Amerykańskie miasta redukują budżety policji

Najnowszy przykład to Los Angeles. Rada miejska metropolii nad Oceanem Spokojnym przegłosowała zmniejszenie budżetu lokalnej policji o ok. 150 milionów dolarów. W ten sposób odpowiedziała na postulaty manifestacji antyrasistowskich po śmierci uduszonego przez policjantów Afroamerykanina George’a Floyda.

Redukcja budżetu policji uważanej przez część manifestantów nawet za „siły zbrojne Ku-Klux-Klanu” przeszła stosunkiem głosów 12:2. Przed redukcją ten budżet wynosił prawie dwa miliardy. Według Los Angeles Times, liczebność policji spadnie w ciągu roku nieco poniżej 10 tys., tj. do swego najniższego poziomu od 2008 r. Większość zaoszczędzonych pieniędzy pójdzie na inwestycje w zaniedbanych dzielnicach i dla mniejszości etnicznych.
„To krok do przodu, który pozwoli pomóc mieszkańcom należącym do mniejszości, przywrócić im szacunek, godność i równość szans, na które zasługują” – mówił Curren Price, jedyny Afroamerykanin w komisji budżetowej rady miasta. „Chciałbym podziękować organizatorom Black Lives Matter w Los Angeles i innym za wywarcie nacisku” – dodał Price – „Bez ich wysiłku ta reforma nie byłaby możliwa”.
W całym kraju postulat przekazania funduszy policyjnych na rzecz pokrzywdzonych mniejszości stał się głównym roszczeniem manifestacji antyrasistowskich. Rekordową obniżkę budżetu policji wprowadził Nowy Jork, gdzie służy 36 tys. funkcjonariuszy: dostaną ponad miliard dolarów mniej.

Koniec z inwigilowaniem Czarnych?

Podczas gdy polskie prawicowe media i politycy wykorzystują masowe protesty antyrasistowskie jakie przetaczają się przez USA do dalszego szerzenia rasizmu i niechęci do imigrantów, na świecie coraz więcej organizacji, instytucji i firm traktuje problem poważnie i wprowadza znaczące reformy w swoim funkcjonowaniu celem ułatwienia walki z dyskryminacją rasową.

