Co zrobi z ciebie oficera?

Wszyscy policjanci są równi, chyba, że są zapracowani…

Po obejrzeniu tysiąca filmów i setek seriali, każdy wie, że praca policjanta ciężką jest. Zaś życie osobiste stróża prawa to dramat.

Lekarstwo na miłość

Nie inaczej było w przypadku pana policjanta z Opola. W jego małżeństwie coś pękło, a coś się skończyło. Wewnętrzny imperatyw kazał mu odejść od żony. Żona pana policjanta złą kobietą była. Wynajęła zatem detektywa, który miał znaleźć dowody na wiarołomstwo małżonka.

Detektyw wziął się do roboty i dowody znalazł. Tyle, że nie takie, o jakich pani policjantowa myślała. Zamiast kochanki wyniuchał bowiem, że pan policjant wydaje małżeński szmalec na murzyna. Takiego, co to zajmuje się pisaniem prac licencjackich i magisterskich.

„Na bezrybiu i murzyn ryba”- pomyślała pani policjantowa i napakowana rozwodową adrenaliną pognała z kwitami do mężowego komendanta.
Niestety dla siebie, komendanta i męża pognała oficjalnie. Przełożony męża złej kobiety nie miał wyjścia. Musiał nadać sprawie bieg przewidziany procedurami. Znaczy powiadomić o zdarzeniu Biuro Spraw Wewnętrznych.

Dwunastu gniewnych ludzi

Policja w policji poczuła krew. Zrobiła co do niej należało i migiem oddała sprawę prokuraturze. Przerąbane zaczęło mieć teraz 12. ambitnych policjantów.

Prokuratura ustaliła, że wiedzeni pasją do stopni naukowych policjanci kupowali prace magisterskie i licencjackie u dwóch osób – Sylwii S. i Jerzego S., którzy od sześciu lat prowadzili w Tarnowskich Górach firmę i w ramach tej działalności pisali prace na zlecenie. I gdyby nie mundurowi klienci podnosiliby statystyki wykształcenia Polaków do tej pory.

Sposób działania murzynów był prosty, jasny i przejrzysty. Klient przedstawiał prowadzącym firmę temat swojej pracy. Jerzy i Sylwia S. wyszukiwali materiały oraz odpowiednią literaturę i na tej podstawie opracowywali plan danej pracy. Przesyłali go mailem zleceniodawcy, a ten przedkładał go do akceptacji promotorowi. I w zależności od widzimisię promotora, albo Tarnogórzanie pisali pracę od razu, albo po tym, gdy do pracy naniesiono niezbędne zdaniem uczelnianego opiekuna poprawki.

Wróg publiczny

Fabryka prac była firmą elastyczną, kierującą się etyką zawodową i potrzebami klienta. A także jego możliwościami finansowymi. Jak stać go było na zapłacenie za całość, to na swoją skrzynkę mailową dostawał pełną pracę. Jak mógł płacić w ratach, to otrzymywał pliki z poszczególnymi rozdziałami. Forma płatności była dla klientów wybitnie nieabsorbująca czasowo. Mieli po prostu dokonywać przelewów na oficjalne konto bankowe tarnogórskiej firmy.

Zresztą kasa za usługę nie była wygórowana. Koszt pracy, w zależności od liczby stron, wynosił od 1200-1450 zł za pracę licencjacką do 1650 zł za pracę magisterską.

Do tego momentu działaniom oskarżonych policjantów i piszących dla nich Murzynów nic niezgodnego z prawem zarzucić nie można. Nawet policjantowi wolno płacić za dowolny tekst, a wszystkim innym wolno pisać co im serce podpowiada, a Konstytucja gwarantuje. Schody zaczynają się dopiero w momencie gdy nabywca pracy przedkłada na swojej uczelni pracę jako własną. Składa się bowiem wtedy oświadczenie, że jest się autorem pracy i przygotowało się ją samodzielnie, przy wykorzystaniu wskazanej w pracy literatury przedmiotu i materiałów źródłowych.
To taki bardzo niekapitalistyczny przepis. Bo w świecie wolnego rynku kupować i sprzedawać można prawie wszystko. W tym dobro intelektualne jakim jest prawo autorskie. A kupujący prace policjanci wchodzili w posiadanie praw do prac, bo wszak płacili za nie ciężko zarobionymi pieniędzmi.

W sieci kłamstw

Taki punkt widzenia prokuraturze był obcy. Uznała ona, że skoro na podstawie pisanych przez kogoś innego prac policjanci uzyskiwali dyplomy licencjata bądź magistra, to jest to przestępstwo.

Ba, według oskarżyciela już przystąpienie do obrony pracy – magisterskiej lub licencjackiej – nie własnego autorstwa i uzyskanie na tej podstawie zaświadczenia o ukończeniu studiów czy dyplomu licencjata jest „wyłudzeniem poświadczenia nieprawdy”. I może kosztować 3 lata odsiadki.

Ale żeby tylko to. Prokuratura przyczepiła się też do tego, że zdobyte dyplomy policjanci składali w jednostkach policji, w których pełnili służbę, a jedna z oskarżonych osób posłużyła się takim dyplomem podczas postępowania rekrutacyjnego do policji. Takie coś zdaniem prokuratora to zło opisywane przez kodeks karny jako „posłużenie się dokumentem, w którym wyłudzono poświadczenie nieprawdy”. A za to grozi kara grzywny, ograniczenia wolności lub kara do 2 lat więzienia.

Dwojgu murzynów z Tarnowskich Gór, mimo najszczerszych chęci, prokuratura mogła nagwizdać. Żaden z ich tekstów nie nosił nawet znamion plagiatu, a twardy dysk komputera Jerzego S. wykazał, że wszystkie przychody były księgowane tak, że Urząd Skarbowy mógłby być z takich płatników dumny. Przelewy na konto fabryki prac zawsze nosiły ten sam tytuł płatności – „konsultacje”. A cena każdej z nich wahała się od 200 do ponad 400 złotych.

Teoria chaosu

Z dwunastu policjantów, których wzięto pod lupę, na akty oskarżenia – zdaniem prokuratury – zasłużyło ośmiu. I to z tak różnych bajek i województw jak opolskie, śląskie i dolnośląskie. W tym gronie był i pracownik biura prasowego Komedy Wojewódzkiej Policji w Opolu, i zastępca dyżurnego w komendzie wojewódzkiej policji, i dwóch policjantów prewencji.

Trójka podległa Opolu, poległa na wejściu. „W wyniku prowadzonego postępowania administracyjnego” na polecenie Komendanta Wojewódzkiego Policji trzem oskarżonym policjantom wydano rozkazy o zwolnieniu ze służby.

Ze strony komendanta to było wybitnie nie fair. Po pierwsze wywaleni funkcjonariusze działali przecież dla dobra służby, a po drugie – podobnie jak reszta – nie przyznali się do winy. Poza tym większość policjantów nie ukrywała przed mundurowymi kolegami tego, jak bez większego wysiłku można zdobyć tytuł. A takie skończone studia dawały funkcjonariuszom możliwość awansu. I dlatego w komendach wszyscy wiedzieli, kto pisze prace i że można go polecać kolegom.

Nic zatem dziwnego, że oskarżeni o kupowanie prac policjanci, którzy nie zostali wyrzuceni ze służby byli zawieszani przez przełożonych symbolicznie – od 2 tygodni do miesiąca. I to tylko dlatego, że przełożony jest zobowiązany do zawieszenia funkcjonariusza, gdy ten usłyszy zarzuty prokuratorskie. Zawieszenie funkcjonariusza jest regulowane przez ustawę o policji i może trwać do 3 miesięcy,w czasie których dostaje się połowę przysługującego uposażenia.

Ta sama ustawa stanowi, że jak któryś policjant dostanie skazujący wyrok karny, to frunie ze służby. Wyrok musi jednak być prawomocny.

