Nobel dla Pytii

Kiedyś szaman, alchemik, czy astrolog. Dziś ekonomista.

Na początek proste pytanie. Kim byli Ronald Coase, Trygve Haavelmo oraz Franco Modigliani i dlaczego? Jeśli nie wiecie, to niewiele straciliście. Gdyby nie Wikipedia też bym nie wiedział. Tymczasem okazuje się, że są tym samym, czym Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Laureatami Nobla z ekonomii. A właściwie przyznawanej przez Komitet Noblowski Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych. Pozostaje jeszcze tylko kwestia dlaczego.
Jest ona o tyle kluczowa, że Alfred Nobel umyślił sobie, żeby nagradzać „wynalazki i odkrycia”, przynoszących ludzkości największe korzyści. Kaskę, medal i dyplom mieli dostawać naukowcy za dokonania praktyczne, a nie teoretyczne. Dlatego nie wymyślił nagrody swojego imienia z matematyki.
I dlatego do roku 1968 na szwedzkie i norweskie zaszczyty załapywali się chemicy, fizycy, medycy i fizjologowie, literaci oraz tacy, którym przypisywano szerzenie światowego pokoju. 45 lat temu Szwedzki Bank Narodowy obchodził 300 lat istnienia i miał na zbyciu trochę forsy. Zakręcił się zatem wokół Komitetu i załatwił sobie prawo do fundowania co roku Nagród dla ekonomistów.
Pierwszy raz ekonomiczny Nobel został ogłoszony w 1969 roku. Dostało go dwóch ekonometrów o nazwiskach, które mogą powiedzieć coś tylko historykom ekonomii. Najciekawsze, że historia nagrody Narodowego Banku Szwecji dziwnie współgra z demontażem tego, co sprawiło, że przez ponad 25 lat gospodarka świata rozwijała się bez większych wstrząsów. Tyle tylko, że pojawili się tacy, którzy wiedzieli więcej i lepiej. Nazwano ich neoliberałami ze szkoły chicagowskiej. To więcej i lepiej sprowadzało się do mantry Balcerowicza o niewidzialnej ręce rynku, która poprowadzi świat do świetlanej przyszłości. Tyle, że aby działała, należało jej zdjąć kajdanki nałożone przez państwa.
No i zaczęli te okowy dzięki politykom zrywać. A co najciekawsze mieli w tym olbrzymie wsparcie, które dawała nagroda Nobla. Dostali ją dwaj guru szkoły chicagowskiej Milton Friedman i Friedrich Hajek. Co ciekawe ten ostatni załapał się na nagrodę w towarzystwie Gunnara Myrdala interwencjonisty, żeby nie powiedzieć socjalisty ekonomicznego. Tyle, że dla zwolenników Keynes’izmu dobre w Sztokholmie się skończyło. Do dziś laureatami z ekonomii zostało 12 profesorów z Uniwersytetu Chicagowskiego.
Mniej więcej od 30 lat laureatami zostaje mnóstwo ekonomistów specjalizujących się w zachowaniu rynków. Wszystkie „teorie gier”, metody ujęcia postępowania graczy giełdowych w różnych sytuacjach i inne takie sprowadzają się głównie do odkrycia recepty na wygraną w giełdowej ruletce. Zupełnie tak jakby dla ekonomisty nie istniało takie pojęcie jak realny rynek, z jego towarami, pracownikami, popytem i podażą. Nie. Ekonomista, żeby załapać się na Nobla musi poszukiwać kamienia filozoficznego, który wykorzystany w grze na rynkach zamieni dolary na górę złota.
Elżbieta Mączyńska, Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego uważa, że gdyby przeanalizować „dorobek chociażby kilku z dotychczasowych laureatów ekonomicznego Nobla można wyciągnąć, być może zaskakujący, a na pewno dosyć smutny wniosek, że wielu problemów gospodarczych współczesnego świata, takich, jak kryzys z 2008 roku, czy problemy finansowe tysięcy kredytobiorców zadłużonych np. we franku szwajcarskim, można było uniknąć, gdyby w porę posłuchano, albo poczytano Noblistów”.
Tak… jasne…. Tylko dlaczego kilku? Ano dlatego, że gdyby przeczytać wszystkich, to okazałoby się, że chłopaki i dziewczyna, mają poglądy jak stąd do Władywostoku, albo i dalej.
Nie ma bowiem czegoś takiego w ekonomii jak pewnik. Jedni są za, inni przeciw, a jeszcze inni i za i przeciw. Tyle tylko, że idea Alfreda Nobla, żeby zrobili coś dla ludzkości w ich przypadku nie ma żadnego zastosowania.
Co pośledniejsi ekonomiści twierdzą na przykład, że gdyby posłuchano laureata z 2001 roku Joseph`a Stiglitza, to nie byłoby ostatniego kryzysu. A to niby stąd, że Stieglitz wykoncypował teorię asymetrii informacyjnej, która mówiła, że ci co sprzedawali różne dziwne opcje czy inne produkty finansowe wiedzieli o nich więcej niż nabywcy. Czyli choćby to, że takie papiery wartościowe, to zwykłe gówno. Według Stieglitza gdyby taka wiedzę posiedli nabywcy, to nikt takiego szytu by nie kupił. Prawda, że genialne? Tyle, że od tysięcy lat ludzie nie tylko o tym wiedzą, ale nawet stosują przy każdym zakupie bazarowych jabłek, śliwek, czy pomidorów. Sprzedawca ukrywa ich wady, a nabywca maca, wącha i przechytrza sprzedawcę zostawiając zgniłki na straganie. Dupek, który kupuje akcje, czy derywaty, nie ma prawa, ani możliwości sprawdzić co to właściwie jest. Więc niby jak Stieglitz mógł czemukolwiek zapobiec?
Według profesorów ekonomii nic tak dobrze nie robi gospodarce jak dobra teoria. Czterech noblistów ekonomicznych postanowiło zatem wykorzystać swoje szare komórki i zarobić. Robert Merton, Myron Scholes, Salomon Brothers i John Meriwether założyli Long Term Capital Management i zainwestowali w niego wszystkie swoje pieniądze. Na początku odnieśli sukces – w 1995 roku fundusz osiągnął 63-procentową stopę zwrotu, w 1996 – ponad 50-procentową. Potem było już tylko gorzej. Koncepcje panów laureatów zaczęły brać w dupę. Nie sprawdzało się nic z pieczołowicie wydumanych praw i teorii. Pierwsze straty pojawiły się już w 1998 roku, kiedy to fundusz stracił 312 milionów dolarów. W następnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Nie przejęto się tym zbytnio, gdyż uważano to za niefundamentalną zmianę.
Jednak jechano dalej na noblowskiej opinii ekonomistów. Inwestorzy kupowali udziały, a nobliści je sukcesywnie upychali w papierach, które zamiast zarabiać traciły. Na LTCM przejechały się niemal wszystkie instytucje finansowe świata: Goldman Sachs, JP Morgan, Meriill Lynch, Morgan Stanley, Credit Suisse ,UBS, Salomon Smith Barney, Deutsce Bank, Chase Manhatan, Societe General, Lehman Broters czy Paribas. Spłacenie zobowiązań funduszu kosztowało amerykańskich podatników i Fed drobne 3,6 mld dolarów.
W 2913 roku na nagrodę szwedzkiego banku załapali się trzej wymienieni na początku faceci. Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Dwaj pierwsi, rzecz jasna, z Uniwersytetu Chicago, a ostatni z Yale.
Jak podkreślono w uzasadnieniu, laureaci opracowali nowe metody badania wyceny aktywów i użyli ich do swoich prac nad szczegółowymi danymi dotyczącymi cen akcji, obligacji i innych aktywów. Opracowane przez nich metody stały się powszechnie stosowanymi narzędziami badawczymi, a ich wkład jest wykorzystywany zarówno w teorii, jak i praktyce inwestycyjnej. Królewska Szwedzka Akademia Nauk zwróciła uwagę, że o ile nie ma sposobu dokładnego przewidzenia cen akcji czy obligacji za kilka dni czy tygodni, to dzięki gruntownym badaniom laureatów okazało się, że daje się dość dokładnie przewidzieć szerokie pasmo cen w dłuższych okresach, rzędu 3-5 lat.
Robert Shiller zyskał sławę w 1981 r.. Wykazał że inwestorzy to idioci, a zarządy i rady nadzorcze ustalające wielkość dywidend, to nie idioci. Podważył więc hipotezę efektywnego rynku mówiącą, że ceny akcji zawsze w pełni odzwierciedlają dostępne informacje na temat tych papierów. Dla jaj dodam tylko, że za teorią efektywnego rynku stał drugi z tegorocznych laureatów – Fama. Dalsze badania doprowadziły Shillera do wniosku, że decyzje inwestorów giełdowych są bardzo często podejmowane pod wpływem emocji, a nie racjonalnej kalkulacji. Tyle, że o tym wie każdy kto zetknął się z giełdową ruletką. Przykładem takich stadnych głupich reakcji graczy giełdowych była panika na rynkach finansowych podczas kryzysu z 2008 roku, którą prof. Shiller przewidział dużo wcześniej i w 2007 r. ostrzegł przed załamaniem rynku hipotecznego. Udowodnił zatem znaną nawet w przedszkolu zasadę, że jak wszyscy kupują, to i ja sprzedaję, jak wszyscy sprzedają, to ja kupuję. Tyle że w panice nikt o tym nie pamięta.
Trzeci ekonomiczny noblista Lars Hansen opracował statystyczną metodę, która testuje teorie racjonalnej wyceny aktywów. Używając jej, Hansen potwierdził, że wykluczające się teorie Shillera i Famy „stanowią wielki krok w kierunku wyjaśnienia zagadnienia wyceny aktywów” – co przypomniano w uzasadnieniu przez Komitet jego Nobla.
Przez ponad 50 lat jedno co zdołał swoimi nagrodami udowodnić Bank Szwecji to to, że ekonomiści mają się do ekonomii tak jak renciści do rentierów. Specjaliści od systemu obstawiania na giełdzie – potwierdzili to kolejny raz. Dlatego, w przeciwieństwie do opowiadań Alice Munro, nie warto sobie ich nazwiskami zapychać pamięci.

Pytia – kapłanka w świątyni Apolla w Delfach. Pełniła rolę wyroczni, gdy dostała pieniądze, wpadała w trans i pieprzyła bez sensu.

