Gospodarka 48 godzin

Bankowe oszczędności
Banki działające w Polsce, chcąc chronić swoje zyski, muszą szukać oszczędności. Dlatego tną koszty, rezygnują z reklam, podnoszą opłaty, zwalniają pracowników, likwidują oddziały, ograniczają obsługę kasową. O ile z obroną zysków jakoś radzą sobie większe banki komercyjne (zwłaszcza zagraniczne, bo krajowe mają już trudniej, co pokazuje przykład banków Leszka Czarneckiego), o tyle mniejsze banki spółdzielcze są zagrożone. – Obecna sytuacja makroekonomiczna stwarza szczególne wyzwanie dla spółdzielczego sektora bankowego. Bankom spółdzielczym, aby obniżyć koszty, w zasadzie pozostaje likwidacja części mniej rentownych placówek, pomimo tego, że zapotrzebowanie na tę bankowość jest w niektórych miejscowościach nadal dość duże – uważa dr. Mieczysław Grodzki, ekspert do spraw spółdzielczości w Business Centre Club. Jego zdaniem, aby poprawić warunki funkcjonowania banków spółdzielczych na trudnych rynkach lokalnych, należy ułatwić uzyskiwanie kredytów dla rolnictwa z dopłatami do oprocentowania finansowanymi przez budżetu państwa. Czyli, bez dodatkowej pomocy państwa się nie obejdzie. Dodatkowym kłopotem banków spółdzielczych jest to, że długotrwałe utrzymywanie przez Radę Polityki Pieniężnej niskich (a praktycznie zerowych) stóp procentowych powoduje sukcesywny odpływ z banków depozytów terminowych. Może to być szczególnie dotkliwe właśnie dla banków spółdzielczych, dla których depozyty są w zasadzie jedynym źródłem finansowania portfela kredytowego. Szkodzi to także klientom, bo „wychodząc” z lokat bankowych, często lokują oni swoje środki w instrumenty finansowe wysokiego ryzyka, co może skończyć się dla nich stratami. Innym bardzo ważnym problemem jest konieczność poprawy skuteczności w dochodzeniu przez banki spółdzielcze niespłacanych kredytów. Bez tego, zdaniem eksperta BCC, koszt kredytu musi być wyraźnie wyższy i tym samym mniej korzystny dla kredytobiorcy.

Złodzieje rowerów
Ze statystyk policyjnych w Warszawie wynika, że w czasie pandemii koronawirusa, czyli w okresie od marca do końca sierpnia bieżącego roku, w stolicy doszło do 630 przypadków kradzieży rowerów. W tym samym okresie ubiegłego roku było ich 540. Tego wzrostu nie należy jednak wiązać wyłącznie z pandemią, lecz z generalnie rosnącym odsetkiem liczby warszawiaków korzystających z rowerów. Im bowiem jest więcej rowerów, tym więcej jest też kradzieży – zwłaszcza, że stołeczni hipsterzy coraz częściej popisują się kosztownymi rowerami, budzącymi zrozumiałe zainteresowanie złodziei. Poza tym w Warszawie, tak jak w wielu innych polskich miastach, stopniowo rośnie liczba niektórych kategorii przestępstw – w tym także kradzieży rowerów. Wreszcie, do wzrostu statystyk kradzieży przyczyniła się też pogoda, która wiosną bieżącego roku była nieco łagodniejsza niż w 2019 r. Skoro było zaś cieplej, to więcej rowerów wyjeżdżało na stołeczne ulice, a więc przybywało także przypadków ich kradzieży. Policja stale zachęca do znakowania rowerów oraz zakładania solidniejszych blokad, co utrudni pracę złodziejom.

Ja, Jacob Blake

Kenosha, niespełna 100-tysięczne miasto w stanie Wisconsin, znane było dotąd jedynie z produkcji samochodów oraz jako miejsce urodzenia Orsona Wellesa i Marka Ruffalo, gwiazdora filmów z serii „Avengers”. Od kilku dni o tym, co stało się w Kenosha, donoszą wszystkie światowe media, a ulice amerykańskich miast znowu zapłonęły. Fala oburzenia po zamordowaniu George’a Floyda opadła, wznosi się kolejna bo, jak widać, nic się nie zmieniło.

Zdarzenie, do którego doszło o 17.00 w niedzielę 23 sierpnia, zostało zarejestrowane przez świadka, mieszkańca sąsiedniego domu, a film udostępniony w Internecie. Widać na nim czarnoskórego mężczyznę idącego do samochodu. Za nim, z wymierzoną w niego bronią, podążają dwaj policjanci. Mężczyzna podchodzi do samochodu od strony kierowcy. Policjant chwyta jego podkoszulek od tyłu i siedmiokrotnie strzela w plecy.
Gazeta ,,Kenosha News” podała, że mężczyzna próbował wcześniej rozdzielić bójkę pomiędzy dwiema kobietami. Laquisha Booker, partnerka Blake’a, ujawniła, że podczas zdarzenia ona i trójka ich dzieci znajdowali się w samochodzie.
Postrzelony został przewieziony do szpitala w Milwaukee. Żyje, ale po operacji jest w nadal stanie ciężkim, sparaliżowany od pasa w dół. Pociski uszkodziły m.in. jego rdzeń kręgowy, płuco i biodro.
29-letni Jacob Blake wychował się w niedalekim Evanston, w sąsiednim stanie Illinois. Jego rodzina ma długą historię aktywizmu społecznego. Dziadek Blake’a, także Jacob, był pastorem i lokalnym przywódcą ruchu na rzecz praw obywatelskich. Działał na rzecz tanich mieszkań i poprowadził swoją kongregację do wybudowania bloku mieszkalnego. Sam Blake zgłosił się niedawno jako wolontariusz do organizacji charytatywnej Black Urban Recycling, która zbiera aluminiowe puszki i przetwarza je, aby zebrać środki na centrum czarnej społeczności w Chicago.
Gubernator Wisconsin, Demokrata Tony Evers już w niedzielę wydał oświadczenie potępiające strzelanie do Blake’a. „Choć nie mamy jeszcze wszystkich szczegółów, to wiemy na pewno, że nie jest on pierwszym czarnym człowiekiem lub osobą, która została zastrzelona lub ranna, lub bezlitośnie zabita z rąk osób z organów ścigania w naszym stanie lub kraju” – przyznał. Zapowiedział podjęcie kroków mających wyjaśnić okoliczności zajścia. Po gwałtownych zamieszkach wprowadził w całym stanie stan wyjątkowy i wezwał na pomoc Gwardię Narodową.
Tymczasem w nocy z wtorku na środę na płonących ulicach Kenosha grasował 17-letni Kyle Rittenhouse z Antioch, ze śmiercionośnym karabinem półautomatycznym AR-15 w rękach. Jedną z ofiar trafił w brzuch, drugą w głowę. Zamordowane osoby to 26-latek z Silver Lake i 36-latek z Kenosha, zaś ranny w zajściu mężczyzna to 26-latek z West Allis.
Można założyć, że w tak ekstremalnej i jednoznacznej sytuacji amerykańska policja z pewnością użyje broni. Wszyscy zrozumieją, że było to konieczne, nikt nie będzie miał do niej o to żadnych pretensji. Morderca został jednak bez nadmiernej przemocy zatrzymany i znajduje się obecnie w ośrodku karnym dla młodocianych przestępców.
Zaskakujące? Wcale nie. Po prostu był biały.
Tylko tyle.

