Lewica powróciła do parlamentu

Cześć i chwała autorom sukcesu.

Przez ostatnie cztery lata namiastką lewicowości w polskim parlamencie była niewielka grupa startujących z list Platformy Obywatelskiej posłów i senatorów o umiarkowanie lewicowych bądź centrolewicowych przekonaniach politycznych. W niedawno przeprowadzonych wyborach do Sejmu formacja lewicowa zdobyła 49 mandatów poselskich, uzyskując 12,56 proc. głosów – o prawie 1,5 punktu procentowego więcej od zsumowanego wyniku obu list lewicowych z 2015 roku, pomimo tego, że Zieloni oraz część ugrupowań i działaczy środowiska lewicowego przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej. Do Senatu lewica powróciła właściwie po czternastoletniej przerwie. Jedynym wyjątkiem był na przestrzeni niespełna roku Władysław Mańkut, który w 2006 roku wygrał wybory uzupełniające, pokonując przy kilkuprocentowej frekwencji wszystkich pozostałych kandydatów. Mamy dwóch senatorów – co szczególnie istotne, będących częścią koalicji większościowej w izbie wyższej. Prawu i Sprawiedliwości nie pomogła nawet determinacja oczekiwania na śmierć Kornela Morawieckiego. Gdyby Morawiecki zmarł o kilka godzin później (a może nawet o kilkadziesiąt minut później), PiS nie zdążyłby zarejestrować kolejnego kandydata w okręgu wyborczym nr 59, senatorem zostałaby osoba zgłoszona przez Polskie Stronnictwo Ludowe lub osoba zgłoszona przez Kukiz’15.
Słowa uznania należą się Włodzimierzowi Czarzastemu i jego współpracownikom. Po wystawieniu w wyborach prezydenckich tak fatalnego kandydata jak Magdalena Ogórek, bezpośrednio po zakończeniu się kampanii wyborczej, w znacznej części badań sondażowych notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej kształtowały się na poziomie 2 – 3 proc., w najkorzystniejszych sondażach oscylowały wokół pięcioprocentowego progu wyborczego. Pierwszy raz w dziejach III RP, mającej swe korzenie w okresie PRL-u lewicy groziło zejście ze sceny politycznej. Nowe władze SLD doprowadziły do systematycznego wzrostu poparcia partii, w pewnym momencie osiągającego w sondażach średnią wartość rzędu 7 – 8 proc., dopiero po powstaniu Koalicji Obywatelskiej część lewicowego elektoratu postanowiła wspomóc silniejszego przeciwnika rządzącego ugrupowania i wspomniana średnia wartość obniżyła się do 6 – 7 proc.
Słowa uznania należą się Robertowi Biedroniowi i jego współpracownikom. Utworzenie lewicowo-liberalnej partii Wiosna zmobilizowało część nieuczestniczących wcześniej w głosowaniach wyborców oraz pozwoliło na przejęcie pewnej grupy osób z elektoratu KO. Z różnych powodów nie wyglądało to najlepiej na początku – nowa partia często budowała swoje struktury terenowe nakłaniając do zmiany barw lokalnych aktywistów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosna przejęła oczywiście również część eseldowskiego elektoratu, obniżając średnie notowania sondażowe SLD poniżej progu wyborczego (4 – 5 proc.), czego konsekwencją podczas wyborów byłby wynik grubo poniżej możliwości formacji lewicowej, wskutek rozdzielenia się głosów wyborczych pomiędzy różne lewicowe listy. Później jednak notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej zaczęły się poprawiać, a utworzenie koalicji Lewica całkowicie zdezaktualizowało wspomniane wyżej zagrożenia.
Słowa uznania należą się kolektywnemu kierownictwu Lewicy Razem. We władzach tej partii zaczął od pewnego momentu narastać zdroworozsądkowy pragmatyzm. Lewica Razem uzmysłowiła sobie ostatecznie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie jest w stanie funkcjonować na polskiej scenie politycznej jako samodzielna siła. Uzmysłowiła sobie również, iż atakowanie najsilniejszego ugrupowania lewicowego w naszym kraju (niezależnie od słuszności krytyki niektórych posunięć SLD w przeszłości) nie było najlepszym pomysłem na budowanie własnej popularności, a największym i wspólnym przeciwnikiem jest prawica. Myślę, że wpływ na zmianę podejścia władz Lewicy Razem, partii powszechnie znanej z ideowości jej działaczy, mogła mieć stopniowo nasilająca się współpraca różnych organizacji lewicowych podczas skierowanych przeciwko obecnemu obozowi władzy akcji politycznych, co zapewne pozwoliło członkom Lewicy Razem na nabranie przekonania o autentycznej lewicowości zdecydowanej większości członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Szkoda tylko, iż na listach wyborczych do Sejmu nie znaleźli się niektórzy popularni politycy związani z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Interpretacja tego faktu wydaje się oczywista. W zdecydowanej większości okręgów Lewica miała realne szanse uzyskania 1 – 2 mandatów. Rozdzielenie się głosów wyborców SLD na kilku znanych kandydatów zmniejszyłoby ilość posłów reprezentujących tę partię. Zasadniczo jednak najistotniejszy powinien być wynik listy. W okręgu wyborczym Siedlce do kolejnego mandatu poselskiego zabrakło nam 0,18 punktu procentowego (posłem zostałaby Dorota Olko zamiast Macieja Górskiego z PiS), w okręgu wyborczym Warszawa I zabrakło 0,13 punktu procentowego (Anna Tarczyńska zamiast Małgorzaty Gosiewskiej z PiS), w okręgu wyborczym Gdańsk zabrakło 0,30 (0,23 przy założeniu przejęcia części elektoratu Koalicji Obywatelskiej) punktu procentowego (Jolanta Banach zamiast Jerzego Borowczaka z KO). Z drugiej strony, trudno oczekiwać od władz Sojuszu Lewicy Demokratycznej nadprzyrodzonego daru przewidywania, na których listach warto było umieścić dodatkowo osobę formatu na przykład profesora Tadeusza Iwińskiego.
