W Iraku ludowy bunt trwa

Tylko jednego dnia zginęło od policyjnych kul i granatów co najmniej sześć osób. Pierwsza od amerykańskiej agresji (16 lat temu) powszechna rewolta ludowa w Iraku pozostaje najbardziej krwawa wśród innych obecnych buntów społecznych na świecie. Jednak manifestacje, strajki i kampania nieposłuszeństwa obywatelskiego rosną, zamiast gasnąć.

Ostatni bilans protestów zbliża się do 400 zabitych i przekracza 15 tys. rannych. To skutek używania przez policję ostrej amunicji i zabójczych odłamkowych granatów gazowych, metalowych, 10-razy cięższych od używanych w Europie. Manifestanci chcą dymisji rządu, a rząd nie ma innej odpowiedzi, niż kule, gdyż postanowił trwać. Trwanie rządu, z obawy o próżnię polityczną w Iraku, popierają sąsiedzi, jak Iran, i mocarstwa, jak USA.
Ministerstwo edukacji zarządziło ponowne otwarcie szkół, po dwóch miesiącach zamieszek, lecz nic z tego. Ludzie chcą całkowitego odnowienia klasy politycznej, ciągle tej samej od amerykańskiej inwazji, uznanej za przekupną i niekompetentną: brakuje prądu i wody, a dziki neoliberalizm gospodarczy powiększył biedę. Szkoły i administracja pozostają zamknięte, szczególnie na szyickim południu kraju.
Ośrodkiem ludowej kontestacji jest Plac Tahrir w Bagdadzie. Nocą i dniem wypełniony młodzieżą domagającą się walki z bezrobociem i „zmiany wszystkiego”. „Odkleimy ich od siedzeń” – na transparentach. Próby przejścia manifestantów do Zielonej Strefy po drugiej stronie Tygrysu, gdzie znajduje się dzielnica rządowa i ambasada amerykańska, kończą się zwykle masakrą.
W Nasiriji, mieście skąd wystartował obecny bunt, manifestanci opanowali pięć mostów na Eufracie i zablokowali dojazdy do pól naftowych. Podobnie w Basrze na samym południu, gdzie rano zginęły trzy osoby: najważniejsze drogi są zablokowane, jak i strategiczny port Um Kasr nad Zatoką Perską. W świętym mieście szyitów Karbala policja strzelała do tłumu, który odpowiadał butelkami z benzyną. Trwa totalny impas polityczny: rząd obiecał zmiany w konstytucji i zmianę części gabinetu, ale nawet to do tej pory nie zostało zrealizowane.

Znów głośno

Wśród punktów zapalnych, które pojawiły się na naszej planecie, wielkich ruchów ludowych, jak we Francji, Algierii, Chile czy Libanie, obywatelska rewolucja w Iraku wyróżnia się niebywałą brutalnością represji. Podobnie jak w Chile i Francji, władze irackie przeczą przemocy przeciw manifestantom, co tylko wkurza ludzi. Według źródeł medycznych, nie żyje już ponad 300 osób, a 12 tys. jest rannych. To wszystko w kilka tygodni protestów. Dla porównania, najmniej zabójczy punkt zapalny – w Boliwii – to trzy ofiary w tym samym czasie. W Iraku rząd głośno postanowił wczoraj, że będzie dalej strzelać, ale już z otwartą przyłbicą. Do tej pory kręcił, że to jacyś „nieznani snajperzy” są winni ogólnej masakry.
Stało się to w świętym mieście szyickiego południa Nadżafie, gdzie spotykali się przywódcy parlamentarnych partii i rządu, jakby pod egidą ubranego po cywilu irańskiego gen. Kassema Soleimaniego, dowódcy sił Korpusu Strażników Rewolucji od operacji zagranicznych. Gen. Soleimani dowodzi też osobiście doborową Brygadą Al-Kuds (Jerozolima), której część jest gdzieś w Syrii, niedaleko izraelskiej granicy. „Siły polityczne doszły do wniosku, że należy utrzymać na stanowisku premiera Adela Abd al-Mahdiego i zatrzymać władzę, obiecując walkę z korupcją i poprawki w Konstytucji.” Problem w tym, że manifestanci chcą zupełnie czegoś nowego. Piszą nawet nową Konstytucję, ale przede wszystkim pragną wody i pracy.

Spokojny marsz

Kilka tygodni temu ulicami Bagdadu przeszedł długi, cichy marsz mieszkańców miasta ze świecami i lampionami w dłoniach, ku pamięci zabitych w spontanicznych manifestacjach. Ale poza tym kraj się trzęsie, mniej wśród mniejszości sunnickiej i w irackiej autonomii Kurdów. To głównie szyici, to większość się buntuje, na południe od wielowyznaniowej stolicy, prawie 10 razy większej od Warszawy. Wydawałoby się, że są przyjaźni Iranowi, lecz w Karbali, najświętszym mieście wszystkich szyitów po Mekce, Medynie, Jerozolimie i Nadżafie, ktoś podpalił irański konsulat. W mieście Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, dokąd pielgrzymują też Irańczycy, doszło do ataku na Iran! Ale to dlatego, że przyczyny ruchu nie są religijne, ani nawet narodowe, tylko żywotne. Ludzie mają po dziurki w nosie rządu i całej klasy politycznej, niezależnie od tego, czy należy do frakcji amerykańskiej, czy irańskiej.
Manifestacje, niezależnie od tego, czy są pokojowe, czy nie, są atakowane najostrzejszymi środkami. Strzelano w końcu nawet do milczącego marszu ze świecami. Gdy dochodzi do rozruchów, na pierwszej linii jest młodzież. Prawie 80 proc. irackich młodych nie ma żadnego zajęcia. Tylko w tym roku, do 1 października, początku obecnych wydarzeń, 275 młodych ludzi zadało sobie śmierć z beznadziei, według miejscowego biura Komisji Praw Człowieka. Te dane są mocno niepełne, bo samobójstwa są otoczone „wstydem społecznym”, rodziny się tym nie chwalą, a władze dbają głównie o ukrycie porażek rządu. Od kilku dni rząd już nie komunikuje bilansu ofiar i aresztowanych od 1 października: nowa masakra przekroczyła liczbę samobójców. W czasie amerykańskiej okupacji najeźdźcy zorganizowali masowy rabunek lokalnych bogactw za pośrednictwem mrowia swych prywatnych spółek. Na miejscu zrobiło się dużo kanałów telewizyjnych, neoliberalizm świecił, ale nie było prądu. „Zapanowały wolność i nędza”, jak pisał wtedy New York Times.

Garbaty Irak

Struktura władzy w Iraku pozostaje post-amerykańska, korupcjogenna, więc w zasadzie każda partia parlamentarna jest zamieszania w przekupstwo i wręcz gangsterskie afery – fałszywych kontraktów i innych sposobów nielegalnego dojenia państwa. Do tego Irak wyszedł na amerykańską wolność od razu z garbem: ma już 120 miliardów dolarów długu, a Irakijczyków jest mniej więcej tylu, co Polaków. Tylko na same (skromne) emerytury potrzeba 60 miliardów rocznie, a zyski z ropy to góra 90 miliardów i nawet jeśli doliczyć inne (skromne) dochody państwa, deficyt musi być przytłaczający, ok. 45 miliardów. W sunnickich prowincjach zdemolowanych przez Państwo Islamskie, a potem przez wojnę przeciw niemu (drugie miasto Iraku Mosul jest w ruinie), oficjalne bezrobocie przekracza 40 proc. Na szyickim południu mają połowę tego, ale to nie powód do radości.

