Chiny i świat – wspólnie ku przyszłości

Artykuł napisany z okazji publikacji białej księgi „Chiny i świat w Nowej Erze”

W tym roku obchodzimy 70. rocznicę proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. Na przestrzeni tych lat Chiny osiągnęły historyczny sukces, a uwaga świata w ogromnym stopniu, jak nigdy dotąd, została skierowana na Państwo Środka. Niedawno rząd chiński opublikował białą księgę: „Chiny i świat w Nowej Erze”, w której metodycznie przedstawiono zagadnienia dotyczące sukcesów, drogi i kierunków rozwoju Chin. Księga ta zgłębia kwestie relacji między Chinami a światem i stanowi ważny przewodnik dla innych krajów, ukazujący w sposób wszechstronny, wieloaspektowy i szeroki wiedzę o Państwie Środka. Chciałbym podzielić się z polskimi przyjaciółmi kluczowymi zagadnieniami białej księgi.

1. Sukces Chin wynika z prawidłowo obranej ścieżki rozwoju i przewodnictwa Komunistycznej Partii Chin

Przez ostatnie 70 lat pod przewodnictwem Komunistycznej Partii Chin obywatele chińscy osiągnęli sukces wytyczając ścieżkę socjalizmu o chińskiej charakterystyce. Osiągnięcia w rozwoju, na które skierowane są oczy świata, wynikają z własnej, ciężkiej i wykonywanej mimo przeciwności pracy. Chiny stały się drugą gospodarką świata i jedynym krajem na kuli ziemskiej, który posiada wszystkie rodzaje branż przemysłowych wymienione w klasyfikacji gospodarczej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Życie codzienne obywateli uległo znacznej poprawie i podąża w stronę umiarkowanego dobrobytu. Pozycja międzynarodowa i międzynarodowe wpływy Chin wyraźnie rosną, co pozwala na aktywną obecność Państwa Środka na arenie międzynarodowej. Chiny nie kopiowały bezkrytycznie zachodniego modelu rozwoju. Połączyły natomiast rzeczywistą sytuację Państwa Środka z wnioskami wyciągniętymi z doświadczeń oraz z historii ludzkiej cywilizacji. Kroczą własną ścieżką, a faktyczny stan rzeczy jest dowodem na to, że naród chiński obrał właściwą drogę.
Podstawowym źródłem sukcesu Chin jest przewodnictwo KPCh. KPCh nie ustaje w wysiłkach na rzecz dobrobytu obywateli Chin, na rzecz odrodzenia narodowego oraz na rzecz pokojowego rozwoju ludzkości. Stale wzmacnia koncepcje samotworzenia, rozwoju z duchem czasu i otwarcia, utrzymuje również stabilność, postępowość i świeżość myśli. Zdolności do długoterminowego i strategicznego planowania rozwoju kraju oraz do implementowania określonej polityki, pozwoliły wprowadzić obywateli Chin na ścieżkę nieustannego postępu w budowie kraju.

2. Rozwój Chin jest szansą dla świata

Chiny mają największy wkład we wzrost globalnej gospodarki. Od 2013 do 2018 roku procentowy średni wkład Państwa Środka we wzrost światowej gospodarki wyniósł 28.1%. Chińska gospodarka jest silnie skorelowana gospodarka globalną. Chiny, w których gospodarka jest stabilna, w których jakość rozwoju ekonomicznego będzie się poprawiać, które mają obiecujące perspektywy wzrostu, przyniosą długofalowe korzyści dla rozwoju gospodarczego świata.
Chiny nieprzerwanie realizują strategię uzyskiwania wzajemnych korzyści, tak by każdy kraj miał więcej okazji do otrzymania „chińskich zysków”. W Chinach mieszka prawie 1.4 mld osób. Zaróbki 400 mln z nich pozwalają na zaliczenie ich do klasy średniej. Ogromny popyt generowany przez konsumentów tworzy wielki rynek dla różnych krajów na świecie. Państwo Środka może poszczycić się wieloma utalentowanymi osobami, nieustanie ulepszanym środowiskiem biznesowym, jak również coraz większą przestrzenią dla producentów i inwestorów zagranicznych. Chińskie przedsiębiorstwa biorą aktywny udział w konkurencji i współpracy międzynarodowej, pogłębiają światową działalność handlowo-inwestycyjną oraz mają wkład w pobudzanie wzrostu gospodarczego w kraju, w którym prowadzą działalność, jak również w lokalne zwiększanie zatrudnienia. Chiny aktywnie opowiadają się za światem kroczącym w stronę innowacji technologicznych, tak by rozwój technologiczny i innowacje przyniosły globalne korzyści oraz tak by jeszcze więcej osób mogło cieszyć się ułatwieniami i dobrodziejstwami płynącymi z technologii.

3. Stworzenie wspólnej przyszłości dla całej ludzkości

Dziś świat stoi w obliczu największych od 100 lat zmian. Kwestie związane z relacjami między mocarstwami, porządkiem międzynarodowym, myśleniem społecznym, globalnymi rządami przechodzą głębokie przekształcenia, a niestabilność i niepewność sytuacji światowej z każdym dniem staje się coraz bardziej widoczna. Mierząc się z obecnymi problemami związanymi z zarządzaniem społeczeństwem ludzkim oraz trudnościami w jego rozwoju, Chiny zaproponowały stworzenie wspólnej przyszłości dla całej ludzkości, tworząc tym samym nową możliwość wyboru na drodze rozwoju ludzkości. Na płaszczyźnie politycznej Chiny opowiadają się za wzajemnym szacunkiem i równością w negocjacjach. Stanowczo stają po stronie porzucenia zimnowojennej mentalności i polityki siły. Popierają stworzenie nowego modelu relacji międzynarodowych poprzez podążanie drogą dialogu bez konfrontacji i partnerstwa zamiast zamkniętych sojuszy. Na płaszczyźnie bezpieczeństwa Chiny stale opowiadają się za rozwiązywaniem konfliktów poprzez dialog, łagodzeniem sporów poprzez negocjacje, koordynowaniem reakcji na tradycyjne i nietradycyjne zagrożenia bezpieczeństwa oraz sprzeciwiają się wszelkiego rodzaju terroryzmowi. Na płaszczyźnie ekonomicznej, Państwo Środka opowiada się za wzajemną pomocą, postępem w liberalizacji i ułatwieniach w handlu i inwestycjach, jak również propagowaniem globalizacji gospodarki, której to rozwój skierowany jest ku otwarciu, tolerancji, zintegrowaniu, zrównoważeniu i przyniesieniu korzyści dla wszystkich. Na płaszczyźnie kulturowej Chiny opowiadają się za szacunkiem dla różnorodności na świecie, za wyjaśnianiem nieporozumień międzykulturowych poprzez wymianę kulturową, za rozwiązywaniem sporów kulturowych poprzez wzajemną naukę, za pokonaniem poczucia wyższości poprzez współistnienie kultur. Na płaszczyźnie ekologii Państwo Środka opowiada się za postawami przyjaznymi środowisku, za współpracą w zakresie reakcji na zmiany klimatu oraz za ochroną planety, od której to zależy przetrwanie ludzkości.
Inicjatywa „Pasa i szlaku” jest praktyczną platformą urzeczywistniającą ideę wspólnej przyszłości dla całej ludzkości, jest zarówno „łodzią” jak i „mostem” dla wartości szerzących pokój i rozwój na świecie. Chiny będą stać na straży zasady osiągania wspólnego wzrostu poprzez dyskusje i współpracę, wspierać koncepcje otwartości, ekologii i rzetelności. Państwo Środka będzie wprowadzać wysokie standardy, poprawiać poziom życia i wyznaczać zrównoważone cele. Ponadto będzie promować wspólną pracę nad wysokiej jakości rozwojem inicjatywy „Pasa i Szlaku”, aż sama budowa „Pasa i Szlaku” stanie się drogą pokoju, dobrobytu, otwartości, ekologii, innowacyjności, kultury, a dla świata będzie oznaczać stworzenie szansy rozwoju i pozwoli większej liczbie osób cieszyć się lepszym życiem.

4. Wspieranie pokojowego rozwoju i rozszerzanie relacji partnerskich

Nie można oddzielić rozwoju Chin od świata, nie można również mówić o pokojowym rozwoju i stabilnym dobrobycie świata bez Chin. Państwo Środka stanowczo kroczy pokojową ścieżką rozwoju. Bez względu na wszelkie zmiany w sytuacji międzynarodowej oraz na dalszy kierunek własnego rozwoju, Chiny nigdy nie będą dążyć do roli hegemona, czy też tworzenia i rozszerzania stref wpływów. Jest to stanowczy i niezmienny wybór dokonany przez Chiny, tak również brzmi złożona przez nie uroczysta obietnica. Państwo Środka ma nadzieję, że każdy kraj na świecie podąży drogą pokojowego rozwoju, bo tylko w ten sposób państwa mogą wspólnie się rozwijać i żyć w pokoju.
Rozszerzanie relacji partnerskich jest ważnym kierunkiem w polityce chińskiej. Chiny stanowczo podążają nową drogą opierających się na dialogu bez konfrontacji i partnerstwie zamiast zamkniętych sojuszy relacji między krajami. Państwo Środka będzie pracować nad stworzeniem założeń ramowych dla stosunków z dużymi krajami, które to założenia opierać się będą na ogólnej stabilności i zrównoważonym rozwoju. Chiny będą dążyć do pogłębienia relacji z sąsiadami oraz wzmocnienia solidarności i współpracy z innymi krajami rozwijającymi się. Stosunki chińsko-amerykańskie są jednymi z najważniejszych na świecie pośród stosunków bilateralnych, a współpraca między tymi państwami jest jedynym słusznym wyborem. Tylko poprzez zapewnienie uzyskiwania wzajemnych korzyści można kroczyć ku przyszłości. Stany Zjednoczone powinny poszerzyć perspektywę i racjonalnie spojrzeć na stosunki między dwoma krajami. Chiny nie chcą rzucać wyzwań Stanom Zjednoczonym, nie chcą również ich zastąpić. Stany Zjednoczone nie mogą kontrolować Chin, a tym bardziej powstrzymać ich rozwoju. Duże kraje istnieją, gdyż dostosowują się do szybkiego rozwoju innych krajów i harmonijne współistnieją ze światem zewnętrznym. Chiny pragną wraz ze Stanami Zjednoczonymi podejmować wysiłki i ramię w ramię starać się by harmonia, współpraca i stabilność stały się motywem przewodnim stosunków chińsko-amerykańskich, a dobrobyt w obu krajach i na świecie stale rósł.
Europa jest ważnym obszarem na współczesnej mapie świata, a stosunki między Chinami a wieloma krajami europejskimi mają status wszechstronnego partnerstwa strategicznego. Państwo Środka angażuje się w kształtowanie partnerstwa z państwami Europy w 4 aspektach, tj. pokoju, wzrostu, reform i kultury oraz pracuje nad wzrostem globalnego znaczenia wszechstronnego partnerstwa strategicznego między Chinami i krajami Europy. Państwo Środka popiera proces integracji europejskiej oraz jedność i wzrost znaczenia Unii Europejskiej. Chiny wspierają Europę w rozszerzaniu swej roli na arenie międzynarodowej. Państwo Środka i Europa podejmą kolejne kroki w celu pogłębienia współpracy, będą wspólnie chronić multilateralizmu, by zapewnić światu więcej czynników stabilizujących.
Państwo Środka będzie w dalszym ciągu wspierać multilateralizm, bronić sprawiedliwości i równości międzynarodowej. Będzie wraz z innymi krajami promować praworządność oraz demokratyzację i racjonalizację stosunków międzynarodowych. Będzie aktywnie uczestniczyć w reformowaniu i kształtowaniu systemu globalnych rządów oraz na bieżąco podsumowywać praktyki i doświadczenia związane z rządami na szczeblu krajowym. Będzie dalej zgłębiać pozytywne aspekty „modus operandi” chińskiej kultury, koncepcje rządów oraz problemy obecnej epoki. Podejmie również wysiłki by chińska wiedza, doświadczenie i siła miała wkład w udoskonalanie globalnych rządów.
Chiny Nowej Ery podążają ścieżką socjalizmu o chińskiej charakterystyce zachowując determinację, która nie ulegnie zmianie. Nie zniknie ona na płaszczyźnie chęci do wspólnej nauki i współpracy z innymi państwami na zasadach wzajemnych korzyści. Nie zniknie również determinacja do tego, by iść naprzód, ku przyszłości, razem z całym światem. Państwo Środka zwraca się do świata z jeszcze większa otwartością i tolerancją, będzie kształtować pozytywne zależności oraz działać na rzecz postępu i dobrobytu w Chinach i na świecie. Przyszłe losy wszystkich państw jeszcze nigdy nie były ze sobą tak ściśle związane. Stworzenie wspólnej przyszłości dla całej ludzkości jest możliwe, gdy zjednoczeni będziemy kierować się wspólnymi celami, dzielić się możliwościami i wspólnie stawiać czoła wyzwaniom. W ten sposób możemy stworzyć świat piękniejszym i kroczyć w kierunku świetlanej przyszłości.
Liu Guangyuan jest ambasadorem Chińskiej Republiki Ludowej w Rzeczpospolitej Polskiej

Strażnik głównego rynsztoka

Nie mam już siły na obrońców tzw. III RP. Niestety, ci ludzie są jak bumerang – ciągle wracają. A czasem jeszcze z bratnią pomocą.

