Kłopoty z frekwencją

Chociaż walka o czołowe miejsca w ekstraklasie jest w tym sezonie nad wyraz zacięta, a ostatnio po każdej kolejce dochodzi do zmiany lidera, nie przekłada się to na wyniki oglądalności. W 17. kolejce najlepsza frekwencja była na stadionie Legii, ale 14 tysięcy widzów to wynik znacznie gorszy od średniej na tym obiekcie.

W tym sezonie średnia widzów w naszej piłkarskiej ekstraklasie wynosi 9577 osób na mecz. Tylko w siedmiu spotkaniach zdarzyło się, że na trybunach było ponad 20 tysięcy kibiców. Rekord padł w meczu derbowym Wisły Kraków z Cracovią, który obejrzało 33 tys. widzów. Ale od tamtej pory zespół „Białej Gwiazdy” wciąż przegrywa i przez to traci sympatię fanów. W miniony weekend potyczka wiślaków z Lechią Gdańsk przyciągnęła na trybuny niewiele ponad 10 tysięcy kibiców. Ich poświęcenie poszło na marne, bo ekipa trenera Artura Skowronka przegrała 0:1 i została pożegnana solidną porcją gwizdów i wyzwisk.

Dla Wisły Kraków taka reakcja fanów to zły znak, bo do tej pory mimo fatalnych wyników krakowski klub mógł chociaż chwalić się wysoka frekwencją – pod tym względem zajmuje trzecią lokatę, za Lechem Poznań i Legi Warszawa. W tym sezonie mecze w Poznaniu oglądało średnio 18 071 widzów, na spotkania drugiej w zestawieniu Legii przychodziło średnio 17 150 kibiców. Dla klubu ze stolicy to porażka, bo w poprzednim sezonie miał najlepszą frekwencję w lidze ze średnią na mecz 17 609 widzów. Druga w tej rywalizacji Wisła Kraków zanotował średnią 16 135. W obecnym sezonie „Biała Gwiazda” zajmuje trzecią lokatę z wynikiem 16 235 osób na jedno spotkanie.

Na czwartym miejscu plasuje się przeżywający kryzys formy Górnik Zabrze, na którego domowe mecze przychodziło jednak średnio 15 376 fanów. Piątą lokatę zajmuje aktualny lider ekstraklasy Śląsk Wrocław ze średnią meczową 14 795, ale już w najbliższy weekend wrocławski klub może mocno poprawić ten wynik, bo będzie gościł u siebie zespół Legii, a stadion we Wrocławiu jak wiadomo może pomieści ponad 40 tysięcy widzów.

Kilka słabszych meczów zespołu Lechii Gdańsk natychmiast odbiło się na frekwencji na jej domowych meczach w tej chwili z średnią meczową 11 564 widzów gdański klub plasuje się w ekstraklasie dopiero na szóstej pozycji, chociaż dysponuje stadionem na 42 tysiące miejsc.

Siódma lokata przypadła Jagiellonii Białystok, ale średnia 10 944 widzów to podobnie jak ma to miejsce w przypadku Lechii jest efektem słabszej gry zespołu, który po 17. kolejce wypadł nawet z grupy mistrzowskiej. Względnie przyzwoitą frekwencją, tylko nieznacznie odbiegająca od średniej ligowej, mogą jeszcze pochwalić się Arka Gdynia (8619 widzów) oraz Cracovia (8458).
Najgorsze wyniki pod względem frekwencji notują jak na razie Korona Kielce (5588), Wisła Płock (5487), Łódzki Klub Sportowy (5267), Piast Gliwice (4697), Zagłębie Lubin (4120), Pogoń Szczecin (3812) i zamykający stawkę Raków Częstochowa (3104). Usprawiedliwić swoją obecność w tym gronie może bez trudu jedynie Pogoń, bo stadion w Szczecinie jest w fazie przebudowy i ma ograniczona liczbę miejsc. Zrozumiała jest też niska frekwencja na meczach Rakowa, bo zespół ten od początku sezonu z braku odpowiedniego stadionu w Częstochowie musi grać gościnnie w Bełchatowie. Dobrego alibi nie ma jedynie Piast, bo to przecież aktualny mistrz Polski.

 

PKO Ekstraklasa: Teraz prowadzi Legia

Piłkarze Wisły Płock tylko przez tydzień cieszyli się z pozycji lidera ekstraklasy. W 14. kolejce przegrali we Wrocławiu ze Śląskiem 1:3 i spadli na piąte miejsce. Nowym liderem została Legia Warszawa, która pokonała w Gdyni Arkę 1:0 i wyprzedza drugą w tabeli Cracovię lepszym bilansem bramek.

Dla „Nafciarzy” nie jest to dobry okres. W połowie poprzedniego tygodnia odpadli w 1/16 finału z Pucharu Polski, przegrywając z pierwszoligowym Stomilem Olsztyn w rzutach karnych, a w miniony poniedziałek przegrali ligową potyczkę ze Śląskiem, przez co stracili prowadzenie w tabeli. Była to pierwsza porażka płockiego zespołu w ekstraklasie od 13 września, ale też trudno uznać to za jakąś wielką sensację. W naszej przeciętnej pod względem sportowym najwyższej klasie rozgrywkowej nie ma zespołu, który potrafiłby utrzymać zwycięską passę dłużej niż przez kilka tygodni. Swoje pięć minut miały w tym sezonie Śląsk Wrocław, Jagiellonia Białystok, Pogoń Szczecin i ostatnio Wisła Płock, teraz na ligowym tronie zasiadła Legia Warszawa, ale nie jest wcale powiedziane, że na tym gorącym meblu utrzyma się dłużej od innych drużyn. W ostatniej przed reprezentacyjna przerwą 15. kolejce legioniści zagrają u siebie z Górnikiem Zabrze, „Nafciarze” podejmą Cracovię, Piast zagra w Gliwicach z Jagiellonią, a Lechia Gdańsk u siebie z Pogonią. Wyniki trudno przewidzieć, więc także układ czołówki tabeli na formalne zakończenie rundy jesiennej. Tym bardziej, że prowadząca w tabeli Legia zaliczyła serię trzech meczów z rzędu bez porażki i zgodnie z regułami naszej ekstraklasy jest poważnie zagrożona wpadką.

