„Nie samym chlebem żyje człowiek…

…lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4b) Kilka uwag na temat artykułu prof. Tadeusza Klementewicza „Polak, katolik, obywatel – suweren. Ile pracownika w pracowniku?” („Trybuna” Nr 7-8 grudnia 2020r.)

Zasadniczym problemem niniejszego tekstu jest to, że bardzo lubię i cenię profesora Tadeusza Klementewicza. Uważam go za wybitnego lewicowego ekonomistę, autora wielu cennych analiz w skali makroekonomicznej Autora wspaniałej, wydanej w zeszłym roku, książki „Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”. Tak się jednak składa, że w dzisiejszym świecie wiedza o życiu społecznym i mechanizmach rozwoju społecznego jest wiedzą obejmującą wiele dyscyplin i obszarów badawczych. Często specjaliści z jednej dziedziny przenosząc swoje rozważania na inne niezbyt dobrze znane obszary produkują poczwarki i potworki zadziwiające swoja osobliwa urodą, ale nie wnoszące niczego konstruktywnego do dyskusji.

Do klasycznych obszarów powstawania owych osobliwości należy pogranicze między ekonomią a antropologią i historią. Te dzikie pola intelektualnych poszukiwań stały się wylęgarnią stworków określanych potocznie jako „homo economicus” a więc osobliwych wywodów mówiących o tym jak ekonomista wyobraża sobie człowieka, o którego działaniach i historii pozaekonomicznych, z reguły niezbyt dużo wie.
„Homoekonomikus” jak można go już, ze względu na popularność w naszym kraju, nazywać jest zjawiskiem w nauce codziennym. Co chwila jakiś ekonomista wyprowadza swojego „homoeka” na spacer po bulwarach debaty publicznej. Fakt, że kolejny wybitny ekonomista dochował się swojego „homoeka” byłby zabawny gdyby nie fakt, że ów nowy intelektualny „sobotwór” zgłasza roszczenia do organizowania myśli programowej polskiej lewicy.

Ponieważ, jeżeli lewica ma już mieć program, (co stanowi prawdziwa rewolucję na polskim gruncie gdzie lewica od bardzo już dawna jest bezpruderyjnie teoretyczna) to warto, być może, oprzeć go na poważnej debacie odwołującej się do faktów a nie radosnej twórczości ekonomistów biorących się za historię czy antropologię. Ośmielam się więc przedstawić kilka uwag opartych na wiedzy z dziedzin ekonomistom najczęściej ekonomistom obcych. Żeby nie być oskarżonym o nieuprawnione uogólnienia zmuszony jestem przytoczyć opis „homoeka”, który jest przedmiotem niniejszej dyskusji.

Przechodząc do rzeczy stwierdzić należy, że rzeczony osobnik narodził się zdaniem swego duchowego ojca w wyniku konieczności modyfikacji dzieła Karola Marksa, który nie zrozumiał zasadniczego problemu swojej i nie tylko swojej współczesności jakim jest „znaczenie potocznej świadomości klas ludowych”. Niezależnie od niezwykle ciekawego problemu czym są zdaniem autora tzw. „klasy ludowe” przypomnijmy zasadnicze punkty wywodu:

Po pierwsze więc: „Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego.”

Po drugie: „W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika.”

Jak sądzę nie trzeba tutaj chyba specjalnej przenikliwości żeby rozpoznać w owym „potocznie myślącym” przedstawicielu „klas ludowych” starego poczciwego „homoeka” najlepsze jednak Dopiero prze nami, albowiem: „Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD.”

Za pewne podsumowanie niniejszych wywodów można uznać wytłuszczony wniosek: „DOMINACJA WIEDZY POTOCZNEJ STANOWI BARIERĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ NARRACJOM TEORETYCZNYM, BY REALNIE WPŁYNĄĆ NA PERCEPCJĘ INTERESU KLASOWEGO I SOLIDARNOŚCI W JEGO REALIZACJI.”

Ponieważ jesteśmy ludźmi lewicy zacznijmy od Marksa i rzekomego braku w jego analizach należytego uwzględniania czegoś co nazwane zostało „potoczną świadomością klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności” nazywanej w tekście „mądrością”. Nie nazywając tego zjawiska „mądrością” Marks mający, jak sądzę, dość bliskie kontakty z robotnikami (a nie mówimy tutaj o Engelsie, badającym położenie klasy robotniczej, pracującym, co prawda nie jako robotnik, w fabryce, a nawet utrzymującego osobiste bardzo intymne stosunki z niektórymi robotnicami) operował tutaj rozróżnieniem na „klasę w sobie” i „klasę dla siebie”. A więc grona ludzi żyjących, niezależnie od siebie, zgodnie z logiką systemu i tych samych ludzi jako grupy mającej poczucie wspólnoty interesów i usiłujących system zgodnie z nimi zmieniać. „Świadomość potoczna” pozbawiona co prawda wzniosłej retoryki robiącej z niej „mądrość” należy do tego pierwszego obszaru. Trudno zresztą zrozumieć sens głównego dzieła Marksa „Kapitału” jeżeli nie traktuje się go jako wielkiej próby odpowiedzi na pytanie: jak muszą zmienić się warunki społeczno-gospodarcze, żeby klasa robotnicza została przez nie zmuszona do porzucenia stanu bycia „klasą w sobie” i stania się „klasą dla siebie”, a więc do wprowadzenia komunizmu? To, że Marksowi nie udało się odpowiedzieć na to pytanie, jest w sumie rzeczą drugorzędną jako, że jeżeli w ogóle o nim pamiętamy to nie ze względu na doskonałość jego teorii ale ze względu na zainicjowanie przez niego masowego ruchu robotniczego, którego rozwój wyraźnie świadczy, że wbrew poglądowi wyrażonemu w krytykowanym teście, owi robotnicy interesowali się czymś więcej niż tylko swoimi dochodami, karierami i wyprzedażami pozwalającymi się obłowić.
To czym interesowali się i interesują przedstawiciele „klas ludowych” stanie się głównym tematem dalszych rozważań. Dla porządku odnotujmy tylko, że na Marksie i Engelsie rozważania nad świadomością potoczną i świadomością teoretyczną „klas ludowych” się nie zakończyły. Z niegdyś znanych można tu wskazać na rozróżnienie „świadomości tradeunionistycznej” i „świadomości klasowej” zaproponowane przez Włodzimierza Uljanowa ps. Lenin, „Rozważania o przemocy” Georgesa Sorela, czy „Psychologię socjalizmu” Henri de Mana. Problem świadomości owych „klas ludowych” był wśród myślicieli lewicowych przedmiotem rozważań, z których udałoby się skompletować całą bibliotekę. Nie to jest jednak zasadniczym problemem.

Zasadniczym problemem jest rzekoma dominacja owego „myślenia potocznego” czy też wiedzy potocznej nad „myśleniem teoretycznym” (nazywanym przez Autora „narracjami teoretycznymi”) w myśleniu „klas ludowych”.

Zasadniczy problem polega na tym, że wbrew przekonaniu Autora w praktyce rzecz polega na tym, że ludzie nie tyle „myślą żeby żyć” ale „żyją żeby myśleć”. Deklaracja ta sprawia wrażenie bardzo idealistycznej, ale problem ma, bardzo konkretny i materialny wymiar. Przewodnikiem w tej materii może być, u samych podstaw zagadnienia, znany francuski nonkonformista antropolog Edgar Morin. W swojej zapomnianej niestety pracy „Zagubiony paradygmat natura ludzka” wychodząc od obserwacji, że ludzki mózg charakteryzuje wyraźna nadzłożoność w stosunku do życiowych potrzeb człowieka, uzasadnia tezę że człowiek z produktami owej nadzłożoności tj. nadprodukcją myśli rodzących się owym mózgu nie radzi sobie najlepiej, a często w ogóle sobie nie radzi stając się ich niewolnikiem i wpadając w pułapki zastawiane przez własną świadomość. Magia, religia, podejrzliwość, zazdrość, perfidia (którą w Polsce zajmował się Mirosław Karwat) i różne inne przejawy uznawane za jego chorobliwe patologie obce zwierzętom okazują się wytworami tego właśnie mechanizmu. Reasumując można przyjąć, że w świetle zreferowanych rozważań myślenie określane, w krytykowanym tekście, jako „potoczne” nastawione na bezpośrednią efektywność jest domeną zwierząt, podczas gdy myślenie ludzkie jest niestety radykalnym przekroczeniem tych horyzontów i pojawieniem się w nim mechanizmów radykalnie nowych i kłopotliwych.

Na płaszczyźnie historii owa nadzłożoność przybiera, jak sądzę, postać czegoś co bardzo trafnie ujął Claude Levi Strauss w tytułowej formule swojej klasycznej pracy „Myśl nieoswojona” (w oryginale La pensée sauvage – więc „myśl dzika”). Myśl dzika to myśl pierwotna, spontaniczna i bezrefleksyjna, która charakteryzuje się nieograniczoną dynamiką, żywiołowością, brakiem hamulców i refleksyjności. Jest to myśl „zdolna do wszystkiego” i raczej nieposkromiona niż „nieoswojona”.

