przystojny i wysportowany jak prezydent Putin.
Jeśli zatem jaśniepan prezes Kaczyński uzna, że Polska potrzebuje politycznego „pokoju przez prawo”, a nie stosowania prawa „na siłę”, to zrobi nam narodowe referendum. I zmieni prawo. Obejdzie Konstytucję.
A wtedy popularny jak Lady Diana pan „Prezydent ludzkich spraw” będzie nam prezydęcił kolejne pięć – siedem lat. Na zasadzie: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.
Boże coś Polsce?

Bigos tygodniowy

„Strefy wolne od LGBT” stały się strefami wolnymi od funduszy unijnych, przynajmniej dla sześciu miast, które to zadeklarowały, a wystąpiły o te fundusze. Unijna komisarz do spraw równości Helena Dalli przypomniała, że ten kto nie respektuje podstawowych wartości i praw Unii Europejskiej nie ma prawa do funduszy. Z kolei francuski minister do spraw europejskich Clement Beaune ostrzegł, że jeśli władza PiS wypowie konwencję stambulską, to Polskę powinny spotkać sankcje finansowe. Tak trzymać i nie popuszczać!


Propaganda reżymu rozpętała medialną histerię na cztery fajerki i rozdziera szaty, bo ktoś w nocy pozawieszał tęczowe flagi i chusty, ponaklejał kartki z manifestem („To miasto jest dla nas wszystkich”) na kilku warszawskich pomnikach, w tym na posągu Chrystusa, pomniku Kopernika, pomniku warszawskiej Syrenki, pomniku Witosa, pomniku Kilińskiego. Nazywają to profanacją i Bóg wie czym jeszcze, policja oczywiście intensywnie szuka sprawców. Ta sama policja, która jest tak pobłażliwa wobec osób nie noszących masek w przestrzeniach zamkniętych takich jak n.p. sklepy czy środkach komunikacji publicznej i stanowiących zagrożenie dla współobywateli z grup ryzyka. Tymczasem zawieszenie tęczowej tkaniny na jakimś obiekcie, choćby najbardziej szacownym i otoczonym czcią to najłagodniejsza, najdelikatniejsza i najmniej inwazyjna z form demonstracji. Czy figura Chrystusa, czy inne pomniki zostały w jakikolwiek sposób uszkodzone? Czy naklejenie przez n/n sprawców kartki papieru z manifestem naruszyło ich integralność? Nie wiem, nie byłem na miejscu tych aktów „wandalizmu”, ale mając na względzie mój wiek i doświadczenie życiowe śmiem przypuszczać, że nie. Usunięcie skutków tych aktów „wandalizmu” polegało, jak się zdaje na zdjęciu flag, chust i odklejeniu kartek papieru. I tyle… O, przepraszam i na zabezpieczeniu tych przedmiotów przez organy ścigania na potrzeby prowadzonego śledztwa. Do czego doszliśmy, skoro coś takiego z całą powagą jest obwoływane „przestępstwem”, a sprawcy/sprawczynie tych czynów z całą surowością ścigani przez wyspecjalizowane w ściganiu służby? Bigos rozumie, że następnie zaangażowane zostaną sądy, które również z całą surowością prawa mogą ukarać przestępców/przestępczynie, wszak okoliczności łagodzących brak. W jakim kraju my żyjemy? Czy ja śnię koszmar? Czy to jawa, czy sen? A tak na marginesie, czy Jezus Chrystus kocha swoich braci i siostry LGBT+? I czy tęcza nie jest znakiem przymierza Boga z ludźmi? Tak tylko pytam…


„Na balkonie w siedzibie biura partii – na trasie przemarszu nacjonalistów w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego – wywiesili trzy transparenty: „Powstań przeciwko faszyzmowi”, „feminizm, nie faszyzm” oraz transparent z powstańczą kotwicą” – napisał Onet. Z powodu tych napisów policja usiłowała wejść do lokalu parlamentarnej partii Lewica Razem, a nie weszła tylko dzięki interwencji posłanki Lewicy Pauliny Matysiak. A gdyby posłanka nie mogła pojawić się na czas? Policja próbowała wejść do lokalu legalnego ugrupowania parlamentarnego, które ma swojego wicemarszałka w prezydium Sejmu. Nie chcę się wdawać w szczegóły. To się nie miało prawa wydarzyć, a zdarzyło się wskutek działania faszyzującego kierownictwa MSW. Bo jak rozumiem, mocodawców policyjnej interwencji, uraziła antyfaszystowska wymowa haseł. Kogo rażą antyfaszystowskie hasła? No chyba tylko faszystów. To, że policja nie wystąpiła w obronie działaczy Lewicy Razem, gdy nie dyscyplinowała faszoli, gdy podczas przemarszu pod siedzibą partii wykrzykiwali groźby karalne i rzucali w nich butelkami, nie jest już zaskakujące.