Ostatnim przykładem może być firma Amazon, która zakazała amerykańskiej policji i służbom korzystania ze swojego oprogramowania do elektronicznego rozpoznawania twarzy. Chodzi tu o kontrowersyjny, produkowany przez Amazon i działający przy użyciu skomplikowanych algorytmów sztucznej inteligencji program „Rekognition”. Program umożliwia między innymi kojarzenie w czasie rzeczywistym nagrań z kamerek zamontowanych na policyjnych mundurach z policyjną bazą danych i twarzami ze zdjęć w policyjnych archiwach. W teorii ułatwia to zatrzymywanie przestępców.
Twarz osoby poszukiwanej, gdy zostaje choćby przypadkiem zarejestrowana przez kamerkę z policyjnego munduru, zostaje automatycznie rozpoznana przez oprogramowanie ‚Rekognition’ i porównana ze zdjęciami w policyjnych bazach danych. Funkcjonariusz jest automatycznie informowany o tym, że jego kamera zarejestrowała twarz osoby poszukiwanej i może dokonać zatrzymania lub kontroli podejrzanego. W teorii ułatwia to walkę z przestępczością i policja chętnie podaje przykłady najgorszych przestępców – od terrorystów po gwałcicieli i pedofilów, których można wyłapać dzięki temu systemowi. Teoretycznie więc, oprogramowanie jest pożyteczne.
Niestety, wokół zastosowania tej technologii nagromadziło się sporo kontrowersji. Organizacje broniące praw człowieka alarmują, że oprogramowanie myli się w wielu przypadkach i błędnie rozpoznaje niektóre twarze. Co bardziej szokujące, program „Rekognition” myli się wyjątkowo często w przypadku twarzy osób czarnoskórych. Sprawę nagłośniono, gdy w lipcu 2018 roku opublikowano wyniki testu oprogramowania w którym „Rekognition” błędnie zidentyfikował twarze 28 członków amerykańskiego Kongresu, w szczególności kongresmenów czarnoskórych i kolorowych. Grupa członków Kongresu wysłała potem list do szefa Amazona, Jeffa Bezosa, domagając się zaprzestania udostępniania programu instytucjom porządkowym, w tym policji i służbom imigracyjnym.
Jak argumentowali, używanie tego oprogramowania może prowadzić do pomyłek i nadużyć. Bezos bronił wtedy współpracy ze służbami, argumentując, że skuteczność oprogramowania szacowana jest na 80% i że firma zaleca służbom policyjnym traktowanie oprogramowania jako narzędzia pomocniczego a nie ostatecznie decydującego o czyjejś winie. Jak jednak wykazali dziennikarze The Washington Post, policja wykorzystywała oprogramowanie ignorując zalecenia producenta, co prowadziło do sytuacji, gdy zatrzymywano, przesłuchiwano i dręczono niewinnych ludzi, oczywiście głównie Czarnych. Problemy w identyfikacji twarzy przy użyciu tego oprogramowania wykazali w 2019 roku naukowcy z Massachusetts Institute of Technology, zwracając dodatkowo uwagę na duży odsetek błędnych wskazań w przypadku kolorowych kobiet.
Policja i służby wykorzystują te technologie nie tylko do ścigania najgroźniejszych przestępców, ale także do profilowania aktywistów i osób uczestniczących w protestach. Technologii tych używano już na przykład przy okazji protestów w Baltimore po tym jak uniewinniono sześciu policjantów odpowiedzialnych za śmierć czarnoskórego baltimorczyka Freddiego Graya. W trakcie protestów po tych wydarzeniach, policja profilowała uczestników przy użyciu technologii rozpoznawania twarzy i wiele osób trafiło do aresztu w oparciu o dowody z oprogramowania. Przypomnijmy w tym miejscu, że Freddie Gray zmarł po tym, jak w policyjnym radiowozie złamano mu kręgosłup. Odpowiedzialni za to policjanci twierdzili, że obrażenia były skutkiem „przewrócenia się” w czasie transportu na komisariat. Świadkowie twierdzili natomiast, że policjanci używali nadmiernej siły a zatrzymany krzyczał „nie mogę oddychać” gdy funkcjonariusz klęczał mu na karku. Dzisiaj taki przebieg wydarzenia brzmi już bardzo znajomo. Pomimo tego, policjanci zostali jedynie zawieszeni, bez wstrzymania wynagrodzenia, a następnie „ukarani” w wewnętrznym śledztwie, którym kierowali inni policjanci. Można tu jeszcze wspomnieć o tym, że Freddie Gray był całkowicie niewinny, nie popełnił żadnego przestępstwa i został aresztowany przypadkowo.
Przy innej okazji, policja na Florydzie wykorzystywała to niepewne oprogramowanie do zatrzymywania i przetrzymywania w aresztach ludzi na podstawie przepisów antynarkotykowych, pomimo tego, że sam producent ostrzegał, że odczyty z oprogramowania mogą być błędne a ich skuteczność jest ograniczona. Ofiarą pomyłek padali oczywiście wyłącznie Czarni i inni kolorowi. Od tamtego czasu działacze na rzecz praw obywatelskich prowadzą kampanie na rzecz zaprzestania wykorzystywania tych technologii. Wszystkie te starania rozbijały się do tej pory o argumenty o „walce z przestępczością” czy „zagrożeniu terroryzmem”.
Potrzeba było masowych protestów początku czerwca 2020 roku i ogromnej presji społecznej, by Amazon zdecydował się na zawieszenie współpracy z amerykańską policją. Przedstawiciele Partii Demokratycznej przedstawili w Kongresie projekt ustawy o reformie policji, w której zakazuje się korzystania przez aparat ścigania z systemu rozpoznawania twarzy w czasie rzeczywistym. Niektórzy aktywiści wskazują jednak, że projekt reformy nie idzie wystarczająco daleko. Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (ACLU) argumentuje, że zakazane powinno być wszelkie korzystanie z technologii rozpoznawania twarzy w urządzeniach na mundurach policyjnych. „Technologia rozpoznawania twarzy zagraża prywatności wszystkich, ale szkodliwość tej technologii nie jest doświadczana przez wszystkich jednakowo. Niedawne, wszechstronne badania rządowe przeprowadzone przez Narodowy Instytut Nauki i Technologii wykazały, że Afroamerykanie i Azjaci byli nawet 100 razy bardziej narażeni na błędną identyfikację niż biali, w zależności od algorytmu i rodzaju użycia go. Nawet jedna błędna identyfikacja może prowadzić do niesłusznego aresztowania, długotrwałych przesłuchań a nawet śmierci z rąk policji – wszystko to są zbyt częste przypadki rasistowskich nadużyć policyjnych, jakich kolorowi doświadczają na co dzień” – pisze ACLU.
Podobne oprogramowanie tworzą wielkie firmy, takie jak IBM czy Microsoft. IBM zakazał w ostatnich dniach wykorzystywania swojego oprogramowania do prowadzenia „masowej obserwacji i profilowania rasowego” i rozważa całkowity zakaz sprzedaży takich produktów służbom policyjnym. W liście skierowanym do amerykańskiego Kongresu, szef IBM Arvind Krishna napisał, że „walka z rasizmem jest pilna jak nigdy”. Krishna ogłosił, że dalsza współpraca z policją i innymi agendami rządowymi zależna będzie od wyników współpracy w trzech obszarach: reforma policji, odpowiedzialne korzystanie z technologii i rozszerzenie szkoleń w zakresie korzystania z produktów firmy.
Firma Microsoft zapewniała w ostatnich dniach o swoim przywiązaniu do idei zwalczania rasizmu i zwróciła się nawet do jednej z wiodących artystek nowojorskich z prośbą o ozdobienie antyrasistowskim muralem firmowego sklepu w centrum Nowego Jorku. Nie do końca jest jednak jasne na ile poważnie firma traktuje swoje deklaracje o antyrasizmie. 250 pracowników firmy wystosowało list w którym zachęcają swojego pracodawcę do zerwania kontraktów z amerykańską policją ale kierownictwo Microsoft wydaje się głuche na takie wezwania. Firma nie tylko tworzy i sprzedaje systemy do rozpoznawania twarzy i inwigilacji ale aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz stworzenia przepisów prawnych korzystnych dla producentów tego typu oprogramowania i deregulacji przepisów dla tej branży. W tym roku firma brała aktywny udział w lobbowaniu na rzecz wprowadzenia prawa ułatwiającego korzystanie z tych technologii przez policję i prywatne firmy w Kalifornii. Dzięki staraniom organizacji proobywatelskich, w Kalifornii udało się zapobiec wprowadzeniu tej ustawy ale podobna ustawa weszła ostatnio w życie w stanie Waszyngton.
Trudno oczekiwać, że Microsoft z własnej inicjatywy zrezygnuje z promowania przepisów korzystnych z punktu widzenia ich interesów. Branża technologii inwigilacyjnych jest bardzo dochodowa i ma przyszłość, o ile rządom państw na świecie uda się przekonać społeczeństwa, że elektroniczna inwigilacja jest niezbędna do tego, by poczuli się bezpiecznie. W projekcie ustawy w Kalifornii zawarto przepisy usuwające obecny, wywalczony przez działaczy na rzecz praw obywatelskich zakaz stosowania przez władze systemu rozpoznawania twarzy. Taki zakaz obowiązuje obecnie w sześciu stanach Ameryki a Microsoft chce go znieść.
Firma współpracuje ponadto z izraelskimi firmami zajmującymi się produkcją systemów rozpoznawania twarzy, które wykorzystywane są do inwigilowania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu. Microsoft może twierdzić, że jest oddany idei rasowej sprawiedliwości ale działania firmy nie poszły na razie ani o krok w kierunku odcięcia się od szkodliwych praktyk związanych z wykorzystaniem ich systemów przez policję i służby bezpieczeństwa.
Należy mieć nadzieję, że dobre kroki podjęte w tej dziedzinie przez firmy Amazon i IBM będą kopiowane przez innych. Pewne jest natomiast, że nie odbędzie się to bez presji ze strony organizacji pozarządowych i ruchów na rzecz sprawiedliwości społecznej. Do moralnego zachowania korporacje trzeba zmusić.

Miejskie powstanie przeciwko rasizmowi

W dziesiątkach amerykańskich miast od tygodnia trwają burzliwe demonstracje połączone ze starciami z policją, podpaleniami radiowozów i budowaniem barykad. Władze wprowadziły godzinę policyjną, wysłały na ulice tysiące uzbrojonych policjantów i żołnierzy Gwardii Narodowej, kilka tysięcy demonstrantów aresztowano. W Waszyngtonie rozgoryczeni demonstranci zbliżyli się do siedziby prezydenta Trumpa. Przez kraj przechodzi największa fala rozruchów od 1968 roku, gdy zamordowano Martina Luthera Kinga.

