Wyniki 28. kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 28. kolejki:
Wisła Kraków – Legia Warszawa 1:3
Gole: Łukasz Burliga (29) – Tomas Pekhart (57, 70), Walerian Gwilia (76).
Żółte kartki: Żukow – Jędrzejczyk, Pekhart.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Mecz bez widzów.
Korona Kielce – Piast Gliwice 1:2
Gole: Petteri Forsell (14) – Sebastian Milewski (65), Jorge Felix (76).
Żółte kartki: Żubrowski, Gnjatić – Kirkeskov. Czerwona kartka: Żubrowski (27., za drugą żółtą).
Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń).
Mecz bez widzów.
Pogoń Szczecin – Cracovia 1:0
Gol: Kamil Drygas (64).
Żółte kartki: Listkowski, Manias – Helik, Loshaj. Czerwona kartka: Helik (90., za drugą żółtą).
Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Mecz bez widzów.
Arka Gdynia – Śląsk Wrocław 2:1
Gole: Adam Danch (82), Marko Vejinović (90) – Michał Chrapek (12 karny).
Żółte kartki: Kopczyński, Siemaszko – Żivulić, Chrapek.
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Mecz bez widzów.
Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk 2:2
Gole: Erik Jirka (19, 66) – Łukasz Zwoliński (79, 87).
Żółte kartki: Matuszek, Janża, Prochazka – Saief.
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Mecz bez widzów.
Jagiellonia Białystok – Wisła Płock 2:2
Gole: Bartosz Bida (67), Jakov Puljić (90) – Cillian Sheridan (29), Dominik Furman (61 karny).
Żółta kartka: Szwoch (Wisła).
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Mecz bez widzów.
Zagłębie Lubin – Lech Poznań 3:3
Gole: Filip Starzyński (8 karny, 40 karny), Sasza Żivec (26) – Christian Gytkjaer (21), Jakub Kamiński (76), Dani Ramirez (88 karny).
Żółte kartki: Baszkirow, Poręba – Rogne.
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Raków Częstochowa – ŁKS Łódź 1:1
Gole: Jarosław Jach (49) – Carlos Moros Gracia (32). Żółte kartki: Piątkowski, Petrasek – Dąbrowski, Srnić.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Mecz bez widzów.

Grupa mistrzowska

  1. Legia 28 57 58:27
  2. Piast 28 49 34:26
  3. Pogoń 28 44 28:26
  4. Śląsk 28 43 36:32
  5. Lech 28 43 48:29
  6. Cracovia 28 42 35:27
  7. Lechia 28 42 38:38
  8. Jagiellonia 28 41 38:37
    Grupa spadkowa
  9. Raków 28 38 34:39
  10. Zagłębie 28 37 47:43
  11. Górnik 28 37 37:38
  12. Wisła P. 28 37 35:47
  13. Wisła K. 28 31 34:45
  14. Korona 28 29 20:33
  15. Arka 28 28 27:42
  16. ŁKS Łódź 28 21 26:46

Piast straszy Legię

Broniący mistrzowskiego tytułu Piast Gliwice w 28. kolejce pokonał na wyjeździe Koronę Kielce 2:1 i jako drugi zespół, po prowadzącej w tabeli Legii Warszawa, zaklepał sobie miejsce w grupie mistrzowskiej. Trener gliwiczan Waldemar Fornalik coraz odważniej mówi o szansach swojej drużyny na drugi z rzędu triumf w ekstraklasie.

Zagrożona degradacją ekipa Korony, którą do restartu rozgrywek przygotował zatrudniony od 6 marca trener Maciej Bartoszek, przystępowała do meczu z Piastem w bojowym nastroju, wywołanym efektowną wyjazdową wygraną 4:1 z Wisłą Płock. Szybko się jednak przekonali, że gliwiczanie są zespołem z wyższej półki niż „Nafciarze”, a ich wysokie zwycięstwo 4:0 w poprzedniej kolejce z Wisłą Kraków nie było dziełem przypadku. Podopieczni trenera Fornalika byli zdecydowanie lepsi i zasłużenie wygrali, a wynik 2:1 nie odzwierciedla przewagi jaką mieli praktycznie przez całe spotkanie. Gdyby gracze Piasta wykorzystali wszystkie stuprocentowe strzeleckie okazje, ich zwycięstwo byłoby bardziej okazałe. Kielczanie jednak też pokazali się z dobrej strony i potwierdzili, że nie są już tym samym zagubionym i bezradnym zespołem, jakim byli przed wybuchem pandemii. Pod wodzą trenera Bartoszka Korona gra zdecydowanie lepiej i całkiem niewykluczone, że zdoła nawet obronić się przed spadkiem do niższej ligi. Dla piłkarzy trener Fornalika wygrana w Kielcach była czwartą z rzędu w ekstraklasie. Gliwiczanie zmniejszyli stratę do Legii do pięciu punktów, ale mało kto w ich obozie wierzył, że stołeczny zespół w niedzielę przegra w kończącym 28. kolejkę meczu z Wisłą Kraków (spotkanie zakończyło się po zamknięciu wydania). Sami przecież tydzień wcześniej „rozjechali” wiślaków 4:0 i nie mieli najlepszego zdania o sile tego zespołu.
Drugi z krakowskich zespołów, Cracovia, nie przerwała w Szczecinie serii porażek i przegrała po raz szósty z rzędu, ulegając Pogoni 0:1. Zwycięską bramkę dla „Portowców” zdobył rezerwowy Kamil Drygas. Przed meczem było wiadomo, że triumfator tego spotkania zapewni sobie miejsce w grupie mistrzowskiej, więc szczecinianie po ostatnim gwizdku sędziego Szymona Marciniaka mieli podwójny powód do świętowania.
Dla ekipy „Pasów” powrót do domu był pewnie mordęgą, bo w następnej kolejce czeka ją wyprawa do Gdańska na mecz z Lechią. Przerwać tam fatalną passę będzie jeszcze trudniej niż w Szczecinie, a tymczasem po serii sześciu porażek z rzędu Cracovii zjechała w tabeli na szóste miejsce i już nie ma gwarancji, że zakończy fazę zasadniczą w grupie mistrzowskiej. Niebywałe w jaki regres formy wpadła ta drużyna w tym roku. A przecież zaczynała w lutym rundę wiosenną w roli jednego z kandydatów do mistrzostwa Polski.

