Będzie „bezpiecznik demokracji”?

Pakt senacki między liberałami a koalicją Lewica stał się faktem. Pierwsze sugestie Lewicy, by nie zwalczać się nawzajem w wyborach do Senatu, Koalicja Obywatelska zignorowała. Ostatecznie jednak stronnictwo Schetyny i PSL zaakceptowały pomysł walki wyłącznie przeciw PiS, a nie przeciw stronom paktu.

W piątek, po kolejnej turze negocjacji na linii KO-Lewica w sprawie paktu senackiego, panował już ostrożny optymizm. Robert Tyszkiewicz z Platformy Obywatelskiej mówił o „dobrym spotkaniu” i o tym, że kwestie podzielenia się okręgami oraz doboru kandydatów zostały już przedyskutowane. Krzysztof Gawkowski z Wiosny zapewniał, że podczas rozmów panowała pozytywna atmosfera.
Całość postanowień paktu ma zostać przedstawiona opinii publicznej w poniedziałek, ale już w sobotę na Twitterze Lewicy pojawił się wpis świadczący o tym, że „pozytywna atmosfera” faktycznie przełożyła się na porozumienie. Nie tylko Lewica i Koalicja Obywatelska, ale też PSL nie będą wystawiać przeciw sobie kandydatów w okręgach jednomandatowych w wyborach do Senatu. Wierzą, że daje to realną szansę na uzyskanie kontroli nad izbą.
Jedyną kwestią, która łączy – przypadkowych – sojuszników, jest w istocie walka z PiS: obserwatorzy polskiej sceny politycznej jeszcze pamiętają, jak PSL odżegnywało się od wszelkiej współpracy z lewicą, choćby w ramach wielkiej (czyli bezideowej) koalicji. W komentarzach działaczy SLD w mediach społecznościowych nie widać obawy, czy po zawarciu takiego układu Lewica nie będzie postrzegana jako przystawka do silniejszej KO. Działacze raczej triumfują, zapowiadając, że odwojowany Senat stanie się „bezpiecznikiem demokracji” i narzędziem kontroli rządu PiS (z tym, że właśnie narodowo-katolicka prawica wygra, zdaje się, już się pogodzili).
Dziś rady krajowe organizacji, które weszły do Koalicji Obywatelskiej, zatwierdzą listy kandydatów z jej ramienia do obu izb parlamentu. Wtedy też dowiemy się, w których okręgach jednomandatowych do senatu wystartują liberałowie, a w których – koalicja Lewica.

Łączenie kropek Ważny tunajt

Nie wierzę w przypadki. Rzadko też daję wiarę szczęśliwym zbiegom okoliczności. Zwłaszcza w polityce. Może właśnie dlatego staram się wszędzie szukać drugiego dna i zadawać niewygodne pytania. Najczęściej samemu sobie. Niektórzy nazywają ten stan umiłowaniem dla spiskowej teorii dziejów. Czasami jednak kropki zostawione między A i Z są na tyle dorodne i wyraźne, że naiwnością byłoby wierzyć, że znalazły się tam przypadkiem.

