Legia budzi zawiść

Piast Gliwice, Lechia Gdańsk i Cracovia już odpadły z europejskich pucharów. Na placu boju w kwalifikacjach Ligi Europy została tylko Legia Warszawa, którą krajowi konkurenci krytykują, że przełożyła mecz w rodzimej lidze między pucharowymi spotkaniami z Atromitosem Ateny.

Legioniści w III rundzie eliminacji Ligi Europy zmierzą się z Atromitosem Ateny. Pierwsze spotkanie rozegrają już w czwartek 8 sierpnia, zaś rewanż w środę 14 sierpnia. Stołeczny klub poprosił więc władze Ekstraklasy SA o przełożenie ligowego meczu wypadającego pomiędzy dwiema potyczkami z greckim zespołem. Konkretnie prośba dotyczyła niedzielnego spotkania 4. kolejki PKO Ekstraklasy z Wisłą Płock. Przychylenie się do tej prośby nie wszystkim się jednak spodobało, a co najdziwniejsze – wśród malkontentów znalazł się też prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na Twitterze ironicznie napisał, że „każdy normalny piłkarz woli grać środa-niedziela-środa”.

Vuković kontruje Bońka

Trener Legii Aleksandar Vuković ma ostatnio nerwy napięte jak postronki, bo chociaż jego zespół przebrnął przez dwie rundy kwalifikacji Ligi Europy, to zważywszy na klasę rywali, gibraltarski College Europe FC czy fiński Kuopio nie należą przecież do potentatów, zrobił to w niezbyt efektownym stylu. W ekstraklasie legioniści także nie imponowali formą – w trzech meczach zdobyli tylko cztery punkty. Jak to zwykle w Legii bywa, zaczęły krążyć plotki o rychłej zmianie trenera, które zapewne znacznie podniosły ciśnienie serbskiemu szkoleniowcowi.

Po zremisowanym 0:0 meczu ze Śląskiem Vuković nie zdzierżył i w wypowiedziach dla mediów pozwolił sobie na ripostę pod adresem krytykantów, w tym także prezesa PZPN. „Nie ukrywam, że mojemu zespołowi przyda się lekki oddech. Być może te kilka dni więcej odpoczynku nie odegra decydującej roli w rywalizacji z Atromitosem o awans do kolejnej rundy, ale równie dobrze może mieć rozstrzygające znaczenie. Każdy, kto zna się na piłce powinien zdawać sobie z tego sprawę. Mamy początek sezonu i żeby częstotliwość grania co trzy dni nie stanowiła problemu, w sytuacji gdy jest mniej treningów, to patrząc na sprawę pod kątem przygotowania fizycznego dłuższe przerwy między meczami są wskazane. Spójrzmy chociażby na niektórych zawodników, u których już na początku sezonu pojawiły się problemy z urazami. Wiem, o co chodziło prezesowi Bońkowi, ale w tym momencie jego uwaga jest nietrafiona. Za miesiąc każdy z moich zawodników znajdzie się już w takim rytmie meczowym, że będzie dla niego lepiej grać co trzy dni, niż trenować przez tydzień i czekać na następny mecz” – przekonuje szkoleniowiec Legii.

Gdzie podziała się solidarność?

Jeszcze większą irytację Vukovicia wywołały jednak krytyczne uwagi o przełożeniu ligowego spotkania z Wisłą Płock w czwartej kolejce. „Gdzie jest ponoć tak ceniona przez Polaków solidarność? Czyżby umarła razem z „Solidarnością”? Od miesiąca gramy w systemie czwartek – niedziela – czwartek i mam nadzieję, że pogramy tak jeszcze dłużej. Nasza prośba o niewielką ulgę powinna się spotkać z większym zrozumieniem, zwłaszcza że w innych ligach takie wsparcie nie jest niczym wyjątkowym. W mojej rodzinnej Serbii drużyny Partizan czy Crvenej Zvezdy przekładają swoje ligowe mecze i nikt tego nie krytykuje, a wręcz przeciwnie – wszyscy chcą, żeby zespoły reprezentujące kraj grały w europejskich pucharach jak najdłużej” – przekonuje Vuković.

O wsparcie dla Legii upomniał się też jej były zawodnik, obecnie grając w Śląsku Wrocław Krzysztof Mączyński. „Wierzę w Legię. Ten zespół zasługuje na więcej szacunku, bo walczy w pucharach w interesie całej polskiej ligi. Dlatego nie rozumiem pretensji p przełożenie meczu z Wisłą Płock. Jeżeli jest taka możliwość, to dlaczego z niej nie skorzystać? Dziwię się, że wcześniej nie poprosiły o to Piast i Lechia” – mówi były reprezentant Polski.

Atromitos jest w zasięgu Legii?

O sile greckiego zespołu w Polsce niewiele wiadomo, poza tym, że jej zawodnikiem jest znany z gry w Pogoni Szczecin i Wiśle Kraków Dawid Kort. Jeśli czegoś można być pewnym, to tylko tego, że do meczów z Legią ateńczycy na pewno nie przystąpią w swojej optymalnej formie. Z tej prostej przyczyny, że znajdują się dopiero w końcowym etapie przygotowań do nowego sezonu greckiej ekstraklasy, który rozpocznie się 24 sierpnia. Kibice, którzy w najbliższy czwartek wybiorą się na stadion przy Łazienkowskiej, nie powinni zatem nastawiać się na oglądanie widowiska na europejskim poziomie. Znawcy futbolu prognozują, że raczej będzie to spektakl przypominający niedzielną potyczkę legionistów ze Śląskiem Wrocław, czyli grecki zespół będzie blokował dostęp do swojego pola karnego i straszył legionistów szybkimi kontratakami. Wrocławianom taka taktyka przyniosła bezbramkowy remis, a taki wynik pewnie i dla Atromitosu będzie satysfakcjonujący.