Bohaterem stołecznego zespołu w meczu z Arką był strzelec gola Jarosław Niezgoda. Było to ósme ligowe trafienie tego 24-letniego napastnika w tym sezonie. Taka liczba goli winduje go na czoło klasyfikacji strzelców ekstraklasy, gdzie są jeszcze Duńczyk Christian Gytkjaer z Lecha Poznań i Hiszpan Jesus Imaz z Jagiellonii. Za plecami tego tercetu z jedną bramką mniej znajdują się Paweł Brożek (Wisła Kraków) i kolejny Hiszpan, Jorge Felix z Piasta Gliwice. Sześcioma trafieniami mogą wykazać się Słoweniec Damjan Bohar (Zagłębie Lubin), Patryk Klimala (Jagiellonia Białystok), Portugalczyk Rafael Lopes (Cracovia) i Artur Sobiech (Lechia), a pięcioma Kostarykanin Felicio Brown Forbes (Raków Częstochowa), Adam Buksa (Pogoń), Hiszpan Erik Exposito (Śląsk Wrocław), Szwajcar Darko Jevtić (Lech), Piotr Parzyszek (Piast), Słowak Robert Pich (Śląsk Wrocław) i Słoweniec Sasza Żivec (Zagłębie Lubin). Ewidentną zmianą na lepsze jest obecność w ścisłej czołówce kilku polskich piłkarzy, a zatem może to któryś z nich zdobędzie na koniec sezonu koronę króla strzelców i przerwie dominację obcokrajowców w tej rywalizacji. Brożek ma już w dorobku dwa takie trofea, ale jest już jak na piłkarza w emerytalnym wieku, a na dodatek podatnym na kontuzje. Większe szanse mają Klimala, Niezgoda, Buksa i Parzyszek, o ile rzecz jasna dotrwają do końca rozgrywek, bo cała czwórka już ma transferowe oferty z zagranicznych klubów.

 

Na szczycie tabeli ścisk jak w metrze

Piłkarze Cracovii ostatni tydzień mieli udany. Pokonali u siebie Pogoń 2:0, potem w Pucharze Polski Bytovię Bytów 3:2, a w minioną sobotę wygrali z Lechią Gdańsk 1:0. „Pasy” są w czubie ligowej tabeli, z szansami na tytuł mistrza jesieni, ale w czołówce ścisk jest ogromny i wystarczą dwa-trzy potknięcia, żeby zlecieć do grupy spadkowej.

Zwycięstwem z Lechią Cracovia zwieńczyło udany tydzień. W ubiegły weekend krakowianie pokonali Pogoń i zepchnęli ją z pozycji lidera, we wtorek awansowali do 1/16 finału Pucharu Polski, a w sobotę po zwycięstwie nad Lechią sami wspięli się na ligowy tron, bo „Portowcy” nie zdołali pokonać u siebie Lecha Poznań i po remisie 1:1 usadowili się za plecami „Pasów”. Ten układ był jednak bardzo tymczasowy, bo już w niedzielę mogły go zburzyć zespoły Piasta i Legii, a w poniedziałek jeszcze Wisła Płock.

Różnica punktowa między pięcioma czołowymi zespołami ekstraklasy jest tak niewielka, że po każdej kolejce kolejność może ulegać zmianie. W najbliższy weekend odbędzie się 15. seria spotkań i w tej chwili trudno przewidzieć, który zespół zdobędzie symboliczny tytuł mistrza jesieni. Symboliczny, bo pozycja lidera ekstraklasy na tym etapie rozgrywek nie daje żadnych gwarancji na zdobycie mistrzostwa Polski. Prawdę mówiąc, nie daje nawet gwarancji zakończenia tego roku w górnej połówce tabeli, bo przecież nasza ekstraklasa zakończy zmagania dopiero 22 grudnia, po rozegraniu 20. kolejki spotkań. Dowodzi tego najlepiej przykład Lechii Gdańsk, dla której porażka z Cracovią była czwartym ligowym meczem bez wygranej (dwie porażki i dwa remisy).Aa przed tą nieudana serią gdańszczanie zajmowali trzecie miejsce i mieli dwa punkty straty do lidera, a teraz przy niekorzystnych dla nich wynikach innych spotkań mogą już po 14. kolejce nawet wypaść z grupy mistrzowskiej.

 

Wyniki 12 kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 12. kolejki:

Zagłębie Lubin – Pogoń Szczecin 0:1
Gol: Adam Buksa (6). Żółte kartki: Balić, Guldan, Suljić – Buksa, Kożulj, Tomas Podstawski, Kowalczyk. Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 4661.

Wisła Kraków – Piast Gliwice 1:2
Gol: David Niepsuj (57) – Piotr Parzyszek (25, 50). Żółte kartki: Niepsuj, Wasilewski, Burliga – Milewski, Rymaniak. Czerwona kartka: Niepsuj (77., za drugą żółtą). Sędziował: Mariusz Złotek (Stalowa Wola).
Widzów: 16 932.

Korona Kielce – Wisła Płock 0:1
Gol: Ricardinho (22). Żółte kartki: Gnjatić, Marquez – Sahiti, Michalski. Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 3621.

Legia Warszawa – Lech Poznań 2:1
Gole: Arvydas Novikovas (63), Maciej Rosołek (76) – Darko Jevtić (55). Żółte kartki: Karbownik, Luis Rocha – Moder, Muhar.
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Widzów: 28 000.

Jagiellonia Białystok – Cracovia 3:2
Gole: Patryk Klimala (11, 55), Taras Romanczuk (82) – Rafael Lopes (9, 59). Żółte kartki: Pospiszil, Romanczuk – Gol, Hanca.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 8622.

