Tak to tak

Zabawne są te wszystkie nieporadne próby wymigania się od jasnej odpowiedzi , kiedy pada pod adresem polskiego polityka onkretne pytanie, a ten lub ów wije się jak piskorz, żeby tylko nie odpowiedzieć: tak lub nie.

Podobno nie ma głupich pytań; są tylko głupie odpowiedzi. Głupszego porzekadła w życiu nie słyszałem. Są głupie pytania, tak jak i są ludzie, którzy je zadają. Podobno mowa Wasza ma być tak, tak-nie, nie, a wszystko inne od złego pochodzi. Są jednak takie pytania, na które odpowiedź tak lub nie jest cokolwiek niepełna albo wręcz niewłaściwa. Np. pytanie: Czy dawno temu przestał Pan kraść? Jeśli się pyta niezłodzieja, z odpowiedzią może był kłopot. Albo: Słyszeliśmy, że od dawna nie bije Pan już żony? Jeśli adresatem pytania nie jest głowa rodziny, ćwicząca amatorsko boks na najbliższych, to odpowiedź tak lub nie na tak postawione pytanie, stawia indagowanego w mało komfortowej sytuacji. Takich pytań, albo raczej, pułapek retorycznych, jest na szczęście nie za dużo. Proza życia sprowadza się raczej do prostego wyboru: tak lub nie, o ile oczywiście, chcemy mówi prawdę.

Obejrzałem niedawno w telewizji rządowej rozmowę z młodą dziennikarką z prawicowej stacji radiowej. Rzecz tyczyła się reformy sądownictwa. Pani redaktor była bardzo kontent, kiedy pytano się jej o to, jak do spraw związanych z szeroko komentowaną ustawą kagańcową podchodzi w Polsce Pałac Prezydencki. W jej ocenie, to, że ze strony administracji prezydenta i samego prezydenta nie wychodzi do opinii publicznej żaden konkretny głos komentarza w sprawie procedowanych właśnie w Senacie przepisów, jest godny największej pochwały. Mało tego, bardzo jej się podoba podejście rzecznika pana prezydenta, który tak mówi, że wprost niczego nie mówi, ale jednak coś mówi. Tylko nie wiadomo o czym. Te ostatnie, to już moje słowa. Podoba się pani redaktor ta prezydencka artykulacja dlatego, bo nie uchodzi, żeby majestat prezydencki był zmuszany do zajmowania się sprawami małych ludzi w niskiej i wysokiej Izbie. Dla pani redaktor prezydencka bełkotliwość komunikacyjna to wielka cnota i mądrość. Dla mnie to zwyczajna ściema i ucieczka od odpowiedzi. Niczego tak bardzo nie mogę u polityków w Polsce znieść, jak kłamania ludziom w żywe oczy, albo mówienia że coś wiedzą, ale nie powiedzą. I o dziwo, wcale nie prezydenta mam teraz na myśli.

Jest w Senacie marszałek. Nazywa się Grodzki. Strona rządowa poczęła wyciągać mu grzeszki z przeszłości wtedy, kiedy został marszałkiem. Wcześniej piastował również funkcje wysokie, ale niespecjalnie kogokolwiek obchodzące. Kiedy znalazł się na świeczniku, znaleźli się i ludzie, którzy twierdzą, że pan Grodzki, jako lekarz w państwowym szpitalu brał od nich łapówki. Jest nawet ktoś, kto może pod przysięgą potwierdzić to przed sądem. Czemu oskarżenia padają dziś i czym są motywowane, to temat na zupełnie inną rozmowę. Coś należy z nimi zrobić.
Dziwnym też nie jest, że znajdują się dziennikarze, którzy chodzą wokół tematu. I pytają. Taka ich rola. Niektórzy pytają wprost: panie marszałku, są ludzie, którzy twierdzą, że brał pan kasę pod stołem. To prawda czy fałsz? Jakby nie patrzeć, nie jest to pytanie, na które nie można odpowiedzieć: tak lub nie. Na to pytanie, jak najbardziej na miejscu w obliczu zarzutów, należy odpowiedzieć. Zwołać konferencję prasową, wygłosić orędzie w telewizorze, zamówić ogłoszenie w prasie. Jasno postawić sprawę: nie brałem łapówek. Wszystkie tego typu insynuacje są kłamstwem. Albo: tak, zdarzyło mi się wziąć parę groszy i nie wypisać rachunku. Oto moja dymisja. Zamiast tego, mamy obrażanie się na rządowe media, że się czepiają, bo wyciągają trupy z szafy i to do tego w takim stanie rozkładu, że patomorfolog miałby kłopot z pamięcią, a co dopiero zapracowany chirurg.
Ja na to wszystko patrzę, uśmiecham się pod wąsem, którego nie mam, a który w każdej chwili mógłby mieć i czekam cierpliwie, że może w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy i przestanie ściemniać. Powie tylko: tak. Albo powie: nie. Albo nic nie powie. Brak odpowiedzi też jest jakąś odpowiedzią.

Pseudoreformy PiS niczego nie naprawiają

Za rządzących nie możemy odpowiadać. Chodzi nam o to, aby argument siły, czyli posiadania większości mandatów w Sejmie, zamieniony został na siłę argumentów – mówi prof. Marek Chmaj w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Został pan przewodniczącym senackiego zespołu doradców ds. kontroli konstytucyjności. Czym będzie się zajmował?

MAREK CHMAJ: Zespół powołał marszałek Grodzki. Kierując się kwestiami merytorycznymi, wybrał 15 znakomitych naukowców mających bogaty dorobek z zakresu prawa konstytucyjnego i pokrewnych gałęzi prawa. Zadaniem zespołu będzie badanie zgodności ustaw z konstytucją oraz z traktatami unijnymi.

Czyli będziecie zajmować się tym, czym powinien Trybunał Konstytucyjny?

Tak jest. Marszałek chciał, aby niezależny zespół składający się z wybitnych ekspertów badał ustawy, które będą, ale też obowiązują w porządku prawnym RP. Opinie będą wykorzystywane przez marszałka w procesie legislacyjnym przy uwzględnianiu i planowaniu poprawek senatu do ustawy, zaś w przypadku obowiązujących ustaw opinie zespołu będą mogły być wykorzystywane do przygotowywania projektów i zmian nowelizacji ustaw w kierunku nadania im zgodności z polską konstytucją.

Sporo pracy będzie miał zespół…

Zespół jest gotowy do podjęcia pracy. Chciałbym jeszcze podkreślić, że zespół pracuje społecznie, zatem uczestnictwo w składach orzekających, jak również w posiedzeniach plenarnych, jest nieodpłatne. Jedynie osoba, która będzie sporządzała daną opinię, otrzyma honorarium na zasadach obowiązujących dla wydawania opinii w Sejmie i Senacie. To są niewielkie kwoty.

Zajmiecie się też ustawą represyjną, tzw. kagańcową?

Oczywiście, ale ponieważ ustawa ta będzie przedmiotem prac Senatu za dwa tygodnie, to zapewne zrobimy to już, jak wyjdzie z Sejmu i będzie na biurku prezydenta. Chodzi o to, aby nasza opinia była przygotowana merytorycznie i odpowiedzialnie, a nie nocą, na szybko, jak była procedowana w Sejmie. Chcemy, aby opinie zespołu były traktowane stricte merytorycznie. Temu służą zarówno obszerne składy, jak i dobór członków zespołu.

Zespół będzie wykonywał pracę za Trybunał Konstytucyjny, ale to będą tylko opinie niewiążące rządzących w żaden sposób. Można więc założyć, że będą traktowane tak jak opinia Komisji Weneckiej.

