Krótki plan dla Lewicy

Polityczną odbudowę – i co zwykle z tym się wiąże – faktyczną b u d o w ę Lewicy w Polsce w najbliższym czasie określać będzie i jednocześnie utrudniać powrót Donalda Tuska, co wraz z wpływem formalnie „niedookreślonego” ugrupowania Szymona Hołowni wywoła (i już wywołuje) rosnącą falę konfrontacji politycznej wewnątrz prawicowych obozów.

Prawica nie dokończyła jeszcze w Polsce wewnętrznej walki, a ponieważ doprowadziła do nieomal pełnej hegemonii i działa z pozycji politycznej dominacji, wypełnia i okupuje „bez reszty” scenę polityczną, narzuca jej swój ton i zwodzi pozorną dynamiką: tak wiele się dzieje, pada tyle słów, oskarżeń i obietnic, stale coś się szykuje, wszyscy są wciąż w stanie „podwyższonej gotowości”, itd. Z politycznego doświadczenia wynika, że przebicie tego muru nie będzie ani proste, ani natychmiastowe. Oznacza to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat nie należy szykować się na żaden wielki skok i nie należy także wyobrażać sobie przejęcia władzy. Zadbać trzeba przede wszystkim o to, aby zachować dotychczasowe zdobycze i przygotować pole i siły do skutecznej ekspansji.

Zachowanie młodzieży

Podstawową siłą Lewicy jest obecnie poparcie, którym cieszy się ona wśród ludzi młodych. Nie miejsce tu, by szeroko analizować przyczyny, dla których znaczne grupy młodzieży opowiadają się dziś za hasłami lewicowymi. Mówiąc najkrócej, wynika to zapewne ze sprzeciwu wobec panujących obecnie i w niedawnej przeszłości partii prawicowych w naszym kraju a także – i to w znacznym stopniu – wobec sprzeciwu wobec prawicy globalnej i skutków jej poczynań. Pamiętajmy, że współczesna młodzież faktycznie żyje w zglobalizowanej rzeczywistości… Wynika to z utrzymującego się nadal wizerunku lewicy jako siły rewolucyjnej i krytycznej. Z aprobaty wobec postulatów tradycyjnej lewicy wreszcie czerpanej z postaw etycznych i światopoglądowych. Nie należy lekceważyć także kwestii stylu. Stylu wypowiedzi, życia, działania, wybitnie nieznośnego na polskiej prawicy. Nie lekceważąc zatem starszego pokolenia, to właśnie młodzież jest przyszłością Lewicy. Celem politycznym lewicowych ugrupowań musi być więc zwiększenie atrakcyjności Lewicy dla ludzi młodych. Im większą część młodzieży uda się Lewicy przyciągnąć, tym większe będzie jej poparcie za kilka lat. Aby nie zrazić do siebie młodzieży Lewica musi przy tym zadbać o kilka podstawowych spraw.
Po pierwsze należy włączać młodych – mam tu na myśli polityków poniżej 35 roku życia – w główny nurt i pierwszą linię politycznej aktywności, dawać „biorące” miejsca w kolejnych wyborach i niwelować wrażenie, że polityka jest dla ludzi młodych niedostępna, nieosiągalna. Należy też stopniowo rezygnować z młodzieżówek, które zawsze są „przystawką” i gorszą wersją partii politycznych. Wszyscy chętni i zasługujący na to powinni stawać się członkami partii po ukończeniu 18 roku życia. W ten sposób nie tylko likwiduje się partyjną gerontokrację: polityczny podział na „nibypartię” dla młodych i „prawdziwą partię” dla starych, ale także ożywia skostniałe struktury partyjne, które dzięki temu zyskują energicznych i młodych działaczy.

Po drugie program musi koniecznie zawierać postulaty dotyczące młodych osób i ważne dla nich, takie jak: kwestia mieszkaniowa, kwestia śmieciówek i tymczasowego zatrudnienia, kwestia reform w systemie edukacji, itd. Chodzi jednak także i o to, aby postulaty te nie znajdowały się w jakiejś oddzielnej sekcji programowej „Dla Młodych”, ale były pełnoprawnymi i pierwszoplanowymi punktami programowymi dla całej formacji. Należy przygotować nawet odpowiedni zestaw postulatów dla osób w wieku licealnym. Tu przede wszystkim liczyłoby się: odejście od opartego na „punktozie”, testach i kluczach systemu edukacji, wprowadzenie do liceów nowych przedmiotów (przygotowania zawodowego, poważnej wiedzy o kulturze, obowiązkowej etyki i filozofii), likwidacja zadań domowych, wycofanie ze szkół religii.

Po trzecie niezbędny jest bardziej nowoczesna, bardziej radykalna narracja. Kwestię obecności w Unii Europejskiej, szacunek dla Konstytucji i prawa oraz inne klasycznie liberalne postulaty należy przesunąć na drugi plan. Lewica potrzebuje energetycznego, krytycznego języka, który bezlitośnie będzie obchodził się z klerykalizmem, ze śmieciowym i prowadzącym nas ku zagładzie klimatycznej kapitalizmem, z systemowymi dogmatami, które wtłoczono do głów starszym pokoleniom. Wprost należy więc mówić, że w kapitalizmie nie ma demokracji i pokazywać na to przykłady. Wprost należy mówić o niszczycielstwie kapitalizmu, zbrodniach imperializmu, głodzie na świecie, czy o tym, że obecny system wymordował większość form życia na planecie. Wreszcie wprost należy też krytykować świętości III RP: prawicowy katolicyzm, mit wolności przyniesionej przez „Solidarność” czy też „naturalną” uczciwość zasad obecnego systemu ekonomicznego. Bo brak uczciwości kapitalistycznej gospodarki, jej brutalny charakter i wyzysk najlepiej odczuwają właśnie młode osoby, które stają się pierwszymi ofiarami rynku pracy w chwili nadejścia dowolnego kryzysu.

Określenie różnic

Drugim koniecznym wyzwaniem, które pomoże Lewicy przetrwać i przygotować się do nowych czasów jest wypracowanie i umiejętne przedstawianie wyróżniających ją na tle liberałów i konserwatystów politycznych kwestii. Lewica musi być świadoma tego, czym różni się od prawicy. Zaczynając od poziomu teoretycznego opracowania trzeba dojść do wykształcenia lewicowych kadr w takim zakresie, aby przy okazji każdej konferencji prasowej politycy Lewicy potrafili wskazać to, czym program ich formacji różni się od prawicowych propozycji.

Obecnie wielu polityków Lewicy orbituje wokół liberalizmu, niektórzy darzą nawet szczególnym szacunkiem Leszka Balcerowicza, a jeszcze inni uważają (bardziej lub mniej świadomie), że lewicowość jest to nic innego, jak liberalizm, to znaczy kapitalizm przyozdobiony tęczową tolerancją i „uczłowieczony” paroma programami socjalnymi. Tak dalej być nie może z prostego powodu: tę pozycję zajmą i już zajmują nowocześni, uczący się na własnych błędach liberałowie oraz konserwatyści nowego typu, tacy jak Szymon Hołownia, którzy z taką kartą w ręku i tak z Lewicą wygrają, bo w oczach zideologizowanych prawicowo mas nie będą obarczeni „czerwonym bagażem” negatywnych skojarzeń, a nawet po prostu bardziej w swej roli naturalni i wiarygodni.

A zatem po pierwsze, Lewica stoi po stronie ludzi pracy. Po drugie, lewica opowiada się za prawdziwą równością i przeciwko rosnącym nierównościom, nie chce świata miliarderów żyjących obok nędzarzy. Po trzecie, lewica jest krytyczna wobec kapitalizmu i sposobów jego funkcjonowania.

Lewica w odróżnieniu od liberałów nie chce taniego państwa. Ani niskich podatków dla kapitału zagranicznego i lokalnego, ani wolnych stref służących okradaniu społeczeństwa. Lewica widzi też i rozumie, że to kapitalizm – system kierujący się chciwością i podłością bez żadnych granic – odpowiada za zniszczenie klimatu i naszej planety. Lewica chce też powiększania funduszu spożycia zbiorowego czyli poszerzania zakresu tego, co wspólne, społeczne. Jej celem jest zawsze wyłączanie z wyścigu szczurów i rywalizacji ekonomicznej kolejnych segmentów społecznej egzystencji. Wszelkie podstawowe dobra – mieszkanie, pożywienie, edukację, opiekę medyczną, bezpieczne środowisko – lewica pragnie uczynić powszechnymi prawami, a nie elementami rynkowej walki o życie przeciwko innym pod groźbą bezdomności, śmierci z głodu czy braku dostępu do leczenia.

Są to wszystko kwestie podstawowe, na fundamencie których utrwalić się musi w umysłach lewicowych działaczy świadomość, że stanowią one całościową alternatywą dla prawicowych ideologii. Duża część – zwłaszcza młodych – działaczy już posiada tego typu świadomość.

Często są to jednak tożsamości i polityki marginalizowane, aby „na salonach” dalej dominowały stare teksty o dumie z przynależności do UE, NATO i stworzenia polskiej konstytucji. Te wszystkie uprawomocniające lewicę w oczach liberałów zasługi przynależą tymczasem do przeszłości. A wiadomo, że „trzeba z żywymi naprzód iść i po życie sięgać nowe”. Dziś lewicę konstytuuje konflikt, niezgoda i sprzeciw wobec panującego porządku i sytuacji. Są to jednocześnie jej korzenie, do których koniecznie musi wrócić. Przestrzeń krytyki w imię przyszłości jest to jedyna przestrzeń, której nie zagospodarują partie pochodzenia prawicowego. Niezależnie od wszystkiego jest to więc konieczność, szczególnie w czasach kryzysów i katastrof, które są przed nami.

Przygotowanie całościowej ideologii

Nie ulega wątpliwości, że Lewica ma problem. Ten problem widać najlepiej, kiedy rozważymy kwestię polityki realizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość oraz przez Platformę Obywatelską pod rządami Donalda Tuska. Te prawicowe byty – mimo że stare i wyjątkowo już przejrzałe – przyciągają wyborców, bo oferują im coś znacznie istotniejszego niż cenne reformy, racjonalne postulaty czy gwarancję dobrego administrowania państwem. Te partie oferują swym wyborcom ideologię. I to w czystej postaci.

Ideologię w sensie marksistowskim – to znaczy całościowy zestaw poglądów i interesów, który tworzy pewną większą, ogólną formację politycznego myślenia. Głosując na PiS czujesz więc, że jesteś obrońcą Polski, obrońcą polskiego ludu, polskiej tradycji, polskiej własności i walczysz przeciwko zagranicznym potęgom, lewactwu, tęczowym świrom, czy amoralnemu i antyreligijnemu zepsuciu. Głosując na PO odczuwasz, że bronisz racjonalnego polskiego kapitalizmu, prywatnej własności przed zakusami państwa, że walczysz o nowoczesną konstytucję, o prawo, które nie poddaje się partiom politycznym, że jesteś praworządnym obywatelem Republiki i postępowym liberałem szanującym wolność… A Lewica? Od Lewicy wieje pustką, pod którą skrywa się chaos.

Niemrawe przebąkiwania o państwie opiekuńczym typu skandynawskiego, co jakiś czas wystąpienie za tolerancją, zestawy chaotycznie przedstawianych reform, przypadkowe wystąpienia posłów motywowane czysto indywidualistycznie … Lewica nie potrafi i nie jest w stanie sformułować swej ideologii. Nie ma doktryny, ponieważ rządzi nią przypadek będący sumą indywidualnych zwyrów. Jest jak serie memów wstawiane na kontach Lewicy na Facebooku – ma mnóstwo słuszności, ale nie ma żadnego planu politycznego, żadnego uporządkowania ani większej narracji. Lewica nie ma haseł. Nie ma projektu systemowego. Nie ma utopii. Dlatego też jest skazana na odbijanie się od ideologii-utopii dominujących partii prawicowych. Samo krążenie pomiędzy „Polskim ładem” i kolejną inkarnacją liberalizmu jednak nie wystarczy. I pokazują to sondaże.
Dochodzimy tu także do „kwestii działaczowskiej”. Lewicy potrzebna jest większa narracja, tak samo jak potrzebuje ona narratorów. Potrzebni są ludzie mówiący coś więcej niż „Bo myśmy załatwili trochę pieniędzy na szpitale” albo „Mamy dobry pomysł numer 2438234, popatrzcie na piętnasty dobry mem w tym tygodniu”. Polityka to projektowanie idei i spektakl ich prezentacji. Skuteczna ideologia musi zostać skutecznie zaoferowana i wyrażona. Lewica potrzebuje zdolnych mówców, którzy działają według planu. Potrzebuje planowanych przemówień i najlepszego możliwego przygotowania na poziomie, którego obecnie nie prezentuje. Działacze muszą zacząć poważniej dzielić się obowiązkami i funkcjonować zespołowo. Obecnie są to raczej grupki skupione wokół zatomizowanych politycznie posłów walczących o uwagę i rywalizujących także pomiędzy sobą. Struktura. Partia to struktura.

Podstawowym krokiem do odbudowania własnej ideologii jest wytyczenie linii oddzielającej nas od przeciwników. Obie prawicowe, hegemoniczne partie należy wobec tego zestawiać i przedstawiać wspólnie jako jedno zło w dwóch smakach. Lewica potrzebuje wyrazistego wycięcia swojej przestrzeni politycznej. Dlatego oba prawicowe obozy musi prezentować, jako głównych odpowiedzialnych za masakrę ludzi („nadmiarowe zgony”) w czasie pandemii, jako winnych osłabienia i utrwalania słabego, niedofinansowanego i w efekcie antyludzkiego państwa. Lewica musi krytykować kartonowość państwa czasów PO, ale też skutecznie wykazywać, że PiS niewiele tu zmienił. Według danych z GUS ubóstwo wzrosło w 2020 roku o 1 punkt procentowy. Fatalnie wygląda także wskaźnik dzietności. Polska ma nadal najgorsze i trucicielskie powietrze w Europie. Rząd realizuje też kolejny prywatyzatorski zamach na emerytury… Są więc argumenty w pełni wystarczające do obarczenia PiS-u odpowiedzialnością za kontynuację neoliberalnych polityk. POPiS to niewielkie różnice w obrębie jednej rodziny, a przy tym wielka wspólnota poglądów w wielu kwestiach. Na szczególną uwagę zasługuje konserwatyzm obyczajowy i religijny, który czyni z tych partii twory anachroniczne, rażąco nieodpowiednie wobec szybko laicyzującej się tożsamości polskich obywateli i obywatelek.

Poważna walka polityczna zacznie się w momencie, kiedy Lewica przyswoi sobie nowy program i postanowi działać jak siła polityczna, jak prawdziwa partia. Zachowanie sympatii młodzieży, wypracowanie wyróżniających politycznie punktów i przedstawienie całościowej ideologii-projektu to niezbędne minimum. Minimum, które pozwoli marzyć o powtórzeniu wyniku wyborczego i przygotuje Lewicę do starć politycznych w bliskiej przyszłości, kiedy kolejne kryzysy i katastrofy jeszcze bardziej osłabią zaufanie społeczne do prawicowych zdolności zarządzania państwem. Jednocześnie osłabnie też wiara w dobroczynne właściwości kapitalizmu. Lewica – bliska świata pracy i grup wyzyskiwanych, systemowo prześladowanych – musi wyprzedzić tę świadomość i czekać na nią z gotowym projektem. Kaczyński i Tusk mogą prowadzić kolejną turę wielkiej prawicowej wojny o Polskę. Ale Lewica może sprawić, że to będzie ostatni konflikt tego typu. To właśnie ze strachu przed Lewicą POPiS poczynił zresztą ogromne inwestycje w sferze kultury i propagandy, w IPN i antyracjonalistyczne, antysocjalistyczne nauczanie… A czas wrócić właśnie do haseł i do politycznego języka, który wyróżnia. Przyszłość będzie czerwona jeśli czerwień będzie na nią gotowa.

Ucieczka od nauki

Może teza ta spotka się z krytyką, ale uważam, że po roku 1989 mamy w Polsce do czynienia z postępującą ucieczką od nauki lub przed nauką. Rezygnacja z nauki łączy się z odrzuceniem osiągnięć poprzedniej epoki i jest jednym z elementów kulturowego antykomunizmu.

Naukę z czasów PRL uznawano za nieprzydatną, reżimową, skażoną materializmem i marksizmem. Tego marksizmu akurat w nauce przed rokiem 1989 było niewiele, a i materializm nie ugruntował się zbyt mocno. Od nauki rozumianej głównie jako szkolnictwo wyższe wymagano bowiem wtedy tylko dostarczania wiedzy praktycznej i/lub dyplomu.

Środowiska naukowe, i nie tylko one, są zmuszane do wyrażania opinii w formie protestów. Protestują przeciw działaniom kolejnych ministrów, którzy wbrew pozorom nie mają żadnych planów, a jedynie wyobrażenia, zresztą niezmienione chyba od ich czasów szkolnych. Oprócz protestów konieczna jest natomiast refleksja i publiczna dyskusja o tym, jakiej edukacji chcemy i potrzebujemy, i czego oczekujemy od nauki naukowców.

Po pierwsze, trzeba otwarcie przyjąć dwa założenia: że poznanie naukowe jest jedynym sposobem uzyskania rzetelnej wiedzy o rzeczywistości i że o uzyskanie takiej właśnie wiedzy nam chodzi. Założenia te byłyby diametralnie różne od założeń aktualnie rządzącej ekipy (oczywiście, o ile ekipa ta jakieś założenia w ogóle posiada).

Rząd i jego zwolennicy, a także wszyscy ci, którzy – będąc w tej kwestii sojusznikami rządu – kwestionują monopol nauki na poznawanie rzeczywistości, wprost dyskredytują naukę, i nie jest to wcale przypadkowe. Znajomość faktów i umiejętność ich oceny mogą prowadzić do krytycznego osądu działań władzy. Taka edukacja jest po prostu dla rządzących zagrożeniem. Dlatego kładzie się teraz nacisk na kształtowanie postaw, pokory, obłudy, pozornej religijności. Jak dowiedzieliśmy się z wywiadu szefa gabinetu politycznego ministra edukacji dla TV Republika, najistotniejsza zmiana dotyczy uzupełnienia kanonu (lektur) tak, by wyrwać społeczeństwo z uprzedzeń antyreligijnych, którymi nasycona była szkoła w PRL i z których nie podnieśliśmy się przez te trzydzieści lat. Stąd propagowanie najwybitniejszych Polaków, choćby Jana Pawła II, który „fantastycznie przecież władał piórem zarówno jako poeta, duszpasterz, jako naukowiec”. Aby zaś osiągnąć te cele, konieczne jest usunięcie z uczelni lub zmuszenie do milczenia ludzi myślących, którzy chcieliby się zajmować nauką, wiedzę naukową rozwijać i przekazywać ją innym. Należy też przejąć kontrolę nad szkołami publicznymi, na przykład przez podporządkowanie ich kuratoriom oświaty.

