Wszystko dla ludzi

W klasycznym języku chińskim istnieje powiedzenie, wedle którego krajem rządzą stałe zasady, a ich podstawą są korzyści dla ludu. Komunistyczna Partia Chin (KPCh) oraz rząd chiński nie ustają w realizacji celu, jakim jest dążenie ludzi do życia w lepszych warunkach oraz przez cały czas podejmują wysiłki na rzecz rozwoju gospodarczego, społecznego i postępu w modernizacji.

Zatwierdzone podczas Piątego Plenum XIX Komitetu Centralnego (KC) KPCh „Zalecenia KC KPCh w sprawie sformułowania XIV planu pięcioletniego narodowego rozwoju gospodarczego i społecznego oraz długofalowych celów do roku 2035” wyraźnie wskazują, iż wkraczające w nowy etap rozwoju Chiny stanowczo i bez wahania realizować będą koncepcję nowego rozwoju składającą się z innowacji, koordynacji, ekologii, otwartości i wspólnych korzyści, będą cały czas kierować się zasadami, wedle których człowiek znajduje się w centralnym miejscu rozważań, a rozwój jest dla człowieka, opiera się na człowieku i to człowiek czerpie korzyści z rozwoju. Chiny stale będą poprawiać warunki życia i przyczyniać się do stworzenia dobrobytu, który jest celem wielu ludzi tak, by wszystkim się dobrze powodziło i by razem dokonywali ewidentnych i konkretnych postępów.
Rozwój innowacyjności w służbie ludziom.
Począwszy od XVIII wieku za każdym razem, gdy świat doświadcza rewolucji naukowej i przemysłowej, głęboko zmienia się również oblicze i struktura rozwoju świata, wystarczy wtedy wykorzystać okazję, by dane państwo wstąpiło na ścieżkę szybkiego rozwoju. W momencie narodzin nowej rewolucji naukowej rozwój gospodarczy i społeczny Chin oraz przesłanki do poprawy bytu obywateli jeszcze bardziej niż w przeszłości wymagają, jako pierwszego bodźca, nauki i innowacji. W ostatnich latach rozwój Chin w dziedzinach takich jak transport, telekomunikacja, technologia informatyczna itp. wpłynęły korzystnie na wszystkie sfery życia obywateli. Największa na świecie sieć szybkiej kolei sprawia, że podróże są szybkie i wygodne. Stworzenie kompleksowej sieci 5G zapewnia wysoką efektywność pracy, nauki, interakcji towarzyskich i zabawy. Ogólna dostępność Internetu, handlu internetowego i płatności w sieci pozwala cieszyć się wygodnym życiem bez wychodzenia z domu. Podczas realizacji XIV planu pięcioletniego Chiny będą wspierać centralne miejsce innowacji w projektach modernizacyjnych, dążąc do opracowania najnowocześniejszych technologii. Będą udoskonalać podstawowe technologie tak, by stworzyć dla ludzi jeszcze bezpieczniejszy, inteligentniejszy i wygodniejszy dom.
Pobudzanie wszechstronnego postępu poprzez skoordynowany rozwój.
Chiny są już drugą gospodarką na świecie, ale w dalszym ciągu mierzą się z problemami nierównomiernego i niewystarczającego rozwoju. W związku z tym Chiny podejmują wysiłki koordynacji rozwoju regionów, miast i wiosek, wyraźnie poprawiając warunki życia i pracy na wsiach. Pojawiają się nowe formy działalności takie jak agroturystyka, czy też rolnictwo rekreacyjne. Warunki życia mieszkańców wsi uległy niesłychanej poprawie. W obliczu skutków epidemii COVID-19 Chiny przeznaczyły więcej środków na dziedziny takie jak: zdrowie, zatrudnienie, ubezpieczenia społeczne itp., zawsze stawiając na pierwszym miejscu bezpieczeństwo życia i zdrowia ludzi. W staraniach o uratowanie jak największej liczby osób przyjęły najbardziej rygorystyczne i kompleksowe środki, czym umożliwiły skuteczną kontrolę epidemii, pełne przywrócenie produkcji, życia społecznego i codziennego. Wprowadzono również szeregu polityk i środków w celu stabilizacji zatrudnienia i zabezpieczenia środków do życia. W przyszłości Chiny będą nadal rozszerzać skoordynowane regionalnie strategie rozwoju oraz strategie rewitalizacji obszarów wiejskich, będą stale podwyższać średni poziom podstawowych usług publicznych, ulepszać system opieki zdrowotnej i zabezpieczeń społecznych. Będą dążyć do pełnego zatrudnienia, poprawiona zostanie również jego jakość. Wszystko to, by osiągnąć nowy poziom dobrobytu.
Budowanie pięknego kraju poprzez zielony rozwój.
Nie ma zamiennika dla środowiska naturalnego, ochrona środowiska oznacza również ochronę ludzi i źródeł ich utrzymania, krótko mówiąc: zielone góry i błękitne jeziora są dla nas na wagę złota. Chiny przestrzegają podstawowej dla kraju polityki zachowania zasobów i środowiska, spełniają więc swe zobowiązanie do umożliwienia ludziom oddychania świeżym powietrzem, picia czystej wody i jedzenia bezpiecznej żywności. W 2019 r. procentowa średnia liczba dni z dobrą jakością powietrza w 337 dużych miastach Chin osiągnęła wartość 82% proc. , a wskaźnik zgodności jakości wody w miejskich podziemnych źródłach wody pitnej utrzymywał się na stabilnym poziomie przekraczającym 90 proc. . Chiny na dużą skalę promują zazielenianie kraju, odbudowę środowiska i projekty ochrony różnorodności biologicznej sprawiająć, że ludzie mogą naprawdę poczuć, że niebo jest bardziej niebieskie, góry bardziej zielone, woda czystsza, a krajobrazy piękniejsze. W przyszłości Chiny będą nadal intensyfikować swoje wysiłki na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym, pogłębiać przechodzenie na czystą energię, dążyć do tego, by szczyt emisji dwutlenku węgla miał miejsce przed 2030 r. i by osiągnąć neutralność węglową do 2060 r. Chiny będą budować ekosystem w oparciu o szacunek dla natury, a czyste i piękne środowisko stanie się punktem wyjścia dla szczęśliwego życia ludzi.
Czerpanie z atutów świata poprzez otwarty rozwój.
Od ponad 40 lat Chiny aktywnie podążają drogą globalizacji, stale rozszerzają program reform i otwarcia, odnoszą zauważane przez świat sukcesy w zakresie rozwoju, znacznie poprawiają standard życia obywateli, rozwijają rynek, w którym uczestniczy grupa 400 mln osób o średnich dochodach i zaspokajają ogromny popyt na wysokiej jakości produkty z całego świata. Szacuje się, że w ciągu najbliższych pięciu lat import usług w Chinach osiągnie wartość 2,5 bln USD, a w ciągu najbliższych 10 lat łączny import towarów do Chin przekroczy 22 bln USD. W tym celu Chiny przyspieszą tworzenie nowego modelu rozwoju, którego trzonem będzie duży obieg krajowy, a podwójny obieg – krajowy i międzynarodowy – będzie wzajemnie się napędzał. Chiny będą dalej poszerzać zakres i dziedziny otwarcia na świat oraz podwyższać jego poziom, tak aby rynek chiński stał się rynkiem globalnym, wspólnym i dla wszystkich, jednocześnie nadal odpowiadał na ciągle rosnące potrzeby ludzi związane z dążeniem do lepszego życia.
Korzystny wpływ wspólnego rozwoju na wszystkich ludzi.
Chiny zawsze nalegały, aby owoce rozwoju były dostępne dla wszystkich ludzi. Nieustannie podejmowały wysiłki na rzecz budowania sprawiedliwości społecznej i wspólnego dobrobytu. Podczas realizacji XIII planu pięcioletniego 55,75 mln ubogich mieszkańców wsi w Chinach zostało wyrwanych z ubóstwa, utworzono również ponad 60 mln nowych miejsc pracy w miastach. Powstał największy na świecie system zabezpieczeń społecznych. Ponad 1,3 mld osób zostało objętych podstawowym ubezpieczeniem medycznym, a prawie 1 mld osób podstawowym ubezpieczeniem emerytalnym. W listopadzie br. ostatnie 832 ubogie prefektury Chin wyszły z ubóstwa, a więc cele Agendy ONZ 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju dotyczące ograniczenia ubóstwa zostały osiągnięte 10 lat przed planowanym terminem. Zmniejszenie ubóstwa wcale nie jest naszym celem ostatecznym. W okresie realizacji XIV planu pięcioletniego Chiny utrzymają stabilność istniejących polityk pomocowych, nadal będą promować skuteczne łączenie wszechstronnego zmniejszania ubóstwa i rewitalizacji obszarów wiejskich oraz ubogich regionów. Jednocześnie usprawnione zostaną mechanizmy dystrybucji dochodów w społeczeństwie, podniesiony poziom dochodów ludności, zmniejszona luka płacowa oraz poszerzona grupa osób o średnich dochodach. Chiny w sposób sprawiedliwy i ujednolicony usprawnią system zabezpieczeń społecznych obejmujący wszystkich obywateli oraz podstawowy mechanizm zabezpieczenia środków do życia tak, by osiągnąć jeszcze więcej owoców z rozwoju i by były one bardziej sprawiedliwie dystrybuowane między wszystkimi obywatelami.
Chińczycy mają takie samo prawo do dążenia do poprawy warunków swego życia jak mieszkańcy innych krajów świata, a podstawowym celem rozwoju Chin jest urzeczywistnianie tego prawa. Chiny zawsze opowiadały się za pokojowym rozwojem, nigdy nie ingerowały w wewnętrzne sprawy innych państw, nigdy nie eksportowały modeli rozwojowych, nigdy nie angażowały się w konfrontacje ideologiczne i nigdy nie dążyły do tak zwanej globalnej hegemonii. Chiny są partnerem wszystkich krajów, a nie ich przeciwnikiem, rozwój Chin jest szansą, a nie zagrożeniem dla świata. Jesteśmy gotowi współpracować ze wszystkimi krajami na świecie, w tym z Polską, w celu wzmocnienia możliwości rozwoju i chwytania wspólnych szans, aby razem wypiekać wielki wspólny „tort” i stworzyć lepszą przyszłość dla ludzi na całym świecie.

„Nie samym chlebem żyje człowiek…

…lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4b) Kilka uwag na temat artykułu prof. Tadeusza Klementewicza „Polak, katolik, obywatel – suweren. Ile pracownika w pracowniku?” („Trybuna” Nr 7-8 grudnia 2020r.)

Zasadniczym problemem niniejszego tekstu jest to, że bardzo lubię i cenię profesora Tadeusza Klementewicza. Uważam go za wybitnego lewicowego ekonomistę, autora wielu cennych analiz w skali makroekonomicznej Autora wspaniałej, wydanej w zeszłym roku, książki „Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój”. Tak się jednak składa, że w dzisiejszym świecie wiedza o życiu społecznym i mechanizmach rozwoju społecznego jest wiedzą obejmującą wiele dyscyplin i obszarów badawczych. Często specjaliści z jednej dziedziny przenosząc swoje rozważania na inne niezbyt dobrze znane obszary produkują poczwarki i potworki zadziwiające swoja osobliwa urodą, ale nie wnoszące niczego konstruktywnego do dyskusji.

Do klasycznych obszarów powstawania owych osobliwości należy pogranicze między ekonomią a antropologią i historią. Te dzikie pola intelektualnych poszukiwań stały się wylęgarnią stworków określanych potocznie jako „homo economicus” a więc osobliwych wywodów mówiących o tym jak ekonomista wyobraża sobie człowieka, o którego działaniach i historii pozaekonomicznych, z reguły niezbyt dużo wie.
„Homoekonomikus” jak można go już, ze względu na popularność w naszym kraju, nazywać jest zjawiskiem w nauce codziennym. Co chwila jakiś ekonomista wyprowadza swojego „homoeka” na spacer po bulwarach debaty publicznej. Fakt, że kolejny wybitny ekonomista dochował się swojego „homoeka” byłby zabawny gdyby nie fakt, że ów nowy intelektualny „sobotwór” zgłasza roszczenia do organizowania myśli programowej polskiej lewicy.

Ponieważ, jeżeli lewica ma już mieć program, (co stanowi prawdziwa rewolucję na polskim gruncie gdzie lewica od bardzo już dawna jest bezpruderyjnie teoretyczna) to warto, być może, oprzeć go na poważnej debacie odwołującej się do faktów a nie radosnej twórczości ekonomistów biorących się za historię czy antropologię. Ośmielam się więc przedstawić kilka uwag opartych na wiedzy z dziedzin ekonomistom najczęściej ekonomistom obcych. Żeby nie być oskarżonym o nieuprawnione uogólnienia zmuszony jestem przytoczyć opis „homoeka”, który jest przedmiotem niniejszej dyskusji.

Przechodząc do rzeczy stwierdzić należy, że rzeczony osobnik narodził się zdaniem swego duchowego ojca w wyniku konieczności modyfikacji dzieła Karola Marksa, który nie zrozumiał zasadniczego problemu swojej i nie tylko swojej współczesności jakim jest „znaczenie potocznej świadomości klas ludowych”. Niezależnie od niezwykle ciekawego problemu czym są zdaniem autora tzw. „klasy ludowe” przypomnijmy zasadnicze punkty wywodu:

Po pierwsze więc: „Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego.”

Po drugie: „W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika.”

Jak sądzę nie trzeba tutaj chyba specjalnej przenikliwości żeby rozpoznać w owym „potocznie myślącym” przedstawicielu „klas ludowych” starego poczciwego „homoeka” najlepsze jednak Dopiero prze nami, albowiem: „Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD.”

Za pewne podsumowanie niniejszych wywodów można uznać wytłuszczony wniosek: „DOMINACJA WIEDZY POTOCZNEJ STANOWI BARIERĘ UNIEMOŻLIWIAJĄCĄ NARRACJOM TEORETYCZNYM, BY REALNIE WPŁYNĄĆ NA PERCEPCJĘ INTERESU KLASOWEGO I SOLIDARNOŚCI W JEGO REALIZACJI.”