We wtorek 26 maja w Minneapolis wybuchły masowe protesty po tym, jak z rąk białego policjanta zginął czarnoskóry mieszkaniec miasta, George Floyd. Jeden z czterech białych policjantów wezwanych do interwencji w sprawie wykroczenia klęczał przez osiem minut na szyi Floyda, gdy ten wielokrotnie krzyczał, że nie może oddychać. Wyjątkowo brutalna forma zatrzymania oraz śmierć zatrzymanego w następstwie interwencji, sprowokowały niespotykaną od kilku lat falę oburzenia i gniewu. Mieszkańcy wyszli na ulice, starli się z policją, część z nich zaatakowała policyjne radiowozy, podpalono komisariat policji w którym pracowali policjanci odpowiedzialni za śmierć Floyda.
W mieście dochodziło już wcześniej to wystąpień ulicznych i zamieszek gdy z rąk policji ginął czarnoskóry mieszkaniec. Tak było w 2015, 2016 i 2017 roku. W skali kraju takich incydentów były dziesiątki. W większości przypadków odpowiedzialni za śmierć czarnoskórego człowieka policjanci unikali konsekwencji prawnych lub konsekwencje były symboliczne.
Media głównego nurtu skupiają się na aktach wandalizmu i grabieży jakich dopuszczają się demonstranci. Faktycznie, w trakcie zamieszek zapłonęły samochody, przypadkowe budynki, obrabowano kilka supermarketów i sklepów. Nie jest to działanie, które zjednuje sympatię mediów i opinii publicznej. Wszyscy chcieliby widzieć bardziej „cywilizowane” formy protestu. Dla lewicy i demokratów skuteczną formą walki politycznej są na przykład strajki i mobilizowanie mas do współnej walki, zamiast chaotycznych form przemocy i wandalizmu.
Ale w przesiąkniętej neoliberalnym dogmatyzmem kulturze politycznej Stanów Zjednoczonych, gdzie od lat promuje się egoizm, indywidualizm i konsumpcję zamiast idei jedności i solidarności, gdzie lewica i jej idee są od dekad marginalizowane i mają niewielki wpływ na świadomość najbiedniejszych, te „bardziej cywilizowane” formy nie są szerzej znane. Nie są one znane szczególnie wśród najbardziej upośledzonych społecznie warstw Ameryki.
Agresja i przemoc, której Czarni doświadczają niemal na co dzień ze strony państwa, policji i systemu, są często jedynym “językiem politycznym” jaki znają młodzi ludzie wychowani w czarnych gettach. Nic dziwnego, że na najbardziej jaskrawe akty przemocy i rasizmu ze strony policji i państwa, ludzie ci odpowiadają jedynym językiem jaki znają – aktami agresji i przemocy.
W takiej atmosferze rabowanie sklepów jest przez demonstrantów traktowane jako wyrównywanie rachunków z systemem, który jest odpowiedzialny za ich los. Akty te nie są przemyślanymi, racjonalnymi i zaplanowanymi działaniami za którymi stoi program i plan. Jest to spontaniczna, desperacka reakcja na frustrację i bezsilność czarnej mniejszości, która nie tylko w największym stopniu doświadcza skutków ekonomicznej zapaści i bezrobocia w ostatnim czasie, ale która jest też największą ofiarą Coronawirusa. Spośród przeszło stu tysięcy śmiertelnych ofiar epidemii w USA, ogromną większość stanowią właśnie Czarni.
Pierwszą reakcją prezydenta Donalda Trumpa na zajścia w Minneapolis nie była próba dialogu czy refleksji nad przyczynami takich nastrojów w mieście. Zamiast tego Trump użył Twittera do wystosowania groźby: państwo odpowie strzałami! Trudno się dziwić, że społeczność Czarnych nie czuje się w USA jak obywatele o pełnych prawach.
Skoro jedyną obietnicą jaką państwo ma dla zdesperowanej biedoty są kule karabinów Gwardii Narodowej, to należy stwierdzić, że protesty jakie widzimy w USA są w pełni uzasadnione a za ich chaotyczną, agresywną i brutalną formę odpowiadają wspólnie: klasa panująca, państwo i system.
Protesty te dają w pewnym sensie nadzieję na przyszłość. Oto w sytuacji, gdy na całym świecie postępowe ruchy masowej kontestacji są w kryzysie, są uciszane, poddawane represjom, marginalizowane poprzez narzędzia dezinformacji, fake newsów i dominacji mediów głównego nurtu, okazuje się, że rebelie i bunty mogą się narodzić całkowicie oddolnie, bez przywódców i poza tradycyjnym spektrum partii politycznych.
Z historii wiemy, że takie początkowo chaotyczne i niepozorne wybuchy społeczne mogą się przerodzić w gigantyczne fale rewolucyjne zdolne do zmiecenia rządów, reżimów politycznych czy nawet układów geopolitycznych. Niech świeżym przykładem będzie tu Arabska Wiosna. Choć klasom panującym w regionie i mocarstwom udało się już spacyfikować jej potencjał i siłę rażenia – na różne sposoby, często bardzo brutalnie i krwawo – to wolnościowe i demokratyczne idee Arabskiej Wiosny oraz doświadczenie wspólnej walki są tam wciąż żywe.
Protesty w USA są czymś więcej niż tylko odpowiedzią na zamordowanie Georga Floyda. Są też odpowiedzią na rasizm i arogancję Donalda Trumpa i reakcją na sytuację w jakiej znalazła się amerykańska biedota w obliczu kryzysu związanego z pandemią. Ale przede wszystkim są reakcją na dekady dyskryminacji i poniżenia, reakcją na organicznie rasistowski charakter systemu ekonomicznego i politycznego w USA.
Frustracja i chęć odwetu, nawet gdy chwilowo uśpione czy spacyfikowane, pozostaną wśród Czarnych w USA do czasu aż kwestia rasizmu i ucisku mniejszości nie zostaną rozwiązane. Dlatego należy wypatrywać kolejnych wybuchów gniewu, rebelii i powstań miejskich a ich forma może być daleka od tej jaką sobie wymarzymy.

Zakaz zgromadzeń trwa

Rząd najwyraźniej obawia się protestów społecznych przed wyborami, a więc uznał, że uniemożliwienie wyrażania sprzeciwu pod pretekstem epidemii będzie najlepszym pomysłem.

Obywatele chodzą już do pracy, otwarto restaurację, a na boiskach trenują piłkarze, ale wyjść na ulice i protestować nadal nie wolno. W ostatnim czasie doszło do kilku brutalnych interwencji policyjnych podczas tzw. strajku przedsiębiorców. 16 maja zatrzymano ponad 300 osób. Poturbowani zostali: senator Jacek Bury i posłanka Klaudia Jachira.

Do kolejnej policyjnej mobilizacji doszło w sobotę 23 maja. Ponownie próba protestu w centrum Warszawy została przerwana przez funkcjonariuszy. Legalnie nie udało się również zarejestrować Strajku Wkurzonych w Krakowie. Zgromadzenie to miało odbyć się 23 maja i zebrać pod wspólnymi sztandarami tracących zatrudnienie i zarobki pracowników oraz bankrutujących drobnych przedsiębiorców., dla których tarcze antykryzysowe okazały się wydmuszką. Organizatorzy wydarzenia, którzy nie chcą, by uczestnicy spotkali się z ostrą reakcją mundurowych, przełożyli je o tydzień i poszli do sądu. O cofnięcie epidemicznego zakazu zgromadzeń do premiera zwrócił się osobiście przewodniczący OPZZ, powołując się na konstytucyjne prawa obywateli. Również Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar poprosił o to ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego. Bezskutecznie.

– Przypominamy, że w myśl obowiązującego prawa nie można organizować zgromadzeń; wszelkie zgromadzenia będą nielegalne – pogroził palcem w czwartek rzecznik stołecznej policji nadkom. Sylwester Marczak, odnosząc się do planowanych demonstracji.

Policja antykryzysowa

Chaos i agresywne działania mundurowych – to przede wszystkim zobaczyła opinia publiczna podczas sobotniego protestu w Warszawie.

Wydarzenie było opisywane w internecie jako strajk przedsiębiorców, ale pojawili się na nim nie tylko ludzie faktycznie prowadzący biznes. Do protestu organizowanego m.in. przez Pawła Tanajnę dołączyło wielu pracowników czy osób prowadzących jednoosobową działalność, którzy stracili źródło zarobku. Wsparła ich również rolnicza Agrounia. Trudno powiedzieć, ilu z nich faktycznie utożsamiało się z postulatami, jakie rozpowszechnia w internecie Tanajno czy wspierający protest posłowie Konfederacji, ilu było po prostu wściekłych na całokształt polityki rządu w czasie pandemii, a ilu reprezentowało egzotyczne środowiska negujące istnienie koronawirusa. Żadna inna organizacja – lewicowa, związkowa – nie próbowała nawet organizować ulicznych protestów., ściśle respektując wprowadzony na czas epidemii zakaz zgromadzeń.