Już wiemy co rząd Mateo, a właściwie sam Mateo postanowił w sprawie konwencji stambulskiej (tzw. antyprzemocowej), którą Polska miała zgodnie z życzeniem Ministra Sprawiedliwości natychmiast, od razu, już, wypowiedzieć. Taki radykalny pomysł, z różnych powodów, głównie europejskich mógłby być groźny dla wizerunku i kruchych finansów państwa, zatem Mateo i jego kumple (ale ci prawdziwi, nie Zbyszek Z. i jego przyjaciele) wymyślili, rozwiązanie proste, acz przewidywalne, konwencja „idzie” do Trybunału Konstytucyjnego. A ten Trybunał pod wodzą odkrycia towarzyskiego Prezesa Jarka, nieocenionej Prezeski Julii, po 5 latach od jej ratyfikowania i 5 latach rządów PiS sprawdzi czy jest zgodna z Konstytucją. Tak, tak, Trybunał Konstytucyjny po 5 latach od dnia wejścia konwencji stambulskiej do polskiego porządku prawnego będzie sprawdzał jej konstytucyjność. I ciekawe jest bardzo, jak długo poczekamy na wyznaczenie terminu rozprawy, a potem na wydanie orzeczenia? Nie ulega wątpliwości, że Trybunał Konstytucyjny będzie się nad konwencją z troską pochylać, ale czy będzie to trwało 3 lata (byle do kolejnych wyborów) czy jeszcze dłużej, tego nie wie nikt. Sumując powyższe podejrzewam, że Mateo posłał wniosek o zbadanie konwencji do Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej Julii, aby go uziemnić w rupieciarni ad calendas graecas. W końcu Mateo musi jeździć do Europy i z takiego świecenia oczami przed liderami europejskimi, jakie byłoby nieuchronne, mimo kilkuletniej już wprawy, nawet on nie wyszedłby obronną ręką.


Według szablonowej sztancy przekazu pisowskiego Jakubowska Aleksandra (tak, tak, ta sama millerowska „lwica lewicy”) oburza się na łamach w potylice.pl, gdzie służy porucznikom Karnowskim, na odrzucenie wniosków finansowych gmin, które uchwaliły „strefy wolne od LGBT”. I ostrzega, że tym samym może skończyć się uzależnienie przyznawania funduszy unijnych od przestrzegania praworządności przez pisowską władzę. A ja dziwię się, że ta pani choć przez jeden dzień mogła przynależeć do formacji lewicowej.


Tematem ubiegłego tygodnia, a jak się zdaje i bieżącego był i jest COVID -19.Po zapowiedziach, informacjach o tym, że koronawirus słabnie i nie należy się go bać, w przekazie polityków PiS nie ma śladu. Niestety, część naszych rodaków i to znaczna uwierzyła w te hurraoptymistyczne wieści głoszone zwłaszcza przez Mateo, i nie przyjmuje do wiadomości, że były to jedynie pobożne życzenia głoszone na potrzeby kampanii Dudy, że miały zachęcić wyborców PiS do tłumnego pójścia do urn. I teraz będzie trudno wytłumaczyć tymże rodakom, że jednak należy, a właściwie trzeba nakładać na twarze albo maski albo przyłbice w sklepach, środkach komunikacji publicznej, bo koronawirus jest z nami i rozpoczął hiperpolowanie na nasze płuca. Ciekawe czy Mateo stanie przed rodakami i np. w TVPPiS powie, że w czerwcu i na początku lipca w sprawie koronawirusa żartował?


W dniu 3 sierpnia 2020 r. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN stwierdziła ważność wyboru Andrzeja Sebastiana Dudy na prezydenta, dokonanego 12 lipca 2020 r. Boże, chroń Polskę.

