Działanie na szkodę poczty

O pracy na poczcie i niełatwej działalności związków zawodowych w Poczcie Polskiej z Piotrem Moniuszką, przewodniczącym Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, który niedawno stanął w obliczu zwolnienia dyscyplinarnego rozmawiał Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Jak długo już pracujesz w Poczcie Polskiej?
Zacząłem, jeśli dobrze pamiętam, w marcu 1991 r. Przez pierwsze pięć lat pracowałem jako listonosz i ten okres nie raz wspominam z łezką w oku. Nabawiłem się jednak stanu zapalnego kolan i musiałem zmienić zajęcie.
Ale z pocztą się nie rozstałeś.
Przeniesiono mnie wówczas na stanowisko asystenta (obecnie stanowisko ds. obsługi klienta) na którym jestem zatrudniony, póki co, do dziś. Przez pierwszy rok pracowałem na tak zwanym stanowisku telekomunikacyjnym. Praca polegała na przyjmowaniu od klientów telegramów, następnie „wysłania” ich dalekopisem do właściwego urzędu, skąd były doręczane. Przyjmowałem zamówienia na rozmowy międzymiastowe, międzynarodowe, gdzie klienci po nawiązaniu połączenia byli proszeni do odpowiedniej kabiny, celem przeprowadzenia rozmowy. Później przeniesiono mnie do przyjmowania od klientów listów, paczek, wpłat, wypłat. Od kilku lat natomiast zajmuję się tylko pracą na rzecz pracowników i związku.
Działałeś w organizacji pracowniczej przed założeniem własnego związku?
Gwoli wyjaśnienia – to nie jest mój własny związek. To dobro wszystkich pracowników w nim zrzeszonych. Ja mam tylko przyjemność od samego początku kierować tą organizacją. A wracając do pytania: działalność związkowa zainteresowała mnie raczej przez przypadek. W jednym z urzędów, gdzie pracowałem, jedna z koleżanek ukradła znaczną ilość gotówki. Rozpoczęło się dochodzenie i szukanie współwinnych. Wówczas kilkoro niemających moim zdaniem nic wspólnego z tą kradzieżą pracowników zaczęto straszyć, że są współwinni i będą zobligowani do oddania z własnej kieszeni skradzionej gotówki. Zgłosili się wtedy do jednego ze związków zawodowych z prośbą o pomoc, ale odeszli z kwitkiem.
Dlaczego tak się stało?
Ponoć któryś związkowiec powiedział im, że niech się cieszą, że firma od razu ich nie zwolniła. To był ten przełom. Zadałem sobie pytanie: co będzie, jak ja będę miał jakieś problemy w pracy? Przecież na pomoc ze strony takich związków zawodowych nie będę mógł liczyć.
Postanowiłeś więc stworzyć odważniejsze, bardziej rzetelne i bojowe związki?
Nie od razu. Najpierw wstąpiłem do jednego z już aktywnych związków i zacząłem tam aktywnie się udzielać. Nie byłem jednak zadowolony ze sposobu funkcjonowania organizacji, a kiedy próbowałem go zmieniać, usunięto mnie. Postawiono mi zarzuty, nie pamiętam już, jakie dokładnie i zarząd tej organizacji pozbawił mnie praw członka. Nie odwoływałem się tej decyzji, gdyż to nie miało sensu. W międzyczasie poznałem środowisko związkowe w firmie i kolega, przewodniczący jednej z innych organizacji, zaproponował mi przystąpienie do niej. Od początku współpraca układał się nam ciężko, więc po jakimś czasie zacząłem rozważać stworzenie nowego związku zawodowego. I tak w gronie bliskich mi kolegów zapadła decyzja: tworzymy Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty.
Komitet założycielski zawiązał się 15 marca 2006 r., a miesiąc później zostaliśmy zarejestrowani w KRS. Minęło zaledwie kilka miesięcy, a na poczcie wybuchł strajk listonoszy.
To wy go organizowaliście?
Raczej włączyliśmy się do tego protestu oraz na bieżąco informowaliśmy, co w tej sprawie się dzieje. Dodam, że byliśmy wtedy jedyną organizacją związkową, która miała swoją stronę internetową i forum. Od samego początku zawsze staraliśmy się wsłuchiwać się w głos pracowników i na bieżąco informować o sytuacji w firmie.
A wokół jakich spraw koncentruje się wasza bieżąca działalność?
Na przestrzeni tych kilkunastu lat wciąż postulujemy o zmianę w systemie wynagrodzeń, tak by wynagrodzenie zasadnicze pracownika nie zależało od… nie wiadomo w zasadzie czego. W chwili obecnej różnice w wynagrodzeniach zasadniczych pracowników zatrudnionych na tym samym stanowisku pracy, wykonujących te same zadania, tej samej wartości wynoszą nawet kilka tysięcy złotych. Naszym zdaniem do stanowiska pracy winno być przypisane wynagrodzenie zasadnicze. Ale to ciągle pozostaje w sferze postulatów.
Natomiast naszym niewątpliwym sukcesem jest to, że w czasie trzynastu lat działalności udało się nam sądownie przywrócić wielu zwolnionych pracowników do pracy. Mamy za sobą przeprawę sądową aż do sądu najwyższego w sprawie wyboru zakładowego społecznego inspektora pracy. Batalię tę wygraliśmy na każdym etapie postępowania sądowego. Pomimo to pracodawca nigdy nie dostosował się do tego wyroku. Co ważne, we wszystkich sprawach sądowych, w których pomagaliśmy pracownikom, nie korzystaliśmy z usług kancelarii prawnych. Praktycznie w każdej sprawie sądowej sam występowałem jako pełnomocnik procesowy pracownika.
Masz wykształcenie prawnicze?
Nie. Z wykształcenia jestem ekonomistą. Ustawa o związkach zawodowych daje mi możliwość występowania jako pełnomocnik procesowy przed sądami pracy. Po prostu szybko się uczę.
