Klimat mało lewicowy? Korespondencja ze szczytu klimatycznego

Jesteśmy po Marszu dla Klimatu w Katowicach, podczas Szczytu Klimatycznego COP 24. Wiemy jedno. Zmiany klimatu, ochrona przyrody czy naszego zdrowia nie znajdują się nadal w kręgu zainteresowań polskiego mainstreamu.

 

Procesy te zdają się nie interesować ani czołowych polskich polityków, ani też lokalnych działaczy partyjnych. Obecna była jedynie silna reprezentacja Partii Zieloni z kraju i Europy oraz przedstawiciele Razem. Nie było nawet Biedronia, budującego obecnie swój prodemokratyczny ruch z elementami ekologizmu obywatelskiego.
Siłą najbardziej zainteresowaną naszym marszem było natomiast Prawo i Sprawiedliwość, które przy współpracy z Policją chciało doprowadzić do prowokacji. Tu kolejna klęska rządu – znów im nie wyszło. Byłem uczestnikiem wielu protestów i pikiet: w obronie Puszczy, przeciw lex Szyszko, w obronie wolnych mediów, demokracji, praw kobiet, sądów czy przeciw nieodpowiedzialnym decyzjom lokalnych polityków we Wrocławiu. Po tym marszu mogę powiedzieć jedno – to najbardziej budująca, pokojowa i pozytywna manifestacja na jakiej byłem. Jednocześnie poruszająca kwestie bardzo dotkliwe w sutkach i niebezpieczne dla życia na Ziemi.
Organizowaliśmy wspólny wyjazd autokarowy z Wrocławia. Już na początku na miejsce wyjazdu przyjechała Policja i spisała „organizatorów” (w cudzysłowie, bo przecież nie było to publiczne przedsięwzięcie, a prywatny przejazd grupowy). Później było już tylko ciekawiej. Policja monitorowała nas telefonicznie oraz radiowozami na całej trasie. Wiedziałem już od Marka Kossakowskiego (przewodniczącego Zielonych), że wszystkie autobusy z różnych miast są kontrolowane: – Ponad godzinę nas spisywali, nie wiem czy zdążymy. Wyciągnęliśmy transparenty i demonstrujemy w Częstochowie – mówił przez telefon.
Za chwilę i na nas czekała kontrola stanu technicznego autokarów i dokładne spisywanie uczestników i uczestniczek przejazdu. Pytamy policjantów skąd takie szczegółowe postępowanie. – Standardowe czynności, zawsze autobusy sprawdzamy bo w nich łatwiej jest coś znaleźć – odpowiada jeden z nich. Dobrze natomiast wiemy, że to nie jest ani „standardowe”, ani „normalne”.
Niecierpliwimy się, kontrola się wydłuża. Wiemy już, że i my nie zdążymy na czas. Zauważyłem, że wszyscy Zieloni działacze wpadają na podobne pomysły, bo Radosław Gawlik (b. wiceminister, poseł, założyciel Zielonych) też wyciąga nasze transparenty z luku bagażowego. Sam trzyma hasło „Dosyć trucia! Nieudolna władza musi odejść”. Taki sam transparent niósł w 1988 r. podczas czarnego marszu przeciwko hucie Siechnice koło Wrocławia. – Od tego czasu minęło 30 lat. Jestem pewny, że i teraz ta władza odejdzie – tłumaczył Gawlik, próbując dodać nam optymizmu.
Ruszyliśmy dalej. Katowice sparaliżowane, musieliśmy jechać na około. Wszędzie kordony Policji uzbrojonej w tarcze, kaski i butle z gazem. W gotowości stoją też armatki wodne. Na ulicach pusto, miasto jakby wymarło.
Marsz już idzie, w końcu udało nam się dołączyć. Widzimy radosny i kolorowy tłum. – Powitajmy Wrocław! – skanduje ze sceny Ewa Sufin-Jacquemart, organizatorka.
Niestety, nie wszystkim udało się dołączyć. Do Polski nie zostało wpuszczonych wielu aktywistów zza granicy m.in. z międzynarodowej organizacji „350” oraz Climat Action Network.
Wokół szybko zauważyłem wiele znajomych twarzy, z różnych organizacji. – Protestujemy przeciwko wydobyciu i spalaniu węgla brunatnego. To najbardziej brudne paliwo, które przyczynia się na całym świecie do zmian klimatycznych – mówił na scenie Tomasz Waśniewski z Koalicji Rozwój TAK – Odkrywki NIE.
Na twarzach uczestników i uczestniczek uśmiechy i nadzieja na lepsze. Wszędzie tłumy uzbrojonych po zęby policjantów, również wśród nas pełno tajniaków. Po co? Przecież nie przewidywano kontrmanifestacji. Było nas kilka tysięcy. Tyle co na demonstracjach w obronie demokracji na wrocławskim Rynku, na których w zasadzie nie pojawiała się Policja.
Na przedostatnim „przystanku” na trasie dowiedzieliśmy się, że Policja odcięła 150-200 osób z końca. Przepływ informacji pomiędzy organizatorami zaczyna być utrudniony. Dowiedzieliśmy się, że ostatecznie z tłumu wyciągnięto trzy osoby i zawieziono na komendę. – Zostajemy tutaj i czekamy, aż policjanci wypuszczą zatrzymane osoby – ogłosili organizatorzy.
W międzyczasie Polska Policja próbuje kilkukrotnie przekonać organizatorów, że osoby te już dołączyły do marszu. Szybko zweryfikowaliśmy, że to są nieprawdziwe informacje.
Polskie służby próbowały sprowokować zamieszki. Partia rządząca przy współpracy z Policją wiedziały, jak przeprowadzić taką akcję. Nie daliśmy się! Pokazaliśmy solidarność, cierpliwie czekając do końca zgromadzenia na zatrzymanych uczestników.
Po marszu część uczestników udało się na pikietę solidarnościową pod komendę przy ul. Lompy. Wiele osób z Wrocławia również tam było. Do nas też dzwoni Policja zaciekawiona gdzie jesteśmy. Mówili nam, że powinniśmy być już w drodze powrotnej w autokarach. Znów kontrolowali dokładnie przebieg powrotnej trasy naszej prywatnej wycieczki. Nie chcieli jednak podać na jakiej podstawie nas śledzą i telefonują do „organizatorów”. Późnym wieczorem zatrzymani aktywiści zostali wypuszczeni.
Polski rząd czerpie inspiracje z czasów komuny. Marsz, mimo tych trudności, które doskonale obrazują w jakim kraju żyjemy, przebył spokojnie i pokojowo. W atmosferze radosnej, pozytywnej, o którą ciężko na wielu pseudopatriotycznych wydarzeniach. Cieszę się, że aż tyle jeszcze w nas spokoju i wyrozumiałości – również dla policjantów, którzy pełnią swoją służbę.
Byliśmy tam gdzie trzeba. A nasz rząd, mimo tego, że staje na głowie by odwrócić uwagę od wyznań energetycznych, klimatycznych i ekologicznych, robi to wyjątkowo nieskutecznie. Pewnych procesów nie da się zatrzymać. Całe szczęście jest jeszcze ekonomia, która radykalnie zweryfikuje pomysły przywódców.