Czym jest pisowska dyplomacja, jakie stosunki międzynarodowe wykreowała?

Sztuka dyplomacji, sfera polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowej to dla nominatów PiS istna terra incognito. Dla nieznającego świata zewnętrznego Jarosława Kaczyńskiego są to pojęcia równie obce i nierozpoznane jak zapach kobiety lub dla Andrzeja Dudy – zapisy Konstytucji.

Podobnie beztroska niewiedza i dyletanctwo cechuje całą armię pomniejszych pisowców sprawdzających się na odcinku kontaktów międzynarodowych. Na intelektualnie jałowym gruncie dyplomacji rosną nam ładne kwiatki.
Siła czy argumenty?
Cyceron już 2 tys. lat temu mówił o dwóch sposobach rozstrzygania sporów: jeden przy użyciu siły, drugi przy pomocy argumentów. Pisowska polityka wyraźnie cierpi na deficyt obu tych sposobów. Z argumentem siły jako państwo nie zaszalejemy. Dyplomacja jako funkcja polityki zagranicznej wiąże się z rozwiązywaniem w pokojowy sposób problemów między państwami. Czy jednak elementem dyplomacji jest wojownicze oświadczenie wówczas jeszcze ministra obrony Antoniego Macierewicza o tym, że ,,faktycznie jesteśmy w stanie wojny z Rosją”? Czy to buduje stosunki z silniejszym od nas sąsiadem, czy bardziej buduje nastrój grozy, a wśród sojuszników z NATO konsternację? Takie niefrasobliwe wypowiedzi mają już swą historię. Nonszalanckie oskarżanie rosyjskiego przywódcy o zamordowanie polskiego prezydenta może służyć wszystkiemu, lecz nie tworzeniu choćby poprawnych stosunków z Rosją.
Odbywa się to zresztą przy łoskocie roztrzaskiwanych pomników i miejsc upamiętnienia radzieckich żołnierzy. Czemu właściwie ma służyć to jeżdżenie prętem po klatce z rosyjskim niedźwiedziem? Prawdopodobnie umocnieniu przekonania o rzekomej mocarstwowości Polski. Dowodem na to ma wiodąca rola Polski w budowaniu abstrakcyjnego, rozbijającego unijną jedność i niechcianego przez nikogo tworu Międzymorza, czy też przekonywanie o zazdrości świata patrzącego na polski dobrobyt i kalkującego polskie rozwiązania antykryzysowe. Jest jednak inny klucz do wytłumaczenia aberracyjnej postawy wobec Rosji. Sprawa jest trywialnie prosta i polega na cechach osobowych dyplomatołków, ich kompleksach i zahamowaniach. Ma ona swą analogię w dyplomacji pierwszych rządów PiS. Świadomość pisowskich dygnitarzy własnych braków i dyletanctwa wobec nadzwyczaj profesjonalnej, wytrawnej dyplomacji rosyjskiej podpowiada im najlepszą w ich rozumieniu taktykę unikania wszelkich kontaktów ze stroną rosyjską. Nie będzie konfrontacji, nie będzie kompromitacji, to proste.
Tej zasadzie hołdowała Anna Fotyga sprytnie unikając jakichkolwiek kontaktów z Rosją, dopóki ta nie ukorzy się przed Rzeczpospolitą, nie uzna swoich historycznych win i przeprosi. Tyle, że czasy cara Wasyla Szujskiego i króla Zygmunta III dawno przeminęły, z czego Fotyga nie wpuszczająca do MSZ posłańca z kwiatami od rosyjskiego ambasadora, najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy. Nie zaryzykuję twierdząc, że Fotyga, jak i jej pisowscy następcy nie mają pełnej świadomości, iż dyplomacja jest trudną sztuką poszukiwania możliwego do przyjęcia dla negocjujących stron, zadowalającego kompromisu. Niestety, dla PiSu słowa: kompromis, ustępstwo, negocjacje są pojęciami obcymi, niezrozumiałymi i nieakceptowalnymi. Podobną postawę przyjmował zresztą i Lech Kaczyński, skutecznie unikając wszelkich rozmów z Putinem, a obecnie Andrzej Duda, ślepo zapatrzony w postać swego mentora. Mówimy o prezydencie Kaczyńskim, który prawdopodobnie jako jedyny w historii dyplomacji dopuszczał kuriozalną możliwość złożenia wizyty w innym państwie bez spotkania się z prezydentem tego państwa, po prostu jako turysta, na podstawie ważnej wizy.
Budować relacje
Dyplomacja to mozolne, konsekwentne budowanie niezbędnych więzi, relacji międzypaństwowych i klimatu zapewniającego bezpieczeństwo, owocną i korzystną współpracę, pozwalającą przypieczętować i utrwalić dobre stosunki między partnerami, wypracować najlepszą formułę wzajemnych kontaktów. Te relacje buduje się różnymi sposobami będącymi w zasobach dyplomacji. Także zacieśniając osobiste, przyjazne więzy osobiste między przywódcami. Co robią jednak przedstawiciele totalnej władzy? Robią wszystko na odwrót. W 2016 r. pełniąc obowiązki wicepremiera, Mateusz Morawiecki opisał kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych jako ,,dżumę i cholerę” (!), a prezydent Duda składając w lipcu 2020 r. przedwyborczą wizytę w Stanach unika spotkania z kontrkandydatem Donalda Trampa Joe Bidenem. To nie tylko skandal, ale i budzący politowanie przejaw dyletanctwa i dyplomatycznego partactwa. Uważnie będziemy przyglądać się stanowi wzajemnych stosunków między Andrzejem Dudą, a potencjalnie przyszłym amerykańskim prezydentem Bidenem.
