Impeachment po raz trzeci

16 stycznia 2020 r. rozpoczął się trzeci w historii Stanów Zjednoczonych proces o usunięcie prezydenta z Białego Domu. Proces odbywał się w Senacie a przewodniczył mu Prezes Sądu Najwyższego USA, John Roberts. Stu senatorów, którzy tworzyli swego rodzaju ławę przysięgłych zobowiązanych zostało do zachowania spokoju i do uważnego przysłuchiwania się toczącemu procesowi. Stronę oskarżycielską reprezentowało 7 demokratycznych kongresmenów pod przewodnictwem Adama Schiffa z Kalifornii.

Demokraci przedstawiali prezydentowi Donaldowi Trumpowi dwa zarzuty. Pierwszy dotyczył nadużycia władzy i utrudniania dochodzenia w tej sprawie. Chodziło m.in. o wywieranie nacisku na rząd Ukrainy, aby wszczął śledztwo przeciwko byłemu wiceprezydentowi Stanów Zjednoczonych, demokracie Joe Bidenowi. Administracja Trumpa uzależniała udzielenie pomocy wojskowej Ukrainie od spełnienia powyższego żądania. Drugi zarzut wiązał się z zakazem prezydenta Trumpa przekazywania przez członków jego administracji dokumentów żądanych przez demokratów i zakazem składania przez nich zeznań w czasie procesu o impeachment.
Za i przeciw
Społeczeństwo amerykańskie w momencie rozpoczęcia procesu Trumpa w Senacie było podzielone. Według ankiety CNN, 51 proc. Amerykanów opowiadało się za usunięciem prezydenta Trumpa z Białego Domu, a 45 proc. było przeciw.
Główny akt oskarżenia przedstawił kongresman Adam Schiff. W ponad dwugodzinnym wystąpieniu zarzucał prezydentowi, że nadużył on swej władzy prezydenckiej i utrudniał prace Kongresowi. Schiff żądał powołania dodatkowych świadków oraz dostarczenia przez rząd republikański dodatkowych dokumentów. Powoływał się przy ty na historyczne precedensy m.in. na jednego z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych Aleksandra Hamiltona. „Prezydent Trump – mówił Schiff – korzystał z zagranicznej ingerencji w nasze demokratyczne wybory, nadużył władzy swego urzędu szukaj pomocy zagranicznej, aby poprawić swoje perspektywy wyborcze w kraju. A kiedy został przyłapany użył władzy swojego urzędu dla obstrukcji dochodzenia w sprawie swego nadużycia”.
W liczącym ponad 100 stron akcie oskarżycielskim demokraci domagali się uznania prezydenta Trumpa winnym nadużycia władzy i utrudniania wszczętego przez Izbę Reprezentantów śledztwa. Adam Schiff przekonywał senatorów, że prezydent Trump nie zasługuje na zaufanie i jeżeli zostanie uznany winnym stawianych mu zarzutów musi zostać usunięty z fotela prezydenckiego, ponieważ „chodzi o prawo i o prawdę. W przeciwnym razie przegramy”. Jeśli Senat pozwoli Prezydentowi uniknąć odpowiedzialności za tak ogromną obstrukcję – powiedział Schiff – odbije się to negatywnie na władzy Senatu i Izby Reprezentantów. Podkreślał, że Amerykanie chcą sprawiedliwego ponadpartyjnego procesu ponieważ wierzą w swój system polityczny. Zwracał również uwagę, że w tym procesie chodzi nie tylko o prezydenta Trumpa, ale chodzi także o demokratyczny charakter procesu wyborczego w USA i o zachowanie się przyszłych prezydentów kraju.
Niełaskawa historia?
Z oskarżeniem wobec Trumpa występował nie tylko Adam Schiff, ale także pozostałych 6 oskarżycieli demokratów z Izby Reprezentantów. Wszyscy oni rozważali i uszczegóławiali oskarżycielskie argumenty przeciw prezydentowi. Adam Schiff w swym końcowym słowie w poniedziałek 3 lutego powiedział, że „historia nie będzie łaskawa dla Donalda Trumpa”. Ostrzegł on również republikanów, że stracą reputację jeżeli nie będą mieli odwagi powiedzieć Trumpowi „dosyć tego”.
Dwa dni po rozpoczęciu procesu impeachment 18 stycznia 2020 r. głos zabrali obrońcy Trumpa. Trump zatrudnił w swojej obronie nie tylko prawników Białego Domu na czele z doradcą prawnym Pat Cipollone, ale również sięgnął po znanych prawników z poza rządu m.in. Alana Dershowitza. Przesłali oni do Senatu obszerny 110 stronicowy dokument, w którym określili impeachment wobec Trumpa jako akt polityczny, który należy odrzucić.
Oskarżamy
Doradca prawny prezydenta Mike Purpura przedstawił 6 głównych argumentów na rzecz odrzucenia aktu oskarżenia sformułowanych przez demokratów.