Kto wygra ten marsz?

Czy pośród doradców Hanny Gronkiewicz-Waltz nie znalazła się żadna osoba na tyle przytomna, żeby powiedzieć jej, że zakazanie Marszu Niepodległości dosłownie w ostatniej chwili tylko dostarczy ekstremistom paliwa? Czy też chodzi o co innego?

 

Hanna Gronkiewicz-Waltz ma rację. Warszawa wystarczająco się już nacierpiała w wyniku działalności nacjobandytów. To wyjątkowo celne spostrzeżenie, choć pewnie miała na myśli ostatnią dekadę, kiedy „prawdziwym Polakom” zdarzyło się kilka razy zdewastować przestrzeń publiczną stolicy swojej ojczyzny. Mieszkańcy Warszawy doświadczyli jednak znacznie poważniejszych konsekwencji nacjonalizmu – podczas II Wojny Światowej, gdy mordowali ich nacjonaliści niemieccy. Hanna Gronkiewicz-Waltz ma również rację w kwestii zastrzeżeń w dziedzinie bezpieczeństwa. Masowa odmowa pracy policjantów tuż przez jednym z największych pochodów skrajnej prawicy na świecie nie buduje atmosfery spokoju i stwarza uzasadnione obawy o zdolność służb do utrzymania porządku.
Hanna Gronkiewicz-Waltz cudownie oprzytomniała. Szkoda, że dopiero u schyłku swojego panowania, naznaczonego konsekwentną biernością wobec zjawisk złych i niepokojących. Nacjonalistom należało sie dobrać do dupy nie w roku 2018, a w 2009, kiedy po raz pierwszy postanowili uprzykrzyć życie mieszkańcom stolicy. Wtedy maszerowały głównie łyse łby z ONRu w towarzystwie nielicznych kiboli. Teraz, zmierzenie się z tym problemem wymaga podjęcia kompleksowych i długofalowych działań. Pozytywnym przykładem może być Wrocław, który idąc za wzorem niemieckich miast, poglądy skrajnie prawicowe zaczął traktować jako pewną społeczną dysfukcję – uciążliwią, ale uleczalną, wymagającą podjęcia terapii. Prezydent Dutkiewicz podczas ostatniej kadencji próbował wbić klin pomiędzy kiboli, a nacjonalistów, na razie bez rezultatów, ale kierunek był dobry. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zrobiła na tym polu nic. Nie reagowała kiedy na Łazienkowskiej rosła w siłę nacjomafia, choć mogła postawić warunek klubowi – albo robicie z tym porządek, albo podwyższamy czynsz do takiego poziomu, że w Szczecinie będzie wam się bardziej opłacało grać. Prezydent Warszawy przez 12 lat nie podjęła jednak żadnych działań przeciwko prawicowemu ekstremizmowi. Aż do dziś. Czy to nie dziwne?
Czy prezydent Warszawy naprawdę chciała zatrzymać Marsz Niepodległości urzędowym zakazem wydanym cztery dni przed 11 listopada? Czy pośród jej doradców, znajomych i kontrahentów nie znalazła się żadna przytomna głowa, choćby prezydenta elekta, która by podpowiedziała rzecz oczywistą – takie działania dostarczą ekstremistom paliwo buntu i przyczynią się do wzmożonej mobilizacji elementu patologicznego? A może Hanna Gronkiewicz-Waltz działając w porozumieniu z resztą liberalnej opozycji, a kto wie – może również i z jej brukselskim papieżem, podjęła próbę destabilizacji pisowskiej władzy, podważenia jej zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa w tak ważnym dniu?
Załóżmy, że delegalizacja marszu obliczona była na wywołanie wściekłości nacjokiboli, wybuch zamieszek i kolejną masakrację stolicy, nad którą przetrzebione „chorobami” oddziały policji mogłyby nie zapanować. Wyobraźmy sobie, że 12 listopada internet obiegają zdjęcia rozwalonego centrum Warszawy, statystyki ze szpitali i komisariatów oraz wstępne szacunki strat. Nacjonaliści znajdują się w stanie wojny z kolejnym rządem, dla odmiany tym, który od początku chciał z nimi żyć dobrze, a Grzegorz Schetyna z Rafałem Trzaskowskim, wskazują na Brudzińskiego i Morawieckiego jako winnych gorszących scen, podkopując autorytet PiS w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego. I to na stulecie odzyskania niepodległości. Do tego dopuścić mogły tylko kompletne patałachy. Oczywiście, to tylko hipoteza.
Na reakcje obozu Kaczyńskiego wystarczyło poczekać kilka godzin. Jeśli liberałowie próbowali zastawić pułapkę, to Duda z Morawieckim przeskoczyli nad nią z wyjątkową gracją. Organizacja państwowego marszu na tej samej trasie jest rozwiązaniem, które może przynieść wiele korzyści. Najważniejsza to możliwość przejęcia imprezy. Cały wysiłek organizacyjny i propagandowy nacjonalistów zostanie skonsumowany przez władzę. Premier z prezydentem pójdą na czele kilkudziesięciotysięcznego tłumu. Jest szansa, że pojawi się więcej tych, jakże alegorycznych rodzin z dziećmi. Do zabezpieczenia imprezy zostaną ściągnięte, bo muszą zostać z uwagi na obecność najwyższej rangi oficjeli, oddziały z całego kraju, nawet jeśli będzie to oznaczać wyciąganie funkcjonariuszy z łóżek. Wreszcie, PiS staje przed szansą trwałego przechwycenia obchodów i zmarginalizowania nacjonalistów, co jest istotne nie tyle w kontekście „pożarcia” kolejnego segmentu wyborców, bo przypuszczalnie PiS dla uczestników MN już wcześniej był drugim, po Kukizie wyborem, a raczej zabezpieczenia prawej flanki w obliczu zapowiedzi powołania „polskiego Jobbiku”. To z kolei będzie oznaczać konieczność włączenia bardziej radykalnych pojęć do politycznego wokabularza obozu władzy. Warto zauważyć, że premier Morawiecki ma już na sumieniu pokłony bite przed mogiłami hitlerowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej, o nieustającej apologii NSZ, zaprzeczaniu najbardziej znanym i dogłębnie zbadanym zbrodniom wykletych i przymykaniu oczu na haniebne symbole nie wspominając. Jako przestroga może służyć przykład Ukrainy, gdzie władza państwowa od kilku lat mówi językiem skrajnej prawicy, a ugrupowania ekstremistyczne krytykują rząd jako realna opozycja, zarazem łączy je jednak z władzą (i legitymizuje) wspólnota pewnych wartości.
Oczywiście, takie działanie jest również obarczone sporym ryzykiem. PiS nie ma żadnego narzędzia panowania nad nacjobojówkami poza nadzieją, że te uznają decyzje o organizacji państwowego marszu za pomocną dłoń, a nie to, czym ona jest w istocie, czyli wymuszenie hołdu lennego. Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, a także, jeśli obiektywy zagranicznych reporterów znów uchwycą rasistowskie transparenty, wówczas odium padnie na organizatorów, a więc tym razem na rząd PiS.
Ludwik Dorn napisał dzisiaj, że ktoś wyjdzie z tego zamieszania poważnie poraniony politycznie. Raczej nie będą to liberałowie, którzy w najgorszym wypadku nie powiedzie się fortel, a aureola antyfaszystki, z którą być może pragnęła zostać zapamiętana HGW nie zaświeci pełnym blaskiem, bo marsz w końcu przejdzie ulicami Warszawy. Jeśli marsz przebiegnie spokojnie, to ran nie odniesie również dobra zmiana, która za to może okazać się, z wymienionych wyżej powodów, największym wygranym tej rozgrywki. Lewica stoi z boku i rzeczy się dzieją niezależnie od niej, jak zwykle zresztą.
Kto zatem może tutaj najwięcej stracić? Nacjonaliści. Bosak, Winnicki i Bąkiewicz mogą zostać cofnięci do stanu posiadania z początku dekady. W ich wątłych i słabo zorganizowanych szeregach dojdzie zapewne do rozłamu – na tych, którzy będą za współpracą i za konfrontacją z PiS. Najgorsze dla nich będzie jednak to, że w kolejnych latach tłumy będą nadal walić na Marsz Niepodległości, który tak znakomicie się udał na 100-lecie niepodległości, a będzie to impreza bazująca na pamięci o ulicznej spontaniczności, lecz w istocie pieczę będzie nad nią sprawować prezes Kaczyński.