Ksiązka Levi-Straussa stała się przedmiotem dwoistej refleksji. Z jednej strony moralnej, ukazujących zbrodniczość i intencjonalność owego myślenia rozwinięta przez Rene Girarda w „Koźle ofiarnym”. Z drugiej intelektualnej, ukazującej drogi ograniczania myśli dzikiej, przez wypracowywanie myślenia teoretycznego, przedstawione przez Jacka Goody’ego w znanej pracy „Poskromienie myśli nieoswojonej” (tytuł oryginału The Domestication of the Savage Mind mówi o udomowieniu).
Ten drugi nurt jak sądzę tworzy właściwe pole dla rozumienia sensu tego co określamy jako myślenie teoretyczne, (czy też jak chce Autor „narracje teoretyczne”). Jest ono wynikiem dokonującego się w trakcie rozwoju cywilizacji procesu racjonalizacji, porządkowania, weryfikacji, dyscyplinowania owej pierwotnej, spontanicznej myślowej „dziczyzny” będącej efektem owego „defektu” ewolucyjnego jakim jest nadzłożoność. Są więc efektem narastającego sprzeciwu wobec myślowych ekscesów mitu, magii, religii, objawień, teorii spiskowych i prześladowczych i całego tego nieskończonego bogactwa najdziwaczniejszych wytworów ludzkiego umysłu, z którym nieustannie mamy do czynienia. Znajduje ono wyraz nie tylko w nauce ale również literaturze i innych formułach refleksyjności i dystansowania od spontaniczności czego bardzo dobrym przykładem była chociażby powieść grozy zmieniająca metafizyczne lęki w literacką grę a nawet zabawę. Zawsze też warto pamiętać, że twórca nowoczesnej metody naukowej nauk społecznych i humanistycznych – ośmieszony przez znanego z perwersji intelektualnych sado-masochistę Michaela Foucaulta jako twórca tzw. „władzowiedzy” – Francis Bacon za motto swoich rozważań przyjął zasadę głoszącą, iż „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł trzeba ale ołowiu”.

Myślenie dzikie chociaż towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów, nie jest bynajmniej zjawiskiem, które kiedykolwiek zamarło, co więcej jest myśleniem dominującym tradycyjnie wśród „klas ludowych”. Klasy te wbrew pozorom nigdy nie żyły jedynie owym myśleniem potocznym skoncentrowanym na T =>P =>T` i promocjach makaronu w Lidlu (sam śledzę raczej promocje w Auchanie, a jako osoba w wieku przedemerytalnym zastanawiam się jak dorobić na emeryturze). Wystarczy sobie popatrzeć na historię chrześcijaństwa, owego wytworu ludzi prostych uznawanego nawet w swoich początkach za religię „niewolników”, żeby zobaczyć, że „klasy ludowe” wykazują się niezwykłą kreatywnością w zakresie zagadnień oderwanych od bezpośrednich potrzeb życiowych. Najprzeróżniejsze ruchy ludowe rozwijające się w jego łonie – herezje i sekty o ludowej proweniencji są tego najlepszym świadectwem. Wystarczy popatrzeć z jakim zapałem prości ludzie rzucili się na interpretowanie Biblii w przededniu wojny chłopskiej w szesnastowiecznych Niemczech i do czego to doprowadziło. Warto zauważyć, ze Marks i Engels ze swoją teorią też nie działali w próżni ale wręcz przeciwnie, na gruncie tak płodnym we wszelkie pomysły naprawiania świata, że trzeba było się w tym towarzystwie bardzo mocno rozpychać łokciami, żeby w ogóle dojść do głosu.

Historia ta bynajmniej się nie zakończyła na czasach pierwszej fazy rozwoju rewolucji przemysłowej. Wszelkie kryzysy i zaburzenia życia społecznego owocowały i owocują eksplozjami owej myśli nieoswojonej. Niewątpliwie jej najbardziej spektakularnym przejawem stały zjawiska prawicowych reakcji na wielki kryzys w postaci nazizmu, faszyzmu, rasizmu, antysemityzmu i wszelkiej maści zjawisk pokrewnych znajdujących dość powszechną aprobatę a nawet budzących fanatyczne fascynacje wśród licznych przedstawicieli „klas ludowych”. Owo myślenie dzikie, raz było na wozie ,raz pod wozem, ale nigdy nie zamarło nawet w najbardziej „ponurych” czasach powojennego, niestety często powierzchownego, racjonalizmu.

Czasy współczesne to okres niebywałego rozkwitu myśli nieposkromionej związanego z gwałtownym rozwojem coraz bardziej wymykającego się wszelkim próbom racjonalizacji i refleksyjności świata nowych mediów. Internet jest imperium Wielkiego Zdziczenia Myśli, osobliwym Wielkim Powrotem do świata pierwotnego a być może nawet spektakularnym, intelektualnym samobójstwem cywilizowanej ludzkości. Byłoby jednak przesadą niedostrzeganie tego, że jak na razie, jest przede wszystkim polem walki „nowych dzikich” z cywilizowaną przeszłością. Ci „nowi dzicy” odradzający myśl nieoswojoną to ludzie uważający się za „konserwatystów” i równie nieodpowiedzialni neoliberałowie. Wielka wojna z nowoczesnym państwem socjalnym rozpoczęta przez te dwie siły uderzeniowe wielkiego kapitału zburzyła powojenny ład i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie wyzwalając w sposób nie mniej radykalny niż w latach dwudziestych zeszłego stulecia wszystkie wydawałoby się zamknięte na siedem pieczęci chorobliwe i prześladowcze idiotyzmy. (Wydaje mi się, w tym kontekście, że nie można mówić o myśleniu współczesnych „klas ludowych” bez przyswojenia sobie lekcji Thomasa Franka zawartej w opracowaniu „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.”)

Siłą napędową współczesnego populizmu jest myśl „nieoswojona”. Współczesny przedstawiciel „klas ludowych” to niestety najczęściej nie tylko chłopek roztropek kalkulujący korzyści z wyprzedaży mrożonej ryby zagrożonej przeterminowaniem, czy awans na majstra, ani szewc pilnujący kopyta. To człowiek myślący w kategoriach zawrotnych perspektyw światowego spisku Żyda Sorosa, walczący z dążeniem światowych elit do wyludnienia planety odpowiednio do swoich potrzeb, Klubem Bilderberg, rządami reptilian, masonami, elgbtem, dżenderem, tęczową zarazą, marksizmem kulturowym i wielu innymi przerażającymi zagrożeniami jego codziennego bytu. Nie z każdym o tym rozmawia, bo diabeł nie śpi, ale swoje wie. Uczestniczy też we wspólnocie, która go podtrzymuje w gotowości do działania. Do obrony Prezesa i jego jedynie słusznych wizji szczęśliwej przyszłości.

To, że obecnie w rządach tej paranoi obserwujemy kryzys byłoby optymistyczne gdyby istniała jakaś alternatywa nadająca na podobnych falach i potrafiąca wkroczyć na tereny myśli nieoswojonej proponując sensowna alternatywę. W dawnych czasach takie mechanizmy istniały w ruchu robotniczym, intelektualiści pisywali nie tylko wiekopomne traktaty ,ale przede wszystkim byli publicystami potrafiącymi odwoływać się do emocji wyobrażeń normalnych ludzi. Brudził sobie w ten sposób ręce nawet Karol Marks pisząc chociażby „18 brumaire’a”. Takim intelektualistą był Fryderyk Engels, którego polemiki i broszury: ”Anty-During”, „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa’, „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” itp. stanowiły rzeczywista podstawę upowszechniania marksizmu. Ale też nie jest przypadkiem, że Engels budzi od dziesięcioleci prawdziwe obrzydzenie wśród prawdziwych „teoretyków” jako wulgaryzator „prawdziwego marksizmu”, którego poszukiwanie stało się zabawą jeszcze popularniejszą niż onegdaj poszukiwanie Świętego Grala a nieco później poszukiwanie Eldorado. Nie należy ukrywać, że na drodze wkraczania ruchu robotniczego na tereny myśli nieoswojonej zdarzały się nadużycia, nawet katastrofy, jak chociażby stalinizm, ale nie jest to powód do popełniania politycznego samobójstwa i zamykania się w świecie, w którym nie ma nadużyć bo nie ma życia.

Nikt na lewicy jakoś nie potrafi dostrzec, że prawicowy populizm nie jest podtrzymywany przez oficjalne instytucje, ale dynamicznym ruchem instytucji nieformalnych skupionym wokół think tanków, czasopism, klubów, fundacji, rozgłośni radiowych (Radio Maryja) czy telewizyjnych (TV Republika) itd. Jedyną bodajże oficjalną instytucją jest tutaj IPN. Nawet zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna działa w oparciu o aktyw z owego niesformalizowanego świata. Jest to środowisko żywe, nie bojące się dyskusji, polemik i debat a nawet awantur. To ta olbrzymia machina buduje od kilku już dziesięcioleci umysłowe zaplecze prawicowego populizmu w społeczeństwie.

W tym kontekście wyobrażenia do których odwołuje się Autor artykułu porażają anachronizmem. Przekonanie, że hegemonię klasowa budują „Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie”. (Autor mówi o „hegemonii kulturowej” nawiązując do myśli Antonia Gramsciego, którego wątpliwe pomysły odegrały doniosłą rolę w pogrążeniu w niebycie Włoskiej Partii Komunistycznej i zresztą nie tyko jej. Ale jest to już temat na inną dyskusję.)

Niezależnie natomiast od oceny Gramsciego warto zwrócić uwagę, że ani szkoła ani ambona ani tym bardziej akademie nigdy nie tworzyły realnego mechanizmu umacniającej czyjąkolwiek i jakąkolwiek hegemonię. Żadna idea, która obecnie rządzi umysłami nie zrodziła się ani w szkołach ani w akademiach. Poczynając od neoliberalnych bredni a na „żołnierzach wyklętych” kończąc, zawsze w punkcie wyjścia mamy nieformalną grupę typu Mont Pelerin z której dopiero z czasem i nie bez trudności nowa formuła rozpełza się na szkoły i akademie i nie zawsze właśnie tam najmocniej się zakorzenia. Szkoła natomiast przez rutynę i formalizację jest w stanie ośmieszyć i skompromitować każdą ideę o czym mieliśmy okazję przekonać się nie tylko poprzez doświadczenie wychowania socjalistycznego w PRL ale i później obserwując kompromitację nauczania w tych placówka tzw. religii. Obecnie, muszę przyznać, z wypiekami na twarzy oczekuję efektów upowszechniania osiągnięć poetyckich i intelektualnych dokonań Karola Wojtyły (Jana Pawła II) gdyż jeżeli idea zostanie potraktowana poważnie możne być ciekawie.

Chociaż w przeciwieństwie do szkoły i akademii o ambonie mam dość mgliste wyobrażenie towarzyszy mi jednak przekonanie, że o wpływie Kościoła na ład społeczny nigdy nie decydowała ambona ale zawsze kruchta (za słownikiem PWN: 1. «przedsionek kościoła».2. lekcew. «środowisko i mentalność ludzi mających bezkrytyczny stosunek do Kościoła i jego nauk»). Obecnie mamy, zresztą, okazję obserwować, że i na ambonie nad podziw łatwo się poślizgnąć.