Wyniki 28. kolejki:
Korona Kielce – Piast Gliwice 1:2
Gole: Petteri Forsell (14) – Sebastian Milewski (65), Jorge Felix (76).
Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk 2:2
Gole: Erik Jirka (19, 66) – Łukasz Zwoliński (79, 87).
Jagiellonia Białystok – Wisła Płock 2:2
Gole: Bartosz Bida (67), Jakov Puljić (90) – Cillian Sheridan (29), Dominik Furman (61 karny).
Zagłębie Lubin – Lech Poznań 3:3
Gole: Filip Starzyński (8 karny, 40 karny), Sasza Żivec (26) – Christian Gytkjaer (21), Jakub Kamiński (76), Dani Ramirez (88 karny).
Pogoń Szczecin – Cracovia 1:0
Gol: Kamil Drygas (64).
Raków Częstochowa – ŁKS Łódź 1:1
Gole: Jarosław Jach (49) – Carlos Moros Gracia (32).

Piłkarze grają, a płace się mrożą

Piłkarze zespołów PKO Ekstraklasy szykują się do 28. ligowej kolejki. W środku tygodnia dołączyli do nich gracze I i II ligi, zatem wszystkie trzy zawodowe ligi w naszym kraju wróciły jakoś do życia po blisko trzech miesiącach bezruchu spowodowanego pandemią koronawirusa. Radość trwała jednak krótko, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek włożył kij w mrowisko sugerując, żeby redukcję zarobków piłkarzy wprowadzić na stałe.

Swój aktualny pogląd na kwestię zarobków piłkarzy w polskiej lidze prezes PZPN wyłożył w wypowiedzi opublikowanej na łamach „PS”. „W naszej piłce na epidemii najwięcej stracił PZPN – na dzień dobry 80 milionów złotych. Gdyby spotkało to któryś z klubów, byłby na łopatkach. My natomiast potrafiliśmy się zorganizować i jeszcze ponad 100 milionów złotych przeznaczyliśmy na pomoc w ramach tarczy. Kluby szybko ustaliły, że w czasie kryzysu piłkarze powinni zarabiać połowę pensji, a ja uważam, że trzeba by obniżyć wynagrodzenia na stałe. Wtedy chcieliby trenować trzy razy mocniej, by wyjechać za granicę i zarobić więcej. W Polsce wielu piłkarzy ma eldorado, zwłaszcza ci z Europy Środkowej i Bałkanów. Ci gracze są ważną częścią niektórych zespołów, ale nie sądzę, by pomagali nam w osiąganiu sukcesów w europejskich pucharach. Gdyby zarabiali mniej, nie przyjeżdżaliby do Polski tak chętnie” – stwierdził Boniek. Dodał też: „W Polsce piłkarze mają za dobrze. Wszyscy o nich dbają, od dziennikarzy po działaczy. Najlepiej, gdyby istniał przepis, że po pierwszej połowie można wymienić całą jedenastkę, żeby tylko nikt się nie spocił. W czasie pandemii zatroszczyliśmy o piłkarzy bardziej niż na przykład o lekarzy. Sportowcy są uprzywilejowaną grupą, która daje społeczeństwu dużo, ale też dostaje trzy razy więcej i powinna o tym pamiętać” – przekonuje sternik polskiego futbolu. Wskazał też klubowym włodarzom właściwy kierunek: „Pandemia pokazała, że niektóre kluby były zarządzane w sposób zbyt ryzykowny. Każdy chce zostać mistrzem, ale rezultat osiągnięty na boisku powinien być wynikiem rozsądnej strategii. Zamiast dwudziestu obcokrajowców, wolałbym trzech, czterech, którzy zarabialiby więcej, ale mogliby czegoś nauczyć młodych polskich piłkarzy. Chwalimy się, że nie mamy kominów płacowych. A ja uważam, że w taki sposób nie robi się poważnej piłki. W Bayernie, Juventusie czy Barcelonie piłkarze, którzy robią różnicę, zarabiają zdecydowanie więcej i to jest normalne” – mówi Zbigniew Boniek.
Na szczęście dla piłkarzy, opinie prezesa PZPN nie są stałe i ulegają częstej zmianie, w zależności od aktualnej sytuacji lub potrzeb. Teraz akurat taka potrzeba występuje, bo – przypomnijmy – kluby od blisko trzech miesięcy praktycznie nie zarabiają pieniędzy ze sprzedaży biletów, nie dostają ich też od sponsorów i telewizyjnych nadawców. Zawodnicy i trenerzy zgodzili się na obniżkę płac do 50 procent, ale tylko na czas przerwy w rozgrywkach. A ta przerwa właśnie się skończyła i już za czerwiec trzeba będzie im wypłacić pełne wynagrodzenia, co przy znacznie zmniejszonych wpływach mocno zrujnuje i tak już nadszarpnięte klubowe budżety.
Po drugiej stronie barykady są jednak dobrze zorganizowani i prawnie zabezpieczeni pracobiorcy, czyli piłkarze i trenerzy. FIFA i UEFA dały wprawdzie przyzwolenie na cięcie płac w czasie pandemii, lecz wyłącznie za zgodą zawodników. Po restarcie rozgrywek ustalenia sprzed kilku tygodni przestały obowiązywać i kluby będą musiały na nowo negocjować z piłkarzami i trenerami wysokość ich kontraktów. Boniek ma pewnie już jakąś wiedzę o rodzących się na tym tle napięciach, skoro zdecydował się zająć stanowisko w takiej drażliwej sprawie. PZPN w kwestiach płacowych niewiele ma do powiedzenia, bo to wewnętrzna sprawa klubów, widocznie jednak uznał, że jeśli jako szef związku rzuci hasło powszechnej i trwałej obniżki płac, to może trochę tym pomoże właścicielom klubów w negocjacjach. Szkoda tylko, że domagając się cięcia zarobków, skupił się tylko na piłkarzach. Sam przecież zarabia miesięcznie więcej niż większość graczy ekstraklasy, nie wspominając o niższych ligach, a taki ludzi jak on, zarabiających wielkie pieniądze w polskim futbolu bez konieczności kopania piłki i narażania zdrowia, jest więcej niż samych piłkarzy.
Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to temat wymagający otwartej dyskusji, ale w Polsce o pieniądzach, szczególnie własnych, nikt nie lubi publicznie rozmawiać. Sprawa zostanie więc pewnie załatwiona po cichu, co oznacza, że ktoś zostanie pokrzywdzony.