Dlatego tak ważne już dziś jest przygotowanie wspólnego planu dla nauki i oświaty, tak by można było go wdrożyć jak najszybciej po obaleniu czarnogrodu. O ile program dla szkół napisać będzie nieco łatwiej, o tyle program dla nauki i edukacji wyższej wymagać będzie naprawdę poważnej refleksji i dyskusji wielu środowisk – tym bardziej że należy wreszcie wybrać kilka dziedzin czy specjalności, które mogą stać się szansą na dogonienie światowej czy choćby europejskiej czołówki.

Nieprzypadkowo plany ministra skrywają się za postulatem wolności badań naukowych. Chodzi tak naprawdę o kwestionowanie naukowego konsensusu, o wolność od rygorów naukowej metodologii, wolność od rzetelności prowadzenia badań i swobodę w opowiadaniu wszystkiego, co ślina na język przyniesie. Wzorem uczelni ma był KUL, a wzorem rzetelności badań pewnie IPN. Być może jednak i to nawet za dużo, bo historykom z IPN zdarza się czasem zachować umiar i wierność wobec faktów historycznych.

Wspierajmy naukę, zanim wyginiemy. Jako ludzkość.

Walka klasowa w Polsce i świecie w dobie współczesnej

Po upadku Związku Radzieckiego i KDL-ów w Europie masowo rozpowszechniane są tezy o zaniku walki klasowej i o nowym klasowym pokoju, które rzekomo ogarnęły świat. Towarzyszy temu twierdzenie, że marksizm, w szczególności marksizm-leninizm coraz bardziej zanika, a niektórzy twierdzą, że były to ideologie XIX czy pierwszej poł. XX w.

Na ich miejsce miały wejść nowe teorie i doktryny solidarystyczne, mające prawidłowo objaśniać powszechne władztwo kapitału, w szczególności hegemonię amerykańską. Wśród politologów akceptowane i rozpowszechniane były tezy Zbigniewa Brzezińskiego o „nowym światowym porządku” oraz FrancisaFukuyamy o „końcu historii”, czyli o socjalizmie jako błędzie historii i i kapitalizmie jako bezalternatywnej perspektywie ludzkości. Dalsze 30 lat zadały kłam tym tezom..
Czy jednostka jest igraszka historii czy jej świadomym współtwórcą
O tym, że kapitalizm nie jest ostatnim słowem historii wiemy od czasów Marksa i Engelsa i to twierdzenie potwierdzają sprzeczności współczesnej epoki.„Realny socjalizm” nie upadł całkowicie, a przykład Chin dowodzie, że potrafił odrodzić się w nowych formach ustrojowych i uzyskał obecnie taki potencjał gospodarczo-społeczny, że stał się ponownie zagrożeniem dla hegemonii kapitalistycznej.
Jednocześnie gospodarka kapitalistyczna wkroczyła w nowe światowe kryzysy, spada poziom życia mas pracujących, pogłębia się przepaść między wąską grupą miliarderów i światem pracy, rośnie ruch związkowy, mnożą się strajki, aktywizują się nowe partie komunistyczne, radykalizują się partie socjalistyczne i inne ruchy postępowe, rozszerza się walka o utrzymanie pokoju i ograniczenie a nawet zastopowanie imperializmu. Wszystko to dowodzi, że walka klasowa nie tylko nie wygasa, lecz nasila się i że kwestia walki o socjalizm i nowych rewolucji socjalistycznych jest jak najbardziej aktualna.
Autor tego artykułu jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest autorem kilkunastu książek, setek artykułów naukowych i publicystycznych, wypromował kilku doktorów nauk i setki magistrów i licencjuszy. Zdobywał wiedzę naukową nie tylko na Uniwersytecie Wrocławskim, ale studiował i był na licznych stażach i konferencjach naukowych m.in. na Uniwersytetach w Moskwie, Belgradzie, Pradze, Lipsku, Berlinie, Symferopolu, Chicago-Illinois, Phenianie, Wuhan. Jest przykładem wielkiego awansu społecznego ludzi z nizin społecznych, którzy dzięki Polsce Ludowej i socjalizmowi mogli zdobyć wyższe wykształcenie, zdobywać najwyższe tytuły i stopnie naukowe i wejść do elity intelektualnej polskiego narodu.
Takich jak on jest w Polsce wielu. Po drugiej wojnie światowej jego rodzice przenieśli się na Dolny Śląsk, gdzie ojciec autora znalazł pracę w przemyśle młynarskim, ich nową ojczyzną stało się Skałeczno (później zwane Ścinawką), gdzie autor uczęszczał do szkoły podstawowej, a później do Liceum w powiatowym mieście Nowa Ruda. Od 1960 r. studiował prawo we Wrocławiu na Uniwersytecie im. Bolesława Bieruta.
W szczególności przedmiotem jego zainteresowania naukowego była marksistowska teoria państwa i prawa, której później poświęcił dysertację magisterską i doktorską. W późniejszych latach przeszedł do Instytutu Nauk Politycznych (Politologii), w szczególności dużo uwagi poświęcał badaniom systemów politycznych Polski, Niemiec, USA-llinois, a ostatnio Chin. Habilitował się w 1988 r. na Uniwersytecie im. Karola Marksa w Lipsku (Franz-Mehring-Institut) w dawnej Niemieckiej Republice Demokratycznej.
W działalności społecznej autor był i jest związany z ruchem robotniczym i komunistycznym. Jego dziadek i ojciec przed 1939 r. byli aktywnymi działaczami związków zawodowych, byli także sympatykami KPP, bronili interesów pracowniczych robotników, walczyli o poprawę warunków pracy i płacy, nie godzili się z brutalnym wyzyskiem, uciekając się także do walki strajkowej na budowach w Stalowej Woli.
Dziadek po wyzwoleniu w 1944/45 r. włączył się aktywnie do budowy Polski Ludowej, wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej, której był sekretarzem w Radomyślu nad Sanem, był radnym GRN w Radomyślu i PRN w Tarnobrzegu. Aktywnie popierał na przełomie 1944/45 r. działalność Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w Lublinie, Rządu Tymczasowego i Rządu Jedności Narodowej w Warszawie. W tym czasie w Polsce toczyła się walka na śmierć i życie o ustrój sprawiedliwości społecznej, o Polskę ludową i socjalistyczną.
Siły kapitalistyczne i obszarnicze, kontrrewolucyjne, wspomagane przez Kościół katolicki i pomoc z Zachodu dążyły do utrzymania w Polsce kapitalizmu. Dysponowały one zbrojnymi leśnymi oddziałami (m.in. Narodowe Siły Zbrojne), które napadały na lewicowych działaczy, na posterunki milicji, mordowały radnych, utrzymywały terror wobec cywilnej ludności i przygotowywały się do 3. wojny światowej. Ten stan półotwartej wojny domowej trwał do 1948 r. i zapisał się krwawymi wydarzeniami w historii narodu polskiego. Ofiarą tego terroru stał się także dziadek autora Jan Rybak, zamordowany bestialsko w lipcu 1945 r. Jego działalność była kontynuowana przez rodzinę i innych towarzyszy z Polskiej Partii Robotniczej.
Takich ofiarnych ludzi w Polsce w tym czasie było wielu. Dzięki ich pracy, męstwu i ofiarnej walce w latach 40-tych ub. wieku zwyciężyła władza ludowa, przeprowadzono reformę rolną, w miastach znacjonalizowano wielką i średnią własność kapitalistyczną i banki, odbudowano kraj ze zniszczeń wojennych i stworzono gospodarkę planową, której podstawą były państwowe i spółdzielcze przedsiębiorstwa.
W latach 1950-1955 w ramach planu 6-letniego zbudowano setki wielkich zakładów przemysłowych i rozbudowano przemysł ciężki, w tym górnictwo, hutnictwo, przemysł chemiczny, stoczniowy, energetykę, budownictwo nie tylko mieszkaniowe, także przemysłowe. Gałęzie te były rozwijane w dalszych planach 5-letnich, które umacniały potencjał gospodarczy i polityczny Polski Ludowej.
Jednocześnie podnosił się poziom życia ludzi pracy, szczególnie klasy robotniczej. Następował awans cywilizacyjny i kulturalny ludzi pracy i całego narodu, młodzież przenosiła się do miast, gdzie łatwiej było o pracę, mieszkanie i zdobycie wykształcenia. Polska Ludowa stała się krajem, gdzie normalnością było świadectwo szkoły średniej, rosła też liczba absolwentów uniwersytetów, politechnik i innych szkół wyższych.
W ciągu 45 lat Polski Ludowej ludzie pracy przyzwyczaili się do umiarkowanego dobrobytu, zapomnieli o dawnych plagach kapitalizmu, jak bezrobocie, głód, nędza, braku ubrań, dostępu do dóbr kultury i nauki, opieki lekarskiej, ubezpieczeń społecznych.
Wszystkie te osiągnięcia ekonomiczne, socjalne i kulturalne były możliwe, gdyż Polska Ludowa miała zabezpieczony byt międzynarodowy we wspólnocie państw socjalistycznych na czele ze Związkiem Radzieckim. Polska miała wysoką pozycję w polityce międzynarodowej, szczególnie w Organizacji Narodów Zjednoczonych.
W czasie II wojny światowej Polska była brutalnie okupowana przez Niemcy hitlerowskie i utraciła prawie 40 proc. potencjału gospodarczego i 6 mln ludności, ale po wojnie dzięki władzy ludowej i socjalizmowi szybko odrobiła te straty. W 1945 r, Polska odrodziła się w nowych sprawiedliwych granicach na Odrze, Nysie Łużyckiej i nad Bałtykiem. Do Polski powróciły dawne polskie ziemie i takie sławne miasta jak Gdańsk , Szczecin, Wrocław, Opole, Olsztyn i wiele innych. Jednocześnie Polska Ludowa wyrzekła się burżuazyjno-obszarniczego balastu ekspansji kolonialnej na Wschodzie zgodnie z zasadą ziemie ukraińskie Ukraińcom, białoruskie Białorusinom, litewskie Litwinom.
Po 1945 r. Polska stała się jednolitym pod względem etnicznym państwem. W 1945 r. Polska liczyła ok. 22 mln mieszkańców, pod koniec lat 80-tych prawie 40 mln, wszyscy dorośli obywatele mieli pracę, pomyślnie rozwiązywano problem mieszkaniowy, zabezpieczone były potrzeby socjalne, kulturalne narodu.
Kontrrewolucja wewnętrzna i międzynarodowa
Odpowiedź na pytanie, dlaczego obecnie Europa przechodzi na prawo, należy rozpocząć od analizy przemian społeczno-politycznych, które doprowadziły do upadku ustroju socjalistycznego w ZSRR i Europie, głównie w Polsce pod koniec lat 80 tych XX wieku.
Jednocześnie umocniła się hegemonia USA, w Europie wzmogła się ekspansja kapitalizmu, przyspieszeniu uległa integracja nie tylko gospodarcza, także polityczna, której siłą przewodnią stały się zjednoczone Niemcy, co miało duży wpływ na upadek PRL i dalsze reakcyjne przemiany w Polsce.
Były liczne przyczyny wewnętrzne i międzynarodowe upadku Polski Ludowej. Największą jej słabością była postępująca degeneracja ideowo-polityczna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która w ciągu ponad 40 lat była siłą kierowniczą państwa i narodu i stopniowo schodziła z pozycji komunistycznych, proletariackich, ludowych na pozycje rewizjonizmu, oportunizmu i nacjonalizmu.
Chorobą tą dotknięte były głównie kierownicze ośrodki w partii, spychające ją na tory socjaldemokratyczne i biurokratyczne. Partia, szczególnie jej kierownictwo, alienowała się od klasy robotniczej, traciła awangardowy charakter, zmniejszał się udział robotników w składzie członkowskim, którzy mieli coraz mniej do powiedzenia i byli spychani na pozycje biernej masy.
Umacniał się natomiast trzon biurokratyczno-kierowniczy, warstwa wykonawczo-zarządzająca, w której z czasem wykształcił się ośrodek wewnętrznej kontrrewolucji.
W ten sposób osłabione zostały a później zerwane zaufanie i więzi ideowo-polityczne między klasą robotniczą i ludem pracującym a kierownictwem partii. Ta rosnąca siła kontrrewolucji przejawiała się w próbach zahamowania dalszej budowy socjalizmu, próbach jego osłabienia i restytucji kapitalizmu w 1956, 1968, 1970, 1980-81 i ostatecznie w 1989 r.
Czas Polski Ludowej (1944-1989) to okres nieustannej walki o postęp społeczny, socjalizm, pokój , ale jednocześnie nieustanne zmagania z narastającą kontrrewolucją, której nie można sprowadzać tylko do zagnieżdżonej w partii.
Były to pozostałości klas wyzyskujących, znaczne części drobnomieszczaństwa, generalnie Kościół katolicki, głównie jego hierarchia, które zachowały nieoficjalny wpływ na życie publiczne, cieszyły się materialnym poparciem ośrodków burżuazyjno-kapitalistycznych, utrzymywały więzi z wpływowymi ośrodkami antykomunistycznymi na Zachodzie i czekały na stosowną okazję do wystąpienia. PPR i PZPR przeceniały znaczenie siłowych i administracyjnych form zwalczania kontrrewolucji wewnętrznej i nie doceniano nieoficjalnych wpływów burżuazji i innych sił reakcyjnych na konserwowanie i odradzanie stosunków kapitalistycznych.
Kontrrewolucja wewnętrzna nieustannie korzystała ze wsparcia politycznego i materialnego zagranicznych ośrodków burżuazyjnych. Kapitalizm, szczególnie jego ośrodki imperialistyczne od 1945 r. nie spoczęły ani przez chwilę w dążeniach do obalenia Polski Ludowej i zniszczenia socjalizmu, a szczególnie jego głównej siły Związku Radzieckiego.
Ośrodki kontrrewolucji zagranicznej w realizacji tych celów sięgały do wszystkich dostępnych środków, w tym wojen, prowokacji, zamachów, dywersji, szpiegostwa, embarga, sankcji, izolacji, propagandy antykomunistycznej itp. Ważne miejsce w tym arsenale środków odegrała dywersja ideologiczna, zmierzająca do wbicia klina między partię i jej kierownictwo a klasą robotniczą. Te plany skutecznie wdrożono w 1980 r., kiedy na fali strajków robotniczych w Gdańsku i na Wybrzeżu powstała „Solidarność” jako początkowo ruch dążący do upodmiotowienia klasy robotniczej, poprawy warunków pracy i płacy, wzmocnienia wartości socjalistycznych.
Wtedy głównymi hasłami były: „Socjalizm tak – wypaczenia nie!”, „Proletariusze wszystkich zakładów, łączcie się!” Ruch ten za sprawą burżuazyjnych doradców, (którzy później stali się ministrami kapitalistycznej Polski) przekształcony został pod kłamliwymi hasłami „demokracji”, „lepszego socjalizmu”, „wolności” i „lepszego kapitalizmu” („kapitalizmu o ludzkim obliczu”) w silny ruch „wolnych związków zawodowych”, skierowany przeciwko Polsce Ludowej i socjalizmowi.
W latach 1980-1989 nastąpiło nie tylko dalsze zahamowanie budownictwa socjalistycznego ale także przyspieszenie demontażu pozostałości socjalizmu, do czego od 1985 r. walnie przyczyniło się nowe kierownictwo KPZR na czele z Michaiłem Gorbaczowem i Borysem Jelcynem.
Ocena „Solidarności” i Wałęsy
„Solidarność” wyrastała z różnych nurtów robotniczych protestów w sytuacji błędów polityki PZPR, a w szczególności załamania się polityki Edwarda Gierka w końcu lat 70-tych. Gierek wykorzystał wszelkie możliwe zasoby wewnętrzne dla przyspieszenia rozwoju gospodarczego, podniósł też znacząco poziom życia klasy robotniczej i ludzi pracy.
W realizacji tej polityki musiał sięgnąć do dużych kredytów zagranicznych, które myślał spłacać polskimi towarami. Na skutek pogorszenia się koniunktury zagranicznej i relacji cenowych na towary importowane, szczególnie na paliwa, polityka ta się załamała, pogłębiały się trudności płatnicze Polski, zaopatrzeniowe, rosła inflacja, czarny rynek, załamało się centralne planowanie, wystąpiły braki na rynku energii i żywności.
Rozwierały się nożyce w dochodach między robotnikami a rodzącą się tzw. średnią klasą, do której chętnie zaliczała się część aparatu partyjno-państwowego. Budziło to nieufność u robotników i kopało przepaść między partią a klasą robotniczą.
Jednocześnie ruch ten wyrastał z różnych form antykomunistycznej działalności w latach 70-tych , np. z tzw. Komitetu Obrony Robotników i „wolnych” związków zawodowych, na czele których w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. pojawił się „robotnik” Lech Wałęsa, finansowany i sterowany przez różne antykomunistyczne siły na Zachodzie, a jak dowodzą najnowsze źródła, wcześniej także przez Służbę Bezpieczeństwa (Agent –Tajny Współpracownik „Bolek”).
Pod jego kierownictwem, a w szczególności burżuazyjnych doradców, udało mu się skierować początkowo zdrowy, częściowo żywiołowy bunt robotniczy na tory jawnie antysocjalistyczne.
Było to możliwe w warunkach braku w partii rewolucyjno-komunistycznego paliwa i magnesu. Wałęsa miał niewątpliwie wielkie umiejętności w dziele siania iluzji i ogłupiania swych kolegów robotników i roztaczania wizji, że lepszym niż „komuna” może być „demokracja”, „kapitalizm o ludzkim obliczu”, był autorem podrzuconego mu pomysłu budowy w Polsce „drugiej Japonii”, chwalił Stany Zjednoczone, RFN i Szwecję.
Nie zastanawiał się nad historycznymi przyczynami wyższego poziomu życia w tych państwach, nad rolą pierwotnej akumulacji kapitału, nad znaczeniem etyki protestanckiej w etosie pracy. W ocenie Wałęsy wszystko zależało od woli przywódców i za ich sprawą w Polsce było źle.
Jakie było i jest prawdziwe oblicze Wałęsy i jemu podobnych liderów „Solidarności” świadczą ich dalsze losy. Po zwycięstwie kontrrewolucji i obaleniu Polski Ludowej w 1989 r. Wałęsa został prezydentem Polski, państwa, które bardzo szybko w wyniku „reform” wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza zlikwidowano ekonomiczno-socjalne zdobycze klasy robotniczej i innych ludzi pracy z okresu socjalizmu.
Nowi kapitaliści rozgrabili majątek narodowy, otworzyli granice dla ekspansji kapitału zagranicznego, szczególnie banków i Polska w ciągu kilku lat stała się półkolonią zachodniego kapitału, zależna od Niemiec, Francji, Unii Europejskiej, a w kategoriach polityczno-wojskowych od USA i NATO.
Dawni bossowie związkowi stali się nowymi kapitalistami lub wysokimi urzędnikami burżuazyjnego państwa, a sam Wałęsa dzięki ośrodkom burżuazyjnym opływa w bogactwa, politycznie jest związany z chadecko-liberalnym skrzydłem burżuazji (obecnie Platformą Obywatelską), a jego syn był do niedawna (2019) europosłem, a obecnie (od 2019 r.) jest posłem na sejm z ramienia Platformy Obywatelskiej, rządzącej w Polsce przez wiele lat, której lider Donald Tusk był do niedawna przewodniczącym Rady Europejskiej czyli prezydentem Unii Europejskiej.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni, głosi stare polskie przysłowie.