Tak na marginesie warto też zwrócić uwagę, że gdy mówimy o znaczeniu owej „kruchty” dla świadomości robotniczej, to momentem kluczowym, nie jest tu rewolucja 1905 roku. Klasa robotnicza ukształtowana przez te wydarzenia zanikła z różnych względów po roku 1945. Chociaż nie sposób zanegować faktu, że na Śląsku czy w Poznańskim, których rewolucja 1905 roku nie objęła robotnicy znaleźli się pod wpływami kościoła już przed drugą wojną światowa, to klerykalizacja środowisk robotniczych dawnej Kongresówki (i Galicji) była efektem wielkiej migracji ze wsi do miast po drugiej wojnie światowej. To te dwa miliony zbędnych ludzi ze wsi, które w miastach w osiągnięciu statusu robotnika zobaczyły swoją życiowa szansę stworzyły tę nową klasę robotniczą. Stały się one, tym znanym nam, powojennym robotnikiem budującym koszmarne architektonicznie kościoły na każdym nowym osiedlu, posyłającym dzieci na religię i samorealizującym się w klerykalno-nacjonalistycznych odlotach przy każdej nadarzającej się okazji. To oni w końcu stworzyli tę Kaczą Polskę własnych marzeń, która akurat zaczyna sypać się w gruzy. To pojawienie się tych robotników podsumowywała znana anegdota o powstającym w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia na ANS PZPR doktoracie zatytułowanym „Lech Wałęsa jako przykład awansu społecznego robotnika w PRL”. Dla tego robotnika Rewolucja 1905 i jej doświadczenia są bardziej abstrakcyjne niż świat „Wojen Gwiezdnych”. Była ona bowiem jeszcze dawniej i jeszcze w odleglejszej galaktyce.

Problemem nie jest już dzisiaj ten odchodzący w przeszłość robotnik o solidarnościowo-wiejskiej, klerykalnej mentalności. Problemem jest stworzenie dla lewicy miejsca w świecie gwałtownych wstrząsów i konfliktów, w którym od pewnego czasu żyjemy i którego horyzont zaczynają wyznaczać nowi ludzie, którzy, jak widać, zaczynają wykraczać poza, umysłową, klerykalną wiochę potransformacyjnej Niepodległej Rzeczpospolitej. Problem polega jednak na tym, że żeby się z nimi spotkać lewica musi opuścić swoją własną równie koszmarną, intelektualną wiochę w której, niestety czuje się aż za dobrze.

Świat współczesny określany często jako świat dynamicznych przemian i szans jest przede wszystkim światem destabilizacji i narastającego poczucia zagrożenia. Starałem się powyżej ukazać że nie jest i co więcej nigdy nie była prawdą teza, że członkowie tzw. „klas ludowych” są przytłoczeni i zdominowani przez życiową codzienność która zamyka ich w kręgu bezpośrednich i pracowniczych zainteresowań i trzeba do nich docierać przez swoisty intelektualny „mały realizm” ekonomicznej codzienności i autorytet ekspertów, którzy w głębokich wywodach udzielają „klasowym ludowym” swojej teoretycznej mądrości nieskończenie niedostępnej dla zajętych śledzeniem promocji i wyprzedaży prostaczków.

Odnoszę wrażenie, że dla samych uczestników związkowej codzienności gąszcz prawniczych i organizacyjnych zagadnień jest po prostu nużący i nudny, podobnie jak fascynujące ekonomistów potoki danych i analiz ekonomicznych, czy oczywiście zrozumiała dla osób lgbt wyrafinowana subtelność gejowskich traum, uczuć i dylematów. Jak sądzę poważne racje merytoryczne wskazują, że tego typu horyzont poznawczy odrywa się od najważniejszego procesu, intelektualnego współczesności, czegoś, co w języku postmodernizm nazwać można powrotem „Wielkich Narracji”, które miały rzekomo zaniknąć w tzw. „świecie ponowoczesnym” raz na zawsze.
Ten Wielki Powrót „Wielkich Narracji” zgotowany nam przez wielki kapitał wymaga czegoś więcej niż „ekspertów i mediów”. Potrzebna jest sieć instytucji skupiających nie tylko pożal się Boże „ekspertów” ale przede wszystkim ludzi nie bojących się dyskusji polemiki, konfliktu, itd. na podobieństwo obecnej prawicy.

Życie intelektualne obecnej polskiej lewicy przypomina niestety spokojny spacer po niedzielnym obiedzie na pobliskim zabytkowym cmentarzyku. Okazję do odwiedzenia ukochanych bliskich, którzy co prawda zmarli już kilkadziesiąt lat temu ale dla nas są żywi jak byśmy rozstali się z nimi dopiero wczoraj, do poplotkowania, co tam za granicą, a co u sąsiadów. Oczywista jest cisza, spokój i dostojeństwo. Najważniejsze jest, żeby broń Boże nie podnieść głosu, nie dyskutować, a już kłótnia czy skandal na cmentarzu to już zupełnie niewyobrażalne i niewybaczalne chamstwo i prostactwo.

Niestety, żywi przyciągają żywych, martwi martwych i jak na razie mamy to co mamy.

Wzrost bezrobocia w Europie – Airbus zwalnia 15 tysięcy ludzi

Do lata przyszłego roku europejski Airbus pozbędzie się co najmniej 15 tysięcy stanowisk pracy w związku z kryzysem epidemicznym, który pociągnął za sobą bezprecedensowy od II wojny światowej spadek zamówień na samoloty pasażerskie i towarowe. To tylko jeden z sektorów dotkniętych masowymi zwolnieniami. Niestety, zapowiada się sporo innych tego typu masowych likwidacji miejsc pracy.

Znaczne ograniczenie produkcji Airbusa pociągnie za sobą również liczne zwolnienia wśród zewnętrznych dostawców i podwykonawców, na razie trudne do policzenia. Wczorajsze ogłoszenie redukcji zatrudnienia wywołało szok wśród pracowników i współpracowników firmy. Ludzie spodziewali się jakichś zwolnień, lecz nie w takiej skali. W Niemczech na bezrobocie pójdzie ponad 5 tys. osób, podobnie we Francji. W Wielkiej Brytanii 1700 pracowników pożegna się z Airbusem, prawie tysiąc w Hiszpanii i 1300 w innych krajach. Rozmiar „szkód pobocznych”, tj. zwolnień w przedsiębiorstwach współpracujących z firmą, może być jeszcze większy.
Wielki producent samolotów ma zamiar jakoś ograniczyć fatalne skutki tych redukcji. Twierdzi, że chce wykorzystać „wszystkie dostępne środki ochrony pracowników”, tzn. stosować np. przejścia na wcześniejsze emerytury, wypłacać odszkodowania itp., lecz będzie to wszystko przedmiotem negocjacji ze związkami zawodowymi, które już zapowiadają walkę najpierw o ograniczenie liczby zwolnień, a potem o ich szczegółowe warunki. Część wojskowa produkcji Airbusa jest mniej dotknięta kryzysem, lecz i tu ponad 2,6 tys. miejsc pracy zostanie zlikwidowanych.
We Francji z fabrykami Airbusa współpracuje blisko 800 przedsiębiorstw zatrudniających 86 tys. ludzi i bardzo podobnie wygląda to w Niemczech, nie licząc tysięcy drobnych podwykonawców. „Fala uderzeniowa” tak wielkich redukcji w Airbusie wyjdzie z pewnością poza sektor lotniczy, bo wiele przedsiębiorstw pracuje równocześnie dla innych branż, również dotkniętych dużymi problemami. Skala bezrobocia wywołanego epidemią i walką z nią na naszym kontynencie będzie znana tak naprawdę dopiero jesienią. Plan pomocowy Unii może niestety być niewystarczający, by powstrzymać kryzys.

Porażka to część większego problemu – ale są rozwiązania

Potwierdziły się czarne scenariusze i niedzielny wieczór okazał się prawdziwą stypą lewicy. Robert Biedroń odnotował najgorszy wynik wśród głównych kandydatów. Można zauważyć dwa rodzaje komentarzy. Jedni krytykują działania sztabu, obwiniając go o brak klarownej wizji kampanii, niedostateczną mobilizację ochotników i zamknięcie na pomysły z zewnątrz. Reszta twierdzi, że nic się nie stało, a winę ponoszą „inni”.

Trudno zrzucać całą winę na organizatorów kampanii i samego Roberta Biedronia, niemniej fakt uzyskania najsłabszego wyniku wśród lewicowych kandydatów w historii wyborów prezydenckich jest nie do podważenia. To oczywiste, że kampania Roberta Biedronia pozostawiała wiele do życzenia i należy mieć nadzieję, że wszystko to zostanie dokładnie przeanalizowane. Niemniej jednak problemy polskiej lewicy są natury strukturalnej i nie zaczęły się wczoraj. Ale zasadniczo, w czym tkwi problem?

Na początku maja odbyłem ciekawą rozmowę na antenie podcastu Trójdzielnia. Moim gościem był Przemysław Kmieciak, znawca dziejów polskiej lewicy i twórca strony Przywróćmy Pamięć o Patronach Wyklętych, promującej lewicową politykę historyczną. Pojawił się wątek przedwojennej PPS. O ile polscy socjaliści w ogóle występują w polskiej świadomości, to postrzegani są jako silne ugrupowanie okresu międzywojnia. W rzeczywistości Polska Partia Socjalistyczna rzadko kiedy przekraczała pułap kilkunastu procent poparcia. Równocześnie jednak nie spadała poniżej swojego twardego minimum. Natomiast już w wyborach samorządowych w 1938 roku, dokonała przełomu w dużych miastach, uzyskując grubo ponad 20 proc poparcia w wielu z nich. Piszę o tym dlatego, że w niedzielnych wyborach koalicja Lewicy utraciła przeszło 4/5 poparcia (2.3 mln głosów w 2019 roku do 425 tysięcy w roku 2020).