Rozbite zgromadzenie

Organizatorzy tzw. strajku przedsiębiorców twierdzili, że zgromadzenie jest legalne. Jego uczestników rozstawili w odstępach i – w odróżnieniu od wcześniejszego protestu pod kancelarią premiera – apelowali o zakrywanie twarzy. Demonstranci byli przekonani, że są na miejscu legalnie, jednak ściśle rzecz biorąc warszawski ratusz nie wydał zgody na demonstrację, powołując się na przepisy antykryzysowe. Policja otoczyła zebranych ścisłym kordonem i nie pozwalała im odejść z Placu Zamkowego. Potem przez kilka godzin pojedynczo zabierała demonstrantów do radiowozów. Trafili na komisariaty pod Warszawą (m.in. w Grodzisku czy Pruszkowie), gdzie za złamanie rządowych rozporządzeń epidemiologicznych wystawiano mandaty w różnej wysokości. Niektórym uczestnikom zgromadzenia, gromadzącym się poza Placem Zamkowym, udało się przejść przez centrum miasta ze swoimi transparentami. W relacjach mediów dominowały jednak obrazy z placu i działania policjantów., którzy łącznie zatrzymali 380 osób Wnoszenie do radiowozów ludzi, którzy zarzekali się, że nie robili nic złego czy przepychanka funkcjonariuszy z posłanką Klaudią Jachirą robiły fatalne wrażenie.

Czego chcieli?

Pod jakimi hasłami w ogóle zebrali się protestujący? Wielu mówiło w mediach, że chcieli wyrazić ogólny gniew z powodu działań rządu, bezczynności, tego, że nie dociera do nich żadna pomoc, o której głośno mówi się w publicznych mediach.

Sedno postulatów „strajku” to jednak jeszcze mocniejsze osłony dla biznesu – rząd miałby pokryć poniesione przez prywatnych przedsiębiorców straty w pełnej wysokości, wziąć na siebie wypłaty odpraw w razie zwolnień pracowników, a także „wykreślić przepisy zamiast tworzyć nowe” i „redukować liczbę urzędów i urzędników”. To kroki, których na czas kryzysu nie podjęło żadne państwo. Żadne, nie tylko polskie tanie państwo nie jest w stanie w stu procentach pokryć strat biznesu, zarazem rezygnując z własnych przychodów i zwalniając pracowników własnej administracji, a do tego zostawiając w bardzo trudnej sytuacji pracowników najemnych. Czyli nadal większość społeczeństwa.

Pomóc, ale rozsądnie

– W przypadku firm borykających się z trudnościami w związku z szalejącą pandemią państwo powinno odpowiednio je oceniać i pomagać tym, które są przyszłościowe i będą mogły już zaraz wrócić na prostą. Ta pomoc nie powinna jednak odbywać się za darmo – komentuje postulaty przedsiębiorców lewicowy działacz i filozof Tymoteusz Kochan. – Niedopuszczalne jest też obniżanie składek na zdrowie i ubezpieczenie społeczne. Państwo nie może być przysłowiowym samobójcą i nie może pomagać rezygnując ze swoich własnych wpływów, bo byłoby to równoznaczne z wbiciem noża we własne plecy. Wszyscy borykający się z trudnościami i pozbawieni środków do życia przedsiębiorcy powinni mieć (razem z pracownikami) zagwarantowane kryzysowe świadczenie w wysokości płacy minimalnej lub pensję w wysokości 2379,66 zł brutto, czyli w wysokości najczęściej wypłacanego obecnie pracownikom w Polsce wynagrodzenia – proponuje publicysta.

Pacyfikować, nie rozmawiać

Zakres pomocy dla wszystkich poszkodowanych przez kryzys – pracowników, drobnych i średnich przedsiębiorców, bezrobotnych – mógłby być przedmiotem eksperckiej dyskusji. To wszystko mogłoby być przedmiotem dialogu z udziałem ekonomistów, związków zawodowych, organizacji społecznych. Rząd i opozycja wspólnie mogłyby dojść do tego, jakie rozwiązania antykryzysowe są wykonalne i zapobiegną pogłębianiu się ogólnospołecznego kryzysu. Czy nie pomogłoby to w uspokojeniu nastrojów Polaków, którzy po dwóch miesiącach w ciągłym napięciu są coraz bardziej u kresu wytrzymałości?

PiS wolał jednak załatwić sprawę znanym sobie sposobem. Plan antykryzysowy będzie taki, jak wymyślono na Nowogrodzkiej, pomoc zostanie udzielona w takim zakresie, jak zdecydował rząd i prezes. Żadnej dyskusji. Gdyby protestowali pracownicy, potraktowano by ich tak samo. Może to zresztą jeszcze przed nami.

Ogłoszenie

P.P. REX SPÓŁKA Z OGRANICZONĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ z siedzibą w Bielsku-Białej informuje, iż wprowadzona do obrotu zabawka produkcji chińskiej – AKCESORIA POLICYJNE, ITEM NO. HWA1178341, FACTORY ITEM NO. 13, kod EAN 5907308421580, nie spełnia wymagań dla zabawek określonych w rozporządzeniu Ministra Rozwoju i Finansów z dnia 20 października 2016r. w sprawie wymagań dla zabawek, z uwagi na obecność dostępnych zadziorów na odznace policyjnej, mogących powodować u dziecka otarcia lub rany. Ogłoszenie publikuje się w związku z prowadzonym postępowaniem przed Prezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W Iraku ludowy bunt trwa

Tylko jednego dnia zginęło od policyjnych kul i granatów co najmniej sześć osób. Pierwsza od amerykańskiej agresji (16 lat temu) powszechna rewolta ludowa w Iraku pozostaje najbardziej krwawa wśród innych obecnych buntów społecznych na świecie. Jednak manifestacje, strajki i kampania nieposłuszeństwa obywatelskiego rosną, zamiast gasnąć.

Ostatni bilans protestów zbliża się do 400 zabitych i przekracza 15 tys. rannych. To skutek używania przez policję ostrej amunicji i zabójczych odłamkowych granatów gazowych, metalowych, 10-razy cięższych od używanych w Europie. Manifestanci chcą dymisji rządu, a rząd nie ma innej odpowiedzi, niż kule, gdyż postanowił trwać. Trwanie rządu, z obawy o próżnię polityczną w Iraku, popierają sąsiedzi, jak Iran, i mocarstwa, jak USA.
Ministerstwo edukacji zarządziło ponowne otwarcie szkół, po dwóch miesiącach zamieszek, lecz nic z tego. Ludzie chcą całkowitego odnowienia klasy politycznej, ciągle tej samej od amerykańskiej inwazji, uznanej za przekupną i niekompetentną: brakuje prądu i wody, a dziki neoliberalizm gospodarczy powiększył biedę. Szkoły i administracja pozostają zamknięte, szczególnie na szyickim południu kraju.
Ośrodkiem ludowej kontestacji jest Plac Tahrir w Bagdadzie. Nocą i dniem wypełniony młodzieżą domagającą się walki z bezrobociem i „zmiany wszystkiego”. „Odkleimy ich od siedzeń” – na transparentach. Próby przejścia manifestantów do Zielonej Strefy po drugiej stronie Tygrysu, gdzie znajduje się dzielnica rządowa i ambasada amerykańska, kończą się zwykle masakrą.
W Nasiriji, mieście skąd wystartował obecny bunt, manifestanci opanowali pięć mostów na Eufracie i zablokowali dojazdy do pól naftowych. Podobnie w Basrze na samym południu, gdzie rano zginęły trzy osoby: najważniejsze drogi są zablokowane, jak i strategiczny port Um Kasr nad Zatoką Perską. W świętym mieście szyitów Karbala policja strzelała do tłumu, który odpowiadał butelkami z benzyną. Trwa totalny impas polityczny: rząd obiecał zmiany w konstytucji i zmianę części gabinetu, ale nawet to do tej pory nie zostało zrealizowane.