Historia ludzkości to historia kryzysów

-W latach siedemdziesiątych pojawił się kryzys, którego jednym z objawów była inflacji i przełamywanie go klasycznymi, keynesowskimi metodami, czyli dodrukowywaniem pieniędzy byłoby gaszeniem pożaru benzyną. Wtedy to nastąpił historyczny zwrot ku monetaryzmowi czyli doktrynie ekonomicznej, która inflację uważa za wroga numer jeden i na pierwszym planie stawia stabilność gospodarki – z prof. Wojciechem Morawskim, kierownikiem Katedry Historii Gospodarczej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ludzkość żyje od kryzysu do kryzysu. Czy współczesne kryzysy ekonomiczne w świecie i inne kryzysy na przestrzeni XX stulecia, począwszy od 1929 roku poprzez kryzys naftowy roku 1973 aż po pierwsze kryzysy XXI wieku, są typowe dla nowoczesnej gospodarki, czy też występowały we wcześniejszych epokach?
Bliżsi prawdy będziemy jeśli sięgniemy dwustu lat wstecz, bo na pewno takie zjawisko występowało już w XIX wieku. Wtedy cykl koniunkturalny był nawet bardziej regularny niż dziś i kryzysy powtarzały się co osiem-dwanaście lat i więcej, z tym że były płytsze niż dwudziestowieczne. Te zdarzały się rzadziej, ale były bardziej „gruntowne” – wielki kryzys lat trzydziestych jak i kryzysy naftowe lat siedemdziesiątych. Obecny kryzys jest porównywalny, choć jeszcze nie znamy wszystkich jego konsekwencji. Poznamy je jednak, a będą one głębokie.
Na czym polegały kryzysy ekonomiczne w czasach dla nas zamierzchłych, n.p. w XIV czy XVI wieku?
W XVI czy XVII wieku kryzysy dotyczyły sfery finansów i nie przekładały się na realne życie ekonomiczne, n.p. na spadek produkcji. W tamtych wiekach było ich kilka, a przyczyną zazwyczaj bankructwo najpotężniejszego wtedy kraju w Europie czyli Hiszpanii. Ta ogłaszała, że nie jest w stanie w pełni wywiązać się ze zobowiązań, jej wierzyciele musieli ogłosić to samo i taki łańcuszek ogarniał cała Europę. W XVII wieku mamy tez po raz pierwszy do czynienia ze zjawiskiem spekulacji. Zaczęło się Holandii, a spekulowano cebulkami tulipana. Była to tzw. tulipanomania lat 1636-37. Do niebywałych rozmiarów rozdęto ceny cebulek tulipana, ludzie tracili głowy, sprzedawali domy, że by kupić cebulki i na nich zarobić. I ta bańka w pewnym momencie pękła powodując masowe bankructwa. Podobne zdarzyły się w wieku.
Jaką nowa jakość przyniósł pod tym względem wiek XIX?
Ona się wiązała z rozwojem uprzemysłowienia w świecie rozwiniętym. Detonatorem, jak dawniej były kryzysy finansów, ale tym razem zaczęły się przekładać na spadek produkcji, na poziom bezrobocia itd. Związek między spekulacjami a realną gospodarką zacieśnił się.
Kiedy wydarzył się pierwszy kryzys ekonomiczny w dziejach ludzkości?
To zależy od tego, jak zdefiniujemy to pojęcie. Jeśli mówimy kryzysie nadprodukcji i następującego po niej spadku produkcji, to taki po raz pierwszy wystąpił w Anglii w 1825 roku. Natomiast kryzysy polegające na ogólnym załamaniu gospodarczym zdarzały się dużo wcześniej i były ściśle związane ze zjawiskami naturalnymi, n.p. klęskami żywiołowymi, zmianami klimatu, epidemiami. Taka przetoczyła się przez Europę w połowie wieku XIV i nazwano ja „czarna śmiercią”. Liczba ludności Europy spadła wtedy prawie o połowę.
Kiedy zwykli ludzie myślą o kryzysach, to budzą się w nich lęki podstawowe, przed nędzą, nawet głodem?
Nie zawsze takie były reperkusje, ale nawet w wieku XVII, kiedy nie było jeszcze związku miedzy kryzysami finansowymi a realną gospodarką, zdawano sobie sprawę, że jest takie niebezpieczeństwo. Kiedy w XVII wieku ruszyła giełda w Amsterdamie, ówczesnym centrum finansów europejskich, tam gdzie spekulowano cebulkami tulipana, to powstała tam lista towarów, którymi nie wolno spekulować, bezpośredni związanych w poziomem życia ludzi ubogich. Na tej liście były kasza, groch, zboża itp. W konsekwencji ludzie biedniejsi byli mniej zagrożeni.
Z podręczników szkolnych do historii pamiętamy słynną rycinę XVIII-wieczną, przedstawiającą tłum przed zbankrutowanym bankiem Johna Lawa w Paryżu przy ulicy Quincampoix. Na czym polegał szczególny charakter tego zdarzenia?
Wyjątkowość tego kryzysu polegała na jego związku z ówczesną nowością – z papierowymi pieniędzmi. Pojawił się pomysł, że można emitować banknoty, a zaraz po tym pomysł, że pokrycie banknotów nie musi być stuprocentowe. Uznano, że jest bardzo mało prawdopodobne, żeby wszyscy posiadacze banknotów, które miały pokrycie w kruszcu, przyszli po niego równocześnie i dlatego można wydrukować trochę więcej banknotów niż kruszcu, ponad poziom pokrycia. A skoro ludzie wpadli na taką myśl, to od razu postanowili spróbować, jak daleko można posunąć się na tej drodze. No i znów bańka pękła.
Czyli doszło do pierwszej w dziejach inflacji?
Tak. Ona objęła, poza Francja, także Wielką Brytanię i Holandię. Holendrzy po sparzeniu się na cebulkach tulipana byli już ostrożni, choć nie całkiem uniknęli spekulacji. W Wielkiej Brytanii tamtejszy Bank Anglii przetrwał tę awanturę, więc tam nadal stosowano luźniejsza politykę pieniężną, „oliwiono” gospodarkę pieniędzmi. Natomiast Francuzi, gdzie było centrum tego kryzysu, bardzo wystrzegali się odtąd pieniądza papierowego, a ich gospodarka była deflacyjna, z drogim i rzadkim pieniądzem. Blokowało mechanizmy awansu społecznego, trudniej było się wzbogacić i awansować społecznie we Francji niż w Anglii i to było jedna z przyczyn wybuchu Wielkiej Rewolucji w 1789 roku.
Powróćmy do czasów nam bliższych czyli kryzysów wieku XX i XXI…
Dodać trzeba do nich także dwie wojny światowe, które przetasowały gospodarkę świata co najmniej równie intensywnie jak kryzysy.
Czyli wojny były szczególnymi formami kryzysu?
Tak, choć raczej należało by powiedzieć, że II wojna światowa wyniknęła w Wielkiego Kryzysu lat trzydziestych. Mieliśmy szczęście, że coś podobnego nie wyniknęło w latach siedemdziesiątych.
Co takiego stało się w ekonomii między rokiem 1929 a 1973, że w wyniku tego pierwszego w rozwiniętym świecie doszło do masowego bezrobocia, nagiej nędzy, nawet głodu, a 44 lata później już nie?
Trafnie pan podkreślił, że chodzi o świat rozwinięty, bo skutkiem kryzysu lat siedemdziesiątych był niesłychana pauperyzacja krajów trzeciego świata. Te, które nie miały ropy, straszliwie dostały we kość i trzeci świat od tamtego czasu istnieje w warunkach nędzy wbrew nadziejom z lat sześćdziesiątych, czasów dekolonizacji.
Czy kryzys objawiony bankructwem banku Lehman Brothers jesienią 2008 roku także już odbił się na trzecim świecie?
Odbił się też w Europie, co widzieliśmy choćby na przykładzie Grecji. W trzecim świecie bardzo gwałtownie rosną ceny żywności. Także n.p. wydarzenia w Tunezji w 2011 roku były prawdopodobnie rodzajem rewolucji głodowej. Prezydent Tunezji, licząc że się uratuje, obiecywał obniżki cen podstawowych artykułów żywnościowych.
Co robić? – że powtórzę słynne pytanie XIX-wiecznego rosyjskiego myśliciela Mikołaja Czernyszewskiego…
Kryzysy dwudziestowieczne i obecny, już XXI-wieczny, są na tyle rzadkie i głębokie, że radykalnie zmieniają cały sposób myślenia o ekonomii. Mają one ten walor, że oczyszczają życie ekonomiczne z różnych poronionych przedsięwzięć i sprzyjają rodzeniu się nowych pomysłów. Tradycyjna, XIX-wieczna ekonomia liberalna okazała się bezsilna wobec kryzysu lat trzydziestych. Pojawił się wtedy keynesizm, interwencjonizm państwowy, pomysły, by nakręcać koniunkturę inflacją, za pomocą wzmożonej emisji pieniądza. Ta zależność odwrotna bezrobocia i inflacji ujęta została w model krzywej Philipsa, czyli hiperboli pokazującej jak w miarę wzrostu inflacji maleje bezrobocie i na odwrót. W latach siedemdziesiątych pojawił się nowy rodzaj kryzysu, którego jednym z objawów była inflacja, podczas gdy poprzednio pojęcia kryzysu i inflacji wzajemnie wykluczały się.
Dlaczego?
Bo jeśli w klasycznym kryzysie była nadprodukcja, to ceny spadały i nie było inflacji, lecz deflacja. Tymczasem w latach siedemdziesiątych pojawił się kryzys, którego jednym z objawów była inflacji i przełamywanie go klasycznymi, keynesowskimi metodami, czyli dodrukowywaniem pieniędzy byłoby gaszeniem pożaru benzyną. Wtedy to nastąpił historyczny zwrot ku monetaryzmowi czyli doktrynie ekonomicznej, która inflację uważa za wroga numer jeden i na pierwszym planie stawia stabilność gospodarki.
No i ta doktryna też została ostro zakwestionowana…
Tak, choć nie wiem ku czemu to teraz pójdzie. Świat idei ekonomicznych nie jest dwubiegunowy. Dosłowne odgrzanie teraz idei Keynesa jest raczej niemożliwe, ale monetaryzm też się zużył.
Czy kryzysy są tym bardziej skomplikowane im bardziej skomplikowana jest ekonomia? Czy można sobie wyobrazić kryzys w gospodarce wymiennej, kiedy to wymieniano żywność na ubranie, czy opał na narzędzia?
Z tą komplikacją to jest przesada. Finansiści lubią przestawiać to, czym się zajmują jako bardzo skomplikowane, bo w ten sposób bronią się przed intruzami na własnym podwórku. Jednak z perspektyw czasu zawsze widać, że tam w kryzysach działało kilka prostych mechanizmów, a reszta to było bicie piany.
Bywa, że w kryzysach pojawiają się pogłoski, że kryzys został wywołany, sprowokowany celowo, w czyimś interesie. Czy to kompletna bzdura czy bywa coś na rzeczy?
Na pewno kryzysy nie są zjawiskami przyrodniczymi, więc sytuacje tworzą ludzie. Nie wyobrażam sobie jednak jakiegoś grona, które by wykombinowało zdetonowanie kryzysu, bo to jest jednak zbyt skomplikowane, by prosto tym pokierować. Jest raczej tak, że kierując się pazernością czynią różne nierozsądne rzeczy i suma tych nierozsądnych rzeczy powoduje kryzys. To nie jest zamierzony cel, tak wychodzi przy okazji. Bo po co by to mieli świadomie dążyć do kryzysu?
Żeby się na nim dorobić…
To może się udać w jakimś fragmencie, ale nie można zarobić na załamaniu się całej gospodarki.
Czy myślenie o świecie bez kryzysów jest kompletną utopią?
Jest. Taka myśl przyświecała marksistom. Gospodarka socjalistyczna to była taka gospodarka, w której kryzys nadprodukcji był niemożliwy, która będzie odporna na tego typu zagrożenia i ona była na nie odporną naprawdę, tyle że miała wszystkie możliwe, pozostałe wady.
Czyli nie da się zabezpieczyć ludzkości przed kryzysami?
Całkowicie nie, ale można myśleć nad systemami ostrzegania. Tyle że one są zawodne. W latach dwudziestych istniał barometr harwardzki ostrzegający przed nadchodzącymi kryzysami, ale z takimi wskaźnikami jest tak, że one są skuteczne jeśli ludzie nie zdają sobie sprawy, że one pełnią taką rolę. Gdy ludzie na nie patrzą, to te wskaźniki „wiedza, że ludzie na nie patrzą” i zaczynają się zachowywać pod publiczkę, podczas gdy rzeczywistość idzie swoją drogą.
Polska jak dotąd zniosła kilka kryzysów o 1989 roku dość dobrze. Czyja to wynik zasług rządów, czy relatywnie zamkniętego, prowincjonalnego charakteru naszej gospodarki?
Obecny kryzys jeszcze się na dobre nie zaczął i przypuszczam, że dojdzie do nas, ze sporą siłą. Istotnie, pewna toporność naszej gospodarki, jej relatywne zamknięcie, w tym akurat przypadku nam pomogły. Co z tego wyniknie, nie wiadomo. W 1936 roku wydawało się, że Wielki Kryzys już się skończył i nie przewidywano, że jego skutkiem będzie wojna. Nie ma co mądrzyć się na zapas.
Efektem kryzysu były dyskusje o tym, że na świecie potrzebny jest nowy ład gospodarczy i bardziej zrównoważony rozwój, mniej egoizmu i żądzy zysku. Menadżerowie obiecywali, że będą bardziej odpowiedzialni, i narzucą sobie różne ograniczenia. Nikt o tym chyba już nie pamięta? To były zaklęcia, które miały uspokoić opinię publiczną? Czy i czego nauczył nas dotychczasowe kryzysy?
W dużej mierze to była socjotechnika zaklęcia itd. co nie oznacza, że w swoim dobrze pojętym interesie menedżerowie nie muszą wyciągnąć wniosków z tego, co się stało. Kryzysy to nauka, ciężko przyswajana, ale postępująca. Ja jestem dobrej myśli.
Niektóre kryzysy pokazały, że wielkie prywatne imperia finansowe okazywały się bankrutami. Koło ratunkowe musiały rzucić rządy i państwa, które przejściowo nacjonalizowały banki i dawały pomoc koncernom przemysłowym. Czyli jednak w tym wypadku interwencjonizm wygrał z leseferyzmem?
Jak wspomniałem, państwa ratowały banki i koncerny, ale na ich wdzięczną wzajemność raczej nie mogą liczyć, więc to ewentualna przewaga interwencjonizmu państwowego nad leseferyzmem, temu pierwszemu w sferze finansów specjalnie nie zaowocowała.
Czy pewnego dnia na ulicach Warszawy nie powtórzą się sceny jak niegdyś z Aten?
Ja bym sobie to mógł wyobrazić.
Może Pan to sprecyzować?
Z punktu widzenia naszej sytuacji wewnętrznej takiego zagrożenia nie widzę, ale możemy oberwać rykoszetem z zewnątrz jeśli coś złego zacznie się dziać ze strefą euro. W latach siedemdziesiątych, kiedy był kryzys, to nas, bardziej odciętych od świata, kryzys ten mało dotyczył, a jeśli dotyczył, to u nas to jest nieszczęście szczególne, a oni marudzą, ale mają lepiej. Taki był nastrój, dziś już u nas zapomniany. W świecie zaś panował nastrój taki, jakby zawalił się świat i nie wiadomo jak z tego wyjść. Szybko okazało się, że droga wyjścia jest. I tym razem też się pojawi. Myślę, że za trzy lata będziemy mieli kryzys za sobą, choć na ostateczny bilans skutków będziemy czekać.
Dziękuję za rozmowę.

Państwo, które się korporacjom nie kłania

Zimna wojna ideologiczna Zachodu z Chinami.