Napięcia z szefostwem lub innymi związkami często wam się zdarzały?
Oficjalnie pracownicy mogą dostrzegać spór pomiędzy kierownictwem firmy a związkami zawodowymi. Tak naprawdę to są to tylko pozory. Spory nie dotyczą wszystkich związków w równym stopniu. Podam najświeższy przykład. W jednej z kontroli przeprowadzonej przez Państwową Inspekcję Pracy okazało się, że dwie organizacje związkowe, OM NSZZ Solidarność Pracowników Poczty Polskiej oraz Związek Zawodowy Pracowników Poczty zrzeszony w OPZZ, korzystają ze specjalnych przywilejów, które wykraczają poza unormowania prawne, z dodatkowych 12 tzw. etatów związkowych. Związek zawodowy zrzeszając określoną w ustawie o związkach zawodowych liczbę członków, może zwrócić się do pracodawcy o zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy określoną liczbę działaczy związkowych, którzy mają świadczyć pracę na rzecz danego związku. Ustawa to precyzyjnie określa. Wskutek kontroli PIP okazało się, że takich zwolnionych z obowiązku świadczenia pracy pracowników jest o 12 więcej, niż mówią o tym przepisy wspomnianej ustawy.
Ale jak to się mogło stać?!
Z tym pytaniem należałoby się zwrócić do pracodawcy. Nie ukrywam, że sam chętnie dowiedziałbym się, dlaczego. Biorąc jednak pod uwagę, że skoro pracodawca zdecydował się na przyznanie tych dodatkowych etatów, to z pewnością ma prawo oczekiwać czegoś w zamian od tych związków. Czego?
Na przykład spolegliwości?
Ty to powiedziałeś.
Na początku sierpnia dołączyliście do Związkowej Alternatywy, a kilka dni temu pisałeś na Facebooku, że krążą pogłoski na temat możliwej dyscyplinarki. Naprawdę ją dostałeś? Czy między jednym a drugim jest związek?
Ogólnie interesuję się ruchem związkowym w Polsce. Pamiętam, jak prawie rok temu odbywał się strajk w PLL LOT, a Piotr Szumlewicz aktywnie go wspierał. Gdy dowiedziałem się, że utworzył nową centralę, Związkową Alternatywę, postanowiłem się z nim skontaktować. Okazało się, że nasz punkt widzenia jest bardzo zbieżny. Zarząd WZZPP nie miał wątpliwości: przyłączamy się.
Rozumiem, że Twoja sprawa wybuchła chwilę później…
Słuchaj dalej. W zeszłym tygodniu w piątek, by było ciekawiej, był to wrześniowy piątek trzynastego, odebrałem pismo skierowane do WZZPP, w którym to pracodawca zwraca się do związku z zapytaniem, czy korzystam z obrony związku. Potrafię odczytać jego intencje, mam w końcu kilkanaście lat doświadczenia w związkach.
Póki co jeszcze nie zostałem zwolniony. Trwają tak zwane konsultacje. W dniu dzisiejszym (20 września) otrzymaliśmy pismo, w którym pracodawca podał zamiar rozwiązania ze mną umowy o pracę w trybie art. 52.1 KP wraz z przyczynami. Teraz Zarząd związku ma siedem dni na wyrażenie zgody lub stanowczy sprzeciw. Biorę jednak pod uwagę, że nawet w przypadku niezgody Zarządu WZZPP na rozwiązanie umowy o pracę ze mną, pracodawca może to zrobić. W ciągu najbliższych dni, sprawa ta powinna się rozstrzygnąć. Jeśli dojdzie do rozwiązania umowy, będę dochodził swoich spraw przed sądem.
A to może trwać wieki.
Tak, taki proces może ciągnąć się nawet trzy lata. Niemniej jestem na tyle zdeterminowany, że dam radę. Dużo tu pomaga wsparcie moralne ze strony bardzo wielu pracowników. W ciągu trzech dni od zamieszczenia informacji o możliwym zwolnieniu na Facebooku otrzymałem chyba z ponad tysiąc maili, wiadomości prywatnych. Nie wspomnę, że nie nadążam odbierać telefonu.
Jak kierownictwo poczty uzasadnia swoją decyzję?
Najkrócej mówiąc, ich zdaniem działam na szkodę spółki. W zasadzie odniesiono się do jednego z moich wpisów na Facebooku, w którym napisałem, że jest rozważane przez kierownictwo firmy złożenie wniosku do sądu o upadłość PP S.A.
Skąd to wiesz?
Niestety, ale nie mogę na to pytanie odpowiedzieć. W każdym razie w mojej ocenie jest to bardzo wiarygodne źródło. Tyle, że nie uważam, by sam tylko wpis na Facebooku, czy nawet ogólniej moja aktywność w mediach mogła uzasadniać decyzję o rozwiązaniu ze mną umowy o pracę.
To o co chodzi naprawdę?
Mogę jedynie opierać się na przypuszczeniach, ale nie chciałbym teraz o tym mówić. Może to mi się przydać w ewentualnym procesie sądowym z Pocztą Polską.
Słyszałeś wcześniej o takich przypadkach nagłych dyscyplinarek na poczcie?
Bodajże dwa lata temu zwolniono jednego z przewodniczących związku. Tyle, że jak pamiętam, przyczyny wypowiedzenia o pracę miał zupełnie inne. Chodziło o jakieś wyłudzenia pieniędzy firmy. Nie znam dokładnie tej sprawy i nie wiem nawet, jakie stanowisko wtedy zajął Zarząd tamtego związku. Chociaż z tego, co pamiętam, to nie było żadnej reakcji.
Twój związek będzie cię bronił?
Jeśli pracodawca rozwiąże ze mną umowę o pracę, złożę stosowny pozew do sądu pracy. Nie dostrzegam w tym, co pisałem, bądź powiedziałem w wywiadach czegoś, co mogło szkodzić firmie. Uważam, że jako przedstawiciel związku zawodowego mam prawo do informowania pracowników, opinii publicznej o sytuacji w firmie. Nie odbieram tego jako działanie szkodliwe. Wczoraj mieliśmy spotkanie Zarządu i rozmawialiśmy o możliwych scenariuszach dotyczących mojej osoby. Na ten moment jedynie co mogę powiedzieć to to, że Zarząd WZZPP nie przychyli się do stanowiska pracodawcy. W najbliższym czasie Zarząd zajmie własne.

