Róża Luksemburg – ekonomia (bardzo) polityczna

Czym jest ekonomia polityczna?

Przedstawiając we Wstępie do ekonomii politycznej podstawowe założenia Marksowskiej teorii wartości opartej na pracy Róża Luksemburg dokonuje kluczowego przesunięcia, pokazując konieczne połączenie między wartością a pieniądzem. Jej zdaniem ”[o]dkrycie, że w wartości wymiennej każdego towaru, a więc i pieniądza, tkwi tylko praca ludzka, a zatem, że wartość każdego towaru jest tym większa, im więcej pracy potrzeba na jego wytworzenie i na odwrót – odkrycie to jest dopiero połową prawdy. Druga połowa prawdy polega na wyjaśnieniu, jakim sposobem i dlaczego praca ludzka przyjmuje tak osobliwą formę wartości wymiennej i zgoła już zagadkową formę pieniądza?”.
Postawione przez Luksemburg pytanie jest zarazem pytaniem o rolę wymiany w społeczeństwie, w szczególności w społeczeństwie kapitalistycznym. Pierwotna forma wymiany zachodząca między plemionami, będącymi niewielkimi gospodarkami planowymi, wraz z powstawaniem własności prywatnej uzyskuje nową kluczową rolę – staje się spoiwem, „jedynym środkiem zespolenia rozproszonych indywiduów i ich pracy w zwartą gospodarkę społeczną”.
Ogólna wymiana w gospodarce bezplanowej nie może oczywiście zachodzić bez pieniądza. Tylko produkt, który został wymieniony na pieniądz posiada wartość. Oznacza to, że praca prowadząca do wytworzenia danego produktu jest początkowo wyłącznie pracą prywatną. Staje się ona społeczna czy też społecznie niezbędna, dopiero jeżeli ktoś uzna, że produkt ten wart jest zapłacenia za niego jakiejś kwoty pieniężnej. W przeciwnym razie produkt ten nie posiada żadnej wartości, a praca wydatkowana na jego wykonanie staje się „wyrzuconą na darmo pracą”. A zatem, jak pisze Bellofiore, „pieniądz jest jedynie ekspresją pracy społecznej […] jest jedyną wspólną rzeczywistością łączącą różne prace prywatne, fragmenty pracy ludzkiej pozbawionej użyteczności”. Marksowska teoria wartości w ujęciu Róży Luksemburg nie jest teorią wyjaśniającą obiektywne zakotwiczenie cen w pewnym fizjologicznym wysiłku człowieka w produkcji, ale teorią odnoszącą się do pewnej specyficznej formy, w której jednostkowa praca staje się społeczna, właściwej wyłącznie gospodarce pieniężnej.
Nietrudno zauważyć także, że abstrakcja[12] związana z uznaniem pracy konkretnej za społecznie niezróżnicowaną, będąca podstawą wartości, ma zatem charakter realny, a nie teoretyczny. Jak pisze Luksemburg w pracy Reforma socjalna czy rewolucja?, abstrakcja ta „nie jest wymysłem, lecz odkryciem […]; istnieje ona nie w głowie Marksa, lecz w gospodarce towarowej”.
Społeczeństwo prywatnych wytwórców spajane wymianą posiada jeszcze jedną kluczową cechę. Procesy gospodarcze przestają być w nim zrozumiałe, przewidywalne dla uczestniczących w nich ludzi, wydają się być czymś zewnętrznym, niezależnym od człowieka, niczym zjawiska przyrodnicze. Dopiero tak wyizolowana i wyobcowana sfera gospodarki potrzebuje nauki zgłębiającej rządzące nią prawa – ekonomii politycznej. Jak pisze Luksemburg:
Nauka Marksa jest dzieckiem ekonomii burżuazyjnej, ale dzieckiem, którego narodziny kosztowały życie matki. W teorii Marksa ekonomia polityczna jako nauka znalazła swe uwieńczenie i swój kres. Potem – jeżeli nie liczyć rozwijania nauki Marksa w szczegółach – powinno nastąpić tylko przekształcenie tej nauki w działanie, a więc walka międzynarodowego proletariatu o urzeczywistnienie socjalistycznego ustroju gospodarczego. Koniec ekonomii politycznej jako nauki jest wydarzeniem historycznym, jest jej przekształceniem w praktykę planowo zorganizowanej gospodarki światowej.
Powyższe sformułowania w ustach ekonomistki, jaką była Róża Luksemburg, mogą dziwić, szczególnie gdy sięgniemy do klasyfikacji Harry’ego Cleavera umieszczającego odczytanie dokonane przez Luksemburg w grupie ekonomicznych i ideologicznych interpretacji Kapitału. Takie interpretacje muszą być prowadzone z perspektywy kapitału i „są zasadniczo biernymi interpretacjami sytuacji społecznej”. Takie zaklasyfikowanie Luksemburg wydaje mi się nie do końca trafne. Jej teoria zdaje się balansować pomiędzy perspektywą kapitału a perspektywą klasy robotniczej. Jest więc zatem przynajmniej częściowo polityczna w rozumieniu Cleavera, tzn. ukazuje związki kategorii i pojęć ekonomii z walką klas i wskazuje na „konsekwencje dla politycznej strategii klasy robotniczej”. Ujęcie przez nią najważniejszego dzieła Marksa jako ostatniego dzieła ekonomii politycznej, przynoszącego jej zniszczenie, nie jest co prawda tożsame z ujęciem amerykańskiego autora, kładącego nacisk na negatywną interpretację pierwszego słowa podtytułu Kapitału (Krytyka ekonomii politycznej), jednak z pewnością wskazanie na konieczność zniszczenia ekonomii politycznej jako nauki i przejścia do praktyki rewolucyjnej pokazują bardzo polityczny wymiar nawet z pozoru czysto „ekonomicznych” prac polskiej marksistki (do tego aspektu nawiążę jeszcze w dalszych częściach artykułu). Interesujące jest także to, że zarówno Luksemburg, jak i Cleaver definiują walkę z kapitalizmem jako walkę z formą towarową. Dla tego drugiego jest ona „podstawową formą kapitału”, zdolność do narzucania której decyduje o utrzymaniu się samego systemu, dla Luksemburg zaś formą, która wytworzyła podział między jednostką a społeczeństwem.

