„Nie samym chlebem żyje człowiek…

…lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4b) Kilka uwag na temat artykułu prof. Tadeusza Klementewicza „Polak, katolik, obywatel – suweren. Ile pracownika w pracowniku?” („Trybuna” Nr 7-8 grudnia 2020r.)

Zasadniczym problemem niniejszego tekstu jest to, że bardzo lubię i cenię profesora Tadeusza Klementewicza. Uważam go za wybitnego lewicowego ekonomistę, autora wielu cennych analiz w skali makroekonomicznej Autora wspaniałej, wydanej w zeszłym roku, książki „Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”. Tak się jednak składa, że w dzisiejszym świecie wiedza o życiu społecznym i mechanizmach rozwoju społecznego jest wiedzą obejmującą wiele dyscyplin i obszarów badawczych. Często specjaliści z jednej dziedziny przenosząc swoje rozważania na inne niezbyt dobrze znane obszary produkują poczwarki i potworki zadziwiające swoja osobliwa urodą, ale nie wnoszące niczego konstruktywnego do dyskusji.

Do klasycznych obszarów powstawania owych osobliwości należy pogranicze między ekonomią a antropologią i historią. Te dzikie pola intelektualnych poszukiwań stały się wylęgarnią stworków określanych potocznie jako „homo economicus” a więc osobliwych wywodów mówiących o tym jak ekonomista wyobraża sobie człowieka, o którego działaniach i historii pozaekonomicznych, z reguły niezbyt dużo wie.
„Homoekonomikus” jak można go już, ze względu na popularność w naszym kraju, nazywać jest zjawiskiem w nauce codziennym. Co chwila jakiś ekonomista wyprowadza swojego „homoeka” na spacer po bulwarach debaty publicznej. Fakt, że kolejny wybitny ekonomista dochował się swojego „homoeka” byłby zabawny gdyby nie fakt, że ów nowy intelektualny „sobotwór” zgłasza roszczenia do organizowania myśli programowej polskiej lewicy.

Ponieważ, jeżeli lewica ma już mieć program, (co stanowi prawdziwa rewolucję na polskim gruncie gdzie lewica od bardzo już dawna jest bezpruderyjnie teoretyczna) to warto, być może, oprzeć go na poważnej debacie odwołującej się do faktów a nie radosnej twórczości ekonomistów biorących się za historię czy antropologię. Ośmielam się więc przedstawić kilka uwag opartych na wiedzy z dziedzin ekonomistom najczęściej ekonomistom obcych. Żeby nie być oskarżonym o nieuprawnione uogólnienia zmuszony jestem przytoczyć opis „homoeka”, który jest przedmiotem niniejszej dyskusji.

Przechodząc do rzeczy stwierdzić należy, że rzeczony osobnik narodził się zdaniem swego duchowego ojca w wyniku konieczności modyfikacji dzieła Karola Marksa, który nie zrozumiał zasadniczego problemu swojej i nie tylko swojej współczesności jakim jest „znaczenie potocznej świadomości klas ludowych”. Niezależnie od niezwykle ciekawego problemu czym są zdaniem autora tzw. „klasy ludowe” przypomnijmy zasadnicze punkty wywodu:

Po pierwsze więc: „Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego.”

Po drugie: „W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika.”

Jak sądzę nie trzeba tutaj chyba specjalnej przenikliwości żeby rozpoznać w owym „potocznie myślącym” przedstawicielu „klas ludowych” starego poczciwego „homoeka” najlepsze jednak Dopiero prze nami, albowiem: „Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD.”

Za pewne podsumowanie niniejszych wywodów można uznać wytłuszczony wniosek: „DOMINACJA WIEDZY POTOCZNEJ STANOWI BARIERĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ NARRACJOM TEORETYCZNYM, BY REALNIE WPŁYNĄĆ NA PERCEPCJĘ INTERESU KLASOWEGO I SOLIDARNOŚCI W JEGO REALIZACJI.”

Ponieważ jesteśmy ludźmi lewicy zacznijmy od Marksa i rzekomego braku w jego analizach należytego uwzględniania czegoś co nazwane zostało „potoczną świadomością klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności” nazywanej w tekście „mądrością”. Nie nazywając tego zjawiska „mądrością” Marks mający, jak sądzę, dość bliskie kontakty z robotnikami (a nie mówimy tutaj o Engelsie, badającym położenie klasy robotniczej, pracującym, co prawda nie jako robotnik, w fabryce, a nawet utrzymującego osobiste bardzo intymne stosunki z niektórymi robotnicami) operował tutaj rozróżnieniem na „klasę w sobie” i „klasę dla siebie”. A więc grona ludzi żyjących, niezależnie od siebie, zgodnie z logiką systemu i tych samych ludzi jako grupy mającej poczucie wspólnoty interesów i usiłujących system zgodnie z nimi zmieniać. „Świadomość potoczna” pozbawiona co prawda wzniosłej retoryki robiącej z niej „mądrość” należy do tego pierwszego obszaru. Trudno zresztą zrozumieć sens głównego dzieła Marksa „Kapitału” jeżeli nie traktuje się go jako wielkiej próby odpowiedzi na pytanie: jak muszą zmienić się warunki społeczno-gospodarcze, żeby klasa robotnicza została przez nie zmuszona do porzucenia stanu bycia „klasą w sobie” i stania się „klasą dla siebie”, a więc do wprowadzenia komunizmu? To, że Marksowi nie udało się odpowiedzieć na to pytanie, jest w sumie rzeczą drugorzędną jako, że jeżeli w ogóle o nim pamiętamy to nie ze względu na doskonałość jego teorii ale ze względu na zainicjowanie przez niego masowego ruchu robotniczego, którego rozwój wyraźnie świadczy, że wbrew poglądowi wyrażonemu w krytykowanym teście, owi robotnicy interesowali się czymś więcej niż tylko swoimi dochodami, karierami i wyprzedażami pozwalającymi się obłowić.
To czym interesowali się i interesują przedstawiciele „klas ludowych” stanie się głównym tematem dalszych rozważań. Dla porządku odnotujmy tylko, że na Marksie i Engelsie rozważania nad świadomością potoczną i świadomością teoretyczną „klas ludowych” się nie zakończyły. Z niegdyś znanych można tu wskazać na rozróżnienie „świadomości tradeunionistycznej” i „świadomości klasowej” zaproponowane przez Włodzimierza Uljanowa ps. Lenin, „Rozważania o przemocy” Georgesa Sorela, czy „Psychologię socjalizmu” Henri de Mana. Problem świadomości owych „klas ludowych” był wśród myślicieli lewicowych przedmiotem rozważań, z których udałoby się skompletować całą bibliotekę. Nie to jest jednak zasadniczym problemem.

Zasadniczym problemem jest rzekoma dominacja owego „myślenia potocznego” czy też wiedzy potocznej nad „myśleniem teoretycznym” (nazywanym przez Autora „narracjami teoretycznymi”) w myśleniu „klas ludowych”.

Zasadniczy problem polega na tym, że wbrew przekonaniu Autora w praktyce rzecz polega na tym, że ludzie nie tyle „myślą żeby żyć” ale „żyją żeby myśleć”. Deklaracja ta sprawia wrażenie bardzo idealistycznej, ale problem ma, bardzo konkretny i materialny wymiar. Przewodnikiem w tej materii może być, u samych podstaw zagadnienia, znany francuski nonkonformista antropolog Edgar Morin. W swojej zapomnianej niestety pracy „Zagubiony paradygmat natura ludzka” wychodząc od obserwacji, że ludzki mózg charakteryzuje wyraźna nadzłożoność w stosunku do życiowych potrzeb człowieka, uzasadnia tezę że człowiek z produktami owej nadzłożoności tj. nadprodukcją myśli rodzących się owym mózgu nie radzi sobie najlepiej, a często w ogóle sobie nie radzi stając się ich niewolnikiem i wpadając w pułapki zastawiane przez własną świadomość. Magia, religia, podejrzliwość, zazdrość, perfidia (którą w Polsce zajmował się Mirosław Karwat) i różne inne przejawy uznawane za jego chorobliwe patologie obce zwierzętom okazują się wytworami tego właśnie mechanizmu. Reasumując można przyjąć, że w świetle zreferowanych rozważań myślenie określane, w krytykowanym tekście, jako „potoczne” nastawione na bezpośrednią efektywność jest domeną zwierząt, podczas gdy myślenie ludzkie jest niestety radykalnym przekroczeniem tych horyzontów i pojawieniem się w nim mechanizmów radykalnie nowych i kłopotliwych.

Na płaszczyźnie historii owa nadzłożoność przybiera, jak sądzę, postać czegoś co bardzo trafnie ujął Claude Levi Strauss w tytułowej formule swojej klasycznej pracy „Myśl nieoswojona” (w oryginale La pensée sauvage – więc „myśl dzika”). Myśl dzika to myśl pierwotna, spontaniczna i bezrefleksyjna, która charakteryzuje się nieograniczoną dynamiką, żywiołowością, brakiem hamulców i refleksyjności. Jest to myśl „zdolna do wszystkiego” i raczej nieposkromiona niż „nieoswojona”.