Bigos tygodniowy

Nie jestem już w stanie nazywać Polski, „wolnym krajem”, nawet w trybie pół żartem, pół serio. Po zmasowanej, brutalnej akcji policyjnej przeciwko kilku młodym kobietom, które zawiesiły tęczowe flagi na kilku warszawskich pomnikach takie określenie nie przeszłoby mi przez usta. Po tym, jak nakładem dużych sił i środków zatrzymywano je na ulicy, w mieszkaniu czy w odległych od stolicy Bieszczadach, zakuwano w kajdanki i osadzano „na dołku”, po brutalnym stłumieniu piątkowej demonstracji na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (48 osób zatrzymanych) – Polska pod rządami PiS jest represyjnym, klerofaszystowskim państwem policyjnym. Skoro tak szybko, intensywnie i „nadmiarowo” zadziałała policja i prokuratura, to znaczy, że to efekt polityki Kamińskiego Mariusza i Ziobra. To się nie mieści w głowie cywilizowanemu człowiekowi, żeby w kraju nazywanym „wolnym i demokratycznym” stosować takie represje za tak maksymalnie delikatną (wiotka tkanina zawieszona na pomniku czy zapisana przyklejona kartka papieru) formę demonstracji. Przy okazji tylko przypomnę, że po tym, jak w tej samej Warszawie, przed niespełna rokiem dokonano nielegalnego zburzenia pomnika generała Zygmunta Berlinga, żaden ze sprawców, choć byli policji znani, nie poniósł najmniejszych konsekwencji. W odpowiedzi na moje dziennikarskie pisma w tej sprawie, policja praktycznie nie zareagowała.

*****

Zdarzenia, jakie miały miejsce w piątek 7.08 na ulicach Warszawy, na ekranie telewizora wyglądały strasznie Myślę, że nie tylko mnie, te obrazy nieodparcie nasunęły pytanie czy naprawdę konieczne było zastosowanie przez stołeczną policję wobec młodych ludzi środków przymusu bezpośredniego i to w tak brutalnej formie? Czy w polskiej policji umarła instytucja negocjatora, który podjąłby próbę rozwiązania konfliktu? Czy rozkaz (bo nie ma wątpliwości, że ludzie ubrani w granatowe mundury działali na rozkaz) musiał zostać wykonany w takiej formie i kto go wydał? Czy faktycznie niezbędne były brutalne zatrzymania kilkudziesięciu młodych osób, a następnie przewiezienie, skutych z reguły z rękami do tyłu do różnych jednostek policji? Czy nie wystarczyłoby wylegitymowanie i wezwanie do tych różnych jednostek na przesłuchanie w kolejnych dniach? Na te pytania odpowiedzi winien udzielić Komendant Główny Policji, a nie Sylwester Marczak rzecznik KSP, który swoimi wyuczonymi na blachę, szybkimi, zbyt szybkimi okrągłymi wypowiedziami nie wyjaśnił niczego, a przeciwnie spowodował, że widzowie mogli się zastanawiać(mając obrazy interwencji policji w dniu 7 sierpnia przed oczami) o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i komu zależy na dalszym eskalowaniu konfliktów społecznych. Bigos tygodniowy oczekuje, że dr Szymczyk(jak ktoś nie wie to właśnie tak się nazywa obecny Komendant Główny Policji, zresztą generał) choć raz stanie na wysokości zadania i wyjaśni społeczeństwu, dlaczego podlegli mu funkcjonariusze zrobili to co zrobili i co nie tylko my Polacy na ekranach telewizorów mogliśmy zobaczyć. A tak na marginesie, nie ulega wątpliwości, że przeciwko takiemu jak 7 sierpnia postępowaniu policji powinni zaprotestować nie tylko zwykli ludzie. Czekam też na stanowczy, oficjalny głos w tej sprawie HFPC, Amnesty International, OBWE, Unii Europejskiej.

*****

I jeszcze jedno, nie cierpię seksizmu, ale nasuwa mi się także pytanie, „gdzie ci mężczyźni”? Gdzie aktywiści LGBT płci męskiej? Dlaczego oni nie uczestniczyli w akcji zawieszania tęczowych barw na pomnikach? Dlaczego tak mało było barw tęczowych w Sejmie podczas zaprzysiężenia Dudy? Dlaczego praktycznie tylko nieliczne grono posłanek Lewicy stanęło na wysokości zadania? Dlaczego?

*****

„Solidarna Polska”, czyli ziobryści wyraźnie wybrali sobie rolę fundamentalistycznych strażników świętego ideologicznego ognia w obozie rządzącym. Odpowiada to ich fanatycznym usposobieniom, a poza tym jest dobrą karta przetargową w grze o wpływy w gangu. Po ataku na antyprzemocową konwencję stambulską, w którym doznali pewnego pomieszania szyku, zamierzają wystąpić z projektem ustawy zmierzającej do spacyfikowania organizacji pozarządowych. W tle epatują się planem „repolonizacji” mediów. Ciąg dalszy nastąpi.

*****

„Na świecie i w Polsce toczy się spór cywilizacyjny. Wolność człowieka kończy się tam, gdzie pojawia się naruszenie godności innej osoby”. I dalej: „Pewne zachowania są karygodne i absolutnie niedopuszczalne.” Zagadka: kto jest autorem tych słów pomieszczonych na facebooku, przyznaję że stanowiących część większej całości, no kto? Oczywiście Mateo, nieoceniony Mateo, i trudno się z nim nie zgodzić, bo co się zdarzyło na ulicach Warszawy, a co mogliśmy zobaczyć na ekranach telewizorów w kontekście spacyfikowania kilkudziesięciu młodych ludzi przez policjantów jest karygodne i absolutnie niedopuszczalne. Świadectwa obecnych na miejscu posłanek i posłów: Klaudii Jachiry (Koalicja Obywatelska), Magdaleny Filiks (Koalicja Obywatelska), Anny Marii Żukowskiej (Lewica), Krzysztofa Śmiszka (Lewica), Magdaleny Biejat(Lewica) odnośnie postępowania funkcjonariuszy tylko tę ocenę potwierdzają.