Czego nie może darować chińskiemu społeczeństwu Zachód: jego wielkie korporacje, państwo amerykańskie pod przywództwem prezydenta Trumpa, neoliberalni ekonomiści katedralni i bankowi, piewcy liberalnej demokracji?
Trwa swoisty bój trzech modeli społecznych różniących się rolą państwa w gospodarce i sposobami harmonizowania konfliktów społecznych. To państwa UE starające się połączyć efektywną gospodarką z resztówką państwa socjalnego. Dalej, państwo amerykańskie na usługach korporacji z sektora finansowego, zbrojeniowego, wydobywczego i teleinformacyjnego oraz autonomiczne państwo chińskie budujące społeczną gospodarkę rynkową.
Państwo chińskie ma na Zachodzie złą prasę. Autorytarne, nie ma respektu dla „zdrowych” zasad polityki gospodarczej, kontroluje internet, nie szanuje praw własności intelektualnej, „wyhodowało” koronawirusa, buduje Afrykanom autorstrady i hydroelektrownie podczas gdy Zachód organizuje im konferencje na temat rozwoju.
W skali historycznej jest fenomenem. Powtórzyło za życia jednego pokolenia osiągnięcia narodu japońskiego. Ten w drugiej połowie XIX w. skopiował osiągnięcia techniczne i instytucjonalne Europejczyków, każąc wątpić w ich wyjątkowość. Państwo ludu Han w ciągu ostatnich trzech dekad stworzyło system udanej symbiozy z mechanizmem rynkowym, wykorzystało postęp techniczny w teleinformatyce i transporcie morskim, połączyło go z wolnym handlem, by zbudować szybko rosnącą gospodarkę.
Fenomen państwa chińskiego polega na tym, że nie jest kontrolowane w wyniku demokratycznych wyborów jak na Zachodzie. Odnawia przywództwo podobnie jak Kościół Katolicki, a więc poprzez wybór w wąskim gronie swoich funkcjonariuszy, w tym przypadku działaczy partii nominalnie komunistycznej. Grono to wybiera kandydata, który w swojej dotychczasowej karierze wykazał się osiągnięciami rokującymi nadzieję skutecznego rozwiązywania wyzwań stojących przed wspólnotą.
Ostatnio stosunkowo szybko uporało się z epidemią koronawirusa w ludnej metropolii, jaką jest 11. milionowe Wuhan. Rząd, współdziałając z organami władzy lokalnej i z wolontariatem, wdrożył system zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby, tym samym zapewnił izolację konieczną do zastopowania pochodu wirusa. Konieczne okazało się z jednej strony ograniczanie swobody przemieszczania się, nakaz kwarantanny, z drugiej zaś – wykorzystanie internetu, sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnie zarażonych osób. Pomogły wielkie chińskie korporacje handlu internetowego oraz stworzony system dostawy bez kontaktu z kurierem. Środki te okazały się na tyle skuteczne, że już 90 proc. dużych firm wznowiło produkcję i chińska lokomotywa wzrostu po krótkim zwolnieniu tempa pędzi dalej.
Co różni chińskie państwo od standardów zachodnich?
Po pierwsze, państwo zachowuje względną autonomię wobec krajowego biznesu. Jest też poza zasięgiem global governance pod egidą USA: nie krępują je ani mechanizm zadłużenia, ani gwarancje bezpieczeństwa militarnego ze strony amerykańskiego patrona. Państwo Hanów wykorzystało wcześniejsze doświadczenia Japonii, Korei Pd., Tajwanu, doświadczenia ze strategicznym kierowaniem procesem modernizacji gospodarki i kontrolą napływającego kapitału z Zachodu. Stulecie penetracji chińskiej gospodarki przez zachodnie firmy i państwa nauczyło ostrożności. Zignorowało tym samym przykazania płynące z Waszyngtonu, dotyczące minimalnego państwa, deregulacji sektora finansowego, prywatyzacji sektora publicznego. Poszło drogą racjonalnego autorytaryzmu (P. Nolan).
Do wysokiej akumulacji dodało odpowiednią politykę makroekonomiczną: brak wymienialności juana, kontrolę inwestycji zagranicznego kapitału przez tworzenie stref specjalnych i spółek z udziałem kapitału chińskiego, ograniczało napływ kapitału portfelowego.
Tę chińską skuteczną politykę gospodarczą miał sparaliżować transpacyficzny traktat (TPP). Byłyby one zmuszone do udziału w gospodarce światowej na warunkach stworzonych przez USA, a więc z wykorzystaniem wielostronnych organizacji jednostronnych na użytek korporacji (BŚ, MWF, WTO); musiałyby też udostępnić swoje oszczędności sektorowi finansowemu Zachodu. Tutaj przyjacielem Chin okazał się sam prezydent Trump, odmawiając jego podpisania. W tej sytuacji neoliberalna globalizacja dalej umożliwia szybki wzrost chińskiego PKB.
Chiny zatem poszły inną drogą niż dawne społeczeństwa realnego socjalizmu w Europie. Te się wpisały w realia ukształtowane w interesie wielkich korporacji, oddały im sektor bankowy, rynek wewnętrzny, pozbawiły się przemysłu, zbudowanego wysiłkiem wielu pokoleń. Muszą się w tej sytuacji zadowolić statusem dostarczycieli taniej pracy montażowej, usług dla korporacyjnego biznesu w Mordorze, a ich „małe misie”, biedafirmy – komponentów dla światowych kolosów.
Po drugie, publiczne to nie bezpańskie
Chińskie państwo postawiło pod znakiem zapytania konwencjonalne mądrości o związkach własności i przedsiębiorczości. Mężowie uczeni reprezentujący teorię wyboru publicznego i szkołę austriacką w ekonomiii, popularyzowanej w Polsce przez korwinistów, „młodzieńczych” wolnorynkowców (R. Gwiazdowski, A. Sadowski, T. Wróblewskiego) i młodych konfederatów (A. Dziambor, S. Mentzen) wiążą przedsiębiorczość z własnością prywatną. Dlatego wydawało się niemożliwe połączenie konkurencyjnej gospodarki rynkowej z własnością wspólną czy społeczną. A jednak!
We współczesnym korporacyjnym kapitalizmie nie działają samotne wilki biznesu i minifirmy. Działają natomiast wielkie organizacyjne kolosy, o złożonej strukturze własności, stosunkach pracy i piętrowym zarządzaniu. Wokół nich kręci się chmara inwestorów, pożyczkodawców, spekulantów. W ich otoczeniu znajdujemy banki, fundusze inwestycyjne, emerytalne.
To wielka machina obracania kapitałem pieniężnym, produktami finansowymi, kredytami, długami. Operatorami tej maszynerii są profesjonaliści, tacy sami jak ci, którzy zarządzają publicznymi firmami czy bankami. Nie operują oni własnymi aktywami, np. na rynku amerykańskim stanowią oni około 80 proc. funkcjonariuszy tych instytucji, podaje Jacek Tittenbrun, w książce „Gospodarka w społeczeństwie”. Ponadto informacje, które kształtują ich decyzje dostarczają rynki towarowe, które na dodatek są niekompletne. Nie wyceniają ani dóbr przyrody (woda, utrata ziemi ornej, zanieczyszczone oceany), a także ignorują potrzeby przyszłych pokoleń.
Rodzaj własności ma tu niewielkie znaczenie. Tutaj bowiem dominują zawodowi zarządcy, którzy rzadko płacą za swe błędy, jak podczas kryzysu 2007/8. W tej sytuacji miarą skuteczności wyboru celów i strategii ich realizacji firm publicznych mogą być intersubiektywnie mierzalne preferencje społeczne, jak jakość życia czy zdrowia oraz konieczność finansowania ze środków publicznych służb, które je zapewniają. Osiągnięcia chińskiego państwa może pokwitować według zasady po czynach ich poznacie blisko 800 mln Chińczyków, którzy wyszli ze skrajnego ubóstwa. To głównie ich siłę roboczą eksploatują miejscowe i zagraniczne firmy, przy czym udział chiński w produkcji np. iPhone Apple’a wynosi 3,8 proc. wartości dodanej, amerykańskiego zleceniodawcy zaś 28,5 proc..
Po trzecie, indywidualizm jest fenomenem cywilizacji zachodniej
Sprzęga się on z szeroko rozumianymi wolnościami, które hołubią Amerykanie, a praktykują Europejczycy. W autodefinicji Zachodu demokracja i prawa człowieka stanowią najdonioślejszą jego zdobycz. Kapitalizm powstał jakoby po to, by mogła zatriumfować wolność jednostki, w praktyce sprowadzona do wyboru jednej z istniejących na „rynku” partii (pluralizm).
W tej koncepcji demokracja to przestrzeń wolnych wyborów, dokonywanych przez upodmiotowione jednostki, kierujące się własnymi interesami. Są one równe przed innymi, prawem i instytucjami. Państwo to tylko strażnik wolności jednostki i autonomii sfery prywatnej.
Kult jednostki, jaki się rozwinął w myśli liberalnej, wyrósł na podłożu chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Jest jej subtelnym zeświecczeniem. W antropologii religijnej jednostce przysługuje godność, skoro jako obraz stwórcy, obdarzona jest łaskami teologicznymi (miłości do Boga, nadziei zbawienia). Filozofowie Oświecenia w miejsce Boga i Pisma wstawili Rozum, „zamienili łaskę bożą na cnoty obywatelskie”, pisze Terry Eagleton w książce „Kultura a śmierć Boga”. Nowej wierze w potencjał samorealizacji jednostki najlepiej służą i obywatelska równość, i prawa polityczne, i autonomia decyzji moralnych. Z tą różnicą, że swoje powołanie spełnia jednostka na ziemskim padole.
Tymczasem w społeczeństwie harmonii społecznej, ukształtowanym na etyce Konfucjusza, jednostka jest najpierw członkiem wielkiej rodziny, rodu, prowincji; od państwa zaś oczekuje sprawnego rozwiązywania problemów utrudniających życie. Pod tym względem państwo chińskie nie zawodzi. Chińskie PKB w 2016 wyniosło 11,2 bln dol., amerykańskich (według parytetu siły nabywczej 18,56 bln dol.). Spożycie wewnętrzne stanowi już 43,4 proc. PKB, inwestycje zaś 49 proc.. Chiny wydają na badania rozwojowe 2,3 proc. PKB (sciencemag.org/news/2018/10/surging-rd-spending-china-narrows-gap-united-states).
Posiadają też ogromne rezerwy walutowe, szacowane obecnie na ponad 3,3 biliona dolarów, w tym 40 proc. w amerykańskich papierach wartościowych. Tempo wzrostu w roku 2018 wyniosło 6,6 proc., rentowność (zyski) firm wyniosła 20 proc.. Może dlatego ani na demokrację liberalną, ani na indywidualne wolności nie ma parcia. Jest za to poparcie dla sprawujących władzę.
Wynosi ono stale według amerykańskiej Agencji PEW około 80 proc.. Nie zmienia to faktu, że obecnie tzw. wartości azjatyckie zastępuje „wiara w pieniądz”. Pojawiły się indywidualistyczne strategie dorabiania się, dążenia do bogactwa materialnego i luksusu, który zapewniają duże dochody. W relacjach międzyludzkich nastał czas bezlitosnej konkurencji, w następstwie – obojętność na wspólne cele
Po czwarte, kolejne światowe imperium czy tworzenie funkcjonalnej formy przywództwa światowego?
W historii powszechnej dominujące gospodarczo społeczeństwa wykorzystywały swoje państwa, by kształtować ład międzynarodowy najlepiej obsługujący potrzeby ich elit
ekonomicznych.
Chiny jak wszystkie dotychczasowi liderzy akumulacji kapitału (w kolejności Wenecja, Genua, Niderlandy, Anglia, USA) tworzy szerokie zaplecze dla swoich firm: rynki zbytu, zaopatrzenia w surowce i energię. Jeśli utrzyma autonomię wobec biznesu, być może, zrealizuje na stulecie powstania ChRL, przypadające w r. 2049, wielkie chińskie marzenie o społeczeństwie umiarkowanego dobrobytu dla wszystkich: Wielki Renesans Narodu Chińskiego. Wówczas bardziej sprawiedliwie niż obecnie podzieli dochód narodowy. Obecnie współczynnik Giniego wynosi 0,5, co świadczy o dużej rozpiętości dochodów i majątków.
Przed Chinami stoi wiele problemów: starzenie się społeczeństwa i związany z tym ubytek siły roboczej i wzrost współczynnika obciążenia demograficznego, nie zanikająca korupcja, deficyt ziemi ornej, krytyczny bilans wodny, handel i dostawy paliw przez Cieśninę Malakka, rozłączenie z braćmi z Tajwanu, amerykańskie lotniskowce na Morzu Południowochińskim, brak ubezpieczeń społecznych, eksploatacja siły roboczej jak w XIX w. kapitalizmie manufaktur i pierwszych fabryk.
Mając duże nadwyżki, państwo chińskie buduje infrastrukturę odtwarzającą dawne Jedwabne Szlaki, by znów połączyć krańce Euroazji; to samo robi w Afryce, częściowo w Ameryce Południowej – wszędzie szuka minerałów, ropy naftowej, ziemi ornej, przy okazji zastępuje firmy europejskie i amerykańskie.
Chciałyby zamienić swoje nadwyżki w amerykańskich obligacjach, stanowiące około 40 proc. całości, na aktywa produkcyjne, zwłaszcza firm posiadających nowoczesne technologie, w tym europejskie. Przypomina krajom centrum czasy eksportu ich kapitałów w okresie wychodzenia europejskich liderów przedsiębiorczości z wielkiej depresji lat 1973-1886, a po II wojnie światowej ekspansję USA.
Stąd łatwe skojarzenie z imperializmem i strach przed pułapką Tukidydesa, a więc wojny o ład światowy, dostosowany do potrzeb rodzimego kapitału. Analogie widzą głównie geopolitycy i geoekonomiści.
Patrzą oni na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, a to o Heartland Eurazji, a to o Rimland oceanów, niebawem o opanowanie kosmosu. W tej perspektywie obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyły Stany Zjednoczone w okresie, kiedy dominowała ich gospodarka.
Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Chiny mają inną wizję. Chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, zachowujący odrębność cywilizacji lokalnych, w którym znajdzie się system zaopatrzenia swojej gospodarki w deficytowe surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska).
Świat będzie inny, ale czy gorszy?
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiej perspektywy oglądu Chin.
Także UE powinna szukać własnej drogi do wzajemnie korzystnego kształtowania gospodarczej i politycznej przestrzeni w Eurazji i usytuowania w niej Rosji. Europa ma konkurencyjny kompleks przemysłowy, który stworzyły w Europie Centralnej Niemcy, choć jest uzależniona od chińskich firm i taniej pracy Chinek i Chińczyków.
Tylko wartość niemieckiego eksportu samochodów do Chin sięga 1,4 biliona dolarów, a w nim znajdują się podzespoły produkowane w Polsce, podaje Grzegorz Kołodko w książce, „Czy Chiny zbawią świat?”. W dalszym ciągu gospodarka Europy, podobnie jak w Chinach, stoi przemysłem, przetwarza atomy, a nie bity. Te są ważne tylko tam, gdzie liczy się informacja. UE stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego.
To samo zadanie czeka polskie elity rządzące – obecnie narodowo-prawicowe. Określają one i strategię narodową, i urabiają w tej materii opinię publiczną, żerując na rzadko kontrolowanych rozumem emocjach, głównie wobec Rosji.
W tej chwili obsługuje ona interesy amerykańskiego szeryfa, i na jego życzenie przecina szlak kolejowy przez Azję do Europy, jeśli nawet pominiemy brak infrastruktury do transportu intermodalnego, łączącego kolej i TIR-y. Nawet transport środków do walki z COVID-19 dla Niemiec dojechał koleją z Chin tylko do Kaliningradu, a dalej – statkami do Rostocku. Teraz chcą uczynić terytorium polski przedpolem możliwych konfliktów z udziałem broni atomowej, które rodzi rywalizacja USA i Rosji.
Polska myśl strategiczna nie może wydostać się z matni międzywojennych rojeń o mocarstwowości i fantasmagorii Międzymorza. Nie ma zamiaru wrócić znad Dzikich Pól do Weimaru. W okresie przedwyborczym warto o tym pamiętać, tym bardziej, że prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.

Bezrobocie, wirus i MMT – sposób na kryzys

W dobie dzisiejszego kryzysu spowodowanego epidemią COVID-19 zauważyć można dwa ciekawe zjawiska w sferze gospodarek Polski i państw Europy.