  1. Prezydent nie uzależnił pomocy militarnej dla Ukrainy od czegokolwiek. Zdaniem rządu amerykańskiego, pomoc wojskowa dla Ukrainy jest zupełnie odrębnym programem rządowym.
  2. Prezydent Wołodymyr Zełenski i przedstawiciele władz Ukrainy zaprzeczają, że Trump wywierał jakakolwiek presję na Ukrainę.
  3. Władze Ukrainy nie wiedziały o wstrzymaniu pomocy wojskowej USA w wysokości 400 mln dolarów w momencie rozmowy Trumpa z Zełenskim 25 lipca.
  4. Żaden świadek nie potwierdził, że prezydent Trump uzależnił pomoc wojskową Ukrainy od czegokolwiek.
  5. Ukraina nigdy nie zapowiadała śledztwa wobec Joe Bidena oraz w sprawie wyborów amerykańskich 2016 r.
  6. Prezydent Trump jest lepszym przyjacielem Ukrainy aniżeli jego poprzednik Obama, ponieważ udziela większej pomocy rządowi w Kijowie.
    Bezprawnie i bezczelnie
    Republikanie odrzucili w Senacie oskarżenia przedstawione przez demokratów a proces impeachmentu wobec prezydenta Trumpa uznali za „bezprawną i bezczelną próbę” zakwestionowania wyniku wyborów prezydenckich 2016 r. i za próbę wpłynięcia na wynik wyborów w 2020 r. „To niebezpieczny atak na prawo Amerykanów do swobodnego wyboru swojego prezydenta – głosił dokument republikanów. Republikanie w Senacie kategorycznie odrzucali zarzuty swych demokratycznych oponentów i odrzucali oba artykuły aktu oskarżenia. Obrońcy Trumpa twierdzili, że prezydent nie tylko nie złamała prawa amerykańskiego, ale działał w ramach kompetencji konstytucyjnych.
    Obrońca prezydenta w procesie w Senacie, Pat Cipollone poddał analizie oskarżenia demokratów i w konkluzji stwierdził, że „prezydent nie uczynił nic złego”. Również osobisty adwokat prezydenta Jay Sekulow wystąpił z takim wnioskiem. Republikańscy senatorowie pochwalili prawników prezydenta za aktywną obronę Donalda Trumpa w Senacie.
    Republikańscy obrońcy Trumpa w Senacie zarzucali demokratom, że wytoczyli proces prezydentowi, by osłabić jego szanse wyborcze w 2020 r. Uznali impeachment za „najbardziej masową ingerencję w wybory w historii Ameryki” – powiedział Pat Cipollone i dodał: „nie możemy na to pozwolić”. Jeśli przyjrzycie się faktom – mówił – „stwierdzicie, że prezydent absolutnie nie uczynił nic złego”. Obrońcy prezydenta w swych wystąpieniach twierdzili, że prezydent Trump nie popełnił żadnego złego czynu. Osobisty adwokat prezydenta, Mike Purpura demonstrował video pokazujące godne zachowanie prezydenta w czasie jego spotkań z wyborcami. Obrońcy prezydenta twierdzili, że proces impeachmentu jest nieuzasadniony i niesprawiedliwy wobec prezydenta. Osobisty adwokat prezydenta, Jay Sekulow robił aluzję, że może wystąpi z oskarżeniem wobec Joe Bidena i jego syna Huntera za ich działalność na Ukrainie na szkodę interesów Stanów Zjednoczonych.
    Gwarancja w przewadze głosów
    Obrońcy prezydenta w Senacie nie wdawali się w długie uzasadnienia swych poglądów. Byli pewni, że republikanie mając większość głosów w Senacie są gwarancją skutecznej obrony prezydenta. Republikańscy senatorowie wyrażali zadowolenie z postawy obrońców prezydenta twierdzili, że impeachment wobec prezydenta Trumpa jest procesem nie fair. Równocześnie zarzucali demokratom, że nie przedstawili przekonywujących dowodów uzasadniających ich oskarżenia i żądali uznania prezydenta Trumpa za niewinnego zarzucanych mu czynów.
    Po wystąpieniach obrońców prezydenta, przez 16 godzin pytania zadawali 29 stycznia senatorowie obu partii. Przy tym nie mogli zabierać głosu. Mięli obowiązek dostarczać pytania przewodniczącemu sędziemu Johnowi Robertsowi na piśmie. On zaś dokonywał selekcji tych pytań i głośno je odczytywał. Demokraci kierowali swoje pytania do menadżerów z Izby Reprezentantów, republikanie zaś do obrońców prezydenta w Senacie. Demokraci domagali się powołania dodatkowych świadków. Republikanie postulowali szybkie zakończenie procesu. Senatorowie Partii Demokratycznej powoływali się na badania opinii publicznej, które wykazywały, że 75 proc. ankietowanych Amerykanów opowiada się za powoływaniem dodatkowych świadków w senackim procesie impeachment, a 20 proc. jest przeciwnych.
    Świadkowie na dodatek
    W sumie senatorowie obu partii zadali ponad 90 pytań. Demokratyczni senatorowie w swoich pytaniach stwarzali szansę oskarżycielom rozwinięcia swoich tez, republikańscy senatorowie natomiast umożliwili obrońcom prezydenta przedstawienie dodatkowych argumentów przeciw zarzutom wobec prezydenta Trumpa.
    Demokraci domagali się powołania dodatkowych świadków, ale republikanie byli przeciwni. W głosowaniu wniosek demokratów przepadł 51:49, przy tym republikański senator Mitt Romney głosował za wnioskiem.
    We wtorek 4 lutego zawieszono posiedzenie Senatu, ponieważ prezydent Trump wygłosił w Kongresie orędzie o stanie państwa, swoje ostatnie w tej kadencji.
    Senat wyrokuje
    W środę, 5 lutego 2020 r. odbyło się ostateczne głosowanie w Senacie nad aktem oskarżenia uchwalonym przez zdominowaną przez demokratów Izbę Reprezentantów. Pierwsze oskarżenie dotyczyło nadużycia władzy przez prezydenta Trumpa. Przeciw oskarżeniu prezydenta głosowało 52senatorów. Za oskarżeniem opowiedziało się 48 członków Senatu. Jeden republikański senator M.H. Romney głosował razem z demokratami. Mitt Romney był pierwszym w historii USA senatorem, który głosował za usunięciem ze stanowiska członka swojej własnej partii. Drugi zarzut wobec prezydenta Trumpa dotyczył utrudniania parlamentarnego śledztwa. Za uniewinnieniem prezydenta głosowali wszyscy 53 republikańskich senatorów. Za winnego uznało prezydenta 47 demokratów. Aby usunąć prezydenta z urzędu potrzebne było 67 głosów senatorskich.
    W ten sposób zakończyła się trzecia w historii Stanów Zjednoczonych nieudana próba usunięcia prezydenta kraju ze stanowiska.
    Demokraci energicznie i bezskutecznie domagali się dopuszczenia do zeznań dodatkowych świadków. Zwłaszcza zależało im na zaproszeniu byłego doradcy prezydenta Trumpa w Białym Domu, Johna Boltona. Bolton w czasie procesu impeachmentu reklamował swoja książkę w druku, w której ponoć znajdowały się informacje obciążające Trumpa, zwłaszcza jego politykę wobec Ukrainy. Obrońcy prezydenta w procesie w Senacie zaprzeczali poglądom Boltona. „Żadne z rewelacji Boltona nie są prawdziwe, aby posądzać prezydenta o nadużycia władzy i przestępstwo z kategorii impeachmentu” – powiedział obrońca Trumpa Alan Dershowitz.
    Bezpieczny dystans Trumpa
    Donald Trump w czasie trwania procesu impeachment trzymał się zdala od niego, choć nie uniknął kłamliwych wypowiedzi. Wyrażał tylko parokrotnie zdziwienie pod adresem demokratów: „dlaczego oni robią to mi” i stanowczo zaprzeczał obu artykułom oskarżenia. Był zadowolony z komunikatu rządu, że w styczniu a więc w czasie, gdy trwały przygotowania aktu oskarżenia Trumpa o impeachment gospodarka amerykańska odnotowała sukces. Mianowicie przybyło 225 000 nowych stanowisk pracy, a stopa bezrobocia w kraju była niska.
    Biały Dom kontratakuje
    24 godziny po uniewinniającym prezydenta głosowaniu w Senacie, Trump przystąpił do ataku na swych oponentów politycznych. Nie zostawił suchej nitki na demokratach. Nazwał oskarżenia pod jego adresem „złem” i „korupcyjnym” aktem. Głównego oskarżyciela w procesie, kongresmana Adama Schiffa nazwał „złośliwym, strasznym człowiekiem”. Przewodniczącą Izby Reprezentantów Nancy Pelosi określił „straszną osobą” i wyraził wątpliwość „czy ona w ogóle się modli”. Polityków Partii Demokratycznej oskarżył, że „chcą zniszczyć nasz kraj”. „Wszyscy wiedzą – powiedział 6 lutego Donald Trump – że „moja rodzina, mój kraj, że wasz prezydent” został poddany straszliwej próbie przez bardzo nieuczciwych i skorumpowanych ludzi”.
    Demokraci ocenili, że powyższe wypowiedzi Trumpa świadczą, że prezydent nie wyciągnął żadnych słusznych wniosków i niczego się nie nauczył z procesu o impeachment. „W praktyce – pisał Maciej Czarnecki w Gazecie Wyborczej 7.02.br. – kolejny raz okazało się, że w impeachmencie bardziej chodzi o politykę niż o prawo. W procesie najważniejszy był nie sam wynik – ten od początku wydawał się przesądzony – ale to, jak zapamięta go opinia publiczna. Przecież już w listopadzie będą wybory, w których Trump powalczy o druga kadencję. Tym chętniej podczas procesu ustawiał się w roli ofiary, narzekał na ogromną niesprawiedliwość i „polowanie na czarownice”.
    Podobne opinie wyraziło wielu polityków i komentatorów amerykańskich. „Nie mamy powodów by wierzyć – powiedział kongresman demokratyczny z Florydy, Val Demings – że prezydent nauczył się czegokolwiek”. Również demokratyczni oskarżyciele Trumpa w swoich wypowiedziach po zakończeniu procesu zwracali uwagę, że prezydent nie nauczył się niczego w procesie w Senacie, nie wyciągnął żadnych wniosków a to oznacza, że będzie nadal zachowywał się tak, jak przed procesem.

Trzecia próba

Po raz trzeci w historii Stanów Zjednoczonych odbywa się próba usunięcia prezydenta kraju w drodze konstytucyjnego procesu zwanego impeachmentem. Po raz pierwszy miało to miejsce w 1868 r. w odniesieniu do prezydenta Andrew Johnsona. Drugi raz próbowano usunąć z Białego Domu prezydenta Billa Clintona w 1999 r.
Obie próby zakończyły się niepowodzeniem. Wszystko wskazuje, że podobnie będzie i tym razem, ponieważ decyzję o usunięciu prezydenta
ze stanowiska podejmuje Senat większością
2/3 głosów, a większość głosów w obecnym Senacie mają republikanie.