Równie trudno zrozumieć jakim swoiście pojętym interesem Polski kieruje się Andrzej Duda, osoba na stanowisku prezydenta, który obraża na jakimś powiatowym spędzie, wszystkich łącznie partnerów z UE, z którymi współpraca i przyjaźń, rzekomo nic nam nie przynosi, bo to wyimaginowana wspólnota. Jak prezydent, do którego kompetencji należy współkształtowanie polityki zagranicznej, chce po tych słowach rozmawiać z prezydentami państw europejskich, czego może się po nich spodziewać, jakiego traktowania swej osoby? Czy to nie niedorzeczna postawa, bezmyślna i pełna irracjonalności? Co to za pisowski absurd?
Pewnie nie mniejszy od tego, gdy ośmieszany przez rosyjskich komików prezydent Polski wskazuje Ukraińców jako przyczynę szerzącej się w Polsce zarazy. I robi to prezydent, który na arenie międzynarodowej chce być promotorem unijnych i NATO-wskich ambicji Ukraińców.
Jeśli dyplomacją jest także opierający się na założeniach naukowych zespół metod i środków oraz sztuka osiągania celów polityki zagranicznej państwa, prowadzenia i utrzymywania stosunków między państwami, to jaką to naukową metodę i jaki cel polityki zagranicznej prezentuje Mariusz Błaszczak, co chciał osiągnąć kiedy mówił o ambasador USA i zarazem przyjaciółce Trumpa, pani Georgette Mosbacher, że jest niekompetentna?
Każde słowo wypowiedziane przez dyplomatę, szczególnie szefa dyplomacji musi służyć osiągnięciu pożądanego celu, ma być wyważone i przemyślane. Czemu więc służy wypowiedź ministra Jacka Czaputowicza o tym, że Francja jest chorym człowiekiem Europy i ciągnie nas w dół. W jakim celu wiceminister obrony Bartosz Kownacki, z pogardą mówił o Francuzach jako ludziach nie potrafiących jeść widelcem. W imię czego Antoni Macierewicz zerwał z Francuzami kontrakt na Caracale, jakby nie dość, że ci już w 2003 r. obrazili się na nas za przetarg na myśliwce F-16, a następnie ogłosił zdradę Francji, sprzedającej Rosji Mistrale w cenie 1 euro. Jak PiS mógł dopuścić by młodociany i niedoświadczony na polu polityki międzynarodowej Patryk Jaki wysmażył zwyczajnie głupkowatą ustawę obrażającą uczucia obywateli Izraela, a przy okazji dotknął ważnego interesu Stanów. Czy pokazem kunsztu dyplomatycznego jest pełna ognia, wykrzyczana przez prezydenta Dudę przestroga: ,,Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta!”. A to przy wcześniej przygotowanym wtórze sensacyjnego doniesienia Macierewicza o niemieckim ostrzeliwaniu poprzez granicę mieszkańców jeleniogórskiego z armaty elektromagnetycznej, przez co ofiary ostrzału ,,źle się czują”.
Ostatecznie jednak źle się mają stosunki polsko-niemieckie, lecz również stosunki z innymi ważnymi partnerami z UE, choćby w związku z zastrzeżeniami do praworządności, czy z powodu polskiej ksenofobii i braku solidarności wobec Włoch i Grecji zmagających się gigantycznym problemem uchodźców i imigrantów. Najwidoczniej politykom PiS, od których aż nadto często słyszymy o archaicznie rozumianym patriotyzmie, trudno zrozumieć, że wymogiem współczesnego patriotyzmu jest umacnianie silnej pozycji Polski wśród państw członkowskich UE, zabieganie i dbanie o dobre stosunki z partnerami, szukanie realnych sojuszy i wsparcia w Europie, nie tylko za oceanem.
Utrwalać izolację
Pisowskim dyplomatom udało się jedno: doprowadzić Polskę do ostracyzmu i faktycznej izolacji na europejskiej arenie. To sytuacja mająca analogię w tej, w jakiej znalazł się ZSRR w latach 30. Jednak kilkadziesiąt lat wstecz radziecka dyplomacja robotniczo – chłopska cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu, w warunkach izolacji międzynarodowej i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Tego pisowska dyplomacja żadną miarą dokonać nie potrafi, mając wszelkie możliwe warunki pomyślnego działania. Co więcej, zamiast międzynarodową izolację Polski niwelować, przyczynia się do jej utrwalenia. W przekonaniu pisowskich polityków otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić i pozbawić tożsamości. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich działaczy syndrom oblężonej twierdzy.