Walka klasowa w Europie i na na świecie

Od czasu kontrrewolucyjnego przewrotu w Polsce, w 1989 r., upłynęło ponad 30 lat. Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich ostatecznie upadł w 1991 r. Upadły także inne państwa socjalistyczne w Europie. Przyczyniło się to do znacznego osłabienia sił postępu i socjalizmu w Europie i na świecie.

Od czasu kontrrewolucyjnego przewrotu w Polsce, w 1989 r., upłynęło ponad trzydzieści lat.
Charakter współczesnej epoki
Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich ostatecznie upadł w 1991 r. Upadły także inne państwa socjalistyczne w Europie. Przyczyniło się to do znacznego osłabienia sił postępu i socjalizmu w Europie i na świecie. Kapitalizm i imperializm miały powody święcić triumfy. W 1991 r. prezydent USA G. Bush (senior) ogłosił doktrynę „Nowego Światowego Porządku” (New World Order), a więc świata pod amerykańską hegemonią.
Dla udokumentowania tej tezy (dominacji) w 1991 r. Stany napadły na Irak, udzieliły większej pomocy Izraelowi w jego wojnie przeciwko Palestyńczykom i innym narodom arabskim, później interweniowały w Somali, Sudanie, w 2001 r. pod hasłem wojny z terroryzmem napadły na Afganistan, a w 2003 r. ponownie na Irak.
Nieustannie zagrożone są Iran i Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, w 2011 r. zniszczono Libię i zamordowano jej przywódcę M. Kaddafiego. Od 7-ciu lat trwa wojna w Syrii, która jest częścią nieustannej wojny na Bliskim Wschodzie o dominację imperializmu w tym rejonie świata, o opanowanie zasobów ropy naftowej i gazu, inne bogactwa naturalne, a przede wszystkim o kontrolowanie newralgicznego przesmyku trzech kontynentów. Stany Zjednoczone walnie przyczyniły się do rozbicia Jugosławii, bombardowania w 1999 r. Belgradu i innych miast tego kraju, które weszło do historii jako akt współczesnego barbarzyństwa. Doprowadziły do powstania nowego państwa Kosowa, które stało się wielką bazą wojsk amerykańskich w tym rejonie Bałkanów.
W czasach prezydentury Georga W. Busha (juniora) NATO przekształciło się z paktu północno-atlantyckiego w pakt ogólnoświatowy, kiedy USA uzurpowały sobie „prawo” do interweniowania w każdym rejonie świata, gdzie uznają, że zagrożone są ich interesy. W okresie kiedy Gorbaczow negocjował z Reaganem i Bushem nowy układ stosunków między USA a ZSRR i przesądzano upadek NRD uzgodniono, że NATO nie przesunie się poza rzekę Łabę. Likwidując kraje socjalistyczne nie miały one wejść do NATO.
Co znaczą przyrzeczenia imperialistów świadczą późniejsze fakty. Immanentną częścią NATO stały się landy wschodnie Niemiec, w 1999 r. włączone zostały Polska, Czechy i Węgry, później pozostałe państwa postsocjalistyczne, a nawet republiki postradzieckie (nadbałtyckie), co zachwiało równowagę strategiczną między Rosją a NATO. Polityka ta dowodzi realizacji konsekwentnych celów imperializmu amerykańskiego, dążącego do dalszego okrążania i rozbijania Rosji a w perspektywie także Chin. Ważą się losy Szwecji, Finlandii, Irlandii, Austrii, Szwajcarii jako państw neutralnych.
W ostatnich latach otwarty został nowy front wojenny na Ukrainie, gdzie w lutym 2014 r. dokonany został przez siły faszystowskie i nacjonalistyczne pucz, obalono legalnie wybranego prezydenta W. Janukowycza, a władzę przejęły siły proamerykańskie i proeuropejskie, dążące do wprowadzenia Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO, na co nie może zgodzić się Rosja. Ukraina jest w stanie wojny domowej, którą pogłębia półotwarta wojna z Rosją. Krym odłączył się od Ukrainy (wykorzystując prawo do secesji) i wstąpił do Federacji Rosyjskiej, na wschodzie Ukrainy powstały ludowe republiki Doniecka i Ługańska. Kryzys na Ukrainie zaostrza się. Obecnie cele imperializmu nakierowane są na Białoruś, gdzie od dwóch miesięcy siły opozycyjne, wspierane otwarcie przez ośrodki zagraniczne, dążą do obalenia nie tylko legalnie obranego prezydenta, ale całkowitej zmiany ustroju.
Wojna na Ukrainie była początkiem wojny nie tylko o przyszłość tego państwa, ale także o przyszłość Rosji i całego obszaru byłego Związku Radzieckiego. USA i zachodni imperializm są zainteresowane w dalszym osłabianiu i rozczłonkowaniu Rosji.
Dalszym krokiem w tym kierunku jest obecna destabilizacja Białorusi i osłabienie jej przyjaznych więzi z Rosją. Pod rządami prezydenta Władimira Putina kierowniczą siłą Rosyjskie Federacji jest burżuazja narodowa, która nie chce do tego dopuścić, a nawet dąży do odbudowy w nowych formach ustrojowych dawnego ZSRR, a więc Wspólnoty Niepodległych Państw, Związku Euro-Azjatyckiego, Związku Białorusi i Rosji. Rosja ma liczne atuty, przede wszystkim wojskowe, broń atomową, pozycję międzynarodową, m.in. stałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, olbrzymie bogate terytorium i ponad 140 mln ludzi.
Ale gospodarczo Rosja utraciła pozycję dawnego ZSRR, przemysł poza wojskowym jest technologicznie zacofany i głównym źródłem akumulacji są wielkie zasoby ropy naftowej, gazu i innych bogactw naturalnych, które ratują kraj przed upadkiem, ale jednocześnie systemowo przekształcają go w zaplecze surowcowe i peryferia państw wysoko rozwiniętych.
W sytuacji konfrontacji Rosji z Zachodem może ona wykorzystać sprzeczności w łonie państw kapitalistycznych, między USA a Unią Europejską, w szczególności Niemcami i Francją, ale naturalnym choć trudnym historycznie sojusznikiem Rosji mogą być Chiny, z którymi Rosja już ściśle kooperuje gospodarczo w ramach układu dwustronnego i BRICS a politycznie i wojskowo w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy, w której obserwatorem jest także Republika Białorusi.
Ważną cechą współczesnej epoki jest, że w ostatnich latach słabnie pozycja gospodarczo-finansowa USA, szczególnie od 10 lat czyli nowego wielkiego kryzysu, który pogłębia się w następstwie pandemii Corona-wirus. Wyrosły nowe potęgi jak Unia Europejska i Chiny. Japonia chce się wydostać spod kurateli USA, podobnie Niemcy, wyrastających na lidera UE, rośnie rola państw tzw. wschodzących, jak Brazylia, Indie.
W rezultacie spada udział amerykańskiego PKB w światowym produkcie, chwieje się dolar także w relacjach rozliczeń międzynarodowych. Stany budują pozycję supermocarstwa silną i globalną armią i rosnącą pozycją będącego pod ich komendą NATO, ale jednak świat ponownie stał się wielobiegunowy i jest to bardziej optymistyczna perspektywa dla pokoju światowego i walki o socjalizm i postęp społeczny. Imperializm jednak nie złożył broni. Prezydent USA Donald Trump zmierzał do utrzymania i ratowania pozycji USA przez politykę sankcji, embarga, protekcjonizmu, szantażowania świata nową zimną wojną, a nawet groźbami wojny nuklearnej, co dla sił pokoju i postępu społecznego jest nie do przyjęcia.
Pod koniec 2020 r. odbyły się w USA nowe wybory prezydenckie, które wygrał kandydat Demokratów Joe Biden, który w sprawach międzynarodowych zapowiedział kontynuację polityki poprzednika. Przyspiesza to polaryzację sił postępu i socjalizmu oraz sił wojny i kapitalistycznej reakcji i otwiera nowe fronty walki klasowej nie tylko w Polsce i Europie, ale w całym świecie.
Rola Chin i konsekwencje dla świata
Chińska Republika Ludowa i kierująca nią Komunistyczna Partia Chin wykorzystały historyczną szansę i w ciągu ponad 70 lat przekształciły swój wielki naród i kraj z dalekiego półkolonialnego peryferium w wysoko rozwinięte państwo, w którym usługi i przemysł dają ponad 94 proc. PKB. Przed rewolucją 1949 r. w Chinach było tylko 3 mln robotników, obecnie ponad 320 mln (plus 250 mln tzw. robotników sezonowych), w 1949 r. tylko 10 proc. społeczeństwa zamieszkiwało w miastach, w 2020 ponad 60 proc. , a więc tyle samo co w Polsce.
Kiedyś Chiny to było 90 proc. biednych chłopów, dziś w rolnictwie formalnie pracuje ok. 300 mln drobnych rolników, ogółem wieś zamieszkuje około 500 mln ludzi, ale ze wsi wyjeżdża do szybko rozwijających się miast ponad 250 mln tzw. robotników sezonowych. Wieś chińska wymaga wielkiej przebudowy.
Gospodarka chińska opanowała liczne najnowsze technologie i dosłownie sięga do gwiazd, o czym świadczą sztuczne satelity, plany eksploracji księżyca i Marsa. Chiny stały się drugą gospodarką świata i depczą po piętach USA i innym potęgom. Chiny wyprowadziły z nędzy ok. 700 mln ludzi, około 400 mln osiąga średni poziom zarobków, ale w dalszym ciągu według różnych danych różnica w dochodach między miastem a wsią jest jak 3 do 1.
Nędza, która obejmowała do niedawna jeszcze od 70 do 100 mln ludzi, należy do historii. Premier Li Keqiang na majowej (2020 r.) sesji. Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych stwierdził, że kategoria ta liczy już tylko 0,6 proc. , a więc ambitny plan likwidacji nędzy został faktycznie zrealizowany.
Jednocześnie Chiny od ponad 40 lat wprowadziły „socjalistyczną gospodarkę rynkową” i szeroko otwarły się na świat, które zdynamizowały rozwój kraju, średnio 10 proc. rocznie , co wielokrotnie zwiększyło PKB, co roku przybywało 10 mln nowych miejsc pracy a drugie tyle było modernizowanych.
W ostatnich kilku latach tempo to zmalało do ok. 7-6,5 proc. , ale i tak jest ono imponujące w porównaniu z USA czy państwami Europy zachodniej. W 2.kwartale 2020 r. (w rezultacie pandemii coronawirusa) USA odnotowały spadek PKB o 33 proc. , RFN o 10 proc. , a Polska o ok. 7 proc. . (Chiny także odnotowały spadek o 0,5.
Ale nadal jest to plus 3,2 proc. wzrostu i w następnych kwartałach powróciły do dawnej dynamiki). Eksperci ostrzegają, że nie jest to jeszcze dno kryzysu.
Jednocześnie mechanizmy rynkowe w Chinach przyczyniły się do odrodzenia nowej burżuazji narodowej, 500 miliarderów i 1,5 mln milionerów, którzy liczą swe majątki nie w juanach lecz w dolarach.
A więc rozwój przez głębokie sprzeczności, stąd uzasadnione pytanie, dokąd zmierzają Chiny. 60-62 proc. PKB powstaje w sektorze prywatnym krajowym i zagranicznym, ale gałęzie strategiczne są w rękach państwa, także transport, massmedia, edukacja, ziemia, zasoby wodne, bogactwa naturalne. 95 proc. finansów jest pod bezpośrednią i pośrednią kontrolą Centralnego Banku Ludowego, państwo i prawo mają socjalistyczny charakter, kierowniczą siłą ideowo-polityczną jest Komunistyczna Partia Chin.
Powstała niespotykana w dotychczasowym rozwoju naukowego socjalizmu hybryda, baza zdominowana jest przez własność kapitalistyczną a nadbudowa, a więc państwo, oświata, życie polityczne, massmedia przez socjalizm .Coś takiego realizowali Lenin i Stalin w Rosji w ramach NEPu w latach 1921-28, ale eksperyment ze względu na ogrom ówczesnych sprzeczności wewnętrznych i międzynarodowych zakończony został wraz z zapoczątkowaniem pierwszej 5-ciolatki (1929-1932, zakończono ją prawie 1 rok przed terminem).
Niektórzy marksiści zachodni krytykują KPCh, oskarżają ją, że Chiny faktycznie stały się państwem kapitalistycznym i że jedynie posługują się frazesem komunistycznym, żeby oszukać własne masy ludowe i świat.
KPCh uważa, że ma prawo do własnej drogi do socjalizmu, że Chiny znajdują się dopiero na początkowym stadium jego budowy, muszą uwzględniać dziedzictwo własnego rozwoju cywilizacyjnego i że dotychczasowe doświadczenia realnego socjalizmu na gruncie europejskim i w Rosji mało przystają do warunków chińskich.
Teoria Deng Xiaopinga jest nowatorskim rozwinięciem marksizmu-leninizmu. Marks i Engels przewidywali, że socjalistyczna rewolucja zwycięży w Zachodniej Europie i USA, co było adekwatne dla ówczesnego liberalnego etapu kapitalizmu. Obecnie jesteśmy w nowej fazie rozwoju kapitalizmu, w którym rewolucje zwyciężają w krajach tzw. 3. świata. W następstwie niepomiernie wzrasta rola okresu przejściowego od kapitalizmu do socjalizmu, w którym trzeba nadrobić epokowe opóźnienie gospodarcze.
I tak robią Chińczycy, którzy uważają, że okres przejściowy może u nich trwać nawet 100 lat, a więc do 2049 r. Chiny idą własna drogą i odpowiednio do tego rozwijają marksizm odpowiednio do własnych dziejów i rzeczywistości, m.in. wmontowały do marksistowskiej ideologii KPCh niektóre humanistyczne wartości i zasady konfucjańskie, co legło u podstaw teorii „socjalizmu z chińską specyfiką”.
Oczywiście mają do tego prawo, ale droga ta kryje liczne niebezpieczeństwa, przede wszystkim grozi zepchnięciem partii na tory rewizjonizmu, oportunizmu, konfucjaniznu a w rezultacie grozi krajowi burżuazyjna kontrrewolucja.
Jak dalej potoczy się rozwój Chin, pokażą najbliższe lata. W każdym razie „chiński socjalizm”, a raczej jego budowa, wstępny etap tworzenia jego podstaw jest interesującym przykładem różnorodności dróg dochodzenia do socjalizmu. Analiza sytuacji ekonomicznej i politycznej w Chinach dowodzi, ze chińska burżuazja narodowa chciałaby zdyskontować swą dominującą pozycję ekonomiczną i w miejsce obecnego kapitalizmu państwowego zamienić go na „normalny kapitalizm” na wzór liberalnych rozwiązań. O tym, że takie niebezpieczeństwo istnieje, świadczą ruchy dysydenckie, rozkładanie partii od wewnątrz a także olbrzymia korupcja, mająca nie tylko kryminalny, także polityczny charakter.
Wydaje, się, że bardziej przydatnym określeniem dla zrozumienia sytuacji Chin jest kategoria okres przejściowy od kapitalizmu do socjalizmu, w którym proletariat zdobył władzę państwową, ale ekonomika pozostaje w większości w rękach kapitalistów. Jest to okres zmagań klasowych na śmierć i życie o przyszłość państwa, o całkowite zwycięstwo socjalistycznej rewolucji.
Chińczycy uważają, że ten okres przejściowy, nazywany przez nich „wstępnym stadium budowy socjalizmu” będzie trwał do 2049 r. Data ta nie jest przypadkowa, będzie to setna rocznica powstania ChRL, ale biorąc pod uwagę wielkość i różnorodność zmian epokowych, można sądzić, że na tak olbrzymim terytorium przemiany te dokonane zostaną „w zasadzie”.
Obecnie (do 2035 r.) muszą jeszcze realizować zadania dalszego uprzemysłowienia, modernizacji gospodarki (technologii), likwidacji pozostałości biedy, wyrównywania historycznej nierówności prowincji słabo rozwiniętych, budowy „umiarkowanej pomyślności narodu”, a więc stworzyć niezbędną dla dalszego rozwoju infrastrukturę gospodarczą, która będzie konkurencyjna z najbardziej przodującymi państwami kapitalistycznymi..
Przed Chińczykami stoi wielki problem przebudowy wsi i rolnictwa. Chińczycy mają inny stosunek do kwestii czasu, myślą oni kategoriami generacyjnymi, mają wysoki stopień poczucia kolektywizmu i zaufanie do dbających o nich partii i państwa.
Dlatego z uznaniem odnoszą się do nowego programu KPCh uchwalonego przez 19. Kongres Partii pod kierunkiem Xi Jinpinga (październik 2017 r.), że w dalszej perspektywie Chiny (do 2049 r. na 100-lecie ChRL) zbudują socjalistyczny kraj, który będzie „prosperujący, silny, demokratyczny, rozwinięty kulturalnie, harmonijny i piękny” (Uchwała 19.Kongresu KPCh). Ich sukcesy we wznoszeniu ustroju sprawiedliwości społecznej są z uwagą śledzone nie tylko w krajach tzw. 3. świata i zasługują na wnikliwą analizę nie tylko z tzw. europocentrycznego (euroatlantyckiego) punktu widzenia.
Słabością rozwoju Chin jest w dalszym ciągu ekstensywny model rozwoju i konieczność wdrożenia nowoczesnych technologii i innowacji we wszystkich sferach gospodarki. Obecnie wydajność pracy w przemyśle jest 4-5 razy niższa niż w USA, szczególnie zacofane jest rolnictwo, choć Chiny uczyniły w ostatnich latach wielki skok i są największym producentem żywności, ale za cenę wielkiego zużycia nawozów sztucznych i niszczenia środowiska naturalnego.
Gospodarka rolna jest rozdrobniona, co stanowi negatywną przesłankę industrialnych metod produkcji rolnej. Jest to gigantyczny problem wymagający odważnych decyzji politycznych, nie wystarczą tu tylko pieniądze. Jest problem charakteru wielkiej produkcji rolnej, czy mają to być spółdzielnie produkcyjne, państwowe przedsiębiorstwa czy też prywatne majątki, spółki itp.
Wieś jest potężnym rezerwuarem taniej siły roboczej, z której ponad 250 mln wędruje jako robotnicy sezonowi do pracy w prowincjach i miastach nadmorskich i centralnych, zadowalają się najniższymi stawkami i przyjmują najtrudniejsze warunki socjalne, mają trudności prawno-administracyjne w nabyciu stałego zameldowania („hukou”), co destabilizuje ich socjalnie i rodzinnie. Jest to sprzeczność nie tylko społeczno-pracownicza, także klasowa.
Burżuazja i część kierownictwa dążą do utrzymania obecnego stanu, robotnicy sezonowi buntują się, dążą do poprawy warunków pracy i płacy. Wydaje się, że KPCh musi z większą troską zająć się tymi problemami, o czym świadczą wypowiedzi Sekretarza Generalnego KPCh Xi Jinpinga, przedstawione w lipca 2016 r. w Pekinie podczas jubileuszu 95 rocznicy powstania KPCh, a w szczególności w październiku 2017 r. podczas 19.Kongresu KPCh w Pekinie, kiedy podkreślił klasowy i marksistowski charakter KPCh i konieczność większego uwzględniania w polityce wewnętrznej Chin interesów robotników i świata pracy, także podczas obchodów 70 rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej 1.X.2019 r. w Pekinie i w maju 2020 r. podczas obrad Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych.
Na odrębną uwagę zasługuje aspekt międzynarodowy. Chiny były i są mocarstwem światowym, kiedyś jednak lekceważonym przez mocarstwa Zachodu, obecnie są one drugą gospodarką świata, uzależniły od swych towarów rynki rozwiniętych państw, w swych sejfach mają ponad 4 bln dolarów a juan choć nie jest jeszcze walutą w pełni wymienialną, należy do koszyka finansów światowych.
Prognozy dalszego rozwoju Chin, w tym także amerykańskich przewidują znaczne zbliżenie PKB per capita Chin i USA w okolicach 2050 r.. Muszą one bardzo niepokoić możnych kapitalistycznych, gdyż nie wiedzą jak powstrzymać chińskiego kolosa. Chiny prowadzą politykę międzynarodową na zasadzie wzajemnych korzyści, nie przyświecają im cele kolonizatorskie a tym bardziej imperialistyczne, ich tanie kredyty i specjaliści witani są z otwartymi rękami w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Jako stały członek Rady Bezpieczeństwa mają duży wpływ na życie międzynarodowe.
Chiny nie należały do Układu Warszawskiego, nie należą także do NATO, popierają pokój i sprzeciwiają się wojnom i agresji, są samodzielne i suwerenne i faktycznie są liderem krajów rozwijających się. Ich wydatki na obronę sięgają już 200 mld dol. rocznie i sytuują budżet obronny Chin na 2 miejscu po USA, co ma zapewnić skuteczną obronę Chin. Chińska Republika Ludowa należy do grona wielkich mocarstw, ale dotychczas była ona przez nie niedoceniana a nawet lekceważona.
Obecnie ze względu na wielki potencjał gospodarczy i wzrost jej autorytetu międzynarodowo-politycznego muszą się one liczyć z Chinami, które deklarują chęć współdecydowania o losach planety, do czego mają pełne prawo. Chiny poczuwają się do odpowiedzialności za interesy i losy biedniejszej części narodów planety, głównie krajów rozwijających się, ale także krajów i sił dążących do socjalizmu, co buduje im poparcie większości ludów świata. ChRL staje się światowym centrum postępu społecznego i opozycji do imperializmu.
Jeżeli utrzyma się socjalizm w Chinach i KPCh nie dopuści, żeby na jej czele znalazł się chiński Gorbaczow, mogą one stać się bardzo atrakcyjnym modelem rozwoju dla krajów rozwijających się, które w strategii globalnego imperializmu są zbędnymi peryferiami (6 mld ludzi) i stanowią obciążenie dla „cywilizowanego” rozwiniętego świata. Socjalistyczne Chiny mogą stać się także wielką pomocą dla przezwyciężenia skutków kontrrewolucji i kapitalizmu w Rosji, innych państwach b. ZSRR , a także za sprawą strategii nowego szlaku jedwabnego (One Belt One Road) wzmocnienia i odbudowy sił socjalizmu w krajach europejskich, w tym także w Polsce.