Zjawisko pierwsze jest żywcem wyjętą z teorii liberalnych szkół ekonomicznych – ,,zjawisko oczyszczenia’’ gospodarki z nieefektywnych przedsiębiorstw, niestety liberałowie często usprawiedliwiają ów zjawisko i system ekonomiczny, który doprowadził do przegrzania gospodarki, zapominając o tym, że gwarantem efektywności ich produkcji – pracownikach, którzy na okres kryzysu zostali pozbawieni pracy i bezpieczeństwa ekonomicznego. Najbardziej zagrożeni na utratę pracy są pracownicy na umowach śmieciowych, a także pracownicy uzależnieni od sytuacji przedsiębiorstwa w sektorze prywatnym. Szacuje się zagrożenie utraty pracy przez ponad 780 tys. osób w Polsce (wzrost do 10 proc. stopy bezrobocia, gdzie w lutym wynosił ok. 5,5 proc. ). Sytuacja osób na etacie jest bezpieczniejsza, jednak zamrażając gospodarkę na okres kwarantanny spadek efektywności ekonomicznej kraju, może spowodować zmniejszenie płac lub nawet (nie zważając na etat) utratę pracy.
Drugim charakterystycznym zjawiskiem dla gospodarek jest wywołanie nieuzasadnionego oburzenia względem państwa przez przedsiębiorców, którzy dzisiaj na kolanach błagają o pomoc (głównie finansową). Co piąte przedsiębiorstwo w Polsce jest pozbawione rezerw finansowych, a ok. 30 proc. ma zapasy na najwyżej dwa miesiące. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził w pierwszych dniach kwietnia 2020 r. badania na polskich przedsiębiorstwach, wyniki wskazują, że 26 proc. firm zakłada, że posiada rezerwy finansowe pozwalające przetrwać okres powyżej 3 miesięcy, głównie są to firmy sektora średniego (33 proc. ). 22 proc. przedsiębiorstw (głównie sektora handlowego) ma środki na maksymalnie kwartał. Firmy pozbawione jakichkolwiek zapasów przeważają mikroprzedsiębiorstwa. Pod koniec marca 2020 ok. 57 proc. badanych przedsiębiorstw odnotowała spadek przychodów (wzrost kosztów) do poprzedniego miesiąca. Kryzysowa sytuacja dotyka szczególnie sektor usług (63 proc. ), a w najmniejszym sektor produkcyjny (49 proc. ). Przedsiębiorstwa w obecnej sytuacji są zmuszone do dwóch rozwiązań; obniżki wynagrodzeń dla pracowników) lub licznych zwolnień. Jedynie 36 proc. pracodawców planuje utrzymać dotychczasowe stawki płac.
Z badań Instytutu można wywnioskować fakt, że wolny rynek, który jest przyczyną pogłębiających się ekonomicznych różnic w społeczeństwie i cykliczności koniunkturalnej, nie poradził sobie z kryzysem i nie przygotował na wypadek wybuchu epidemii personelu medycznego, ani nie zagwarantował bezpieczeństwa ekonomicznego obywateli państw europejskich.
Dzisiaj, kiedy dostrzegamy rozpacz prywatnych przedsiębiorców, musimy zadać sobie pytanie – jaki jest sens wolnego rynku, skoro jest bezradny wobec kryzysu? W czasie koniunktury rządy zazwyczaj zgadzają się na rozwiązania liberalnego systemu ekonomicznego, który faktycznie napędza gospodarkę w takim okresie, lecz ten sam system powoduje wzrost inwestycji i spadek efektywności ekonomicznej. Kiedy przychodzi kryzys, lekarstwem jest interwencja państwa.
Czas na MMT
Modern Monetary Theory – czyli ,,Nowoczesna teoria monetarna” jest koncepcją, która zakłada tzw. ,,suwerenność pieniądza”. MMT jest stosunkowo nową teorią makroekonomiczną, która do tej pory była uważana za zbiór nierealnych pomysłów ekonomicznych lewicowych środowisk – błąd. MMT stawia państwo w roli monopolisty waluty, a bezrobocie wyjaśnia jako efekt nadmiernego ograniczania podaży aktywów finansowych. Według tej teorii rząd jest zobligowany do prowadzenia szerokiej polityki fiskalnej celem zmniejszania bezrobocia. Zgodnie z założeniami MMT, państwo jest bogate wówczas gdy dysponuje własną walutą i tylko wtedy nie musi zmagać się z problemem braku środków na sfinansowanie solidnej opieki zdrowotnej, edukację, zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego swoim obywatelom oraz walki z epidemią. W prostych słowach Nowoczesna Teoria Monetarna polega na wydawaniu środków, by następnie zebrać z rynku zysk w postaci podatków. Państwo w przeciwieństwie do prywatnych przedsiębiorstw nie może utracić pieniędzy i ma prawo do emisji własnej waluty. Współcześnie gospodarki państwa świata w głównej mierze opierają się na pieniądzu fiducjarnym, którego wartość opiera się na zaufaniu. Z natury rzeczy państwo z pieniądzem fiducjarnym nie ma podstaw do twierdzenia, że nie stać go na utrzymanie szpitali, szkół lub dochodu podstawowego. Nieuniknione w sytuacji pełnego zatrudnienia i rządu, który dalej będzie ,,pompował’’ pieniądze, jest pojawienie się zjawiska inflacji i załamania waluty. Co jest lekarstwem? Podatki. Zgodnie z MMT ratunkiem z takiej sytuacji jest podnoszenie podatków i emisja obligacji w celu usunięcia nadmiaru pieniędzy z systemu.
Dochód podstawowy?
Okazuje się, że rządy mają odwieczny problem z wyciąganiem wniosków i znajdowaniem przyczyn, zwłaszcza teraz gdy doskwiera nam epidemia i kryzys nią związany. Miliardy publicznych pieniędzy na walkę z kryzysem pójdą (jak zwykle) do biznesu, gdzie zostaną zakiszone lub zmarnowane – tym jest ,,tarcza antykryzysowa’’, która w teorii ma pośrednio pomóc pracownikom i ich miejsc pracy, a w rzeczywistości jest to pomoc przedsiębiorcom, którzy uzależniają od siebie pracowników i ich przyszłości w branży. W jaki sposób pomóc ludziom, by środki trafiły właśnie do nich? Zgodnie z MMT – bezwarunkowy dochód podstawowy
W ostatnich dniach na światło dzienne doszła informacja – Hiszpański rząd ogłosił wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego (jeszcze w tym roku). Hiszpańskia minister gospodarki Nadia Calvino tłumaczy, rząd podejmie wiele działań, aby nikogo nie zostawić samemu, począwszy od pracowników. Hiszpański BDP początkowo ma być w formie pilotażowej, a następnie objąć cały kraj i być wypłacany na stałe.
Nie można dać się złudzić grożeniu przedsiębiorców i zwolenników liberalnych szkół ekonomicznych, że BDP wywoła powszechną biedę i kryzys, wręcz odwrotnie – pieniądze trafiają do rąk ludzi, a państwo nie wykręca się, że go nie stać. W Polsce dochód podstawowy da się wprowadzić, o 500+ partie i ekonomiści o liberalnych poglądach mówili, że to nie możliwe, a jednak dzisiaj 500+ funkcjonuje i nie mieliśmy z tego tytułu żaden kryzys, wręcz przeciwnie efektywność ekonomiczna wzrosła i rodziny stać na kawałek chleba. 500+ jest formą BDP, teraz wystarczy, by rozciągnąć ten program dla każdego obywatela.

Krajobraz po tarczy

Rząd pomaga największym ofiarom zarazy. Bankierom i działaczom PiS.

Dla ludzi mających pojęcie o ekonomii, opowieści Morawieckiego, Dudy i ministrów o tarczy antykryzysowej za 212 mld zł, oprócz kaszlu wywołanego śmiechem, przywodzą wspomnienie kwoty 2 bilionów złotych.
Tyle państwo PiS miało wydać na inwestycje do roku 2020, w ramach Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, zwanej również planem Morawieckiego. Te 2 biliony miały sprawić, że dziś winniśmy być zreidnustializowani, innowacyjni, popieprzać szybkimi pociągami, mieć milion samochodów elektrycznych i zarobki na poziomie średniej unijnej. No i państwo mieliśmy mieć silne, sprawne i błyskawicznie reagujące na bolączki obywateli.
Co mamy widać. Inflację już przed epidemią, na poziomie 5 procent. Niesprawne służby. Lecącą na pysk złotówkę. Powiększającą się – dzięki nietrafionym transferom socjalnym – sferę ubóstwa. Film o Zenku Martyniuku. I rosnące z roku na rok, w tempie szybszym niż PKB, zyski sektora bankowego.
Przez cztery lata, niemal co tydzień, piszę o niedowładzie państwa, nieumiejętności robienia przezeń czegokolwiek poza wypełnianiem przekazów bankowych. No i o panoszeniu się pisowskich analfabetów od gospodarki i zarządzania. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze koronawirus..
Wirtualny pieniądz
Oficjalną odpowiedzią państwa PiS na zarazę i szykujący się mega kryzys ekonomiczny, stało się to, co można wyczytać w podręcznikach do historii ekonomii. Tylko głupiej znacznie. Czyli rozruszanie gospodarki, przez de facto dodruk pieniądza – wspomnianych 212 miliardów. Nie jest to jednak nawet ćwierć prawdy o „tarczy antykryzysowej”.
Ciekawe są już same proporcje podzielenia tych środków. 30 miliardów ma iść na „Program Inwestycji Publicznych”. Co rząd przez to rozumie, nikt nie wie. Poza tym, oczywiście, że Morawieckiemu et consortes jeszcze żadna inwestycja nie wypaliła. W związku z tym, tą pozycją nie ma sobie co zawracać głowy, bo jakby jej nie było.
Tak samo jak 7,5 miliardami zł, mającymi pójść w „Ochronę zdrowia”. Kasa ta oczywiście do szpitali pójdzie. I na początku nawet na na walkę z koronawirusem, podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek oraz sprzęt. Szpitale będą musiały tę kasę błyskawicznie wydawać na prawo i lewo. Tarcza antykryzysowa nie pozwala tych pieniędzy przeznaczać dla komorników ściągających szpitalne wierzytelności. Ale gdy epidemia się skończy, a jakieś niewydane środki pieniądze zostaną na kontach placówek medycznych, to łapę na nich położą wierzyciele. Dlatego jeśli nawet te 7,5 miliarda trafi z budżetu do szpitali, to przynajmniej jedna trzecia tych środków zostanie wydana w pośpiechu i na rzeczy bezsensowne. Mimo to firmy u których zadłużały się szpitale, i tak liczą że co najmniej 2 miliardy po zarazie placówkom zostanie, i komornicy je wierzycielom przekażą. A ponieważ placówki zadłużały się u firm produkujących sprzęt i lekarstwa, które z kolei zadłużały się w bankach, to najbardziej z takiego stanu rzeczy zadowolone będą te ostatnie. Dostaną część kasy, ale za to z dużymi odsetkami.
Resztki z pańskiego stołu
Na dopłaty do zarobków pracowników, którzy z powodu epidemii roboty nie mają, rząd zarezerwował 30 miliardów.
O tym elemencie tarczy nader chętnie wypowiadała się minister Emilewicz. I im więcej mówiła, tym bardziej było widać, że zamiast konkretnej pomocy ludzie dostaną grosze, obarczone na dodatek wypełnianiem stert papierów, które potem i tak w większości zostaną odesłane przez urzędników z powodu braków formalnych.
Rząd oszacował, że bez środków do życia z powodu obostrzeń koronawirusowych jest teraz 2 – 2,5 mln osób do tej pory pracujących na śmieciówkach i samozatrudnieniu. Kolejne 3 miliony pracują w branżach, którym nie wolno prowadzić działalności i nie mają hajsu, żeby zatrudnionym płacić. W związku z czym towarzystwo to, lada moment spodziewa się wypowiedzeń.
Dla „śmieciówkowców” pani Emilewicz zaproponowała początkowo 2 tys zł brutto, czyli po ok.1,4 tys. zł miesięcznie na rękę. Ale tylko przez 2 miesiące. Dla zagrożonych etatowców też nie była szczodrzejsza. Państwo miało sfinansować 40 proc. ich płacy – drugie 40 proc. miał pokrywać pracodawca.
Dla kogoś, kto dysponował kalkulatorem, to się nie trzymało kupy. Gdyby bowiem wszyscy śmieciówkowcy poszli po zasiłek, to budżet byłby uboższy o ledwie 3,5 mld zł. Dokładając do tego dotowanie zagrożonych etatowców kwotą góra 4,5 miliarda zł, do deklarowanych przez rząd 30 miliardów było strasznie daleko.
Tyle, że to był punkt wyjścia do operacji propagandowej. Przez tydzień Emilewicz dostawała joby od wszystkich. I w końcu uznała słuszność zarzutów, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Z 2 tys zł brutto zrobiło się zatem dla śmieciówkowców i samozatrudnionych 2080 zł na rękę. I trzy miesiące zwolnienia z ZUS. A na dodatek dla wszystkich, bo kryteria ubiegania się o zapomogę prawie przestały istnieć. Tak jak i biurokracja związana z wnioskami. Poza tym zasiłki będą nie płacone przez miesiąc, ale przynajmniej trzy. Zaprojektowane na to 30 miliardów jest w tej sytuacji kwotą dużo za małą. Więc pani minister zaczęła mówić, że dzięki wsłuchiwaniu się w głos obywateli na pomoc dla pracowników pójdzie 70 miliardów zł. Tyle, że w ustawie taka kwota nie padła.
Udawany sukurs
Są w niej jednak zapisy o 74 miliardach zł, które zdaniem rządu mają trafić do przedsiębiorstw. Gówno otóż prawda. Trafią do niektórych przedsiębiorstw – banków mianowicie.
Pani Emilewicz radośnie zapowiedziała, że pół miliona mikro firm zatrudniających do 9 pracowników będzie mogło skorzystać z pożyczek w wysokości 5 tys. zł.
Po tygodniu zdania nie zmieniła, ale żeby udawać, że słucha ludzi, dołożyła do tego zwolnienie z ZUS przez kwartał wszystkich pracowników, dotkniętych epidemią firm. Tyle, że ustawie o tarczy też nie ma o tym słowa. Jest za to o przesunięciu płatności.
Po zamknięciu knajpy, zakładu fryzjerskiego albo sklepu z butami, czy garnkami zaproponowane właścicielowi 5 tysięcy zł to kwota żenująca. I na dodatek to nie dotacja, ale pożyczka. A na pożyczkach zarobią oczywiście banki. Dlatego żaden drobny biznesmen nie będzie wchodził w obliczu światowego załamania gospodarki w niczego mu nie dający kredyt. Chyba, że jest samobójcą albo cwaniakiem, który z góry wie, że tej kasy nie odda. Ale nawet wtedy bank nie straci, bo pożyczki te gwarantowane są przez państwo. I dlatego za zdefraudowane kredyty zapłaci podatnik. Ale i tak niedużo, bo nawet gdyby wszyscy drobni przedsiębiorcy wzięli kasę i splajtowali bezzwrotnie, to kosztowałoby to budżet ledwie 2,5 miliarda zł.
Tak samo ma się rzecz ze 100 tysiącami firm, na które czekają w bankach komercyjnych, gwarantowane przez państwo kredyty do 3,5 mln zł. Tu przekręciarze mogą się już nachapać, bo 3,5 mln zł to już coś, co warto zawłaszczyć. I za co bankom oczywiście zapłacimy wszyscy.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy w ustawie jest mowa o naprawdę dużych firmach prywatnych. „Tarcza antykryzysowa” jednak nie tyle ma je ochronić, co umożliwi ich przejmowanie przez państwo. Mechanizm jest prosty – Państwowy Fundusz Rozwoju, chętnie wielkich producentów wspomoże i to kasą z budżetu. Tyle, że w zamian za udziały, czy inne obligacje, które potem zamienią się w to, że firma prywatna – jak niegdyś PESA – stanie się firmą państwową. PFR na taki zabieg ma w „tarczy” 6 mld zł.
W tym ostatnim przypadku beneficjentami nie będą akurat banki, ale politycy PiS, bo zrenacjonalizowane za długi firmy będą wymagały na stanowiskach prezesów ludzi z klucza partyjnego.
I właśnie w tym myku tkwi tajemnica, której nie mogą zrozumieć biznesmeni. Dlaczego rząd podzielił firmy na te do 9 pracowników i powyżej. I tym małym dał ulgi, a większym nie. Dlatego otóż, że jak duże firmy szlag trafi, to państwo płacąc ich zagwarantowane długi będzie mogło przejąć te firmy. Ale tylko takie, które uzna za stosowne do obsadzenia swoimi. Stąd państwu zależy, żeby duże przedsiębiorstwa prywatne przędły jak najsłabiej. I jak będą na skraju bankructwa, to się je znacjonalizuje opowiadając w TVP Info, o niesamowitej pomocy dla biznesu.
Prawdziwi beneficjenci
Prawie jedna trzecia z 212 miliardów zł na tarczę, ma iść na „Wzmocnienie Systemu Finansowego”. Ponad 70 mld zł ma zatem wprost trafić do banków w formie tej czy innej pomocy. Doliczając do tego gwarancje kredytowe na drugie tyle, można domniemać, że nasz sektor finansowy będzie bogatszy dzięki kryzysowi o setki miliardów złotych. Bo trzeba pamiętać, że gwarantowane przez państwo kredyty dla przedsiębiorców nie mają żadnych obostrzeń. Banki udzielą ich na zasadach jakie im pasują. W końcu, gdy kredytowana firma splajtuje, to, nawet najwyżej oprocentowany kredyt i tak zapłaci gwarantujące go państwo. I to z odsetkami.
Nie ma co liczyć, że rząd wprowadzi tu jakieś widełki czy kontrolę. Skończy się jak przy wprowadzaniu podatku bankowego, który zdaniem rządu miał nie być przerzucony na klientów. Tymczasem w państwowym, zaprzyjaźnionym z Morawieckim, PKO BP wszystkie usługi zdrożały już tydzień przed pojawieniem się projektu nowej daniny. W innych bankach było to samo. W Santanderze, w którym od 5 lat rośnie kupka pieniędzy dla Morawieckiego – też. I nikomu z tego powodu nie spadł włos z głowy.
Dzień po oficjalnym ogłoszeniu założeń „tarczy antykryzysowej” złotówka poleciała na pysk. Tak światowe rynki oceniły ekonomiczną wiarygodność enuncjacji Dudy i Morawieckiego. To co delikatnie wzrosło, to zagraniczne wyceny polskich banków. Ekonomiści dostrzegli o co w tym chodzi. I są pewni, że w kontekście wspomagania banków rząd Morawieckiego na pewno ze zobowiązań się wywiąże.
Ale do Polaków, prawda o tym, że pomoc dla ofiar kryzysu sprowadza się do pompowaniu zysków bankom i szykowaniu posad dla Pisowców, dociera znacznie wolniej.