Ileż to już naczytałem się wzniosłych i nadętych peanów na cześć transformacji! Pal licho, jeśli są to po prostu propagandowe popłuczyny prawicy, która jest jej polityczną beneficjentką. Trudno mieć uwagi do uciechy tych, którzy na niej skorzystali nie tylko kolonizując każdy skrawek przestrzeni publicznej, ale także serca i umysły swoich – przynajmniej teoretycznie biorąc – przeciwników politycznych.
Zanim jeszcze doszło do „zamachu w Smoleńsku” i zanim rozgorzała wojna o inwestyturę pomiędzy PO i PiS, religią, która subordynowała społeczeństwo (w Polsce i w całym Bloku Wschodnim) był antykomunizm. Ta najbardziej zbrodnicza ideologia, jaką wykoncypowała ludzkość, dziś także jest wszechobecna, ale już bardziej jako tło niż bezpośrednie narzędzie formatowania nastrojów społecznych. Tylko na skrajne grupki KOD-erskich cyrkowców, antykomunizm jako taki może działać ożywczo. No i dla ekstremistycznych facecjonistów typu poseł-elekt Grzegorz Braun, dla którego wszystko jest w Polsce post-sowieckie, albo Stanisław Michalkiewicz, wedle którego żydokomuna czai się za każdym rogiem z kijem baseballowym w ręku.
Ale ich można jeszcze jakoś zrozumieć. Najbardziej dokuczliwe są wyrażone z górnolotną, syntetyczną powagą komunikaty o śmiertelnych niebezpieczeństwach jakie zawisły nad „dorobkiem III RP” przez osoby, którym udaje się pozycjonować jako lewica. Spiskowo-ksenofobiczny ton ludzi takich jak Tomasz Piątek czy Przemysław Witkowski, którzy „ruską agenturę” tropią pewnie nawet w swoich lodówkach poraża. Demonstracyjnie troskliwe komentarze Jakuba Majmurka na wysokim C o „Zachód” są jak braunowskie alarmistyczne wezwania do obrony cywilizacji łacińskiej. Bo co to będzie, jak Polska ją opuści? Wszyscy umrzemy. A wspólnym mianownikiem tego jest oczywiście uznanie dogmatu o transcendentalnym dobru transformacji. W ten sposób tworzy się oddziały strażników bezkrytycyzmu, których moralność naruszają np. rozliczne nagonki wszczynane przez Kaczyńskiego, ale gdy przychodzi do przehandlowania braku bezdomności i pełnego zatrudnienie za „demokrację” i wolny rynek, to już spoko.
Gdyby jednak wątpliwości tego rodzaju rozeszły się po ludziach za bardzo lub gdyby nie nastarczyło argumentów, z bratnią pomocą przyjdzie zawsze Zachód. Nie wiem czy apologetom III RP zabrakło w Polsce paliwa, nie sądzę. Jednak ogólniej patrząc, w Europie, po kapitulacji socjaldemokratów i przejściu na całej oficjalnej lewicy na wiarę neoliberalno-euroatlantycką do głosu zaczęła dochodzić prawicowa ekstrema. Polska nie jest wyjątkiem. Walką z tą nawałą jest bardzo trudna, gdyż strona przeciwna nie ma do zaproponowania niczego poza powrotem do status quo.
Przekonuje o tym Shaun Walker, brytyjski dziennikarz z – a jakże – lewicowego The Guardian. Popełnił był ów przedwczoraj wielki pean na temat tego, jak to Europa Wschodnia nigdy w historii nie miała się lepiej niż teraz, jak to wszystkim nam żyje się czarownie i jak to wszystko jest zasługą przemian po 1989 r. Jest to tekst propagandowy, który powinno się umieścić jako specjalny wzorzec, albo w jakimś muzeum. Kompozycja półprawd i statystycznych manipulacji jest tam naprawdę misternie skonstruowana.
Trzeba być łajdakiem, a nie dziennikarzem, żeby ocean cywilizacyjnego upadku jaki powstał w Europie Wschodniej nazywać „Golden Age”.
Do niedawna ponad 60 proc. Polek i Polaków żyło na granicy ubóstwa. W 2018 r. pomimo wdrożenia różnych transferów socjalnych znacznie wzrosło skrajne ubóstwo. Zjawisko niemal nieznane przez 1989 r.
Polską rządzi partia fundamentalistycznego, autorytarnego dziadostwa, która rząd dusz kupuje sobie drobnymi wydatkami na socjal; to dzięki temu, że kraj został w latach 90. zdewastowany ekonomicznie. Organizowane są dzikie nagonki na imigrantów i osoby nieheteronormatywne.
Po przyjęciu Polski do Unii Europejskiej i otwarciu rynku pracy z kraju wyemigrowało za chlebem ponad 2 mln ludzi.
Od początku transformacji zlikwidowano w Polsce kilkanaście tysięcy szkół, bibliotek, przedszkoli i żłobków.
Służba zdrowia nigdy nie podniosła się po zadanym jej w pod koniec lat 90. zarażeniu rakiem zwanym najpierw Kasami Chorych, a później Narodowym Funduszem Zdrowia. Niedawno najważniejszy szpital w Polsce – przy stołecznej ul. Banach zamknął dziewięć sal chirurgicznych.
I żeby nie było tak polonocentrycznie, dorzucę jeszcze co nieco o Bułgarii.
Transformacja ustrojowa spowodowała wyludnienie kraju. Bez wojny, bez przejścia frontu, bez jednego wystrzału z demograficznej mapy Bułgarii zniknęła 1/3 nacji. Z blisko dziesięciomilionowego państwa stała się pustynią. Pozostało tam ok. 6 mln obywateli z czego dwa mieszkają w Sofii.
Dorasta drugie pokolenie analfabetów wśród przedstawicieli mniejszości romskiej od kiedy zlikwidowany został obowiązek pracy oraz spółdzielnie rolnicze i tzw. wojska zawodowe.
W Bułgarii eksplodowała niesamowita fala rasizmu, ksenofobii, homofobii i innych tego typu nienawistnych trendów. Ich polityczne demonstrowanie było wcześniej ścigane.
Premierem tego kraju jest gangster.
Największą grupą emerytów są ci pobierający minimalną emeryturę. Wynosi 220 lewów, czyli ok. 450 zł.
Do Walkena to na pewno nie dotrze. Ale może jakiemuś wielbicielowi Guardiana da do myślenia.

 

Nobel za walkę z ubóstwem

Laureatami tegorocznej nagrody nobla w dziedzinie ekonomii zostali Abhijit Banerjee, Esther Duflo i Michael Kremer. Nagrodę otrzymali za „eksperymentalne podejście do łagodzenia globalnego ubóstwa”.

Troje laureatów wskazywała, że ogólny problem ubóstwa może być rozwiązywany poprzez wyodrębnienie mniejszych i konkretnych problemów, takich jak edukacja czy opieka medyczna. „Bezpośrednim efektem ich pracy było to, że pięć milionów hinduskich dzieci skorzystało z efektywnych programów korepetycji w szkołach” – czytamy w oświadczeniu Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk.
Pomysł naukowców wytłumaczono na przykładzie poprawy zdrowia dzieci. Laureaci zaproponowali dekonstrukcję tego zjawiska i wyłonienie poszczególnych kwestii. Ich zdaniem należałoby się przyjrzeć metodom edukacji, systemom opieki zdrowotnej, rolnictwu i dostępności kredytów.
Kremer, Banerjee i Duflo w eksperymentalny sposób wskazywali np. na mechanizmy marnotrawstwa środków w systemie edukacji. Badacze sprawdzali również jaki jest efekt dawania dzieciom książek, a także odpowiedziała na pytanie jak ograniczyć nieobecność nauczycieli.
– Nasze podejście polega na rozpakowywaniu problemów jeden po drugim i analizowaniu ich tak naukowo, jak to tylko możliwe – powiedziała Esther Duflo, cytowana przez brytyjski dziennik The Guardian. 47-letnia Duflo jest też najmłodszą laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Prywatnie jest żoną innego z tegorocznych laureatów – Abhijita Banerjee.
Abhijit Banerjee jest pochodzącym z Indii amerykańskim profesorem na uczelni Massachusetts Institute of Technology (MIT). Na MIT pracuje również wspomniana wyżej jego małżonka, amerykańsko-francuska profesor. Z kolei trzeci z laureatów – Michael Kremer jest profesorem na Uniwersytecie Harvarda. Pochodzi z USA.
Nagroda, którą podzielą się laureaci, wynosi 9 mln koron szwedzkich, czyli ok. 3,5 mln zł.
Nobel z ekonomii – w przeciwieństwie pięciu pozostałych kategorii – nie został ustanowiony w testamencie Alfreda Nobla, ale został ufundowany przez szwedzki bank centralny. Pierwszy raz przyznano go w 1969 r. Oficjalnie wyróżnienie to nazywa się Nagroda Banku Szwecji w Dziedzinie Ekonomii im. Alfreda Nobla.

PiS bez pomysłu, opozycja zahipnotyzowana

Hat-trick Kaczyńskiego zdominował debatę programową i całą kampanię wyborczą. Propozycje programowe Prawa i Sprawiedliwości, dotyczące m.in. wzrostu płacy minimalnej, od kilku dni są nieustannie komentowane przez polityków opozycyjnych i dziennikarzy.

Koalicja Obywatelska straszy, że jeżeli propozycje partii rządzącej zostaną zrealizowane, Polsce zagrozi recesja i katastrofa rodzimej przedsiębiorczości, a czołowi politycy lewicy twierdzą, że w swoich pomysłach gospodarczych PiS wzorował się na jej pomysłach przedstawionych kilka dni wcześniej. Niektórzy komentatorzy powtarzają dziwną tezę, zgodnie z którą PiS jest najbardziej lewicową partią w Polsce. Środowisko Leszka Balcerowicza, tradycyjnie już, uznało PiS za partię socjalistyczną.

Wszystkie te podejścia zdumiewają – przede wszystkim tym, że traktują propozycje prezesa jako całościową wizję społeczno-ekonomiczną.

Tymczasem pomysły PiS-u na wybory są po prostu słabe, mało rozwojowe, a z jakkolwiek pojmowaną lewicowością nie mają nic wspólnego. Trudno wręcz zrozumieć, dlaczego lewica nie korzysta z okazji, aby pokazać pomysły PiS-u jako dowód jego słabości.
Propozycje partii rządzącej to każdorazowo świadczenia pieniężne dobrane pod konkretny elektorat. W przyjmowanych rozwiązaniach nigdy nie chodzi o rozwiązanie ważnego społecznie problemu czy poprawę jakości życia społeczeństwa, tylko efektowny (i zazwyczaj nieefektywny) transfer pieniężny, który krótkoterminowo zostanie doceniony przez jego odbiorców. Jednocześnie PiS powiela neoliberalny dogmat o tym, że państwo nie jest w stanie rozwiązywać kluczowych problemów społecznych i dlatego nie ma sensu rozwijać usług publicznych. Zgodnie z tym dogmatem PiS nie dba o państwową służbę zdrowia, niszczy szkolnictwo, lekceważy pomoc socjalną, nie zajmuje się ekologią czy transportem publicznym, nie interesuje się opieką żłobkową i przedszkolną, ani tym bardziej opieką senioralną. Wybrane grupy mają otrzymać nieco pieniędzy i zorganizować sobie usługi zdrowotne, edukacyjne czy transportowe na własną rękę.
Na tym właśnie polega program Rodzina 500+ – państwo ściąga od obywateli podatki, a następnie przekazuje je gospodarstwom domowym z dziećmi. Dokładnie o to samo chodzi w świadczeniu Wyprawka+. Wszyscy składamy się z podatków, aby przelać pieniądze grupie wskazanej przez partię rządzącą. Za rządów PiS podatki wciąż są bardzo mało progresywne, więc na flagowy program rządu składa się ogół obywateli, a w świadczeniu Rodzina 500+ nie ma już kryterium dochodowego nawet na pierwsze dziecko, więc środki również otrzymują biedni i bogaci, tyle że z dziećmi. W ostatecznym rozrachunku pieniądz krąży, nie zmniejszając nierówności społecznych, ani nie rozwiązując żadnego ważnego problemu. Gdyby chodziło o dobro dzieci, PiS na przykład wprowadziłby do szkół nieodpłatne pełnowartościowe posiłki dla wszystkich uczniów, ale z tego rozwiązania zrezygnowano. Znacznym ułatwieniem dla dzieci i ich rodziców byłaby też pełna refundacja kosztów podręczników, ale to program, który rozpoczął rząd PO-PSL, a PiS uznał, że nie ma sensu go rozszerzać.