Znów głośno

Wśród punktów zapalnych, które pojawiły się na naszej planecie, wielkich ruchów ludowych, jak we Francji, Algierii, Chile czy Libanie, obywatelska rewolucja w Iraku wyróżnia się niebywałą brutalnością represji. Podobnie jak w Chile i Francji, władze irackie przeczą przemocy przeciw manifestantom, co tylko wkurza ludzi. Według źródeł medycznych, nie żyje już ponad 300 osób, a 12 tys. jest rannych. To wszystko w kilka tygodni protestów. Dla porównania, najmniej zabójczy punkt zapalny – w Boliwii – to trzy ofiary w tym samym czasie. W Iraku rząd głośno postanowił wczoraj, że będzie dalej strzelać, ale już z otwartą przyłbicą. Do tej pory kręcił, że to jacyś „nieznani snajperzy” są winni ogólnej masakry.
Stało się to w świętym mieście szyickiego południa Nadżafie, gdzie spotykali się przywódcy parlamentarnych partii i rządu, jakby pod egidą ubranego po cywilu irańskiego gen. Kassema Soleimaniego, dowódcy sił Korpusu Strażników Rewolucji od operacji zagranicznych. Gen. Soleimani dowodzi też osobiście doborową Brygadą Al-Kuds (Jerozolima), której część jest gdzieś w Syrii, niedaleko izraelskiej granicy. „Siły polityczne doszły do wniosku, że należy utrzymać na stanowisku premiera Adela Abd al-Mahdiego i zatrzymać władzę, obiecując walkę z korupcją i poprawki w Konstytucji.” Problem w tym, że manifestanci chcą zupełnie czegoś nowego. Piszą nawet nową Konstytucję, ale przede wszystkim pragną wody i pracy.

Spokojny marsz

Kilka tygodni temu ulicami Bagdadu przeszedł długi, cichy marsz mieszkańców miasta ze świecami i lampionami w dłoniach, ku pamięci zabitych w spontanicznych manifestacjach. Ale poza tym kraj się trzęsie, mniej wśród mniejszości sunnickiej i w irackiej autonomii Kurdów. To głównie szyici, to większość się buntuje, na południe od wielowyznaniowej stolicy, prawie 10 razy większej od Warszawy. Wydawałoby się, że są przyjaźni Iranowi, lecz w Karbali, najświętszym mieście wszystkich szyitów po Mekce, Medynie, Jerozolimie i Nadżafie, ktoś podpalił irański konsulat. W mieście Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, dokąd pielgrzymują też Irańczycy, doszło do ataku na Iran! Ale to dlatego, że przyczyny ruchu nie są religijne, ani nawet narodowe, tylko żywotne. Ludzie mają po dziurki w nosie rządu i całej klasy politycznej, niezależnie od tego, czy należy do frakcji amerykańskiej, czy irańskiej.
Manifestacje, niezależnie od tego, czy są pokojowe, czy nie, są atakowane najostrzejszymi środkami. Strzelano w końcu nawet do milczącego marszu ze świecami. Gdy dochodzi do rozruchów, na pierwszej linii jest młodzież. Prawie 80 proc. irackich młodych nie ma żadnego zajęcia. Tylko w tym roku, do 1 października, początku obecnych wydarzeń, 275 młodych ludzi zadało sobie śmierć z beznadziei, według miejscowego biura Komisji Praw Człowieka. Te dane są mocno niepełne, bo samobójstwa są otoczone „wstydem społecznym”, rodziny się tym nie chwalą, a władze dbają głównie o ukrycie porażek rządu. Od kilku dni rząd już nie komunikuje bilansu ofiar i aresztowanych od 1 października: nowa masakra przekroczyła liczbę samobójców. W czasie amerykańskiej okupacji najeźdźcy zorganizowali masowy rabunek lokalnych bogactw za pośrednictwem mrowia swych prywatnych spółek. Na miejscu zrobiło się dużo kanałów telewizyjnych, neoliberalizm świecił, ale nie było prądu. „Zapanowały wolność i nędza”, jak pisał wtedy New York Times.

Garbaty Irak

Struktura władzy w Iraku pozostaje post-amerykańska, korupcjogenna, więc w zasadzie każda partia parlamentarna jest zamieszania w przekupstwo i wręcz gangsterskie afery – fałszywych kontraktów i innych sposobów nielegalnego dojenia państwa. Do tego Irak wyszedł na amerykańską wolność od razu z garbem: ma już 120 miliardów dolarów długu, a Irakijczyków jest mniej więcej tylu, co Polaków. Tylko na same (skromne) emerytury potrzeba 60 miliardów rocznie, a zyski z ropy to góra 90 miliardów i nawet jeśli doliczyć inne (skromne) dochody państwa, deficyt musi być przytłaczający, ok. 45 miliardów. W sunnickich prowincjach zdemolowanych przez Państwo Islamskie, a potem przez wojnę przeciw niemu (drugie miasto Iraku Mosul jest w ruinie), oficjalne bezrobocie przekracza 40 proc. Na szyickim południu mają połowę tego, ale to nie powód do radości.

Młodzi giną więc od pocisków dostarczonych z Unii Europejskiej, tam nieużywanych przeciw cywilom: metalowych, 10-krotnie cięższych od zwykłych granatów z gazami. Są one po prostu miażdżącymi ciała gazowymi granatami wojskowymi, jakby mało było ostrej amunicji. Irak kupuje je w Bułgarii i poza Unią, w Serbii, teraz zrobił im światową reklamę. Gaz jest tylko dodatkiem, ale według lokalnych doniesień medycznych, to nie jest jakiś zwykły gaz łzawiący, lecz co najmniej częściowo bojowy. We Francji, kiedy w policyjnym gazie używanym przeciw „żółtym kamizelkom” wykryto cyjanek, rząd – choć nerwowo – zareagował, w Iraku rząd nawet nie machnął ręką. Ma inne problemy.
Wybuch z przerwą
Za początek próby rewolucji politycznej w Iraku uważa się 1 października, kiedy od kul zginęli pierwsi manifestanci, grupa bezrobotnych o różnym wykształceniu. Kilka dni wcześniej, 26 września, niewielka grupa bezrobotnych ze świeżymi dyplomami podeszła pod siedzibę premiera Adela Abd al-Mahdiego. Policja rozpędziła ich pałkami, z działek wodnych tryskał wrzątek i wszytko tonęło w gazie. Nazajutrz premier pozbawił stanowiska gen. Abd al-Wahaba al-Saadiego, dowódcy antyterrorystycznych służb specjalnych, człowieka Stanów Zjednoczonych, ale to nie powstrzymało rozwoju wydarzeń. 1 października na Plac Tahrir w Bagdadzie wyszło najpierw kilkadziesiąt osób, zanim zaczęto strzelać.