Zestaw par 28. kolejki:
Piątek: Korona Kielce – Piast Gliwice, godz. 18:00; Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk, godz. 20:30.
Sobota: Jagiellonia Białystok – Wisła Płock, godz. 15:00; Zagłębie Lubin – Lech Poznań, godz. 17:30; Pogoń Szczecin – Cracovia, godz. 20:00.
Niedziela: Raków Częstochowa – ŁKS Łódź, godz. 12:30; Arka Gdynia – Śląsk Wrocław, godz. 15:00; Wisła Kraków – Legia Warszawa, godz. 17:30.

Wyniki 27. kolejki PKO Ekstraklasy

Lech Poznań – Legia Warszawa 0:1
Gol: Tomas Pekhart (17).
Żółte kartki: Kostewycz, Jóźwiak, Crnomarković, Puchacz – Wieteska, Majecki.
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Mecz bez widzów.

Piast Gliwice – Wisła Kraków 4:0
Gole: Jorge Felix (1), Piotr Parzyszek (11, 64), Patryk Tuszyński (85).
Żółte kartki: Jorge Felix, Czerwiński – Błaszczykowski, Sadlok, Burliga, Savicević, Wojtkowski. Czerwona kartka: Sadlok (75. minuta, Wisła, za drugą żółtą).
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Mecz bez widzów.

Śląsk Wrocław – Raków Częstochowa 1:1
Gole: Michał Chrapek (90 karny) – Felicio Brown Forbes (83).
Żółte kartki: Tudor, Petrasek (Raków).
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Mecz bez widzów.

Pogoń Szczecin – Zagłębie Lubin 0:3
Gole: Dejan Drażić (7), Damjan Bohar (27), Bartosz Białek (42).
Żółte kartki: Kopacz, Guldan, Drażić, Czerwiński (Zagłębie).
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Mecz bez widzów.
ŁKS Łódź – Górnik Zabrze 0:1
Gol: Giirgos Giakoumakis (36).
Żółte kartki: Dąbrowski – Giakoumakis.
Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń).
Mecz bez widzów.

Wisła Płock – Korona Kielce 1:4
Gole: Dawid Kocyła (15) – Adnan Kovacević (30), Marcin Cebula (34), Petteri Forsell (67), Jacek Kiełb (87).
Żółte kartki: Ambrosiewicz – Cebula, Spychała.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Mecz bez widzów.

Cracovia – Jagiellonia Białystok 0:1
Gol: Przemysław Mystkowski (88).
Żółte kartki: Hanca – Romanczuk, Arsenić, Runje.
Sędziował: Paweł Gil (Lublin).
Mecz bez widzów.

Lechia Gdańsk – Arka Gdynia 4:3
Gole: Flavio Paixao (50 karny, 76, 90 karny), Łukasz Zwoliński (87) – Marko Vejinović (60 karny, 82 karny), Jarosław Kubicki (71 samobójczy).
Żółte kartki: Lipski, Kubicki, Conrado – Helstrup, Michał Nalepa II.
Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Mecz bez widzów.

Grupa mistrzowska

  1. Legia 27 54 55:26
  2. Piast 27 46 32:25
  3. Śląsk 27 43 35:29
  4. Cracovia 27 42 35:26
  5. Lech 27 42 45:26
  6. Pogoń 27 41 27:26
  7. Lechia 27 41 36:36
  8. Jagiellonia 27 40 36:35
    Grupa spadkowa
  9. Raków 27 37 33:38
  10. Zagłębie 27 36 44:40
  11. Górnik 27 36 35:36
  12. Wisła P. 27 36 33:45
  13. Wisła K. 27 31 33:42
  14. Korona 27 29 19:31
  15. Arka 27 25 25:41
  16. ŁKS Łódź 27 20 25:45

Legia odparła atak

W miniony weekend nasz piłkarska ekstraklasa wznowiła przerwane 13 marca z powodu wybuchu pandemii rozgrywki. Na razie przy pustych trybunach, ale już od 19 czerwca ma się to zmienić, bo rząd nieoczekiwanie wyraził zgodę, by od tego dnia kibice wrócili na piłkarskie stadiony.

