Wyborcy opozycji patrzą w lustra Remanent powyborczy

– Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzyć w lustrze w oczy – mówił dr Robert Sobiech w tuż powyborczej rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Według sondażu exit poll PiS zdobył samodzielną większość – 239 mandatów; KO – 130, Lewica 43 mandaty, Konfederacja – 11. Jest pan zaskoczony?

ROBERT SOBIECH: Nie bez powodu wyniki ostatnich sondaży pokazywały podobne różnice między poszczególnymi partiami. Zaskoczenia są dwa. Sądziłem, że jednak przy tej temperaturze sporu politycznego frekwencja będzie większa, niż 60 proc. Co prawda to o 10 punktów proc. więcej, niż 4 lata temu, ale jak widać, dla 40 proc. Polaków jest wszystko jedno, kto będzie rządził Polską. Zaskoczeniem może być też dobry wynik PSL – prawie 10 proc., co jest w zasadzie porównywalne z wynikiem Lewicy. Po raz kolejny okazuje się, że PSL, tym razem z Kukizem, jest niedoszacowany i robi dobry wynik.
Mamy reprezentację 3, a właściwie 4 partii w opozycji, to pierwszy wniosek. Po drugie, proponuję poczekać co do pewności, że PiS będzie miał samodzielną większość. Tu byłbym ostrożny. Oczywiście ten sondaż jest wiarygodny, ale przewaga licząca 9 mandatów niekoniecznie musi być utrzymana. Gdyby okazało się, że nie zostanie utrzymana, to czeka nas bardzo trudny rząd koalicyjny: PiS plus Konfederacja.

PiS nie radzi sobie najlepiej w koalicji. Gdy ostatnio tak rządził, mieliśmy przyśpieszone wybory.

To prawda i może się okazać, że to, czego PiS oczekiwało, czyli stabilnych rządów, staje pod znakiem zapytania. Warto się teraz zastanowić, czy ten wynik mógł się ułożyć inaczej. To jest pytanie, które od końca maja większość komentatorów sobie zadaje. Gdyby zsumować wyniki partii opozycyjnych (bez Konfederacji), to mamy 48 proc., zatem więcej niż Zjednoczona Prawica. Zatem czy to politycy nie chcieli pójść jednym dużym blokiem, czy ich wyborcy im na to nie pozwolili?
Przypuszczam, że po wielu próbach liderzy poszczególnych partii chcieli porozumienia i lista senacka to pokazuje. Natomiast zróżnicowanie wyborców i ich rozmaite zastrzeżenia co do innych partii sprawiły, że mamy do czynienia z 3 koalicjami i rządami pis przez następne lata. Wyborcy pis, mimo że też zróżnicowani, nie mają takich rozterek i wątpliwości.
Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzeć w lustrze w oczy.

Konfederacja 6,4 proc. Korwin w swoim wystąpieniu studził euforię. “Poczekajmy do rana” – mówił.

To wynik na granicy progu i prawdą jest, że te 5-6 proc. to ta część Polski, która składa się z wyborców ksenofobicznych, bardzo ostro wolnorynkowych, bagatelizujących rolę państwa. Ta grupa Polaków jest właśnie na takim poziomie i te 5-6 proc. to wynik optymistyczny.

Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu raczej refleksyjny, niż cieszący się ze zwycięstwa. Mówił, że trzeba ciężko pracować, aby stać się lepszym, i że PiS zasługuje na więcej. Skąd takie przemówienie?

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że na ostateczny wynik trzeba poczekać dzień czy dwa, aby zobaczyć, czy ma tę rzeczywistą większość, czy czeka go bardzo ciężka koalicja. To zmusza do takiego samoograniczenia. Po drugie, prezes zdaje sobie sprawę, że niewiele zostało czasu do wyborów prezydenckich.
Te prawie 8 mln głosów, które pis mógł uzyskać, jest dobrym wskaźnikiem na te wybory, a może się jeszcze okazać, że to poparcie stopnieje. Wówczas większość parlamentarna pis-u może być ograniczona wyborem przyszłego prezydenta. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i wie, że potrzebna jest nadal mobilizacja elektoratu.

Na razie nie mamy danych o rozkładzie sił w Senacie. Co, jeżeli PiS stracił tam większość?

Tu pewnie wynik będzie z niewielką różnicą, nawet jeśli opozycja weźmie w nim większość. Jeżeli tak, to spowolni ten ekspres legislacyjny PiS-u. Senat może stać się znowu Izbą Refleksji, ale to wszystko, bo do obalenia weta Senatu wystarczy zwykła większość.

Mateusz Morawiecki będzie premierem?

Ma duże szanse, ponieważ wiele będzie zależało od relacji Polski z UE i innymi krajami. Nawet nie chodzi tu o jego sprawczość, tylko o to, że dla większości wyborców PiS-u jest lepszym premierem, niż Beata Szydło, która miała tylko i wyłącznie walor polskiego polityka. Morawiecki, zdaniem elektoratu PiS-u, ma walor polityka polskiego i międzynarodowego.

A Jarosław Kaczyński premierem?

Nie sądzę. Ten model sprawowania władzy nie przez lidera partii, który kieruje rządem – taki model postkomunistyczny, jak by powiedział Jarosław Kaczyński – bardzo dobrze się sprawdził w wydaniu PiS-u.

Bodnar pozostanie?

51 senatorów opozycji 49 Prawa i Sprawiedliwości będzie zasiadać w wyższej izbie polskiego parlamentu. To porażka Jarosława Kaczyńskiego, która będzie go kosztować m.in. niemożliwość obsadzenia swoim człowiekiem stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich.

Pakt senacki okazał się skutecznym rozwiązaniem. Z danych przekazanych z z 99,49 proc. obwodowych komisji wyborczych wynika, że siły opozycji zdobyły 50 miejsc w Senacie. PiS wraz z popieraną przez siebie senator Lidią Staroń zdobyło 49 mandatów.
Co utrata większości w Senacie oznacza dla Jarosława Kaczyńskiego? Pierwszą konsekwencją będzie koniec uchwalania ustaw we trybie ekspresowym, co było specjalnością PiS podczas przejmowania kolejnych instytucji i przeforosowywania ustaw naruszających praworządność.
Teraz każda ustawa będzie mogła być zawetowana przez większość senacką. Weta następnie będą odrzucane przez Sejm, jednak procedura stanowienia nowych praw przedłuży się nawet do miesiąca, co pozwoli opozycji na skuteczniejsze zorganizowanego oporu społecznego.
Senat musi wyrazić zgodę na powołanie przez Sejm: prezesa Najwyższej Izby Kontroli, rzecznika Praw Dziecka, prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Rzecznika Praw Obywatelskich. Szczególnie ważna w kontekście kolejnych lat będzie obsada tego ostatniego stanowiska.
W przypadku gdy kadencja Adama Bodnara zakończy się w 2020, Senat będzie mógł odrzucić kandydaturę jego następcy, a więc człowieka wytypowanego przez PiS. Dojdzie wówczas do patowej sytuacji, która będzie trwać do momentu, który Senat zgodzi się na konkretnego kandydata. A do tego czasu p.o. rzecznika będzie Adam Bodnar.

„The Day After” – 14 października 2019 r.

W odróżnieniu od filmowego świata nuklearnej zagłady z 1983 roku, na polskiej ziemi jest zwykłym,
kolejnym poniedziałkiem, bowiem w przeddzień nic nadzwyczajnego nie wydarzyło się.

