Niezgoda na Kulenovicia

Legii Warszawa jako ostatnia z polskich drużyn odpadła z europejskich pucharów, ale i tak ma największy problem. Szefowie stołecznego klubu wpisali bowiem do prognozy budżetowej na nowy sezon wpływy za udział w fazie grupowej Ligi Europy, a że Legia nie dała rady Glasgow Rangers w 4. rundzie eliminacji, brakuje im teraz 20 mln złotych.

W wygranym 3:1 niedzielnym meczu z Rakowem Częstochowa wszystkie gole dla Legii strzelił 24-letni Jarosław Niezgoda, którego po godzinie gry zmienił 29-letni Hiszpan Carlos Daniel Lopez Huesca, bardziej znany pod boiskowym przydomkiem Carlitos. Na boisku, a nawet w kadrze meczowej, zabrakło napastnika Legii numer 1 w tym sezonie, 21-letniego Chorwata Sandro Kulenovicia, na którego serbski trener „Wojskowych” Aleksandar Vuković regularnie stawiał od początku sezonu, mimo jego irytującej jak na napastnika nieskuteczności. Irytującej zwłaszcza dla kibiców Legii, którzy Chorwata ostatnio już tylko bezlitośnie wygwizdywali i lżyli. Vuković na to nie zważał i także w Glasgow, w najważniejszym w tej części sezonu meczu legionistów, wystawił do gry Kulenovicia.

Zapewne nie kierował się bałkańską solidarnością, bo trudno o coś takiego posądzać Serba w relacjach z Chorwatem, raczej zaleceniami swoich przełożonych, którzy z jednej strony liczyli na awans i obiecywali piłkarzom podwójną premię za osiągnięcie tego celu, lecz równolegle szykowali plan awaryjny, którego głównym punktem był transfer Kulenovicia. Dlatego Chorwat, chociaż regularnie zawodził pod bramką rywali, wychodził na boisko w podstawowym składzie, zaś wyraźnie lepsi od niego Carlitos i Niezgoda w spotkaniach pucharowych grzali ławę. Ta strategia jak już wiemy zakończyła się kolejnym niepowodzeniem warszawskiego klubu w europejskich pucharach, ale transfer chorwackiego piłkarza doszedł do skutku. Kulenović wrócił do ojczyzny, do zespołu Dinama Zagrzeb, który pod wodzą znanego z nieudanego epizodu w Lechu Poznań trenera Nenada Bjelicy właśnie awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Kulenović jest zawodnikiem Legii od 2016 roku. Na Łazienkowską trafił właśnie z Dinama Zagrzeb. Sezon 2017/2018 spędził na wypożyczeniu w zespole Primavery Juventusu. Włoski klub miał wtedy po sezonie możliwość wykupu Kulenovicia, ale tego nie zrobił. Po powrocie z wypożyczenia Kulenović zaczął częściej pojawiać się na boisko, ale wchodził najczęściej jako rezerwowy. W poprzednim sezonie uzbierał 25 występów i strzelił cztery gole. W obecnych rozgrywkach był pierwszym wyborem Vukovicia w ataku, chociaż nie potrafił trafić do siatki w dziewięciu meczach z rzędu. W sumie zaliczył w Legii 36 występów i strzelił sześć goli, z czego dwa w tym sezonie w 11 rozegranych meczach. Mimo to Dinamo zapłaciło za niego około dwóch milionów euro.
Szefowie Legii pozbyli się też 33-letniego Tomasza Jodłowca, oddając go ponownie do Piasta Gliwice, tym razem już nie na zasadzie wypożyczenia, jak w poprzednim sezonie, tylko transferu definitywnego. Ten piłkarz był zawodnikiem stołecznego klubu od 19 lutego 2013 roku i wywalczył z nim pięć tytułów mistrza kraju i zdobył czterokrotnie Puchar Polski, zaliczając w sumie 202 występy i zdobywając 19 bramek. Na Łazienkowskiej nie był jednak w ostatnich latach doceniany. Legia zarobiła na jego sprzedaży niespełna pół miliona złotych.

Z transferów tych dwóch graczy do kasy „Wojskowych” wpłynie około dziewięciu milionów złotych, a zatem zbyt mało, by komisja licencyjna PZPN uznała deklarowany przed sezonem budżet za zbilansowany. Nie obędzie się więc bez upokarzającego najbogatszy polski klub piłkarski nadzoru finansowego, bo w kadrze zespołu jaką ma obecnie do dyspozycji trener Vuković, chyba tylko 19-letni bramkarz Radosław Majecki wart jest 5-6 mln euro. Reszta to gracze wyceniani w przedziale 1-2 mln euro, czyli trzeba by było sprzedać z trzech, żeby załatać budżetową dziurę.

Jarosław Niezgoda, mimo hat-tricka strzelonego beniaminkowi ekstraklasy z Częstochowy, na razie nie jest jeszcze materiałem na hitowy transfer, choćby tylko na poziomie sprzedanego latem do Dynama Moskwa 20-letniego pomocnika Sebastiana Szymańskiego, za którego rosyjski klub zapłacił Legii wedle różnych źródeł między 5,5 a 6 mln euro. „Teraz pewnie zacznie się gadanie, że powinienem na niego postawić w meczach z Rangersami (Niezgoda nie zagrał przeciwko szkockiej drużynie w pierwszym meczu w Warszawie, ale trzy dni później zdobył dwie bramki w ligowym spotkaniu z ŁKS Łódź i w Glasgow wszedł na boisko w 56. minucie. Gola nie strzelił, ale w miniona niedzielę zaliczył hat-tricka w meczu Rakowem), bo po prostu odżył za późno. Natomiast, jeśli grałby tak od początku sezonu, na co zresztą czekaliśmy, to przecież on by grał. Ale Kulenović na treningach prezentował się najlepiej i dlatego to on zagrał z Glasgow Rangers” – przekonywał Vuković.

Serbski szkoleniowiec teraz już nie musi kombinować, bo ma w kadrze tylko dwóch napastników – sponiewieranego fatalnym traktowaniem w ostatnich dwóch miesiącach Carlitosa oraz odrodzonego po dwóch latach zmagań z zaburzeniami pracy mięśnia sercowego Niezgodę. „Cały czas pracujemy nad tym, by wrócił do najwyższej formy. Jeśli będzie grał na takim poziomie, jak z Rakowem, to będzie numerem jeden. Jeśli lepszy od niego będzie Carlitos, to będzie grał Carlitos. Dla mnie to oczywiste. Chcę stawiać na najlepszych graczy i chciałbym, żeby wiedział to każdy piłkarz w zespole i każdy kibic na trybunach. Niech nikt mi nie zarzuca, że działam na niekorzyść drużyny, bo to nieprawda” – zakończył temat Niezgody Vuković.