Młodzi giną więc od pocisków dostarczonych z Unii Europejskiej, tam nieużywanych przeciw cywilom: metalowych, 10-krotnie cięższych od zwykłych granatów z gazami. Są one po prostu miażdżącymi ciała gazowymi granatami wojskowymi, jakby mało było ostrej amunicji. Irak kupuje je w Bułgarii i poza Unią, w Serbii, teraz zrobił im światową reklamę. Gaz jest tylko dodatkiem, ale według lokalnych doniesień medycznych, to nie jest jakiś zwykły gaz łzawiący, lecz co najmniej częściowo bojowy. We Francji, kiedy w policyjnym gazie używanym przeciw „żółtym kamizelkom” wykryto cyjanek, rząd – choć nerwowo – zareagował, w Iraku rząd nawet nie machnął ręką. Ma inne problemy.
Wybuch z przerwą
Za początek próby rewolucji politycznej w Iraku uważa się 1 października, kiedy od kul zginęli pierwsi manifestanci, grupa bezrobotnych o różnym wykształceniu. Kilka dni wcześniej, 26 września, niewielka grupa bezrobotnych ze świeżymi dyplomami podeszła pod siedzibę premiera Adela Abd al-Mahdiego. Policja rozpędziła ich pałkami, z działek wodnych tryskał wrzątek i wszytko tonęło w gazie. Nazajutrz premier pozbawił stanowiska gen. Abd al-Wahaba al-Saadiego, dowódcy antyterrorystycznych służb specjalnych, człowieka Stanów Zjednoczonych, ale to nie powstrzymało rozwoju wydarzeń. 1 października na Plac Tahrir w Bagdadzie wyszło najpierw kilkadziesiąt osób, zanim zaczęto strzelać.

Po kilku masakrach nastąpiło 18 świętych dni pielgrzymki szyitów do Karbali, tj. przestrzegania pokoju. Po nim manifestanci wrócili na ulice i place, w stolicy i na południu: nastąpiły nowe masakry – m.in. w Majsan, Karbali i Bagdadzie. Administracja w wielu miejscach nie działa, rząd wyłączył internet, co w niektórych krajach staje się stałą praktyką w wypadku buntów społecznych. Eksport ropy praktycznie stanął, jeśli nie liczyć autonomicznego, irackiego Kurdystanu, który wysyła swój towar przez Turcję. Premier el-Mahdi chciał się początkowo podać do dymisji, jak premier Hariri w Libanie, również objętym bezprecedensowym społecznym buntem. Ale wtedy swój przyjazd zapowiedział gen. Soleimani, co robi rzadko, gdyż niektórzy czyhają na jego życie.

My albo chaos

Według Irańczyków, Irak może się rozlecieć. Ich zdaniem spontaniczne manifestacje są wykorzystywane przez nieprzyjazne państwa. W tak krytycznej chwili należy umocnić władze irackie, jakie by nie były. Po dwóch stronach walczącej Syrii wybuchły wielkie społeczne pożary: to kolejne konsekwencje amerykańskiej inwazji na Irak, która się udała, jeśli miała mieć tak tragiczne dla regionu skutki. Jedyny sposób na oparcie się chaosowi to utrzymać rząd – taka jest linia obrony rządu, jak się można było spodziewać. Dlatego może strzelać, choć manifestanci nie są winni tej sytuacji.

Irak wyszedł z amerykańskiego napadu znacznie ogołocony, wojna trwała prawie 10 lat, a zaraz potem wojna z dżihadystami z organizacji przywleczonych przez Amerykanów z Afganistanu. Ciemnym Bagadadem do dziś wstrząsają wybuchy zamachów. Oprócz Amerykanów i Irańczyków, Irakiem bardzo interesuje się Turcja, Arabia Saudyjska i oczywiście Izrael, który bombardował ostatnio Irak, by eliminować jednostki proirańskie, jak w Syrii. Wszystkich uprzedził gen. Soleimani, który pojechał najpierw do świętej Karbali, do Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, duchowego przywódcy irackich szyitów. Wcześniej ajatollah Sistani wyraził swoje stanowisko w sprawie buntu społecznego, ale w tak sybillicznych słowach, że dopiero rzecznicy musieli je wyjaśniać: „Lepiej, żeby rząd nie upadał”.

Polityka i krew

Soleimani to wysłannik osobisty irańskiego ajatollaha Alego Chamenei, którego szyici z Iranu i Libanu uważają za rodzaj papieża. Generał sfotografował się niedawno w cywilu, ale tylko w towarzystwie starego ajatollaha.
Był z nimi przywódca szyitów z Libanu Hassan Nasrallah, szef stosunkowo progresywnej Partii Boga (Hezbollah). Zaraz po nim do Teheranu przyjechał Moktada Sadr, udrapowany w szaty „wycofania duchowego” (itikaf), polityczny przywódca irackich szyitów, który stracił głowę po wybuchu zamieszek. Z początku głośno ujął się za manifestantami, w wyborczych koalicjach występuje zresztą z komunistami, ale Sistani musiał go przekonać do czegoś odwrotnego. Później gen. Soleimani ułożył to ze wszystkimi w Nadżafie.
Robotnicy naftowi z Basry podjęli podobne protesty latem zeszłego roku, stłumione przez milicje proirańskie. Trzy lata temu w mieście zanotowano niemal rekord świata: + 53,9 stopni Celsjusza, spróbujcie to sobie wyobrazić. Region strajkuje, bo chce wody, a państwo nie inwestuje w infrastrukturę. W zeszłym roku udało się władzom pchnąć wodę do kranów w mieście, ale bez uruchamiania oczyszczalni. Zachorowało ponad 100 tys. osób. Gdy różne potęgi patrzą po sobie w Iraku, zwykli ludzie giną na ulicach pragnąc innego życia.

 

„ZNICZ”

To nazwa dorocznej akcji policji drogowej, która z okazji Wszystkich Świętych podejmuje próbę ograniczenie tragicznych skutków masowego odwiedzania cmentarzy z okazji Święta Zmarłych. Niestety – mimo wysiłków, zaangażowania policjantów, mimo starań i wzmożonych kontroli, wielu kierowców wyjazd „na groby” ciągle traktuje dosłownie.

Podobnie jak Państwo jestem poruszony wypadkiem, który niedawno miał miejsce w Warszawie.

Droga pojazd człowiek

Przez przejście dla pieszych przechodzi rodzina: ona, on, dziecko w wózku. Jeden samochód zatrzymuje się, a drugi pędzi jak oszalały. On zdążył jedynie odepchnąć żonę z dzieckiem. Ich uratował, sam zginął. Kierowcą okazał się 30-letni mechanik samochodowy, który osobiście przerobił swoje BMW na samochód wyścigowy. Właśnie nim „szpanował”. Jak ustalili biegli w momencie uderzenia w pieszego na liczniku mógł mieć ok. 130 km/h. Przy dozwolonej prędkości 50 km/h. Był trzeźwy, wiedział czym jedzie i co robi.
Na drugim końcu Warszawy, znany polityk, były poseł, uderzył swoim samochodem w rowerzystkę, którą poturbował. Okazało się, że też był trzeźwy, ale nie miał prawa jazdy. Sąd odebrał mu je za jazdę pod wpływem alkoholu, karencja minęła, lecz nie przystąpił do obowiązkowego egzaminu i uprawnień do prowadzenia auta nie miał. Tego samego dnia wieczorem zatrzymano go ponownie. Tym razem nikogo nie uderzył, ale „pan polityk”, nadal lekceważąc prawo, ciągle jeździł bez pozwolenia.
Co łączy te dwa przypadki? Otóż w teorii ruchu drogowego mówi się, że o bezpieczeństwie decydują trzy czynniki: droga, pojazd i człowiek.
Polacy kochają samochody. Jeszcze tu i ówdzie dymiły wojenne zgliszcza, gdy dokładnie 6 listopada 1951 roku, 68 lat temu (!), na warszawskim Żeraniu ruszyła produkcja „Warszawy M-20” . Było wtedy w całym kraju zaledwie 40 tys. samochodów osobowych. Boom motoryzacyjny nastąpił w latach 70. „Samochód dla Kowalskiego” – Mały Fiat, Fiat 125p, Polonez, Syrena, samochody dostawcze, ciężarowe, autobusy – przemysł motoryzacyjny stawiał jak na tamte czasy milowe kroki. W latach 70. pobiliśmy pierwszy milion samochodów.