W czasie kiedy piszę ten tekst, nie wiem jeszcze, czy marszałek Kuchciński wciąż jest marszałkiem. Na 12 w południe przewidziana jest konferencja naczelnika Kaczyńskiego, na której może poświęcić Kuchcińskiego przed wyborami, choć jak wieszczy kolega Nizinkiewicz z „Rzepy”, nie zrobi tego w imię lojalności i oddania, z jakim marszałek w latach ciężkiej próby mu służył, ale ja w to nie do końca wierzę. W tę lojalność właśnie. Mam wrażenie, że jest sporo spraw, o których prezes wie, a marszałek, było nie było, druga osoba w państwie, nie do końca mu mówi.
2 sierpnia wiesza się w celi na Białołęce Dawid „Cygan” Kostecki, bokser, rodem z Rzeszowa, skazany m.in. za kradzieże, rozboje i sutenerstwo. Karę więzienia denat odbywa do tego czasu w Rzeszowie, ale na czas procesu o pobicie z lat 2007-2008, w którym miał być świadkiem, zostaje przewieziony do Warszawy. Nie jest żadną tajemnicą, że Dawid Kostecki ma ogromną wiedzę na temat tzw. „afery podkarpackiej”, w której to główne role odgrywają ukraińscy bracia R. oraz politycy i duchowni, filmowani rzekomo przez nich i ich ludzi w czasie schadzek z prostytutkami na terenie Podkarpacia. Dawid Kostecki działa w konkurencji do braci R. Nie przepadają za sobą. Pewnego dnia „Cygan” trafia do szpitala i wychodzi śmierci spod kosy. Media podają, że była to nieudana próba samobójcza, ale ślady wskazują na ciężkie pobicie. Pobić się samemu na śmierć? Wypadek z drugiego sierpnia prokuratura kwalifikuje jako udaną już próbę samobójczą. Dawid Kostecki wiesza się w celi na sznurze z prześcieradła. Zadzierzga sobie pętlę na szyi leżąc jednocześnie w łóżku i nie wychodząc spod koca, czym nie wybudza ze snu współosadzonych. Od 2 sierpnia próbuję to sobie wyobrazić; jak można się powiesić w łóżku w pozycji horyzontalnej. Dawid Kostecki jest już trzecią ofiarą „podkarpackiej afery”. W inetrnecie krąży, a może już nie, odtajnione albo shakowane przez internautów przesłuchanie rzeszowskiego agenta CBA, który o „aferze podkarpackiej” powiadomił m.in. Zbigniew Ziobrę, przed posłami z komisji ds. służb. Wiarygodność zeznań to oczywiście inna sprawa, niemniej, w trakcie swobodnej wypowiedzi świadek zeznaje, że taśmy matki z nagrań ze schadzek w agenturach i hotelach rzeszowskich są nie wiadomo gdzie, natomiast kopie wywieziono na Ukrainę i znajdują się najpewniej w rękach ichniejszych służb. Państwo teoretyczne? Potrzeba Wam jeszcze więcej kropek?
Marszałek Sejmu lata za państwowe wożąc rodzinę. Temat dobry jak na wakacje, ale czy na tyle mocny, żeby właśnie za tą przewinę utracić marszałka ze stolca? Borusewicz też latał, jednakowoż nikt go z Senatu nie pogonił. Może i jestem wariatem albo naiwniakiem, a może to wszystko mi się śni, ale jak dla mnie za dużo w tym wszystkim punktów stycznych. Na Podkarpaciu politycy i bonzowie korzystają z usług pań od ukraińskich kolegów-są na to taśmy, którymi ci mają szantażować korzystających. To, jak na moje oko, dość prawdopodobne. Słyszy się tu i ówdzie, że wśród klientów agencji trafiają się grube ryby lokalnej prawicy. Tym bardziej mnie to nie dziwi. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie dwóch ważnych świadków, a trzeci, najbardziej znany, popełnia w celi samobójstwo. Tu już, moi zdaniem, za dużo jest znaków zapytania i półcieni, zza których wyłania się dość parszywy i brutalny obraz teoretycznego kraju. W mediach pojawia się jedna duża publikacja, potem trop się urywa. Być może rzeczywiście jest tak, że cała „podkarpacka afera” to mitomański wymysł niespełnionego i niedocenionego człowieka. Ale kiedy na raz poczynają ginąć ludzie, którzy mogliby coś o niej powiedzieć przed sądem, zaczyna się robić niebezpiecznie. I to właśnie tu media wolne, jeśli jeszcze takowe w kraju są, powinny węszyć i chodzić za tematem. Nawet jeśli nic nie znajdą. Choć wcale się nie dziwię dziennikarzom że węszyć nie chcą, jeśli potrafią łączyć kropki, nawet tak łopatologicznie jak ja przed chwilą…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Wygrajmy Senat!

Najwyższa izba w parlamencie, do tej pory marginalizowana przez polityków, może stać się w przyszłej kadencji języczkiem u wagi.