Do utraty tchu

Tymczasem ten, który zapadł w tej sprawie po ponad dwóch latach w Sądzie Rejonowym w Opolu jest nieprawomocny. Acz ciekawy i pouczający.
Trzech oskarżonych ma zapłacić grzywny w wysokości od 6 do 8 tys. złotych – to ci, co wylecieli ze służby, gdy afera ujrzała światło dzienne. W przypadku czterech sąd warunkowo umorzył postępowanie na dwa lata. Umorzenie postępowania oznacza,że sąd nie orzeka. A skoro tak, to oskarżony nie jest skazany. A jak nie jest skazany, to nie musi się żegnać z mundurem.

Sędzia Małgorzata Marciniak, która przewodziła rozprawie uzasadniła jedno z umorzeń tym, że „był to czyn o średnim stopniu społecznej szkodliwości i wina nie jest znaczna”.

– Oskarżony nie był karany, służył społeczeństwu i sąd ma nadzieję, że był to incydent, który wynikał z nadmiaru obowiązków i chęci sprostania im wszystkim – dodała.

Sędzia Marciniak dobrze zasłuży się polskiej policji. Tej w której 50,2 proc. funkcjonariuszy ma średnie wykształcenie, 2,3 proc. – policealne, a 0,1 proc. – zawodowe lub podstawowe. Jeśli będą wykazywali chęć sprostania nadmiarowi obowiązków, to mogą sobie załatwiać nawet habilitacje.

Aha, jeden z oskarżonych został uniewinniony. To ten, od którego byłej już żony wszystko się zaczęło. Otóż była pani policjantowa – czy to z powodu opadnięcia emocji, problemów z pamięcią, czy może z lęku o dochody eksmałżonka od których zależy czy alimenty są, czy ich nie ma – w sądzie nie miała pewności, czy były mąż pracę kupił czy napisał sam i tylko zlecił jej przepisanie firmie z sąsiedniego województwa.

Wojna domowa?

Polityczna burza, która wybuchła w Paryżu po publikacji pierwszego, kwietniowego listu otwartego emerytowanych generałów („przygotowują pucz!”), wzmogła się po ogłoszeniu drugiego, anonimowego listu „młodych oficerów”. Może warto wyjaśnić kontekst tych deklaracji, wróżących wojnę domową na podstawie pewnej społecznej diagnozy, która może śmiało kojarzyć się z pomysłami skrajnej prawicy, czy po prostu Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. Za rok we Francji dojdzie do wyborów prezydenckich, a język listów jest bez wątpienia wyborczy…

Pierwszy list – generałów-emerytów – dotarł do medialnej rzeczywistości 21 kwietnia, gdy wydrukował go prawicowy tygodnik Valeurs Actuelles („Obecne Wartości” – VA). Już sama data jest znacząca: to była 60 rocznica słynnego „puczu generałów”, dowodzących francuskimi wojskami kolonialnymi w Algierze, gdy prezydent gen. de Gaulle miał „zdradzić ojczyznę”, dążąc do zakończenia wojny i negocjując niepodległość Algierii. Były to czasy OAS – Organizacji Tajnej Armii, która nie zawahała się dokonać (nieudanego) zamachu na prezydenta.
To odniesienie historyczne, którego w samym liście nie było, stało się na tyle problematyczne, że kolejny list otwarty, również opublikowany w VA list „młodych oficerów”, który w pełni popierał emerytów, zawarł już jasno przeciwną aluzję do przeszłości. Powołano się mianowicie na „bunt generałów” z roku 1940, kiedy gen. de Gaulle z kolegami ogłosili w Londynie „Wolną Francję”, wbrew decyzji francuskiego parlamentu i ówczesnej lewicy, oddającej pełnię władzy marszałkowi Pétainowi z jego polityką kolaboracji. To tamten antyrządowy ruch części wojska miał stanowić historyczny wzorzec autorów listu z 10 maja.
Ten drugi list, anonimowy, bo wojskowym nie wolno publicznie prezentować stanowisk politycznych, powoływał się na patriotyzm podobnie jak pierwszy, tylko raźniej: „Jesteśmy z tych, których gazety nazwały „pokoleniem ognia”… Wspominają, że już walczyli w Afganistanie, Mali, czy Republice Środkowoafrykańskiej, by pokonać „islamizm”, podczas gdy obecne rządy „poddają mu się na naszej własnej ziemi”. Oba listy powtarzają – wypisz wymaluj – język najsłynniejszego teraz we Francji prawicowego publicysty, francuskiego nacjonalisty i jednocześnie syjonisty z rodziny pochodzącej z Algierii – Erica Zemmoura.
Dzięki stałej obecności Zemmoura w kanale telewizyjnym CNews, należącym do oligarchy, wielkiego miliardera i „króla Afryki” Vincenta Bolloré, kanał ten w tym miesiącu pokonał ostatecznie wszystkie inne, by stać się telewizją informacyjną nr 1 we Francji. Krytyka współczesnego antyrasizmu, „teorii dekolonialnych”, „hord z przedmieść nienawidzących Francji”, odnosząca się do arabsko-afrykańskiej masowej imigracji postkolonialnej od lat 60. ub. wieku (na wniosek oligarchii, która chciała „większej konkurencji na rynku pracy”) zawarta w listach wojskowych, to spis głównych tez Zemmoura, zwolennika „deportacji wszystkich muzułmanów”, skazanego już parokrotnie za rasizm.
Żaden z listów wojskowych przejętych „upadkiem Francji” nawet słowem nie wymienia partii Le Pen, która od wyborów z 2017 r. poszła bardziej w prawo (wówczas miała pomysły wręcz lewicowe, jeśli wyjąć krytykę imigracji), ale jej nawoływanie do „zrobienia porządku” na „utraconych terytoriach” we Francji czuć w nich z daleka. Według badań paryskiego Instytutu Badań Politycznych ogłoszonych w dniu publikacji drugiego listu, „minimum” 60 proc. wojskowych i policjantów zagłosuje w drugiej turze na Le Pen, jeśli jej przeciwnikiem będzie Macron. Jeśli chodzi o policjantów, ten odsetek wynosi aż 74 proc. Być może to odbicie ogólnej nienawiści do Macrona, ale o kwestiach społecznych oba listy wojskowych milczą, oprócz ujęcia się przez emerytów za krwawo spacyfikowanymi „żółtymi kamizelkami”, które domagały się choć trochę sprawiedliwości.
Po prostu lepiej mówić o imigracji jako winnej „upadku kraju” niż neoliberalnej, ekstremistycznej polityce Macrona i jego poprzednika, oszusta politycznego Hollande’a, który podawał się za „socjalistę”. W ciągu ostatnich 10 lat w Stanach najbogatsi wzbogacili się o 170 proc., w Niemczech o 175 proc., a we Francji o 439 proc. – rekord świata! Jednocześnie rósł obszar biedy, bezrobocia i prekariatu, by „przyśpieszenie neoliberalne” Macrona, który politycznie poluje na terenie Le Pen, mogło wylądować w formie jakiegoś para-faszyzmu.
I teraz bardzo wzmocniona oligarchia, ów zespół feudałów „właścicieli Francji”, nie ma problemu, by postawić na Le Pen, która zadba o nich raczej nie dużo gorzej niż Macron. Burza wywołana listami wojskowych minie, ale siewcy wiatru pozostaną aktywni.

Czyja policja?

Joseph Fouché, książę Otranto, minister policji za panowania Napoleona Bonaparte mawiał, że każde społeczeństwo ma taką policję, na jaką zasługuje. Jest w tym ziarno prawdy. Niemcy, którzy wybrali w legalnych wyborach Hitlera i NSDAP zafundowali sobie Gestapo.