Chiny w kończącej się 5-latce zainwestowały państwach Europy środkowo-wschodniej 1 bln dol., (a w skali całego planu nowego szlaku jedwabnego 8 bln). Ważnym swoistym awanportem Chin do Europy jest Białoruś, w której zainwestowały kilkadziesiąt mliardów dolarów. Można domniemywać, że jest to jedna z ważnych przyczyn obecnej „kolorowej rewolucji” na Białorusi, czyli ataków imperializmu na Białoruś, dążenia do jej destabilizacji, upadku obecnego reżimu i uderzenia nie tylko w Chiny, także w Rosję.
Gra idzie o wielką stawkę, jeśli patriotycznym i prosocjalistycznym siłom na Białorusi uda się zwycięsko wyjść z obecnego kryzysu i który nie zakończy się nowym „Majdanem”, może powstać nowa perspektywa osłabienia i zmuszenia do defensywy amerykańskiego i natowskiego imperializmu, który w obecnej epoce jest głównym zagrożeniem dla świata, szczególnie świata pracy.
Jej podstawą może być trwalszy sojusz chińsko-rosyjski, który w dalszych latach mógłby objąć kraje Europy, mające odmienne interesy niż USA. W takiej sytuacji geopolitycznej Chiny dysponując 1,4 mld ludności, Rosja ze swoimi bogactwami naturalnymi, średnim potencjałem gospodarczym oraz Unia Europejska z 500 mln ludności i dobrze rozwiniętą gospodarką i socjalnymi standardami mogą stworzyć bardziej przyjazną dla ludzkości socjalną i humanistyczną alternatywę, która w dalszej przyszłości może rozwinąć się w kierunku nowego modelu socjalizmu.
Przeszkodą na tej drodze jest hegemonizm i imperializm USA oraz zdominowane przez nie NATO i inne pakty wojskowe. Szansą dla sił socjalizmu jest rosnąca potęga Chin, nowe „szlaki jedwabne”, odradzający się międzynarodowy ruch komunistyczny i antyimperialistyczny oraz umacniający się front sił postępu społecznego w krajach rozwijających się.
Unia Europejska a Polska
Polska przystąpiła oficjalnie do Unii Europejskiej 1 mają 2004 r. , ale starania o wejście do struktur ówczesnej EWG rozpoczęły się od 1989 r. , kiedy ówczesny polski rząd wyraził wolę wstąpienia do niej. Polska potrzebowała 15 lat, by dostosować swą gospodarkę, system prawno-polityczny do standardów Unii Europejskiej.
Przede wszystkim Polska musiała szeroko otworzyć swe granice, zlikwidować socjalistyczną (państwową) własność, podporządkować system bankowy Europejskiemu Bankowi Centralnemu itd. W rezultacie korporacje zachodnie przemysłowe, usługowo-handlowe i bankowe były w Polsce obecne od czasu antysocjalistycznego przewrotu i przekształciły kraj w teren ekspansji i zbytu dla swych towarów i usług, a polscy robotnicy stali się w zachodniej Europie tanią i wykwalifikowaną siłą roboczą. Emigracja nadal jest duża i obejmuje też inżynierów, lekarzy i innych wysoko kwalifikowanych specjalistów. Jest to zjawisko charakterystyczne głównie dla byłych krajów kolonialnych, tzw. kradzież mózgów.
Polska stała się współczesnym krajem neokolonialnym i znalazła się na zacofanych peryferiach Europy, we wszystkich rankingach UE zajmuje dalekie a nawet ostatnie miejsce .Obecnie rządzący politycy szczycą się 23-24 miejscem Polski w rankingu światowego PKB, ale jego dane nie odzwierciedlają szybko pogłębiającego się rozwarstwienia socjalno-ekonomicznego Polaków.
Pewnym rozwiązaniem kryzysu jest łatwa możliwość emigracji. Emigracja dla Polaków nie jest zbyt dużą dolegliwością, od wieków Polacy emigrowali a nawet jest rodzinna i kulturowa łączność między Ojczyzną a Polonią zagraniczną. Emigracja w ramach integrującej się Europy jest łatwiejsza do przetrwania.
Uruchomione zostały tanie linie lotnicze (np. Ryanair), ułatwiające komunikację z Irlandią, Anglią i innymi krajami. Do Skandynawii kursują liczne promy, do Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii tanie linie autobusowe, umożliwiające w ciągu jednej doby odbyć podróż. Do Niemiec, Austrii, Czech jeździ się autami, emigracja więc nie oznacza jak niegdyś całkowitego odcięcia od rodziny , lokalnego środowiska , kraju, jak kiedyś było udziałem emigracji do USA, Kanady, Australii itd. Ponadto ze względu na masowość emigracji w większych miastach zachodniej Europy powstały swoiste polskie getta, skupione najczęściej wokół „polskiego” kościoła, co ułatwia komunikację, poczucie więzi nie tylko religijnej, informację.
Powstają nawet liczne małżeństwa mieszane, rodzą się dzieci, emigranci starają się o miejscowe obywatelstwo i zamierzają pozostać tam na stałe. Zawsze magnesem są wyższe zarobki i wyższy niż w Polsce „socjal”. Polacy są w 1/3 narodem emigrantów, co jest częściowo wynikiem biedy i emigracji za chlebem w czasach rozbiorowych i przedwojennych, ale także współcześnie. Ocenia się, że tylko w USA żyje 10-12 mln Polonusów, ale jak podkreślał b. Prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej Edward Moskal tylko ok. 0,45 mln przejawiało jakiekolwiek więzy z organizacjami polonijnymi. Podobnie jest z Polonią niemiecką, francuską itd.
Emigracja ma różne następstwa dla homogenicznej kondycji narodu. W ramach globalizacji i nierównomiernego rozwoju świata przemieszczają się setki milionów ludzi w poszukiwaniu pracy. Dodatkowym problemem są uchodźcy wojenni i prześladowani politycznie. Świat znajduje się na kolejnym rozstaju. Polacy szybko się wynarodawiają i łatwo są asymilowani przez inne narody.
Zasadą jest, że państwo i naród bogatsze i stojące na wyższym poziomie kultury szybko absorbuje emigrantów. Do Niemiec w XIX w. i później wyemigrowało ponad 2 mln Polaków do pracy w kopalniach i hutach Westfalii i Ruhry. Obecnie o ich polskim pochodzeniu świadczą tylko nazwiska (często germanizowane) a do mniejszości polskiej mało kto przyznaje się.
Podobnie jest w USA, Kanadzie, Argentynie, Brazylii, Australii, krajach skandynawskich. Swoje robi miejscowa administracja, szkoła, praca, środowisko sąsiedzkie. Życie emigrantów jest z reguły trudne dla 1. pokolenia, dzieci i wnuki wrastają w nowe narodowe środowisko i czują się „tubylcami”, a o pochodzeniu świadczą imiona, nazwiska, dawne obyczaje, czasem wizyty w kraju przodków.
Integracja europejska przyspiesza i potęguje te procesy. Unia Europejska i postępująca integracja są podstawą rodzącego się na naszych oczach „Superpaństwa Europejskiego”, które nie ma wyraźnie określonych granic, za to ma nienasycone apetyty terytorialne. Jest historycznym wyrazem dążeń wielkiego kapitału europejskiego (obecnie głównie niemieckiego), kiedyś mającego na celu powstrzymanie socjalizmu i zniszczenie ZSRR. Obecnie dają o sobie znać wielkie sprzeczności w ramach światowego kapitalizmu, co znajduje wyraz w głębokich różnicach między UE (Niemcami) a USA. Pojawił się nowy wielki gracz i konkurent – Chiny ludowe, co komplikuje klasową sytuację międzynarodowej polityki.
Mimo sprzeczności imperializm amerykański i europejsko-niemiecki uznają obecnie Rosję i Chiny za głównych przeciwników. Dla Unii oderwanie Ukrainy i ewentualnie Białorusi, Krajów Kaukaskich a także rozczłonkowanie samej Rosji mogłoby otworzyć nowe możliwości dalszego „Drang nach Osten”, o czym już kiedyś marzyli dawni „Europejczycy”.
Takie zamierzenia są udziałem też amerykańskich geopolityków, którzy maja wielkie apetyty na bogactwa Syberii i Dalekiego Wschodu. Na to nakłada się marzenie okrążenia Chin i ostatecznego zniszczenia w nich socjalizmu nawet z chińską specyfiką.
Integracja europejska, globalizacja a socjalizm
Europa i świat ulegają globalizacji i integracji. Zjawiska te są sprzecznościowe i odbywają się niesymetrycznie. Są siły i czynniki integracyjne i dezintegracyjne. Głównym podmiotem globalizacji jest wielki kapitał i jego potężne narodowe i transnarodowe korporacje.
Globalizacja jest wynikiem olbrzymiego rozwoju sił wytwórczych i eksportu kapitału finansowego oraz uzależniania krajów rozwijających się od państw imperialistycznych, co skutkowało kolonializmem a w obecnej epoce neokolonializmem.
Największe sukcesy w budowaniu współczesnej imperialnej potęgi mają Stany Zjednoczone, które po upadku Związku Radzieckiego ogłosiły się nawet strażnikiem „nowego światowego porządku”, ale obecnie świat ponownie stał się wielobiegunowy i wyrosły nowe potęgi jak Unia Europejska i Chiny, także tzw. państwa wschodzących gospodarek, które organizują się w ramach BRICS, Grupy G20 i licznych organizacji kontynentalnych, np. ASEAN, Szanghajska Organizacja Współpracy, broniących swych interesów. Stany Zjednoczone odpowiadały propozycjami TTIP (wspólnoty transatlantyckiej) i TTP (wspólnoty Pacyfiku), które unieważnione zostały przez prezydenta Donalda Trumpa. Zarysowane tendencje w swym końcowym wyniku mogą prowadzić do różnych skutków społeczno – ekonomicznych.
Przede wszystkim zaostrzają one sprzeczności klasowe i wyzysk klasy robotniczej i świata pracy. Te różnice widać wyraźnie porównując USA i kraje Unii Europejskiej, szczególnie w Skandynawii mierzone współczynnikiem Gini’ego, w USA wynosi on ok. 0,48, w Szwecji 0,33. USA są państwem imperialistycznym, w Europie ostrze imperializmu zostało nawet w dawnych państwach imperialistycznych stępione.
Wydatki wojskowe w USA są dwukrotnie wyższe niż w państwach UE. Państwa europejskie inaczej definiują bezpieczeństwo międzynarodowe, co widać szczególnie w podejściu do Rosji i konfliktu na Ukrainie.
Problemem jest NATO jako głównie instrument amerykańskiej hegemonii. Europa stoi przed wyborem swej własnej drogi w zakresie integracji i globalizacji, ma szanse wypracowania niezależnego od USA modelu rozwoju, który może powstrzymać spadek poziomu życia mas pracujących i niebezpieczeństwo nowej wojny. Integracja i scentralizowanie gospodarki w jednym lub kilku monopolach tworzą nadzwyczaj dogodne warunki dla rewolucji socjalistycznej i przekształcenia kapitalizmu w socjalizm. Dostrzegali tę prawidłowość klasycy marksizmu, prognozując, że socjalistyczna rewolucja zwycięży w najbardziej rozwiniętych państwach. kapitalistycznych.
Integracja i globalizacja są obiektywnie uwarunkowane. Świat, szczególnie Europa stał się jak trafnie zauważył socjolog „globalną wioską”. Jednocześnie korporacje zaciekle konkurują o nowe strefy wpływów.
Te procesy uległy przyspieszeniu od lat 50-tych ub. wieku w Europie i mają także wymiar polityczno-międzynarodowy ze względu na mnogość państw narodowych, różnice ekonomiczne, kulturowe i ekonomiczne. Marzenia o „zjednoczonej Europie” towarzyszyły starożytnym Grekom, Imperium Romanum, chrześcijaństwu, Napoleonowi, niemieckiemu kajzerowi, Hitlerowi, nie były one także obce teoretykom naukowego socjalizmu.
W obecnej dobie są dość skutecznie realizowane przez koła wielkiego kapitału zachodnio-europejskiego po 2. wojnie światowej, szczególnie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (1951), Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (1957) i Unii Europejskiej (1992). Integracja Europejska jest głównie rezultatem interesów i starań wielkiego kapitału finansowego i przemysłowego zachodniej Europy, który po dwóch wojnach światowych uznał, że dotychczasowe wojenno-siłowe metody przyspieszenia integracji poniosły fiasko i należy preferować metody ekspansji ekonomicznej, pokojowe i stosować wielopłaszczyznowe formy integracji, a więc znoszenie granic, wspólny rynek, swobodne przemieszczanie się ludzi, kapitału i usług, w perspektywie wspólny pieniądz, jak najlepiej w warunkach ustrojowych liberalnej burżuazyjnej demokracji.
Członkowie założyciele a głównie Francja (Schumann), Włochy (de Gasperi) i RFN (Adenauer) liczyli na sukcesy swych grup kapitałowych, ale najwięcej do zyskania miały Niemcy, które po klęsce 1945 r., okupowane i podzielone na dwa państwa liczyły na szybką odbudowę gospodarki, zjednoczenie i ponowne objęcie dominującej pozycji w Europie.
Dziś po prawie 70 latach od Traktatu Paryskiego (1952) i Rzymskiego (1957) Niemcy są zjednoczone, mają największa gospodarkę w Europie i sprawują faktycznie rolę lidera zintegrowanej Europy.
Ale integracja rozwija się nie bez sprzeczności, głównie są to sprzeczności między prywatną własnością środków produkcji a rosnącym społecznym charakterem procesów wytwarzania, między pracą a kapitałem tak w skali Unii jak i państw członkowskich.
Do Unii zamierzają wejść liczne inne państwa kontynentu, trwa proces stowarzyszania i dalszego rozszerzania Unii i jej ekspansji. Powstaje pytanie, jak zdefiniowane są granice Unii Europejskiej w szczególności na Wschodzie (Ukraina, Rosja, kraje postradzieckie) , na Bliskim Wschodzie (szczególnie Turcja) i na Południu (Afryka).
Z drugiej strony narastają sprzeczności w łonie Unii Europejskiej, o czym świadczą tendencje dezintegracyjne. Są to sprzeczności między „starą” i „nową” Unią, między bogatą Północą a biednym Południem Europy, sprzeczności między Centrum a peryferiami, strefą euro a pozostałymi, na to nakładają się sprzeczności między Unią a USA (rola NATO), Unią a Rosją oraz Chinami.
W ostatnim czasie poważnym wyłomem w integracji europejskiej stało się referendum europejskie w Wielkiej Brytanii i jej wyjście z Unii Europejskiej (brexit). Wydaje, się, że główną przyczyną tej decyzji była nie tyle inwazja polskich „gastarbeiterów” na Wyspy Brytyjskie, co rola jaką sobie przypisuje kapitał brytyjski w związku z rolą, jaką ma odegrać w walce kapitału USA z Unią Europejską o hegemonię w ramach Traktatu o Wolnym Rynku Atlantyckim (TTIP), z którego zrezygnował prezydent USA D. Trump. Anglicy liczą także na tradycyjne dobre „braterskie” relacje z USA i korzyści z bliskich stosunków z krajami Wspólnoty Brytyjskiej.
Narastają sprzeczności klasowe we Francji, o czym świadczą masowe protesty tzw. „żółtych kamizelek” czy ostatnio strajk generalny, który sparaliżował życie we Francji, także strajki na tle separatystycznym i społecznym w Hiszpanii (Katalonia). Włoszech.
Powstaje pytanie, czy Anglia jest wyjątkiem, inaczej zagłosowali Szkoci i może być to kolejną przyczyną rozluźniania struktury ustrojowej Wielkiej Brytanii i jej przekształcania się w federację. Te procesy osłabiania struktur organizacyjnych państw narodowych są korzystne dla Unii Europejskiej, osłabiają bowiem dotychczasowe państwa narodowe a Bruksela może wykorzystywać owe sprzeczności dla wzmocnienia Unii Europejskiej.
Podobne procesy zauważamy w Hiszpanii, w Belgii, we Włoszech, w dawnej Jugosławii. Inne przyczyny wyjścia z Unii Europejskiej przypisywane są Grecji, która znajduje się w głębokim kryzysie finansowo-gospodarczym. Ochłodzenie stosunków z Unią Europejską zauważamy w Polsce pod nowymi od kilku lat rządami PiS (prawicy narodowo-klerykalnej).
W Europie zachodniej rosną szeregi eurosceptyków i przeciwników Unii Europejskiej, rekrutujące się zarówno ze środowisk pracowniczych jak i małego i średniego kapitału. Wielki kapitał jest za utrzymaniem, umocnieniem i rozszerzeniem Unii Europejskiej i jej przekształcenie w superpaństwo, coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy, a więc homogenicznych pod względem nie tylko gospodarczym także politycznym. Głównym rzecznikiem tych interesów jest wielki kapitał niemiecki, dążący do przewodzenia Europie.
Wyraźnie i wręcz jednoznacznie wyraził to przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker 12.IX.2018 r. , wygłaszając w Parlamencie Europejskim Orędzie o stanie Unii: „Geopolityka uczy nas, że przyszedł czas na europejska suwerenność”. Natychmiast wtórowała mu Angela Merkel – kanclerz Niemiec, która powiedziała, że oznacza to „koniec suwerenności małych państw”.
Komisja Europejska już w 2014 r. wznowiła prace nad Europejską Unią Obronną, Europejskim Funduszem Obronnym i europejskimi siłami zbrojnymi. W związku z tym Juncker zadeklarował, że w najbliższych latach „chcemy dwudziestokrotnie zwiększyć wydatki na obronę” (sic!). Obecnie nastał czas, „aby Europa wzięła odpowiedzialność za swe losy, czas aby Europa rozwinęła to co nazwałem „Weltpolitikfaeigkeit” – zdolność odgrywania naszej roli w kształtowaniu sytuacji na świecie. Europa powinna stać się niezależnym podmiotem stosunków międzynarodowych”.
Obecnie po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE wzmocnieniu uległa pozycja Niemiec jako głównego podmiotu finansowo-gospodarczego Unii, muszą one oczywiście liczyć się ze słabszą Francją, mniej z innymi członkami UE. Polityka wielkiego kapitału niemieckiego zmierza do konsekwentnego absorbowania słabych gospodarek państw Europy środkowo-wschodniej, państw bałtyckich, w dużym stopniu także państw skandynawskich. Jest to tradycyjny kierunek ekspansji niemieckiego imperializmu – Drang nach Osten.
Europa środkowo-wschodnia staje się trampoliną, przy pomocy której Niemcy zdobywają hegemonię w całej Europie. Musi to budzić niepokój wśród innych narodów, stąd odgrzewane obecnie francuskie koncepcje (de Gaulle) tzw. Europy Ojczyzn, a więc zatrzymanie procesu integrowania, przede wszystkim państwowo-politycznego, na poziomie luźnej wspólnoty, co najwyżej Konfederacji Europejskiej i niedopuszczenie do jej przekształcenia w Federację a tym bardziej w scentralizowane superpaństwo.
Sprzeczności te wyraźnie zaostrzyły się w trakcie przygotowywania budżetu Unii na lata 2021-2027, co znalazło wyraz głównie w relacji „praworządność (europejska) albo pieniądze”. Która z tych tendencji zwycięży, zobaczymy w niedługim czasie, w każdym razie pozycja Niemiec w każdym z tych wariantów ustrojowych będzie rosła, chodzi o to, żeby Niemcy stały się bardziej demokratyczne i europejskie, a nie Europa stała się niemiecka.
Ważną rolę w dalszym rozwoju integracji Europejskiej odegra kwestia jej stosunku a nawet wejścia do Unii Rosji. Aktualnie kręgi kierownicze Unii nie widzą takiej możliwości ze względu na sprzecznościowe cele definiowane przez Unię jak i Rosję. Rosja ma interesy na dwóch kontynentach a jej elity kierownicze pod kierunkiem Putina dążą do odbudowy w nowej formie i treściach klasowych dawnego ZSRR (Unia Euro-Azjatycka).
Nie zapominajmy o starych koncepcjach geopolitycznych snujących projekty „przyłączenia” Rosji europejskiej do Europy i ustanowienia na Syberii i Dalekim Wschodzie nowego porządku politycznego. Ale czy taka „okrojona” Rosja mogłaby być oczekiwanym partnerem Unii, rzecz wątpliwa. Europie jest potrzebna Rosja z wielkimi bogactwami naturalnymi i otwierająca jeszcze większy dostęp do rynków azjatyckich.
Tu pojawia się problem konkurencyjnych interesów globalnych USA, Japonii i Chin i gra o rozwiązanie tych spornych kwestii już się rozpoczęła, o czym świadczą plany i realizacja chińskiego nowego szlaku jedwabnego (One Belt one Road). W obecnej 5-latce Chiny mają zainwestować w Polsce i innych krajach Europy środkowo-wschodniej 1 bln dolarów, co tworzy z nich bardzo atrakcyjnego partnera dla tych państw. Jest to Chińczykom niezbędne jako pomost dla dotarcia do nowoczesnych technologii zachodnio-europejskich. Tworzy to nową sytuację geopolityczną w tym rejonie Europy i oznacza włączenie się do gry o przyszłość nie tylko Polski, Chin, przy czym Chiny są szczególnym przypadkiem ustrojowo-ekonomicznym, swoistą hybrydą, w której ekonomika jest zdominowana przez prywatny kapitał, ale pod kontrolą socjalistycznego państwa i Komunistycznej Partii Chin. Może to tworzyć warunki dla odbudowy socjalizmu w krajach d. ZSRR i Europie środkowo-wschodniej, nowego postawienia sprawy socjalizmu na półkuli wschodniej i zdecydowanego ograniczenia imperializmu USA, rozwiązania NATO i utrzymania pokoju w skali światowej.
Czy ta prognoza sprosta wyzwaniom czasu pokażą wydarzenia kolejnych lat. Walka klasowa w Polsce, Europie i na świecie nadal trwa.