Trener Vuković nie będzie mia do dyspozycji wszystkich graczy, bo kontuzjowani są Cafu, William Remy i Vamara Sanogo, a występ pauzującego w spotkaniu ze Śląskiem Mateusza Wieteski jest niepewny. Nie ma też co liczyć na zaangażowanie Sandro Kulenovicia, bo Chorwat szykuje się do transferu. Reszta graczy być może zrobi wszystko, żeby awansować do IV rundy. W niej rywalem legionistów byłby duński FC Midtjylland lub szkocki Glasgow Rangers.

 

Falstart gospodarzy

Legia Warszawa fatalnie rozpoczęła marsz po odzyskanie mistrzostwa Polski, przegrywając u siebie 1:2 z Pogonią Szczecin. Ale nie tylko warszawianie zaliczyli falstart w rozgrywkach na własnym boisku. W pierwszej kolejce nie wygrał żaden z ośmiu gospodarzy meczów, co jest pierwszym takim przypadkiem od sześciu lat.

Po raz ostatni taka wtopa gospodarzy miała miejsce w listopadzie 2012 roku, kiedy to w 11. kolejce goście wygrali siedem z ośmiu spotkań, a w jednym wywalczyli remis. Tym razem atutu własnego boiska nie wykorzystały zespoły aktualnego mistrza Polski Piasta Gliwice i wicemistrza Legii Warszawa, a oprócz nich jeszcze ekipy Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Wisły Płock, ŁKS Łódź, Rakowa Częstochowa oraz Arki Gdynia, która u siebie dała się rozgromić Jagiellonii aż 0:3.

Wysoka wygrana białostocczan zapewniła im pozycję lidera po pierwszej kolejce, ale ten sukces przytłumiły chuligańskie ekscesy dużej grupy fanów tego klubu uczestniczącej w brutalnej napaści na niedzielny marsz równości w Białymstoku. Stworzyło to spory problem dla szefów Jagiellonii, bo z jednej strony wypadało potępić takie obrzydliwe zachowania, ale z drugiej strony władze klubów naszej ekstraklasy wolą unikać jakichkolwiek zwarć z kibolami i dlatego często przyjmują strusią taktykę chowania głowy w piasek.

Od strony czysto sportowej Jagiellonia miała jednak bardzo udaną inaugurację sezonu, czego nie doświadczyła po raz kolejny w ostatnich latach stołeczna Legia.

Pretensje do Mioduskiego

W sobotę ponad 12 tysięcy widzów przeżyło rozczarowanie oglądając porażkę legionistów z Pogonią Szczecin. Gospodarze zaczęli obiecująco, bo po godzinie gry jako pierwsi strzelili gola, lecz nie zdołali dowieść tego wyniku do końca. Dla „Portowców” trafili Adam Buksa i Zvonimir Kożulj i właściciel warszawskiego klubu znów musiał wysłuchać trochę obelżywych przyśpiewek pod swoim adresem, w stylu „Hej Mioduski, co zrobiłeś, naszą Legię sp…łeś”.

Przegrywając z Pogonią zespół Legii wydłużył pauzę od ostatniego zwycięstwa na swoim stadionie do trzech miesięcy. Po raz ostatni legioniści wygrali w lidze 20 kwietnia (1:0 z Cracovią). Po przeprowadzonej latem rewolucji kadrowej zespół miał już od startu walczyć o odzyskanie mistrzostwa Polski. Rzecz jasna porażka z Pogonią jeszcze tych planów nie przekreśla, ale jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów stoper Legii Mateusz Wieteska, po tej porażce każdy z kolejnych rywali będzie przyjeżdżał na Łazienkowską bez strachu i jak po swoje.

Po słabych meczach w I rundzie eliminacji Ligi Europy z gibraltarskim College Europa FC, trener Aleksandar Vuković wymienił linię pomocy – zostawił w niej tylko Gruzina Waleriana Gwilię, a Carlitosa, Andre Martinsa i Arvydasa Novikovasa posadził na ławce rezerwowych, zaś poobijanego Dominika Nagy’a nawet nie włączył do kadry meczowej. Szansę pokazania się dostali Brazylijczyk Luquinhas, Mateusz Praszelik i Tomasz Jodłowiec, a na skrzydło z prawej obrony został przesunięty Marko Vesović. Ten eksperyment kadrowy niespecjalnie się udał, bo dla 19-letniego Praszelika i 23-letniego Luquinhasa był to debiut w ekstraklasie i obu świadomość tego trochę plątała nogi. Tym bardziej, że słabo zagrał bardziej od nich doświadczony Jodłowiec. Legioniści mieli spore problemy z utrzymaniem się przy piłce na połowie gości, a na własnej zdarzyły im się trzy proste straty (dwie William Remy, jedna Gwilia), których „Portowcy” nie wykorzystali. Wyciągnęli jednak z tego wnioski i w końcu znaleźli sposób na pokonanie Radosława Majeckiego.

Legię w czwartek 25 lipca czeka kolejny występ w roli gospodarza, tym razem w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z fińskim Kuopio Palloseura. Byłoby dobrze wygrać to spotkania jak najwyżej, bo Finowie, podobnie jak gibraltarski College Europe FC, mają boisko ze sztuczną trawą. Jak pamiętamy, legioniści na wyjeździe z amatorami z Gibraltaru tylko zremisowali 0:0, a Kuopio jest chyba trochę lepszym zespołem. Lepiej nie kusić losu i nie zostawiać rozstrzygnięcia na spotkanie rewanżowe.