Działania policji, wobec spontanicznych protestów społeczeństwa, wywołały powszechne oburzenie a także dyskurs o tym co policji wolno a co jest przekroczeniem prawa. Uprawnienia naszych stróżów porządku opisuje Ustawa z dnia 6 kwietnia 1990 r. o Policji oraz nowelizacje i powiązane z nią akty prawne. Pierwszy punkt tej ustawy określa cel powołania służby, a brzmi:

Tworzy się Policję jako umundurowaną i uzbrojoną formację służącą społeczeństwu i przeznaczoną do ochrony bezpieczeństwa ludzi oraz do utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Siły policyjne od wieków są powoływane do życia przez różne formacje polityczne i systemy sprawowania władzy. Niewątpliwie są potrzebne tak długo jak spełniają treść zawartą w cytowanym punkcie ustawy.

Niestety kolejne partie władzy powołując się na swój demokratycznie zdobyty mandat wykorzystują policję i inne służby, przeznaczone do walki z określonymi patologiami, do realizacji swoich politycznych celów.

Jak temu przeciwdziałać i kto ma to robić? Nie sądzę, aby odwoływanie się do organów odpowiedzialnych za nadzór nad policją było skuteczne. Przecież pan premier Kaczyński, odpowiedzialny za bezpieczeństwo, pan minister Ziobro, który upolitycznił prokuraturę i niszczy niezawisłość sądownictwa, czy też pan Kamiński zamieszany w afery służb związanych z agentem Tomkiem tego nie zrobią. Właściwym organem państwa, który może naprawić prawo powinien być Sejm RP gdyż ma on mandat suwerena. Tego suwerena, który jest pałowany, gazowany, legitymowany i karany mandatami na ulicach polskich miast za to do czego ma prawo, do wyrażania swojej opinii.

Widzę potrzebę zdecydowanego działania parlamentarnych partii, które w swoich programach i deklaracjach ideowych wyrażają zasady praworządności, przestrzegania praw człowieka i wolności obywatelskich do zainicjowania działań mających na celu uzdrowienie funkcjonowania policji.

Przykładowo:
Uniemożliwienie wykorzystywania jednostek specjalnych (antyterrorystycznych paramilitarnych itp.) w sposób niezgodny z celem ich powołania;

Zakaz dokonywania czynności policyjnych wobec obywateli, przez nieumundurowanych, nieposiadających właściwych oznaczeń funkcjonariuszy, z wyjątkiem przypadków, gdy dochodzi do zbiorowych aktów o charakterze przestępczym takich jak niszczenie mienia i akty przemocy.

Precyzyjne zdefiniowanie i określenie pojęcia „naruszenie nietykalności funkcjonariusza” oraz „znieważenie funkcjonariusza”. Obywatel naruszenie swojej nietykalności musi udowadniać przed sądem na podstawie obdukcji. Policja wykorzystuje ten zarzut nadmiernie, często jako formę represji a udowodnienie przestępstwa jest oparte o arbitralne twierdzenie policjanta, bez dowodów i oceny niezawisłego sądu, co w mojej opinii jest niedopuszczalne;

Ograniczenie stosowania broni gładko lufowej jedynie do interwencji przeciw zamieszkom o charakterze przestępczym skierowanym przeciwko mieniu i zdrowiu obywateli oraz wprowadzenie nakazów jej stosowania w sposób zabezpieczający osoby postronne.

Władza, rządowe media i organa policji odpowiedzialne za wizerunek robią co mogą, aby ten wizerunek poprawić. Mamy policjantów przeprowadzających kaczuszki przez jezdnię, odbierających porody na pustkowiu i liczne produkcje telewizyjne o dzielnych kryminologach, funkcjonariuszach drogówki i prewencji, którzy walczą z podstępnym wrogiem społecznym, a tu spod dywanu wyłazi bezprawie.

Kilka przykładów ujawnionych przez niezależne media:
W Lubuskim (współpraca z kierowanym przez gangstera gangiem „laweciarzy”). Seksafera w rzeszowskim. Sprawa Beaty Cygan, która ewidentnie nosi ślady manipulacji lokalnej policji. Stosowanie niedopuszczalnych metod przymusu, które we Wrocławiu zakończyły się śmiercią Igora Stachowiaka czy też opowieść niesłusznie skazanego Tomasza Komendy o wymuszaniu zeznań biciem. Jak wyjaśnić matactwa policji w sprawie rodziny Olewników?

Czy we wszystkich przypadkach właściwie zadziałała prokuratura i sądy?
Drodzy czytelnicy, nie musimy pałać do policji szczególną empatią, ale powinna przynajmniej wzbudzać chłodny szacunek z odrobiną wdzięczności za wykonywanie bardzo trudnej i jednak potrzebnej służby społecznej, a tego mi brak.