Naturalnie, powyższe wspominki nie służą wcale pognębieniu lewicy współczesnej – to zarzut wobec wszystkich. Jeszcze dwa miesiące temu za sprawą nietrafionej kandydatury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, głównej polskiej partii opozycyjnej groziła totalna anihilacja. Lojalność bazy Koalicji Obywatelskiej okazała się całkowicie iluzoryczna, ukazując w pełni kompletny brak społecznego zakorzenienia ugrupowania Rafała Trzaskowskiego. Owszem, duopol sięga swego apogeum, ale na poziomie politycznym serca wyborców opozycji wygrywa ten, kto posiada zdolność pokonania rządzącej prawicy.

Oczywiście lewica (w tej czy innej formie) przechodziła podobną traumę wielokrotnie. I nadal żyje. Niestety jednak, bez większych szans na rozwój i prawdziwą władzę. Lewica bardzo lubi powtarzać te same błędy. Kandydatura Biedronia nie spotkała się ze zbyt wielkim entuzjazmem, co potwierdzają badania elektoratu SLD. Przeszło 3/4 bazy wyborczej Sojuszu oddała głos na innych kandydatów. Kierownictwo Lewicy (i sam Biedroń, który zdecydował się na start) błędnie zdiagnozowali potrzeby swoich wyborców Zresztą, taki rozwój wydarzeń antycypowały różne badania opinii publicznej. Wskazywały one na Adriana Zandberga, jako osobę bardziej wiarygodną – w niemal wszystkich grupach społecznych i wiekowych. Wygląda na to, że uśmiechnięty i fikuśny Robert Biedroń nie wpasował się w czas kryzysu i niepewności.

Przyczyny obecnego kryzysu są o wiele głębsze i poniekąd pokrywają się z wyzwaniami stojącymi przed podobnymi partiami w innych krajach. W 2020 roku, partie socjaldemokratyczne i ich koalicjanci sprawują władzę w zaledwie kilku miejscach w Europie i tylko w jednym o liczbie ludności przekraczającej 30 mln. Przyczyny systematycznego odpływu wyborców były opisywane wielokrotnie. To zmiany w strukturze elektoratu (zanik klasy robotniczej), efekt globalizacji (uniemożliwiający prowadzenie keynesowskiej polityki gospodarczej w jednym kraju), kolonizacja programów lewicy przez wątki kulturowe, alienacja i „zburżuazyjnienie” liderów, nieudane skręty w prawo, ale również te w lewo (Brytyjska Partia Pracy zanotowała najgorszy wynik wyborczy od 1935 roku, pomimo wybitnie ambitnego programu), a nadto narodziny nowego podziału na tradycyjnych, pro-socjalnych lokalsów i liberalnych kosmopolitów, który to przedział przebiega w poprzek partii lewicowych. Na szczęście, jest też cała gama problemów, które rozwiązać można i trzeba – w tym część wyżej wymienionych.

Lewicy wolno mniej?

Nie, nie chodzi o słynne słowa Ewy Milewicz. Po prostu, wartości lewicowe, progresywne czy socjalistyczne to ambitny projekt zmiany, którego zwycięstwo (częściowe) wymaga ziszczenia szeregu czynników. W historii politycznej Europy partie socjaldemokratyczne tworzyły rządy zdecydowanie rzadziej niż prawica: Niemiecka SPD tylko przez 20 lat w ostatnich 50 (nie licząc koalicji), brytyjska Partia Pracy 18 na 50, a francuska Partii Socialiste 20 (po czym spadła do poziomu kilku procent i dziś praktycznie pozostaje na politycznym marginesie). Oczywiście obserwujemy wyjątki (Skandynawia), ale w ogromnej większości, ambitne programy i samodzielne rządy to już raczej pieśń przeszłości. W rzeczywistości wpływy lewicy maleją, gdzieniegdzie tkwi ona w kryzysie (Europa Wschodnia) lub ulega całkowitej dezintegracji (Francja). Wtedy gdy wygrywa, wynika to z wyjścia poza swoją twardą bazę. Fakty są takie, że twarda baza lewicy jest dziś (i niemal zawsze była) zbyt słaba by wygrywać wybory. Dopiero sojusz osób bardziej wykluczonych i klasy średniej oferował drogę do stabilnego rządzenia (w Szwecji wręcz na dziesięciolecia). Naturalnie konserwatyści mają o wiele łatwiejsze zadanie – apelują do naszej pragmatycznej strony, niczego nie obiecują i z niewielu rzeczy muszą się wywiązywać. Chcą utrzymania kapitalizmu w jego obecnej formule i utrzymania status quo. Uciekają od jakiejkolwiek dyskusji o klasach społecznych, łudząc ludzi nadzieją na dołączenie do tej najważniejszej – ekstraklasy. Paradoksalnie, to niezwykle kusząca idea, zwłaszcza w ciężkich czasach. Konkluzja dla lewicy: słuchać głosu swoich wyborców, nie obiecywać gruszek nie wierzbie, nie apelować do rewolucyjnej strony i pamiętać, że w dzisiejszych cynicznych czasach, nawet najlepszy program może trafić na betonową ścianę braku wiary w jego realizację. Zdolność skutecznego rządzenia trafia zawsze.

Taktyczna rezerwa

Jednym z większych błędów tej kampanii było złe zdiagnozowanie swojego elektoratu. Historyczny elektorat partii lewicowej składał się z osób mniej majętnych, wykluczonych ekonomicznie, z mniejszych miejscowości i w jakimś stopniu wykluczonych. Wyciąganie ludzi z biedy i niedostatku i oferowanie im szansy na lepszą przyszłość to zadanie każdej lewicy. Mowa o wyborcy „wymarzonym”, dziś w większości w kręgu PiS. Elektorat realny to mieszkańcy dużych miast, lepiej wykształceni, bardziej uświadomieni, liberalni kulturowo i ekonomicznie. To właśnie te osoby tworzą główny trzon obecnej Lewicy. Kolejny rezerwuar to sympatycy Koalicji Obywatelskiej – jak pokazuje kazus MKB, głęboko niezintegrowani z partią na którą głosują, deklarujący poglądy centrolewicowe, gotowi na przeskok. Taktyczna rezerwa Lewicy polegać powinna na nieantagonizowaniu tych wyborców i unikaniu tworzenia poczucia winy za ich polityczne wybory.

Tymczasem, w toku kampanii Roberta Biedronia, mogliśmy obserwować nieustające ataki na Koalicję Obywatelską, głównie za pomocą mniejszych i większych złośliwości, niestety w większości bez polotu. Tak, Lewica musi uderzać w Platformę Obywatelską, ale za konkretne działania i wybory programowe. Inteligentnie i punktowo, z szacunkiem dla rywali i popierających ich ludzi, nawet jeśli emocje dyktują co innego. Zwłaszcza, że wiele z prowokacji zwolenników PO („jesteście przybudówką PiS”, „wycofajcie się wyborów”), obliczonych było właśnie na wywołanie emocjonalnej reakcji. Atakując Platformę na poziomie emocjonalnym i roszczeniowym, Lewica nie zyskała niczego. Zamiast przyciągać wyborców konkurencji, jeszcze bardziej ich z nią skleiła. Zresztą, najlepsza forma ataku to prezentowanie własnych pomysłów i (gdy to tylko możliwe) ignorowanie drugiej strony.

Zasada taktycznej rezerwy dotyczy również programu politycznego. Żadne radykalne obietnice nie będą możliwe, dopóki nie uda się uwiarygodnić całej formacji. A przecież prawdziwe uwiarygodnienie przychodzi dopiero u władzy. Może zatem warto przedstawić kilka konkretnych propozycji programowych, najlepiej z dziedziny polityki społecznej, zdrowotnej lub pracowniczej, których realizacja będzie realna i korzystna dla wyborców lewicy (pracowników, urzędników niskiego szczebla, mikro przedsiębiorców). I to nie tylko na poziomie państwa, ale również samorządów, gdzie można korzystać z inicjatywy uchwały obywatelskiej w celu wnoszenia swoich projektów pod obrady rad gmin, miast i powiatów.

Kadry i teren

To akurat proste. Budowa skutecznego ugrupowania politycznego nie opiera się wyłącznie na wymyślaniu bon motów do zaprezentowania na Twitterze czy Facebooku. Bez wątpienia media społecznościowe są ważne, podobnie jak kąśliwe uwagi i briefingi prasowe. A jednak, pomimo nowych technologii, kampanie wyborcze wygrywa się w terenie. Pomimo niechęci do Konfederatów i ich agendy, można i należy uczyć się ich organizacji i zdolności logistycznej. Od początku tej kampanii wizerunek Bosaka był widoczny w każdej gminie i powiecie. Widać wyraźnie, że determinacja zwolenników skrajnej prawicy jest naprawdę wielka.

Oczywiście kadry obecnej Lewicy są niezłe i widać to wyraźnie w pracy parlamentarnej. Jest sporo nowych twarzy, jest dużo energii. A jednak, kandydat lewicy nie skorzystał do końca z tej siły, rezygnując ze wspólnych wystąpień ze znanymi i lubianymi politykami, polityczkami i aktywistami. Pomimo znajomości badań wskazujących na niewielką mobilizację elektoratu SLD. Problem ograniczonej puli widocznych osób nie ogranicza się wyłącznie do tej kampanii. Lewica to bogaty ruch z wieloma wybitnymi, merytorycznymi i medialnymi postaciami. Wielka szkoda, że w tej kampanii nie skorzystano z popularności takich osób jak Aleksander Kwaśniewski, Joanna Senyszyn, Jolanta Banach, Piotr Ikonowicz czy choćby Jan Śpiewak. Każda z wymienionych postaci posiada bogatą bazę sympatyków, których mobilizacja przyniosłaby sporo korzyści i pokazałaby Lewicę wykraczającą poza sprawdzoną gamę kilkunastu obecnych twarzy medialnych.