Ksiązka Levi-Straussa stała się przedmiotem dwoistej refleksji. Z jednej strony moralnej, ukazujących zbrodniczość i intencjonalność owego myślenia rozwinięta przez Rene Girarda w „Koźle ofiarnym”. Z drugiej intelektualnej, ukazującej drogi ograniczania myśli dzikiej, przez wypracowywanie myślenia teoretycznego, przedstawione przez Jacka Goody’ego w znanej pracy „Poskromienie myśli nieoswojonej” (tytuł oryginału The Domestication of the Savage Mind mówi o udomowieniu).
Ten drugi nurt jak sądzę tworzy właściwe pole dla rozumienia sensu tego co określamy jako myślenie teoretyczne, (czy też jak chce Autor „narracje teoretyczne”). Jest ono wynikiem dokonującego się w trakcie rozwoju cywilizacji procesu racjonalizacji, porządkowania, weryfikacji, dyscyplinowania owej pierwotnej, spontanicznej myślowej „dziczyzny” będącej efektem owego „defektu” ewolucyjnego jakim jest nadzłożoność. Są więc efektem narastającego sprzeciwu wobec myślowych ekscesów mitu, magii, religii, objawień, teorii spiskowych i prześladowczych i całego tego nieskończonego bogactwa najdziwaczniejszych wytworów ludzkiego umysłu, z którym nieustannie mamy do czynienia. Znajduje ono wyraz nie tylko w nauce ale również literaturze i innych formułach refleksyjności i dystansowania od spontaniczności czego bardzo dobrym przykładem była chociażby powieść grozy zmieniająca metafizyczne lęki w literacką grę a nawet zabawę. Zawsze też warto pamiętać, że twórca nowoczesnej metody naukowej nauk społecznych i humanistycznych – ośmieszony przez znanego z perwersji intelektualnych sado-masochistę Michaela Foucaulta jako twórca tzw. „władzowiedzy” – Francis Bacon za motto swoich rozważań przyjął zasadę głoszącą, iż „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł trzeba ale ołowiu”.

Myślenie dzikie chociaż towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów, nie jest bynajmniej zjawiskiem, które kiedykolwiek zamarło, co więcej jest myśleniem dominującym tradycyjnie wśród „klas ludowych”. Klasy te wbrew pozorom nigdy nie żyły jedynie owym myśleniem potocznym skoncentrowanym na T =>P =>T` i promocjach makaronu w Lidlu (sam śledzę raczej promocje w Auchanie, a jako osoba w wieku przedemerytalnym zastanawiam się jak dorobić na emeryturze). Wystarczy sobie popatrzeć na historię chrześcijaństwa, owego wytworu ludzi prostych uznawanego nawet w swoich początkach za religię „niewolników”, żeby zobaczyć, że „klasy ludowe” wykazują się niezwykłą kreatywnością w zakresie zagadnień oderwanych od bezpośrednich potrzeb życiowych. Najprzeróżniejsze ruchy ludowe rozwijające się w jego łonie – herezje i sekty o ludowej proweniencji są tego najlepszym świadectwem. Wystarczy popatrzeć z jakim zapałem prości ludzie rzucili się na interpretowanie Biblii w przededniu wojny chłopskiej w szesnastowiecznych Niemczech i do czego to doprowadziło. Warto zauważyć, ze Marks i Engels ze swoją teorią też nie działali w próżni ale wręcz przeciwnie, na gruncie tak płodnym we wszelkie pomysły naprawiania świata, że trzeba było się w tym towarzystwie bardzo mocno rozpychać łokciami, żeby w ogóle dojść do głosu.

Historia ta bynajmniej się nie zakończyła na czasach pierwszej fazy rozwoju rewolucji przemysłowej. Wszelkie kryzysy i zaburzenia życia społecznego owocowały i owocują eksplozjami owej myśli nieoswojonej. Niewątpliwie jej najbardziej spektakularnym przejawem stały zjawiska prawicowych reakcji na wielki kryzys w postaci nazizmu, faszyzmu, rasizmu, antysemityzmu i wszelkiej maści zjawisk pokrewnych znajdujących dość powszechną aprobatę a nawet budzących fanatyczne fascynacje wśród licznych przedstawicieli „klas ludowych”. Owo myślenie dzikie, raz było na wozie ,raz pod wozem, ale nigdy nie zamarło nawet w najbardziej „ponurych” czasach powojennego, niestety często powierzchownego, racjonalizmu.

Czasy współczesne to okres niebywałego rozkwitu myśli nieposkromionej związanego z gwałtownym rozwojem coraz bardziej wymykającego się wszelkim próbom racjonalizacji i refleksyjności świata nowych mediów. Internet jest imperium Wielkiego Zdziczenia Myśli, osobliwym Wielkim Powrotem do świata pierwotnego a być może nawet spektakularnym, intelektualnym samobójstwem cywilizowanej ludzkości. Byłoby jednak przesadą niedostrzeganie tego, że jak na razie, jest przede wszystkim polem walki „nowych dzikich” z cywilizowaną przeszłością. Ci „nowi dzicy” odradzający myśl nieoswojoną to ludzie uważający się za „konserwatystów” i równie nieodpowiedzialni neoliberałowie. Wielka wojna z nowoczesnym państwem socjalnym rozpoczęta przez te dwie siły uderzeniowe wielkiego kapitału zburzyła powojenny ład i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie wyzwalając w sposób nie mniej radykalny niż w latach dwudziestych zeszłego stulecia wszystkie wydawałoby się zamknięte na siedem pieczęci chorobliwe i prześladowcze idiotyzmy. (Wydaje mi się, w tym kontekście, że nie można mówić o myśleniu współczesnych „klas ludowych” bez przyswojenia sobie lekcji Thomasa Franka zawartej w opracowaniu „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.”)

Siłą napędową współczesnego populizmu jest myśl „nieoswojona”. Współczesny przedstawiciel „klas ludowych” to niestety najczęściej nie tylko chłopek roztropek kalkulujący korzyści z wyprzedaży mrożonej ryby zagrożonej przeterminowaniem, czy awans na majstra, ani szewc pilnujący kopyta. To człowiek myślący w kategoriach zawrotnych perspektyw światowego spisku Żyda Sorosa, walczący z dążeniem światowych elit do wyludnienia planety odpowiednio do swoich potrzeb, Klubem Bilderberg, rządami reptilian, masonami, elgbtem, dżenderem, tęczową zarazą, marksizmem kulturowym i wielu innymi przerażającymi zagrożeniami jego codziennego bytu. Nie z każdym o tym rozmawia, bo diabeł nie śpi, ale swoje wie. Uczestniczy też we wspólnocie, która go podtrzymuje w gotowości do działania. Do obrony Prezesa i jego jedynie słusznych wizji szczęśliwej przyszłości.

To, że obecnie w rządach tej paranoi obserwujemy kryzys byłoby optymistyczne gdyby istniała jakaś alternatywa nadająca na podobnych falach i potrafiąca wkroczyć na tereny myśli nieoswojonej proponując sensowna alternatywę. W dawnych czasach takie mechanizmy istniały w ruchu robotniczym, intelektualiści pisywali nie tylko wiekopomne traktaty ,ale przede wszystkim byli publicystami potrafiącymi odwoływać się do emocji wyobrażeń normalnych ludzi. Brudził sobie w ten sposób ręce nawet Karol Marks pisząc chociażby „18 brumaire’a”. Takim intelektualistą był Fryderyk Engels, którego polemiki i broszury: ”Anty-During”, „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa’, „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” itp. stanowiły rzeczywista podstawę upowszechniania marksizmu. Ale też nie jest przypadkiem, że Engels budzi od dziesięcioleci prawdziwe obrzydzenie wśród prawdziwych „teoretyków” jako wulgaryzator „prawdziwego marksizmu”, którego poszukiwanie stało się zabawą jeszcze popularniejszą niż onegdaj poszukiwanie Świętego Grala a nieco później poszukiwanie Eldorado. Nie należy ukrywać, że na drodze wkraczania ruchu robotniczego na tereny myśli nieoswojonej zdarzały się nadużycia, nawet katastrofy, jak chociażby stalinizm, ale nie jest to powód do popełniania politycznego samobójstwa i zamykania się w świecie, w którym nie ma nadużyć bo nie ma życia.

Nikt na lewicy jakoś nie potrafi dostrzec, że prawicowy populizm nie jest podtrzymywany przez oficjalne instytucje, ale dynamicznym ruchem instytucji nieformalnych skupionym wokół think tanków, czasopism, klubów, fundacji, rozgłośni radiowych (Radio Maryja) czy telewizyjnych (TV Republika) itd. Jedyną bodajże oficjalną instytucją jest tutaj IPN. Nawet zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna działa w oparciu o aktyw z owego niesformalizowanego świata. Jest to środowisko żywe, nie bojące się dyskusji, polemik i debat a nawet awantur. To ta olbrzymia machina buduje od kilku już dziesięcioleci umysłowe zaplecze prawicowego populizmu w społeczeństwie.

W tym kontekście wyobrażenia do których odwołuje się Autor artykułu porażają anachronizmem. Przekonanie, że hegemonię klasowa budują „Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie”. (Autor mówi o „hegemonii kulturowej” nawiązując do myśli Antonia Gramsciego, którego wątpliwe pomysły odegrały doniosłą rolę w pogrążeniu w niebycie Włoskiej Partii Komunistycznej i zresztą nie tyko jej. Ale jest to już temat na inną dyskusję.)

Niezależnie natomiast od oceny Gramsciego warto zwrócić uwagę, że ani szkoła ani ambona ani tym bardziej akademie nigdy nie tworzyły realnego mechanizmu umacniającej czyjąkolwiek i jakąkolwiek hegemonię. Żadna idea, która obecnie rządzi umysłami nie zrodziła się ani w szkołach ani w akademiach. Poczynając od neoliberalnych bredni a na „żołnierzach wyklętych” kończąc, zawsze w punkcie wyjścia mamy nieformalną grupę typu Mont Pelerin z której dopiero z czasem i nie bez trudności nowa formuła rozpełza się na szkoły i akademie i nie zawsze właśnie tam najmocniej się zakorzenia. Szkoła natomiast przez rutynę i formalizację jest w stanie ośmieszyć i skompromitować każdą ideę o czym mieliśmy okazję przekonać się nie tylko poprzez doświadczenie wychowania socjalistycznego w PRL ale i później obserwując kompromitację nauczania w tych placówka tzw. religii. Obecnie, muszę przyznać, z wypiekami na twarzy oczekuję efektów upowszechniania osiągnięć poetyckich i intelektualnych dokonań Karola Wojtyły (Jana Pawła II) gdyż jeżeli idea zostanie potraktowana poważnie możne być ciekawie.