Za rządzących nie możemy odpowiadać. Chodzi nam o to, aby argument siły, czyli posiadania większości mandatów w Sejmie, zamieniony został na siłę argumentów. Chcemy merytorycznie i na spokojnie oceniać ustawy, a wyznacznikiem dla nas będzie ich zgodność z konstytucją oraz z traktatami unijnymi. Chcemy pomagać marszałkowi Senatu w jego pracy nad zagwarantowaniem ładu konstytucyjnego.

O odrzucenie ustawy kagańcowej apeluje komisarz na rzecz praw człowieka Rady Europy Dunja Mijatović, Komisja Wenecka zapowiedziała wyjątkowo szybkie wydanie opinii, przed ustawą przestrzega RPO i wiceprzewodnicząca KE Vera Jourová. PiS jest głuchy na te głosy. Co się stanie, gdy przepisy wejdą w życie?

Ta ustawa jest rażąco niezgodna zarówno z polską konstytucją, jak i z traktatami unijnymi, co więcej – narusza też prawo obywatela do niezależnego sądu. Uchwalenie takiej ustawy będzie dramatem. W przypadku sporu z aparatem państwowym w todze sędziowskiej będzie siedzieć sędzia zależny od władzy wykonawczej, od prokuratora generalnego. Taka sytuacja jest szkodliwa dla wszystkich.

A co w przypadku bardziej przyziemnych spraw: spadków, rozwodów? Czy wyrok będzie ważny, jeżeli sędzia, który go orzeknie, będzie mianowany przez neo-KRS?

Jeżeli taki sędzia powołany w wyniku wniosku neo-KRS wyda wyrok rozwodowy, a my później wejdziemy w nowy związek małżeński, to co będzie w sytuacji, kiedy ten wyrok rozwodowy w przyszłości zostanie uchylony? Co z naszym nowym małżeństwem, co z naturalnym zarzutem bigamii, co z trwałością sytemu prawnego? Zapaść w sądownictwie się pogłębia, a okres oczekiwania na wydanie wyroku się wydłuża.

Pseudoreformy PiS-u nie naprawiają niczego. Zreformowano TK – prawie nie funkcjonuje, wzięto się za naprawę SN – jest znacznie gorzej, niż było, sądownictwo powszechne zdaje się coraz bardziej podporządkowane prokuratorowi generalnemu, podobnie jak organy prokuratury.

Jak w to wszystko wpisują się apele CBA, aby zgłaszały się osoby, “które dały się uwikłać w korupcyjny proceder i wręczyły korzyść majątkową”? Chodzi o oskarżenia prof. Grodzkiego.

To jest groteska, bo zamiast prowadzić dochodzenie wokół ustalenia, czy doszło do popełnienia przestępstwa podżegania do złożenia nieprawdziwych zeznań, CBA wzywa do zgłaszania się osób, które hipotetycznie 20 lat temu wręczały łapówki. Nikt nie jest w stanie niczego udowodnić po tylu latach, a nawet gdy hipotetycznie przyjmiemy, że takie czyny miały miejsce, to już dawno uległy przedawnieniu. Wartość dowodowa jest żadna, wartość procesowa również.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan mówi, że jeżeli po wprowadzeniu ustawy kagańcowej zostanie stwierdzone, że nie ma w Polsce niezależnego sądownictwa, może się to wiązać z wykluczeniem Polski ze strefy Schengen. Podziela pan ten pogląd?

Trudno powiedzieć, jakie będą skutki, ale będą dla nas na pewno negatywne. Za łamanie wartości zawartych w traktatach mogą nas czekać tylko negatywne konsekwencje.

Jak ocenia pan to, jak traktowana jest Komisja Wenecka przez rządzących?Wiceminister Warchoł zaprosił członków do muzeum żołnierzy wyklętych, „bo tam można zobaczyć okrucieństwa komunizmu i skutki braku rozliczenia sędziów”.

To przykład totalnego braku szacunku i lekceważenia, a na lekceważeniu kogokolwiek, zwłaszcza reprezentującego tak szacowny organ jak Rada Europy, jeszcze nikt nie wygrał. Lekceważenie i okazywanie braku szacunku świadczy tylko o kulturze danego człowieka i danej władzy.

Wydrukowany senator, czyli pisowscy sędziowie w działaniu

Na kartach do głosowania w Senackim Okręgu Wyborczym nr 2, przy imieniu i nazwisku zgłoszonego przez partię Polska Lewica członka SLD Kazimierza Klimka umieszczono błędnie symbol komitetu wyborczego koalicji Lewica, z przyczyny natury pragmatycznej (pięcioprocentowy sejmowy próg wyborczy zamiast ośmioprocentowego) startującej w wyborach pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Na Klimka zagłosowało 27158 wyborców, zwycięski kandydat Prawa i Sprawiedliwości Krzysztof Mróz wyprzedził startującego z poparciem Lewicy i Koalicji Polskiej kandydata Koalicji Obywatelskiej o 1168 głosów, co stanowiło 5,02 proc. głosów oddanych na sejmową listę Lewicy (23256) w powiatach tworzących Senacki Okręg Wyborczy nr 2 (jaworski, jeleniogórski, kamiennogórski, złotoryjski, Jelenia Góra). Do zwycięstwa Mroza wystarczyło, żeby: po pierwsze, co dziewiętnasty – dwudziesty wyborca Lewicy uznał Klimka za osobę przez nią zgłoszoną (a w obwieszczeniu wyborczym widniało, zgodnie z prawdą, iż Klimek należy do Sojuszu Lewicy Demokratycznej), po drugie, nie zauważył obecności kandydata KO lub pomimo jego obecności postanowił zagłosować na kandydata Lewicy. Oczywiście, decyzje wyborcze powinno się podejmować po uważnym zapoznaniu się z obwieszczeniami, nie zaś na podstawie pobieżnego przejrzenia karty do głosowania. Różnie jednak bywa w rzeczywistości, dotyczy to także części lewicowego elektoratu.
Krajowa Rada Sądownictwa, składająca się w olbrzymiej większości z osób wybranych dzięki poparciu pisowskich posłów i senatorów poprzedniej kadencji parlamentarnej, wyselekcjonowała wszystkich kandydatów do pełnienia urzędu sędziowskiego w nowo utworzonej Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Powołani przez prezydenta Dudę sędziowie stwierdzili niedawno ważność wyborów do Sejmu oraz Senatu. Nikt myślący racjonalnie nie zakładał, rzecz jasna, iż Prawo i Sprawiedliwość zacznie teraz ordynarnie fałszować wybory. Zdarzają się jednak sytuacje niejednoznaczne, takie jak wyżej opisana. Formalnie rzecz biorąc, nie da się wykazać ponad wszelką wątpliwość, że choćby jeden wyborca zagłosował niezgodnie ze swoją wolą z powodu błędu drukarskiego. Sąd ma oczywiście prawo przeprowadzenia tak zwanego dowodu z zeznań świadków, ale zeznać można niemal wszystko, niekoniecznie zgodnie ze stanem rzeczywistym. Jest jednak wynik wyborów z 2015 roku, w których startujący w tym samym okręgu, zgłoszony przez komitet wyborczy Obywatele do Parlamentu Kazimierz Klimek zdobył 6063 głosy (5,93 proc.), podczas gdy w 2019 roku 27158 głosów (21,58 proc.). Nie da się sensownie wyjaśnić skali tej różnicy ponad dwudziestu tysięcy głosów oraz kilkunastu punktów procentowych inaczej, niż zespolonym efektem informacji z obwieszczenia wyborczego o przynależności Klimka do SLD w połączeniu z niewłaściwym symbolem komitetu wyborczego na karcie do głosowania.
Byłoby chyba przesadą liczenie na to, że senator Mróz uniesie się honorem i zrezygnuje z mandatu senatorskiego, umożliwiając ponowne przeprowadzenie wyborów, w których znów wystartuje. Myślę, iż w podobnej sytuacji nie oczekiwalibyśmy takiego postępowania od lewicowego senatora. Zastanawiam się jednak, jaki będzie komfort wykonywania mandatu senatora przez osobę, która zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że niemal na pewno zawdzięcza swój sukces błędowi drukarskiemu. Kibice sportowi nazywają nieuczciwe sędziowanie drukowaniem, a wynik tak sędziowanego meczu określają jako wydrukowany. Okazuje się, iż można być również, w nieco innym znaczeniu tego sformułowania, wydrukowanym senatorem. Co ciekawe, przed czterema laty Mróz (wtedy jedynie wieloletni działacz etatowy Prawa i Sprawiedliwości, radny Jeleniej Góry) wygrał wybory uzyskując zaledwie 31,08 proc. oddanych głosów, zawdzięczając zwycięstwo rozdzieleniu się poparcia pozostałych wyborców na pięciu innych kandydatów. Przy takim szczęściu Krzysztof Mróz powinien koniecznie zagrać w jakąś grę liczbową. Mógłby też ewentualnie typować wyniki rozgrywek polskich gier zespołowych. Tylko sędzia musiałby być z PiS-u.