Kontrowersyjną decyzję na tle Stadionu Narodowego w miniony piątek wspólnie ogłosili premier Mateusz Morawiecki, minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk oraz prezes PZPN Zbigniew Boniek. Na razie władze zgodziły się jedynie na udostępnienie dla kibiców jedynie 25 procent pojemności obiektów, ale nawet tyle oznacza, że na stadionie Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Lechii Gdańsk będzie mogło wejść około 10 tysięcy osób. A te liczby budzą u ekspertów poważne obawy. W wypowiedzi dla portalu Wirtualna Polska wirusolog prof. Krzysztof Simon, ordynator oddziału chorób zakaźnych wojewódzkiego szpitala we Wrocławiu, uznał tę decyzję za pochopną. „Jeszcze w tym miesiącu bym się z tym tak nie spieszył, chociaż rozumiem potrzebę ludzi, którzy nie mają dochodów w związku z zamkniętymi stadionami. Ale absolutnie nie wpuszczałbym dużych grup na trybuny. Kluby będą musiały spełnić rygorystyczne wymogi dotyczące utrzymywania dystansu między kibicami, ale będzie to niezwykle trudne i szczerze wątpię, czy ludzie wpuszczeni na stadion będą przestrzegać reżimu sanitarnego. Życzę powodzenia temu, kto zechce ich do tego przymusić lub przekonać” – stwierdził profesor Simon.
W podobnym tonie wypowiadają się też inni eksperci. Większość z nich uważa, że na otwarcie stadionów dla publiczności jest stanowczo za wcześnie i należałoby z tym poczekać na efekty ostatniego etapu odmrożenia gospodarki. W tej chwili nikt nie jest w stanie przewidzieć jak sytuacja epidemiczna w naszym kraju będzie wyglądać za trzy tygodnie. Warto przypomnieć, że MKOl przełożył na przyszły rok igrzyska w Tokio, zaś UEFA finały mistrzostw Europy, a obie te wielkie imprezy miały się przecież odbyć tego lata. Dlatego decyzja o powrocie kibiców na stadiony w PKO Ekstraklasie ( i żużlowej PGE Ekstralidze), nawet w limitowanej liczbie, budzi tak wielkie kontrowersje. Wszyscy przecież doskonale wiedzą, jak do rozwoju pandemii we Włoszech i Hiszpanii przyczynił się mecz Ligi Mistrzów Atalanty Bergamo z Valencią. Miejmy jednak nadzieję, że w razie realnego zagrożenia żadne względy, czy to polityczne czy ekonomiczne, nie przeszkodzą w cofnięciu tej kontrowersyjnej decyzji.
Póki co PKO Ekstraklasa gra w bezpiecznym wariancie z pustymi trybunami. W pierwszej po restarcie rozgrywek 27. kolejce hitem było sobotnie spotkanie aspirującego do czołowych lokat Lecha Poznań z liderem tabeli Legia Warszawa. Oba zespoły zaliczyły chrzest bojowy w rozegranych we wtorek i środę zaległych spotkaniach ćwierćfinałowych Pucharu Polski. Legia pokonała Miedź Legnicę 2:1, a Lech Stal Mielec 3:1. Legioniści przystępowali do potyczki z ekipą „Kolejorza” ze sporymi obawami, bo ostatnio w Poznaniu regularnie przegrywali. Ponadto znali już wynik wcześniej rozegranego spotkania Piasta Gliwice z Wisłą Kraków, w którym obrońcy tytułu rozgromili „Białą Gwiazdę” aż 4:0. W przypadku ewentualnej porażki Legii jej bezpieczna przewaga ośmiu punktów nad Piastem stopniałaby do pięciu, a „Wojskowi” w trzech ostatnich kolejkach fazy zasadniczej tylko jeden mecz grają u siebie, co niewątpliwie zwiększa szanse gliwiczan na zniwelowanie tej różnicy.
Legia i Lech dysponują obecnie zespołami o zbliżonym potencjale sportowym, a przy takim wyrównanym poziomie często o zwycięstwie przesądza jeden błąd. I taki właśnie przydarzył się holenderskiemu bramkarzowi poznańskiej drużyny Mickey’owi van der Hartowi już w 17. minucie. Piąstkowana przez niego niefortunnie piłka odbiła się od pleców stopera Lecha Djordje Crnomarkovicia, potem jeszcze uderzyła w poprzeczkę i spadła wprost pod nogi niepilnowanego zupełnie czeskiego napastnika Legii Tomasa Pekharta. I to był jedyny gol w tym nietypowym meczu, który tylko momentami był emocjonującym widowiskiem, bo jednak bez kibiców, których w poprzednich sezonach potrafiło przychodzić nawet po 40 tysięcy, nawet „derby Polski”, jak niekiedy zwie się potyczki Lecha z Legią, przypominał atmosferą sparing.
Zdecydowanie bardziej emocjonujące był mecz Piasta z Wisłą Kraków. Podopieczni trenera Waldemara Fornalika objęli w prowadzenie już w 42. sekundzie po golu Jorge Felixa. Kolejne trafienia dołożyli Patryk Tuszyński oraz dwukrotnie Piotr Parzyszek. Tym samym wicelider ekstraklasy i obrońca mistrzowskiego tytułu przerwał brutalnie wiślacką serię meczów bez porażki – wcześniej „Biała Gwiazda” wygrała sześć spotkań i dwa zremisowała.
Niespodziankami były natomiast wysokie porażki na własnych stadionach Pogoni Szczecin z Zagłębiem Lubin (0:3) i Wisły Płock z Koroną Kielce (1:4).

Restart się udał, teraz pora na ekstraklasę

We wtorek po 76 dniach przerwy wznowiono piłkarskie rozgrywki na polskich boiskach. Restart zapoczątkowały mecze Miedzi Legnica z Legią Warszawa (1:2), a w środę Stali Mielec z Lechem Poznań (1:3) w 1/4 finału Pucharu Polski. W piątek do rywalizacji przystąpią natomiast zespoły ekstraklasy.