Ponieważ jesteśmy ludźmi lewicy zacznijmy od Marksa i rzekomego braku w jego analizach należytego uwzględniania czegoś co nazwane zostało „potoczną świadomością klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalności” nazywanej w tekście „mądrością”. Nie nazywając tego zjawiska „mądrością” Marks mający, jak sądzę, dość bliskie kontakty z robotnikami (a nie mówimy tutaj o Engelsie, badającym położenie klasy robotniczej, pracującym, co prawda nie jako robotnik, w fabryce, a nawet utrzymującego osobiste bardzo intymne stosunki z niektórymi robotnicami) operował tutaj rozróżnieniem na „klasę w sobie” i „klasę dla siebie”. A więc grona ludzi żyjących, niezależnie od siebie, zgodnie z logiką systemu i tych samych ludzi jako grupy mającej poczucie wspólnoty interesów i usiłujących system zgodnie z nimi zmieniać. „Świadomość potoczna” pozbawiona co prawda wzniosłej retoryki robiącej z niej „mądrość” należy do tego pierwszego obszaru. Trudno zresztą zrozumieć sens głównego dzieła Marksa „Kapitału” jeżeli nie traktuje się go jako wielkiej próby odpowiedzi na pytanie: jak muszą zmienić się warunki społeczno-gospodarcze, żeby klasa robotnicza została przez nie zmuszona do porzucenia stanu bycia „klasą w sobie” i stania się „klasą dla siebie”, a więc do wprowadzenia komunizmu? To, że Marksowi nie udało się odpowiedzieć na to pytanie, jest w sumie rzeczą drugorzędną jako, że jeżeli w ogóle o nim pamiętamy to nie ze względu na doskonałość jego teorii ale ze względu na zainicjowanie przez niego masowego ruchu robotniczego, którego rozwój wyraźnie świadczy, że wbrew poglądowi wyrażonemu w krytykowanym teście, owi robotnicy interesowali się czymś więcej niż tylko swoimi dochodami, karierami i wyprzedażami pozwalającymi się obłowić.
To czym interesowali się i interesują przedstawiciele „klas ludowych” stanie się głównym tematem dalszych rozważań. Dla porządku odnotujmy tylko, że na Marksie i Engelsie rozważania nad świadomością potoczną i świadomością teoretyczną „klas ludowych” się nie zakończyły. Z niegdyś znanych można tu wskazać na rozróżnienie „świadomości tradeunionistycznej” i „świadomości klasowej” zaproponowane przez Włodzimierza Uljanowa ps. Lenin, „Rozważania o przemocy” Georgesa Sorela, czy „Psychologię socjalizmu” Henri de Mana. Problem świadomości owych „klas ludowych” był wśród myślicieli lewicowych przedmiotem rozważań, z których udałoby się skompletować całą bibliotekę. Nie to jest jednak zasadniczym problemem.

Zasadniczym problemem jest rzekoma dominacja owego „myślenia potocznego” czy też wiedzy potocznej nad „myśleniem teoretycznym” (nazywanym przez Autora „narracjami teoretycznymi”) w myśleniu „klas ludowych”.

Zasadniczy problem polega na tym, że wbrew przekonaniu Autora w praktyce rzecz polega na tym, że ludzie nie tyle „myślą żeby żyć” ale „żyją żeby myśleć”. Deklaracja ta sprawia wrażenie bardzo idealistycznej, ale problem ma, bardzo konkretny i materialny wymiar. Przewodnikiem w tej materii może być, u samych podstaw zagadnienia, znany francuski nonkonformista antropolog Edgar Morin. W swojej zapomnianej niestety pracy „Zagubiony paradygmat natura ludzka” wychodząc od obserwacji, że ludzki mózg charakteryzuje wyraźna nadzłożoność w stosunku do życiowych potrzeb człowieka, uzasadnia tezę że człowiek z produktami owej nadzłożoności tj. nadprodukcją myśli rodzących się owym mózgu nie radzi sobie najlepiej, a często w ogóle sobie nie radzi stając się ich niewolnikiem i wpadając w pułapki zastawiane przez własną świadomość. Magia, religia, podejrzliwość, zazdrość, perfidia (którą w Polsce zajmował się Mirosław Karwat) i różne inne przejawy uznawane za jego chorobliwe patologie obce zwierzętom okazują się wytworami tego właśnie mechanizmu. Reasumując można przyjąć, że w świetle zreferowanych rozważań myślenie określane, w krytykowanym tekście, jako „potoczne” nastawione na bezpośrednią efektywność jest domeną zwierząt, podczas gdy myślenie ludzkie jest niestety radykalnym przekroczeniem tych horyzontów i pojawieniem się w nim mechanizmów radykalnie nowych i kłopotliwych.

Na płaszczyźnie historii owa nadzłożoność przybiera, jak sądzę, postać czegoś co bardzo trafnie ujął Claude Levi Strauss w tytułowej formule swojej klasycznej pracy „Myśl nieoswojona” (w oryginale La pensée sauvage – więc „myśl dzika”). Myśl dzika to myśl pierwotna, spontaniczna i bezrefleksyjna, która charakteryzuje się nieograniczoną dynamiką, żywiołowością, brakiem hamulców i refleksyjności. Jest to myśl „zdolna do wszystkiego” i raczej nieposkromiona niż „nieoswojona”.

Ksiązka Levi-Straussa stała się przedmiotem dwoistej refleksji. Z jednej strony moralnej, ukazujących zbrodniczość i intencjonalność owego myślenia rozwinięta przez Rene Girarda w „Koźle ofiarnym”. Z drugiej intelektualnej, ukazującej drogi ograniczania myśli dzikiej, przez wypracowywanie myślenia teoretycznego, przedstawione przez Jacka Goody’ego w znanej pracy „Poskromienie myśli nieoswojonej” (tytuł oryginału The Domestication of the Savage Mind mówi o udomowieniu).
Ten drugi nurt jak sądzę tworzy właściwe pole dla rozumienia sensu tego co określamy jako myślenie teoretyczne, (czy też jak chce Autor „narracje teoretyczne”). Jest ono wynikiem dokonującego się w trakcie rozwoju cywilizacji procesu racjonalizacji, porządkowania, weryfikacji, dyscyplinowania owej pierwotnej, spontanicznej myślowej „dziczyzny” będącej efektem owego „defektu” ewolucyjnego jakim jest nadzłożoność. Są więc efektem narastającego sprzeciwu wobec myślowych ekscesów mitu, magii, religii, objawień, teorii spiskowych i prześladowczych i całego tego nieskończonego bogactwa najdziwaczniejszych wytworów ludzkiego umysłu, z którym nieustannie mamy do czynienia. Znajduje ono wyraz nie tylko w nauce ale również literaturze i innych formułach refleksyjności i dystansowania od spontaniczności czego bardzo dobrym przykładem była chociażby powieść grozy zmieniająca metafizyczne lęki w literacką grę a nawet zabawę. Zawsze też warto pamiętać, że twórca nowoczesnej metody naukowej nauk społecznych i humanistycznych – ośmieszony przez znanego z perwersji intelektualnych sado-masochistę Michaela Foucaulta jako twórca tzw. „władzowiedzy” – Francis Bacon za motto swoich rozważań przyjął zasadę głoszącą, iż „umysłowi ludzkiemu nie skrzydeł trzeba ale ołowiu”.

Myślenie dzikie chociaż towarzyszy ludzkości od najdawniejszych czasów, nie jest bynajmniej zjawiskiem, które kiedykolwiek zamarło, co więcej jest myśleniem dominującym tradycyjnie wśród „klas ludowych”. Klasy te wbrew pozorom nigdy nie żyły jedynie owym myśleniem potocznym skoncentrowanym na T =>P =>T` i promocjach makaronu w Lidlu (sam śledzę raczej promocje w Auchanie, a jako osoba w wieku przedemerytalnym zastanawiam się jak dorobić na emeryturze). Wystarczy sobie popatrzeć na historię chrześcijaństwa, owego wytworu ludzi prostych uznawanego nawet w swoich początkach za religię „niewolników”, żeby zobaczyć, że „klasy ludowe” wykazują się niezwykłą kreatywnością w zakresie zagadnień oderwanych od bezpośrednich potrzeb życiowych. Najprzeróżniejsze ruchy ludowe rozwijające się w jego łonie – herezje i sekty o ludowej proweniencji są tego najlepszym świadectwem. Wystarczy popatrzeć z jakim zapałem prości ludzie rzucili się na interpretowanie Biblii w przededniu wojny chłopskiej w szesnastowiecznych Niemczech i do czego to doprowadziło. Warto zauważyć, ze Marks i Engels ze swoją teorią też nie działali w próżni ale wręcz przeciwnie, na gruncie tak płodnym we wszelkie pomysły naprawiania świata, że trzeba było się w tym towarzystwie bardzo mocno rozpychać łokciami, żeby w ogóle dojść do głosu.

Historia ta bynajmniej się nie zakończyła na czasach pierwszej fazy rozwoju rewolucji przemysłowej. Wszelkie kryzysy i zaburzenia życia społecznego owocowały i owocują eksplozjami owej myśli nieoswojonej. Niewątpliwie jej najbardziej spektakularnym przejawem stały zjawiska prawicowych reakcji na wielki kryzys w postaci nazizmu, faszyzmu, rasizmu, antysemityzmu i wszelkiej maści zjawisk pokrewnych znajdujących dość powszechną aprobatę a nawet budzących fanatyczne fascynacje wśród licznych przedstawicieli „klas ludowych”. Owo myślenie dzikie, raz było na wozie ,raz pod wozem, ale nigdy nie zamarło nawet w najbardziej „ponurych” czasach powojennego, niestety często powierzchownego, racjonalizmu.

Czasy współczesne to okres niebywałego rozkwitu myśli nieposkromionej związanego z gwałtownym rozwojem coraz bardziej wymykającego się wszelkim próbom racjonalizacji i refleksyjności świata nowych mediów. Internet jest imperium Wielkiego Zdziczenia Myśli, osobliwym Wielkim Powrotem do świata pierwotnego a być może nawet spektakularnym, intelektualnym samobójstwem cywilizowanej ludzkości. Byłoby jednak przesadą niedostrzeganie tego, że jak na razie, jest przede wszystkim polem walki „nowych dzikich” z cywilizowaną przeszłością. Ci „nowi dzicy” odradzający myśl nieoswojoną to ludzie uważający się za „konserwatystów” i równie nieodpowiedzialni neoliberałowie. Wielka wojna z nowoczesnym państwem socjalnym rozpoczęta przez te dwie siły uderzeniowe wielkiego kapitału zburzyła powojenny ład i poczucie bezpieczeństwa we współczesnym świecie wyzwalając w sposób nie mniej radykalny niż w latach dwudziestych zeszłego stulecia wszystkie wydawałoby się zamknięte na siedem pieczęci chorobliwe i prześladowcze idiotyzmy. (Wydaje mi się, w tym kontekście, że nie można mówić o myśleniu współczesnych „klas ludowych” bez przyswojenia sobie lekcji Thomasa Franka zawartej w opracowaniu „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.”)

Siłą napędową współczesnego populizmu jest myśl „nieoswojona”. Współczesny przedstawiciel „klas ludowych” to niestety najczęściej nie tylko chłopek roztropek kalkulujący korzyści z wyprzedaży mrożonej ryby zagrożonej przeterminowaniem, czy awans na majstra, ani szewc pilnujący kopyta. To człowiek myślący w kategoriach zawrotnych perspektyw światowego spisku Żyda Sorosa, walczący z dążeniem światowych elit do wyludnienia planety odpowiednio do swoich potrzeb, Klubem Bilderberg, rządami reptilian, masonami, elgbtem, dżenderem, tęczową zarazą, marksizmem kulturowym i wielu innymi przerażającymi zagrożeniami jego codziennego bytu. Nie z każdym o tym rozmawia, bo diabeł nie śpi, ale swoje wie. Uczestniczy też we wspólnocie, która go podtrzymuje w gotowości do działania. Do obrony Prezesa i jego jedynie słusznych wizji szczęśliwej przyszłości.

To, że obecnie w rządach tej paranoi obserwujemy kryzys byłoby optymistyczne gdyby istniała jakaś alternatywa nadająca na podobnych falach i potrafiąca wkroczyć na tereny myśli nieoswojonej proponując sensowna alternatywę. W dawnych czasach takie mechanizmy istniały w ruchu robotniczym, intelektualiści pisywali nie tylko wiekopomne traktaty ,ale przede wszystkim byli publicystami potrafiącymi odwoływać się do emocji wyobrażeń normalnych ludzi. Brudził sobie w ten sposób ręce nawet Karol Marks pisząc chociażby „18 brumaire’a”. Takim intelektualistą był Fryderyk Engels, którego polemiki i broszury: ”Anty-During”, „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa’, „Rozwój socjalizmu od utopii do nauki” itp. stanowiły rzeczywista podstawę upowszechniania marksizmu. Ale też nie jest przypadkiem, że Engels budzi od dziesięcioleci prawdziwe obrzydzenie wśród prawdziwych „teoretyków” jako wulgaryzator „prawdziwego marksizmu”, którego poszukiwanie stało się zabawą jeszcze popularniejszą niż onegdaj poszukiwanie Świętego Grala a nieco później poszukiwanie Eldorado. Nie należy ukrywać, że na drodze wkraczania ruchu robotniczego na tereny myśli nieoswojonej zdarzały się nadużycia, nawet katastrofy, jak chociażby stalinizm, ale nie jest to powód do popełniania politycznego samobójstwa i zamykania się w świecie, w którym nie ma nadużyć bo nie ma życia.

Nikt na lewicy jakoś nie potrafi dostrzec, że prawicowy populizm nie jest podtrzymywany przez oficjalne instytucje, ale dynamicznym ruchem instytucji nieformalnych skupionym wokół think tanków, czasopism, klubów, fundacji, rozgłośni radiowych (Radio Maryja) czy telewizyjnych (TV Republika) itd. Jedyną bodajże oficjalną instytucją jest tutaj IPN. Nawet zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna działa w oparciu o aktyw z owego niesformalizowanego świata. Jest to środowisko żywe, nie bojące się dyskusji, polemik i debat a nawet awantur. To ta olbrzymia machina buduje od kilku już dziesięcioleci umysłowe zaplecze prawicowego populizmu w społeczeństwie.

W tym kontekście wyobrażenia do których odwołuje się Autor artykułu porażają anachronizmem. Przekonanie, że hegemonię klasowa budują „Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie”. (Autor mówi o „hegemonii kulturowej” nawiązując do myśli Antonia Gramsciego, którego wątpliwe pomysły odegrały doniosłą rolę w pogrążeniu w niebycie Włoskiej Partii Komunistycznej i zresztą nie tyko jej. Ale jest to już temat na inną dyskusję.)