Kadry najważniejsze, choć nienajlepsze
Czy w ogóle za rządów PiS wymagane są dyplomatyczne kwalifikacje aby w taki właśnie sposób, jaki obserwujemy, prowadzić dyplomację i kierować polityką zagraniczną? Widać, że nie. Generalnie prawica zawsze miała pecha do kadr, choć jak Lenin, uważa, że kadry są najważniejsze. Tyle, że dla prawicy nie ważne jest by kadry były wykształcone i kompetentne. Przecież jak Lenin, uważają, że rządzenia państwem jest łatwe.
Tyle, że Lenin pisał te słowa zanim objął rządy, a PiS mimo dwukrotnego rządzenia zdaje się wciąż tkwić w swoim beztroskim przekonaniu. Dlatego pozwalano by tacy dyletanci jak min. Witoldowi Waszczykowski w sposób karygodny ujawnił notatkę MSZ z 2008 r. dotyczącą relacji z Rosją i polityki wschodniej, tylko po to by w ten sposób zaszkodzić swemu poprzednikowi Radosławowi Sikorskiemu. A gdy senator John McCain krytykował w 2019 r. pisowską ustawę o Sądzie Najwyższym i wpływy polityków na polskie sądownictwo, Waszczykowski słuchał go struchlały, stojąc pod ścianą na końcu sali, nie odważywszy się jednak na polemikę. Dlaczego? Bo nie potrafił, zresztą jakie mógł mieć argumenty. Dopiero po powrocie do kraju oświadczył, ze McCain został wprowadzony w błąd przez polityków opozycji.
Sprawny dyplomata, którym Waszczykowski z pewnością nie był, wie, jak wybrnąć z trudnej sytuacji i przekuć porażkę w sukces, a nie ośmieszyć się. On natomiast nie miał oporów dowodzić groteskowej tezy o tym jak polityka zagraniczna PO-PSL doprowadziła do katastrofy smoleńskiej, natomiast pod jego kierownictwem jakimś cudem wśród personelu MSZ znalazł się dziwny człowiek z amerykańskim paszportem pracujący dla amerykańskich instytucji. Wprawdzie Waszczykowski meldował Beacie Szydło wykonanie całego programu dotyczącego dyplomacji, lecz polityka kadrowa w MSZ, pod rządami „dobrej zmiany” zawiodły na całej linii. Wydaje się, że kluczem do kwestii kadr jest doświadczenie. Dlatego wysyłanie na istotne placówki dyplomatycznych debiutantów z politycznego nadania nie rokuje dobrze na przyszłość. Tymczasem jednak proceder ten kwitnie, a do tej najtrudniejszej domeny zarządzania interesami polskiego państwa zatrudnia się amatorów z nadania politycznego, osoby przypadkowe, historyków, filozofów, byłych posłów PiS, aktywistów partyjnych, znajomych, świeżo upieczonych absolwentów, którzy z dnia na dzień zostawali przełożonymi ludzi z dziesięcioletnią praktyką, powiatowo – parafialnych aktywistów rekomendowanych do MSZ przez lokalnych proboszczów, z uzasadnieniem, że kochają Boga i są dobrymi chrześcijanami.
Jednak takie sytuacje nie są postrzegane w PiS jako kontrowersyjne, jest na nie pełne przyzwolenie. Dynamika zmian na placówkach dyplomatycznych jest ogromna, ambasadorowie otrzymują nominację z dnia na dzień, obejmują stanowiska bez przygotowania merytorycznego, rozpoznania uwarunkowań państwa przyjmującego, niektórzy nie wytrzymują presji i składają rezygnacje, inni tkwią na posterunku przynosząc wstyd i kompromitacje. Personifikacją takiego stanu rzeczy jest ambasador w Berlinie Andrzej Przyłębski, który zasłynął wystąpieniem poświęconym wzajemnym relacjom Polski i Niemiec, które nazwał „katastrofą”, mówił o niemieckiej arogancji, podłości i rozwodził się nad wrodzony u Niemców instynkt mordercy.
Dyplomacja jest delikatnym, finezyjnym instrumentem, za pomocą którego państwo wyraża i prowadzi swą politykę zagraniczną i umacnia stosunki z światem zewnętrznym. Nie każdy jednak potrafi zagrać na tym instrumencie bez dostrzegalnego fałszowania. 16 lipca br. Morawiecki broniąc Mariusza Kamińskiego przed wnioskiem o wotum nieufności stwierdził, że podległe jemu służby działają sprawnie i odnoszą sukcesy, choć są one niedostrzegalne, bo ,,nie widać tego co działa dobrze”. Od 4 lat nie widzę profesjonalnej polskiej dyplomacji, nie widzę jej sukcesów i jednak mam poważne wątpliwości czy to rezultat dobrego jej działania.