 

NIE dla Rafalskiej

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa popiera krytyczne stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych wobec kandydatury Elżbiety Rafalskiej na przewodniczącą Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE. Związki zawodowe powinny być postępowymi siłami, które walczą z wszelkimi formami dyskryminacji. Elżbieta Rafalska reprezentuje partię ksenofobiczną, która utwierdza negatywne stereotypy wobec kobiet, migrantów czy LGBT. Ponadto Prawo i Sprawiedliwość na szczeblu unijnym nie walczy o wdrożenie rozwiązań, które uczyniłyby Unię Europejską bardziej solidarną, sprawiedliwą i demokratyczną. Wręcz przeciwnie, PiS umacnia model Europy dwóch prędkości, sytuując Polskę na marginesie Wspólnoty Europejskiej. Między innymi obecny rząd sprzeciwia się zasadzie równej płacy za tę samą pracę, przyzwalając w ten sposób na dyskryminację pracowników z biedniejszych krajów, pracujących w bogatych krajach zachodnich. Minister Rafalska jako minister rodziny, pracy i polityki społecznej nie podjęła też działań na rzecz ograniczenia umów niestandardowych, a jej dialog z partnerami społecznymi był pozorowany. Partia Elżbiety Rafalskiej podjęła też szereg antypracowniczych działań w spółkach skarbu państwa, jak też w sektorze państwowym i samorządowym, z pogardą odnosząc się do nauczycieli, pracowników socjalnych, pracowników służby zdrowia czy pracowników wymiaru sprawiedliwości.
Jednocześnie jesteśmy zażenowani postawą Solidarności, która odcina się od międzynarodówki związkowej i staje u boku rządu. Centrala Piotra Dudy po raz kolejny okazuje się przystawką Prawa i Sprawiedliwości i interes partii rządzącej stawia ponad interesami świata pracy. Solidarność daje kolejne dowody, że jej aktywność nie ma wiele wspólnego z działalnością związkową – jest to po prostu jeden z wielu sojuszników prawicowego rządu. W ostatnich miesiącach Solidarność wielokrotnie kompromitowała ruch związkowy, wspierając ruchy ksenofobiczne i nacjonalistyczne, jak też wspierając niszczenie praworządności przez rząd. Niedawno Piotr Duda przyłączył się do nagonki na LGBT, chociaż zakaz dyskryminacji jest wpisany tak w Konstytucję RP, jak i Kodeks Pracy.
Związkowa Alternatywa broni praw pracowniczych w każdym wymiarze i dlatego zdecydowanie odcina się od Solidarności, a jednocześnie popiera stanowisko Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Podobnie jak nasi koledzy i koleżanki z EKZZ, uważamy, że Elżbieta Rafalska nie nadaje się na stanowisko przewodniczącej Komisji ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych PE i jesteśmy przeciwko jej kandydaturze.

Folwark związkowy

Pełnienie przeze mnie funkcji przewodniczącego struktur wojewódzkich była niewygodne dla władz centralnych, ponieważ angażując się działania związkowe, naruszałem ich interesy, a przy okazji głośno zadawałem pytania o finanse centrali. Dla kierownictwa OPZZ to było za wiele, więc zaczęły się poszukiwania opcji, jak można usunąć mnie ze stanowiska.

Moja współpraca ze związkami zawodowymi zrzeszonymi na Mazowszu układała się bardzo dobrze, więc atakowanie mnie za działalność związkową spotykało się z wrogą reakcją części związkowców. Została więc metoda PiS-owska: tak ponaciągać procedury i pozmieniać regulaminy, aby móc usunąć mnie z OPZZ, a zarazem uniknąć niezadowolenia związkowców. Po siedmiu nowelizacjach ustawy o Trybunale Konstytucyjnym przez partię rządzącą społeczeństwo też już straciło orientację, kto w sporze ma rację. Wobec mnie przyjęto podobną strategię: centrala ogłosiła, że musiała odebrać mi stanowisko przewodniczącego rady mazowieckiej, bo zrzeszony w OPZZ związek Konfederacja Pracy pozbawił mnie członkostwa, Konfederacja Pracy ogłosiła, że to nie jej wina, bo funkcji pozbawiło mnie prezydium OPZZ, a rada mazowiecka rozłożyła ręce i ogłosiła, że centrala wraz z Konfederacją się mnie pozbyły i nie było innego wyjścia niż pogodzić się z decyzją. Ostatecznie wszyscy ogłosili, że byli zmuszeni do pozbycia się mnie.
Jednocześnie Jan Guz i jego zwolennicy starannie ukrywali zmiany wewnętrznych regulaminów, które pozwalały na tego typu działania. Już po wyborze mnie na przewodniczącego władze OPZZ zmieniły regulamin struktur terytorialnych tak, aby usunięcie danej osoby ze związku skutkowało utratą funkcji w OPZZ. Władze centralne wprowadziły też możliwość rozwiązania rady wojewódzkiej dekretem, gdyby ta działała nie po ich myśli.
Okazuje się więc, że dzięki zmianom regulaminów centrala może pozbyć się każdego niewygodnego związkowca ze swoich szeregów.
Ten system powiązań jest zbudowany bardzo podobnie do Kościoła katolickiego.
OPZZ i Kościół łączy autorytaryzm, surowa hierarchia, poczucie bezkarności i samowoli liderów, oraz przekonanie o całkowitym braku zewnętrznej kontroli. Dotyczy to tak wewnętrznych procedur, jak i finansów. Odkąd objąłem funkcję przewodniczącego rady mazowieckiej, zabiegałem o daleko idącą transparentność finansów OPZZ i przejrzystość procedur, co – nie mam wątpliwości – było jedną z głównych przyczyn ataku na mnie. Rozbicie tej sieci powiązań, układów i namaszczeń z całą pewnością jest zadaniem trudnym i wieloetapowym. Podobnie jak zniesienie samowoli i bezkarności kleru. Ale kluczowe jest poddanie związków zawodowych powszechnie obowiązującym procedurom, uświadomienie liderom, że związki nie są ich własnością, lecz dobrem wspólnym ludzi pracy. I że ich również dotyczą procedury, kodeks pracy i polskie prawo.
Dlatego zdecydowałem się zgłosić pozew do sądu przeciwko Konfederacji Pracy. To komunikat zarządu krajowego Konfederacji Pracy o pozbawieniu mnie członkostwa w związku stał się podstawą kolejnych decyzji o pozbawieniu mnie funkcji przewodniczącego mazowieckich struktur OPZZ, warszawskich struktur OPZZ, jak też funkcji wiceprzewodniczącego w międzyzakładowej organizacji Konfederacji Pracy. To pismo Michała Lewandowskiego do Jana Guza sprawiło, że pozbawiono mnie możliwości sprawowania funkcji i w konsekwencji pracy etatowej w radzie mazowieckiej. W pozwie domagam się ustalenia mojego członkostwa w związku. Częścią pozwu jest też wniosek o zabezpieczenie roszczenia na zasadach wynikających ze statutu związku, czyli uznania mojego członkostwa w związku i związanych z nim praw. Jeżeli sąd przychyli się do mojej decyzji, automatycznie zostaną mi przywrócone wszystkie funkcje, o których pozbawieniu mnie informowali członkowie kierownictwa OPZZ. Ale tak naprawdę nie o to tutaj chodzi.
Władze OPZZ wszystkich szczebli swoją postawą dowiodły, że celem ich działalności jest utrzymanie wewnętrznych układów, a nie obrona ludzi pracy. Przypominają sytych, aroganckich biskupów, którzy wciąż nie rozumieją, że należy przeprosić za księży pedofilów, wesprzeć ofiary i ponieść odpowiedzialność przed świeckim wymiarem sprawiedliwości. W tym procesie chodzi o przyszłość związków zawodowych, o to, aby związki zaczęły służyć ludziom pracy, a nie wyobcowanym liderom związkowym, którzy naginają przepisy, aby zachować wpływy, funkcje i pieniądze. Konfederacja Pracy i prezydium OPZZ uważają, że związki zawodowe mogą usuwać ze swoich szeregów kogo chcą bez wskazania punktu w statucie, który usprawiedliwiałby taką decyzję. Pozew, który skierowałem do sądu, kwestionuje to podejście. Związki zawodowe nie powinny być folwarkami liderów, a wszystkie decyzje powinny mieć jasne, przejrzyste uzasadnienie – tak odnośnie finansów, jak i personaliów czy spraw programowych. Mój pozew przeciwko Konfederacji Pracy dotyczy jednej szczegółowej sprawy, ale wyrok może być precedensowy. Najwyższy czas, aby związki zawodowe przestały funkcjonować jak Kościół katolicki.