Niezależnie natomiast od oceny Gramsciego warto zwrócić uwagę, że ani szkoła ani ambona ani tym bardziej akademie nigdy nie tworzyły realnego mechanizmu umacniającej czyjąkolwiek i jakąkolwiek hegemonię. Żadna idea, która obecnie rządzi umysłami nie zrodziła się ani w szkołach ani w akademiach. Poczynając od neoliberalnych bredni a na „żołnierzach wyklętych” kończąc, zawsze w punkcie wyjścia mamy nieformalną grupę typu Mont Pelerin z której dopiero z czasem i nie bez trudności nowa formuła rozpełza się na szkoły i akademie i nie zawsze właśnie tam najmocniej się zakorzenia. Szkoła natomiast przez rutynę i formalizację jest w stanie ośmieszyć i skompromitować każdą ideę o czym mieliśmy okazję przekonać się nie tylko poprzez doświadczenie wychowania socjalistycznego w PRL ale i później obserwując kompromitację nauczania w tych placówka tzw. religii. Obecnie, muszę przyznać, z wypiekami na twarzy oczekuję efektów upowszechniania osiągnięć poetyckich i intelektualnych dokonań Karola Wojtyły (Jana Pawła II) gdyż jeżeli idea zostanie potraktowana poważnie możne być ciekawie.

Chociaż w przeciwieństwie do szkoły i akademii o ambonie mam dość mgliste wyobrażenie towarzyszy mi jednak przekonanie, że o wpływie Kościoła na ład społeczny nigdy nie decydowała ambona ale zawsze kruchta (za słownikiem PWN: 1. «przedsionek kościoła».2. lekcew. «środowisko i mentalność ludzi mających bezkrytyczny stosunek do Kościoła i jego nauk»). Obecnie mamy, zresztą, okazję obserwować, że i na ambonie nad podziw łatwo się poślizgnąć.

Tak na marginesie warto też zwrócić uwagę, że gdy mówimy o znaczeniu owej „kruchty” dla świadomości robotniczej, to momentem kluczowym, nie jest tu rewolucja 1905 roku. Klasa robotnicza ukształtowana przez te wydarzenia zanikła z różnych względów po roku 1945. Chociaż nie sposób zanegować faktu, że na Śląsku czy w Poznańskim, których rewolucja 1905 roku nie objęła robotnicy znaleźli się pod wpływami kościoła już przed drugą wojną światowa, to klerykalizacja środowisk robotniczych dawnej Kongresówki (i Galicji) była efektem wielkiej migracji ze wsi do miast po drugiej wojnie światowej. To te dwa miliony zbędnych ludzi ze wsi, które w miastach w osiągnięciu statusu robotnika zobaczyły swoją życiowa szansę stworzyły tę nową klasę robotniczą. Stały się one, tym znanym nam, powojennym robotnikiem budującym koszmarne architektonicznie kościoły na każdym nowym osiedlu, posyłającym dzieci na religię i samorealizującym się w klerykalno-nacjonalistycznych odlotach przy każdej nadarzającej się okazji. To oni w końcu stworzyli tę Kaczą Polskę własnych marzeń, która akurat zaczyna sypać się w gruzy. To pojawienie się tych robotników podsumowywała znana anegdota o powstającym w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia na ANS PZPR doktoracie zatytułowanym „Lech Wałęsa jako przykład awansu społecznego robotnika w PRL”. Dla tego robotnika Rewolucja 1905 i jej doświadczenia są bardziej abstrakcyjne niż świat „Wojen Gwiezdnych”. Była ona bowiem jeszcze dawniej i jeszcze w odleglejszej galaktyce.

Problemem nie jest już dzisiaj ten odchodzący w przeszłość robotnik o solidarnościowo-wiejskiej, klerykalnej mentalności. Problemem jest stworzenie dla lewicy miejsca w świecie gwałtownych wstrząsów i konfliktów, w którym od pewnego czasu żyjemy i którego horyzont zaczynają wyznaczać nowi ludzie, którzy, jak widać, zaczynają wykraczać poza, umysłową, klerykalną wiochę potransformacyjnej Niepodległej Rzeczpospolitej. Problem polega jednak na tym, że żeby się z nimi spotkać lewica musi opuścić swoją własną równie koszmarną, intelektualną wiochę w której, niestety czuje się aż za dobrze.

Świat współczesny określany często jako świat dynamicznych przemian i szans jest przede wszystkim światem destabilizacji i narastającego poczucia zagrożenia. Starałem się powyżej ukazać że nie jest i co więcej nigdy nie była prawdą teza, że członkowie tzw. „klas ludowych” są przytłoczeni i zdominowani przez życiową codzienność która zamyka ich w kręgu bezpośrednich i pracowniczych zainteresowań i trzeba do nich docierać przez swoisty intelektualny „mały realizm” ekonomicznej codzienności i autorytet ekspertów, którzy w głębokich wywodach udzielają „klasowym ludowym” swojej teoretycznej mądrości nieskończenie niedostępnej dla zajętych śledzeniem promocji i wyprzedaży prostaczków.

Odnoszę wrażenie, że dla samych uczestników związkowej codzienności gąszcz prawniczych i organizacyjnych zagadnień jest po prostu nużący i nudny, podobnie jak fascynujące ekonomistów potoki danych i analiz ekonomicznych, czy oczywiście zrozumiała dla osób lgbt wyrafinowana subtelność gejowskich traum, uczuć i dylematów. Jak sądzę poważne racje merytoryczne wskazują, że tego typu horyzont poznawczy odrywa się od najważniejszego procesu, intelektualnego współczesności, czegoś, co w języku postmodernizm nazwać można powrotem „Wielkich Narracji”, które miały rzekomo zaniknąć w tzw. „świecie ponowoczesnym” raz na zawsze.
Ten Wielki Powrót „Wielkich Narracji” zgotowany nam przez wielki kapitał wymaga czegoś więcej niż „ekspertów i mediów”. Potrzebna jest sieć instytucji skupiających nie tylko pożal się Boże „ekspertów” ale przede wszystkim ludzi nie bojących się dyskusji polemiki, konfliktu, itd. na podobieństwo obecnej prawicy.

Życie intelektualne obecnej polskiej lewicy przypomina niestety spokojny spacer po niedzielnym obiedzie na pobliskim zabytkowym cmentarzyku. Okazję do odwiedzenia ukochanych bliskich, którzy co prawda zmarli już kilkadziesiąt lat temu ale dla nas są żywi jak byśmy rozstali się z nimi dopiero wczoraj, do poplotkowania, co tam za granicą, a co u sąsiadów. Oczywista jest cisza, spokój i dostojeństwo. Najważniejsze jest, żeby broń Boże nie podnieść głosu, nie dyskutować, a już kłótnia czy skandal na cmentarzu to już zupełnie niewyobrażalne i niewybaczalne chamstwo i prostactwo.

Niestety, żywi przyciągają żywych, martwi martwych i jak na razie mamy to co mamy.

„Podwójna 11” czyli największe święto zakupów w Chinach

Wraz z rozwojem Internetu 11 listopada (zwany także Dniem Singla, ze względu na zapis daty wyłącznie jedynkami) każdego roku staje się największym świętem zakupów w Chinach. Wiele sklepów internetowych przygotowuje towary wcześniej, aby poradzić sobie z gwałtownym wzrostem zamówień tego dnia. Klienci umieszczają towary w wirtualnym koszyku z wyprzedzeniem, by móc je jak najszybciej zamówić po atrakcyjnych cenach, kiedy tylko wskazówka zegara pokaże północ i zacznie się 11 listopada. W ciągu kolejnych dni chińskie firmy logistyczne zostaną przeciążone, ale mimo tego zamówione towary szybko trafią do klientów.

Początek tego święta to 11 listopada 2009 roku, kiedy to firma Tmall wprowadziła akcję promocyjną w trybie online. Wówczas liczba uczestniczących w tym wydarzeniu sprzedawców oraz liczba wysyłek promocyjnych były ograniczone, ale obroty znacznie przekroczyły oczekiwany efekt. Teraz dzień „podwójnej 11” stał się corocznym wydarzeniem w chińskiej branży e-commerce i stopniowo wpływa na jej międzynarodową odsłonę.
W akcji „podwójnej 11” 2009 roku wartość sprzedaży wyniosła 52 miliony juanów, przy czym udział wzięło 27 marek. W 2018 roku wartość sprzedaży wyniosła 213,5 miliarda juanów, przy czym udział wzięło 180 000 marek. Zaś 11 listopada 2019 roku Tmall odnotował obrót w wysokości ponad 1 miliarda juanów w pierwszych 14 sekundach dnia i ponad 10 miliardów juanów obrotów w 1 minutę i 36 sekund. Po 24 godzinach, na zakończenia dnia obrót osiągnął 268,4 miliarda juanów. Według danych China Post 11 listopada 2019 roku wielkość dostaw przesyłek ekspresowych w całym kraju osiągnęła 2,8 miliarda sztuk, a 2,1 miliona kurierów dostarczyło średnio ponad 240 paczek na osobę. Bank Centralny Chin poinformował, że w dniu „podwójnej 11” średnio każdy Chińczyk wydaje ponad 1000 juanów.
Według danych opublikowanych przez grupę Alibaba, obrót chińskiego serwisu e-commerce Tmall podczas tegorocznego Dnia Singla osiągnął 498,2 mld juanów i po raz kolejny pobił ubiegłoroczny rekord. Tmall ogłosił, że liczba wysłanych zamówień w tym okresie przekroczyła 2,25 miliarda, co w przybliżeniu odpowiada całkowitej ilości dostaw ekspresowych w całym kraju w 2010 roku.
Tegoroczne chińskie świeto zakupów rozpoczęło się wcześniej niż w poprzednich latach, a transmisje sprzedaży na żywo zajmuje ważne miejsce. Wielu konsumentów regularnie ogląda takie programy, które są równie popularne tak jak seriale telewizyjne. Setki milionów osób odwiedziło kanał telewizyjny Taobao, tuż po premierze akcji sprzedażowej Tmall w 2020 roku. 10 minut po rozpoczęciu przedsprzedaży 21 października 2020 roku wartość transakcji prowadzonych przez transmisje na żywo Tmall przekroczyła wartość transakcji zawartych w ciągu całego dnia 21 października 2019 roku.
 Jeśli transmisje sprzedaży na żywo były nowością w 2019 roku, to w bieżącym roku jest to już standard dla e-commerce, marek i sprzedawców. JD.com, jedna z największych chińskich platform handlu elektronicznego, ogłosiło, że ​​w czasie święta zakupów w 2020 roku w programie sprzedażowym transmitowanym na żywo weźmie udział ponad 300 celebrytów, a ponad 500 transmisji będzie prowadzonych z udziałem dyrektorów generalnych, co oznacza powstanie najlepszego miejsca marketingowego dla sprzedawców znanych marek.
Na początku listopada, jeszcze przed dniem „podwójnej 11”, podczas China International Import Expo, tylko w czasie dwóch transmisji na żywo nadawanych przez Chińską Grupę Mediów całkowita wartość sprzedaży przekroczyła 140 milionów juanów, a chińscy internauci kupili dużą ilość wysokiej jakości produktów z Włoch, Rosji, Niemiec, Francji i innych krajów.
„Sprzedaliśmy towary o wartości 3,5 miliona juanów w 3 minuty. Na początku myślałem, że nastąpiła jakaś pomyłka przy liczeniu, ponieważ 3,5 miliona juanów to niemal wartość sprzedaży z całego jednego roku!” – oświadczył ze studia transmisji na żywo podekscytowany Zheng Junjie, przedstawiciel hiszpańskiego dystrybutora win w Chinach. Nie spodziewał się, że w jego w ciągu jednego wieczoru 7 listopada sprzeda się tak szybko aż 200 tysięcy butelek wina. „Chiński rynek jest niesamowity!” – wykrzyczał podekscytowany Zheng.
W tym roku coraz częściej klienci mogą oglądać produktu w sklepach online w trybie 3D na swoich telefonach komórkowych lub innych urządzeniach. Szacuje się, że w ten sposób zaprezentowano ponad 6000 produktów. Konsumenci mogą nie tylko oglądać produkty w 360 stopniach, ale nawet otwierać drzwi lodówki, aby uzyskać bardziej realistyczny efekt, czy usłyszeć dźwięki silnika motocyklów. W 2020 roku w ten sposób po raz pierwszy zaprezentuje się 63 markowych sprzedawców elektroniki użytkowej i 108 produktów.
Integracja online i offline podczas „podwójnej 11” jest coraz bliższa. Według Firmy Intime 80 proc. jej sklepów w całym kraju będzie obsługiwać dostawy terminowe. Konsumenci mogą złożyć zamówienie za pomocą aplikacji i otrzymać produkt pod drzwi swojego domu w ciągu zaledwie jednej godziny. Grupa Red Star Macalline zajmująca się usługami dostawczymi mebli do domu zapowiedziała, że klienci w Pekinie, Szanghaju, Chongqing i innych miejscach mogą „zamawiać” meble w promieniu 15 kilometrów, podobnie jak zamawiają posiłki na wynos.
 Promocyjne ceny, które pojawiają się podczas święta „podwójnej 11”, sprawiają, że wiele osób nie może powstrzymać przed impulsywną konsumpcją, kupują za dużo produktów, takich których nie potrzebują lub codziennego użytku, które są stale w asortymencie sklepów. W 2020 roku niektóre firmy zaczęły promować racjonalną konsumpcję. Tłumaczą, że nie zależy im na sprzedaży jak największej ilości towarów, ale by zapewnić jakość produktu, dobrą cenę oraz najlepszą obsługę klientów.

Spodziewany większy sukces trzeciej edycji CIIE

Ogólne ramy trzeciej edycji China International Import Expo (CIIE), które ma się odbyć 5 listopada w Szanghaju, będą zbliżone do dwóch poprzednich edycji – powiedział wicedyrektor Biura CIIE Sun Chenghai.