Dzisiaj część młodego aktywu może zżymać się na dawne, zakurzone SLD, ale w czasach gdy ta partia osiągała największe sukcesy, jej liderzy działali jak orkiestra. Poszczególni politycy mieli swoje role, cechowali się wysoką kulturą osobistą, ciętym językiem i kompetencją, a ich teczki pełne były projektów uchwał, ustaw, analiz, prognoz i dokumentów programowych. SLD z lat 90 XX wieku to była koalicja (podobnie jak teraz!), z długą i szeroką ławką kadrową. To właśnie z uwagi na technokratyczny wizerunek i polityczną sprawność, ugrupowanie uchodziło za naturalną partię władzy, (podobnie jak cała europejska socjaldemokracja – w dawno minionych czasach). Wszyscy wiemy, że skończyło się nie najlepiej, ale to już z całkowicie innych przyczyn.

Wybierzmy przyszłość

Umówmy się – zdecydowana większość programu socjaldemokracji to słuszne, acz niezbyt porywające oczywistości. Faktycznie, większość gotowa jest płacić wyższe podatki w zamian za bogate państwo dobrobytu. Bardzo wielu chce tanich mieszkań i solidnej służby zdrowia. A poza tym szacunku dla praw człowieka i czystego powietrza. Jednocześnie, znaczna część bazy lewicy nie do końca wierzy w realizację słusznych programów, ani tym bardziej podobne hasła nie pobudzają jej wyobraźni. W szczególności na poziomie surowej politycznej emocji, która ekscytuje i motywuje. Jak wiadomo, programy wyborcze są dla fanatyków tematu, reszta woli powierzchowne odczucia. I nic w tym złego, zadaniem ugrupowań politycznych jest ich dostarczenie w formie hasłowej. Prawo i Sprawiedliwość kreśli wizję odzyskiwania suwerenności i szacunku (w rzeczywistości robią coś całkiem innego – zwłaszcza na arenie międzynarodowej), Platforma Obywatelska obiecuje depolityzację polityki (politycy mają dać nam spokój, przy jednoczesnym poszanowaniu naszych praw), Konfederacja idzie jeszcze dalej, oferując całkowitą niemal likwidację państwa, czym budzi entuzjazm pozbawionego jakiejkolwiek wiary pokolenia Y. Wszystko to są jasno zdefiniowane opowieści o Polsce – i wszystkie równie fałszywe. Żadna z nich nie mówi o realnych wyzwaniach stojącymi przed Polską, Europą i całą ludzkością. Polska klasa polityczna udaje, że przyszłość – z zagrożeniami klimatycznymi, perspektywą kryzysu energetycznego, pogłębianiem nierówności, całkowitym rozpadem systemów emerytalnych, feudalizacją naszych stosunków społecznych, zanikaniem miejsc pracy – nie istnieje. To poziom straszenia zagrożeniami – w polityce bardzo ważny i przez lewicę wykorzystywany, ale z użyciem złych straszaków (a przecież Tony Judt już 10 lat temu opisywał skuteczną socjaldemokrację przyszłości jako „socjaldemokrację strachu”). Istnieje również bardziej pozytywna wizja inwestowania w nowe technologię, poważnej dyskusji o UBI (uniwersalny dochód gwarantowany), reformy administracji, odpartyjnienia państwa czy odbudowy polskiego potencjału przemysłowego. Każdy z wymienionych tematów niesie potencjał pobudzenia masowej wyobraźni, pod warunkiem że ich użycie nie będzie incydentalne, a zostanie wpisane w stałą strategię komunikacji z wyborcami.

Iść szeroko, nie znaczy bezideowo

Czytając różne dyskusje na lewicowych grupach w social mediach widać wyraźnie, że Lewica doczekała się w końcu młodych ideowych ludzi, ale ci sympatycy niekoniecznie chcą wychodzić poza swoją strefę komfortu. Taka sytuacja nie jest problemem, w końcu każde ugrupowanie potrzebuje mniej lub bardziej radykalnych skrzydeł, wewnętrznej dyskusji, plemiennych zachowań i fermentu. Sytuacja komplikuje się wtedy, gdy takie podejście rzutuje na całą formację. Lewica nosi dziś brzemię czegoś wyjątkowo radykalnego, zwłaszcza w kwestiach kulturowych. To nieprawda, bo też nie ma niczego radykalnego w postulatach legalnej aborcji, rozdzielenia państwa od kościoła czy równości małżeńskiej. Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy zaczynamy rozmawiać o tych prostych i rozsądnych sprawach za pomocą języka czystej ideologii. W dodatku wykluczając wszystkich tych, którzy wyłamują się z szeregu pewnej poprawności. Jeżeli Lewica i jej kandydaci mają osiągać sukcesy wyborcze, potrzebna jest dywersyfikacja przekazu. Nie dla wszystkich kwestie LGBT będą sprawą priorytetową, nie każdy lewicowiec jest ateistą, nie wszystkich kręci weganizm, pacyfizm czy antyimperializm. Niektórzy nawet lubią używać niepoprawnego języka, co nie czyni ich od razu osobami przemocowymi czy pozbawionymi wrażliwości. Bo też tzw. „klasa ludowa”, którą akademicko-aktywistyczna lewica ubóstwia (formalnie) i mitologizuje (niepotrzebnie), rozmawia właśnie w taki sposób – bez cenzury.

To co powinno nas łączyć to akceptacja i szacunek do drugiego człowieka i głęboka wiara w możliwość zmiany jego sytuacji za pośrednictwem polityki ekonomicznej, społecznej itp. Innymi słowy – łączy nas wiara w zmianę, ale już niekoniecznie musimy się zgadzać co do jej natężenia i dokładnego rozkładu. Trzeba sobie zdać sprawę, że kandydat czy kandydatka wygrywająca w liberalnej i otwartej metropolii, niekoniecznie pasuje do oczekiwań osób z małych gmin i powiatów. Nie oznacza to wcale, że osoby z małych miast i miasteczek są nietolerancyjne czy szczególnie konserwatywne. Żadne badania nie potwierdzają tez o radykalnej prawicowości Polek i Polaków, o czym uwielbiają donosić niezłomni publicyści. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawica spreparowała szereg mitów na temat lewicy. Zła wiadomość – nie wszystkie są w pełni fałszywe. Wniosek jest prosty – tylko formacje zróżnicowane wewnętrznie i gotowe przynajmniej podjąć dialog z centrum sceny politycznej, mają szansę na uzyskanie statusu masowych.

Tajna broń – związki zawodowe

Tragicznym problemem współczesnej lewicy (nie tylko w Polsce) jest niemal całkowita rezygnacja z sojuszu partii i związków zawodowych. Również w samym języku, elementy pracownicze są systematycznie wypłukiwane lub rzucane w eter zasadniczo bez głębszej treści. Tymczasem, chyba najważniejszym czynnikiem sukcesu socjaldemokracji w wieku XX były jej relacje z organizacjami pracowników. Tym bardziej, że Prawo i Sprawiedliwość, pomimo pro-pracowniczej zasłony dymnej, prowadziło i prowadzi wybitnie anty-pracowniczą politykę. Oczywiście w tej sugestii, nie chodzi tylko o prezentowanie słusznych rozwiązań jak likwidacja śmieciówek i zwiększenie płacy minimalnej. Nie wystarczą nawet realne i namacalne sukcesy jak sejmowa poprawka Zandberga ograniczająca zarobki prezesów firm korzystających z pomocy publicznej. Chodzi o wyjście w teren i realny udział w organizowaniu pracowników. Polska notuje jeden z gorszych poziomów uzwiązkowienia w Europie – ok 10 proc. . Ta katastrofalna sytuacja ludzi pracy rzutuje na niskie płace, łamanie kodeksu pracy i niestabilność zatrudnienia. W Finlandii do organizacji pracowniczych należy 74 proc. pracujących, w pozostałych krajach Skandynawii sytuacja wygląda równie nieźle. Rozbudowa systemu związków zawodowych to zadanie trudne, ale nie niemożliwe. Wymaga decyzji politycznej i oddolnego zaangażowania działających związkowców, aktywistów i polityków (również parlamentarnych). To też jedna z nielicznych okazji do pozyskania socjalnego elektoratu PiS, którą głosuje na tę partię z uwagi na jej „ludowy” wizerunek i brak alternatywy. Tę alternatywę trzeba podłożyć pod nos, wraz z konkretnymi korzyściami.

Ekonomia głupcze!

Nie da się nie zauważyć, że tematy kulturowe zajmują gros przekazu lewicy. Zakres praw i wolności osobistych to kwestie kluczowe. Pamiętajmy jednak, że wolność jednostki nie ogranicza się do wolności „do”, lecz również „od” – wyzysku, biedy, braku perspektyw, nierównego dostępu do ochrony zdrowia, edukacji, kultury, komunikacji, pracy itd. itp. Jeżeli lewica ma przetrwać, bezpieczeństwo ekonomiczne musi stanąć w centrum jej zainteresowania. Prawo do równego startu, do godnej pracy i pomocy w kryzysie, to fundament lewicy – nie dodatek do postulatów kulturowych. Również dlatego, że większa otwartość na zmiany kulturowe, przychodzi wraz z poprawą sytuacji materialnej. Innymi słowy nie będę myśleć o prawach człowieka, gdy muszę nakarmić rodzinę. Lub – co bardziej współczesne – jak dorównać do wysokich standardów społecznych i nie być wyrzutkiem na tle realnej lub wyimaginowanej klasy średniej. Obietnica dołączenia do klasy średniej i recepta jak to zrobić to ten element przekazu lewicy, który bardzo ciężko jej odebrać. W przeciwieństwie do gwarancji ochrony mniejszości i rozwoju ich praw. Tutaj wystarczy umiarkowany liberał z deklaracją, że gorzej nie będzie. W tej kampanii Rafał Trzaskowski okazał się lepszym Biedroniem niż sam Robert Biedroń.