Strajk nauczycieli puka do drzwi

25 marca w szkołach odbędą się referenda strajkowe, zaś 8 kwietnia, jeśli taka będzie wola nauczycielek i nauczycieli, rozpocznie się bezterminowy protest – ogłosił dziś przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz.

Prezydium związku zawodowego, który od ponad roku domaga się podwyższenia wynagrodzeń nauczycieli o 1000 zł, ustaliło treść pytania, jakie zostanie postawione uczestnikom referendum strajkowego. Będzie się ono odnosić właśnie do ignorowanych przez MEN postulatów finansowych pedagogów: „Czy wobec niespełnienia żądania do podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych o 1000 złotych z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 roku jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku?”. Jeśli w referendum zagłosuje przynajmniej połowa uprawnionych, w poniedziałek 8 kwietnia nauczyciele przerwą pracę – do odwołania.

Na konferencji Sławomir Broniarz mówił o tym, że nauczyciele wyczerpali wszystkie formy prowadzenia dialogu. Podkreślał, że uczestnictwo w Zespole ds. Statusu Zawodowego Nauczycieli i rozmowy z minister Anną Zalewską nic nie dawały.

– Nie było ze strony MEN żadnej woli do negocjacji – podsumował związkowiec. Trudno się z nim nie zgodzić w świetle tego, jak Anna Zalewska traktowała nauczycieli, ostentacyjnie porozumiewając się głównie z prorządowym związkiem zawodowym, „Solidarnością”, a w mediach rozpowszechniając zawyżone szacunki dotyczące płac w szkołach.

ZNP informuje, że w spór zbiorowy z pracodawcami weszło w zależności od województwa od 82 do 85 proc. szkół i przedszkoli. W skali całego kraju – 78 proc. Mobilizacja środowiska nauczycielskiego jest faktycznie wyższa niż kiedykolwiek. W grupach zrzeszających nauczycieli w mediach społecznościowych nieustannie padają wezwania, by działać „teraz albo nigdy”, zawalczyć o szacunek dla zawodu i przyszłość samych szkół, którym już obecnie trudno przyciągać utalentowanych absolwentów wyższych uczelni. Tych pedagogów, którzy jeszcze wahali się, czy strajkować, mobilizują pełne pogardy komentarze prawicowych polityków dotyczące ich pracy. Jak sugestia Krzysztofa Szczerskiego, że nauczycielki i nauczyciele mogą dostać pieniądze jak wszyscy Polacy, w postaci 500+ na urodzone/spłodzone dzieci, więc nie powinni mieć o nic pretensji.

W podobnym duchu wypowiedział się zresztą wiceminister edukacji narodowej Maciej Kopeć, odpowiadając na zapowiedzi ZNP. Powtórzył wielokrotnie obalane przez związek dane o rzekomych wysokich podwyżkach i zarobkach w szkolnictwie. Przekonywał także, że nauczyciele nie mają powodów do zmartwień, bo przecież trafiają do nich transfery społeczne wprowadzone przez PiS, a teraz, wraz ze zwolnieniem najmłodszych dorosłych z płacenia PIT-u, dojdą następne korzyści.

Z poparciem dla nauczycieli wystąpiła natomiast lewica. – Wielu wchodziło w ten zawód z poczuciem misji. Wielu się wypalało i zostawało z narastającymi frustracjami. Dość tyrania za jałmużnę. Dość wydawania grubych milionów na deformę edukacji – pisze na Facebooku partia Razem.