*****

Ten tydzień zdominują dwa tematy: skala zachorowań na COVID-19 i działania policji przedsięwzięte w dniu 7 sierpnia 2020r. w Warszawie. Jeśli chodzi o pierwszy z nich to Bigos tygodniowy z przykrością stwierdza, że miał rację wieszcząc znaczący wzrost ujawnionych przypadków zakażeń po wyborach 12 lipca 2020 r. Jak się zdaje nie czeka nas nic dobrego, a liczba powiatów w czerwonych strefach będzie rosnąć. Tzw. rząd dobrej zmiany może porzucić marzenia, że będzie dobrze, a my raptem wyzdrowiejemy. Więcej, obowiązkiem tego rządu jest nie tylko wezwanie obywateli do noszenia maseczek, mycia rąk i zachowania dystansu społecznego, ale informowanie o możliwych powikłaniach nie tylko u osób z grup ryzyka z powodu wieku i chorób współistniejących, ale także u osób młodych i do chwili zakażenia w pełni zdrowych. Może warto by było posłuchać w tej sprawie specjalistów, a tych jak się okazuje mamy w Polsce trochę, zamiast kardiologa z bożej (?) łaski Ministra Zdrowia, który przecież nie tak dawno świetnie się bawił z redaktorem Mazurkiem na falach eteru, omawiając problematykę noszenia/nienoszenia maseczek. I przez to, przykro mi pisać, mocno utracił na wiarygodności. Nie chcę krakać, ale na mój nos z dalekimi skutkami COVID 19 będziemy się borykać jeszcze wiele lat, dlatego też młodzi powinni przynajmniej wiedzieć jakie potencjalne zagrożenia na nich czyhają. Drugi temat tygodnia to jak napisałem to działania policji w dniu 7 sierpnia 2020 r. na Krakowskim Przedmieściu wobec młodych ludzi tam zgromadzonych. Niestety policja trwoni na naszych oczach dobrą opinię, jaką wypracowała od 1990 r. I nie pomogą tu wizerunkowe, ujutne gażdżety, jak konwojowanie rodzących Polek do szpitali, ratowanie dzieci, które się duszą, poprzez telefoniczne instruowanie spanikowanych mam co należy zrobić, zmiana fasonów i kolorów mundurów i nakryć głowy czy barw radiowozów. Niestety to tylko polerka, która nie przeważy obrazu jaki zobaczył świat i Polska na początku sierpnia 2020r. w Warszawie. Mamy problem, my jako społeczeństwo i policja, która musi rozwiązać go sama. Najprościej policja, pod wodzą generała, musi odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, czy napis jaki ma się niedługo pojawić na radiowozach „pomagamy i chronimy” nie jest tylko niestosownym żartem.

List niemłodego obywatela do młodych policjantów

Kiedy 15 czerwca 1991 roku siedmiu byłych żołnierzy – partyzantów Armii Krajowej ze Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich AK „Ponury” – „Nurt” zawiązało Kapitułę Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr Jana Piwnika „Ponurego” wydawało się im, a pewnie i reszcie obywateli naszego kraju, że oto niesława Milicji Obywatelskiej odeszła bezpowrotnie w przeszłość.

Że polski policjant przechodzi ostatecznie na służbę społeczeństwa, prawa, konstytucji. I że odtąd strzec będzie nie bezpieczeństwa i nietykalności władzy oraz interesów polityków i urzędników, ale nietykalności, bezpieczeństwa obywateli w obronie konstytucji i w interesie całego społeczeństwa.

Honorowa Odznaka im. mjr. „Ponurego”, przed wojną aspiranta Policji Państwowej, jest przyznawana za nieprzeciętną odwagę wykazaną podczas wykonywania obowiązków zawodowych w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, za uratowanie życia lub zdrowia ludzkiego albo też mienia wielkiej wartości, połączone z narażeniem na znaczne i realne niebezpieczeństwo, wreszcie – za mądrość, dalekowzroczność i rozwagę przy pracy bezpośredniej lub kierowaniu działaniami Policji, jeśli w rezultacie nastąpiła poprawa stanu bezpieczeństwa, wzrosło poszanowanie prawa lub umocnił się autorytet Policji”. Odznakę przyznawano od 1991 roku zazwyczaj dwojgu policjantów, w zasadzie ze Świętokrzyskiego, ale uhonorowano nią także warszawskiego podkomisarza Andrzeja Struja (w 2010 r. zamordowanego na Woli) i francuskiego żandarma płk Arnauda Beltrame’a, który w 2018 r. zginął z rąk terrorystów, gdy zastąpił wziętych na zakładników cywilów.

W sytuacji konfliktu politycznego, trawiącego nasz kraj, policja coraz częściej występuje jako strona – ściga osoby nakładające koszulki z napisem „Konstytucja” na pomniki, pacyfikuje skromne i pokojowe protesty przeciwko narastającej fali nienawiści, biega za rowerzystką, która rower udekorowała politycznymi deklaracjami, ugania się za niepełnosprawnym na wózku udającym tekturowy czołg, wynosi spod Pomnika Powstania Warszawskiego siedzące tam osoby, trzymające pęki białych róż, podczas gdy obok maszerują rozwydrzeni nacjonaliści, domagający się zmiany konstytucyjnego porządku i ziejący nienawiścią do wszelkiej różnorodności. Policjanci – na rozkaz z pewnością – usuwają Białe Róże, które rażą swoim pokojowym przesłaniem tłum, wznoszący bynajmniej nie pokojowe hasła, jak „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Nie o takiej policji myśleli założyciele Kapituły Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr. Jana Piwnika „Ponurego”. Ich celem było wyróżnienie policjantów, którzy honorowo wywiązują się z obowiązków i umacniają autorytet policji.

Niestety, autorytet się kruszy, policja zdaje się wracać do przeszłości. Wiem, funkcjonariusze wykonywać muszą polecenia i rozkazy przełożonych i tych obciąża najmocniej przejście całej formacji na służbę jednej siły politycznej i porzucenie pracy dla całego społeczeństwa.Jednak każdy z Was jest oceniany nie tylko przez swoich dowódców – patrzą na Was ludzie o różnych poglądach, wyznaniu, wykształceniu i zawodzie, którzy zastanawiają się, czy w każdej sytuacji mogą liczyć na Waszą pomoc i ochronę, czy nie będziecie kierować się uprzedzeniami, czy interes jakiegoś polityka nie powstrzyma Was od udzielenia pomocy jego rywalowi.
Przełożeni uczą Was, jak postępować z zatrzymanymi, nie mówią Wam jednak, jakie prawa im przysługują. Szkolą Was do stanowczego postępowania ze wskazanymi osobami, nie wiecie jednak, jak rozpoznać przemoc w rodzinie. Umiecie wynieść nieopierającego się demonstranta, ale nie nauczono Was słyszeć i rozumieć wrzask nienawiści. Czy dano Wam do przeczytania najważniejsze prawo Rzeczypospolitej – Konstytucję? Ktoś Wam objaśnił jej znaczenie?

Sytuacja staje się nieznośna. Honor policjanta został przez polityków narażony na szwank, a gdy to się nie zmieni – pogrzebany będzie ostatecznie. Mnie, niemłodego obywatela, martwi to w dwójnasób: jako obywatela właśnie, ale i jako potomka policjantów (jeden zabity w Twerze przez Sowietów, drugi – w Powstaniu Warszawskim przez hitlerowców) oraz syna, siostrzeńca i bratanka trzech spośród siedmiu członków-założycieli Kapituły Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr. Jana Piwnika „Ponurego”. Chciałbym, by każdemu z Was można było przypiąć baretkę tej odznaki, mającej formę krzyża, na którego ramionach umieszczono łacińską sentencję LAUS TIBI (chwała Ci). Chwała za uczciwą służbę wszystkim obywatelom, prawu, konstytucji. Polsce.

Pomyślcie o tym.