Gdyby Urban nosił turban…

Prawicowi publicyści, wśród nich rozsądny i dowcipny Jan Wróbel z radia TOK FM, zaapelowali do centrowych i lewicowych kolegów, aby nie porównywali obecnej policji państwowej z „komunistycznymi” ZOMO, czyli Zmotoryzowanymi Odwodami Milicji Obywatelskiej.
A pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego do pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Nawet w schyłkowych latach jego państowo- politycznej działalności. Takie porównania są bowiem nieuzasadnione z merytorycznych i ludzkich powodów.
Mechaniczne porównywanie starego, schorowanego Gomułki z, zachowującym się jak zidiociały, aktualnym prezesem Kaczyńskim czynione w imię chwilowego, łatwo osiągalnego poklasku medialnego, zaciemnia jedynie analizy bieżącej rzeczywistości. Nic, poza złośliwą satysfakcją porównujących, do debaty o Polsce nie wnosi. Dodatkowo może jeszcze sprawić przykrość panu prezesowi gdyby owe porównania jakoś przedarły się do niego. A przecież on i tak już wiele się w życiu nacierpiał. Po co mu dodatkowych zgryzot?
Podobnie jest w przypadku obecnej policji państwowej. Lekkomyślne porównywanie jej do dawnego ZOMO to jednoczesne stawianie równanie między obecną IV RP a minioną Polską Ludową. A przecież każdy rozsądny analityk wie jakże to trudne do zrównania polityczne i społeczne byty są. Dodatkowo, a raczej przede wszystkim, porównanie policji państwowej do ZOMO jest wysoce krzywdzące dla policji państwowej. Bo przecież uczciwym policjantom, a takich jest zdecydowana większość, zwyczajnie przykro jest kiedy podczas rozpędzania demonstrujących Polek słyszą raniące ich serca wyzwiska.
Kiedy wracają do domów rodzinnych, a tam dowiadują się, że ich bliskich spotyka jeszcze ostracyzm towarzyski. A nawet słyszą cierpkie uwagi ze strony najbliższych członków rodziny. To wszystko sprawia, że przepracowani policjanci nie mają szansy odpoczynku po pracy. Dlatego mogą popaść w „doły psychiczne” albo jeszcze gorzej w przewlekłe depresje. I kto wtedy będzie łapał bandytów w naszym kraju?, odzywają się raz po raz propaństwowe nuty.
Psy, ZOMO, gestapo
Przyznam, bez przysłowiowego bicia, że przykro mi jest kiedy słyszę jakże to przykro jest policjantom słyszącym raniące ich godność i sumienie obraźliwe dla nich porównania. Jednak od razu nachodzą mnie wtedy też wspomnienia. Czasów kiedy dzisiejsi obrońcy policji biegali na antyreżimowe demonstracje i obrzucali tam ówczesne interweniujące ZOMO.
Czasem brukowymi kamolcami, zwykle obrażającymi funkcjonariuszy wyzwiskami. Najłagodniejsze z nich to były skandowane „Gestapo, gestapo” i „Nie bij Matki za pieniądze”. Pamiętam ówczesne kawały w stylu: „Zamienię córkę milicjantkę na każdą inną. Może być kurwa”. Pamiętam rymowankę: „Gdyby Urban nosił turban, to zamiast świni byłby Chomeini”. Wtedy zakładaliśmy się w studenckim gronie; co może być dla Urbana bardziej obraźliwe. Świnia czy Chomeini?
Nie znałem wtedy jeszcze ”Łysego” osobiście, nie wiedziałem jakże trudno go celnie obrazić. Gdzie ma swą achillesową piętę.
Wtedy też zapewne wielu uczciwym funkcjonariuszom Milicji Obywatelskiej i jej Zmotoryzowanych Odwodom było przykro słysząc raniące ich ego porównania do „Gestapo”. Wtedy też można było udowadniać, że porównanie ich do „Gestapo” jest merytorycznie zbyt daleko idące. A tak po ludzki zwyczajnie niesprawiedliwe. Wtedy jednak nikt, nawet z obozu władzy, nie troszczył się o dobro stan psychiczny pałujących funkcjonariuszy. O ich zawodowe traumy. Ewentualne rozchwiania psycho- fizyczne. Nie proponowano im opieki psychologicznej. Ani nawet skierowania ich na coaching.
Po francusku
Dzisiaj przeróżni pro państwowcy przywołują brutalność policji francuskiej. Organu porządku często stawianego za wzór republikańskiego demokratycznego modelu państwa. To prawda, że francuska policja potrafi bić. Bić bardzo skutecznie. Kilka razy widziałem ich w akcji podczas demonstracji i po nich. Ale ich brutalność zwykle była odpowiedzią na brutalność demontujących. Kiedy policja doświadczała prawdziwego wpierdolu, a nie słuchała jedynie syrenich głosów sugerujących władzy aby ta „wypierdalała”. Również porównywanie pana prezesa Kaczyńskiego do towarzysza sekretarza Gomułki jest efekciarskie, lecz nierzetelne. Obaj zrzędzili na starość, obaj mieli problemy z chorymi nogami, obaj demonstrowali niechęć do Niemców. Ale to wszystkie ich podobieństwa.
Towarzysz Gomułka utykał, bo został postrzelony przez policję podczas demonstracji, siedział w więzieniu sanacyjnym i potem w stalinowskim. W październiku 1956 roku zgromadził największy spontaniczny wiec poparcia w XX wiecznej historii Polski. A w końcówce swej działalności politycznej doprowadził do uznania polskiej granicy zachodniej również przez Niemcy zachodnie.
Pan prezes Kaczyński utykał ostatno, bo nie dba o kondycję fizyczną. W więzieniu za politykę nie siedział. Nie internowano go w czasie stanu wojennego, nie był nigdy nawet zatrzymany przez policję. To prawda, że zgromadził ostatnio w całym kraju najliczniejsze wiece. Ale wiece i marsze protestujące przeciwko jego polityce. Teraz przez swe partyjne intrygi może doprowadzić do rozpoczęcia Polexitu, czyli kolejnej katastrofy państwa polskiego. Jak widać, pan prezes Kaczyński do pięt politycznych towarzyszowi sekretarzowi Gomułce nie dorasta. Dlatego zgadzam się z prawicowymi publicystami nawołującymi do nieporównywania pana prezesa do towarzysza sekretarza.
Grupa rekonstrukcyjna
Polacy lubią odwoływać się do historii. Zwłaszcza naszej Polski, bo zwykle jej dobrze nie znają.
Polacy lubią porównywać obecną rzeczywistość do okresów minionych. Stąd te porównania do ZOMO, towarzysza sekretarza Gomułki. Stąd ostatnie histeryczne ataki elit PiS na Niemcy. Wypominanie Niemcom niechlubnej, nazistowskiej przeszłości. Ataki propagandowe wspólnie z Węgrami. Choć to Węgrzy byli w czasie II wojny światowej wiernymi sojusznikami Hitlera. Ostatnimi w Europie Środkowo- Wschodniej, aż do początku 1945 roku. Tak bracia Węgrzy próbowali Europę rozegrać, że kolejny raz utracili marzenia o Wielkich Węgrach. Jeśli popatrzymy na politykę elit PiS, posłuchamy ich retoryki, bez trudu dostrzeżemy, że to grupa rekonstrukcji sanacji jest.
Sanacji końca lat trzydziestych. Tej z kultem truchła Piłsudskiego, flirtami z radykalnymi narodowcami, narastającym zamordyzmem i propagandą mocarstwowej polityki. Sanacji w stanie dekadencji. Sanacji pułkownika Walerego Sławka, który zaczynaj jako niepodległościowiec, demokrata, demonstrant i terrorysta. A na koniec nadzorując policję brał kolejne pokolenie demokratów za przysłowiową mordę. Sanacji skłóconej. Obozu prezydenta, obozu rządowego, kabotyńskiego pułkownika Becka.
Sanacji prowadzącej politykę skuteczne izolującą Polskę na arenie międzynarodowej. Szukającej potem rozpaczliwego wsparcia w bratniej Rumunii i bratnich Węgrach. Sanacji państwa „Domku z kart”. Takiego „państwa z paździerza”. Jakie to dziś mamy szczęście, że pani kanclerz Niemiec wojny Warszawie nie wypowie. I elitom PiS zamiast wywózki na stepy Kazachstanu grożą jedynie tłuste euro posady we wrażej Brukseli. Gorzki, emigracyjny chleb.

O twórcy Absurdystanu, nie tylko sanitarnego

Z pewnym gorzkim rozbawieniem da się właśnie obserwować niezwykłe przebudzenie europejskich mass mediów w kwestii rządów króla Ubu we Francji, tj. neoliberalnego ekstremisty Emmanuela Macrona.