Chociaż w przeciwieństwie do szkoły i akademii o ambonie mam dość mgliste wyobrażenie towarzyszy mi jednak przekonanie, że o wpływie Kościoła na ład społeczny nigdy nie decydowała ambona ale zawsze kruchta (za słownikiem PWN: 1. «przedsionek kościoła».2. lekcew. «środowisko i mentalność ludzi mających bezkrytyczny stosunek do Kościoła i jego nauk»). Obecnie mamy, zresztą, okazję obserwować, że i na ambonie nad podziw łatwo się poślizgnąć.

Tak na marginesie warto też zwrócić uwagę, że gdy mówimy o znaczeniu owej „kruchty” dla świadomości robotniczej, to momentem kluczowym, nie jest tu rewolucja 1905 roku. Klasa robotnicza ukształtowana przez te wydarzenia zanikła z różnych względów po roku 1945. Chociaż nie sposób zanegować faktu, że na Śląsku czy w Poznańskim, których rewolucja 1905 roku nie objęła robotnicy znaleźli się pod wpływami kościoła już przed drugą wojną światowa, to klerykalizacja środowisk robotniczych dawnej Kongresówki (i Galicji) była efektem wielkiej migracji ze wsi do miast po drugiej wojnie światowej. To te dwa miliony zbędnych ludzi ze wsi, które w miastach w osiągnięciu statusu robotnika zobaczyły swoją życiowa szansę stworzyły tę nową klasę robotniczą. Stały się one, tym znanym nam, powojennym robotnikiem budującym koszmarne architektonicznie kościoły na każdym nowym osiedlu, posyłającym dzieci na religię i samorealizującym się w klerykalno-nacjonalistycznych odlotach przy każdej nadarzającej się okazji. To oni w końcu stworzyli tę Kaczą Polskę własnych marzeń, która akurat zaczyna sypać się w gruzy. To pojawienie się tych robotników podsumowywała znana anegdota o powstającym w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia na ANS PZPR doktoracie zatytułowanym „Lech Wałęsa jako przykład awansu społecznego robotnika w PRL”. Dla tego robotnika Rewolucja 1905 i jej doświadczenia są bardziej abstrakcyjne niż świat „Wojen Gwiezdnych”. Była ona bowiem jeszcze dawniej i jeszcze w odleglejszej galaktyce.

Problemem nie jest już dzisiaj ten odchodzący w przeszłość robotnik o solidarnościowo-wiejskiej, klerykalnej mentalności. Problemem jest stworzenie dla lewicy miejsca w świecie gwałtownych wstrząsów i konfliktów, w którym od pewnego czasu żyjemy i którego horyzont zaczynają wyznaczać nowi ludzie, którzy, jak widać, zaczynają wykraczać poza, umysłową, klerykalną wiochę potransformacyjnej Niepodległej Rzeczpospolitej. Problem polega jednak na tym, że żeby się z nimi spotkać lewica musi opuścić swoją własną równie koszmarną, intelektualną wiochę w której, niestety czuje się aż za dobrze.

Świat współczesny określany często jako świat dynamicznych przemian i szans jest przede wszystkim światem destabilizacji i narastającego poczucia zagrożenia. Starałem się powyżej ukazać że nie jest i co więcej nigdy nie była prawdą teza, że członkowie tzw. „klas ludowych” są przytłoczeni i zdominowani przez życiową codzienność która zamyka ich w kręgu bezpośrednich i pracowniczych zainteresowań i trzeba do nich docierać przez swoisty intelektualny „mały realizm” ekonomicznej codzienności i autorytet ekspertów, którzy w głębokich wywodach udzielają „klasowym ludowym” swojej teoretycznej mądrości nieskończenie niedostępnej dla zajętych śledzeniem promocji i wyprzedaży prostaczków.

Odnoszę wrażenie, że dla samych uczestników związkowej codzienności gąszcz prawniczych i organizacyjnych zagadnień jest po prostu nużący i nudny, podobnie jak fascynujące ekonomistów potoki danych i analiz ekonomicznych, czy oczywiście zrozumiała dla osób lgbt wyrafinowana subtelność gejowskich traum, uczuć i dylematów. Jak sądzę poważne racje merytoryczne wskazują, że tego typu horyzont poznawczy odrywa się od najważniejszego procesu, intelektualnego współczesności, czegoś, co w języku postmodernizm nazwać można powrotem „Wielkich Narracji”, które miały rzekomo zaniknąć w tzw. „świecie ponowoczesnym” raz na zawsze.
Ten Wielki Powrót „Wielkich Narracji” zgotowany nam przez wielki kapitał wymaga czegoś więcej niż „ekspertów i mediów”. Potrzebna jest sieć instytucji skupiających nie tylko pożal się Boże „ekspertów” ale przede wszystkim ludzi nie bojących się dyskusji polemiki, konfliktu, itd. na podobieństwo obecnej prawicy.

Życie intelektualne obecnej polskiej lewicy przypomina niestety spokojny spacer po niedzielnym obiedzie na pobliskim zabytkowym cmentarzyku. Okazję do odwiedzenia ukochanych bliskich, którzy co prawda zmarli już kilkadziesiąt lat temu ale dla nas są żywi jak byśmy rozstali się z nimi dopiero wczoraj, do poplotkowania, co tam za granicą, a co u sąsiadów. Oczywista jest cisza, spokój i dostojeństwo. Najważniejsze jest, żeby broń Boże nie podnieść głosu, nie dyskutować, a już kłótnia czy skandal na cmentarzu to już zupełnie niewyobrażalne i niewybaczalne chamstwo i prostactwo.

Niestety, żywi przyciągają żywych, martwi martwych i jak na razie mamy to co mamy.

Antykomunistyczna antylogika

Jeżeli ktoś w Polsce chce komuś dokopać to porównuje go do tzw. komuny, PRL a co po niektórzy niuchają gdzie popadnie marksistowskiej ideologii.

Dlatego duet Jędraszewski-Czarnek usiłuje w LGBT czy antyaborcyjnych protestach doszukiwać się neomarksistowskiej inspiracji. Dlatego na wiecach wykrzykuje się: komuniści i złodzieje przy czym pierwszy element tego hasła ma być oczywiście obraźliwym epitetem a nie wyrazem uznania dla pragnących przestrzegania praworządności komunistów. Z kolei opozycja i osoby jej sprzyjające często szafują porównaniami działań i wypowiedzi przedstawicieli sfery (żeby nie rzec sfory) rządzącej do Polskiej Rzeczpospolitej, która w pewnym momencie przestała nie tylko nominalnie być Ludową.

Jednym z najnowszych przykładów może być wypowiedź jaka przemknęła się w jednej ze stacji telewizyjnych. Otóż pewien jegomość dostrzegł w działaniach nieumundurowanych pałkarzy podobieństwo do metod stosowanych przez „komunistyczną” milicję. Szewc Fabisiak widzi tu brak elementarnej logiki. Bowiem w PRL funkcję pałowania wykonywali umundurowani milicjanci a nie przyodziani w cywilne ubrania antyterroryści majora Dziewulskiego. Szewc Fabisiak zauważa też, że nie tylko w PRL, lecz także w innych krajach do reagowania na niewygodne dla władzy demonstracje na ogół nie wykorzystuje się tajniaków każąc im do wchodzić w tłum i wybiórczo pałować kogo popadnie. A tym bardziej nie wysyła się jednostek antyterrorystycznych mających zgoła inne zadania. Ktoś jednak wydał im taki rozkaz i ktoś taki powinien być z tego rozliczony – uważa szewc Fabisiak.

Można te dostrzec i inne przykłady antykomunistycznej antylogiki i to w wydaniu pań o potencjale intelektualnym przewyższającym standardy PiS. Przykładowo, posłanka Nowacka ni z gruchy ni z pietruchy twierdzi, iż Kaczyński mówi głosem Gomułki i Jaruzelskiego nie podpierając tej hipotezy żadnymi cytatami. Bardziej trafne – zdaniem szewca Fabisiaka – byłoby porównanie sejmowych oracji Kaczyńskiego do wystąpień naczelnika Piłsudskiego, który z podobnym poważaniem odnosił się do parlamentarzystów. Jednakże takie porównywanie nie mieści się w regułach poprawności politycznej Koalicji Obywatelskiej. Za z gruntu nielogiczne jest samo porównywanie Jarosława Kaczyńskiego do Wojciecha Jaruzelskiego, podobnie jak krążące w internecie wizerunki Kaczyńskiego w mundurze wojskowym szykującego się do ogłoszenia stanu wojennego. Tymczasem między obu tymi postaciami istnieją zasadnicze różnice. O ile Kaczyński prowokuje i podjudza konflikty, to Jaruzelski starał się dopóki to było możliwe je łagodzić. Szewc Fabisiak pamięta słowa generała z 1981 r.: jak długo ręka wyciągnięta do zgody będzie się spotykać z zaciśniętą pięścią.

Natomiast gdyby, bądź co bądź zaprawieni w antykomunistycznej retoryce koalicjanci obywatelscy byli bardziej czujni, to w niektórych poczynaniach nacjonalistycznej prawicy niechybnie odkryliby całkiem współczesną komunistyczną inspirację. Chodzi tu o samochodowy rajd z okazji święta 11 listopada. Pierwsi bowiem na pomysł zastąpienia pochodów pierwszomajowych przejazdami samochodami przez ulice miast wpadli rosyjscy komuniści i zamiast paradować poruszali się swoimi autami. Szewc Fabisiak ma jednak wątpliwości, iżby – mając na uwadze ich mikroskopijną orientację na temat tego co się dzieje w świecie – nasi narodowcy zechcieli kopiować obce im ideowo komusze wzorce. Bardziej prawdopodobne jest to, że pomysł ten zrodził się w ich głowach samoczynnie i jak gdyby równolegle do pomysłów rosyjskich. Jednakże rosyjscy komuniści nie wzniecali awantur ulicznych ani nie podpalali mieszkań. I tym się różnią od polskich nacjonalistów – wnioskuje szewc Fabisiak.