Patriotyzm jest fajny

Kiedy obserwujemy konferencje prasowe polityków lewicy, widać tam flagi partyjne, unijne, niekiedy również tęczowe. Flag narodowych jak na lekarstwo. To szerszy problem patrio-sceptycyzmu. To zrozumiały odruch w kontekście narodowych ekscesów polskiej prawicy i pewnego kosmopolityzmu bliskiemu wielu lewicowcom. W rzeczywistości jednak lewica oddaje jedno z ważniejszych pól definiujących tożsamość polityczno-społeczną większości Polek i Polaków. A przecież patriotyzm można opisywać na wiele sposobów, wpisując go w lewicową wizję świata. Chcesz umierać za Ojczyznę? Dobrze, a czy jesteś również gotów oddawać część dochodów na jej potrzeby? Czy popierasz zrównanie wszystkich swoich współobywateli w prawach, które sam posiadasz? Czy wywożenie milionowych zysków za granicę kraju to działania patriotyczne, a może zwyczajny egoizm? To ważne pytania, które należy stawiać. Nie w kontekście umiłowania świętego indywidualizmu i egoizmu a budowy prawdziwej polskiej wspólnoty narodowej dla wszystkich ludzi, bez względu na rasę, płeć, religię czy orientację seksualną. Naprawdę chciałbym kiedyś usłyszeć od polityków lewicy, że tolerancja, otwartość, sprawiedliwość, to cechy zarówno prawdziwie polskie, jak i lewicowe. I że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

Dawna socjaldemokracja – to se ne vrati

Gdyby tak miało być, Jarosław Kaczyński byłby socjaldemokratą. Formacje polityczne dostosowują się do nowych realiów. To co działało wczoraj, niekoniecznie sprawdzi się dziś. Dotyczy to zarówno perspektywy dekad (dziś już mało kto uwierzyłby w socjalistyczne programy lat 70 i 80 – żyjemy w innym świecie), jak i miesięcy. Jedną z głównych przyczyn porażki Roberta Biedronia, było jego skrajne niedostosowanie do Polski „covidowej”. Zwyczajnie, wyborcy oczekiwali twardszego kursu na rozwiązywanie konkretnych problemów, a typowe tematy z repertuaru twórcy Wiosny zeszły na dalszy plan. Trzeba odczytywać sygnały i wyciągać wnioski.

Sprawy mają się podobnie z lewicą. Jej wersja retro umarła, nowa przegrała, Trzecia Droga się nie sprawdziła, powrót do socjalistycznych korzeni również. Ale te same problemy pozostają. Koalicja Lewicy nie może udawać, że nic się nie stało i pozostać przy myśleniu życzeniowym. Potrzebne są zmiany.

Górnicy na śmietnik

Posłowie Lewicy upomnieli się o pracowników zagłębia konińsko-turkowskiego. Zapowiadane zwolnienia grupowe w Kopalni Węgla Brunatnego Adamów SA oraz Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin SA doprowadzą do tragedii.

Uchwały o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych i rozpoczęciu procedury konsultacji w sprawie zwolnień grupowych podjęły zarządy PAK Kopalni Węgla Brunatnego Adamów SA oraz PAK Górnictwo Sp. z o.o. – spółki zależnej od Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin S.A (ZE PAK) Oba podmioty planują zwolnienie do 237 pracowników. Zwolnienia mają zostać przeprowadzone od 1 lipca 2020 r. do jesieni tego roku.

Chleb ze śmietnika

– Pracodawca — właściciel nie ma nic więcej do zaoferowania zwalnianym pracownikom i poza kodeksowymi zapisami nie przewiduje żadnych innych środków zaradczych dotyczących np. rekompensat czy programów pomocowych. Po prostu z dnia na dzień zamierza się  pozbawić pracowników kopalń środków do życia — alarmują parlamentarzyści Lewicy: Tadeusz Tomaszewski, Karolina Pawliczak, Wiesław Szczepański i Karolina Kretkowska. – To będzie miało przełożenie na obniżenie poziomu życia rodzin górniczych i w konsekwencji zapaść , społeczną, kulturową czy ekonomiczną całego regionu. Zostawiono ich niestety zdanych na samych sobie. Górników wraz z rodzinami wysyła się do poszukiwaniu chleba na śmietnikach! – podsumowują.

W obronie pracowników wystąpiły również związki zawodowe aktywne w ZE PAK. Piszą do Andrzeja Dudy, podkreślając, że sprawa dotyczy tak bezpieczeństwa państwa, jak i równego traktowania obywateli, co przecież zapisano w konstytucji.

Związki oczekują, że – jeśli zwolnień nie da się uniknąć – wdrożony zostanie program osłon socjalnych dla zwalnianych pracowników górnictwa zagłębia konińsko — turkowskiego. Jest już pewien wzór: program dla pracujących przy wydobyciu węgla kamiennego na Śląsku (Śląsk 2.0). Czy pracownicy z zagłębia, gdzie wydobywany jest węgiel brunatny, nie zasłużyli na tyle samo uwagi?

Co można zrobić?

Posłowie Lewicy w interpelacji skierowanej na ręce prezesa rady ministrów wskazują, jakie praktyczne rozwiązania dające pracownikom ochronę są w zasięgu ręki. Wymieniają urlopy górnicze, emerytury pomostowe, zasiłki socjalne, jednorazowe odprawy, udzielanie pożyczek na preferencyjnych
warunkach w celu podjęcia działalności gospodarczej, wprowadzenia preferencyjnych zasad zatrudnienia pracowników zagrożonych likwidacją
sektora paliwowo- energetycznego przez podmioty gospodarcze funkcjonujące na terenie ościennych powiatów przy zastosowaniu wprowadzenia ulg podatkowych, wprowadzenia preferencyjnych kredytów i pożyczek dla przedsiębiorców tworzących nowe miejsca pracy.

Lewica pyta również rząd, co z tej gamy środków realnie zostanie wykorzystane. – Jakie działania osłonowe podejmie Rząd RP wobec zapowiedzi zwolnień grupowych w ZE PAK? Jakie wsparcie ze strony Rządu przewiduje się dla samorządów Wielkopolski Wschodniej, które będą przeciwdziałały negatywnym skutkom społecznym zwolnień grupowych w
zagłębiu konińsko-turkowskim? – zapisano w interpelacji.

Większościowy pakiet akcji ZE PAK posiada Zygmunt Solorz. Skonsolidowane przychody spółki, notowanej od 2012 r. na Giełdzie Papierów Wartościowych, wyniosły w 2019 r. 2,88 mld zł.

Potrzebna prawdziwa tarcza

– Koalicyjny Klub Lewicy. nie podniesie ręki za obniżeniem płac – grzmiał Adrian Zandberg w dyskusji nad tarczą antykryzysową nr 4. Sprzeciw Lewicy i KO nie powstrzymał jednak Zjednoczonej Prawicy.

Prawa i godność polskich pracowników znalazły się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tarcze antykryzysowe rządu Morawieckiego część lewicowych komentatorów już nazywa Planem Balcerowicza 2.0. Demontaż kodeksu pracy trwa w najlepsze.

Gdy tarcza nr 4 wejdzie w życie, przedsiębiorca w imię ratowania firmy, jeśli gdy stosunek kosztów wynagrodzeń do przychodów firmy wzrośnie o przynajmniej 5 proc. miesiąc do miesiąca, będzie mógł obniżyć płace o połowę, a czas pracy o 20 proc., nawet na rok. Jedynym warunkiem będzie utrzymanie płac powyżej płacy minimalnej. Również to pracodawca zdecyduje o terminie wykorzystania zaległego urlopu. Przedsiębiorcy nie będą również musieli przestrzegać części postanowień układów zbiorowych i/lub zakładowych regulaminów wynagradzania, jeśli zakładały one np. wyższe od ustawowych kwoty odpisów podstawowych dla osób niepełnosprawnych czy emerytów i rencistów. Fundusz Świadczeń Socjalnych będzie mógł zostać zamrożony całkowicie; w tym akurat punkcie potrzebna będzie zgoda reprezentacji pracowników..

To zły projekt

– mówią jednym głosem związki zawodowe: OPZZ, Inicjatywa Pracownicza, Związkowa Alternatywa, organizacje branżowe zrzeszone w OPZZ. Krytyczna jest nawet przychylna rządowi „Solidarność”. W Sejmie mocnym krytycznym głosem przemówił klub Lewicy.

– Setki tysięcy Polaków boją się, że są następni w kolejce do zwolnienia. A co robi rząd? Jeszcze ułatwia zwalnianie! Jak? Zmieniacie prawo tak, żeby można było wyrzucić ludzi z pracy taniej, żeby to się opłacało – mówił w imieniu socjaldemokratów Adrian Zandberg. – To jest wasz jedyny pomysł na ten kryzys – zabrać pracownikom, zabrać polskim rodzinom! W tej ustawie premier Emilewicz wysyła prosty komunikat do firm: zwalniajcie ludzi, zwalniajcie ile wlezie i ja wam w tym jeszcze pomogę.

Polityk przypomniał również, że PiS ciągle opóźnia nowelizację ustaw, które gwarantowałyby wyższe i bardziej dostępne zasiłki dla bezrobotnych. A przecież jest gotowy projekt Lewicy o świadczeniu kryzysowym, a jego autorzy zachęcali rząd, by po prostu go przepisał, jeśli nie chce głosować za tekstem sporządzonym przez opozycję.

Minister Emilewicz wolała jednak przekonywać, że tarcza jest… prozatrudnieniowa. Już wcześniej w mediach twierdziła, że rządowa pomoc dla firm osiągnęła poziom 46 mld zł i pozwoliła ocalić setki tysięcy miejsc pracy.

Obniżcie sobie pensje

Adrian Zandberg wypomniał politykom PiS, że zachowują się zupełnie jak ekipa Donalda Tuska, którą tak chętnie krytykują.

– Pamiętacie, jak Donald Tusk przerzucił koszty kryzysu na zwykłych ludzi, a potem ogłaszał, że Polska odniosła sukces? Wtedy go krytykowaliście – i słusznie! Mówiliście, że premier Tusk rozwala państwo, że zamyka szkoły, że głupimi oszczędnościami niszczy usługi publiczne. A dziś to wy to robicie! – powiedział jeden z liderów Lewicy Razem.