Gdy tylko zapadła decyzja o restarcie rozgrywek, wszyscy zaczęli się zastanawiać jak ponaddwumiesięczna przerwa odbije się na formie piłkarzy i poszczególnych drużyn. Pierwsze informacje na ten temat miały dać dwa zaległe spotkania ćwierćfinałowe Pucharu Polski. Legia wyruszyła do Legnicy piętrowym autokarem, w hotelu zajęła dwa piętra, żeby każdy członek ekipy miał pokój tylko dla siebie. Na boisku też respektowano wszystkie wytyczne wprowadzone z powodu pandemii koronawirusa. Regulują one nawet takie drobiazgi, jak to, że z jednej butelki może pić wodę tylko jedna osoba. Wszystkie osoby w strefach technicznych (na ławkach rezerwowych) muszą zasłaniać usta i nos maskami, z wyjątkiem trenerów. Zrezygnowano też z obecności chłopców do podawania piłek. Piłkarze dostali do użytku 24 piłki ustawione wzdłuż linii boiska, ale sami muszą po nie chodzić. Nie będzie też noszowych, a ich obowiązki w razie poważnych kontuzji przejmie obsługa obecnej na meczu karetki pogotowia.
Udane przetarcie Legii i Lecha
W takich też realiach rozegrano mecze w Legnicy i w Mielcu. Starcie dwóch zespołów z PKO Ekstraklasy z czołowymi drużynami I ligi nie przyniosło sensacji. Legia zdominowała zespół Miedzi – jej piłkarze byli szybsi, lepsi technicznie, sprawnie też konstruowali akcje zaczepne, a nawet przewyższali rywali agresywnością. Momentami można było nawet odnieść wrażenie, jakby podopieczni trenera Aleksandara Vukovicia w ogóle nie mieli przerwy w rozgrywkach.
A przecież lider ekstraklasy rozpoczął spotkanie bez swoich kluczowych graczy – Artura Jędrzejczyka i Luquinhasa, zaś w bramce stał wyciągnięty z głębokich rezerw Wojciech Muzyk, bo obaj golkiperzy z podstawowego składu, Radosław Majecki i Radosław Cierzniak, są kontuzjowani. Dopiero czerwona kartka dla stopera Igora Lewczuka za brutalny faul wyrównała nieco siły i dzięki temu gospodarze strzeli nawet kontaktowego gola, ale na wyeliminowanie Legii byli za słabi. Stołeczny zespół awansował więc bez trudu do półfinału Pucharu Polski. Z równą łatwością awans wywalczył też Lech Poznań, który w środę w Mielcu pokonał Stal Mielec 3:1.
Ponieważ już wcześniej awans do tej fazy pucharowych rozgrywek uzyskały zespoły broniącej trofeum Lechii Gdańsk i Cracovii, wiadomo już, że w tym sezonie 24 lipca w finale zmierza się na pewno dwa zespoły PKO Ekstraklasy. W przeprowadzonym w czwartek losowaniu par półfinałowych Cracovia zmierzy się z Legią, a Lech z Lechią. Te mecze zostaną rozegrane 8 lipca i nie będzie rewanżów, zatem Cracovia i Lech mogą uznać losowanie za korzystne.
Ile warte są zwycięstwa Legi i Lecha nad zespołami z niższej ligi, przekonamy się już w sobotę, bo tego dnia w ramach 27. kolejki ligowej „Kolejorz” podejmie legionistów na swoim boisku. I to dopiero będzie prawdziwy sprawdzian aktualnych możliwości obu drużyn oraz faktycznego zainteresowania restartem rozgrywek w Polsce. Oba mecze Pucharu Polski były transmitowane w Polsacie Sport, który pochwalił się, że mecze Miedzi z Legią obejrzało przed telewizorami 170 tysięcy widzów. Dla porównania – średnia oglądalność meczów ekstraklasy przed zawieszeniem rozgrywek w stacjach Canal+, Canal+Sport, nSport i Canal+Sport3 wynosiła 89,5 tys. widzów, zaś rekordową widownię miał rozegrany na inaugurację sezonu mecz ŁKS Łódź z Lechią Gdańsk, który obejrzało 204 tys. telewidzów.
Piłkarze Legii i Lecha jako pierwsi w PKO Ekstraklasie przekonali się jak wyglądają mecze w czasie pandemii. Wszyscy zostali przebadania na obecność koronawirusa, wszyscy mieli wyniki negatywne, zatem nie ma możliwość, aby uczestnicy meczów zarazi się jeden od drugiego. Na razie ryzyko jest minimalne, lecz przecież ta wyselekcjonowana grupa ludzi nie będzie wiecznie tkwić w totalnej izolacji społecznej. Będą wchodzić w kontakty również z ludźmi spoza tej grupy, członkami rodziny, sąsiadami itd. Dlatego wkrótce te wszystkie obostrzenia na stadionach stracą sens, zwłaszcza gdy rząd wyda zgodę na limitowaną obecność kibiców, na co mocno naciska PZPN.
Brakuje jedynie kibiców
I pewnie dopnie celu, zwłaszcza że może podeprzeć się przykładem Węgier, gdzie władze zezwoliły na wznowienie rozgrywek od razu z udziałem kibiców, chociaż w limitowanej liczbie i z obowiązkiem zachowania surowych przepisów sanitarnych. Z jednej strony obecność widzów na trybunach jest kluczowym elementem każdego widowiska piłkarskiego i wszyscy o tym wiedzą. Ale dla wielu zawodników ich brak paradoksalnie wcale nie musi być przeszkodą, wręcz przeciwnie, mogą grać nawet lepiej nie słysząc wyzwisk i nie czując presji widowni. Tego jednak nie wiemy i trzeba poczekać przynajmniej do zakończenia ostatniego spotkania w 27. kolejce, żeby wyrobić sobie w tej kwestii jakiś pogląd. Na razie trzeba przyjąć, że nic jeszcze w ekstraklasie nie zostało przesądzone, nawet sprawa spadku, bo chociaż trzy ostatnie zespoły, ŁKS Łódź, Arka Gdynia i Korona Kielce są teraz w trudnej sytuacji, to każdy zespół w lidze ma jeszcze do zdobycia 33 punkty, zatem każdy scenariusz jest możliwy. Także taki, że Legia, chociaż prowadzi z przewagą ośmiu punktów nad drugim w tabeli Piastem Gliwice, nie powinna jeszcze mrozić szampanów. Z czterech ostatnich spotkań w fazie zasadniczej sezonu, legioniści aż trzy rozegrają na wyjeździe, z Lechem, Wisłą Kraków i Górnikiem Zabrze, a tylko jedno, z Arką Gdynia, u siebie.

