Trójmorski przekręt PiS

Tylko PiS, z patronującym Inicjatywie Trójmorza prezydentem Dudą, potrafią przenieść Luksemburg nad Morze Czarne, Adriatyk i Bałtyk równocześnie. I ponad dwa miliardy złotych do tegoż Luksemburga.

Największym sukcesem międzynarodowym Polski – według prezydenta Dudy – jest Inicjatywa Trójmorza. Największym zaś sukcesem Inicjatywy jest powstanie rok temu Funduszu Inwestycyjnego Inicjatywy Trójmorza. Fundusz ma mieć pieniądze na niezbędne IT inwestycje. O ile jednak do Inicjatywy Trójmorza należy 12 krajów, to do Funduszu przystąpiły Rumunia, Węgry, Estonia, Łotwa i Polska. Widać zatem, że 7 państw ma koncepcję w dupie zupełnie. Te cztery, oprócz Polski, zresztą też. Każde z nich dorzuciło się bowiem kwotą 20 mln euro. Jedynie kraj rządzony przez PiS wywalił na panadudową mrzonkę pół miliarda euro. Znaczy grubo ponad 2 mld zł. Kilka miesięcy temu zasilenie Funduszu miliardem dolarów obiecały ustami Mike’a Pompeo Stany Zjednoczone. Do dziś nie przelały ani centa. Wiemy dlaczego.
Po co to i komu?
Historia Trójmorza zaczęła się od ABC. Czyli dyplomaci krajów leżących pomiędzy Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym, żeby móc się czymś wykazać wykombinowali, że warto się pospotykać. Namówieni przez nich szefowie państw przystali na to. W 2016 r. w Dubrowniku doszło zatem do pierwszego półszczytu. Pół, bo ledwie 6, z 12 krajów biorących w nim udział, przysłało tam głowy państw. Głowy i przedstawiciele reszty podpisały się pod jednostronicową deklaracją współpracy. Przez rok jedyna inicjatywą Inicjatywy Trójmorza była chęć spotkania się w Polsce. Zupełnym przypadkiem zlot pokrył się z wizytą Trumpa w Warszawie. Duda skorzystał z okazji i udawał, że jest najważniejszym politykiem w Europie środkowo wschodniej. Trump początkowo nie wiedział o co biega, ale kurtuazyjnie pogratulował „tej wspaniałej inicjatywy”. Gdy jednak usłyszał, że na szczycie mówi się o gazie ziemnym, to jego zainteresowanie wzrosło. Amerykanie mieli bowiem w chuj gazu do sprzedania. A tu kupcy sami się nawinęli.
Ludzie z Departamentu Stanu szybko objaśnili Trumpowi, że towarzystwo w którym się znalazł to grupa składająca się takich krajów jak Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Litwa, Łotwa,Estonia, Chorwacja, Słowenia, Bułgaria, Rumunia i Austria. Państwa te zajmują 28 proc. terytorium UE i zamieszkuje je 22 proc. unijnej ludności. Najmniej istotne było dla Trumpa to, że ta niemal jedna trzecia Unii generuje ledwie 10 proc. unijnego PKB. Ważne było, że gremium w którym się znalazł szukało alternatywy dla gazociągów od Putina. I było w stanie za gazową niezależność od Rosji zapłacić każdą cenę. Tak przynajmniej wmawiał Trumpowi Andrzej Duda.
Nieprawda to była. Na amerykański gaz najbardziej napalona była Polska oraz Chorwacja i Słowenia. Reszcie to powiewało. Tak jak i Trójmorze. Nawet obecność Trumpa nie przyciągnęła do Warszawy z Czech, nikogo istotniejszego niż przewodniczący Izby Poselskiej, Auatriacy opędzili amerykańskiego prezydenta ambasadorem w Warszawie, a rządzący Słowacją i Węgrami premierzy desygnowali na wizytę figurantów w osobach tamtejszych prezydentów.
Zachowanie to było nader wymowne. Trójmorze postrzegano bowiem – dzięki polskim enuncjacjom – jako związek krajów mających na celu umniejszenie pozycji Niemiec w Unii Europejskiej, z jednej strony. I jako europejską tamę dla aspiracji Putina z drugiej.
Poza Polską takie hasła nie pasowały nikomu. Orban i Bułgarzy mieli zbyt dobre kontakty gospodarcze z Kremlem, zaś większość państw, z wyjątkiem Pribałtyki, była częścią gospodarki niemieckiej.
Niemcy wysysają swoich
Szczyt musiał się więc skończyć jak się skończył, fotką z Trumpem i nic nie znaczącymi deklaracjami, oraz zapowiedzią szczytu w następnym roku. Szczyt w Bukareszcie w 2018 roku, poza innymi fotkami i niemal takim samym co poprzednio kwitem na zakończenie, przyniósł coś nowego. Wpadł nań bowiem minister spraw zagranicznych Niemiec. Wpadł jak na swoje. Niemiecka dyplomacja po wyjeździe Trumpa wzięła się do roboty i przeprowadziła z krajami zaangażowanymi w Trójmorze rozmowy dyscyplinujące. Doprowadziły one do tego, że Bundesrepublika zyskała pewność, że Inicjatywa Trójmorza, nie tylko jej nie zaszkodzi, ale da niemieckiej gospodarce zarobić. I to dużo.