Po rozbiciu szerokiej koalicji do Sejmu, notowania PiS w sondażach poprawiły się na tyle, że w społeczeństwie, jak i wśród polityków pojawiło się zwątpienie czy jeszcze da się wygrać z Prawem i Sprawiedliwością.
W koalicyjnych układankach do izby niższej parlamentu kompletnie przestano zajmować się Senatem. Pojawiały się od czasu do czasu wypowiedzi polityków, że władze poszczególnych partii zamierzają w sposób komplementarny potraktować wybory do Senatu. Grzegorz Schetyna publicznie zadeklarował, że zrobi wszystko, żeby opozycja wystawiła wspólnych kandydatów i żeby nie pójść przeciwko sobie. Tymczasem brak wspólnych rozmów w tym zakresie przeczy słowom szefa PO.
Gdyby partyjne interesy odłożyć na bok i pomyśleć o Polsce w kategoriach, że warto walczyć o praworządną i demokratyczną ojczyznę, to cała opozycja powinna wystawić w każdym okręgu jednego, wspólnego kandydata do Senatu przeciw jednemu kandydatowi Zjednoczonej Prawicy. Wyborcy odzyskaliby wiarę w to, że liderzy opozycji potrafią się jednak dogadać, co przyniosłoby dodatkowy bonus w postaci głosów w wyborach. To istotny efekt psychologiczny, zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy coraz więcej osób jest zdegustowanych działaniami polityków. Siła każdego ugrupowania zależy od zdolności nawiązywania porozumień, więc skoro nie udało się zbudować jednego silnego bloku do Sejmu, to może wygrajmy Senat?
Propozycję Lewicy dotycząca Paktu Senackiego należy więc przyjąć z zadowoleniem. To dobry pomysł, aby nie oddać Sejmu i Senatu w ręce jednej partii.
Senat daje możliwość przyjmowania poprawek do ustaw i uchwalania własnych projektów. PiS nie mógłby w trybie ekspresowym przepychać ustaw wcześniej przyjętych przez Sejm i bez poprawek przepuszczać je przez Senat. Pisowska zmiana w ustawie o oświacie, dzięki której wójt decyduje o dopuszczeniu do matury, nie byłaby możliwa z dnia na dzień.
Mieć własnego marszałka Senatu, od którego zależy porządek obrad, otwartego na obywateli, aranżującego rozmaite społeczne wydarzenia w Senacie, chociażby konferencje dotyczące ważnych zagadnień, w których braliby udział przedstawiciele rożnych środowisk, jest ważnym elementem w budowaniu pluralizmu, konsolidacji, przyjaznej przestrzeni, która mogłaby zaowocować blokowaniem autorytarnych zapędów PiSu.
Przypomnę także, że Rzecznika Praw Obywatelskich wybiera Sejm „za zgodą Senatu”. W momencie wakatu na to stanowisko Adam Bodnar, któremu kończy się kadencja we wrześniu, zostanie pełniącym obowiązki RPO.
Przyjęcie Paktu Senackiego to szansa na ukrócenie zakusów dyktatorskich, które mogą przybrać na sile w momencie całkowitego zwycięstwa i obsadzenia parlamentu większością posłów i senatorów tylko ze zjednoczonej prawicy.
Wygrajmy Senat dla nas wszystkich po to, aby po wyborach mieć poczucie, że coś się nam jednak wspólnie udało zrobić dla Polski, a nie tylko dla rozbujanych ambicji partyjnych kolegów.

Senat nasz

Czy Senat – izba wyższa polskiego parlamentu – pokrzyżuje plany Kaczyńskiego?

Dla jednych siedem procent to niewiele. Dla innych – sporo. Koniec końców Koalicji Europejskiej zabrakło bez mała miliona głosów, by w wyborach europejskich pokonać Prawo i Sprawiedliwość. Mam nadzieję, że przez cztery miesiące, które pozostały do jesiennych wyborów parlamentarnych, uda się ten niekorzystny układ sił zmienić. Chociaż zapowiedź liderów Polskiego Stronnictwa Ludowego o zamiarze samodzielnego startu (chyba jeszcze nie ostateczna), nie ułatwi zadania zjednoczonej opozycji. Nie zapominajmy też, że na jesieni, prócz wyborów do Sejmu, wybierać będziemy nowy skład Senatu.
W ostatnim czasie dużo mówi się o wspólnym starcie całej opozycji do Senatu. Przy okazji obchodów 30. rocznicy wyborów z 1989 roku przypomniano ówczesny wynik opozycji do nowoutworzonej izby wyższej polskiego parlamentu. Kiedy to rządzący ponieśli dramatyczną porażkę z wydawać by się mogło słabszą opozycją solidarnościową. Nie będę wracał do tamtych czasów – których ocena w niektórych aspektach dzieli polskie społeczeństwo aż do dziś. Pytanie dotyczy roku 2019. Czy szeroka koalicja sił demokratycznych w wyborach do Senatu ma sens?

Do likwidacji?