Marksistowski ekonomista z USA masakruje kapitalizm

Rozwój internetu i mediów społecznościowych sprawił, że coraz trudniej mediom głównego nurtu promować własnych ekspertów od wszystkiego. Jeszcze 15 lat temu o tym, kto wejdzie do medialnej pierwszej ligi decydowało wąskie grono dziennikarzy – jeśli ktoś nie pojawiał się regularnie u Tomasza Lisa czy Kuby Wojewódzkiego, to powszechnie był traktowany jako polityczno–medialny margines. Dzisiaj czasy się zmieniły, na szczyty rozpoznawalności wchodzą ludzie, którzy w telewizji w ogóle byli nieobecni. Czy jest to zmiana na lepsze?

Z perspektywy polskiej to kwestia dyskusyjna, gdyż w mojej ocenie najlepiej social media opanowała skrajna prawica, której polityczną reprezentacją jest Konfederacja. Nie wszędzie jednak tak jest.
Przyzwyczajeni jesteśmy do cenzury mającej charakter polityczny, ale cenzura telewizyjna w III RP miała również charakter merytoryczny, uniemożliwiając dotarcie ze swoim przekazem do mas takim osobom jak Krzysztof Karoń, Grzegorz Braun i inni liderzy skrajnej prawicy. Dziś ich rozpoznawalność, w myśl zasady „im głupszy, tym lepszy”, jest większa niż ta, którą cieszą się politycy promowani przez media głównego nurtu. Najlepszym testem realnej popularności polityków jest trwająca obecnie kampania prezydencka, gdzie kandydatów promowanych przez rządzący salon takich jak Małgorzata Kidawa–Błońska czy Robert Biedroń, którym sondaże dawały ponad 20 proc. (w przypadku kandydatki PO) czy kilkanaście proc. (w przypadku kandydata Lewicy) spotkał zimny prysznic w postaci notowań w granicach 2 proc. Z polskiej perspektywy, gdzie debata publiczna od dawna jest zdominowana przez różne odłamy prawicy, sytuacja wydaje się beznadziejna. Podział wpływów medialnych można streścić w następujący sposób: TVN, Gazeta Wyborcza – PO, TVP, Gazeta Polska – PiS, Konfederacja – internet. Na szczęście istnieją kraje, gdzie lewica radzi sobie w internecie bardzo dobrze. Chyba największym zaskoczeniem są tutaj USA.
Ze względu na wyjątkowy charakter relacji polsko-amerykańskich, czy raczej wyjątkową podległość polskich elit medialno-politycznych wobec wszystkiego, co amerykańskie, analizowanie tamtejszej sceny politycznej może być dla polskiej lewicy zbawienne. W dodatku jest to postulat absolutnie wykonalny, gdyż młodzi Polacy rozumieją dziś język angielski. Ze swoich obserwacji emigranta zarobkowego we Francji, mogę powiedzieć, że Polacy na tle innych nacji europejskich wypadają na tym polu nawet bardzo dobrze. W tym miejscu warto przypomnieć, że już raz postępowe idee i program dotarły do Polaków dzięki bliskim kontaktom z innym językiem i niepolskim życiem politycznym: polski marksizm narodził się w Rosji, a konkretnie na rosyjskich uniwersytetach w latach siedemdziesiątych XIX wieku. W Petersburgu co piąty student był wtedy Polakiem, czy raczej dzieckiem elit ziemiańskich z terytoriów dawnej Rzeczpospolitej wcielonych do Rosji. To w Rosji studiowali Ludwik Waryński, Stanisław Kunicki i wielu innych działaczy partii Proletariat. Wydawałoby się, że dla relacji polsko-rosyjskich były to czasy tragiczne, gdyż trwał proces represji po powstaniu styczniowym, likwidacja resztek polskiej autonomii, polityka rusyfikacyjna. Jednak właśnie ta rusyfikacja dała nieoczekiwany rezultat w postaci dostępu do «Kapitału» Karola Marksa przetłumaczonego na język rosyjski. Czy historia może się w pewien sposób powtórzyć? Jako działacz lewicowy wyczekujący z niecierpliwością jakiejś małej iskierki dającej nadzieję, chciałbym, by tą iskierką był amerykański marksizm dostępny na YouTube i innych mediach społecznościowych.
Jedną z postaci zza oceanu, których obecność na YouTube wnosi lewicową perspektywę i daje widzom szansę na zrozumienie mechanizmów rządzących kapitalistycznym światem, jest profesor ekonomii Richard Wolff. Uczony ten jest aktywny publicznie od pięćdziesięciu lat – już w latach siedemdziesiątych wydawał niszowe pisma o profilu marksistowskim, mówiąc mniej więcej to samo, co dziś. Z tym, że do kryzysu z 2008 roku mało kogo to interesowało.
Wolff podkreśla, że jego obecna popularność jest efektem odrodzenia amerykańskiego ruchu socjalistycznego.
Historię amerykańskiej lewicy można podzielić na trzy etapy. Pierwszy zaczyna się wraz z rozwojem amerykańskiego kapitalizmu w XIX wieku i trwa do końca II wojny światowej. W tym to okresie następuje gwałtowna industrializacja, a USA z kraju peryferyjnego stają się główną gospodarką świata. Jest to też okres brutalnej walki klasowej, której najlepszym przykładem są wydarzenia z Chicago (upamiętniamy je co roku 1 maja). Wybuch Rewolucji Październikowej i powstanie Międzynarodówki Komunistycznej miało swoje echo także w USA. Gdy rozpoczął się wielki kryzys w 1929 r., w USA były silnie reprezentowane wszystkie segmenty ruchu robotniczego: partia komunistyczna, partia socjalistyczna, silny ruch anarchistyczny i masowe związki zawodowe. Do tej układanki należy doliczyć silny ruch chłopski, który w latach trzydziestych organizował masowo blokady dróg, a także miliony bezrobotnych Amerykanów. Gdy dodamy do tego jeszcze terror Ku Klux Klanu, to wyłania nam się obraz kraju przypominający beczkę prochu.
Do rewolucji jednak nie doszło. Inspirowany keynesizmem prezydent Roosevelt przeprowadził socjaldemokratyczne reformy, równocześnie represjonując najbardziej radykalne (czytaj: rewolucyjne) skrzydła ruchu robotniczego. Gospodarka amerykańska zaczęła wychodzić z kryzysu, a w długotrwałym kryzysie znalazła się z kolei amerykańska lewica. Ostateczny cios jednak zadał jej senator Joseph McCarthy, z którego nazwiskiem wiążą się prześladowania komunistów w USA po II wojnie światowej. Wspomniany kryzys przejawiał się odrzuceniem marksizmu, socjalizmu i walki klasowej. Niejako w zamian nowa lewica w USA przez kilkadziesiąt lat koncentrowała się na zupełnie nowych problemach, takich jak walka o prawa LGBT.
To jednak pewne uproszczenie: między początkiem zimnej wojny a kryzysem 2008 roku było kilka momentów aktywizacji politycznej amerykańskiej lewicy. Partie i środowiska o charakterze socjalistycznym były obecne w ruchu przeciwko wojnie w Wietnamie, w ruchu antyglobalistycznym, gdy ten tworzył się w czasach Busha juniora, podczas protestów przeciwko inwazji na Irak w 2003 r. Amerykański socjalizm cały czas gdzieś tam istniał i opór się tlił. Nie można jednak jego siły porównać do sytuacji z lat 30. XX wieku, kiedy amerykańska burżuazja obawiała się rewolucji. Z kolei masowe ruchy kontestacyjne nie stawiały wyraźnie programu socjalistycznej zmiany społecznej.
Socjalizm jako ruch masowy powrócił do USA w 2008 roku jako odpowiedź na kryzys ekonomiczny.
Warto wymienić tutaj dwa wydarzenia: ruch Occupy Wall Street z 2011 roku i kampanię prezydencką Berniego Sandersa z 2016 roku. Efektem zmiany świadomości są kolejne sondaże pokazujące, że przynajmniej połowa młodych Amerykanów popiera socjalizm. Dzisiaj wraz z wybuchem kolejnego kryzysu kapitalizmu zainteresowanie marksizmem, socjalizmem i komunizmem cały czas w USA rośnie. To właśnie Stany Zjednoczone są obecnie centrum walki strajkowej na świecie.
Renesans amerykańskiej lewicy jest ściśle związany z marksowskim bon motem: byt kształtuje świadomość. 75 lat kryzysu amerykańskiej lewicy przypada na okres niekwestionowanej dominacji ekonomicznej USA na świecie, przekładającej się także na względnie wysoki poziom życia w USA, dotyczący także mas pracujących. Gdyby American dream trwał dalej, to ani profesor Wolff, ani nawet cała armia marksistowskich profesorów nie byliby w stanie rozreklamować socjalizmu w dobrze prosperującym kapitalistycznym społeczeństwie. Kryzys jednak się rozpoczął i najbardziej uderzył w amerykańską młodzież, pracującą na umowach śmieciowych, obciążoną kredytami studenckimi i pozbawioną dostępu do świadczeń medycznych.
Kim jest profesor Wolff? Z samych wypowiedzi Wolffa, jak i z biogramu dostępnego w Wikipedii wynika, że nie jest to typ prześladowanego przez system rewolucyjnego dysydenta. W odróżnieniu od Marksa czy Lenina nie był zmuszony do emigracji czy ucieczki; wręcz przeciwnie – robił karierę. Skończył najbardziej prestiżowe amerykańskie uniwersytety (Harvard, Yale, Stanford), pracował na wielu uczelniach w USA, ale też m.in. na paryskiej Sorbonie. Jako wykładowca uniwersytecki wykładał ekonomię burżuazyjną, a równocześnie wydawał marksistowskie periodyki, w których tę ekonomię krytykował.
Polityczne zaangażowanie Wolffa również dalekie jest od radykalizmu. Mimo istnienia w USA różnych marginalnych grup o profilu marksistowskim, Wolff wolał współpracować z lewicą bardziej ugrzecznioną, na styku amerykańskich Zielonych i lewicowych frakcji w Partii Demokratycznej. Jednak w 2008 r., gdy wybuchł kryzys kapitalizmu, urodzony w 1942 r. Wolff przeszedł na emeryturę i tym samym zyskał swobodę wypowiedzi. Pierwsze filmy Wolffa w serwisie Youtube to wykłady na temat marksistowskiej ekonomii, nagrywane w jakiejś szkole, w formacie zajęć lekcyjnych z tablicą. Poziom techniczny był słaby. Z czasem jednak profesor zaczyna być zapraszany do mainstreamowej telewizji, a także bierze udział w różnych debatach, organizowanych na uczelniach lub z inicjatywy różnych stowarzyszeń. Sam Wolff powołał stowarzyszenie Democracy at Work, dla którego co tydzień nagrywa półgodzinny serwis ekonomiczny Economic Update. Oprócz tego tworzy regularnie krótkie, mniej więcej dziesięciominutowe filmy z cyklu «Zapytaj Profesora Wolffa», gdzie odpowiada na wszelkie pytania związane z marksizmem i socjalizmem. Śmiało można powiedzieć, że stał się kimś na kształt marksistowskiej telewizyjnej gwiazdy. Codziennie można go zobaczyć czy to w debatach na innych lewicowych kanałach, czy też w debatach telewizyjnych. Warto tu jeszcze podkreślić, że Wolff blisko współpracuje z innymi marksistowskimi intelektualistami, z których najbardziej znany jest popularyzator «Kapitału» David Harvey, którego wykłady także można obejrzeć na kanale Democracy at Work.
No dobrze, ale za słowami takimi jak marksizm czy socjalizm kryje się w praktyce wiele różnych treści – od Berniego Sandersa do Komunistycznej Partii Chin. Jaki socjalizm prezentuje Wolff?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, gdyż sam zainteresowany nigdy jej jednoznacznie nie udzielił. Jako fan Wolffa (może nie jego myśli politycznej, ale jego stylu wypowiadania się, pięknej i łatwej do zrozumienia angielszczyzny i ogromnej erudycji) obejrzałem mnóstwo filmów z jego udziałem i uważam, że w najważniejszych kwestiach nie daje on jasnej, precyzyjnej odpowiedzi.
Z jednej strony trzeba rozumieć, do kogo Wolff adresuje swoje filmy. Moim zdaniem targetem są wyborcy Berniego Sandersa, czyli osoby, dla których socjalizm to coś na kształt rozwiązań skandynawskich, w istocie mało radykalnych. De facto chodzi więc nadal o kapitalizm, tylko z rozbudowanym socjalem, bezpłatną edukacją i powszechną służbą zdrowia.
Jeśli jednak przeanalizujemy wypowiedzi Wolffa na temat Rewolucji Październikowej czy Rewolucji Chińskiej, to czeka nas, w porównaniu z debatą o historii w Polsce, łyk świeżego powietrza. Profesor ma dla rewolucjonistów wiele szacunku, a rewolucje ocenia jako wydarzenia, które zmodernizowały zacofane kraje i realnie polepszyły poziom życia tamtejszych społeczeństw. Nie czuje potrzeby, by w każdej wypowiedzi publicznej koniecznie się uwiarygodnić, potępiając „bolszewicki totalitaryzm”, jak to robią polscy socjaldemokraci. Koncentruje się na krytyce kapitalizmu.
Oczkiem w głowie Wolffa są spółdzielnie robotnicze, a konkretnie ruch społeczny proponujący zastępowanie firm o charakterze hierarchicznym, gdzie przedsiębiorca jest właścicielem środków produkcji i de facto pełni rolę „despotycznego monarchy” w swojej firmie, w spółdzielnie robotnicze. Profesorowi marzy się nowa rewolucja francuska w firmach – obalenie monarchów i ustanowienie oddolnej demokracji. Spółdzielnie robotnicze według Wolffa mają być bazą społeczną nowego systemu ekonomicznego, analogiczną do przedsiębiorstw kapitalistycznych istniejących w upadającym feudalizmie. W wykładach Wolffa na temat spółdzielni robotniczych wyczuć można naiwną wiarę w nieustający postęp spółdzielczości. Ciągle więc słyszymy przykłady o kolejnych spółdzielniach w USA czy hiszpańskiej spółdzielni Mondragon. Niestety profesor wykazuje w tej materii wybiórczość czy wręcz brak wiedzy. W końcu w naszym obszarze geograficznym, czyli w krajach byłego Bloku Wschodniego, sektor spółdzielczy był w czasach socjalizmu bardzo rozwinięty. Najbardziej znany jest oczywiście model jugosłowiański – warto tutaj podkreślić, że tamtejsza spółdzielczość przetrwała rozpad Jugosławii i została zniszczona dopiero w następnych latach w wyniku m.in. bombardowań NATO. Nie jest więc tak, że ruch na trasie przedsiębiorstwa kapitalistyczne -spółdzielczość robotnicza ma charakter wyłącznie jednokierunkowy. Spółdzielnie mogą powstać, ale mogą też zostać sprywatyzowane, czego chyba Wolff nie dostrzega. Oddzielnym tematem jest komercjalizacja wielkich spółdzielni i ich ewolucja w kierunku zwyczajnych firm kapitalistycznych. Przykładem jest tutaj Europa Zachodnia i Francja, w której mieszkam. Wszak jeden z największych banków na świecie, francuski bank Credit Agricole powstał jako wiejski bank spółdzielczy!
O ile mi wiadomo, Wolff nigdy nie pokusił się o odpowiedź na pytanie: gdzie kończy się socjalistyczna spółdzielczość, a zaczyna kapitalistyczna korporacja, wykorzystująca spółdzielczość jako element public relations? Ulubiona spółdzielnia Wolffa, czyli hiszpański Mondragon, już dziś akceptuje różnice w płacach prezesów i szeregowych pracowników na poziomie dziesięciokrotności. Wolff nie odpowiada na pytanie, jak wiele mogą zarabiać prezesi, by ciągle cały projekt można było uznać za godny wspierania. Warto dodać, że Mondragon jest obecny także na rynku tzw. usług finansowych, czyli, mówiąc krótko – zajmuje się spekulacją. Mondragon ma też ciemną kartę związaną z Polską: gdzie w czasach wielkiej prywatyzacji kupił przedsiębiorstwo w Polsce na zasadzie wrogiego przejęcia, tylko po to by je później zamknąć, likwidując konkurencję dla firmy hiszpańskiej.
Marksista Wolff nie zrozumiał zupełnie marksistowskiej analizy państwa i koncepcji dyktatury proletariatu. Wiara w pokojowe przejście do socjalizmu za pośrednictwem poszerzającego się sektora spółdzielczego sytuuje go raczej w gronie przedmarksowskich socjalistów utopijnych.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wolff jako krytyk kapitalizmu jest specjalistą najwyższej klasy.
Jego największym atutem jest znajomość współczesnej ekonomii burżuazyjnej, która jest kształtowana właśnie w USA przez ludzi, z którymi Wolff studiował i pracował na tych samych uczelniach. Kto więc zna język angielski, jak najszybciej powinien Wolffa słuchać. Kto nie czuje się na tyle mocny językowo, może odszukać część przetłumaczonych wykładów na kanałach Odrodzenie Komunizmu i Media Lewicowe.
Jeśli USA mogło zmienić się na naszych oczach i o prezydenturę walczył odwołujący się do socjalizmu Bernie Sanders, to i w Polsce może w końcu dojść do odrodzenia antykapitalistycznej lewicy. Może już w przyszłych wyborach prezydenckich polscy antykapitaliści będą mieli na kogo głosować?
Autor jest robotnikiem fizycznym mieszkającym we Francji i autorem kanału Odrodzenie Komunizmu na YouTube.