Organizacja targów przebiega zgodnie z planem, a ciężar przygotowań został przesunięty z rekrutacji wystawców na przygotowanie stanowisk – dodał Sun Chengai. Powszechnie uważa się, że trzecia edycja CIIE będzie lepszym wydarzeniem ze względu na następujące aspekty.
Większa skala
Całkowita planowana powierzchnia wystawiennicza dla przedsiębiorstw trzeciej edycji CIIE wynosi 360 tysięcy metrów kwadratowych, czyli 60 tysięcy metrów kwadratowych więcej niż porzednie targi.
Zarezerwowana powierzchnia wystawiennicza osiągnęła już założony cel. Zakontraktowane powierzchnie wystawiennicze w strefach towarów konsumpcyjnych, opieki medycznej i usług handlowych przekroczyły już planowaną powierzchnię, a powierzchnia wystawiennicza dla samochodów jest niemal w pełni zarezerwowana.
Lepszy układ
Sześć stref wystawienniczych zostanie utworzonych w biznesowym obszarze wystawienniczym, tj.: strefa artykułów spożywczych i rolniczych, samochodów, technologii i urządzeń, towarów konsumpcyjnych, sprzętu medycznego, medycyny i opieki zdrowotnej, a także strefa usług handlowych.
W oparciu o globalne nowinki i trendy rozwoju przemysłu, na targach powstaną cztery specjalne sekcje dedykowane zdrowiu publicznemu oraz produktom i usługom z zakresu profilaktyki epidemicznej, inteligentnego transportu, oszczędzania energii i artykułów sportowych.
Wystawcy z wyższej półki
Liczba uczestników trzeciego CIIE z listy Fortune 500 i wiodących w branży jest porównywalna z dwoma poprzednimi edycjami.Do udziału w targach zgłosiło się już większość wiodących firm znajdujących się w pierwszej dziesiątce branży farmaceutycznej, sprzętu medycznego, branży mleczarskiej, kosmetycznej, branży luksusowych towarów konsumpcyjnych, kontroli jakości i certyfikacji, branży motoryzacyjnej, elektrotechniki przemysłowej, a także inżynierii i przemysłu maszynowego. Wiele przedsiębiorstw zadebiutuje z nowymi produktami, technologiami i usługami.
Większa platforma handlowa
Greenland Global Commodity Trading Hub, zlokalizowany naprzeciw Narodowego Centrum Wystawienniczo-Kongresowego (Szanghaj) – głównego miejsca trzeciej edycji CIIE, jest stałą platformą usług handlowych dla CIIE. Integruje takie funkcje, jak: wystawy i ekspozycje, zakupy i transakcje, usługi biznesowe i turystyczne. Centrum Wystawienniczo-Kongresowe wprowadziło ponad 60 tys. rodzajów produktów zagranicznych, w tym ponad 7 tys. zaprezentowano podczas CIIE, a ponad 6 tys. pochodziło z krajów położonych wzdłuż „Pasa i Szlaku”. Otworzono również wirtualne pawilony i centra handlowe online, wprowadzając na rynek ponad 1000 rodzajów produktów z 31 krajów i regionów.
Większe zaufanie wystawców
Na pierwszej konferencji trzeciej edycji CIIE „Enterprise Alliance”, która odbyła się 26 lipca w Szanghaju, 35 przedsiębiorstw członkowskich podpisało trzyletnie memoranda z biurem CIIE, deklarując uczestnictwo w corocznych wydarzeniach przez następne trzy lata.
Większość to firmy z listy Fortune 500 i wiodący gracze w swoich branżach. Mają na celu zapewnienia długoterminowego i wspólnego rozwoju z CIIE, co świadczy o ich zaufaniu do chińskiego rynku.
„Enterprise Alliance” został założony spontanicznie przez wystawców podczas otwarcia pierwszej edycji CIIE i do tej pory wstąpiły do niej 142 przedsiębiorstwa.
Większe wsparcie polityczne
Generalny Urząd Celny oficjalnie wydał zawiadomienie w sprawie odprawy celnej podczas trzeciej edycji CIIE. Wprowadzono 14 ułatwień wjazdu i wyjazdu wystawców i eksponatów.
Utrzymując politykę poprzednich CIIE, ministerstwa i departamenty Chin będą wdrażać nowe przepisy polityki wparcia.
Poprawa bezpieczeństwa miejskiego
Szanghaj zagwarantuje lepszą logistykę, usługi i środowisko, aby gościć CIIE na wyższym poziomie i w wyższej jakości, powiedział wicesekretarz władz miejskich Szanghaju Shang Yuying.
W celu poprawy bezpieczeństwa powstaną terenowe punkty pomocy medycznej i zostaną wyznaczono szpitale świadczące pomoc uczestnikom targów. Szanghaj opracowuje również rozwiązania awaryjne, w tym zapobieganie i kontrolę zagrożeń epidemicznych na każdym etapie przygotowań.

Trzecia edycja CIIE stworzy nowe możliwości dla wspólnego rozwoju

Pomimo wciąż szalejącej pandemii COVID-19, stanowiącej poważne ryzyko recesji gospodarczej na świecie, Chiny, zgodnie z planem, organizują bezpieczne międzynarodowe targi importowe offline na wysokim poziomie. W ten sposób Chiny pokazują światu jak konsekwentnie i z determinacją może przyspieszyć ożywienie światowej gospodarki.

W celu szerszego otwarcia rynku krajowego na świat, promowania liberalizacji handlu i globalizacji gospodarki, zgodnie z założeniami podjętymi przez chiński rząd, CIIE służy jako otwarta platforma współpracy, która umożliwia różnym krajom na świecie prezentację swoich narodowych wizerunków i prowadzenie międzynarodowego handlu.
Pierwsza edycja CIIE przyciągnęła 172 kraje, regiony i organizacje międzynarodowe, ponad 3600 wystawców biznesowych oraz ponad 400 tysięcy nabywców krajowych i zagranicznych. Transakcje zawarte podczas imprezy na planowane zakupy towarów i usług w ciągu roku wyniosły 57,83 mld USD.
W drugiej edycji CIIE wzięło udział 181 krajów, regionów i organizacji międzynarodowych, a także ponad 3800 wystawców biznesowych i ponad 500 tysięcy profesjonalnych kupców z kraju i zagranicy. Podczas wydarzenia zawarto transakcje na zakupy towarów i usług o łącznej wartości 71,13 mld USD.
Chiny są postrzegane przez świat jako kraj możliwości, a wiele zagranicznych przedsiębiorstw zdecydowało się rozwijać razem z chińskim rynkiem.
Światowy handel stoi w obliczu ogromnych wyzwań spowodowanych nieoczekiwaną pandemią COVID-19, a wystawcy z różnych krajów chętnie czerpią pozytywną energię z nadchodzącej CIIE. Tegoroczne targi importowe z pewnością będą niezwykłym wydarzeniem.
Aby zapewnić, że CIIE może odegrać większą rolę w przyspieszaniu ożywienia globalnej gospodarki, Chiny, wbrew trudnościom, podejmują aktywne wysiłki w celu przygotowania CIIE na większą skalę, o lepszym układzie stref wystawienniczych, z dbałością o dobór wystawców i przy większym wsparciu polityki. Poza tym, tegoroczna edycja może liczyć na przyciągnięcie inwestycji ulepszonym mechanizmem, bardziej pragmatyczną i ukierunkowaną promocją oraz optymalizacją usług kojarzenia podaży i popytu.
Ponadto, w trzeciej edycji CIIE powstanie specjalna strefa zdrowia publicznego i profilaktyki epidemicznej, dedykowana przedsiębiorstwom farmaceutycznym oraz producentom aparatury i instrumentów medycznych, które przyczyniły się do walki z COVID-19. Jej zadaniem jest połączenie sił całego łańcucha przemysłowego w celu promowania optymalizacji i innowacji w dziedzinie zdrowia publicznego.
W pierwszej połowie bieżącego roku na CIIE zgłosiło się ponad 2000 przedsiębiorstw z całego świata, a zarezerwowana powierzchnia wystawiennicza przekracza 90 procent łącznej planowanej powierzchni. W niektórych strefach wystawowych pozostało tylko kilka stoisk, a niektóre strefy zostały w pełni zarezerwowane.
Tegoroczne CIIE będą jednym z najpotężniejszych narzędzi pobudzających globalną gospodarkę, powiedzieli przedstawiciele niektórych firm, które są gotowe do udziału w CIIE i są przekonani o sukcesie CIIE oraz perspektywie rynku i gospodarki chińskiej.
„Musimy podejmować kroki w oparciu o bardziej otwarty sposób myślenia, wspólnie dążyć do tego, aby globalny rynek rósł jak ciasto. Musimy wdrażać światowe mechanizmy współdzielenia, aby współpraca międzynarodowa stała się faktem. Im większy jest impet globalizacji gospodarczej, tym mniej przeszkód do pokonania”. Ta wypowiedź przewodniczącego Chin Xi Jinpinga, wygłoszona podczas ceremonii otwarcia drugiej edycji CIIE jasno odzwierciedla aspiracje Chin wobec świata.
Budując platformę globalnej współpracy, Chiny mają nadzieję promować otwartość i współpracę oraz dążyć do obopólnych korzyści na arenie CIIE.
W przyszłości Chiny będą stopniowo tworzyć nowy wzorzec rozwoju, w którym rynek krajowy odegra główną rolę, natomiast rynek krajowy i zagraniczny, tworząc drugi obieg, będą mogły się nawzajem stymulować, w ten sposób powstaną nowe kanały wzmacniające handel międzynarodowy i współpracę oraz ułatwiające dalsze przyspieszenie ożywienia i rozwoju światowej gospodarki i handlu.
Chiny zawsze stoją na straży wielostronnych mechanizmów handlowych. Od przedstawienia idei wspólnej budowy „Pasa i Szlaku” po organizację CIIE, Chiny są przekonane, że muszą nie tylko otworzyć swój rynek na resztę świata, ale także powitać innych z otwartymi ramionami – powiedział rzecznik Światowej Organizacji Handlu Keith Rockwell.
Stale rosnący popyt wewnętrzny w Chinach i lepsze powiązanie rynku krajowego i międzynarodowego z pewnością jeszcze bardziej ułatwi rozwój otwartej gospodarki światowej.
Joseph Romanelli, starszy wiceprezes amerykańskiego przedsiębiorstwa farmaceutycznego MSD i prezes MSD China, który wziął udział w drugiej edycji CIIE i jest gotowy do udziału w tegorocznym wydarzeniu, powiedział, że efekt CIIE na zacieśnienie współpracy przeszedł wszelkie oczekiwania. Chiny mogą pewnie dążyć do rozszerzenia otwarcia i promowania współpracy między firmami chińskimi i zagranicznymi podczas targów.
Trzecia edycja CIIE, która ma służyć jako platforma do pobudzania wspólnego rozwoju i dzielenia się możliwościami, odbędzie się wkrótce na brzegu rzeki Huangpu w Szanghaju. Można oczekiwać, że zgromadzi towary, kupujących i sprzedawców z całego świata i będzie owocna w promowaniu wspólnego rozwoju.

Nobel dla Pytii

Kiedyś szaman, alchemik, czy astrolog. Dziś ekonomista.