USA – Chiny Problemy w stosunkach gospodarczych

Chiny i Stany Zjednoczone są ważnymi partnerami handlowymi dla siebie, chociaż dla Chin to rynek amerykański jest znacznie ważniejszy niż chiński dla Ameryki.

Obydwa kraje należą do dwóch największych potęg gospodarczych współczesnego świata. Wartość produkcji USA w 2018 r. wyceniono na 20 494 mld dol., a Chin na 13 608 mld dol. Prognoza na 2030 r. przewidywała wartość produkcji USA na 26 000 mld dol. a dla Chin 25 200 mld dol.
Według danych amerykańskich do listopada 2019 r. włącznie, eksport amerykański do Chin wyniósł 97 751,7 mln dol., import 418 575.0 mln dol., a deficyt handlowy wyniósł – 320 823.4 mln dol.
Udział Stanów Zjednoczonych w eksporcie do Chin nie był tak znaczący jak obecność Chin na rynku amerykańskim. Około 18 proc. eksportu chińskiego skierowane było na rynek amerykański. Amerykanie natomiast kierowali do Chin 8 proc. swojego eksportu.
Zróżnicowana była struktura eksportu chińskiego do USA i amerykańskiego na rynek chiński. W eksporcie chińskim do Stanów Zjednoczonych w 2016 r. najważniejszą rolę (w mld dol.) odgrywały: urządzenia elektryczne (129 mld dol.), maszyny (97 mld dol.), meble (29 mld dol.), zabawki i sprzęt sportowy (24 mld dol.). Natomiast w eksporcie amerykańskim na rynek chiński, na pierwszym miejscu znalazła się żywność (21 mld dol.), następnie samoloty (15 mld dol.), urządzenia elektryczne (12 mld dol.) i maszyny (11 mld dol.).
Trump postanowił bronić bardziej agresywnie interesów handlowych USA i 1 marca 2018 r. wprowadził 25 proc. cła na importowaną stal i 10 proc. cła na aluminium. Uderzyło to także w interesy Chin, które są eksporterem stali i aluminium. Chiny zagroziły odwetowymi decyzjami co mogło doprowadzić do amerykańsko-chińskiej wojny handlowej. Pekin wezwał rząd Stanów Zjednoczonych do respektowania multilateralnych zasad w handlu międzynarodowym i ostrzegał przed możliwością amerykańsko-chińskiej wojny handlowej.
Waszyngton zarzucał Pekinowi stosowanie w handlu z USA protekcjonizmu m.in. poprzez dumping cenowy, subsydiowanie swojego eksportu, utrudnianie dostępu do swojego rynku i stosowanie wysokich ceł. Pojawiły się również oskarżenia pod adresem Chin o kradzieże technologii amerykańskich. Chiny zaprzeczały tym zarzutom i zapewniały o coraz szerszym otwieraniu się rynku chińskiego dla towarów amerykańskich.
22 marca 2018 r. Trump zaostrzył stosunki handlowe z Chinami nakładając na towary importowane z Chin wysokie cła o łącznej wartości ok. 60 mld dolarów. Było to posunięcie odwetowe za kradzież przez chińskie firmy amerykańskiej własności intelektualnej. Według prezydenta ma to uczynić Stany Zjednoczone „silniejszym i bogatszym narodem”. Chiny oświadczyły, że nie chcą wojny handlowej ze Stanami Zjednoczonymi, ale równocześnie ostrzegły, że mogą podjąć odwetowe działania, jeżeli zaistnieje konieczność. Chińskie Ministerstwo Handlu oświadczyło 4 kwietnia 2016 r., że planuje nałożyć 25 proc. cła na eksport amerykański wartości 50 mld dolarów. W komentarzach międzynarodowych pojawiły się obawy, czy decyzja Trumpa nie grozi globalną wojną handlową. Chińczycy zagrozili nałożeniem wyższych ceł na 128 importowanych produktów amerykańskich wartości 3 mld dolarów, między innymi wieprzowinę, rury stalowe i wino.
Rozmowy amerykańsko-chińskie w sprawie stosunków handlowych w marcu 2018 r. prowadzili w Waszyngtonie sekretarz skarbu Steven Mnuchin i nowo mianowany wicepremier, absolwent Harvardu i bliski doradca prezydenta Xi Jinpinga Liu He. Sekretarz skarbu USA powiedział: „Nie boimy się wojny handlowej i nie jest ona naszym celem” i wyraził gotowość zawarcia porozumienia z Chinami. Celem rządu Stanów Zjednoczonych było zmniejszenie ogromnego deficytu handlowego z Chinami o 100 mld dolarów z 375 mld dolarów. Strona amerykańska żądała otwarcia rynku chińskiego na produkty amerykańskie poprzez obniżenie taryf celnych m.in. na samochody, półprzewodniki oraz szerszego dostępu do rynku finansowego. Stany Zjednoczone zarzucały Chinom kradzieże amerykańskiej własności intelektualnej. Chińczycy zapewniali Amerykanów, że chcą zapobiec wojnie handlowej między obu krajami.
Premier Chin, Li Keqiang proponował aby obydwa kraje prowadziły rozmowy by uniknąć otwartej wojnie handlowej. Obiecał on ułatwienia w dostępie do rynku chińskiego dla przedsiębiorstw amerykańskich oraz równe traktowanie rodzinnych i zagranicznych firm na terenie Chin.
Ponieważ administracja Trumpa nie wyraża gotowości zaniechania swoich protekcjonistycznych decyzji Chiny na początku kwietnia 2018 r. wprowadziły cła na zapowiedziane wcześniej 128 produktów amerykańskich eksportowanych na rynek chiński. Wśród nich były m.in. samoloty, samochody, rury stalowe, wina, wieprzowina, owoce oaz artykuły techniczne. Równocześnie prezydent Chin Xi Jinping opowiedział się za dialogiem a nie za konfrontacją w stosunkach z USA i zapowiedział 10 kwietnia 2018 r., że drzwi do Chin „nie zostaną zamknięte i będą otwierane coraz szerzej”.
Na początku maja 2018 r. odbyły się w Pekinie rozmowy amerykańsko-chińskie na temat stosunków handlowych. Na czele delegacji amerykańskiej stał sekretarz skarbu Steven Mnuchin i reprezentant USA do spraw handlu Robert E. Lighthizer. Rozmowy zakończyły się fiaskiem bez opublikowania żadnego komunikatu. Strona amerykańska żądała m.in. zmniejszenia deficyty w handlu z Chinami o 200 mld dolarów w ciągu następnych 2 lat i rezygnacji przez Chiny z subsydiowania produktów w zaawansowanym technologicznie sektorze. Amerykanie żądali od rządu chińskiego również redukcji taryf celnych o 2/3 na importowane produkty. Strona chińska wyraziła nadzieję na kontynuowanie w przyszłości negocjacji w celu rozwiązania istniejących problemów w chińsko-amerykańskich stosunkach handlowych.
Decyzje administracji Trumpa spotkały się ze sprzeciwem wielu amerykańskich instytucji gospodarczych i firm utrzymujących stosunki handlowe z Chinami. Z protestem przeciw zapowiedziom prezydenta o restrykcjach w handlu z Chinami wystąpiło 40 amerykańskich stowarzyszeń przemysłowych i handlowych, w tym m.in. takie znane firmy jak Walmart, Boeing, IBM, Target, Facebook. Ostrzegały one prezydenta, że jego decyzje negatywnie odbijają się na gospodarce Stanów Zjednoczonych, a wojna handlowa między USA i Chinami, dwoma największymi potęgami gospodarczymi świata nie będzie miała zwycięzców.
W maju 2018 r. pojawił się ostry spór między chińskim koncernem telekomunikacyjnym o globalnym zasięgu ZTE a Stanami Zjednoczonymi. Administracja Trumpa zakazała koncernowi działalności na terenie USA. Ponieważ w obronie interesów firmy stanął rząd chiński Trump oświadczył, że we współpracy z prezydentem Xi Jinpingiem postara się rozwiązać problem. Trump polecił sekretarzowi handlu USA Wilburowi Ross’owi zajęcie się tą sprawą. Koncern chiński zatrudniał 75 000 osób i był czwartym największym dostawcą smartphonów w Stanach Zjednoczonych.
20 maja amerykański sekretarz skarbu Steven Mnuchin po dwudniowych rozmowach z delegacją chińską w Waszyngtonie oświadczył, że obie strony osiągnęły postęp w łagodzeniu wzajemnych napięć. „Zawieszamy wojnę handlową” – powiedział Mnuchin. Chiny zgodziły się zwiększyć import ze Stanów Zjednoczonych. „Chiny zgodziły się kupować dodatkowe ogromne ilości amerykańskich surowców rolnych. To będzie najlepsza rzecz, jaka się przydarzyła amerykańskim farmerom od wielu lat!”. – napisał na Twitterze prezydent USA Donald Trump.
Nie ujawniono jednak, o ile ma ten import wzrosnąć. W trakcie pierwszej tury negocjacji Amerykanie zwrócili się do Chin o zmniejszenie amerykańskiego deficytu w handlu z ChRL o 200 mld dol. rocznie (w 2017 r. wyniósł on 375 mld dol. w handlu dobrami). Chiny wówczas odrzuciły to żądanie.
Chińczycy jednak zaprzeczyli jakoby zgodzili się zwiększyć import z USA o 200 mld dolarów o czym informowali Amerykanie. Obydwa kraje natomiast obiecały „wzmocnić współpracę” w dziedzinie intelektualnej własności.
To porozumienie określono jako kruchy rozejm. „Nasza umowa handlowa z Chinami – pisał na Twitterze Donald Trump – rozwija się bardzo ładnie, ale prawdopodobnie ostatecznie trzeba będzie nadać jej odmienną strukturę, bo w dotychczasowej trudno będzie ją zrealizować i zweryfikować jej wyniki, gdy zostanie sfinalizowana” – napisał Donald Trump, nie precyzując o jakie zmiany chodzi. Ten wpis umieszczony po ogłoszeniu przez Waszyngton i Pekin decyzji o zawieszeniu karnych ceł na import towarów o wartości 200 mld dol. obserwatorzy uznali za kolejny sygnał postępów w rozmowach obu państw w celu uniknięcia wojny handlowej.
Strona chińska jako gest dobrej woli zapowiedziała zniesienie niektórych ograniczeń w imporcie ze Stanów Zjednoczonych.
Rozejm handlowy amerykańsko-chiński trwał jednak krótko. 15 czerwca 2018 r. Biały Dom oświadczył, że nakłada 25 proc. cła na importowane chińskie produkty o łącznej wartości 50 mld dolarów. Chińskie Ministerstwo Handlu zarzuciło Stanom Zjednoczonym, że w odwecie Pekin nałoży wyższe cła na towary amerykańskie. Rząd chiński równocześnie podkreślił, że nie chce wojny handlowej ze Stanami Zjednoczonymi.
Sinolog prof. Bogdan Góralczyk uważa, że w stosunkach gospodarczych amerykańsko-chińskich nie chodzi tylko o cła i salda handlowe. Cytuje on opinię szefowej wydziału planowania Departamentu Stanu Kiron Skiner, która mówi o „wojnie cywilizacyjnej” między obu krajami. „Na naszych oczach – pisze prof. Góralczyk – rozpętał się bój o prestiż i dominację, o nowy ład światowy, o to jak będzie wyglądało oblicze przyszłości: gospodarcze, polityczne a nawet ideowe”.
Ambasador Chin w Polsce Liu Guangyuan przestrzegał, że w wojnie handlowej „nie ma zwycięzców”. „Stanowisko chińskie – pisał on – jest jasne i niezmienne: Chiny i Stany na współpracy zyskają, walcząc ze sobą – stracą. Chiny nie chcą prowadzić wojny handlowej, ale też się jej nie boją. Jeśli będzie taka konieczność, staną do walki. W kwestiach zasadniczych Chiny nigdy nie pójdą na kompromis – trudno oczekiwać, by przystały na godzące w ich interesy ustalenia”.
Amerykanie z niepokojem obserwowali ekspansję na swoim rynku chińskiego koncernu telekomunikacyjnego Huawei. Uznali to za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa ponieważ ich zdaniem Huawei choć jest firmą prywatną ma wsparcie rządu chińskiego i może pozostawać na usługach rządu w Pekinie. W połowie maja 2019 r. prezydent Trump zakazał sieciom telekomunikacyjnym USA korzystanie „ze sprzętu i usług podmiotów, uznanych za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”. Departament Handlu podjął decyzję o wpisaniu Huawei i 70 związanych z nim firm na czarną listę podmiotów, które musza uzyskiwać zgodę rządu USA na zakup amerykańskich komponentów i technologii.