Opóźnienie tych mediów jest olbrzymie, gdyż szaleństwo neoliberalne długo im nie przeszkadzało. Dopiero po latach niespotykanego autorytaryzmu, wielu ofiar i nieszczęść, powodem do przebudzenia stały się, teraz sławne na cały kontynent, wyjątkowo represyjne środki antyepidemiczne, które poza swą groteską, niczego nie dają. Macronowska idolatria policyjnych represji przechyliła szalę.
Zaczęło się od artykułu w niemieckim Die Zeit. Tekst „Autorytarny Absurdystan” z 12 listopada oprócz analizy politycznych wpływów francuskiej oligarchii i paryskiej „arystokracji” urzędniczej, na których Macron oparł swe żałosne rządy, przynosi wiele anegdot ilustrujących chaos i niewiarygodną chucpę zarządzania „wojny z epidemią”. Na przykład, by wyjść z ogólnego aresztu domowego przewidzianego lockdownem, Francuzi muszą mieć odpowiednie zaświadczenia, choćby chodziło o wyprowadzenie psa, czy zaprowadzenie dziecka do szkoły.
Na początku tego miesiąca szef Macronistanu (jak go nazywają w ojczyźnie) wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym usprawiedliwiał godzinę policyjną i powszechny areszt domowy wymyślonymi liczbami: straszył, że w połowie miesiąca 9 tys. łóżek reanimacji będzie zajętych przez pacjentów z covidem, a wkrótce umrze na tę chorobę 400 000 ludzi (!). Konsekwencją tych typowych fałszywych proroctw na rzecz Wielkiego Strachu był zupełnie niespodziewany bunt mediów rządowych (d. publicznych). W końcu wyciągnęły one dowody, że ani godzina policyjna, ani lockdown z aresztem nie miały najmniejszego wpływu na spadek „przypadków” i zachorowań na covid.
Kilka elementów: szczyt liczby „przypadków” (tj. pozytywnych testów na obecność koronawirusa u zdrowych i chorych) przypadł na 2 listopada – potem liczby zaczęły gwałtownie spadać. 2 listopada to był zaledwie 4 dzień ogólnego aresztu domowego: daleko za wcześnie, by mógł zadziałać, jeśli to w ogóle działa. Co do godziny policyjnej, która sparaliżowała wiele miast łącznie ze stolicą, mogła wydawać się owocna, gdyż początek „szczytowania” liczby „przypadków” – 27 października – przypadł 10 dnia po wprowadzeniu tego obostrzenia. Problem: w miastach, w których godziny nie wprowadzono, początek szczytu przypadł tego samego dnia.
Mało tego, według uznanej już naukowej metody badania nagromadzenia wirusów w ściekach spływających z łazienek, spadek nieuchronnie zapowiadający obniżenie liczby „przypadków” i hospitalizacji zaczął się 17 października, tj. w dniu wprowadzenia godziny policyjnej. Obecnie królują dwie hipotezy, które mogłyby to wyjaśnić: jedna to prostu naturalny cykl życia tego typu wirusów i druga, o której nie warto mówić, gdyż na razie otacza ją zbyt silne tabu medialno-polityczno-społeczne typu pierwotnego (wg antropologii).
Jednak już nie problem, czy Macron, strasząc współobywateli wiedział, czy nie wiedział (co byłoby kompromitacją), jak się sprawy przedstawiają, przestraszył europejskie i nawet amerykańskie media, lecz ogólniejsza kwestia postępującej faszyzacji władzy. Partia Macrona, poparta przez Zjednoczenie Narodowe Le Pen, przepchnęła przez parlament przepisy praktycznie uniemożliwiające oskarżenia niezwykle brutalnej francuskiej policji o jawne przestępstwa. Środkiem do tego jest zagrożony więzieniem zakaz publikowania zdjęć i filmów policjantów, na podstawie których można ich zidentyfikować, co jest dozwolone np. w Chinach, Rosji czy innych krajach dyżurnie uchodzących za represyjne.
Skandaliczna, macronowska ustawa o „globalnym bezpieczeństwie” wywołała mocno spóźnione, nagłe przebudzenie liberalnych mediów, które można podziwiać z opadłą szczęką. Lawina artykułów, od Washington Post, Politico czy New York Times , poprzez Guardiana, El Pais, Handelsblatt i całą masę mniej wpływowych gazet z innych krajów, spada na ciężko doświadczoną Francję i jej oszalałego prezydenta. Potrzeba więc było epidemii, by wreszcie zwrócić uwagę na to, co dzieje się pośrodku Europy. Może po prostu Absurdystan jest większy, niż się uważa?

Flaczki tygodnia

Pan prezes Kaczyński potwierdził niepraworządność państwa polskiego.
Bo wedle wyartykułowanej, wręcz wykrzyczanej przez jaśnie pana prezesa definicji- państwo praworządne to takie w którym opozycja parlamentarna siedzi w więzieniu.

Od razu jednak pojawili się zwolennicy fałszywej tezy, że Polska jest państwem praworządnym. Informują oni, że pan prezes tak nie uważa, jedynie przejęzyczył się w „szale polemicznym”.
Tu jednak pojawia się problem natury ustrojowej. System polityczno- prawny IV Rzeczpospolitej oparty nie na Konstytucji RP, tylko dogmacie o nieomylności pana prezesa. Tak jak papież uważany jest za nieomylnego i władnego wśród katolików, tak pan prezes Kaczyński ma nieomylną i nie kwestionowaną władzę wśród kaczystów.
Stwierdzenie, że pan prezes pomylił się, i co gorsza, uzasadnianie „pomyłki” napadem szału, to nie tylko zwykła herezja. To potwierdzenie, że pan prezes Kaczyński podczas „szału polemicznego”, stanu coraz częściej u niego obserwowanego, może zrobić wszystko. Choćby wojnę z Rosją wywołać, jeśli uzna, że Rosja też „krew ma na rękach”.

Nie powiodła się policyjna prowokacja podczas protestów Polek przed bunkrem TVP info na warszawskim Placu Powstańców Warszawy.
Scenariusz prowokacji zapewne był prosty, jak budowa pałki teleskopowej. Przebrani za bandytów policjanci mieli pobić demonstrantów aby zdesperowani demonstranci zaczęli bić policjantów. Aby potem kaczystowska propaganda mogła zrównać protestujące Polki z bandytami- narodowcami. Tymi atakującymi policjantów podczas Marszów Niepodległości.

Ku zdumieniu bawiących się w bandytów policjantów bite przez nich Polki nie zachowały się jak znani im bandyci- narodowcy. Nie pobiły atakujących je bandytów, czyli policjantów. I tak misternie utkana prowokacja poszła się jebać. Jak mawiają rasowi narodowcy i przebrani za nich policjanci.

Ponieważ pomimo wielu wysiłków służby pana prezesa nie mogły zaprezentował protestujących Polek jak bandytów – narodowców, rozpoczęły się chaotyczne poszukiwania zastępczych bandytów. Inaczej trudno byłoby przebranym za bandytów policjantów rozliczyć koszty prowokacyjnej akcji. A szczuje z TVP info nie mieliby kogo propagandowo opluwać.

Bóg pomógł szczujom z TVP i policjantom zarabiającym jako bandyci. Zesłał im marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego i kilkoro innych parlamentarzystów z Lewicy. Przedzierający się, przez kordony policyjne, do pracy w Sejmie marszałek Czarzasty został przez policjantów zatrzymany i poszturchiwany. Inni policjanci używali gazu wobec posłanek Lewicy i KO. Pomimo tego Czarzasty oświadczył, że nie złoży skargi na policjantów, bo winni są ich przełożeni. Wtedy ci przełożeni postanowili dalej bawić się w bandytów. Marszałka Czarzastego oskarżono o napad, pobicie i okaleczenie policjanta. A parlamentarzyści PiS przebąkiwać o odwołaniu Czarzastego z funkcji wicemarszałka Sejmu. A także o wprowadzeniu regulacji prawnych, które ograniczą immunitet poselski.
O kaczystowskiej drodze do „praworządnego państwa”, czyli posadzenia opozycji na więziennych pryczach.

Elity PiS wielokrotnie wzdychały za II Rzeczpospolitą. Za tamtą luxtorpedą, Centralnym Okręgiem Przemysłowym, ograniczeniem „Sejmokracji”. Czy doczekamy się nowej Berezy Kartuskiej ?

Na razie w Internecie karierę robi pan rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka, który podczas występów w Telewizji „Trwam” określił parlamentarzystów „tchórzami kryjącymi się za immunitetem”. Jego kolega, pan minister Błażej Spychalski z Kancelarii pana prezydenta Dudy zadeklarował w radiowej „Trójce” wielką radość z skutecznej reakcji policji na protesty Polek.
Jeszcze niedawno panowie z PiS regularnie deklarowali swój szacunek wobec Polek. „My w Polsce panie całujemy w rączki”, chwalili się za granicami. Teraz policja państwowa udowodniła ten „rycerski szacunek”. Przy pomocy gazu i pałek teleskopowych.

Głosami prawicy Sejm odrzucił społeczną kandydaturę Zuzanny Rudzińskiej- Bluszcz na Rzecznika Praw Obywatelskich. Funkcję Rzecznika dalej musi pełnić Adam Bodnar, choć czas jego kadencji już minął, i co sprawia, że on też już mógłby siedzieć. Ech, daleko jeszcze do tej „praworządności” PiS.

Pan Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas miał wyjaśnić, dlaczego w oficjalnych statystykach brakuje tysięcy zakażonych. Ale zamiast wyjaśnień usłyszeliśmy o dymisji inspektora ze względu na jego stan zdrowia. Za dużo lodu wkładał sobie do majtek?