Na początek proste pytanie. Kim byli Ronald Coase, Trygve Haavelmo oraz Franco Modigliani i dlaczego? Jeśli nie wiecie, to niewiele straciliście. Gdyby nie Wikipedia też bym nie wiedział. Tymczasem okazuje się, że są tym samym, czym Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Laureatami Nobla z ekonomii. A właściwie przyznawanej przez Komitet Noblowski Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych. Pozostaje jeszcze tylko kwestia dlaczego.
Jest ona o tyle kluczowa, że Alfred Nobel umyślił sobie, żeby nagradzać „wynalazki i odkrycia”, przynoszących ludzkości największe korzyści. Kaskę, medal i dyplom mieli dostawać naukowcy za dokonania praktyczne, a nie teoretyczne. Dlatego nie wymyślił nagrody swojego imienia z matematyki.
I dlatego do roku 1968 na szwedzkie i norweskie zaszczyty załapywali się chemicy, fizycy, medycy i fizjologowie, literaci oraz tacy, którym przypisywano szerzenie światowego pokoju. 45 lat temu Szwedzki Bank Narodowy obchodził 300 lat istnienia i miał na zbyciu trochę forsy. Zakręcił się zatem wokół Komitetu i załatwił sobie prawo do fundowania co roku Nagród dla ekonomistów.
Pierwszy raz ekonomiczny Nobel został ogłoszony w 1969 roku. Dostało go dwóch ekonometrów o nazwiskach, które mogą powiedzieć coś tylko historykom ekonomii. Najciekawsze, że historia nagrody Narodowego Banku Szwecji dziwnie współgra z demontażem tego, co sprawiło, że przez ponad 25 lat gospodarka świata rozwijała się bez większych wstrząsów. Tyle tylko, że pojawili się tacy, którzy wiedzieli więcej i lepiej. Nazwano ich neoliberałami ze szkoły chicagowskiej. To więcej i lepiej sprowadzało się do mantry Balcerowicza o niewidzialnej ręce rynku, która poprowadzi świat do świetlanej przyszłości. Tyle, że aby działała, należało jej zdjąć kajdanki nałożone przez państwa.
No i zaczęli te okowy dzięki politykom zrywać. A co najciekawsze mieli w tym olbrzymie wsparcie, które dawała nagroda Nobla. Dostali ją dwaj guru szkoły chicagowskiej Milton Friedman i Friedrich Hajek. Co ciekawe ten ostatni załapał się na nagrodę w towarzystwie Gunnara Myrdala interwencjonisty, żeby nie powiedzieć socjalisty ekonomicznego. Tyle, że dla zwolenników Keynes’izmu dobre w Sztokholmie się skończyło. Do dziś laureatami z ekonomii zostało 12 profesorów z Uniwersytetu Chicagowskiego.
Mniej więcej od 30 lat laureatami zostaje mnóstwo ekonomistów specjalizujących się w zachowaniu rynków. Wszystkie „teorie gier”, metody ujęcia postępowania graczy giełdowych w różnych sytuacjach i inne takie sprowadzają się głównie do odkrycia recepty na wygraną w giełdowej ruletce. Zupełnie tak jakby dla ekonomisty nie istniało takie pojęcie jak realny rynek, z jego towarami, pracownikami, popytem i podażą. Nie. Ekonomista, żeby załapać się na Nobla musi poszukiwać kamienia filozoficznego, który wykorzystany w grze na rynkach zamieni dolary na górę złota.
Elżbieta Mączyńska, Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego uważa, że gdyby przeanalizować „dorobek chociażby kilku z dotychczasowych laureatów ekonomicznego Nobla można wyciągnąć, być może zaskakujący, a na pewno dosyć smutny wniosek, że wielu problemów gospodarczych współczesnego świata, takich, jak kryzys z 2008 roku, czy problemy finansowe tysięcy kredytobiorców zadłużonych np. we franku szwajcarskim, można było uniknąć, gdyby w porę posłuchano, albo poczytano Noblistów”.
Tak… jasne…. Tylko dlaczego kilku? Ano dlatego, że gdyby przeczytać wszystkich, to okazałoby się, że chłopaki i dziewczyna, mają poglądy jak stąd do Władywostoku, albo i dalej.
Nie ma bowiem czegoś takiego w ekonomii jak pewnik. Jedni są za, inni przeciw, a jeszcze inni i za i przeciw. Tyle tylko, że idea Alfreda Nobla, żeby zrobili coś dla ludzkości w ich przypadku nie ma żadnego zastosowania.
Co pośledniejsi ekonomiści twierdzą na przykład, że gdyby posłuchano laureata z 2001 roku Joseph`a Stiglitza, to nie byłoby ostatniego kryzysu. A to niby stąd, że Stieglitz wykoncypował teorię asymetrii informacyjnej, która mówiła, że ci co sprzedawali różne dziwne opcje czy inne produkty finansowe wiedzieli o nich więcej niż nabywcy. Czyli choćby to, że takie papiery wartościowe, to zwykłe gówno. Według Stieglitza gdyby taka wiedzę posiedli nabywcy, to nikt takiego szytu by nie kupił. Prawda, że genialne? Tyle, że od tysięcy lat ludzie nie tylko o tym wiedzą, ale nawet stosują przy każdym zakupie bazarowych jabłek, śliwek, czy pomidorów. Sprzedawca ukrywa ich wady, a nabywca maca, wącha i przechytrza sprzedawcę zostawiając zgniłki na straganie. Dupek, który kupuje akcje, czy derywaty, nie ma prawa, ani możliwości sprawdzić co to właściwie jest. Więc niby jak Stieglitz mógł czemukolwiek zapobiec?
Według profesorów ekonomii nic tak dobrze nie robi gospodarce jak dobra teoria. Czterech noblistów ekonomicznych postanowiło zatem wykorzystać swoje szare komórki i zarobić. Robert Merton, Myron Scholes, Salomon Brothers i John Meriwether założyli Long Term Capital Management i zainwestowali w niego wszystkie swoje pieniądze. Na początku odnieśli sukces – w 1995 roku fundusz osiągnął 63-procentową stopę zwrotu, w 1996 – ponad 50-procentową. Potem było już tylko gorzej. Koncepcje panów laureatów zaczęły brać w dupę. Nie sprawdzało się nic z pieczołowicie wydumanych praw i teorii. Pierwsze straty pojawiły się już w 1998 roku, kiedy to fundusz stracił 312 milionów dolarów. W następnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Nie przejęto się tym zbytnio, gdyż uważano to za niefundamentalną zmianę.
Jednak jechano dalej na noblowskiej opinii ekonomistów. Inwestorzy kupowali udziały, a nobliści je sukcesywnie upychali w papierach, które zamiast zarabiać traciły. Na LTCM przejechały się niemal wszystkie instytucje finansowe świata: Goldman Sachs, JP Morgan, Meriill Lynch, Morgan Stanley, Credit Suisse ,UBS, Salomon Smith Barney, Deutsce Bank, Chase Manhatan, Societe General, Lehman Broters czy Paribas. Spłacenie zobowiązań funduszu kosztowało amerykańskich podatników i Fed drobne 3,6 mld dolarów.
W 2913 roku na nagrodę szwedzkiego banku załapali się trzej wymienieni na początku faceci. Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Dwaj pierwsi, rzecz jasna, z Uniwersytetu Chicago, a ostatni z Yale.
Jak podkreślono w uzasadnieniu, laureaci opracowali nowe metody badania wyceny aktywów i użyli ich do swoich prac nad szczegółowymi danymi dotyczącymi cen akcji, obligacji i innych aktywów. Opracowane przez nich metody stały się powszechnie stosowanymi narzędziami badawczymi, a ich wkład jest wykorzystywany zarówno w teorii, jak i praktyce inwestycyjnej. Królewska Szwedzka Akademia Nauk zwróciła uwagę, że o ile nie ma sposobu dokładnego przewidzenia cen akcji czy obligacji za kilka dni czy tygodni, to dzięki gruntownym badaniom laureatów okazało się, że daje się dość dokładnie przewidzieć szerokie pasmo cen w dłuższych okresach, rzędu 3-5 lat.
Robert Shiller zyskał sławę w 1981 r.. Wykazał że inwestorzy to idioci, a zarządy i rady nadzorcze ustalające wielkość dywidend, to nie idioci. Podważył więc hipotezę efektywnego rynku mówiącą, że ceny akcji zawsze w pełni odzwierciedlają dostępne informacje na temat tych papierów. Dla jaj dodam tylko, że za teorią efektywnego rynku stał drugi z tegorocznych laureatów – Fama. Dalsze badania doprowadziły Shillera do wniosku, że decyzje inwestorów giełdowych są bardzo często podejmowane pod wpływem emocji, a nie racjonalnej kalkulacji. Tyle, że o tym wie każdy kto zetknął się z giełdową ruletką. Przykładem takich stadnych głupich reakcji graczy giełdowych była panika na rynkach finansowych podczas kryzysu z 2008 roku, którą prof. Shiller przewidział dużo wcześniej i w 2007 r. ostrzegł przed załamaniem rynku hipotecznego. Udowodnił zatem znaną nawet w przedszkolu zasadę, że jak wszyscy kupują, to i ja sprzedaję, jak wszyscy sprzedają, to ja kupuję. Tyle że w panice nikt o tym nie pamięta.
Trzeci ekonomiczny noblista Lars Hansen opracował statystyczną metodę, która testuje teorie racjonalnej wyceny aktywów. Używając jej, Hansen potwierdził, że wykluczające się teorie Shillera i Famy „stanowią wielki krok w kierunku wyjaśnienia zagadnienia wyceny aktywów” – co przypomniano w uzasadnieniu przez Komitet jego Nobla.
Przez ponad 50 lat jedno co zdołał swoimi nagrodami udowodnić Bank Szwecji to to, że ekonomiści mają się do ekonomii tak jak renciści do rentierów. Specjaliści od systemu obstawiania na giełdzie – potwierdzili to kolejny raz. Dlatego, w przeciwieństwie do opowiadań Alice Munro, nie warto sobie ich nazwiskami zapychać pamięci.

Pytia – kapłanka w świątyni Apolla w Delfach. Pełniła rolę wyroczni, gdy dostała pieniądze, wpadała w trans i pieprzyła bez sensu.

Historia ludzkości to historia kryzysów

-W latach siedemdziesiątych pojawił się kryzys, którego jednym z objawów była inflacji i przełamywanie go klasycznymi, keynesowskimi metodami, czyli dodrukowywaniem pieniędzy byłoby gaszeniem pożaru benzyną. Wtedy to nastąpił historyczny zwrot ku monetaryzmowi czyli doktrynie ekonomicznej, która inflację uważa za wroga numer jeden i na pierwszym planie stawia stabilność gospodarki – z prof. Wojciechem Morawskim, kierownikiem Katedry Historii Gospodarczej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ludzkość żyje od kryzysu do kryzysu. Czy współczesne kryzysy ekonomiczne w świecie i inne kryzysy na przestrzeni XX stulecia, począwszy od 1929 roku poprzez kryzys naftowy roku 1973 aż po pierwsze kryzysy XXI wieku, są typowe dla nowoczesnej gospodarki, czy też występowały we wcześniejszych epokach?
Bliżsi prawdy będziemy jeśli sięgniemy dwustu lat wstecz, bo na pewno takie zjawisko występowało już w XIX wieku. Wtedy cykl koniunkturalny był nawet bardziej regularny niż dziś i kryzysy powtarzały się co osiem-dwanaście lat i więcej, z tym że były płytsze niż dwudziestowieczne. Te zdarzały się rzadziej, ale były bardziej „gruntowne” – wielki kryzys lat trzydziestych jak i kryzysy naftowe lat siedemdziesiątych. Obecny kryzys jest porównywalny, choć jeszcze nie znamy wszystkich jego konsekwencji. Poznamy je jednak, a będą one głębokie.
Na czym polegały kryzysy ekonomiczne w czasach dla nas zamierzchłych, n.p. w XIV czy XVI wieku?
W XVI czy XVII wieku kryzysy dotyczyły sfery finansów i nie przekładały się na realne życie ekonomiczne, n.p. na spadek produkcji. W tamtych wiekach było ich kilka, a przyczyną zazwyczaj bankructwo najpotężniejszego wtedy kraju w Europie czyli Hiszpanii. Ta ogłaszała, że nie jest w stanie w pełni wywiązać się ze zobowiązań, jej wierzyciele musieli ogłosić to samo i taki łańcuszek ogarniał cała Europę. W XVII wieku mamy tez po raz pierwszy do czynienia ze zjawiskiem spekulacji. Zaczęło się Holandii, a spekulowano cebulkami tulipana. Była to tzw. tulipanomania lat 1636-37. Do niebywałych rozmiarów rozdęto ceny cebulek tulipana, ludzie tracili głowy, sprzedawali domy, że by kupić cebulki i na nich zarobić. I ta bańka w pewnym momencie pękła powodując masowe bankructwa. Podobne zdarzyły się w wieku.