Ameryka, Ameryka

Tydzień po amerykańskim święcie narodowym, tym razem nie był w Stanach Zjednoczonych okresem tradycyjnej letniej kanikuły.

Mniej parad, fanfar, fajerwerków i grilla – 4 lipca w Stanach Zjednoczonych był skromniejszy niż zwykle. W ogrodzie Białego Domu w Waszyngtonie, otoczonym ściśle przez policję, prezydent Donald Trump ogłosił jednak zwycięstwo:
Trump walczy z marksistami
„Właśnie wygrywamy z radykalną lewicą, z marksistami, anarchistami, wywrotowcami i rabusiami”. Stali oni setki metrów dalej, za kordonem policji.
Wyliczanka Trumpa miała ucieleśniać antyrasistowskich manifestantów, którzy dają o sobie znać na ulicach od policyjnego zaduszenia George’a Floyda w Minneapolis, pod koniec maja. Jego zdaniem, niepokoje są podsycane przez wrogie media Demokratów, które „bezpodstawnie zarzucają rasizm swym opozycjonistom”. Na National Mall w Waszyngtonie byli pro i anty-Trumpowcy. Według transpłciowej zwolenniczki obecnego prezydenta Kristy Pandory Greczowski, obrzuconej głośno obelgami przez anty-Trumpowców, „zamiast zjednoczenia, są podziały jak na wojnie”.
Black Lives Matter Plaza, kawałek ulicy, który stał się epicentrum kontestacji i gdzie zgromadzili się ludzie, komentował przechwałki miliardera. Trump wygrażał Chińczykom, że epidemia to przez nich, że powinni „odpowiedzieć”. Jednocześnie minimalizował problem covid-19: „Poczyniliśmy znaczne postępy, nasza strategia działa. Do końca roku wszystko będzie załatwione, będzie lekarstwo lub szczepionka.” Same triumfy.
Manifestanci mogli potem oglądać „monumentalne” fajerwerki, jakby Ameryka wygrała wojnę. Latały samoloty stare i nowe, duma rozpierała pierwszy rząd widzów w ogrodzie otoczonym przez siły bezpieczeństwa. Joe Biden, konkurent Trumpa, w tym czasie przekonywał, że w USA panuje „systemowy rasizm”, podczas gdy „wszyscy rodzimy się równi”. To on prowadzi w sondażach, na cztery miesiące przed głosowaniem. Ok. 20 organizacji wezwało do manifestacji w stolicy, przed memoriałem Lincolna, skąd w 1963 r. Martin Luther King wygłosił słynne przemówienie „I have a dream”.
Fala morderstw w Nowym Jorku
W czasie weekendu święta narodowego 4 lipca w Nowym Jorku doszło do 45 strzelanin, w których zginęło 11 osób. Normalnie, o tej porze roku występuje średnio ok. 15 wymian ognia na weekend. W czerwcu ich liczba wzrosła o 130 proc. w stosunku do czerwca zeszłego roku. Zdaniem policji winne są ostatnie reformy policji, ograniczające jej budżet.
Terence Monahan, szef nowojorskich policjantów, skrytykował przede wszystkim „szalone” rozporządzenie miasta, które zabrania siedzenia na plecach zatrzymanych. Główną jednak przyczyną wzrostu strzelanin jest jego zdaniem nienawiść do policji wyrażana na antyrasistowskich manifestacjach, co miało fatalnie obniżyć morale „stróżów prawa”. Dodatkowe przyczyny to według niego opróżnianie więzień w czasie epidemii, zawieszenie pracy sądów oraz zmniejszenie budżetu policji.
Burmistrz Nowego Jorku, demokrata Bill de Blasio, widzi to inaczej. Strzelaniny wzrosły głównie dlatego, że sądy były zamknięte, a to przez pandemię: „To są społeczne efekty przebywania miesiącami w zamknięciu, podczas gdy działalność gospodarcza jeszcze nie wróciła do formy” – wyjaśniał. W miniony weekend w Stanach zginęło od kul pięcioro dzieci. 6-letni chłopiec w San Francisco, 7-letnia dziewczynka w Chicago, 8-letni chłopiec w Alabamie, 11-letni w Waszyngtonie. W Minnesocie zastrzelono kobietę zaraz po porodzie.
Prezydent Trump jest po stronie policji. Strzela tweetami z Białego Domu, że to wszystko wina demokratów, burmistrzów wielkich metropolii, którzy zdecydowali się na reformy pod naciskiem manifestacji anty-policyjnych. Jego zdaniem, demokratom chodzi o „chronienie kryminalistów”. Miasto odebrało policji ponad miliard dolarów, który ma przeznaczyć na prace społeczne, pomoc mniejszościom i pokrzywdzonym.
Budżet wojskowy zwiększony o miliardy dolarów
Komisja Przydziałów Budżetowych Kongresu USA, zdominowana przez Demokratów przedstawiał propozycje budżetu wojskowego na przyszły rok. Nie żałują pieniędzy.
Ogólny budżet wojskowy miałby wynieść 694,6 miliarda dolarów czyli, o 1,3 miliarda więcej niż w tym roku. 162,3 miliarda byłoby przeznaczone na osobową część sił zbrojnych, przy jednoczesnym założeniu, że liczba wojskowych zwiększy się o 12 tysięcy ludzi, do 1 351 000 żołnierzy. W rezerwie pozostanie 802 tysiące żołnierzy. 140,1 mld zostałaby przeznaczona na zakup uzbrojenia, w tym na 91 myśliwców najnowszej generacji F-35, 12 najnowocześniejszych samolotów F-15EX i 9 okrętów dla US Navy. Na prace nad nowymi rodzajami broni Kongres chciałby przeznaczyć aż 104 miliardy dolarów.
Nie obyło się bez „pomocy” swoim najwierniejszym sojusznikom: o 25 milionów dolarów miałaby zostać zwiększona pomoc dla armii ukraińskiej – do 275 milionów dolarów. Pieniądze te byłyby przeznaczona przede wszystkim na szkolenia, logistykę, uzbrojenie i przygotowanie służb wywiadowczych i szpiegowskich.
Demokratyczni kongresmeni nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili zakazu budowania za wojskowe pieniądze ściany na granicy z Meksykiem, sztandarowej obietnicy Trumpa z czasów kampanii wyborczej. Zakazuje się także finansowania z tych pieniędzy zagarnięcia pól naftowych w Iraku i Afganistanie i budowania tam baz, a także przeprowadzania prób jądrowych , które „nie są niezbędne”. Zabrania także sprzedawania Turcji myśliwców F-35.
1 milion dolarów przeznaczono na zmianę nazw wojskowych obiektów, dróg i ulic nazwanych na cześć wodzów i oficerów Konfederacji.
Raper Kanye West na prezydenta
Czarny raper i producent muzyczny Kanye West ogłosił, że będzie kandydować w najbliższych wyborach prezydenckich, między republikańskim Trumpem, a demokratą Bidenem. W 2016 r. gwiazdor hip-hopu, mąż Kim Kardashian, wzywał do głosowania na Trumpa. Cztery lata później prezentuje swój program polityczny: „coś między Trumpem a Sandersem”.
West miał przykry wypadek, wykrywacze metali dzwonią na lotniskach, bo szczękę mu załatano stalą. Odtąd stał się bardzo religijny, nagrywał albumy w stylu Jesus is King. Jednocześnie upewnił się, że zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych. W jednym z kawałków – Facts (Charlie Heat Version) – prorokuje, że to się stanie w tym roku. Dał dwa miliony dolarów dla czarnych rodzin pokrzywdzonych przez amerykańską policję.
Westa śledzi na Twitterze ok. 30 milionów Amerykanów. Mogli się dowiedzieć, że „Musimy teraz spełnić obietnice Ameryki, ufając Bogu, jednocząc nasze wizje, budując przyszłość”. Po tej propozycji dodał, że jest kandydatem. Miliarder Elon Musk od razu go „w pełni” poparł, choć wcześniej niektóre media zastanawiały się nad zdrowiem psychicznym muzyka.
43-letni Kanye West ma zamiar odebrać Bidenowi jego czarny elektorat, tradycyjnie skierowany na Demokratów. Nie dementuje pogłosek ze swego otoczenia, że Biden jest „prawdziwym zombie”, niebezpiecznym dla ludzi. Kandydat Demokratów wypalił w maju do czarnego dziennikarza, że jeśli nie chce nań głosować, to „nie jest czarny”. Ktoś to przetłumaczył: „Jeśli jesteś czarny, Biden – twój pan, każe ci głosować na siebie. Bez gadania, bo jesteś niewolnikiem.” – były wiceprezydent u Obamy stracił wśród czarnej mniejszości.
West pewnie pomoże Trumpowi i przy okazji wzmocni swój przekaz. Jego ostatni kawałek – Wash Us In the Blood – z mocnymi konotacjami biblijnymi i rodzajem modlitwy do Ducha Świętego, odnosi się do antyrasistowskich manifestacji po śmierci George’a Floyda. Jego program jest na razie mglisty – „celować w gwiazdy, lądować w chmurze, gdy się nie uda”.