To miało spowolnić dalszą ekspansję chińskiego koncernu. Ze współpracy z nim wycofały się nie tylko Google, Qualcomm oraz inni producenci procesorów. W ich ślady poszły firmy z Japonii oraz stowarzyszenia kontrolujące standardy rynkowe. Ponad 60 krajów korzystało z chińskiej technologii koncernu Huawei. Administracja Trumpa stosowała naciski na te kraje, aby zakazały użytkowania na swoim terytorium technologii Huawei. Niektóre kraje uległy żądaniom Waszyngtonu.
Trump buńczucznie chwalił się, że w wyniku jego polityki Chiny „straciły od 15-20 bilionów dolarów od dnia, kiedy zostałem wybrany” (Prezydentem USA – L.P.). Jest to oczywiście przesada, charakterystyczna dla poglądów amerykańskiego prezydenta. Jeszcze w lipcu 2019 r. Trump groził Chinom eskalacją wojny handlowej i nałożeniem od 1 września ceł na import z Chin na towary wartości 300 mld dol.
Stopniowo Amerykanie w coraz większym stopniu zdawali sobie sprawę, że wojna handlowa z Chinami jest coraz bardziej kosztowana dla Stanów Zjednoczonych. Trump ponadto przygotowywał się intensywnie do kampanii wyborczej w 2020 r. i zdawał sobie sprawę, że musi stworzyć sobie wizerunek polityka bardziej umiarkowanego i dbającego o interesy amerykańskie. Ostra retoryka antychińska prezydenta Trumpa doprowadziła do zmniejszenia bezpośrednich inwestycji chińskich w USA w 2019 r. o 8 proc. , do 4,5 mld dol.
W końcu 2019 r. wypracowano porozumienie chińsko-amerykańskie stabilizujące stosunki handlowe między obu krajami. Prezydent Trump podpisał 15 stycznia 2020 r. porozumienie handlowe z Chinami. Porozumienie liczące 86 stron było wynikiem negocjacji, które trwały prawie dwa lata. Chiny zobowiązały się podwoić zakupy produktów amerykańskich farmerów. Chiny zobowiązały się również do zakupu amerykańskich towarów przemysłowych i źródeł energii na sumę 200 mld. dolarów. W liście jaki prezydent Chin Xi Jinping skierował do prezydenta Donalda Trumpa podkreślono, że porozumienie jest dowodem, że obydwa kraje mogą przełamać dzielące różnice w drodze dialogu.
Mimo tego porozumienia Trump pozostawił karne cła na dwie trzecie chińskiego importu na rynek amerykański. Oznacza to, że amerykański prezydent nadal stosuje politykę protekcjonizmu. Trump chwalił się obroną interesów farmerów amerykańskich, którzy
poparli go w wyborach prezydenckich 2016 r. Ameryka doszła do wniosku – pisał w komentarzu Jędrzej Bielecki – „że lepiej będzie rozwijać się pod osłoną protekcjonistycznych zabezpieczeń, zapominając o ustanowionych przecież przez nią samą regułach międzynarodowego handlu. Trump uważa, że mając za sobą siłę największej gospodarki i potęgi wojskowej świata, będzie mógł narzucać korzystne warunki współpracy izolowanym krajom. Tak już zresztą zrobił m.in. w stosunku do Meksyku czy Kanady”.
Wybuch w Chinach na początku 2020 r. epidemii koronawirusa COVID-19 miał pewien wpływ na stosunki amerykańsko-chińskie. Stany Zjednoczone ewakuowały z Chin część obywateli amerykańskich zagrożonych epidemią i ograniczyły kontakty osobowe między obu krajami oraz loty amerykańskich linii lotniczych do Chin. Sekretarz Handlu USA Wilbur Ross w wywiadzie dla „Fox Business” 30 stycznia 2020 r. wyraził nadzieję, że wybuch epidemii w Chinach „przyspieszy powrót stanowisk pracy do Ameryki Północnej”.
Za zgodą Chin amerykańscy eksperci medyczni weszli w skład ekspertów WHO, którzy udali się do Chin w celu badania epidemii. Prezydent Trump przyrzekł udzielić Chinom pomocy w walce z epidemią.
Władze chińskie krytycznie odniosły się do reakcji Waszyngtonu na epidemię koronawirusa określając ją mianem „przesadnej reakcji” i „szerzeniem paniki”. Chiński ambasador w USA Cui Tiankai ostrzegał, aby obydwa kraje „obroniły się przed politycznym wirusem”.
W styczniu 2020 r. Trump wziął udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w Szwajcarii. Wykorzystał tę okazję by pochwalić się sukcesami gospodarczymi, stabilnym rozwojem kraju, niskim bezrobociem i wzrostem płac. Pochwalił się sukcesami w rozmowach z Chinami na temat umowy handlowej. Nasze stosunki z Chinami – powiedział, nigdy nie były tak dobre jak teraz i zapewniał zgromadzonych biznesmenów z całego świata, że stosunki amerykańsko-chińskie przyczynią się do przyspieszenia globalnego rozwoju gospodarczego.
Stosunki amerykańsko-chińskie w okresie prezydentury Donalda Trumpa są zmienne. Charakteryzują sie zarówno współpracą, sporami, rywalizacją i różnorodnymi konfliktami. Przy tym strona chińska wyraża gotowość do współpracy, pokojowej rywalizacji, natomiast administracja prezydenta Donalda Trumpa jest nieprzewidywalna w swej polityce wobec Chin. Obok deklaracji o współpracy pojawiają się w polityce Waszyngtonu posunięcia o charakterze konfrontacyjnym. Sekretarz Stanu USA Pompeo w czasie spotkania z brytyjskim ministrem Spraw Zagranicznych nazwał chińską partię rządzącą „największym zagrożeniem naszych czasów”.
Prawica amerykańska głosi także, że Chiny są największym rywalem politycznym
i konkurentem gospodarczym dla Stanów Zjednoczonych we współczesnym świecie.
Z niepokojem w Waszyngtonie obserwowano umacniające i rozszerzające się wpływy Chin na różnych kontynentach. I podejrzewano Pekin o dążenie do dominacji na świecie. „Chiny – pisał prof. Grzegorz W. Kołodko – bynajmniej nie pragną świata zdominować, tylko wykorzystać globalizację z pożytkiem dla siebie i niekoniecznie kosztem innych, ale czasami wręcz im pomagając”.
Najnowsza amerykańska Narodowa Strategia Bezpieczeństwa już otwarcie wskazuje rosnący technologiczny potencjał Chin, jako kluczowe zagrożenie dla Ameryki – nie tylko ekonomiczne, również militarne. I również jasno ocenia: czas powstrzymać Chińską Republikę Ludową i zacząć odbijać flanki, które Stany utraciły. Stroną eskalującą napięcie w stosunkach amerykańsko-chińskich jest administracja Trumpa. Chińczycy wyraźnie starali się łagodzić sytuację, wyrażali gotowość do kompromisu, ale wobec zdecydowanych antychińskich decyzji Waszyngtonu nie mogli nie odpowiedzieć odwetem, chociaż apelowali o dialog i kompromis. Pewnym pocieszeniem dla Chin był fakt, że nie są jedynym krajem mającym problemy w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Również Unia Europejska, Kanada i inne kraje skarżą się na spory nie tylko gospodarcze z administracją prezydenta Donalda Trumpa. W tej sytuacji może dojść do polaryzacji stanowisk i stworzenia modelu stosunków międzynarodowych w układzie: Stany Zjednoczone contra reszta świata.

  • Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Nie tylko własnymi rękami

Kto naciskał na przeprowadzenie terapii szokowej w Polsce?

Leszek Balcerowicz, zapytany o naciski ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego gołosłownie stwierdził, że nie było żadnych nacisków. Nie jest to zgodne z tym co opisują autorzy wielu publikacji np. prof. Kieżun czy Z.Tasjer. MFW sprawował ogólny nadzór, aby likwidować przekształcić gospodarkę planową w wolnorynkową typu neoliberalizmu amerykańskiego.
Balcerowicz przyznaje, że eksperci MFW „nie mieli odpowiedniej wiedzy, jak wyjść z socjalistycznej totalnie upaństwowionej gospodarki”. Dodajmy, ze nie mieli pojęcia o realiach gospodarki w Polsce. Po co więc L. Balcerowicz sprowadzał z zagranicy tych ekspertów i ich firmy jako konsultantów i wykonawców różnego rodzaju analiz (tzw. sektorowych i prywatyzacyjnych), płacąc bajońskie sumy?.
Koszty obsługi eksperckiej stanowiły pokaźną część kwot uzyskiwanych za sprzedaż danego przedsiębiorstwa. Zdarzało się nawet, że koszty obsługi prywatyzacyjnej (owe raporty i konsultacje) przewyższały sumy uzyskiwane ze sprzedaży danego przedsiębiorstwa. Szczegółowe dane o kwotach uzyskiwanych ze sprzedaży przedsiębiorstw i płaconych firmom konsultacyjnym można znaleźć w książce R. Ślązaka. Były to tabuny ludzi jakże wysoko opłacanych z budżetu, kilkakrotnie lepiej niż eksperci i naukowcy polscy. W Warszawie nazywano ich „brygadami Marriotta”, jako że mieszkali w hotelu Marriott oczywiście na koszt strony polskiej.
L. Balcerowicz był ostrzegany przed zagranicznymi doradcami. Np. wieloletni pracownik MFW Marcin Wyczałkowski w 1990 r. krytycznie oceniał kwalifikacje obcych doradców i osobiście ostrzegał L. Balcerowicza. Bez skutku. Podobnie Amerykanka Alice H. Amsten ostrzegała na łamach „Życia Gospodarczego” z dn. 28 kwietnia 1991 „Uwaga na obcych doradców”. Wszystko to bezskutecznie – miliony dolarów dalej płynęły do kieszeni owych doradców.
Na bezsens ponoszenia tych wydatków zwraca też uwagę sama wypowiedź L. Balcerowicza. Wyraża on bowiem uznanie dla polskich ekspertów i wymienia ich nazwiska.
L. Balcerowicz podkreślał, że już pod koniec lat 70-tych powołał do życia zespół do spraw reformy gospodarczej. I dodawał, że „pracując w latach 80-tych nie przewidywaliśmy że za naszego życia będziemy mieć okazję wcielać te rozwiązana”. Warto chociażby z grubsza podać, jakie rozwiązania wówczas L. Balcerowicz z zespołem przygotowywał – i jak one się miały do tego co wprowadzał w życie.
Te propozycje można znaleźć w publikacjach ekonomicznych tego okresu. Np. L. Balcerowicza p.t. „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy” w Polityce nr 46/80 oraz w publikacji PTE „Problemy ekonomiczne” z marca 1981 r. Propozycje programowe tam zawarte nie mają nic wspólnego z doktryną liberalną. Są raczej zbliżone do społecznej gospodarki rynkowej.
Na przykład, co do roli państwa w gospodarce autor pisze ”Obok narzędzi kierowania działających stale, rząd mógłby mieć w dyspozycji środki w charakterze nadzwyczajnym stosowane na zasadzie wyjątku”. Odnośnie spółdzielni pisze: ”ustanowienie zasad autentycznej spółdzielczości, tak aby sama spółdzielnia mogły decydować, czy i jakie uprawnienia chcą przekazać swoim zrzeszeniom”.
Czytamy też, jak „określić procedurę postępowania z przedsiębiorstwami nierentowymi. Mogłaby ona polegać na stworzeniu specjalnego funduszu zwrotnej przejściowej i ściśle ograniczonej pomocy”. Publikacje te zawierają szereg propozycji odnośnie roli banków, wymienialności pieniądza, samorządności pracowniczej itd.
Po wydarzeniach sierpniowych zwiększyła się pilność reformy. Powstała Komisja Partyjno-Rządowa, której byłem członkiem, powstały społeczne Komisje w ramach PTE i TNOIK w ramach których również aktywnie działałem. Były opracowywane propozycje reformy, organizowane dyskusje. Do prac tych włączyły się szerokie kręgi ekonomistów teoretyków (uczelnie, instytuty badawcze) i praktyków. Powstawały liczne opracowania i propozycje.
W roku 1982 w ramach PTE na podstawie wyników dyskusji i licznych opracowań cząstkowych został opracowany program reformy gospodarczej w Polsce pt. „Propozycje zasadniczych rozwiązań Reformy Gospodarczej w Polsce”. Uczestnikami prac nad propozycjami była moja skromna osoba i właśnie L. Balcerowicz. Propozycje te były raczej zbliżonej do społecznej gospodarki rynkowej typu niemieckiego i skandynawskiego.
Doktryna gospodarki liberalnej wówczas nie miała tylu wyznawców w Polsce, aby pod jej rygorem formułować reformy.