Program Rodzina 500+ nie rozwiązuje też problemu ubóstwa, które radykalnie wzrosło w 2018 r.

Eksperci od wielu miesięcy zwracają uwagę, że bezwzględna bieda mogłaby być ograniczona znacznie bardziej i za mniejsze środki niż poprzez 500+, ale rząd nie chce nawet o tym słyszeć. Dlatego świadczenia z pomocy społecznej pozostają na skromnym poziomie przy niskich kryteriach dochodowych. Na ograniczenie ubóstwa duży wpływ miałoby zwiększenie dostępności leków i obniżki cen transportu na terenach wiejskich, ale to również kwestie zbyt skomplikowane i trudne do przekazania w kampanii wyborczej, więc rząd bardzo niewiele robi na tych obszarach. Jest 500+ i 300+, więc obywatele mają być zachwyceni. A gdy ktoś protestuje, to się go straszy złymi liberałami, którzy przyjdą i zakręcą kurek z pieniędzmi. Niestety opozycja nie korzysta z okazji, aby na tym polu nakreślić alternatywę wobec polityki rządu. Wciąż słyszymy, że świadczenia rządu są świetnymi rozwiązaniami, które co najwyżej zostaną rozwinięte o nowe propozycje. Skąd na nie wziąć pieniądze, już się nie dowiadujemy. Najwyraźniej i lewica, i liberałowie dali się zaszantażować polityce społecznej władzy i uznali, że inna polityka nie jest możliwa.
Tak właśnie wygląda reakcja opozycji na tzw. hat-trick Kaczyńskiego. Już w 2015 r. wiele słyszeliśmy o dobrej zmianie na rynku pracy. Minęły prawie cztery lata i nic takiego nie nastąpiło. Liczba umów niestandardowych utrzymuje się na wysokim poziomie, skala samozatrudnienia wręcz wzrośnie, a PIP wskazuje, że wciąż funkcjonują dziesiątki tysięcy umów zleceń, gdy są spełnione kodeksowe warunki etatu. Jednocześnie w bezpośrednio nadzorowanych przez władzę instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa panuje kolesiostwo, mobbing, dyskryminacja związków zawodowych poza podporządkowaną władzy „Solidarnością”. Na dodatek utrzymują się bardzo niskie płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia czy pracowników socjalnych, a władza co najwyżej arbitralnie podnosi wynagrodzenia wybranym pracownikom i grupom zawodowym. Nie tylko więc nie ma dobrej zmiany na rynku pracy, ale wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia standardów pracy pomimo świetnej koniunktury gospodarczej.
W tym kontekście deklaracja Kaczyńskiego odnośnie skokowego wzrostu płacy minimalnej wygląda na wyabstrahowany pomysł obliczony na wygraną w wyborach parlamentarnych, a nie przemyślane rozwiązanie, dzięki któremu mieliby zyskać pracownicy.
Zresztą wydaje się, że nawet część rządu nie została poinformowana o pomysłach prezesa partii.

Wielu lewicowych komentatorów docenia gest prezesa, twierdząc, że pokazuje on odwagę i wrażliwość PiS-u na tle partii opozycyjnych. Niektórzy wręcz żałują, że nikomu nie udało się przelicytować pomysłu partii rządzącej. Tymczasem propozycję nagłego wzrostu płacy minimalnej bez zmiany innych wskaźników społeczno-ekonomicznej trudno jednoznacznie ocenić.

Oczywiście płacę minimalną warto szybko podnosić, ale powinna to być część całościowych działań na rzecz świata pracy. Warto pamiętać, że w krajach socjaldemokratycznych głównym mechanizmem poprawy sytuacji pracowników są układy zbiorowe, których w Polsce prawie w ogóle nie ma. Są też silne związki zawodowe, które PiS całkowicie lekceważy, mając jedynie podporządkowaną sobie „Solidarność”. Ważnym elementem stymulowania wzrostu płac są też podwyżki w sferze budżetowej i samorządowej. Tymczasem na tym obszarze rząd robi bardzo niewiele i bez zmiany strategii, a przy zachowaniu deklaracji o wzroście płacy minimalnej, za 3-4 lata być może nawet połowa pracowników będzie zarabiać minimalne wynagrodzenie. Zresztą GUS pokazuje, że już teraz rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną.
Rośnie też odsetek samozatrudnionych i rząd nie wprowadza żadnych ustawowych mechanizmów na rzecz ograniczenia umów niestandardowych. W praktyce daje to możliwości omijania płacy minimalnej na masową skalę, co zresztą już teraz ma miejsce. Warto więc podnosić płacę minimalną, ale tak, aby pomagała ona ludziom pracy. Czy w wersji PiS-owskiej skutki będą wyłącznie pozytywne – można mieć wątpliwości, a w każdym razie partia rządząca nie zadbała, aby pokazać, że wzrost płacy minimalnej jest częścią szerszego planu. Nie jest też jasne, dlaczego płaca minimalna ma wynosić w 2021 r. 3000 zł brutto, a w 2024 r. 4000 zł. Czy dlatego, że takie kwoty efektownie wyglądają? A jeżeli w 2022 r. przyjdzie recesja i średnia płaca stanie w miejscu, to co wtedy zrobi prezes? Znacznie lepszym rozwiązaniem rekomendowanym przez Lewicę, Koalicję Obywatelską i związki zawodowe jest powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem albo z medianą.

Można pomyśleć nad takim mechanizmem też w obrębie poszczególnych branż, ale musi tu być jakaś odpowiedzialna myśl, a nie tylko plan na wygranie wyborów.

Jeszcze mizerniejsza i krótkofalowa jest propozycja wypłaty trzynastek i czternastek dla emerytów. Emerytury w Polsce są coraz niższe, szczególnie kobiet, ale jednorazowy prezent z okazji wyborów nie ma nic wspólnego z odpowiedzialną polityką senioralną. PiS nawet nie próbuje rozwijać całościowej polityki senioralnej, nie ma żadnego pomysłu na służbę zdrowia, nie wspiera osób z niepełnosprawnościami, nie podejmuje działań na rzecz aktywizacji zawodowej osób starszych ani nie ma pomysłu, jak systemowo podnieść emerytury. Jedyny pomysł to efektowne i mało efektywne rzucenie jednorazowego dodatku, który przy gorszej koniunkturze można będzie zlikwidować. Takie podejście nie rozwiązuje żadnego problemu, ani nie daje szansy na trwałą poprawę jakości życia seniorów. To obietnica sformułowana tylko po to, aby PiS wygrał wybory.
Co na to opozycja? Nikt nawet nie krytykuje takiej metody radzenia sobie z problemami społecznymi, a opozycja jednym chórem woła, że żadnego PiS-owskiego świadczenia nie zniesie. Skoro tak, to trudno dociec, z jakich środków Schetyna, Kidawa-Błońska, Czarzasty czy Zandberg zrealizują swoje własne obietnice – zresztą znacznie sensowniejsze niż trzynastki i czternastki Kaczyńskiego. Ale jeżeli lewica i liberałowie chcą utrzymać wszystkie świadczenia wprowadzone przez PiS, to bez radykalnego podniesienia podatków nie znajdą środków na realizację swoich programów.

Ostatni pomysł z hat-tricku Kaczyńskiego o znacznie wyższych opłatach dla rolników to już czysty wyborczy populizm, nie mający związku z rzeczywistością, gdyż poziom dopłat będzie zależny od decyzji całej Unii Europejskiej, a nie woli prezesa. A w Unii mało kto interesuje się hat-trickiem Kaczyńskiego czy piątką Morawieckiego. 500

10 fundamentalnych pytań do prof. Grzegorza Kołodki

W nowej serii pt. „10 pytań do…” Filip Lamański rozmawia z prof. Grzegorzem W. Kołodko, który opowiada m.in. o tym w którym kierunku zmierza nasz świat, jak powinny wyglądać relacje między Chinami i USA oraz czy ludzkość poradzi sobie z kryzysem klimatycznym?

Dokąd zmierza świat?

G.W.K. Hmm… Starałem się odpowiedzieć na to pytanie całą książką, 448 stron, zatytułowaną „Dokąd zmierza świat. Ekonomia polityczna przyszłości”, ale tak najkrócej to do epoki chaosu. Każda epoka jednakże mija, przejdzie zatem i ten okres zamętu, choć zajmie to wiele dziesięcioleci. Narastać będą napięcia, sytuacja będzie nieustannie konfliktogenna, ale wielkich otwartych konfliktów może udać się uniknąć. Nadzieja w tym, że piętrzące się przed ludzkością i współczesną cywilizacją problemy – łącznie z ich potężną piątką, czyli zmianami klimatycznymi, wyczerpywaniem się nieodnawialnych zasobów Ziemi, masowymi migracjami ludności, nierównościami warunków życia oraz konfliktami zbrojnymi – są rozwiązywalne. Rozwiązywalne wszak nie oznacza, że będę rozwiązane.

Czy narastające nacjonalizmy, o których pisze Pan w swoich książkach, mogą zatrzymać globalizację?

Nie. Narastające nacjonalizmy – tak te stare, jak w Indiach czy Rosji, jak i te nowe, skierowane przeciwko globalizacji – oraz populizm to złe odpowiedzi na neoliberalizm i niesprawiedliwą odsłonę globalizacji. Nie walczy się złem ze złem, jedną głupotą z inną. Nasza szansa na znośną, a może nawet dużo lepszą przyszłość musi polegać na globalizacji inkluzyjnej, sprawiedliwiej dzielącej efekty zintegrowanego rozwoju gospodarczego. O tym właśnie mówi Nowy Pragmatyzm. Nacjonalizmy i populizmy – i ten prawicowy, współcześnie silniejszy, i ten lewacki – dodatkowo komplikują funkcjonowanie światowej gospodarki i hamują proces globalizacji, ale ze względu na globalne łańcuchy dostaw, siłę transferów kapitałowych, umiędzynarodowienie produkcji i handlu, potęgę transnarodowych firm, a także ze względów kulturowych (podróże, wymiana kulturalna, kontakty międzyludzkie) globalizacji nie zatrzymają. W długim okresie jest to proces nieodwracalny. I dobrze, gdyż jego korzystne strony przeważają nad ułomnościami.

Czy Chiny będą w stanie przeciwstawić się w dłuższej perspektywie USA i czy czeka nas zmiana światowego hegemona?

I o tym napisałem książkę – o połowę krótszą, bo dokładnie 224 strony – pod prowokacyjnym tytułem „Czy Chiny zbawią świat?”. Otóż nie zbawią, ale odegrają niepomierną rolę w tym, by się nie wywrócił. Chiny nie zepchną też Stanów Zjednoczonych na drugi tor i nie staną się światowym hegemonem, ale nieuchronnie będą coraz potężniejsze. Świat jest pojemny i da się w nim pomieścić więcej niż jedną superpotegę. Rozpętanie przez USA wojny handlowej to brak rozsądku, a nakręcanie przezeń spirali zbrojeń i nowej zimnej wojny to szaleństwo. Chinom nie należy się antagonistycznie przeciwstawiać, ale trzeba z nimi po partnersku się układać; nie tylko w sprawach dwustronnych, lecz także globalnych, odnoszących się do mechanizmów pokojowego rozwoju całego świata.

Czy czeka nas po raz kolejny polaryzacja świata, jak to miało miejsce w czasie I Zimnej Wojny?

Niekoniecznie. Nieracjonalne zachowania obecnej administracji amerykańskiej miną wraz z prezydenturą Donalda Trumpa, Unia Europejska postępuje rozsądnie, Indie, Rosja i inni globalni gracze oraz regionalne potęgi, takie jak Pakistan, Turcja, Nigeria, Brazylia, Meksyk, nie są zainteresowane zimną wojną, bo bynajmniej nie sprzyja to ich gospodarczemu rozwojowi. Oczywiście, kluczowe są i będą stosunki chińsko-amerykańskie i dlatego z uwagą trzeba obserwować ich ewolucję, a nade wszystko sprzyjać łagodzeniu napięć i poszukiwaniu nowych sposobów sterowania współzależną, wewnętrznie sprzężoną w wyniku globalizacji gospodarką XXI wieku. Ogromne przy tym znaczenie ma ułożenie się wielostronnych stosunków chińsko-rosyjskich. Obecna zimna wojna (nazwałem ją kiedyś II zimną wojną, zob. „Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką”, ledwie się rozkręca, ale bynajmniej nie musi trwać podobnie długo, jak ta poprzednia (o której teraz już możemy mówić I zimna wojna).

Zmiany w europejskiej demografii mogą wymagać od nas „sprowadzenia” rąk do pracy z innych kontynentów. Czy jesteśmy skazani na imigrację?