Amerykańskie miasta redukują budżety policji

Najnowszy przykład to Los Angeles. Rada miejska metropolii nad Oceanem Spokojnym przegłosowała zmniejszenie budżetu lokalnej policji o ok. 150 milionów dolarów. W ten sposób odpowiedziała na postulaty manifestacji antyrasistowskich po śmierci uduszonego przez policjantów Afroamerykanina George’a Floyda.

Redukcja budżetu policji uważanej przez część manifestantów nawet za „siły zbrojne Ku-Klux-Klanu” przeszła stosunkiem głosów 12:2. Przed redukcją ten budżet wynosił prawie dwa miliardy. Według Los Angeles Times, liczebność policji spadnie w ciągu roku nieco poniżej 10 tys., tj. do swego najniższego poziomu od 2008 r. Większość zaoszczędzonych pieniędzy pójdzie na inwestycje w zaniedbanych dzielnicach i dla mniejszości etnicznych.
„To krok do przodu, który pozwoli pomóc mieszkańcom należącym do mniejszości, przywrócić im szacunek, godność i równość szans, na które zasługują” – mówił Curren Price, jedyny Afroamerykanin w komisji budżetowej rady miasta. „Chciałbym podziękować organizatorom Black Lives Matter w Los Angeles i innym za wywarcie nacisku” – dodał Price – „Bez ich wysiłku ta reforma nie byłaby możliwa”.
W całym kraju postulat przekazania funduszy policyjnych na rzecz pokrzywdzonych mniejszości stał się głównym roszczeniem manifestacji antyrasistowskich. Rekordową obniżkę budżetu policji wprowadził Nowy Jork, gdzie służy 36 tys. funkcjonariuszy: dostaną ponad miliard dolarów mniej.

Koniec z inwigilowaniem Czarnych?

Podczas gdy polskie prawicowe media i politycy wykorzystują masowe protesty antyrasistowskie jakie przetaczają się przez USA do dalszego szerzenia rasizmu i niechęci do imigrantów, na świecie coraz więcej organizacji, instytucji i firm traktuje problem poważnie i wprowadza znaczące reformy w swoim funkcjonowaniu celem ułatwienia walki z dyskryminacją rasową.