Procedurę usunięcia republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa zainicjowała zdominowana przez demokratów Izba Reprezentantów glosami 228 za i 193 przeciw. Prezydent Trump jest oskarżony po pierwsze o nadużycie władzy, po drugie o utrudnianie działań Kongresu.
Izba Reprezentantów wyznaczyła siedmiu demokratycznych oskarżycieli pod przewodnictwem kalifornijskiego kongresmana Adama Schiffa, którzy w czwartek 16 stycznia przekazali Senatowi akt oskarżenia prezydenta Trumpa z wnioskiem o usunięcie go ze stanowiska, jeżeli w Senacie znajdzie się 67 senatorów potwierdzających zarzuty wobec prezydenta Trumpa.
W Senacie odbywa się proces sądowy pod przewodnictwem Prezesa Sądu Najwyższego USA Johna Robertsa, a stu senatorów pełni rolę ławy przysięgłych. Są więc oskarżyciele i są obrońcy. Oskarżyciele z Izby Reprezentantów już przedstawili w Senacie zarzuty wobec prezydenta Trumpa głośno czytając akt oskarżenia. Urząd zwany Government Accountability Office ponadpartyjny urząd, który ocenia działalność Kongresu oświadczył 16 stycznia, że administracja Trumpa złamała prawo zawieszając wsparcie finansowe dla Ukrainy, które Kongres przeznaczył na zwiększenie bezpieczeństwa tego kraju. Trump uzależnił wypłatę pieniędzy dla Ukrainy od rozpoczęcia przez władze tego kraju dochodzenia przeciw demokracie Joe Bidenowi rywalowi Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich.
Prawo amerykańskie nie przewiduje ilu może być oskarżycieli. W procesie przeciwko prezydentowi Clintonowi w 1999 r. republikanie powołali 13 oskarżycieli. Trzech z nich zasiada dziś w Kongresie. Jeden z nich senator Lindsay Graham z Południowej Karoliny oświadczył ostatnio, że tym razem „zamiast przemawiania będę słuchał”.
W czasie rozprawy w Senacie obowiązują ściśle określone reguły zachowania zarówno senatorów jak również obywateli, którzy chcieliby odwiedzić Senat w czasie trwania procesu impeachmentu. Senatorowie obecni na sali w czasie procesu nie mogą posiadać telefonów komórkowych ani żadnych innych urządzeń elektronicznych. Nie wolno im rozmawiać z sąsiadami w ławach senatorskich. Nie wolno im czytać żadnych materiałów nie związanych z toczącym się procesem. Mają obowiązek uważnie słuchać tego co się dzieje na senackiej Sali rozprawy. Republikańska senator z Alaski Lisa Murkowski powiedziała ostatnio: „Cieszę się, że będziemy mogli siedzieć w naszych fotelach i uważnie słuchać co dzieje się na Sali”.
W czasie procesu impeachmentu wprowadzono ograniczenia w dostępie do Senatu nie tylko dla turystów, ale także dla cywilnych pracowników administracji Senatu. Pracownicy biur senatorskich otrzymają trzy wejściówki dziennie na galerię dla publiczności i jedną wejściówkę dla członka rodziny. W czasie trwania procesu w Senacie będą mogły odbywać się wycieczki zwiedzające Kapitol.
Trudno powiedzieć jak długo będzie trwała rozprawa w Senacie. Prawdopodobnie około tygodnia. Nie wiadomo również czy prezydent Donald Trump zechce pojawić się osobiście na rozprawie. Może, ale nie musi.

Tak to tak

Zabawne są te wszystkie nieporadne próby wymigania się od jasnej odpowiedzi , kiedy pada pod adresem polskiego polityka onkretne pytanie, a ten lub ów wije się jak piskorz, żeby tylko nie odpowiedzieć: tak lub nie.

Podobno nie ma głupich pytań; są tylko głupie odpowiedzi. Głupszego porzekadła w życiu nie słyszałem. Są głupie pytania, tak jak i są ludzie, którzy je zadają. Podobno mowa Wasza ma być tak, tak-nie, nie, a wszystko inne od złego pochodzi. Są jednak takie pytania, na które odpowiedź tak lub nie jest cokolwiek niepełna albo wręcz niewłaściwa. Np. pytanie: Czy dawno temu przestał Pan kraść? Jeśli się pyta niezłodzieja, z odpowiedzią może był kłopot. Albo: Słyszeliśmy, że od dawna nie bije Pan już żony? Jeśli adresatem pytania nie jest głowa rodziny, ćwicząca amatorsko boks na najbliższych, to odpowiedź tak lub nie na tak postawione pytanie, stawia indagowanego w mało komfortowej sytuacji. Takich pytań, albo raczej, pułapek retorycznych, jest na szczęście nie za dużo. Proza życia sprowadza się raczej do prostego wyboru: tak lub nie, o ile oczywiście, chcemy mówi prawdę.

Obejrzałem niedawno w telewizji rządowej rozmowę z młodą dziennikarką z prawicowej stacji radiowej. Rzecz tyczyła się reformy sądownictwa. Pani redaktor była bardzo kontent, kiedy pytano się jej o to, jak do spraw związanych z szeroko komentowaną ustawą kagańcową podchodzi w Polsce Pałac Prezydencki. W jej ocenie, to, że ze strony administracji prezydenta i samego prezydenta nie wychodzi do opinii publicznej żaden konkretny głos komentarza w sprawie procedowanych właśnie w Senacie przepisów, jest godny największej pochwały. Mało tego, bardzo jej się podoba podejście rzecznika pana prezydenta, który tak mówi, że wprost niczego nie mówi, ale jednak coś mówi. Tylko nie wiadomo o czym. Te ostatnie, to już moje słowa. Podoba się pani redaktor ta prezydencka artykulacja dlatego, bo nie uchodzi, żeby majestat prezydencki był zmuszany do zajmowania się sprawami małych ludzi w niskiej i wysokiej Izbie. Dla pani redaktor prezydencka bełkotliwość komunikacyjna to wielka cnota i mądrość. Dla mnie to zwyczajna ściema i ucieczka od odpowiedzi. Niczego tak bardzo nie mogę u polityków w Polsce znieść, jak kłamania ludziom w żywe oczy, albo mówienia że coś wiedzą, ale nie powiedzą. I o dziwo, wcale nie prezydenta mam teraz na myśli.

Jest w Senacie marszałek. Nazywa się Grodzki. Strona rządowa poczęła wyciągać mu grzeszki z przeszłości wtedy, kiedy został marszałkiem. Wcześniej piastował również funkcje wysokie, ale niespecjalnie kogokolwiek obchodzące. Kiedy znalazł się na świeczniku, znaleźli się i ludzie, którzy twierdzą, że pan Grodzki, jako lekarz w państwowym szpitalu brał od nich łapówki. Jest nawet ktoś, kto może pod przysięgą potwierdzić to przed sądem. Czemu oskarżenia padają dziś i czym są motywowane, to temat na zupełnie inną rozmowę. Coś należy z nimi zrobić.
Dziwnym też nie jest, że znajdują się dziennikarze, którzy chodzą wokół tematu. I pytają. Taka ich rola. Niektórzy pytają wprost: panie marszałku, są ludzie, którzy twierdzą, że brał pan kasę pod stołem. To prawda czy fałsz? Jakby nie patrzeć, nie jest to pytanie, na które nie można odpowiedzieć: tak lub nie. Na to pytanie, jak najbardziej na miejscu w obliczu zarzutów, należy odpowiedzieć. Zwołać konferencję prasową, wygłosić orędzie w telewizorze, zamówić ogłoszenie w prasie. Jasno postawić sprawę: nie brałem łapówek. Wszystkie tego typu insynuacje są kłamstwem. Albo: tak, zdarzyło mi się wziąć parę groszy i nie wypisać rachunku. Oto moja dymisja. Zamiast tego, mamy obrażanie się na rządowe media, że się czepiają, bo wyciągają trupy z szafy i to do tego w takim stanie rozkładu, że patomorfolog miałby kłopot z pamięcią, a co dopiero zapracowany chirurg.
Ja na to wszystko patrzę, uśmiecham się pod wąsem, którego nie mam, a który w każdej chwili mógłby mieć i czekam cierpliwie, że może w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy i przestanie ściemniać. Powie tylko: tak. Albo powie: nie. Albo nic nie powie. Brak odpowiedzi też jest jakąś odpowiedzią.

Pseudoreformy PiS niczego nie naprawiają

Za rządzących nie możemy odpowiadać. Chodzi nam o to, aby argument siły, czyli posiadania większości mandatów w Sejmie, zamieniony został na siłę argumentów – mówi prof. Marek Chmaj w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Został pan przewodniczącym senackiego zespołu doradców ds. kontroli konstytucyjności. Czym będzie się zajmował?