Pucharowicze z zadyszką

Lechia zaczęła sezon od zdobycia Superpucharu Polski, ale w pierwszym ligowym spotkaniu, na wyjeździe z beniaminkiem ŁKS Łódź, gdańszczanie wywalczyli jedynie bezbramkowy remis. Trener Piotr Stokowiec do starcia z łodzianami nie posłał na boisko m.in. Sławomira Peszki, Flavio Paixao, Rafała Wolskiego czy Tomasza Makowskiego. Być może oszczędzał tych graczy na czwartkowy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Broendby Kopenhaga. Inna sprawa, że od 43. minuty jego zespół musiał grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla pozyskanego latem z Zagłębia Sosnowiec Zarko Udovicicia. Te okoliczności utrudniają właściwą ocenę aktualnej formy zespołu Lechii i jego szans w starciu z duńskim rywalem.

Trzeci z naszych „pucharowiczów”, Piast Gliwice, w pierwszej kolejce u siebie z największym trudem zremisował z Lechem Poznań 1:1. Gliwiczanie są jednak w niezłej formie, która na dodatek z meczu na mecz rośnie, więc o wynik ich konfrontacji z FK Ryga możemy być chyba spokojni.

 

Tylko Legia miała szczęście w losowaniu

W losowaniu par I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice trafił na BATE Borysów, natomiast w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy Cracovia zmierzy się z FC Dunajska Streda, zaś Legia Warszawa z lepszym z pary Sankt Julia (Andora) – College Europa (Gibraltar).

Ceremonia losowania odbyła się w miniony wtorek w szwajcarskiej siedzibie UEFA w Nyonie. W losowaniu par I rundy eliminacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice, jako debiutant tych elitarnych rozgrywkach, znalazł się w grupie zespołów z niskim współczynnikiem i nie miał szans na rozstawienie. To oznaczało, że już w pierwszej rundzie może trafić na mocnego przeciwnika, ale przy odrobinie farta także na możliwego do ogrania. W zestawie możliwych rywali mistrzów Polski znalazły się drużyny BATE Borysów, NK Maribor, Rosenborg Trondheim, HJK Helsinki, Dundalk FC i New Saints FC.

Niestety, szczęście nie uśmiechnęło się do zespołu trenera Waldemara Fornalika, bo gliwiczanie wylosowali potencjalnie najgroźniejszego z możliwych przeciwników. Białoruski zespół ma na koncie występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów – od 2008 roku aż pięciokrotnie docierał do tego etapu rywalizacji w elicie, a ponadto czterokrotnie występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Szacuje się, że Białorusini w tym okresie zarobili w europejskich pucharach ponad 70 milionów euro. Dorobek Piasta na arenie międzynarodowej jest nieporównywalnie skromniejszy, drużyna ze Śląska dwa razy uczestniczyła w kwalifikacjach do Ligi Europy i odpadała w drugiej rundzie z Qarabagem Agdam i IFK Goteborg.

Pierwsze mecze I rundy kwalifikacji obecnej edycji Ligi Mistrzów odbędą się 9 i 10 lipca, a do rewanżów dojdzie tydzień później (16-17 lipca). Gliwiczanie rozpoczną zmagania od wyjazdu na Białoruś. Ich ewentualne niepowodzenie nie skończy tegorocznej przygody z europejskimi pucharami, bowiem przegrani w I rundzie trafią do II rundy eliminacyjnej Ligi Europy i znajdą się tam na tzw. ścieżce mistrzowskiej.
We wtorek dokonano też losowania par I rundy kwalifikacji Ligi Europy. Uczestniczyły w nich dwa polskie zespoły – Legia Warszawa i Cracovia, bo Lechia, jako zdobywca Pucharu Polski, rywalizację rozpocznie dopiero od drugiej rundy zmagań.
Szczęście nie uśmiechnęło się do Cracovii, bo ekipa „Pasów” wylosowała wicemistrza Słowacji Dunajska Stredę. Krakowianie mogli też trafić na zespoły Teuta Durres (Albania), SP La Fiorita (San Marino) lub UE Engordany (Andora), NK Siroki Brijeg (Bośnia i Hercegowina) oraz Żalgiris Kowno (Litwa), los przydzielił mim jednak przeciwnika chyba najmocniejszego w tej grupie zespołów. W poprzednim sezonie ze słowackimi drużynami w europejskich pucharach nie poradziły sobie Legia Warszawa (odpadła w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava 0:2 i 1:0) oraz Górnik Zabrze w kwalifikacjach Ligi Europy (odpadł z AS Trencin 0:1 i 1:4). Skoro ekipa Dunajskiej Stredy zdołała wywalczyć wicemistrzostwo Słowacji, musi to być mocna piłkarsko drużyna.

Cracovia w europejskich rozgrywkach wystartuje po raz czwarty. Jej dotychczasowy bilans to jedno zwycięstwo ze Sturmem Graz odniesione w 1983 roku w Pucharze Intertoto, jeden remis i osiem porażek. W tej dekadzie odpadła z Ligi Europy po dwóch spotkaniach ze Skendiją Tetowo w 2017 roku. Trudno powiedzieć czy prowadzona przez Michała Probierza ekipa „Pasów” będzie w stanie poprawić te kiepskie statystyki. Pierwszy mecz zostanie rozegrany w Krakowie.