„Nie samym chlebem żyje człowiek…

…lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4b) Kilka uwag na temat artykułu prof. Tadeusza Klementewicza „Polak, katolik, obywatel – suweren. Ile pracownika w pracowniku?” („Trybuna” Nr 7-8 grudnia 2020r.)

Zasadniczym problemem niniejszego tekstu jest to, że bardzo lubię i cenię profesora Tadeusza Klementewicza. Uważam go za wybitnego lewicowego ekonomistę, autora wielu cennych analiz w skali makroekonomicznej Autora wspaniałej, wydanej w zeszłym roku, książki „Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”. Tak się jednak składa, że w dzisiejszym świecie wiedza o życiu społecznym i mechanizmach rozwoju społecznego jest wiedzą obejmującą wiele dyscyplin i obszarów badawczych. Często specjaliści z jednej dziedziny przenosząc swoje rozważania na inne niezbyt dobrze znane obszary produkują poczwarki i potworki zadziwiające swoja osobliwa urodą, ale nie wnoszące niczego konstruktywnego do dyskusji.

Do klasycznych obszarów powstawania owych osobliwości należy pogranicze między ekonomią a antropologią i historią. Te dzikie pola intelektualnych poszukiwań stały się wylęgarnią stworków określanych potocznie jako „homo economicus” a więc osobliwych wywodów mówiących o tym jak ekonomista wyobraża sobie człowieka, o którego działaniach i historii pozaekonomicznych, z reguły niezbyt dużo wie.
„Homoekonomikus” jak można go już, ze względu na popularność w naszym kraju, nazywać jest zjawiskiem w nauce codziennym. Co chwila jakiś ekonomista wyprowadza swojego „homoeka” na spacer po bulwarach debaty publicznej. Fakt, że kolejny wybitny ekonomista dochował się swojego „homoeka” byłby zabawny gdyby nie fakt, że ów nowy intelektualny „sobotwór” zgłasza roszczenia do organizowania myśli programowej polskiej lewicy.

Ponieważ, jeżeli lewica ma już mieć program, (co stanowi prawdziwa rewolucję na polskim gruncie gdzie lewica od bardzo już dawna jest bezpruderyjnie teoretyczna) to warto, być może, oprzeć go na poważnej debacie odwołującej się do faktów a nie radosnej twórczości ekonomistów biorących się za historię czy antropologię. Ośmielam się więc przedstawić kilka uwag opartych na wiedzy z dziedzin ekonomistom najczęściej ekonomistom obcych. Żeby nie być oskarżonym o nieuprawnione uogólnienia zmuszony jestem przytoczyć opis „homoeka”, który jest przedmiotem niniejszej dyskusji.

Przechodząc do rzeczy stwierdzić należy, że rzeczony osobnik narodził się zdaniem swego duchowego ojca w wyniku konieczności modyfikacji dzieła Karola Marksa, który nie zrozumiał zasadniczego problemu swojej i nie tylko swojej współczesności jakim jest „znaczenie potocznej świadomości klas ludowych”. Niezależnie od niezwykle ciekawego problemu czym są zdaniem autora tzw. „klasy ludowe” przypomnijmy zasadnicze punkty wywodu:

Po pierwsze więc: „Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego.”

Po drugie: „W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika.”

Jak sądzę nie trzeba tutaj chyba specjalnej przenikliwości żeby rozpoznać w owym „potocznie myślącym” przedstawicielu „klas ludowych” starego poczciwego „homoeka” najlepsze jednak Dopiero prze nami, albowiem: „Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD.”

Za pewne podsumowanie niniejszych wywodów można uznać wytłuszczony wniosek: „DOMINACJA WIEDZY POTOCZNEJ STANOWI BARIERĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ NARRACJOM TEORETYCZNYM, BY REALNIE WPŁYNĄĆ NA PERCEPCJĘ INTERESU KLASOWEGO I SOLIDARNOŚCI W JEGO REALIZACJI.”

Ponieważ jesteśmy ludźmi lewicy zacznijmy od Marksa i rzekomego braku w jego analizach należytego uwzględniania czegoś co nazwane zostało „potoczną świadomością klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności” nazywanej w tekście „mądrością”. Nie nazywając tego zjawiska „mądrością” Marks mający, jak sądzę, dość bliskie kontakty z robotnikami (a nie mówimy tutaj o Engelsie, badającym położenie klasy robotniczej, pracującym, co prawda nie jako robotnik, w fabryce, a nawet utrzymującego osobiste bardzo intymne stosunki z niektórymi robotnicami) operował tutaj rozróżnieniem na „klasę w sobie” i „klasę dla siebie”. A więc grona ludzi żyjących, niezależnie od siebie, zgodnie z logiką systemu i tych samych ludzi jako grupy mającej poczucie wspólnoty interesów i usiłujących system zgodnie z nimi zmieniać. „Świadomość potoczna” pozbawiona co prawda wzniosłej retoryki robiącej z niej „mądrość” należy do tego pierwszego obszaru. Trudno zresztą zrozumieć sens głównego dzieła Marksa „Kapitału” jeżeli nie traktuje się go jako wielkiej próby odpowiedzi na pytanie: jak muszą zmienić się warunki społeczno-gospodarcze, żeby klasa robotnicza została przez nie zmuszona do porzucenia stanu bycia „klasą w sobie” i stania się „klasą dla siebie”, a więc do wprowadzenia komunizmu? To, że Marksowi nie udało się odpowiedzieć na to pytanie, jest w sumie rzeczą drugorzędną jako, że jeżeli w ogóle o nim pamiętamy to nie ze względu na doskonałość jego teorii ale ze względu na zainicjowanie przez niego masowego ruchu robotniczego, którego rozwój wyraźnie świadczy, że wbrew poglądowi wyrażonemu w krytykowanym teście, owi robotnicy interesowali się czymś więcej niż tylko swoimi dochodami, karierami i wyprzedażami pozwalającymi się obłowić.
To czym interesowali się i interesują przedstawiciele „klas ludowych” stanie się głównym tematem dalszych rozważań. Dla porządku odnotujmy tylko, że na Marksie i Engelsie rozważania nad świadomością potoczną i świadomością teoretyczną „klas ludowych” się nie zakończyły. Z niegdyś znanych można tu wskazać na rozróżnienie „świadomości tradeunionistycznej” i „świadomości klasowej” zaproponowane przez Włodzimierza Uljanowa ps. Lenin, „Rozważania o przemocy” Georgesa Sorela, czy „Psychologię socjalizmu” Henri de Mana. Problem świadomości owych „klas ludowych” był wśród myślicieli lewicowych przedmiotem rozważań, z których udałoby się skompletować całą bibliotekę. Nie to jest jednak zasadniczym problemem.

Zasadniczym problemem jest rzekoma dominacja owego „myślenia potocznego” czy też wiedzy potocznej nad „myśleniem teoretycznym” (nazywanym przez Autora „narracjami teoretycznymi”) w myśleniu „klas ludowych”.

Zasadniczy problem polega na tym, że wbrew przekonaniu Autora w praktyce rzecz polega na tym, że ludzie nie tyle „myślą żeby żyć” ale „żyją żeby myśleć”. Deklaracja ta sprawia wrażenie bardzo idealistycznej, ale problem ma, bardzo konkretny i materialny wymiar. Przewodnikiem w tej materii może być, u samych podstaw zagadnienia, znany francuski nonkonformista antropolog Edgar Morin. W swojej zapomnianej niestety pracy „Zagubiony paradygmat natura ludzka” wychodząc od obserwacji, że ludzki mózg charakteryzuje wyraźna nadzłożoność w stosunku do życiowych potrzeb człowieka, uzasadnia tezę że człowiek z produktami owej nadzłożoności tj. nadprodukcją myśli rodzących się owym mózgu nie radzi sobie najlepiej, a często w ogóle sobie nie radzi stając się ich niewolnikiem i wpadając w pułapki zastawiane przez własną świadomość. Magia, religia, podejrzliwość, zazdrość, perfidia (którą w Polsce zajmował się Mirosław Karwat) i różne inne przejawy uznawane za jego chorobliwe patologie obce zwierzętom okazują się wytworami tego właśnie mechanizmu. Reasumując można przyjąć, że w świetle zreferowanych rozważań myślenie określane, w krytykowanym tekście, jako „potoczne” nastawione na bezpośrednią efektywność jest domeną zwierząt, podczas gdy myślenie ludzkie jest niestety radykalnym przekroczeniem tych horyzontów i pojawieniem się w nim mechanizmów radykalnie nowych i kłopotliwych.

Na płaszczyźnie historii owa nadzłożoność przybiera, jak sądzę, postać czegoś co bardzo trafnie ujął Claude Levi Strauss w tytułowej formule swojej klasycznej pracy „Myśl nieoswojona” (w oryginale La pensée sauvage – więc „myśl dzika”). Myśl dzika to myśl pierwotna, spontaniczna i bezrefleksyjna, która charakteryzuje się nieograniczoną dynamiką, żywiołowością, brakiem hamulców i refleksyjności. Jest to myśl „zdolna do wszystkiego” i raczej nieposkromiona niż „nieoswojona”.

Ksiązka Levi-Straussa stała się przedmiotem dwoistej refleksji. Z jednej strony moralnej, ukazujących zbrodniczość i intencjonalność owego myślenia rozwinięta przez Rene Girarda w „Koźle ofiarnym”. Z drugiej intelektualnej, ukazującej drogi ograniczania myśli dzikiej, przez wypracowywanie myślenia teoretycznego, przedstawione przez Jacka Goody’ego w znanej pracy „Poskromienie myśli nieoswojonej” (tytuł oryginału The Domestication of the Savage Mind mówi o udomowieniu).
Ten drugi nurt jak sądzę tworzy właściwe pole dla rozumienia sensu tego co określamy jako myślenie teoretyczne, (czy też jak chce Autor „narracje teoretyczne”). Jest ono wynikiem dokonującego się w trakcie rozwoju cywilizacji procesu racjonalizacji, porządkowania, weryfikacji, dyscyplinowania owej pierwotnej, spontanicznej myślowej „dziczyzny” będącej efektem owego „defektu” ewolucyjnego jakim jest nadzłożoność. Są więc efektem narastającego sprzeciwu wobec myślowych ekscesów mitu, magii, religii, objawień, teorii spiskowych i prześladowczych i całego tego nieskończonego bogactwa najdziwaczniejszych wytworów ludzkiego umysłu, z którym nieustannie mamy do czynienia. Znajduje ono wyraz nie tylko w nauce ale również literaturze i innych formułach refleksyjności i dystansowania od spontaniczności czego bardzo dobrym przykładem była chociażby powieść grozy zmieniająca metafizyczne lęki w literacką grę a nawet zabawę. Zawsze też warto pamiętać, że twórca nowoczesnej metody naukowej nauk społecznych i humanistycznych – ośmieszony przez znanego z perwersji intelektualnych sado-masochistę Michaela Foucaulta jako twórca tzw. „władzowiedzy” – Francis Bacon za motto swoich rozważań przyjął zasadę głoszącą, iż „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł trzeba ale ołowiu”.