Górnik Zabrze – ŁKS Łódź 1:0
Gol: Igor Angulo (79) – Dani Ramirez (50).
Żółte kartki: Sobociński, Srnić, Trąbka (ŁKS).
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 12 869.

Arka Gdynia – Lechia Gdańsk 2:2
Gole: Michał Nalepa (75), Marko Vejinović (90) – Flavio Paixao (51), Artur Sobiech (53).
Żółte kartki: Vejinović – Fila, Haraslin, Mladenović, Augustyn. Czerwona kartka: Udovicić (90., Lechia). Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa). Widzów: 13 011.

Raków Częstochowa – Śląsk Wrocław 1:0
Gol: Piotr Malinowski (90). Żółte kartki: Brown Forbes, Sapała – Musonda. Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa). Widzów: 3041.

Grupa mistrzowska
1. Pogoń            12   24   15:9
2. Wisła Płock    12   22   16:18
3. Piast               12   21   14:9
4. Jagiellonia      12   20   21:14
5. Cracovia         12   20   19:14
6. Legia              12   20   15:13
7. Lechia            12   20   16:12
8. Lech               12   18   22:15
Grupa spadkowa
9. Śląsk              12   18   15:12
10. Zagłębie      12   15   21:20
11. Raków         12   15   14:17
12. Górnik         12   14   11:12
13. Wisła K.       12   11   14:17
14. Arka            12   10   10:20
15. Korona        12     8     6:18
16. ŁKS Łódź     12     8   13:23

Niezgoda na Kulenovicia

Legii Warszawa jako ostatnia z polskich drużyn odpadła z europejskich pucharów, ale i tak ma największy problem. Szefowie stołecznego klubu wpisali bowiem do prognozy budżetowej na nowy sezon wpływy za udział w fazie grupowej Ligi Europy, a że Legia nie dała rady Glasgow Rangers w 4. rundzie eliminacji, brakuje im teraz 20 mln złotych.

W wygranym 3:1 niedzielnym meczu z Rakowem Częstochowa wszystkie gole dla Legii strzelił 24-letni Jarosław Niezgoda, którego po godzinie gry zmienił 29-letni Hiszpan Carlos Daniel Lopez Huesca, bardziej znany pod boiskowym przydomkiem Carlitos. Na boisku, a nawet w kadrze meczowej, zabrakło napastnika Legii numer 1 w tym sezonie, 21-letniego Chorwata Sandro Kulenovicia, na którego serbski trener „Wojskowych” Aleksandar Vuković regularnie stawiał od początku sezonu, mimo jego irytującej jak na napastnika nieskuteczności. Irytującej zwłaszcza dla kibiców Legii, którzy Chorwata ostatnio już tylko bezlitośnie wygwizdywali i lżyli. Vuković na to nie zważał i także w Glasgow, w najważniejszym w tej części sezonu meczu legionistów, wystawił do gry Kulenovicia.

Zapewne nie kierował się bałkańską solidarnością, bo trudno o coś takiego posądzać Serba w relacjach z Chorwatem, raczej zaleceniami swoich przełożonych, którzy z jednej strony liczyli na awans i obiecywali piłkarzom podwójną premię za osiągnięcie tego celu, lecz równolegle szykowali plan awaryjny, którego głównym punktem był transfer Kulenovicia. Dlatego Chorwat, chociaż regularnie zawodził pod bramką rywali, wychodził na boisko w podstawowym składzie, zaś wyraźnie lepsi od niego Carlitos i Niezgoda w spotkaniach pucharowych grzali ławę. Ta strategia jak już wiemy zakończyła się kolejnym niepowodzeniem warszawskiego klubu w europejskich pucharach, ale transfer chorwackiego piłkarza doszedł do skutku. Kulenović wrócił do ojczyzny, do zespołu Dinama Zagrzeb, który pod wodzą znanego z nieudanego epizodu w Lechu Poznań trenera Nenada Bjelicy właśnie awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Kulenović jest zawodnikiem Legii od 2016 roku. Na Łazienkowską trafił właśnie z Dinama Zagrzeb. Sezon 2017/2018 spędził na wypożyczeniu w zespole Primavery Juventusu. Włoski klub miał wtedy po sezonie możliwość wykupu Kulenovicia, ale tego nie zrobił. Po powrocie z wypożyczenia Kulenović zaczął częściej pojawiać się na boisko, ale wchodził najczęściej jako rezerwowy. W poprzednim sezonie uzbierał 25 występów i strzelił cztery gole. W obecnych rozgrywkach był pierwszym wyborem Vukovicia w ataku, chociaż nie potrafił trafić do siatki w dziewięciu meczach z rzędu. W sumie zaliczył w Legii 36 występów i strzelił sześć goli, z czego dwa w tym sezonie w 11 rozegranych meczach. Mimo to Dinamo zapłaciło za niego około dwóch milionów euro.
Szefowie Legii pozbyli się też 33-letniego Tomasza Jodłowca, oddając go ponownie do Piasta Gliwice, tym razem już nie na zasadzie wypożyczenia, jak w poprzednim sezonie, tylko transferu definitywnego. Ten piłkarz był zawodnikiem stołecznego klubu od 19 lutego 2013 roku i wywalczył z nim pięć tytułów mistrza kraju i zdobył czterokrotnie Puchar Polski, zaliczając w sumie 202 występy i zdobywając 19 bramek. Na Łazienkowskiej nie był jednak w ostatnich latach doceniany. Legia zarobiła na jego sprzedaży niespełna pół miliona złotych.

Z transferów tych dwóch graczy do kasy „Wojskowych” wpłynie około dziewięciu milionów złotych, a zatem zbyt mało, by komisja licencyjna PZPN uznała deklarowany przed sezonem budżet za zbilansowany. Nie obędzie się więc bez upokarzającego najbogatszy polski klub piłkarski nadzoru finansowego, bo w kadrze zespołu jaką ma obecnie do dyspozycji trener Vuković, chyba tylko 19-letni bramkarz Radosław Majecki wart jest 5-6 mln euro. Reszta to gracze wyceniani w przedziale 1-2 mln euro, czyli trzeba by było sprzedać z trzech, żeby załatać budżetową dziurę.