Robienie ludzi w …

Polska to kraj, w którym sportem narodowym jest robienie ludzi w ch.a. W człona. Wała. W bambuko. Żadna tam piłka nożna albo skoki narciarskie. Ten jest mistrzem Polski, kto spektakularnej drugiego oszuka, albo orżnie na większą kasę. A jak ktoś zrobi to naprawdę porządnie, uzyska poważanie i status większy równy Bogom. Albo Bogu. Bo to przecież Polska.

Kandydatem na mistrza Polski w robieniu ludzi w ch..a w sferze prywatnego biznesu, zostaje w tym sezonie przedsiębiorca, który otworzył pod Warszawą największy akwapark w Europie, wziął kasę, wpuścił ludzi, a połowy atrakcji nie uruchomił i do tego wszystko posklejał na taśmę bezbarwną i gafer. Od dwóch lat zapowiadano w internecie, że będzie to największy park wodny w Europie z halą większą niż Stadion Narodowy, z 18 basenami, 32 zjeżdżalniami, 10 saunami i 700 palmami. Ludzie zapłacili swoje ciężko zarobione pieniądze, żeby stać w gigantycznych kolejkach i użyć jak pies w studni.
Firma oczywiście w żaden sposób się nie poczuła, żeby klientom straty wyrównać, bo jakież to niepolskie. Oddawać pieniądze bez pistoletu przy skroni. Lub przynajmniej bez nakazu sądu albo komornika na karku.
Kandydatem zaś na mistrza polski w robieniu ludzi w ch..a w kategorii relacje państwo –obywatel zostaje z kolei polski rząd. Miało być dobrze i dostatnio, a będzie bida i blady strach o przyszłość dzieci chowania i swój własny los. Pozornie mogłoby się wydawać, że nic bardziej mylnego. Obiecali trzynastą emeryturę. Kasa się znalazła.
Obiecali czternastą, a prezydent wspominał nawet o piętnastej. I, nie uwierzycie, na to też się znajdzie. Ku uciesze emerytów ma się rozumieć, a rozpaczy ludzi, którzy muszą na to wszystko zapracować, a na których zrzuca się coraz to nowe państwowe daniny. Ludzie głupi jednak nie są. Widzą i rozumieją, że ktoś przecież musi sfinansować te rządowe, przedwyborcze obietnice. I tym kimś będzie właśnie lud pracujący miast.
Rzadziej wsi, bo tam większość wieku produkcyjnego dawno wyjechała za granicę albo do krajowych metropolii. Cierpliwość pracowników wisi na włosku. Da się to wyczuć. Na poczcie, w taksówce, w kolejce w spożywczym. Ludzie potrafią połączyć kropki ze sobą; policzyć pod kreską i wychodzi im, że 500 plus starcza na coraz mniej, bo inflacja zżera to, co miały żreć dziecięta. Widzą na stacjach, że opłatę paliwową podniesiono już drugi raz w tym roku. I nie trzeba być przesadnie bystrym i lotnym w ekonomii, żeby pojąć, że coś się w tym rachunku nie zgadza i w sejfach nie wszystko rządzącym sztymuje.
Lud pracujący to wie. Czuje, że jest robiony w ch..a, ale najgorsze w wiedzeniu tym jest to, że niewiele może z tym zrobić.
Bo co może? Nie pójdzie do pracy? Wtedy nie da jeść nie tylko emerytom i maluczkim, ale głównie sobie.
Umrzeć z głodu dla idei jest może i sporą awangardą, zwłaszcza w Wielkim Poście, w Polsce, w XXI wieku, ale problemów Polski i Polaków raczej nie rozwiąże. Co gorsza, nie rozwiązują go też rządzący; cały czas tylko obiecują i rozdają, bo przecież prezydent sam się nie wybierze, a tak całkiem darmo nikt głupio głosu nie odda.
Ech, gdyby tak można było wszystkich skorumpować za flaszkę, jak to bywa przy okazji wyborów na wójta. Ale tu, niestety, kaliber większy to i większe ludzi potrzeby i potrzeb tych ekwiwalenty.
Lecz spokojnie, ludzie, nie pchajta się wszystkie na raz; rzecz dopiero zaczyna się rozkręcać i w niedalekiej przyszłości będzie tylko ciekawiej…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Zagubieni przewodnicy

Amerykański gwóźdź do trumny liberalizmu gospodarczego?