MAREK CHMAJ: Zespół powołał marszałek Grodzki. Kierując się kwestiami merytorycznymi, wybrał 15 znakomitych naukowców mających bogaty dorobek z zakresu prawa konstytucyjnego i pokrewnych gałęzi prawa. Zadaniem zespołu będzie badanie zgodności ustaw z konstytucją oraz z traktatami unijnymi.

Czyli będziecie zajmować się tym, czym powinien Trybunał Konstytucyjny?

Tak jest. Marszałek chciał, aby niezależny zespół składający się z wybitnych ekspertów badał ustawy, które będą, ale też obowiązują w porządku prawnym RP. Opinie będą wykorzystywane przez marszałka w procesie legislacyjnym przy uwzględnianiu i planowaniu poprawek senatu do ustawy, zaś w przypadku obowiązujących ustaw opinie zespołu będą mogły być wykorzystywane do przygotowywania projektów i zmian nowelizacji ustaw w kierunku nadania im zgodności z polską konstytucją.

Sporo pracy będzie miał zespół…

Zespół jest gotowy do podjęcia pracy. Chciałbym jeszcze podkreślić, że zespół pracuje społecznie, zatem uczestnictwo w składach orzekających, jak również w posiedzeniach plenarnych, jest nieodpłatne. Jedynie osoba, która będzie sporządzała daną opinię, otrzyma honorarium na zasadach obowiązujących dla wydawania opinii w Sejmie i Senacie. To są niewielkie kwoty.

Zajmiecie się też ustawą represyjną, tzw. kagańcową?

Oczywiście, ale ponieważ ustawa ta będzie przedmiotem prac Senatu za dwa tygodnie, to zapewne zrobimy to już, jak wyjdzie z Sejmu i będzie na biurku prezydenta. Chodzi o to, aby nasza opinia była przygotowana merytorycznie i odpowiedzialnie, a nie nocą, na szybko, jak była procedowana w Sejmie. Chcemy, aby opinie zespołu były traktowane stricte merytorycznie. Temu służą zarówno obszerne składy, jak i dobór członków zespołu.

Zespół będzie wykonywał pracę za Trybunał Konstytucyjny, ale to będą tylko opinie niewiążące rządzących w żaden sposób. Można więc założyć, że będą traktowane tak jak opinia Komisji Weneckiej.

Za rządzących nie możemy odpowiadać. Chodzi nam o to, aby argument siły, czyli posiadania większości mandatów w Sejmie, zamieniony został na siłę argumentów. Chcemy merytorycznie i na spokojnie oceniać ustawy, a wyznacznikiem dla nas będzie ich zgodność z konstytucją oraz z traktatami unijnymi. Chcemy pomagać marszałkowi Senatu w jego pracy nad zagwarantowaniem ładu konstytucyjnego.

O odrzucenie ustawy kagańcowej apeluje komisarz na rzecz praw człowieka Rady Europy Dunja Mijatović, Komisja Wenecka zapowiedziała wyjątkowo szybkie wydanie opinii, przed ustawą przestrzega RPO i wiceprzewodnicząca KE Vera Jourová. PiS jest głuchy na te głosy. Co się stanie, gdy przepisy wejdą w życie?

Ta ustawa jest rażąco niezgodna zarówno z polską konstytucją, jak i z traktatami unijnymi, co więcej – narusza też prawo obywatela do niezależnego sądu. Uchwalenie takiej ustawy będzie dramatem. W przypadku sporu z aparatem państwowym w todze sędziowskiej będzie siedzieć sędzia zależny od władzy wykonawczej, od prokuratora generalnego. Taka sytuacja jest szkodliwa dla wszystkich.

A co w przypadku bardziej przyziemnych spraw: spadków, rozwodów? Czy wyrok będzie ważny, jeżeli sędzia, który go orzeknie, będzie mianowany przez neo-KRS?

Jeżeli taki sędzia powołany w wyniku wniosku neo-KRS wyda wyrok rozwodowy, a my później wejdziemy w nowy związek małżeński, to co będzie w sytuacji, kiedy ten wyrok rozwodowy w przyszłości zostanie uchylony? Co z naszym nowym małżeństwem, co z naturalnym zarzutem bigamii, co z trwałością sytemu prawnego? Zapaść w sądownictwie się pogłębia, a okres oczekiwania na wydanie wyroku się wydłuża.

Pseudoreformy PiS-u nie naprawiają niczego. Zreformowano TK – prawie nie funkcjonuje, wzięto się za naprawę SN – jest znacznie gorzej, niż było, sądownictwo powszechne zdaje się coraz bardziej podporządkowane prokuratorowi generalnemu, podobnie jak organy prokuratury.

Jak w to wszystko wpisują się apele CBA, aby zgłaszały się osoby, “które dały się uwikłać w korupcyjny proceder i wręczyły korzyść majątkową”? Chodzi o oskarżenia prof. Grodzkiego.

To jest groteska, bo zamiast prowadzić dochodzenie wokół ustalenia, czy doszło do popełnienia przestępstwa podżegania do złożenia nieprawdziwych zeznań, CBA wzywa do zgłaszania się osób, które hipotetycznie 20 lat temu wręczały łapówki. Nikt nie jest w stanie niczego udowodnić po tylu latach, a nawet gdy hipotetycznie przyjmiemy, że takie czyny miały miejsce, to już dawno uległy przedawnieniu. Wartość dowodowa jest żadna, wartość procesowa również.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan mówi, że jeżeli po wprowadzeniu ustawy kagańcowej zostanie stwierdzone, że nie ma w Polsce niezależnego sądownictwa, może się to wiązać z wykluczeniem Polski ze strefy Schengen. Podziela pan ten pogląd?

Trudno powiedzieć, jakie będą skutki, ale będą dla nas na pewno negatywne. Za łamanie wartości zawartych w traktatach mogą nas czekać tylko negatywne konsekwencje.

Jak ocenia pan to, jak traktowana jest Komisja Wenecka przez rządzących?Wiceminister Warchoł zaprosił członków do muzeum żołnierzy wyklętych, „bo tam można zobaczyć okrucieństwa komunizmu i skutki braku rozliczenia sędziów”.

To przykład totalnego braku szacunku i lekceważenia, a na lekceważeniu kogokolwiek, zwłaszcza reprezentującego tak szacowny organ jak Rada Europy, jeszcze nikt nie wygrał. Lekceważenie i okazywanie braku szacunku świadczy tylko o kulturze danego człowieka i danej władzy.