Tak. Trwać będą wewnątrz europejskie wędrówki ludów (więcej rodaków do kraju wróci niż stąd wyjedzie), jak i zwłaszcza imigracja do Europy. To jedno z największych wyzwań, przed jakimi stoimy, zresztą nie tylko w naszej części świata. Nieuchronna jest zarówno większa tolerancja, otwarcie i wielokulturowość, jak i zasadniczo zwiększona pomoc rozwojowa (finansowa, edukacyjna, polityczna) dla krajów biedniejszych, uwikłanych w konflikty etniczne i zbrojne oraz dewastowanych przez zmiany klimatyczne.

Z drugiej strony rosnące koszty pracy w Europie i Azji mogą doprowadzić do „przeniesienia przemysłu” do krajów afrykańskich. Czy Afryka może być dla Zachodu tym, czym dotychczas były Chiny?

Nie. Ze względów klimatycznych i kulturowych. Tylko część produkcji tam trafi. Już to się dzieje w niektórych krajach – tak subsaharyjskich, jak Lesotho, Tanzania, Kenia czy Etiopia, jak i arabskich, jak Egipt, Tunezja, Algieria czy Maroko – podobnie jak przejmowanie niektórych sektorów wytwórczych i usługowych przez uboższe azjatyckie kraje (a więc i z tańszą siłą roboczą), jak Wietnam, Bangladesz, Pakistan czy Myanmar. Nie przesadzajmy z tym „przenoszeniem przemysłu”, gdyż występują tu znaczące ograniczenia, zwłaszcza w gałęziach bardziej nasyconych zaawansowaną technologią. One muszą być ulokowane w klastrach zasobnych w wykwalifikowaną siłę roboczą, z odpowiednią infrastrukturą i otoczeniem instytucjonalnym. Nie da się przenieść przemysłu elektronicznego z Shenzhen do Lagos, ale da się alokować fabrykę konfekcji z przedmieść Chengdu na peryferie Dar es Salam. Co zaś do Afryki, to powoli i tam autonomicznie rozwijać będą się rozmaite rodzaje przemysłów przetwórczych; już to się dzieje. Jednakże Afryka to nie będą „drugie Chiny”.

Czy ciągły wzrost gospodarczy ma szanse mieć miejsce w długiej perspektywie, mając na uwadze wyczerpujące się zasoby i coraz większa degradację Ziemi?

Bynajmniej. Trzeba odejść od ekonomii i polityki nieustannego wzrostu gospodarczego. Jak pokazuje to Nowy Pragmatyzm, jesteśmy już w poPKBowskiej rzeczywistości, co wymaga poPKBowskiej teorii ekonomii i opartej na niej poPKBowskiej polityki zintegrowanego, czyli potrójnie – ekonomicznie, ekologicznie i społecznie – zrównoważonego rozwoju. W przyszłości coraz większą uwagę trzeba będzie zwracać na imperatyw równowagi, relatywnie mniej natomiast przeć na szybki ilościowy wzrost produkcji. W skali świata wymaga to zróżnicowanego tempa wzrostu. Trzeba zachować dostateczną przestrzeń ekologiczną do szybkiego wzrostu gospodarczego narodów na dorobku, co zarazem wymaga kontrolowanego – i trwałego – jego spowolnienia w krajach, które już się dorobiły. W innym przypadku światowa gospodarka napotka nie tylko bariery surowcowe i ekologiczne, lecz także społeczne i polityczne. To droga do megakryzysu – czy też, jak to określiłem w „Wędrującym świecie”, Jeszcze Większego Kryzysu, JWK – który z dzisiejszej perspektywy jest jeszcze wciąż możliwy do uniknięcia. Nałożenie się na siebie eskalujących faz kryzysów ekonomicznego, demograficznego i klimatycznego to kataklizm.

Jak Pan widzi przyszłość UE i strefy euro? Czy ten projekt będzie dalej się rozwijał, czy może z czasem dojdzie do jego rozpadu? Czy Polska, Czechy, Węgry, Szwecja i Dania w końcu dołączą do strefy euro, czy będą twardo stać na straży niezależności walutowej i odkładać ten proces?

Z realistycznym optymizmem. Unia Europejska poszerzy się o kraje bałkańskie, z czasem może także o Norwegię i Islandię. Nie wejdzie w jej skład ani Turcja, ani Ukraina i z zupełnie innych przyczyn również Szwajcaria. Integracja europejska będzie pogłębiać się na wszystkich płaszczyznach – gospodarczej, kulturowej, społecznej i politycznej – ale będzie to wspólnota narodów, a nie unia w pełnym tego słowa znaczeniu. Mało będzie federacji, dużo koordynacji. Zgrzytać będzie nieustannie, od czasu do czasu przeżywać będziemy rozmaite kryzysy – bardzo poważne też – których rozumne przezwyciężanie będzie z czasem wzmacniać integrację. Unia Europejska, to wiodące w skali świata ugrupowanie zrzeszające ponad pół miliarda ludzi, będzie skutecznie konkurować zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Chinami, stanowiąc trzeci główny filar globalnego układu.
Oczywiście, w odróżnieniu od rozpadu USA, do którego dojść nie może, nie można wykluczyć rozpadu UE, ale jest to wariant na tyle mało prawdopodobny, że w scenariuszach na przyszłość można go spokojnie nie brać pod uwagę. Większe natomiast – choć wciąż bardzo znikome – jest prawdopodobieństwo rozkładu strefy wspólnej waluty euro. Uważam jednak, że nie tylko przetrwa ono okres obecnych trudności, ale wyjdzie z nich wzmocnione. Z czasem udział euro w zasobach światowych rezerw walutowych będzie rósł (skądinąd podobnie jak chińskiego juana, a w obu przypadkach kosztem amerykańskiego dolara). Przez czas jakiś jeszcze – warunkowany raz to politycznie, kiedy indziej ekonomicznie – niektóre kraje członkowskie UE będą pozostawały poza obszarem euro, ale w końcu doń przystąpią. Chorwacja już niedługo, nieco później Bułgaria, później kolejne kraje, w tym Polska w drugiej połowie dekady 2020. Sądzę, że też Dania – jedyny kraj (poza Wielką Brytanią opuszczającą Unię) na mocy traktatowej mogący pozostawać poza unią walutową – dołączy do tego grona. Za kilkanaście lat Unia Europejska może liczyć ponad 30 członków i wszystkie one będą miały w obiegu euro. Mogą, nie muszą.
W przypadku krajów małych i średnich nie ma lepszego sposobu na stawianie czoła wyzwaniom globalizacji – maksymalizacji płynących zeń korzyści i minimalizacji nieodzownie towarzyszących jej kosztów – jak regionalna integracja opierająca się na instytucjach społecznej gospodarki rynkowej.

Jakie rozwiązać te wszystkie problemy Wędrującego Świata, z którymi już musimy się mierzyć lub przyjdzie nam się mierzyć w niedalekiej przyszłości?

Jeden z rozdziałów „Wędrującego świata” zaczynam maksymą: „Dojść do idealnego świata nie sposób, ale iść trzeba.” Otóż wszystkich problemów rozwiązać się nie da, ale niejeden jak najbardziej. Sztuka polityki – także tej ponadnarodowej, a w przypadku wielkich tego świata wręcz globalnej – polega z jednej strony na wykorzystywaniu nadarzających się okazji, a z drugiej na unikaniu przeradzania się sytuacji konfliktowych w otwarte konflikty – od gospodarczych do zbrojnych. Największe wyzwanie, przed jakim stoi ludzkość w XXI wieku, to reinstytucjonalizacja globalizacji. Skoro ta jest nieodwracalna, to już wyłoniona współzależna gospodarka światowa wymaga odpowiedniego sterowania. Nie rządzenia czy kierowania, ale właśnie sterowania. Po angielsku powiedziałbym, że chodzi o global governance.
Rozpętana przez amerykańskiego prezydenta wojna handlowa i podsycanie nowej zimnej wojny to zaprzeczenie tego, na czym nam musi zależeć, jeśli naprawdę mamy na uwadze dobrą przyszłość całej cywilizcji. Gra powinna iść o global publico bono. Świat potrzebuje nowego ładu, a tymczasem nieudaczni politycy tu i tam serwują mu nowy chaos. Negocjacje, przeformułowanie ponadnarodowych reguł gry i ich przestrzeganie, tworzenie przyczółków globalnej spójności społecznej, ratowanie liberalnej demokracji przed kryzysem, który sama sobie zafundowała flirtowaniem z cynicznym neoliberalizmem, oraz zdroworozsądkowe ograniczanie nacjonalizmów i populizmów – to droga na przyszłość. Na gruncie ekonomicznym trzeba opierać się na Nowym Pragmatyzmie. On też świata nie zbawi, ale trochę pomóc mu może.

Jak Pan wyobraża sobie świat i ludzkość za 100 lat? Czy poradzimy sobie z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem?

To będzie lepszy świat niż też nam dany. Za 100 lat będzie nas 10 miliardów i choć już teraz moglibyśmy wyeliminować ubóstwo, to i wtedy jeszcze jakiś miliard będzie żył w biedzie i nędzy. Wciąż w niektórych miejscach ludzi będzie za mało i może nie starczać rąk (a raczej) głów do pracy, gdzie indziej nieustannie będzie ich zbyt wiele. Z postępującą dewastacją środowiska naturalnego oraz globalnym ociepleniem sobie poradzimy; ludzkość nie popełni masowego samobójstwa. Pomoże nam w tym technologia i polityka polegająca na globalnym sterowaniu masowymi działaniami. Niezbywalne są przy tym stosowne przemiany kulturowe zmierzające do coraz większej dozy spójności społecznej i wypierania mentalności w stylu „moja chata z kraja”.

Neoliberalne utopie głoszące, że rynek samodzielnie rozwiąże i te problemy, należy wreszcie wyrzucić na śmietnik historii. Następne 100 lat (i później też) to okres nieustannych poszukiwań i doskonalenia twórczej synergii potęg rynku i regulacji, tym razem już ponadpaństwowej, a w niektórych sferach wręcz ogólnoświatowej. To nie jest łatwe, ale jest to możliwe. I choć podkreślam, że ani rynek nie wyklucza nieuczciwości, ani demokracja nie eliminuje głupoty, to wiem, iż w przyszłości jednego i drugiego może być mniej. Oby!

Prof. Grzegorz W. Kołodko, najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista, członek Europejskiej Akademii Nauk, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994-97 i 2002-03. Autor ekonomicznych bestsellerów

Śmierć proroka

Kryzys potrwa jeszcze 20, 30 może 40 lat. Będzie chaos i gwałtowne wstrząsy w stosunkach międzynarodowych i gospodarce. Szczegóły są całkowicie nieprzewidywalne i wynik jest nieprzewidywalny – prognozował w 2012 r. Immanuel Wallerstein. Nieustannie czerpiący inspirację z marksizmu socjolog, autor teorii systemów-światów zmarł 31 sierpnia.

Urodzony w Nowym Jorku, związany z Uniwersytetem Columbia badacz początkowo specjalizował się w badaniach nad Afryką. Od połowy lat 70. pracował nad całościowym opisem stosunków gospodarczych i politycznych na świecie, inspirując się marksizmem, koncepcją „długiego trwania” wypracowaną przez francuską szkołę Annales oraz teorią zależności (tj. zależności krajów rozwijających się od rozwiniętych).
Współczesny nam system społeczno-gospodarczy Wallerstein określał jako kapitalistyczną gospodarkę-świat, w której występuje nieograniczona akumulacja kapitału, a cały świat dzieli się na centrum, obszary peryferyjne i przejściowe półperyferia; każdy z tych obszarów charakteryzują odmienne procesy produkcji i wymiany, a w wymianie między nimi zachodzi fundamentalna nierówność. Udowadniał, że obszary peryferyjne są uzależnione od centrum, ich rozwój jest uzależniony od stosunków z centrum, a to z kolei konsekwentnie eksploatuje znajdujące się na peryferiach zasoby surowcowe i „wysysa” stamtąd siłę roboczą. Procesy innowacyjne i produkcja dóbr wysoko przetworzonych możliwa jest tylko w centrum.
W ślad za Marksem Wallerstein podkreślał, iż nieustanna akumulacja kapitału prowadzi do narastania polaryzacji społecznej, a konflikty na tle klasowym nie mogą zostać w gospodarce kapitalistycznej przerwane ani wygaszone. Argumentował, iż w każdym historycznym systemie, także kapitalistycznym, zachodziły i zachodzą długookresowe procesy, które stopniowo podważają jego wewnętrzną równowagę („W pewnym momencie nie sposób już kontynuować wzrostu według starych reguł” – tłumaczył w cytowanym wywiadzie, jaki przeprowadził z nim Adam Leszczyński). Dochodzi do momentu bifurkacji – chwili, gdy system może rozwijać się w dwóch przeciwstawnych kierunkach. Który zwycięży, decydują potężne ruchy społeczne.
W 2012 r. Wallerstein nazwał dwa aktualne przeciwstawne kierunki duchem Davos – od miejsca, gdzie odbywają się zjazdy największych globalnych potęg – i duchem Porto Allegre, od miasta, gdzie odbywały się zjazdy ruchów alterglobalistycznych. Stawiane wówczas przez Wallersteina alternatywy okazały się nadzwyczaj trafne. „Ci ludzie chcą trzech korzyści, które im daje dzisiejszy kapitalizm: wysokich dochodów, możliwości wyzysku i polaryzacji politycznej, która ich trzyma u władzy” – tak definiował duch Davos. Przeciwstawny duch Porto Allegre w jego ocenie dawał możliwość powstania demokratycznego i egalitarnego świata, jakiego dotąd w historii nie było.
W jednym ze swoich ostatnich komentarzy publikowanych na osobistej stronie, w lutym 2019 r. Wallerstein nadal podnosił, iż trwa strukturalny kryzys kapitalizmu. Wzywał lewicę do znalezienia strategii prowadzenia walki klasowej zarówno w krótkiej perspektywie (doraźnej poprawy sytuacji ogromnej większości społeczeństw, poddawanej bezwzględnemu wyzyskowi), jak i w perspektywie średniookresowej. Od wypracowania tych strategii, twierdził, zależy zwycięstwo lub klęska lewicy w okresie kryzysu i przekształceń systemu.