Z trójki naszych zespołów zdecydowanie najwięcej szczęścia miała Legia Warszawa. Jej przeciwnikiem w I rundzie będzie albo zespół z Gibraltaru (College Europa), albo z Andory (Sankt Julia), które najpierw zmierzą się w preeliminacjach.
Legia jest najwyżej notowanym w rankingu UEFA polskim klubem. W europejskich pucharach reprezentuje polską ligę nieprzerwanie od 2011 roku. W poprzednim sezonie stołeczny klub stracił mistrzostwo kraju na rzecz Piasta Gliwice i dlatego obecny pucharowy sezon rozpocznie w eliminacjach Ligi Europy. Żeby dostać się do fazy grupowej tych rozgrywek warszawski zespół będzie musiał wyeliminować czterech przeciwników. Z pierwszym nie powinien mieć większych kłopotów.

 

Ekstraklasa zarabia coraz mniej

Firma Deloitte opublikowała swój coroczny raport na temat stanu finansów naszej piłkarskiej ekstraklasy. Jej kluby zarobiły w w 2018 roku w sumie 528 mln złotych, ale drugi rok z rzędu zanotowały jednak spadek przychodów.

To już trzynasty raport finansowy przygotowany przez Deloitte, a dotyczący stanu finansów klubów polskiej ekstraklasy piłkarskiej. Łączny przychód wszystkich 16 klubów w 2018 roku wyniósł 528 mln złotych. Największy kęs z tego tortu przypadł Legii Warszawa, która zarobiła 100,20 mln złotych, niemal o połowę więcej od zajmującego drugą lokatę w tym zestawieniu Lecha Poznań (zarobił 57,14 mln złotych) oraz ponad połowę od trzeciej Lechii Gdańsk (48,34 mln złotych). Co ciekawe, dopiero na jedenastym miejscu uplasował się tegoroczny mistrz Polski Piast Gliwice z przychodem 24,92 mln złotych.

Z raportu wynika też, że aż dziewięć klubów ekstraklasy musiało w ubiegłym roku pogodzić się z obniżką przychodów. Największy spadek zanotowała właśnie Legia – aż o 38 milionów. Suma przychodów wszystkich klubów, 528 mln zł, to o 22 mln mniej niż przed rokiem. To już drugi rok z rzędu jak ekstraklasa notuje spadek przychodów. W raporcie uwzględniono trzy źródła przychodów: komercyjne (278,3 mln złotych), z transmisji (166,5) oraz dnia meczowego (83,1). W porównaniu do 2017 roku łączny przychód klubów okazał się niższy o 22,4 mln złotych. Jeszcze większy spadek zanotowano względem 2016 roku – 50,9 mln zł.

Spadki przychodów mają wiele przyczyn – najpoważniejszą z nich jest spadek wpływów z UEFA za wyniki w europejskich pucharach, bo tych wyników w ostatnich sezonach nie ma. Spadają też zarobki z tytuły transferów, chociaż ekstraklasę opuszcza coraz więcej polskich piłkarzy. W 2018 roku kluby zarobiły na nich 96,8 mln zł, czyli o połowę mniej niż rok wcześniej. Spadły tez przychody ze sprzedaży biletów. W ostatnim sezonie, co ciekawe, frekwencja na ligowych stadionach pogorszyła się, chociaż w lidze nie grały już Bruk-Bet i Sandecja Nowy Sącz, przyjmujące rywali na kameralnym obiekcie w Niecieczy. Średnio spotkania zakończonego w maju sezonu oglądało 8878 widzów. Najwyższą frekwencją mogła pochwalić się Legia – 17609 widzów, która wyprzedziła Wisłę Kraków (16 135) i Lechię (14 746).

Deloitte przygotowuje raporty na podstawie danych otrzymywanych przez kluby. Uwzględnia w nich przychody z tzw. dnia meczowego (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji meczów oraz źródeł komercyjnych.

 

Piast zmarnował okazję

Piast Gliwice w rozegranej w środę przedostatniej, 36. kolejce nie wykorzystał okazji do zdobycia mistrzostwa Polski, jaką stworzyła mu porażka Legii z Jagiellonią. Remisując w Szczecinie z Pogonią gliwiczanie jedynie powiększyli do dwóch punktów.

Nowego mistrza Polski poznamy zatem dopiero w niedzielę 19 maja, bo tego dnia zostaną rozegrane mecze ostatniej kolejki w grupie mistrzowskiej. Legia zagra u siebie na Łazienkowskiej z Zagłębiem Lubin, natomiast Piast podejmie Lecha. Zwycięstwo drużyny prowadzonej przez trenera Waldemara Fornalika zapewni jej pierwsze w historii mistrzostwo kraju, każdy inny wynik w przypadku wygranej Legii z „Miedziowymi” premiuje warszawski zespół. W myśl regulaminu Lotto Ekstraklasy, o kolejności przy takim samym dorobku punktowym decyduje większa liczba punktów zgromadzonych w fazie zasadniczej sezonu, a po 30 kolejkach Legia miała ich na koncie 60, zaś Piast tylko 53. Te spekulacje mają rzecz jasna sens wyłącznie przy założeniu, że Legia pokona Zagłębie Lubin. Ale w futbolu w takich rozstrzygających momentach o wynikach decydują czasem pozasportowe kwestie.