25 milionów na SOP

Rząd PiS miał ratować niepełnosprawne nienarodzone dzieci przed aborcją, oferując kobietom wsparcie finansowe w przypadku decyzji o urodzeniu chorego dziecka. Program „Za życiem” reklamowany był jako flagowa inicjatywa wspierająca (obok 500 plus) polskie rodziny. Ale okazało się, że są pilniejsze potrzeby, takie jak dodatki mieszkaniowe dla funkcjonariuszy rządowej ochrony.

 

Jak podaje „Fakt”, Ministerstwo Finansów oraz członkowie sejmowej Komisji Finansów (ci jednogłośnie) wyrazili poparcie dla rządowej propozycji relokacji 25 mln zł z rezerw budżetowych. W 2017 roku ówczesny szef MSWiA Mariusz Błaszczak zarzekał się, że funkcjonariusze SOP nie będą mieć aż takich przywilejów (prawo do dodatku dostają ci, którzy nie załapali się na mieszkanie służbowe w mieście, w którym pełnią swoje obowiązki), jednak Joachim Brudziński postanowił, że będzie inaczej.

– Takie „dziadostwo” było przez lata, my z tym kończymy – miał mówić Błaszczak o ekwiwalentach dla funkcjonariuszy. Teraz jednak, jak podają media, po nowelizacji Brudzińskiego w połowie 2018 rząd powinien wypłacać dodatki zarówno byłym BOR-owcom, jak i nowej służbie. Na razie w drugiej połowie roku otrzymał go jeden pracownik BOR: dostał 260 tys. zł.

– Na wypłatę ekwiwalentu czeka jeszcze 160 byłych funkcjonariuszy i emerytów – powiedziała w rozmowie z „Faktem” rzeczniczka SOP mł. chor. Anna Gdula-Bomba. Nic dziwnego, że rządzący szukają pieniędzy na pozostałe wypłaty. Z rezerwy przeznaczonej na „Za życiem” skorzystano ponoć dlatego, że i tak nie zostałaby wykorzystana.

Ciekawe, co na to protestujący od lipca funkcjonariusze policji, którzy nie mogą pogodzić się z faktem, że ministerstwo inwestuje w SOP ogromne ilości pieniędzy, podczas kiedy bez ich prywatnych telefonów komórkowych komunikacja w policji praktycznie przestałaby istnieć.

Przed 1 listopada strajk policjantów wszedł na poziom masowych zwolnień lekarskich. W nocy z 2 na 3 listopada w niektórych miastach w ogóle nie pojawiły się na ulicach patrole.

Kulson się wku…ił

No i stało się! Policjanci – z opóźnieniem, bo z opóźnieniem, ale jednak zajarzyli, że w Polsce PiS można zarabiać naprawdę dobre pieniądze.

 