Myślenie dzikie chociaż towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów, nie jest bynajmniej zjawiskiem, które kiedykolwiek zamarło, co więcej jest myśleniem dominującym tradycyjnie wśród „klas ludowych”. Klasy te wbrew pozorom nigdy nie żyły jedynie owym myśleniem potocznym skoncentrowanym na T =>P =>T` i promocjach makaronu w Lidlu (sam śledzę raczej promocje w Auchanie, a jako osoba w wieku przedemerytalnym zastanawiam się jak dorobić na emeryturze). Wystarczy sobie popatrzeć na historię chrześcijaństwa, owego wytworu ludzi prostych uznawanego nawet w swoich początkach za religię „niewolników”, żeby zobaczyć, że „klasy ludowe” wykazują się niezwykłą kreatywnością w zakresie zagadnień oderwanych od bezpośrednich potrzeb życiowych. Najprzeróżniejsze ruchy ludowe rozwijające się w jego łonie – herezje i sekty o ludowej proweniencji są tego najlepszym świadectwem. Wystarczy popatrzeć z jakim zapałem prości ludzie rzucili się na interpretowanie Biblii w przededniu wojny chłopskiej w szesnastowiecznych Niemczech i do czego to doprowadziło. Warto zauważyć, ze Marks i Engels ze swoją teorią też nie działali w próżni ale wręcz przeciwnie, na gruncie tak płodnym we wszelkie pomysły naprawiania świata, że trzeba było się w tym towarzystwie bardzo mocno rozpychać łokciami, żeby w ogóle dojść do głosu.

Historia ta bynajmniej się nie zakończyła na czasach pierwszej fazy rozwoju rewolucji przemysłowej. Wszelkie kryzysy i zaburzenia życia społecznego owocowały i owocują eksplozjami owej myśli nieoswojonej. Niewątpliwie jej najbardziej spektakularnym przejawem stały zjawiska prawicowych reakcji na wielki kryzys w postaci nazizmu, faszyzmu, rasizmu, antysemityzmu i wszelkiej maści zjawisk pokrewnych znajdujących dość powszechną aprobatę a nawet budzących fanatyczne fascynacje wśród licznych przedstawicieli „klas ludowych”. Owo myślenie dzikie, raz było na wozie ,raz pod wozem, ale nigdy nie zamarło nawet w najbardziej „ponurych” czasach powojennego, niestety często powierzchownego, racjonalizmu.

Czasy współczesne to okres niebywałego rozkwitu myśli nieposkromionej związanego z gwałtownym rozwojem coraz bardziej wymykającego się wszelkim próbom racjonalizacji i refleksyjności świata nowych mediów. Internet jest imperium Wielkiego Zdziczenia Myśli, osobliwym Wielkim Powrotem do świata pierwotnego a być może nawet spektakularnym, intelektualnym samobójstwem cywilizowanej ludzkości. Byłoby jednak przesadą niedostrzeganie tego, że jak na razie, jest przede wszystkim polem walki „nowych dzikich” z cywilizowaną przeszłością. Ci „nowi dzicy” odradzający myśl nieoswojoną to ludzie uważający się za „konserwatystów” i równie nieodpowiedzialni neoliberałowie. Wielka wojna z nowoczesnym państwem socjalnym rozpoczęta przez te dwie siły uderzeniowe wielkiego kapitału zburzyła powojenny ład i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie wyzwalając w sposób nie mniej radykalny niż w latach dwudziestych zeszłego stulecia wszystkie wydawałoby się zamknięte na siedem pieczęci chorobliwe i prześladowcze idiotyzmy. (Wydaje mi się, w tym kontekście, że nie można mówić o myśleniu współczesnych „klas ludowych” bez przyswojenia sobie lekcji Thomasa Franka zawartej w opracowaniu „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.”)

Siłą napędową współczesnego populizmu jest myśl „nieoswojona”. Współczesny przedstawiciel „klas ludowych” to niestety najczęściej nie tylko chłopek roztropek kalkulujący korzyści z wyprzedaży mrożonej ryby zagrożonej przeterminowaniem, czy awans na majstra, ani szewc pilnujący kopyta. To człowiek myślący w kategoriach zawrotnych perspektyw światowego spisku Żyda Sorosa, walczący z dążeniem światowych elit do wyludnienia planety odpowiednio do swoich potrzeb, Klubem Bilderberg, rządami reptilian, masonami, elgbtem, dżenderem, tęczową zarazą, marksizmem kulturowym i wielu innymi przerażającymi zagrożeniami jego codziennego bytu. Nie z każdym o tym rozmawia, bo diabeł nie śpi, ale swoje wie. Uczestniczy też we wspólnocie, która go podtrzymuje w gotowości do działania. Do obrony Prezesa i jego jedynie słusznych wizji szczęśliwej przyszłości.

To, że obecnie w rządach tej paranoi obserwujemy kryzys byłoby optymistyczne gdyby istniała jakaś alternatywa nadająca na podobnych falach i potrafiąca wkroczyć na tereny myśli nieoswojonej proponując sensowna alternatywę. W dawnych czasach takie mechanizmy istniały w ruchu robotniczym, intelektualiści pisywali nie tylko wiekopomne traktaty ,ale przede wszystkim byli publicystami potrafiącymi odwoływać się do emocji wyobrażeń normalnych ludzi. Brudził sobie w ten sposób ręce nawet Karol Marks pisząc chociażby „18 brumaire’a”. Takim intelektualistą był Fryderyk Engels, którego polemiki i broszury: ”Anty-During”, „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa’, „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” itp. stanowiły rzeczywista podstawę upowszechniania marksizmu. Ale też nie jest przypadkiem, że Engels budzi od dziesięcioleci prawdziwe obrzydzenie wśród prawdziwych „teoretyków” jako wulgaryzator „prawdziwego marksizmu”, którego poszukiwanie stało się zabawą jeszcze popularniejszą niż onegdaj poszukiwanie Świętego Grala a nieco później poszukiwanie Eldorado. Nie należy ukrywać, że na drodze wkraczania ruchu robotniczego na tereny myśli nieoswojonej zdarzały się nadużycia, nawet katastrofy, jak chociażby stalinizm, ale nie jest to powód do popełniania politycznego samobójstwa i zamykania się w świecie, w którym nie ma nadużyć bo nie ma życia.

Nikt na lewicy jakoś nie potrafi dostrzec, że prawicowy populizm nie jest podtrzymywany przez oficjalne instytucje, ale dynamicznym ruchem instytucji nieformalnych skupionym wokół think tanków, czasopism, klubów, fundacji, rozgłośni radiowych (Radio Maryja) czy telewizyjnych (TV Republika) itd. Jedyną bodajże oficjalną instytucją jest tutaj IPN. Nawet zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna działa w oparciu o aktyw z owego niesformalizowanego świata. Jest to środowisko żywe, nie bojące się dyskusji, polemik i debat a nawet awantur. To ta olbrzymia machina buduje od kilku już dziesięcioleci umysłowe zaplecze prawicowego populizmu w społeczeństwie.

W tym kontekście wyobrażenia do których odwołuje się Autor artykułu porażają anachronizmem. Przekonanie, że hegemonię klasowa budują „Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie”. (Autor mówi o „hegemonii kulturowej” nawiązując do myśli Antonia Gramsciego, którego wątpliwe pomysły odegrały doniosłą rolę w pogrążeniu w niebycie Włoskiej Partii Komunistycznej i zresztą nie tyko jej. Ale jest to już temat na inną dyskusję.)

Niezależnie natomiast od oceny Gramsciego warto zwrócić uwagę, że ani szkoła ani ambona ani tym bardziej akademie nigdy nie tworzyły realnego mechanizmu umacniającej czyjąkolwiek i jakąkolwiek hegemonię. Żadna idea, która obecnie rządzi umysłami nie zrodziła się ani w szkołach ani w akademiach. Poczynając od neoliberalnych bredni a na „żołnierzach wyklętych” kończąc, zawsze w punkcie wyjścia mamy nieformalną grupę typu Mont Pelerin z której dopiero z czasem i nie bez trudności nowa formuła rozpełza się na szkoły i akademie i nie zawsze właśnie tam najmocniej się zakorzenia. Szkoła natomiast przez rutynę i formalizację jest w stanie ośmieszyć i skompromitować każdą ideę o czym mieliśmy okazję przekonać się nie tylko poprzez doświadczenie wychowania socjalistycznego w PRL ale i później obserwując kompromitację nauczania w tych placówka tzw. religii. Obecnie, muszę przyznać, z wypiekami na twarzy oczekuję efektów upowszechniania osiągnięć poetyckich i intelektualnych dokonań Karola Wojtyły (Jana Pawła II) gdyż jeżeli idea zostanie potraktowana poważnie możne być ciekawie.

Chociaż w przeciwieństwie do szkoły i akademii o ambonie mam dość mgliste wyobrażenie towarzyszy mi jednak przekonanie, że o wpływie Kościoła na ład społeczny nigdy nie decydowała ambona ale zawsze kruchta (za słownikiem PWN: 1. «przedsionek kościoła».2. lekcew. «środowisko i mentalność ludzi mających bezkrytyczny stosunek do Kościoła i jego nauk»). Obecnie mamy, zresztą, okazję obserwować, że i na ambonie nad podziw łatwo się poślizgnąć.

Tak na marginesie warto też zwrócić uwagę, że gdy mówimy o znaczeniu owej „kruchty” dla świadomości robotniczej, to momentem kluczowym, nie jest tu rewolucja 1905 roku. Klasa robotnicza ukształtowana przez te wydarzenia zanikła z różnych względów po roku 1945. Chociaż nie sposób zanegować faktu, że na Śląsku czy w Poznańskim, których rewolucja 1905 roku nie objęła robotnicy znaleźli się pod wpływami kościoła już przed drugą wojną światowa, to klerykalizacja środowisk robotniczych dawnej Kongresówki (i Galicji) była efektem wielkiej migracji ze wsi do miast po drugiej wojnie światowej. To te dwa miliony zbędnych ludzi ze wsi, które w miastach w osiągnięciu statusu robotnika zobaczyły swoją życiowa szansę stworzyły tę nową klasę robotniczą. Stały się one, tym znanym nam, powojennym robotnikiem budującym koszmarne architektonicznie kościoły na każdym nowym osiedlu, posyłającym dzieci na religię i samorealizującym się w klerykalno-nacjonalistycznych odlotach przy każdej nadarzającej się okazji. To oni w końcu stworzyli tę Kaczą Polskę własnych marzeń, która akurat zaczyna sypać się w gruzy. To pojawienie się tych robotników podsumowywała znana anegdota o powstającym w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia na ANS PZPR doktoracie zatytułowanym „Lech Wałęsa jako przykład awansu społecznego robotnika w PRL”. Dla tego robotnika Rewolucja 1905 i jej doświadczenia są bardziej abstrakcyjne niż świat „Wojen Gwiezdnych”. Była ona bowiem jeszcze dawniej i jeszcze w odleglejszej galaktyce.

Problemem nie jest już dzisiaj ten odchodzący w przeszłość robotnik o solidarnościowo-wiejskiej, klerykalnej mentalności. Problemem jest stworzenie dla lewicy miejsca w świecie gwałtownych wstrząsów i konfliktów, w którym od pewnego czasu żyjemy i którego horyzont zaczynają wyznaczać nowi ludzie, którzy, jak widać, zaczynają wykraczać poza, umysłową, klerykalną wiochę potransformacyjnej Niepodległej Rzeczpospolitej. Problem polega jednak na tym, że żeby się z nimi spotkać lewica musi opuścić swoją własną równie koszmarną, intelektualną wiochę w której, niestety czuje się aż za dobrze.

Świat współczesny określany często jako świat dynamicznych przemian i szans jest przede wszystkim światem destabilizacji i narastającego poczucia zagrożenia. Starałem się powyżej ukazać że nie jest i co więcej nigdy nie była prawdą teza, że członkowie tzw. „klas ludowych” są przytłoczeni i zdominowani przez życiową codzienność która zamyka ich w kręgu bezpośrednich i pracowniczych zainteresowań i trzeba do nich docierać przez swoisty intelektualny „mały realizm” ekonomicznej codzienności i autorytet ekspertów, którzy w głębokich wywodach udzielają „klasowym ludowym” swojej teoretycznej mądrości nieskończenie niedostępnej dla zajętych śledzeniem promocji i wyprzedaży prostaczków.

Odnoszę wrażenie, że dla samych uczestników związkowej codzienności gąszcz prawniczych i organizacyjnych zagadnień jest po prostu nużący i nudny, podobnie jak fascynujące ekonomistów potoki danych i analiz ekonomicznych, czy oczywiście zrozumiała dla osób lgbt wyrafinowana subtelność gejowskich traum, uczuć i dylematów. Jak sądzę poważne racje merytoryczne wskazują, że tego typu horyzont poznawczy odrywa się od najważniejszego procesu, intelektualnego współczesności, czegoś, co w języku postmodernizm nazwać można powrotem „Wielkich Narracji”, które miały rzekomo zaniknąć w tzw. „świecie ponowoczesnym” raz na zawsze.
Ten Wielki Powrót „Wielkich Narracji” zgotowany nam przez wielki kapitał wymaga czegoś więcej niż „ekspertów i mediów”. Potrzebna jest sieć instytucji skupiających nie tylko pożal się Boże „ekspertów” ale przede wszystkim ludzi nie bojących się dyskusji polemiki, konfliktu, itd. na podobieństwo obecnej prawicy.

Życie intelektualne obecnej polskiej lewicy przypomina niestety spokojny spacer po niedzielnym obiedzie na pobliskim zabytkowym cmentarzyku. Okazję do odwiedzenia ukochanych bliskich, którzy co prawda zmarli już kilkadziesiąt lat temu ale dla nas są żywi jak byśmy rozstali się z nimi dopiero wczoraj, do poplotkowania, co tam za granicą, a co u sąsiadów. Oczywista jest cisza, spokój i dostojeństwo. Najważniejsze jest, żeby broń Boże nie podnieść głosu, nie dyskutować, a już kłótnia czy skandal na cmentarzu to już zupełnie niewyobrażalne i niewybaczalne chamstwo i prostactwo.

Niestety, żywi przyciągają żywych, martwi martwych i jak na razie mamy to co mamy.

Antykomunistyczna antylogika

Jeżeli ktoś w Polsce chce komuś dokopać to porównuje go do tzw. komuny, PRL a co po niektórzy niuchają gdzie popadnie marksistowskiej ideologii.

Dlatego duet Jędraszewski-Czarnek usiłuje w LGBT czy antyaborcyjnych protestach doszukiwać się neomarksistowskiej inspiracji. Dlatego na wiecach wykrzykuje się: komuniści i złodzieje przy czym pierwszy element tego hasła ma być oczywiście obraźliwym epitetem a nie wyrazem uznania dla pragnących przestrzegania praworządności komunistów. Z kolei opozycja i osoby jej sprzyjające często szafują porównaniami działań i wypowiedzi przedstawicieli sfery (żeby nie rzec sfory) rządzącej do Polskiej Rzeczpospolitej, która w pewnym momencie przestała nie tylko nominalnie być Ludową.

Jednym z najnowszych przykładów może być wypowiedź jaka przemknęła się w jednej ze stacji telewizyjnych. Otóż pewien jegomość dostrzegł w działaniach nieumundurowanych pałkarzy podobieństwo do metod stosowanych przez „komunistyczną” milicję. Szewc Fabisiak widzi tu brak elementarnej logiki. Bowiem w PRL funkcję pałowania wykonywali umundurowani milicjanci a nie przyodziani w cywilne ubrania antyterroryści majora Dziewulskiego. Szewc Fabisiak zauważa też, że nie tylko w PRL, lecz także w innych krajach do reagowania na niewygodne dla władzy demonstracje na ogół nie wykorzystuje się tajniaków każąc im do wchodzić w tłum i wybiórczo pałować kogo popadnie. A tym bardziej nie wysyła się jednostek antyterrorystycznych mających zgoła inne zadania. Ktoś jednak wydał im taki rozkaz i ktoś taki powinien być z tego rozliczony – uważa szewc Fabisiak.

Można te dostrzec i inne przykłady antykomunistycznej antylogiki i to w wydaniu pań o potencjale intelektualnym przewyższającym standardy PiS. Przykładowo, posłanka Nowacka ni z gruchy ni z pietruchy twierdzi, iż Kaczyński mówi głosem Gomułki i Jaruzelskiego nie podpierając tej hipotezy żadnymi cytatami. Bardziej trafne – zdaniem szewca Fabisiaka – byłoby porównanie sejmowych oracji Kaczyńskiego do wystąpień naczelnika Piłsudskiego, który z podobnym poważaniem odnosił się do parlamentarzystów. Jednakże takie porównywanie nie mieści się w regułach poprawności politycznej Koalicji Obywatelskiej. Za z gruntu nielogiczne jest samo porównywanie Jarosława Kaczyńskiego do Wojciecha Jaruzelskiego, podobnie jak krążące w internecie wizerunki Kaczyńskiego w mundurze wojskowym szykującego się do ogłoszenia stanu wojennego. Tymczasem między obu tymi postaciami istnieją zasadnicze różnice. O ile Kaczyński prowokuje i podjudza konflikty, to Jaruzelski starał się dopóki to było możliwe je łagodzić. Szewc Fabisiak pamięta słowa generała z 1981 r.: jak długo ręka wyciągnięta do zgody będzie się spotykać z zaciśniętą pięścią.

Natomiast gdyby, bądź co bądź zaprawieni w antykomunistycznej retoryce koalicjanci obywatelscy byli bardziej czujni, to w niektórych poczynaniach nacjonalistycznej prawicy niechybnie odkryliby całkiem współczesną komunistyczną inspirację. Chodzi tu o samochodowy rajd z okazji święta 11 listopada. Pierwsi bowiem na pomysł zastąpienia pochodów pierwszomajowych przejazdami samochodami przez ulice miast wpadli rosyjscy komuniści i zamiast paradować poruszali się swoimi autami. Szewc Fabisiak ma jednak wątpliwości, iżby – mając na uwadze ich mikroskopijną orientację na temat tego co się dzieje w świecie – nasi narodowcy zechcieli kopiować obce im ideowo komusze wzorce. Bardziej prawdopodobne jest to, że pomysł ten zrodził się w ich głowach samoczynnie i jak gdyby równolegle do pomysłów rosyjskich. Jednakże rosyjscy komuniści nie wzniecali awantur ulicznych ani nie podpalali mieszkań. I tym się różnią od polskich nacjonalistów – wnioskuje szewc Fabisiak.