 

Grają o Puchar Polski

Rozlosowano pary 1/32 Pucharu Polski. Obrońca tytułu Lechia Gdańsk zmierzy się w tej fazie z Gryfem Wejherowo. Najciekawsza rywalizacja zapowiada się w meczu Cracovii z Jagiellonią Białystok.

W rozgrywkach obowiązuje przepis o obowiązkowym wstawianiu do składu młodzieżowca – przynajmniej jednego piłkarza z rocznika 1998 roku lub młodszych. W Pucharze Polski w żadnej z rund nie ma meczów rewanżowych. W przypadku remisu, następuje dogrywka, a po niej rzuty karne. W dodatkowych 30 minutach trenerzy będą mogli przeprowadzić czwartą zmianę.
Zwycięzca Pucharu Polski otrzyma premię finansową w wysokości 3 milionów złotych oraz zagra w eliminacjach Ligi Europy. Finał odbędzie się 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przed rokiem Lechia Gdańsk zdobyła trofeum pokonując w finale Jagiellonię Białystok 1:0 po golu Artura Sobiecha.

Zestaw par 1/32 finału Pucharu Polski:
Unia Skierniewice – Piast Gliwice, Puszcza Niepołomice – Legia Warszawa, Cracovia – Jagiellonia Białystok, Gryf Wejherowo – Lechia Gdańsk, Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn, Odra Opole – Arka Gdynia, Pogoń Siedlce – Podbeskidzie Bielsko-Biała, Chemik Police – Stal Stalowa Wola, GKS Jastrzębie – Bruk-Bet Nieciecza, Zagłębie II Lubin – Miedź Legnica, Rekord Bielsko-Biała – Concordia Elbląg, Legia II Warszawa – Wigry Suwałki, Elana Toruń – Radomiak, Chełmianka – Znicz Pruszków, Błękitni Stargard – Wisła Kraków, Chojniczanka – Raków Częstochowa, Stal Rzeszów – Pogoń Szczecin, KSZO Ostrowiec Św. – Sandecja Nowy Sącz, GKS Katowice – Warta Poznań, Gryf Słupsk – Górnik Łęczna, Widzew Łódź – Śląsk Wrocław, Hutnik Kraków – Resovia, Chemik Moderator Bydgoszcz – Wisła Płock, Stal Brzeg – Olimpia Elbląg, Stilon Gorzów – Olimpia Zambrów, Chrobry Głogów – Lech Poznań, Zagłębie Sosnowiec – ŁKS Łódź, GKS Bełchatów – GKS Tychy, Garbarnia Kraków – Bytovia, Polonia Środa Wlkp. – Górnik Zabrze, Korona Kielce – Zagłębie Lubin, Olimpia Grudziądz – Stal Mielec. Mecze rozstaną rozegrane w dniach 24-26 sierpnia.

 

Pogoń za Śląskiem

Trwa dobra passa piłkarzy Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław. „Portowcy” w zamykającym 5. kolejkę poniedziałkowym meczu pokonali na wyjeździe Koronę Kielce 1:0. Był to już ich ósme ligowe spotkanie z rzędu, w którym szczecińska drużyna nie poniosła porażki. Ale większą uwagę kibiców i tak skupia Legia Warszawa, która jeszcze walczy w Lidze Europy.

Kibice w Szczecinie dawno nie mieli tylu powodów do radości. W tym sezonie „Portowcy” są jak na razie niepokonani – zwyciężyli Legię, Arkę, Wisłę Kraków i Koronę Kielce oraz zremisowali z Piastem. W Kielcach już od pierwszych minut narzucili przeciwnikom swoje warunki gry. Bramkowe szanse zmarnowali jednak Zvonimir Kozulj i Jakub Bartkowski, ale w 17. minucie wyręczył ich 20-letni kapitan drużyny Sebastian Kowalczyk, który w polu karnym ograł Adnana Kovacevicia i mocnym strzałem w okienko pokonał bramkarza Korony i został najmłodszym kapitanem w ekstraklasie z ligowym trafieniem.

Trener kieleckiego zespołu Gino Lettieri po zmianie stron wprowadził do gry dwóch świeżych piłkarzy. Na murawie pojawili się Marcin Cebula i Matej Pućko, a zeszli Rodrigo Zalazar i Uros Duranović. Potem szkoleniowiec ekipy gospodarzy posłał na boisko jeszcze Michała Żyro, który w poprzednim sezonie był piłkarzem Pogoni. Wejście byłego reprezentanta Polski nie przyniosło jednak spodziewanych efektów i ostatecznie zespół „Portowców” zdobył komplet punktów. Warto odnotować, że bramkarz Pogoni Dante Stipica w czwartym spotkaniu z rzędu zachował czyste konto. Po raz ostatni został pokonany w 1. kolejce obecnego sezonu przez napastnika Legii Warszawa Sandro Kulenovicia.

I jak na razie była to jedyna ligowa bramka zdobyta przez tego 20-letniego chorwackiego napastnika. Równie skuteczny jest w kwalifikacjach Ligi Europy – w nich też trafił tylko raz, w rewanżowym spotkaniu I rundy z gibraltarskim College Europa FC. Potem zaliczył puste przebiegi, ma też na koncie spudłowany rzut karny. Przytaczamy ten niezbyt pokaźny dorobek Kulenovicia, bo po w niedzielnym meczu Legii z Zagłębiem Lubin (1:0) kibice stołecznego zespołu straszliwie go wygwizdali i zelżyli. Ta bezlitosna, choć typowo kibicowska recenzja boiskowych wyczynów piłkarza, nie spodobała się trenerowi Legii Aleksandarovi Vukoviciowi. Serbski szkoleniowiec, chociaż jako piłkarz i trener warszawskiego zespołu zdążył w swoim życiu zobaczyć najróżniejsze przejawy jego relacji z kibicami, z jakiegoś powodu postanowił wykonać medialną szarżę w obronie Kulenovicia. „To jest przykre, niezrozumiałe, wręcz obrzydliwe zachowanie kibiców wobec 20-letniego chłopaka, który zostawia serce na boisku. Nie oczekuję, że na Łazienkowskiej panować będą angielskie zwyczaje, jak choćby w Chelsea, gdzie Frank Lampard przegrywa 0:4 z Manchesterem United i jest przez fanów swojej drużyny oklaskiwany. Ale oczekuję więcej szacunku dla moich piłkarzy” – grzmiał Vuković.