Pani minister nie wie, co to dialog

„Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego – mówi Kamili Terpiał (wiadomo.co) Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

PO: Gdzie są pieniądze dla nauczycieli?
– Rodzice i nauczyciele są zaniepokojeni tym, że w sobotę nie padła żadna propozycja dla nauczycieli. Czekamy zatem na konkretne, realne decyzje rządu i na to, aby nauczyciele otrzymali podwyżki, aby poprawiła się ich sytuacja finansowa. Uniki minister Anny Zalewskiej i brak dialogu powodują, że sytuacja jest coraz bardziej napięta. Najpilniejszy problem to zapobiec strajkowi nauczycieli i to jest odpowiedzialność rządu – mówiła na konferencji prasowej była minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas z PO.
Posłowie opozycji żądają od premiera Mateusza Morawieckiego, aby spotkał się z przedstawicielami wszystkich związków zawodowych i rozwiązał problem podwyżek dla nauczycieli. – PiS w tej sprawie zachowuje się nie jak partia rządząca, tylko jak ludzie owładnięci żądzą rządzenia, myślą tylko o tym, jak wygrać wybory – dodaje poseł PO Rafał Grupiński.
Przypominają, że w miniony piątek na ich wniosek zwołane zostało specjalne posiedzenie sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży, na której poruszony został temat podwyżek dla nauczycieli, ale bezskutecznie.
– Pani minister Anna Zalewska nie zdaje sobie sprawy z sytuacji, w którą nas wszystkich wpycha, a przede wszystkim nauczycieli. Minister Zalewska, mimo iż patrzy w kierunku Brukseli, powinna spojrzeć na to, co po sobie zostawia. Nie bierze pod uwagę tego, że chcemy pomóc. Zaproponowaliśmy poprawkę do budżetu, która miała pomóc samorządom w złagodzeniu skutków podwójnego rocznika oraz przeznaczała 2 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. W budżecie zaproponowanym przez PiS nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy na ten cel – oburza się posłanka Urszula Augustyn, była wiceminister edukacji.

PSL składa projekt ustawy zakładający 1000 złotych podwyżki
– Rząd chciał stworzyć wrażenie, że dba o wszystkich Polaków, niestety tak nie jest. Jest wiele grup społecznych, zawodowych, które od wielu miesięcy protestują, domagają się podwyżek, lepszego traktowania, prawdziwej rozmowy. Ich postulaty nie zostały uwzględnione w propozycjach rządowych – mówił w Sejmie prezes PSL.
Dlatego zaprezentował projekt ustawy podnoszący wynagrodzenia dla nauczycieli. – To grupa zawodowa, która od wielu miesięcy walczy o lepszą jakość nauczania w Polsce, o to, żeby dzieciaki miały lepszy dostęp do wiedzy, żeby ta wiedza była jak najstaranniej przekazywana, żeby była nie tylko edukacja, ale i wychowanie w szkole. Walczą o to, żeby rodzice byli spokojni o przyszłość swoich dzieci i oczywiście o to, żeby warunki pracy nauczycieli były jak najgodniejsze – tłumaczył Władysław Kosiniak-Kamysz.
Projekt zgłoszony przez ludowców zakłada podwyżkę dla wszystkich nauczycieli: stażystów, dyplomowanych i mianowanych o 1000 złotych.

Broniarz: Nastroje są bojowe

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnie obietnice PiS przelały czarę goryczy? Jest pan wkurzony na rząd?
SŁAWOMIR BRONIARZ: To budzi we mnie ogromną irytację. Jest rzeczą niedopuszczalną, że nagle dowiadujemy się, że są ogromne pieniądze, choć budżet jest już zamknięty.

Wiele razy nauczyciele słyszeli, że nie ma pieniędzy na podwyżki. Czuje się pan oszukany?
Tak. Od dawna byliśmy informowani, że rząd stać najwyżej na 100 złotych podwyżki. Tak samo, jak państwa nie stać na 500 złotych dodatku dla niepełnosprawnych i ich opiekunów. Politycy PiS-u prosto w twarz byli w stanie mówić, że nie ma pieniędzy. To straszne. Potem nagle okazało się, że PiS, jak królik z kapelusza, wyciąga 40 miliardów złotych. Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego. Myślę, że przelała się taka dawka emocji, jak po stu spotkaniach związkowych i objeździe całej Polski. Nastroje są bojowe.
Oliwy do ognia dolewa fakt, że znika jakikolwiek dialog związkowy, a zastępuje go rozmowa rządu z „Solidarnością”. Centrum dyskusji przeniosło się na ulicę Nowogrodzką. Tylko patrzeć, jak rząd będzie reaktywował Centralną Radę Związków Zawodowych, na której czele stanie Duda. To też budzi niepokój, bo do tej pory wydawało się, że jednak pewne normy cywilizowanej debaty, a przynajmniej jej pozory będą obowiązywały.

Minister edukacji przekonuje, że od początku robi, co może, i dlatego nauczyciele dostali od stycznia podwyżki.
Mówimy nie tylko o podwyżkach, ale także o braku jakiejkolwiek wizji, która pokazywałaby, że edukacja jest w stanie sprostać oczekiwaniom XXI wieku. Gdyby nie nauczyciele i ich kolosalny wysiłek, to wszystko, co minister edukacji wygenerowała w ciągu ostatnich 3 lat, zniszczyłoby doszczętnie polską szkołę. Tylko nauczycielom zawdzięczamy to, że nie doszło do najgorszego. Za to wszystko proponuje się nam podwyżkę w wysokości od 83 do 115 złotych netto i przekonuje, że więcej nie ma. Poza tym ta podwyżka została nam narzucona, nie była przedmiotem żadnej dyskusji i negocjacji. Minister przyszła na spotkanie tylko po to, aby zakomunikować, że jest tyle i więcej nie będzie.
Pani minister nie wie, co to jest dialog. Nie ukrywam mojego wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania.

Strajk jest właściwie przesądzony?
Rozpoczynamy referendum, które będziemy chcieli zakończyć maksymalnie 22 marca, po to, aby przygotować sam strajk. Cieszymy się, że do strajkujących nauczycieli i członków ZNP coraz liczniej dołączają przedstawiciele „Solidarności”. Przed chwilą na Twitterze przeczytałem wpis jednego z członków „S”, który twierdzi, że nie obchodzi go stanowisko jego kierownictwa, za to popiera nasze działania i postulaty.

Czyli strajk odbędzie się już na początku kwietnia, podczas egzaminów gimnazjalnych i ośmioklasisty?
Ta decyzja zostanie zakomunikowana 5 marca. Musi się pani uzbroić w cierpliwość.