Wydrukowany senator, czyli pisowscy sędziowie w działaniu

Na kartach do głosowania w Senackim Okręgu Wyborczym nr 2, przy imieniu i nazwisku zgłoszonego przez partię Polska Lewica członka SLD Kazimierza Klimka umieszczono błędnie symbol komitetu wyborczego koalicji Lewica, z przyczyny natury pragmatycznej (pięcioprocentowy sejmowy próg wyborczy zamiast ośmioprocentowego) startującej w wyborach pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Na Klimka zagłosowało 27158 wyborców, zwycięski kandydat Prawa i Sprawiedliwości Krzysztof Mróz wyprzedził startującego z poparciem Lewicy i Koalicji Polskiej kandydata Koalicji Obywatelskiej o 1168 głosów, co stanowiło 5,02 proc. głosów oddanych na sejmową listę Lewicy (23256) w powiatach tworzących Senacki Okręg Wyborczy nr 2 (jaworski, jeleniogórski, kamiennogórski, złotoryjski, Jelenia Góra). Do zwycięstwa Mroza wystarczyło, żeby: po pierwsze, co dziewiętnasty – dwudziesty wyborca Lewicy uznał Klimka za osobę przez nią zgłoszoną (a w obwieszczeniu wyborczym widniało, zgodnie z prawdą, iż Klimek należy do Sojuszu Lewicy Demokratycznej), po drugie, nie zauważył obecności kandydata KO lub pomimo jego obecności postanowił zagłosować na kandydata Lewicy. Oczywiście, decyzje wyborcze powinno się podejmować po uważnym zapoznaniu się z obwieszczeniami, nie zaś na podstawie pobieżnego przejrzenia karty do głosowania. Różnie jednak bywa w rzeczywistości, dotyczy to także części lewicowego elektoratu.
Krajowa Rada Sądownictwa, składająca się w olbrzymiej większości z osób wybranych dzięki poparciu pisowskich posłów i senatorów poprzedniej kadencji parlamentarnej, wyselekcjonowała wszystkich kandydatów do pełnienia urzędu sędziowskiego w nowo utworzonej Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Powołani przez prezydenta Dudę sędziowie stwierdzili niedawno ważność wyborów do Sejmu oraz Senatu. Nikt myślący racjonalnie nie zakładał, rzecz jasna, iż Prawo i Sprawiedliwość zacznie teraz ordynarnie fałszować wybory. Zdarzają się jednak sytuacje niejednoznaczne, takie jak wyżej opisana. Formalnie rzecz biorąc, nie da się wykazać ponad wszelką wątpliwość, że choćby jeden wyborca zagłosował niezgodnie ze swoją wolą z powodu błędu drukarskiego. Sąd ma oczywiście prawo przeprowadzenia tak zwanego dowodu z zeznań świadków, ale zeznać można niemal wszystko, niekoniecznie zgodnie ze stanem rzeczywistym. Jest jednak wynik wyborów z 2015 roku, w których startujący w tym samym okręgu, zgłoszony przez komitet wyborczy Obywatele do Parlamentu Kazimierz Klimek zdobył 6063 głosy (5,93 proc.), podczas gdy w 2019 roku 27158 głosów (21,58 proc.). Nie da się sensownie wyjaśnić skali tej różnicy ponad dwudziestu tysięcy głosów oraz kilkunastu punktów procentowych inaczej, niż zespolonym efektem informacji z obwieszczenia wyborczego o przynależności Klimka do SLD w połączeniu z niewłaściwym symbolem komitetu wyborczego na karcie do głosowania.
Byłoby chyba przesadą liczenie na to, że senator Mróz uniesie się honorem i zrezygnuje z mandatu senatorskiego, umożliwiając ponowne przeprowadzenie wyborów, w których znów wystartuje. Myślę, iż w podobnej sytuacji nie oczekiwalibyśmy takiego postępowania od lewicowego senatora. Zastanawiam się jednak, jaki będzie komfort wykonywania mandatu senatora przez osobę, która zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że niemal na pewno zawdzięcza swój sukces błędowi drukarskiemu. Kibice sportowi nazywają nieuczciwe sędziowanie drukowaniem, a wynik tak sędziowanego meczu określają jako wydrukowany. Okazuje się, iż można być również, w nieco innym znaczeniu tego sformułowania, wydrukowanym senatorem. Co ciekawe, przed czterema laty Mróz (wtedy jedynie wieloletni działacz etatowy Prawa i Sprawiedliwości, radny Jeleniej Góry) wygrał wybory uzyskując zaledwie 31,08 proc. oddanych głosów, zawdzięczając zwycięstwo rozdzieleniu się poparcia pozostałych wyborców na pięciu innych kandydatów. Przy takim szczęściu Krzysztof Mróz powinien koniecznie zagrać w jakąś grę liczbową. Mógłby też ewentualnie typować wyniki rozgrywek polskich gier zespołowych. Tylko sędzia musiałby być z PiS-u.

Zawiedzeni wyborcy, stracone głosy

Do napisania poniższych refleksji skłonił mnie artykuł Andrzeja Namysłowskiego „Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?” zamieszczony w numerze 244-245 „Dziennika Trybuna”.

Tytuł zawiera tezę, że wybory partiom opozycji powiodły się i z tym nie zamierzam polemizować. Autor jest łaskaw podkreślać przede wszystkim sukces opozycji we wspólnej walce o przewagę w Senacie. Tu też trudno o polemikę, jednak zwrócić uwagę należy, że tak nowe PSL, jak i lewica oraz kandydaci niezależni dołożyli do senackiego sukcesu co prawda niewiele, to jednak gdyby tej grupy senatorów nie było, to PiS zachowałoby przewagę w Senacie, a marszałek Karczewski nadal mieszkałby w strzeżonej służbowej willi.

Przypomnę, że „pakt senacki” de facto polegał na wypełnieniu przez kandydatów lewicy i PSL miejsc na listach w tych okręgach, w których Koalicja Obywatelska nie wystawiła reprezentantów. Nie była to wolna wola ludowców i lewicy, ale wynik negocjacji zwieńczonych tzw. „paktem senackim”. We wszystkich okręgach startowali więc kandydaci PiS mając przeciwko sobie jednego kandydata wspieranego przez KO, PSL i porozumienie sygnowane szyldem SLD. Ponadto w niektórych okręgach startowali tak zwani kandydaci „niezależni” z własnych komitetów.

PiS uzyskał 48 mandatów, KO 43, nowe PSL 3, lewica 2 i niezależni 4. Ta czwórka niezależnych pokonała więc nie tylko kandydata PiS, ale też kandydata wystawionego w uzgodnieniu partii opozycji. Jeden okręg wszakże był wyjątkowy – sądecko-gorlicki – gdyż tam opozycja nie wystawiła swego kandydata. W szranki stanęli dwaj politycy o PiS-owskiej proweniencji. Pierwszy, z własnego komitetu, to były senator z kilkunastoletnim stażem w PiS, z tej partii niedawno usunięty; drugi – jego były asystent i kierowca, o połowę krótszym stażu partyjnym, ale za to wskazany przez PiS. W ramach rozmów o „pakcie” SLD zgłaszało swego kandydata, którego nazwisko raz po raz podchwytywały media. Przecieki przemiennie podawały siedem nazwisk kandydatów lewicy (w tym kandydata z Sącza), innym razem raz tylko sześć, już bez tego nazwiska. Ostatecznie stanęło na sześciu. Do miejscowej prasy przeciekły wypowiedzi szefa powiatowych struktur PO, który namawiał do niewystawiania kandydata opozycji, a cichego wspierania „buntownika” przeciwko nominatowi PiS. Jak widać przekonał władze centralne wszystkich układających się stron. Być może miał to być współczesny „eksperyment sądecki”. Nie powiódł się.

Autor przywołanego artykułu snuje rozważania, jak mogłyby się ułożyć wyniki wyborów do Sejmu, gdyby zaistniał także opozycyjny „pakt sejmowy”. Nie jestem zwolennikiem rozważania co by było gdyby, odnotuję więc tylko, że wedle jego obliczeń opozycja uzyskała by o siedem mandatów więcej, w tym jeden w Nowym Sączu. To skłoniło mnie do próby znalezienia odpowiedzi, co mogłoby się zdarzyć, gdyby jednak walka o prawo startu kandydata z lewicy w Sączu była skuteczna. Nie ma oczywiście jednoznacznej, sprawdzalnej, odpowiedzi na takie pytanie, jak zmieniłoby to wynik rozgrywki pomiędzy dwoma reprezentantami tak naprawdę kandydatami PiS. Trudno bowiem od kilkukrotnego senatora szyld PiS-u odłączyć. Sądecczyzna była – powtórzmy bo to ewenement – jedynym okręgiem w kraju, w którym opozycja nie wystawiła kandydata. Dlatego właśnie był to jedyny okręg z niespotykaną nigdzie indziej tak dużą ilością głosów nieważnych – blisko 20 tysięcy. W powiecie sądeckim, gorlickim i w mieście Nowy Sącz (czyli w okręgu senackim) kandydaci do Sejmu z PO, PSL i SLD zdobyli nieco ponad 55 tysięcy głosów; kandydaci Konfederacji prawie 13 tysięcy. Czy te blisko 70 tysięcy – otrzymałby opozycyjny kandydat do Senatu? Na pewno tak. Czy dostałby ich więcej? Zapewne. Czy wygrałby? Może tak, a może nie, ale szansy ku temu nawet nie stworzono.

Na koniec cytat z Gazety Krakowskiej z 25 października 2019: „Po publikacji wyników wyborów, a zwłaszcza ilości głosów nieważnych, w komentarzach wiele osób przyznało się, że oddało pusty głos. Inni dopisywali adnotację „żaden”. Były też zarejestrowane przypadki, że wyborcy po odebraniu karty z nazwiskami do Senatu, chcieli ją zwrócić. […] elektorat opozycji był rozczarowany, że nie miał swego kandydata.” Tak więc nie o ten jeden, nie całkiem pewny, mandat z Sądecczyzny mi chodzi, nie o zawiedzione nadzieje niedoszłego kandydata, a o kilkadziesiąt tysięcy zawiedzionych wyborców pozostawionych bez możliwości głosowania zgodnie z przekonaniami.