Z taką konstatacją pogodzić się trzeba było już wcześniej nie oczekując w niedzielnych, programach wyborczych sensacji z badań exit poll. Dobra wiadomość to powrót LEWICY na ławy sejmowe, prawie zjednoczonej, bo mogłaby być jeszcze mocniejsza o Inicjatywę Polska, Zielonych i ruchy kobiece. Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło, a sprawą niejako wtórną jest kwestia samodzielnego sprawowania władzy bowiem gdyby zabrakło kilku posłów, to znaną metodą sobie dobierze. O Platformie, nawet z nową twarzą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zamilczę, bo niewiele odmiennego, a nadto bardzo spóźnionego, w stosunku do swojej przeszłości, miała do zaproponowania wyborcom.

Wyniki wyborów

rozstrzygnęły się nie za ośmioletnich rządów tej ostatnio wspomnianej partii, ani za czteroletnich PiS-owskich, a dużo wcześniej. W „Spieglu” czytamy, że Jarosław Kaczyński i jego partia zawdzięczają wyborcze sukcesy nie tylko połączeniu nacjonalizmu z państwem socjalnym, lecz przede wszystkim „przemyślanej długofalowej strategii”. To prawie prawda ale nie jest to żadne, przemyślane państwo opiekuńcze, a kupczenie państwowymi pieniędzmi, nadto jest ona niepełna i nie wszystko wyjaśniająca.
Wielokrotnie na tych łamach wskazywałem, że sukces PiS budowały postsolidarnościowe, wszystkie polskie rządy od 1989 roku poprzez zaniechanie, zarzucenie bądź niedocenianie takich podstawowych wartości jak sprawiedliwość społeczna, rzeczywista równość obywateli, także wobec prawa, wreszcie realnie funkcjonującą demokrację. Ekipy postsolidarnościowe zamieniły niemałym wysiłkiem solidarność we wzajemną nienawiść obywateli, historię w poligon kłamstwa, dobre obyczaje w oczernianie wzajemne. Przepisy Konstytucji już w latach dziewięćdziesiątych próbował naginać do potrzeb ówczesnej głowy państwa Lecha Wałęsy jego prezydencki minister Lech Falandysz, a gdy dziś słyszę o kolejnych aferach podsłuchowych, to nieodparcie nasuwa się fraza: „Dał nam przykład Adam Michnik jak nagrywać mamy”.
Hasło o odzyskanej wolności, powtarzane jak mantra przy każdej okazji, mające wyjaśnić, usprawiedliwić i przekonać, nie wyczerpywało oczekiwań obywateli tej nowej Polski.

Potwierdza tę opinię

niedawno opublikowany raport z badań socjologicznych autorstwa Przemysława Sadura i Sławomira Sierakowskiego pod znamiennym tytułem „Polityczny cynizm Polaków”. Sierakowski na ten temat udzielił wywiadu w „Newsweek” (30.09-6.10.2019), w którym czytamy:
„Pokazujemy, że wyborcy wyrażają konkretną potrzebę – aktywnego państwa opiekuńczego… PiS pomaga uzasadnić wybór, który został już podjęty z innych powodów, przede wszystkim materialnych; wyborcy [PiS – Z.T.] z prowincji, często gorzej wykształceni, religijni, ale nie zawsze klerykalni. Ważne są dla nich kwestie godnościowe, a wielkie miasta i partie opozycji są realnie odczuwanym zagrożeniem. Wyrażają potrzebę wspólnoty politycznej, która ma swoich bohaterów – PiS zaspokaja te potrzeby. Elektorat małomiasteczkowy PO mało różni się kulturowo od elektoratu PiS, wyborca prowincjonalny jest dość konserwatywny i pragmatyczny;
Nasz raport jest krytyką transformacji, to właśnie ona doprowadziła do sytuacji, w której społeczeństwo straciło zaufanie do jej ojców. A pamiętajmy, że tego zaufania nie brakowało w latach 90., elity Solidarności po 1989 roku przyjęły bardzo neoliberalną postawę i długo mogły liczyć na zaufanie społeczeństwa;
Oczywiście ludzie nigdy nie głosowali na partię, która więcej zabiera, niż daje, ale nie myśleli tylko o tym, kto ile da. No i potrafili to uzasadnić jakąś własną teorią …30 lat kazano im myśleć o Polsce, a nie o sobie. Nihil novi. To klasyka w Polsce. Oni chcą zniesienia poddaństwa, my mówimy: później, najpierw niepodległość! … nikt nie wierzy, że politycy coś zmienią, więc lepiej wziąć gotówkę. Za to można sobie kupić prywatną służbę zdrowia albo szkołę;
Zarzut do Platformy nie jest tylko redystrybucyjny, ale dotyczy także tego, że sprawy takie jak szkoła i kultura nigdy nie leżały w kręgu jej zainteresowań… Opozycja jest winna w tym sensie, że przez okres swoich rządów nie była w stanie przeprowadzić żadnej modernizacji społecznej, koncentrowała się na infrastrukturze: autostrady i stadiony… nie przeciwdziałała reprodukcji elit, nie służyła oświeceniu”.
Interlokutor tej rozmowy zapytał: „Wasi rozmówcy otwarcie opowiadają o tym, że są interesowni i głosują na partię, która obiecuje większe korzyści finansowe bez względu na jej zaplecze światopoglądowe. Czy nie mamy tu do czynienia z głębszym problemem – podważaniem obowiązujących do niedawna standardów etycznych, zanikiem poczucia wstydu?” Sierakowski odpowiedział: „Ludzie stracili iluzje. Za oddany głos domagają się konkretnych korzyści. Mówimy o społeczeństwie, któremu zbyt długo kazano zaciskać pasa”. Dodam jeszcze, że obowiązujące do niedawna standardy etyczne i poczucie wstydu dobre były w minionym ustroju, w kapitalizmie, i to jeszcze w polskim, drapieżnym wydaniu, liczy się tylko kasa, dla reprezentantów tzw. zaplecza światopoglądowego podobnie.

Jak przerwać ten zaklęty krąg

niemożności i toczącego się PiS-owskiego walca, pomimo faktu, że aż 64 proc. obywateli boi się braku demokracji w Polsce.
Sierakowski uważa, że „Bez jakiegoś zewnętrznego wydarzenia, które wywoła szok i przerwie to wszystko, wynik wyborów jest mniej więcej znany, ale w demokracji najlepsze jest to, że naprawdę nigdy nic nie wiadomo”. Pociecha niewielka na czas najbliższy i kolejną kadencję. Nie wykluczam oczywiście takiej możliwości, ale wydaje się, że nawet lądowanie Marsjan w Polsce nie tylko zmiany by nie przyniosło, a raczej umocniło elektorat Kaczyńskiego w obawach przed obcymi.
Marcin Król („Słowacki nie był głupi”, „GW”, 21-22.09.2019) pisze, że nasza romantyczna duchowość prowadziła do polityki, a remedium na dzisiejsze zło widzi tak: „…miejmy nadzieję, że chwilowy regres minie, może za dwa miesiące, a może za wiele lat. My umiemy czekać. Nie doczekamy jednak odrodzenia polskości, jeżeli zagubiony, zadeptany, zakłamany i skarlony zostanie jej sens, jedyna forma jej duchowej egzystencji, czyli romantyzm. Materiał jest, jak 200 lat pokazuje, bardzo odporny. Polskość jako duchowa forma życia znosi upodlenia i okupacje, a często w złych warunkach nieoczekiwanie rozkwita.” Można i tak, jak nie ma lepszej rady, ale jednak spełnienie nadziei oparte być może także, albo przede wszystkim, na racjonalnym oglądzie wydarzeń i przez równie pragmatyczne, przemyślane działania.