Droga

W 1950 r. mieliśmy 113 tys. kilometrów dróg. Z chwilą wejścia do Unii Europejskiej – od roku 2004 do czerwca 2019 r. w Polsce oddano do użytku 1155 km autostrad, 1990 km dróg ekspresowych i 1554 km dróg krajowych. Łączna długość dróg publicznych wynosi prawie 420 tys. km. (GDDKiA). Porusza się po nich ok. 29 mln. samochodów. Owe drogi zaś, to już nie ledwie przykryte asfaltem odwieczne trakty, to nowoczesne ciągi komunikacyjne, na których ruch samochodowy jest albo całkowicie oddzielony od pieszego (autostrady), albo separacja jest daleko posunięta (drogi ekspresowe). Na drogach krajowych, zwykłych, też stosuje się różnego rodzaju spowalniacze ruchu w miejscach szczególnie niebezpiecznych – wydziela pasy do skrętu w lewo, w rejonie przejść dla pieszych budowane są oznaczone słupkami i specjalnym oświetleniem przejścia dla pieszych, wzdłuż dróg powstają wydzielone ścieżki rowerowe. Nawet w małych miejscowościach na skrzyżowaniach pojawiły się ronda, światła dla pieszych, ścieżki rowerowe, słupki, żywopłoty, poprzeczne garby (tzw. leżący policjanci) i wszelkie inne rozwiązania z zakresu inżynierii drogowej, których celem jest podniesienie bezpieczeństwa drogowego. Pod tym względem Polska jest nie do poznania. W rejonie szczególnie mi bliskim, – w woj. lubuskim i zachodniopomorskim, które reprezentuję w PE, trasa S3 – będąca europejskim korytarzem transportowym Bałtyk-Adriatyk, była kiedyś szosą z dwoma pasami ruchu (po jednym w każdą stronę), przebiegającą przez środek miast i miejscowości. Dziś jest to obiekt drogowo inżynieryjny o wysokich parametrach drogowych i ruchowych. Tylko jej odcinek ze Szczecina do Gorzowa Wlk. Kosztował ponad 2 mld. 300 mln. złotych. Unia Europejska wyłożyła prawie 1,5 mld. zł. Odcinek Gorzów Wlkp. – Nowa Sól, na odcinku Gorzów Wlkp. – Sulechów kosztował kolejne prawie 2 mld. 100 mln. zł. Unia dołożyła – 1,5 mld.
Trasa S6 Szczecin-Koszalin. Bardzo ważna dla sieci krajowej – połącznie biegnące wzdłuż Bałtyku od Szczecina, przez Koszalin, Słupsk do Gdańska i dalej przez Kaliningrad aż do Kłajpedy. Odc. S6 Goleniów-Kiełpino: koszt ponad 1 mld. 100 mln. złotych. Z Unii – prawie 540 mln. zł.; odc. Kiełpino – obwodnica Koszalina i Sianowa: koszt prawie 1,5 mld. zł. Z Unii prawie 650 mln. (dane za Min. Infrastruktury). A przecież są jeszcze obwodnice innych miast (np. Szczecinka), przebudowane ulice w dziesiątkach miast i miejscowościach…
Infrastruktura drogowa, która jest jednym z trzech czynników mających wpływ na bezpieczeństwo jazdy jest już na niezłym, a często na bardzo dobrym poziomie.

Pojazd

Drugi z czynników mających wpływ na bezpieczeństwo drogowe – samochód – też przeszedł rewolucję. W latach 70. na przegląd techniczny należało jeździć co 10 – 15 tys. kilometrów. Dziś samochody podłącza się jednym kablem do fabrycznego komputera i to komputer dokonuje przeglądu technicznego. Raz w roku… Standardowym wyposażeniem są systemy bezpiecznego hamowania, systemy antypoślizgowe, nowoczesne pasy bezpieczeństwa, poduszki powietrzne, „strefy zgniotu”. Samochody mają czujniki parkowania, coraz więcej marek nawet kamery. W użyciu są już samochody, które same pilnują pasa ruchu, czuwają, żeby kierowca nie zasnął za kierownicą, „przypominają” o niezbędnej przerwie w podróży i odpoczynku. Pierwsze próby przechodzą samochody „autonomiczne”, które w ogóle nie potrzebują kierowcy… Współczesne auta są naprawdę bezpieczne. Ale w rękach odpowiedzialnych kierowców…

Człowiek

W latach 70. na naszych drogach ginęło rocznie ok. 6 tys. osób. Według danych Komisji Europejskiej w 2018 r. w Polsce zanotowano 76 śmiertelnych ofiar wypadków drogowych na 1 mln mieszkańców. Wyraźnie gorzej jest tylko w Rumunii i Bułgarii. Średnia unijna to 49 ofiar na milion mieszkańców, a w Wielkiej Brytanii jest to nawet 28 osób.
Zgodnie z najnowszymi statystykami Komendy Głównej Policji, w pierwszym kwartale 2019 r. doszło do 5967 wypadków (w tym samym okresie 2018 – 5872), zginęło w nich 620 osób – prawie o 100 więcej niż w tym samym okresie 2018 r., a rannych zostało 7059 – (w pierwszym kwartale 2018 r. – 6944). Więcej zatrzymano też kierowców pod wpływem alkoholu – ponad 22 tys. (w 2018 r. ok. 20 tys.) i praw jazdy za prędkość – 6920 odebranych w pierwszych trzech miesiącach 2018 r. i 10505 w roku bieżącym. Ponad 600 osób, które zginęły na drogach w pierwszym kwartale bieżącego roku, to więcej niż rocznie ginie w wyniku zabójstw… Prędkość, brawura, bezmyślność – to najczęściej powtarzane w komunikatach policyjnych przyczyny drogowych nieszczęść.
U ich podstaw leży przede wszystkim nieposzanowanie prawa. Mechanik przygotował sobie wyścigowego potwora, którego używa na ulicach miasta, mając w całkowitym „poważaniu” przepisy. Polityk uzurpujący sobie prawo do pouczania innych w kwestiach praworządności, patriotyzmu, postaw państwowych najpierw jeździ po kielichu, potem jeździ mimo, że sąd razem z prawem jazdy zabrał mu prawo do prowadzenia samochodu. Zadał cierpienie rowerzystce i tłumaczy się, że padł ofiarą „fatalnego zbiegu zdarzeń”… Ilu takich „mechaników”, „nauczycieli moralności państwowej”, pań i panów „po spożyciu”, niedouczonych w sztuce prowadzenia samochodu arogantów i arogantek, ludzi nieodpowiedzialnych, mijamy codziennie na ulicach i drogach?…
Z trzech czynników, które decydują o bezpieczeństwie drogowym, w Polsce tylko człowiek jakby stanął w miejscu. Mimo milowych cywilizacyjnych kroków, które za nami, kierowcy są ciągle największym drogowym zagrożeniem.