Jaką nowa jakość przyniósł pod tym względem wiek XIX?
Ona się wiązała z rozwojem uprzemysłowienia w świecie rozwiniętym. Detonatorem, jak dawniej były kryzysy finansów, ale tym razem zaczęły się przekładać na spadek produkcji, na poziom bezrobocia itd. Związek między spekulacjami a realną gospodarką zacieśnił się.
Kiedy wydarzył się pierwszy kryzys ekonomiczny w dziejach ludzkości?
To zależy od tego, jak zdefiniujemy to pojęcie. Jeśli mówimy kryzysie nadprodukcji i następującego po niej spadku produkcji, to taki po raz pierwszy wystąpił w Anglii w 1825 roku. Natomiast kryzysy polegające na ogólnym załamaniu gospodarczym zdarzały się dużo wcześniej i były ściśle związane ze zjawiskami naturalnymi, n.p. klęskami żywiołowymi, zmianami klimatu, epidemiami. Taka przetoczyła się przez Europę w połowie wieku XIV i nazwano ja „czarna śmiercią”. Liczba ludności Europy spadła wtedy prawie o połowę.
Kiedy zwykli ludzie myślą o kryzysach, to budzą się w nich lęki podstawowe, przed nędzą, nawet głodem?
Nie zawsze takie były reperkusje, ale nawet w wieku XVII, kiedy nie było jeszcze związku miedzy kryzysami finansowymi a realną gospodarką, zdawano sobie sprawę, że jest takie niebezpieczeństwo. Kiedy w XVII wieku ruszyła giełda w Amsterdamie, ówczesnym centrum finansów europejskich, tam gdzie spekulowano cebulkami tulipana, to powstała tam lista towarów, którymi nie wolno spekulować, bezpośredni związanych w poziomem życia ludzi ubogich. Na tej liście były kasza, groch, zboża itp. W konsekwencji ludzie biedniejsi byli mniej zagrożeni.
Z podręczników szkolnych do historii pamiętamy słynną rycinę XVIII-wieczną, przedstawiającą tłum przed zbankrutowanym bankiem Johna Lawa w Paryżu przy ulicy Quincampoix. Na czym polegał szczególny charakter tego zdarzenia?
Wyjątkowość tego kryzysu polegała na jego związku z ówczesną nowością – z papierowymi pieniędzmi. Pojawił się pomysł, że można emitować banknoty, a zaraz po tym pomysł, że pokrycie banknotów nie musi być stuprocentowe. Uznano, że jest bardzo mało prawdopodobne, żeby wszyscy posiadacze banknotów, które miały pokrycie w kruszcu, przyszli po niego równocześnie i dlatego można wydrukować trochę więcej banknotów niż kruszcu, ponad poziom pokrycia. A skoro ludzie wpadli na taką myśl, to od razu postanowili spróbować, jak daleko można posunąć się na tej drodze. No i znów bańka pękła.
Czyli doszło do pierwszej w dziejach inflacji?
Tak. Ona objęła, poza Francja, także Wielką Brytanię i Holandię. Holendrzy po sparzeniu się na cebulkach tulipana byli już ostrożni, choć nie całkiem uniknęli spekulacji. W Wielkiej Brytanii tamtejszy Bank Anglii przetrwał tę awanturę, więc tam nadal stosowano luźniejsza politykę pieniężną, „oliwiono” gospodarkę pieniędzmi. Natomiast Francuzi, gdzie było centrum tego kryzysu, bardzo wystrzegali się odtąd pieniądza papierowego, a ich gospodarka była deflacyjna, z drogim i rzadkim pieniądzem. Blokowało mechanizmy awansu społecznego, trudniej było się wzbogacić i awansować społecznie we Francji niż w Anglii i to było jedna z przyczyn wybuchu Wielkiej Rewolucji w 1789 roku.
Powróćmy do czasów nam bliższych czyli kryzysów wieku XX i XXI…
Dodać trzeba do nich także dwie wojny światowe, które przetasowały gospodarkę świata co najmniej równie intensywnie jak kryzysy.
Czyli wojny były szczególnymi formami kryzysu?
Tak, choć raczej należało by powiedzieć, że II wojna światowa wyniknęła w Wielkiego Kryzysu lat trzydziestych. Mieliśmy szczęście, że coś podobnego nie wyniknęło w latach siedemdziesiątych.
Co takiego stało się w ekonomii między rokiem 1929 a 1973, że w wyniku tego pierwszego w rozwiniętym świecie doszło do masowego bezrobocia, nagiej nędzy, nawet głodu, a 44 lata później już nie?
Trafnie pan podkreślił, że chodzi o świat rozwinięty, bo skutkiem kryzysu lat siedemdziesiątych był niesłychana pauperyzacja krajów trzeciego świata. Te, które nie miały ropy, straszliwie dostały we kość i trzeci świat od tamtego czasu istnieje w warunkach nędzy wbrew nadziejom z lat sześćdziesiątych, czasów dekolonizacji.
Czy kryzys objawiony bankructwem banku Lehman Brothers jesienią 2008 roku także już odbił się na trzecim świecie?
Odbił się też w Europie, co widzieliśmy choćby na przykładzie Grecji. W trzecim świecie bardzo gwałtownie rosną ceny żywności. Także n.p. wydarzenia w Tunezji w 2011 roku były prawdopodobnie rodzajem rewolucji głodowej. Prezydent Tunezji, licząc że się uratuje, obiecywał obniżki cen podstawowych artykułów żywnościowych.
Co robić? – że powtórzę słynne pytanie XIX-wiecznego rosyjskiego myśliciela Mikołaja Czernyszewskiego…
Kryzysy dwudziestowieczne i obecny, już XXI-wieczny, są na tyle rzadkie i głębokie, że radykalnie zmieniają cały sposób myślenia o ekonomii. Mają one ten walor, że oczyszczają życie ekonomiczne z różnych poronionych przedsięwzięć i sprzyjają rodzeniu się nowych pomysłów. Tradycyjna, XIX-wieczna ekonomia liberalna okazała się bezsilna wobec kryzysu lat trzydziestych. Pojawił się wtedy keynesizm, interwencjonizm państwowy, pomysły, by nakręcać koniunkturę inflacją, za pomocą wzmożonej emisji pieniądza. Ta zależność odwrotna bezrobocia i inflacji ujęta została w model krzywej Philipsa, czyli hiperboli pokazującej jak w miarę wzrostu inflacji maleje bezrobocie i na odwrót. W latach siedemdziesiątych pojawił się nowy rodzaj kryzysu, którego jednym z objawów była inflacja, podczas gdy poprzednio pojęcia kryzysu i inflacji wzajemnie wykluczały się.
Dlaczego?
Bo jeśli w klasycznym kryzysie była nadprodukcja, to ceny spadały i nie było inflacji, lecz deflacja. Tymczasem w latach siedemdziesiątych pojawił się kryzys, którego jednym z objawów była inflacji i przełamywanie go klasycznymi, keynesowskimi metodami, czyli dodrukowywaniem pieniędzy byłoby gaszeniem pożaru benzyną. Wtedy to nastąpił historyczny zwrot ku monetaryzmowi czyli doktrynie ekonomicznej, która inflację uważa za wroga numer jeden i na pierwszym planie stawia stabilność gospodarki.
No i ta doktryna też została ostro zakwestionowana…
Tak, choć nie wiem ku czemu to teraz pójdzie. Świat idei ekonomicznych nie jest dwubiegunowy. Dosłowne odgrzanie teraz idei Keynesa jest raczej niemożliwe, ale monetaryzm też się zużył.
Czy kryzysy są tym bardziej skomplikowane im bardziej skomplikowana jest ekonomia? Czy można sobie wyobrazić kryzys w gospodarce wymiennej, kiedy to wymieniano żywność na ubranie, czy opał na narzędzia?
Z tą komplikacją to jest przesada. Finansiści lubią przestawiać to, czym się zajmują jako bardzo skomplikowane, bo w ten sposób bronią się przed intruzami na własnym podwórku. Jednak z perspektyw czasu zawsze widać, że tam w kryzysach działało kilka prostych mechanizmów, a reszta to było bicie piany.
Bywa, że w kryzysach pojawiają się pogłoski, że kryzys został wywołany, sprowokowany celowo, w czyimś interesie. Czy to kompletna bzdura czy bywa coś na rzeczy?
Na pewno kryzysy nie są zjawiskami przyrodniczymi, więc sytuacje tworzą ludzie. Nie wyobrażam sobie jednak jakiegoś grona, które by wykombinowało zdetonowanie kryzysu, bo to jest jednak zbyt skomplikowane, by prosto tym pokierować. Jest raczej tak, że kierując się pazernością czynią różne nierozsądne rzeczy i suma tych nierozsądnych rzeczy powoduje kryzys. To nie jest zamierzony cel, tak wychodzi przy okazji. Bo po co by to mieli świadomie dążyć do kryzysu?
Żeby się na nim dorobić…
To może się udać w jakimś fragmencie, ale nie można zarobić na załamaniu się całej gospodarki.
Czy myślenie o świecie bez kryzysów jest kompletną utopią?
Jest. Taka myśl przyświecała marksistom. Gospodarka socjalistyczna to była taka gospodarka, w której kryzys nadprodukcji był niemożliwy, która będzie odporna na tego typu zagrożenia i ona była na nie odporną naprawdę, tyle że miała wszystkie możliwe, pozostałe wady.
Czyli nie da się zabezpieczyć ludzkości przed kryzysami?
Całkowicie nie, ale można myśleć nad systemami ostrzegania. Tyle że one są zawodne. W latach dwudziestych istniał barometr harwardzki ostrzegający przed nadchodzącymi kryzysami, ale z takimi wskaźnikami jest tak, że one są skuteczne jeśli ludzie nie zdają sobie sprawy, że one pełnią taką rolę. Gdy ludzie na nie patrzą, to te wskaźniki „wiedza, że ludzie na nie patrzą” i zaczynają się zachowywać pod publiczkę, podczas gdy rzeczywistość idzie swoją drogą.
Polska jak dotąd zniosła kilka kryzysów o 1989 roku dość dobrze. Czyja to wynik zasług rządów, czy relatywnie zamkniętego, prowincjonalnego charakteru naszej gospodarki?
Obecny kryzys jeszcze się na dobre nie zaczął i przypuszczam, że dojdzie do nas, ze sporą siłą. Istotnie, pewna toporność naszej gospodarki, jej relatywne zamknięcie, w tym akurat przypadku nam pomogły. Co z tego wyniknie, nie wiadomo. W 1936 roku wydawało się, że Wielki Kryzys już się skończył i nie przewidywano, że jego skutkiem będzie wojna. Nie ma co mądrzyć się na zapas.
Efektem kryzysu były dyskusje o tym, że na świecie potrzebny jest nowy ład gospodarczy i bardziej zrównoważony rozwój, mniej egoizmu i żądzy zysku. Menadżerowie obiecywali, że będą bardziej odpowiedzialni, i narzucą sobie różne ograniczenia. Nikt o tym chyba już nie pamięta? To były zaklęcia, które miały uspokoić opinię publiczną? Czy i czego nauczył nas dotychczasowe kryzysy?
W dużej mierze to była socjotechnika zaklęcia itd. co nie oznacza, że w swoim dobrze pojętym interesie menedżerowie nie muszą wyciągnąć wniosków z tego, co się stało. Kryzysy to nauka, ciężko przyswajana, ale postępująca. Ja jestem dobrej myśli.
Niektóre kryzysy pokazały, że wielkie prywatne imperia finansowe okazywały się bankrutami. Koło ratunkowe musiały rzucić rządy i państwa, które przejściowo nacjonalizowały banki i dawały pomoc koncernom przemysłowym. Czyli jednak w tym wypadku interwencjonizm wygrał z leseferyzmem?
Jak wspomniałem, państwa ratowały banki i koncerny, ale na ich wdzięczną wzajemność raczej nie mogą liczyć, więc to ewentualna przewaga interwencjonizmu państwowego nad leseferyzmem, temu pierwszemu w sferze finansów specjalnie nie zaowocowała.
Czy pewnego dnia na ulicach Warszawy nie powtórzą się sceny jak niegdyś z Aten?
Ja bym sobie to mógł wyobrazić.
Może Pan to sprecyzować?
Z punktu widzenia naszej sytuacji wewnętrznej takiego zagrożenia nie widzę, ale możemy oberwać rykoszetem z zewnątrz jeśli coś złego zacznie się dziać ze strefą euro. W latach siedemdziesiątych, kiedy był kryzys, to nas, bardziej odciętych od świata, kryzys ten mało dotyczył, a jeśli dotyczył, to u nas to jest nieszczęście szczególne, a oni marudzą, ale mają lepiej. Taki był nastrój, dziś już u nas zapomniany. W świecie zaś panował nastrój taki, jakby zawalił się świat i nie wiadomo jak z tego wyjść. Szybko okazało się, że droga wyjścia jest. I tym razem też się pojawi. Myślę, że za trzy lata będziemy mieli kryzys za sobą, choć na ostateczny bilans skutków będziemy czekać.
Dziękuję za rozmowę.