Dla jasności, nie chodzi o jakieś niegodne korupcyjne praktyki. Po prostu kluby mają różne relacje, zaś pracujący w nich ludzie różne sympatie i kalkulacje. A nie wszystkim z wielkich naszej ligi pasuje, że mistrzem może być mały Piast. To juz wolą, żeby została nim wielka Legia, bo jej wygrana mniej boli i daje lepsze alibi. Wystarczy, żeby taka myśl przeważyła w Poznaniu i Lubinie, a mistrzowskiej fety w Gliwicach może nie być. Zwłaszcza że „Miedziowi” po środowej porażce z Cracovią stracili szanse na zajęcie premiowanego awansem do kwalifikacji Ligi Europy czwartego miejsca, więc na Łazienkowskiej raczej nie będą się bić jak o niepodległość. Co prawda Lech w Gliwicach też nie będzie miał powodów do „gryzienia trawy”, bo już wcześniej odpadł z walki o europejskie puchary, lecz w przypadku „Kolejorza” może właśnie zadziałać urażona ambicja, na co chyba po cichu liczy prezes i właściciel Legii Dariusz Mioduski. Piłkarze Lecha zawiedli w tym sezonie, dlatego pokonanie pretendenta do mistrzowskiego tytułu może być dla nich dobrym sposobem na wyładowanie złości, a dla licznej grupy graczy odchodzących z klubu najlepszą formą pożegnania z nim. Zważywszy jednak na niechęć fanów poznańskiej drużyny do Legii raczej nie będą zachwyceni wsparcie dla „odwiecznego wroga”. Decydujący głos w tej sprawie będą mieli jednak szefowie poznańskiego klubu i jeśli oni zechcą pomóc Legii, to graczy Piasta czeka w niedzielę trudna walka. Jeśli nie zechcą, to już dzisiaj można gratulować gliwiczanom mistrzowskiego tytułu.

Możliwości sportowego, czyli legalnego wpływania na wynik rywalizacji jest przecież wiele. Wiadomo na przykład, że od nowego sezonu zacznie obowiązywać przepis o obowiązkowym wystawianiu do gry młodzieżowców. To zatem znakomity powód, żeby na koniec obecnych rozgrywek zrobić przegląd kadry pod tym kątem. W środowej 36. kolejce trenerzy zespołów Lotto Ekstraklasy wystawili do gry aż 35 młodzieżowców, co jest rekordem w tym sezonie. Na młodych graczy nie postawili jedynie szkoleniowcy Cracovii, Miedzi Legnica i Śląsku Wrocław, ale można ich za to usprawiedliwić, bo „Pasy” naprawdę chcą wywalczyć czwarte miejsce i zagrać w pucharach, a obie ekipy z Dolnego Śląska walczyły w bezpośrednim starciu o uniknięcie degradacji. Najbardziej zaszalał pod tym względem trener Wisły Kraków Maciej Stolarczyk, który wystawił do gry aż sześciu młodzieżowców. Pięciu zagrało też w drużynie Lecha, która pokonała Lechię 2:1 i pozbawił gdańszczan resztek nadziei na zdobycie mistrzostwa Polski. Jak widać duża liczba młodzieżowców, jakich zapewne zobaczymy w niedzielnym spotkaniu z Piastem Gliwice, wcale nie musi być jednoznaczna z opowiedzeniem się po stronie któregoś z dwóch walczących jeszcze o mistrzostwo klubów.

W przededniu ostatecznych rozstrzygnięć w Lotto Ekstraklasie Komisja Licencyjna ogłosiła swoje decyzje o przyznaniu licencji na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej w przyszłym sezonie. Tym razem otrzymały je wszystkie kluby, nawet zadłużona po uszy Wisła Kraków, której władze Krakowa odmówiły właśnie rozłożenia na raty pięciu milionów złotych długu za wynajem stadionu. Nie dziwi więc nałożony na wiślaków nadzór finansowy, ale taki sam nadzór nałożony na Legię już tak. Stołeczny klub powszechnie uważany jest przecież za najbogatszy w ekstraklasie, a jego budżet szacowany jest na 200 mln złotych. Wpisano jedna w przychody zyski z udziału w fazie grupowej Ligi Mistrzów lub w najgorszym przypadku Ligi Europy. A że Legia z pierwszej odpadła ze słowackim Spartakiem Trnava, a z drugiej z luksemburskim FC Dudelange, to i przychody bez wpływów z UEFA miała znacznie niższe. Dziura w budżecie wynosi ponoć nawet 60 mln zł.

Tak więc w sezonie letnim nie będzie w warszawskim klubie wielkich transferów, a zatem jest właściwie bez znaczenia czy to „wielka” Legia i będzie reprezentowała nasz futbol w walce o Ligę Mistrzów, czy też „mały” Piast. Niech ekstraklasę wygra lepszy z nich.

Zestaw par ostatniej, 37. kolejki
Grupa mistrzowska (wszystkie mecze w niedzielę 19 maja,początek godz 18:00): Lechia Gdańsk – Jagiellonia Białystok, Legia Warszawa – Zagłębie Lubin, Piast Gliwice – Lech Poznań, Cracovia – Pogoń Szczecin;
Grupa spadkowa (wszystkie mecze w sobotę 18 maja, początek godz. 15:30): Wisła Kraków – Miedź Legnica, Śląsk Wrocław – Arka Gdynia, Korona Kielce – Górnik Zabrze, Wisła Płock – Zagłębie Sosnowiec.

 

Pięć drużyn liczy na cud

Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej sezonu pięć zespołów (Lechia, Legia, Piast, Cracovia i Zagłębie Lubin) jest już pewnych gry w grupie mistrzowskiej. Na obsadzenie pozostałych trzech miejsc szanse ma jeszcze pięć drużyn.

Sytuacja jest skomplikowana dla całej piątki zespołów aspirujących do zajęcia miejsca w czołowej ósemce, ale w najtrudniejszym położeniu znalazła się Korona. Szanse kielczan na zakwalifikowanie się do elity są w zasadzie tylko teoretyczne, bo muszą w ostatniej kolejce wygrać na wyjeździe z z Piastem Gliwice, a także liczyć na bardzo wysoką porażkę Pogoni Szczecin z Legią oraz Wisły Kraków z Zagłębiem Lubin, a także na remis Lecha z Jagiellonią.