Ostatnim przykładem może być firma Amazon, która zakazała amerykańskiej policji i służbom korzystania ze swojego oprogramowania do elektronicznego rozpoznawania twarzy. Chodzi tu o kontrowersyjny, produkowany przez Amazon i działający przy użyciu skomplikowanych algorytmów sztucznej inteligencji program „Rekognition”. Program umożliwia między innymi kojarzenie w czasie rzeczywistym nagrań z kamerek zamontowanych na policyjnych mundurach z policyjną bazą danych i twarzami ze zdjęć w policyjnych archiwach. W teorii ułatwia to zatrzymywanie przestępców.
Twarz osoby poszukiwanej, gdy zostaje choćby przypadkiem zarejestrowana przez kamerkę z policyjnego munduru, zostaje automatycznie rozpoznana przez oprogramowanie ‚Rekognition’ i porównana ze zdjęciami w policyjnych bazach danych. Funkcjonariusz jest automatycznie informowany o tym, że jego kamera zarejestrowała twarz osoby poszukiwanej i może dokonać zatrzymania lub kontroli podejrzanego. W teorii ułatwia to walkę z przestępczością i policja chętnie podaje przykłady najgorszych przestępców – od terrorystów po gwałcicieli i pedofilów, których można wyłapać dzięki temu systemowi. Teoretycznie więc, oprogramowanie jest pożyteczne.
Niestety, wokół zastosowania tej technologii nagromadziło się sporo kontrowersji. Organizacje broniące praw człowieka alarmują, że oprogramowanie myli się w wielu przypadkach i błędnie rozpoznaje niektóre twarze. Co bardziej szokujące, program „Rekognition” myli się wyjątkowo często w przypadku twarzy osób czarnoskórych. Sprawę nagłośniono, gdy w lipcu 2018 roku opublikowano wyniki testu oprogramowania w którym „Rekognition” błędnie zidentyfikował twarze 28 członków amerykańskiego Kongresu, w szczególności kongresmenów czarnoskórych i kolorowych. Grupa członków Kongresu wysłała potem list do szefa Amazona, Jeffa Bezosa, domagając się zaprzestania udostępniania programu instytucjom porządkowym, w tym policji i służbom imigracyjnym.
Jak argumentowali, używanie tego oprogramowania może prowadzić do pomyłek i nadużyć. Bezos bronił wtedy współpracy ze służbami, argumentując, że skuteczność oprogramowania szacowana jest na 80% i że firma zaleca służbom policyjnym traktowanie oprogramowania jako narzędzia pomocniczego a nie ostatecznie decydującego o czyjejś winie. Jak jednak wykazali dziennikarze The Washington Post, policja wykorzystywała oprogramowanie ignorując zalecenia producenta, co prowadziło do sytuacji, gdy zatrzymywano, przesłuchiwano i dręczono niewinnych ludzi, oczywiście głównie Czarnych. Problemy w identyfikacji twarzy przy użyciu tego oprogramowania wykazali w 2019 roku naukowcy z Massachusetts Institute of Technology, zwracając dodatkowo uwagę na duży odsetek błędnych wskazań w przypadku kolorowych kobiet.
Policja i służby wykorzystują te technologie nie tylko do ścigania najgroźniejszych przestępców, ale także do profilowania aktywistów i osób uczestniczących w protestach. Technologii tych używano już na przykład przy okazji protestów w Baltimore po tym jak uniewinniono sześciu policjantów odpowiedzialnych za śmierć czarnoskórego baltimorczyka Freddiego Graya. W trakcie protestów po tych wydarzeniach, policja profilowała uczestników przy użyciu technologii rozpoznawania twarzy i wiele osób trafiło do aresztu w oparciu o dowody z oprogramowania. Przypomnijmy w tym miejscu, że Freddie Gray zmarł po tym, jak w policyjnym radiowozie złamano mu kręgosłup. Odpowiedzialni za to policjanci twierdzili, że obrażenia były skutkiem „przewrócenia się” w czasie transportu na komisariat. Świadkowie twierdzili natomiast, że policjanci używali nadmiernej siły a zatrzymany krzyczał „nie mogę oddychać” gdy funkcjonariusz klęczał mu na karku. Dzisiaj taki przebieg wydarzenia brzmi już bardzo znajomo. Pomimo tego, policjanci zostali jedynie zawieszeni, bez wstrzymania wynagrodzenia, a następnie „ukarani” w wewnętrznym śledztwie, którym kierowali inni policjanci. Można tu jeszcze wspomnieć o tym, że Freddie Gray był całkowicie niewinny, nie popełnił żadnego przestępstwa i został aresztowany przypadkowo.
Przy innej okazji, policja na Florydzie wykorzystywała to niepewne oprogramowanie do zatrzymywania i przetrzymywania w aresztach ludzi na podstawie przepisów antynarkotykowych, pomimo tego, że sam producent ostrzegał, że odczyty z oprogramowania mogą być błędne a ich skuteczność jest ograniczona. Ofiarą pomyłek padali oczywiście wyłącznie Czarni i inni kolorowi. Od tamtego czasu działacze na rzecz praw obywatelskich prowadzą kampanie na rzecz zaprzestania wykorzystywania tych technologii. Wszystkie te starania rozbijały się do tej pory o argumenty o „walce z przestępczością” czy „zagrożeniu terroryzmem”.
Potrzeba było masowych protestów początku czerwca 2020 roku i ogromnej presji społecznej, by Amazon zdecydował się na zawieszenie współpracy z amerykańską policją. Przedstawiciele Partii Demokratycznej przedstawili w Kongresie projekt ustawy o reformie policji, w której zakazuje się korzystania przez aparat ścigania z systemu rozpoznawania twarzy w czasie rzeczywistym. Niektórzy aktywiści wskazują jednak, że projekt reformy nie idzie wystarczająco daleko. Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (ACLU) argumentuje, że zakazane powinno być wszelkie korzystanie z technologii rozpoznawania twarzy w urządzeniach na mundurach policyjnych. „Technologia rozpoznawania twarzy zagraża prywatności wszystkich, ale szkodliwość tej technologii nie jest doświadczana przez wszystkich jednakowo. Niedawne, wszechstronne badania rządowe przeprowadzone przez Narodowy Instytut Nauki i Technologii wykazały, że Afroamerykanie i Azjaci byli nawet 100 razy bardziej narażeni na błędną identyfikację niż biali, w zależności od algorytmu i rodzaju użycia go. Nawet jedna błędna identyfikacja może prowadzić do niesłusznego aresztowania, długotrwałych przesłuchań a nawet śmierci z rąk policji – wszystko to są zbyt częste przypadki rasistowskich nadużyć policyjnych, jakich kolorowi doświadczają na co dzień” – pisze ACLU.
Podobne oprogramowanie tworzą wielkie firmy, takie jak IBM czy Microsoft. IBM zakazał w ostatnich dniach wykorzystywania swojego oprogramowania do prowadzenia „masowej obserwacji i profilowania rasowego” i rozważa całkowity zakaz sprzedaży takich produktów służbom policyjnym. W liście skierowanym do amerykańskiego Kongresu, szef IBM Arvind Krishna napisał, że „walka z rasizmem jest pilna jak nigdy”. Krishna ogłosił, że dalsza współpraca z policją i innymi agendami rządowymi zależna będzie od wyników współpracy w trzech obszarach: reforma policji, odpowiedzialne korzystanie z technologii i rozszerzenie szkoleń w zakresie korzystania z produktów firmy.
Firma Microsoft zapewniała w ostatnich dniach o swoim przywiązaniu do idei zwalczania rasizmu i zwróciła się nawet do jednej z wiodących artystek nowojorskich z prośbą o ozdobienie antyrasistowskim muralem firmowego sklepu w centrum Nowego Jorku. Nie do końca jest jednak jasne na ile poważnie firma traktuje swoje deklaracje o antyrasizmie. 250 pracowników firmy wystosowało list w którym zachęcają swojego pracodawcę do zerwania kontraktów z amerykańską policją ale kierownictwo Microsoft wydaje się głuche na takie wezwania. Firma nie tylko tworzy i sprzedaje systemy do rozpoznawania twarzy i inwigilacji ale aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz stworzenia przepisów prawnych korzystnych dla producentów tego typu oprogramowania i deregulacji przepisów dla tej branży. W tym roku firma brała aktywny udział w lobbowaniu na rzecz wprowadzenia prawa ułatwiającego korzystanie z tych technologii przez policję i prywatne firmy w Kalifornii. Dzięki staraniom organizacji proobywatelskich, w Kalifornii udało się zapobiec wprowadzeniu tej ustawy ale podobna ustawa weszła ostatnio w życie w stanie Waszyngton.
Trudno oczekiwać, że Microsoft z własnej inicjatywy zrezygnuje z promowania przepisów korzystnych z punktu widzenia ich interesów. Branża technologii inwigilacyjnych jest bardzo dochodowa i ma przyszłość, o ile rządom państw na świecie uda się przekonać społeczeństwa, że elektroniczna inwigilacja jest niezbędna do tego, by poczuli się bezpiecznie. W projekcie ustawy w Kalifornii zawarto przepisy usuwające obecny, wywalczony przez działaczy na rzecz praw obywatelskich zakaz stosowania przez władze systemu rozpoznawania twarzy. Taki zakaz obowiązuje obecnie w sześciu stanach Ameryki a Microsoft chce go znieść.
Firma współpracuje ponadto z izraelskimi firmami zajmującymi się produkcją systemów rozpoznawania twarzy, które wykorzystywane są do inwigilowania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu. Microsoft może twierdzić, że jest oddany idei rasowej sprawiedliwości ale działania firmy nie poszły na razie ani o krok w kierunku odcięcia się od szkodliwych praktyk związanych z wykorzystaniem ich systemów przez policję i służby bezpieczeństwa.
Należy mieć nadzieję, że dobre kroki podjęte w tej dziedzinie przez firmy Amazon i IBM będą kopiowane przez innych. Pewne jest natomiast, że nie odbędzie się to bez presji ze strony organizacji pozarządowych i ruchów na rzecz sprawiedliwości społecznej. Do moralnego zachowania korporacje trzeba zmusić.