Róża Luksemburg – ekonomia (bardzo) polityczna

Czym jest ekonomia polityczna?

Przedstawiając we Wstępie do ekonomii politycznej podstawowe założenia Marksowskiej teorii wartości opartej na pracy Róża Luksemburg dokonuje kluczowego przesunięcia, pokazując konieczne połączenie między wartością a pieniądzem. Jej zdaniem ”[o]dkrycie, że w wartości wymiennej każdego towaru, a więc i pieniądza, tkwi tylko praca ludzka, a zatem, że wartość każdego towaru jest tym większa, im więcej pracy potrzeba na jego wytworzenie i na odwrót – odkrycie to jest dopiero połową prawdy. Druga połowa prawdy polega na wyjaśnieniu, jakim sposobem i dlaczego praca ludzka przyjmuje tak osobliwą formę wartości wymiennej i zgoła już zagadkową formę pieniądza?”.
Postawione przez Luksemburg pytanie jest zarazem pytaniem o rolę wymiany w społeczeństwie, w szczególności w społeczeństwie kapitalistycznym. Pierwotna forma wymiany zachodząca między plemionami, będącymi niewielkimi gospodarkami planowymi, wraz z powstawaniem własności prywatnej uzyskuje nową kluczową rolę – staje się spoiwem, „jedynym środkiem zespolenia rozproszonych indywiduów i ich pracy w zwartą gospodarkę społeczną”.
Ogólna wymiana w gospodarce bezplanowej nie może oczywiście zachodzić bez pieniądza. Tylko produkt, który został wymieniony na pieniądz posiada wartość. Oznacza to, że praca prowadząca do wytworzenia danego produktu jest początkowo wyłącznie pracą prywatną. Staje się ona społeczna czy też społecznie niezbędna, dopiero jeżeli ktoś uzna, że produkt ten wart jest zapłacenia za niego jakiejś kwoty pieniężnej. W przeciwnym razie produkt ten nie posiada żadnej wartości, a praca wydatkowana na jego wykonanie staje się „wyrzuconą na darmo pracą”. A zatem, jak pisze Bellofiore, „pieniądz jest jedynie ekspresją pracy społecznej […] jest jedyną wspólną rzeczywistością łączącą różne prace prywatne, fragmenty pracy ludzkiej pozbawionej użyteczności”. Marksowska teoria wartości w ujęciu Róży Luksemburg nie jest teorią wyjaśniającą obiektywne zakotwiczenie cen w pewnym fizjologicznym wysiłku człowieka w produkcji, ale teorią odnoszącą się do pewnej specyficznej formy, w której jednostkowa praca staje się społeczna, właściwej wyłącznie gospodarce pieniężnej.
Nietrudno zauważyć także, że abstrakcja[12] związana z uznaniem pracy konkretnej za społecznie niezróżnicowaną, będąca podstawą wartości, ma zatem charakter realny, a nie teoretyczny. Jak pisze Luksemburg w pracy Reforma socjalna czy rewolucja?, abstrakcja ta „nie jest wymysłem, lecz odkryciem […]; istnieje ona nie w głowie Marksa, lecz w gospodarce towarowej”.
Społeczeństwo prywatnych wytwórców spajane wymianą posiada jeszcze jedną kluczową cechę. Procesy gospodarcze przestają być w nim zrozumiałe, przewidywalne dla uczestniczących w nich ludzi, wydają się być czymś zewnętrznym, niezależnym od człowieka, niczym zjawiska przyrodnicze. Dopiero tak wyizolowana i wyobcowana sfera gospodarki potrzebuje nauki zgłębiającej rządzące nią prawa – ekonomii politycznej. Jak pisze Luksemburg:
Nauka Marksa jest dzieckiem ekonomii burżuazyjnej, ale dzieckiem, którego narodziny kosztowały życie matki. W teorii Marksa ekonomia polityczna jako nauka znalazła swe uwieńczenie i swój kres. Potem – jeżeli nie liczyć rozwijania nauki Marksa w szczegółach – powinno nastąpić tylko przekształcenie tej nauki w działanie, a więc walka międzynarodowego proletariatu o urzeczywistnienie socjalistycznego ustroju gospodarczego. Koniec ekonomii politycznej jako nauki jest wydarzeniem historycznym, jest jej przekształceniem w praktykę planowo zorganizowanej gospodarki światowej.
Powyższe sformułowania w ustach ekonomistki, jaką była Róża Luksemburg, mogą dziwić, szczególnie gdy sięgniemy do klasyfikacji Harry’ego Cleavera umieszczającego odczytanie dokonane przez Luksemburg w grupie ekonomicznych i ideologicznych interpretacji Kapitału. Takie interpretacje muszą być prowadzone z perspektywy kapitału i „są zasadniczo biernymi interpretacjami sytuacji społecznej”. Takie zaklasyfikowanie Luksemburg wydaje mi się nie do końca trafne. Jej teoria zdaje się balansować pomiędzy perspektywą kapitału a perspektywą klasy robotniczej. Jest więc zatem przynajmniej częściowo polityczna w rozumieniu Cleavera, tzn. ukazuje związki kategorii i pojęć ekonomii z walką klas i wskazuje na „konsekwencje dla politycznej strategii klasy robotniczej”. Ujęcie przez nią najważniejszego dzieła Marksa jako ostatniego dzieła ekonomii politycznej, przynoszącego jej zniszczenie, nie jest co prawda tożsame z ujęciem amerykańskiego autora, kładącego nacisk na negatywną interpretację pierwszego słowa podtytułu Kapitału (Krytyka ekonomii politycznej), jednak z pewnością wskazanie na konieczność zniszczenia ekonomii politycznej jako nauki i przejścia do praktyki rewolucyjnej pokazują bardzo polityczny wymiar nawet z pozoru czysto „ekonomicznych” prac polskiej marksistki (do tego aspektu nawiążę jeszcze w dalszych częściach artykułu). Interesujące jest także to, że zarówno Luksemburg, jak i Cleaver definiują walkę z kapitalizmem jako walkę z formą towarową. Dla tego drugiego jest ona „podstawową formą kapitału”, zdolność do narzucania której decyduje o utrzymaniu się samego systemu, dla Luksemburg zaś formą, która wytworzyła podział między jednostką a społeczeństwem.

Wartość siły roboczej i związki zawodowe

W kontekście rozważań nad problematyką płac, warto zwrócić uwagę na usytuowanie związków zawodowych we Wstępie do ekonomii politycznej. Ich rolą jest dbałość o wzrost płac realnych robotników, a nie hamowanie spadku płac względnych. Ze swej natury mają one zatem charakter reformistyczny i funkcjonalny względem działania gospodarki kapitalistycznej.
Zdaniem Luksemburg „Dopiero dzięki istnieniu związku zawodowego siła robocza jako towar znajduje się w położeniu, w którym może być sprzedawana według jej wartości. Kapitalistyczne prawo wymiany towarowej w zastosowaniu do siły roboczej nie przestaje obowiązywać wskutek istnienia związków zawodowych, jak to błędnie sądził Lassalle, ale na odwrót, dopiero dzięki nim może być realizowane”.
To stwierdzenie jest próbą rozwiązania fundamentalnego problemu zawartego w samym rdzeniu Marksowskiej teorii wartości. Wartość każdego towaru jest mierzona niezbędnym czasem pracy potrzebnym do jej wytworzenia. Jednak z wartością siły roboczej jest inaczej – zależy ona od czasu niezbędnego do wytworzenia sumy środków utrzymania zgodnych z pewnym historycznie i geograficznie określonym standardem życia, a więc składników używanych w (re)produkcji tego „szczególnego towaru”. Marks „traktuje proces konsumpcji jako automatyczny, niewymagający żadnego wkładu ludzkiej pracy”. Co więcej, to raczej wielkość płac nominalnych określa wartość siły roboczej, a nie odwrotnie. Zdaniem Władysława Bortkiewicza, polskiego matematyka i ekonomisty, „wartość” siły roboczej nie może zostać określona w ten sam sposób, co w przypadku innych towarów. Ze względu na brak prywatnej produkcji siły roboczej na rynek oraz konkurencji między jej wytwórcami niemożliwe staje się ustanowienie przeciętnie niezbędnego czasu pracy potrzebnego do jej wytworzenia. Wartość siły roboczej jest tylko częściowo wytworem pracy abstrakcyjnej związanej z najemną pracą żywą wytwarzającą artykuły konsumpcyjne będące środkami utrzymania. Jest ona również wytwarzana w ramach pozarynkowych systemów edukacyjnych czy rodzinnych. Jeżeli odrzucimy zaś fakt, że siła robocza jest towarem, upada nie tylko rozróżnienie na cenę i wartość siły roboczej, ale także, co znacznie ważniejsze, niemożliwe jest określenie wielkości wartości dodatkowej, a co za tym idzie, także wyzysku.

Nacjonalizm gospodarczy

Niech nam teraz wolno będzie zbadać charakter i źródła tej polityki, którą można by określić jako „nacjonalizm gospodarczy”. Metoda, którą zastosuję do tego celu, jest dobrze znaną marksistowską metodą badania zjawisk społecznych.