Po kilku masakrach nastąpiło 18 świętych dni pielgrzymki szyitów do Karbali, tj. przestrzegania pokoju. Po nim manifestanci wrócili na ulice i place, w stolicy i na południu: nastąpiły nowe masakry – m.in. w Majsan, Karbali i Bagdadzie. Administracja w wielu miejscach nie działa, rząd wyłączył internet, co w niektórych krajach staje się stałą praktyką w wypadku buntów społecznych. Eksport ropy praktycznie stanął, jeśli nie liczyć autonomicznego, irackiego Kurdystanu, który wysyła swój towar przez Turcję. Premier el-Mahdi chciał się początkowo podać do dymisji, jak premier Hariri w Libanie, również objętym bezprecedensowym społecznym buntem. Ale wtedy swój przyjazd zapowiedział gen. Soleimani, co robi rzadko, gdyż niektórzy czyhają na jego życie.

My albo chaos

Według Irańczyków, Irak może się rozlecieć. Ich zdaniem spontaniczne manifestacje są wykorzystywane przez nieprzyjazne państwa. W tak krytycznej chwili należy umocnić władze irackie, jakie by nie były. Po dwóch stronach walczącej Syrii wybuchły wielkie społeczne pożary: to kolejne konsekwencje amerykańskiej inwazji na Irak, która się udała, jeśli miała mieć tak tragiczne dla regionu skutki. Jedyny sposób na oparcie się chaosowi to utrzymać rząd – taka jest linia obrony rządu, jak się można było spodziewać. Dlatego może strzelać, choć manifestanci nie są winni tej sytuacji.

Irak wyszedł z amerykańskiego napadu znacznie ogołocony, wojna trwała prawie 10 lat, a zaraz potem wojna z dżihadystami z organizacji przywleczonych przez Amerykanów z Afganistanu. Ciemnym Bagadadem do dziś wstrząsają wybuchy zamachów. Oprócz Amerykanów i Irańczyków, Irakiem bardzo interesuje się Turcja, Arabia Saudyjska i oczywiście Izrael, który bombardował ostatnio Irak, by eliminować jednostki proirańskie, jak w Syrii. Wszystkich uprzedził gen. Soleimani, który pojechał najpierw do świętej Karbali, do Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, duchowego przywódcy irackich szyitów. Wcześniej ajatollah Sistani wyraził swoje stanowisko w sprawie buntu społecznego, ale w tak sybillicznych słowach, że dopiero rzecznicy musieli je wyjaśniać: „Lepiej, żeby rząd nie upadał”.

Polityka i krew

Soleimani to wysłannik osobisty irańskiego ajatollaha Alego Chamenei, którego szyici z Iranu i Libanu uważają za rodzaj papieża. Generał sfotografował się niedawno w cywilu, ale tylko w towarzystwie starego ajatollaha.
Był z nimi przywódca szyitów z Libanu Hassan Nasrallah, szef stosunkowo progresywnej Partii Boga (Hezbollah). Zaraz po nim do Teheranu przyjechał Moktada Sadr, udrapowany w szaty „wycofania duchowego” (itikaf), polityczny przywódca irackich szyitów, który stracił głowę po wybuchu zamieszek. Z początku głośno ujął się za manifestantami, w wyborczych koalicjach występuje zresztą z komunistami, ale Sistani musiał go przekonać do czegoś odwrotnego. Później gen. Soleimani ułożył to ze wszystkimi w Nadżafie.
Robotnicy naftowi z Basry podjęli podobne protesty latem zeszłego roku, stłumione przez milicje proirańskie. Trzy lata temu w mieście zanotowano niemal rekord świata: + 53,9 stopni Celsjusza, spróbujcie to sobie wyobrazić. Region strajkuje, bo chce wody, a państwo nie inwestuje w infrastrukturę. W zeszłym roku udało się władzom pchnąć wodę do kranów w mieście, ale bez uruchamiania oczyszczalni. Zachorowało ponad 100 tys. osób. Gdy różne potęgi patrzą po sobie w Iraku, zwykli ludzie giną na ulicach pragnąc innego życia.

 

„ZNICZ”

To nazwa dorocznej akcji policji drogowej, która z okazji Wszystkich Świętych podejmuje próbę ograniczenie tragicznych skutków masowego odwiedzania cmentarzy z okazji Święta Zmarłych. Niestety – mimo wysiłków, zaangażowania policjantów, mimo starań i wzmożonych kontroli, wielu kierowców wyjazd „na groby” ciągle traktuje dosłownie.

Podobnie jak Państwo jestem poruszony wypadkiem, który niedawno miał miejsce w Warszawie.

Droga pojazd człowiek

Przez przejście dla pieszych przechodzi rodzina: ona, on, dziecko w wózku. Jeden samochód zatrzymuje się, a drugi pędzi jak oszalały. On zdążył jedynie odepchnąć żonę z dzieckiem. Ich uratował, sam zginął. Kierowcą okazał się 30-letni mechanik samochodowy, który osobiście przerobił swoje BMW na samochód wyścigowy. Właśnie nim „szpanował”. Jak ustalili biegli w momencie uderzenia w pieszego na liczniku mógł mieć ok. 130 km/h. Przy dozwolonej prędkości 50 km/h. Był trzeźwy, wiedział czym jedzie i co robi.
Na drugim końcu Warszawy, znany polityk, były poseł, uderzył swoim samochodem w rowerzystkę, którą poturbował. Okazało się, że też był trzeźwy, ale nie miał prawa jazdy. Sąd odebrał mu je za jazdę pod wpływem alkoholu, karencja minęła, lecz nie przystąpił do obowiązkowego egzaminu i uprawnień do prowadzenia auta nie miał. Tego samego dnia wieczorem zatrzymano go ponownie. Tym razem nikogo nie uderzył, ale „pan polityk”, nadal lekceważąc prawo, ciągle jeździł bez pozwolenia.
Co łączy te dwa przypadki? Otóż w teorii ruchu drogowego mówi się, że o bezpieczeństwie decydują trzy czynniki: droga, pojazd i człowiek.
Polacy kochają samochody. Jeszcze tu i ówdzie dymiły wojenne zgliszcza, gdy dokładnie 6 listopada 1951 roku, 68 lat temu (!), na warszawskim Żeraniu ruszyła produkcja „Warszawy M-20” . Było wtedy w całym kraju zaledwie 40 tys. samochodów osobowych. Boom motoryzacyjny nastąpił w latach 70. „Samochód dla Kowalskiego” – Mały Fiat, Fiat 125p, Polonez, Syrena, samochody dostawcze, ciężarowe, autobusy – przemysł motoryzacyjny stawiał jak na tamte czasy milowe kroki. W latach 70. pobiliśmy pierwszy milion samochodów.