Socjal to nie wszystko!

Poziom ubóstwa w Polsce rośnie, bo ubóstwa nie załatwia się ochłapami w postaci 500+ tylko trwałą i godnie płatną pracą dla wszystkich.
Drobne na socjal nie zastąpią długotrwałego zatrudnienia, gwarantowanego mieszkania, czy poczucia bycia potrzebnym, którego kapitalizm w ogóle nie zapewnia.
Na tym też polega różnica pomiędzy kapitalizmem, który przez socjal, za ochłapy, kupuje sobie spokój społeczny i minimalnym kosztem pacyfikuje niezadowolenie społeczne u wykluczonych (będących dalej wykluczonymi), a prawdziwą lewicą i jej polityką, która zakłada trwałe włączenie każdego człowieka w pracę na rzecz społeczeństwa i całościowe decydowanie o jego kursie.
PiS-owski socjal to taka proteza od kapitału.
Same zasiłki nie tylko nie rozwiązują większości problemów, ale też nie są rozwiązaniem skutecznym, nawet tymczasowo.
W Polsce kapitalistyczny rynek sam zresztą z powrotem wpycha ludzi w biedę, bo przez inflację i wzrost cen realnie dalej obniża płace klasie pracującej, a 500+ to za mało żeby rzeczywiście przewartościować rynek pracy na taki, który byłby sprawiedliwszy. Kapitał swoim sposobem niweluje więc nawet wartość tych drobniutkich zdobyczy.
Dlatego marksiści nigdy nie byli orędownikami samych zasiłków i socjalu, a socjal i socjalizm to zupełnie dwie różne rzeczy. Karol Marks podobnie sceptycznie oceniał i krytykował kiedyś nawet samą walkę o wyższe płace, która bez walki z kapitałem i kapitalizmem jest jego zdaniem po prostu walką „o lepszą opłatę dla niewolników”, a nie tego przecież chcą marksiści.