Koroniarzom degradacja jednak nie zagraża, bo nawet jeśli ostatecznie wylądują w grupie spadkowej, to będą mieli ogromną przewagę punktową nad niżej obecnie klasyfikowanymi zespołami Zagłębia Sosnowiec, Wisły Płock, Arki, Górnika, Miedzi i Śląska.

W niewiele lepszym położeniu znalazła się Pogoń. Gdyby „Portowcy” wygrali z Arką w 29. kolejce (zremisowali 3:3), mieliby awans do grupy mistrzowskiej w kieszeni, a tak muszą teraz pokonać w ostatniej serii spotkań Legię, bo tylko zwycięstwo da im miejsce w Top 8 bez oglądania sie na wyniki innych spotkań. W przypadku remisu szczecinianie będą musieli liczyć na porażkę Wisły Kraków lub porażkę albo remis Lecha. Pogoń zapewni sobie miejsce w grupie mistrzowskiej także w przypadku remisu lub porażki Wisły Kraków, jednoczesnych porażkach Wisły i Lecha, porażki Lecha oraz remisu lub porażki Korony.

Pokonać jednak Legię nie będzie „Portowcom” łatwo, bo po zwolnieniu portugalskiego trenera-zamordysty Ricardo Sa Pinto legioniści pod wodzą duetu Aleksandar Vuković – Marek Saganowski wyraźnie odżyli i z każdym kolejnym meczem nabierają wiatru w żagle. W dwóch meczach (z Jagiellonią i Górnikiem) zdobyli komplet punktów, strzelając pięć goli i tracąc jednego. W Zabrzu o swoich strzeleckich umiejętnościach przypomniał Carlitos. Jego dwie bramki zapewniły Legii zwycięstwo, na uwagę zasługuje jednak łatwość, z jaką hiszpański napastnik dochodził do strzeleckich sytuacji. Niewykluczone, że w jego rosnąca forma może w końcówce sezonu okazać się decydującym czynnikiem w wyścigu o mistrzostwo.

Wprawdzie pod względem jakości i stylu gry wielkiej poprawy u legionistów nie widać, ale na ich szczęście równie topornie na boisku prezentuje się drużyna prowadzącej w tabeli Lechii. Gdańszczanie nadrabiają to walecznością, lecz taka siłowa gra ma swoją cenę, którą przyjdzie im zapłacić właśnie na finiszu.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia kończy rundę zasadniczą jako lider

Piłkarze Lechii Gdańsk wygrali u siebie z Lechem Poznań 1:0 w meczu 29. kolejki ekstraklasy i na kolejkę przed końcem sezonu zasadniczego praktycznie zapewnili sobie pierwszą lokatę w tabeli. Ale poziom spotkania był mierny – gracze obu drużyn oddali tylko po jednym celnym strzale na bramkę.

Szczęście dopisało tylko napastnikowi Lechii Arturowi Sobiechowi i po jego uderzeniu piłka znalazła się w siatce bramki „Kolejorza”. Tyle wystarczyło lechistom do zdobycia kompletu punktów. Trener poznańskiej drużyny Dariusz Żuraw, który na tym stanowisku niedawno zastąpił Adama Nawałkę, po meczu szczerze pogratulował rywalom zwycięstwa. „Lechia była o jedną bramkę od nas lepsza. Próbowaliśmy do samego końca zmienić rezultat, niestety, bezskutecznie i wracamy do domu bez punktów” – powiedział Żuraw. Teraz ekipę „Kolejorza” czeka w ostatniej kolejce mecz z Jagiellonią o utrzymanie miejsca w grupie mistrzowskiej. Lechici mają komfortową sytuację, bo rywale we wtorek zagrają w półfinale Pucharu Polski z Miedzią Legnica, więc na sobotni mecz do Poznania przyjadą nieco zmęczeni.
W takiej samej sytuacji jest też Lechia, którą w tym tygodniu czekają dwie piekielnie trudne wyjazdowe potyczki – najpierw w środę gdańszczanie zmierzą się w Częstochowie z Rakowem w półfinale Pucharu Polski, a potem w Krakowie z Cracovią. Dlatego z takim zadowoleniem trener Piotr Stokowiec przyjął zwycięstwo w spotkaniu z Lechem. Trzy punkty zapewniły lechistom de facto pozycję lidera po rundzie zasadniczej. „Najważniejsze są trzy punkty. Lech zagrał bardzo dobry mecz, ale moi zawodnicy potrafili stworzyć kilka sytuacji, a jedną z nich wykorzystać. Nie mamy czasu na świętowanie, bo musimy szykować się do meczu w Częstochowie. Chcemy zdobyć Puchar Polski i pokonanie Rakowa jest teraz naszym celem. Potem zaczniemy myśleć o meczu z Cracovią” – podkreślił trener Lechii.
Oprócz Lechii jeszcze tylko Legia Warszawa i Piast Gliwice maja już zapewnione miejsce w grupie mistrzowskiej. O pozostałe pięć miejsc walka rozstrzygnie się dopiero w ostatniej kolejce, ale najmniejsze szanse na znalezienie się w elicie ośmiu zespołów zdaje się mieć Korona Kielce, którą czeka wyjazdowa potyczka z Piastem Gliwice. Niełatwe zadanie także przed Wisłą Kraków, która po efektownym zwycięstwie nad Legią w dwóch kolejnych meczach zdobyła tylko jeden punkt, a w ostatniej serii spotkań sezonu zasadniczego zagra w Lubinie z najlepszym tej wiosny w ekstraklasie Zagłębiem. Kibiców na finiszu czeka wiec spora dawka emocji, bo w tej chwili nic jeszcze nie zostało przesądzone – ani kwestia mistrzostwa, ani też spadku z ligi.