 

Ojciec Stachowiaka: Igora zamordowano!

Ojciec ofiary policyjnej przemocy – Igor Stachowiaka domaga się zmiany kwalifikacji czynu wobec czwórki eks-policjatnów.

Chodzi o to, aby byli funkcjonariusze nie byli sądzeni za ewentualne nadużycie uprawnień i znęcanie się, lecz za zabójstwo w zamiarze ewentualnym. Ich proces w pierwszej instancji zakończył się w czerwcu. Zostali oni skazani na kary bezwzględnego więzienia od dwóch do dwóch i pół roku.
Zamiary ojca Igora Stachowiaka ujawnia portal Onet.
– Całe dotychczasowe postępowanie sądowe sprowadzało się niemal wyłącznie do tego, co działo się w toalecie, a przecież już na Rynku użyto wobec Igora przemocy – powiedział dziennikarzom ojciec ofiary Maciej Stachowiak.
– Sąd powinien orzec, czy policjanci spowodowali śmierć mojego syna. Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Uważam, że mój syn został zamordowany na komisariacie. W czerwcowym wyroku brakuje stwierdzenia, że Igor był torturowany, a przecież jak inaczej to nazwać – dodał.
Maciej Stachowiak ma też uwagi, co do przebiegu procesu w sądzie pierwszej instancji. Twierdzi, że nie zostali przesłuchani ratownicy medyczni, którzy pierwsi dotarli na komisariat przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu.
Przypomnijmy. Do tragedii doszło 15 maja 2016 r. Policjanci zatrzymali Igora Stachowiaka na wrocławskim rynku, skąd przewieźli go na komisariat. Tam był poddany wyjątkowo brutalnym torturom. Między innymi rażono go paralizatorem po genitaliach, gdy był w toalecie i był skuty kajdankami. Wkrótce zmarł. Sprawa wywołała poważną, acz krótkotrwałą dyskusję na temat nadużyć przemocy ze strony policji. Wielu aktywistów uważa je za powszechne i oskarża system sprawiedliwości o sprzyjanie funkcjonariuszom-sadystom.

O potędze słowa Ważny tunajt

W związku z tym, że gdy nie koncertuję, to siedzę sobie w domu i mam dużo czasu, w mijającym tygodniu obejrzałem w państwowej telewizji wystąpienie prezydenta Polski z okazji obchodów 100-lecia Święta Policji.

Prezydent rozpoczął od powitania. Taka to już rola prezydenta, że to zwykle on musi zacząć, jak na każdym, dobrym zebraniu. Witał więc prezydent niezwykle dostojną, szacowną panią mister spraw, wyjątkowej wręcz dostojności szanownych panów wiceministrów, wielkiego szacunku i dostojeństwa generałów, inspektorów, nadinspektorów, podinspektorów, ogromnie serce radujące i czyste lica generalicji wojskowej możliwych dystynkcji, przez Pana Boga umiłowane, w Trójcy jedynego, osoby szacunku najwyższego godne – świątobliwości, duchowieństwo, a na końcu policjantów składających tego dnia przysięgę na Placu Piłsudskiego i cały lud odkupiony. Naprawdę, dobrzy ludzie, słuchałem jak płynie ten potok wazeliny i pudru i zastanawiałem się, ile następnych lat, kolejny notabl na tej czy innej mównicy, z okazji lub bez okazji, będzie rozpoczynał swoje przemówienia od witania władzy od wierchu aż po kłąb, aby na sam koniec dopiero zwrócić się do tych, którzy tę władzę wybierają i którym ona powinna służyć. Pies trącał protokoły dyplomatyczne; to Wy, ludzie gminu, przechodnie, turyści, którzyście się akurat napatoczyli na plac, pani z pudlem, telewidz-bezrobotny, który nie ma niczego lepszego do roboty i ogląda prezydencki spicz, każdy jeden jest ważniejszy, niż, jak to z nadmierną wręcz atencją pan prezydent raczył zauważyć, wielce szanowna i czcigodna pani minister i równie czcigodni panowie ministrowie. Jeśli bowiem już na początku, i to na poziomie leksyki i semantyki, ustala się taką, a nie inną, gradację ważności obywatela, to nie warto słuchać dalej, bo niewiele z tej paplaniny dla prostego człowieka wyniknie. Ale ja, mimo wszystko, zagryzłem zęby i dałem szansę.
Później było tylko lepiej. Prezydent długo ważył każde słowo, nadymał się, cedził wyraźnie każdą głoskę. Trochę jak ksiądz na mszy, kiedy celebruje ze świętym kielichem w ręku. Moduluje wtedy głos, marszczy brwi, a to znowu je unosi. Jakby te wszystkie zabiegi miały podkreślić podniosłość chwili i w związku z ich nienaturalnością, zmusić słuchającego do baczniejszego pochłaniania przekazu, bo na pewno ktoś ciekawie mówi, tylko nie do końca wiadomo o czym. Prezydent tymczasem, po krótkim rysie historycznym dotyczącym policji polskiej od zarania po wtedy, wypowiedział słowa, po którym niejednemu, młodemu policjantowi wstępującemu tego dnia do służby, musiało dość ostro opaść to, co wcześniej za sprawą prezydenckiego przemówienia mogło pójść do góry, ot choćby nadzieja na lepsze zarobki. Prezydent uderzył w mocny, patriotyczny ton, tu akurat się nie czepiam-prezydenci są od bicia w patriotyczne tony, że zajęcie policjanta, które podejmują ci wszyscy młodzi ludzie na placu tego dnia, to tak naprawdę wcale nie praca. To nie praca! To jest służba Polsce. Nie praca! Naturalnie, jak mniemam, większość zgromadzonych i słuchających pojęła tę prezydencką metaforę. Że rolą policjanta jest służyć Narodowi etc. i te wszystkie słodkie opowiastki z Polską, Ojczyzną, Bogiem, krwią i poświęceniem w tle, to obowiązkowy lajtmotyw na takie okazje. Tym ostatnim bardzo ładnie, jak widać, zapełnia się kartki przemówień i wypełnia czas, ale dużo trudniej zapełnić nim żołądek i wypełnić garnki. Niestety, podobnie jak z początkiem przemówienia, jak dotąd żaden z prezydentów nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby miast karmić Naród i jego synów, którzy w przyszłości mają mu służyć, konkretnymi liczbami, zapewnieniami i deklaracjami, które w przyszłości przyniosą ludziom, konkretne, większe pieniądze, nadal próbuje się mamić ludzi historiami z mchu i paproci, o tym, jakiegoż to wspaniałego wyróżnienia mogą dostąpić wstępując do policji. Służyć, a nie pracować. A ludzie idą tam do ciężkiej roboty, która dla Narodu jest niezbędna, a za którą dostają marne grosze. Podobnie jak np. pielęgniarki, które może i nie noszą lampasów i biały ich strój, ale których w kraju dramatycznie brakuje, bo za służbę choremu Polska nagradza słabo. A wszak to też służba, a nie praca.
Dalej już nie chciało mi się słuchać tych wątpliwych deliberacji. Wyłączyłem odbiornik, gdy prezydent opowiadał o wdzięczności dzieci i młodzieży w stosunku do polskiej policji, którą obserwował naocznie w swoim rodzinnym Krakowie, po Światowych Dniach Młodzieży. Rzeczywiście, to musiało chwytać za serce. O wdzięczności geja i lesbijki do policjanta, ostatniej niedzieli, w Białymstoku, prezydent akurat nie wspomniał. A czekałem na ten wątek. Swoją drogą, byłby niezły z niego kozak, gdyby jasno zabrał głos w obronie Marszu Równości i wskazał z ambony, gdzie było tego dnia bydło, które ma kopyta i miota kamienie, a gdzie pokojowa i tęczowa Polska. Morawiecki tylko czeka na takie prezydenckie lapsusy…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Pan minister „Jojo”

– Jeżeli ten mandat zdobędę, to nie po to, żeby za przeproszeniem, „za jedno euro gonić sukę do Brukseli” – w ten nieco wyszukany sposób pan Joachim Brudziński, obecnie minister spraw wewnętrznych, opisał sens swojego kandydowania w wyborach do PE.