Jarosław Niezgoda, mimo hat-tricka strzelonego beniaminkowi ekstraklasy z Częstochowy, na razie nie jest jeszcze materiałem na hitowy transfer, choćby tylko na poziomie sprzedanego latem do Dynama Moskwa 20-letniego pomocnika Sebastiana Szymańskiego, za którego rosyjski klub zapłacił Legii wedle różnych źródeł między 5,5 a 6 mln euro. „Teraz pewnie zacznie się gadanie, że powinienem na niego postawić w meczach z Rangersami (Niezgoda nie zagrał przeciwko szkockiej drużynie w pierwszym meczu w Warszawie, ale trzy dni później zdobył dwie bramki w ligowym spotkaniu z ŁKS Łódź i w Glasgow wszedł na boisko w 56. minucie. Gola nie strzelił, ale w miniona niedzielę zaliczył hat-tricka w meczu Rakowem), bo po prostu odżył za późno. Natomiast, jeśli grałby tak od początku sezonu, na co zresztą czekaliśmy, to przecież on by grał. Ale Kulenović na treningach prezentował się najlepiej i dlatego to on zagrał z Glasgow Rangers” – przekonywał Vuković.

Serbski szkoleniowiec teraz już nie musi kombinować, bo ma w kadrze tylko dwóch napastników – sponiewieranego fatalnym traktowaniem w ostatnich dwóch miesiącach Carlitosa oraz odrodzonego po dwóch latach zmagań z zaburzeniami pracy mięśnia sercowego Niezgodę. „Cały czas pracujemy nad tym, by wrócił do najwyższej formy. Jeśli będzie grał na takim poziomie, jak z Rakowem, to będzie numerem jeden. Jeśli lepszy od niego będzie Carlitos, to będzie grał Carlitos. Dla mnie to oczywiste. Chcę stawiać na najlepszych graczy i chciałbym, żeby wiedział to każdy piłkarz w zespole i każdy kibic na trybunach. Niech nikt mi nie zarzuca, że działam na niekorzyść drużyny, bo to nieprawda” – zakończył temat Niezgody Vuković.

 

Grają o Puchar Polski

Rozlosowano pary 1/32 Pucharu Polski. Obrońca tytułu Lechia Gdańsk zmierzy się w tej fazie z Gryfem Wejherowo. Najciekawsza rywalizacja zapowiada się w meczu Cracovii z Jagiellonią Białystok.

W rozgrywkach obowiązuje przepis o obowiązkowym wstawianiu do składu młodzieżowca – przynajmniej jednego piłkarza z rocznika 1998 roku lub młodszych. W Pucharze Polski w żadnej z rund nie ma meczów rewanżowych. W przypadku remisu, następuje dogrywka, a po niej rzuty karne. W dodatkowych 30 minutach trenerzy będą mogli przeprowadzić czwartą zmianę.
Zwycięzca Pucharu Polski otrzyma premię finansową w wysokości 3 milionów złotych oraz zagra w eliminacjach Ligi Europy. Finał odbędzie się 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przed rokiem Lechia Gdańsk zdobyła trofeum pokonując w finale Jagiellonię Białystok 1:0 po golu Artura Sobiecha.

Zestaw par 1/32 finału Pucharu Polski:
Unia Skierniewice – Piast Gliwice, Puszcza Niepołomice – Legia Warszawa, Cracovia – Jagiellonia Białystok, Gryf Wejherowo – Lechia Gdańsk, Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn, Odra Opole – Arka Gdynia, Pogoń Siedlce – Podbeskidzie Bielsko-Biała, Chemik Police – Stal Stalowa Wola, GKS Jastrzębie – Bruk-Bet Nieciecza, Zagłębie II Lubin – Miedź Legnica, Rekord Bielsko-Biała – Concordia Elbląg, Legia II Warszawa – Wigry Suwałki, Elana Toruń – Radomiak, Chełmianka – Znicz Pruszków, Błękitni Stargard – Wisła Kraków, Chojniczanka – Raków Częstochowa, Stal Rzeszów – Pogoń Szczecin, KSZO Ostrowiec Św. – Sandecja Nowy Sącz, GKS Katowice – Warta Poznań, Gryf Słupsk – Górnik Łęczna, Widzew Łódź – Śląsk Wrocław, Hutnik Kraków – Resovia, Chemik Moderator Bydgoszcz – Wisła Płock, Stal Brzeg – Olimpia Elbląg, Stilon Gorzów – Olimpia Zambrów, Chrobry Głogów – Lech Poznań, Zagłębie Sosnowiec – ŁKS Łódź, GKS Bełchatów – GKS Tychy, Garbarnia Kraków – Bytovia, Polonia Środa Wlkp. – Górnik Zabrze, Korona Kielce – Zagłębie Lubin, Olimpia Grudziądz – Stal Mielec. Mecze rozstaną rozegrane w dniach 24-26 sierpnia.

 

Pogoń za Śląskiem

Trwa dobra passa piłkarzy Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław. „Portowcy” w zamykającym 5. kolejkę poniedziałkowym meczu pokonali na wyjeździe Koronę Kielce 1:0. Był to już ich ósme ligowe spotkanie z rzędu, w którym szczecińska drużyna nie poniosła porażki. Ale większą uwagę kibiców i tak skupia Legia Warszawa, która jeszcze walczy w Lidze Europy.

Kibice w Szczecinie dawno nie mieli tylu powodów do radości. W tym sezonie „Portowcy” są jak na razie niepokonani – zwyciężyli Legię, Arkę, Wisłę Kraków i Koronę Kielce oraz zremisowali z Piastem. W Kielcach już od pierwszych minut narzucili przeciwnikom swoje warunki gry. Bramkowe szanse zmarnowali jednak Zvonimir Kozulj i Jakub Bartkowski, ale w 17. minucie wyręczył ich 20-letni kapitan drużyny Sebastian Kowalczyk, który w polu karnym ograł Adnana Kovacevicia i mocnym strzałem w okienko pokonał bramkarza Korony i został najmłodszym kapitanem w ekstraklasie z ligowym trafieniem.