Zawiedzeni wyborcy, stracone głosy

Do napisania poniższych refleksji skłonił mnie artykuł Andrzeja Namysłowskiego „Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?” zamieszczony w numerze 244-245 „Dziennika Trybuna”.

Tytuł zawiera tezę, że wybory partiom opozycji powiodły się i z tym nie zamierzam polemizować. Autor jest łaskaw podkreślać przede wszystkim sukces opozycji we wspólnej walce o przewagę w Senacie. Tu też trudno o polemikę, jednak zwrócić uwagę należy, że tak nowe PSL, jak i lewica oraz kandydaci niezależni dołożyli do senackiego sukcesu co prawda niewiele, to jednak gdyby tej grupy senatorów nie było, to PiS zachowałoby przewagę w Senacie, a marszałek Karczewski nadal mieszkałby w strzeżonej służbowej willi.

Przypomnę, że „pakt senacki” de facto polegał na wypełnieniu przez kandydatów lewicy i PSL miejsc na listach w tych okręgach, w których Koalicja Obywatelska nie wystawiła reprezentantów. Nie była to wolna wola ludowców i lewicy, ale wynik negocjacji zwieńczonych tzw. „paktem senackim”. We wszystkich okręgach startowali więc kandydaci PiS mając przeciwko sobie jednego kandydata wspieranego przez KO, PSL i porozumienie sygnowane szyldem SLD. Ponadto w niektórych okręgach startowali tak zwani kandydaci „niezależni” z własnych komitetów.

PiS uzyskał 48 mandatów, KO 43, nowe PSL 3, lewica 2 i niezależni 4. Ta czwórka niezależnych pokonała więc nie tylko kandydata PiS, ale też kandydata wystawionego w uzgodnieniu partii opozycji. Jeden okręg wszakże był wyjątkowy – sądecko-gorlicki – gdyż tam opozycja nie wystawiła swego kandydata. W szranki stanęli dwaj politycy o PiS-owskiej proweniencji. Pierwszy, z własnego komitetu, to były senator z kilkunastoletnim stażem w PiS, z tej partii niedawno usunięty; drugi – jego były asystent i kierowca, o połowę krótszym stażu partyjnym, ale za to wskazany przez PiS. W ramach rozmów o „pakcie” SLD zgłaszało swego kandydata, którego nazwisko raz po raz podchwytywały media. Przecieki przemiennie podawały siedem nazwisk kandydatów lewicy (w tym kandydata z Sącza), innym razem raz tylko sześć, już bez tego nazwiska. Ostatecznie stanęło na sześciu. Do miejscowej prasy przeciekły wypowiedzi szefa powiatowych struktur PO, który namawiał do niewystawiania kandydata opozycji, a cichego wspierania „buntownika” przeciwko nominatowi PiS. Jak widać przekonał władze centralne wszystkich układających się stron. Być może miał to być współczesny „eksperyment sądecki”. Nie powiódł się.

Autor przywołanego artykułu snuje rozważania, jak mogłyby się ułożyć wyniki wyborów do Sejmu, gdyby zaistniał także opozycyjny „pakt sejmowy”. Nie jestem zwolennikiem rozważania co by było gdyby, odnotuję więc tylko, że wedle jego obliczeń opozycja uzyskała by o siedem mandatów więcej, w tym jeden w Nowym Sączu. To skłoniło mnie do próby znalezienia odpowiedzi, co mogłoby się zdarzyć, gdyby jednak walka o prawo startu kandydata z lewicy w Sączu była skuteczna. Nie ma oczywiście jednoznacznej, sprawdzalnej, odpowiedzi na takie pytanie, jak zmieniłoby to wynik rozgrywki pomiędzy dwoma reprezentantami tak naprawdę kandydatami PiS. Trudno bowiem od kilkukrotnego senatora szyld PiS-u odłączyć. Sądecczyzna była – powtórzmy bo to ewenement – jedynym okręgiem w kraju, w którym opozycja nie wystawiła kandydata. Dlatego właśnie był to jedyny okręg z niespotykaną nigdzie indziej tak dużą ilością głosów nieważnych – blisko 20 tysięcy. W powiecie sądeckim, gorlickim i w mieście Nowy Sącz (czyli w okręgu senackim) kandydaci do Sejmu z PO, PSL i SLD zdobyli nieco ponad 55 tysięcy głosów; kandydaci Konfederacji prawie 13 tysięcy. Czy te blisko 70 tysięcy – otrzymałby opozycyjny kandydat do Senatu? Na pewno tak. Czy dostałby ich więcej? Zapewne. Czy wygrałby? Może tak, a może nie, ale szansy ku temu nawet nie stworzono.

Na koniec cytat z Gazety Krakowskiej z 25 października 2019: „Po publikacji wyników wyborów, a zwłaszcza ilości głosów nieważnych, w komentarzach wiele osób przyznało się, że oddało pusty głos. Inni dopisywali adnotację „żaden”. Były też zarejestrowane przypadki, że wyborcy po odebraniu karty z nazwiskami do Senatu, chcieli ją zwrócić. […] elektorat opozycji był rozczarowany, że nie miał swego kandydata.” Tak więc nie o ten jeden, nie całkiem pewny, mandat z Sądecczyzny mi chodzi, nie o zawiedzione nadzieje niedoszłego kandydata, a o kilkadziesiąt tysięcy zawiedzionych wyborców pozostawionych bez możliwości głosowania zgodnie z przekonaniami.

A poza tym, należy gratulować partiom lewicy nie tylko wejścia do Parlamentu, po czterech latach nieobecności, ale skali tego sukcesu. Choć, jak z powyższego wynika, w zasięgu były jeszcze dwa prawdopodobne mandaty z Sądecczyzny, jeden do Sejmu, drugi do Senatu.

Oni po prostu tacy są

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości.
Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna.