Niedocenionym wydarzeniem

wydaje się fakt zjednoczenia lewicowych ugrupowań. Oczekiwany, nie tylko przez zwolenników i sympatyków tych poglądów, traktowany jest często instrumentalnie, jako ważący krok na wyborczej drodze do ograniczenia wpływów PiS. To prawda, ale jeszcze ważniejsza jest, powtarzana przez liderów Lewicy, myśl o zjednoczeniu trzech pokoleń z ich dominującymi wartościami: równością i sprawiedliwością społeczną, demokracją i wolnością, otwartością na świat i ogólnoludzkie istotności, aktywnym udziałem w obronie szacunku dla wszystkich innych i zagrożonej ludzkiej egzystencji we współczesnym świecie. Badania potwierdzają, że dla wyborców Lewicy najważniejsze jest utożsamianie się z jej wartościami (60 proc.), gdy wśród pozostałych dwóch partii oscyluje ono jedynie w granicach 30 proc.. Wyborcy PO żywią się przede wszystkim nienawiścią do innych partii (41 proc.), zaś ci z PiS liczą na poprawę sytuacji materialnej, będąc przekonani, że nikt inny tego im nie zagwarantuje (64 proc.).

Wyniki wyborów

są zawsze naturalną okazją do rozliczeń popełnionych błędów, a często do przemeblowywania sceny politycznej. Największym przegranym będzie przede wszystkim Platforma Obywatelska, i co za tym nastąpią nieuniknione ruchy tektoniczne w jej elektoracie. Sierakowski mówił: „PO czasem wydaje się partią, która ma tak podzielony elektorat, że jest skazana na rozbiór między Lewicę a PiS.” Czas pokaże czy podzieli los kiedyś tak wszechwładnych Unii Obywatelskiej i AWS, czy rozpadnie się dzieląc swój elektorat pomiędzy dwie pozostałe siły polityczne oraz tworząc kolejne polityczne ugrupowanie.

Pewne jest natomiast jedno,

że zjednoczona nowa LEWICA, odrzucając w niepamięć błędy z niedawnej przeszłości, pozbyła się wcześniej przyklejanych łat postkomunizmu, a ze swoim nowoczesnym, otwartym programem, staje się obiecującą alternatywą dla wyborców. Jeżeli jeszcze przełamie sceptycyzm wcześniej zawiedzionych czy uzasadniony krytycyzm młodych do polityki i zachęci do aktywnego kreowania życia publicznego kraju wg ich oczekiwań oraz europejskich standardów, to liczyć można na jej trwałe i rosnące znaczenie. Miejmy nadzieję, że liderzy, dzisiejsi i przyszli, nie przegapią i nie roztrwonią tej historycznej szansy.

Natomiast droga odsunięcia PiS

od władzy wydaje się długa, wyboista i pełna dramatycznych zakrętów bowiem idzie tu nie tyle o likwidację jego zaplecza strukturalno-finansowego, co o trwałe przeoranie świadomości milionowego elektoratu. A to równa się dokonanym w PRL przeobrażeniom wcześniejszej, postfeudalnej struktury społecznej, co jak wszystkim wiadomo, nie było ani procesem łatwym, ani też powszechnie akceptowalnym.
Dokonać będzie się to mogło pod co najmniej trzema warunkami:
adaptując prosocjalne poczynania PiS do racjonalnego programu państwa opiekuńczego;
budując szeroki front współpracy dalekich często od siebie sił politycznych – odwołując się do Marka Beylina („GW”, 21-22.09.2019): „Dla części Lewicy wszyscy liberałowie to straszni starsi faceci, którzy od 30 lat niczego się nie nauczyli. Ma to tyle sensu, co jednak rzadsze przekonanie wśród liberałów, że każdy lewicowiec to komunista. A przecież i ci „straszni”, i „komuniści” są skazani na współpracę”;
realizując hasło „Trzeba inaczej rządzić Polską” – zaproponowane przez jednego z internautów, jako motto wyborczej kampanii opozycyjnej.
A może będzie zupełnie inaczej, bo jak pisze „Kultura Liberalna”, następuje bunt ludu ogarniający cały świat i setki tysięcy ludzi. Dlaczego nie miał by dokonać się i u nas?

Na marginesie tych rozważań

odnotować należy pojawiające się opracowania typu: „Co po PiS?”, „Jak przywrócić państwo prawa?”, ekspertyza jak „Julię Przyłębską będzie można odsunąć od kierowania TK zgodnie z Konstytucją” i podobne, które są w takim samym stopniu słuszne jak i absolutnie przedwczesne, a także nieskuteczne. Historia, m. in. z okresu II wojny światowej zna zbyt wiele przykładów ostrzeżeń, które nie zrobiły żadnego wrażenia. Nadto pośrednio zwierają szeregi: „bo te wszystkie pogróżki o tym, że po ich dojściu do władzy ludzie, którzy mieli inne poglądy, czyli PiS, zostaną ukarani (…), to są pogróżki, które trzeba brać poważnie” – stwierdził Kaczyński, który jak zwykle zamotał, bo nie o poglądy, a o łamanie obowiązującego prawa tu chodzi.
A Bartłomiej Nowotarski ostrzega („GW”, 5-6.10.2019): „ewentualny sukces w utworzeniu w Sejmie demokratycznej koalicji rządów (KO, Lewica, PSL-Kukiz) będzie musiał być wykorzystany do zdobycia społecznego zaufania dla nowych wzorców praktyki demokratycznej, ponieważ zwykły powrót do wzorców sprzed 2015 r. może być zabójczy i zrodzić jeszcze silniejszy, nawet niepisowski, autokratyczny populizm.”
No i tą sentencją powracamy do zgodnej oceny lat solidarnościowych rządów, które dziś zaowocowały kolejnym zwycięstwem PiS.

PS. Nie mogę odmówić sobie krytycznej oceny tytułu przywołanych badań Sadura i Sierakowskiego bowiem polityczny cynizm wykazali dużo wcześniej polscy politycy, zmuszając do takiej właśnie postawy miliony Polaków. W tej bałamutnej ocenie kryje się nieposzanowanie położenia i godności zwykłych ludzi. „Pogarda, w istocie klasowa – mówił niedawno Aleksander Smolar – jest wyrazem antydemokratycznej postawy części klasy średniej i elit.”

PiS przegra Senat?

Od 23 do 29 sierpnia, Polska Press Grupa we współpracy z Ośrodkiem Badawczym Dobra Opinia badały preferencje wyborcze bardzo dużej grupy 8000 osób, co pozwoliło na dość dokładne określenie tych preferencji dla każdego z województw.
W skali ogólnokrajowej badanie nie odzwierciedla, moim zdaniem, wynikającego z przeanalizowania ostatnich kilkunastu sondaży, rzeczywistego poparcia dla poszczególnych ugrupowań politycznych, bowiem nieco zawyża wynik Prawa i Sprawiedliwości (45%) oraz zaniża wynik Lewicy (11%).