Wartość siły roboczej i związki zawodowe

W kontekście rozważań nad problematyką płac, warto zwrócić uwagę na usytuowanie związków zawodowych we Wstępie do ekonomii politycznej. Ich rolą jest dbałość o wzrost płac realnych robotników, a nie hamowanie spadku płac względnych. Ze swej natury mają one zatem charakter reformistyczny i funkcjonalny względem działania gospodarki kapitalistycznej.
Zdaniem Luksemburg „Dopiero dzięki istnieniu związku zawodowego siła robocza jako towar znajduje się w położeniu, w którym może być sprzedawana według jej wartości. Kapitalistyczne prawo wymiany towarowej w zastosowaniu do siły roboczej nie przestaje obowiązywać wskutek istnienia związków zawodowych, jak to błędnie sądził Lassalle, ale na odwrót, dopiero dzięki nim może być realizowane”.
To stwierdzenie jest próbą rozwiązania fundamentalnego problemu zawartego w samym rdzeniu Marksowskiej teorii wartości. Wartość każdego towaru jest mierzona niezbędnym czasem pracy potrzebnym do jej wytworzenia. Jednak z wartością siły roboczej jest inaczej – zależy ona od czasu niezbędnego do wytworzenia sumy środków utrzymania zgodnych z pewnym historycznie i geograficznie określonym standardem życia, a więc składników używanych w (re)produkcji tego „szczególnego towaru”. Marks „traktuje proces konsumpcji jako automatyczny, niewymagający żadnego wkładu ludzkiej pracy”. Co więcej, to raczej wielkość płac nominalnych określa wartość siły roboczej, a nie odwrotnie. Zdaniem Władysława Bortkiewicza, polskiego matematyka i ekonomisty, „wartość” siły roboczej nie może zostać określona w ten sam sposób, co w przypadku innych towarów. Ze względu na brak prywatnej produkcji siły roboczej na rynek oraz konkurencji między jej wytwórcami niemożliwe staje się ustanowienie przeciętnie niezbędnego czasu pracy potrzebnego do jej wytworzenia. Wartość siły roboczej jest tylko częściowo wytworem pracy abstrakcyjnej związanej z najemną pracą żywą wytwarzającą artykuły konsumpcyjne będące środkami utrzymania. Jest ona również wytwarzana w ramach pozarynkowych systemów edukacyjnych czy rodzinnych. Jeżeli odrzucimy zaś fakt, że siła robocza jest towarem, upada nie tylko rozróżnienie na cenę i wartość siły roboczej, ale także, co znacznie ważniejsze, niemożliwe jest określenie wielkości wartości dodatkowej, a co za tym idzie, także wyzysku.

Nacjonalizm gospodarczy

Niech nam teraz wolno będzie zbadać charakter i źródła tej polityki, którą można by określić jako „nacjonalizm gospodarczy”. Metoda, którą zastosuję do tego celu, jest dobrze znaną marksistowską metodą badania zjawisk społecznych.

Można mieć dowolną opinię o marksizmie, jedno jest jednak pewne: jako metoda naukowego badania zjawisk społecznych daje doskonałe rezultaty.
Metoda ta opiera się na dwóch następujących zasadach: 1) każda ideologia społeczna czy ekonomiczna reprezentuje interesy pewnej klasy; innymi słowy, jest ona ideologią klasową; 2) podział nowoczesnego społeczeństwa na klasy, a także ich siła zależą od stopnia koncentracji przemysłu, który z kolei jest wynikiem rozwoju techniki przemysłowej. Te dwa założenia są podstawą metody marksistowskiej, którą zamierzam stosować do wyjaśnienia nacjonalizmu gospodarczego.
Rozwój historyczny przemysłu i handlu ma tendencję do przekształcania się z produkcji na małą skalę w produkcję masową, tzn. ma tendencję do koncentracji. Tendencja ta wynika z faktu, że masowa produkcja przynosi wiele korzyści natury technicznej i czysto ekonomicznej, co daje jej przewagę nad produkcją na małą skalę. Wynikiem przekształcenia produkcji na małą skalę w produkcję masową jest stałe rozszerzanie się strefy wymiany towarowej, ponieważ przemysł wytwarzający na większą skalę wymaga większych rynków zbytu dla swoich produktów. Terytorialne rozszerzanie się obiegu ekonomicznego jest stałym dowodem nadążania za postępem koncentracji przemysłu. Terytorialnym następstwem rozwoju średniowiecznego rzemiosła jest system gospodarki miejskiej (Stadtwirtschaft). W XVI wieku, w wyniku nieznacznej koncentracji produkcji przemysłowej, ta Stadtwirtschaft objęła system rozleglejszy terytorialnie (Territorialwirtschaft). Rewolucja przemysłowa XVIII wieku doprowadziła do tego, że system terytorialny został zastąpiony przez większy narodowy system gospodarczy (Volkswirtschaft). Obecnie żyjemy znowu w okresie przejściowym. Rozwój technicznych sił produkcyjnych, zwycięstwo produkcji masowej i wielkich zakładów przemysłowych nad produkcją na małą skalę i nad małymi warsztatami poszły już tak daleko, że narodowy system gospodarczy stał się za małym rynkiem dla nowoczesnego, wielkiego, skoncentrowanego przemysłu kapitalistycznego; wielki kapitał wymaga nowych obszarów cyrkulacji gospodarczej, szerszych niż większość naszych narodowych systemów gospodarczych – w rzeczywistości wymaga światowego systemu gospodarczego (Weltwirtschaft).
Połączenie narodowych systemów gospodarczych w jeden światowy system (lub co najmniej utworzenie pewnych wielkich stref ekonomicznych, na które można by podzielić świat, jakkolwiek byłoby to tylko rozwiązaniem przejściowym między okresem narodowych systemów gospodarczych a okresem jednego systemu gospodarki światowej) jest koniecznym i nieuchronnym wynikiem postępującej koncentracji przemysłu. Zwycięstwo wielkich zakładów przemysłowych nad małymi warsztatami prowadzi do produkcji masowej, która przynosi znaczne korzyści, co jej daje przewagę nad produkcją nad małą skalę. Jest ona tańsza – albo innymi słowy, zwiększa produkcyjność pracy ludzkiej przez zastosowanie najnowszych zdobyczy nauk technicznych i naukowych metod zarządzania. Produkcja masowa jest możliwa jednak tylko wówczas, kiedy istnieje dostatecznie duży rynek, zdolny do jej wchłonięcia. Dlatego postępująca koncentracja produkcji kapitalistycznej musi doprowadzić do powiększenia rynku i rozszerzania terytorialnego zasięgu obiegu gospodarczego. Obecnie osiągnęliśmy etap, na którym terytoria poszczególnych krajów europejskich są zbyt małe na to, aby dalszy rozwój produkcji kapitalistycznej był możliwy, i dlatego musi ona dążyć do przełamania barier między różnymi narodowymi systemami gospodarczymi i utworzenia z nich większych obszarów cyrkulacji gospodarczej. Podobnie rozwijający się system gospodarki narodowej, opierając się na ideologii merkantylistycznej, zmierzał do złamania bariery średniowiecznej Stadtdwirtschaft, aż osiągnął zwycięstwo. Musi to spowodować międzynarodowy podział pracy, obalenie samowystarczalności poszczególnych krajów i połączenie ich w jeden system światowy, albo co najmniej – na razie – w europejski system gospodarczy.
Jeżeli rozwój ten będzie hamowany albo nawet uniemożliwiony, musi nastąpić kryzys o przewlekłym i chronicznym charakterze. Obecne cła i polityka handlu zagranicznego państw europejskich przeszkadzają ewolucji w kierunku większego terytorialnego systemu gospodarczego; wyjaśnia to w pełni trudności gospodarcze powojennej Europy. Jeżeli bowiem różne kraje są oddzielone wysokimi taryfami celnymi lub w inny sposób, wielki skoncentrowany przemysł nie może w pełni wykorzystać swojej mocy produkcyjnej; następuje stagnacja, redukcja zatrudnienia i ogromny wzrost bezrobocia, a więc wszystkie symptomy typowego kryzysu. Jednakże kryzys taki różni się od zwykłych kryzysów czasów przedwojennych tym, że jest on chroniczny i w rezultacie musi doprowadzić do katastrofy gospodarczej. Skoro produkcja masowa staje się niemożliwa, albo co najmniej bardzo ograniczona, a ostatnie osiągnięcia techniki i naukowych metod zarządzania nie mogą znaleźć zastosowania, koszty produkcji rosną, a zatem zmniejsza się wydajność pracy ludzkiej. Jeżeli wzrasta liczba ludności, musi nastąpić ogólna zwyżka cen, ogólne zubożenie i pauperyzacja. Prowadzi to w rezultacie nie tylko do katastrofy życia gospodarczego w Europie, lecz także do upadku całej cywilizacji europejskiej. Takie są perspektywy w przypadku zwycięstwa nacjonalizmu gospodarczego.