Otóż, zapewnia on, nie kwestie finansowe motywują go do ubiegania się o mandat europosła, a chęć doskonalenia siebie, zdobywania niezbędnego międzynarodowego doświadczenia, żeby jeszcze lepiej służyć krajowi i być jeszcze skuteczniejszym politykiem…
Nie wiedzieć czemu, ale jakoś to tłumaczenie nie przekonało odbiorców. Zwłaszcza „suka goniona do Brukseli” była całkowicie niezrozumiała i zupełnie nie pasowała do lejącego się z pana ministra patriotycznego patosu.
– Przepraszam, ale jest takie powiedzenie – dopowiedział więc pan Brudziński. To „powiedzenie” – objaśniał dalej, dotyczy tzw. „europosłów dietetycznych”, którzy robią wszystko, tylko żeby nabijać swoją kabzę.
– Nie ma takiego powiedzenia. Ja się z tym nigdy nie spotkałem, odpowiedział zapytany o nieszczęsną „sukę gonioną do Brukseli” pan prof. Jerzy Bralczyk.
Pan minister Brudziński sięgnął więc po wyjaśnienie ostateczne – postanowił powiedzieć prawdę:
– To wszystko przez sunię (golden retriever) mojego przyjaciela Marcina, która dzisiaj w nocy w Szczecinie się szczeniła, a ja byłem myślami razem z nim. To jego pierwsze szczenięta…
„Goniona do Brukseli suka”, „posłowie dietetyczni” „sunia” i jej malutkie golden retrieverki, służba krajowi… Pomieszanie z poplątaniem!
Ale nie dziwmy się, każdemu by się pomieszało, gdyby mu przyszło – jak panu ministrowi, żyć w kilku światach na raz. Panu ministrowi akurat pomieszały się języki. Głównie język polityki, który posługuje się obecnie i język potoczny, który przyswoił sobie w młodości.
W świecie języka potocznego istnieje określenia: „gonić furę do…”. Jest to zwrot używany przez kierowców – na ogół ciężarówek i wozów dostawczych, ale nie tylko. Używa się go dajmy na to przy zawieraniu transakcji na przewóz samochodem czegoś skądś dokądś. Np:
– Panie, za takie pieniądze, to mi się fury gonić nie opłaca…
„Suka” – to z kolei radiowóz (samochód policyjny) albo więźniarka (samochód do przewozu więźniów).
„Suki” (niczym „fury”) też można „gonić” w różne miejsca i w różnym celu – po pizzę dla urzędnika z MSW, albo do pilnowania domu policyjnego prominenta…
Tyle, że z kolei tak rozumiana „suka”, to określenie rodem z grypsery. Znaleźć ją można w Słowniku Tajemnych Gwar Przestępczych (Klemens Stępniak, Wydawnictwo Puls, Londyn 1993).
Wiosek z tego językowego śledztwa wynika więc taki, że języka nie oszukasz. Sposób wymowy, charakterystyka głosu, ale też słownictwo, sposób formułowania myśli, polemik, są jak linie papilarne. Nie wyprzesz się. Wystarczy na chwilę zdjąć rękawiczki, albo zwolnić hamulce kontrolne i wszystko staje się jasne… Panu ministrowi chyba właśnie to się przydarzyło, wszystko się ponakładało i pokićkało: obecne obowiązki i niezbędny do ich pełnienia smar patrioto-ideolo, młodość chmurna i durna, no i chęć nawinięcia publiczności sreberka na uszy… Przepraszam – nie sreberka. Malutkich, słodkich golden retrieverków.

Klimat mało lewicowy? Korespondencja ze szczytu klimatycznego

Jesteśmy po Marszu dla Klimatu w Katowicach, podczas Szczytu Klimatycznego COP 24. Wiemy jedno. Zmiany klimatu, ochrona przyrody czy naszego zdrowia nie znajdują się nadal w kręgu zainteresowań polskiego mainstreamu.

 