Tak długo byli bombardowani zewsząd informacjami o zarobkach w radach nadzorczych, w spółkach skarbu państwa i w spółkach komunalnych, o premiach i nagrodach urzędników rządowych i samorządowych, że w końcu i oni zawołali:
– A w czym my jesteśmy gorsi? Od Misiewiczów, od Rydzyka, od sióstr i braci, szwagierek i szwagrów, kum i pociotków władzy?
Powiedzmy sobie szczerze: w niczym! Ani nie są głupsi, ani brzydsi, ani nic. Chcą kasy? Należy się im! Dla innych jest, to i dla nich może być.
Pan premier jeździ po Polsce, co i rusz otwiera im jakiś nowy komisariat, stwarza nowe miejsca pracy, ale za ile, oni się pytają? Owszem, w tych nowych komisariatach mogą rozwijać się zawodowo – w zakresie na przykład używania paralizatora w kiblu, ale oprócz nowoczesnego sprzętu do wykonywania codziennych obowiązków, potrzebują również kasy, bo policyjne żony też od czasu do czasu muszą coś do garnka włożyć.
Zebrali się więc policjanci do kupy raz i drugi, głowy dymiły wysiłkiem, ale swoje postulaty sformułowali.
– To nie są postulaty przeciwko nikomu, zawołali, jak to oni wadząc się z polszczyzną, ale trzeba im to wybaczyć, bo zawodowo wadzą się na innych polach niż lingwistyczne.
Chcą 100-proc. zasiłków chorobowych, uprawnień emerytalnych po 25 latach służby bez ograniczeń wiekowych, no i żywej gotówki do ręki. Uważam, że słusznie. Przecież to nie jest taka zwykła ręka, jak Twoja, czy moja. To jest ręka władzy! Ręka, przy pomocy której władza swą władzę sprawuje. Którą szarpie protestujące kobiety na ulicy, wciąga do policyjnych aut protestujących mężczyzn, ręka, która wykręca ręce przeciwnikom dobrej zmiany, wreszcie ręka, która w imieniu władzy trzyma sztamę z rękami zwolenników władzy: hajlującymi, walącymi w mordę pedałów, KOD-owców i całą resztę tej lewacko-liberalnej hołoty.
Policja, to bowiem nie tylko umundurowana grupa pracownicza, to przede wszystkim zastępy wiernych sług władzy, gotowe każdemu w imieniu tej władzy przydzwonić. To funkcjonariusze szczerze oddani służbie, gotowi oskarżać i ciągać po sądach niewinnych ludzi, byle tylko na ustach ich przełożonych pojawił się nikły choćby uśmiech zadowolenia i aprobaty:
– Tak proszę Wysokiego Sądu – wnoszę o ukaranie, najlepiej surowe, obywatela Frasyniuk Władysław, który zamiast nie utrudniać interwencji podjętej zgodnie z przepisami prawa i samemu skuć sobie ręce z tyłu, tknął mnie silnie o tu, w łokieć… Boli mnie do dziś. Na zmianę pogody zwłaszcza…
Gdy przełożony o coś poprosi, o cokolwiek – hamburgera, pizzę, czy flaszkę policjanci nigdy nie marudzą, nie mówią, że się nie da. A to konfetti natną i białoczerwony deszczyk panu ministrowi zrobią, który patriotyczną okoliczność zaszczyca osobą własną, a to skrzydła anielskie do pleców przypną, albo do mszy pobożnie posłużą, zatańczą i zaśpiewają…
No, ale to wszystko musi kosztować, niestety. W dzisiejszych czasach za darmochę nie ma już nic. Tym bardziej, że służba policyjna stresująca jest bardzo i w narodzie mało popularna, a przez to poddawana nieustającym, bardzo panów policjantów i panie policjantki dołującym, ocenom. Niestety, trzeba to wreszcie powiedzieć, część społeczeństwa – niewielka, co prawda, ale mająca poparcie niemieckojęzycznych mediów – swój stosunek do organów porządku publicznego kształtuje w sposób umyślnie złośliwy. Ona, ta część, udaje na przykład, że nawet do suki wsiąść poprawnie nie potrafi. Dopiero, jak się ryknie:
– Wsiadaj! Kull…sson! I jak szeregowy Kulson poda danej osobie rękę, to okazuje się, że jednak potrafi taka jedna z drugą wskoczyć na pakę.
Niestety wszystkie te stresy, nerwy i traumy nie spływają po policjantach, jak woda po kaczce. Policjanci przeżywają gorycz i zawód na skutek niesprawiedliwego traktowania przez społeczeństwo ich zawodu i mu oddania. Przecież nie wdają się w politykę, odsuwają się od swoich kolegów, którym odebrano wysłużone emerytury, nie ruszają nazioli, odwracają głowy, gdy dymi ONR, zatykają uszy, gdy wrzeszczy Międlar z Rybakiem i w ogóle są do usług.
Ale za darmo? Głupich nie ma! To nawet Kull…sson rozumie.

Sukces

– Arkadiusz Ciach nie podlega tzw. ustawie dezubekizacyjnej – tak orzekł Sąd Apelacyjny w Warszawie 1 października 2018 r. Sąd po analizie dokumentacji uznał, iż pan Arkadiusz, który jest emerytowanym policjantem, ani minuty nie pełnił służby na rzecz totalitarnego państwa. Były funkcjonariusz policji obecnie domaga się wyrównania emerytury wraz z odsetkami.
Radny powiatu radomszczańskiego z ramienia SLD Arkadiusz Ciach zaraz po ogłoszeniu wyroku zorganizował konferencję prasową, aby ogłosić przełomowy wyrok w sprawie ustawy represyjnej, która 1 października 2017 r. obniżyła świadczenia emerytalne 55 tysiącom funkcjonariuszy służb mundurowych. – Rok temu weszła w życie ustawa, która spowodowała obniżenie emerytur tysiącom policjantów. Była to okazja do politycznego odwetu – powiedział radny SLD podczas spotkania z dziennikarzami. – Postanowienie w mojej sprawie jest przełomowe dla tysięcy policjantów, tysięcy funkcjonariuszy. Wreszcie będzie można udowadniać, że się było, albo gdzieś nie było. 24 stycznia 2018 r Sąd Okręgowy w Warszawie ocenił ustawę represyjną jako działanie o charakterze represyjnym, dyskryminacyjnym i podważającym zaufanie do państwa. Wydawałoby się, że emeryci mundurowi będą czekać nawet dwa-trzy lata na wyrok, ponieważ wszystkie sprawy w sądach były zawieszane do czasu rozpatrzenia skargi przez Trybunał Konstytucyjny. Wyrok w sprawie pana Arkadiusza Ciacha może oznaczać, iż taka zwłoka nie nastąpi i kolejne wyroki będą zapadać. Walka o honor 55 000 funkcjonariuszy służb mundurowych trwa! 22 marca 2018 r. Sejm odrzucił obywatelski projekt ustawy cofający zapisy represyjnej ustawy obniżającej emerytury funkcjonariuszom służb i ich rodzinom. 250 000 podpisów obywatelek i obywateli nie było ważnym argumentem dla PiS-u do procedowania tego projektu, chociaż w kampanii wyborczej tej partii padła obietnica, iż każdy obywatelski projekt ustawy będzie uszanowany i Sejm podejmie nad nim prace. Przypominamy, iż sprawozdawcą projektu był Andrzej Rozenek, obecnie kandydat SLD – Lewica Razem na prezydenta Warszawy. 28 lutego 2018 r. w Parlamencie Europejskim zorganizowaliśmy konferencję pt. „Represje wobec emerytowanych funkcjonariuszy i żołnierzy w Polsce”. Eurodeputowani SLD Bogusław Liberadzki, Krystyna Łybacka oraz Janusz Zemke zwrócili się do Jean-Claude’a Junckera, szefa Komisji Europejskiej w tej sprawie.
Deklarujemy, iż w przyszłym Sejmie sprawa cofnięcia ustawy splamionej krwią będzie dla nas priorytetowa.

Przeciw przemocy policji

W czwartek, 9 sierpnia 2018 r. ulicami Warszawy przeszedł marsz protestacyjny przeciwko upolitycznianiu policji, przeciw policyjnej przemocy. Ministrze Brudziński, widzimy, co robisz!