W polskich realiach, zdecydowany lider sondaży prawie zawsze uzyskuje w wyborach wynik znacząco słabszy od średniej notowań sondażowych (można było to zaobserwować między innymi podczas ostatnich wyborów samorządowych, po zsumowaniu głosów oddanych na listy kandydatów do sejmików), co najprawdopodobniej oznaczałoby w przypadku PiS-u wartość w przedziale 40 – 45 procent.
Sondaże przeprowadzone na początku września, po przeliczeniu danych z ośrodków sondażowych uwzględniających osoby niezdecydowane, wskazują na wynik wyborczy Lewicy w przedziale 13 – 15 procent. Wspomniane niedokładności nie uniemożliwiają jednak wykorzystania badania w celu przeprowadzenia analizy dotyczącej wyborów do Senatu.
W ośmiu województwach (zachodniopomorskie, lubuskie, dolnośląskie, wielkopolskie, opolskie, pomorskie, kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie) suma notowań sondażowych Koalicji Obywatelskiej, Lewicy oraz Koalicji Polskiej zdecydowanie przewyższa notowania sondażowe Prawa i Sprawiedliwości, w pięciu województwach (podlaskie, świętokrzyskie, lubelskie, małopolskie, podkarpackie) jeszcze większą przewagę ma PiS, w województwach mazowieckim, łódzkim, śląskim wartości te są do siebie zbliżone.
Przyjmijmy dla uproszczenia, że w powyższych 8 województwach wszystkie mandaty senatorskie zdobędzie antypisowska opozycja, a w kolejnych 5 województwach wszystkie mandaty senatorskie zdobędzie PiS, choć oczywiście nie do końca tak będzie. Prawo i Sprawiedliwość z różnych powodów (popularny kandydat, niezsumowanie się głosów elektoratu antypisowskiej opozycji, drugi kandydat antypisowskiej opozycji) ma realne szanse zdobycia kilku mandatów senatorskich w północnej i zachodniej Polsce, z drugiej strony, na przykład w obu okręgach krakowskich niemal na pewno zwycięży antypisowska opozycja.
Przyjmijmy również, iż 4 mandaty senatorskie w Warszawie oraz 2 mandaty senatorskie w Łodzi zdobędzie antypisowska opozycja, zaś pozostałe mandaty senatorskie w województwie mazowieckim i łódzkim zdobędzie PiS. Daje to w sumie 48 senatorów antypisowskiej opozycji i 39 senatorów PiS-u.
Jeżeli mandaty senatorskie województwa śląskiego (w niecałkowicie miarodajnym badaniu 3 punkty procentowe przewagi KO+Lewica+KP nad PiS, ale 2 punkty procentowe przewagi PiS+Konfederacja+Skuteczni nad KO+Lewica+KP) podzielą się w miarę równomiernie, uzyskamy ostateczne wartości: 53 – 56 senatorów antypisowskiej opozycji, 44 – 47 senatorów PiS-u.
W wyborach do Sejmu, Koalicja Obywatelska, Lewica i Koalicja Polska najprawdopodobniej uzyskają w sumie wynik o kilka punktów procentowych lepszy od wyniku Prawa i Sprawiedliwości, ale przy istniejącym systemie przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie może to oznaczać większość bezwzględną dla PiS-u (co gorsza, próg wyborczy może przekroczyć Konfederacja).
Zdecydowanie łatwiej będzie antypisowskiej opozycji zdobyć większość bezwzględną w Senacie. Istnieje spory potencjał, postarajmy się go nie zmarnować.

Wspólny Senat odpłynął?

– To pomysł, który dzisiaj w Polsce wydaje się najrozsądniejszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o strategię wyborczą, jeśli naszym celem jest pokonanie Prawa i Sprawiedliwości – uważa szef sztabu Lewicy Robert Biedroń. Wszystko wskazuje na to, że Koalicja Obywatelska ma inne cele.

Biedroń ujawnił, że liberałowie zerwali rozmowy w sprawie zawarcia porozumienia, które umożliwiłoby zdobycie przez opozycję większości w wyższej izbie polskiego parlamentu. – Chcieliśmy wyjść z dobrą wolą do Platformy Obywatelskiej, której politycy dzisiaj wszem i wobec opowiadają, że chcą pokonać PiS. Nie da się jednak tego zrobić nie rozmawiając ze sobą – powiedział szef sztabu Lewicy.
Biedroń zauważył, że brak woli dialogu ze strony KO „może doprowadzić do poważnego problemu”, polegającego na tym, że opozycja wystawi przeciwko sobie kandydatów do Senatu. – Siądźmy do stołu i się dogadajmy, bo jeśli się nie dogadamy, to wygra PiS.
Przedstawiciele Lewicy poinformowali, że są nadal gotowi do wznowienia rozmów. Na dzisiejszym spotkaniu z dziennikarzami podkreślali, że tylko rozsądek i odpowiedzialność mogą przybliżyć opozycje do celu, jakim jest odsunięcie ekipy Kaczyńskiego od władzy w Senacie. Podkreślali, że społeczeństwo oczekuje, by Schetyna i spółka przestali się dąsać, zachowywać egoistycznie i pomyśleli o obywatelach.
Wcześniejsze ustalenia pomiędzy Lewicą, a Koalicją Obywatelską zakończyły się zawarcie wstępnego porozumienia, na mocy którego Lewica miała wystawić swoich kandydatów w sześciu okręgach. Niestety, liberałowie nie przestrzegają tej umowy. Włodzimierz Czarzasty wyjawił dziś, w okręgu łódzkim, w którym ma wystartować kandydatka lewicy, do walki stanie również kandydat KO Krzysztof Kwiatkowski. Żenująca sytuacja ma miejsce również w Nysie, gdzie lewica wystawia Jana Woźniaka, a Koalicja również szykuje do startu swojego człowieka. Podobnie we Włocławku, gdzie Lewica ma Jerzego Wenderlicha. Liberałowie postanowili odwalić hucpę także w Olkuszu.
Czarzasty zaznaczył, że Lewica ma dowody na nielojalność polityków Koalicji Obywatelskiej. – Są na to protokoły ze spotkań i zapisy korespondencji – zaznaczył.

Będzie „bezpiecznik demokracji”?

Pakt senacki między liberałami a koalicją Lewica stał się faktem. Pierwsze sugestie Lewicy, by nie zwalczać się nawzajem w wyborach do Senatu, Koalicja Obywatelska zignorowała. Ostatecznie jednak stronnictwo Schetyny i PSL zaakceptowały pomysł walki wyłącznie przeciw PiS, a nie przeciw stronom paktu.

W piątek, po kolejnej turze negocjacji na linii KO-Lewica w sprawie paktu senackiego, panował już ostrożny optymizm. Robert Tyszkiewicz z Platformy Obywatelskiej mówił o „dobrym spotkaniu” i o tym, że kwestie podzielenia się okręgami oraz doboru kandydatów zostały już przedyskutowane. Krzysztof Gawkowski z Wiosny zapewniał, że podczas rozmów panowała pozytywna atmosfera.
Całość postanowień paktu ma zostać przedstawiona opinii publicznej w poniedziałek, ale już w sobotę na Twitterze Lewicy pojawił się wpis świadczący o tym, że „pozytywna atmosfera” faktycznie przełożyła się na porozumienie. Nie tylko Lewica i Koalicja Obywatelska, ale też PSL nie będą wystawiać przeciw sobie kandydatów w okręgach jednomandatowych w wyborach do Senatu. Wierzą, że daje to realną szansę na uzyskanie kontroli nad izbą.
Jedyną kwestią, która łączy – przypadkowych – sojuszników, jest w istocie walka z PiS: obserwatorzy polskiej sceny politycznej jeszcze pamiętają, jak PSL odżegnywało się od wszelkiej współpracy z lewicą, choćby w ramach wielkiej (czyli bezideowej) koalicji. W komentarzach działaczy SLD w mediach społecznościowych nie widać obawy, czy po zawarciu takiego układu Lewica nie będzie postrzegana jako przystawka do silniejszej KO. Działacze raczej triumfują, zapowiadając, że odwojowany Senat stanie się „bezpiecznikiem demokracji” i narzędziem kontroli rządu PiS (z tym, że właśnie narodowo-katolicka prawica wygra, zdaje się, już się pogodzili).
Dziś rady krajowe organizacji, które weszły do Koalicji Obywatelskiej, zatwierdzą listy kandydatów z jej ramienia do obu izb parlamentu. Wtedy też dowiemy się, w których okręgach jednomandatowych do senatu wystartują liberałowie, a w których – koalicja Lewica.