Zestaw par 27. kolejki PKO Ekstraklasy:
Piątek: Śląsk Wrocław – Raków Częstochowa, godz. 18:00; Pogoń Szczecin – Zagłębie Lubin, godz. 20:30.
Sobota: ŁKS Łódź – Górnik Zabrze, godz. 15:00; Piast Gliwice – Wisła Kraków, godz. 17:30; Lech Poznań – Legia Warszawa, godz. 20:00.
Niedziela: Wisła Płock – Korona Kielce, godz. 12:30; Cracovia – Jagiellonia Białystok, godz. 15:00; Lechia Gdańsk – Arka Gdynia, godz. 17:30.

PZPN ujawnił, ile kluby płacą agentom piłkarzy

Pandemia koronawirusa obnażyła wiele skrywanych przed opinią publiczną mechanizmów finansowania polskiego futbolu. Władze klubów w obawie przed bankructwem wymuszają na piłkarzach i trenerach obniżki wynagrodzeń, nadal jednak trwonią miliony na prowizje dla agentów piłkarzy, chowanych w dokumentach pod nazwą „pośrednik transakcyjny”.

Z raportu opublikowanego przez Polski Związek Piłki Nożnej można się dowiedzieć, że tylko w okresie od 1 kwietnia 2019 do 31 marca 2020 roku kluby PKO Ekstraklasy wypłaciły „pośrednikom transakcyjnym” ponad 35 milionów złotych. To znacząca kwota. Wystarczy przypomnieć, że liga pomimo pandemii koronawirusa z determinacja dąży do wznowienia rozgrywek, żeby otrzymać od nadawców ostatnią transzę opłaty za prawa telewizyjne wynoszącą 67 mln złotych.
Albo inny przykład – PZPN w ramach ogłoszonego w kwietniu programu pomocowego dla kubów PKO Ekstraklasy przewidział finansowe wsparcie w łącznej kwocie 30 milionów złotych. Przy takim poziomie ratunkowych działań mających ocalić ligowców przed finansowa zapaścią, zmarnowane przez nich miliony na prowizje dla handlarzy piłkarskim towarem mają prawo bulwersować. Łącznie z klubów szczebla centralnego (ekstraklasy oraz I i II ligi) „pośrednicy transakcyjni” wydusili tylko w ten jeden rok ponad 38 milionów złotych (35 milionów z ekstraklasy, 2,2 miliona od drużyn I ligi oraz 627 tysięcy złotych od drugoligowców).
Warto zwrócić uwagę na dysproporcję między ekstraklasa a I ligą. Kluby w najwyższej klasie rozgrywkowej w naszym kraju mają tylko pięciokrotnie wyższe dochody od ekip z jej bezpośredniego zaplecza, tymczasem wypłaciły agentom piłkarzy piętnaście razy więcej pieniędzy niż pierwszoligowcy. Na czele tego mało chlubnego zestawienia transferowych utracjuszy plasuje się Legia Warszawa, która „pośrednikom transakcyjnym” wypłaciła w okresie od kwietnia ub. roku do końca marca obecnego ponad 8,1 mln złotych. Na drugim miejscu znalazła się Wisła Płock (prawie 6,5 mln złotych), a na trzecim Pogoń Szczecin (4,1 mln złotych). Najmniej pieniędzy na agentów roztrwonił ŁKS-u Łódź (552 tysięcy złotych) i Korona Kielce (435 tysięcy złotych).
Zdumiewające jest w tym procederze to, że chociaż kluby zatrudniają dyrektorów sportowych i tworzą sieci skautingowe, to mimo to z roku na rok wydają coraz więcej na prowizje dla „pośredników transakcyjnych”. W poprzednim roku było to o pięć milionów złotych mniej, ale z PKO Ekstraklasy wyciekły do kieszeni agentów 32 mln złotych. W poprzednim sezonie liderem pod tym względem był Lech Poznań, który wypłacił pośrednikom 6,9 mln złotych, przed Legią (5,9 mln złotych) i Wisłą Płock (5,2 mln złotych).

Ligowa szarpanina o pieniądze

Zespoły naszej ekstraklasy w komplecie zaliczyły testy na obecność Covid-19 i otrzymały zgodę na wznowienie treningów. Pojawił się jednak nowy problem, bo część klubów chce zmiany wprowadzonej jeszcze w poprzednim sezonie, a forującej najsilniejszych zasady podziału pieniędzy z praw mediowych.