Nacjonalizm gospodarczy jest ideologią pewnej klasy i dlatego może być przezwyciężony tylko wtedy, gdy istnieją inne klasy, dostatecznie silne do złamania jego wpływu.

Możemy zadać sobie pytanie, dlaczego nacjonalizm gospodarczy tak ostro walczy przeciw nowej terytorialnej formie kapitalizmu, przeciw światowemu systemowi gospodarczemu. Odpowiedź będzie prosta, jeśli tylko poddamy analizie społeczne znaczenie różnych etapów terytorialnej ewolucji kapitalizmu. Narodowy system gospodarczy wywodzi się z kapitalizmu wczesnego, o niewielkim stopniu koncentracji i działającego na zasadzie wolnej konkurencji (podobnie jak Stadtwirtschaft zrodziła się ze średniowiecznego rzemiosła); światowy system gospodarczy natomiast jest rezultatem daleko posuniętej koncentracji kapitalistycznych monopoli. Przejście od narodowego do światowego systemu gospodarczego spowodowane jest jedynie przekształceniem się wczesnego kapitalizmu wolnokonkurencyjnego w gospodarkę wielkich monopoli kapitalistycznych; ale będąc wynikiem, jest zarazem niezbędnym warunkiem tej przemiany. Przekształcenie to jest procesem koncentracji i dokonuje się kosztem pewnej tylko części ludności, która dawniej składała się z niezależnych przedsiębiorców; obecnie na skutek koncentracji utracili oni swoją niezależność gospodarczą i są zagrożeni proletaryzacją.
Klasa kapitalistyczna, burżuazja, jest zatem podzielona na dwie grupy, z których jedna sprzyja dalszej ewolucji kapitalizmu, podczas gdy druga, dla której proces ten oznacza stratę niezależności gospodarczej, a nawet proletaryzację, usiłuje zatrzymać go na obecnym stadium. Ta ostatnia grupa musi, rzecz jasna, walczyć z postępem gospodarczym. Ta właśnie klasa, w swoim dążeniu do zatrzymania rozwoju kapitalizmu na etapie odrębnych narodowych systemów gospodarczych, utrudnia w najwyższym stopniu przejście do światowego systemu gospodarczego, ponieważ używa całej swej siły do rozdzielania krajów i państw, aby nie dopuścić do dalszej koncentracji. W tym celu stworzyła ona własną ideologią, którą jest nacjonalizm; zmierza on do rozdzielenia narodów, zniszczenia międzynarodowej współpracy i przeciwdziałania umiędzynarodowieniu życia gospodarczego. Z punktu widzenia postępu ekonomicznego i społecznego ideologia ta jest jak najbardziej reakcyjna. Z punktu widzenia czysto ekonomicznego ideologia ta stawia jako cel samowystarczalność, która jest zaprzeczeniem międzynarodowego podziału pracy i międzynarodowej współpracy gospodarczej; pociąga to za sobą utrwalenie wczesnego kapitalizmu małych zakładów pracy przemysłowych i produkcji na małą skalę. Ten ekonomiczny aspekt ideologii nacjonalistycznej można by nazwać „nacjonalizmem gospodarczym”. Jego następstwem są wysokie bariery celne między krajami europejskimi i wojny taryfowe, które działają niszcząco na życie gospodarcze.
Bronią, którą włada nacjonalizm gospodarczy w swojej walce przeciw światowemu systemowi gospodarczemu (lub też europejskiemu systemowi gospodarczemu), są wysokie cła ochronne, a nawet prohibicyjne zakazy importu, wyjątkowo wysokie frachty kolejowe i inne podobne utrudnienia w wymianie i handlu międzynarodowym. Nacjonalizm gospodarczy jest szczególnie szkodliwy dla Europy środkowej i wschodniej z jej licznymi małymi państwami. Wysokie ochronne taryfy celne mogły dobrze służyć (ale wątpliwe czy będą dobrze służyły w dalszym ciągu w przyszłości) Stanom Zjednoczonym Ameryki, które – jako federacja ponad czterdziestu stanów, rozciągająca się na ogromnym obszarze, licząca 100 milionów ludzi, posiadająca prawie wszystkie niezbędne bogactwa mineralne – mogą uchodzić za miniaturę samodzielnego światowego systemu ekonomicznego. Dla państw europejskich natomiast, z których największe jest karłem w porównaniu z wielką republiką amerykańską, taka polityka oznacza samobójstwo gospodarcze.