Nie tylko ja. Nie boi się pan gniewu rodziców?
Poziom niezadowolenia rodziców oczywiście bierzemy pod uwagę. Ale powtarzam wszem i wobec, że nie mamy innej możliwości, chociaż będziemy starali się przeprowadzić to jak najbardziej bezboleśnie. Większą szkodą dla dzieci jest petryfikowanie tego stanu rzeczy – uczą nas nauczyciele, których udajemy, że wynagradzamy, i którym proponujemy 1850 złotych miesięcznie. Jeżeli taka sytuacja się utrzyma, to we wrześniu do szkoły przyjdzie nieliczna grupa nauczycieli, których ta kwota zadowala. Inni będą po prostu szukać pracy w innych zawodach. Dlatego tłumaczymy rodzicom, że to wbrew pozorom leży w interesie ucznia i przyszłych pokoleń. Powinniśmy zrobić wszystko, aby nauczyciele nie byli zmuszani do pracy za najniższe wynagrodzenie w kraju.
Cieszymy się, że w Europie jest Bułgaria i Rumunia, bo inaczej bylibyśmy na szarym końcu, a tak zajmujemy zaszczytne trzecie miejsce od końca.

Domagacie się podwyżki w wysokości 1000 zł. Ile w sumie to kosztowałoby budżet państwa?
Mamy 700 tysięcy nauczycieli, naszym zdaniem zmieścilibyśmy się w kwocie do 10 miliardów złotych. Nieprawdą są wyliczenia ministerstwa edukacji, które mówi o około 17 miliardach. To są astronomiczne pieniądze. Ale moje podejście zmieniło się, gdy usłyszałem, że nagle rząd jest w stanie dać 11 miliardów złotych emerytom, przy całym szacunku dla dorobku tej grupy. Premier rozbudził takie emocje i nadzieje, że puściły wszelkie ograniczenia. Przypominam, że płaca nauczyciela dyplomowanego od 1 stycznia wynosi niecałe 2500 tysiąca złotych netto. Rodzina młodych nauczycieli z dwójką dzieci, którzy zarabiają po 1850 złotych po podwyżce, żyje na poziomie poniżej minimum socjalnego.

Poseł PiS apeluje do rodziców do pozywania ZNP za „utracone szanse uczniów”. Słyszał pan o tym?
Wiedza nie boli, ale brak wiedzy już tak. Panu posłowi, który rozpowszechnia te nieprawdziwe wiadomości, polecam lekturę ekspertyz prawnych. Nie ma takiej możliwości. Stroną może być ministerstwo edukacji i Centralna Komisja Egzaminacyjna, a nie nauczyciel.
Zbliżają się egzaminy i przypominam wszystkim, że aby się odbyły, potrzebny jest nie tylko uczeń i nauczyciel, ale także egzaminator, który je sprawdzi. Minister edukacji zepchnęła to na bok, trochę podwyższyła stawki za taką pracę, ale większość i tak nie zamierza się za takie pieniądze angażować.
To jest zresztą kolejny problem.

Groźba strajku może doprowadzić do tego, że i dla nauczycieli pieniądze się znajdą?
Walczymy nie tylko o pieniądze, ale o to, aby edukacja była postrzegana nie jako zło konieczne i dziura budżetowa, tylko jako element prorozwojowy, decydujący o przyszłości tego kraju. Jeżeli mamy być Europejczykami także w zakresie płacowym – tak twierdzi przecież premier Mateusz Morawiecki – to chcemy zarabiać tak jak zarabiają Europejczycy. A płace nauczycieli w tej chwili wynoszą 50 proc. tego, co jest w krajach UE. To przepaść.

Odetchnął pan z ulgą po informacji, że Anna Zalewska będzie kandydowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Wcześniej pani minister twierdziła, że nie będzie kandydować w tych wyborach, bo musi dokończyć swoją reformę. Przykre jest też to, z jakimi wartościami występuje – neguje dialog, nie szanuje partnerów, nie wie, co to kompromis.
Jest osobą, która ma problem ze zdefiniowaniem wartości, które decydują o funkcjonowaniu UE.

To ucieczka?
Złoty spadochron, który partia zafundowała pani minister, ma chyba służyć do pozbycia się jej z Polski, po to, aby wyciszyć awanturę, która toczy i będzie się toczyć wokół edukacji. W trakcie wyborów europejskich 720 tysięcy uczniów będzie biegało od komputera do komputera albo od szkoły do szkoły, aby znaleźć sobie miejsce w szkole ponadgimnazjalnej. To jest efekt tego, że w 2016 roku minister Zalewskiej zabrakło wiedzy i wyobraźni, na pierwszym planie była dyspozycja polityczna. Powiem szczerze, że wolałbym, aby takie osoby nie reprezentowały Polski na forum Parlamentu Europejskiego.

Czas na jawność płac

…i sprawozdań finansowych.

Wydarzenia ostatnich tygodni dobitnie pokazują, że w Polsce potrzeba radykalnego zwiększenia transparentności finansów. Partia rządząca obsadziła setki stanowisk ludźmi posłusznymi władzy, ale bez żadnych kompetencji. Wielu z nich zarabia olbrzymie pieniądze, ukrywając dochody przed opinią publiczną. Nawet prezesi spółek skarbu państwa i instytucji państwowych zasłaniają się tajemnicą przedsiębiorstwa i nie chcą ujawniać dochodów kadry zarządzającej. W wielu przedsiębiorstwach prezesi radykalnie podnoszą sobie wynagrodzenia, a w tym samym czasie pensje dla pracowników stoją w miejscu. Często dochodzi też do dużych różnic płacowych między osobami zatrudnionymi na tych samych stanowiskach, a w wielu firmach ma miejsce dyskryminacja ze względu na płeć.
Wprowadzenie jawności płac przyczyniłoby się do ograniczenia patologii na rynku pracy i poprawienia jakości dialogu społecznego w poszczególnych przedsiębiorstwach. Jawność wynagrodzeń zwiększyłaby zaufanie do instytucji publicznych i poprawiła wizerunek spółek skarbu państwa.
Ujawnienie wynagrodzeń, szczególnie przez osoby zajmujące ważne funkcje w życiu społecznym, ucięłoby spekulacje na temat poziomu dochodów kadry kierowniczej, polityków, dziennikarzy czy związkowców. Dzięki temu powszechna stałaby się wiedza, jakie są nierówności płacowe i jaki jest realny poziom płac w poszczególnych branżach i na poszczególnych stanowiskach. Jawność płac odsłoniłaby też skalę kolesiostwa i przyznawania dobrze płatnych stanowisk rodzinom i znajomym przedstawicielom władzy. Z całą pewnością dobrze by wpłynęła też na wizerunek związków zawodowych, w których część liderów zarabia gigantyczne pieniądze, przejadając składki ludzi pracy.
Jednocześnie dla transparentności życia publicznego dobrze by było, aby rozszerzyć listę podmiotów objętych obowiązkiem przedstawiania sprawozdań finansowych ze swojej działalności. Wszystkie podmioty zaufania publicznego, w tym organizacje pozarządowe, Kościoły, związki zawodowe czy organizacje pracodawców powinny przedstawiać pełną informację na temat swoich finansów. Dzięki temu cieszyłyby się większym zaufaniem, a ich członkowie oraz sympatycy wiedzieliby, na co są przeznaczane ich składki i darowizny.