Trener kieleckiego zespołu Gino Lettieri po zmianie stron wprowadził do gry dwóch świeżych piłkarzy. Na murawie pojawili się Marcin Cebula i Matej Pućko, a zeszli Rodrigo Zalazar i Uros Duranović. Potem szkoleniowiec ekipy gospodarzy posłał na boisko jeszcze Michała Żyro, który w poprzednim sezonie był piłkarzem Pogoni. Wejście byłego reprezentanta Polski nie przyniosło jednak spodziewanych efektów i ostatecznie zespół „Portowców” zdobył komplet punktów. Warto odnotować, że bramkarz Pogoni Dante Stipica w czwartym spotkaniu z rzędu zachował czyste konto. Po raz ostatni został pokonany w 1. kolejce obecnego sezonu przez napastnika Legii Warszawa Sandro Kulenovicia.

I jak na razie była to jedyna ligowa bramka zdobyta przez tego 20-letniego chorwackiego napastnika. Równie skuteczny jest w kwalifikacjach Ligi Europy – w nich też trafił tylko raz, w rewanżowym spotkaniu I rundy z gibraltarskim College Europa FC. Potem zaliczył puste przebiegi, ma też na koncie spudłowany rzut karny. Przytaczamy ten niezbyt pokaźny dorobek Kulenovicia, bo po w niedzielnym meczu Legii z Zagłębiem Lubin (1:0) kibice stołecznego zespołu straszliwie go wygwizdali i zelżyli. Ta bezlitosna, choć typowo kibicowska recenzja boiskowych wyczynów piłkarza, nie spodobała się trenerowi Legii Aleksandarovi Vukoviciowi. Serbski szkoleniowiec, chociaż jako piłkarz i trener warszawskiego zespołu zdążył w swoim życiu zobaczyć najróżniejsze przejawy jego relacji z kibicami, z jakiegoś powodu postanowił wykonać medialną szarżę w obronie Kulenovicia. „To jest przykre, niezrozumiałe, wręcz obrzydliwe zachowanie kibiców wobec 20-letniego chłopaka, który zostawia serce na boisku. Nie oczekuję, że na Łazienkowskiej panować będą angielskie zwyczaje, jak choćby w Chelsea, gdzie Frank Lampard przegrywa 0:4 z Manchesterem United i jest przez fanów swojej drużyny oklaskiwany. Ale oczekuję więcej szacunku dla moich piłkarzy” – grzmiał Vuković.

Tylko czy na pewni miał rację prąc do zwarcia z nienawykłą do takiego łajania kibolską ferajną? Rzeczony Kulenović w w spotkaniu z Zagłębiem grał do 81. minuty. Nie tylko nie strzelił gola, co jest przecież głównym zadaniem środkowego napastnika, lecz w każdym innym aspekcie zaprezentował się bardzo przeciętnie, a momentami wręcz fatalnie. Został zmieniony przez Mateusza Wieteskę, zaś na ławce rezerwowych z chmurną miną pozostał Carlitos, najskuteczniejszy piłkarz Legii w poprzednim sezonie. Hiszpan po zakończeniu spotkania nie dołączył do cieszących się ze zwycięstwa kolegów, tylko od razu poszedł pod trybuny.

Carlitos latem miał odejść z Legii, ale z jakiegoś powodu do transferu nie doszło. To jest niezły piłkarz, dobrze wyszkolony technicznie, ruchliwy, potrafiący nie tylko wykorzystywać, ale też kreować strzeleckie sytuacje. Pod tym względem bije Kulenovicia na głowę i dlatego fani Legii mają pretensje do Vukovicia, że z takim uporem stawia na mało zwrotnego i chaotycznego Chorwata. Na dodatek notorycznie zawodzącego pod bramką rywali, co dyskwalifikuje go jako napastnika. „Sandro jest dla nas pierwszą opcją, bo zasługuje na to swoją pracą. To decyzja podjęta na podstawie tego, co widzę w codziennej pracy drużyny. W meczu z Zagłębiem wszedł za niego Mateusz Wieteska, który zapewnił nam awans w meczu z Kuopio. Doznał jednak kontuzji i wypadł na jeden mecz, ale to ważny gracz w naszym zespole. A Carlitos? No cóż, jak każdy walczy o swoje miejsce w składzie. Musi pracować i czekać na swoją szansę” – stwierdził Vuković. Kibice Legii najwyraźniej mają w tej kwestii odmienny pogląd.

Może wiedzą, że kierownictwo klubu chce korzystnie sprzedać Kulenovicia i dlatego chorwacki piłkarz pojawia się regularnie w składzie. Vuković nie ma tu nic do gadania, ale nie może się do tego publicznie przyznać, to plecie bez sensu, bo przecież każdy widzi, że Kulenović jest piłkarzem przeciętnym. W czwartkowym starciu z Glasgow Rangers przekonamy się pewnie o tym dobitnie, ale czy ktoś na serio liczy, że legioniści wyeliminują szkocki zespół?

Kadra Rangers FC na mecze z Legią w Lidze Europy:
Bramkarze: 1. Allan McGregor, 12. Andy Firth, 13. Wes Foderingham.
Obrońcy: 2. James Tavernier, 4. George Edmundson, 6. Connor Goldson, 15. Jon Flanagan, 19. Nikola Katić, 31. Borna Barišić, 44. Aidan Wilson, 46. Rhys Breen, 48. Jordan Houston, 51. Lewis Mayo, 56. Daniel Finlayson, 63. Nathan Patterson, 71. Murray Miller, 72. Kyle McClelland, 75. Harris O’Connor,.
Pomocnicy: 8. Ryan Jack, 10. Steven Davis, 11. Sheyi Ojo, 16. Andy Halliday, 18. Glen Kamara, 24. Greg Stewart, 29. Andy King, 33. Jamie Barjonas, 37. Scott Arfield, 47. Jack Thomson, 57. Zac Butterworth, 61. Kieran McKechnie, 64. Josh McPake, 65. Ben Williamson, 73. Ciaran Dickson, 81. Cole McKinnon, 84. Alex Lowry.
Napastnicy: 9. Jermain Defoe, 17. Joe Aribo, 20. Alfredo Morelos, 21. Brandon Barker, 22. Jordan Jones.