Ośmiesza nas przed całym światem, mówiąc Unii Europejskiej: hajs dajcie, ale nie wymagajcie od nas uczciwości? 25 krajów Unii: Litwa, Czechy, Słowacja, Grecja – patrzy na nas z politowaniem i zmęczeniem. Oni nie mają problemu z powiedzeniem: tak, jesteśmy gotowi na uczciwość. My – zdaniem Kaczyńskiego – problem mamy. My, i zawsze gotowe na pieszczoty z Putinem, Węgry”, komentuje lider ruchu Polska 2050 Szymon Hołownia. I sumuje :„Każdy z nas przez idiotyczne weta straci ponad 6 tysięcy złotych.

A tymczasem pan premier Morawiecki zapowiedział odwołanie tradycyjnych obchodów Świąt Bożego Narodzenia. W zamian obiecał Święta Wielkiej Nocy, bo po 18 stycznia 2020 będzie już szczepionka, czyli będzie tak jak było. Ponieważ nie sprecyzował o której godzinie szczepienia zaczną się, to zdenerwował wielu Polaków. Szczególnie tych, którzy wierzą, że 18 stycznia będą mieć odbiór obiecanych im polskich samochodów elektrycznych.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

BOA – Bardzo Odważni
Antyfeminiści

Ulice miasta się zaroiły,
dziś pokaz swojej szykują siły,
by „kaczej sekty” marzenia ziścić
B-ardzo O-dważni A-ntyfeminiści.

Drżyj białogłowo – nadciąga klęska,
nadchodzi kacza gwardia zwycięska.
Dla kobiet gorsi są jak faszyści
B-ardzo O-dważni A-ntyfeminiści.

Składana pałka i gaz w kieszeni
w mig Twój stan zdrowia potrafią zmienić,
gdy, chcąc poskromić Cię, z nich skorzysta
B-ardzo O-dważny A-ntyfeminista.

Lecz, choć po zmierzchu i po kryjomu
Oni też muszą wrócić do domu.
To tam znajduje swą „cichą przystań”
B-ardzo O-dważny A-ntyfeminista.

Szanowne Panie, Dziewczyny, Babcie
wałki do ciasta czym prędzej złapcie,
niechaj nad uchem dzisiaj zaświszczą
B-ardzo O-dważnym A-ntyfeministom.

Ryszard Grosset

Gospodarka 48 godzin

Bankowe oszczędności
Banki działające w Polsce, chcąc chronić swoje zyski, muszą szukać oszczędności. Dlatego tną koszty, rezygnują z reklam, podnoszą opłaty, zwalniają pracowników, likwidują oddziały, ograniczają obsługę kasową. O ile z obroną zysków jakoś radzą sobie większe banki komercyjne (zwłaszcza zagraniczne, bo krajowe mają już trudniej, co pokazuje przykład banków Leszka Czarneckiego), o tyle mniejsze banki spółdzielcze są zagrożone. – Obecna sytuacja makroekonomiczna stwarza szczególne wyzwanie dla spółdzielczego sektora bankowego. Bankom spółdzielczym, aby obniżyć koszty, w zasadzie pozostaje likwidacja części mniej rentownych placówek, pomimo tego, że zapotrzebowanie na tę bankowość jest w niektórych miejscowościach nadal dość duże – uważa dr. Mieczysław Grodzki, ekspert do spraw spółdzielczości w Business Centre Club. Jego zdaniem, aby poprawić warunki funkcjonowania banków spółdzielczych na trudnych rynkach lokalnych, należy ułatwić uzyskiwanie kredytów dla rolnictwa z dopłatami do oprocentowania finansowanymi przez budżetu państwa. Czyli, bez dodatkowej pomocy państwa się nie obejdzie. Dodatkowym kłopotem banków spółdzielczych jest to, że długotrwałe utrzymywanie przez Radę Polityki Pieniężnej niskich (a praktycznie zerowych) stóp procentowych powoduje sukcesywny odpływ z banków depozytów terminowych. Może to być szczególnie dotkliwe właśnie dla banków spółdzielczych, dla których depozyty są w zasadzie jedynym źródłem finansowania portfela kredytowego. Szkodzi to także klientom, bo „wychodząc” z lokat bankowych, często lokują oni swoje środki w instrumenty finansowe wysokiego ryzyka, co może skończyć się dla nich stratami. Innym bardzo ważnym problemem jest konieczność poprawy skuteczności w dochodzeniu przez banki spółdzielcze niespłacanych kredytów. Bez tego, zdaniem eksperta BCC, koszt kredytu musi być wyraźnie wyższy i tym samym mniej korzystny dla kredytobiorcy.

Złodzieje rowerów
Ze statystyk policyjnych w Warszawie wynika, że w czasie pandemii koronawirusa, czyli w okresie od marca do końca sierpnia bieżącego roku, w stolicy doszło do 630 przypadków kradzieży rowerów. W tym samym okresie ubiegłego roku było ich 540. Tego wzrostu nie należy jednak wiązać wyłącznie z pandemią, lecz z generalnie rosnącym odsetkiem liczby warszawiaków korzystających z rowerów. Im bowiem jest więcej rowerów, tym więcej jest też kradzieży – zwłaszcza, że stołeczni hipsterzy coraz częściej popisują się kosztownymi rowerami, budzącymi zrozumiałe zainteresowanie złodziei. Poza tym w Warszawie, tak jak w wielu innych polskich miastach, stopniowo rośnie liczba niektórych kategorii przestępstw – w tym także kradzieży rowerów. Wreszcie, do wzrostu statystyk kradzieży przyczyniła się też pogoda, która wiosną bieżącego roku była nieco łagodniejsza niż w 2019 r. Skoro było zaś cieplej, to więcej rowerów wyjeżdżało na stołeczne ulice, a więc przybywało także przypadków ich kradzieży. Policja stale zachęca do znakowania rowerów oraz zakładania solidniejszych blokad, co utrudni pracę złodziejom.

Ja, Jacob Blake

Kenosha, niespełna 100-tysięczne miasto w stanie Wisconsin, znane było dotąd jedynie z produkcji samochodów oraz jako miejsce urodzenia Orsona Wellesa i Marka Ruffalo, gwiazdora filmów z serii „Avengers”. Od kilku dni o tym, co stało się w Kenosha, donoszą wszystkie światowe media, a ulice amerykańskich miast znowu zapłonęły. Fala oburzenia po zamordowaniu George’a Floyda opadła, wznosi się kolejna bo, jak widać, nic się nie zmieniło.