Łączenie kropek Ważny tunajt

Nie wierzę w przypadki. Rzadko też daję wiarę szczęśliwym zbiegom okoliczności. Zwłaszcza w polityce. Może właśnie dlatego staram się wszędzie szukać drugiego dna i zadawać niewygodne pytania. Najczęściej samemu sobie. Niektórzy nazywają ten stan umiłowaniem dla spiskowej teorii dziejów. Czasami jednak kropki zostawione między A i Z są na tyle dorodne i wyraźne, że naiwnością byłoby wierzyć, że znalazły się tam przypadkiem.

W czasie kiedy piszę ten tekst, nie wiem jeszcze, czy marszałek Kuchciński wciąż jest marszałkiem. Na 12 w południe przewidziana jest konferencja naczelnika Kaczyńskiego, na której może poświęcić Kuchcińskiego przed wyborami, choć jak wieszczy kolega Nizinkiewicz z „Rzepy”, nie zrobi tego w imię lojalności i oddania, z jakim marszałek w latach ciężkiej próby mu służył, ale ja w to nie do końca wierzę. W tę lojalność właśnie. Mam wrażenie, że jest sporo spraw, o których prezes wie, a marszałek, było nie było, druga osoba w państwie, nie do końca mu mówi.
2 sierpnia wiesza się w celi na Białołęce Dawid „Cygan” Kostecki, bokser, rodem z Rzeszowa, skazany m.in. za kradzieże, rozboje i sutenerstwo. Karę więzienia denat odbywa do tego czasu w Rzeszowie, ale na czas procesu o pobicie z lat 2007-2008, w którym miał być świadkiem, zostaje przewieziony do Warszawy. Nie jest żadną tajemnicą, że Dawid Kostecki ma ogromną wiedzę na temat tzw. „afery podkarpackiej”, w której to główne role odgrywają ukraińscy bracia R. oraz politycy i duchowni, filmowani rzekomo przez nich i ich ludzi w czasie schadzek z prostytutkami na terenie Podkarpacia. Dawid Kostecki działa w konkurencji do braci R. Nie przepadają za sobą. Pewnego dnia „Cygan” trafia do szpitala i wychodzi śmierci spod kosy. Media podają, że była to nieudana próba samobójcza, ale ślady wskazują na ciężkie pobicie. Pobić się samemu na śmierć? Wypadek z drugiego sierpnia prokuratura kwalifikuje jako udaną już próbę samobójczą. Dawid Kostecki wiesza się w celi na sznurze z prześcieradła. Zadzierzga sobie pętlę na szyi leżąc jednocześnie w łóżku i nie wychodząc spod koca, czym nie wybudza ze snu współosadzonych. Od 2 sierpnia próbuję to sobie wyobrazić; jak można się powiesić w łóżku w pozycji horyzontalnej. Dawid Kostecki jest już trzecią ofiarą „podkarpackiej afery”. W inetrnecie krąży, a może już nie, odtajnione albo shakowane przez internautów przesłuchanie rzeszowskiego agenta CBA, który o „aferze podkarpackiej” powiadomił m.in. Zbigniew Ziobrę, przed posłami z komisji ds. służb. Wiarygodność zeznań to oczywiście inna sprawa, niemniej, w trakcie swobodnej wypowiedzi świadek zeznaje, że taśmy matki z nagrań ze schadzek w agenturach i hotelach rzeszowskich są nie wiadomo gdzie, natomiast kopie wywieziono na Ukrainę i znajdują się najpewniej w rękach ichniejszych służb. Państwo teoretyczne? Potrzeba Wam jeszcze więcej kropek?
Marszałek Sejmu lata za państwowe wożąc rodzinę. Temat dobry jak na wakacje, ale czy na tyle mocny, żeby właśnie za tą przewinę utracić marszałka ze stolca? Borusewicz też latał, jednakowoż nikt go z Senatu nie pogonił. Może i jestem wariatem albo naiwniakiem, a może to wszystko mi się śni, ale jak dla mnie za dużo w tym wszystkim punktów stycznych. Na Podkarpaciu politycy i bonzowie korzystają z usług pań od ukraińskich kolegów-są na to taśmy, którymi ci mają szantażować korzystających. To, jak na moje oko, dość prawdopodobne. Słyszy się tu i ówdzie, że wśród klientów agencji trafiają się grube ryby lokalnej prawicy. Tym bardziej mnie to nie dziwi. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie dwóch ważnych świadków, a trzeci, najbardziej znany, popełnia w celi samobójstwo. Tu już, moi zdaniem, za dużo jest znaków zapytania i półcieni, zza których wyłania się dość parszywy i brutalny obraz teoretycznego kraju. W mediach pojawia się jedna duża publikacja, potem trop się urywa. Być może rzeczywiście jest tak, że cała „podkarpacka afera” to mitomański wymysł niespełnionego i niedocenionego człowieka. Ale kiedy na raz poczynają ginąć ludzie, którzy mogliby coś o niej powiedzieć przed sądem, zaczyna się robić niebezpiecznie. I to właśnie tu media wolne, jeśli jeszcze takowe w kraju są, powinny węszyć i chodzić za tematem. Nawet jeśli nic nie znajdą. Choć wcale się nie dziwię dziennikarzom że węszyć nie chcą, jeśli potrafią łączyć kropki, nawet tak łopatologicznie jak ja przed chwilą…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Wygrajmy Senat!

Najwyższa izba w parlamencie, do tej pory marginalizowana przez polityków, może stać się w przyszłej kadencji języczkiem u wagi.