Droga

W 1950 r. mieliśmy 113 tys. kilometrów dróg. Z chwilą wejścia do Unii Europejskiej – od roku 2004 do czerwca 2019 r. w Polsce oddano do użytku 1155 km autostrad, 1990 km dróg ekspresowych i 1554 km dróg krajowych. Łączna długość dróg publicznych wynosi prawie 420 tys. km. (GDDKiA). Porusza się po nich ok. 29 mln. samochodów. Owe drogi zaś, to już nie ledwie przykryte asfaltem odwieczne trakty, to nowoczesne ciągi komunikacyjne, na których ruch samochodowy jest albo całkowicie oddzielony od pieszego (autostrady), albo separacja jest daleko posunięta (drogi ekspresowe). Na drogach krajowych, zwykłych, też stosuje się różnego rodzaju spowalniacze ruchu w miejscach szczególnie niebezpiecznych – wydziela pasy do skrętu w lewo, w rejonie przejść dla pieszych budowane są oznaczone słupkami i specjalnym oświetleniem przejścia dla pieszych, wzdłuż dróg powstają wydzielone ścieżki rowerowe. Nawet w małych miejscowościach na skrzyżowaniach pojawiły się ronda, światła dla pieszych, ścieżki rowerowe, słupki, żywopłoty, poprzeczne garby (tzw. leżący policjanci) i wszelkie inne rozwiązania z zakresu inżynierii drogowej, których celem jest podniesienie bezpieczeństwa drogowego. Pod tym względem Polska jest nie do poznania. W rejonie szczególnie mi bliskim, – w woj. lubuskim i zachodniopomorskim, które reprezentuję w PE, trasa S3 – będąca europejskim korytarzem transportowym Bałtyk-Adriatyk, była kiedyś szosą z dwoma pasami ruchu (po jednym w każdą stronę), przebiegającą przez środek miast i miejscowości. Dziś jest to obiekt drogowo inżynieryjny o wysokich parametrach drogowych i ruchowych. Tylko jej odcinek ze Szczecina do Gorzowa Wlk. Kosztował ponad 2 mld. 300 mln. złotych. Unia Europejska wyłożyła prawie 1,5 mld. zł. Odcinek Gorzów Wlkp. – Nowa Sól, na odcinku Gorzów Wlkp. – Sulechów kosztował kolejne prawie 2 mld. 100 mln. zł. Unia dołożyła – 1,5 mld.
Trasa S6 Szczecin-Koszalin. Bardzo ważna dla sieci krajowej – połącznie biegnące wzdłuż Bałtyku od Szczecina, przez Koszalin, Słupsk do Gdańska i dalej przez Kaliningrad aż do Kłajpedy. Odc. S6 Goleniów-Kiełpino: koszt ponad 1 mld. 100 mln. złotych. Z Unii – prawie 540 mln. zł.; odc. Kiełpino – obwodnica Koszalina i Sianowa: koszt prawie 1,5 mld. zł. Z Unii prawie 650 mln. (dane za Min. Infrastruktury). A przecież są jeszcze obwodnice innych miast (np. Szczecinka), przebudowane ulice w dziesiątkach miast i miejscowościach…
Infrastruktura drogowa, która jest jednym z trzech czynników mających wpływ na bezpieczeństwo jazdy jest już na niezłym, a często na bardzo dobrym poziomie.

Pojazd

Drugi z czynników mających wpływ na bezpieczeństwo drogowe – samochód – też przeszedł rewolucję. W latach 70. na przegląd techniczny należało jeździć co 10 – 15 tys. kilometrów. Dziś samochody podłącza się jednym kablem do fabrycznego komputera i to komputer dokonuje przeglądu technicznego. Raz w roku… Standardowym wyposażeniem są systemy bezpiecznego hamowania, systemy antypoślizgowe, nowoczesne pasy bezpieczeństwa, poduszki powietrzne, „strefy zgniotu”. Samochody mają czujniki parkowania, coraz więcej marek nawet kamery. W użyciu są już samochody, które same pilnują pasa ruchu, czuwają, żeby kierowca nie zasnął za kierownicą, „przypominają” o niezbędnej przerwie w podróży i odpoczynku. Pierwsze próby przechodzą samochody „autonomiczne”, które w ogóle nie potrzebują kierowcy… Współczesne auta są naprawdę bezpieczne. Ale w rękach odpowiedzialnych kierowców…

Człowiek

W latach 70. na naszych drogach ginęło rocznie ok. 6 tys. osób. Według danych Komisji Europejskiej w 2018 r. w Polsce zanotowano 76 śmiertelnych ofiar wypadków drogowych na 1 mln mieszkańców. Wyraźnie gorzej jest tylko w Rumunii i Bułgarii. Średnia unijna to 49 ofiar na milion mieszkańców, a w Wielkiej Brytanii jest to nawet 28 osób.
Zgodnie z najnowszymi statystykami Komendy Głównej Policji, w pierwszym kwartale 2019 r. doszło do 5967 wypadków (w tym samym okresie 2018 – 5872), zginęło w nich 620 osób – prawie o 100 więcej niż w tym samym okresie 2018 r., a rannych zostało 7059 – (w pierwszym kwartale 2018 r. – 6944). Więcej zatrzymano też kierowców pod wpływem alkoholu – ponad 22 tys. (w 2018 r. ok. 20 tys.) i praw jazdy za prędkość – 6920 odebranych w pierwszych trzech miesiącach 2018 r. i 10505 w roku bieżącym. Ponad 600 osób, które zginęły na drogach w pierwszym kwartale bieżącego roku, to więcej niż rocznie ginie w wyniku zabójstw… Prędkość, brawura, bezmyślność – to najczęściej powtarzane w komunikatach policyjnych przyczyny drogowych nieszczęść.
U ich podstaw leży przede wszystkim nieposzanowanie prawa. Mechanik przygotował sobie wyścigowego potwora, którego używa na ulicach miasta, mając w całkowitym „poważaniu” przepisy. Polityk uzurpujący sobie prawo do pouczania innych w kwestiach praworządności, patriotyzmu, postaw państwowych najpierw jeździ po kielichu, potem jeździ mimo, że sąd razem z prawem jazdy zabrał mu prawo do prowadzenia samochodu. Zadał cierpienie rowerzystce i tłumaczy się, że padł ofiarą „fatalnego zbiegu zdarzeń”… Ilu takich „mechaników”, „nauczycieli moralności państwowej”, pań i panów „po spożyciu”, niedouczonych w sztuce prowadzenia samochodu arogantów i arogantek, ludzi nieodpowiedzialnych, mijamy codziennie na ulicach i drogach?…
Z trzech czynników, które decydują o bezpieczeństwie drogowym, w Polsce tylko człowiek jakby stanął w miejscu. Mimo milowych cywilizacyjnych kroków, które za nami, kierowcy są ciągle największym drogowym zagrożeniem.

 

Ojciec Stachowiaka: Igora zamordowano!

Ojciec ofiary policyjnej przemocy – Igor Stachowiaka domaga się zmiany kwalifikacji czynu wobec czwórki eks-policjatnów.