Utworzenie Senatu w 1989 roku było powrotem do kształtu polskiego parlamentu z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już pierwsze kadencje tej izby przekonały znaczną część polskiego społeczeństwa, że była to decyzja błędna. W 2005 roku w sondażu Biura Badania Rynku i Opinii Estymator aż 62 proc. respondentów opowiedziało się za likwidacją Senatu. Taki postulat zgłaszali jeszcze nie tak dawno zarówno politycy Platformy Obywatelskiej jak i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Senat pełni rolę biura legislacyjnego, a podejmowane przez niego działania, to głównie poprawki redakcyjne” – mówił w 2015 roku ówczesny poseł SLD Stanisław Wziątek.
To prawda. W mojej czteroletniej kadencji tysiące razy głosowaliśmy poprawki wprowadzane do ustaw przez Senat. Zdecydowana większość poprawek dotyczyła kropek, przecinków, innego szyku zdań. Część poprawek miała na celu usunięcie ewidentnych błędów popełnionych podczas procedowania projektów w Sejmie. Kilku dobrych prawników i legislatorów z pewnością by wystarczyło. Tymczasem każda kadencja Senatu kosztuje podatników pół miliarda złotych. Bez sensu.

Bez emocji

Od roku 2011 ordynacja wyborcza do Senatu podzieliła Polskę na 100 okręgów, a wybory senackie stały się poletkiem doświadczalnym jednomandatowych okręgów wyborczych. Wcześniej wybór senatorów odbywał się w 40 małych okręgach wyborczych, gdzie do podziału było od 2 do 4 mandatów. Każde kolejne wybory udowadniały, że zarówno w JOW‑ach jak i małych okręgach wyborczych realne szanse mają jedynie politycy popierani przez największe partie.
W 2001 roku koalicja SLD‑Unia Pracy zdobyła w 100-osobowym Senacie 75 mandatów. W latach 2005-2007 Prawo i Sprawiedliwość wraz z koalicjantami dysponowało w Senacie 59 mandatami. Podczas dwóch kadencji rządów koalicji PO‑PSL, liczba mandatów tych ugrupowań w Senacie wynosiła 60 (2007-2011) i 65 (2011-2015). W obecnej IX kadencji Senatu PiS ma ponad 60 mandatów.
Ta krótka statystyka pokazuje, dlaczego prace senatorów i senatorek z reguły nie budzą większych emocji wśród obserwatorów polskiej sceny politycznej. Większość sejmowa i tym samym większość rządząca od lat dysponuje w Senacie wyraźną większością mandatów. A senatorowie – poza nielicznymi wyjątkami – głosują tak, jak sobie tego rządzący życzą. Czy wygrana opozycji w Senacie coś zmieni?

Senat poprawia

Po trzecim czytaniu, czyli ostatecznym głosowaniu w Sejmie, każda uchwalona ustawa trafia do Senatu. Senat ma prawo wprowadzić do ustawy dowolną liczbę poprawek. Nie tylko redakcyjnych. Ale również w istotnym stopniu zmieniających to, co wyszło z Sejmu. Ten zabieg stosowała w trakcie mojej kadencji Platforma Obywatelska. Mając niekiedy kłopoty z uzyskaniem większości w Sejmie (na przykład z powodu sprzeciwu PSL-u) – chwilowo odpuszczała. Polecając jednocześnie swoim senatorom wprowadzenie do ustawy odpowiednich poprawek.
Taki los spotkał ustawę dotyczącą frankowiczów wraz z moją poprawkę, obciążającą banki kosztami przewalutowania kredytów frankowych. Przegłosowaną w Sejmie wspólnymi siłami PSL, SLD i PiS – wbrew Platformie. Senatorowie PO powykreślali korzystne dla frankowiczów zapisy.
Ustawa z poprawkami senackimi trafia z powrotem do Sejmu. Posłowie i posłanki w poprawkach Senatu nie mają prawa niczego zmieniać. Mogą każdą z nich przyjąć. Albo odrzucić. Do odrzucenia poprawki Senatu potrzeba większości bezwzględnej. Czyli ilość głosów przeciw poprawce musi być większa niż suma głosów za poprawką i głosów wstrzymujących się.
Konieczność uzyskania przez partię lub koalicję rządzącą większości bezwzględnej w Sejmie dla odrzucenia niechcianych poprawek jest pewnym utrudnieniem, gdyż ustawy uchwala się zwykłą większością głosów. Ale niemal zawsze jest w zasięgu rządzących. Czy w takiej sytuacji „pospolite ruszenie” opozycji na Senat ma sens? Ma!