Tylko czy na pewni miał rację prąc do zwarcia z nienawykłą do takiego łajania kibolską ferajną? Rzeczony Kulenović w w spotkaniu z Zagłębiem grał do 81. minuty. Nie tylko nie strzelił gola, co jest przecież głównym zadaniem środkowego napastnika, lecz w każdym innym aspekcie zaprezentował się bardzo przeciętnie, a momentami wręcz fatalnie. Został zmieniony przez Mateusza Wieteskę, zaś na ławce rezerwowych z chmurną miną pozostał Carlitos, najskuteczniejszy piłkarz Legii w poprzednim sezonie. Hiszpan po zakończeniu spotkania nie dołączył do cieszących się ze zwycięstwa kolegów, tylko od razu poszedł pod trybuny.

Carlitos latem miał odejść z Legii, ale z jakiegoś powodu do transferu nie doszło. To jest niezły piłkarz, dobrze wyszkolony technicznie, ruchliwy, potrafiący nie tylko wykorzystywać, ale też kreować strzeleckie sytuacje. Pod tym względem bije Kulenovicia na głowę i dlatego fani Legii mają pretensje do Vukovicia, że z takim uporem stawia na mało zwrotnego i chaotycznego Chorwata. Na dodatek notorycznie zawodzącego pod bramką rywali, co dyskwalifikuje go jako napastnika. „Sandro jest dla nas pierwszą opcją, bo zasługuje na to swoją pracą. To decyzja podjęta na podstawie tego, co widzę w codziennej pracy drużyny. W meczu z Zagłębiem wszedł za niego Mateusz Wieteska, który zapewnił nam awans w meczu z Kuopio. Doznał jednak kontuzji i wypadł na jeden mecz, ale to ważny gracz w naszym zespole. A Carlitos? No cóż, jak każdy walczy o swoje miejsce w składzie. Musi pracować i czekać na swoją szansę” – stwierdził Vuković. Kibice Legii najwyraźniej mają w tej kwestii odmienny pogląd.

Może wiedzą, że kierownictwo klubu chce korzystnie sprzedać Kulenovicia i dlatego chorwacki piłkarz pojawia się regularnie w składzie. Vuković nie ma tu nic do gadania, ale nie może się do tego publicznie przyznać, to plecie bez sensu, bo przecież każdy widzi, że Kulenović jest piłkarzem przeciętnym. W czwartkowym starciu z Glasgow Rangers przekonamy się pewnie o tym dobitnie, ale czy ktoś na serio liczy, że legioniści wyeliminują szkocki zespół?

Kadra Rangers FC na mecze z Legią w Lidze Europy:
Bramkarze: 1. Allan McGregor, 12. Andy Firth, 13. Wes Foderingham.
Obrońcy: 2. James Tavernier, 4. George Edmundson, 6. Connor Goldson, 15. Jon Flanagan, 19. Nikola Katić, 31. Borna Barišić, 44. Aidan Wilson, 46. Rhys Breen, 48. Jordan Houston, 51. Lewis Mayo, 56. Daniel Finlayson, 63. Nathan Patterson, 71. Murray Miller, 72. Kyle McClelland, 75. Harris O’Connor,.
Pomocnicy: 8. Ryan Jack, 10. Steven Davis, 11. Sheyi Ojo, 16. Andy Halliday, 18. Glen Kamara, 24. Greg Stewart, 29. Andy King, 33. Jamie Barjonas, 37. Scott Arfield, 47. Jack Thomson, 57. Zac Butterworth, 61. Kieran McKechnie, 64. Josh McPake, 65. Ben Williamson, 73. Ciaran Dickson, 81. Cole McKinnon, 84. Alex Lowry.
Napastnicy: 9. Jermain Defoe, 17. Joe Aribo, 20. Alfredo Morelos, 21. Brandon Barker, 22. Jordan Jones.

 

Legia budzi zawiść

Piast Gliwice, Lechia Gdańsk i Cracovia już odpadły z europejskich pucharów. Na placu boju w kwalifikacjach Ligi Europy została tylko Legia Warszawa, którą krajowi konkurenci krytykują, że przełożyła mecz w rodzimej lidze między pucharowymi spotkaniami z Atromitosem Ateny.

Legioniści w III rundzie eliminacji Ligi Europy zmierzą się z Atromitosem Ateny. Pierwsze spotkanie rozegrają już w czwartek 8 sierpnia, zaś rewanż w środę 14 sierpnia. Stołeczny klub poprosił więc władze Ekstraklasy SA o przełożenie ligowego meczu wypadającego pomiędzy dwiema potyczkami z greckim zespołem. Konkretnie prośba dotyczyła niedzielnego spotkania 4. kolejki PKO Ekstraklasy z Wisłą Płock. Przychylenie się do tej prośby nie wszystkim się jednak spodobało, a co najdziwniejsze – wśród malkontentów znalazł się też prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na Twitterze ironicznie napisał, że „każdy normalny piłkarz woli grać środa-niedziela-środa”.

Vuković kontruje Bońka

Trener Legii Aleksandar Vuković ma ostatnio nerwy napięte jak postronki, bo chociaż jego zespół przebrnął przez dwie rundy kwalifikacji Ligi Europy, to zważywszy na klasę rywali, gibraltarski College Europe FC czy fiński Kuopio nie należą przecież do potentatów, zrobił to w niezbyt efektownym stylu. W ekstraklasie legioniści także nie imponowali formą – w trzech meczach zdobyli tylko cztery punkty. Jak to zwykle w Legii bywa, zaczęły krążyć plotki o rychłej zmianie trenera, które zapewne znacznie podniosły ciśnienie serbskiemu szkoleniowcowi.