Chodzi o to, aby byli funkcjonariusze nie byli sądzeni za ewentualne nadużycie uprawnień i znęcanie się, lecz za zabójstwo w zamiarze ewentualnym. Ich proces w pierwszej instancji zakończył się w czerwcu. Zostali oni skazani na kary bezwzględnego więzienia od dwóch do dwóch i pół roku.
Zamiary ojca Igora Stachowiaka ujawnia portal Onet.
– Całe dotychczasowe postępowanie sądowe sprowadzało się niemal wyłącznie do tego, co działo się w toalecie, a przecież już na Rynku użyto wobec Igora przemocy – powiedział dziennikarzom ojciec ofiary Maciej Stachowiak.
– Sąd powinien orzec, czy policjanci spowodowali śmierć mojego syna. Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Uważam, że mój syn został zamordowany na komisariacie. W czerwcowym wyroku brakuje stwierdzenia, że Igor był torturowany, a przecież jak inaczej to nazwać – dodał.
Maciej Stachowiak ma też uwagi, co do przebiegu procesu w sądzie pierwszej instancji. Twierdzi, że nie zostali przesłuchani ratownicy medyczni, którzy pierwsi dotarli na komisariat przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu.
Przypomnijmy. Do tragedii doszło 15 maja 2016 r. Policjanci zatrzymali Igora Stachowiaka na wrocławskim rynku, skąd przewieźli go na komisariat. Tam był poddany wyjątkowo brutalnym torturom. Między innymi rażono go paralizatorem po genitaliach, gdy był w toalecie i był skuty kajdankami. Wkrótce zmarł. Sprawa wywołała poważną, acz krótkotrwałą dyskusję na temat nadużyć przemocy ze strony policji. Wielu aktywistów uważa je za powszechne i oskarża system sprawiedliwości o sprzyjanie funkcjonariuszom-sadystom.

O potędze słowa Ważny tunajt

W związku z tym, że gdy nie koncertuję, to siedzę sobie w domu i mam dużo czasu, w mijającym tygodniu obejrzałem w państwowej telewizji wystąpienie prezydenta Polski z okazji obchodów 100-lecia Święta Policji.

Prezydent rozpoczął od powitania. Taka to już rola prezydenta, że to zwykle on musi zacząć, jak na każdym, dobrym zebraniu. Witał więc prezydent niezwykle dostojną, szacowną panią mister spraw, wyjątkowej wręcz dostojności szanownych panów wiceministrów, wielkiego szacunku i dostojeństwa generałów, inspektorów, nadinspektorów, podinspektorów, ogromnie serce radujące i czyste lica generalicji wojskowej możliwych dystynkcji, przez Pana Boga umiłowane, w Trójcy jedynego, osoby szacunku najwyższego godne – świątobliwości, duchowieństwo, a na końcu policjantów składających tego dnia przysięgę na Placu Piłsudskiego i cały lud odkupiony. Naprawdę, dobrzy ludzie, słuchałem jak płynie ten potok wazeliny i pudru i zastanawiałem się, ile następnych lat, kolejny notabl na tej czy innej mównicy, z okazji lub bez okazji, będzie rozpoczynał swoje przemówienia od witania władzy od wierchu aż po kłąb, aby na sam koniec dopiero zwrócić się do tych, którzy tę władzę wybierają i którym ona powinna służyć. Pies trącał protokoły dyplomatyczne; to Wy, ludzie gminu, przechodnie, turyści, którzyście się akurat napatoczyli na plac, pani z pudlem, telewidz-bezrobotny, który nie ma niczego lepszego do roboty i ogląda prezydencki spicz, każdy jeden jest ważniejszy, niż, jak to z nadmierną wręcz atencją pan prezydent raczył zauważyć, wielce szanowna i czcigodna pani minister i równie czcigodni panowie ministrowie. Jeśli bowiem już na początku, i to na poziomie leksyki i semantyki, ustala się taką, a nie inną, gradację ważności obywatela, to nie warto słuchać dalej, bo niewiele z tej paplaniny dla prostego człowieka wyniknie. Ale ja, mimo wszystko, zagryzłem zęby i dałem szansę.
Później było tylko lepiej. Prezydent długo ważył każde słowo, nadymał się, cedził wyraźnie każdą głoskę. Trochę jak ksiądz na mszy, kiedy celebruje ze świętym kielichem w ręku. Moduluje wtedy głos, marszczy brwi, a to znowu je unosi. Jakby te wszystkie zabiegi miały podkreślić podniosłość chwili i w związku z ich nienaturalnością, zmusić słuchającego do baczniejszego pochłaniania przekazu, bo na pewno ktoś ciekawie mówi, tylko nie do końca wiadomo o czym. Prezydent tymczasem, po krótkim rysie historycznym dotyczącym policji polskiej od zarania po wtedy, wypowiedział słowa, po którym niejednemu, młodemu policjantowi wstępującemu tego dnia do służby, musiało dość ostro opaść to, co wcześniej za sprawą prezydenckiego przemówienia mogło pójść do góry, ot choćby nadzieja na lepsze zarobki. Prezydent uderzył w mocny, patriotyczny ton, tu akurat się nie czepiam-prezydenci są od bicia w patriotyczne tony, że zajęcie policjanta, które podejmują ci wszyscy młodzi ludzie na placu tego dnia, to tak naprawdę wcale nie praca. To nie praca! To jest służba Polsce. Nie praca! Naturalnie, jak mniemam, większość zgromadzonych i słuchających pojęła tę prezydencką metaforę. Że rolą policjanta jest służyć Narodowi etc. i te wszystkie słodkie opowiastki z Polską, Ojczyzną, Bogiem, krwią i poświęceniem w tle, to obowiązkowy lajtmotyw na takie okazje. Tym ostatnim bardzo ładnie, jak widać, zapełnia się kartki przemówień i wypełnia czas, ale dużo trudniej zapełnić nim żołądek i wypełnić garnki. Niestety, podobnie jak z początkiem przemówienia, jak dotąd żaden z prezydentów nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby miast karmić Naród i jego synów, którzy w przyszłości mają mu służyć, konkretnymi liczbami, zapewnieniami i deklaracjami, które w przyszłości przyniosą ludziom, konkretne, większe pieniądze, nadal próbuje się mamić ludzi historiami z mchu i paproci, o tym, jakiegoż to wspaniałego wyróżnienia mogą dostąpić wstępując do policji. Służyć, a nie pracować. A ludzie idą tam do ciężkiej roboty, która dla Narodu jest niezbędna, a za którą dostają marne grosze. Podobnie jak np. pielęgniarki, które może i nie noszą lampasów i biały ich strój, ale których w kraju dramatycznie brakuje, bo za służbę choremu Polska nagradza słabo. A wszak to też służba, a nie praca.
Dalej już nie chciało mi się słuchać tych wątpliwych deliberacji. Wyłączyłem odbiornik, gdy prezydent opowiadał o wdzięczności dzieci i młodzieży w stosunku do polskiej policji, którą obserwował naocznie w swoim rodzinnym Krakowie, po Światowych Dniach Młodzieży. Rzeczywiście, to musiało chwytać za serce. O wdzięczności geja i lesbijki do policjanta, ostatniej niedzieli, w Białymstoku, prezydent akurat nie wspomniał. A czekałem na ten wątek. Swoją drogą, byłby niezły z niego kozak, gdyby jasno zabrał głos w obronie Marszu Równości i wskazał z ambony, gdzie było tego dnia bydło, które ma kopyta i miota kamienie, a gdzie pokojowa i tęczowa Polska. Morawiecki tylko czeka na takie prezydenckie lapsusy…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”