 

Legia budzi zawiść

Piast Gliwice, Lechia Gdańsk i Cracovia już odpadły z europejskich pucharów. Na placu boju w kwalifikacjach Ligi Europy została tylko Legia Warszawa, którą krajowi konkurenci krytykują, że przełożyła mecz w rodzimej lidze między pucharowymi spotkaniami z Atromitosem Ateny.

Legioniści w III rundzie eliminacji Ligi Europy zmierzą się z Atromitosem Ateny. Pierwsze spotkanie rozegrają już w czwartek 8 sierpnia, zaś rewanż w środę 14 sierpnia. Stołeczny klub poprosił więc władze Ekstraklasy SA o przełożenie ligowego meczu wypadającego pomiędzy dwiema potyczkami z greckim zespołem. Konkretnie prośba dotyczyła niedzielnego spotkania 4. kolejki PKO Ekstraklasy z Wisłą Płock. Przychylenie się do tej prośby nie wszystkim się jednak spodobało, a co najdziwniejsze – wśród malkontentów znalazł się też prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na Twitterze ironicznie napisał, że „każdy normalny piłkarz woli grać środa-niedziela-środa”.

Vuković kontruje Bońka

Trener Legii Aleksandar Vuković ma ostatnio nerwy napięte jak postronki, bo chociaż jego zespół przebrnął przez dwie rundy kwalifikacji Ligi Europy, to zważywszy na klasę rywali, gibraltarski College Europe FC czy fiński Kuopio nie należą przecież do potentatów, zrobił to w niezbyt efektownym stylu. W ekstraklasie legioniści także nie imponowali formą – w trzech meczach zdobyli tylko cztery punkty. Jak to zwykle w Legii bywa, zaczęły krążyć plotki o rychłej zmianie trenera, które zapewne znacznie podniosły ciśnienie serbskiemu szkoleniowcowi.

Po zremisowanym 0:0 meczu ze Śląskiem Vuković nie zdzierżył i w wypowiedziach dla mediów pozwolił sobie na ripostę pod adresem krytykantów, w tym także prezesa PZPN. „Nie ukrywam, że mojemu zespołowi przyda się lekki oddech. Być może te kilka dni więcej odpoczynku nie odegra decydującej roli w rywalizacji z Atromitosem o awans do kolejnej rundy, ale równie dobrze może mieć rozstrzygające znaczenie. Każdy, kto zna się na piłce powinien zdawać sobie z tego sprawę. Mamy początek sezonu i żeby częstotliwość grania co trzy dni nie stanowiła problemu, w sytuacji gdy jest mniej treningów, to patrząc na sprawę pod kątem przygotowania fizycznego dłuższe przerwy między meczami są wskazane. Spójrzmy chociażby na niektórych zawodników, u których już na początku sezonu pojawiły się problemy z urazami. Wiem, o co chodziło prezesowi Bońkowi, ale w tym momencie jego uwaga jest nietrafiona. Za miesiąc każdy z moich zawodników znajdzie się już w takim rytmie meczowym, że będzie dla niego lepiej grać co trzy dni, niż trenować przez tydzień i czekać na następny mecz” – przekonuje szkoleniowiec Legii.

Gdzie podziała się solidarność?

Jeszcze większą irytację Vukovicia wywołały jednak krytyczne uwagi o przełożeniu ligowego spotkania z Wisłą Płock w czwartej kolejce. „Gdzie jest ponoć tak ceniona przez Polaków solidarność? Czyżby umarła razem z „Solidarnością”? Od miesiąca gramy w systemie czwartek – niedziela – czwartek i mam nadzieję, że pogramy tak jeszcze dłużej. Nasza prośba o niewielką ulgę powinna się spotkać z większym zrozumieniem, zwłaszcza że w innych ligach takie wsparcie nie jest niczym wyjątkowym. W mojej rodzinnej Serbii drużyny Partizan czy Crvenej Zvezdy przekładają swoje ligowe mecze i nikt tego nie krytykuje, a wręcz przeciwnie – wszyscy chcą, żeby zespoły reprezentujące kraj grały w europejskich pucharach jak najdłużej” – przekonuje Vuković.

O wsparcie dla Legii upomniał się też jej były zawodnik, obecnie grając w Śląsku Wrocław Krzysztof Mączyński. „Wierzę w Legię. Ten zespół zasługuje na więcej szacunku, bo walczy w pucharach w interesie całej polskiej ligi. Dlatego nie rozumiem pretensji p przełożenie meczu z Wisłą Płock. Jeżeli jest taka możliwość, to dlaczego z niej nie skorzystać? Dziwię się, że wcześniej nie poprosiły o to Piast i Lechia” – mówi były reprezentant Polski.

Atromitos jest w zasięgu Legii?

O sile greckiego zespołu w Polsce niewiele wiadomo, poza tym, że jej zawodnikiem jest znany z gry w Pogoni Szczecin i Wiśle Kraków Dawid Kort. Jeśli czegoś można być pewnym, to tylko tego, że do meczów z Legią ateńczycy na pewno nie przystąpią w swojej optymalnej formie. Z tej prostej przyczyny, że znajdują się dopiero w końcowym etapie przygotowań do nowego sezonu greckiej ekstraklasy, który rozpocznie się 24 sierpnia. Kibice, którzy w najbliższy czwartek wybiorą się na stadion przy Łazienkowskiej, nie powinni zatem nastawiać się na oglądanie widowiska na europejskim poziomie. Znawcy futbolu prognozują, że raczej będzie to spektakl przypominający niedzielną potyczkę legionistów ze Śląskiem Wrocław, czyli grecki zespół będzie blokował dostęp do swojego pola karnego i straszył legionistów szybkimi kontratakami. Wrocławianom taka taktyka przyniosła bezbramkowy remis, a taki wynik pewnie i dla Atromitosu będzie satysfakcjonujący.