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości. Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna. W pociągu TLK relacji Poznań-Warszawa spotkałem faceta zagłębionego w lekturze „Do Rzeczy”. Ja miałem „Politykę”. Co w tym nadzwyczajnego, powiecie, ludzie czytają różne tygodniki? A jednak spostrzegłem coś ciekawego: obaj czytaliśmy o tym samym – o marszałku Senatu. Wymieniliśmy się gazetami. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, co do powiedzenia na temat Tomasza Grodzkiego mają Kamila Baranowska i Rafał Kalukin. Wymieniliśmy następnie uwagi, po czym wróciliśmy do swoich myśli. I wtedy bum! Doznałem tej iluminacji. Zrozumiałem, jaki jest cel projektu politycznego pt „Tomasz Grodzki – marszałek Sejmu”.
Tomasz Grodzki, kombinowałem, jest odpowiedzią Platformy Obywatelskiej na ofensywę z lewej strony sceny politycznej. Schetyna wie co najmniej od eurowyborów, że nie jest w stanie zastopować epatującej energią, pomysłowością i zandbergowską świeżością Lewicy, a więc porzuca tę stronę i skupia się na walce o inne sektory rynku wyborczego. Najpierw skupił uwagę elektoratu PO na konserwatystce Kidawie-Błońskiej, teraz do gry wchodzi dystyngowany pan lekarz. Podczas orędzia oznajmia, że zamierza przynieść ulgę zmęczonym polityczną awanturą. Wyważony, spokojny, odpowiedzialnie szafujący słowem. On zna lekarstwo na choroby polskiego parlamentaryzmu. Zamierza być uczciwy. Nie to, co inni. Nie jest totalniakiem, to człowiek gotowy do współpracy, dla dobra Polski. Mówi z sensem, dlaczego mielibyśmy mu nie wierzyć? W końcu facet to nieskażony uczestnictwem w tzw. wielkiej polityce. Dobra, swojego czasu postulował prywatyzowanie szpitali, ale wieść o tym nie rozeszła się poza bańkę lewicową oraz prasę skrajnie prawicową, rozpłynęła się w masie doniesień wokół kampanii.
Teraz Grodzkiego ma szansę poznać szersze grono odbiorców. Wiadomo więc już, że jest również przykładnie konserwatywny. Ale ze zdrowym rozsądkiem, Przeciwnik aborcji, och przepraszam zwolennik kompromisu. In vitro? Oczywiście. Związki partnerskie? Tak, bo najwięcej z nich tworzą kobieta i mężczyzna. Marihuana? Dla pacjentów, nie dla ćpunów. Wolnorynkowiec. Model szwedzki? Przecież tam pożoga i upadek obyczajów. A zatem Grodzki to idealne narzędzie do otwarcia Platformy Obywatelskiej na elektorat centrum i umiarkowanie konserwatywny. Sprytne kierownictwo wie, że o tę grupę musi teraz rywalizować nie tylko z PiS i Porozumieniem, ale również z PSL. Skażona aferami partia sięga po człowieka budzącego zaufania i robiącego wrażenie wiarygodnego. Kierownictwo PO wie też, że PiS będzie w tej kadencji tracić, a więc wykonuje gest otwarcia na elektorat prawicowy. Mądre i racjonalne, prawda?
Ukąszenia mądrości mają jednak to do siebie, że nie zawsze prowadzą do mądrości. Wydaje się, że nadeszło zrozumienie, a jednak gówno nadeszło. Tak było i w tym wypadku. Kiedy akcja przeniosła z PKP do warszawskiego mieszkania, nadeszło opamiętanie.
Dlaczego w ogóle Platforma Obywatelska miałaby wykrzesać z siebie spójny i racjonalny przekaz zorientowany na konkretny cel? Przecież nie potrafiła tego zrobić przez 18 lat istnienia. Partia, która rządziła przez dwie kadencje, nie była w stanie stworzyć choćby zrębów warunków do utrwalenia własnego panowania. Kompletnie nie potrafiła przez ostatnie lata rządów czytać nastrojów społecznych, otwierała pola konfliktu, zaniedbywała nabrzmiałe problemy, raziła arogancją. Jako opozycja też nie miała też na siebie pomysłu, dając tylko nieco bardziej sprawnemu politycznie PiSowi pole do popisu. Jakie wartości w ogóle są ważne dla jej polityków? Żadne. Co ich napędza w polityce? Odmawianie innym prawa do stabilności? Pogarda klasowa? Chyba raczej poczucie wyższości, świadomość tego, że są w społeczeństwie ludzie ubożsi od nich, a więc w ich przekonaniu głupsi. To daje im moc.
Znajoma, która miała okazję objechać kraj z działaczami PO, opowiedziała mi, jak zachowywali się wobec zwykłych ludzi. Oto przyjechałem ja, ważny pan poseł, zrobiłem to dla was, ruszyłem się z Warszawy, żeby tu z wami posiedzieć, więc doceńcie to robaki i nie zawracajcie mi dupy Waszymi pierdołami. Sam zaś byłem świadkiem, jak posłanka Joanna Mucha, podczas debaty zorganizowanej przez Kulturę Liberalną utyskiwała, że spotkania z wyborcami to niebezpieczna sprawa, bo ludzie są niemili, a i agresywni bywają. Ciekawe czemu, prawda? I dlaczego partia złożona niemal wyłącznie z ludzi o takim podejściu miałaby teraz błysnąć genialnym ruchem z marszałkiem Grodzkim?
Otóż nie błysnęła. Wybrali Grodzkiego, bo się jako tako nadawał, dobrze się prezentuje, ma tytuł profesorski i był do tej pory człowiekiem spoza. W sprawach światopoglądowych jest odbiciem linii partii. Rafał Kalukin z „Polityki” który twierdzi, że „za sprawą marszałka Grodzkiego i senackiej większości zdarzyła się szansa na wyeksponowanie odmiennego porządku wartości, nowej wrażliwości i języka. A to już spory kapitał do przyszłej zmiany politycznej”, zaniemógł na przypadłość, która przydarza się czasem każdemu komentatorowi politycznego – potrzebę odnalezienia misternego planu, racjonalnego schematu działania, którego błyskotliwą dekonstrukcję można potem roztoczyć przez czytelnikami. Tu nie ma żadnego planu, oni po prostu tacy są.

Skrobanie PiS

Kiedy tylko parlament zorganizuje się, opozycja zacznie skrobać rządzącą większość. Systematycznie i dotkliwie, bo tym razem z obu stron.

Kreująca się na najbardziej antysystemową formację polityczną Konfederacja zacznie skrobać rządzącą PiS z prawej strony.

Testować zgodność głoszonych przez elity PiS ideowych deklaracji z ich parlamentarnymi czynami. Będzie podsuwać PiS – owskim marszałkom projekty ustaw wprowadzających w życie głoszoną przez elity PiS kontrrewolucję narodowo-katolicką. Kontrrewolucję tym razem bezkompromisową.

Zatem jeśli postulujemy zakaz aborcji, to wprowadzamy z życie zakaz absolutnie pełen, bez żadnych jego wyjątków.

Jeśli ogłaszamy krucjatę przeciwko „ideologii LGBT” albo islamskim migrantom, to nie może ona się kończyć na efekciarskich debatach w mediach. Oznaczać ma całkowite wykluczenie ideowych wrogów prawicy z wszelkiego życia publicznego.

Dodatkowo Konfederaci mają szansę zostania efekciarskimi reprezentantami ideologii ortodoksyjnego liberalizmu gospodarczego. Stale atakującymi PiSowskie pomysły wprzęgania instytucji państwa w działalność gospodarczą, kreowania nowoczesnego przemysłu przez agencje rządowe.

Jednocześnie obecna znów w parlamencie lewica zacznie skrobać politycznie PiS od lewej, socjalnej strony.

Skoro PiS tyle pomocy państwa wyborcom naobiecywał, skoro prominenci PiS przysięgali publicznie, że pieniądze na „socjal” dla wszystkich obywateli w budżecie państwa są i nadal będą, to niech teraz nadejdzie ten obiecany przez nich „dzień wypłaty”.