Dobrą radę premierowi Morawieckiemu i pozostałym członkom rady ministrów dał z kolei kandydat Lewicy na prezydenta. Robert Biedroń przypomniał, że na całym świecie szefowie rządów czynili gest solidarności z obywatelami, obniżając swoje pensje. Dlaczego podobnie nie mógłby postąpić zamożny przecież premier Morawiecki?

– Jeżeli pan chce sprawdzić, jak to jest, kiedy nie ma na zapłacenie rachunków, kiedy nie ma pieniędzy na wysłanie dziecka do szkoły, kiedy nie ma na zapłacenie czynszu – niech pan zacznie od siebie – powiedział Biedroń.

Czwarta tarcza antypracownicza

Jeśli czwarta tarcza antykryzysowa zostanie przyjęta w postaci, o jakiej dowiedziały się media, to mamy do czynienia z kolejnym przerzuceniem ciężaru kryzysu na pracowników.

Rząd nie kryje się nawet specjalnie z tym, że jego celem jest ratowanie firm, a tylko przy okazji – ludzi. Równocześnie organizacje pracodawców nieustannie sugerują mu dalsze „uelastycznianie” (czytaj: demontaż) kodeksu pracy. Do tego w czwartej „tarczy” na razie nie dochodzi, ale zapisów znacząco zabezpieczających pracowników czy bezrobotnych również nie widać.

Związki zawodowe oburza zwłaszcza rozważane odebranie pracownikom możliwości samodzielnego decydowania o terminie wykorzystania zaległego urlopu. To pracodawca miałby zdecydować, kiedy zatrudniane przez niego osoby skorzystają z urlopu.

Nowe prerogatywy pracodawców

Jeśli projekt zostanie przyjęty, pracodawcy będą mogli pomijać postanowienia układów zbiorowych lub regulaminów wynagrodzeń, jeśli te przewidują wyższą wysokość odpisu na zakładowy fundusz socjalny niż wymagane ustawowo minimum. Inne obowiązki związane z prowadzeniem zakładowego funduszu socjalnego również będą mogły zostać anulowane, ale tutaj pracodawca będzie już musiał uzyskać akceptację ze strony związków zawodowych. Dodatkowo tarcza nr 4 narzuca maksymalną wysokość odprawy: dziesięciokrotność pensji minimalnej. Z tym, że większość pracowników i tak nie może liczyć na taką kwotę.

Mamy dość!

OPZZ komentuje projektowane zapisy tarczy bardzo krótko. – Mamy dość antypracowniczych rozwiązań – czytamy na stronie centrali związkowej. OPZZ negatywnie odnosił się również do poprzednich zapisów tarcz, w których deklarowano wsparcie dla pracodawców, a od pracowników żądano zaciskania pasa. Rząd puścił jednak te zastrzeżenia mimo uszu.

Wyższe zasiłki? Może latem

Związki zawodowe i lewica od dawna domagają się, by w tarczach antykryzysowych wzmocnić ochronę bezrobotnych. Ale akurat to nie jest jedna ze spraw, które rząd zamierza załatwiać w trybie ekspresowym.

Nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy nie będzie w najbliższym czasie. A to praktycznie wyklucza możliwość wypłacania wyższych zasiłków dla bezrobotnych od czerwca, chociaż minister Jadwiga Emilewicz już kilka razy sugerowała, że rząd kwestią zasiłków się zajmuje. W takim układzie również „świadczenie solidarnościowe”, jakie obiecywał na ostatniej konwencji wyborczej Andrzej Duda, w najlepszym razie będzie mogło trafiać do beneficjentów od 1 lipca.

O jakich kwotach w ogóle mowa?

NSZZ „Solidarność”, która ze wszystkich podmiotów ma bodaj największe szanse, by przekonać prawicowy rząd do prospołecznych ruchów, sugeruje podniesienie kwoty zasiłku do 1300 zł i dodatkowe wypłacanie przez trzy miesiące świadczenia solidarnościowego – 1200 zł. To znacznie mniej, niż proponowała Lewica, wnosząc projekt ustanowienia zasiłków w wysokości równej połowie utraconej ostatniej pensji, a także świadczenia kryzysowego w wysokości 2100 zł.

Z przecieków okołorządowych wynika, że o ile projekt opozycyjnego socjaldemokratycznego klubu raczej nie zostanie przetestowany w praktyce, to już pomysł świadczenia solidarnościowego nie został przez premiera Morawieckiego kategorycznie odrzucony. Z tym, że świadczenie obowiązywałoby jedynie w okresie zagrożenia epidemicznego. Nie zostałoby z nami na stałe.

Nawet jednak tak ograniczona forma pomocy wywołuje już sprzeciw części organizacji pracodawców. Wyższe zasiłki to w ich oczach tylko zachęta, by nie przyjmować ofert pracy za niskie wynagrodzenie. Nie brakuje też obaw, że jeśli z jednej puli będzie wypłacana pomoc dla pracowników i dla biznesu, to dla tego drugiego zostanie mniej.

Co znamienne, pomysł „zawieszania stosunku pracy”, rzucony w przestrzeń publiczną przez minister rodziny, pracy i polityki społeczne, nie wywołał wśród pracodawców nawet w połowie tak gniewnych reakcji.

Mamy o co walczyć

Forsując kolejne niekorzystne dla pracowników rozwiązania w tarczach antykryzysowych rząd bardzo dobitnie pokazał wszystkim polskim pracownikom, jak niewiele znaczą, gdy uderzył kryzys, a oni są rozproszeni i nie mają silnej reprezentacji.

Zapisy tarczy antykryzysowej nr 3, które miały pozwalać pracodawcom na wyrzucanie z pracy przez e-mail i szybkie pozbywanie się pracowników, którzy mają jeszcze jakieś źródło dochodu, na razie pozostały w sferze medialnych przecieków. Nie znalazły się w katalogu przepisów, które rząd ostatecznie zaakceptował na posiedzeniu i wniósł do Sejmu. Jeszcze nie wracamy do XIX-wieku, jak ostrzegał OPZZ. Ale też i nie robimy żadnych kroków w stronę państwa dobrobytu, które podobno miało pod rządami PiS stać się udziałem Polaków. W czasach kryzysu rząd idzie drogą wydeptaną przez jawnie neoliberalnych poprzedników. Wydłuża i „uelastycznia” czas pracy, otwiera furtki do zwolnień, a osoby zatrudnione w wybranych branżach pozwala przymuszać do ciągłego trwania w gotowości do pracy.
W czasie kryzysu 2008 r. nie siedzieliśmy zamknięci w domach i związki zawodowe były w stanie wyprowadzić na ulice tysiące niezadowolonych. OPZZ i „Solidarność demonstrowały jeszcze wtedy razem. Dziś nie można o tym nawet marzyć. Nie można jednak również siedzieć z założonymi rękami. Już wiemy, że niby-protest w przestrzeni wirtualnej, a nawet przekonujco uargumentowana publicystyka i wideokonferencje nie robią na rządzących wrażenia. Dlatego warto właśnie teraz, w okolicach pierwszomajowego Święta Pracy, wziąć sobie do serca apel związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza, wzywającego, by tworzyć na poziomie zakładów, a potem może regionów i branż, społeczne, pracownicze komitety antykryzysowe. Skoro 70 proc. pracowników mimo pandemii nadal pracuje – niech będzie słyszalny ich głos i ich postulaty.

A żądać tego 1 maja możemy:
Wyrzucenia śmieciówek do śmieci

Bo już wiemy, co one w praktyce znaczą. Przed kryzysem część pracowników, zwłaszcza młodych, mogła wzruszać ramionami na brak ubezpieczenia i niestabilność zatrudnienia, ciesząc się z dodatkowej gotówki tu i teraz. W dobie gospodarczego załamania zostali z niczym. Najpierw musieli chodzić do pracy nawet z chorobą, bo urlop nie przysługiwał. Potem zaczęli tę pracę tracić, nadal nie mając ubezpieczenia czy prawa do zasiku. Na koniec minister Emilewicz poradziła, że „trzeba było się ubezpieczać”.

Potrzebujemy stabilnego zatrudnienia i poczucia bezpieczeństwa, a nie eksploatacji bez żadnych gwarancji.

Podwyższenia zasiłku dla bezrobotnych

Na koniec roku bezrobocie może wynieść 10 proc. – do tego rząd już się przyznaje. W praktyce będzie zapewne wyższe. A nie każdy pozbawiony zatrudnienia spełni kryteria, by otrzymać nieco ponad 800 zł zasiłku (w pierwszych miesiącach).

Lewica oczekuje, że zasiłek wyniesie połowę ostatniej pensji i będzie wypłacany dłużej. Państwo stać, by dać ludziom możliwość utrzymania się na powierzchni podczas katastrofy, którą nie oni spowodowali.

Gwarancji bezpiecznej pracy

Nie wszystkie zakłady będą mogły przejść w tryb pracy zdalnej. Ale we wszystkich da się zapewnić podwyższony poziom higieny, przeprowadzać regularną dezynfekcję i wietrzenie, wyposażyć pracujących w stroje ochronne.

Obecnie część pracodawców, gdy o tym słyszy, oznajmia w pierwszej kolejności, że czas na te czynności powinien zostać odjęty od ośmiogodzinnego dnia pracy. Bo przecież to niemożliwe, by ludzie chociaż przez moment pozostawali bezczynni.

Państwo ma obowiązek bronić obywateli, ich zdrowia i życia. Mamy prawo żądać, by zadziałało w tej sprawie, jeśli równocześnie nakłada na nas kolejne ograniczenia w życiu codziennym.

Większych praw dla związków zawodowych

Dziś zorganizowanie w Polsce strajku jest procedurą wyjątkowo skomplikowaną na tle rozwiązań, jakie obowiązują w innych państwach zachodnioeuropejskich. Uproszczenie fazy rokowań i wymogów dotyczących referendum strajkowego nie doprowadzi do chaosu, lecz podniesie pozycję negocjacyjną polskiego pracownika w sporze z szefem. W dobie pandemii i strachu o jutro – bliską zeru.