Można mieć dowolną opinię o marksizmie, jedno jest jednak pewne: jako metoda naukowego badania zjawisk społecznych daje doskonałe rezultaty.
Metoda ta opiera się na dwóch następujących zasadach: 1) każda ideologia społeczna czy ekonomiczna reprezentuje interesy pewnej klasy; innymi słowy, jest ona ideologią klasową; 2) podział nowoczesnego społeczeństwa na klasy, a także ich siła zależą od stopnia koncentracji przemysłu, który z kolei jest wynikiem rozwoju techniki przemysłowej. Te dwa założenia są podstawą metody marksistowskiej, którą zamierzam stosować do wyjaśnienia nacjonalizmu gospodarczego.
Rozwój historyczny przemysłu i handlu ma tendencję do przekształcania się z produkcji na małą skalę w produkcję masową, tzn. ma tendencję do koncentracji. Tendencja ta wynika z faktu, że masowa produkcja przynosi wiele korzyści natury technicznej i czysto ekonomicznej, co daje jej przewagę nad produkcją na małą skalę. Wynikiem przekształcenia produkcji na małą skalę w produkcję masową jest stałe rozszerzanie się strefy wymiany towarowej, ponieważ przemysł wytwarzający na większą skalę wymaga większych rynków zbytu dla swoich produktów. Terytorialne rozszerzanie się obiegu ekonomicznego jest stałym dowodem nadążania za postępem koncentracji przemysłu. Terytorialnym następstwem rozwoju średniowiecznego rzemiosła jest system gospodarki miejskiej (Stadtwirtschaft). W XVI wieku, w wyniku nieznacznej koncentracji produkcji przemysłowej, ta Stadtwirtschaft objęła system rozleglejszy terytorialnie (Territorialwirtschaft). Rewolucja przemysłowa XVIII wieku doprowadziła do tego, że system terytorialny został zastąpiony przez większy narodowy system gospodarczy (Volkswirtschaft). Obecnie żyjemy znowu w okresie przejściowym. Rozwój technicznych sił produkcyjnych, zwycięstwo produkcji masowej i wielkich zakładów przemysłowych nad produkcją na małą skalę i nad małymi warsztatami poszły już tak daleko, że narodowy system gospodarczy stał się za małym rynkiem dla nowoczesnego, wielkiego, skoncentrowanego przemysłu kapitalistycznego; wielki kapitał wymaga nowych obszarów cyrkulacji gospodarczej, szerszych niż większość naszych narodowych systemów gospodarczych – w rzeczywistości wymaga światowego systemu gospodarczego (Weltwirtschaft).
Połączenie narodowych systemów gospodarczych w jeden światowy system (lub co najmniej utworzenie pewnych wielkich stref ekonomicznych, na które można by podzielić świat, jakkolwiek byłoby to tylko rozwiązaniem przejściowym między okresem narodowych systemów gospodarczych a okresem jednego systemu gospodarki światowej) jest koniecznym i nieuchronnym wynikiem postępującej koncentracji przemysłu. Zwycięstwo wielkich zakładów przemysłowych nad małymi warsztatami prowadzi do produkcji masowej, która przynosi znaczne korzyści, co jej daje przewagę nad produkcją nad małą skalę. Jest ona tańsza – albo innymi słowy, zwiększa produkcyjność pracy ludzkiej przez zastosowanie najnowszych zdobyczy nauk technicznych i naukowych metod zarządzania. Produkcja masowa jest możliwa jednak tylko wówczas, kiedy istnieje dostatecznie duży rynek, zdolny do jej wchłonięcia. Dlatego postępująca koncentracja produkcji kapitalistycznej musi doprowadzić do powiększenia rynku i rozszerzania terytorialnego zasięgu obiegu gospodarczego. Obecnie osiągnęliśmy etap, na którym terytoria poszczególnych krajów europejskich są zbyt małe na to, aby dalszy rozwój produkcji kapitalistycznej był możliwy, i dlatego musi ona dążyć do przełamania barier między różnymi narodowymi systemami gospodarczymi i utworzenia z nich większych obszarów cyrkulacji gospodarczej. Podobnie rozwijający się system gospodarki narodowej, opierając się na ideologii merkantylistycznej, zmierzał do złamania bariery średniowiecznej Stadtdwirtschaft, aż osiągnął zwycięstwo. Musi to spowodować międzynarodowy podział pracy, obalenie samowystarczalności poszczególnych krajów i połączenie ich w jeden system światowy, albo co najmniej – na razie – w europejski system gospodarczy.
Jeżeli rozwój ten będzie hamowany albo nawet uniemożliwiony, musi nastąpić kryzys o przewlekłym i chronicznym charakterze. Obecne cła i polityka handlu zagranicznego państw europejskich przeszkadzają ewolucji w kierunku większego terytorialnego systemu gospodarczego; wyjaśnia to w pełni trudności gospodarcze powojennej Europy. Jeżeli bowiem różne kraje są oddzielone wysokimi taryfami celnymi lub w inny sposób, wielki skoncentrowany przemysł nie może w pełni wykorzystać swojej mocy produkcyjnej; następuje stagnacja, redukcja zatrudnienia i ogromny wzrost bezrobocia, a więc wszystkie symptomy typowego kryzysu. Jednakże kryzys taki różni się od zwykłych kryzysów czasów przedwojennych tym, że jest on chroniczny i w rezultacie musi doprowadzić do katastrofy gospodarczej. Skoro produkcja masowa staje się niemożliwa, albo co najmniej bardzo ograniczona, a ostatnie osiągnięcia techniki i naukowych metod zarządzania nie mogą znaleźć zastosowania, koszty produkcji rosną, a zatem zmniejsza się wydajność pracy ludzkiej. Jeżeli wzrasta liczba ludności, musi nastąpić ogólna zwyżka cen, ogólne zubożenie i pauperyzacja. Prowadzi to w rezultacie nie tylko do katastrofy życia gospodarczego w Europie, lecz także do upadku całej cywilizacji europejskiej. Takie są perspektywy w przypadku zwycięstwa nacjonalizmu gospodarczego.

Nacjonalizm gospodarczy jest ideologią pewnej klasy i dlatego może być przezwyciężony tylko wtedy, gdy istnieją inne klasy, dostatecznie silne do złamania jego wpływu.

Możemy zadać sobie pytanie, dlaczego nacjonalizm gospodarczy tak ostro walczy przeciw nowej terytorialnej formie kapitalizmu, przeciw światowemu systemowi gospodarczemu. Odpowiedź będzie prosta, jeśli tylko poddamy analizie społeczne znaczenie różnych etapów terytorialnej ewolucji kapitalizmu. Narodowy system gospodarczy wywodzi się z kapitalizmu wczesnego, o niewielkim stopniu koncentracji i działającego na zasadzie wolnej konkurencji (podobnie jak Stadtwirtschaft zrodziła się ze średniowiecznego rzemiosła); światowy system gospodarczy natomiast jest rezultatem daleko posuniętej koncentracji kapitalistycznych monopoli. Przejście od narodowego do światowego systemu gospodarczego spowodowane jest jedynie przekształceniem się wczesnego kapitalizmu wolnokonkurencyjnego w gospodarkę wielkich monopoli kapitalistycznych; ale będąc wynikiem, jest zarazem niezbędnym warunkiem tej przemiany. Przekształcenie to jest procesem koncentracji i dokonuje się kosztem pewnej tylko części ludności, która dawniej składała się z niezależnych przedsiębiorców; obecnie na skutek koncentracji utracili oni swoją niezależność gospodarczą i są zagrożeni proletaryzacją.
Klasa kapitalistyczna, burżuazja, jest zatem podzielona na dwie grupy, z których jedna sprzyja dalszej ewolucji kapitalizmu, podczas gdy druga, dla której proces ten oznacza stratę niezależności gospodarczej, a nawet proletaryzację, usiłuje zatrzymać go na obecnym stadium. Ta ostatnia grupa musi, rzecz jasna, walczyć z postępem gospodarczym. Ta właśnie klasa, w swoim dążeniu do zatrzymania rozwoju kapitalizmu na etapie odrębnych narodowych systemów gospodarczych, utrudnia w najwyższym stopniu przejście do światowego systemu gospodarczego, ponieważ używa całej swej siły do rozdzielania krajów i państw, aby nie dopuścić do dalszej koncentracji. W tym celu stworzyła ona własną ideologią, którą jest nacjonalizm; zmierza on do rozdzielenia narodów, zniszczenia międzynarodowej współpracy i przeciwdziałania umiędzynarodowieniu życia gospodarczego. Z punktu widzenia postępu ekonomicznego i społecznego ideologia ta jest jak najbardziej reakcyjna. Z punktu widzenia czysto ekonomicznego ideologia ta stawia jako cel samowystarczalność, która jest zaprzeczeniem międzynarodowego podziału pracy i międzynarodowej współpracy gospodarczej; pociąga to za sobą utrwalenie wczesnego kapitalizmu małych zakładów pracy przemysłowych i produkcji na małą skalę. Ten ekonomiczny aspekt ideologii nacjonalistycznej można by nazwać „nacjonalizmem gospodarczym”. Jego następstwem są wysokie bariery celne między krajami europejskimi i wojny taryfowe, które działają niszcząco na życie gospodarcze.
Bronią, którą włada nacjonalizm gospodarczy w swojej walce przeciw światowemu systemowi gospodarczemu (lub też europejskiemu systemowi gospodarczemu), są wysokie cła ochronne, a nawet prohibicyjne zakazy importu, wyjątkowo wysokie frachty kolejowe i inne podobne utrudnienia w wymianie i handlu międzynarodowym. Nacjonalizm gospodarczy jest szczególnie szkodliwy dla Europy środkowej i wschodniej z jej licznymi małymi państwami. Wysokie ochronne taryfy celne mogły dobrze służyć (ale wątpliwe czy będą dobrze służyły w dalszym ciągu w przyszłości) Stanom Zjednoczonym Ameryki, które – jako federacja ponad czterdziestu stanów, rozciągająca się na ogromnym obszarze, licząca 100 milionów ludzi, posiadająca prawie wszystkie niezbędne bogactwa mineralne – mogą uchodzić za miniaturę samodzielnego światowego systemu ekonomicznego. Dla państw europejskich natomiast, z których największe jest karłem w porównaniu z wielką republiką amerykańską, taka polityka oznacza samobójstwo gospodarcze.
Nacjonalizm gospodarczy jest, jak powiedzieliśmy, ideologią pewnej klasy i dlatego może być przezwyciężony tylko wtedy, gdy istnieją inne klasy, dostatecznie silne do złamania jego wpływu. W społeczeństwie współczesnym istnieją dwie takie klasy, zainteresowane rozwojem nowoczesnego przemysłu w kierunku światowego systemu gospodarczego. Pierwsza z nich to część klasy kapitalistycznej – burżuazja – która, ściśle powiązana z wielkimi monopolami kapitalistycznymi o międzynarodowym charakterze, jest zainteresowana w przejściu do światowego systemu gospodarczego i w złamaniu nacjonalizmu gospodarczego. Przedstawiciele tej klasy ogłosili niedawno manifest, w którym oświadczyli: „Skoro wszyscy jesteśmy zależni od importu i eksportu oraz od procesów wymiany międzynarodowej, nie możemy patrzeć bez głębokiej troski na politykę, która oznacza zubożenie Europy”. Możemy mieć nadzieję, że ta międzynarodowa część burżuazji odniesie zwycięstwo w walce z nacjonalistycznym przeciwnikiem. W tej walce międzynarodowi kapitaliści będą popierani przez klasę robotniczą, którą z konieczności interesuje to, ponieważ wielki skoncentrowany przemysł może zapewnić robotnikom lepsze warunki pracy i płacy, aniżeli mały, słabo rozwinięty przemysł w samowystarczalnym kraju, stanowiącym ideał nacjonalizmu gospodarczego; ponadto, ponieważ rozwój kapitalizmu do jego ostatecznych granic, do maksymalnej koncentracji i internacjonalizacji, jest niezbędnym warunkiem realizacji społecznego ideału robotników, Wspólnoty Socjalistycznej. Takie oto są powody, które skłaniają klasę robotniczą do popierania międzynarodowych kapitalistów w ich walce o światowy system gospodarczy, przeciwko nacjonalizmowi gospodarczemu. Można mieć nadzieję, że ich zjednoczone wysiłki będą uwieńczone powodzeniem i w ten sposób uratują Europę od groźby gospodarczego i kulturalnego upadku.
Wysiłki tych dwóch klas są popierane przez trzeci czynnik; jest nim rosnący wpływ finansów amerykańskich na sprawy europejskie. W Niemczech wpływ ten jest bardzo silny; Anglia była w stanie powrócić do waluty złotej tylko dzięki pomocy amerykańskiej; jeżeli chodzi o Francję, to jest rzeczą wątpliwą, czy trudności gospodarcze występujące w procesie uzdrowienia finansowego będą pokonane bez pomocy amerykańskiego kapitału itd. Wzrastający wpływ amerykańskiego kapitału jest jednym z najważniejszych czynników przygotowujących klęskę nacjonalizmowi gospodarczemu i sprzyjających praktycznej współpracy ekonomicznej krajów europejskich.
W dzisiejszej Europie działają dwie siły. Jedna zmierza do samowystarczalności i do izolacji gospodarczej; jest to nacjonalizm gospodarczy. Druga prowadzi do zjednoczenia, współpracy, do europejskiej, a nawet światowej unii gospodarczej. Zwycięstwo pierwszej oznaczałoby dla Europy upadek gospodarczy i kulturalny, zwycięstwo drugiej zaś – niewyobrażalne możliwości dalszego rozwoju. Narody europejskie muszą dokonać wyboru; te, które dążą do uratowania Europy od nieuchronnego upadku, wynikającego z nacjonalizmu gospodarczego, muszą połączyć się pod sztandarem międzynarodowej wspólnoty gospodarczej.

W PiS-ie są różne „bandy”

W PiS-ie panuje chaos, a wynika z tego, że działają różne „bandy” z różnymi pomysłami na różne biznesy. Począwszy od premier Szydło i jej nagród, aż po Marka Chrzanowskiego i jego propozycję korupcyjną – mówi z rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) Izabela Leszczyna, była wiceminister finansów, posłanka Platformy Obywatelskiej.

 

KAMILA TERPIAŁ: Jakie jest drugie dno afery KNF? Bo chyba nie chodzi tylko o to, że biznesmen Leszek Czarnecki przyszedł do szefa KNF Marka Chrzanowskiego i usłyszał korupcyjną propozycję.

IZABELA LESZCZYNA: Najważniejszy policjant finansowy w państwie, pilnujący naszych pieniędzy ulokowanych w bankach, czyli szef KNF, okazał się oszustem. To wystarczająco dramatyczna wiadomość dla rynku finansowego. Niezwykle trudno będzie odbudować wizerunek i wiarygodność tego rynku.
Ale oczywiście nie chodzi tylko o pana Chrzanowskiego. On jest tylko elementem większej całości. W parlamencie w tym czasie procedowane są dwie ustawy. Jedna jest kontynuacją wdrażania unijnej dyrektywy resolution, która pozwala na przymusową restrukturyzację banków w trudnej sytuacji i precyzyjnie określa całą procedurę, wskazując organ resolution, czyli Bankowy Fundusz Gwarancyjny. I jest druga ustawa, w której PiS daje prawo decyzji o przejęciu banku Komisji Nadzoru Finansowego. Pytanie, po co. Przecież takie kompetencje ma już BFG! Czy chodzi o to, że działają tu dwie różne „bandy”?