Trener Vuković nie będzie mia do dyspozycji wszystkich graczy, bo kontuzjowani są Cafu, William Remy i Vamara Sanogo, a występ pauzującego w spotkaniu ze Śląskiem Mateusza Wieteski jest niepewny. Nie ma też co liczyć na zaangażowanie Sandro Kulenovicia, bo Chorwat szykuje się do transferu. Reszta graczy być może zrobi wszystko, żeby awansować do IV rundy. W niej rywalem legionistów byłby duński FC Midtjylland lub szkocki Glasgow Rangers.

 

Falstart gospodarzy

Legia Warszawa fatalnie rozpoczęła marsz po odzyskanie mistrzostwa Polski, przegrywając u siebie 1:2 z Pogonią Szczecin. Ale nie tylko warszawianie zaliczyli falstart w rozgrywkach na własnym boisku. W pierwszej kolejce nie wygrał żaden z ośmiu gospodarzy meczów, co jest pierwszym takim przypadkiem od sześciu lat.

Po raz ostatni taka wtopa gospodarzy miała miejsce w listopadzie 2012 roku, kiedy to w 11. kolejce goście wygrali siedem z ośmiu spotkań, a w jednym wywalczyli remis. Tym razem atutu własnego boiska nie wykorzystały zespoły aktualnego mistrza Polski Piasta Gliwice i wicemistrza Legii Warszawa, a oprócz nich jeszcze ekipy Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Wisły Płock, ŁKS Łódź, Rakowa Częstochowa oraz Arki Gdynia, która u siebie dała się rozgromić Jagiellonii aż 0:3.

Wysoka wygrana białostocczan zapewniła im pozycję lidera po pierwszej kolejce, ale ten sukces przytłumiły chuligańskie ekscesy dużej grupy fanów tego klubu uczestniczącej w brutalnej napaści na niedzielny marsz równości w Białymstoku. Stworzyło to spory problem dla szefów Jagiellonii, bo z jednej strony wypadało potępić takie obrzydliwe zachowania, ale z drugiej strony władze klubów naszej ekstraklasy wolą unikać jakichkolwiek zwarć z kibolami i dlatego często przyjmują strusią taktykę chowania głowy w piasek.

Od strony czysto sportowej Jagiellonia miała jednak bardzo udaną inaugurację sezonu, czego nie doświadczyła po raz kolejny w ostatnich latach stołeczna Legia.

Pretensje do Mioduskiego

W sobotę ponad 12 tysięcy widzów przeżyło rozczarowanie oglądając porażkę legionistów z Pogonią Szczecin. Gospodarze zaczęli obiecująco, bo po godzinie gry jako pierwsi strzelili gola, lecz nie zdołali dowieść tego wyniku do końca. Dla „Portowców” trafili Adam Buksa i Zvonimir Kożulj i właściciel warszawskiego klubu znów musiał wysłuchać trochę obelżywych przyśpiewek pod swoim adresem, w stylu „Hej Mioduski, co zrobiłeś, naszą Legię sp…łeś”.

Przegrywając z Pogonią zespół Legii wydłużył pauzę od ostatniego zwycięstwa na swoim stadionie do trzech miesięcy. Po raz ostatni legioniści wygrali w lidze 20 kwietnia (1:0 z Cracovią). Po przeprowadzonej latem rewolucji kadrowej zespół miał już od startu walczyć o odzyskanie mistrzostwa Polski. Rzecz jasna porażka z Pogonią jeszcze tych planów nie przekreśla, ale jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów stoper Legii Mateusz Wieteska, po tej porażce każdy z kolejnych rywali będzie przyjeżdżał na Łazienkowską bez strachu i jak po swoje.

Po słabych meczach w I rundzie eliminacji Ligi Europy z gibraltarskim College Europa FC, trener Aleksandar Vuković wymienił linię pomocy – zostawił w niej tylko Gruzina Waleriana Gwilię, a Carlitosa, Andre Martinsa i Arvydasa Novikovasa posadził na ławce rezerwowych, zaś poobijanego Dominika Nagy’a nawet nie włączył do kadry meczowej. Szansę pokazania się dostali Brazylijczyk Luquinhas, Mateusz Praszelik i Tomasz Jodłowiec, a na skrzydło z prawej obrony został przesunięty Marko Vesović. Ten eksperyment kadrowy niespecjalnie się udał, bo dla 19-letniego Praszelika i 23-letniego Luquinhasa był to debiut w ekstraklasie i obu świadomość tego trochę plątała nogi. Tym bardziej, że słabo zagrał bardziej od nich doświadczony Jodłowiec. Legioniści mieli spore problemy z utrzymaniem się przy piłce na połowie gości, a na własnej zdarzyły im się trzy proste straty (dwie William Remy, jedna Gwilia), których „Portowcy” nie wykorzystali. Wyciągnęli jednak z tego wnioski i w końcu znaleźli sposób na pokonanie Radosława Majeckiego.

Legię w czwartek 25 lipca czeka kolejny występ w roli gospodarza, tym razem w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z fińskim Kuopio Palloseura. Byłoby dobrze wygrać to spotkania jak najwyżej, bo Finowie, podobnie jak gibraltarski College Europe FC, mają boisko ze sztuczną trawą. Jak pamiętamy, legioniści na wyjeździe z amatorami z Gibraltaru tylko zremisowali 0:0, a Kuopio jest chyba trochę lepszym zespołem. Lepiej nie kusić losu i nie zostawiać rozstrzygnięcia na spotkanie rewanżowe.