I zaraz to co pan prezes Kaczyński w czasie kampanii wyborczej naobiecywał, lewica zapisze w formie projektów ustaw. Przekaże je marszałkom PiS, aby poddali je pod sejmowe debaty i głosowania.

W szranki z konfederatami o miano najbardziej ideowych Polaków-katolików staną zapewne ludowcy/kukizowcy. Oni też chętnie udowodnią miałkość ideową rządzącego PiS i swój narodowy i katolicki pryncypializm.

Najtrudniej będzie odnaleźć się ideowo w tym froncie skrobiącym PiS parlamentarzystom z PO. Ale coraz dłuższa ich opozycyjna kwarantanna będzie sprzyjać odzyskiwaniu przez nich wiarygodności.

Skrobanie polityczne PiS byłoby nieskuteczne gdyby nie opanowany przez opozycję Senat. To prawda, że Senat nie może odrzucić ustaw forsowanych przez sejmową większość. Ale może przez przynajmniej miesiąc wnikliwie i publicznie debatować o ich treściach skutkach. Zwłaszcza szkodliwych skutkach. I trudno będzie takie wyciszyć senackie debaty grupie trzymającej władzę.

Senat ma też inicjatywę ustawodawczą. To sprawia, że powszechna w poprzedniej kadencji Sejmu i Senatu praktyka przetrzymywania w marszałkowskich szafach, przysłowiowych „zamrażarkach”, opozycyjnych projektów ustaw nie uda się w tej kadencji.

Senat będzie nie tylko surowym recenzentem sejmowych projektów, ale też aktywnym miejscem pracy politycznej. Tworzącym rozwiązania alternatywne wobec projektów PiS. Tak aktywny, opozycyjny Senat będzie przyprawiał wielki ból konstytucyjnej głowie państwa polskiego. Panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Przemawiając podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu RP pan prezydent Duda rozpoczął swą kampanię wyborczą. Zaprezentował się jak „Prezydent Wszystkich Polaków”. Istny gołąbek politycznego pokoju. Przewidując, że tylko w takim kostiumie politycznym może dalej powalczyć o drugą kadencję.

Jednak w trójkącie: kaczystowski Sejm RP, opozycyjny, demokratyczny Senat RP i prezydent RP, nie ma miejsca na takiego neutralnego prezydenta.

Dlatego pan prezydent Duda będzie musiał wspierać kaczystowski Sejm RP, wchodzić w konflikt z „demokratycznym” Senatem RP. To przyhamuje nieco opozycyjną działalność Senatu, ale też zmniejszy szanse pana prezydenta na jego reelekcję.

Chyba, że pan prezydent wreszcie zbuntuje się przeciwko swemu panu prezesowi.

Wszelkie znaki na ziemi wskazują, że czeka nasz kraj spowolnienie gospodarcze. Już w wielu jego regionach, w samorządach brakuje pieniędzy na bieżącą działalność i jednoczesne wypełnianie obietnic wyborczych. Tych publicznie obiecanych „piątek”, „szóstek”, „jarkowych”.

Wielce licznych, bo elity PiS pragnąc parlamentarnej większości, licytowały je. I złożyły ich stanowczo za wiele. Pragnąc aby ich partia zagospodarowała nie tylko posiadaną już ideową prawicę, ale przede wszystkim, też liczne, pragmatyczne centrum polskiej sceny politycznej.

Systematyczne skrobanie PiS, z tej prawej strony, i z tej lewej strony, sprawić może, że zwolenników partii pana prezesa Kaczyńskiego zacznie stopniowo ubywać. Zwłaszcza kiedy sejmowa większość PiS będzie zmuszona odrzucać podsyłane jej przez opozycję ustawy zawierające PiS – owskie obietnice wyborcze. W imię ocalenia jak najmniejszego deficytu budżetowego.

Walcząc z opozycyjną sforą lewacko – narodowo – patriotyczno – konfederacką, pan prezes Kaczyński nieraz zatęskni za poprzednią kadencją Sejmu i Senatu. Kiedy przed sobą miał tylko demokratyczno – liberalną opozycję z PO, która łatwo mógł tłuc narodowo – katolicką, medialną pałką.

Czarne dni dopiero przed nim. Jeśli zjednoczona opozycja wygra przyszłoroczne, wiosenne wybory prezydenckie, jednocząc się wzorem senackim, to wówczas pan prezes Kaczyński może rzeczywiście poczuć się wyskrobywanym.

Lewica powróciła do parlamentu

Cześć i chwała autorom sukcesu.