Kamizelki ze związkami

W dniu, w którym prezydencka partia przegłosowała w parlamencie totalitarną ustawę przeciw manifestacjom publicznym, na ulice Paryża i innych miast Francji wyszły dziesiątki tysięcy ludzi, by domagać się demokratyzacji Francji i sprawiedliwości społecznej, przeciw neoliberalnemu, faszyzującemu szaleństwu oligarchii. Pierwszy raz związek zawodowy CGT oficjalnie wystąpił obok „żółtych kamizelek”.

Lewicowy postulat „konwergencji walk” (łączenia się różnych środowisk – związkowych i politycznych – na rzecz wspólnych interesów) realizował się dziś w całym kraju. Wspólne manifestacje związkowców, „żółtych kamizelek”, które dotąd traktowały związki raczej nieufnie, stowarzyszeń młodzieżowych i lewicowych partii politycznych odbyły się m.in. w Marsylii, Lyonie, Tuluzie, Caen, Strasburgu, Hawrze, Rennes, Clermont-Ferrand, Bordeaux i Nîmes.
W Paryżu 30-tysięczny tłum został zaatakowany przez policję, doszło do starć i przepychanek, podobnie w Bordeaux i kilku innych miastach, jednak na ogół protesty odbyły się w spokoju. Wszędzie podnoszono te same postulaty: dymisji Macrona, podniesienia najniższych płac, sprawiedliwości fiskalnej, wprowadzenia referendów RIC, obrony usług publicznych i przeciw ograniczaniu prawa do manifestacji.
Dziś szczególnie oburza ta ostatnia sprawa: neoliberalny reżim Macrona poszedł drogą kolaboranckiego reżimu Vichy, na którego czele stal marszałek Pétain: na podstawie decyzji administracyjnych będzie można zamykać wyznaczone przedtem osoby pod pretekstem „podejrzeń o zagrożenie dla porządku publicznego”. Protestował nawet deputowany, którego trudno posądzić o lewicowość – arystokrata Charles Amédée du Buisson de Courson: – Mój ojciec został wyznaczony i ścigany przez policję Vichy, nazwany terrorystą, podczas gdy był patriotą. (…) Ta ustawa jest szaleństwem. Nie wolno niszczyć wolności publicznych!
„Żółte kamizelki” szykują się do „Aktu 13” swych protestów w najbliższą sobotę. Można się spodziewać, że liczba uczestników wzrośnie . Postulaty „żółtych kamizelek” popiera znaczna większość Francuzów.
Solidarność z „żółtymi kamizelkami” demonstrowano również w Warszawie. „Dziś Paryż – jutro Warszawa!” – zabrzmiało we wtorkowy wieczór przed budynkiem francuskiej ambasady w stolicy Polski. Kilkadziesiąt osób, aktywistów i aktywistek, działaczy i działaczek związkowych symbolicznie przekazało wyrazy solidarności uczestnikom masowych protestów Żółtych Kamizelek. Była również mowa o ostatnich wydarzeniach w polskim ruchu pracowniczych – niestety, niewesołych.
Prowadzący zgromadzenie Jakub Grzegorczyk ze związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza na wstępie przypomniał, że Żółte Kamizelki to ruch, który powstał w odpowiedzi na antyspołeczne, neoliberalne reformy „demokratycznego” prezydenta Emmanuela Macrona. I nie tylko jego – „liberalny zwrot” we francuskiej polityce dokonał się ponad trzy dekady temu i systematycznie prowadzi do pauperyzacji społeczeństwa. Cięcia socjalne, prywatyzacja usług publicznych sprzyjają narastaniu nierówności i działają na korzyść wyłącznie najzamożniejszych.
Francuzi i Francuzki w końcu się przeciwko temu zbuntowali i nie tylko demonstrują na ulicach, ale i podejmują próby samoorganizowania się w lokalnych zgromadzeniach, oddolnych organizacjach – podkreślała działaczka mówiąca w imieniu Pracowniczej Demokracji, zaznaczając, że ruch rozwija się, chociaż ma do czynienia z represjami, bezpardonową policyjną przemocą. Tadek Zinowski, członek kolektywu Syrena, wskazał, że skala tej przemocy przeczy wizerunkowi Francji jako najstarszej europejskiej nowoczesnej republiki, wzorowego państwa laickiego i demokratycznego. Demokracja liberalna kończy się, gdy ludzie próbują sami się organizować, a nie tylko wybierać między partią bardziej liberalną i bardziej konserwatywną. Wtedy przeciwko nim kierowane są pałki policyjne – mówił Zinowski.

OPZZ z nauczycielami

W pełni popieramy postulaty płacowe Związku Nauczycielstwa Polskiego i domagamy się natychmiastowej dymisji minister edukacji narodowej, Anny Zalewskiej.