Procesy te zdają się nie interesować ani czołowych polskich polityków, ani też lokalnych działaczy partyjnych. Obecna była jedynie silna reprezentacja Partii Zieloni z kraju i Europy oraz przedstawiciele Razem. Nie było nawet Biedronia, budującego obecnie swój prodemokratyczny ruch z elementami ekologizmu obywatelskiego.
Siłą najbardziej zainteresowaną naszym marszem było natomiast Prawo i Sprawiedliwość, które przy współpracy z Policją chciało doprowadzić do prowokacji. Tu kolejna klęska rządu – znów im nie wyszło. Byłem uczestnikiem wielu protestów i pikiet: w obronie Puszczy, przeciw lex Szyszko, w obronie wolnych mediów, demokracji, praw kobiet, sądów czy przeciw nieodpowiedzialnym decyzjom lokalnych polityków we Wrocławiu. Po tym marszu mogę powiedzieć jedno – to najbardziej budująca, pokojowa i pozytywna manifestacja na jakiej byłem. Jednocześnie poruszająca kwestie bardzo dotkliwe w sutkach i niebezpieczne dla życia na Ziemi.
Organizowaliśmy wspólny wyjazd autokarowy z Wrocławia. Już na początku na miejsce wyjazdu przyjechała Policja i spisała „organizatorów” (w cudzysłowie, bo przecież nie było to publiczne przedsięwzięcie, a prywatny przejazd grupowy). Później było już tylko ciekawiej. Policja monitorowała nas telefonicznie oraz radiowozami na całej trasie. Wiedziałem już od Marka Kossakowskiego (przewodniczącego Zielonych), że wszystkie autobusy z różnych miast są kontrolowane: – Ponad godzinę nas spisywali, nie wiem czy zdążymy. Wyciągnęliśmy transparenty i demonstrujemy w Częstochowie – mówił przez telefon.
Za chwilę i na nas czekała kontrola stanu technicznego autokarów i dokładne spisywanie uczestników i uczestniczek przejazdu. Pytamy policjantów skąd takie szczegółowe postępowanie. – Standardowe czynności, zawsze autobusy sprawdzamy bo w nich łatwiej jest coś znaleźć – odpowiada jeden z nich. Dobrze natomiast wiemy, że to nie jest ani „standardowe”, ani „normalne”.
Niecierpliwimy się, kontrola się wydłuża. Wiemy już, że i my nie zdążymy na czas. Zauważyłem, że wszyscy Zieloni działacze wpadają na podobne pomysły, bo Radosław Gawlik (b. wiceminister, poseł, założyciel Zielonych) też wyciąga nasze transparenty z luku bagażowego. Sam trzyma hasło „Dosyć trucia! Nieudolna władza musi odejść”. Taki sam transparent niósł w 1988 r. podczas czarnego marszu przeciwko hucie Siechnice koło Wrocławia. – Od tego czasu minęło 30 lat. Jestem pewny, że i teraz ta władza odejdzie – tłumaczył Gawlik, próbując dodać nam optymizmu.
Ruszyliśmy dalej. Katowice sparaliżowane, musieliśmy jechać na około. Wszędzie kordony Policji uzbrojonej w tarcze, kaski i butle z gazem. W gotowości stoją też armatki wodne. Na ulicach pusto, miasto jakby wymarło.
Marsz już idzie, w końcu udało nam się dołączyć. Widzimy radosny i kolorowy tłum. – Powitajmy Wrocław! – skanduje ze sceny Ewa Sufin-Jacquemart, organizatorka.
Niestety, nie wszystkim udało się dołączyć. Do Polski nie zostało wpuszczonych wielu aktywistów zza granicy m.in. z międzynarodowej organizacji „350” oraz Climat Action Network.
Wokół szybko zauważyłem wiele znajomych twarzy, z różnych organizacji. – Protestujemy przeciwko wydobyciu i spalaniu węgla brunatnego. To najbardziej brudne paliwo, które przyczynia się na całym świecie do zmian klimatycznych – mówił na scenie Tomasz Waśniewski z Koalicji Rozwój TAK – Odkrywki NIE.
Na twarzach uczestników i uczestniczek uśmiechy i nadzieja na lepsze. Wszędzie tłumy uzbrojonych po zęby policjantów, również wśród nas pełno tajniaków. Po co? Przecież nie przewidywano kontrmanifestacji. Było nas kilka tysięcy. Tyle co na demonstracjach w obronie demokracji na wrocławskim Rynku, na których w zasadzie nie pojawiała się Policja.
Na przedostatnim „przystanku” na trasie dowiedzieliśmy się, że Policja odcięła 150-200 osób z końca. Przepływ informacji pomiędzy organizatorami zaczyna być utrudniony. Dowiedzieliśmy się, że ostatecznie z tłumu wyciągnięto trzy osoby i zawieziono na komendę. – Zostajemy tutaj i czekamy, aż policjanci wypuszczą zatrzymane osoby – ogłosili organizatorzy.
W międzyczasie Polska Policja próbuje kilkukrotnie przekonać organizatorów, że osoby te już dołączyły do marszu. Szybko zweryfikowaliśmy, że to są nieprawdziwe informacje.
Polskie służby próbowały sprowokować zamieszki. Partia rządząca przy współpracy z Policją wiedziały, jak przeprowadzić taką akcję. Nie daliśmy się! Pokazaliśmy solidarność, cierpliwie czekając do końca zgromadzenia na zatrzymanych uczestników.
Po marszu część uczestników udało się na pikietę solidarnościową pod komendę przy ul. Lompy. Wiele osób z Wrocławia również tam było. Do nas też dzwoni Policja zaciekawiona gdzie jesteśmy. Mówili nam, że powinniśmy być już w drodze powrotnej w autokarach. Znów kontrolowali dokładnie przebieg powrotnej trasy naszej prywatnej wycieczki. Nie chcieli jednak podać na jakiej podstawie nas śledzą i telefonują do „organizatorów”. Późnym wieczorem zatrzymani aktywiści zostali wypuszczeni.
Polski rząd czerpie inspiracje z czasów komuny. Marsz, mimo tych trudności, które doskonale obrazują w jakim kraju żyjemy, przebył spokojnie i pokojowo. W atmosferze radosnej, pozytywnej, o którą ciężko na wielu pseudopatriotycznych wydarzeniach. Cieszę się, że aż tyle jeszcze w nas spokoju i wyrozumiałości – również dla policjantów, którzy pełnią swoją służbę.
Byliśmy tam gdzie trzeba. A nasz rząd, mimo tego, że staje na głowie by odwrócić uwagę od wyznań energetycznych, klimatycznych i ekologicznych, robi to wyjątkowo nieskutecznie. Pewnych procesów nie da się zatrzymać. Całe szczęście jest jeszcze ekonomia, która radykalnie zweryfikuje pomysły przywódców.

Kto wygra ten marsz?

Czy pośród doradców Hanny Gronkiewicz-Waltz nie znalazła się żadna osoba na tyle przytomna, żeby powiedzieć jej, że zakazanie Marszu Niepodległości dosłownie w ostatniej chwili tylko dostarczy ekstremistom paliwa? Czy też chodzi o co innego?

 