Róża Luksemburg – ekonomia (bardzo) polityczna

W 100. rocznicę śmierci Róży Luksemburg prezentujemy artykuł stanowiący próbę wykazania aktualności i politycznej ważności jej dorobku w dziedzinie ekonomii politycznej.

Czym jest ekonomia polityczna?

Przedstawiając we Wstępie do ekonomii politycznej podstawowe założenia Marksowskiej teorii wartości opartej na pracy Róża Luksemburg dokonuje kluczowego przesunięcia, pokazując konieczne połączenie między wartością a pieniądzem. Jej zdaniem ”[o]dkrycie, że w wartości wymiennej każdego towaru, a więc i pieniądza, tkwi tylko praca ludzka, a zatem, że wartość każdego towaru jest tym większa, im więcej pracy potrzeba na jego wytworzenie i na odwrót – odkrycie to jest dopiero połową prawdy. Druga połowa prawdy polega na wyjaśnieniu, jakim sposobem i dlaczego praca ludzka przyjmuje tak osobliwą formę wartości wymiennej i zgoła już zagadkową formę pieniądza?”.

Postawione przez Luksemburg pytanie jest zarazem pytaniem o rolę wymiany w społeczeństwie, w szczególności w społeczeństwie kapitalistycznym. Pierwotna forma wymiany zachodząca między plemionami, będącymi niewielkimi gospodarkami planowymi, wraz z powstawaniem własności prywatnej uzyskuje nową kluczową rolę – staje się spoiwem, „jedynym środkiem zespolenia rozproszonych indywiduów i ich pracy w zwartą gospodarkę społeczną”.

Ogólna wymiana w gospodarce bezplanowej nie może oczywiście zachodzić bez pieniądza. Tylko produkt, który został wymieniony na pieniądz posiada wartość. Oznacza to, że praca prowadząca do wytworzenia danego produktu jest początkowo wyłącznie pracą prywatną. Staje się ona społeczna czy też społecznie niezbędna, dopiero jeżeli ktoś uzna, że produkt ten wart jest zapłacenia za niego jakiejś kwoty pieniężnej. W przeciwnym razie produkt ten nie posiada żadnej wartości, a praca wydatkowana na jego wykonanie staje się „wyrzuconą na darmo pracą”. A zatem, jak pisze Bellofiore, „pieniądz jest jedynie ekspresją pracy społecznej […] jest jedyną wspólną rzeczywistością łączącą różne prace prywatne, fragmenty pracy ludzkiej pozbawionej użyteczności”. Marksowska teoria wartości w ujęciu Róży Luksemburg nie jest teorią wyjaśniającą obiektywne zakotwiczenie cen w pewnym fizjologicznym wysiłku człowieka w produkcji, ale teorią odnoszącą się do pewnej specyficznej formy, w której jednostkowa praca staje się społeczna, właściwej wyłącznie gospodarce pieniężnej.

Nietrudno zauważyć także, że abstrakcja[12] związana z uznaniem pracy konkretnej za społecznie niezróżnicowaną, będąca podstawą wartości, ma zatem charakter realny, a nie teoretyczny. Jak pisze Luksemburg w pracy Reforma socjalna czy rewolucja?, abstrakcja ta „nie jest wymysłem, lecz odkryciem […]; istnieje ona nie w głowie Marksa, lecz w gospodarce towarowej”.

Społeczeństwo prywatnych wytwórców spajane wymianą posiada jeszcze jedną kluczową cechę. Procesy gospodarcze przestają być w nim zrozumiałe, przewidywalne dla uczestniczących w nich ludzi, wydają się być czymś zewnętrznym, niezależnym od człowieka, niczym zjawiska przyrodnicze. Dopiero tak wyizolowana i wyobcowana sfera gospodarki potrzebuje nauki zgłębiającej rządzące nią prawa – ekonomii politycznej. Jak pisze Luksemburg:

Nauka Marksa jest dzieckiem ekonomii burżuazyjnej, ale dzieckiem, którego narodziny kosztowały życie matki. W teorii Marksa ekonomia polityczna jako nauka znalazła swe uwieńczenie i swój kres. Potem – jeżeli nie liczyć rozwijania nauki Marksa w szczegółach – powinno nastąpić tylko przekształcenie tej nauki w działanie, a więc walka międzynarodowego proletariatu o urzeczywistnienie socjalistycznego ustroju gospodarczego. Koniec ekonomii politycznej jako nauki jest wydarzeniem historycznym, jest jej przekształceniem w praktykę planowo zorganizowanej gospodarki światowej.

Powyższe sformułowania w ustach ekonomistki, jaką była Róża Luksemburg, mogą dziwić, szczególnie gdy sięgniemy do klasyfikacji Harry’ego Cleavera umieszczającego odczytanie dokonane przez Luksemburg w grupie ekonomicznych i ideologicznych interpretacji Kapitału. Takie interpretacje muszą być prowadzone z perspektywy kapitału i „są zasadniczo biernymi interpretacjami sytuacji społecznej”. Takie zaklasyfikowanie Luksemburg wydaje mi się nie do końca trafne. Jej teoria zdaje się balansować pomiędzy perspektywą kapitału a perspektywą klasy robotniczej. Jest więc zatem przynajmniej częściowo polityczna w rozumieniu Cleavera, tzn. ukazuje związki kategorii i pojęć ekonomii z walką klas i wskazuje na „konsekwencje dla politycznej strategii klasy robotniczej”. Ujęcie przez nią najważniejszego dzieła Marksa jako ostatniego dzieła ekonomii politycznej, przynoszącego jej zniszczenie, nie jest co prawda tożsame z ujęciem amerykańskiego autora, kładącego nacisk na negatywną interpretację pierwszego słowa podtytułu Kapitału (Krytyka ekonomii politycznej), jednak z pewnością wskazanie na konieczność zniszczenia ekonomii politycznej jako nauki i przejścia do praktyki rewolucyjnej pokazują bardzo polityczny wymiar nawet z pozoru czysto „ekonomicznych” prac polskiej marksistki (do tego aspektu nawiążę jeszcze w dalszych częściach artykułu). Interesujące jest także to, że zarówno Luksemburg, jak i Cleaver definiują walkę z kapitalizmem jako walkę z formą towarową. Dla tego drugiego jest ona „podstawową formą kapitału”, zdolność do narzucania której decyduje o utrzymaniu się samego systemu, dla Luksemburg zaś formą, która wytworzyła podział między jednostką a społeczeństwem.

Wartość siły roboczej i związki zawodowe

W kontekście rozważań nad problematyką płac, warto zwrócić uwagę na usytuowanie związków zawodowych we Wstępie do ekonomii politycznej. Ich rolą jest dbałość o wzrost płac realnych robotników, a nie hamowanie spadku płac względnych. Ze swej natury mają one zatem charakter reformistyczny i funkcjonalny względem działania gospodarki kapitalistycznej.

Zdaniem Luksemburg „Dopiero dzięki istnieniu związku zawodowego siła robocza jako towar znajduje się w położeniu, w którym może być sprzedawana według jej wartości. Kapitalistyczne prawo wymiany towarowej w zastosowaniu do siły roboczej nie przestaje obowiązywać wskutek istnienia związków zawodowych, jak to błędnie sądził Lassalle, ale na odwrót, dopiero dzięki nim może być realizowane”.

To stwierdzenie jest próbą rozwiązania fundamentalnego problemu zawartego w samym rdzeniu Marksowskiej teorii wartości. Wartość każdego towaru jest mierzona niezbędnym czasem pracy potrzebnym do jej wytworzenia. Jednak z wartością siły roboczej jest inaczej – zależy ona od czasu niezbędnego do wytworzenia sumy środków utrzymania zgodnych z pewnym historycznie i geograficznie określonym standardem życia, a więc składników używanych w (re)produkcji tego „szczególnego towaru”. Marks „traktuje proces konsumpcji jako automatyczny, niewymagający żadnego wkładu ludzkiej pracy”. Co więcej, to raczej wielkość płac nominalnych określa wartość siły roboczej, a nie odwrotnie. Zdaniem Władysława Bortkiewicza, polskiego matematyka i ekonomisty, „wartość” siły roboczej nie może zostać określona w ten sam sposób, co w przypadku innych towarów. Ze względu na brak prywatnej produkcji siły roboczej na rynek oraz konkurencji między jej wytwórcami niemożliwe staje się ustanowienie przeciętnie niezbędnego czasu pracy potrzebnego do jej wytworzenia. Wartość siły roboczej jest tylko częściowo wytworem pracy abstrakcyjnej związanej z najemną pracą żywą wytwarzającą artykuły konsumpcyjne będące środkami utrzymania. Jest ona również wytwarzana w ramach pozarynkowych systemów edukacyjnych czy rodzinnych. Jeżeli odrzucimy zaś fakt, że siła robocza jest towarem, upada nie tylko rozróżnienie na cenę i wartość siły roboczej, ale także, co znacznie ważniejsze, niemożliwe jest określenie wielkości wartości dodatkowej, a co za tym idzie, także wyzysku.

Wstać czy siedzieć. Lewicowo o migracji

„Tego, czego nie chcemy – powiedział Jean Jaurès w 1894 r., obserwując ówczesną formę migracji – to tego, żeby międzynarodowy kapitał szukał siły roboczej na rynkach, na których ona jest najbardziej poniżona, upodlona, zdeprecjonowana, po to, żeby ją potem wyrzucić poza kontrolą i wszelkiej regulacji na rynku francuskim, tak żeby płace były wszędzie na świecie na poziomie krajów, gdzie są najniższe. W tym sensie, i tylko pod tym kątem, chcemy chronić francuską siłę roboczą przed zagraniczną siłą roboczą, ale powtarzam wciąż, nie z powodu szowinistycznego ekskluzywizmu, ale po to żeby Międzynarodówka dobrobytu zastąpiła wszędzie międzynarodówkę nędzy”.