Po zremisowanym 0:0 meczu ze Śląskiem Vuković nie zdzierżył i w wypowiedziach dla mediów pozwolił sobie na ripostę pod adresem krytykantów, w tym także prezesa PZPN. „Nie ukrywam, że mojemu zespołowi przyda się lekki oddech. Być może te kilka dni więcej odpoczynku nie odegra decydującej roli w rywalizacji z Atromitosem o awans do kolejnej rundy, ale równie dobrze może mieć rozstrzygające znaczenie. Każdy, kto zna się na piłce powinien zdawać sobie z tego sprawę. Mamy początek sezonu i żeby częstotliwość grania co trzy dni nie stanowiła problemu, w sytuacji gdy jest mniej treningów, to patrząc na sprawę pod kątem przygotowania fizycznego dłuższe przerwy między meczami są wskazane. Spójrzmy chociażby na niektórych zawodników, u których już na początku sezonu pojawiły się problemy z urazami. Wiem, o co chodziło prezesowi Bońkowi, ale w tym momencie jego uwaga jest nietrafiona. Za miesiąc każdy z moich zawodników znajdzie się już w takim rytmie meczowym, że będzie dla niego lepiej grać co trzy dni, niż trenować przez tydzień i czekać na następny mecz” – przekonuje szkoleniowiec Legii.

Gdzie podziała się solidarność?

Jeszcze większą irytację Vukovicia wywołały jednak krytyczne uwagi o przełożeniu ligowego spotkania z Wisłą Płock w czwartej kolejce. „Gdzie jest ponoć tak ceniona przez Polaków solidarność? Czyżby umarła razem z „Solidarnością”? Od miesiąca gramy w systemie czwartek – niedziela – czwartek i mam nadzieję, że pogramy tak jeszcze dłużej. Nasza prośba o niewielką ulgę powinna się spotkać z większym zrozumieniem, zwłaszcza że w innych ligach takie wsparcie nie jest niczym wyjątkowym. W mojej rodzinnej Serbii drużyny Partizan czy Crvenej Zvezdy przekładają swoje ligowe mecze i nikt tego nie krytykuje, a wręcz przeciwnie – wszyscy chcą, żeby zespoły reprezentujące kraj grały w europejskich pucharach jak najdłużej” – przekonuje Vuković.

O wsparcie dla Legii upomniał się też jej były zawodnik, obecnie grając w Śląsku Wrocław Krzysztof Mączyński. „Wierzę w Legię. Ten zespół zasługuje na więcej szacunku, bo walczy w pucharach w interesie całej polskiej ligi. Dlatego nie rozumiem pretensji p przełożenie meczu z Wisłą Płock. Jeżeli jest taka możliwość, to dlaczego z niej nie skorzystać? Dziwię się, że wcześniej nie poprosiły o to Piast i Lechia” – mówi były reprezentant Polski.

Atromitos jest w zasięgu Legii?

O sile greckiego zespołu w Polsce niewiele wiadomo, poza tym, że jej zawodnikiem jest znany z gry w Pogoni Szczecin i Wiśle Kraków Dawid Kort. Jeśli czegoś można być pewnym, to tylko tego, że do meczów z Legią ateńczycy na pewno nie przystąpią w swojej optymalnej formie. Z tej prostej przyczyny, że znajdują się dopiero w końcowym etapie przygotowań do nowego sezonu greckiej ekstraklasy, który rozpocznie się 24 sierpnia. Kibice, którzy w najbliższy czwartek wybiorą się na stadion przy Łazienkowskiej, nie powinni zatem nastawiać się na oglądanie widowiska na europejskim poziomie. Znawcy futbolu prognozują, że raczej będzie to spektakl przypominający niedzielną potyczkę legionistów ze Śląskiem Wrocław, czyli grecki zespół będzie blokował dostęp do swojego pola karnego i straszył legionistów szybkimi kontratakami. Wrocławianom taka taktyka przyniosła bezbramkowy remis, a taki wynik pewnie i dla Atromitosu będzie satysfakcjonujący.

Trener Vuković nie będzie mia do dyspozycji wszystkich graczy, bo kontuzjowani są Cafu, William Remy i Vamara Sanogo, a występ pauzującego w spotkaniu ze Śląskiem Mateusza Wieteski jest niepewny. Nie ma też co liczyć na zaangażowanie Sandro Kulenovicia, bo Chorwat szykuje się do transferu. Reszta graczy być może zrobi wszystko, żeby awansować do IV rundy. W niej rywalem legionistów byłby duński FC Midtjylland lub szkocki Glasgow Rangers.

 

Falstart gospodarzy

Legia Warszawa fatalnie rozpoczęła marsz po odzyskanie mistrzostwa Polski, przegrywając u siebie 1:2 z Pogonią Szczecin. Ale nie tylko warszawianie zaliczyli falstart w rozgrywkach na własnym boisku. W pierwszej kolejce nie wygrał żaden z ośmiu gospodarzy meczów, co jest pierwszym takim przypadkiem od sześciu lat.

Po raz ostatni taka wtopa gospodarzy miała miejsce w listopadzie 2012 roku, kiedy to w 11. kolejce goście wygrali siedem z ośmiu spotkań, a w jednym wywalczyli remis. Tym razem atutu własnego boiska nie wykorzystały zespoły aktualnego mistrza Polski Piasta Gliwice i wicemistrza Legii Warszawa, a oprócz nich jeszcze ekipy Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Wisły Płock, ŁKS Łódź, Rakowa Częstochowa oraz Arki Gdynia, która u siebie dała się rozgromić Jagiellonii aż 0:3.

Wysoka wygrana białostocczan zapewniła im pozycję lidera po pierwszej kolejce, ale ten sukces przytłumiły chuligańskie ekscesy dużej grupy fanów tego klubu uczestniczącej w brutalnej napaści na niedzielny marsz równości w Białymstoku. Stworzyło to spory problem dla szefów Jagiellonii, bo z jednej strony wypadało potępić takie obrzydliwe zachowania, ale z drugiej strony władze klubów naszej ekstraklasy wolą unikać jakichkolwiek zwarć z kibolami i dlatego często przyjmują strusią taktykę chowania głowy w piasek.

Od strony czysto sportowej Jagiellonia miała jednak bardzo udaną inaugurację sezonu, czego nie doświadczyła po raz kolejny w ostatnich latach stołeczna Legia.