Debata

Nie łudźmy się. Jeśli jesienią wyborcy postawią na partię Jarosława Kaczyńskiego, nawet setka senatorów i senatorek zjednoczonej opozycji nie zablokuje kolejnej kadencji rządów Prawa i Sprawiedliwości. Ale może w istotnym stopniu ucywilizować pracę polskiego parlamentu. Dzisiaj dwaj panowie „K” – Kuchciński i Karczewski – mają w Sejmie i Senacie władzę absolutną. Korzystając z niej, doprowadzili do faktycznej likwidacji debaty parlamentarnej. Wprowadzając ekspresowe tempo „przepychania” ustaw uzgodnionych na Nowogrodzkiej i mających błogosławieństwo prezesa Kaczyńskiego.
W przypadku uzyskania przez opozycję większości w Senacie i wyborze marszałka spośród opozycji, to tam przeniesie się ciężar politycznych debat. Co też istotne, Senat (podobnie jak Sejm) dysponuje możliwością przeprowadzania wysłuchań publicznych. Pozwalających uspołecznić proces legislacyjny i dających możliwość wypowiedzenia się ekspertom.
Możliwe, że mający większość w Sejmie karni posłowie i posłanki PiS-u będą skrzętnie odrzucali dorobek opozycyjnego Senatu. Ale z pewnością obecna praktyka stanowienia prawa pod osłoną nocy zostanie zablokowana.

Cała opozycja

Drugim ważnym czynnikiem przemawiającym za wspólnym startem jest możliwość porozumienia się całej opozycji. Całej. Szef PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział samodzielny start ludowców do Sejmu pod szyldem PSL‑Koalicja Polska. Ale równocześnie potwierdził, że PSL byłby zainteresowany wspólnym startem opozycji do Senatu. Również wypowiedzi polityków Wiosny Roberta Biedronia sugerują, że ich kandydaci i kandydatki mogliby znaleźć się na wspólnej liście. Inna sprawa, że mówienie o wspólnej liście opozycji do Senatu to pewne uproszczenie.
Specyfika jednomandatowych wyborów do Senatu nie wymaga tworzenia jednej ogólnopolskiej listy. To powinno pomóc w dogadaniu się tak skrajnych programowo partii jak chociażby PSL i Wiosna. W praktyce wspólny start do Senatu oznacza wyłonienie w każdym okręgu jednego kandydata lub kandydatki opozycji – mających poparcie pozostałych ugrupowań. Tak to zresztą wyglądało w dotychczasowych wyborach do Senatu – nierzadko wygrywali bezpartyjni kandydaci, ale startujący z poparciem jednej z największych partii.

Samorządowcy

Były już pomysły przekształcenia Senatu w izbę samorządową. Mające pewien sens, bo włączające samorządowców w proces tworzenia prawa. Które to prawo w wielu wypadkach muszą później realizować w realu. Chwilowo odłóżmy jednak debatę o ewentualnych przyszłych przekształceniach Senatu.
Faktem jest, że w jesiennych wyborach samorządowcy uzyskali w starciu z politykami PiS-u korzystniejszy rezultat niż opozycja 26 maja. Ponadto to samorząd jest dzisiaj ostoją demokracji i polityki wolnej od szaleństw prawicy. Prezydenci kilku największych miast już zadeklarowali chęć udzielenia wsparcia opozycji w jesiennych wyborach – szczególnie do Senatu. Spodziewam się, że za nimi pójdą inni.
Nie wiemy jeszcze, jak miałoby takie wsparcie znanych samorządowców wyglądać w praktyce. Nie wyobrażam sobie, aby Rafał Trzaskowski w Warszawie lub Jacek Sutryk we Wrocławiu mieli decydować się na zamianę prezydentury na miejsce w Senacie. Zresztą byłoby to niekorzystne dla lokalnych społeczności. Ale gdyby na przykład we Wrocławiu do senackich wyborów stanęli dwaj byli prezydenci: Rafał Dutkiewicz i Bogdan Zdrojewski? Prawdopodobnie zostaliby zaakceptowani przez całą antypisowską opozycję. A Prawu i Sprawiedliwości nie pozostałoby nic innego jak oddanie wrocławskich wyborów walkowerem.
Deklaracja wsparcia wyborów do Senatu przez samorządowców – to kolejny argument za podjęciem rozmów przez wszystkie siły opozycyjne. A start do Senatu polityków i polityczek ze środowisk lokalnych dałby przy okazji odpowiedź, czy pomysł oddania Senatu samorządowcom jest wart rozważenia.