Pucharowicze z zadyszką

Lechia zaczęła sezon od zdobycia Superpucharu Polski, ale w pierwszym ligowym spotkaniu, na wyjeździe z beniaminkiem ŁKS Łódź, gdańszczanie wywalczyli jedynie bezbramkowy remis. Trener Piotr Stokowiec do starcia z łodzianami nie posłał na boisko m.in. Sławomira Peszki, Flavio Paixao, Rafała Wolskiego czy Tomasza Makowskiego. Być może oszczędzał tych graczy na czwartkowy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Broendby Kopenhaga. Inna sprawa, że od 43. minuty jego zespół musiał grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla pozyskanego latem z Zagłębia Sosnowiec Zarko Udovicicia. Te okoliczności utrudniają właściwą ocenę aktualnej formy zespołu Lechii i jego szans w starciu z duńskim rywalem.

Trzeci z naszych „pucharowiczów”, Piast Gliwice, w pierwszej kolejce u siebie z największym trudem zremisował z Lechem Poznań 1:1. Gliwiczanie są jednak w niezłej formie, która na dodatek z meczu na mecz rośnie, więc o wynik ich konfrontacji z FK Ryga możemy być chyba spokojni.

 

Tylko Legia miała szczęście w losowaniu

W losowaniu par I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice trafił na BATE Borysów, natomiast w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy Cracovia zmierzy się z FC Dunajska Streda, zaś Legia Warszawa z lepszym z pary Sankt Julia (Andora) – College Europa (Gibraltar).

Ceremonia losowania odbyła się w miniony wtorek w szwajcarskiej siedzibie UEFA w Nyonie. W losowaniu par I rundy eliminacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice, jako debiutant tych elitarnych rozgrywkach, znalazł się w grupie zespołów z niskim współczynnikiem i nie miał szans na rozstawienie. To oznaczało, że już w pierwszej rundzie może trafić na mocnego przeciwnika, ale przy odrobinie farta także na możliwego do ogrania. W zestawie możliwych rywali mistrzów Polski znalazły się drużyny BATE Borysów, NK Maribor, Rosenborg Trondheim, HJK Helsinki, Dundalk FC i New Saints FC.

Niestety, szczęście nie uśmiechnęło się do zespołu trenera Waldemara Fornalika, bo gliwiczanie wylosowali potencjalnie najgroźniejszego z możliwych przeciwników. Białoruski zespół ma na koncie występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów – od 2008 roku aż pięciokrotnie docierał do tego etapu rywalizacji w elicie, a ponadto czterokrotnie występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Szacuje się, że Białorusini w tym okresie zarobili w europejskich pucharach ponad 70 milionów euro. Dorobek Piasta na arenie międzynarodowej jest nieporównywalnie skromniejszy, drużyna ze Śląska dwa razy uczestniczyła w kwalifikacjach do Ligi Europy i odpadała w drugiej rundzie z Qarabagem Agdam i IFK Goteborg.

Pierwsze mecze I rundy kwalifikacji obecnej edycji Ligi Mistrzów odbędą się 9 i 10 lipca, a do rewanżów dojdzie tydzień później (16-17 lipca). Gliwiczanie rozpoczną zmagania od wyjazdu na Białoruś. Ich ewentualne niepowodzenie nie skończy tegorocznej przygody z europejskimi pucharami, bowiem przegrani w I rundzie trafią do II rundy eliminacyjnej Ligi Europy i znajdą się tam na tzw. ścieżce mistrzowskiej.
We wtorek dokonano też losowania par I rundy kwalifikacji Ligi Europy. Uczestniczyły w nich dwa polskie zespoły – Legia Warszawa i Cracovia, bo Lechia, jako zdobywca Pucharu Polski, rywalizację rozpocznie dopiero od drugiej rundy zmagań.
Szczęście nie uśmiechnęło się do Cracovii, bo ekipa „Pasów” wylosowała wicemistrza Słowacji Dunajska Stredę. Krakowianie mogli też trafić na zespoły Teuta Durres (Albania), SP La Fiorita (San Marino) lub UE Engordany (Andora), NK Siroki Brijeg (Bośnia i Hercegowina) oraz Żalgiris Kowno (Litwa), los przydzielił mim jednak przeciwnika chyba najmocniejszego w tej grupie zespołów. W poprzednim sezonie ze słowackimi drużynami w europejskich pucharach nie poradziły sobie Legia Warszawa (odpadła w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava 0:2 i 1:0) oraz Górnik Zabrze w kwalifikacjach Ligi Europy (odpadł z AS Trencin 0:1 i 1:4). Skoro ekipa Dunajskiej Stredy zdołała wywalczyć wicemistrzostwo Słowacji, musi to być mocna piłkarsko drużyna.

Cracovia w europejskich rozgrywkach wystartuje po raz czwarty. Jej dotychczasowy bilans to jedno zwycięstwo ze Sturmem Graz odniesione w 1983 roku w Pucharze Intertoto, jeden remis i osiem porażek. W tej dekadzie odpadła z Ligi Europy po dwóch spotkaniach ze Skendiją Tetowo w 2017 roku. Trudno powiedzieć czy prowadzona przez Michała Probierza ekipa „Pasów” będzie w stanie poprawić te kiepskie statystyki. Pierwszy mecz zostanie rozegrany w Krakowie.

Z trójki naszych zespołów zdecydowanie najwięcej szczęścia miała Legia Warszawa. Jej przeciwnikiem w I rundzie będzie albo zespół z Gibraltaru (College Europa), albo z Andory (Sankt Julia), które najpierw zmierzą się w preeliminacjach.
Legia jest najwyżej notowanym w rankingu UEFA polskim klubem. W europejskich pucharach reprezentuje polską ligę nieprzerwanie od 2011 roku. W poprzednim sezonie stołeczny klub stracił mistrzostwo kraju na rzecz Piasta Gliwice i dlatego obecny pucharowy sezon rozpocznie w eliminacjach Ligi Europy. Żeby dostać się do fazy grupowej tych rozgrywek warszawski zespół będzie musiał wyeliminować czterech przeciwników. Z pierwszym nie powinien mieć większych kłopotów.