Hanna Gronkiewicz-Waltz ma rację. Warszawa wystarczająco się już nacierpiała w wyniku działalności nacjobandytów. To wyjątkowo celne spostrzeżenie, choć pewnie miała na myśli ostatnią dekadę, kiedy „prawdziwym Polakom” zdarzyło się kilka razy zdewastować przestrzeń publiczną stolicy swojej ojczyzny. Mieszkańcy Warszawy doświadczyli jednak znacznie poważniejszych konsekwencji nacjonalizmu – podczas II Wojny Światowej, gdy mordowali ich nacjonaliści niemieccy. Hanna Gronkiewicz-Waltz ma również rację w kwestii zastrzeżeń w dziedzinie bezpieczeństwa. Masowa odmowa pracy policjantów tuż przez jednym z największych pochodów skrajnej prawicy na świecie nie buduje atmosfery spokoju i stwarza uzasadnione obawy o zdolność służb do utrzymania porządku.
Hanna Gronkiewicz-Waltz cudownie oprzytomniała. Szkoda, że dopiero u schyłku swojego panowania, naznaczonego konsekwentną biernością wobec zjawisk złych i niepokojących. Nacjonalistom należało sie dobrać do dupy nie w roku 2018, a w 2009, kiedy po raz pierwszy postanowili uprzykrzyć życie mieszkańcom stolicy. Wtedy maszerowały głównie łyse łby z ONRu w towarzystwie nielicznych kiboli. Teraz, zmierzenie się z tym problemem wymaga podjęcia kompleksowych i długofalowych działań. Pozytywnym przykładem może być Wrocław, który idąc za wzorem niemieckich miast, poglądy skrajnie prawicowe zaczął traktować jako pewną społeczną dysfukcję – uciążliwią, ale uleczalną, wymagającą podjęcia terapii. Prezydent Dutkiewicz podczas ostatniej kadencji próbował wbić klin pomiędzy kiboli, a nacjonalistów, na razie bez rezultatów, ale kierunek był dobry. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zrobiła na tym polu nic. Nie reagowała kiedy na Łazienkowskiej rosła w siłę nacjomafia, choć mogła postawić warunek klubowi – albo robicie z tym porządek, albo podwyższamy czynsz do takiego poziomu, że w Szczecinie będzie wam się bardziej opłacało grać. Prezydent Warszawy przez 12 lat nie podjęła jednak żadnych działań przeciwko prawicowemu ekstremizmowi. Aż do dziś. Czy to nie dziwne?
Czy prezydent Warszawy naprawdę chciała zatrzymać Marsz Niepodległości urzędowym zakazem wydanym cztery dni przed 11 listopada? Czy pośród jej doradców, znajomych i kontrahentów nie znalazła się żadna przytomna głowa, choćby prezydenta elekta, która by podpowiedziała rzecz oczywistą – takie działania dostarczą ekstremistom paliwo buntu i przyczynią się do wzmożonej mobilizacji elementu patologicznego? A może Hanna Gronkiewicz-Waltz działając w porozumieniu z resztą liberalnej opozycji, a kto wie – może również i z jej brukselskim papieżem, podjęła próbę destabilizacji pisowskiej władzy, podważenia jej zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa w tak ważnym dniu?
Załóżmy, że delegalizacja marszu obliczona była na wywołanie wściekłości nacjokiboli, wybuch zamieszek i kolejną masakrację stolicy, nad którą przetrzebione „chorobami” oddziały policji mogłyby nie zapanować. Wyobraźmy sobie, że 12 listopada internet obiegają zdjęcia rozwalonego centrum Warszawy, statystyki ze szpitali i komisariatów oraz wstępne szacunki strat. Nacjonaliści znajdują się w stanie wojny z kolejnym rządem, dla odmiany tym, który od początku chciał z nimi żyć dobrze, a Grzegorz Schetyna z Rafałem Trzaskowskim, wskazują na Brudzińskiego i Morawieckiego jako winnych gorszących scen, podkopując autorytet PiS w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego. I to na stulecie odzyskania niepodległości. Do tego dopuścić mogły tylko kompletne patałachy. Oczywiście, to tylko hipoteza.
Na reakcje obozu Kaczyńskiego wystarczyło poczekać kilka godzin. Jeśli liberałowie próbowali zastawić pułapkę, to Duda z Morawieckim przeskoczyli nad nią z wyjątkową gracją. Organizacja państwowego marszu na tej samej trasie jest rozwiązaniem, które może przynieść wiele korzyści. Najważniejsza to możliwość przejęcia imprezy. Cały wysiłek organizacyjny i propagandowy nacjonalistów zostanie skonsumowany przez władzę. Premier z prezydentem pójdą na czele kilkudziesięciotysięcznego tłumu. Jest szansa, że pojawi się więcej tych, jakże alegorycznych rodzin z dziećmi. Do zabezpieczenia imprezy zostaną ściągnięte, bo muszą zostać z uwagi na obecność najwyższej rangi oficjeli, oddziały z całego kraju, nawet jeśli będzie to oznaczać wyciąganie funkcjonariuszy z łóżek. Wreszcie, PiS staje przed szansą trwałego przechwycenia obchodów i zmarginalizowania nacjonalistów, co jest istotne nie tyle w kontekście „pożarcia” kolejnego segmentu wyborców, bo przypuszczalnie PiS dla uczestników MN już wcześniej był drugim, po Kukizie wyborem, a raczej zabezpieczenia prawej flanki w obliczu zapowiedzi powołania „polskiego Jobbiku”. To z kolei będzie oznaczać konieczność włączenia bardziej radykalnych pojęć do politycznego wokabularza obozu władzy. Warto zauważyć, że premier Morawiecki ma już na sumieniu pokłony bite przed mogiłami hitlerowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej, o nieustającej apologii NSZ, zaprzeczaniu najbardziej znanym i dogłębnie zbadanym zbrodniom wykletych i przymykaniu oczu na haniebne symbole nie wspominając. Jako przestroga może służyć przykład Ukrainy, gdzie władza państwowa od kilku lat mówi językiem skrajnej prawicy, a ugrupowania ekstremistyczne krytykują rząd jako realna opozycja, zarazem łączy je jednak z władzą (i legitymizuje) wspólnota pewnych wartości.
Oczywiście, takie działanie jest również obarczone sporym ryzykiem. PiS nie ma żadnego narzędzia panowania nad nacjobojówkami poza nadzieją, że te uznają decyzje o organizacji państwowego marszu za pomocną dłoń, a nie to, czym ona jest w istocie, czyli wymuszenie hołdu lennego. Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, a także, jeśli obiektywy zagranicznych reporterów znów uchwycą rasistowskie transparenty, wówczas odium padnie na organizatorów, a więc tym razem na rząd PiS.
Ludwik Dorn napisał dzisiaj, że ktoś wyjdzie z tego zamieszania poważnie poraniony politycznie. Raczej nie będą to liberałowie, którzy w najgorszym wypadku nie powiedzie się fortel, a aureola antyfaszystki, z którą być może pragnęła zostać zapamiętana HGW nie zaświeci pełnym blaskiem, bo marsz w końcu przejdzie ulicami Warszawy. Jeśli marsz przebiegnie spokojnie, to ran nie odniesie również dobra zmiana, która za to może okazać się, z wymienionych wyżej powodów, największym wygranym tej rozgrywki. Lewica stoi z boku i rzeczy się dzieją niezależnie od niej, jak zwykle zresztą.
Kto zatem może tutaj najwięcej stracić? Nacjonaliści. Bosak, Winnicki i Bąkiewicz mogą zostać cofnięci do stanu posiadania z początku dekady. W ich wątłych i słabo zorganizowanych szeregach dojdzie zapewne do rozłamu – na tych, którzy będą za współpracą i za konfrontacją z PiS. Najgorsze dla nich będzie jednak to, że w kolejnych latach tłumy będą nadal walić na Marsz Niepodległości, który tak znakomicie się udał na 100-lecie niepodległości, a będzie to impreza bazująca na pamięci o ulicznej spontaniczności, lecz w istocie pieczę będzie nad nią sprawować prezes Kaczyński.

25 milionów na SOP

Rząd PiS miał ratować niepełnosprawne nienarodzone dzieci przed aborcją, oferując kobietom wsparcie finansowe w przypadku decyzji o urodzeniu chorego dziecka. Program „Za życiem” reklamowany był jako flagowa inicjatywa wspierająca (obok 500 plus) polskie rodziny. Ale okazało się, że są pilniejsze potrzeby, takie jak dodatki mieszkaniowe dla funkcjonariuszy rządowej ochrony.

 

Jak podaje „Fakt”, Ministerstwo Finansów oraz członkowie sejmowej Komisji Finansów (ci jednogłośnie) wyrazili poparcie dla rządowej propozycji relokacji 25 mln zł z rezerw budżetowych. W 2017 roku ówczesny szef MSWiA Mariusz Błaszczak zarzekał się, że funkcjonariusze SOP nie będą mieć aż takich przywilejów (prawo do dodatku dostają ci, którzy nie załapali się na mieszkanie służbowe w mieście, w którym pełnią swoje obowiązki), jednak Joachim Brudziński postanowił, że będzie inaczej.

– Takie „dziadostwo” było przez lata, my z tym kończymy – miał mówić Błaszczak o ekwiwalentach dla funkcjonariuszy. Teraz jednak, jak podają media, po nowelizacji Brudzińskiego w połowie 2018 rząd powinien wypłacać dodatki zarówno byłym BOR-owcom, jak i nowej służbie. Na razie w drugiej połowie roku otrzymał go jeden pracownik BOR: dostał 260 tys. zł.

– Na wypłatę ekwiwalentu czeka jeszcze 160 byłych funkcjonariuszy i emerytów – powiedziała w rozmowie z „Faktem” rzeczniczka SOP mł. chor. Anna Gdula-Bomba. Nic dziwnego, że rządzący szukają pieniędzy na pozostałe wypłaty. Z rezerwy przeznaczonej na „Za życiem” skorzystano ponoć dlatego, że i tak nie zostałaby wykorzystana.

Ciekawe, co na to protestujący od lipca funkcjonariusze policji, którzy nie mogą pogodzić się z faktem, że ministerstwo inwestuje w SOP ogromne ilości pieniędzy, podczas kiedy bez ich prywatnych telefonów komórkowych komunikacja w policji praktycznie przestałaby istnieć.

Przed 1 listopada strajk policjantów wszedł na poziom masowych zwolnień lekarskich. W nocy z 2 na 3 listopada w niektórych miastach w ogóle nie pojawiły się na ulicach patrole.

Kulson się wku…ił

No i stało się! Policjanci – z opóźnieniem, bo z opóźnieniem, ale jednak zajarzyli, że w Polsce PiS można zarabiać naprawdę dobre pieniądze.