Nieproporcjonalny podział środków został wprowadzony ponad rok temu, pod hasłem promowania zespołów, które będą reprezentować polski futbol w europejskich pucharach. Pomysł był dobry, ale dzisiaj wypadałoby go zarzucić, żeby ratować rujnowane przez pandemię koronawirusa finanse słabszych klubów.
Prezes zarządzającej rozgrywkami spółki Ekstraklasa SA Marcin Animucki zapewnia, że z tegorocznej transzy wpływów z praw medialnych kwoty podstawowe w wysokości 11 mln złotych, równe dla wszystkich klubów, zostały już przelane w lutym. Do rozdzielenia pozostało około 25 procent z 250 mln złotych na wedle osiągniętych wyników sportowy, co oznacza, że najwięcej otrzymają zespoły z pierwszych miejsc, które zakwalifikują się do europejskich pucharów. Dodatkowe środki przeznaczone będą na tzw. opłatę spadochronową dla trzech spadkowiczów. Te pieniądze wpłyną do klubów dopiero po zakończeniu rozgrywek. I właśnie podział tej ostatniej transzy wzbudza dzisiaj kontrowersje. Czołowa trójka otrzyma około 19, 13 i 10 mln złotych, zaś kluby z dolnej części tabeli dostaną nędzne resztki z tego tortu.
Legia chce najwięcej
Nie dziwi, że właściciel prowadzącej w tabeli po 26 kolejkach Legii Warszawa, Dariusz Mioduski, nie jest skłonny do kompromisu i jak na razie skutecznie torpeduje wszelkie inicjatywy zmierzające do zawieszenia obowiązującego regulaminu i wprowadzenia bardziej solidarnościowych zasad podziału ostatniej transzy. Jeśli uda się dokończyć ligowe rozgrywki, a Legia utrzyma prowadzenie i zdobędzie mistrzostwo Polski, wówczas zgarnie 19 mln złotych z puli za wyniki, co wraz z kwotą bazową (11 mln zł) zapewni jej przychód z praw telewizyjnych na poziomie 30 mln złotych.
Dla porównania, zajmujący ostatnią lokatę w tabeli ŁKS Łódź, jeśli zakończy sezon na tej pozycji i spadnie z ligi, dostanie z „medialnego tortu” w sumie ok. 11 mln zł.
Nie są to jednak jakoś przesadnie zbójeckie zasady, bo na przykład w Hiszpanii dysproporcje w podziale pieniędzy z praw medialnych między najsilniejszymi klubami, czyli Barceloną, Realem Madryt i Atletico Madryt, są znacznie większe. Na konto „Dumy Katalonii” z tego tytułu wpływa czterokrotnie więcej niż dostają kluby z dolnych rejonów tabeli. Rok temu otrzymała 166 mln euro, „Królewscy” wzbogacili się o 153 mln euro, a Atletico o 119 mln. Dla porównania, zdegradowana w poprzednim sezonie z Primera Division Huesca, musiała się zadowolić kwotą 44 mln euro. Hiszpańska ekstraklasa połowę kwoty uzyskanej z praw medialnych dzieli po równo, a drugą połowę, wypłacaną w dwóch ratach, uzależnia od wyników sportowych w ostatnich pięciu latach i wskaźników oglądalności. Z kolei w lidze angielskiej te dysproporcje zostały mocno spłaszczone – Manchester City w poprzednim sezonie zgarnął za prawa medialne 72 mln funtów, ale najbardziej pokrzywdzony przy podziale Huddersfield Town dostał 45 mln funtów, więc ten można dzielić też sprawiedliwie.
Właściciel i prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski jest jednak zwolennikiem tuczenia pieniędzmi z praw mediowych czołowych klubów, pewnie dlatego, że jego zespół jest teraz na czele tabeli. Inna sprawa, że stołeczna drużyna jest w naszej lidze bezkonkurencyjna pod względem atrakcyjności medialnej, zatem ma prawo domagać się największego kawałka z tego „tortu”. Problem w tym, że słabsze ekonomicznie kluby ekstraklasy oczekują w tej chwili od potentatów raczej gestów solidarności, bo nie jest to właściwy moment na forsowanie idei „ligi różnych prędkości”.
Zwłaszcza że Legia nie jest wcale wzorcem rozsądnej polityki finansowej i sportowej. Wystarczy wspomnieć jej niefortunne transfery piłkarzy i korowód trenerów – Romeo Jozak, Dean Klafuric, Ricardo Sa Pinto nie zapewnili sukcesów, pracowali byle jak, ale kosztowali słono. Takie same błędy popełniają też inne kluby naszej ligowej elity, nic więc dziwnego, że nie mają żadnych finansowych rezerw. Co im wpadnie do kasy, natychmiast jest wydawane.
To nie jedyny spór jaki toczy się obecnie w polskim futbolu. Niedawno PZPN przyklepał decyzję Wojewódzkich Związków Piłki Nożnej o anulowaniu sezonu w niższych ligach, co z miejsca wywołało wiele kontrowersji. Teraz szykują się kolejne, bowiem do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia zakończenia rozgrywek w III lidze.
Trzecioligowcy się burzą
Od nowego sezonu PZPN ma przejąć pieczę nad tymi ligami, więc nie jest zainteresowany bałaganem w tabelach i skłania się do zakończenia obecnych rozgrywek z uznaniem kolejności po ostatniej rozegranej kolejce. Napotkał jednak na ostry sprzeciw ze strony klubów, które albo stracą przez to szansę awansu, albo możliwość wybronienia się przed degradacją. W tym pierwszym przypadku największy „dym” zrobił prezes Piasta Żmigród Rafał Zagórski.
„W zaistniałej sytuacji najwyraźniej ktoś się pogubił. Jak można jednych ułaskawić, drugim dać szansę sportową, a kolejnych zdegradować przy zielonym stoliku?! W przeciągu kilkunastu ostatnich dni szanowny pan prezes Boniek twierdził, że pozostawia sprawę III ligi oraz tych niższych, poszczególnym związkom wojewódzkim. Wszystko wskazuje, że nie do końca. Rozgrywki rozpoczęliśmy na podstawie stworzonego regulaminu rozgrywek na sezon 2019/2020 i nie nasz problem, że nie ma w nim żadnego zapisu, co w przypadku wojny, katastrofy, epidemii, itp. Jeżeli III liga zostanie potraktowana inaczej niż pozostałe, pozostanie sąd. Za duże nakłady finansowe zostały poczynione zimą, by teraz pozostawić sprawę bez echa. Jeżeli nie chcieliście 22-23 zespołów w III lidze, trzeba było anulować wyniki! Bez awansów i spadków! A teraz? Jednym zrobiliście dobrze, a drugich chcecie karać?!” – grzmi w oświadczeniu zamieszczonym na stronie internetowej dolfutbol.pl. prezes występującego w 3. grupie III ligi Piasta Żmigród.
Protestuje też mocno Polonia Warszawa, która od niedawna ma nowego mecenasa, a 1. grupie III ligi jest co prawda na przedostatnim, 17. miejscu, lecz ma na koncie 17 punktów i tylko dwa straty do bezpiecznego miejsca w tabeli. |Czarne Koszule” chcą więc grać, a jeśli nie, to domagają się pozostawienia ich zespołu w III lidze. Takich spornych spraw do rozwiązania na czwartym poziomie rozgrywek jest więcej. Dla PZPN to kolejny kłopot.