 

Czyli Bankowy Fundusz Gwarancyjny i Komisja Nadzoru Finansowego przeciwko sobie?

Wskazują na to słowa byłego przewodniczącego KNF, ale to nie instytucje są złe, tylko ludzie PiS-u kierujący tymi instytucjami.
Według Chrzanowskiego „banda” w BFG pod wodzą „Zdzisława” (Zdzisław Sokal – red.) chce nacjonalizować banki, co jest niezgodne z prawem i wizją państwa, na którą umówiliśmy się z Polakami w 1998 roku. Druga z kolei działa w KNF, ale inaczej, poprzez wymuszenia. W pierwszym przypadku mamy socjalistę, w drugim kapitalistę, ale oszusta, który chce na problemach banku sporo zarobić. Czy tylko do własnej kieszeni?
Nie wiemy. Wydaje się jednak, że Marek Chrzanowski jest narzędziem w rękach wyżej postawionych w hierarchii partyjnej PiS osób. Tylko jakich? W tle pojawia się Szef NBP Adam Glapiński, minister Zbigniew Ziobro, premier Mateusz Morawiecki. Przecież takie decyzje nie zapadają w głowie młodego Chrzanowskiego, on był raczej figurantem.

 

Zaraz wrócimy do kluczowych postaci… W aferze KNF pojawia się także wątek legislacyjny. Chodzi o poprawkę do projektu ustawy o wzmocnieniu nadzoru i ochrony inwestorów na rynku finansowym, która pojawia się nagle w II czytaniu. Daje możliwość przejmowania prywatnych banków za zgodą KNF. To ważny element?

Oczywiście! I świadczy o tym, że w tej aferze bierze udział cała partia PiS. Przecież to posłowie „wrzucają” poprawkę, która pozwala przejmować banki na podstawie administracyjnej decyzji KNF. I dzieje się to kilka godzin po tym, jak do prokuratury trafia zawiadomienie mecenasa Romana Giertycha. Co chcą tym osiągnąć? Postraszyć Leszka Czarneckiego? Poprawka dzień później zostaje, przy sprzeciwie opozycji, przyjęta przez Sejm.
Po artykule w „GW” Platforma Obywatelska domaga się wstrzymania prac nad ustawą i wyjaśnienia wszystkich okoliczności. Ale PiS pędzi jak szalony, także w Senacie, kłamiąc ustami senatora Biereckiego, że to implementacja dyrektywy. Przypomnijmy – to nieprawda.
Organem resolution w Polsce jest BFG i to on, jeśli regulator uznał za potrzebne, mógł dostać dodatkowe instrumenty, nie KNF.

 

Kluczową postacią wydaje się także prawnik, który na polecenie szefa KNF miał być zatrudniony przez Leszka Czarneckiego.

Przypomnę, że wcześniej to Mateusz Morawiecki rekomendował go do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych, choć ostatnio stwierdził, że to NBP go rekomendował. To tego prawnika szef KNF-u chciał „wsadzić” do Getin Noble Banku – nie udało się, ale powiodło się w Plus Banku Zbigniewa Solorza.

 

Czyżby złote dziecko polskiej palestry?

To bardzo smutne, ale PiS traktuje całą Polskę jak swój łup i zachowuje się jak dzicz, która napadła na naszą ojczyznę i wyrywa sobie co smaczniejsze kąski. Dlatego powiedzenie Grzegorza Schetyny, że są „jak szarańcza” jest bardzo trafne. To szarańcza, która obsiadła wszystko, co było można i niszczy po kolei.
Nie chodzi tylko o aferę KNF. Wystarczy wspomnieć SKOK-i czy GetBack, czyli spółkę, która niezwykle życzliwie pomagała państwowym bankom pozbywać się „złych długów”. Ale z praniem pieniędzy przez PiS mieliśmy do czynienia także w spółce Solvere. Okazuje się, że PiS od lat działa tak samo, jak w czasach, gdy uwłaszczył się na Srebrnej.

 

W nagranej rozmowie Leszka Czarneckiego z Markiem Chrzanowskim pojawia się także wątek twórcy SKOK-ów Grzegorza Biereckiego. Podobno chciał „ulokować” w banku biznesmena 70 mln zł, bez skutku. Od tego zaczęły się problemy Getin Noble Banku.

To musi wyjaśnić prokuratura, niestety ta sprawa leży w głębokiej szufladzie, bo prokuratura jest też partyjna. Ale rzeczywiście wszystko układa się w logiczną całość.
Zespół śledczy PO ds. SKOK-ów, którego jestem przewodniczącą, zgromadził spory materiał na ten temat. Ustaliliśmy, że 13 kwietnia 2015 r. zostało wszczęte postępowanie w sprawie dotyczącej nadużycia uprawnień w zakresie zarządzania majątkiem Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych i wyrządzenia jej szkody majątkowej w wielkich rozmiarach poprzez likwidację Fundacji i przekazanie jej aktywów na rzecz kolejnych podmiotów, ostatecznie na rzecz Spółdzielczego Instytutu Naukowego G. Bierecki Sp. Jawna. Majątek Fundacji to ok. 70 mln zł, których właścicielem stał się senator Bierecki. Postępowanie prokuratorskie w tej sprawie wszczęto mniej więcej 3 lata temu… Czy to wtedy, wg słów Leszka Czarneckiego, senator szukał banku, w którym mógłby złożyć depozyt w takiej wysokości?

 

KNF pod rządami Marka Chrzanowskiego chronił SKOK-i i ich twórcę?

SKOK-i były w bardzo trudnej sytuacji, gdy objęliśmy je nadzorem finansowym, ale od kiedy w KNF rządzi PiS, słyszymy, że fundusze własne kas są w coraz lepszej kondycji. A premier Mateusz Morawiecki twierdzi, że sektor świetnie się rozwija. Nie wiadomo, czy to cud nad Wisłą, czy człowiek w KNF, który kocha SKOK-i bardziej niż prawdę i bezpieczeństwo depozytów. Ale skoro dyrektorem departamentu, który nadzoruje SKOK-i, zostaje były długoletni pracownik Kasy Krajowej, to standardy idą spać.

 

„Dymisja Marka Chrzanowskiego kończy sprawę” – mówił kilka dni temu szef KPRM Michał Dworczyk. PiS-owi uda się ukręcić sprawie łeb na tym etapie?

Z całą pewnością nie. Chociaż widać, że się starają. Szef NBP udaje, że sprawa go nie dotyczy, a w zasadzie jej nie ma, a Chrzanowski wg niego jest wzorem cnót wszelakich. Premier milczy, choć powinien wszystkich przeprosić, próbować uspokoić deponentów i inwestorów. Do mnie dzwonią ludzie i pytają, czy ich pieniądze w banku są bezpieczne. Myślę, że do premiera dzwonią tym bardziej.

 

Teraz widać, że nie jest opanowana?

Powiedzieć, że nie jest opanowana, to nic nie powiedzieć. W PiS-ie panuje chaos, a wynika z tego, że działają różne „bandy” z różnymi pomysłami na różne biznesy. Począwszy od premier Szydło i jej nagród, aż po Marka Chrzanowskiego i jego propozycję korupcyjną.

 

A co robi Jarosław Kaczyński?

To dobre pytanie. Zwykle wychodził z cienia i zarządzał kryzysem, choćby tak, jak w niepoprawnym politycznie powiedzeniu: „Kowal ukradł, Cygana powiesili”.
Myślę, że sprawy tak bardzo wymknęły się spod jego kontroli, że nie jest w stanie zapanować nad grupami wpływów, frakcją Ziobry i Biereckiego, frakcją Morawieckiego.
W mojej ocenie powinien zmusić Mateusza Morawieckiego do dymisji, tak jak ten zmusił do dymisji szefa KNF. Ale nie zrobi tego, bo kto wtedy zostanie premierem? Nie ma tam już nikogo, kto mógłby chociaż udawać państwowca.

 

Politycy PiS-u twierdzą, że oni i partia nie mają z tą aferą nic wspólnego. Nie uda im się obronić takiej tezy?

Kilka dni przed wybuchem afery KNF Małgorzata Wassermann przekonywała, że to premier odpowiada za to, co działo się w KNF, ale już po wybuchu afery politycy PiS-u przekonują, że premier za to nie odpowiada. Przecież w tym brak logiki. A zestawianie tych dwóch spraw i mówienie, że tu zadziałało państwo, a tam nie, jest totalną bzdurą. Fundamentalna różnica polega na tym, że afera Amber Gold jest aferą prywatnego oszusta, a w aferze KNF oszustem okazuje się urzędnik państwowy, albo urzędnicy państwowi, tego jeszcze nie wiemy.
Widać jak na dłoni, że w sprawę zamieszani są ludzie powiązani z PiS-em i należący do PiS-u.
Koniec kropka.

 

Ale komisja śledcza nie powstanie?

Na razie nie. Chociaż jej powstanie byłoby w interesie premiera, bo do tej pory wiele informacji go obciąża, a PiS w jakimś momencie będzie chciał to wykorzystać, aby się go pozbyć, bo Mateusz Morawiecki cały czas w partii jest neofitą. Jeżeli komisja nie powstanie, to będzie oznaczało, że albo premier Morawiecki jest za słaby, żeby wniosek przeforsować, albo jest częścią tego układu i dlatego nie jest zainteresowany jej powstaniem. Na szczęście demokracja (która co prawda poobijana, ale wciąż jest naszym ustrojem) polega na tym, że co jakiś czas rządzący się zmieniają. Przez 3 lata PiS zrobił wiele, aby zohydzić się w oczach Polaków. Jestem przekonana, że rozdane suwerenowi pieniądze nie przysłonią rzeczywistości na tyle, żeby Polacy zagłosowali na oszustów.

Dorobek Polski Ludowej sam się obroni

Z prof. Pawłem Bożykiem, przewodniczącym Ruchu Odrodzenia Gospodarczego im. E. Gierka rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Andrzej Ziemski: Panie Profesorze. Był Pan jednym z najbliższych współpracowników Edwarda Gierka do roku 1980. To już duży odstęp czasowy. Młode pokolenie, urodzone i wychowane później z niedowierzaniem słuchają opowieści o czasach Polski Ludowej. Porozmawiajmy o faktach tamtego okresu i współczesnych mitach.

Prof Paweł Bożyk: Pierwszy, bezpośredni kontakt z Edwardem Gierkiem miałem w grudniu 1971 roku. Poprosił mnie na rozmowę, poszukiwał młodego człowieka pasjonującego się gospodarką światową, a na tym tle gospodarką polską. Z polityką i partią nie miałem dotąd nic wspólnego. Po uszy zaangażowany byłem za to w studiowanie przykładów udanego rozwoju gospodarczego, a na tym tle w poszukiwanie źródeł sukcesu gospodarczego na Wschodzie i Zachodzie. Byłem już wtedy autorem kilku książek i wielu artykułów publikowanych zarówno w prasie fachowej jak też codziennej.
Gierek zdziwił się bardzo, gdy mnie zobaczył, wyglądałem na młodzieńca, większego niż byłem w rzeczywistości. Czy podoba się wam moja polityka gospodarcza, zapytał. W części mi się podoba, w części niestety, nie. Po tej odpowiedzi zniknął powitalny uśmiech z twarzy Gierka, a on sam jakby nieco zesztywniał, ale po chwili wrócił do poprzedniego wyglądu. No dobrze, rzekł, potrzebuję człowieka młodego, ale przekornego.
Po pięciogodzinnej rozmowie wyłożył zasady naszej przyszłej współpracy i tak już zostało do końca, na całe dziesięć lat.
W latach 60-tych niewiele mówiono w Europie o Polsce, bądź przedstawiano życie w naszym kraju wręcz w szarych barwach. Polska dla Europy zachodniej była jednym z państw za „żelazną kurtyną”, co oznaczało brak swobód demokratycznych, inwigilację życia obywateli przez tajne służby i niski poziom życia ludności.
Mieszkając przez wiele miesięcy w Genewie i podróżując często po Szwajcarii i Francji byłem uczulony na propagandę zachodnią; gdy w telewizorze pojawiał się drabiniasty wóz chłopski ciągnięty przez chuderlawego konia wiedziałem, że audycja będzie o Polsce. Potwierdzały to stojące przy drodze chłopskie chałupy kryte słomą.
Obraz ten nie był zachętą do współpracy z Polską zachodniego kapitału. W latach sześćdziesiątych niewiele się zresztą zmieniło w tym względzie w stosunku do poprzedniej dekady. Polska inwestowała w wielkie huty, fabryki przemysłu ciężkiego, kopalnie, elektrownie, ale codzienność tkwiła wciąż korzeniami w tym, co było w przeszłości.
Trzeba to jak najszybciej zmienić – powiedział do mnie Gierek. Do Was należeć będzie znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić.