Zarobki nauczycieli w Polsce są jednymi z najniższych w Unii Europejskiej, a zarazem pracownicy oświaty należą do najgorzej opłacanych na polskim rynku pracy. Trudno pojąć i zaakceptować, że zarobki początkujących pracowników oświaty nieznacznie odbiegają od płacy minimalnej. W konsekwencji spada prestiż zawodu i coraz mniej młodych ludzi chce być w przyszłości nauczycielami. Utrzymywanie skandalicznie niskich płac nauczycieli i lekceważenie przez rząd pracowników oświaty jest szkodliwe dla polskiego społeczeństwa. Dlatego w pełni popieramy akcje protestacyjne Związku Nauczycielstwa Polskiego i deklarujemy gotowość do działań solidarnościowych.
Jednocześnie uważamy, że minister Zalewska nie nadaje się do sprawowania funkcji minister edukacji narodowej i powinna zostać w trybie pilnym zdymisjonowana. Zalewska jest nieudolna i arogancka, a powierzone jej obowiązki ją przewyższają. Minister często wprowadza w błąd opinię publiczną, podejmuje pozorowane działania lub wdraża niedopracowane rozwiązania, których koszty mają ponosić samorządy. Podczas niedawnych negocjacji ze związkami zawodowymi po raz kolejnymi dowiodła, że nie ma żadnych sensownych propozycji dla nauczycieli i nie umie prowadzić konstruktywnego dialogu. Jej działania szkodzą nauczycielom, rodzicom i dzieciom. Dlatego domagamy się dymisji minister Anny Zalewskiej i przedstawienia poważnych propozycji płacowych przez stronę rządową.

Strajk w Deutsche Bahn

Kolejowi związkowcy, zlekceważeni przez zarząd w trakcie ubiegłotygodniowych negocjacji w sprawie podwyżek, wstrzymali ruch pociągów w całym kraju.

 

W poniedziałek rano Koleje Niemieckie na terenie całego kraju doświadczyły zapowiadanego wcześniej kilkugodzinnego strajku ostrzegawczego. Akcja zainicjowana przez Związek Zawodowy Pracowników Kolei i Transportu (EVG) zakończyła się już o 9.00, ale DB musiała całkowicie wstrzymać ruch pociągów dalekobieżnych w całych Niemczech a gdzieniegdzie też kursy kolei podmiejskich, więc skutki strajku będą odczuwane przez resztę dnia. Opóźnienia będą powszechne, część połączeń zostanie w ogóle odwołana. Najbardziej sparaliżowana została Bawaria i Nadrenia Północna-Westfalia.

Strajk jest efektem nieudanych pertraktacji płacowych między związkami a DB, które miały miejsce w ubiegłym tygodniu w Hanowerze.

– Pracodawcy złożyli nam ofertę, która nie odpowiada żądaniom naszych członków – mówiła w piątek Regina Rusch-Ziemba, która z ramienia EVG negocjowała z kierownictwem DB.
Agencja prasowa ADP podała, że związki EVG i GDL żądały od zarządu podwyżek w wysokości 7,5 proc. dla w sumie 160 tys. pracowników. Szefostwo gotowe było przystać na wzrost płac wynoszący w sumie 5,1 proc. i rozciągnięty na 29 miesięcy: w pierwszym etapie miała ona wynieść 2,5 proc., potem 2,6 proc. Dla związków było to nie do przyjęcia, nastąpiła więc odmowa pracy. Jeżeli zarząd DB będzie nieustępliwy dojdzie do ponownego strajku, tym razem pełnowymiarowego.

Zarząd kolei musi się mierzyć nie tylko z wyzwaniami płacowymi ze strony samych pracowników. Już od długiego czasu Deutsche Bahn jest obiektem zmasowanej krytyki ze strony niemieckiej prasy i samych pasażerów. Wbrew stereotypowi o bezbłędnym funkcjonowaniu, Koleje Niemieckie od lat doświadczają niedofinansowania, które przekłada się na problemy infrastrukturalne.

Uwstecznieni

Obywatele i obywatelki Francji, zamiast do kościołów (a, zapomniałam – pozamykali je) co sobotę i niedzielę nadziewają na grzbiety żółte kamizelki i maszerują głównymi ulicami, bulwarami swych miast, głośno przy tym krzycząc.

 

Od czasu do czasu podpalają też jakiś stojący samochód, przez co stają się nie tyle „manifestantami, świadomymi swych praw”, co – jak to kiedyś w Polsce – „chuliganami”, których – rzecz jasna – trzeba traktować tak jak na to „chuligani” zasługują. Bić pałką, polewać wodą, kopać i ciągnąć za włosy…
Normalność.
Poczytałam sobie jednak 21 – nie, nie, więcej ich tam, tych postulatów było…
Na czoło wybijają się żądania:
– podwyższenia płacy minimalnej (wszak większość zarabia tylko tyle, ile ta płaca wynosi);
– regulacji czynszów mieszkaniowych;
– pracy „na stałe”, a nie na „śmieciówkach”.
Reszta to dekoracyjne drobiazgi w rodzaju „zmiany progów podatkowych”.
Trudno mi Francuzów zrozumieć. Bieruta u nich nie było, komuniści – owszem, byli, ale żeby tak obywatelom w głowach zdążyli namącić?
Regulowane czynsze? I „mossakowscy” mają jeść od tego chlebek z dżemikiem?
Pensje w górę? A dlaczego, skoro dookoła tylu imigrantów, których przymusi się do roboty za połowę dotychczasowej pensji minimalnej?
No i stałość-pewność zatrudnienia. Wszak w Europie, do której zmierzamy, każdy robotnik, pędzący na rowerze do roboty ze skibkami z pasztetówą, ma nie mieć pewności, czy danego poranka jaka robota mu jeszcze w ręce wpadnie i czy czasem reszty dnia nie doczeka za bramą, jak to drzewiej bywało.
Ręce opadają.
Zatem pora na reedukację. I wysyłkę: Korwina-Mikke, T. Lisa i kilku innych. No, i Lecha Wałęsy, który w obliczu podobnie nieroztropnych żądań, radził:
– Pałować!
Jak to każdy przywódca związkowy miał w zwyczaju czynić, gdy zapomniał – czcząc stan robotniczy szampanem i krewetkami – skąd mu nogi wyrastają.
Słowem: w 1989 roku Francuzi nauczali nas „wolnego rynku”, a dziś – jakby odwrotnie.
Polak to się jednak szybko uczy. I od głupot, w rodzaju „regulowania czynszów”, będzie się trzymać z daleka. Bo lubi swój „czynszyk” w wysokości pensji minimalnej, lubi swą pensję minimalną, i nadal chce każdego dnia „konkurować”,”konkurować” i jeszcze raz „konkurować”.
Np. z Ukraińcami w „Amazonie”.