Przez ostatnie cztery lata namiastką lewicowości w polskim parlamencie była niewielka grupa startujących z list Platformy Obywatelskiej posłów i senatorów o umiarkowanie lewicowych bądź centrolewicowych przekonaniach politycznych. W niedawno przeprowadzonych wyborach do Sejmu formacja lewicowa zdobyła 49 mandatów poselskich, uzyskując 12,56 proc. głosów – o prawie 1,5 punktu procentowego więcej od zsumowanego wyniku obu list lewicowych z 2015 roku, pomimo tego, że Zieloni oraz część ugrupowań i działaczy środowiska lewicowego przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej. Do Senatu lewica powróciła właściwie po czternastoletniej przerwie. Jedynym wyjątkiem był na przestrzeni niespełna roku Władysław Mańkut, który w 2006 roku wygrał wybory uzupełniające, pokonując przy kilkuprocentowej frekwencji wszystkich pozostałych kandydatów. Mamy dwóch senatorów – co szczególnie istotne, będących częścią koalicji większościowej w izbie wyższej. Prawu i Sprawiedliwości nie pomogła nawet determinacja oczekiwania na śmierć Kornela Morawieckiego. Gdyby Morawiecki zmarł o kilka godzin później (a może nawet o kilkadziesiąt minut później), PiS nie zdążyłby zarejestrować kolejnego kandydata w okręgu wyborczym nr 59, senatorem zostałaby osoba zgłoszona przez Polskie Stronnictwo Ludowe lub osoba zgłoszona przez Kukiz’15.
Słowa uznania należą się Włodzimierzowi Czarzastemu i jego współpracownikom. Po wystawieniu w wyborach prezydenckich tak fatalnego kandydata jak Magdalena Ogórek, bezpośrednio po zakończeniu się kampanii wyborczej, w znacznej części badań sondażowych notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej kształtowały się na poziomie 2 – 3 proc., w najkorzystniejszych sondażach oscylowały wokół pięcioprocentowego progu wyborczego. Pierwszy raz w dziejach III RP, mającej swe korzenie w okresie PRL-u lewicy groziło zejście ze sceny politycznej. Nowe władze SLD doprowadziły do systematycznego wzrostu poparcia partii, w pewnym momencie osiągającego w sondażach średnią wartość rzędu 7 – 8 proc., dopiero po powstaniu Koalicji Obywatelskiej część lewicowego elektoratu postanowiła wspomóc silniejszego przeciwnika rządzącego ugrupowania i wspomniana średnia wartość obniżyła się do 6 – 7 proc.
Słowa uznania należą się Robertowi Biedroniowi i jego współpracownikom. Utworzenie lewicowo-liberalnej partii Wiosna zmobilizowało część nieuczestniczących wcześniej w głosowaniach wyborców oraz pozwoliło na przejęcie pewnej grupy osób z elektoratu KO. Z różnych powodów nie wyglądało to najlepiej na początku – nowa partia często budowała swoje struktury terenowe nakłaniając do zmiany barw lokalnych aktywistów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosna przejęła oczywiście również część eseldowskiego elektoratu, obniżając średnie notowania sondażowe SLD poniżej progu wyborczego (4 – 5 proc.), czego konsekwencją podczas wyborów byłby wynik grubo poniżej możliwości formacji lewicowej, wskutek rozdzielenia się głosów wyborczych pomiędzy różne lewicowe listy. Później jednak notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej zaczęły się poprawiać, a utworzenie koalicji Lewica całkowicie zdezaktualizowało wspomniane wyżej zagrożenia.
Słowa uznania należą się kolektywnemu kierownictwu Lewicy Razem. We władzach tej partii zaczął od pewnego momentu narastać zdroworozsądkowy pragmatyzm. Lewica Razem uzmysłowiła sobie ostatecznie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie jest w stanie funkcjonować na polskiej scenie politycznej jako samodzielna siła. Uzmysłowiła sobie również, iż atakowanie najsilniejszego ugrupowania lewicowego w naszym kraju (niezależnie od słuszności krytyki niektórych posunięć SLD w przeszłości) nie było najlepszym pomysłem na budowanie własnej popularności, a największym i wspólnym przeciwnikiem jest prawica. Myślę, że wpływ na zmianę podejścia władz Lewicy Razem, partii powszechnie znanej z ideowości jej działaczy, mogła mieć stopniowo nasilająca się współpraca różnych organizacji lewicowych podczas skierowanych przeciwko obecnemu obozowi władzy akcji politycznych, co zapewne pozwoliło członkom Lewicy Razem na nabranie przekonania o autentycznej lewicowości zdecydowanej większości członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Szkoda tylko, iż na listach wyborczych do Sejmu nie znaleźli się niektórzy popularni politycy związani z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Interpretacja tego faktu wydaje się oczywista. W zdecydowanej większości okręgów Lewica miała realne szanse uzyskania 1 – 2 mandatów. Rozdzielenie się głosów wyborców SLD na kilku znanych kandydatów zmniejszyłoby ilość posłów reprezentujących tę partię. Zasadniczo jednak najistotniejszy powinien być wynik listy. W okręgu wyborczym Siedlce do kolejnego mandatu poselskiego zabrakło nam 0,18 punktu procentowego (posłem zostałaby Dorota Olko zamiast Macieja Górskiego z PiS), w okręgu wyborczym Warszawa I zabrakło 0,13 punktu procentowego (Anna Tarczyńska zamiast Małgorzaty Gosiewskiej z PiS), w okręgu wyborczym Gdańsk zabrakło 0,30 (0,23 przy założeniu przejęcia części elektoratu Koalicji Obywatelskiej) punktu procentowego (Jolanta Banach zamiast Jerzego Borowczaka z KO). Z drugiej strony, trudno oczekiwać od władz Sojuszu Lewicy Demokratycznej nadprzyrodzonego daru przewidywania, na których listach warto było umieścić dodatkowo osobę formatu na przykład profesora Tadeusza Iwińskiego.
Gdyby w 2015 roku Zjednoczona Lewica nie zarejestrowała się jako koalicja, podwyższając sobie próg wyborczy do ośmiu procent, miałaby 29 posłów, w tym 23 związanych z SLD. Jedenaście spośród tych dwudziestu trzech osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Lewicy (Sekuła-Szmajdzińska, Dyduch, Gawkowski, Wontor, Senyszyn, Czarzasty, Szejna, Tomaszewski, Ajchler, Kretkowska, Wieczorek), dwie inne przed kilkoma miesiącami zostały europarlamentarzystami Sojuszu Lewicy Demokratycznej (Miller, Balt). Pięć kolejnych spośród wspomnianych dwudziestu dziewięciu osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Koalicji Obywatelskiej (Tracz, Haidar, Joński, Nowacka, Piekarska).
Obecny elektorat Lewicy nie jest w całości lewicowy, częściowo jest lewicowo-liberalny. Wśród wyborców poniżej 30. roku życia obserwujemy olbrzymią nadreprezentację głosujących na koalicję lewicową, w kolejnych przedziałach wiekowych odsetek głosujących na to ugrupowanie systematycznie się obniża. Partie lewicowe tradycyjnie miały największe poparcie w miastach od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, poparcie dla koalicji lewicowej rośnie w miarę zwiększania się populacji miejsc zamieszkania wyborców, osiągając najwyższe wartości w miastach powyżej 500 tysięcy mieszkańców. Lewica uzyskała poparcie poniżej średniej ogólnokrajowej w tak zazwyczaj lewicowych okręgach wyborczych jak Wałbrzych i Elbląg. Odsetek robotników głosujących na koalicję lewicową był prawie dwukrotnie niższy od średniej ogólnokrajowej.
Pod względem odsetka wyborców głosujących na zwycięskie ugrupowanie, Prawo i Sprawiedliwość ustanawiało rekordy III RP w wyborach do sejmików, do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu, w tych ostatnich uzyskując 43,59 proc. głosów, o sześć punktów procentowych więcej, niż w roku 2015. Sytuacja PiS-u w Sejmie nie wygląda jednak tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Nie ma już rezerwuaru pod postacią wybranych z list Kukiza’15 czterdziestu dwóch posłów, których część można było zawsze pozyskać w celu poszerzenia sejmowej większości. Ponieważ tym razem lewica i skrajna prawica przekroczyły próg wyborczy, Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 235 mandatów, dokładnie tyle, co poprzednio. To oczywiście większość bezwzględna, ale wynikająca w dużym stopniu ze specyfiki systemu przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie. Przy zastosowaniu wielu innych systemów antypisowska opozycja uzyskałaby bezwzględną lub względną większość. Wystawiająca, z przyczyn taktycznych, trzy listy opozycja antypisowska zdobyła w sumie 48,51 proc. głosów, o prawie pięć punktów procentowych więcej od PiS-u. Większości sejmowe w III RP miały z reguły poparcie poniżej 50 procent głosujących, niekiedy nawet poniżej 40 procent, ale nigdy partie tworzące większość sejmową nie przegrywały pod tym względem ze współpracującą ze sobą podczas wyborów częścią opozycji. Zdecydowanie lepiej, niż przed czterema laty, wypadło w dodatku Porozumienie, partia Jarosława Gowina, którą reprezentować będzie 18 posłów. Nie twierdzę, rzecz jasna, że poniższa koalicja mogłaby powstać, ale jeśli zsumujemy mandaty poselskie Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej, Mniejszości Niemieckiej i Porozumienia, otrzymamy wartość 232 – większość bezwzględną. Kaczyński i Gowin na pewno też już to obliczyli.

Senat odzyskany

Spośród nowo wybranych senatorów 48 reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, 51 związanych jest z ugrupowaniami antypisowskiej opozycji.

Prawo i Sprawiedliwość uzyskało aż 9 z 42 mandatów województw północnej i zachodniej Polski, w tym 4 na Dolnym Śląsku. Dziesiąty mandat zdobyła Lidia Staroń, w przeszłości wieloletnia działaczka Platformy Obywatelskiej, obecnie kojarzona bardziej z PiS-em. Opozycja antypisowska wygrała za to w 8 z 13 okręgów województwa śląskiego, a ponadto w 2 okręgach podwarszawskich oraz Lublinie, w których to okręgach faworytem było Prawo i Sprawiedliwość. O naszym wyborczym sukcesie przesądziły Śląsk, aglomeracja warszawska i Lublin.
W senackiej beczce miodu jest jednak lewicowa łyżka dziegciu. Niewielka partia Polska Lewica wystawiła swoich kandydatów w trzech okręgach wyborczych, w dwóch z nich niemal na pewno zdecydowało to o zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości, między innymi kosztem znanego działacza SLD Jerzego Wenderlicha. Trudno sobie odpowiedzieć sensownie na pytanie, jaki interes miało niemające szans na zdobycie mandatu (co najwyżej w okręgu, w którym zdobyło ponad 21,5 proc. głosów), lewicowe ugrupowanie w zwiększaniu prawdopodobieństwa sukcesu PiS-u. Posiadanie 53 senatorów w olbrzymim stopniu stabilizowałoby większość bezwzględną w Senacie, praktycznie przesądzając o jej utrzymaniu do końca kadencji.
Senat może rozpatrywać uchwaloną przez Sejm ustawę w okresie 30 dni od jej przekazania z Sejmu. Skończyło się przepychanie projektu ustawy przez parlament w ciągu kilkunastu godzin. Komfort sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość zmniejszył się, nie tylko zresztą z powyższych powodów. A w przyszłym roku czekają nas wybory prezydenckie…

Pozyskiwanie dusz

Senator Fedorowicz z PO ogłosił, że jeżeli ktoś z senatorów PO czy niezależnych zdradzi w Senacie i przejdzie do PiS, zostanie obłożony anatemą do trzech pokoleń.