A poza tym, należy gratulować partiom lewicy nie tylko wejścia do Parlamentu, po czterech latach nieobecności, ale skali tego sukcesu. Choć, jak z powyższego wynika, w zasięgu były jeszcze dwa prawdopodobne mandaty z Sądecczyzny, jeden do Sejmu, drugi do Senatu.

Oni po prostu tacy są

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości.
Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna.

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości. Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna. W pociągu TLK relacji Poznań-Warszawa spotkałem faceta zagłębionego w lekturze „Do Rzeczy”. Ja miałem „Politykę”. Co w tym nadzwyczajnego, powiecie, ludzie czytają różne tygodniki? A jednak spostrzegłem coś ciekawego: obaj czytaliśmy o tym samym – o marszałku Senatu. Wymieniliśmy się gazetami. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, co do powiedzenia na temat Tomasza Grodzkiego mają Kamila Baranowska i Rafał Kalukin. Wymieniliśmy następnie uwagi, po czym wróciliśmy do swoich myśli. I wtedy bum! Doznałem tej iluminacji. Zrozumiałem, jaki jest cel projektu politycznego pt „Tomasz Grodzki – marszałek Sejmu”.
Tomasz Grodzki, kombinowałem, jest odpowiedzią Platformy Obywatelskiej na ofensywę z lewej strony sceny politycznej. Schetyna wie co najmniej od eurowyborów, że nie jest w stanie zastopować epatującej energią, pomysłowością i zandbergowską świeżością Lewicy, a więc porzuca tę stronę i skupia się na walce o inne sektory rynku wyborczego. Najpierw skupił uwagę elektoratu PO na konserwatystce Kidawie-Błońskiej, teraz do gry wchodzi dystyngowany pan lekarz. Podczas orędzia oznajmia, że zamierza przynieść ulgę zmęczonym polityczną awanturą. Wyważony, spokojny, odpowiedzialnie szafujący słowem. On zna lekarstwo na choroby polskiego parlamentaryzmu. Zamierza być uczciwy. Nie to, co inni. Nie jest totalniakiem, to człowiek gotowy do współpracy, dla dobra Polski. Mówi z sensem, dlaczego mielibyśmy mu nie wierzyć? W końcu facet to nieskażony uczestnictwem w tzw. wielkiej polityce. Dobra, swojego czasu postulował prywatyzowanie szpitali, ale wieść o tym nie rozeszła się poza bańkę lewicową oraz prasę skrajnie prawicową, rozpłynęła się w masie doniesień wokół kampanii.
Teraz Grodzkiego ma szansę poznać szersze grono odbiorców. Wiadomo więc już, że jest również przykładnie konserwatywny. Ale ze zdrowym rozsądkiem, Przeciwnik aborcji, och przepraszam zwolennik kompromisu. In vitro? Oczywiście. Związki partnerskie? Tak, bo najwięcej z nich tworzą kobieta i mężczyzna. Marihuana? Dla pacjentów, nie dla ćpunów. Wolnorynkowiec. Model szwedzki? Przecież tam pożoga i upadek obyczajów. A zatem Grodzki to idealne narzędzie do otwarcia Platformy Obywatelskiej na elektorat centrum i umiarkowanie konserwatywny. Sprytne kierownictwo wie, że o tę grupę musi teraz rywalizować nie tylko z PiS i Porozumieniem, ale również z PSL. Skażona aferami partia sięga po człowieka budzącego zaufania i robiącego wrażenie wiarygodnego. Kierownictwo PO wie też, że PiS będzie w tej kadencji tracić, a więc wykonuje gest otwarcia na elektorat prawicowy. Mądre i racjonalne, prawda?
Ukąszenia mądrości mają jednak to do siebie, że nie zawsze prowadzą do mądrości. Wydaje się, że nadeszło zrozumienie, a jednak gówno nadeszło. Tak było i w tym wypadku. Kiedy akcja przeniosła z PKP do warszawskiego mieszkania, nadeszło opamiętanie.
Dlaczego w ogóle Platforma Obywatelska miałaby wykrzesać z siebie spójny i racjonalny przekaz zorientowany na konkretny cel? Przecież nie potrafiła tego zrobić przez 18 lat istnienia. Partia, która rządziła przez dwie kadencje, nie była w stanie stworzyć choćby zrębów warunków do utrwalenia własnego panowania. Kompletnie nie potrafiła przez ostatnie lata rządów czytać nastrojów społecznych, otwierała pola konfliktu, zaniedbywała nabrzmiałe problemy, raziła arogancją. Jako opozycja też nie miała też na siebie pomysłu, dając tylko nieco bardziej sprawnemu politycznie PiSowi pole do popisu. Jakie wartości w ogóle są ważne dla jej polityków? Żadne. Co ich napędza w polityce? Odmawianie innym prawa do stabilności? Pogarda klasowa? Chyba raczej poczucie wyższości, świadomość tego, że są w społeczeństwie ludzie ubożsi od nich, a więc w ich przekonaniu głupsi. To daje im moc.
Znajoma, która miała okazję objechać kraj z działaczami PO, opowiedziała mi, jak zachowywali się wobec zwykłych ludzi. Oto przyjechałem ja, ważny pan poseł, zrobiłem to dla was, ruszyłem się z Warszawy, żeby tu z wami posiedzieć, więc doceńcie to robaki i nie zawracajcie mi dupy Waszymi pierdołami. Sam zaś byłem świadkiem, jak posłanka Joanna Mucha, podczas debaty zorganizowanej przez Kulturę Liberalną utyskiwała, że spotkania z wyborcami to niebezpieczna sprawa, bo ludzie są niemili, a i agresywni bywają. Ciekawe czemu, prawda? I dlaczego partia złożona niemal wyłącznie z ludzi o takim podejściu miałaby teraz błysnąć genialnym ruchem z marszałkiem Grodzkim?
Otóż nie błysnęła. Wybrali Grodzkiego, bo się jako tako nadawał, dobrze się prezentuje, ma tytuł profesorski i był do tej pory człowiekiem spoza. W sprawach światopoglądowych jest odbiciem linii partii. Rafał Kalukin z „Polityki” który twierdzi, że „za sprawą marszałka Grodzkiego i senackiej większości zdarzyła się szansa na wyeksponowanie odmiennego porządku wartości, nowej wrażliwości i języka. A to już spory kapitał do przyszłej zmiany politycznej”, zaniemógł na przypadłość, która przydarza się czasem każdemu komentatorowi politycznego – potrzebę odnalezienia misternego planu, racjonalnego schematu działania, którego błyskotliwą dekonstrukcję można potem roztoczyć przez czytelnikami. Tu nie ma żadnego planu, oni po prostu tacy są.

Skrobanie PiS

Kiedy tylko parlament zorganizuje się, opozycja zacznie skrobać rządzącą większość. Systematycznie i dotkliwie, bo tym razem z obu stron.

Kreująca się na najbardziej antysystemową formację polityczną Konfederacja zacznie skrobać rządzącą PiS z prawej strony.

Testować zgodność głoszonych przez elity PiS ideowych deklaracji z ich parlamentarnymi czynami. Będzie podsuwać PiS – owskim marszałkom projekty ustaw wprowadzających w życie głoszoną przez elity PiS kontrrewolucję narodowo-katolicką. Kontrrewolucję tym razem bezkompromisową.

Zatem jeśli postulujemy zakaz aborcji, to wprowadzamy z życie zakaz absolutnie pełen, bez żadnych jego wyjątków.

Jeśli ogłaszamy krucjatę przeciwko „ideologii LGBT” albo islamskim migrantom, to nie może ona się kończyć na efekciarskich debatach w mediach. Oznaczać ma całkowite wykluczenie ideowych wrogów prawicy z wszelkiego życia publicznego.

Dodatkowo Konfederaci mają szansę zostania efekciarskimi reprezentantami ideologii ortodoksyjnego liberalizmu gospodarczego. Stale atakującymi PiSowskie pomysły wprzęgania instytucji państwa w działalność gospodarczą, kreowania nowoczesnego przemysłu przez agencje rządowe.

