Cracovia i Lechia w finale

Jan T. Kowalski
Cracovia i Lechia w finale

Cracovia niespodziewanie łatwo wyeliminowała Legię z Pucharu Polski, pokonując ją na swoim stadionie 3:0

Półfinałowe mecze Pucharu Polski zakończyły się porażkami faworytów. We wtorek w Krakowie lider ekstraklasy Legia Warszawa przegrał sromotnie 0:3 z Cracovią, zaś w środę w Poznaniu trzeci w tabeli Lech przegrał z broniącą trofeum Lechią Gdańsk po rzutach karnych. Finał odbędzie się 24 lipca w Lublinie.

Kibice Cracovii czekali na zwycięstwo swojej drużyny z Legią na własnym stadionie od 10 kwietnia 2005 roku, czyli ponad 5,5 tysiąca dni. Zespół „Pasów” nie ma wielkich dokonań w rozgrywkach o Puchar Polski. Do fazy półfinałowej dotarł dopiero po raz trzeci w historii (wcześniej w sezonie 1961/1962 i 2006/2007), a w finale zagra po raz pierwszy. Dla ekipy Legii z kolei Puchar Polski to zwycięska rutyna – stołeczna drużyna ma na koncie 19 triumfów w tej rywalizacji, a w ostatniej dekadzie w półfinale zagrała po raz ósmy. Mało kto zakładał jakąś niespodziankę w tym starciu, którego murowanym faworytem byli legioniści. Także dlatego, że stadion Cracovii nie był dla nich niezdobytą twierdzą – nie przegrali tu w trzynastu wcześniejszych wizytach, notując na obiekcie przy Kałuży 1 osiem zwycięstw i pięć remisów.
Legia to jednak w tej chwili już nie jest tym samym zespołem, który po przerwie zimowej był niepokonany w pięciu kolejach z rzędu, pokonując w tym czasie między innymi Cracovię i Lechię, czyli obu świeżo upieczonych finalistów Pucharu Polski. Potem legionistom przytrafiła się porażka na własnym stadionie z Piastem Gliwice, lecz trener Aleksandar Vuković nie zdążył stwierdzić, czy był to tylko wypadek przy pracy, czy też zapowiedź głębszego kryzysu, bo wybuchła pandemia koronawirusa. Po restarcie rozgrywek Legia znowu jednak zaczęła grać znakomicie wygrywając trzy pierwsze spotkania, co zapewniło jej pierwszą lokatę w sezonie zasadniczym, dlatego porażka w 30. kolejce z Górnikiem Zabrze uznano jako objaw rozprzężenia po osiągnięciu celu.
Początek rywalizacji w fazie play off jeszcze nie zapowiadał kłopotów – „Wojskowi” pokonali u siebie Śląsk 2:0, zremisowała na wyjeździe 0:0 z Jagiellonią i u siebie z zawsze niewygodnym Piastem 1:1. Potem jednak przegrali w Poznaniu z Lechem 1:2. Tracąc siedem punktów w trzech meczach legioniści co prawda nie roztrwonili przewagi nad ścigającymi ich w tabeli ekipami Piasta i Lecha, od których wciąż mają osiem „oczek” więcej, ale do przyklepania mistrzowskiego tytułu wciąż potrzebują jednego punktu. Wtorkowa porażka z Cracovią w półfinale Pucharu Polski była jednak dla Legii już czwartym z rzędu meczem bez zwycięstwa, a drugim z rzędu przegrany. Na słabszą dyspozycję zespołu z pewnością wpływ miała plaga kontuzji. W składzie Legii w spotkaniu z „Pasami” zabrakło aż sześciu zawodników, którzy na początku czerwca wychodzili na boisko w podstawowej jedenastce. Dało się też zauważyć, że większości zawodników zaczyna brakować siły i szybkości, co nie najlepiej prognozuje w trzech ostatnich kolejkach sezonu.
Trener Cracovii Michał Probierz dopiero 29 czerwca zaczął swobodniej oddychać i przestał rozważać złożenie dymisji, bo tego dnia jego zespół wreszcie wygrał w lidze pokonując u siebie Pogoń 2:1, a w następnej kolejce rozgromił na wyjeździe Lechię 3:0. Wygrana z Legią była zatem trzecią z rzędu, na dodatek zwycięstwo zapewniły gole polskich piłkarzy – jeden Michała Helika i dwa Mateusza Wdowiaka. W Cracovii takie sytuacje to ostatnio rzadkość, bo polskich piłkarzy w tym zespole można policzyć na palcach jednej ręki – w spotkaniu z Legią oprócz wspomnianej dwójki zagrali jeszcze tylko Kamil Pestka. Probierz na razie o finałowym starciu z Lechią w Pucharze Polski jeszcze nie myśli, bo po zdobyciu sześciu punktów w lidze jego zespół wrócił niespodziewanie do gry o miejsce na podium rozgrywek, gwarantujące start w kwalifikacjach Ligi Europy. Do osiągnięcia tego celu musi jednak powalczyć z Legią w najbliższa sobotę w Warszawie o komplet punktów. Gdyby „Pasom” ta sztuka na Łazienkowskiej się udała, mogą odwlec koronację legionistów i przybliżyć się do pierwszego od 1952 roku medalu mistrzostw Polski.
W drugim półfinale Lech miał awans na wyciągnięcie ręki, bo prowadził w konkursie rzutów karnych, ale jego gracze zmarnowali dwie ostatnie „jedenastki” i ostatecznie przegrali 3-4. W regulaminowym czasie gry było 1:1 po golach Flavio Paixao dla Lechii w 65. i Dani Ramireza dla Lecha w 62. minucie. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i sędzia Tomasz Musiał z Krakowa zarządził karne. Trener Lecha Dariusz Żuraw do ich wykonywania wyznaczył Christiana Gytkjaera (trafił), Jakuba Modera (trafił), Lubomira Satka (trafił), Filipa Marchwińskiego (spudłował), Daniego Ramireza (spudłował) i Kamila Jóźwiaka (spudłował), natomiast trener Lechii Piotr Stokowiec postawił na Jarosława Kubickiego (trafił), Rafała Pietrzaka (spudłował), Łukasza Zwolińskiego (trafił), Egzona Kryeziu (spudłował), Flavio Paixao (trafił) i Macieja Gajosa (trafił). W sumie trzeba było sześciu kolejek rzutów karnych, żeby wyłonić zwycięzcę meczu. Gracze „Kolejorza” pokpili sprawę, bo mieli już gdańszczan na łopatkach. Ich porażka jest tym bardziej bolesna, że w przekroju całego spotkania byli zespołem wyraźnie lepszym.

Poprzedni

Cracovia i Lechia w finale

Następny

Przegrali z wirusem

Zostaw komentarz