Zgadzam się. Zdrajców politycznych nie cenię. Nie cenię także partii, która „pozyskuje” polityków w wybieralnych organach i konkurencyjnych partiach, by zwiększyć swoje wpływy. W tym świetle wypowiedź senatora uznaję za bardzo niefortunną. Przypomnę, że z SLD PO pozyskała takie osoby jak choćby Napieralski, Arłukowicz, wcześniej Huebner, Rosati, ostatnio Piekarską. Nowacka w SLD nie była, ale przenosząc się do PO utraciła mandat do reprezentacji ideałów lewicy. Pojawiły się na lewicy osoby, które ją o wiele lepiej zastąpią. W Bydgoszczy przewodniczący rady wojewódzkiej SLD Nitkiewicz, zaraz po eurowyborach, przeszedł do PO. Startując z list PO i to z wysokiego miejsca do Sejmu mandatu nie zdobył. Wyborcy nie cenią zdrajców i ludzi bez politycznego kręgosłupa.
Ostatnio senator Borowski, od lat balansujący miedzy lewicą, a PO wstąpił do Platformy. Jest w tym pewna paralela z Jerzym Urbanem. On pod koniec życia nieboszczki PZPR wstąpił z nią w partyjny związek. Być może senator Borowski, zawierzając PO, liczy na poważny fotel w Senacie. Obdarowywanie takimi posadami neofitów jest dość ryzykowne, choć Borowski byłby chyba dobrym marszałkiem. We Wrocławiu były przewodniczący dolnośląskiej SLD i były wicemarszałek województwa z poręczenia tej partii też dał się pozyskać PO. Z dalekiego miejsca, startując do Sejmu zdobył aż 318 głosów. Tym postępkiem napisał swój polityczny testament. Szkoda, bo to w sumie porządny facet.
Oto tylko przykłady dużej ilości skalpów jakie pozyskała PO w SLD. Z PiS też PO kaperowała członków. Nikt nie poczynił w szeregach konkurentów politycznych takich szkód jak PO. Zetem ludzie PO powinni ważyć słowa nawołując do uczciwości w polityce. PiS idzie drogą PO. Nie ma jeszcze takich sukcesów i –mam nadzieję- nie będzie miał. Ale, jak widać, stara się.

Nasz prezydent

Czy Senat w rękach opozycji zatrzyma PiS? A może nowy Prezydent?

Utworzenie Senatu w 1989 roku było powrotem do kształtu polskiego parlamentu z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już pierwsze kadencje tej izby przekonały znaczną część polskiego społeczeństwa, że była to decyzja błędna. W 2005 roku w sondażu Biura Badania Rynku i Opinii Estymator aż 62 proc. respondentów opowiedziało się za likwidacją Senatu. Taki postulat zgłaszali zarówno politycy Platformy Obywatelskiej jak i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Tak pisałem o Senacie w czerwcu tego roku na łamach Trybuny. Również moje doświadczenie sejmowe potwierdzało tezę, że kosztująca rocznie ponad 100 milionów złotych izba wyższa parlamentu nie ma racji bytu. W ciągu czterech lat bytności w Sejmie tysiące razy miałem styczność z poprawkami wprowadzanymi do ustaw przez Senat. Problem w tym, że 99 procent poprawek dotyczyło kropek, przecinków, innego szyku zdań lub ewidentnych błędów w ustawach uchwalonych przez Sejm. Kilku dobrych prawników i legislatorów by wystarczyło – taka była moja ocena. Tymczasem dzisiaj na Senat zwrócone są oczy milionów Polek i Polaków.

Rządzą rządzący

Marginalizacja roli Senatu ma swoje uzasadnienie. Od wielu lat większość w Senacie miały te ugrupowania, które miały również większość w Sejmie. Największą ilością senatorów dysponowała rządząca od 2001 roku koalicja SLD-Unia Pracy. Było ich aż 75. Również koalicja PO-PSL nie miała problemów z większością w Senacie. W latach 2007-2011 Platforma i ludowcy mieli w sumie 60 mandatów w Senacie, a w latach 2011-2015 nawet 65 mandatów. Podobnie Prawo i Sprawiedliwość. Podczas swoich pierwszych rządów, PiS wraz z koalicjantami dysponował 59 mandatami senatorskimi, a w kończącej się właśnie IX kadencji 60 mandatami.
Rządząca w Sejmie większość nigdy nie oczekiwała od Senatu ani „refleksji”, ani „zadumy”. W żargonie parlamentarnym mówiło się, że ustawę trzeba „przepuścić” przez Senat. Gdy zaś ustawa była pilna, pilnując przy tym, by senatorom nie przyszło do głowy wprowadzanie poprawek. Bez poprawek ustawa prosto z Senatu trafiała na biurko prezydenta.
Zgodnie z art. 118 Konstytucji Senatowi przysługuje inicjatywa ustawodawcza. W trakcie mojej czteroletniej kadencji senatorowie korzystali z tej możliwości ponad 100 razy. W ostatniej kadencji – o połowę rzadziej. Trudno jednak oczekiwać, że PiS pochyli się nad projektami przygotowanymi przez opozycyjnych senatorów. Czy wobec tego Senat, w którym większość ma opozycja, jest w stanie zatrzymać PiS?

Zatrzymać PiS

Każda ustawa po uchwaleniu przez Sejm trafia do Senatu. Senat ma trzy możliwości. Może uchwalić odrzucenie ustawy w całości. Wprowadzić do ustawy dowolną liczbę poprawek – również zmieniających diametralnie pierwotny kształt projektu. Lub pozostawić projekt w niezmienionym kształcie. W dwóch pierwszych wypadkach projekt ustawy wraca z powrotem do Sejmu.
W Sejmie do odrzucenia senackich poprawek potrzebna jest większość bezwzględna. To oznacza, że ilość głosów przeciw poprawce musi być większa niż suma głosów za poprawką i głosów wstrzymujących się. Taka sama większość jest wymagana do odrzucenia senackiej uchwały o odrzuceniu ustawy w całości. Taką większość PiS w Sejmie ma. I z pewnością wykorzysta ją, by odrzucić każdą inicjatywę Senatu nie będącą po myśli Jarosława Kaczyńskiego.
Dodatkowo twórcy Konstytucji z 1997 roku zadbali, by w sytuacji gdy w Senacie rządzi opozycja, nie doprowadzono do paraliżu państwa. Artykuł 121 Konstytucji daje Senatowi 30 dni na uporanie się z projektami ustaw, które trafiły z Sejmu. W przypadku projektów uznanych za pilne – tylko 14 dni. Jeśli w tym czasie Senat nie podejmie decyzji, obowiązującą staje się wersja projektu uchwalona przez Sejm.