Pretensje do Mioduskiego

W sobotę ponad 12 tysięcy widzów przeżyło rozczarowanie oglądając porażkę legionistów z Pogonią Szczecin. Gospodarze zaczęli obiecująco, bo po godzinie gry jako pierwsi strzelili gola, lecz nie zdołali dowieść tego wyniku do końca. Dla „Portowców” trafili Adam Buksa i Zvonimir Kożulj i właściciel warszawskiego klubu znów musiał wysłuchać trochę obelżywych przyśpiewek pod swoim adresem, w stylu „Hej Mioduski, co zrobiłeś, naszą Legię sp…łeś”.

Przegrywając z Pogonią zespół Legii wydłużył pauzę od ostatniego zwycięstwa na swoim stadionie do trzech miesięcy. Po raz ostatni legioniści wygrali w lidze 20 kwietnia (1:0 z Cracovią). Po przeprowadzonej latem rewolucji kadrowej zespół miał już od startu walczyć o odzyskanie mistrzostwa Polski. Rzecz jasna porażka z Pogonią jeszcze tych planów nie przekreśla, ale jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów stoper Legii Mateusz Wieteska, po tej porażce każdy z kolejnych rywali będzie przyjeżdżał na Łazienkowską bez strachu i jak po swoje.

Po słabych meczach w I rundzie eliminacji Ligi Europy z gibraltarskim College Europa FC, trener Aleksandar Vuković wymienił linię pomocy – zostawił w niej tylko Gruzina Waleriana Gwilię, a Carlitosa, Andre Martinsa i Arvydasa Novikovasa posadził na ławce rezerwowych, zaś poobijanego Dominika Nagy’a nawet nie włączył do kadry meczowej. Szansę pokazania się dostali Brazylijczyk Luquinhas, Mateusz Praszelik i Tomasz Jodłowiec, a na skrzydło z prawej obrony został przesunięty Marko Vesović. Ten eksperyment kadrowy niespecjalnie się udał, bo dla 19-letniego Praszelika i 23-letniego Luquinhasa był to debiut w ekstraklasie i obu świadomość tego trochę plątała nogi. Tym bardziej, że słabo zagrał bardziej od nich doświadczony Jodłowiec. Legioniści mieli spore problemy z utrzymaniem się przy piłce na połowie gości, a na własnej zdarzyły im się trzy proste straty (dwie William Remy, jedna Gwilia), których „Portowcy” nie wykorzystali. Wyciągnęli jednak z tego wnioski i w końcu znaleźli sposób na pokonanie Radosława Majeckiego.

Legię w czwartek 25 lipca czeka kolejny występ w roli gospodarza, tym razem w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z fińskim Kuopio Palloseura. Byłoby dobrze wygrać to spotkania jak najwyżej, bo Finowie, podobnie jak gibraltarski College Europe FC, mają boisko ze sztuczną trawą. Jak pamiętamy, legioniści na wyjeździe z amatorami z Gibraltaru tylko zremisowali 0:0, a Kuopio jest chyba trochę lepszym zespołem. Lepiej nie kusić losu i nie zostawiać rozstrzygnięcia na spotkanie rewanżowe.

Pucharowicze z zadyszką

Lechia zaczęła sezon od zdobycia Superpucharu Polski, ale w pierwszym ligowym spotkaniu, na wyjeździe z beniaminkiem ŁKS Łódź, gdańszczanie wywalczyli jedynie bezbramkowy remis. Trener Piotr Stokowiec do starcia z łodzianami nie posłał na boisko m.in. Sławomira Peszki, Flavio Paixao, Rafała Wolskiego czy Tomasza Makowskiego. Być może oszczędzał tych graczy na czwartkowy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Broendby Kopenhaga. Inna sprawa, że od 43. minuty jego zespół musiał grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla pozyskanego latem z Zagłębia Sosnowiec Zarko Udovicicia. Te okoliczności utrudniają właściwą ocenę aktualnej formy zespołu Lechii i jego szans w starciu z duńskim rywalem.

Trzeci z naszych „pucharowiczów”, Piast Gliwice, w pierwszej kolejce u siebie z największym trudem zremisował z Lechem Poznań 1:1. Gliwiczanie są jednak w niezłej formie, która na dodatek z meczu na mecz rośnie, więc o wynik ich konfrontacji z FK Ryga możemy być chyba spokojni.

 

Tylko Legia miała szczęście w losowaniu

W losowaniu par I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice trafił na BATE Borysów, natomiast w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy Cracovia zmierzy się z FC Dunajska Streda, zaś Legia Warszawa z lepszym z pary Sankt Julia (Andora) – College Europa (Gibraltar).

Ceremonia losowania odbyła się w miniony wtorek w szwajcarskiej siedzibie UEFA w Nyonie. W losowaniu par I rundy eliminacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice, jako debiutant tych elitarnych rozgrywkach, znalazł się w grupie zespołów z niskim współczynnikiem i nie miał szans na rozstawienie. To oznaczało, że już w pierwszej rundzie może trafić na mocnego przeciwnika, ale przy odrobinie farta także na możliwego do ogrania. W zestawie możliwych rywali mistrzów Polski znalazły się drużyny BATE Borysów, NK Maribor, Rosenborg Trondheim, HJK Helsinki, Dundalk FC i New Saints FC.

Niestety, szczęście nie uśmiechnęło się do zespołu trenera Waldemara Fornalika, bo gliwiczanie wylosowali potencjalnie najgroźniejszego z możliwych przeciwników. Białoruski zespół ma na koncie występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów – od 2008 roku aż pięciokrotnie docierał do tego etapu rywalizacji w elicie, a ponadto czterokrotnie występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Szacuje się, że Białorusini w tym okresie zarobili w europejskich pucharach ponad 70 milionów euro. Dorobek Piasta na arenie międzynarodowej jest nieporównywalnie skromniejszy, drużyna ze Śląska dwa razy uczestniczyła w kwalifikacjach do Ligi Europy i odpadała w drugiej rundzie z Qarabagem Agdam i IFK Goteborg.