 

Upolitycznienie policji i przemoc stosowana przez policję nie jest wynalazkiem obecnej władzy. Dotąd boleśnie doświadczali jej członkowie organizacji anarchistycznych i ekologicznych, aktywiści ruchów lokatorskich protestujący przeciw eksmisjom, osoby bezdomne, ubogie, dotknięte różnymi formami wykluczenia. Jednak chyba nigdy po 1989 r. policja nie była w takiej skali wykorzystywana przeciw tak dużej części społeczeństwa, której jedyną przewiną jest brak akceptacji polityki obecnej władzy i dokonywanie różnych czynów obywatelskiego nieposłuszeństwa. I nigdy dotąd policyjna przemoc wobec obywateli nie była zjawiskiem nie tylko krytym, ale w pełni aprobowanym i wręcz chwalonym (vide wypowiedzi ministra Brudzińskiego).
Podsłuchy i inwigilacja działaczy opozycyjnych. Nachodzenie w domach, wypytywanie rodzin i sąsiadów. Nagminne legitymowanie i spisywanie bez podania podstawy faktycznej takiej interwencji. Wielogodzinne zatrzymania podczas demonstracji, bez stawiania zarzutów. Brutalne unieruchamianie osób nie stawiających oporu, najczęściej poprzez powalanie na ziemię i przyduszanie kolanami przez kilku funkcjonariuszy. Powodowanie dotkliwych obrażeń fizycznych. Wyrywanie i wyprowadzanie pojedynczych osób z tłumu demonstrujących. Zakuwanie w kajdanki, często z tyłu, co zgodnie z prawem może mieć miejsce wyłącznie wobec osób agresywnych i niebezpiecznych. Przemoc fizyczna we wnętrzach radiowozów. Wywożenie w nieznanym kierunku. Uniemożliwianie kontaktu z adwokatem. Zastraszanie. Upokarzające rewizje osobiste, całkowicie nieuzasadnione powagą zarzutów. Użycie gazu łzawiącego wobec demonstrantów pod Pałacem Prezydenckich, bez powodu i bez ostrzeżenia. Preparowanie absurdalnych oskarżeń (propagowanie ustroju totalitarnego, obraza pomników) i uruchamianie całej machiny policyjnych fachowców do ścigania takich „zbrodni”, jak namalowanie zmywalną farbą napisu PZPR czy ubranie w koszulkę z napisem „Konstytucja” pomnika prezydenta. Rewizje w samochodach i domach, grożenie wystawieniem listu gończego w przypadku nieobecności osoby inkryminowanej, rekwirowanie elektroniki, szukanie wszelkich „haków”. Totalna amnezja lub kłamstwa płynące z ust policjantów na salach sądowych.
To nasz obecny świat – świat aktywistów opozycji ulicznej, niemal niewidzialny dla mediów demokratycznego mainstreamu, lżony i zaszczuwany przez propagandę pisowską, nieznany szerszej opinii publicznej.
A w drugiej części świata – całkowita polityczna aprobata dla neofaszyzmu i totalna bierność policji lub wręcz wspieranie neofaszystowskich imprez. Tak było 11 listopada ubiegłego roku, gdzie na trasie tzw. Marszu Nieodległości nie uświadczyłeś ani jednego umundurowanego policjanta, a na interwencję policji wobec bicia i lżenia czternastu kobiet protestujących przeciw faszyzmowi trzeba było czekać godzinę. Tak było, o wstydzie, 1 sierpnia tego roku, w rocznicę Powstania Warszawskiego, gdy mimo rozwiązania marszu ONR przez Urząd Miasta Warszawy policja zapewniła jego uczestnikom eskortowane przejście do Placu Zamkowego. I tak było we Wrocławiu, podczas promocji książki inspirowanej hitlerowską „Mein Kampf”, gdzie po rozwiązaniu imprezy przez Urząd Miasta Wrocławia policja bez żadnej reakcji przyglądała się jej kontynuowaniu.
Dlatego protestujemy. Przeciw nierównemu traktowaniu przez policję różnych sił politycznych, na zlecenie ministra spraw wewnętrznych. Przeciw naginaniu przepisów. Przeciw stawianiu polecenia przełożonego ponad ochroną konstytucjonalnych praw obywatelskich. Przeciw używaniu policji do brudnych politycznych interesów ministra, nomen omen, Brudzińskiego czy jakiegokolwiek innego przedstawiciela obecnej władzy i każdej władzy w przyszłości.

 

„Nie” dla upolityczniania policji!

Dokładnie obserwuję działania władzy, która w sposób niebywały upolitycznia policję i rozpowszechnia publiczne kłamstwa, aby to ukrywać.
Dlatego też jutro wezmę udział w proteście pod siedzibą Komendy Stołecznej Policji.
Zapraszam przede wszystkim tych z Państwa, którzy zderzyli się z opresją funkcjonariuszy w trakcie protestów obywatelskich przeciwko marszom nienawiści faszystów i przeciwko władzy, która niszczy organy konstytucyjne RP.
Mimo nienotowanych dotąd braków kadrowych w policji, stać władze na żywopłoty złożone z tysięcy policjantów na prywatnych imprezach szeregowego posła PiS.
Wyraźnie widać, że głównym zadaniem policji dzisiaj nie jest ściganie przestępców, ale obsługa uroczystości partii rządzącej, oraz podsłuchiwanie, inwigilowanie i nękanie politycznej opozycji.
Nie ma mojej zgody na szczucie przez policję ludzi, pokojowo protestujących w obronie swoich konstytucyjnych praw.
Nie dla upolityczniania policji!

Adam Mazguła

„Zamknięty” zjazd

Jeszcze niedawno ruchy neonazistowskie mogły wydawać się w Europie politycznym marginesem, osobliwym folklorem przyciągającym tylko garstki frustratów z rozchwianymi osobowościami. Dziś tak już, niestety, nie jest. Europa brunatnieje.

 

II wojna światowa odebrała życie kilkudziesięciu milionom ludzi. Aż trudno uwierzyć, że blisko tysiąc neonazistów z Niemiec i Europy Wschodniej przyjechało do Ostritz, małego miasteczka leżącego na granicy polsko-niemieckiej, by świętować 129 urodziny Adolfa Hitlera.
Nieprzypadkowy był też dzień rozpoczęcia imprezy – 20 kwietnia, czyli dzień, w którym Hitler się urodził. W Polsce, jak i Niemczech propagowanie nazizmu jest zakazane, dlatego organizatorzy wykorzystali lukę w prawie i ogłosili charakter imprezy jako zamknięty. Wówczas nie można mówić o szerzeniu idei narodowo-socjalistycznych. Głównym organizatorem neonazistowskiego festiwalu „SS” („Schild und Schwert”) czyli „Tarcza i Miecz” z lokalizacją w hotelu „Neißeblick” był Thorsten Heise z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), odwołującej się do narodowego socjalizmu III Rzeszy.
Bezpieczeństwo podczas festiwalu zapewniły setki policjantów. Zwiększono środki kontrolne, ustawiono szczelne kordony policyjne i punkty kontrolne. W Ostritz nie zabrakło też antyfaszystów. Na przeciwległym końcu miasta zorganizowali oni festiwal „Rechts Rockt Nicht!” („Prawica niech się buja!), a wyrażając swój sprzeciw mieszkańcy w porozumieniu z władzami lokalnymi zorganizowali „Święto Pokoju” promujące tolerancję i demokrację. Wszystkie trzy festiwale relacjonowało kilkuset dziennikarzy.

 

 

W kontrfestiwalu „Rechts Rockt Nicht!” oraz w blokadzie nazistowskich obchodów brała udział także grupa antyfaszystów z Polski. „Dziennik Trybuna” rozmawia Oliwią Zajączkowską, która uczestniczyła w tej akcji w podwójnej roli – jako antyfaszystka, jak i fotografka dokumentująca wydarzenie.