Po rozbiciu szerokiej koalicji do Sejmu, notowania PiS w sondażach poprawiły się na tyle, że w społeczeństwie, jak i wśród polityków pojawiło się zwątpienie czy jeszcze da się wygrać z Prawem i Sprawiedliwością.
W koalicyjnych układankach do izby niższej parlamentu kompletnie przestano zajmować się Senatem. Pojawiały się od czasu do czasu wypowiedzi polityków, że władze poszczególnych partii zamierzają w sposób komplementarny potraktować wybory do Senatu. Grzegorz Schetyna publicznie zadeklarował, że zrobi wszystko, żeby opozycja wystawiła wspólnych kandydatów i żeby nie pójść przeciwko sobie. Tymczasem brak wspólnych rozmów w tym zakresie przeczy słowom szefa PO.
Gdyby partyjne interesy odłożyć na bok i pomyśleć o Polsce w kategoriach, że warto walczyć o praworządną i demokratyczną ojczyznę, to cała opozycja powinna wystawić w każdym okręgu jednego, wspólnego kandydata do Senatu przeciw jednemu kandydatowi Zjednoczonej Prawicy. Wyborcy odzyskaliby wiarę w to, że liderzy opozycji potrafią się jednak dogadać, co przyniosłoby dodatkowy bonus w postaci głosów w wyborach. To istotny efekt psychologiczny, zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy coraz więcej osób jest zdegustowanych działaniami polityków. Siła każdego ugrupowania zależy od zdolności nawiązywania porozumień, więc skoro nie udało się zbudować jednego silnego bloku do Sejmu, to może wygrajmy Senat?
Propozycję Lewicy dotycząca Paktu Senackiego należy więc przyjąć z zadowoleniem. To dobry pomysł, aby nie oddać Sejmu i Senatu w ręce jednej partii.
Senat daje możliwość przyjmowania poprawek do ustaw i uchwalania własnych projektów. PiS nie mógłby w trybie ekspresowym przepychać ustaw wcześniej przyjętych przez Sejm i bez poprawek przepuszczać je przez Senat. Pisowska zmiana w ustawie o oświacie, dzięki której wójt decyduje o dopuszczeniu do matury, nie byłaby możliwa z dnia na dzień.
Mieć własnego marszałka Senatu, od którego zależy porządek obrad, otwartego na obywateli, aranżującego rozmaite społeczne wydarzenia w Senacie, chociażby konferencje dotyczące ważnych zagadnień, w których braliby udział przedstawiciele rożnych środowisk, jest ważnym elementem w budowaniu pluralizmu, konsolidacji, przyjaznej przestrzeni, która mogłaby zaowocować blokowaniem autorytarnych zapędów PiSu.
Przypomnę także, że Rzecznika Praw Obywatelskich wybiera Sejm „za zgodą Senatu”. W momencie wakatu na to stanowisko Adam Bodnar, któremu kończy się kadencja we wrześniu, zostanie pełniącym obowiązki RPO.
Przyjęcie Paktu Senackiego to szansa na ukrócenie zakusów dyktatorskich, które mogą przybrać na sile w momencie całkowitego zwycięstwa i obsadzenia parlamentu większością posłów i senatorów tylko ze zjednoczonej prawicy.
Wygrajmy Senat dla nas wszystkich po to, aby po wyborach mieć poczucie, że coś się nam jednak wspólnie udało zrobić dla Polski, a nie tylko dla rozbujanych ambicji partyjnych kolegów.

Senat nasz

Czy Senat – izba wyższa polskiego parlamentu – pokrzyżuje plany Kaczyńskiego?

Dla jednych siedem procent to niewiele. Dla innych – sporo. Koniec końców Koalicji Europejskiej zabrakło bez mała miliona głosów, by w wyborach europejskich pokonać Prawo i Sprawiedliwość. Mam nadzieję, że przez cztery miesiące, które pozostały do jesiennych wyborów parlamentarnych, uda się ten niekorzystny układ sił zmienić. Chociaż zapowiedź liderów Polskiego Stronnictwa Ludowego o zamiarze samodzielnego startu (chyba jeszcze nie ostateczna), nie ułatwi zadania zjednoczonej opozycji. Nie zapominajmy też, że na jesieni, prócz wyborów do Sejmu, wybierać będziemy nowy skład Senatu.
W ostatnim czasie dużo mówi się o wspólnym starcie całej opozycji do Senatu. Przy okazji obchodów 30. rocznicy wyborów z 1989 roku przypomniano ówczesny wynik opozycji do nowoutworzonej izby wyższej polskiego parlamentu. Kiedy to rządzący ponieśli dramatyczną porażkę z wydawać by się mogło słabszą opozycją solidarnościową. Nie będę wracał do tamtych czasów – których ocena w niektórych aspektach dzieli polskie społeczeństwo aż do dziś. Pytanie dotyczy roku 2019. Czy szeroka koalicja sił demokratycznych w wyborach do Senatu ma sens?

Do likwidacji?

Utworzenie Senatu w 1989 roku było powrotem do kształtu polskiego parlamentu z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już pierwsze kadencje tej izby przekonały znaczną część polskiego społeczeństwa, że była to decyzja błędna. W 2005 roku w sondażu Biura Badania Rynku i Opinii Estymator aż 62 proc. respondentów opowiedziało się za likwidacją Senatu. Taki postulat zgłaszali jeszcze nie tak dawno zarówno politycy Platformy Obywatelskiej jak i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Senat pełni rolę biura legislacyjnego, a podejmowane przez niego działania, to głównie poprawki redakcyjne” – mówił w 2015 roku ówczesny poseł SLD Stanisław Wziątek.
To prawda. W mojej czteroletniej kadencji tysiące razy głosowaliśmy poprawki wprowadzane do ustaw przez Senat. Zdecydowana większość poprawek dotyczyła kropek, przecinków, innego szyku zdań. Część poprawek miała na celu usunięcie ewidentnych błędów popełnionych podczas procedowania projektów w Sejmie. Kilku dobrych prawników i legislatorów z pewnością by wystarczyło. Tymczasem każda kadencja Senatu kosztuje podatników pół miliarda złotych. Bez sensu.

Bez emocji

Od roku 2011 ordynacja wyborcza do Senatu podzieliła Polskę na 100 okręgów, a wybory senackie stały się poletkiem doświadczalnym jednomandatowych okręgów wyborczych. Wcześniej wybór senatorów odbywał się w 40 małych okręgach wyborczych, gdzie do podziału było od 2 do 4 mandatów. Każde kolejne wybory udowadniały, że zarówno w JOW‑ach jak i małych okręgach wyborczych realne szanse mają jedynie politycy popierani przez największe partie.
W 2001 roku koalicja SLD‑Unia Pracy zdobyła w 100-osobowym Senacie 75 mandatów. W latach 2005-2007 Prawo i Sprawiedliwość wraz z koalicjantami dysponowało w Senacie 59 mandatami. Podczas dwóch kadencji rządów koalicji PO‑PSL, liczba mandatów tych ugrupowań w Senacie wynosiła 60 (2007-2011) i 65 (2011-2015). W obecnej IX kadencji Senatu PiS ma ponad 60 mandatów.
Ta krótka statystyka pokazuje, dlaczego prace senatorów i senatorek z reguły nie budzą większych emocji wśród obserwatorów polskiej sceny politycznej. Większość sejmowa i tym samym większość rządząca od lat dysponuje w Senacie wyraźną większością mandatów. A senatorowie – poza nielicznymi wyjątkami – głosują tak, jak sobie tego rządzący życzą. Czy wygrana opozycji w Senacie coś zmieni?