 

Istotą reform ekipy Edwarda Gierka po roku 1970 była kompleksowa modernizacja kraju, dogonienie uciekającej do przodu cywilizacji zachodniej. Na ile to się udało w różnych obszarach: społecznym, gospodarczym, kulturowym. Jaka była pozycja Polski pod koniec lat siedemdziesiątych na tle innych krajów?

Różnice w poziomie rozwoju gospodarki zachodnioeuropejskiej i gospodarki polskiej były następstwem oddziaływania na nie różnych czynników i to w długim okresie. Przecież jeszcze przed drugą wojną światową Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Belgia, Holandia należały do grupy krajów o wiele bardziej rozwiniętych gospodarczo niż Polska. Wiele z nich eksploatowało kolonie w Azji, Afryce, na Bliskim i Dalekim wschodzie, w Australii czerpiąc z tego tytułu nie byle jakie korzyści. Wydajność pracy w Europie zachodniej przewyższała polski poziom wielokrotnie.
Stan polskiej gospodarki w okresie międzywojennym nie był przecież skutkiem złej pracy Polaków; przykład Centralnego Okręgu Przemysłowego pokazał, że możemy pracować niemniej wydajnie niż Niemcy czy Francuzi. Podstawową przyczyną różnic w wydajności pracy między Polską a Europą zachodnią był zdekapitalizowany aparat produkcyjny. W znacznej części został on rozgrabiony przez okupantów bądź zniszczony w trakcie działań wojennych. W Polsce pozostawiono fabryki niekompletne, których nie można było uruchomić, bo brakowało części do maszyn bądź całych maszyn, nie było energii elektrycznej, brakowało fachowców bądź ich poziom był byle jaki. Jeszcze na początku lat pięćdziesiątych trwały bratobójcze walki między różnymi frakcjami politycznymi.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych do głosu doszli reformatorzy systemowi, którzy zaczęli transformować gospodarkę na system rosyjski, a wszystko to nie mogło odbywać się bez strat. Tempo rozwoju gospodarki było znacznie poniżej potrzeb kraju, zwłaszcza, że Polska zdana była wyłącznie na siebie. Zachód był za „żelazna kurtyną”, a Wschód sam wyciągał rękę po polski węgiel i polską żywność.
Rewolucja społeczna, jaką polski rząd zaaplikował narodowi nie zadowalała nikogo. Ludzie żyli byle jak nie mając nadziei na rychłą poprawę. Cieszono się budową Nowej Huty, oddawaniem do użytku kolejnych pieców hutniczych, jakby to mogło poprawić warunki życia w polskich miastach i na polskich wsiach.
Gierek wszystko to wiedział, niedawno wrócił z Francji, gdzie też się „nie przelewało”, ale sytuacja była nieporównanie lepsza niż w Polsce. Stąd zawołanie Gierka do Polaków: „pomożecie”, i odpowiedź „pomożemy”. Co należało interpretować: „pracujcie, nie strajkujcie, bo tylko w ten sposób wspólnie zbudujemy nową Polskę”. I pracowali…
W sumie w latach siedemdziesiątych wybudowano łącznie 557 przedsiębiorstw, w tym 71 fabryk domów, 10 fabryk mebli, 18 zakładów mięsnych, 14 chłodni, 7 fabryk samochodów (bądź ich części), 5 cementowni, 5 kopalni węgla kamiennego, 8 elektrowni, 8 elektrociepłowni, 7 hut żelaza i metali nieżelaznych, 16 fabryk odzieżowych…
Ponadto w latach 70-tych zelektryfikowano 2 tys. km linii kolejowych, 10 tys. km dróg uzyskało twardą nawierzchnię, zbudowano prawie w całości polską energetykę, w tym linie przesyłowe energii elektrycznej. Oddano do użytku 2,6 mln nowych mieszkań; pod koniec lat 70-tych budowano rocznie prawie 300 tyś nowych mieszkań. Stworzono 3 mln nowych miejsc pracy. W efekcie nikt z młodych ludzi, którzy po ukończeniu 18 roku życia wchodzili w wiek produkcyjny nie pozostał bez pracy.
Oczywiście nie byłoby takich wyników w gospodarce, gdyby nie było kredytów udzielonych przez Zachód Polsce, przede wszystkim na import do Polski, który w latach siedemdziesiątych zaczął szybciej wzrastać niż eksport z Polski na Zachód. Kupowano na Zachodzie całe fabryki gotowe do produkcji poszukiwanych na polskim rynku wyrobów przemysłowych. Importowano też zespoły maszyn i pojedyncze maszyny, a także inny sprzęt inwestycyjny. Importowi temu towarzyszyły zakupy materiałów i elementów kooperacyjnych, a ponadto gotowych towarów konsumpcyjnych pochodzenie przemysłowego i rolnego.
Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej pojawiły się w polskiej gospodarce nowoczesne automaty i roboty, a także komputery i inne urządzenia reprezentujące przodujący poziom światowy. Na rynku konsumpcyjnym w Polsce znalazły się zachodnie samochody, sprzęt gospodarstwa domowego, elektronika, a także kosmetyki, artykuły higieniczne, obuwie, odzież i szereg innych towarów. W sklepach na stałe pojawiły się cytrusy, coca-cola, dżinsy i inne towary masowej konsumpcji.
W latach siedemdziesiątych wyprodukowano w Polsce ponad milion sztuk samochodów „Fiat 126p”. Był to efekt współpracy licencyjnej i kooperacyjnej Polski z Włochami.
W sumie Polska kupiła w tym czasie na Zachodzie ponad 450 licencji. Większość z nich została wdrożona do produkcji, część kupiono tylko po to, by w oparciu o nie mogły powstać polskie konstrukcje. Przykładem są obrabiarki sterowane numerycznie, eksportowane w latach siedemdziesiątych do kilkudziesięciu krajów rozwiniętych gospodarczo, w tym także do Stanów Zjednoczonych i Japonii. Część licencji nie wdrożono do praktyki, kupiono je tylko po to, by mogły zapoznać się z postępem technicznym liczne rzesze polskich inżynierów i techników, studentów politechnik i uczniów średnich szkół zawodowych w celu podniesienia poziomu ich wiedzy. Jest to metoda, z której korzysta wiele krajów rozwiniętych gospodarczo, zwłaszcza Japonia.
Zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło na koniec 1980 roku 23,0 mld dolarów, jego część (3,4 mld dol.) musiała być spłacona w ciągu paru miesięcy. Były to bowiem kredyty krótkookresowe. Do spłaty w latach 80-tych pozostało więc około 20 mld dol. Według obliczeń Europejskiej Komisji Gospodarczej stanowiło to 9,8% ówczesnego dochodu narodowego. Dziś zadłużenie Polski przekroczyło 400 mld dol. stanowiąc około 60% PKB.
W latach 70-tych Polska zdecydowanie zmniejszyła różnice dzielące ją w zakresie poziomu rozwoju gospodarczego w stosunku do krajów bardziej rozwiniętych. Nie zlikwidowała, rzecz jasna, tych różnic w stosunku do Zachodu. Na to potrzeba jeszcze wielu lat.

 

Czy sądzi Pan, że to co się stało w roku 1980 i później mogło się nie wydarzyć. Czy możliwy był inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku? Dziś wiele osób w Polsce uważa, że transformacja dokonana po roku 1990 była dla Polski zabójcza i sprowadziła nas do rangi półkolonii.

Moim zdaniem, nie był możliwy inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku, jeżeli tak, to tylko gorszy. System centralnego planowania i zarządzania „przeszczepiony” do Polski pod koniec lat czterdziestych z Rosji nie sprawdzał się od samego początku.
Polacy, z natury są narodem zdolnym i pracowitym, ale zanarchizowanym, nie tolerują decyzji autokratycznych, szukają możliwości obchodzenia tych decyzji.
Przyzwoleniem politycznym do takiego postępowania były wydarzenia „polskiego października” 1956 roku. W ich trakcie Gomułka trochę zreflektował się i usiłował je przygasić, ale było już za późno. Iskra padła na przyjazne podłoże wzniecając coraz większe i coraz liczniejsze ogniska antysystemowe.
Sygnały o tym rozchodziły się w trzech kierunkach. Najgroźniejszy dla systemu był establishment, od członków najwyższego kierownictwa politycznego – począwszy, a na szeregowych członkach partii skończywszy. Nie miał on charakteru jawnego, ale szkodził systemowi.
Informacje o takim myśleniu szybko przeniknęły do środowiska, które po latach przyjęło nazwę KOR (Komitet Obrony Robotników). Było ono dobrze poinformowane o niejawnych rozmowach na szczytach władzy.
Trzecim wreszcie kierunkiem dyskusji antysystemowych była zagranica, głównie amerykańskie środowisko sowietologiczne. Z opóźnieniem przystąpiło ono do wspólnoty antysystemowej w Polsce, ale w późniejszym czasie odegrało ważną rolę w procesie przemian w Polsce.
W roku 1980 było już w Polsce za późno na inny scenariusz. Wydarzenia roku 1989 pukały już do drzwi, Sekuła i Wilczek pod wodzą Rakowskiego przygotowywali się do liberalnej ekspansji. Do ich rozpoczęcia namawiała jawnie wizytująca Polskę kilkakrotnie Margaret Thatcher i inni zachodni politycy. Do Polski „płynęły” masowo urządzenia drukarskie i dolary amerykańskie. Nikt się z tym już nie krył. Nieudany stan wojenny tylko rozzuchwalił oponentów systemowych.
Jak wg wskaźników oficjalnych m.in. GUS okres 45-lecia Polski Ludowej wpisuje się w obchodzoną w tym roku z dużym zadęciem 100-letnią rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 roku? Może porównajmy okresy II RP, Polskę Ludową i prawie 30 lat RP. Czy 100 lat Polski bez 45 lat Polski Ludowej ma szansę zaistnieć w świadomości historycznej Polaków w dalszej perspektywie?
Na pytanie to odpowiadam zdecydowanie negatywnie. Przecież połowa nowych mieszkań powstała w PRL-u. Tylko w latach 70-tych wybudowano ich 2,6 mln. III-RP ma mało znaczący udział w tym budownictwie. Jej dorobek to należące do kapitału zagranicznego biurowce, głównie tzw. „drapacze chmur”. Cały Służewiec w Warszawie, to takie budownictwo.
Oczywiście doraźne skutki nachalnej propagandy kwestionujące wszystko co powstało przed 1990 rokiem, nie pozostają bez wpływu na świadomość Polaków, ale to szybko minie; niestety byt kształtuje świadomość.
A polski przemysł? W większości są to filie korporacji transnarodowych, budowane według zasady: dziś „tu”, jutro „tam”.

 

Przewodzi Pan Ruchowi Odrodzenia Gospodarczego, który wziął sobie za cel obronę dorobku i tradycji Polski Ludowej. To chyba dziś bardzo trudne, wręcz utopijne zadanie. Niektórzy zastanawiają się czy PRL warto bronić. Inni uważają, że jej dorobek broni się sam.

Uważam, że dorobku Polski Ludowej nie trzeba bronić, on z pewnością sam się obroni. Codziennie spotykam swoich byłych studentów, nigdy nie zdarzyło mi się, żeby któryś z nich skarżył się na jakość zdobytego wykształcenia, a są ich dziesiątki tysięcy. A gdzie zdobyli wykształcenie sędziowie i adwokaci, profesorowie i lekarze, nauczyciele i inżynierowie.
Proponuję, by zamknąć dyskusję nad dorobkiem PRL – gwarantuję, że równocześnie zamilkną jego krytycy.

 

Czy dzisiejszy pejzaż polskiej lewicy jest, Pana zdaniem, odzwierciedleniem rzeczywistych podziałów społecznych. Czy ktoś wyraźnie ma swoją nadreprezentację, a jakiegoś środowiska, czy grupy społecznej tutaj się nie zauważa. Czy lewica ma szansę się obronić i uzasadnić swoją potrzebę istnienia?

Moim zdaniem, lewica nie odzwierciedla dziś rzeczywistych podziałów społecznych. Wśród ludzi lewicy nie ma robotników i młodzieży.
Bycie robotnikiem, nie jest powodem do dumy; robotnicy stanowią zdecydowany margines we wszystkich partiach, podobnie zresztą, jak młodzież. Dlaczego?
Uważam, że partie mają obecnie charakter głównie mieszczański: dobrze ubrać się, zabawić się, wypić, smacznie zjeść. A ideologia? To nie dla młodych.
Uważam, że lepiej jest na zachodzie Europy. Tam biedny człowiek łatwiej spotka się ze zrozumieniem i pomocą ze strony młodych.