Pierwsze mecze I rundy kwalifikacji obecnej edycji Ligi Mistrzów odbędą się 9 i 10 lipca, a do rewanżów dojdzie tydzień później (16-17 lipca). Gliwiczanie rozpoczną zmagania od wyjazdu na Białoruś. Ich ewentualne niepowodzenie nie skończy tegorocznej przygody z europejskimi pucharami, bowiem przegrani w I rundzie trafią do II rundy eliminacyjnej Ligi Europy i znajdą się tam na tzw. ścieżce mistrzowskiej.
We wtorek dokonano też losowania par I rundy kwalifikacji Ligi Europy. Uczestniczyły w nich dwa polskie zespoły – Legia Warszawa i Cracovia, bo Lechia, jako zdobywca Pucharu Polski, rywalizację rozpocznie dopiero od drugiej rundy zmagań.
Szczęście nie uśmiechnęło się do Cracovii, bo ekipa „Pasów” wylosowała wicemistrza Słowacji Dunajska Stredę. Krakowianie mogli też trafić na zespoły Teuta Durres (Albania), SP La Fiorita (San Marino) lub UE Engordany (Andora), NK Siroki Brijeg (Bośnia i Hercegowina) oraz Żalgiris Kowno (Litwa), los przydzielił mim jednak przeciwnika chyba najmocniejszego w tej grupie zespołów. W poprzednim sezonie ze słowackimi drużynami w europejskich pucharach nie poradziły sobie Legia Warszawa (odpadła w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava 0:2 i 1:0) oraz Górnik Zabrze w kwalifikacjach Ligi Europy (odpadł z AS Trencin 0:1 i 1:4). Skoro ekipa Dunajskiej Stredy zdołała wywalczyć wicemistrzostwo Słowacji, musi to być mocna piłkarsko drużyna.

Cracovia w europejskich rozgrywkach wystartuje po raz czwarty. Jej dotychczasowy bilans to jedno zwycięstwo ze Sturmem Graz odniesione w 1983 roku w Pucharze Intertoto, jeden remis i osiem porażek. W tej dekadzie odpadła z Ligi Europy po dwóch spotkaniach ze Skendiją Tetowo w 2017 roku. Trudno powiedzieć czy prowadzona przez Michała Probierza ekipa „Pasów” będzie w stanie poprawić te kiepskie statystyki. Pierwszy mecz zostanie rozegrany w Krakowie.

Z trójki naszych zespołów zdecydowanie najwięcej szczęścia miała Legia Warszawa. Jej przeciwnikiem w I rundzie będzie albo zespół z Gibraltaru (College Europa), albo z Andory (Sankt Julia), które najpierw zmierzą się w preeliminacjach.
Legia jest najwyżej notowanym w rankingu UEFA polskim klubem. W europejskich pucharach reprezentuje polską ligę nieprzerwanie od 2011 roku. W poprzednim sezonie stołeczny klub stracił mistrzostwo kraju na rzecz Piasta Gliwice i dlatego obecny pucharowy sezon rozpocznie w eliminacjach Ligi Europy. Żeby dostać się do fazy grupowej tych rozgrywek warszawski zespół będzie musiał wyeliminować czterech przeciwników. Z pierwszym nie powinien mieć większych kłopotów.

 

Ekstraklasa zarabia coraz mniej

Firma Deloitte opublikowała swój coroczny raport na temat stanu finansów naszej piłkarskiej ekstraklasy. Jej kluby zarobiły w w 2018 roku w sumie 528 mln złotych, ale drugi rok z rzędu zanotowały jednak spadek przychodów.

To już trzynasty raport finansowy przygotowany przez Deloitte, a dotyczący stanu finansów klubów polskiej ekstraklasy piłkarskiej. Łączny przychód wszystkich 16 klubów w 2018 roku wyniósł 528 mln złotych. Największy kęs z tego tortu przypadł Legii Warszawa, która zarobiła 100,20 mln złotych, niemal o połowę więcej od zajmującego drugą lokatę w tym zestawieniu Lecha Poznań (zarobił 57,14 mln złotych) oraz ponad połowę od trzeciej Lechii Gdańsk (48,34 mln złotych). Co ciekawe, dopiero na jedenastym miejscu uplasował się tegoroczny mistrz Polski Piast Gliwice z przychodem 24,92 mln złotych.

Z raportu wynika też, że aż dziewięć klubów ekstraklasy musiało w ubiegłym roku pogodzić się z obniżką przychodów. Największy spadek zanotowała właśnie Legia – aż o 38 milionów. Suma przychodów wszystkich klubów, 528 mln zł, to o 22 mln mniej niż przed rokiem. To już drugi rok z rzędu jak ekstraklasa notuje spadek przychodów. W raporcie uwzględniono trzy źródła przychodów: komercyjne (278,3 mln złotych), z transmisji (166,5) oraz dnia meczowego (83,1). W porównaniu do 2017 roku łączny przychód klubów okazał się niższy o 22,4 mln złotych. Jeszcze większy spadek zanotowano względem 2016 roku – 50,9 mln zł.

Spadki przychodów mają wiele przyczyn – najpoważniejszą z nich jest spadek wpływów z UEFA za wyniki w europejskich pucharach, bo tych wyników w ostatnich sezonach nie ma. Spadają też zarobki z tytuły transferów, chociaż ekstraklasę opuszcza coraz więcej polskich piłkarzy. W 2018 roku kluby zarobiły na nich 96,8 mln zł, czyli o połowę mniej niż rok wcześniej. Spadły tez przychody ze sprzedaży biletów. W ostatnim sezonie, co ciekawe, frekwencja na ligowych stadionach pogorszyła się, chociaż w lidze nie grały już Bruk-Bet i Sandecja Nowy Sącz, przyjmujące rywali na kameralnym obiekcie w Niecieczy. Średnio spotkania zakończonego w maju sezonu oglądało 8878 widzów. Najwyższą frekwencją mogła pochwalić się Legia – 17609 widzów, która wyprzedziła Wisłę Kraków (16 135) i Lechię (14 746).

Deloitte przygotowuje raporty na podstawie danych otrzymywanych przez kluby. Uwzględnia w nich przychody z tzw. dnia meczowego (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji meczów oraz źródeł komercyjnych.

 

Piast zmarnował okazję

Piast Gliwice w rozegranej w środę przedostatniej, 36. kolejce nie wykorzystał okazji do zdobycia mistrzostwa Polski, jaką stworzyła mu porażka Legii z Jagiellonią. Remisując w Szczecinie z Pogonią gliwiczanie jedynie powiększyli do dwóch punktów.