 

Nowa inwestycja Legii

W środę Legia Warszawa poinformowała, że przekazała plac budowy pod centrum treningowe w Książenicach generalnemu wykonawcy, który na początku kwietnia rozpocznie prace.

Koszt budowy nowego ośrodka treningowego oszacowano na kwotę 80 mln złotych. Legia pozyskała wsparcie finansowe z budżetu ministerstwa sportu i turystyki (11 mln złotych) oraz ministerstwa inwestycji i rozwoju (1,2 mln złotych), reszta środków to wkład własny klubu oraz kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego. Koncepcja architektoniczna ośrodka została przygotowana przez polską pracownię LAP Studio we współpracy z Estudio Lamela, międzynarodowym biurem architektonicznym, które jest autorem m.in. projektu ośrodka treningowego Realu Madryt w Hiszpanii – jednej z najnowocześniejszych i najbardziej znanych realizacji tego typu na terenie Europy.

Legia Training Center w Książenicach (gmina Grodzisk Mazowiecki) ma być najbardziej nowoczesnym ośrodkiem treningowym w Polsce. Powstanie na powierzchni 14 hektarów, które stołeczny klub wykupił. W planach jest zbudowanie sześciu boisk piłkarskich, budynków na pomieszczenia biurowe, szatnie dla piłkarzy pierwszej i drugiej drużyny oraz zespołów Akademii Legii Warszawa, a ponadto na siłownię, halę sportową, zaplecze medyczne oraz hotelowe (24 pokoje oraz bursa dla graczy akademii z 30 pokojami).

Ponadto w LTC ma powstać centrum badawcze LegiaLab, sale konferencyjne i lekcyjne. Termin zakończenia budowy centrum wyznaczono na czerwiec przyszłego roku. Do nowego ośrodka ma przenieść się cały pion sportowy. Na stadionie przy Łazienkowskiej zostanie część komercyjna i administracyjna klubu oraz najmłodsze drużyny Akademii.

 

Lotto Ekstraklasa: Rekordy frekwencji padają w derbach

W 26. kolejce padł rekord frekwencji w tym sezonie naszej piłkarskiej ekstraklasy. Derby Krakowa Wisła – Cracovia obejrzało 28 235 widzów. Dotychczasowy rekord, ustanowiony w derbach Trójmiasta Lechia Gdańsk – Arka Gdynia został pobity o trzy tysiące.

Wbrew pozorom rekordowa liczba widzów na stadionie Wisły w Krakowie jest tak naprawdę frekwencyjną porażką Lotto Ekstraklasy. A to dlatego, że najlepszy w tym sezonie wynik, ustanowiony dopiero w 26. kolejce po rozegraniu 206 meczów z udziałem publiczności, w poprzednim byłby dopiero na siódmym miejscu. Co prawda rekord frekwencji padł w spotkaniu 30. kolejki Lecha z Górnikiem, na które przyszło w Poznaniu 36 941 osób, ale pięć pozostałych lepszych niż w tym sezonie wyników ustanowiono wcześniej.

Wracając do 26. kolejki obecnych rozgrywek, to poza Krakowem przyzwoita liczba widzów stawiła się jeszcze tylko w Warszawie na Łazienkowskiej. Starcie Legii ze Śląskiem (1:0) obejrzało w stolicy 18 342 osób. Na pozostałych sześciu stadionach nigdzie frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy, nawet w Białymstoku, gdzie na spotkanie Jagiellonii z Korona Kielce stawiło się zaledwie 7 660 kibiców.

Księgowy Lecha musi rwać włosy z głowy, bo po słabych w tym roku wynikach fani „Kolejorza” obrazili się na swój zespół. Przegrany 0:3 mecz z Górnikiem Zabrze obejrzało tylko 9 881 widzów, a pamiętajmy, że stadion w Poznaniu ma ponad 42 tysiące miejsc.

Ale w naszej ekstraklasie nawet dobre wyniki nie zawsze przekładają się na wzrost frekwencji. Przekonują o tym przykłady Zagłębie Lubin (5823 widzów w spotkaniu z Arką Gdynia) i rewelacji wiosennej rundy Piasta Gliwice (5573 osoby na meczu z Miedzią Legnica). Tradycyjnie już niewielu fanów wybrało się na stadion w Płocku (2511 na przegranym 0:2 meczu z Pogonią) i w Sosnowcu (tylko 2624 widzów przyszło zobaczyć jak ich zespół gra z liderem ligi Lechią Gdańsk). Po 26. kolejkach najliczniejszą widownią może pochwalić się Legia (średnia na mecz 13 392). Druga jest Wisła Kraków (15 791), trzecia Lechia (13 892), czwarty Lech (13 183, a piąty Górnik (12 405 widzów).

 

Sa Pinto nie umie przegrywać

Ostatnie dwa mecze 22. kolejki dostarczyły radości gównie kibicom w Krakowie, bo obie drużyny z tego miasta wygrały swoje mecze – Cracovia po 68 latach pokonała w Warszawie Legię, a Wisła wygrała u siebie ze Śląskiem po golu Jakuba Błaszczykowskiego.

Spotkanie Legii z Cracovią zapowiadało się interesująco, bo było to starcie dwóch drużyn, które zdobyły najwięcej punktów w ostatnich pięciu kolejek. Niestety, okazał się widowiskiem nerwowym i obfitującym w brzydkie zachowania. Mecz najpierw został opóźniony, a później jeszcze przerwany przez stołecznych kibiców, którzy użyli zakazanych środków pirotechnicznych i skutecznie zaburzyli arbitrowi widoczność. Potem w trakcie gry piłkarze kopali się niemiłosiernie, co rusz skakali sobie do oczu, a roztrzęsiony sędzia z Bytomia Piotr Lasyk pochopnie sięgał po czerwoną kartkę. Kibice z osławionej „Żylety” nie mają litości dla właściciela Legii Dariusza Mioduskiego, bo znów narazili go karę grzywny, którą Komisja Ligi niechybnie nałoży za odpalone race i sztuczne ognie. Mecz został opóźniony o blisko 10 minut, a coś takiego nie może przejść niezauważone. Tym bardziej, że to nie pierwszy taki wybryk fanów w tym sezonie.