Nacjonalizm gospodarczy jest, jak powiedzieliśmy, ideologią pewnej klasy i dlatego może być przezwyciężony tylko wtedy, gdy istnieją inne klasy, dostatecznie silne do złamania jego wpływu. W społeczeństwie współczesnym istnieją dwie takie klasy, zainteresowane rozwojem nowoczesnego przemysłu w kierunku światowego systemu gospodarczego. Pierwsza z nich to część klasy kapitalistycznej – burżuazja – która, ściśle powiązana z wielkimi monopolami kapitalistycznymi o międzynarodowym charakterze, jest zainteresowana w przejściu do światowego systemu gospodarczego i w złamaniu nacjonalizmu gospodarczego. Przedstawiciele tej klasy ogłosili niedawno manifest, w którym oświadczyli: „Skoro wszyscy jesteśmy zależni od importu i eksportu oraz od procesów wymiany międzynarodowej, nie możemy patrzeć bez głębokiej troski na politykę, która oznacza zubożenie Europy”. Możemy mieć nadzieję, że ta międzynarodowa część burżuazji odniesie zwycięstwo w walce z nacjonalistycznym przeciwnikiem. W tej walce międzynarodowi kapitaliści będą popierani przez klasę robotniczą, którą z konieczności interesuje to, ponieważ wielki skoncentrowany przemysł może zapewnić robotnikom lepsze warunki pracy i płacy, aniżeli mały, słabo rozwinięty przemysł w samowystarczalnym kraju, stanowiącym ideał nacjonalizmu gospodarczego; ponadto, ponieważ rozwój kapitalizmu do jego ostatecznych granic, do maksymalnej koncentracji i internacjonalizacji, jest niezbędnym warunkiem realizacji społecznego ideału robotników, Wspólnoty Socjalistycznej. Takie oto są powody, które skłaniają klasę robotniczą do popierania międzynarodowych kapitalistów w ich walce o światowy system gospodarczy, przeciwko nacjonalizmowi gospodarczemu. Można mieć nadzieję, że ich zjednoczone wysiłki będą uwieńczone powodzeniem i w ten sposób uratują Europę od groźby gospodarczego i kulturalnego upadku.
Wysiłki tych dwóch klas są popierane przez trzeci czynnik; jest nim rosnący wpływ finansów amerykańskich na sprawy europejskie. W Niemczech wpływ ten jest bardzo silny; Anglia była w stanie powrócić do waluty złotej tylko dzięki pomocy amerykańskiej; jeżeli chodzi o Francję, to jest rzeczą wątpliwą, czy trudności gospodarcze występujące w procesie uzdrowienia finansowego będą pokonane bez pomocy amerykańskiego kapitału itd. Wzrastający wpływ amerykańskiego kapitału jest jednym z najważniejszych czynników przygotowujących klęskę nacjonalizmowi gospodarczemu i sprzyjających praktycznej współpracy ekonomicznej krajów europejskich.
W dzisiejszej Europie działają dwie siły. Jedna zmierza do samowystarczalności i do izolacji gospodarczej; jest to nacjonalizm gospodarczy. Druga prowadzi do zjednoczenia, współpracy, do europejskiej, a nawet światowej unii gospodarczej. Zwycięstwo pierwszej oznaczałoby dla Europy upadek gospodarczy i kulturalny, zwycięstwo drugiej zaś – niewyobrażalne możliwości dalszego rozwoju. Narody europejskie muszą dokonać wyboru; te, które dążą do uratowania Europy od nieuchronnego upadku, wynikającego z nacjonalizmu gospodarczego, muszą połączyć się pod sztandarem międzynarodowej wspólnoty gospodarczej.

W PiS-ie są różne „bandy”

W PiS-ie panuje chaos, a wynika z tego, że działają różne „bandy” z różnymi pomysłami na różne biznesy. Począwszy od premier Szydło i jej nagród, aż po Marka Chrzanowskiego i jego propozycję korupcyjną – mówi z rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) Izabela Leszczyna, była wiceminister finansów, posłanka Platformy Obywatelskiej.

 

KAMILA TERPIAŁ: Jakie jest drugie dno afery KNF? Bo chyba nie chodzi tylko o to, że biznesmen Leszek Czarnecki przyszedł do szefa KNF Marka Chrzanowskiego i usłyszał korupcyjną propozycję.

IZABELA LESZCZYNA: Najważniejszy policjant finansowy w państwie, pilnujący naszych pieniędzy ulokowanych w bankach, czyli szef KNF, okazał się oszustem. To wystarczająco dramatyczna wiadomość dla rynku finansowego. Niezwykle trudno będzie odbudować wizerunek i wiarygodność tego rynku.
Ale oczywiście nie chodzi tylko o pana Chrzanowskiego. On jest tylko elementem większej całości. W parlamencie w tym czasie procedowane są dwie ustawy. Jedna jest kontynuacją wdrażania unijnej dyrektywy resolution, która pozwala na przymusową restrukturyzację banków w trudnej sytuacji i precyzyjnie określa całą procedurę, wskazując organ resolution, czyli Bankowy Fundusz Gwarancyjny. I jest druga ustawa, w której PiS daje prawo decyzji o przejęciu banku Komisji Nadzoru Finansowego. Pytanie, po co. Przecież takie kompetencje ma już BFG! Czy chodzi o to, że działają tu dwie różne „bandy”?

 

Czyli Bankowy Fundusz Gwarancyjny i Komisja Nadzoru Finansowego przeciwko sobie?