Kraje Trójmorza dogadały się, że wspólnie będą realizować 3 projekty. Pierwszy to „Cyfrowa autostrada Trójmorza” czyli stworzenie infrastruktury cyfrowej przesyłającej dane z północy na południe regionu z wykorzystaniem światłowodów i technologii 5G.
Drugi dotyczy transportu to „Via Carpatia” , droga przebiegająca przez terytorium Litwy, Polski, Słowacji, Węgier, Rumunii, Bułgarii i Grecji i łącząca docelowo litewską Kłajpedę z Greckimi Salonikami.
Trzeci koncept dotyczy sektora energetycznego. To „korytarz gazowy Północ-Południe”, który połączy terminal LNG w Świnoujściu z terminalem Adria LNG w Chorwacji. Oba te terminale miałyby oczywiście odbierać amerykański skroplony gaz, w ilościach olbrzymich i po cenach dających USA zysk godniejszy od przyzwoitego.
Wszystkie z tych przedsięwzięć wymagać będą sprzętu i technologii. Jedno i drugie mają Niemcy. To do nich popłynie więc rzeka trójmorskich pieniędzy. Na dodatek w sposób bezinwestycyjny dla siebie dostaną nowe autostrady łączące należące do nich zakłady w tej części Europy środkowej, w której ciężarówka pokonywała 400 kilometrów w ponad dobę.
Coś co powstawało w kontrze do Berlina, Berlin obrócił zatem na swoją korzyść. Dowodem na to jest drobiazg, że w ubiegłorocznym szczycie Trójmorza w Lublanie gościem honorowym był prezydent Bundesrepubliki Frank-Walter Steinmeier, a Niemcy dostały status państwa partnerskiego dla Trójmorza.
Kasa dla Luksemburga
Oczywiście dyplomacja polska tego wszystkiego nie dostrzegła. Reszta rządu Morawieckiego również. Swoją szansę dostrzegli jednak dawni koledzy Morawieckiego – upolitycznieni bankowcy.
Napompowawszy swój skok na kasę pięknymi zdaniami o Inicjatywie Trójmorza, wymogli zgodę na powołanie przez BGK ciała o nazwie Fundusz Inwestycyjny Inicjatywy Trójmorza. Przez grubo ponad pół roku instytucja, której szefostwo za nicnierobienie kasowało standardowe w bankowości setki tysięcy złotych, składała się ledwie z przedstawicieli dwóch krajów, a właściwie banków. Polskiego, który w imieniu Polski włożył w interes 500 mln. euro, oraz rumuńskiego, z wkładem 20 mln euro. Na pojawienie się kolejnych czekano długo, posiłkując się nieużywanymi od dawna w stosunkach międzypaństwowych naciskami. A ich efekt był nader mizerny, bo do Funduszu dołożyły się banki z 3 gigantów takich jak Łotwa, Estonia, czy Węgry.
Teraz na koncie Funduszu jest ok. 600 mln euro środkowoeuropejskich pieniędzy. Tą kasą zarządza zaś zewnętrzny podmiot – Fuchs Asset Management z Luksemburga. Firma ta odpowiada za zarządzanie ryzykiem, zarządzanie portfelem inwestycyjnym oraz zarządzaniem i dystrybucją środków Funduszu.
Na tym jednak rola państwa leżącego od Trójmorza daleko, czyli Luksemburga, się nie kończy. Fundusz Inwestycyjny Inicjatywy Trójmorza potrzebuje przecież centralnego agenta ds. administracji. Jest nim więc Credit Suisse Fund Services (Luxembourg). Oczywiście stworzony przez banki Fundusz musi mieć swój bank-depozytariusza. Nim jest więc Credit Suisse (Luxembourg). Jak widać ani w Polsce, ani w żadnym kraju Trójmorza nie ma instytucji, które mogłyby obracać pieniędzmi. Za to w Luksemburgu znanym z tego, że tam z forsą da się robić praktycznie wszystko – są.
Zastrzeżenia te, czy wręcz obawy o czystość intencji stworzonego przez polski państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego Funduszu,podzieliła nie tylko większość krajów Trójmorza. Amerykanie również.
Sekretarz Stanu USA, jeden z najbliższych współpracowników Trumpa, 15 lutego w Monachium zapowiedział, że 1 mld dolarów dla Funduszu, Stany przeleją lada chwila. Skoro nie pojawił się nawet cent, to znaczy, że Waszyngtonowi coś nie zapachniało.
Zwłaszcza, że amerykański miliard baksów dla Trójmorza jest i czeka. Stany zarobiły go na czysto na dotychczasowych dostawach skroplonego gazu do trójmorskich gazoportów. Zależy im na szybkim zainwestowaniu go w gazociągi, dzięki którym do Europy popłynie jankeskiego surowca parę razy tyle, co teraz.
Amerykanom nie ma się co dziwić. Ich służby na pewno wiedzą o luksemburskich finansach więcej, niż szarzy Polacy. Tym zaś wystarczy wiedza, że to właśnie do Luksemburga trafiały pieniądze ze SKOK-ów.