 

Czy ruchy neonazistowskie rosną w siłę i wzmagają aktywność?

Neonazizm rozwija się w cieniu skrajnej prawicy, której wciąż przybywa. Rośnie fala przemocy motywowana nazistowską ideologią. Nie można zapomnieć, że wśród nas, pozornie „normalnych” ludzi i w pozornie cywilizowanym państwie szerzy się nietolerancja w każdej postaci. Mam na myśli homofobię, antysemityzm, rasizm i każdy przejaw dyskryminacji. Trzeba udowodnić, że „wolna Polska” to nie oksymoron. Trzeba się przeciwstawiać, blokować marsze, kontrmanifestować.

 

Kto jeździ na takie blokady? Jak takie środowiska się mobilizują?

Antyfaszyści i ludzie którzy chcą wyrazić swój sprzeciw. Zachętą dla ugrupowań neonazistowskich jest między innymi popieranie ich projektów przez zwolenników ONR czy Ruchu Narodowego. Wszystkich ludzi z tego środowiska łączy patologiczna nietolerancja i adoracja elementów doktryn narodowej demokracji i narodowego socjalizmu. Ci wszyscy „czystej krwi” sympatyzują z pozostałymi entuzjastami „białej Europy” i tak powstają liczne eventy oraz inne formy aktywności pronazistowskiej. Jednym z przykładów jest tegoroczny festiwal „Schild und Schwert” który miał miejsce w kwietniu tego roku w Ostritz. Jego organizatorzy wykorzystali celebrację urodzin Hitlera do pozyskania funduszy na ich działania. Neonaziści wciąż nabywają co raz to nowych i młodszych aktywistów. To porażające.

 

Czy dochodzi do przemocy? Jak ona wygląda?

Idealnym przykładem są chociażby zamieszki 11 listopada. Ci ludzie zachowują się jak bydło. Do przemocy? Tam nawet fotoreporter może dostać w zęby bo stanie zbyt blisko. Takie wydarzenia nie mają nic wspólnego z upamiętnieniem, uczczeniem i poszanowaniem dla sprawy, chociaż w mniemaniu nazistów tak właśnie jest. Myślą, że są tak wielcy, a nie zdają sobie sprawy jak bardzo się mylą.

 

Czy policja jest bezstronna?

W Ostritz ponad tysiąc policjantów dopilnowało, by nie doszło do starć między neonazistami i antyfaszystami, wśród nich była też polska policja. Większość antyfaszystów nie widziała na oczy uczestników neonazistowskiego festiwalu. Wszyscy, którzy przekroczyli granicę z Niemcami poddawani byli kontroli osobistej. Część uczestników imprezy musiała się przebrać, jeśli miała na sobie ubranie z faszystowskimi naszywkami. Rekwirowano niebezpieczne przedmioty i narkotyki. Mi zabrano gaz pieprzowy, który jak się okazało w Niemczech jest nielegalny. Żeby uniknąć zamieszek policja zaprowadziła nas w docelowe miejsce przez okrężne drogi. Były trzy oddzielne festiwale w trzech różnych miejscach, w tym samym czasie i wszystkie trzy były oblężone dziesiątkami policjantów. Mimo to jeden z neonazistów podbiegł do mnie, złapał obiema rękami za ubranie i krzyczał „raus antifascista!” („antyfaszysto wypier*alaj”). Policja zareagowała szybko, ich skuteczność była bardzo wysoka.
Przyjechałam do Niemiec w roli fotografa, więc byłam znudzona tak jak pozostali fotografowie, że policja nie dopuściła do zamieszek. W końcu każdy z nas przyjechał po materiał. Nie bez powodu na to liczono, przecież to miała być największa interwencja w Europie. Zresztą, kiedy zostało około pół godziny do mojego odjazdu, nagle cały plac podbiegł pod płot, gdzie zebrali się naziści. Policja szybko spacyfikowała tłum, a mi udało się nie roztrzaskać aparatu. Większość takich grup to przestępczość zorganizowana, często we współpracy z mafią, a nawet z policją. Festiwale takie jak w Ostritz są okazją na umocnienie współpracy przedstawicieli scen neonazistowskich z różnych krajów. Wielokrotne próby delegalizacji lub cenzury tego typu działalności rozbijają się o prawa człowieka, gwarantujące im prawo do prywatności i wolności słowa.

 

Jak odbierają nazistowskie imprezy mieszkańcy miast, gdzie się one odbywają?

Część mieszkańców Ostritz wyjechała na czas festiwalu. Jedni nie wychodzą z domów, jeszcze inni protestują. Widziałam jak ludzie wywieszają na balkonach hasła podkreślające syntezę antyfaszyzmu i demokracji. Ostritz ostatecznie powiedziało „nie” propagowaniu nazizmu w przestrzeni publicznej.

 

Dziękuję za rozmowę.

Świrowanie

Pośród fauny politycznej są tacy, którzy na dłuższą metę nie potrafią znieść upokorzenia i w końcu, prędzej czy później odwijają się z ciosem na swego prześladowcę.

 

I są psychiczne kapcie, wytrenowane w pokorze, braniu w pysk, n.p. w krakowskim, klerykalnym domku. Tacy jak powszechnie znany Adrian, ksywa „Niezłomny”. Ele mele dudki i spowiedź raz w tygodniu.
Ale po kolei. Po zakończeniu kolejnego, choć nie ostatniego, etapu pacyfikowaniu sądów nieuchronnie nadchodzi te kilka tygodni wakacji, więc można sobie pozwolić na odrobinę swobody stylistycznej. Ostatecznie, bywało, że za okupacji niemieckiej uliczni grajkowie i śpiewajły śpiewali „siekiera motyka piłka szklanka”, gdy w tym samym czasie pod murem rozstrzeliwano kilkadziesiąt osób. A nas przecież jeszcze nie rozstrzeliwują.

 

Czy jest na sali psychiatra? Chirurg zachorował

Rządząca kamaryla w swoim obłędnie gorączkowym pędzie do dokończenia dzieła zniszczenia wolności i demokracji objawia liczne objawy kuku na muniu. Marszałek Senatu Karczewski, człek nie będący orłem, ale zrównoważony na tle takich kreatur jak Tarczyński, Piotrowicz czy Pawłowicz nazywa protestujących pod Sejmem „świrami”. Karczewski jest z zawodu chirurgiem. W polemikę z nim wszedł m.in. opozycyjny senator Klich, z zawodu psychiatra. Nie ulega wątpliwości, że ta druga specjalność jest dziś, nie tylko w Senacie, bardziej potrzebna.