Zdarzenie, do którego doszło o 17.00 w niedzielę 23 sierpnia, zostało zarejestrowane przez świadka, mieszkańca sąsiedniego domu, a film udostępniony w Internecie. Widać na nim czarnoskórego mężczyznę idącego do samochodu. Za nim, z wymierzoną w niego bronią, podążają dwaj policjanci. Mężczyzna podchodzi do samochodu od strony kierowcy. Policjant chwyta jego podkoszulek od tyłu i siedmiokrotnie strzela w plecy.
Gazeta ,,Kenosha News” podała, że mężczyzna próbował wcześniej rozdzielić bójkę pomiędzy dwiema kobietami. Laquisha Booker, partnerka Blake’a, ujawniła, że podczas zdarzenia ona i trójka ich dzieci znajdowali się w samochodzie.
Postrzelony został przewieziony do szpitala w Milwaukee. Żyje, ale po operacji jest w nadal stanie ciężkim, sparaliżowany od pasa w dół. Pociski uszkodziły m.in. jego rdzeń kręgowy, płuco i biodro.
29-letni Jacob Blake wychował się w niedalekim Evanston, w sąsiednim stanie Illinois. Jego rodzina ma długą historię aktywizmu społecznego. Dziadek Blake’a, także Jacob, był pastorem i lokalnym przywódcą ruchu na rzecz praw obywatelskich. Działał na rzecz tanich mieszkań i poprowadził swoją kongregację do wybudowania bloku mieszkalnego. Sam Blake zgłosił się niedawno jako wolontariusz do organizacji charytatywnej Black Urban Recycling, która zbiera aluminiowe puszki i przetwarza je, aby zebrać środki na centrum czarnej społeczności w Chicago.
Gubernator Wisconsin, Demokrata Tony Evers już w niedzielę wydał oświadczenie potępiające strzelanie do Blake’a. „Choć nie mamy jeszcze wszystkich szczegółów, to wiemy na pewno, że nie jest on pierwszym czarnym człowiekiem lub osobą, która została zastrzelona lub ranna, lub bezlitośnie zabita z rąk osób z organów ścigania w naszym stanie lub kraju” – przyznał. Zapowiedział podjęcie kroków mających wyjaśnić okoliczności zajścia. Po gwałtownych zamieszkach wprowadził w całym stanie stan wyjątkowy i wezwał na pomoc Gwardię Narodową.
Tymczasem w nocy z wtorku na środę na płonących ulicach Kenosha grasował 17-letni Kyle Rittenhouse z Antioch, ze śmiercionośnym karabinem półautomatycznym AR-15 w rękach. Jedną z ofiar trafił w brzuch, drugą w głowę. Zamordowane osoby to 26-latek z Silver Lake i 36-latek z Kenosha, zaś ranny w zajściu mężczyzna to 26-latek z West Allis.
Można założyć, że w tak ekstremalnej i jednoznacznej sytuacji amerykańska policja z pewnością użyje broni. Wszyscy zrozumieją, że było to konieczne, nikt nie będzie miał do niej o to żadnych pretensji. Morderca został jednak bez nadmiernej przemocy zatrzymany i znajduje się obecnie w ośrodku karnym dla młodocianych przestępców.
Zaskakujące? Wcale nie. Po prostu był biały.
Tylko tyle.

Bigos tygodniowy

Nie jestem już w stanie nazywać Polski, „wolnym krajem”, nawet w trybie pół żartem, pół serio. Po zmasowanej, brutalnej akcji policyjnej przeciwko kilku młodym kobietom, które zawiesiły tęczowe flagi na kilku warszawskich pomnikach takie określenie nie przeszłoby mi przez usta. Po tym, jak nakładem dużych sił i środków zatrzymywano je na ulicy, w mieszkaniu czy w odległych od stolicy Bieszczadach, zakuwano w kajdanki i osadzano „na dołku”, po brutalnym stłumieniu piątkowej demonstracji na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie (48 osób zatrzymanych) – Polska pod rządami PiS jest represyjnym, klerofaszystowskim państwem policyjnym. Skoro tak szybko, intensywnie i „nadmiarowo” zadziałała policja i prokuratura, to znaczy, że to efekt polityki Kamińskiego Mariusza i Ziobra. To się nie mieści w głowie cywilizowanemu człowiekowi, żeby w kraju nazywanym „wolnym i demokratycznym” stosować takie represje za tak maksymalnie delikatną (wiotka tkanina zawieszona na pomniku czy zapisana przyklejona kartka papieru) formę demonstracji. Przy okazji tylko przypomnę, że po tym, jak w tej samej Warszawie, przed niespełna rokiem dokonano nielegalnego zburzenia pomnika generała Zygmunta Berlinga, żaden ze sprawców, choć byli policji znani, nie poniósł najmniejszych konsekwencji. W odpowiedzi na moje dziennikarskie pisma w tej sprawie, policja praktycznie nie zareagowała.

*****

Zdarzenia, jakie miały miejsce w piątek 7.08 na ulicach Warszawy, na ekranie telewizora wyglądały strasznie Myślę, że nie tylko mnie, te obrazy nieodparcie nasunęły pytanie czy naprawdę konieczne było zastosowanie przez stołeczną policję wobec młodych ludzi środków przymusu bezpośredniego i to w tak brutalnej formie? Czy w polskiej policji umarła instytucja negocjatora, który podjąłby próbę rozwiązania konfliktu? Czy rozkaz (bo nie ma wątpliwości, że ludzie ubrani w granatowe mundury działali na rozkaz) musiał zostać wykonany w takiej formie i kto go wydał? Czy faktycznie niezbędne były brutalne zatrzymania kilkudziesięciu młodych osób, a następnie przewiezienie, skutych z reguły z rękami do tyłu do różnych jednostek policji? Czy nie wystarczyłoby wylegitymowanie i wezwanie do tych różnych jednostek na przesłuchanie w kolejnych dniach? Na te pytania odpowiedzi winien udzielić Komendant Główny Policji, a nie Sylwester Marczak rzecznik KSP, który swoimi wyuczonymi na blachę, szybkimi, zbyt szybkimi okrągłymi wypowiedziami nie wyjaśnił niczego, a przeciwnie spowodował, że widzowie mogli się zastanawiać(mając obrazy interwencji policji w dniu 7 sierpnia przed oczami) o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i komu zależy na dalszym eskalowaniu konfliktów społecznych. Bigos tygodniowy oczekuje, że dr Szymczyk(jak ktoś nie wie to właśnie tak się nazywa obecny Komendant Główny Policji, zresztą generał) choć raz stanie na wysokości zadania i wyjaśni społeczeństwu, dlaczego podlegli mu funkcjonariusze zrobili to co zrobili i co nie tylko my Polacy na ekranach telewizorów mogliśmy zobaczyć. A tak na marginesie, nie ulega wątpliwości, że przeciwko takiemu jak 7 sierpnia postępowaniu policji powinni zaprotestować nie tylko zwykli ludzie. Czekam też na stanowczy, oficjalny głos w tej sprawie HFPC, Amnesty International, OBWE, Unii Europejskiej.

*****

I jeszcze jedno, nie cierpię seksizmu, ale nasuwa mi się także pytanie, „gdzie ci mężczyźni”? Gdzie aktywiści LGBT płci męskiej? Dlaczego oni nie uczestniczyli w akcji zawieszania tęczowych barw na pomnikach? Dlaczego tak mało było barw tęczowych w Sejmie podczas zaprzysiężenia Dudy? Dlaczego praktycznie tylko nieliczne grono posłanek Lewicy stanęło na wysokości zadania? Dlaczego?

*****

„Solidarna Polska”, czyli ziobryści wyraźnie wybrali sobie rolę fundamentalistycznych strażników świętego ideologicznego ognia w obozie rządzącym. Odpowiada to ich fanatycznym usposobieniom, a poza tym jest dobrą karta przetargową w grze o wpływy w gangu. Po ataku na antyprzemocową konwencję stambulską, w którym doznali pewnego pomieszania szyku, zamierzają wystąpić z projektem ustawy zmierzającej do spacyfikowania organizacji pozarządowych. W tle epatują się planem „repolonizacji” mediów. Ciąg dalszy nastąpi.

*****

„Na świecie i w Polsce toczy się spór cywilizacyjny. Wolność człowieka kończy się tam, gdzie pojawia się naruszenie godności innej osoby”. I dalej: „Pewne zachowania są karygodne i absolutnie niedopuszczalne.” Zagadka: kto jest autorem tych słów pomieszczonych na facebooku, przyznaję że stanowiących część większej całości, no kto? Oczywiście Mateo, nieoceniony Mateo, i trudno się z nim nie zgodzić, bo co się zdarzyło na ulicach Warszawy, a co mogliśmy zobaczyć na ekranach telewizorów w kontekście spacyfikowania kilkudziesięciu młodych ludzi przez policjantów jest karygodne i absolutnie niedopuszczalne. Świadectwa obecnych na miejscu posłanek i posłów: Klaudii Jachiry (Koalicja Obywatelska), Magdaleny Filiks (Koalicja Obywatelska), Anny Marii Żukowskiej (Lewica), Krzysztofa Śmiszka (Lewica), Magdaleny Biejat(Lewica) odnośnie postępowania funkcjonariuszy tylko tę ocenę potwierdzają.