Nowego mistrza Polski poznamy zatem dopiero w niedzielę 19 maja, bo tego dnia zostaną rozegrane mecze ostatniej kolejki w grupie mistrzowskiej. Legia zagra u siebie na Łazienkowskiej z Zagłębiem Lubin, natomiast Piast podejmie Lecha. Zwycięstwo drużyny prowadzonej przez trenera Waldemara Fornalika zapewni jej pierwsze w historii mistrzostwo kraju, każdy inny wynik w przypadku wygranej Legii z „Miedziowymi” premiuje warszawski zespół. W myśl regulaminu Lotto Ekstraklasy, o kolejności przy takim samym dorobku punktowym decyduje większa liczba punktów zgromadzonych w fazie zasadniczej sezonu, a po 30 kolejkach Legia miała ich na koncie 60, zaś Piast tylko 53. Te spekulacje mają rzecz jasna sens wyłącznie przy założeniu, że Legia pokona Zagłębie Lubin. Ale w futbolu w takich rozstrzygających momentach o wynikach decydują czasem pozasportowe kwestie.

Dla jasności, nie chodzi o jakieś niegodne korupcyjne praktyki. Po prostu kluby mają różne relacje, zaś pracujący w nich ludzie różne sympatie i kalkulacje. A nie wszystkim z wielkich naszej ligi pasuje, że mistrzem może być mały Piast. To juz wolą, żeby została nim wielka Legia, bo jej wygrana mniej boli i daje lepsze alibi. Wystarczy, żeby taka myśl przeważyła w Poznaniu i Lubinie, a mistrzowskiej fety w Gliwicach może nie być. Zwłaszcza że „Miedziowi” po środowej porażce z Cracovią stracili szanse na zajęcie premiowanego awansem do kwalifikacji Ligi Europy czwartego miejsca, więc na Łazienkowskiej raczej nie będą się bić jak o niepodległość. Co prawda Lech w Gliwicach też nie będzie miał powodów do „gryzienia trawy”, bo już wcześniej odpadł z walki o europejskie puchary, lecz w przypadku „Kolejorza” może właśnie zadziałać urażona ambicja, na co chyba po cichu liczy prezes i właściciel Legii Dariusz Mioduski. Piłkarze Lecha zawiedli w tym sezonie, dlatego pokonanie pretendenta do mistrzowskiego tytułu może być dla nich dobrym sposobem na wyładowanie złości, a dla licznej grupy graczy odchodzących z klubu najlepszą formą pożegnania z nim. Zważywszy jednak na niechęć fanów poznańskiej drużyny do Legii raczej nie będą zachwyceni wsparcie dla „odwiecznego wroga”. Decydujący głos w tej sprawie będą mieli jednak szefowie poznańskiego klubu i jeśli oni zechcą pomóc Legii, to graczy Piasta czeka w niedzielę trudna walka. Jeśli nie zechcą, to już dzisiaj można gratulować gliwiczanom mistrzowskiego tytułu.

Możliwości sportowego, czyli legalnego wpływania na wynik rywalizacji jest przecież wiele. Wiadomo na przykład, że od nowego sezonu zacznie obowiązywać przepis o obowiązkowym wystawianiu do gry młodzieżowców. To zatem znakomity powód, żeby na koniec obecnych rozgrywek zrobić przegląd kadry pod tym kątem. W środowej 36. kolejce trenerzy zespołów Lotto Ekstraklasy wystawili do gry aż 35 młodzieżowców, co jest rekordem w tym sezonie. Na młodych graczy nie postawili jedynie szkoleniowcy Cracovii, Miedzi Legnica i Śląsku Wrocław, ale można ich za to usprawiedliwić, bo „Pasy” naprawdę chcą wywalczyć czwarte miejsce i zagrać w pucharach, a obie ekipy z Dolnego Śląska walczyły w bezpośrednim starciu o uniknięcie degradacji. Najbardziej zaszalał pod tym względem trener Wisły Kraków Maciej Stolarczyk, który wystawił do gry aż sześciu młodzieżowców. Pięciu zagrało też w drużynie Lecha, która pokonała Lechię 2:1 i pozbawił gdańszczan resztek nadziei na zdobycie mistrzostwa Polski. Jak widać duża liczba młodzieżowców, jakich zapewne zobaczymy w niedzielnym spotkaniu z Piastem Gliwice, wcale nie musi być jednoznaczna z opowiedzeniem się po stronie któregoś z dwóch walczących jeszcze o mistrzostwo klubów.

W przededniu ostatecznych rozstrzygnięć w Lotto Ekstraklasie Komisja Licencyjna ogłosiła swoje decyzje o przyznaniu licencji na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej w przyszłym sezonie. Tym razem otrzymały je wszystkie kluby, nawet zadłużona po uszy Wisła Kraków, której władze Krakowa odmówiły właśnie rozłożenia na raty pięciu milionów złotych długu za wynajem stadionu. Nie dziwi więc nałożony na wiślaków nadzór finansowy, ale taki sam nadzór nałożony na Legię już tak. Stołeczny klub powszechnie uważany jest przecież za najbogatszy w ekstraklasie, a jego budżet szacowany jest na 200 mln złotych. Wpisano jedna w przychody zyski z udziału w fazie grupowej Ligi Mistrzów lub w najgorszym przypadku Ligi Europy. A że Legia z pierwszej odpadła ze słowackim Spartakiem Trnava, a z drugiej z luksemburskim FC Dudelange, to i przychody bez wpływów z UEFA miała znacznie niższe. Dziura w budżecie wynosi ponoć nawet 60 mln zł.

Tak więc w sezonie letnim nie będzie w warszawskim klubie wielkich transferów, a zatem jest właściwie bez znaczenia czy to „wielka” Legia i będzie reprezentowała nasz futbol w walce o Ligę Mistrzów, czy też „mały” Piast. Niech ekstraklasę wygra lepszy z nich.

Zestaw par ostatniej, 37. kolejki
Grupa mistrzowska (wszystkie mecze w niedzielę 19 maja,początek godz 18:00): Lechia Gdańsk – Jagiellonia Białystok, Legia Warszawa – Zagłębie Lubin, Piast Gliwice – Lech Poznań, Cracovia – Pogoń Szczecin;
Grupa spadkowa (wszystkie mecze w sobotę 18 maja, początek godz. 15:30): Wisła Kraków – Miedź Legnica, Śląsk Wrocław – Arka Gdynia, Korona Kielce – Górnik Zabrze, Wisła Płock – Zagłębie Sosnowiec.

 

Pięć drużyn liczy na cud

Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej sezonu pięć zespołów (Lechia, Legia, Piast, Cracovia i Zagłębie Lubin) jest już pewnych gry w grupie mistrzowskiej. Na obsadzenie pozostałych trzech miejsc szanse ma jeszcze pięć drużyn.