Lewica w Senacie

O formule startu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w najbliższych wyborach parlamentarnych dyskutuje w ten weekend Zarząd i Rada Krajowa SLD. W ogólnopartyjnym referendum będą mieli okazję wypowiedzieć się wszyscy członkowie partii. Jestem zdania, że w obecnej, nadzwyczajnej sytuacji politycznej w Polsce, lewica powinna wziąć aktywny udział w działaniach na rzecz stworzenia silnej demokratycznej większości w izbie wyższej parlamentu. Taka jest bowiem polska racja stanu.
To dopiero początek drogi do jesiennych wyborów. Za wcześnie, by rozpisywać scenariusz na role. Ale wiem, że Sojusz Lewicy Demokratycznej dysponuje wieloma znakomitymi politykami i polityczkami. Którzy mogą stanowić silne ogniwo opozycyjnej drużyny do Senatu. A to oznacza, że możliwy do powtórzenia jest sukces SLD z wyborów europejskich. Który przełożony na realia parlamentu krajowego oznaczał by obecność co najmniej kilkunastu senatorów i senatorek lewicy w Senacie X kadencji.

* * *

Niniejszy tekst nie sugeruje w żadnym razie złożenia broni przez opozycję (i lewicę) w wyborczej walce o zwycięstwo w najważniejszych wyborach tej jesieni – wyborach do Sejmu. Wspólny start do Senatu może co najwyżej stanowić jeden z elementów strategii wyborczej zmierzającej do odsunięcia PiS-u od władzy.

Fala zmiany

Nadchodzące wybory do Kongresu Stanów Zjednoczonych mają szansę odmienić amerykańską politykę. Nie tylko dlatego, że wszystkie sondaże i badania opinii publicznej przewidują porażkę republikanów zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie. Największa zmiana zachodzi w samym łonie Partii Demokratycznej, gdzie po latach marginalizacji do głosu dochodzą kobiety i przedstawiciele mniejszości etnicznych.

 

Fala zmiany właśnie pochłonęła Michaela Capuano, kongresmana reprezentującego stan Massachusetts od dwudziestu lat. Capuano, jeszcze do niedawna uważany za „niezatapialnego”, musiał tym razem uznać wyższość Ayanny Pressley. To właśnie ta czarnoskóra radna z Bostonu i asystentka senatora Johna Kerry’ego odniosła o tyle zdumiewające, co zdecydowane zwycięstwo w prawyborach zorganizowanych w stanowych strukturach Partii Demokratycznej.

„Dzisiejsze czasy wymagają więcej od naszych przywódców i od naszej partii. Dzisiejsze czasy wymagają, aby do rządzenia podchodzić mądrze, bezkompromisowo i bez strachu. Nie wystarczy już, że demokraci przejmą władzę. Ważne będzie też to, co ci demokraci reprezentują” – powiedziała Pressley po ogłoszeniu wyników prawyborów.

W wielu sprawach Pressley i Capuano wypowiadają się podobnie. Oboje są znani z postępowych poglądów, m.in. opowiadają się za swobodnym dostępem do aborcji. Pressley zyskała rozgłos zapowiadając zlikwidowanie niesławnej ICE, czyli służby imigracyjnej odpowiedzialnej za rozdzielanie rodzin nielegalnych imigrantów i zamykanie ich w centrach odosobnienia. Z kolei Capuano skupiał się na kwestiach gospodarczych, proponując aktywną walkę z bezrobociem i biedą poprzez pełne zatrudnienie.