Państwo, które się korporacjom nie kłania

Zimna wojna ideologiczna Zachodu z Chinami.

Czego nie może darować chińskiemu społeczeństwu Zachód: jego wielkie korporacje, państwo amerykańskie pod przywództwem prezydenta Trumpa, neoliberalni ekonomiści katedralni i bankowi, piewcy liberalnej demokracji?
Trwa swoisty bój trzech modeli społecznych różniących się rolą państwa w gospodarce i sposobami harmonizowania konfliktów społecznych. To państwa UE starające się połączyć efektywną gospodarką z resztówką państwa socjalnego. Dalej, państwo amerykańskie na usługach korporacji z sektora finansowego, zbrojeniowego, wydobywczego i teleinformacyjnego oraz autonomiczne państwo chińskie budujące społeczną gospodarkę rynkową.
Państwo chińskie ma na Zachodzie złą prasę. Autorytarne, nie ma respektu dla „zdrowych” zasad polityki gospodarczej, kontroluje internet, nie szanuje praw własności intelektualnej, „wyhodowało” koronawirusa, buduje Afrykanom autorstrady i hydroelektrownie podczas gdy Zachód organizuje im konferencje na temat rozwoju.
W skali historycznej jest fenomenem. Powtórzyło za życia jednego pokolenia osiągnięcia narodu japońskiego. Ten w drugiej połowie XIX w. skopiował osiągnięcia techniczne i instytucjonalne Europejczyków, każąc wątpić w ich wyjątkowość. Państwo ludu Han w ciągu ostatnich trzech dekad stworzyło system udanej symbiozy z mechanizmem rynkowym, wykorzystało postęp techniczny w teleinformatyce i transporcie morskim, połączyło go z wolnym handlem, by zbudować szybko rosnącą gospodarkę.
Fenomen państwa chińskiego polega na tym, że nie jest kontrolowane w wyniku demokratycznych wyborów jak na Zachodzie. Odnawia przywództwo podobnie jak Kościół Katolicki, a więc poprzez wybór w wąskim gronie swoich funkcjonariuszy, w tym przypadku działaczy partii nominalnie komunistycznej. Grono to wybiera kandydata, który w swojej dotychczasowej karierze wykazał się osiągnięciami rokującymi nadzieję skutecznego rozwiązywania wyzwań stojących przed wspólnotą.
Ostatnio stosunkowo szybko uporało się z epidemią koronawirusa w ludnej metropolii, jaką jest 11. milionowe Wuhan. Rząd, współdziałając z organami władzy lokalnej i z wolontariatem, wdrożył system zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby, tym samym zapewnił izolację konieczną do zastopowania pochodu wirusa. Konieczne okazało się z jednej strony ograniczanie swobody przemieszczania się, nakaz kwarantanny, z drugiej zaś – wykorzystanie internetu, sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnie zarażonych osób. Pomogły wielkie chińskie korporacje handlu internetowego oraz stworzony system dostawy bez kontaktu z kurierem. Środki te okazały się na tyle skuteczne, że już 90 proc. dużych firm wznowiło produkcję i chińska lokomotywa wzrostu po krótkim zwolnieniu tempa pędzi dalej.
Co różni chińskie państwo od standardów zachodnich?
Po pierwsze, państwo zachowuje względną autonomię wobec krajowego biznesu. Jest też poza zasięgiem global governance pod egidą USA: nie krępują je ani mechanizm zadłużenia, ani gwarancje bezpieczeństwa militarnego ze strony amerykańskiego patrona. Państwo Hanów wykorzystało wcześniejsze doświadczenia Japonii, Korei Pd., Tajwanu, doświadczenia ze strategicznym kierowaniem procesem modernizacji gospodarki i kontrolą napływającego kapitału z Zachodu. Stulecie penetracji chińskiej gospodarki przez zachodnie firmy i państwa nauczyło ostrożności. Zignorowało tym samym przykazania płynące z Waszyngtonu, dotyczące minimalnego państwa, deregulacji sektora finansowego, prywatyzacji sektora publicznego. Poszło drogą racjonalnego autorytaryzmu (P. Nolan).
Do wysokiej akumulacji dodało odpowiednią politykę makroekonomiczną: brak wymienialności juana, kontrolę inwestycji zagranicznego kapitału przez tworzenie stref specjalnych i spółek z udziałem kapitału chińskiego, ograniczało napływ kapitału portfelowego.
Tę chińską skuteczną politykę gospodarczą miał sparaliżować transpacyficzny traktat (TPP). Byłyby one zmuszone do udziału w gospodarce światowej na warunkach stworzonych przez USA, a więc z wykorzystaniem wielostronnych organizacji jednostronnych na użytek korporacji (BŚ, MWF, WTO); musiałyby też udostępnić swoje oszczędności sektorowi finansowemu Zachodu. Tutaj przyjacielem Chin okazał się sam prezydent Trump, odmawiając jego podpisania. W tej sytuacji neoliberalna globalizacja dalej umożliwia szybki wzrost chińskiego PKB.
Chiny zatem poszły inną drogą niż dawne społeczeństwa realnego socjalizmu w Europie. Te się wpisały w realia ukształtowane w interesie wielkich korporacji, oddały im sektor bankowy, rynek wewnętrzny, pozbawiły się przemysłu, zbudowanego wysiłkiem wielu pokoleń. Muszą się w tej sytuacji zadowolić statusem dostarczycieli taniej pracy montażowej, usług dla korporacyjnego biznesu w Mordorze, a ich „małe misie”, biedafirmy – komponentów dla światowych kolosów.
Po drugie, publiczne to nie bezpańskie
Chińskie państwo postawiło pod znakiem zapytania konwencjonalne mądrości o związkach własności i przedsiębiorczości. Mężowie uczeni reprezentujący teorię wyboru publicznego i szkołę austriacką w ekonomiii, popularyzowanej w Polsce przez korwinistów, „młodzieńczych” wolnorynkowców (R. Gwiazdowski, A. Sadowski, T. Wróblewskiego) i młodych konfederatów (A. Dziambor, S. Mentzen) wiążą przedsiębiorczość z własnością prywatną. Dlatego wydawało się niemożliwe połączenie konkurencyjnej gospodarki rynkowej z własnością wspólną czy społeczną. A jednak!
We współczesnym korporacyjnym kapitalizmie nie działają samotne wilki biznesu i minifirmy. Działają natomiast wielkie organizacyjne kolosy, o złożonej strukturze własności, stosunkach pracy i piętrowym zarządzaniu. Wokół nich kręci się chmara inwestorów, pożyczkodawców, spekulantów. W ich otoczeniu znajdujemy banki, fundusze inwestycyjne, emerytalne.
To wielka machina obracania kapitałem pieniężnym, produktami finansowymi, kredytami, długami. Operatorami tej maszynerii są profesjonaliści, tacy sami jak ci, którzy zarządzają publicznymi firmami czy bankami. Nie operują oni własnymi aktywami, np. na rynku amerykańskim stanowią oni około 80 proc. funkcjonariuszy tych instytucji, podaje Jacek Tittenbrun, w książce „Gospodarka w społeczeństwie”. Ponadto informacje, które kształtują ich decyzje dostarczają rynki towarowe, które na dodatek są niekompletne. Nie wyceniają ani dóbr przyrody (woda, utrata ziemi ornej, zanieczyszczone oceany), a także ignorują potrzeby przyszłych pokoleń.
Rodzaj własności ma tu niewielkie znaczenie. Tutaj bowiem dominują zawodowi zarządcy, którzy rzadko płacą za swe błędy, jak podczas kryzysu 2007/8. W tej sytuacji miarą skuteczności wyboru celów i strategii ich realizacji firm publicznych mogą być intersubiektywnie mierzalne preferencje społeczne, jak jakość życia czy zdrowia oraz konieczność finansowania ze środków publicznych służb, które je zapewniają. Osiągnięcia chińskiego państwa może pokwitować według zasady po czynach ich poznacie blisko 800 mln Chińczyków, którzy wyszli ze skrajnego ubóstwa. To głównie ich siłę roboczą eksploatują miejscowe i zagraniczne firmy, przy czym udział chiński w produkcji np. iPhone Apple’a wynosi 3,8 proc. wartości dodanej, amerykańskiego zleceniodawcy zaś 28,5 proc..
Po trzecie, indywidualizm jest fenomenem cywilizacji zachodniej
Sprzęga się on z szeroko rozumianymi wolnościami, które hołubią Amerykanie, a praktykują Europejczycy. W autodefinicji Zachodu demokracja i prawa człowieka stanowią najdonioślejszą jego zdobycz. Kapitalizm powstał jakoby po to, by mogła zatriumfować wolność jednostki, w praktyce sprowadzona do wyboru jednej z istniejących na „rynku” partii (pluralizm).
W tej koncepcji demokracja to przestrzeń wolnych wyborów, dokonywanych przez upodmiotowione jednostki, kierujące się własnymi interesami. Są one równe przed innymi, prawem i instytucjami. Państwo to tylko strażnik wolności jednostki i autonomii sfery prywatnej.
Kult jednostki, jaki się rozwinął w myśli liberalnej, wyrósł na podłożu chrześcijańskiej koncepcji człowieka. Jest jej subtelnym zeświecczeniem. W antropologii religijnej jednostce przysługuje godność, skoro jako obraz stwórcy, obdarzona jest łaskami teologicznymi (miłości do Boga, nadziei zbawienia). Filozofowie Oświecenia w miejsce Boga i Pisma wstawili Rozum, „zamienili łaskę bożą na cnoty obywatelskie”, pisze Terry Eagleton w książce „Kultura a śmierć Boga”. Nowej wierze w potencjał samorealizacji jednostki najlepiej służą i obywatelska równość, i prawa polityczne, i autonomia decyzji moralnych. Z tą różnicą, że swoje powołanie spełnia jednostka na ziemskim padole.
Tymczasem w społeczeństwie harmonii społecznej, ukształtowanym na etyce Konfucjusza, jednostka jest najpierw członkiem wielkiej rodziny, rodu, prowincji; od państwa zaś oczekuje sprawnego rozwiązywania problemów utrudniających życie. Pod tym względem państwo chińskie nie zawodzi. Chińskie PKB w 2016 wyniosło 11,2 bln dol., amerykańskich (według parytetu siły nabywczej 18,56 bln dol.). Spożycie wewnętrzne stanowi już 43,4 proc. PKB, inwestycje zaś 49 proc.. Chiny wydają na badania rozwojowe 2,3 proc. PKB (sciencemag.org/news/2018/10/surging-rd-spending-china-narrows-gap-united-states).
Posiadają też ogromne rezerwy walutowe, szacowane obecnie na ponad 3,3 biliona dolarów, w tym 40 proc. w amerykańskich papierach wartościowych. Tempo wzrostu w roku 2018 wyniosło 6,6 proc., rentowność (zyski) firm wyniosła 20 proc.. Może dlatego ani na demokrację liberalną, ani na indywidualne wolności nie ma parcia. Jest za to poparcie dla sprawujących władzę.
Wynosi ono stale według amerykańskiej Agencji PEW około 80 proc.. Nie zmienia to faktu, że obecnie tzw. wartości azjatyckie zastępuje „wiara w pieniądz”. Pojawiły się indywidualistyczne strategie dorabiania się, dążenia do bogactwa materialnego i luksusu, który zapewniają duże dochody. W relacjach międzyludzkich nastał czas bezlitosnej konkurencji, w następstwie – obojętność na wspólne cele
Po czwarte, kolejne światowe imperium czy tworzenie funkcjonalnej formy przywództwa światowego?
W historii powszechnej dominujące gospodarczo społeczeństwa wykorzystywały swoje państwa, by kształtować ład międzynarodowy najlepiej obsługujący potrzeby ich elit
ekonomicznych.
Chiny jak wszystkie dotychczasowi liderzy akumulacji kapitału (w kolejności Wenecja, Genua, Niderlandy, Anglia, USA) tworzy szerokie zaplecze dla swoich firm: rynki zbytu, zaopatrzenia w surowce i energię. Jeśli utrzyma autonomię wobec biznesu, być może, zrealizuje na stulecie powstania ChRL, przypadające w r. 2049, wielkie chińskie marzenie o społeczeństwie umiarkowanego dobrobytu dla wszystkich: Wielki Renesans Narodu Chińskiego. Wówczas bardziej sprawiedliwie niż obecnie podzieli dochód narodowy. Obecnie współczynnik Giniego wynosi 0,5, co świadczy o dużej rozpiętości dochodów i majątków.
Przed Chinami stoi wiele problemów: starzenie się społeczeństwa i związany z tym ubytek siły roboczej i wzrost współczynnika obciążenia demograficznego, nie zanikająca korupcja, deficyt ziemi ornej, krytyczny bilans wodny, handel i dostawy paliw przez Cieśninę Malakka, rozłączenie z braćmi z Tajwanu, amerykańskie lotniskowce na Morzu Południowochińskim, brak ubezpieczeń społecznych, eksploatacja siły roboczej jak w XIX w. kapitalizmie manufaktur i pierwszych fabryk.
Mając duże nadwyżki, państwo chińskie buduje infrastrukturę odtwarzającą dawne Jedwabne Szlaki, by znów połączyć krańce Euroazji; to samo robi w Afryce, częściowo w Ameryce Południowej – wszędzie szuka minerałów, ropy naftowej, ziemi ornej, przy okazji zastępuje firmy europejskie i amerykańskie.
Chciałyby zamienić swoje nadwyżki w amerykańskich obligacjach, stanowiące około 40 proc. całości, na aktywa produkcyjne, zwłaszcza firm posiadających nowoczesne technologie, w tym europejskie. Przypomina krajom centrum czasy eksportu ich kapitałów w okresie wychodzenia europejskich liderów przedsiębiorczości z wielkiej depresji lat 1973-1886, a po II wojnie światowej ekspansję USA.
Stąd łatwe skojarzenie z imperializmem i strach przed pułapką Tukidydesa, a więc wojny o ład światowy, dostosowany do potrzeb rodzimego kapitału. Analogie widzą głównie geopolitycy i geoekonomiści.
Patrzą oni na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, a to o Heartland Eurazji, a to o Rimland oceanów, niebawem o opanowanie kosmosu. W tej perspektywie obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyły Stany Zjednoczone w okresie, kiedy dominowała ich gospodarka.
Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Chiny mają inną wizję. Chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, zachowujący odrębność cywilizacji lokalnych, w którym znajdzie się system zaopatrzenia swojej gospodarki w deficytowe surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska).
Świat będzie inny, ale czy gorszy?
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiej perspektywy oglądu Chin.
Także UE powinna szukać własnej drogi do wzajemnie korzystnego kształtowania gospodarczej i politycznej przestrzeni w Eurazji i usytuowania w niej Rosji. Europa ma konkurencyjny kompleks przemysłowy, który stworzyły w Europie Centralnej Niemcy, choć jest uzależniona od chińskich firm i taniej pracy Chinek i Chińczyków.
Tylko wartość niemieckiego eksportu samochodów do Chin sięga 1,4 biliona dolarów, a w nim znajdują się podzespoły produkowane w Polsce, podaje Grzegorz Kołodko w książce, „Czy Chiny zbawią świat?”. W dalszym ciągu gospodarka Europy, podobnie jak w Chinach, stoi przemysłem, przetwarza atomy, a nie bity. Te są ważne tylko tam, gdzie liczy się informacja. UE stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego.
To samo zadanie czeka polskie elity rządzące – obecnie narodowo-prawicowe. Określają one i strategię narodową, i urabiają w tej materii opinię publiczną, żerując na rzadko kontrolowanych rozumem emocjach, głównie wobec Rosji.
W tej chwili obsługuje ona interesy amerykańskiego szeryfa, i na jego życzenie przecina szlak kolejowy przez Azję do Europy, jeśli nawet pominiemy brak infrastruktury do transportu intermodalnego, łączącego kolej i TIR-y. Nawet transport środków do walki z COVID-19 dla Niemiec dojechał koleją z Chin tylko do Kaliningradu, a dalej – statkami do Rostocku. Teraz chcą uczynić terytorium polski przedpolem możliwych konfliktów z udziałem broni atomowej, które rodzi rywalizacja USA i Rosji.
Polska myśl strategiczna nie może wydostać się z matni międzywojennych rojeń o mocarstwowości i fantasmagorii Międzymorza. Nie ma zamiaru wrócić znad Dzikich Pól do Weimaru. W okresie przedwyborczym warto o tym pamiętać, tym bardziej, że prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.

Bezrobocie, wirus i MMT – sposób na kryzys

W dobie dzisiejszego kryzysu spowodowanego epidemią COVID-19 zauważyć można dwa ciekawe zjawiska w sferze gospodarek Polski i państw Europy.

Zjawisko pierwsze jest żywcem wyjętą z teorii liberalnych szkół ekonomicznych – ,,zjawisko oczyszczenia’’ gospodarki z nieefektywnych przedsiębiorstw, niestety liberałowie często usprawiedliwiają ów zjawisko i system ekonomiczny, który doprowadził do przegrzania gospodarki, zapominając o tym, że gwarantem efektywności ich produkcji – pracownikach, którzy na okres kryzysu zostali pozbawieni pracy i bezpieczeństwa ekonomicznego. Najbardziej zagrożeni na utratę pracy są pracownicy na umowach śmieciowych, a także pracownicy uzależnieni od sytuacji przedsiębiorstwa w sektorze prywatnym. Szacuje się zagrożenie utraty pracy przez ponad 780 tys. osób w Polsce (wzrost do 10 proc. stopy bezrobocia, gdzie w lutym wynosił ok. 5,5 proc. ). Sytuacja osób na etacie jest bezpieczniejsza, jednak zamrażając gospodarkę na okres kwarantanny spadek efektywności ekonomicznej kraju, może spowodować zmniejszenie płac lub nawet (nie zważając na etat) utratę pracy.
Drugim charakterystycznym zjawiskiem dla gospodarek jest wywołanie nieuzasadnionego oburzenia względem państwa przez przedsiębiorców, którzy dzisiaj na kolanach błagają o pomoc (głównie finansową). Co piąte przedsiębiorstwo w Polsce jest pozbawione rezerw finansowych, a ok. 30 proc. ma zapasy na najwyżej dwa miesiące. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził w pierwszych dniach kwietnia 2020 r. badania na polskich przedsiębiorstwach, wyniki wskazują, że 26 proc. firm zakłada, że posiada rezerwy finansowe pozwalające przetrwać okres powyżej 3 miesięcy, głównie są to firmy sektora średniego (33 proc. ). 22 proc. przedsiębiorstw (głównie sektora handlowego) ma środki na maksymalnie kwartał. Firmy pozbawione jakichkolwiek zapasów przeważają mikroprzedsiębiorstwa. Pod koniec marca 2020 ok. 57 proc. badanych przedsiębiorstw odnotowała spadek przychodów (wzrost kosztów) do poprzedniego miesiąca. Kryzysowa sytuacja dotyka szczególnie sektor usług (63 proc. ), a w najmniejszym sektor produkcyjny (49 proc. ). Przedsiębiorstwa w obecnej sytuacji są zmuszone do dwóch rozwiązań; obniżki wynagrodzeń dla pracowników) lub licznych zwolnień. Jedynie 36 proc. pracodawców planuje utrzymać dotychczasowe stawki płac.
Z badań Instytutu można wywnioskować fakt, że wolny rynek, który jest przyczyną pogłębiających się ekonomicznych różnic w społeczeństwie i cykliczności koniunkturalnej, nie poradził sobie z kryzysem i nie przygotował na wypadek wybuchu epidemii personelu medycznego, ani nie zagwarantował bezpieczeństwa ekonomicznego obywateli państw europejskich.
Dzisiaj, kiedy dostrzegamy rozpacz prywatnych przedsiębiorców, musimy zadać sobie pytanie – jaki jest sens wolnego rynku, skoro jest bezradny wobec kryzysu? W czasie koniunktury rządy zazwyczaj zgadzają się na rozwiązania liberalnego systemu ekonomicznego, który faktycznie napędza gospodarkę w takim okresie, lecz ten sam system powoduje wzrost inwestycji i spadek efektywności ekonomicznej. Kiedy przychodzi kryzys, lekarstwem jest interwencja państwa.
Czas na MMT
Modern Monetary Theory – czyli ,,Nowoczesna teoria monetarna” jest koncepcją, która zakłada tzw. ,,suwerenność pieniądza”. MMT jest stosunkowo nową teorią makroekonomiczną, która do tej pory była uważana za zbiór nierealnych pomysłów ekonomicznych lewicowych środowisk – błąd. MMT stawia państwo w roli monopolisty waluty, a bezrobocie wyjaśnia jako efekt nadmiernego ograniczania podaży aktywów finansowych. Według tej teorii rząd jest zobligowany do prowadzenia szerokiej polityki fiskalnej celem zmniejszania bezrobocia. Zgodnie z założeniami MMT, państwo jest bogate wówczas gdy dysponuje własną walutą i tylko wtedy nie musi zmagać się z problemem braku środków na sfinansowanie solidnej opieki zdrowotnej, edukację, zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego swoim obywatelom oraz walki z epidemią. W prostych słowach Nowoczesna Teoria Monetarna polega na wydawaniu środków, by następnie zebrać z rynku zysk w postaci podatków. Państwo w przeciwieństwie do prywatnych przedsiębiorstw nie może utracić pieniędzy i ma prawo do emisji własnej waluty. Współcześnie gospodarki państwa świata w głównej mierze opierają się na pieniądzu fiducjarnym, którego wartość opiera się na zaufaniu. Z natury rzeczy państwo z pieniądzem fiducjarnym nie ma podstaw do twierdzenia, że nie stać go na utrzymanie szpitali, szkół lub dochodu podstawowego. Nieuniknione w sytuacji pełnego zatrudnienia i rządu, który dalej będzie ,,pompował’’ pieniądze, jest pojawienie się zjawiska inflacji i załamania waluty. Co jest lekarstwem? Podatki. Zgodnie z MMT ratunkiem z takiej sytuacji jest podnoszenie podatków i emisja obligacji w celu usunięcia nadmiaru pieniędzy z systemu.
Dochód podstawowy?
Okazuje się, że rządy mają odwieczny problem z wyciąganiem wniosków i znajdowaniem przyczyn, zwłaszcza teraz gdy doskwiera nam epidemia i kryzys nią związany. Miliardy publicznych pieniędzy na walkę z kryzysem pójdą (jak zwykle) do biznesu, gdzie zostaną zakiszone lub zmarnowane – tym jest ,,tarcza antykryzysowa’’, która w teorii ma pośrednio pomóc pracownikom i ich miejsc pracy, a w rzeczywistości jest to pomoc przedsiębiorcom, którzy uzależniają od siebie pracowników i ich przyszłości w branży. W jaki sposób pomóc ludziom, by środki trafiły właśnie do nich? Zgodnie z MMT – bezwarunkowy dochód podstawowy
W ostatnich dniach na światło dzienne doszła informacja – Hiszpański rząd ogłosił wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego (jeszcze w tym roku). Hiszpańskia minister gospodarki Nadia Calvino tłumaczy, rząd podejmie wiele działań, aby nikogo nie zostawić samemu, począwszy od pracowników. Hiszpański BDP początkowo ma być w formie pilotażowej, a następnie objąć cały kraj i być wypłacany na stałe.
Nie można dać się złudzić grożeniu przedsiębiorców i zwolenników liberalnych szkół ekonomicznych, że BDP wywoła powszechną biedę i kryzys, wręcz odwrotnie – pieniądze trafiają do rąk ludzi, a państwo nie wykręca się, że go nie stać. W Polsce dochód podstawowy da się wprowadzić, o 500+ partie i ekonomiści o liberalnych poglądach mówili, że to nie możliwe, a jednak dzisiaj 500+ funkcjonuje i nie mieliśmy z tego tytułu żaden kryzys, wręcz przeciwnie efektywność ekonomiczna wzrosła i rodziny stać na kawałek chleba. 500+ jest formą BDP, teraz wystarczy, by rozciągnąć ten program dla każdego obywatela.