 

Śledztwo lustracyjne premiera

Świruje też premier Morawiecki. Aż w Brukseli, podczas oficjalnego obiadu z eurodeputowanymi dopytywał się Bogusława Liberadzkiego (jako starego „komucha”), czy dziewczyna widoczna obok Edwarda Gierka i młodziutkiego Aleksandra Kwaśniewskiego na fotografii z 1980 roku, to Małgorzata Gersdorf. Profesor Liberadzki, to człowiek spokojny i bardzo umiarkowany, a w języku wybitnie powściągliwy, a przecież był zażenowany żenadą urządzoną przez Mateo. To nie była Małgorzata Gersdorf, ale jak uczy historia fotografii i reporterki fotograficznej, fotografie mają to do siebie, że na zdjęciu, w przypadku zajścia szczególnego zbiegu okoliczności, może się znaleźć każdy z każdym. I nic to nie znaczy. A nawet gdyby Małgorzata Gersorf była (jak nie jest) na zdjęciu z Gierkiem, to co z tego wynika? Czy oni poszaleli? To, że premiera podbechtał służalczy funkcjonariusz propagandowy PiS, niegdyś dziennikarz Jerzy Jachowicz, pomieszczając zdjęcie przy swoim tekście „Fałszywe owce ciągnie do lasu”, to inna sprawa, ale gdy się jest premierem, to trzeba mieć elementarne poczucie miary. Niestety, skłonność do specyficznego głupkowatego ględzenia od czapy i brak wyczucia odziedziczył Mateusz po ojcu Kornelu.

 

Ściganie za „kurwianie”

Obłęd udzielił się też organom ścigania. Kobiecie, która wykonała napisy na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego (oj, nieładnie) postawiono zarzut propagowania ustroju totalitarnego, bo napisała: „PZPR”. Chodziło o dawną przynależność organizacyjną posła PiS, w czym ja nie dopatruję się przewiny, ale przypomina to znane z odległej przeszłości oskarżenia o kradzież materiałów krawieckich, które Milicja Obywatelska postawiła pewnemu młodzieńcowi z opozycji, który zerwał partyjny transparent. Konstrukcja zarzutu podobna, tyle że wektor przeciwny. W kraju, w którym słowo „kurwa” pełni w mowie żywej rolę przecinka, a „kurwianie” jest tradycją narodową i praktykowane na porządku dziennym, wystarczy wyjść na ulicę, Jurek Owsiak stawiany jest przed sądem za to, że użył jakiegoś wulgarnego słowa w czasie promocji książki. Tu jednak powinni uważać – ataki na powszechnie lubianego Owsiaka, prawdziwego idola milionów, z różnych skądinąd „parafii”, może być strzeleniem sobie w stopę. Tym bardziej, że w kraju, w którym większość obywateli „kurwia” mniej czy bardziej, taki zarzut może budzić odruch skłaniający do przyłożenia palca do środka czoła.

 

Klej wymięka czyli od Marchlewskiego do Himmlera. I „Inki”

Nie lepiej się czują pisowscy ludzie w służbie przemocy, koledzy po fachu Jachowicza, czyli n.p. propagandyści z tygodnika „Gazeta Polska”. We wstępniaku „Sąd na uchodźstwie czy sąd Marchlewskiego” redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz porównuje prezes Małgorzatę Gersdorf do „rządu Juliana Marchlewskiego” czyli białostockiego Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego w sierpniu 1920 roku („Na probostwie w Wyszkowie”). Nie mnie tłumaczyć prawa szydery politycznej, ale ona zawsze powinna być, dla skuteczności, choć minimalnie skorelowana z rzeczywistością. Gdy jest całkiem odklejona od realiów, staje się nonsensowna i nie jest to pure nonsens. No, ale jest upał, klej wymięka i różne rzeczy się odklejają. Piotr Lisiewicz, rzecznik żulersko-menelskiego nurtu w PiS (to pierwszy w historii rząd „męciarni”, marginesu społecznego w historii Polski od Mieszka I począwszy – oczywiście w jednym z segmentów, nie w całości, broń Panie Boże) chyba za dużo w tym upale wprowadził do organizmu (fantazje alkoholowe snuje on często), bo uderza w podobną jak jego pryncypał nutę, tyle że niemiecką.

 

W Karlsruhe,

w miejscu urodzenia Hansa Franka (istotnie), zauważył na sali tamtejszego Trybunału Konstytucyjnego ducha tegoż Franka i Deutsche Rechtsfront czyli organizacji zrzeszającej w III Rzeszy sędziów, prokuratorów i adwokatów. Mami mu się też na horyzoncie fatamorgana w postaci widma Hermanna Gőringa. W upał bezkarnie można wypić tylko jedno, dobrze schłodzone piwo. Lichocką lubię, bo potępiła Kaję Godek, więc niepotrzebnie opublikowała w tejże samej „GP” „Przekaz spod celi”.

 

Spokojnie,

pani posłanko, nic takiego pani nie grozi. Gawłowski nie mówił do pani. Za gorąco jest też czytelnikom prawicowego portalu „elka.pl” ze Wschowy (okolice Głogowa). Pod opublikowanym tam materiałem z uroczystości nadania tamtejszej szkole podstawowej imienia „Inki” Siedzikówny pojawiły się wpisy, że Inka była „sanitariuszką w bandzie”, że „brała udział w zabijaniu Polaków” i jeszcze ostrzejsze. Czujne Stowarzyszenie „Patriotyczny Głogów” zawiadomiło prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez autorów wpisów. Ja tam nie wiem, czy „Inka” zabijała czy nie, i nie bardzo w to wierzę, ale dalej mi do pewności, czy nie była przypadkiem także „odpoczynkiem wojowników”, w trudnych warunkach leśnych. Ja bym zresztą nie miał jej tego w najmniejszym stopniu za złe, broń mnie Panie Boże, ale opowiadałbym się za nieco innym modelem oddawania czci Jej Pamięci.

 

Robert Sewera – miał być anonimowym policjantem

Uderzające, że PiS i pisowskie media wyjątkowo nerwowo zareagowały na ujawnienie przez posła Szczerbę wizerunku i danych „interweniującego” policjanta spod Sejmu, Roberta S. Zawyły wręcz. To znamienne. Oni wiedzą, że imię i nazwisko naszyte na mundurze na ogół hamuje zbytnią gorliwość funkcjonariusza. Pisowscy chcą ten czynnik hamujący zredukować, chcą żeby nas teraz legitymowały jakieś anonimowe figury. Bez hamulców. Po żadnym pozorem nie wolno się na to zgodzić. Jeśli jednak tak nadal będzie, trzeba ich filmować czym się da. Nagrane będą czyny i rozmowy.
I tak w bełkocie, obłędzie, ociekając potem, wchodzimy w schyłek sezonu politycznego 2018/21.

Gdzie byliście?

Niezrozumiałe wydają mi się pytania, mające zawstydzić tych, którzy dziś się o niego upominają: „Gdzie byliście, kiedy pałowali górników?”. Dokładnie tam, gdzie dziś, to znaczy po stronie „nie wolno nikogo bić, a nadużywanie władzy powinno być piętnowane” – czy to chodzi o demonstrantów z Obywateli RP na miesięcznicach, czy obrońców Puszczy Białowieskiej, czy blokujących eksmisje.