Sytuacja jest skomplikowana dla całej piątki zespołów aspirujących do zajęcia miejsca w czołowej ósemce, ale w najtrudniejszym położeniu znalazła się Korona. Szanse kielczan na zakwalifikowanie się do elity są w zasadzie tylko teoretyczne, bo muszą w ostatniej kolejce wygrać na wyjeździe z z Piastem Gliwice, a także liczyć na bardzo wysoką porażkę Pogoni Szczecin z Legią oraz Wisły Kraków z Zagłębiem Lubin, a także na remis Lecha z Jagiellonią.

Koroniarzom degradacja jednak nie zagraża, bo nawet jeśli ostatecznie wylądują w grupie spadkowej, to będą mieli ogromną przewagę punktową nad niżej obecnie klasyfikowanymi zespołami Zagłębia Sosnowiec, Wisły Płock, Arki, Górnika, Miedzi i Śląska.

W niewiele lepszym położeniu znalazła się Pogoń. Gdyby „Portowcy” wygrali z Arką w 29. kolejce (zremisowali 3:3), mieliby awans do grupy mistrzowskiej w kieszeni, a tak muszą teraz pokonać w ostatniej serii spotkań Legię, bo tylko zwycięstwo da im miejsce w Top 8 bez oglądania sie na wyniki innych spotkań. W przypadku remisu szczecinianie będą musieli liczyć na porażkę Wisły Kraków lub porażkę albo remis Lecha. Pogoń zapewni sobie miejsce w grupie mistrzowskiej także w przypadku remisu lub porażki Wisły Kraków, jednoczesnych porażkach Wisły i Lecha, porażki Lecha oraz remisu lub porażki Korony.

Pokonać jednak Legię nie będzie „Portowcom” łatwo, bo po zwolnieniu portugalskiego trenera-zamordysty Ricardo Sa Pinto legioniści pod wodzą duetu Aleksandar Vuković – Marek Saganowski wyraźnie odżyli i z każdym kolejnym meczem nabierają wiatru w żagle. W dwóch meczach (z Jagiellonią i Górnikiem) zdobyli komplet punktów, strzelając pięć goli i tracąc jednego. W Zabrzu o swoich strzeleckich umiejętnościach przypomniał Carlitos. Jego dwie bramki zapewniły Legii zwycięstwo, na uwagę zasługuje jednak łatwość, z jaką hiszpański napastnik dochodził do strzeleckich sytuacji. Niewykluczone, że w jego rosnąca forma może w końcówce sezonu okazać się decydującym czynnikiem w wyścigu o mistrzostwo.

Wprawdzie pod względem jakości i stylu gry wielkiej poprawy u legionistów nie widać, ale na ich szczęście równie topornie na boisku prezentuje się drużyna prowadzącej w tabeli Lechii. Gdańszczanie nadrabiają to walecznością, lecz taka siłowa gra ma swoją cenę, którą przyjdzie im zapłacić właśnie na finiszu.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia kończy rundę zasadniczą jako lider

Piłkarze Lechii Gdańsk wygrali u siebie z Lechem Poznań 1:0 w meczu 29. kolejki ekstraklasy i na kolejkę przed końcem sezonu zasadniczego praktycznie zapewnili sobie pierwszą lokatę w tabeli. Ale poziom spotkania był mierny – gracze obu drużyn oddali tylko po jednym celnym strzale na bramkę.

Szczęście dopisało tylko napastnikowi Lechii Arturowi Sobiechowi i po jego uderzeniu piłka znalazła się w siatce bramki „Kolejorza”. Tyle wystarczyło lechistom do zdobycia kompletu punktów. Trener poznańskiej drużyny Dariusz Żuraw, który na tym stanowisku niedawno zastąpił Adama Nawałkę, po meczu szczerze pogratulował rywalom zwycięstwa. „Lechia była o jedną bramkę od nas lepsza. Próbowaliśmy do samego końca zmienić rezultat, niestety, bezskutecznie i wracamy do domu bez punktów” – powiedział Żuraw. Teraz ekipę „Kolejorza” czeka w ostatniej kolejce mecz z Jagiellonią o utrzymanie miejsca w grupie mistrzowskiej. Lechici mają komfortową sytuację, bo rywale we wtorek zagrają w półfinale Pucharu Polski z Miedzią Legnica, więc na sobotni mecz do Poznania przyjadą nieco zmęczeni.
W takiej samej sytuacji jest też Lechia, którą w tym tygodniu czekają dwie piekielnie trudne wyjazdowe potyczki – najpierw w środę gdańszczanie zmierzą się w Częstochowie z Rakowem w półfinale Pucharu Polski, a potem w Krakowie z Cracovią. Dlatego z takim zadowoleniem trener Piotr Stokowiec przyjął zwycięstwo w spotkaniu z Lechem. Trzy punkty zapewniły lechistom de facto pozycję lidera po rundzie zasadniczej. „Najważniejsze są trzy punkty. Lech zagrał bardzo dobry mecz, ale moi zawodnicy potrafili stworzyć kilka sytuacji, a jedną z nich wykorzystać. Nie mamy czasu na świętowanie, bo musimy szykować się do meczu w Częstochowie. Chcemy zdobyć Puchar Polski i pokonanie Rakowa jest teraz naszym celem. Potem zaczniemy myśleć o meczu z Cracovią” – podkreślił trener Lechii.
Oprócz Lechii jeszcze tylko Legia Warszawa i Piast Gliwice maja już zapewnione miejsce w grupie mistrzowskiej. O pozostałe pięć miejsc walka rozstrzygnie się dopiero w ostatniej kolejce, ale najmniejsze szanse na znalezienie się w elicie ośmiu zespołów zdaje się mieć Korona Kielce, którą czeka wyjazdowa potyczka z Piastem Gliwice. Niełatwe zadanie także przed Wisłą Kraków, która po efektownym zwycięstwie nad Legią w dwóch kolejnych meczach zdobyła tylko jeden punkt, a w ostatniej serii spotkań sezonu zasadniczego zagra w Lubinie z najlepszym tej wiosny w ekstraklasie Zagłębiem. Kibiców na finiszu czeka wiec spora dawka emocji, bo w tej chwili nic jeszcze nie zostało przesądzone – ani kwestia mistrzostwa, ani też spadku z ligi.