Wskazują na to słowa byłego przewodniczącego KNF, ale to nie instytucje są złe, tylko ludzie PiS-u kierujący tymi instytucjami.
Według Chrzanowskiego „banda” w BFG pod wodzą „Zdzisława” (Zdzisław Sokal – red.) chce nacjonalizować banki, co jest niezgodne z prawem i wizją państwa, na którą umówiliśmy się z Polakami w 1998 roku. Druga z kolei działa w KNF, ale inaczej, poprzez wymuszenia. W pierwszym przypadku mamy socjalistę, w drugim kapitalistę, ale oszusta, który chce na problemach banku sporo zarobić. Czy tylko do własnej kieszeni?
Nie wiemy. Wydaje się jednak, że Marek Chrzanowski jest narzędziem w rękach wyżej postawionych w hierarchii partyjnej PiS osób. Tylko jakich? W tle pojawia się Szef NBP Adam Glapiński, minister Zbigniew Ziobro, premier Mateusz Morawiecki. Przecież takie decyzje nie zapadają w głowie młodego Chrzanowskiego, on był raczej figurantem.

 

Zaraz wrócimy do kluczowych postaci… W aferze KNF pojawia się także wątek legislacyjny. Chodzi o poprawkę do projektu ustawy o wzmocnieniu nadzoru i ochrony inwestorów na rynku finansowym, która pojawia się nagle w II czytaniu. Daje możliwość przejmowania prywatnych banków za zgodą KNF. To ważny element?

Oczywiście! I świadczy o tym, że w tej aferze bierze udział cała partia PiS. Przecież to posłowie „wrzucają” poprawkę, która pozwala przejmować banki na podstawie administracyjnej decyzji KNF. I dzieje się to kilka godzin po tym, jak do prokuratury trafia zawiadomienie mecenasa Romana Giertycha. Co chcą tym osiągnąć? Postraszyć Leszka Czarneckiego? Poprawka dzień później zostaje, przy sprzeciwie opozycji, przyjęta przez Sejm.
Po artykule w „GW” Platforma Obywatelska domaga się wstrzymania prac nad ustawą i wyjaśnienia wszystkich okoliczności. Ale PiS pędzi jak szalony, także w Senacie, kłamiąc ustami senatora Biereckiego, że to implementacja dyrektywy. Przypomnijmy – to nieprawda.
Organem resolution w Polsce jest BFG i to on, jeśli regulator uznał za potrzebne, mógł dostać dodatkowe instrumenty, nie KNF.

 

Kluczową postacią wydaje się także prawnik, który na polecenie szefa KNF miał być zatrudniony przez Leszka Czarneckiego.

Przypomnę, że wcześniej to Mateusz Morawiecki rekomendował go do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych, choć ostatnio stwierdził, że to NBP go rekomendował. To tego prawnika szef KNF-u chciał „wsadzić” do Getin Noble Banku – nie udało się, ale powiodło się w Plus Banku Zbigniewa Solorza.

 

Czyżby złote dziecko polskiej palestry?

To bardzo smutne, ale PiS traktuje całą Polskę jak swój łup i zachowuje się jak dzicz, która napadła na naszą ojczyznę i wyrywa sobie co smaczniejsze kąski. Dlatego powiedzenie Grzegorza Schetyny, że są „jak szarańcza” jest bardzo trafne. To szarańcza, która obsiadła wszystko, co było można i niszczy po kolei.
Nie chodzi tylko o aferę KNF. Wystarczy wspomnieć SKOK-i czy GetBack, czyli spółkę, która niezwykle życzliwie pomagała państwowym bankom pozbywać się „złych długów”. Ale z praniem pieniędzy przez PiS mieliśmy do czynienia także w spółce Solvere. Okazuje się, że PiS od lat działa tak samo, jak w czasach, gdy uwłaszczył się na Srebrnej.

 

W nagranej rozmowie Leszka Czarneckiego z Markiem Chrzanowskim pojawia się także wątek twórcy SKOK-ów Grzegorza Biereckiego. Podobno chciał „ulokować” w banku biznesmena 70 mln zł, bez skutku. Od tego zaczęły się problemy Getin Noble Banku.

To musi wyjaśnić prokuratura, niestety ta sprawa leży w głębokiej szufladzie, bo prokuratura jest też partyjna. Ale rzeczywiście wszystko układa się w logiczną całość.
Zespół śledczy PO ds. SKOK-ów, którego jestem przewodniczącą, zgromadził spory materiał na ten temat. Ustaliliśmy, że 13 kwietnia 2015 r. zostało wszczęte postępowanie w sprawie dotyczącej nadużycia uprawnień w zakresie zarządzania majątkiem Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych i wyrządzenia jej szkody majątkowej w wielkich rozmiarach poprzez likwidację Fundacji i przekazanie jej aktywów na rzecz kolejnych podmiotów, ostatecznie na rzecz Spółdzielczego Instytutu Naukowego G. Bierecki Sp. Jawna. Majątek Fundacji to ok. 70 mln zł, których właścicielem stał się senator Bierecki. Postępowanie prokuratorskie w tej sprawie wszczęto mniej więcej 3 lata temu… Czy to wtedy, wg słów Leszka Czarneckiego, senator szukał banku, w którym mógłby złożyć depozyt w takiej wysokości?

 

KNF pod rządami Marka Chrzanowskiego chronił SKOK-i i ich twórcę?

SKOK-i były w bardzo trudnej sytuacji, gdy objęliśmy je nadzorem finansowym, ale od kiedy w KNF rządzi PiS, słyszymy, że fundusze własne kas są w coraz lepszej kondycji. A premier Mateusz Morawiecki twierdzi, że sektor świetnie się rozwija. Nie wiadomo, czy to cud nad Wisłą, czy człowiek w KNF, który kocha SKOK-i bardziej niż prawdę i bezpieczeństwo depozytów. Ale skoro dyrektorem departamentu, który nadzoruje SKOK-i, zostaje były długoletni pracownik Kasy Krajowej, to standardy idą spać.

 

„Dymisja Marka Chrzanowskiego kończy sprawę” – mówił kilka dni temu szef KPRM Michał Dworczyk. PiS-owi uda się ukręcić sprawie łeb na tym etapie?

Z całą pewnością nie. Chociaż widać, że się starają. Szef NBP udaje, że sprawa go nie dotyczy, a w zasadzie jej nie ma, a Chrzanowski wg niego jest wzorem cnót wszelakich. Premier milczy, choć powinien wszystkich przeprosić, próbować uspokoić deponentów i inwestorów. Do mnie dzwonią ludzie i pytają, czy ich pieniądze w banku są bezpieczne. Myślę, że do premiera dzwonią tym bardziej.