Problem z programem liberalnej formacji w Polsce polega na tym, że został on już wcielony w życie. Tyle że wykreowana rzeczywistość nie dla każdego okazała się łaskawa.
Kapitalizm na rozdrożu
Nadwiślańscy liberałowie znaleźli się w potrzasku. Nowy przywódca PO jest daleki od naruszania prymatu własności prywatnej, będzie się troszczył o ludzi, ale tych, którzy zarabiają na programy socjalne, ominie długim łukiem kwestię progresji podatkowej. Ale to właśnie liberalizm gospodarczy, z jego ideałem przedsiębiorczości, wolnego rynku i tycim państwem odpowiada i za półperyferyjny status polskiej gospodarki, i za systemowy kryzys kapitalizmu. W Polsce dogmaty liberałów przybrały postać tzw. transformacji ustrojowej, wdrożonej pod przywództwem L. Balcerowicza – kataryniarza ortodoksji i pogromcy inflacji. W następstwie polskie społeczeństwo powróciło do tysiącletniej normalności tj. statusu półperyferii. Teraz jest montownią produktów finalnych na zagranicznych technologiach eksportowanych jako ‚’polskie”, krainą taniej pracy i dużego rynku zbytu dla zagranicy. Ursus zastąpiło Factory. Natomiast w skali globalnej neoliberalny, wyczynowy kapitalizm wdrożony przez państwo amerykańskie stanął na rozdrożu. Model biznesu napędzanego obłędem zysku dewastuje Ziemię. Ma coraz więcej plusów ujemnych. Protest społeczny będący następstwem eksplozji nierówności i niestabilności pracy, traktowanej jak każdy inny towar, zagraża nawet demokracji.
Trwa debata nad wariantem ustrojowym lepiej dostosowanym do limitów przyrodniczych i społecznych. Zainicjowała ją książka Thomasa Pikette`go „Kapitalizm XXI wieku”. Francuski ekonomista twierdzi, że stopa zwrotu z kapitału (lokat, akcji czy dywidend) jest wyższa niż tempo wzrostu gospodarczego. W rezultacie narastają dysproporcje w podziale dochodów, później majątków. Na poziomie światowym w r. 2010 promil najbogatszych posiadał 20 proc. całości majątku, 1 proc. około połowy światowego bogactwa (wówczas było to 45 mln posiadających przeciętnie majątek rzędu 3 mln euro, czyli piędziesięciokrotność średniego majątku), a grono 10 proc. krezusów rozporządzało wielkością zawartą między 80 a 90 proc. całości majątku. W tej sytuacji dolna połowa ludzkości musi się zadowoli mniej niż 5 proc. całości (s.540). Co gorsza, duże dysproporcje występują także między regionami świata: 80 proc. globalnej nierówności dochodu wyjaśnia kraj, a nie klasa (B. Milanović). Piketty postuluje powrót do progresji podatkowej, odbudowę przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału, społeczną kontrolę nad władzą wielkich korporacji oraz, podobnie jak Mariana Mazzucato, udział społeczeństwa w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki innowacjom powstałym w sektorze publicznym.
Wyczynowy kapitalizm
Wielkim hamulcowym kolejnej rekonfiguracji kapitalizmu jest państwo amerykańskie. Wespół w zespół politycy amerykańscy, ekonomiści katedralni i bankowi, przy wtórze medialnych trąb, wdrożyli dewastujący przyrodę i pracę model kapitalizmu. Recepturę przygotowaną przez neoklasycznych ekonomistów wdrażali sukcesywnie kolejni prezydenci: odejście w r. 1971 od systemu Bretton Woods, w konsekwencji utrata kontroli nad przepływem kapitału (R. Nixon), reformy podatkowe (R. Reagan), zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, która oddzielała bankowość handlową od inwestycyjnej (B. Clinton). Itd. Społeczeństwo amerykańskie stało się swoistym laboratorium przedsiębiorczości i wolnego rynku, empiryczną demonstracją doktryny liberalizmu gospodarczego, aktualnym przesłaniem Manifest Destiny: „życiodajnego światła prawdy” dla błądzących narodów. Wystarczy więc przyjrzeć się mu bliżej, by dojrzeć kres drogi, którą od 4. dekad kroczą liberałowie obsługujący ideologicznie i politycznie System.
Współcześni Fordowie nie budują fabryk. Dziś taśma produkcyjna okrąża glob, kontener zastąpił taśmowy przenośnik, tylko rola systemu dystrybucji jest jeszcze większa (vide Amazon). W zglobalizowanej gospodarce dominują bowiem wielkie firmy – wydmuszki. W centrali ulokowany jest sztab zarządzający i wydziały odpowiedzialne za prace badawczo-rozwojowe. Centrala tylko koordynuje oplatającą glob sieć dostawców i podwykonawców. Powstaje łańcuch produkcji, którego pierwsze ogniwo mieści się na chińskim wybrzeżu czy w Europie Centralnej. Dotyczy to produktów, które są co prawda cudem techniki jak iPhone, ale ich montażu, z części wytworzonych osobno, dokonują coraz szybciej zręczne ręce przeszkolonych mieszkańców prowincji. Fabryki czy raczej montownie, w których powstają gadżety społeczeństwa informacyjnego, są własnością lokalnych producentów, lecz ich marża jest niewielka. Do powstania takich łańcuchów produkcji i usług, konieczne były komputery, sieć telekomunikacyjna, nowoczesna logistyka, zwłaszcza konteneryzacja transportu i poszerzenie dostępu do wykwalifikowanej, a przy tym taniej, siły roboczej. System ten nadzorują jednostronne agencje wielostronne (MFW, WTO, OECD), kierowane z tylnego siedzenia przez amerykański Departament Skarbu (J. Sachs, J. Stiglitz). W ostateczności wspiera ich operator drona albo pilot F-16.
Przewagę konkurencyjną w tym Systemie daje opanowanie możliwie dużego rynku zbytu. Dlatego stają w szranki potężne globalne firmy. Powstają oligopole jak amerykańska GAFA czy chiński BATX (Baidu, Alibaba, Tencent, Xiaomi). Sprzęga się tutaj potęga własności intelektualnej patentów z zasobami finansowymi. Dzięki rencie innowacyjności, dużym obrotom, wysokim marżom, pozycji rynkowej „wiodąca” firma ma duże rezerwy płynności, ma też łatwy dostęp do kredytów bankowych, przejmuje dużą część nadwyżki wytwarzanej w globalnej gospodarce. W cenie produktu takiej firmy aż 75 proc. stanowią „aktywa niematerialne”: opłata za badania, patent, projekt, strategię marketingową, itd. Zadania te wykonuje tzw. klasa średnia, specjaliści. W ochronie własności intelektualnej państwo nie może być zawodne. To istota tzw. gospodarki opartej na wiedzy. Dzięki dominacji na rynku firma wykupuje start-upy, dokonuje fuzji i przejęć konkurentów. Wartość fuzji i przejęć na świecie przekroczyła przed kryzysem 2008 r. 4,38 bln dolarów. Na kontroli i koordynacji produkcji, a także obrotu towarami wysokiej techniki (z kilkoma wyjątkami przemysłu wydobywczego czy zbrojeniowego) polega obecnie koncentracja kapitału. Potwierdza swoją trafność charakterystyka kapitalizmu jako wielopiętrowej konstrukcji, w której toczy się „stała gra inwestowania” (F. Braudel). Na dolnych piętrach mamy głównie rodzinne bieda-biznesy w produkcji rolnej, usługach, deweloperce, w produkcji okien. Właśnie prowadzący minifirmy w liczbie ponad 2 mln. Janusze biznesu są obiektem adoracji liberałów. Górny rejestr natomiast obejmuje coraz dłuższe przestrzennie łańcuchy produkcji i wymiany, tworzone przez wielkie korporacje. Wdrażają one innowacyjne produkty oparte na osiągnięciach nauk przyrodniczych i technicznych. Przychody 500 największych megakorporacji zbliżają się do 40 proc. światowego PKB. Blisko zatem do zdobycia pakietu kontrolnego nad światową gospodarką, w konsekwencji nad państwami, finansowanymi przez nie uczelniami i przyszłością cywilizacji.
Neoliberalny Lewiatan podporządkował też naukę potrzebom korporacji. Najpierw wprowadził na uczelniach menedżerskie zarządzanie zgodnie z ideałem nadzorującego państwa, by wymuszać przejrzystość, rozliczalność, efektywność. Słowem, value for money. Stąd duża rola socjotechniki audytu i praktyk pomiaru pracy akademickiej. Krajowe biurokracje zarządzające nauką i szkolnictwem wyższym (w Polsce reforma min. Gowina) zmierzają do tego, by ukierunkować badaczy i uniwersytety na tworzenie wiedzy, którą da się utowarowić czy sprywatyzować, choć na wyższych piętrach obiegu idei i innowacji. Zarazem ci sami, którzy z brzytwą obcinają wszelkie funkcje socjalne państwa i jego regulacyjną rolę wobec gospodarki, na potęgę wciskają je, by komenderowało badaniami i edukacją. Przedsiębiorczość ma być wolna, natomiast wolność nauki to jakaś fanaberia i pasożytnictwo. Oczywiście paradoks jest pozorny: nauka ma przynosić zyski, jeśli nie z samych badań i wdrożeń, to chociaż z obrotu informacją naukową i z wyzysku uczonych jako autorów publikacji. W rezultacie stworzony w USA model badawczego uniwersytetu umożliwia przechwytywanie przez korporacje wiedzy finansowanej ze środków publicznych.
Amerykańskie laboratorium
Dla nadwiślańskich liberałów społeczeństwo amerykańskie ucieleśniło ich marzenia o wolności gospodarczej, kreatywnej przedsiębiorczości a la Jobs, Musk czy Bezos, o ograniczeniu zadań państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej. To dla nich społeczeństwo-matka. Już nie Roma causa, lecz laureaci tzw. ekonomicznego nobla, a trójnóg stoi na dziedzińcu tej czy innej uczelni Ivy League. Amerykański styl życia stał się soft-power: „kulturową bronią masowego rażenia” (A. Szahaj). Amerykanie tworzą światową popkulturę, dominują militarnie, słabną gospodarczo. Narastająca hegemonia kulturowa USA idzie w parze z erozją potęgi gospodarczej i cywilizacyjnym krachem tego modelu społeczeństwa. Po raz kolejny w dziejach potwierdza się dialektyka dekadencji: przed upadkiem rozkwit wzorców agonalnych.
Dzięki potędze militarnej i soft power hegemonii kulturowej strzegą panującego ładu światowego. Zapewnia on władzę korporacjom: ich zarządcom, właścicielom, udziałowcom, posiadaczom kapitału akcyjnego, obsługującym ich specjalistom z dziedziny finansów, prawa, marketingu i reklamy. Jest to władza nad przyrodą, pracą i życiem ludzkim, produkuje bowiem depresyjnych konformistów. W tym kraju tylko 6 grup medialnych pod kontrolą akcjonariuszy decyduje o zawartości 90 proc. tego, co ludzie, oglądają i czytają, i czego słuchają. Frustracje najlepiej leczy wielostrzałowy pistolet, który można nabyć w sklepie z szyldem „Jezus cię kocha – skup i sprzedaż broni”. Z rąk różnych frustratów wyprodukowanych przez System ginie rocznie ponad 30 tys. Amerykanów. W jarmarcznej demokracji o wyborze reprezentantów decydują pakiety akcji, a nie karta wyborcza.
W amerykańskim społeczeństwie miarą skuteczności indywidualistycznej strategii życia jest konto bankowe, które umożliwia luksusową konsumpcję, najlepiej na jachcie lub we własnym samolocie. Jak przekonuje na podstawie swych badań Arlie Russell Hochschild, mieszkańcy Głębokiego Południa, wbrew empirycznej falsyfikacji, wierzą, że „wolny rynek jest niezachwianym sojusznikiem dobrych obywateli czekających w kolejce na spełnienie amerykańskiego snu”. Na przeszkodzie stoi rząd federalny, który trzyma stronę wciskających się do kolejki cwaniaków, najczęściej o ciemnym kolorze skóry. Przegrani w wyścigu szczurów nie mają racji: około 30 milionów nieubezpieczonych, kilka bieda-prac może nie wystarczyć do przeżycia miesiąca bez wsparcia opieki społecznej. Niski stopień uzwiązkowienia i ochrony pracownika – krótkie urlopy, niskie zasiłki dla bezrobotnych, brak urlopów macierzyńskich, duże zróżnicowanie płac. Pozycja pracownika jest słaba. W czasie recesji firma redukuje koszty głównie ograniczając zatrudnienie, szybko też likwiduje deficytowe działy. Współczynnik Giniego, jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Merytokracja to absolwenci prestiżowych uczelni. By się do nich dostać, mimo systemu stypendiów i pożyczek, trzeba sobie dobrze wybrać rodzinę. Edukacja na wysokim poziomie jest kosztowna od najniższych szczebli w systemie edukacyjnym. Nic dziwnego, że stać na nią 14 razy więcej synów i córek, których rodzice plasują się w gronie 20 proc. najbogatszych, niż dzieci 20 proc. najuboższych. Dlatego w konsekwencji tylko 6 proc. urodzonych w tej grupie udaje się przebić do elity, pokazują badania Brookings Instutution (T. Zalewski, Polityka 3.04-9.04 2019).
Solą w oku jest rząd federalny i jego funkcje socjalne. Stąd brak ubezpieczeń społecznych na zasadzie solidaryzmu, prywatyzacja usług publicznych (obecnie ledwo bronią się pocztowcy z USPS). Prawie 1 proc. populacji, głównie młodych Afroamerykanów, przetrzymywana jest także w sprywatyzowanych więzieniach (czterokrotny wzrost odsetka osadzonych w omawianym okresie). To też efekt gettyzacji i niskiego poziomu szkół publicznych. Prywatyzacja obejmuje coraz więcej służb publicznych. W planach prezydenta Trumpa jest prywatyzacja autostrad, opieki medycznej dla ubogich Medicare, a także rynku federalnych pożyczek studenckich.
W gospodarce dominuje akcjonariusz i spekulant, stąd rozdęty sektor finansowy i rynek kapitałowy. W trzewiach tego Globalnego Minotaura (wedle określenia Y. Veroufakisa) dokonuje się recykling nadwyżki światowej. Obsługuje on spekulację nie tylko papierami wartościowymi, ale również ropą, żywnością, nieruchomościami komercyjnymi, przedsiębiorstwami przemysłowymi, które można kupić, sprzedać, zlikwidować – stosownie do kursów akcji i strategii biznesowej. Zysk ci wszystko wybaczy. Nawet wtłaczanie 15 milionów litrów wody na jedną operację niekonwencjonalnego szczelinowania, by wycisnąć gaz ze złoża łupkowego. Nawet jeśli społeczeństwo to konsumuje czwartą część energii produkowanej na świecie, to „amerykański styl życia jest nienegocjowalny”, jak oświadczył w Rio prezydent George Bush. Ograniczanie wolnego rynku w imię klimatu byłoby wręcz zbrodnią przeciwko najszlachetniejszej części ludzkości. Tymczasem kraje unijne zmniejszyły w latach 1990-2016 zużycie energii o 2 proc. , emisję gazów cieplarnianych o 22 proc., i jednocześnie zwiększyły swoje PKB o 54 proc. .
Naśladowany na całym świecie model biznesu stworzył Walmart. Zatrudnia 2 mln pracowników, wśród nich kasjerki, które zarabiają głodowe pensje, a ich utrzymanie biorą na siebie inni. Pracownicy giganta wielkopowierzchniowego handlu korzystają bowiem z publicznych szkół, ochrony policji, publicznych dróg, kwalifikują się do publicznych systemów opieki społecznej. Te dobra fundują im inni: do każdej nisko opłacanej kasjerki Walmartu amerykańscy podatnicy dopłacają od 3 do 6 tys. dol. rocznie.
Według Economic Policy Institute produktywność pracy w USA w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc. ale mediana zarobków tylko o 10 proc. . W USA już od 1973 produktywność i zarobki zaczynają się rozchodzić. W latach 1948-1973 wydajność pracy wzrosła o 95,7 proc. , wynagrodzenia zaś o 90,9 proc. . Ale w okresie neoliberalnej kontrrewolucji wydajność rosła nadal, choć w wolniejszym tempie, bo 77 proc. , ale płace ledwie drgnęły, gdyż zwiększyły się zaledwie o 12,4 proc. . Amerykańscy golden boys zarabiają 13 mln euro rocznie, na co składają się opcje na akcje, przydział darmowych akcji, często 3-4krotność podstawowego wynagrodzenia. Dążą oni do krótkoterminowych zysków finansowych (marked to market) zamiast tworzyć majątek trwały i miejsca pracy. W połowie lat 60. prezes korporacji zarabiał 24 razy więcej niż jego pracownik produkcyjny. Obecnie to 185 razy więcej. Dlatego bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Wiarygodne są analizy laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona zawarte w książce Wielka ucieczka. Zdrowie, bogactwo i źródła nierówności. W 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. Połowa pracowników nie ma wystarczających dochodów, by opłacić składki emerytalne, a dwie trzecie poniżej 40. roku życia nie ma żadnych oszczędności emerytalnych. Tymczasem górne 10 proc. amerykańskiego społeczeństwa rozporządzała w r. 2011 47 proc. całkowitego dochodu, ze średnią 255 tys. dolarów, podczas gdy na dolne 20 proc. przypadło 17 proc. całkowitego dochodu (s. 224). W roku 2015 górne 20 proc. osiąga przeciętny dochód 8,3 razy większy niż 20 proc. najuboższych (w Niemczech 4,4 razy większy, w Danii tylko 3,7 razy). W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. (za The World Bank, Nearly Half the World Lives on Less than $5.50 a Day, October 17, 2018, https://www.worldbank.org/en/news/press-release/2018/10/17/nearly-half-the-world-lives-on-less-than-550-a-day).
Kraj ten ma też na swoim terytorium własne raje podatkowe, w których niczym w czarnej dziurze znikają i tak już nisko opodatkowane zyski i dochody rentierskie. Jednak państwo nadal pełni ważną rolę w gospodarce. Za pomocą budżetu wojennego koryguje deficyty budżetowe między poszczególnymi stanami, lokując odpowiednio zakłady zbrojeniowe w mniej dynamicznych stanach. Dużą rolę w inicjowaniu i finansowaniu prac badawczo-rozwojowych odgrywa Pentagon i DARPA.
Co dalej
W miarę jak rosną nierówności społeczne, obniża się stopa życiowa klas pracowniczych, następuje degradacja środowiska naturalnego, słabnie nadzór nad neoliberalnym ładem amerykańskiego szeryfa – rodzi się magiczny czas, kiedy utopie stają się programami reform. Według badań Reutersa z roku 2018 70 proc. mieszkańców USA popiera wprowadzenie powszechnego systemu opieki zdrowotnej, w tym 52 proc. to wyborcy Republikanów. W przeciwieństwie do młodych Polaków, którzy pragną być przedsiębiorcami samych siebie na wolnym rynku, 51 proc. amerykańskich milenialsów (18-29 lat) jako lepszy do życia widzi socjalizm rozumiany jako demokratyczne państwo europejskie, państwo łączące efektywność gospodarki z bezpieczeństwem socjalnym, jak w skandynawskim społeczeństwie troski.
Czy droga dalszej modernizacji kraju nad Wisłą ma prowadzić przez atlantyckie mgły, czy raczej przez Bałtyk. Zgodnie z prognozą Josepha Schumpetera z 1942 r. kapitalizm pogrąża jego historyczny sukces. Rozmiary aparatu wytwórczego nie mieszczą się już na jedynej planecie dostępnej na razie ludzkości. Cywilizacja przemysłowa, choć nasycona technologiami obróbki informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, sektor tzw. korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Stała gra inwestowania i konsumpcji mogłaby się toczyć bez końca, gdyby ludzkość miała do wykorzystania kilka planet. Reguły tej gry zmieniają się na naszych oczach, a tempo tych zmian będzie coraz szybsze. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych z 3 proc. do prognozowanego 1 proc.. Zmienią się mechanizmy funkcjonowania tej gospodarki (przebudowa energetyki i transportu, nacisk na recykling minerałów, zmiana rynku pracy wraz z zastosowaniami robotyki i sztucznej inteligencji, kres koncepcji życia jaku użycia, tj. konsumpcjonizmu). Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego uspołeczniania. Liberałowie by chcieli, żeby dobra dla garstki globalizatorów i obsługujących ich specjalistów chwila (w skali historycznej) trwała wiecznie. Nie przyjmują do wiadomości, że stali się anachroniczni historycznie, ideologicznie, w konsekwencji – politycznie. Dlatego lewica powinna zmienić swój stosunek wobec amerykańskiego stabilizatora ładu, który pogrąża i przyrodę, i całą ludzkość w postępującym kryzysie pracy, jakości życia i równowagi ekosystemu. Jednak przeciwko współczesnemu Goliatowi może stanąć tylko zbiorowy Dawid (czy może raczej Roosevelt): ludzie nie obojętni w Polsce, w Europie i na innych kontynentach. Harmonijne społeczeństwo, zestrojone ze środowiskiem naturalnym, powinno być bliskie zielonym, ruchom miejskim, rozproszonym formacjom lewicowym, związkom zawodowym, ruchom dążącym do równości płci, zapewnienia kobietom praw reprodukcyjnych, ruchom LGBT, ruchom dążącym do przezwyciężenia podziałów etnicznych czy rasowych. Tylko jak objąć tę różnorodną całość wspólną świadomością i wolą? W sumie rysuje się szansa szerokiej Koalicji Republikańskiej – trzeźwych entuzjastów lepszej wspólnoty niż dżungla jednostek-przedsiębiorców samych siebie, którzy zajadle rywalizują o resztki miejsc pracy i dostęp do coraz niższej jakości usług publicznych.

Debata: jak mierzyć rozwój?

Ośrodek Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a oraz Fundacja im. F. Eberta zapraszają na spotkanie dyskusyjne pt. „Poza PKB – czyli jak mierzyć rozwój?”.

Spotkanie odbędzie się 27 lutego (czwartek) o godz. 18 w siedzibie Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego na ul. Nowy Świat 49.

Przyczynkiem do debaty jest wydany niedawno przez PTE polski przekład raportu OECD pt. „Poza PKB. Mierzmy to, co ma znaczenie dla rozwoju społeczno-gospodarczego” autorstwa Josepha E. Stiglitza, Jeana-Paula Fitoussi i Martine Durand.

W dyskusji udział wezmą:
Prof. Elżbieta Mączyńska – wykładowca w Szkole Głównej Handlowej, członkini Narodowej Rady Rozwoju, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego;
Piotr Kuczyński – były analityk pracownik domu inwestycyjnego Xelion, publicysta (publikował m.in. w „Krytyce Politycznej”), członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich.
Moderacja: Michał Syska (OMS im. F. Lassalle’a).
Rejestracja: biuro@lassalle.org.pl