Krajobraz po tarczy

Rząd pomaga największym ofiarom zarazy. Bankierom i działaczom PiS.

Dla ludzi mających pojęcie o ekonomii, opowieści Morawieckiego, Dudy i ministrów o tarczy antykryzysowej za 212 mld zł, oprócz kaszlu wywołanego śmiechem, przywodzą wspomnienie kwoty 2 bilionów złotych.
Tyle państwo PiS miało wydać na inwestycje do roku 2020, w ramach Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, zwanej również planem Morawieckiego. Te 2 biliony miały sprawić, że dziś winniśmy być zreidnustializowani, innowacyjni, popieprzać szybkimi pociągami, mieć milion samochodów elektrycznych i zarobki na poziomie średniej unijnej. No i państwo mieliśmy mieć silne, sprawne i błyskawicznie reagujące na bolączki obywateli.
Co mamy widać. Inflację już przed epidemią, na poziomie 5 procent. Niesprawne służby. Lecącą na pysk złotówkę. Powiększającą się – dzięki nietrafionym transferom socjalnym – sferę ubóstwa. Film o Zenku Martyniuku. I rosnące z roku na rok, w tempie szybszym niż PKB, zyski sektora bankowego.
Przez cztery lata, niemal co tydzień, piszę o niedowładzie państwa, nieumiejętności robienia przezeń czegokolwiek poza wypełnianiem przekazów bankowych. No i o panoszeniu się pisowskich analfabetów od gospodarki i zarządzania. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze koronawirus..
Wirtualny pieniądz
Oficjalną odpowiedzią państwa PiS na zarazę i szykujący się mega kryzys ekonomiczny, stało się to, co można wyczytać w podręcznikach do historii ekonomii. Tylko głupiej znacznie. Czyli rozruszanie gospodarki, przez de facto dodruk pieniądza – wspomnianych 212 miliardów. Nie jest to jednak nawet ćwierć prawdy o „tarczy antykryzysowej”.
Ciekawe są już same proporcje podzielenia tych środków. 30 miliardów ma iść na „Program Inwestycji Publicznych”. Co rząd przez to rozumie, nikt nie wie. Poza tym, oczywiście, że Morawieckiemu et consortes jeszcze żadna inwestycja nie wypaliła. W związku z tym, tą pozycją nie ma sobie co zawracać głowy, bo jakby jej nie było.
Tak samo jak 7,5 miliardami zł, mającymi pójść w „Ochronę zdrowia”. Kasa ta oczywiście do szpitali pójdzie. I na początku nawet na na walkę z koronawirusem, podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek oraz sprzęt. Szpitale będą musiały tę kasę błyskawicznie wydawać na prawo i lewo. Tarcza antykryzysowa nie pozwala tych pieniędzy przeznaczać dla komorników ściągających szpitalne wierzytelności. Ale gdy epidemia się skończy, a jakieś niewydane środki pieniądze zostaną na kontach placówek medycznych, to łapę na nich położą wierzyciele. Dlatego jeśli nawet te 7,5 miliarda trafi z budżetu do szpitali, to przynajmniej jedna trzecia tych środków zostanie wydana w pośpiechu i na rzeczy bezsensowne. Mimo to firmy u których zadłużały się szpitale, i tak liczą że co najmniej 2 miliardy po zarazie placówkom zostanie, i komornicy je wierzycielom przekażą. A ponieważ placówki zadłużały się u firm produkujących sprzęt i lekarstwa, które z kolei zadłużały się w bankach, to najbardziej z takiego stanu rzeczy zadowolone będą te ostatnie. Dostaną część kasy, ale za to z dużymi odsetkami.
Resztki z pańskiego stołu
Na dopłaty do zarobków pracowników, którzy z powodu epidemii roboty nie mają, rząd zarezerwował 30 miliardów.
O tym elemencie tarczy nader chętnie wypowiadała się minister Emilewicz. I im więcej mówiła, tym bardziej było widać, że zamiast konkretnej pomocy ludzie dostaną grosze, obarczone na dodatek wypełnianiem stert papierów, które potem i tak w większości zostaną odesłane przez urzędników z powodu braków formalnych.
Rząd oszacował, że bez środków do życia z powodu obostrzeń koronawirusowych jest teraz 2 – 2,5 mln osób do tej pory pracujących na śmieciówkach i samozatrudnieniu. Kolejne 3 miliony pracują w branżach, którym nie wolno prowadzić działalności i nie mają hajsu, żeby zatrudnionym płacić. W związku z czym towarzystwo to, lada moment spodziewa się wypowiedzeń.
Dla „śmieciówkowców” pani Emilewicz zaproponowała początkowo 2 tys zł brutto, czyli po ok.1,4 tys. zł miesięcznie na rękę. Ale tylko przez 2 miesiące. Dla zagrożonych etatowców też nie była szczodrzejsza. Państwo miało sfinansować 40 proc. ich płacy – drugie 40 proc. miał pokrywać pracodawca.
Dla kogoś, kto dysponował kalkulatorem, to się nie trzymało kupy. Gdyby bowiem wszyscy śmieciówkowcy poszli po zasiłek, to budżet byłby uboższy o ledwie 3,5 mld zł. Dokładając do tego dotowanie zagrożonych etatowców kwotą góra 4,5 miliarda zł, do deklarowanych przez rząd 30 miliardów było strasznie daleko.
Tyle, że to był punkt wyjścia do operacji propagandowej. Przez tydzień Emilewicz dostawała joby od wszystkich. I w końcu uznała słuszność zarzutów, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom społecznym. Z 2 tys zł brutto zrobiło się zatem dla śmieciówkowców i samozatrudnionych 2080 zł na rękę. I trzy miesiące zwolnienia z ZUS. A na dodatek dla wszystkich, bo kryteria ubiegania się o zapomogę prawie przestały istnieć. Tak jak i biurokracja związana z wnioskami. Poza tym zasiłki będą nie płacone przez miesiąc, ale przynajmniej trzy. Zaprojektowane na to 30 miliardów jest w tej sytuacji kwotą dużo za małą. Więc pani minister zaczęła mówić, że dzięki wsłuchiwaniu się w głos obywateli na pomoc dla pracowników pójdzie 70 miliardów zł. Tyle, że w ustawie taka kwota nie padła.
Udawany sukurs
Są w niej jednak zapisy o 74 miliardach zł, które zdaniem rządu mają trafić do przedsiębiorstw. Gówno otóż prawda. Trafią do niektórych przedsiębiorstw – banków mianowicie.
Pani Emilewicz radośnie zapowiedziała, że pół miliona mikro firm zatrudniających do 9 pracowników będzie mogło skorzystać z pożyczek w wysokości 5 tys. zł.
Po tygodniu zdania nie zmieniła, ale żeby udawać, że słucha ludzi, dołożyła do tego zwolnienie z ZUS przez kwartał wszystkich pracowników, dotkniętych epidemią firm. Tyle, że ustawie o tarczy też nie ma o tym słowa. Jest za to o przesunięciu płatności.
Po zamknięciu knajpy, zakładu fryzjerskiego albo sklepu z butami, czy garnkami zaproponowane właścicielowi 5 tysięcy zł to kwota żenująca. I na dodatek to nie dotacja, ale pożyczka. A na pożyczkach zarobią oczywiście banki. Dlatego żaden drobny biznesmen nie będzie wchodził w obliczu światowego załamania gospodarki w niczego mu nie dający kredyt. Chyba, że jest samobójcą albo cwaniakiem, który z góry wie, że tej kasy nie odda. Ale nawet wtedy bank nie straci, bo pożyczki te gwarantowane są przez państwo. I dlatego za zdefraudowane kredyty zapłaci podatnik. Ale i tak niedużo, bo nawet gdyby wszyscy drobni przedsiębiorcy wzięli kasę i splajtowali bezzwrotnie, to kosztowałoby to budżet ledwie 2,5 miliarda zł.
Tak samo ma się rzecz ze 100 tysiącami firm, na które czekają w bankach komercyjnych, gwarantowane przez państwo kredyty do 3,5 mln zł. Tu przekręciarze mogą się już nachapać, bo 3,5 mln zł to już coś, co warto zawłaszczyć. I za co bankom oczywiście zapłacimy wszyscy.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy w ustawie jest mowa o naprawdę dużych firmach prywatnych. „Tarcza antykryzysowa” jednak nie tyle ma je ochronić, co umożliwi ich przejmowanie przez państwo. Mechanizm jest prosty – Państwowy Fundusz Rozwoju, chętnie wielkich producentów wspomoże i to kasą z budżetu. Tyle, że w zamian za udziały, czy inne obligacje, które potem zamienią się w to, że firma prywatna – jak niegdyś PESA – stanie się firmą państwową. PFR na taki zabieg ma w „tarczy” 6 mld zł.
W tym ostatnim przypadku beneficjentami nie będą akurat banki, ale politycy PiS, bo zrenacjonalizowane za długi firmy będą wymagały na stanowiskach prezesów ludzi z klucza partyjnego.
I właśnie w tym myku tkwi tajemnica, której nie mogą zrozumieć biznesmeni. Dlaczego rząd podzielił firmy na te do 9 pracowników i powyżej. I tym małym dał ulgi, a większym nie. Dlatego otóż, że jak duże firmy szlag trafi, to państwo płacąc ich zagwarantowane długi będzie mogło przejąć te firmy. Ale tylko takie, które uzna za stosowne do obsadzenia swoimi. Stąd państwu zależy, żeby duże przedsiębiorstwa prywatne przędły jak najsłabiej. I jak będą na skraju bankructwa, to się je znacjonalizuje opowiadając w TVP Info, o niesamowitej pomocy dla biznesu.
Prawdziwi beneficjenci
Prawie jedna trzecia z 212 miliardów zł na tarczę, ma iść na „Wzmocnienie Systemu Finansowego”. Ponad 70 mld zł ma zatem wprost trafić do banków w formie tej czy innej pomocy. Doliczając do tego gwarancje kredytowe na drugie tyle, można domniemać, że nasz sektor finansowy będzie bogatszy dzięki kryzysowi o setki miliardów złotych. Bo trzeba pamiętać, że gwarantowane przez państwo kredyty dla przedsiębiorców nie mają żadnych obostrzeń. Banki udzielą ich na zasadach jakie im pasują. W końcu, gdy kredytowana firma splajtuje, to, nawet najwyżej oprocentowany kredyt i tak zapłaci gwarantujące go państwo. I to z odsetkami.
Nie ma co liczyć, że rząd wprowadzi tu jakieś widełki czy kontrolę. Skończy się jak przy wprowadzaniu podatku bankowego, który zdaniem rządu miał nie być przerzucony na klientów. Tymczasem w państwowym, zaprzyjaźnionym z Morawieckim, PKO BP wszystkie usługi zdrożały już tydzień przed pojawieniem się projektu nowej daniny. W innych bankach było to samo. W Santanderze, w którym od 5 lat rośnie kupka pieniędzy dla Morawieckiego – też. I nikomu z tego powodu nie spadł włos z głowy.
Dzień po oficjalnym ogłoszeniu założeń „tarczy antykryzysowej” złotówka poleciała na pysk. Tak światowe rynki oceniły ekonomiczną wiarygodność enuncjacji Dudy i Morawieckiego. To co delikatnie wzrosło, to zagraniczne wyceny polskich banków. Ekonomiści dostrzegli o co w tym chodzi. I są pewni, że w kontekście wspomagania banków rząd Morawieckiego na pewno ze zobowiązań się wywiąże.
Ale do Polaków, prawda o tym, że pomoc dla ofiar kryzysu sprowadza się do pompowaniu zysków bankom i szykowaniu posad dla Pisowców, dociera znacznie wolniej.