 

Te słowa francuskiego socjalisty, który miał zostać zamordowany w 1914 r. przez rzecznika wojny imperialistycznej, z powodu swojej antywojennej, jednoznacznie internacjonalistycznej postawy przypominają nam, że obecne podziały lewicy w Europie na temat migracji istnieją już od ponad 100 lat. Odżyły ostatnio np. w postaci powstania w RFN ruchu Wstać/Aufstehen pod kierownictwem liderki Die Linke Sahry Wagenknecht. We Francji już od lat 70. mamy do czynienia z podobną kwestią zarówno wśród marksistów, jak i samych imigrantów.
Nie możemy więc ignorować faktu, że przeciwko imigracji (lecz niekoniecznie imigrantom!) występują zarówno faszyści z czarnym podniebieniem, jak i bojownicy antyimperializmu. Wśród rzeczników otwartych granic można znaleźć tak kapitalistów czynnie zaangażowanych w polityce imperialistycznej i wyzysku klasowego, jak i działaczy na rzecz pokoju i solidarności między narodami. Zacznijmy więc od wyliczenia głównych argumentów używanych przez rzeczników otwartych granic :
– Dobroć wobec cierpiącej ludzkości,
– Postrzeganie państw narodowych jako głównego narzędzia wojny, a więc dążenie do ich eliminacji, począwszy od granic,
– Przekonanie, że wielokulturowość wzbogaca twórczość artystyczną i urozmaica życie codzienne,
– Przekonanie ludzi należących do takiej, czy innej mniejszości (narodowej, religijnej, regionalnej, seksualnej i in.), że im więcej mniejszości, tym większa możliwość znalezienia w razie potrzeby potencjalnych sojuszników,
– Postrzeganie przez niektórych radykałów mniejszości i imigrantów jako grup, gdzie łatwiej będzie można znaleźć potencjalnych sojuszników w walce rewolucyjnej na miejscu nieco zmęczonego i biernego już lokalnego proletariatu,
– Potrzeba młodej siły roboczej, importowanej, aby państwo było w stanie płacić emerytury dla starzejącego się społeczeństwa,
– Potrzeba właścicieli środków produkcji i wymiany, aby wzrosła konkurencja o miejsce pracy, dzięki której lokalna siła robocza będzie mniej wymagająca,
– Dążenie firm ponadnarodowych do tego, by siła robocza mogła krążyć w tym samym rytmie od kraju do kraju co kapitały i towary w zależności od fluktuacji sytuacji gospodarki i ich potrzeb,
– Dążenie imperialistów do osłabienia jedności społecznej i kulturowej konkurencyjnego państwa,
– Prowadzenie przez niektórych przywódców politycznych i kapitalistów polityki «dziel i rządź»: osłabienie potencjalnej solidarności klasowej pracujących na bazie różnic językowych, etnicznych czy religijnych.
Nietrudno zauważyć, że pewne argumenty są natury moralnej, inne racjonalnej, pewne odpowiadają interesom silniejszych grup społecznych, a inne interesom słabszych. Nie da się również nie dostrzec, że wszystkie razem wzięte są ze sobą sprzeczne.
Początkowo może się to wydawać groźne dla zwolenników postępu społecznego i internacjonalizmu, jednak równocześnie pokazuje to, że obóz przeciwników migracji także jest podzielony. Siły konsekwentnie lewicowe umiały jednak za każdym razem te sprzeczności przezwyciężyć. Działo się tak jednak dopiero w momentach postępu ekonomicznego i społecznego. Okresy kryzysu i masowego bezrobocia były zawsze konfliktogenne, gdyż liczba ludzi chętnych migrować radykalnie zmniejsza się zawsze w okresach dobrej koniunktury, akurat w momencie kiedy wzrasta z kolei ilość ludzi chętnych na czasowe wyjazdy na cele turystyczne, handlowe, towarzyskie lub oświatowe.
To pokazuje, że trzeba zacząć oddzielać kwestię swobodnego ruchu między krajami od kwestii prawa do osiedlenia się w obcym państwie. A także, że trzeba zacząć rozważać ten problem nie pod kątem moralnym, do czego jest skłonna tzw. „lewica moralna” ale pod kątem ekonomicznym i społecznym, a więc i racjonalnym co należy do obowiązków tzw. „lewicy społecznej”, czyli klasowej.
Lewica społeczna, klasowa, antyimperialistyczna nie może oddzielić kwestii obrony prawa upośledzonych jednostek niezależnie od swego pochodzenia, w tym oczywiście migrantów, od kwestii wojen, a więc podżegaczy wojennych i handlarzy broni, od kwestii prawa wszystkich narodów do rozwoju. Dochodzą więc sprawy plądrowania, pętli zadłużenia i lichwy stosowanej wobec biednych krajów przez państwa imperialistyczne w wyniku polityki agresji oraz stosowania spekulacyjnych cen (kwestia nieuporządkowanej przez kapitalistyczne państwa anarchii cen i tzw. Terms of Trade).
Nie ulega wątpliwości, że niezależnie od tego, że koniunktura w kapitalizmie globalnym jest raz lepsza w jednym kraju a raz gorsza, nie ma na dłuższą metę kraju, gdzie gros mas ludowych może mieć pewność co do swych perspektyw życiowych. Nikt poza waszyngtońskim FED nie panuje nad samowolą drukarzy dolara, którzy dyktują ostatecznie ceny światowe, warunki handlowe, stopy procentowe i co za tym idzie główne kierunki rozwojowe, a więc także i stagnacyjne. Ostatnio mamy na żywo przykład Wenezueli, która jest pogrążona w kryzysie dzięki „kapryśnej” polityce państwa drukującego dolary.
Wystarczy spojrzeć, jakie kraje lub regiony się rozwijały i jakie podupadały przez ostatnie pięć dekad, żeby stracić nadzieję, że kiedykolwiek w ramach kapitalizmu którykolwiek kraj może mieć pewność, że wyjdzie definitywnie z biedy tylko dzięki własnym wysiłkom. Hossy i bessy w coraz większym stopniu są zależne od „kaprysów” kilku zaledwie światowych największych graczy giełdowych. Wiadomo bowiem, że najbardziej rentowną produkcję w krótkoterminowej gospodarce, na której opiera się kapitalizm, to produkcja zbrojeń i narkotyków, legalnych czy nielegalnych (tytoń, heroina, crack, lekarstwa, alkohol, ecstasy, captagon, itp.) i te zyski zalewają raje podatkowe chronione przez wojska NATO.
W tej nieprzewidywalnej dla mas sytuacji, tylko radykalna zmiana ustrojowa na skalę globalną położy kres niepewności i ustabilizuje życie każdego kraju. Nawet jeśli obowiązkiem postępowego działacza i postępowego stronnictwa jest stanąć po stronie upośledzonej lub wyzyskiwanej jednostki bądź grupy, główna oś działalności zawsze musi polegać na uświadomieniu bezpośredniego związku między ich konkretnym problemem a ogólnymi regułami panującego ustroju, oraz podporządkowanie całej działalności kwestii wojny i pokoju oraz imperializmu i walk narodowowyzwoleńczych. Zaczynając od pokazania, kto jest głównym producentem i eksporterem broni, a więc i wojen i co za tym idzie, nierówności, i niepewności, a więc także niechcianej emigracji ze swojej ziemi.
„Tubylcom” z kolei należy pokazać, kto i co kryje się za nieszczęściem emigracji. Dopiero łączenie reakcji na te dwa nieszczęścia – wymuszonej migracji i ostrej konkurencji na rynku pracy – pozwoli tworzyć siłę, która umożliwi stworzenie nowego układu sił społecznych, korzystnego dla wszystkich pracowników najemnych niezależnie od pochodzenia. Skoro działacze postępowi uważają, że prawdziwe ludowo-demokratyczne państwo ma obowiązek ustalić reguły co do ruchu kapitałów i towarów, logiczną konsekwencją jest, ażeby ono mogło także planować ruch siły ludzkiej produkującej towary i kapitały.
Wolny z Wolnym, Równy z Równym !

Socjalista ducha

100 lat temu zmarł Edward Abramowski (1868-1918).

 

Jego nazwisko („towarzysz Abramowski”) pojawia się w groteskowym kontekście, obok „dziewki bosej od samego pana Wyspiańskiego” i „dziarskich chłopców”, w „Szewcach” Witkacego, jako rodzaj figury uosabiającej, w tonie z lekka ironicznym, ruch socjalistyczny. Przeciwnicy jego idei mówili o „abramowszczyźnie”. Niezależnie od tego, co z jego bardzo idealistycznych koncepcji zachowało aktualność do dziś, Edward Abramowski, który zmarł na kilka miesięcy przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę, był jednym z duchowych ojców polskiego socjalizmu, a jednocześnie ojcem założycielem polskiej psychologii.

Niektórzy uważają go za pierwowzór Gajowca z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego. Jako działacz II Proletariatu i współzałożyciel Polskiej Partii Socjalistycznej na słynnym zjeździe w Paryżu w 1892 roku, należał Abramowski do nurtu tzw. socjalizmu humanistycznego, nie pozbawionego akcentów anarchistycznych i anarchosyndykalistycznych, choć zaczynał jako marksista. Od marksizmu odszedł po uznaniu go za mechanistyczny sposób widzenia dziejów i procesów społecznych, a także jako idei głoszącej nieuchronność dyktatury proletariatu. Jako myśliciel psychologiczny odszedł od marksizmu jeszcze dalej niż jako działacz społeczno-polityczny. Był antagonistą pozytywistycznych, behawiorystycznych nurtów psychologii, zwolennikiem psychologii indywidualnej, akcentującej samoistność i unikalność jednostki ludzkiej. Badał zjawiska podświadomości i intuicji, a także interesował się fenomenami mistycznymi i metafizycznymi. Akcentował walory duchowe i społeczne chrześcijaństwa, zachowując jednocześnie radykalny antyklerykalny krytycyzm wobec religii jako instytucji.