Miejskie powstanie przeciwko rasizmowi

W dziesiątkach amerykańskich miast od tygodnia trwają burzliwe demonstracje połączone ze starciami z policją, podpaleniami radiowozów i budowaniem barykad. Władze wprowadziły godzinę policyjną, wysłały na ulice tysiące uzbrojonych policjantów i żołnierzy Gwardii Narodowej, kilka tysięcy demonstrantów aresztowano. W Waszyngtonie rozgoryczeni demonstranci zbliżyli się do siedziby prezydenta Trumpa. Przez kraj przechodzi największa fala rozruchów od 1968 roku, gdy zamordowano Martina Luthera Kinga.

We wtorek 26 maja w Minneapolis wybuchły masowe protesty po tym, jak z rąk białego policjanta zginął czarnoskóry mieszkaniec miasta, George Floyd. Jeden z czterech białych policjantów wezwanych do interwencji w sprawie wykroczenia klęczał przez osiem minut na szyi Floyda, gdy ten wielokrotnie krzyczał, że nie może oddychać. Wyjątkowo brutalna forma zatrzymania oraz śmierć zatrzymanego w następstwie interwencji, sprowokowały niespotykaną od kilku lat falę oburzenia i gniewu. Mieszkańcy wyszli na ulice, starli się z policją, część z nich zaatakowała policyjne radiowozy, podpalono komisariat policji w którym pracowali policjanci odpowiedzialni za śmierć Floyda.
W mieście dochodziło już wcześniej to wystąpień ulicznych i zamieszek gdy z rąk policji ginął czarnoskóry mieszkaniec. Tak było w 2015, 2016 i 2017 roku. W skali kraju takich incydentów były dziesiątki. W większości przypadków odpowiedzialni za śmierć czarnoskórego człowieka policjanci unikali konsekwencji prawnych lub konsekwencje były symboliczne.
Media głównego nurtu skupiają się na aktach wandalizmu i grabieży jakich dopuszczają się demonstranci. Faktycznie, w trakcie zamieszek zapłonęły samochody, przypadkowe budynki, obrabowano kilka supermarketów i sklepów. Nie jest to działanie, które zjednuje sympatię mediów i opinii publicznej. Wszyscy chcieliby widzieć bardziej „cywilizowane” formy protestu. Dla lewicy i demokratów skuteczną formą walki politycznej są na przykład strajki i mobilizowanie mas do współnej walki, zamiast chaotycznych form przemocy i wandalizmu.
Ale w przesiąkniętej neoliberalnym dogmatyzmem kulturze politycznej Stanów Zjednoczonych, gdzie od lat promuje się egoizm, indywidualizm i konsumpcję zamiast idei jedności i solidarności, gdzie lewica i jej idee są od dekad marginalizowane i mają niewielki wpływ na świadomość najbiedniejszych, te „bardziej cywilizowane” formy nie są szerzej znane. Nie są one znane szczególnie wśród najbardziej upośledzonych społecznie warstw Ameryki.
Agresja i przemoc, której Czarni doświadczają niemal na co dzień ze strony państwa, policji i systemu, są często jedynym “językiem politycznym” jaki znają młodzi ludzie wychowani w czarnych gettach. Nic dziwnego, że na najbardziej jaskrawe akty przemocy i rasizmu ze strony policji i państwa, ludzie ci odpowiadają jedynym językiem jaki znają – aktami agresji i przemocy.
W takiej atmosferze rabowanie sklepów jest przez demonstrantów traktowane jako wyrównywanie rachunków z systemem, który jest odpowiedzialny za ich los. Akty te nie są przemyślanymi, racjonalnymi i zaplanowanymi działaniami za którymi stoi program i plan. Jest to spontaniczna, desperacka reakcja na frustrację i bezsilność czarnej mniejszości, która nie tylko w największym stopniu doświadcza skutków ekonomicznej zapaści i bezrobocia w ostatnim czasie, ale która jest też największą ofiarą Coronawirusa. Spośród przeszło stu tysięcy śmiertelnych ofiar epidemii w USA, ogromną większość stanowią właśnie Czarni.
Pierwszą reakcją prezydenta Donalda Trumpa na zajścia w Minneapolis nie była próba dialogu czy refleksji nad przyczynami takich nastrojów w mieście. Zamiast tego Trump użył Twittera do wystosowania groźby: państwo odpowie strzałami! Trudno się dziwić, że społeczność Czarnych nie czuje się w USA jak obywatele o pełnych prawach.
Skoro jedyną obietnicą jaką państwo ma dla zdesperowanej biedoty są kule karabinów Gwardii Narodowej, to należy stwierdzić, że protesty jakie widzimy w USA są w pełni uzasadnione a za ich chaotyczną, agresywną i brutalną formę odpowiadają wspólnie: klasa panująca, państwo i system.
Protesty te dają w pewnym sensie nadzieję na przyszłość. Oto w sytuacji, gdy na całym świecie postępowe ruchy masowej kontestacji są w kryzysie, są uciszane, poddawane represjom, marginalizowane poprzez narzędzia dezinformacji, fake newsów i dominacji mediów głównego nurtu, okazuje się, że rebelie i bunty mogą się narodzić całkowicie oddolnie, bez przywódców i poza tradycyjnym spektrum partii politycznych.
Z historii wiemy, że takie początkowo chaotyczne i niepozorne wybuchy społeczne mogą się przerodzić w gigantyczne fale rewolucyjne zdolne do zmiecenia rządów, reżimów politycznych czy nawet układów geopolitycznych. Niech świeżym przykładem będzie tu Arabska Wiosna. Choć klasom panującym w regionie i mocarstwom udało się już spacyfikować jej potencjał i siłę rażenia – na różne sposoby, często bardzo brutalnie i krwawo – to wolnościowe i demokratyczne idee Arabskiej Wiosny oraz doświadczenie wspólnej walki są tam wciąż żywe.
Protesty w USA są czymś więcej niż tylko odpowiedzią na zamordowanie Georga Floyda. Są też odpowiedzią na rasizm i arogancję Donalda Trumpa i reakcją na sytuację w jakiej znalazła się amerykańska biedota w obliczu kryzysu związanego z pandemią. Ale przede wszystkim są reakcją na dekady dyskryminacji i poniżenia, reakcją na organicznie rasistowski charakter systemu ekonomicznego i politycznego w USA.
Frustracja i chęć odwetu, nawet gdy chwilowo uśpione czy spacyfikowane, pozostaną wśród Czarnych w USA do czasu aż kwestia rasizmu i ucisku mniejszości nie zostaną rozwiązane. Dlatego należy wypatrywać kolejnych wybuchów gniewu, rebelii i powstań miejskich a ich forma może być daleka od tej jaką sobie wymarzymy.

Zakaz zgromadzeń trwa

Rząd najwyraźniej obawia się protestów społecznych przed wyborami, a więc uznał, że uniemożliwienie wyrażania sprzeciwu pod pretekstem epidemii będzie najlepszym pomysłem.

Obywatele chodzą już do pracy, otwarto restaurację, a na boiskach trenują piłkarze, ale wyjść na ulice i protestować nadal nie wolno. W ostatnim czasie doszło do kilku brutalnych interwencji policyjnych podczas tzw. strajku przedsiębiorców. 16 maja zatrzymano ponad 300 osób. Poturbowani zostali: senator Jacek Bury i posłanka Klaudia Jachira.