 

Teraz widać, że nie jest opanowana?

Powiedzieć, że nie jest opanowana, to nic nie powiedzieć. W PiS-ie panuje chaos, a wynika z tego, że działają różne „bandy” z różnymi pomysłami na różne biznesy. Począwszy od premier Szydło i jej nagród, aż po Marka Chrzanowskiego i jego propozycję korupcyjną.

 

A co robi Jarosław Kaczyński?

To dobre pytanie. Zwykle wychodził z cienia i zarządzał kryzysem, choćby tak, jak w niepoprawnym politycznie powiedzeniu: „Kowal ukradł, Cygana powiesili”.
Myślę, że sprawy tak bardzo wymknęły się spod jego kontroli, że nie jest w stanie zapanować nad grupami wpływów, frakcją Ziobry i Biereckiego, frakcją Morawieckiego.
W mojej ocenie powinien zmusić Mateusza Morawieckiego do dymisji, tak jak ten zmusił do dymisji szefa KNF. Ale nie zrobi tego, bo kto wtedy zostanie premierem? Nie ma tam już nikogo, kto mógłby chociaż udawać państwowca.

 

Politycy PiS-u twierdzą, że oni i partia nie mają z tą aferą nic wspólnego. Nie uda im się obronić takiej tezy?

Kilka dni przed wybuchem afery KNF Małgorzata Wassermann przekonywała, że to premier odpowiada za to, co działo się w KNF, ale już po wybuchu afery politycy PiS-u przekonują, że premier za to nie odpowiada. Przecież w tym brak logiki. A zestawianie tych dwóch spraw i mówienie, że tu zadziałało państwo, a tam nie, jest totalną bzdurą. Fundamentalna różnica polega na tym, że afera Amber Gold jest aferą prywatnego oszusta, a w aferze KNF oszustem okazuje się urzędnik państwowy, albo urzędnicy państwowi, tego jeszcze nie wiemy.
Widać jak na dłoni, że w sprawę zamieszani są ludzie powiązani z PiS-em i należący do PiS-u.
Koniec kropka.

 

Ale komisja śledcza nie powstanie?

Na razie nie. Chociaż jej powstanie byłoby w interesie premiera, bo do tej pory wiele informacji go obciąża, a PiS w jakimś momencie będzie chciał to wykorzystać, aby się go pozbyć, bo Mateusz Morawiecki cały czas w partii jest neofitą. Jeżeli komisja nie powstanie, to będzie oznaczało, że albo premier Morawiecki jest za słaby, żeby wniosek przeforsować, albo jest częścią tego układu i dlatego nie jest zainteresowany jej powstaniem. Na szczęście demokracja (która co prawda poobijana, ale wciąż jest naszym ustrojem) polega na tym, że co jakiś czas rządzący się zmieniają. Przez 3 lata PiS zrobił wiele, aby zohydzić się w oczach Polaków. Jestem przekonana, że rozdane suwerenowi pieniądze nie przysłonią rzeczywistości na tyle, żeby Polacy zagłosowali na oszustów.

Dorobek Polski Ludowej sam się obroni

Z prof. Pawłem Bożykiem, przewodniczącym Ruchu Odrodzenia Gospodarczego im. E. Gierka rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Andrzej Ziemski: Panie Profesorze. Był Pan jednym z najbliższych współpracowników Edwarda Gierka do roku 1980. To już duży odstęp czasowy. Młode pokolenie, urodzone i wychowane później z niedowierzaniem słuchają opowieści o czasach Polski Ludowej. Porozmawiajmy o faktach tamtego okresu i współczesnych mitach.

Prof Paweł Bożyk: Pierwszy, bezpośredni kontakt z Edwardem Gierkiem miałem w grudniu 1971 roku. Poprosił mnie na rozmowę, poszukiwał młodego człowieka pasjonującego się gospodarką światową, a na tym tle gospodarką polską. Z polityką i partią nie miałem dotąd nic wspólnego. Po uszy zaangażowany byłem za to w studiowanie przykładów udanego rozwoju gospodarczego, a na tym tle w poszukiwanie źródeł sukcesu gospodarczego na Wschodzie i Zachodzie. Byłem już wtedy autorem kilku książek i wielu artykułów publikowanych zarówno w prasie fachowej jak też codziennej.
Gierek zdziwił się bardzo, gdy mnie zobaczył, wyglądałem na młodzieńca, większego niż byłem w rzeczywistości. Czy podoba się wam moja polityka gospodarcza, zapytał. W części mi się podoba, w części niestety, nie. Po tej odpowiedzi zniknął powitalny uśmiech z twarzy Gierka, a on sam jakby nieco zesztywniał, ale po chwili wrócił do poprzedniego wyglądu. No dobrze, rzekł, potrzebuję człowieka młodego, ale przekornego.
Po pięciogodzinnej rozmowie wyłożył zasady naszej przyszłej współpracy i tak już zostało do końca, na całe dziesięć lat.
W latach 60-tych niewiele mówiono w Europie o Polsce, bądź przedstawiano życie w naszym kraju wręcz w szarych barwach. Polska dla Europy zachodniej była jednym z państw za „żelazną kurtyną”, co oznaczało brak swobód demokratycznych, inwigilację życia obywateli przez tajne służby i niski poziom życia ludności.
Mieszkając przez wiele miesięcy w Genewie i podróżując często po Szwajcarii i Francji byłem uczulony na propagandę zachodnią; gdy w telewizorze pojawiał się drabiniasty wóz chłopski ciągnięty przez chuderlawego konia wiedziałem, że audycja będzie o Polsce. Potwierdzały to stojące przy drodze chłopskie chałupy kryte słomą.
Obraz ten nie był zachętą do współpracy z Polską zachodniego kapitału. W latach sześćdziesiątych niewiele się zresztą zmieniło w tym względzie w stosunku do poprzedniej dekady. Polska inwestowała w wielkie huty, fabryki przemysłu ciężkiego, kopalnie, elektrownie, ale codzienność tkwiła wciąż korzeniami w tym, co było w przeszłości.
Trzeba to jak najszybciej zmienić – powiedział do mnie Gierek. Do Was należeć będzie znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić.