Od strony sportowej zaskoczeniem była nieobecność w składzie Legii Michała Kucharczyka, który z niewiadomej przyczyny decyzją trenera Ricardo Sa Pinto znalazł się poza kadrą meczową. Z kolej w ekipie „Pasów” z powodu kontuzji nie mógł zagrać Marcin Budziński, którego zastąpił Javi Hernandez, co trudno uznać jednak za osłabienie, bo Hiszpan jeszcze przed przerwą zdobył obie bramki dla Cracovii.

Mecz często przerywany

Po zmianie stron atmosfera na boisku gęstniała z każą chwilą. Zwłaszcza od momentu, gdy sędzia Lasyk przerwał grę po faulu w polu karnym Remy’ego na Wdowiaku. Gdy arbiter popędził do stanowiska VAR, piłkarze obu zespołów skoczyli sobie do oczu. Powtórki telewizyjne pokazały jak Cabrera i Remy odpychają się agresywnie. Gdy Lasyk obejrzał powtórki VAR na monitorze odgwizdał rzut karny dla Cracovii i dorzucił jeszcze żółte kartki dla legionistów Majeckiego, Hlouska i Cabrery oraz dla stopera „Pasów” Helika. Całe zamieszanie trwało około 10 minut. W końcu do piłki ustawionej na 11. metrze podszedł Cabrera i trafił w słupek. Był to już czwarty niewykorzystany przez piłkarzy Cracovii rzut karny w tym sezonie. Ostatni raz podobną „rozrzutnością” w naszej lidze wykazali się 15 lat temu gracze Górnika Polkowice.

Niedługo potem sędzia ponownie musiał przerwać mecz, tym razem z powodu zadymienia odpalonymi przez kibiców racami. Ta kolejna przerwa w grze trwała kilka minut, chyba za krótko, żeby w piłkarzach ostygły emocje. Francuski stoper Legii William Remy w krótkim odstępie czasu zobaczył dwie żółte kartki, ale drugą z nich arbiter po obejrzeniu jego faulu na Hernandezie mu anulował, by chwilę później pokazać mu czerwony kartonik za celowe nadepnięcie rywala. Całe zamieszanie z trybun wyglądało zabawnie, ale też trochę irytująco. I chyba tak podziałało na grających od 77. minuty w osłabieniu legionistów, bo rzucili się do ataku i stworzyli więcej bramkowych okazji, niż przez wcześniejsze osiemdziesiąt minut. Ostatecznie Cracovia przetrzymała ten napór i wygrała na Łazienkowskiej po raz pierwszy od 68 lat. W obecnym sezonie było to jej szóste zwycięstwo z rzędu, ale trzeba uczciwie przyznać, że zespół Probierza był lepszy i wygrał jak najbardziej zasłużenie, dając czytelny sygnał, że zamierza nie tylko bić się o dające utrzymanie miejsce w grupie mistrzowskiej, lecz także włączyć się do rywalizacji o prawo gry w europejskich pucharach.

W obozie legionistów najgorzej porażkę zniósł chyba trener Sa Pinto, bo po meczu zachował się jak ostatni gbur, nie podając ręki szkoleniowcowi Cracovii, co wychwyciły telewizyjne kamery. Pytany o ten incydent Michał Probierz uciął sprawę krótkim stwierdzeniem – „Najlepszym komentarzem jest cisza”. Portugalczyk natomiast tłumaczył się, że ponoć przed meczem doświadczył podobnie niemiłego gestu od Probierza i dlatego nie przyjął podanej przez niego ręki po meczu. Nie był to pierwszy taki nieelegancki wybryk tego trenera, ale uczenie go kultury i szacunku dla innych to chyba zbędny trud, albowiem sądząc po wynikach oraz żenującym poziomie sportowym zespołu Legii, ma on raczej niewielkie szanse dotrwać do końca tego sezonu.

Gol Błaszczykowskiego po 13 latach

Druga część Krakowa, ta kibicująca Wiśle, też miała powody do radości, bo ich ulubieńcy wygrali ze Śląskiem co prawda tylko 1:0, ale zwycięskiego gola strzelił dobrodziej klubu i jego największa obecnie gwiazda Jakub Błaszczykowski. 105-krotny reprezentant Polski ostatniego gola dla Wisły Kraków przed wyjazdem do Bundesligi strzelił 11 listopada 2006 roku w wygranym 4:2 meczu ligowym z GKS Bełchatów. Na strzelenie kolejnego musiał czekać 4482 dni. 33-letni skrzydłowy „Białej Gwiazdy” zdobył zwycięską bramkę pewnie wykorzystując w 40. minucie rzut karny. Było to jego czwarte w ogóle trafienie dla krakowskiego zespołu – przed podpisaniem kontraktu z Borussią Dortmund zaliczył w Wiśle 64 występy, a do trzech goli dorzucił 15 asyst.

Dzięki wygranej wiślacy utrzymali dziewiątą lokatę w tabeli, ale mają nieznaczną stratę do pięciu ostatnich drużyn w grupie mistrzowskiej – Cracovia i Lech wyprzedzają ich o jeden punkt, Pogoń i Piast o dwa, a kielecka Korona o trzy punkty. Już w następnej kolejce ta kolejność może ulec odwróceniu.