Senat poprawia

Po trzecim czytaniu, czyli ostatecznym głosowaniu w Sejmie, każda uchwalona ustawa trafia do Senatu. Senat ma prawo wprowadzić do ustawy dowolną liczbę poprawek. Nie tylko redakcyjnych. Ale również w istotnym stopniu zmieniających to, co wyszło z Sejmu. Ten zabieg stosowała w trakcie mojej kadencji Platforma Obywatelska. Mając niekiedy kłopoty z uzyskaniem większości w Sejmie (na przykład z powodu sprzeciwu PSL-u) – chwilowo odpuszczała. Polecając jednocześnie swoim senatorom wprowadzenie do ustawy odpowiednich poprawek.
Taki los spotkał ustawę dotyczącą frankowiczów wraz z moją poprawkę, obciążającą banki kosztami przewalutowania kredytów frankowych. Przegłosowaną w Sejmie wspólnymi siłami PSL, SLD i PiS – wbrew Platformie. Senatorowie PO powykreślali korzystne dla frankowiczów zapisy.
Ustawa z poprawkami senackimi trafia z powrotem do Sejmu. Posłowie i posłanki w poprawkach Senatu nie mają prawa niczego zmieniać. Mogą każdą z nich przyjąć. Albo odrzucić. Do odrzucenia poprawki Senatu potrzeba większości bezwzględnej. Czyli ilość głosów przeciw poprawce musi być większa niż suma głosów za poprawką i głosów wstrzymujących się.
Konieczność uzyskania przez partię lub koalicję rządzącą większości bezwzględnej w Sejmie dla odrzucenia niechcianych poprawek jest pewnym utrudnieniem, gdyż ustawy uchwala się zwykłą większością głosów. Ale niemal zawsze jest w zasięgu rządzących. Czy w takiej sytuacji „pospolite ruszenie” opozycji na Senat ma sens? Ma!

Debata

Nie łudźmy się. Jeśli jesienią wyborcy postawią na partię Jarosława Kaczyńskiego, nawet setka senatorów i senatorek zjednoczonej opozycji nie zablokuje kolejnej kadencji rządów Prawa i Sprawiedliwości. Ale może w istotnym stopniu ucywilizować pracę polskiego parlamentu. Dzisiaj dwaj panowie „K” – Kuchciński i Karczewski – mają w Sejmie i Senacie władzę absolutną. Korzystając z niej, doprowadzili do faktycznej likwidacji debaty parlamentarnej. Wprowadzając ekspresowe tempo „przepychania” ustaw uzgodnionych na Nowogrodzkiej i mających błogosławieństwo prezesa Kaczyńskiego.
W przypadku uzyskania przez opozycję większości w Senacie i wyborze marszałka spośród opozycji, to tam przeniesie się ciężar politycznych debat. Co też istotne, Senat (podobnie jak Sejm) dysponuje możliwością przeprowadzania wysłuchań publicznych. Pozwalających uspołecznić proces legislacyjny i dających możliwość wypowiedzenia się ekspertom.
Możliwe, że mający większość w Sejmie karni posłowie i posłanki PiS-u będą skrzętnie odrzucali dorobek opozycyjnego Senatu. Ale z pewnością obecna praktyka stanowienia prawa pod osłoną nocy zostanie zablokowana.

Cała opozycja

Drugim ważnym czynnikiem przemawiającym za wspólnym startem jest możliwość porozumienia się całej opozycji. Całej. Szef PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział samodzielny start ludowców do Sejmu pod szyldem PSL‑Koalicja Polska. Ale równocześnie potwierdził, że PSL byłby zainteresowany wspólnym startem opozycji do Senatu. Również wypowiedzi polityków Wiosny Roberta Biedronia sugerują, że ich kandydaci i kandydatki mogliby znaleźć się na wspólnej liście. Inna sprawa, że mówienie o wspólnej liście opozycji do Senatu to pewne uproszczenie.
Specyfika jednomandatowych wyborów do Senatu nie wymaga tworzenia jednej ogólnopolskiej listy. To powinno pomóc w dogadaniu się tak skrajnych programowo partii jak chociażby PSL i Wiosna. W praktyce wspólny start do Senatu oznacza wyłonienie w każdym okręgu jednego kandydata lub kandydatki opozycji – mających poparcie pozostałych ugrupowań. Tak to zresztą wyglądało w dotychczasowych wyborach do Senatu – nierzadko wygrywali bezpartyjni kandydaci, ale startujący z poparciem jednej z największych partii.

Samorządowcy

Były już pomysły przekształcenia Senatu w izbę samorządową. Mające pewien sens, bo włączające samorządowców w proces tworzenia prawa. Które to prawo w wielu wypadkach muszą później realizować w realu. Chwilowo odłóżmy jednak debatę o ewentualnych przyszłych przekształceniach Senatu.
Faktem jest, że w jesiennych wyborach samorządowcy uzyskali w starciu z politykami PiS-u korzystniejszy rezultat niż opozycja 26 maja. Ponadto to samorząd jest dzisiaj ostoją demokracji i polityki wolnej od szaleństw prawicy. Prezydenci kilku największych miast już zadeklarowali chęć udzielenia wsparcia opozycji w jesiennych wyborach – szczególnie do Senatu. Spodziewam się, że za nimi pójdą inni.
Nie wiemy jeszcze, jak miałoby takie wsparcie znanych samorządowców wyglądać w praktyce. Nie wyobrażam sobie, aby Rafał Trzaskowski w Warszawie lub Jacek Sutryk we Wrocławiu mieli decydować się na zamianę prezydentury na miejsce w Senacie. Zresztą byłoby to niekorzystne dla lokalnych społeczności. Ale gdyby na przykład we Wrocławiu do senackich wyborów stanęli dwaj byli prezydenci: Rafał Dutkiewicz i Bogdan Zdrojewski? Prawdopodobnie zostaliby zaakceptowani przez całą antypisowską opozycję. A Prawu i Sprawiedliwości nie pozostałoby nic innego jak oddanie wrocławskich wyborów walkowerem.
Deklaracja wsparcia wyborów do Senatu przez samorządowców – to kolejny argument za podjęciem rozmów przez wszystkie siły opozycyjne. A start do Senatu polityków i polityczek ze środowisk lokalnych dałby przy okazji odpowiedź, czy pomysł oddania Senatu samorządowcom jest wart rozważenia.

Lewica w Senacie

O formule startu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w najbliższych wyborach parlamentarnych dyskutuje w ten weekend Zarząd i Rada Krajowa SLD. W ogólnopartyjnym referendum będą mieli okazję wypowiedzieć się wszyscy członkowie partii. Jestem zdania, że w obecnej, nadzwyczajnej sytuacji politycznej w Polsce, lewica powinna wziąć aktywny udział w działaniach na rzecz stworzenia silnej demokratycznej większości w izbie wyższej parlamentu. Taka jest bowiem polska racja stanu.
To dopiero początek drogi do jesiennych wyborów. Za wcześnie, by rozpisywać scenariusz na role. Ale wiem, że Sojusz Lewicy Demokratycznej dysponuje wieloma znakomitymi politykami i polityczkami. Którzy mogą stanowić silne ogniwo opozycyjnej drużyny do Senatu. A to oznacza, że możliwy do powtórzenia jest sukces SLD z wyborów europejskich. Który przełożony na realia parlamentu krajowego oznaczał by obecność co najmniej kilkunastu senatorów i senatorek lewicy w Senacie X kadencji.

* * *

Niniejszy tekst nie sugeruje w żadnym razie złożenia broni przez opozycję (i lewicę) w wyborczej walce o zwycięstwo w najważniejszych wyborach tej jesieni – wyborach do Sejmu. Wspólny start do Senatu może co najwyżej stanowić jeden z elementów strategii wyborczej zmierzającej do odsunięcia PiS-u od władzy.

Fala zmiany

Nadchodzące wybory do Kongresu Stanów Zjednoczonych mają szansę odmienić amerykańską politykę. Nie tylko dlatego, że wszystkie sondaże i badania opinii publicznej przewidują porażkę republikanów zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie. Największa zmiana zachodzi w samym łonie Partii Demokratycznej, gdzie po latach marginalizacji do głosu dochodzą kobiety i przedstawiciele mniejszości etnicznych.