Jednocześnie obecna znów w parlamencie lewica zacznie skrobać politycznie PiS od lewej, socjalnej strony.

Skoro PiS tyle pomocy państwa wyborcom naobiecywał, skoro prominenci PiS przysięgali publicznie, że pieniądze na „socjal” dla wszystkich obywateli w budżecie państwa są i nadal będą, to niech teraz nadejdzie ten obiecany przez nich „dzień wypłaty”.

I zaraz to co pan prezes Kaczyński w czasie kampanii wyborczej naobiecywał, lewica zapisze w formie projektów ustaw. Przekaże je marszałkom PiS, aby poddali je pod sejmowe debaty i głosowania.

W szranki z konfederatami o miano najbardziej ideowych Polaków-katolików staną zapewne ludowcy/kukizowcy. Oni też chętnie udowodnią miałkość ideową rządzącego PiS i swój narodowy i katolicki pryncypializm.

Najtrudniej będzie odnaleźć się ideowo w tym froncie skrobiącym PiS parlamentarzystom z PO. Ale coraz dłuższa ich opozycyjna kwarantanna będzie sprzyjać odzyskiwaniu przez nich wiarygodności.

Skrobanie polityczne PiS byłoby nieskuteczne gdyby nie opanowany przez opozycję Senat. To prawda, że Senat nie może odrzucić ustaw forsowanych przez sejmową większość. Ale może przez przynajmniej miesiąc wnikliwie i publicznie debatować o ich treściach skutkach. Zwłaszcza szkodliwych skutkach. I trudno będzie takie wyciszyć senackie debaty grupie trzymającej władzę.

Senat ma też inicjatywę ustawodawczą. To sprawia, że powszechna w poprzedniej kadencji Sejmu i Senatu praktyka przetrzymywania w marszałkowskich szafach, przysłowiowych „zamrażarkach”, opozycyjnych projektów ustaw nie uda się w tej kadencji.

Senat będzie nie tylko surowym recenzentem sejmowych projektów, ale też aktywnym miejscem pracy politycznej. Tworzącym rozwiązania alternatywne wobec projektów PiS. Tak aktywny, opozycyjny Senat będzie przyprawiał wielki ból konstytucyjnej głowie państwa polskiego. Panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Przemawiając podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu RP pan prezydent Duda rozpoczął swą kampanię wyborczą. Zaprezentował się jak „Prezydent Wszystkich Polaków”. Istny gołąbek politycznego pokoju. Przewidując, że tylko w takim kostiumie politycznym może dalej powalczyć o drugą kadencję.

Jednak w trójkącie: kaczystowski Sejm RP, opozycyjny, demokratyczny Senat RP i prezydent RP, nie ma miejsca na takiego neutralnego prezydenta.

Dlatego pan prezydent Duda będzie musiał wspierać kaczystowski Sejm RP, wchodzić w konflikt z „demokratycznym” Senatem RP. To przyhamuje nieco opozycyjną działalność Senatu, ale też zmniejszy szanse pana prezydenta na jego reelekcję.

Chyba, że pan prezydent wreszcie zbuntuje się przeciwko swemu panu prezesowi.

Wszelkie znaki na ziemi wskazują, że czeka nasz kraj spowolnienie gospodarcze. Już w wielu jego regionach, w samorządach brakuje pieniędzy na bieżącą działalność i jednoczesne wypełnianie obietnic wyborczych. Tych publicznie obiecanych „piątek”, „szóstek”, „jarkowych”.

Wielce licznych, bo elity PiS pragnąc parlamentarnej większości, licytowały je. I złożyły ich stanowczo za wiele. Pragnąc aby ich partia zagospodarowała nie tylko posiadaną już ideową prawicę, ale przede wszystkim, też liczne, pragmatyczne centrum polskiej sceny politycznej.

Systematyczne skrobanie PiS, z tej prawej strony, i z tej lewej strony, sprawić może, że zwolenników partii pana prezesa Kaczyńskiego zacznie stopniowo ubywać. Zwłaszcza kiedy sejmowa większość PiS będzie zmuszona odrzucać podsyłane jej przez opozycję ustawy zawierające PiS – owskie obietnice wyborcze. W imię ocalenia jak najmniejszego deficytu budżetowego.

Walcząc z opozycyjną sforą lewacko – narodowo – patriotyczno – konfederacką, pan prezes Kaczyński nieraz zatęskni za poprzednią kadencją Sejmu i Senatu. Kiedy przed sobą miał tylko demokratyczno – liberalną opozycję z PO, która łatwo mógł tłuc narodowo – katolicką, medialną pałką.

Czarne dni dopiero przed nim. Jeśli zjednoczona opozycja wygra przyszłoroczne, wiosenne wybory prezydenckie, jednocząc się wzorem senackim, to wówczas pan prezes Kaczyński może rzeczywiście poczuć się wyskrobywanym.

Lewica powróciła do parlamentu

Cześć i chwała autorom sukcesu.