 

Nie każda historia staje się viralem, tak jak nie każde zdjęcie staje się symbolem (jak np. fotka „Napalm girl” zrobiona w 1972 roku pod Sajgonem). Z pewnością wiele innych dzieci ucierpiało w wyniku działań Amerykanów, to zdjęcie jednak przemówiło w imieniu ich wszystkich, choć przedstawiało konkretne osoby, które doznały konkretnych krzywd.

Symbolem brutalności policji jest np. Igor Stachowiak. Nie uważam, że jego historia stoi w sprzeczności do innych pobić, nie jest też w żadne sposób „lepsza”, stanowi pewną przerażającą reprezentację szerokiego problemu. Nie podoba mi się próba zdyskredytowania opowieści o Winiarskim z pozycji, że „protestujący hipsterek z Warszawki sam się prosił”. Jego obrażenia były realne, tak jak nadużywanie przez policjantów środków przymusu. Nie ma tu najmniejszego znaczenia, czy dostrzegamy jałowość działań opozycji (ja, owszem – dostrzegam. Naklejki na lusterka samochodowe, wysyłanie pocztówek do prof. Gersdorf czy wielka dywersja w postaci wjazdu do Sejmu w bagażniku to oczywiście przeciwskuteczna desperacja). Ale czy w takim razie mamy drzeć szaty, że to o Winiarskim rozpisują się dziś media?

Żaden, ale to żaden lewicowiec nie powinien sprawiać wrażenia, że cieszy się z opresji wymierzonej poza naszą grupę. Że w ogóle cieszy się z opresji władzy. Należy podchwycić temat i przypominać, że takich przypadków było więcej, dużo więcej.

Wyższościowe wytrząsanie się nad czytelnikami „Gazety Wyborczej”, którym znów trzeba tłumaczyć świat, bo nie wiedzą, że nas bili w 1998 jak żeśmy z Ikonem blokowali tu i tam – jest w tym momencie niepotrzebnym antagonizowaniem się z resztą społeczeństwa. Niezwykle szkodliwe jest też samo w sobie założenie, że pod Sejm nie przyszli prawdziwi ludzie pracy, nie kierował nimi autentyczny zryw. Przyszła jedynie spragniona wrażeń klasa średnia i znudzeni wakacjami studenci, a „prawdziwy lud” nie ma czasu zajmować się takimi pierdołami, bo jest przecież „ludem” z definicji swojej niezdolnym wyjść na ulice z innego powodu niż z żądaniem podwyżek i cieplejszej wody. Właśnie dlatego samozwańczy obrońcy ludu rozmijają się z nim od dawna. Bo zapominają, że lud ma też amibicje. Zapominają o tym działacze, zapominają o tym dziennikarze przyjeżdżający na prowincję, by napisać reportaż. Później w paternalistyczny sposób przedstawiają swoich rozmówców jako osoby skrajnie prymitywne, bo nie są w stanie wyjść poza swoje o nich fantazje.

A co, jeżeli „lud” jednak widzi coś poza 500 plus? Czy już wtedy przeskakuje do szufladki z pogardliwym napisem „kodziarze”?

Przepraszam, czy tu biją?

Bicie bezbronnych manifestantów objawia zwykle charakter państwa, a reakcja na to – charakter obywateli. U nas pobicie przez policję człowieka manifestującego swój sprzeciw pod Sejmem nie ma na razie żadnego dalszego ciągu politycznego, ani nawet specjalnie medialnego. Policja w wielu krajach kojarzy się zresztą z biciem, a polskie filmowe pytanie pozostaje ciągle uzasadnione, wziąwszy pod uwagę różne ciemne sprawy, które ujrzały światło dzienne. Może to kwestia przyzwyczajenia.
Tak się składa, że aferę z biciem manifestantów, przeżywa właśnie Francja. Zaczęło się od rewelacji Le Monde: filmu, na którym widać jak zastępca szefa gabinetu prezydenta Emmanuela Macrona, wcześniej nieznany publiczności Alexandre Benalla – lat 26, bije i kopie leżącego na ziemi „lewaka”, jak brutalnie pomiata „lewaczką” podczas manifestacji 1 maja. Z początku wydawało się, że Benalla, wraz kilkoma innymi osobami, związanymi z policją i partią Marcona, lubił po prostu w przebraniu policjanta „lać komuchów”, jak to robią czasem skrajnie prawicowe ugrupowania. Tymczasem dziś wygląda na to, że jest jeszcze grubsza sprawa: Macron postanowił mieć do dyspozycji własną, polityczną policję „równoległą”.
Benalla to mniej więcej odpowiednik polskiej historii Misiewicza, tyle, że sprawy zaszły dużo dalej. Młody, wysoki, misiowaty mężczyzna zrobił u boku Macrona tak niebywałą karierę, że jedyne precedensy, jakie można znaleźć, sytuują się w przedwiecznych czasach monarchii. Okazuje się, że Macron rozważał w zeszłym roku mianowanie go nawet na prefekta, jednak prefekt musi mieć co najmniej 35 lat, a miś miał tylko 25. Zaczynał jako 24-latek przy Macronie, jako kierowca i ochroniarz w czasie jego kampanii prezydenckiej. A jeszcze trzy dni temu należał do najściślejszego kręgu najwyższej władzy we Francji. Z kaprala rezerwy awansował od razu na pułkownika, stał się najbliższym faworytem prezydenta, obsypywanym niebywałymi łaskami.
Po 1-maja kancelaria prezydenta Macrona doskonale wiedziała, że Benalla to przestępca, ale nie powiadomiła prokuratury, tylko go na wszelki wypadek zawiesiła na dwa tygodnie, by mu w końcu zaoferować luksusowe mieszkanie i dalsze profity. Choć, podobnie jak w Polsce, francuski internet tłumaczy wyjątkową pozycję młodzieńca „historią miłości”, dostępne dziś elementy sprawy wskazują, że Benalla był wykonawcą politycznych zadań specjalnych. Przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon rozpoznał jednego z jego ludzi jako wspólnika LDJ (Betar) – skrajnie prawicowej bojówki syjonistycznej terroryzującej lewicowców. LDJ, przy pomocy „policji” Benalli w marcu tego roku wyrzuciła delegację lewicowych parlamentarzystów z manifestacji przeciw antysemityzmowi…
Dziś Benalla siedzi w areszcie, a Macron uparcie milczy. Sprawę, oprócz prokuratury, ma wyjaśniać komisja parlamentarna, pewnie poleci minister spraw wewnętrznych. Niektórzy jednak przyrównują tę aferę do rozmiaru „Watergate” i domagają się dymisji samego Macrona. Mają do niego dużo więcej pytań, niż to nasze filmowe, i tym razem bicie manifestantów nie będzie mogło służyć za odpowiedź. W końcu dopiero wtedy można mówić o demokracji.