 

Tak długo byli bombardowani zewsząd informacjami o zarobkach w radach nadzorczych, w spółkach skarbu państwa i w spółkach komunalnych, o premiach i nagrodach urzędników rządowych i samorządowych, że w końcu i oni zawołali:
– A w czym my jesteśmy gorsi? Od Misiewiczów, od Rydzyka, od sióstr i braci, szwagierek i szwagrów, kum i pociotków władzy?
Powiedzmy sobie szczerze: w niczym! Ani nie są głupsi, ani brzydsi, ani nic. Chcą kasy? Należy się im! Dla innych jest, to i dla nich może być.
Pan premier jeździ po Polsce, co i rusz otwiera im jakiś nowy komisariat, stwarza nowe miejsca pracy, ale za ile, oni się pytają? Owszem, w tych nowych komisariatach mogą rozwijać się zawodowo – w zakresie na przykład używania paralizatora w kiblu, ale oprócz nowoczesnego sprzętu do wykonywania codziennych obowiązków, potrzebują również kasy, bo policyjne żony też od czasu do czasu muszą coś do garnka włożyć.
Zebrali się więc policjanci do kupy raz i drugi, głowy dymiły wysiłkiem, ale swoje postulaty sformułowali.
– To nie są postulaty przeciwko nikomu, zawołali, jak to oni wadząc się z polszczyzną, ale trzeba im to wybaczyć, bo zawodowo wadzą się na innych polach niż lingwistyczne.
Chcą 100-proc. zasiłków chorobowych, uprawnień emerytalnych po 25 latach służby bez ograniczeń wiekowych, no i żywej gotówki do ręki. Uważam, że słusznie. Przecież to nie jest taka zwykła ręka, jak Twoja, czy moja. To jest ręka władzy! Ręka, przy pomocy której władza swą władzę sprawuje. Którą szarpie protestujące kobiety na ulicy, wciąga do policyjnych aut protestujących mężczyzn, ręka, która wykręca ręce przeciwnikom dobrej zmiany, wreszcie ręka, która w imieniu władzy trzyma sztamę z rękami zwolenników władzy: hajlującymi, walącymi w mordę pedałów, KOD-owców i całą resztę tej lewacko-liberalnej hołoty.
Policja, to bowiem nie tylko umundurowana grupa pracownicza, to przede wszystkim zastępy wiernych sług władzy, gotowe każdemu w imieniu tej władzy przydzwonić. To funkcjonariusze szczerze oddani służbie, gotowi oskarżać i ciągać po sądach niewinnych ludzi, byle tylko na ustach ich przełożonych pojawił się nikły choćby uśmiech zadowolenia i aprobaty:
– Tak proszę Wysokiego Sądu – wnoszę o ukaranie, najlepiej surowe, obywatela Frasyniuk Władysław, który zamiast nie utrudniać interwencji podjętej zgodnie z przepisami prawa i samemu skuć sobie ręce z tyłu, tknął mnie silnie o tu, w łokieć… Boli mnie do dziś. Na zmianę pogody zwłaszcza…
Gdy przełożony o coś poprosi, o cokolwiek – hamburgera, pizzę, czy flaszkę policjanci nigdy nie marudzą, nie mówią, że się nie da. A to konfetti natną i białoczerwony deszczyk panu ministrowi zrobią, który patriotyczną okoliczność zaszczyca osobą własną, a to skrzydła anielskie do pleców przypną, albo do mszy pobożnie posłużą, zatańczą i zaśpiewają…
No, ale to wszystko musi kosztować, niestety. W dzisiejszych czasach za darmochę nie ma już nic. Tym bardziej, że służba policyjna stresująca jest bardzo i w narodzie mało popularna, a przez to poddawana nieustającym, bardzo panów policjantów i panie policjantki dołującym, ocenom. Niestety, trzeba to wreszcie powiedzieć, część społeczeństwa – niewielka, co prawda, ale mająca poparcie niemieckojęzycznych mediów – swój stosunek do organów porządku publicznego kształtuje w sposób umyślnie złośliwy. Ona, ta część, udaje na przykład, że nawet do suki wsiąść poprawnie nie potrafi. Dopiero, jak się ryknie:
– Wsiadaj! Kull…sson! I jak szeregowy Kulson poda danej osobie rękę, to okazuje się, że jednak potrafi taka jedna z drugą wskoczyć na pakę.
Niestety wszystkie te stresy, nerwy i traumy nie spływają po policjantach, jak woda po kaczce. Policjanci przeżywają gorycz i zawód na skutek niesprawiedliwego traktowania przez społeczeństwo ich zawodu i mu oddania. Przecież nie wdają się w politykę, odsuwają się od swoich kolegów, którym odebrano wysłużone emerytury, nie ruszają nazioli, odwracają głowy, gdy dymi ONR, zatykają uszy, gdy wrzeszczy Międlar z Rybakiem i w ogóle są do usług.
Ale za darmo? Głupich nie ma! To nawet Kull…sson rozumie.

Sukces

– Arkadiusz Ciach nie podlega tzw. ustawie dezubekizacyjnej – tak orzekł Sąd Apelacyjny w Warszawie 1 października 2018 r. Sąd po analizie dokumentacji uznał, iż pan Arkadiusz, który jest emerytowanym policjantem, ani minuty nie pełnił służby na rzecz totalitarnego państwa. Były funkcjonariusz policji obecnie domaga się wyrównania emerytury wraz z odsetkami.
Radny powiatu radomszczańskiego z ramienia SLD Arkadiusz Ciach zaraz po ogłoszeniu wyroku zorganizował konferencję prasową, aby ogłosić przełomowy wyrok w sprawie ustawy represyjnej, która 1 października 2017 r. obniżyła świadczenia emerytalne 55 tysiącom funkcjonariuszy służb mundurowych. – Rok temu weszła w życie ustawa, która spowodowała obniżenie emerytur tysiącom policjantów. Była to okazja do politycznego odwetu – powiedział radny SLD podczas spotkania z dziennikarzami. – Postanowienie w mojej sprawie jest przełomowe dla tysięcy policjantów, tysięcy funkcjonariuszy. Wreszcie będzie można udowadniać, że się było, albo gdzieś nie było. 24 stycznia 2018 r Sąd Okręgowy w Warszawie ocenił ustawę represyjną jako działanie o charakterze represyjnym, dyskryminacyjnym i podważającym zaufanie do państwa. Wydawałoby się, że emeryci mundurowi będą czekać nawet dwa-trzy lata na wyrok, ponieważ wszystkie sprawy w sądach były zawieszane do czasu rozpatrzenia skargi przez Trybunał Konstytucyjny. Wyrok w sprawie pana Arkadiusza Ciacha może oznaczać, iż taka zwłoka nie nastąpi i kolejne wyroki będą zapadać. Walka o honor 55 000 funkcjonariuszy służb mundurowych trwa! 22 marca 2018 r. Sejm odrzucił obywatelski projekt ustawy cofający zapisy represyjnej ustawy obniżającej emerytury funkcjonariuszom służb i ich rodzinom. 250 000 podpisów obywatelek i obywateli nie było ważnym argumentem dla PiS-u do procedowania tego projektu, chociaż w kampanii wyborczej tej partii padła obietnica, iż każdy obywatelski projekt ustawy będzie uszanowany i Sejm podejmie nad nim prace. Przypominamy, iż sprawozdawcą projektu był Andrzej Rozenek, obecnie kandydat SLD – Lewica Razem na prezydenta Warszawy. 28 lutego 2018 r. w Parlamencie Europejskim zorganizowaliśmy konferencję pt. „Represje wobec emerytowanych funkcjonariuszy i żołnierzy w Polsce”. Eurodeputowani SLD Bogusław Liberadzki, Krystyna Łybacka oraz Janusz Zemke zwrócili się do Jean-Claude’a Junckera, szefa Komisji Europejskiej w tej sprawie.
Deklarujemy, iż w przyszłym Sejmie sprawa cofnięcia ustawy splamionej krwią będzie dla nas priorytetowa.