Wzajemności biznesu za pomoc państwową

Tu wystarczy wprost przytoczyć jeden z punktów apelu Inicjatywy Pracowniczej: „Beneficjenci pomocy państwa z branży produkcyjnej, którzy zanotowali zyski powyżej 50 mln zł w ostatnim roku, powinni przestawić produkcję na pomoc niedofinansowanym systemom opieki medycznej (respiratory i sprzęt ochrony indywidualnej) po kosztach wytworzenia materiału”. Nic dodać, nic ująć!

Niech się święci Pierwszy Maja!

Trzecia tarcza – też nie dla pracowników

Gdy związki zawodowe zobaczyły, co rząd chce wpisać do tarczy antykryzysowej 3.0, uderzyły na alarm. Ostatecznie rząd wycofał się z najstraszniejszych zapisów, ale i w pozostałych nie wspiera ludzi pracy.

Pierwsza wersja projektu, która w poniedziałek nieoficjalnie krążyła w mediach, dawała pracodawcy możliwość obcięcia wynagrodzeń całej załogi o 10 proc., bez żadnych konsultacji z pracownikami czy związkami zawodowymi.

E-praca, e-zwolnienie

Jeszcze bardziej skandalicznie wyglądał zapis umożliwiający szefowi firmy zwolnienia przez e-mail, z czysto teoretyczną możliwością odwołania się (do zamkniętego na czas pandemii sądu pracy). Przesłanką dla mailowego zwolnienia miało być np. posiadanie dodatkowego źródła zarobku. Pierwsi do wyrzucenia tym samym stawali się dorabiający emeryci i renciści, a także osoby zatrudnione w dwóch miejscach na raz. Co więcej, firmy miały dostać wolną rękę, by na tej podstawie zwalniać dowolną liczbę ludzi i nie traktować całej operacji jako zwolnienia grupowego.

Jakby tego było mało, „tarcza” przewidywała również możliwość wysyłania pracowników na przymusowe urlopy w wymiarze połowy dni odpoczynku przewidywanych na rok 2020.Miała do tego zawiesić układy zbiorowe (i tak mało w Polsce rozpowszechnione), programy dobrowolnych odejść i wszystkie inne lokalne regulaminy i porozumienia, w których zapisano rozwiązania korzystniejsze dla pracowników niż w kodeksie pracy.

Prawo dżungli

Związki zawodowe natychmiast zareagowały na taki zestaw antykryzysowych, czytaj: antyspołeczny pomysłów szczerym oburzeniem. Związkowa Alternatywa napisała o wojnie wypowiedzianej ludziom pracy. – Kryzys już teraz pokazał, że polski rynek jest zbyt elastyczny, a prawa pracownicze są w zbyt małym stopniu chronione. Dotyczy to między innymi gigantycznej skali umów cywilno-prawnych, niewypłacania wynagrodzeń na czas czy zwolnień pracowników objętych ochroną związkową. Zamiast respektować istniejące prawo i eliminować patologie, rząd chce dekretem wprowadzić prawo dżungli – komentował przewodniczący organizacji Piotr Szumlewicz.

Równie mocne stanowisko wystosowało Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. – Te skandaliczne propozycje mają charakter skrajnie antypracowniczy i przekreślają dorobek krajowego ustawodawstwa pracy, przenosząc polskie stosunki pracy do XIX wieku. Są w jawnej sprzeczności z fundamentalnymi standardami pracy Międzynarodowej Organizacji Pracy – napisała organizacja, zapowiadając, że jeśli jej głos nie zostanie wzięty pod uwagę, to związki zaczną organizować protesty.

Ułatwienia, zwolnienia, dopłaty

Czy rząd cofnął się, widząc, że ryzykuje utratą społecznego poparcia, które dotąd budował, reklamując się jako „bliski ludziom”? Zapisy, które we wtorek ostatecznie wpłynęły do sejmu, nie mówią już nic o mailowych zwolnieniach. Wprowadzono głównie uproszczenia różnych procedur obowiązujących pracodawców. To oni zostali zwolnieni z obowiązku uzyskiwania zezwoleń na zatrudnianie pracowników sezonowych i to im wydłużono terminy ważności wymaganych prawem certyfikatów bezpieczeństwa. Będą również mogli zmienić warunki pracy zatrudnianych cudzoziemców be konieczności starania się o nowe zezwolenie dla pracę dla takiej osoby. Przedsiębiorcy prowadzący recykling odpadów dostali dodatkowe miesiące na przeprowadzenie jego audytu. Specjalną pomoc przewidziano dla dotkniętych kryzysem przewoźników kolejowych i autobusowych.

Inne nowe przepisy dotyczą rozszerzenia katalogu spraw, które można załatwiać przez internet. Za pomocą platformy ePUAP stanie się możliwe złożenie pisma do sądu, a następnie odbiór korespondencji z sądu (która będzie też mogła być kierowana pocztą elektroniczną). Przedłużone zostaną karty pobytu tych cudzoziemców, którzy są obywatelami państw Unii Europejskiej. W 2020 r. nie będzie również postępowania kwalifikacyjnego dla pracowników służby cywilnej ubiegających się o mianowanie, a okres, gdy nauczyciele nie pracują przy tablicy (bo szkoły są zamknięte) będzie normalnie uwzględniany przy wyliczaniu okresów składkowych do emerytury.

Dochód gwarantowany? Nie tym razem

Rząd pominął natomiast całkowitym milczeniem propozycje lewicowej opozycji, ale również bliskich socjaldemokracji ekonomistów i komentatorów, by podnieść zasiłki dla bezrobotnych lub zagwarantować wszystkim, którzy stracili źródło utrzymania, stałą kwotę minimalnego dochodu. Przypomnijmy, że Lewica sugerowała w ubiegłym tygodniu przyznanie takiego świadczenia, o nazwie „kryzysowe”, zarówno bankrutującym drobnym przedsiębiorcom, jak i wyrzuconym z pracy pracownikom. Sugerowała kwotę 2100 zł, by ludzie ci byli w stanie zapłacić rachunki, a także opłacić pewną pulę towarów i usług. Gdy bowiem całe społeczeństwo dotknie pauperyzacja, nikt nie kupi dóbr wytwarzanych w firmach, które rząd stara się utrzymywać przy życiu.

W cieniu pandemii Trump rozbija związki zawodowe

Pod przykrywką walki z COVID-19 jedna z federalnych agencji forsuje prawo, którego skutkiem może być faktyczna blokada możliwości zrzeszania się w związkach zawodowych na terenie Stanów Zjednoczonych.

Podległa prezydentowi Donaldowi Trumpowi Krajowa Rada ds. Stosunków Pracy (The National Labor Relations Board, NLRB) ogłosiła 1. kwietnia, że zmienione zostaną przepisy dotyczące zakładania związków zawodowych na terenie amerykańskich przedsiębiorstw.
Według nowych przepisów, które mają wejść w życie 31. maja, do zablokowania działalności nowo utworzonego związku zawodowego wystarczy sprzeciw zaledwie 30 proc. pracowników danej firmy. W ten sposób mniejszość może zablokować wolę większości, która pragnie zrzeszyć się w związku zawodowym.
Wyeliminowana zostanie również zasada, która daje pracownikom prawo do utajnienia na jakiś czas wyników wyborów związkowych, jeśli pracodawca jest oskarżony o działania niezgodne z prawem, w tym stosowanie nieuczciwych praktyk w pracy.
Lewicowi eksperci są zgodni w ocenie: nowe prawo utrudni pracownikom możliwość zrzeszania się i prowadzenia działalności związkowej, niemal ją uniemożliwi.
NLRB „skutecznie likwiduje prawo pracowników do zrzeszania się w czasie, gdy pracownicy potrzebują tego bardziej niż kiedykolwiek” – powiedział w oświadczeniu Richard Trumka, szef związku zawodowego AFL-CIO.
„Wrogość Donalda Trumpa wobec rokowań zbiorowych ujawniła się w momencie, kiedy Ameryka ma najbardziej antyprcowniczo nastawioną agencję pracy w swojej historii” – dodał. „Ruch pracowniczy będzie zwalczał te działania używając wszystkich dostępnych instrumentów” – zapewnił Trumka.
To oczywiście nie pierwsze antypracownicze działania administracji Trumpa w czasie trwania pandemii COVID-19. W zeszłym miesiącu związki zawodowe oskarżyły amerykańskiego prezydenta, że wykorzystuje kryzys wywołany koronawirusem w celu zwalczania zorganizowanej siły roboczej po tym, jak Federalny Urząd ds. Stosunków Pracy zaproponował zmianę przepisów dotyczących kwestii regulowania składek na rzecz związków zawodowych, do których należą pracownicy agencji federalnych.
Zgodnie z dotychczasowym prawem ustalony jest 15-dniowy przedział czasowy w danym roku, kiedy pracownicy mogą anulować składki na rzecz związku, do którego należą. Zgodnie z nową propozycją NLRB po roku członkostwa mogliby anulować składki w dowolnym momencie. W tej sytuacji wystarczy szantaż ze strony pracodawcy połączony z represjami wobec niepokornych pracowników, żeby gros pracowników odmówiło finansowania związku, praktycznie pozbawiając go możliwości działania.
„Agencja, która została powołana po to, by stać na straży prawa pracowników do zabierania głosu w miejscu ich zatrudnienia, odmawia im tego prawa” – napisała na blogu pracownica federalna Celine McNicholas. Jej zdaniem efekt tego będzie taki, że coraz więcej pracowników będzie odchodzić z pracy z powodu obaw o swoje zdrowie i bezpieczeństwo w trakcie pandemii COVID-19.
W ostatnich dniach drastycznie zwiększa się liczba osób bezrobotnych w USA. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia marca po zasiłek zgłosiło się rekordowe 6,6 mln Amerykanów.
Wiele też osób dobrowolnie rezygnuje z pracy w obawie przed groźbą zarażenia się koronawirusem, gdyż ich szefowie nie wyposażyli ich w podstawowe środki zapewniające im bezpieczeństwo (takie jak środki odkażające, maseczki i jednorazowe rękawice).
Pozbawieni możliwości skutecznego nacisku na swych szefów pracownicy niewiele będą mogli zrobić, by poprawić warunki swojej pracy.