Debata

Konkluzja jest prosta: większość opozycyjna w Senacie nie zablokuje destrukcyjnych działań Prawa i Sprawiedliwości. Sejm – opanowany przez PiS – w dalszym ciągu będzie traktowany przez rządzących jak „maszynka do głosowania”. Dlatego głównym zadaniem Senatu stanie się przywrócenie debaty parlamentarnej. Szczególnie że – pisałem też o tym w czerwcu – Senat (podobnie jak Sejm) dysponuje możliwością przeprowadzania wysłuchań publicznych. Pozwalających uspołecznić proces legislacyjny i dających możliwość wypowiedzenia się ekspertom.
Nawet jeśli w ostatecznym rachunku dorobek Senatu zostanie zniweczony przez posłuszną Kaczyńskiemu większość sejmową, jedno jest pewne. Ekspresowe stanowienie prawa i jego psucie na jedno kiwnięcie palca Kaczyńskiego lub Ziobry nie będzie możliwe. To dlatego PiS tak walczy o Senat. Posuwając się nawet do kwestionowania wyników wyborów.

Przeliczenie

Pisząc ten tekst w środę, nie wiem jaka będzie decyzja sędziów Sądu Najwyższego dotycząca protestów złożonych przez Prawo i Sprawiedliwość. Ale jestem zdania, że licząc na powtórne przeliczenie głosów w sześciu okręgach – PiS się przeliczył. Dziennikarze Onetu przyjrzeli się bliżej głosom nieważnym w tych okręgach. Bo po wyborach samorządowych w 2014 roku, kiedy to liczba nieważnych głosów była rekordowa, wprowadzono do kodeksu wyborczego zapis dotyczący kwalifikacji tychże głosów w protokołach powyborczych. Najwięcej głosów nieważnych nie miało na karcie wyborczej zaznaczonego żadnego kandydata. Tu nie sposób mówić o jakimkolwiek „fałszerstwie”. Zdecydowanie mniej było kart wyborczych ze skreślonymi dwoma lub więcej kandydatami – to te głosy są teoretycznie „podejrzane”.
Onet podliczył, że w skali kraju ponad 72 proc. nieważnych głosów było pustymi kartkami, a tylko niespełna 28 proc. kartami do głosowania z podwójną (lub większą) liczbą skreśleń. Według dziennikarzy Onetu, gdyby nawet wszystkie karty do głosowania z podwójnymi skreśleniami zaliczyć na poczet głosów przegranego kontrkandydata, niewiele by to dało. Z sześciu zakwestionowanych przez PiS okręgów, jedynie w okręgu koszalińskim mogłoby to coś zmienić. Co? Tego nie wiemy. Bo w tym okręgu, oprócz kandydata PiS-u i kandydata popieranego przez KO (Stanisława Gawłowskiego), startował również Krzysztof Berezowski, będący kandydatem niezależnym. I zebrał zaledwie 1700 głosów mniej od kandydata PiS-u. Więc i on mógłby być beneficjentem tych rzekomo „sfałszowanych” głosów.
Jeden z komentatorów zwrócił uwagę, że zgoda Sądu Najwyższego na powtórne przeliczenie głosów miałaby trudne do przewidzenia konsekwencje w przyszłości. Zwłaszcza podczas przyszłych wyborów samorządowych. Tam bowiem w wielu wypadkach kandydaci wygrywają lub przegrywają nieznaczną ilością głosów. I protesty wyborcze żądające powtórnego liczenia głosów mogłyby iść w tysiące.

Trzecia kratka

Zupełnie na marginesie trwającej dyskusji o takiej, a nie innej liczbie głosów nieważnych, można zadać pytanie. Dlaczego wyborcy – w tym wypadku wyborcy senatorów – oddają tysiące głosów nieważnych. Odpowiedź wydaje się prosta. Lista kandydatów do Senatu jest z reguły bardzo krótka. Zawiera dwa lub trzy nazwiska. Zmuszając tym samym wyborcę – pod rygorem oddania głosu nieważnego – do wybrania któregoś z nich. Może warto zastanowić się nad dodaniem jeszcze jednej kratki. Opisanej jako „żaden z wymienionych”. Redukując tym samym liczbę głosów nieważnych. A przy okazji pokazując rzeczywiste poparcie startujących kandydatów.

Pakt senacki

Większość opozycji w Senacie nie powinna zaskakiwać. Przecież w wyborach do Sejmu opozycja też zebrała więcej głosów niż PiS. Spośród 18,5 mln wyborców, na Prawo i Sprawiedliwość głos oddało tylko nieco ponad 8 mln wyborców. Na opozycję (zaliczając do niej Konfederację i mniejsze komitety) – ponad 10 mln głosów.
Swoje zrobił również tak zwany pakt senacki, którego zadaniem było wytypowanie wspólnych kandydatów dla całej opozycji w każdym okręgu. Niestety, nie wszędzie to się udało. W Toruniu senatorem mógł zostać Jerzy Wenderlich. Zabrakło mu 5 tys. głosów. A tymczasem Józef Lewandowski – kandydat partii o nazwie Polska Lewica – zebrał prawie 10 tys. głosów. Tak, tej samej partii Polska Lewica, która próbowała zablokować w sądzie utworzenie wyborczego porozumienia SLD, Wiosny i Razem.
Polska Lewica okazała się „koniem trojańskim” Kaczyńskiego również w Jeleniej Górze. Startujący tam jako trzeci, Kazimierz Klimek – kandydat Polskiej Lewicy – walnie przyczynił się do zwycięstwa kandydata PiS-u. Który zebrał o 1200 głosów więcej niż Jerzy Pokój – kandydat uzgodniony w ramach paktu senackiego.
Już na przykładzie tych dwóch okręgów widać, że przewaga opozycji w Senacie mogła być większa. W Łodzi też starło się dwoje kandydatów z grona opozycji: wiceprzewodnicząca SLD, kandydatka wspólnej opozycji, Małgorzata Niewiadomska-Cudak oraz startujący jako kandydat niezależny, były szef NIK Krzysztof Kwiatkowski. Tym razem, mimo rozłożenia się głosów opozycji, mandat nie trafił w ręce Prawa i Sprawiedliwości. Wygrał Krzysztof Kwiatkowski – zdobywając 5 tys. głosów więcej od kandydata PiS-u.

Nasz prezydent

Zdobycie większości przez opozycję w Senacie to dopiero przyczółek na drodze do odsunięcia ekipy Jarosława Kaczyńskiego od władzy. Porozumienie opozycji – powstanie Koalicji Europejskiej przed wyborami do Europarlamentu i Paktu senackiego przed wyborami so Senatu – to właściwy kierunek. Choć i tu i tam nie obyło się bez potknięć. W maju w Koalicji Europejskiej zabrakło Wiosny Roberta Biedronia i Lewicy Razem Adriana Zandberga. W wyborach do Senatu w kilku okręgach w bratobójczej walce starli się kandydaci antypisowskiej opozycji. Takie błędy trzeba wyeliminować w kolejnych wyborach. Prezydenckich.
Senat może jedynie utrudnić destrukcyjne działanie PiS-u. Prezydent może je zablokować. Bo PiS nie ma w Sejmie 276 posłów, by móc odrzucać prezydenckie weta.
W tym roku opozycja już dwa razy zdobyła więcej głosów od Prawa i Sprawiedliwości. W wyborach do Europarlamentu i w wyborach parlamentarnych. Przegrała z D’Hondtem – metodą liczenia głosów premiującą zwycięską partię. W wyborach prezydenckich nie ma D’Hondta. Wygra kandydat lub kandydatka, która zdobędzie najwięcej głosów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby był to ktoś z opozycji.