*****

Ten tydzień zdominują dwa tematy: skala zachorowań na COVID-19 i działania policji przedsięwzięte w dniu 7 sierpnia 2020r. w Warszawie. Jeśli chodzi o pierwszy z nich to Bigos tygodniowy z przykrością stwierdza, że miał rację wieszcząc znaczący wzrost ujawnionych przypadków zakażeń po wyborach 12 lipca 2020 r. Jak się zdaje nie czeka nas nic dobrego, a liczba powiatów w czerwonych strefach będzie rosnąć. Tzw. rząd dobrej zmiany może porzucić marzenia, że będzie dobrze, a my raptem wyzdrowiejemy. Więcej, obowiązkiem tego rządu jest nie tylko wezwanie obywateli do noszenia maseczek, mycia rąk i zachowania dystansu społecznego, ale informowanie o możliwych powikłaniach nie tylko u osób z grup ryzyka z powodu wieku i chorób współistniejących, ale także u osób młodych i do chwili zakażenia w pełni zdrowych. Może warto by było posłuchać w tej sprawie specjalistów, a tych jak się okazuje mamy w Polsce trochę, zamiast kardiologa z bożej (?) łaski Ministra Zdrowia, który przecież nie tak dawno świetnie się bawił z redaktorem Mazurkiem na falach eteru, omawiając problematykę noszenia/nienoszenia maseczek. I przez to, przykro mi pisać, mocno utracił na wiarygodności. Nie chcę krakać, ale na mój nos z dalekimi skutkami COVID 19 będziemy się borykać jeszcze wiele lat, dlatego też młodzi powinni przynajmniej wiedzieć jakie potencjalne zagrożenia na nich czyhają. Drugi temat tygodnia to jak napisałem to działania policji w dniu 7 sierpnia 2020 r. na Krakowskim Przedmieściu wobec młodych ludzi tam zgromadzonych. Niestety policja trwoni na naszych oczach dobrą opinię, jaką wypracowała od 1990 r. I nie pomogą tu wizerunkowe, ujutne gażdżety, jak konwojowanie rodzących Polek do szpitali, ratowanie dzieci, które się duszą, poprzez telefoniczne instruowanie spanikowanych mam co należy zrobić, zmiana fasonów i kolorów mundurów i nakryć głowy czy barw radiowozów. Niestety to tylko polerka, która nie przeważy obrazu jaki zobaczył świat i Polska na początku sierpnia 2020r. w Warszawie. Mamy problem, my jako społeczeństwo i policja, która musi rozwiązać go sama. Najprościej policja, pod wodzą generała, musi odpowiedzieć na zasadnicze pytanie, czy napis jaki ma się niedługo pojawić na radiowozach „pomagamy i chronimy” nie jest tylko niestosownym żartem.

List niemłodego obywatela do młodych policjantów

Kiedy 15 czerwca 1991 roku siedmiu byłych żołnierzy – partyzantów Armii Krajowej ze Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich AK „Ponury” – „Nurt” zawiązało Kapitułę Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr Jana Piwnika „Ponurego” wydawało się im, a pewnie i reszcie obywateli naszego kraju, że oto niesława Milicji Obywatelskiej odeszła bezpowrotnie w przeszłość.

Że polski policjant przechodzi ostatecznie na służbę społeczeństwa, prawa, konstytucji. I że odtąd strzec będzie nie bezpieczeństwa i nietykalności władzy oraz interesów polityków i urzędników, ale nietykalności, bezpieczeństwa obywateli w obronie konstytucji i w interesie całego społeczeństwa.

Honorowa Odznaka im. mjr. „Ponurego”, przed wojną aspiranta Policji Państwowej, jest przyznawana za nieprzeciętną odwagę wykazaną podczas wykonywania obowiązków zawodowych w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, za uratowanie życia lub zdrowia ludzkiego albo też mienia wielkiej wartości, połączone z narażeniem na znaczne i realne niebezpieczeństwo, wreszcie – za mądrość, dalekowzroczność i rozwagę przy pracy bezpośredniej lub kierowaniu działaniami Policji, jeśli w rezultacie nastąpiła poprawa stanu bezpieczeństwa, wzrosło poszanowanie prawa lub umocnił się autorytet Policji”. Odznakę przyznawano od 1991 roku zazwyczaj dwojgu policjantów, w zasadzie ze Świętokrzyskiego, ale uhonorowano nią także warszawskiego podkomisarza Andrzeja Struja (w 2010 r. zamordowanego na Woli) i francuskiego żandarma płk Arnauda Beltrame’a, który w 2018 r. zginął z rąk terrorystów, gdy zastąpił wziętych na zakładników cywilów.

W sytuacji konfliktu politycznego, trawiącego nasz kraj, policja coraz częściej występuje jako strona – ściga osoby nakładające koszulki z napisem „Konstytucja” na pomniki, pacyfikuje skromne i pokojowe protesty przeciwko narastającej fali nienawiści, biega za rowerzystką, która rower udekorowała politycznymi deklaracjami, ugania się za niepełnosprawnym na wózku udającym tekturowy czołg, wynosi spod Pomnika Powstania Warszawskiego siedzące tam osoby, trzymające pęki białych róż, podczas gdy obok maszerują rozwydrzeni nacjonaliści, domagający się zmiany konstytucyjnego porządku i ziejący nienawiścią do wszelkiej różnorodności. Policjanci – na rozkaz z pewnością – usuwają Białe Róże, które rażą swoim pokojowym przesłaniem tłum, wznoszący bynajmniej nie pokojowe hasła, jak „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Nie o takiej policji myśleli założyciele Kapituły Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr. Jana Piwnika „Ponurego”. Ich celem było wyróżnienie policjantów, którzy honorowo wywiązują się z obowiązków i umacniają autorytet policji.

Niestety, autorytet się kruszy, policja zdaje się wracać do przeszłości. Wiem, funkcjonariusze wykonywać muszą polecenia i rozkazy przełożonych i tych obciąża najmocniej przejście całej formacji na służbę jednej siły politycznej i porzucenie pracy dla całego społeczeństwa.Jednak każdy z Was jest oceniany nie tylko przez swoich dowódców – patrzą na Was ludzie o różnych poglądach, wyznaniu, wykształceniu i zawodzie, którzy zastanawiają się, czy w każdej sytuacji mogą liczyć na Waszą pomoc i ochronę, czy nie będziecie kierować się uprzedzeniami, czy interes jakiegoś polityka nie powstrzyma Was od udzielenia pomocy jego rywalowi.
Przełożeni uczą Was, jak postępować z zatrzymanymi, nie mówią Wam jednak, jakie prawa im przysługują. Szkolą Was do stanowczego postępowania ze wskazanymi osobami, nie wiecie jednak, jak rozpoznać przemoc w rodzinie. Umiecie wynieść nieopierającego się demonstranta, ale nie nauczono Was słyszeć i rozumieć wrzask nienawiści. Czy dano Wam do przeczytania najważniejsze prawo Rzeczypospolitej – Konstytucję? Ktoś Wam objaśnił jej znaczenie?

Sytuacja staje się nieznośna. Honor policjanta został przez polityków narażony na szwank, a gdy to się nie zmieni – pogrzebany będzie ostatecznie. Mnie, niemłodego obywatela, martwi to w dwójnasób: jako obywatela właśnie, ale i jako potomka policjantów (jeden zabity w Twerze przez Sowietów, drugi – w Powstaniu Warszawskim przez hitlerowców) oraz syna, siostrzeńca i bratanka trzech spośród siedmiu członków-założycieli Kapituły Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr. Jana Piwnika „Ponurego”. Chciałbym, by każdemu z Was można było przypiąć baretkę tej odznaki, mającej formę krzyża, na którego ramionach umieszczono łacińską sentencję LAUS TIBI (chwała Ci). Chwała za uczciwą służbę wszystkim obywatelom, prawu, konstytucji. Polsce.

Pomyślcie o tym.