Przegrana Capuano nie wynikała zatem z różnic programowych. Raczej, była pochodną politycznego trendu, który dało się zauważyć już podczas wyborów prezydenckich w 2016 roku. Wtedy to, na fali zmęczenia dotychczasowym partyjnym establishmentem, republikanie zagłosowali na politycznego nowicjusza Donalda Trumpa. Podobnie spora część demokratów podziękowała Hillary Clinton, która w polityce działała „od zawsze”. Od tego czasu ten trend w Partii Demokratycznej nie tylko się utrzymał, ale wręcz się umocnił. Można już zatem mówić o powszechnym znużeniu twarzami, które Amerykanie muszą oglądać od wielu lat. Capuano jest tego dobrym przykładem. Do Izby Reprezentantów trafił w 1998 roku, a więc jeszcze za prezydentury Billa Clintona. Wcześniej przez dziesięć lat był burmistrzem Bostonu, w samej zaś polityce działa od niemal czterdziestu lat…

W innych warunkach tak bogate CV byłoby zapewne poważnym atutem. Jednak nie w dzisiejszej Ameryce. Im więcej lat spędzonych w Kongresie, tym mniejsze szanse na kolejne zwycięstwo. W czerwcu 2018 roku przekonał się o tym inny „niezatapialny”, Joseph Crowley. Zasiadający w Izbie Reprezentantów od niemal dziesięciu lat, Crowley był nawet typowany na przyszłego przywódcę większości w Izbie Reprezentantów w przypadku zwycięstwa demokratów w jesiennych wyborach. Tym większy był szok i niedowierzanie, kiedy partyjne prawybory wygrała Alexandra Ocasio-Cortez, szerzej nieznana, 28-letnia aktywistka o imigranckich korzeniach. Jej zwycięstwo udowodniło, że doświadczenie i pieniądze to nie wszystko – Ocasio-Cortez zebrała 194 tys. dolarów, podczas gdy Crowley dysponował budżetem przekraczającym 3,4 mln dolarów. Jak nigdy, zaczynają liczyć się szczerość i bezkompromisowość w kwestiach społecznych, a przede wszystkim „polityczna niewinność”, czyli brak uwikłania w zgniłe kompromisy, z których do tej pory słynął Kongres.

Fala zmiany może także przynieść zwycięstwo pierwszego czarnoskórego gubernatora Florydy. Andrew Gillum, niespełna czterdziestoletni burmistrz Tallahassee, startuje w wyborach nie tylko jako przedstawiciel swojej grupy etnicznej, lecz również jako głos wszystkich wykluczonych ekonomicznie. Po raz pierwszy zdarza się bowiem, aby czołowy polityk jednej z dwóch głównych partii tak otwarcie przyznawał się do socjalistycznych poglądów, obiecując powszechny dostęp do służby zdrowia i aktywną walkę z bezrobociem. Co więcej, Gillum głosi potrzebę ograniczenia dostępu do broni, co w takim stanie jak Floryda jeszcze do niedawna oznaczałoby polityczne samobójstwo.

„Wierzę, że Floryda z jej bogatą różnorodnością wybierze gubernatora, który nas wszystkich złączy, a nie podzieli. Nie wybierze mizogina czy rasisty. Ludzie raczej będą szukali kogoś, kto będzie w stanie sprostać wysokim aspiracjom naszego stanu” – mówił niedawno Gillum.

Wyścig o fotel gubernatora na Florydzie zapowiada się niezwykle ciekawie. Głównym przeciwnikiem Gilluma będzie bowiem Ronald Dion DeSantis, republikański kongresman, uważany za jednego z najbliższych sojuszników prezydenta Donalda Trumpa. Poglądy obu polityków są zbieżne nie tylko w kwestiach gospodarczych, ale także w ocenie imigrantów i mniejszości etnicznych. Zarówno Trump, jak i DeSantis chętnie odwołują się do skrajnie konserwatywnego elektoratu, często zahaczając przy tym o rasizm. W zeszłym tygodniu w wypowiedzi dla stacji Fox News, DeSantis skrytykował swojego konkurenta, sięgając po sformułowanie „monkey up” (dosł. „zmałpieć”), oznaczające „zepsuć coś”, jednakże zawierające czytelny podtekst rasistowski. Wywiadem tym DeSantis wywołał spore kontrowersje, od jego słów odcięli się nawet konserwatywni dziennikarze, jednak on sam pozostał przy swoim.

Równie pasjonująco zapowiada się wyścig o fotel gubernatora w Georgii. Tam przed szansą na zapisanie się w historii jako pierwsza czarnoskóra pani gubernator stanie Stacey Abrams, 44-letnia prawniczka i przedsiębiorczyni. W tym przypadku zwycięstwo może jednak okazać się niezwykle trudne. Georgia to tradycyjnie konserwatywny stan, gdzie mimo upływu lat większość urzędów wciąż pozostaje zamknięta przed Afro-Amerykanami. Inaczej niż więzienia, w których ponad 60 proc. przetrzymywanych to czarnoskórzy.