Gdyby w 2015 roku Zjednoczona Lewica nie zarejestrowała się jako koalicja, podwyższając sobie próg wyborczy do ośmiu procent, miałaby 29 posłów, w tym 23 związanych z SLD. Jedenaście spośród tych dwudziestu trzech osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Lewicy (Sekuła-Szmajdzińska, Dyduch, Gawkowski, Wontor, Senyszyn, Czarzasty, Szejna, Tomaszewski, Ajchler, Kretkowska, Wieczorek), dwie inne przed kilkoma miesiącami zostały europarlamentarzystami Sojuszu Lewicy Demokratycznej (Miller, Balt). Pięć kolejnych spośród wspomnianych dwudziestu dziewięciu osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Koalicji Obywatelskiej (Tracz, Haidar, Joński, Nowacka, Piekarska).
Obecny elektorat Lewicy nie jest w całości lewicowy, częściowo jest lewicowo-liberalny. Wśród wyborców poniżej 30. roku życia obserwujemy olbrzymią nadreprezentację głosujących na koalicję lewicową, w kolejnych przedziałach wiekowych odsetek głosujących na to ugrupowanie systematycznie się obniża. Partie lewicowe tradycyjnie miały największe poparcie w miastach od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, poparcie dla koalicji lewicowej rośnie w miarę zwiększania się populacji miejsc zamieszkania wyborców, osiągając najwyższe wartości w miastach powyżej 500 tysięcy mieszkańców. Lewica uzyskała poparcie poniżej średniej ogólnokrajowej w tak zazwyczaj lewicowych okręgach wyborczych jak Wałbrzych i Elbląg. Odsetek robotników głosujących na koalicję lewicową był prawie dwukrotnie niższy od średniej ogólnokrajowej.
Pod względem odsetka wyborców głosujących na zwycięskie ugrupowanie, Prawo i Sprawiedliwość ustanawiało rekordy III RP w wyborach do sejmików, do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu, w tych ostatnich uzyskując 43,59 proc. głosów, o sześć punktów procentowych więcej, niż w roku 2015. Sytuacja PiS-u w Sejmie nie wygląda jednak tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Nie ma już rezerwuaru pod postacią wybranych z list Kukiza’15 czterdziestu dwóch posłów, których część można było zawsze pozyskać w celu poszerzenia sejmowej większości. Ponieważ tym razem lewica i skrajna prawica przekroczyły próg wyborczy, Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 235 mandatów, dokładnie tyle, co poprzednio. To oczywiście większość bezwzględna, ale wynikająca w dużym stopniu ze specyfiki systemu przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie. Przy zastosowaniu wielu innych systemów antypisowska opozycja uzyskałaby bezwzględną lub względną większość. Wystawiająca, z przyczyn taktycznych, trzy listy opozycja antypisowska zdobyła w sumie 48,51 proc. głosów, o prawie pięć punktów procentowych więcej od PiS-u. Większości sejmowe w III RP miały z reguły poparcie poniżej 50 procent głosujących, niekiedy nawet poniżej 40 procent, ale nigdy partie tworzące większość sejmową nie przegrywały pod tym względem ze współpracującą ze sobą podczas wyborów częścią opozycji. Zdecydowanie lepiej, niż przed czterema laty, wypadło w dodatku Porozumienie, partia Jarosława Gowina, którą reprezentować będzie 18 posłów. Nie twierdzę, rzecz jasna, że poniższa koalicja mogłaby powstać, ale jeśli zsumujemy mandaty poselskie Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej, Mniejszości Niemieckiej i Porozumienia, otrzymamy wartość 232 – większość bezwzględną. Kaczyński i Gowin na pewno też już to obliczyli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *