„Nie samym chlebem żyje człowiek…

…lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4b) Kilka uwag na temat artykułu prof. Tadeusza Klementewicza „Polak, katolik, obywatel – suweren. Ile pracownika w pracowniku?” („Trybuna” Nr 7-8 grudnia 2020r.)

Zasadniczym problemem niniejszego tekstu jest to, że bardzo lubię i cenię profesora Tadeusza Klementewicza. Uważam go za wybitnego lewicowego ekonomistę, autora wielu cennych analiz w skali makroekonomicznej Autora wspaniałej, wydanej w zeszłym roku, książki „Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”. Tak się jednak składa, że w dzisiejszym świecie wiedza o życiu społecznym i mechanizmach rozwoju społecznego jest wiedzą obejmującą wiele dyscyplin i obszarów badawczych. Często specjaliści z jednej dziedziny przenosząc swoje rozważania na inne niezbyt dobrze znane obszary produkują poczwarki i potworki zadziwiające swoja osobliwa urodą, ale nie wnoszące niczego konstruktywnego do dyskusji.

Do klasycznych obszarów powstawania owych osobliwości należy pogranicze między ekonomią a antropologią i historią. Te dzikie pola intelektualnych poszukiwań stały się wylęgarnią stworków określanych potocznie jako „homo economicus” a więc osobliwych wywodów mówiących o tym jak ekonomista wyobraża sobie człowieka, o którego działaniach i historii pozaekonomicznych, z reguły niezbyt dużo wie.
„Homoekonomikus” jak można go już, ze względu na popularność w naszym kraju, nazywać jest zjawiskiem w nauce codziennym. Co chwila jakiś ekonomista wyprowadza swojego „homoeka” na spacer po bulwarach debaty publicznej. Fakt, że kolejny wybitny ekonomista dochował się swojego „homoeka” byłby zabawny gdyby nie fakt, że ów nowy intelektualny „sobotwór” zgłasza roszczenia do organizowania myśli programowej polskiej lewicy.

Ponieważ, jeżeli lewica ma już mieć program, (co stanowi prawdziwa rewolucję na polskim gruncie gdzie lewica od bardzo już dawna jest bezpruderyjnie teoretyczna) to warto, być może, oprzeć go na poważnej debacie odwołującej się do faktów a nie radosnej twórczości ekonomistów biorących się za historię czy antropologię. Ośmielam się więc przedstawić kilka uwag opartych na wiedzy z dziedzin ekonomistom najczęściej ekonomistom obcych. Żeby nie być oskarżonym o nieuprawnione uogólnienia zmuszony jestem przytoczyć opis „homoeka”, który jest przedmiotem niniejszej dyskusji.

Przechodząc do rzeczy stwierdzić należy, że rzeczony osobnik narodził się zdaniem swego duchowego ojca w wyniku konieczności modyfikacji dzieła Karola Marksa, który nie zrozumiał zasadniczego problemu swojej i nie tylko swojej współczesności jakim jest „znaczenie potocznej świadomości klas ludowych”. Niezależnie od niezwykle ciekawego problemu czym są zdaniem autora tzw. „klasy ludowe” przypomnijmy zasadnicze punkty wywodu:

Po pierwsze więc: „Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego.”

Po drugie: „W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika.”

Jak sądzę nie trzeba tutaj chyba specjalnej przenikliwości żeby rozpoznać w owym „potocznie myślącym” przedstawicielu „klas ludowych” starego poczciwego „homoeka” najlepsze jednak Dopiero prze nami, albowiem: „Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD.”

Za pewne podsumowanie niniejszych wywodów można uznać wytłuszczony wniosek: „DOMINACJA WIEDZY POTOCZNEJ STANOWI BARIERĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ NARRACJOM TEORETYCZNYM, BY REALNIE WPŁYNĄĆ NA PERCEPCJĘ INTERESU KLASOWEGO I SOLIDARNOŚCI W JEGO REALIZACJI.”

Ponieważ jesteśmy ludźmi lewicy zacznijmy od Marksa i rzekomego braku w jego analizach należytego uwzględniania czegoś co nazwane zostało „potoczną świadomością klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności” nazywanej w tekście „mądrością”. Nie nazywając tego zjawiska „mądrością” Marks mający, jak sądzę, dość bliskie kontakty z robotnikami (a nie mówimy tutaj o Engelsie, badającym położenie klasy robotniczej, pracującym, co prawda nie jako robotnik, w fabryce, a nawet utrzymującego osobiste bardzo intymne stosunki z niektórymi robotnicami) operował tutaj rozróżnieniem na „klasę w sobie” i „klasę dla siebie”. A więc grona ludzi żyjących, niezależnie od siebie, zgodnie z logiką systemu i tych samych ludzi jako grupy mającej poczucie wspólnoty interesów i usiłujących system zgodnie z nimi zmieniać. „Świadomość potoczna” pozbawiona co prawda wzniosłej retoryki robiącej z niej „mądrość” należy do tego pierwszego obszaru. Trudno zresztą zrozumieć sens głównego dzieła Marksa „Kapitału” jeżeli nie traktuje się go jako wielkiej próby odpowiedzi na pytanie: jak muszą zmienić się warunki społeczno-gospodarcze, żeby klasa robotnicza została przez nie zmuszona do porzucenia stanu bycia „klasą w sobie” i stania się „klasą dla siebie”, a więc do wprowadzenia komunizmu? To, że Marksowi nie udało się odpowiedzieć na to pytanie, jest w sumie rzeczą drugorzędną jako, że jeżeli w ogóle o nim pamiętamy to nie ze względu na doskonałość jego teorii ale ze względu na zainicjowanie przez niego masowego ruchu robotniczego, którego rozwój wyraźnie świadczy, że wbrew poglądowi wyrażonemu w krytykowanym teście, owi robotnicy interesowali się czymś więcej niż tylko swoimi dochodami, karierami i wyprzedażami pozwalającymi się obłowić.
To czym interesowali się i interesują przedstawiciele „klas ludowych” stanie się głównym tematem dalszych rozważań. Dla porządku odnotujmy tylko, że na Marksie i Engelsie rozważania nad świadomością potoczną i świadomością teoretyczną „klas ludowych” się nie zakończyły. Z niegdyś znanych można tu wskazać na rozróżnienie „świadomości tradeunionistycznej” i „świadomości klasowej” zaproponowane przez Włodzimierza Uljanowa ps. Lenin, „Rozważania o przemocy” Georgesa Sorela, czy „Psychologię socjalizmu” Henri de Mana. Problem świadomości owych „klas ludowych” był wśród myślicieli lewicowych przedmiotem rozważań, z których udałoby się skompletować całą bibliotekę. Nie to jest jednak zasadniczym problemem.

Zasadniczym problemem jest rzekoma dominacja owego „myślenia potocznego” czy też wiedzy potocznej nad „myśleniem teoretycznym” (nazywanym przez Autora „narracjami teoretycznymi”) w myśleniu „klas ludowych”.

Zasadniczy problem polega na tym, że wbrew przekonaniu Autora w praktyce rzecz polega na tym, że ludzie nie tyle „myślą żeby żyć” ale „żyją żeby myśleć”. Deklaracja ta sprawia wrażenie bardzo idealistycznej, ale problem ma, bardzo konkretny i materialny wymiar. Przewodnikiem w tej materii może być, u samych podstaw zagadnienia, znany francuski nonkonformista antropolog Edgar Morin. W swojej zapomnianej niestety pracy „Zagubiony paradygmat natura ludzka” wychodząc od obserwacji, że ludzki mózg charakteryzuje wyraźna nadzłożoność w stosunku do życiowych potrzeb człowieka, uzasadnia tezę że człowiek z produktami owej nadzłożoności tj. nadprodukcją myśli rodzących się owym mózgu nie radzi sobie najlepiej, a często w ogóle sobie nie radzi stając się ich niewolnikiem i wpadając w pułapki zastawiane przez własną świadomość. Magia, religia, podejrzliwość, zazdrość, perfidia (którą w Polsce zajmował się Mirosław Karwat) i różne inne przejawy uznawane za jego chorobliwe patologie obce zwierzętom okazują się wytworami tego właśnie mechanizmu. Reasumując można przyjąć, że w świetle zreferowanych rozważań myślenie określane, w krytykowanym tekście, jako „potoczne” nastawione na bezpośrednią efektywność jest domeną zwierząt, podczas gdy myślenie ludzkie jest niestety radykalnym przekroczeniem tych horyzontów i pojawieniem się w nim mechanizmów radykalnie nowych i kłopotliwych.

Na płaszczyźnie historii owa nadzłożoność przybiera, jak sądzę, postać czegoś co bardzo trafnie ujął Claude Levi Strauss w tytułowej formule swojej klasycznej pracy „Myśl nieoswojona” (w oryginale La pensée sauvage – więc „myśl dzika”). Myśl dzika to myśl pierwotna, spontaniczna i bezrefleksyjna, która charakteryzuje się nieograniczoną dynamiką, żywiołowością, brakiem hamulców i refleksyjności. Jest to myśl „zdolna do wszystkiego” i raczej nieposkromiona niż „nieoswojona”.

Ksiązka Levi-Straussa stała się przedmiotem dwoistej refleksji. Z jednej strony moralnej, ukazujących zbrodniczość i intencjonalność owego myślenia rozwinięta przez Rene Girarda w „Koźle ofiarnym”. Z drugiej intelektualnej, ukazującej drogi ograniczania myśli dzikiej, przez wypracowywanie myślenia teoretycznego, przedstawione przez Jacka Goody’ego w znanej pracy „Poskromienie myśli nieoswojonej” (tytuł oryginału The Domestication of the Savage Mind mówi o udomowieniu).
Ten drugi nurt jak sądzę tworzy właściwe pole dla rozumienia sensu tego co określamy jako myślenie teoretyczne, (czy też jak chce Autor „narracje teoretyczne”). Jest ono wynikiem dokonującego się w trakcie rozwoju cywilizacji procesu racjonalizacji, porządkowania, weryfikacji, dyscyplinowania owej pierwotnej, spontanicznej myślowej „dziczyzny” będącej efektem owego „defektu” ewolucyjnego jakim jest nadzłożoność. Są więc efektem narastającego sprzeciwu wobec myślowych ekscesów mitu, magii, religii, objawień, teorii spiskowych i prześladowczych i całego tego nieskończonego bogactwa najdziwaczniejszych wytworów ludzkiego umysłu, z którym nieustannie mamy do czynienia. Znajduje ono wyraz nie tylko w nauce ale również literaturze i innych formułach refleksyjności i dystansowania od spontaniczności czego bardzo dobrym przykładem była chociażby powieść grozy zmieniająca metafizyczne lęki w literacką grę a nawet zabawę. Zawsze też warto pamiętać, że twórca nowoczesnej metody naukowej nauk społecznych i humanistycznych – ośmieszony przez znanego z perwersji intelektualnych sado-masochistę Michaela Foucaulta jako twórca tzw. „władzowiedzy” – Francis Bacon za motto swoich rozważań przyjął zasadę głoszącą, iż „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł trzeba ale ołowiu”.

Myślenie dzikie chociaż towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów, nie jest bynajmniej zjawiskiem, które kiedykolwiek zamarło, co więcej jest myśleniem dominującym tradycyjnie wśród „klas ludowych”. Klasy te wbrew pozorom nigdy nie żyły jedynie owym myśleniem potocznym skoncentrowanym na T =>P =>T` i promocjach makaronu w Lidlu (sam śledzę raczej promocje w Auchanie, a jako osoba w wieku przedemerytalnym zastanawiam się jak dorobić na emeryturze). Wystarczy sobie popatrzeć na historię chrześcijaństwa, owego wytworu ludzi prostych uznawanego nawet w swoich początkach za religię „niewolników”, żeby zobaczyć, że „klasy ludowe” wykazują się niezwykłą kreatywnością w zakresie zagadnień oderwanych od bezpośrednich potrzeb życiowych. Najprzeróżniejsze ruchy ludowe rozwijające się w jego łonie – herezje i sekty o ludowej proweniencji są tego najlepszym świadectwem. Wystarczy popatrzeć z jakim zapałem prości ludzie rzucili się na interpretowanie Biblii w przededniu wojny chłopskiej w szesnastowiecznych Niemczech i do czego to doprowadziło. Warto zauważyć, ze Marks i Engels ze swoją teorią też nie działali w próżni ale wręcz przeciwnie, na gruncie tak płodnym we wszelkie pomysły naprawiania świata, że trzeba było się w tym towarzystwie bardzo mocno rozpychać łokciami, żeby w ogóle dojść do głosu.

Historia ta bynajmniej się nie zakończyła na czasach pierwszej fazy rozwoju rewolucji przemysłowej. Wszelkie kryzysy i zaburzenia życia społecznego owocowały i owocują eksplozjami owej myśli nieoswojonej. Niewątpliwie jej najbardziej spektakularnym przejawem stały zjawiska prawicowych reakcji na wielki kryzys w postaci nazizmu, faszyzmu, rasizmu, antysemityzmu i wszelkiej maści zjawisk pokrewnych znajdujących dość powszechną aprobatę a nawet budzących fanatyczne fascynacje wśród licznych przedstawicieli „klas ludowych”. Owo myślenie dzikie, raz było na wozie ,raz pod wozem, ale nigdy nie zamarło nawet w najbardziej „ponurych” czasach powojennego, niestety często powierzchownego, racjonalizmu.

Czasy współczesne to okres niebywałego rozkwitu myśli nieposkromionej związanego z gwałtownym rozwojem coraz bardziej wymykającego się wszelkim próbom racjonalizacji i refleksyjności świata nowych mediów. Internet jest imperium Wielkiego Zdziczenia Myśli, osobliwym Wielkim Powrotem do świata pierwotnego a być może nawet spektakularnym, intelektualnym samobójstwem cywilizowanej ludzkości. Byłoby jednak przesadą niedostrzeganie tego, że jak na razie, jest przede wszystkim polem walki „nowych dzikich” z cywilizowaną przeszłością. Ci „nowi dzicy” odradzający myśl nieoswojoną to ludzie uważający się za „konserwatystów” i równie nieodpowiedzialni neoliberałowie. Wielka wojna z nowoczesnym państwem socjalnym rozpoczęta przez te dwie siły uderzeniowe wielkiego kapitału zburzyła powojenny ład i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie wyzwalając w sposób nie mniej radykalny niż w latach dwudziestych zeszłego stulecia wszystkie wydawałoby się zamknięte na siedem pieczęci chorobliwe i prześladowcze idiotyzmy. (Wydaje mi się, w tym kontekście, że nie można mówić o myśleniu współczesnych „klas ludowych” bez przyswojenia sobie lekcji Thomasa Franka zawartej w opracowaniu „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.”)

Siłą napędową współczesnego populizmu jest myśl „nieoswojona”. Współczesny przedstawiciel „klas ludowych” to niestety najczęściej nie tylko chłopek roztropek kalkulujący korzyści z wyprzedaży mrożonej ryby zagrożonej przeterminowaniem, czy awans na majstra, ani szewc pilnujący kopyta. To człowiek myślący w kategoriach zawrotnych perspektyw światowego spisku Żyda Sorosa, walczący z dążeniem światowych elit do wyludnienia planety odpowiednio do swoich potrzeb, Klubem Bilderberg, rządami reptilian, masonami, elgbtem, dżenderem, tęczową zarazą, marksizmem kulturowym i wielu innymi przerażającymi zagrożeniami jego codziennego bytu. Nie z każdym o tym rozmawia, bo diabeł nie śpi, ale swoje wie. Uczestniczy też we wspólnocie, która go podtrzymuje w gotowości do działania. Do obrony Prezesa i jego jedynie słusznych wizji szczęśliwej przyszłości.

To, że obecnie w rządach tej paranoi obserwujemy kryzys byłoby optymistyczne gdyby istniała jakaś alternatywa nadająca na podobnych falach i potrafiąca wkroczyć na tereny myśli nieoswojonej proponując sensowna alternatywę. W dawnych czasach takie mechanizmy istniały w ruchu robotniczym, intelektualiści pisywali nie tylko wiekopomne traktaty ,ale przede wszystkim byli publicystami potrafiącymi odwoływać się do emocji wyobrażeń normalnych ludzi. Brudził sobie w ten sposób ręce nawet Karol Marks pisząc chociażby „18 brumaire’a”. Takim intelektualistą był Fryderyk Engels, którego polemiki i broszury: ”Anty-During”, „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa’, „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” itp. stanowiły rzeczywista podstawę upowszechniania marksizmu. Ale też nie jest przypadkiem, że Engels budzi od dziesięcioleci prawdziwe obrzydzenie wśród prawdziwych „teoretyków” jako wulgaryzator „prawdziwego marksizmu”, którego poszukiwanie stało się zabawą jeszcze popularniejszą niż onegdaj poszukiwanie Świętego Grala a nieco później poszukiwanie Eldorado. Nie należy ukrywać, że na drodze wkraczania ruchu robotniczego na tereny myśli nieoswojonej zdarzały się nadużycia, nawet katastrofy, jak chociażby stalinizm, ale nie jest to powód do popełniania politycznego samobójstwa i zamykania się w świecie, w którym nie ma nadużyć bo nie ma życia.

Nikt na lewicy jakoś nie potrafi dostrzec, że prawicowy populizm nie jest podtrzymywany przez oficjalne instytucje, ale dynamicznym ruchem instytucji nieformalnych skupionym wokół think tanków, czasopism, klubów, fundacji, rozgłośni radiowych (Radio Maryja) czy telewizyjnych (TV Republika) itd. Jedyną bodajże oficjalną instytucją jest tutaj IPN. Nawet zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna działa w oparciu o aktyw z owego niesformalizowanego świata. Jest to środowisko żywe, nie bojące się dyskusji, polemik i debat a nawet awantur. To ta olbrzymia machina buduje od kilku już dziesięcioleci umysłowe zaplecze prawicowego populizmu w społeczeństwie.

W tym kontekście wyobrażenia do których odwołuje się Autor artykułu porażają anachronizmem. Przekonanie, że hegemonię klasowa budują „Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie”. (Autor mówi o „hegemonii kulturowej” nawiązując do myśli Antonia Gramsciego, którego wątpliwe pomysły odegrały doniosłą rolę w pogrążeniu w niebycie Włoskiej Partii Komunistycznej i zresztą nie tyko jej. Ale jest to już temat na inną dyskusję.)

Niezależnie natomiast od oceny Gramsciego warto zwrócić uwagę, że ani szkoła ani ambona ani tym bardziej akademie nigdy nie tworzyły realnego mechanizmu umacniającej czyjąkolwiek i jakąkolwiek hegemonię. Żadna idea, która obecnie rządzi umysłami nie zrodziła się ani w szkołach ani w akademiach. Poczynając od neoliberalnych bredni a na „żołnierzach wyklętych” kończąc, zawsze w punkcie wyjścia mamy nieformalną grupę typu Mont Pelerin z której dopiero z czasem i nie bez trudności nowa formuła rozpełza się na szkoły i akademie i nie zawsze właśnie tam najmocniej się zakorzenia. Szkoła natomiast przez rutynę i formalizację jest w stanie ośmieszyć i skompromitować każdą ideę o czym mieliśmy okazję przekonać się nie tylko poprzez doświadczenie wychowania socjalistycznego w PRL ale i później obserwując kompromitację nauczania w tych placówka tzw. religii. Obecnie, muszę przyznać, z wypiekami na twarzy oczekuję efektów upowszechniania osiągnięć poetyckich i intelektualnych dokonań Karola Wojtyły (Jana Pawła II) gdyż jeżeli idea zostanie potraktowana poważnie możne być ciekawie.

Chociaż w przeciwieństwie do szkoły i akademii o ambonie mam dość mgliste wyobrażenie towarzyszy mi jednak przekonanie, że o wpływie Kościoła na ład społeczny nigdy nie decydowała ambona ale zawsze kruchta (za słownikiem PWN: 1. «przedsionek kościoła».2. lekcew. «środowisko i mentalność ludzi mających bezkrytyczny stosunek do Kościoła i jego nauk»). Obecnie mamy, zresztą, okazję obserwować, że i na ambonie nad podziw łatwo się poślizgnąć.

Tak na marginesie warto też zwrócić uwagę, że gdy mówimy o znaczeniu owej „kruchty” dla świadomości robotniczej, to momentem kluczowym, nie jest tu rewolucja 1905 roku. Klasa robotnicza ukształtowana przez te wydarzenia zanikła z różnych względów po roku 1945. Chociaż nie sposób zanegować faktu, że na Śląsku czy w Poznańskim, których rewolucja 1905 roku nie objęła robotnicy znaleźli się pod wpływami kościoła już przed drugą wojną światowa, to klerykalizacja środowisk robotniczych dawnej Kongresówki (i Galicji) była efektem wielkiej migracji ze wsi do miast po drugiej wojnie światowej. To te dwa miliony zbędnych ludzi ze wsi, które w miastach w osiągnięciu statusu robotnika zobaczyły swoją życiowa szansę stworzyły tę nową klasę robotniczą. Stały się one, tym znanym nam, powojennym robotnikiem budującym koszmarne architektonicznie kościoły na każdym nowym osiedlu, posyłającym dzieci na religię i samorealizującym się w klerykalno-nacjonalistycznych odlotach przy każdej nadarzającej się okazji. To oni w końcu stworzyli tę Kaczą Polskę własnych marzeń, która akurat zaczyna sypać się w gruzy. To pojawienie się tych robotników podsumowywała znana anegdota o powstającym w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia na ANS PZPR doktoracie zatytułowanym „Lech Wałęsa jako przykład awansu społecznego robotnika w PRL”. Dla tego robotnika Rewolucja 1905 i jej doświadczenia są bardziej abstrakcyjne niż świat „Wojen Gwiezdnych”. Była ona bowiem jeszcze dawniej i jeszcze w odleglejszej galaktyce.

Problemem nie jest już dzisiaj ten odchodzący w przeszłość robotnik o solidarnościowo-wiejskiej, klerykalnej mentalności. Problemem jest stworzenie dla lewicy miejsca w świecie gwałtownych wstrząsów i konfliktów, w którym od pewnego czasu żyjemy i którego horyzont zaczynają wyznaczać nowi ludzie, którzy, jak widać, zaczynają wykraczać poza, umysłową, klerykalną wiochę potransformacyjnej Niepodległej Rzeczpospolitej. Problem polega jednak na tym, że żeby się z nimi spotkać lewica musi opuścić swoją własną równie koszmarną, intelektualną wiochę w której, niestety czuje się aż za dobrze.

Świat współczesny określany często jako świat dynamicznych przemian i szans jest przede wszystkim światem destabilizacji i narastającego poczucia zagrożenia. Starałem się powyżej ukazać że nie jest i co więcej nigdy nie była prawdą teza, że członkowie tzw. „klas ludowych” są przytłoczeni i zdominowani przez życiową codzienność która zamyka ich w kręgu bezpośrednich i pracowniczych zainteresowań i trzeba do nich docierać przez swoisty intelektualny „mały realizm” ekonomicznej codzienności i autorytet ekspertów, którzy w głębokich wywodach udzielają „klasowym ludowym” swojej teoretycznej mądrości nieskończenie niedostępnej dla zajętych śledzeniem promocji i wyprzedaży prostaczków.

Odnoszę wrażenie, że dla samych uczestników związkowej codzienności gąszcz prawniczych i organizacyjnych zagadnień jest po prostu nużący i nudny, podobnie jak fascynujące ekonomistów potoki danych i analiz ekonomicznych, czy oczywiście zrozumiała dla osób lgbt wyrafinowana subtelność gejowskich traum, uczuć i dylematów. Jak sądzę poważne racje merytoryczne wskazują, że tego typu horyzont poznawczy odrywa się od najważniejszego procesu, intelektualnego współczesności, czegoś, co w języku postmodernizm nazwać można powrotem „Wielkich Narracji”, które miały rzekomo zaniknąć w tzw. „świecie ponowoczesnym” raz na zawsze.
Ten Wielki Powrót „Wielkich Narracji” zgotowany nam przez wielki kapitał wymaga czegoś więcej niż „ekspertów i mediów”. Potrzebna jest sieć instytucji skupiających nie tylko pożal się Boże „ekspertów” ale przede wszystkim ludzi nie bojących się dyskusji polemiki, konfliktu, itd. na podobieństwo obecnej prawicy.

Życie intelektualne obecnej polskiej lewicy przypomina niestety spokojny spacer po niedzielnym obiedzie na pobliskim zabytkowym cmentarzyku. Okazję do odwiedzenia ukochanych bliskich, którzy co prawda zmarli już kilkadziesiąt lat temu ale dla nas są żywi jak byśmy rozstali się z nimi dopiero wczoraj, do poplotkowania, co tam za granicą, a co u sąsiadów. Oczywista jest cisza, spokój i dostojeństwo. Najważniejsze jest, żeby broń Boże nie podnieść głosu, nie dyskutować, a już kłótnia czy skandal na cmentarzu to już zupełnie niewyobrażalne i niewybaczalne chamstwo i prostactwo.

Niestety, żywi przyciągają żywych, martwi martwych i jak na razie mamy to co mamy.