  • autor jest byłym pracownikiem służb dyplomatycznych.

Bigos tygodniowy

„Unia Europejska to nie bankomat, musi być mechanizm praworządności” – fraza to nie nowa, ale właśnie wypowiedział ją szef Europarlamentu David Sassoli. Te słowa zostały skierowane m.in. do władzy PiS. I mam nadzieję, że instytucje europejskie będą w tym względzie konsekwentne w stosunku do reżymu w Polsce. A swoją drogą, sam fakt, że jakiś rząd stawia opór przed wprowadzeniem mechanizmu uzależniania przyznawania funduszy unijnych od przestrzegania praworządności jest zatykającą dech bezczelnością i nie powinien być traktowany inaczej, jak jawne przyznanie się do złych intencji.


Uprzejmie komunikuję, że od tej pory nie będę nazywał Andrzeja Sebastiana Dudy Adrianem, bo może nie taki z niego w końcu Adrian skoro jednak wybory wygrał. Aczkolwiek biorąc pod uwagę potężną machinę państwa PiS jaka na niego pracowała, rozdawane przez członków rządu wozy strażackie, promesy w postaci czeków z dykty, propagandowy terroryzm TVP, wygrał zaledwie o włos. Zatem będę go nazywał po prostu Dudą.


Sprawa rozmowy z rzekomym sekretarzem generalnym ONZ, w którą Duda został wkręcony jest, powszechnie znana i analizowana łącznie z jego niedobrą angielszczyzną, więc zwrócę uwagę na jeden tylko aspekt. Otóż Duda od razu powinien się zorientować, że sekretarz generalny ONZ, nobliwy starszy pan, nie mógłby tak formułować pytań i tak prowadzić rozmowy. Sam protokół dyplomatyczny nakazywałby mu złożyć bardzo oficjalną formułę gratulacyjną i tyle. Żadne krotochwilne pytania sugerujące przynależność Donalda Tuska do LGBT czy stan po użyciu alkoholu Rafała Trzaskowskiego domagającego się gratulacji z powodu wygranych wyborów nie wchodziłyby w takiej oficjalnej sytuacji w grę. Wniosek: Dudzie brakuje kompetencji kulturowych, intelektualnych, oczytania, wyczucia, wystarczających by od razu wychwycić fałsz i zakończyć tę żałosną rozmowę. Duda więc brnął jak cielę w te dialogi na cztery nogi, przez długie 11 minut. Udał się Duda, oj udał, prezydent dumnych Polek i Polaków.