 

Istotą reform ekipy Edwarda Gierka po roku 1970 była kompleksowa modernizacja kraju, dogonienie uciekającej do przodu cywilizacji zachodniej. Na ile to się udało w różnych obszarach: społecznym, gospodarczym, kulturowym. Jaka była pozycja Polski pod koniec lat siedemdziesiątych na tle innych krajów?

Różnice w poziomie rozwoju gospodarki zachodnioeuropejskiej i gospodarki polskiej były następstwem oddziaływania na nie różnych czynników i to w długim okresie. Przecież jeszcze przed drugą wojną światową Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Belgia, Holandia należały do grupy krajów o wiele bardziej rozwiniętych gospodarczo niż Polska. Wiele z nich eksploatowało kolonie w Azji, Afryce, na Bliskim i Dalekim wschodzie, w Australii czerpiąc z tego tytułu nie byle jakie korzyści. Wydajność pracy w Europie zachodniej przewyższała polski poziom wielokrotnie.
Stan polskiej gospodarki w okresie międzywojennym nie był przecież skutkiem złej pracy Polaków; przykład Centralnego Okręgu Przemysłowego pokazał, że możemy pracować niemniej wydajnie niż Niemcy czy Francuzi. Podstawową przyczyną różnic w wydajności pracy między Polską a Europą zachodnią był zdekapitalizowany aparat produkcyjny. W znacznej części został on rozgrabiony przez okupantów bądź zniszczony w trakcie działań wojennych. W Polsce pozostawiono fabryki niekompletne, których nie można było uruchomić, bo brakowało części do maszyn bądź całych maszyn, nie było energii elektrycznej, brakowało fachowców bądź ich poziom był byle jaki. Jeszcze na początku lat pięćdziesiątych trwały bratobójcze walki między różnymi frakcjami politycznymi.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych do głosu doszli reformatorzy systemowi, którzy zaczęli transformować gospodarkę na system rosyjski, a wszystko to nie mogło odbywać się bez strat. Tempo rozwoju gospodarki było znacznie poniżej potrzeb kraju, zwłaszcza, że Polska zdana była wyłącznie na siebie. Zachód był za „żelazna kurtyną”, a Wschód sam wyciągał rękę po polski węgiel i polską żywność.
Rewolucja społeczna, jaką polski rząd zaaplikował narodowi nie zadowalała nikogo. Ludzie żyli byle jak nie mając nadziei na rychłą poprawę. Cieszono się budową Nowej Huty, oddawaniem do użytku kolejnych pieców hutniczych, jakby to mogło poprawić warunki życia w polskich miastach i na polskich wsiach.
Gierek wszystko to wiedział, niedawno wrócił z Francji, gdzie też się „nie przelewało”, ale sytuacja była nieporównanie lepsza niż w Polsce. Stąd zawołanie Gierka do Polaków: „pomożecie”, i odpowiedź „pomożemy”. Co należało interpretować: „pracujcie, nie strajkujcie, bo tylko w ten sposób wspólnie zbudujemy nową Polskę”. I pracowali…
W sumie w latach siedemdziesiątych wybudowano łącznie 557 przedsiębiorstw, w tym 71 fabryk domów, 10 fabryk mebli, 18 zakładów mięsnych, 14 chłodni, 7 fabryk samochodów (bądź ich części), 5 cementowni, 5 kopalni węgla kamiennego, 8 elektrowni, 8 elektrociepłowni, 7 hut żelaza i metali nieżelaznych, 16 fabryk odzieżowych…
Ponadto w latach 70-tych zelektryfikowano 2 tys. km linii kolejowych, 10 tys. km dróg uzyskało twardą nawierzchnię, zbudowano prawie w całości polską energetykę, w tym linie przesyłowe energii elektrycznej. Oddano do użytku 2,6 mln nowych mieszkań; pod koniec lat 70-tych budowano rocznie prawie 300 tyś nowych mieszkań. Stworzono 3 mln nowych miejsc pracy. W efekcie nikt z młodych ludzi, którzy po ukończeniu 18 roku życia wchodzili w wiek produkcyjny nie pozostał bez pracy.
Oczywiście nie byłoby takich wyników w gospodarce, gdyby nie było kredytów udzielonych przez Zachód Polsce, przede wszystkim na import do Polski, który w latach siedemdziesiątych zaczął szybciej wzrastać niż eksport z Polski na Zachód. Kupowano na Zachodzie całe fabryki gotowe do produkcji poszukiwanych na polskim rynku wyrobów przemysłowych. Importowano też zespoły maszyn i pojedyncze maszyny, a także inny sprzęt inwestycyjny. Importowi temu towarzyszyły zakupy materiałów i elementów kooperacyjnych, a ponadto gotowych towarów konsumpcyjnych pochodzenie przemysłowego i rolnego.
Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej pojawiły się w polskiej gospodarce nowoczesne automaty i roboty, a także komputery i inne urządzenia reprezentujące przodujący poziom światowy. Na rynku konsumpcyjnym w Polsce znalazły się zachodnie samochody, sprzęt gospodarstwa domowego, elektronika, a także kosmetyki, artykuły higieniczne, obuwie, odzież i szereg innych towarów. W sklepach na stałe pojawiły się cytrusy, coca-cola, dżinsy i inne towary masowej konsumpcji.
W latach siedemdziesiątych wyprodukowano w Polsce ponad milion sztuk samochodów „Fiat 126p”. Był to efekt współpracy licencyjnej i kooperacyjnej Polski z Włochami.
W sumie Polska kupiła w tym czasie na Zachodzie ponad 450 licencji. Większość z nich została wdrożona do produkcji, część kupiono tylko po to, by w oparciu o nie mogły powstać polskie konstrukcje. Przykładem są obrabiarki sterowane numerycznie, eksportowane w latach siedemdziesiątych do kilkudziesięciu krajów rozwiniętych gospodarczo, w tym także do Stanów Zjednoczonych i Japonii. Część licencji nie wdrożono do praktyki, kupiono je tylko po to, by mogły zapoznać się z postępem technicznym liczne rzesze polskich inżynierów i techników, studentów politechnik i uczniów średnich szkół zawodowych w celu podniesienia poziomu ich wiedzy. Jest to metoda, z której korzysta wiele krajów rozwiniętych gospodarczo, zwłaszcza Japonia.
Zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło na koniec 1980 roku 23,0 mld dolarów, jego część (3,4 mld dol.) musiała być spłacona w ciągu paru miesięcy. Były to bowiem kredyty krótkookresowe. Do spłaty w latach 80-tych pozostało więc około 20 mld dol. Według obliczeń Europejskiej Komisji Gospodarczej stanowiło to 9,8% ówczesnego dochodu narodowego. Dziś zadłużenie Polski przekroczyło 400 mld dol. stanowiąc około 60% PKB.
W latach 70-tych Polska zdecydowanie zmniejszyła różnice dzielące ją w zakresie poziomu rozwoju gospodarczego w stosunku do krajów bardziej rozwiniętych. Nie zlikwidowała, rzecz jasna, tych różnic w stosunku do Zachodu. Na to potrzeba jeszcze wielu lat.