Marksistowski ekonomista z USA masakruje kapitalizm

Rozwój internetu i mediów społecznościowych sprawił, że coraz trudniej mediom głównego nurtu promować własnych ekspertów od wszystkiego. Jeszcze 15 lat temu o tym, kto wejdzie do medialnej pierwszej ligi decydowało wąskie grono dziennikarzy – jeśli ktoś nie pojawiał się regularnie u Tomasza Lisa czy Kuby Wojewódzkiego, to powszechnie był traktowany jako polityczno–medialny margines. Dzisiaj czasy się zmieniły, na szczyty rozpoznawalności wchodzą ludzie, którzy w telewizji w ogóle byli nieobecni. Czy jest to zmiana na lepsze?

Z perspektywy polskiej to kwestia dyskusyjna, gdyż w mojej ocenie najlepiej social media opanowała skrajna prawica, której polityczną reprezentacją jest Konfederacja. Nie wszędzie jednak tak jest.
Przyzwyczajeni jesteśmy do cenzury mającej charakter polityczny, ale cenzura telewizyjna w III RP miała również charakter merytoryczny, uniemożliwiając dotarcie ze swoim przekazem do mas takim osobom jak Krzysztof Karoń, Grzegorz Braun i inni liderzy skrajnej prawicy. Dziś ich rozpoznawalność, w myśl zasady „im głupszy, tym lepszy”, jest większa niż ta, którą cieszą się politycy promowani przez media głównego nurtu. Najlepszym testem realnej popularności polityków jest trwająca obecnie kampania prezydencka, gdzie kandydatów promowanych przez rządzący salon takich jak Małgorzata Kidawa–Błońska czy Robert Biedroń, którym sondaże dawały ponad 20 proc. (w przypadku kandydatki PO) czy kilkanaście proc. (w przypadku kandydata Lewicy) spotkał zimny prysznic w postaci notowań w granicach 2 proc. Z polskiej perspektywy, gdzie debata publiczna od dawna jest zdominowana przez różne odłamy prawicy, sytuacja wydaje się beznadziejna. Podział wpływów medialnych można streścić w następujący sposób: TVN, Gazeta Wyborcza – PO, TVP, Gazeta Polska – PiS, Konfederacja – internet. Na szczęście istnieją kraje, gdzie lewica radzi sobie w internecie bardzo dobrze. Chyba największym zaskoczeniem są tutaj USA.
Ze względu na wyjątkowy charakter relacji polsko-amerykańskich, czy raczej wyjątkową podległość polskich elit medialno-politycznych wobec wszystkiego, co amerykańskie, analizowanie tamtejszej sceny politycznej może być dla polskiej lewicy zbawienne. W dodatku jest to postulat absolutnie wykonalny, gdyż młodzi Polacy rozumieją dziś język angielski. Ze swoich obserwacji emigranta zarobkowego we Francji, mogę powiedzieć, że Polacy na tle innych nacji europejskich wypadają na tym polu nawet bardzo dobrze. W tym miejscu warto przypomnieć, że już raz postępowe idee i program dotarły do Polaków dzięki bliskim kontaktom z innym językiem i niepolskim życiem politycznym: polski marksizm narodził się w Rosji, a konkretnie na rosyjskich uniwersytetach w latach siedemdziesiątych XIX wieku. W Petersburgu co piąty student był wtedy Polakiem, czy raczej dzieckiem elit ziemiańskich z terytoriów dawnej Rzeczpospolitej wcielonych do Rosji. To w Rosji studiowali Ludwik Waryński, Stanisław Kunicki i wielu innych działaczy partii Proletariat. Wydawałoby się, że dla relacji polsko-rosyjskich były to czasy tragiczne, gdyż trwał proces represji po powstaniu styczniowym, likwidacja resztek polskiej autonomii, polityka rusyfikacyjna. Jednak właśnie ta rusyfikacja dała nieoczekiwany rezultat w postaci dostępu do «Kapitału» Karola Marksa przetłumaczonego na język rosyjski. Czy historia może się w pewien sposób powtórzyć? Jako działacz lewicowy wyczekujący z niecierpliwością jakiejś małej iskierki dającej nadzieję, chciałbym, by tą iskierką był amerykański marksizm dostępny na YouTube i innych mediach społecznościowych.
Jedną z postaci zza oceanu, których obecność na YouTube wnosi lewicową perspektywę i daje widzom szansę na zrozumienie mechanizmów rządzących kapitalistycznym światem, jest profesor ekonomii Richard Wolff. Uczony ten jest aktywny publicznie od pięćdziesięciu lat – już w latach siedemdziesiątych wydawał niszowe pisma o profilu marksistowskim, mówiąc mniej więcej to samo, co dziś. Z tym, że do kryzysu z 2008 roku mało kogo to interesowało.
Wolff podkreśla, że jego obecna popularność jest efektem odrodzenia amerykańskiego ruchu socjalistycznego.
Historię amerykańskiej lewicy można podzielić na trzy etapy. Pierwszy zaczyna się wraz z rozwojem amerykańskiego kapitalizmu w XIX wieku i trwa do końca II wojny światowej. W tym to okresie następuje gwałtowna industrializacja, a USA z kraju peryferyjnego stają się główną gospodarką świata. Jest to też okres brutalnej walki klasowej, której najlepszym przykładem są wydarzenia z Chicago (upamiętniamy je co roku 1 maja). Wybuch Rewolucji Październikowej i powstanie Międzynarodówki Komunistycznej miało swoje echo także w USA. Gdy rozpoczął się wielki kryzys w 1929 r., w USA były silnie reprezentowane wszystkie segmenty ruchu robotniczego: partia komunistyczna, partia socjalistyczna, silny ruch anarchistyczny i masowe związki zawodowe. Do tej układanki należy doliczyć silny ruch chłopski, który w latach trzydziestych organizował masowo blokady dróg, a także miliony bezrobotnych Amerykanów. Gdy dodamy do tego jeszcze terror Ku Klux Klanu, to wyłania nam się obraz kraju przypominający beczkę prochu.
Do rewolucji jednak nie doszło. Inspirowany keynesizmem prezydent Roosevelt przeprowadził socjaldemokratyczne reformy, równocześnie represjonując najbardziej radykalne (czytaj: rewolucyjne) skrzydła ruchu robotniczego. Gospodarka amerykańska zaczęła wychodzić z kryzysu, a w długotrwałym kryzysie znalazła się z kolei amerykańska lewica. Ostateczny cios jednak zadał jej senator Joseph McCarthy, z którego nazwiskiem wiążą się prześladowania komunistów w USA po II wojnie światowej. Wspomniany kryzys przejawiał się odrzuceniem marksizmu, socjalizmu i walki klasowej. Niejako w zamian nowa lewica w USA przez kilkadziesiąt lat koncentrowała się na zupełnie nowych problemach, takich jak walka o prawa LGBT.
To jednak pewne uproszczenie: między początkiem zimnej wojny a kryzysem 2008 roku było kilka momentów aktywizacji politycznej amerykańskiej lewicy. Partie i środowiska o charakterze socjalistycznym były obecne w ruchu przeciwko wojnie w Wietnamie, w ruchu antyglobalistycznym, gdy ten tworzył się w czasach Busha juniora, podczas protestów przeciwko inwazji na Irak w 2003 r. Amerykański socjalizm cały czas gdzieś tam istniał i opór się tlił. Nie można jednak jego siły porównać do sytuacji z lat 30. XX wieku, kiedy amerykańska burżuazja obawiała się rewolucji. Z kolei masowe ruchy kontestacyjne nie stawiały wyraźnie programu socjalistycznej zmiany społecznej.
Socjalizm jako ruch masowy powrócił do USA w 2008 roku jako odpowiedź na kryzys ekonomiczny.
Warto wymienić tutaj dwa wydarzenia: ruch Occupy Wall Street z 2011 roku i kampanię prezydencką Berniego Sandersa z 2016 roku. Efektem zmiany świadomości są kolejne sondaże pokazujące, że przynajmniej połowa młodych Amerykanów popiera socjalizm. Dzisiaj wraz z wybuchem kolejnego kryzysu kapitalizmu zainteresowanie marksizmem, socjalizmem i komunizmem cały czas w USA rośnie. To właśnie Stany Zjednoczone są obecnie centrum walki strajkowej na świecie.
Renesans amerykańskiej lewicy jest ściśle związany z marksowskim bon motem: byt kształtuje świadomość. 75 lat kryzysu amerykańskiej lewicy przypada na okres niekwestionowanej dominacji ekonomicznej USA na świecie, przekładającej się także na względnie wysoki poziom życia w USA, dotyczący także mas pracujących. Gdyby American dream trwał dalej, to ani profesor Wolff, ani nawet cała armia marksistowskich profesorów nie byliby w stanie rozreklamować socjalizmu w dobrze prosperującym kapitalistycznym społeczeństwie. Kryzys jednak się rozpoczął i najbardziej uderzył w amerykańską młodzież, pracującą na umowach śmieciowych, obciążoną kredytami studenckimi i pozbawioną dostępu do świadczeń medycznych.
Kim jest profesor Wolff? Z samych wypowiedzi Wolffa, jak i z biogramu dostępnego w Wikipedii wynika, że nie jest to typ prześladowanego przez system rewolucyjnego dysydenta. W odróżnieniu od Marksa czy Lenina nie był zmuszony do emigracji czy ucieczki; wręcz przeciwnie – robił karierę. Skończył najbardziej prestiżowe amerykańskie uniwersytety (Harvard, Yale, Stanford), pracował na wielu uczelniach w USA, ale też m.in. na paryskiej Sorbonie. Jako wykładowca uniwersytecki wykładał ekonomię burżuazyjną, a równocześnie wydawał marksistowskie periodyki, w których tę ekonomię krytykował.
Polityczne zaangażowanie Wolffa również dalekie jest od radykalizmu. Mimo istnienia w USA różnych marginalnych grup o profilu marksistowskim, Wolff wolał współpracować z lewicą bardziej ugrzecznioną, na styku amerykańskich Zielonych i lewicowych frakcji w Partii Demokratycznej. Jednak w 2008 r., gdy wybuchł kryzys kapitalizmu, urodzony w 1942 r. Wolff przeszedł na emeryturę i tym samym zyskał swobodę wypowiedzi. Pierwsze filmy Wolffa w serwisie Youtube to wykłady na temat marksistowskiej ekonomii, nagrywane w jakiejś szkole, w formacie zajęć lekcyjnych z tablicą. Poziom techniczny był słaby. Z czasem jednak profesor zaczyna być zapraszany do mainstreamowej telewizji, a także bierze udział w różnych debatach, organizowanych na uczelniach lub z inicjatywy różnych stowarzyszeń. Sam Wolff powołał stowarzyszenie Democracy at Work, dla którego co tydzień nagrywa półgodzinny serwis ekonomiczny Economic Update. Oprócz tego tworzy regularnie krótkie, mniej więcej dziesięciominutowe filmy z cyklu «Zapytaj Profesora Wolffa», gdzie odpowiada na wszelkie pytania związane z marksizmem i socjalizmem. Śmiało można powiedzieć, że stał się kimś na kształt marksistowskiej telewizyjnej gwiazdy. Codziennie można go zobaczyć czy to w debatach na innych lewicowych kanałach, czy też w debatach telewizyjnych. Warto tu jeszcze podkreślić, że Wolff blisko współpracuje z innymi marksistowskimi intelektualistami, z których najbardziej znany jest popularyzator «Kapitału» David Harvey, którego wykłady także można obejrzeć na kanale Democracy at Work.
No dobrze, ale za słowami takimi jak marksizm czy socjalizm kryje się w praktyce wiele różnych treści – od Berniego Sandersa do Komunistycznej Partii Chin. Jaki socjalizm prezentuje Wolff?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, gdyż sam zainteresowany nigdy jej jednoznacznie nie udzielił. Jako fan Wolffa (może nie jego myśli politycznej, ale jego stylu wypowiadania się, pięknej i łatwej do zrozumienia angielszczyzny i ogromnej erudycji) obejrzałem mnóstwo filmów z jego udziałem i uważam, że w najważniejszych kwestiach nie daje on jasnej, precyzyjnej odpowiedzi.
Z jednej strony trzeba rozumieć, do kogo Wolff adresuje swoje filmy. Moim zdaniem targetem są wyborcy Berniego Sandersa, czyli osoby, dla których socjalizm to coś na kształt rozwiązań skandynawskich, w istocie mało radykalnych. De facto chodzi więc nadal o kapitalizm, tylko z rozbudowanym socjalem, bezpłatną edukacją i powszechną służbą zdrowia.
Jeśli jednak przeanalizujemy wypowiedzi Wolffa na temat Rewolucji Październikowej czy Rewolucji Chińskiej, to czeka nas, w porównaniu z debatą o historii w Polsce, łyk świeżego powietrza. Profesor ma dla rewolucjonistów wiele szacunku, a rewolucje ocenia jako wydarzenia, które zmodernizowały zacofane kraje i realnie polepszyły poziom życia tamtejszych społeczeństw. Nie czuje potrzeby, by w każdej wypowiedzi publicznej koniecznie się uwiarygodnić, potępiając „bolszewicki totalitaryzm”, jak to robią polscy socjaldemokraci. Koncentruje się na krytyce kapitalizmu.
Oczkiem w głowie Wolffa są spółdzielnie robotnicze, a konkretnie ruch społeczny proponujący zastępowanie firm o charakterze hierarchicznym, gdzie przedsiębiorca jest właścicielem środków produkcji i de facto pełni rolę „despotycznego monarchy” w swojej firmie, w spółdzielnie robotnicze. Profesorowi marzy się nowa rewolucja francuska w firmach – obalenie monarchów i ustanowienie oddolnej demokracji. Spółdzielnie robotnicze według Wolffa mają być bazą społeczną nowego systemu ekonomicznego, analogiczną do przedsiębiorstw kapitalistycznych istniejących w upadającym feudalizmie. W wykładach Wolffa na temat spółdzielni robotniczych wyczuć można naiwną wiarę w nieustający postęp spółdzielczości. Ciągle więc słyszymy przykłady o kolejnych spółdzielniach w USA czy hiszpańskiej spółdzielni Mondragon. Niestety profesor wykazuje w tej materii wybiórczość czy wręcz brak wiedzy. W końcu w naszym obszarze geograficznym, czyli w krajach byłego Bloku Wschodniego, sektor spółdzielczy był w czasach socjalizmu bardzo rozwinięty. Najbardziej znany jest oczywiście model jugosłowiański – warto tutaj podkreślić, że tamtejsza spółdzielczość przetrwała rozpad Jugosławii i została zniszczona dopiero w następnych latach w wyniku m.in. bombardowań NATO. Nie jest więc tak, że ruch na trasie przedsiębiorstwa kapitalistyczne -spółdzielczość robotnicza ma charakter wyłącznie jednokierunkowy. Spółdzielnie mogą powstać, ale mogą też zostać sprywatyzowane, czego chyba Wolff nie dostrzega. Oddzielnym tematem jest komercjalizacja wielkich spółdzielni i ich ewolucja w kierunku zwyczajnych firm kapitalistycznych. Przykładem jest tutaj Europa Zachodnia i Francja, w której mieszkam. Wszak jeden z największych banków na świecie, francuski bank Credit Agricole powstał jako wiejski bank spółdzielczy!
O ile mi wiadomo, Wolff nigdy nie pokusił się o odpowiedź na pytanie: gdzie kończy się socjalistyczna spółdzielczość, a zaczyna kapitalistyczna korporacja, wykorzystująca spółdzielczość jako element public relations? Ulubiona spółdzielnia Wolffa, czyli hiszpański Mondragon, już dziś akceptuje różnice w płacach prezesów i szeregowych pracowników na poziomie dziesięciokrotności. Wolff nie odpowiada na pytanie, jak wiele mogą zarabiać prezesi, by ciągle cały projekt można było uznać za godny wspierania. Warto dodać, że Mondragon jest obecny także na rynku tzw. usług finansowych, czyli, mówiąc krótko – zajmuje się spekulacją. Mondragon ma też ciemną kartę związaną z Polską: gdzie w czasach wielkiej prywatyzacji kupił przedsiębiorstwo w Polsce na zasadzie wrogiego przejęcia, tylko po to by je później zamknąć, likwidując konkurencję dla firmy hiszpańskiej.
Marksista Wolff nie zrozumiał zupełnie marksistowskiej analizy państwa i koncepcji dyktatury proletariatu. Wiara w pokojowe przejście do socjalizmu za pośrednictwem poszerzającego się sektora spółdzielczego sytuuje go raczej w gronie przedmarksowskich socjalistów utopijnych.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wolff jako krytyk kapitalizmu jest specjalistą najwyższej klasy.
Jego największym atutem jest znajomość współczesnej ekonomii burżuazyjnej, która jest kształtowana właśnie w USA przez ludzi, z którymi Wolff studiował i pracował na tych samych uczelniach. Kto więc zna język angielski, jak najszybciej powinien Wolffa słuchać. Kto nie czuje się na tyle mocny językowo, może odszukać część przetłumaczonych wykładów na kanałach Odrodzenie Komunizmu i Media Lewicowe.
Jeśli USA mogło zmienić się na naszych oczach i o prezydenturę walczył odwołujący się do socjalizmu Bernie Sanders, to i w Polsce może w końcu dojść do odrodzenia antykapitalistycznej lewicy. Może już w przyszłych wyborach prezydenckich polscy antykapitaliści będą mieli na kogo głosować?
Autor jest robotnikiem fizycznym mieszkającym we Francji i autorem kanału Odrodzenie Komunizmu na YouTube.

Socjal to nie wszystko!