Czy „fala zmiany” zmiecie dotychczasowy amerykański establishment? Przekonamy się już na początku listopada, kiedy odbędą się wybory lokalne oraz do Kongresu. W Senacie do zdobycia będzie aż 35 ze stu miejsc, a trzeba pamiętać, że obecna przewaga republikanów nad demokratami wynosi zaledwie jeden głos. Nie o to jednak się rozchodzi, aby Partia Demokratyczna zastąpiła Partię Republikańską. I w jednej, i w drugiej znajdują się bowiem ludzie, dla których zgniłe kompromisy ponad głowami wyborców to sól amerykańskiej polityki. O prawdziwej zmianie będziemy zatem mogli powiedzieć dopiero wówczas, kiedy ich miejsce zajmą społecznicy pokroju Pressley czy Ocasio-Cortez. Im więcej takich ludzi w (nie tylko amerykańskiej) polityce, tym lepiej dla demokracji.

Syty głodnego nie zrozumie

Niech politycy wreszcie na własnej skórze odczują, co znaczy „tanie państwo”.

Prawie połowa Polaków obniżyłaby pensje posłom do 5 tys. zł brutto – wynika z sondażu Ariadny przeprowadzonego dla gazety.pl. Taki stan rzeczy, przerażający w ostatecznym rozrachunku, wynika z kilku paradoksów.
I wcale nie przyczynił się do tego płomienny apel Jarosława Kaczyńskiego o to, że „potrzeba skromności w życiu publicznym”. Wcale nie. Większość wyborców tak naprawdę popiera sowite wynagrodzenia dla posłów – nie dlatego, że szczególnie sobie ceni naszych wybrańców narodu, ale w obawie przed tym, by nie chodzili na pasku biznesu.
Zwłaszcza, że w całej aferze z nagrodami rozpętanej przez prezesa PiS, posłowie i senatorowie tak naprawdę oberwali rykoszetem. Bo to rząd wziął od Szydło „drugie pensje”, nie oni. A to im prawdopodobnie obniżą ustawą miesięczne zarobki o dwa tysiące. Wprawdzie ministrowie i wiceministrowie też musieli oddać nagrody (zgodnie z tym co mówiła Beata Mazurek, oddali prawie wszyscy, choć niekoniecznie akurat na Caritas), ale zwrócili po prostu zbyt lekką ręką przyznane bonusy. Ich wynagrodzenie zasadniczo jednak pozostanie bez zmian.
I tu rację mają posłowie opozycji, którzy wymachują tym faktem niczym sztandarem. Tylko że teraz mało kto im współczuje. Mija 35. dzień, gdy niepełnosprawni razem z rodzicami leżą z materacami na sejmowych korytarzach i czekają na swoje 500 zł. Nikt nie spodziewał się, że tak trudno będzie wydrzeć je z gardła socjalnej ekipie. W tej sytuacji nawet zadeklarowani obrońcy poselskich wynagrodzeń uśmiechają się złośliwie: „niech się teraz przejdą w naszych butach”.
Wreszcie – zwraca się trwające całymi latami psioczenie o tym, że potrzebne jest tańsze państwo (jak celnie stwierdził publicysta Łukasz Moll: „kto Balcerowiczem wojuje, od Balcerowicza ginie”). Bo państwo tanie dla zarządzających to także państwo dziadoskie dla zarządzanych, oszczędzające na zasiłkach, na NFZ, na przewozach, na szkolnictwie.
49 procent ankietowanych w sondażu wyceniło poselską pracę na 5 tys. brutto – czyli 3350 zł do tak zwanej ręki. I ma to być górna granica.
Osobiście uważam, że oszczędzić można w zupełnie inny sposób. Po co nam aż 460 posłów? Po co 100 senatorów? Lepiej mieć połowę albo jedną trzecią mniej, ale wynagradzanych sowicie (z tym, że bez przywilejów takich jak obsadzanie spółek państwowych, zakaz łączenia funkcji posła i ministra, ograniczenia liczby kadencji – ale też wyższe emerytury dla polityków). Inaczej będziemy mieć chmarę ludzi wynagradzanych poniżej odpowiedzialności i to się na nas zemści w kolejnej kadencji, kiedy „w posły” przyjdą tacy, że przy nich ci dzisiejsi to arystokracja.