Do kolejnej policyjnej mobilizacji doszło w sobotę 23 maja. Ponownie próba protestu w centrum Warszawy została przerwana przez funkcjonariuszy. Legalnie nie udało się również zarejestrować Strajku Wkurzonych w Krakowie. Zgromadzenie to miało odbyć się 23 maja i zebrać pod wspólnymi sztandarami tracących zatrudnienie i zarobki pracowników oraz bankrutujących drobnych przedsiębiorców., dla których tarcze antykryzysowe okazały się wydmuszką. Organizatorzy wydarzenia, którzy nie chcą, by uczestnicy spotkali się z ostrą reakcją mundurowych, przełożyli je o tydzień i poszli do sądu. O cofnięcie epidemicznego zakazu zgromadzeń do premiera zwrócił się osobiście przewodniczący OPZZ, powołując się na konstytucyjne prawa obywateli. Również Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar poprosił o to ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego. Bezskutecznie.

– Przypominamy, że w myśl obowiązującego prawa nie można organizować zgromadzeń; wszelkie zgromadzenia będą nielegalne – pogroził palcem w czwartek rzecznik stołecznej policji nadkom. Sylwester Marczak, odnosząc się do planowanych demonstracji.

Policja antykryzysowa

Chaos i agresywne działania mundurowych – to przede wszystkim zobaczyła opinia publiczna podczas sobotniego protestu w Warszawie.

Wydarzenie było opisywane w internecie jako strajk przedsiębiorców, ale pojawili się na nim nie tylko ludzie faktycznie prowadzący biznes. Do protestu organizowanego m.in. przez Pawła Tanajnę dołączyło wielu pracowników czy osób prowadzących jednoosobową działalność, którzy stracili źródło zarobku. Wsparła ich również rolnicza Agrounia. Trudno powiedzieć, ilu z nich faktycznie utożsamiało się z postulatami, jakie rozpowszechnia w internecie Tanajno czy wspierający protest posłowie Konfederacji, ilu było po prostu wściekłych na całokształt polityki rządu w czasie pandemii, a ilu reprezentowało egzotyczne środowiska negujące istnienie koronawirusa. Żadna inna organizacja – lewicowa, związkowa – nie próbowała nawet organizować ulicznych protestów., ściśle respektując wprowadzony na czas epidemii zakaz zgromadzeń.

Rozbite zgromadzenie

Organizatorzy tzw. strajku przedsiębiorców twierdzili, że zgromadzenie jest legalne. Jego uczestników rozstawili w odstępach i – w odróżnieniu od wcześniejszego protestu pod kancelarią premiera – apelowali o zakrywanie twarzy. Demonstranci byli przekonani, że są na miejscu legalnie, jednak ściśle rzecz biorąc warszawski ratusz nie wydał zgody na demonstrację, powołując się na przepisy antykryzysowe. Policja otoczyła zebranych ścisłym kordonem i nie pozwalała im odejść z Placu Zamkowego. Potem przez kilka godzin pojedynczo zabierała demonstrantów do radiowozów. Trafili na komisariaty pod Warszawą (m.in. w Grodzisku czy Pruszkowie), gdzie za złamanie rządowych rozporządzeń epidemiologicznych wystawiano mandaty w różnej wysokości. Niektórym uczestnikom zgromadzenia, gromadzącym się poza Placem Zamkowym, udało się przejść przez centrum miasta ze swoimi transparentami. W relacjach mediów dominowały jednak obrazy z placu i działania policjantów., którzy łącznie zatrzymali 380 osób Wnoszenie do radiowozów ludzi, którzy zarzekali się, że nie robili nic złego czy przepychanka funkcjonariuszy z posłanką Klaudią Jachirą robiły fatalne wrażenie.

Czego chcieli?

Pod jakimi hasłami w ogóle zebrali się protestujący? Wielu mówiło w mediach, że chcieli wyrazić ogólny gniew z powodu działań rządu, bezczynności, tego, że nie dociera do nich żadna pomoc, o której głośno mówi się w publicznych mediach.

Sedno postulatów „strajku” to jednak jeszcze mocniejsze osłony dla biznesu – rząd miałby pokryć poniesione przez prywatnych przedsiębiorców straty w pełnej wysokości, wziąć na siebie wypłaty odpraw w razie zwolnień pracowników, a także „wykreślić przepisy zamiast tworzyć nowe” i „redukować liczbę urzędów i urzędników”. To kroki, których na czas kryzysu nie podjęło żadne państwo. Żadne, nie tylko polskie tanie państwo nie jest w stanie w stu procentach pokryć strat biznesu, zarazem rezygnując z własnych przychodów i zwalniając pracowników własnej administracji, a do tego zostawiając w bardzo trudnej sytuacji pracowników najemnych. Czyli nadal większość społeczeństwa.

Pomóc, ale rozsądnie

– W przypadku firm borykających się z trudnościami w związku z szalejącą pandemią państwo powinno odpowiednio je oceniać i pomagać tym, które są przyszłościowe i będą mogły już zaraz wrócić na prostą. Ta pomoc nie powinna jednak odbywać się za darmo – komentuje postulaty przedsiębiorców lewicowy działacz i filozof Tymoteusz Kochan. – Niedopuszczalne jest też obniżanie składek na zdrowie i ubezpieczenie społeczne. Państwo nie może być przysłowiowym samobójcą i nie może pomagać rezygnując ze swoich własnych wpływów, bo byłoby to równoznaczne z wbiciem noża we własne plecy. Wszyscy borykający się z trudnościami i pozbawieni środków do życia przedsiębiorcy powinni mieć (razem z pracownikami) zagwarantowane kryzysowe świadczenie w wysokości płacy minimalnej lub pensję w wysokości 2379,66 zł brutto, czyli w wysokości najczęściej wypłacanego obecnie pracownikom w Polsce wynagrodzenia – proponuje publicysta.

Pacyfikować, nie rozmawiać

Zakres pomocy dla wszystkich poszkodowanych przez kryzys – pracowników, drobnych i średnich przedsiębiorców, bezrobotnych – mógłby być przedmiotem eksperckiej dyskusji. To wszystko mogłoby być przedmiotem dialogu z udziałem ekonomistów, związków zawodowych, organizacji społecznych. Rząd i opozycja wspólnie mogłyby dojść do tego, jakie rozwiązania antykryzysowe są wykonalne i zapobiegną pogłębianiu się ogólnospołecznego kryzysu. Czy nie pomogłoby to w uspokojeniu nastrojów Polaków, którzy po dwóch miesiącach w ciągłym napięciu są coraz bardziej u kresu wytrzymałości?

PiS wolał jednak załatwić sprawę znanym sobie sposobem. Plan antykryzysowy będzie taki, jak wymyślono na Nowogrodzkiej, pomoc zostanie udzielona w takim zakresie, jak zdecydował rząd i prezes. Żadnej dyskusji. Gdyby protestowali pracownicy, potraktowano by ich tak samo. Może to zresztą jeszcze przed nami.