Poziom ubóstwa w Polsce rośnie, bo ubóstwa nie załatwia się ochłapami w postaci 500+ tylko trwałą i godnie płatną pracą dla wszystkich.
Drobne na socjal nie zastąpią długotrwałego zatrudnienia, gwarantowanego mieszkania, czy poczucia bycia potrzebnym, którego kapitalizm w ogóle nie zapewnia.
Na tym też polega różnica pomiędzy kapitalizmem, który przez socjal, za ochłapy, kupuje sobie spokój społeczny i minimalnym kosztem pacyfikuje niezadowolenie społeczne u wykluczonych (będących dalej wykluczonymi), a prawdziwą lewicą i jej polityką, która zakłada trwałe włączenie każdego człowieka w pracę na rzecz społeczeństwa i całościowe decydowanie o jego kursie.
PiS-owski socjal to taka proteza od kapitału.
Same zasiłki nie tylko nie rozwiązują większości problemów, ale też nie są rozwiązaniem skutecznym, nawet tymczasowo.
W Polsce kapitalistyczny rynek sam zresztą z powrotem wpycha ludzi w biedę, bo przez inflację i wzrost cen realnie dalej obniża płace klasie pracującej, a 500+ to za mało żeby rzeczywiście przewartościować rynek pracy na taki, który byłby sprawiedliwszy. Kapitał swoim sposobem niweluje więc nawet wartość tych drobniutkich zdobyczy.
Dlatego marksiści nigdy nie byli orędownikami samych zasiłków i socjalu, a socjal i socjalizm to zupełnie dwie różne rzeczy. Karol Marks podobnie sceptycznie oceniał i krytykował kiedyś nawet samą walkę o wyższe płace, która bez walki z kapitałem i kapitalizmem jest jego zdaniem po prostu walką „o lepszą opłatę dla niewolników”, a nie tego przecież chcą marksiści.

Róża Luksemburg – ekonomia (bardzo) polityczna

W 100. rocznicę śmierci Róży Luksemburg prezentujemy artykuł stanowiący próbę wykazania aktualności i politycznej ważności jej dorobku w dziedzinie ekonomii politycznej.

Czym jest ekonomia polityczna?

Przedstawiając we Wstępie do ekonomii politycznej podstawowe założenia Marksowskiej teorii wartości opartej na pracy Róża Luksemburg dokonuje kluczowego przesunięcia, pokazując konieczne połączenie między wartością a pieniądzem. Jej zdaniem ”[o]dkrycie, że w wartości wymiennej każdego towaru, a więc i pieniądza, tkwi tylko praca ludzka, a zatem, że wartość każdego towaru jest tym większa, im więcej pracy potrzeba na jego wytworzenie i na odwrót – odkrycie to jest dopiero połową prawdy. Druga połowa prawdy polega na wyjaśnieniu, jakim sposobem i dlaczego praca ludzka przyjmuje tak osobliwą formę wartości wymiennej i zgoła już zagadkową formę pieniądza?”.

Postawione przez Luksemburg pytanie jest zarazem pytaniem o rolę wymiany w społeczeństwie, w szczególności w społeczeństwie kapitalistycznym. Pierwotna forma wymiany zachodząca między plemionami, będącymi niewielkimi gospodarkami planowymi, wraz z powstawaniem własności prywatnej uzyskuje nową kluczową rolę – staje się spoiwem, „jedynym środkiem zespolenia rozproszonych indywiduów i ich pracy w zwartą gospodarkę społeczną”.

Ogólna wymiana w gospodarce bezplanowej nie może oczywiście zachodzić bez pieniądza. Tylko produkt, który został wymieniony na pieniądz posiada wartość. Oznacza to, że praca prowadząca do wytworzenia danego produktu jest początkowo wyłącznie pracą prywatną. Staje się ona społeczna czy też społecznie niezbędna, dopiero jeżeli ktoś uzna, że produkt ten wart jest zapłacenia za niego jakiejś kwoty pieniężnej. W przeciwnym razie produkt ten nie posiada żadnej wartości, a praca wydatkowana na jego wykonanie staje się „wyrzuconą na darmo pracą”. A zatem, jak pisze Bellofiore, „pieniądz jest jedynie ekspresją pracy społecznej […] jest jedyną wspólną rzeczywistością łączącą różne prace prywatne, fragmenty pracy ludzkiej pozbawionej użyteczności”. Marksowska teoria wartości w ujęciu Róży Luksemburg nie jest teorią wyjaśniającą obiektywne zakotwiczenie cen w pewnym fizjologicznym wysiłku człowieka w produkcji, ale teorią odnoszącą się do pewnej specyficznej formy, w której jednostkowa praca staje się społeczna, właściwej wyłącznie gospodarce pieniężnej.

Nietrudno zauważyć także, że abstrakcja[12] związana z uznaniem pracy konkretnej za społecznie niezróżnicowaną, będąca podstawą wartości, ma zatem charakter realny, a nie teoretyczny. Jak pisze Luksemburg w pracy Reforma socjalna czy rewolucja?, abstrakcja ta „nie jest wymysłem, lecz odkryciem […]; istnieje ona nie w głowie Marksa, lecz w gospodarce towarowej”.

Społeczeństwo prywatnych wytwórców spajane wymianą posiada jeszcze jedną kluczową cechę. Procesy gospodarcze przestają być w nim zrozumiałe, przewidywalne dla uczestniczących w nich ludzi, wydają się być czymś zewnętrznym, niezależnym od człowieka, niczym zjawiska przyrodnicze. Dopiero tak wyizolowana i wyobcowana sfera gospodarki potrzebuje nauki zgłębiającej rządzące nią prawa – ekonomii politycznej. Jak pisze Luksemburg:

Nauka Marksa jest dzieckiem ekonomii burżuazyjnej, ale dzieckiem, którego narodziny kosztowały życie matki. W teorii Marksa ekonomia polityczna jako nauka znalazła swe uwieńczenie i swój kres. Potem – jeżeli nie liczyć rozwijania nauki Marksa w szczegółach – powinno nastąpić tylko przekształcenie tej nauki w działanie, a więc walka międzynarodowego proletariatu o urzeczywistnienie socjalistycznego ustroju gospodarczego. Koniec ekonomii politycznej jako nauki jest wydarzeniem historycznym, jest jej przekształceniem w praktykę planowo zorganizowanej gospodarki światowej.

Powyższe sformułowania w ustach ekonomistki, jaką była Róża Luksemburg, mogą dziwić, szczególnie gdy sięgniemy do klasyfikacji Harry’ego Cleavera umieszczającego odczytanie dokonane przez Luksemburg w grupie ekonomicznych i ideologicznych interpretacji Kapitału. Takie interpretacje muszą być prowadzone z perspektywy kapitału i „są zasadniczo biernymi interpretacjami sytuacji społecznej”. Takie zaklasyfikowanie Luksemburg wydaje mi się nie do końca trafne. Jej teoria zdaje się balansować pomiędzy perspektywą kapitału a perspektywą klasy robotniczej. Jest więc zatem przynajmniej częściowo polityczna w rozumieniu Cleavera, tzn. ukazuje związki kategorii i pojęć ekonomii z walką klas i wskazuje na „konsekwencje dla politycznej strategii klasy robotniczej”. Ujęcie przez nią najważniejszego dzieła Marksa jako ostatniego dzieła ekonomii politycznej, przynoszącego jej zniszczenie, nie jest co prawda tożsame z ujęciem amerykańskiego autora, kładącego nacisk na negatywną interpretację pierwszego słowa podtytułu Kapitału (Krytyka ekonomii politycznej), jednak z pewnością wskazanie na konieczność zniszczenia ekonomii politycznej jako nauki i przejścia do praktyki rewolucyjnej pokazują bardzo polityczny wymiar nawet z pozoru czysto „ekonomicznych” prac polskiej marksistki (do tego aspektu nawiążę jeszcze w dalszych częściach artykułu). Interesujące jest także to, że zarówno Luksemburg, jak i Cleaver definiują walkę z kapitalizmem jako walkę z formą towarową. Dla tego drugiego jest ona „podstawową formą kapitału”, zdolność do narzucania której decyduje o utrzymaniu się samego systemu, dla Luksemburg zaś formą, która wytworzyła podział między jednostką a społeczeństwem.

Wartość siły roboczej i związki zawodowe

W kontekście rozważań nad problematyką płac, warto zwrócić uwagę na usytuowanie związków zawodowych we Wstępie do ekonomii politycznej. Ich rolą jest dbałość o wzrost płac realnych robotników, a nie hamowanie spadku płac względnych. Ze swej natury mają one zatem charakter reformistyczny i funkcjonalny względem działania gospodarki kapitalistycznej.

Zdaniem Luksemburg „Dopiero dzięki istnieniu związku zawodowego siła robocza jako towar znajduje się w położeniu, w którym może być sprzedawana według jej wartości. Kapitalistyczne prawo wymiany towarowej w zastosowaniu do siły roboczej nie przestaje obowiązywać wskutek istnienia związków zawodowych, jak to błędnie sądził Lassalle, ale na odwrót, dopiero dzięki nim może być realizowane”.

To stwierdzenie jest próbą rozwiązania fundamentalnego problemu zawartego w samym rdzeniu Marksowskiej teorii wartości. Wartość każdego towaru jest mierzona niezbędnym czasem pracy potrzebnym do jej wytworzenia. Jednak z wartością siły roboczej jest inaczej – zależy ona od czasu niezbędnego do wytworzenia sumy środków utrzymania zgodnych z pewnym historycznie i geograficznie określonym standardem życia, a więc składników używanych w (re)produkcji tego „szczególnego towaru”. Marks „traktuje proces konsumpcji jako automatyczny, niewymagający żadnego wkładu ludzkiej pracy”. Co więcej, to raczej wielkość płac nominalnych określa wartość siły roboczej, a nie odwrotnie. Zdaniem Władysława Bortkiewicza, polskiego matematyka i ekonomisty, „wartość” siły roboczej nie może zostać określona w ten sam sposób, co w przypadku innych towarów. Ze względu na brak prywatnej produkcji siły roboczej na rynek oraz konkurencji między jej wytwórcami niemożliwe staje się ustanowienie przeciętnie niezbędnego czasu pracy potrzebnego do jej wytworzenia. Wartość siły roboczej jest tylko częściowo wytworem pracy abstrakcyjnej związanej z najemną pracą żywą wytwarzającą artykuły konsumpcyjne będące środkami utrzymania. Jest ona również wytwarzana w ramach pozarynkowych systemów edukacyjnych czy rodzinnych. Jeżeli odrzucimy zaś fakt, że siła robocza jest towarem, upada nie tylko rozróżnienie na cenę i wartość siły roboczej, ale także, co znacznie ważniejsze, niemożliwe jest określenie wielkości wartości dodatkowej, a co za tym idzie, także wyzysku.

Wstać czy siedzieć. Lewicowo o migracji

„Tego, czego nie chcemy – powiedział Jean Jaurès w 1894 r., obserwując ówczesną formę migracji – to tego, żeby międzynarodowy kapitał szukał siły roboczej na rynkach, na których ona jest najbardziej poniżona, upodlona, zdeprecjonowana, po to, żeby ją potem wyrzucić poza kontrolą i wszelkiej regulacji na rynku francuskim, tak żeby płace były wszędzie na świecie na poziomie krajów, gdzie są najniższe. W tym sensie, i tylko pod tym kątem, chcemy chronić francuską siłę roboczą przed zagraniczną siłą roboczą, ale powtarzam wciąż, nie z powodu szowinistycznego ekskluzywizmu, ale po to żeby Międzynarodówka dobrobytu zastąpiła wszędzie międzynarodówkę nędzy”.

 

Te słowa francuskiego socjalisty, który miał zostać zamordowany w 1914 r. przez rzecznika wojny imperialistycznej, z powodu swojej antywojennej, jednoznacznie internacjonalistycznej postawy przypominają nam, że obecne podziały lewicy w Europie na temat migracji istnieją już od ponad 100 lat. Odżyły ostatnio np. w postaci powstania w RFN ruchu Wstać/Aufstehen pod kierownictwem liderki Die Linke Sahry Wagenknecht. We Francji już od lat 70. mamy do czynienia z podobną kwestią zarówno wśród marksistów, jak i samych imigrantów.
Nie możemy więc ignorować faktu, że przeciwko imigracji (lecz niekoniecznie imigrantom!) występują zarówno faszyści z czarnym podniebieniem, jak i bojownicy antyimperializmu. Wśród rzeczników otwartych granic można znaleźć tak kapitalistów czynnie zaangażowanych w polityce imperialistycznej i wyzysku klasowego, jak i działaczy na rzecz pokoju i solidarności między narodami. Zacznijmy więc od wyliczenia głównych argumentów używanych przez rzeczników otwartych granic :
– Dobroć wobec cierpiącej ludzkości,
– Postrzeganie państw narodowych jako głównego narzędzia wojny, a więc dążenie do ich eliminacji, począwszy od granic,
– Przekonanie, że wielokulturowość wzbogaca twórczość artystyczną i urozmaica życie codzienne,
– Przekonanie ludzi należących do takiej, czy innej mniejszości (narodowej, religijnej, regionalnej, seksualnej i in.), że im więcej mniejszości, tym większa możliwość znalezienia w razie potrzeby potencjalnych sojuszników,
– Postrzeganie przez niektórych radykałów mniejszości i imigrantów jako grup, gdzie łatwiej będzie można znaleźć potencjalnych sojuszników w walce rewolucyjnej na miejscu nieco zmęczonego i biernego już lokalnego proletariatu,
– Potrzeba młodej siły roboczej, importowanej, aby państwo było w stanie płacić emerytury dla starzejącego się społeczeństwa,
– Potrzeba właścicieli środków produkcji i wymiany, aby wzrosła konkurencja o miejsce pracy, dzięki której lokalna siła robocza będzie mniej wymagająca,
– Dążenie firm ponadnarodowych do tego, by siła robocza mogła krążyć w tym samym rytmie od kraju do kraju co kapitały i towary w zależności od fluktuacji sytuacji gospodarki i ich potrzeb,
– Dążenie imperialistów do osłabienia jedności społecznej i kulturowej konkurencyjnego państwa,
– Prowadzenie przez niektórych przywódców politycznych i kapitalistów polityki «dziel i rządź»: osłabienie potencjalnej solidarności klasowej pracujących na bazie różnic językowych, etnicznych czy religijnych.
Nietrudno zauważyć, że pewne argumenty są natury moralnej, inne racjonalnej, pewne odpowiadają interesom silniejszych grup społecznych, a inne interesom słabszych. Nie da się również nie dostrzec, że wszystkie razem wzięte są ze sobą sprzeczne.
Początkowo może się to wydawać groźne dla zwolenników postępu społecznego i internacjonalizmu, jednak równocześnie pokazuje to, że obóz przeciwników migracji także jest podzielony. Siły konsekwentnie lewicowe umiały jednak za każdym razem te sprzeczności przezwyciężyć. Działo się tak jednak dopiero w momentach postępu ekonomicznego i społecznego. Okresy kryzysu i masowego bezrobocia były zawsze konfliktogenne, gdyż liczba ludzi chętnych migrować radykalnie zmniejsza się zawsze w okresach dobrej koniunktury, akurat w momencie kiedy wzrasta z kolei ilość ludzi chętnych na czasowe wyjazdy na cele turystyczne, handlowe, towarzyskie lub oświatowe.
To pokazuje, że trzeba zacząć oddzielać kwestię swobodnego ruchu między krajami od kwestii prawa do osiedlenia się w obcym państwie. A także, że trzeba zacząć rozważać ten problem nie pod kątem moralnym, do czego jest skłonna tzw. „lewica moralna” ale pod kątem ekonomicznym i społecznym, a więc i racjonalnym co należy do obowiązków tzw. „lewicy społecznej”, czyli klasowej.
Lewica społeczna, klasowa, antyimperialistyczna nie może oddzielić kwestii obrony prawa upośledzonych jednostek niezależnie od swego pochodzenia, w tym oczywiście migrantów, od kwestii wojen, a więc podżegaczy wojennych i handlarzy broni, od kwestii prawa wszystkich narodów do rozwoju. Dochodzą więc sprawy plądrowania, pętli zadłużenia i lichwy stosowanej wobec biednych krajów przez państwa imperialistyczne w wyniku polityki agresji oraz stosowania spekulacyjnych cen (kwestia nieuporządkowanej przez kapitalistyczne państwa anarchii cen i tzw. Terms of Trade).
Nie ulega wątpliwości, że niezależnie od tego, że koniunktura w kapitalizmie globalnym jest raz lepsza w jednym kraju a raz gorsza, nie ma na dłuższą metę kraju, gdzie gros mas ludowych może mieć pewność co do swych perspektyw życiowych. Nikt poza waszyngtońskim FED nie panuje nad samowolą drukarzy dolara, którzy dyktują ostatecznie ceny światowe, warunki handlowe, stopy procentowe i co za tym idzie główne kierunki rozwojowe, a więc także i stagnacyjne. Ostatnio mamy na żywo przykład Wenezueli, która jest pogrążona w kryzysie dzięki „kapryśnej” polityce państwa drukującego dolary.
Wystarczy spojrzeć, jakie kraje lub regiony się rozwijały i jakie podupadały przez ostatnie pięć dekad, żeby stracić nadzieję, że kiedykolwiek w ramach kapitalizmu którykolwiek kraj może mieć pewność, że wyjdzie definitywnie z biedy tylko dzięki własnym wysiłkom. Hossy i bessy w coraz większym stopniu są zależne od „kaprysów” kilku zaledwie światowych największych graczy giełdowych. Wiadomo bowiem, że najbardziej rentowną produkcję w krótkoterminowej gospodarce, na której opiera się kapitalizm, to produkcja zbrojeń i narkotyków, legalnych czy nielegalnych (tytoń, heroina, crack, lekarstwa, alkohol, ecstasy, captagon, itp.) i te zyski zalewają raje podatkowe chronione przez wojska NATO.
W tej nieprzewidywalnej dla mas sytuacji, tylko radykalna zmiana ustrojowa na skalę globalną położy kres niepewności i ustabilizuje życie każdego kraju. Nawet jeśli obowiązkiem postępowego działacza i postępowego stronnictwa jest stanąć po stronie upośledzonej lub wyzyskiwanej jednostki bądź grupy, główna oś działalności zawsze musi polegać na uświadomieniu bezpośredniego związku między ich konkretnym problemem a ogólnymi regułami panującego ustroju, oraz podporządkowanie całej działalności kwestii wojny i pokoju oraz imperializmu i walk narodowowyzwoleńczych. Zaczynając od pokazania, kto jest głównym producentem i eksporterem broni, a więc i wojen i co za tym idzie, nierówności, i niepewności, a więc także niechcianej emigracji ze swojej ziemi.
„Tubylcom” z kolei należy pokazać, kto i co kryje się za nieszczęściem emigracji. Dopiero łączenie reakcji na te dwa nieszczęścia – wymuszonej migracji i ostrej konkurencji na rynku pracy – pozwoli tworzyć siłę, która umożliwi stworzenie nowego układu sił społecznych, korzystnego dla wszystkich pracowników najemnych niezależnie od pochodzenia. Skoro działacze postępowi uważają, że prawdziwe ludowo-demokratyczne państwo ma obowiązek ustalić reguły co do ruchu kapitałów i towarów, logiczną konsekwencją jest, ażeby ono mogło także planować ruch siły ludzkiej produkującej towary i kapitały.
Wolny z Wolnym, Równy z Równym !