Szacun dla posłów Dariusza Jońskiego i Michała Szczerby za wytrwałość i konsekwencję w dociekaniu prawdy w sprawie maseczek, testów i respiratorów, jakie miał załatwić resort Szumowskiego. Jak wynika z dotychczasowych ustaleń młodzi posłowie robią dobrą robotę, informując o jej wynikach nie tylko opinię publiczną, ale także choćby NIK. Bigos obserwuje sprawę i liczy na grande finale. Kiedyś.


Do Mariana Banasia, prezesa szacownej NIK, Bigos tygodniowy ma stosunek ambiwalentny, bo pochodzi on z twardego pisowskiego korzenia. Być może, gdyby koledzy nie nadepnęli mu na stopę, działałby po myśli obozu władzy. Jednak stało się tak, jak się stało. I Marian Pancerny działa, Marian Pancerny czuwa, Marian Pancerny podejmuje czynności kontrolne, a Bigos życzliwie mu kibicuje, bo obiektywnie robi dobrą robotę.


PiS nie tylko „komunistów” dzieli na „swoich” i „nie swoich”, w zależności od tego czy są lojalni i potrzebni, czy też można z nich zrobić wrogów. Na swoich i nie swoich dzieli nawet księży katolickich. Utrącono w Sejmie kandydaturę nie swojego księdza Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego do Państwowej Komisji do spraw wyjaśnienia przypadków skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec młodzieży poniżej lat 15. Isakowicz – Zalewski zapewne szkodziłby z punktu widzenia PiS aliansowi z Episkopatem. Procedurę wyboru członków komisji prowadziła Witek Elżbieta, marszałkini Sejmu, od pewnego czasu znana jako szczególnie niepohamowana śmieszka. Niczego nie sugeruję, ale wszyscy wiemy, że w ten sposób mogą się zachowywać osoby po lekkim spożyciu substancji rozweselających np: podtlenku azotu. Jeszcze raz powtarzam nie sugeruję, nie oburzam się, tylko głośno myślę… A myślę też o pokrzywdzonych przypadkami skierowanymi przeciwko wolności seksualnej i obyczajności, którzy obserwowali przebieg obrad Sejmu i zachowanie marszałkini – śmieszki.


Ministerka rodziny, pracy i polityki społecznej Maląg Marlena w TV Trwam zapowiedziała, że rząd PiS przygotowuje się do wypowiedzenia konwencji stambulskiej, która wspiera zapobieganie i zwalczanie przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Z kolei wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski powiedział PAP, że Ministerstwo Sprawiedliwości od dawna jest przygotowane do tego, by rozpocząć formalne prace nad jej wypowiedzeniem. Polska podpisała konwencję stambulską w 2012r., zaś w 2015r. ją ratyfikowała. Niestety, zdaniem niektórych konwencja jest niepotrzebna i zagraża tradycyjnym, polskim rodzinnym wartościom. Bigos tygodniowy nie podziela tego poglądu, a przemoc wobec kobiet czy przemoc domowa w Polsce jest faktem i statystyki policyjne potwierdzają to przerażające zjawisko.


Kurski Jacek ponownie ożenił się kościelnie, po kościelnym unieważnieniu poprzedniego, owocnego w potomstwo małżeństwa. Duch „Dziewic konsystorskich” Boya wiecznie żywy. Czy to początek jawnie politycznego kościoła PiS czyli nowej odmiany józefinizmu?


„Najbliższe lata będą straszne i obrzydliwe” – powiedział politolog, profesor Marek Migalski. „Zamiast polityki będzie wojna konkurencyjnych gangów w obozie władzy”. I wojna gangu u władzy przeciw ogromnej części społeczeństwa.