 

Fala zmiany właśnie pochłonęła Michaela Capuano, kongresmana reprezentującego stan Massachusetts od dwudziestu lat. Capuano, jeszcze do niedawna uważany za „niezatapialnego”, musiał tym razem uznać wyższość Ayanny Pressley. To właśnie ta czarnoskóra radna z Bostonu i asystentka senatora Johna Kerry’ego odniosła o tyle zdumiewające, co zdecydowane zwycięstwo w prawyborach zorganizowanych w stanowych strukturach Partii Demokratycznej.

„Dzisiejsze czasy wymagają więcej od naszych przywódców i od naszej partii. Dzisiejsze czasy wymagają, aby do rządzenia podchodzić mądrze, bezkompromisowo i bez strachu. Nie wystarczy już, że demokraci przejmą władzę. Ważne będzie też to, co ci demokraci reprezentują” – powiedziała Pressley po ogłoszeniu wyników prawyborów.

W wielu sprawach Pressley i Capuano wypowiadają się podobnie. Oboje są znani z postępowych poglądów, m.in. opowiadają się za swobodnym dostępem do aborcji. Pressley zyskała rozgłos zapowiadając zlikwidowanie niesławnej ICE, czyli służby imigracyjnej odpowiedzialnej za rozdzielanie rodzin nielegalnych imigrantów i zamykanie ich w centrach odosobnienia. Z kolei Capuano skupiał się na kwestiach gospodarczych, proponując aktywną walkę z bezrobociem i biedą poprzez pełne zatrudnienie.

Przegrana Capuano nie wynikała zatem z różnic programowych. Raczej, była pochodną politycznego trendu, który dało się zauważyć już podczas wyborów prezydenckich w 2016 roku. Wtedy to, na fali zmęczenia dotychczasowym partyjnym establishmentem, republikanie zagłosowali na politycznego nowicjusza Donalda Trumpa. Podobnie spora część demokratów podziękowała Hillary Clinton, która w polityce działała „od zawsze”. Od tego czasu ten trend w Partii Demokratycznej nie tylko się utrzymał, ale wręcz się umocnił. Można już zatem mówić o powszechnym znużeniu twarzami, które Amerykanie muszą oglądać od wielu lat. Capuano jest tego dobrym przykładem. Do Izby Reprezentantów trafił w 1998 roku, a więc jeszcze za prezydentury Billa Clintona. Wcześniej przez dziesięć lat był burmistrzem Bostonu, w samej zaś polityce działa od niemal czterdziestu lat…

W innych warunkach tak bogate CV byłoby zapewne poważnym atutem. Jednak nie w dzisiejszej Ameryce. Im więcej lat spędzonych w Kongresie, tym mniejsze szanse na kolejne zwycięstwo. W czerwcu 2018 roku przekonał się o tym inny „niezatapialny”, Joseph Crowley. Zasiadający w Izbie Reprezentantów od niemal dziesięciu lat, Crowley był nawet typowany na przyszłego przywódcę większości w Izbie Reprezentantów w przypadku zwycięstwa demokratów w jesiennych wyborach. Tym większy był szok i niedowierzanie, kiedy partyjne prawybory wygrała Alexandra Ocasio-Cortez, szerzej nieznana, 28-letnia aktywistka o imigranckich korzeniach. Jej zwycięstwo udowodniło, że doświadczenie i pieniądze to nie wszystko – Ocasio-Cortez zebrała 194 tys. dolarów, podczas gdy Crowley dysponował budżetem przekraczającym 3,4 mln dolarów. Jak nigdy, zaczynają liczyć się szczerość i bezkompromisowość w kwestiach społecznych, a przede wszystkim „polityczna niewinność”, czyli brak uwikłania w zgniłe kompromisy, z których do tej pory słynął Kongres.

Fala zmiany może także przynieść zwycięstwo pierwszego czarnoskórego gubernatora Florydy. Andrew Gillum, niespełna czterdziestoletni burmistrz Tallahassee, startuje w wyborach nie tylko jako przedstawiciel swojej grupy etnicznej, lecz również jako głos wszystkich wykluczonych ekonomicznie. Po raz pierwszy zdarza się bowiem, aby czołowy polityk jednej z dwóch głównych partii tak otwarcie przyznawał się do socjalistycznych poglądów, obiecując powszechny dostęp do służby zdrowia i aktywną walkę z bezrobociem. Co więcej, Gillum głosi potrzebę ograniczenia dostępu do broni, co w takim stanie jak Floryda jeszcze do niedawna oznaczałoby polityczne samobójstwo.

„Wierzę, że Floryda z jej bogatą różnorodnością wybierze gubernatora, który nas wszystkich złączy, a nie podzieli. Nie wybierze mizogina czy rasisty. Ludzie raczej będą szukali kogoś, kto będzie w stanie sprostać wysokim aspiracjom naszego stanu” – mówił niedawno Gillum.

Wyścig o fotel gubernatora na Florydzie zapowiada się niezwykle ciekawie. Głównym przeciwnikiem Gilluma będzie bowiem Ronald Dion DeSantis, republikański kongresman, uważany za jednego z najbliższych sojuszników prezydenta Donalda Trumpa. Poglądy obu polityków są zbieżne nie tylko w kwestiach gospodarczych, ale także w ocenie imigrantów i mniejszości etnicznych. Zarówno Trump, jak i DeSantis chętnie odwołują się do skrajnie konserwatywnego elektoratu, często zahaczając przy tym o rasizm. W zeszłym tygodniu w wypowiedzi dla stacji Fox News, DeSantis skrytykował swojego konkurenta, sięgając po sformułowanie „monkey up” (dosł. „zmałpieć”), oznaczające „zepsuć coś”, jednakże zawierające czytelny podtekst rasistowski. Wywiadem tym DeSantis wywołał spore kontrowersje, od jego słów odcięli się nawet konserwatywni dziennikarze, jednak on sam pozostał przy swoim.

Równie pasjonująco zapowiada się wyścig o fotel gubernatora w Georgii. Tam przed szansą na zapisanie się w historii jako pierwsza czarnoskóra pani gubernator stanie Stacey Abrams, 44-letnia prawniczka i przedsiębiorczyni. W tym przypadku zwycięstwo może jednak okazać się niezwykle trudne. Georgia to tradycyjnie konserwatywny stan, gdzie mimo upływu lat większość urzędów wciąż pozostaje zamknięta przed Afro-Amerykanami. Inaczej niż więzienia, w których ponad 60 proc. przetrzymywanych to czarnoskórzy.

Czy „fala zmiany” zmiecie dotychczasowy amerykański establishment? Przekonamy się już na początku listopada, kiedy odbędą się wybory lokalne oraz do Kongresu. W Senacie do zdobycia będzie aż 35 ze stu miejsc, a trzeba pamiętać, że obecna przewaga republikanów nad demokratami wynosi zaledwie jeden głos. Nie o to jednak się rozchodzi, aby Partia Demokratyczna zastąpiła Partię Republikańską. I w jednej, i w drugiej znajdują się bowiem ludzie, dla których zgniłe kompromisy ponad głowami wyborców to sól amerykańskiej polityki. O prawdziwej zmianie będziemy zatem mogli powiedzieć dopiero wówczas, kiedy ich miejsce zajmą społecznicy pokroju Pressley czy Ocasio-Cortez. Im więcej takich ludzi w (nie tylko amerykańskiej) polityce, tym lepiej dla demokracji.