 

Czy sądzi Pan, że to co się stało w roku 1980 i później mogło się nie wydarzyć. Czy możliwy był inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku? Dziś wiele osób w Polsce uważa, że transformacja dokonana po roku 1990 była dla Polski zabójcza i sprowadziła nas do rangi półkolonii.

Moim zdaniem, nie był możliwy inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku, jeżeli tak, to tylko gorszy. System centralnego planowania i zarządzania „przeszczepiony” do Polski pod koniec lat czterdziestych z Rosji nie sprawdzał się od samego początku.
Polacy, z natury są narodem zdolnym i pracowitym, ale zanarchizowanym, nie tolerują decyzji autokratycznych, szukają możliwości obchodzenia tych decyzji.
Przyzwoleniem politycznym do takiego postępowania były wydarzenia „polskiego października” 1956 roku. W ich trakcie Gomułka trochę zreflektował się i usiłował je przygasić, ale było już za późno. Iskra padła na przyjazne podłoże wzniecając coraz większe i coraz liczniejsze ogniska antysystemowe.
Sygnały o tym rozchodziły się w trzech kierunkach. Najgroźniejszy dla systemu był establishment, od członków najwyższego kierownictwa politycznego – począwszy, a na szeregowych członkach partii skończywszy. Nie miał on charakteru jawnego, ale szkodził systemowi.
Informacje o takim myśleniu szybko przeniknęły do środowiska, które po latach przyjęło nazwę KOR (Komitet Obrony Robotników). Było ono dobrze poinformowane o niejawnych rozmowach na szczytach władzy.
Trzecim wreszcie kierunkiem dyskusji antysystemowych była zagranica, głównie amerykańskie środowisko sowietologiczne. Z opóźnieniem przystąpiło ono do wspólnoty antysystemowej w Polsce, ale w późniejszym czasie odegrało ważną rolę w procesie przemian w Polsce.
W roku 1980 było już w Polsce za późno na inny scenariusz. Wydarzenia roku 1989 pukały już do drzwi, Sekuła i Wilczek pod wodzą Rakowskiego przygotowywali się do liberalnej ekspansji. Do ich rozpoczęcia namawiała jawnie wizytująca Polskę kilkakrotnie Margaret Thatcher i inni zachodni politycy. Do Polski „płynęły” masowo urządzenia drukarskie i dolary amerykańskie. Nikt się z tym już nie krył. Nieudany stan wojenny tylko rozzuchwalił oponentów systemowych.
Jak wg wskaźników oficjalnych m.in. GUS okres 45-lecia Polski Ludowej wpisuje się w obchodzoną w tym roku z dużym zadęciem 100-letnią rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 roku? Może porównajmy okresy II RP, Polskę Ludową i prawie 30 lat RP. Czy 100 lat Polski bez 45 lat Polski Ludowej ma szansę zaistnieć w świadomości historycznej Polaków w dalszej perspektywie?
Na pytanie to odpowiadam zdecydowanie negatywnie. Przecież połowa nowych mieszkań powstała w PRL-u. Tylko w latach 70-tych wybudowano ich 2,6 mln. III-RP ma mało znaczący udział w tym budownictwie. Jej dorobek to należące do kapitału zagranicznego biurowce, głównie tzw. „drapacze chmur”. Cały Służewiec w Warszawie, to takie budownictwo.
Oczywiście doraźne skutki nachalnej propagandy kwestionujące wszystko co powstało przed 1990 rokiem, nie pozostają bez wpływu na świadomość Polaków, ale to szybko minie; niestety byt kształtuje świadomość.
A polski przemysł? W większości są to filie korporacji transnarodowych, budowane według zasady: dziś „tu”, jutro „tam”.

 

Przewodzi Pan Ruchowi Odrodzenia Gospodarczego, który wziął sobie za cel obronę dorobku i tradycji Polski Ludowej. To chyba dziś bardzo trudne, wręcz utopijne zadanie. Niektórzy zastanawiają się czy PRL warto bronić. Inni uważają, że jej dorobek broni się sam.

Uważam, że dorobku Polski Ludowej nie trzeba bronić, on z pewnością sam się obroni. Codziennie spotykam swoich byłych studentów, nigdy nie zdarzyło mi się, żeby któryś z nich skarżył się na jakość zdobytego wykształcenia, a są ich dziesiątki tysięcy. A gdzie zdobyli wykształcenie sędziowie i adwokaci, profesorowie i lekarze, nauczyciele i inżynierowie.
Proponuję, by zamknąć dyskusję nad dorobkiem PRL – gwarantuję, że równocześnie zamilkną jego krytycy.

 

Czy dzisiejszy pejzaż polskiej lewicy jest, Pana zdaniem, odzwierciedleniem rzeczywistych podziałów społecznych. Czy ktoś wyraźnie ma swoją nadreprezentację, a jakiegoś środowiska, czy grupy społecznej tutaj się nie zauważa. Czy lewica ma szansę się obronić i uzasadnić swoją potrzebę istnienia?

Moim zdaniem, lewica nie odzwierciedla dziś rzeczywistych podziałów społecznych. Wśród ludzi lewicy nie ma robotników i młodzieży.
Bycie robotnikiem, nie jest powodem do dumy; robotnicy stanowią zdecydowany margines we wszystkich partiach, podobnie zresztą, jak młodzież. Dlaczego?
Uważam, że partie mają obecnie charakter głównie mieszczański: dobrze ubrać się, zabawić się, wypić, smacznie zjeść. A ideologia? To nie dla młodych.
Uważam, że lepiej jest na zachodzie Europy. Tam biedny człowiek łatwiej spotka się ze zrozumieniem i pomocą ze strony młodych.