Przez ostatnie cztery lata namiastką lewicowości w polskim parlamencie była niewielka grupa startujących z list Platformy Obywatelskiej posłów i senatorów o umiarkowanie lewicowych bądź centrolewicowych przekonaniach politycznych. W niedawno przeprowadzonych wyborach do Sejmu formacja lewicowa zdobyła 49 mandatów poselskich, uzyskując 12,56 proc. głosów – o prawie 1,5 punktu procentowego więcej od zsumowanego wyniku obu list lewicowych z 2015 roku, pomimo tego, że Zieloni oraz część ugrupowań i działaczy środowiska lewicowego przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej. Do Senatu lewica powróciła właściwie po czternastoletniej przerwie. Jedynym wyjątkiem był na przestrzeni niespełna roku Władysław Mańkut, który w 2006 roku wygrał wybory uzupełniające, pokonując przy kilkuprocentowej frekwencji wszystkich pozostałych kandydatów. Mamy dwóch senatorów – co szczególnie istotne, będących częścią koalicji większościowej w izbie wyższej. Prawu i Sprawiedliwości nie pomogła nawet determinacja oczekiwania na śmierć Kornela Morawieckiego. Gdyby Morawiecki zmarł o kilka godzin później (a może nawet o kilkadziesiąt minut później), PiS nie zdążyłby zarejestrować kolejnego kandydata w okręgu wyborczym nr 59, senatorem zostałaby osoba zgłoszona przez Polskie Stronnictwo Ludowe lub osoba zgłoszona przez Kukiz’15.
Słowa uznania należą się Włodzimierzowi Czarzastemu i jego współpracownikom. Po wystawieniu w wyborach prezydenckich tak fatalnego kandydata jak Magdalena Ogórek, bezpośrednio po zakończeniu się kampanii wyborczej, w znacznej części badań sondażowych notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej kształtowały się na poziomie 2 – 3 proc., w najkorzystniejszych sondażach oscylowały wokół pięcioprocentowego progu wyborczego. Pierwszy raz w dziejach III RP, mającej swe korzenie w okresie PRL-u lewicy groziło zejście ze sceny politycznej. Nowe władze SLD doprowadziły do systematycznego wzrostu poparcia partii, w pewnym momencie osiągającego w sondażach średnią wartość rzędu 7 – 8 proc., dopiero po powstaniu Koalicji Obywatelskiej część lewicowego elektoratu postanowiła wspomóc silniejszego przeciwnika rządzącego ugrupowania i wspomniana średnia wartość obniżyła się do 6 – 7 proc.
Słowa uznania należą się Robertowi Biedroniowi i jego współpracownikom. Utworzenie lewicowo-liberalnej partii Wiosna zmobilizowało część nieuczestniczących wcześniej w głosowaniach wyborców oraz pozwoliło na przejęcie pewnej grupy osób z elektoratu KO. Z różnych powodów nie wyglądało to najlepiej na początku – nowa partia często budowała swoje struktury terenowe nakłaniając do zmiany barw lokalnych aktywistów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosna przejęła oczywiście również część eseldowskiego elektoratu, obniżając średnie notowania sondażowe SLD poniżej progu wyborczego (4 – 5 proc.), czego konsekwencją podczas wyborów byłby wynik grubo poniżej możliwości formacji lewicowej, wskutek rozdzielenia się głosów wyborczych pomiędzy różne lewicowe listy. Później jednak notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej zaczęły się poprawiać, a utworzenie koalicji Lewica całkowicie zdezaktualizowało wspomniane wyżej zagrożenia.
Słowa uznania należą się kolektywnemu kierownictwu Lewicy Razem. We władzach tej partii zaczął od pewnego momentu narastać zdroworozsądkowy pragmatyzm. Lewica Razem uzmysłowiła sobie ostatecznie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie jest w stanie funkcjonować na polskiej scenie politycznej jako samodzielna siła. Uzmysłowiła sobie również, iż atakowanie najsilniejszego ugrupowania lewicowego w naszym kraju (niezależnie od słuszności krytyki niektórych posunięć SLD w przeszłości) nie było najlepszym pomysłem na budowanie własnej popularności, a największym i wspólnym przeciwnikiem jest prawica. Myślę, że wpływ na zmianę podejścia władz Lewicy Razem, partii powszechnie znanej z ideowości jej działaczy, mogła mieć stopniowo nasilająca się współpraca różnych organizacji lewicowych podczas skierowanych przeciwko obecnemu obozowi władzy akcji politycznych, co zapewne pozwoliło członkom Lewicy Razem na nabranie przekonania o autentycznej lewicowości zdecydowanej większości członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Szkoda tylko, iż na listach wyborczych do Sejmu nie znaleźli się niektórzy popularni politycy związani z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Interpretacja tego faktu wydaje się oczywista. W zdecydowanej większości okręgów Lewica miała realne szanse uzyskania 1 – 2 mandatów. Rozdzielenie się głosów wyborców SLD na kilku znanych kandydatów zmniejszyłoby ilość posłów reprezentujących tę partię. Zasadniczo jednak najistotniejszy powinien być wynik listy. W okręgu wyborczym Siedlce do kolejnego mandatu poselskiego zabrakło nam 0,18 punktu procentowego (posłem zostałaby Dorota Olko zamiast Macieja Górskiego z PiS), w okręgu wyborczym Warszawa I zabrakło 0,13 punktu procentowego (Anna Tarczyńska zamiast Małgorzaty Gosiewskiej z PiS), w okręgu wyborczym Gdańsk zabrakło 0,30 (0,23 przy założeniu przejęcia części elektoratu Koalicji Obywatelskiej) punktu procentowego (Jolanta Banach zamiast Jerzego Borowczaka z KO). Z drugiej strony, trudno oczekiwać od władz Sojuszu Lewicy Demokratycznej nadprzyrodzonego daru przewidywania, na których listach warto było umieścić dodatkowo osobę formatu na przykład profesora Tadeusza Iwińskiego.
Gdyby w 2015 roku Zjednoczona Lewica nie zarejestrowała się jako koalicja, podwyższając sobie próg wyborczy do ośmiu procent, miałaby 29 posłów, w tym 23 związanych z SLD. Jedenaście spośród tych dwudziestu trzech osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Lewicy (Sekuła-Szmajdzińska, Dyduch, Gawkowski, Wontor, Senyszyn, Czarzasty, Szejna, Tomaszewski, Ajchler, Kretkowska, Wieczorek), dwie inne przed kilkoma miesiącami zostały europarlamentarzystami Sojuszu Lewicy Demokratycznej (Miller, Balt). Pięć kolejnych spośród wspomnianych dwudziestu dziewięciu osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Koalicji Obywatelskiej (Tracz, Haidar, Joński, Nowacka, Piekarska).
Obecny elektorat Lewicy nie jest w całości lewicowy, częściowo jest lewicowo-liberalny. Wśród wyborców poniżej 30. roku życia obserwujemy olbrzymią nadreprezentację głosujących na koalicję lewicową, w kolejnych przedziałach wiekowych odsetek głosujących na to ugrupowanie systematycznie się obniża. Partie lewicowe tradycyjnie miały największe poparcie w miastach od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, poparcie dla koalicji lewicowej rośnie w miarę zwiększania się populacji miejsc zamieszkania wyborców, osiągając najwyższe wartości w miastach powyżej 500 tysięcy mieszkańców. Lewica uzyskała poparcie poniżej średniej ogólnokrajowej w tak zazwyczaj lewicowych okręgach wyborczych jak Wałbrzych i Elbląg. Odsetek robotników głosujących na koalicję lewicową był prawie dwukrotnie niższy od średniej ogólnokrajowej.
Pod względem odsetka wyborców głosujących na zwycięskie ugrupowanie, Prawo i Sprawiedliwość ustanawiało rekordy III RP w wyborach do sejmików, do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu, w tych ostatnich uzyskując 43,59 proc. głosów, o sześć punktów procentowych więcej, niż w roku 2015. Sytuacja PiS-u w Sejmie nie wygląda jednak tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Nie ma już rezerwuaru pod postacią wybranych z list Kukiza’15 czterdziestu dwóch posłów, których część można było zawsze pozyskać w celu poszerzenia sejmowej większości. Ponieważ tym razem lewica i skrajna prawica przekroczyły próg wyborczy, Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 235 mandatów, dokładnie tyle, co poprzednio. To oczywiście większość bezwzględna, ale wynikająca w dużym stopniu ze specyfiki systemu przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie. Przy zastosowaniu wielu innych systemów antypisowska opozycja uzyskałaby bezwzględną lub względną większość. Wystawiająca, z przyczyn taktycznych, trzy listy opozycja antypisowska zdobyła w sumie 48,51 proc. głosów, o prawie pięć punktów procentowych więcej od PiS-u. Większości sejmowe w III RP miały z reguły poparcie poniżej 50 procent głosujących, niekiedy nawet poniżej 40 procent, ale nigdy partie tworzące większość sejmową nie przegrywały pod tym względem ze współpracującą ze sobą podczas wyborów częścią opozycji. Zdecydowanie lepiej, niż przed czterema laty, wypadło w dodatku Porozumienie, partia Jarosława Gowina, którą reprezentować będzie 18 posłów. Nie twierdzę, rzecz jasna, że poniższa koalicja mogłaby powstać, ale jeśli zsumujemy mandaty poselskie Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej, Mniejszości Niemieckiej i Porozumienia, otrzymamy wartość 232 – większość bezwzględną. Kaczyński i Gowin na pewno też już to obliczyli.

Senat odzyskany

Spośród nowo wybranych senatorów 48 reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, 51 związanych jest z ugrupowaniami antypisowskiej opozycji.

Prawo i Sprawiedliwość uzyskało aż 9 z 42 mandatów województw północnej i zachodniej Polski, w tym 4 na Dolnym Śląsku. Dziesiąty mandat zdobyła Lidia Staroń, w przeszłości wieloletnia działaczka Platformy Obywatelskiej, obecnie kojarzona bardziej z PiS-em. Opozycja antypisowska wygrała za to w 8 z 13 okręgów województwa śląskiego, a ponadto w 2 okręgach podwarszawskich oraz Lublinie, w których to okręgach faworytem było Prawo i Sprawiedliwość. O naszym wyborczym sukcesie przesądziły Śląsk, aglomeracja warszawska i Lublin.
W senackiej beczce miodu jest jednak lewicowa łyżka dziegciu. Niewielka partia Polska Lewica wystawiła swoich kandydatów w trzech okręgach wyborczych, w dwóch z nich niemal na pewno zdecydowało to o zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości, między innymi kosztem znanego działacza SLD Jerzego Wenderlicha. Trudno sobie odpowiedzieć sensownie na pytanie, jaki interes miało niemające szans na zdobycie mandatu (co najwyżej w okręgu, w którym zdobyło ponad 21,5 proc. głosów), lewicowe ugrupowanie w zwiększaniu prawdopodobieństwa sukcesu PiS-u. Posiadanie 53 senatorów w olbrzymim stopniu stabilizowałoby większość bezwzględną w Senacie, praktycznie przesądzając o jej utrzymaniu do końca kadencji.
Senat może rozpatrywać uchwaloną przez Sejm ustawę w okresie 30 dni od jej przekazania z Sejmu. Skończyło się przepychanie projektu ustawy przez parlament w ciągu kilkunastu godzin. Komfort sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość zmniejszył się, nie tylko zresztą z powyższych powodów. A w przyszłym roku czekają nas wybory prezydenckie…