 

Z dworku do robotników

Edward Abramowski urodził się 17 sierpnia 1868 roku w Stefaninie, w guberni kijowskiej w zamożnej rodzinie ziemiańskiej. Jak wielu późniejszych polskich socjalistów był wychowywany w duchu romantyzmu i w atmosferze powstańczych wspomnień. W Warszawie znalazł się w roku 1879 roku. Tam rozpoczął prywatną edukację, a jedną z jego nauczycielek była Maria Konopnicka, poprzez którą poznał członków I Proletariatu. W tym czasie uległ fascynacji literaturą pozytywistyczną, dziełami Spencera i Darwina, a także dziełami Marksa. Połączenie tych lektur z obserwacją życia społecznego i powszechnego zjawiska nędzy sprawiło, że czynnie zainteresował się kwestiami społecznymi. W artykułach prasowych głosił idee społecznej edukacji, pomocy i współdziałania oraz samodoskonalenia. Skupiał się w nich na idei braterstwa ludzi, która była istotna w całej jego późniejszej twórczości. W 1885 roku podjął studia fizyczne i biologiczne na Wydziale Przyrodniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Zakładał tam kółka młodzieży socjalistycznej, współorganizował przemyt nielegalnej literatury z zagranicy. W latach 1886–1889 studiował filozofię na uniwersytecie w Genewie. Był aktywistą w grupie polskich studentów należących do Zjednoczenia Młodzieży Polskiej. Poświęcił się pracy agitacyjnej, utrzymywał kontakty z kołami rewolucyjnymi w kraju, nauczał w kółkach robotniczych. Te zajęcia pochłonęły go tak bardzo, że porzucił studia.

 

Działalność polityczna i publicystyczna

Na początku 1889 roku Abramowski wrócił do Warszawy. Zaangażował się w pracę w szeregach II Proletariatu i w działalność publicystyczną. W krytyce kapitalizmu po części pozostawał marksistą. Wskazywał, że własność prywatna jest źródłem wyzysku, pisał także o rewolucji społecznej jako o drodze do nowego ustroju. W związku ze sprzeciwem wobec stosowania terroru, wraz z kilkoma innymi działaczami, opuścił szeregi II Proletariatu i założył nową organizację – Zjednoczenie Robotnicze, które koncentrowało się na pracy propagandowo-oświatowej w środowisku robotniczym. W listopadzie 1892 roku wziął udział w paryskim zjeździe zjednoczeniowym socjalistów polskich, na którym powstała Polska Partia Socjalistyczna. Został wybrany do władz nowo utworzonego Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich.

 

Rewizja poglądów

Z powodu gruźlicy Abramowski wyjechał na leczenie do Szwajcarii. Zrezygnował z praktycznej działalności politycznej i poświęcił się studiom psychologicznym i socjologicznym. W tym czasie dokonał także rewizji swoich poglądów i odszedł od ruchu robotniczego i marksizmu. Głosił potrzebę wyjścia poza marksizm i uzupełnienia go niezbędnymi dla teorii społecznej treściami. Akcentował podmiotowy charakter ludzkiego istnienia i konieczność przemiany moralnej przed proponowanymi zmianami społecznymi. Wyjechał jako ortodoksyjny marksista i działacz partyjny. W 1897 roku wracał do Warszawy z nową teorią socjalizmu bezpaństwowego, własną, apolityczną, jako utopijny zwolennik natychmiastowego wcielenia w życie ideałów komunizmu i bezpaństwowości, jako anarchista. Za najważniejsze zadanie uznał refleksję badawczą, działalność publiczną i rozpowszechnianie nowej idei etyki. W takich pracach jak „Zagadnienia socjalizmu”, „Pierwiastki indywidualne w socjologii”, „Etyka a rewolucja”, zwracał uwagę na istotną rolę zmian etycznych w procesach społecznych i konieczność pierwszeństwa rewolucji moralnej przed zmianami społecznymi, samoorganizację i zmianę moralności ludzkiej. W latach 1898–1900 prowadził wszechstronną działalność. Angażował się w pracę kół samokształceniowych i tajnych kursów szerzących niezależną oświatę oraz myśl niepodległościową, podejmował inicjowanie grup kształcących się etycznie i propagujących hasła odnowy moralnej. Organizował także komuny głoszące i realizujące postulaty życia etycznego.

W tym czasie, poza działalnością społeczną, rozwijał także swoje zainteresowania psychologiczne. W 1904 roku opublikował rozprawę „Socjalizm a państwo”. Podstawową wartością stał się dla niego zindywidualizowany, wolny i twórczy człowiek. We wspomnianym dziele zawarł także krytykę socjalizmu państwowego i samego państwa jako takiego oraz postulat bezpaństwowej organizacji społeczeństwa w formie wolnych zrzeszeń. W centrum doktryny społecznej Edwarda Abramowskiego znajduje się wolność. W swoich pracach nie krył on entuzjazmu dla tej idei, mocno wierząc w ukrytą ludzką dobroć (optymizm antropologiczny). Pisał, że wolność człowieka to wolność bycia sobą, rozwijania własnych zainteresowań i kroczenia swoją własną ścieżką życia (a nie taką jaką wyznacza władza czy państwo). Uważał, że wolność klasy, narodu, społeczeństwa należy mierzyć zakresem wolności indywidualnego człowieka. Uznał, że jedynie socjalizm bezpaństwowy ma pełne szanse realizowania wolnościowych celów. Za bardzo ważną uznał rewolucję moralną, akcentując, że człowiek będzie dopiero wtedy wolny, gdy dokona się radykalna zmiana w jego wnętrzu – zmiana jego psychice, moralności, postrzeganiu świata. To warunek dla uformowania społeczeństwa wolnego, solidarnego, opierającego swoje istnienie i zasady na polityce wolności. Współpracował także z Polskim Związkiem Ludowym i napisał postępowy program dla wsi. Po 1905 roku, po upadku rewolucji, poświęcił się idei kooperacji, o której napisał takie prace jak „Zasada respubliki kooperatywnej”, „Znaczenie współdzielczości dla demokracji” i inne. Opowiadał się za likwidacją państwa i zastąpieniem go związkiem kooperatywnym zrzeszającym – na zasadzie dobrowolności – wolnych wytwórców, odpowiadających w granicach swych obowiązków za kształtowanie losów własnych oraz świadomie angażujących się w życie społeczne. Przyczynił się do powstania Towarzystwa Kooperatystów, był współzałożycielem pisma spółdzielczego Społem. Kontynuował także ruch etyczny w postaci Związków Przyjaźni.

 

Ojciec polskiej psychologii

W 1907 współorganizował Polskie Towarzystwo Psychologiczne, którego został pierwszym przewodniczącym. W 1910 roku Abramowski założył w Warszawie pierwszą pracownię psychologiczną, która została przemianowana na Instytut Psychologiczny. W roku 1915 objął Katedrę Psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. W 1917 roku rozpoczął wykłady z metafizyki doświadczalnej. Jego stan zdrowia systematycznie się pogarszał, ale nie zrezygnował z aktywności. W maju 1918 roku jego stan zdrowia bardzo się pogorszył, a długotrwałe stosowanie morfiny, za pomocą której zwalczał trapiące go cierpienia fizyczne i ból dodatkowo podkopało jego organizm. Zmarł 21 czerwca 1918 roku w Warszawie. I został pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.

Łupienie wolności

Czym jest wolność? To krótkie słowo oddaje tysiące znaczeń i bez wątpienia o tej jednej z podstawowych cnót pisać można mnóstwo.

Wiele już też napisano o walce o nią. Jeden aspekt jest jednak wciąż nieuchwytny – to jak ją tracimy. Zawsze dzieje się to powoli. Niespiesznie władza odbiera nam nasze prawa. Jedno po drugim. Na początku nie reagujemy, zadowalamy się tym, że to dla naszego bezpieczeństwa, dla wyższego dobra, w imię ojczyzny, wiary, honoru, aż w końcu budzimy się całkowicie ograbieni z wolności, nawet tej osobistej.
W Polsce wciąż wielu obywateli myśli, że im to nie grozi ale prawda jest taka, że do jej grabieży dochodzi na każdym kroku. To podkradanie ma nie tylko twarz głośnych i oprotestowanych ustaw odbierających prawo o decydowaniu o samym sobie czy czyhających na niezawisłość sądów. Łupienie praw nabytych przejawia się też w działaniach, które mało kto zauważa np. takich jak policyjna interwencja na konferencji naukowej o Karolu Marksie.
Pobierowo. Mała miejscowość w województwie zachodniopomorskim. Szerzej znana jako nadmorski ośrodek wypoczynkowy w ostatnim czasie znalazła się pod lupą władzy. Wszystko przez konferencję naukową, co do której rządzący mieli wątpliwości czy jest propolska. Teraz bowiem za działalność antynarodową rozumie się mówienie o myślach, idach i poglądach innych niż te wyznaczone przez Jarosława Kaczyńskiego.
Tych w Pobierowie była cała masa, prelegenci mówi o myśli pedagogicznej Paula Freirego, Antonio Gramsciego i Marthy Nussbaum, a także politycznej twórczości Zygmunta Baumana. Takie krzewienie „niepoprawnych” myśli skłoniło do wysłania patrolu policyjnego kontrolującego polskich naukowców.
Chora władza PiSu staje się coraz bardziej arogancka i niebezpieczna. Historia z Pobierowa pokazuje jak zatrute staje się obywatelskie powietrze wolności i jak szybko trzeba przewietrzyć sejmowe korytarze aby wolność nie stała się jedynie wspomnieniem!