Najpierw Puchar Polski

Jeśli pandemia koronawirusa nie wybuchnie nagle z większą siłą, pierwszy mecz piłkarski po wznowieniu rywalizacji zostanie rozegrany 26 maja w ramach rozgrywek o Puchar Polski.

Zmagania w Pucharze Polski zostały przerwane w fazie ćwierćfinałowej. Przed zawieszeniem rozgrywek udało się rozegrać dwa z czterech meczów. Do kolejnej rundy awans zdążyły wywalczyć zespoły Cracovii (wyeliminowała GKS Tychy) i Lechii Gdańsk (okazała się lepsza od Piasta Gliwice). Do rozegrania pozostały natomiast mecze Miedzi Legnica z Legią Warszawa oraz Stali Mielec z Lechem Poznań. Pierwszy z nich wyznaczono na wtorek 26 maja, drugi odbędzie się dzień później – w środę 27 maja. Oba spotkania rozpoczną się o 20:10, a transmisję z nich Pucharu Polski przeprowadzi Polsat Sport.
Po tym przetarciu do gry wróci PKO Ekstraklasa. Pierwsze mecze 27. kolejki wyznaczono na piątek 29 maja. Zagrają w nich Śląsk Wrocław z Rakowem Częstochowa oraz Pogoń Szczecin z Zagłębiem Lubin, ale hitem będzie sobotni mecz Lecha z Legią. Tę serię gier zakończy poniedziałkowa potyczka Wisły Płock z Koroną Kielce.

Będą grać po obu stronach Odry

Rozpoczęte w poniedziałek wielkie testowanie na obecność koronawirusa w klubach naszej ekstraklasy przeciągnęło się do czwartku. Tego dnia komisja medyczna PZPN wydała zgodę Koronie Kielce na wznowienie treningów. Pozostałe zespoły uzyskały zezwolenie w środę. Na razie zatem nie ma przeszkód, żeby restart rozgrywek nastąpił 29 maja. Po drugiej stronie Odry, w niemieckiej Bundeslidze, ligowe granie zacznie już 16 maja.

Wyniki przeprowadzonych w poniedziałek testów trzymano w tajemnicy, co jednak nie zapobiegło panikarskim spekulacjom w mediach. Atmosferę niepewności podsycały kolejne decyzje. Komisja medyczna PZPN bez podania powodów we wtorek cofnęła wszystkim klubom pozwolenie na wznowienie treningów. Prezes PZPN uzasadnił to krótko: „Gdyby wszystko było OK, to kluby mogłyby, zgodnie z rozporządzeniem, trenować. Chuchając na zimne i dbając o zdrowie wszystkich osób zgłoszonych przez kluby, musimy zrobić dodatkowe badania” – napisał na Twitterze Zbigniew Boniek. W mediach pojawiły się plotki, że zarażonych może być nawet kilkudziesięciu zawodnikach i pracownikach klubów. Na szczęście okazało się, że potwierdzonych zakażeń nie stwierdzono, a przeprowadzone testy wykazały co najwyżej obecności przeciwciał, których obecność może być spowodowana bezobjawowym zetknięciem z Covid-19.
W środę rano w wydanym komunikacie komisja medyczna PZPN poinformowała, że sześć zespołów przeszło pomyślnie badanie na obecność na obecność przeciwciał anty-SARS-CoV-2. Zezwolenie na rozpoczęcie treningów jako pierwsze otrzymały ekipy Piasta Gliwice, Śląska Wrocław, Rakowa Częstochowa, Górnika Zabrze, Zagłębia Lubin i Pogoni Szczecin. Po południu dołączyły do nich Cracovia, Jagiellonia Białystok, Lech Poznań i Wisła Kraków, a do końca dnia wymagana zgodę otrzymały jeszcze Legia Warszawa, Wisła Płock, Arka Gdynia, ŁKS Łódź i późnym wieczorem Lechia Gdańsk. Ze znakiem zapytania pozostała zatem jedynie Korona Kielce, lecz ostatecznie także w tym klubie wyniki nie wykazały obecności zarażonych koronawirusem i w czwartek rano kielczanie także dostali zgodę na podjęcie treningów. Tym samym piłkarze ekstraklasy dopiero od czwartku mogli w komplecie przystąpić do zajęć. Do końca tego tygodnia zgodnie z rządowym rozporządzeniem mogą ćwiczyć maksymalnie w 14-osobowych grupach (jeden trener plus 13 zawodników), potem będzie już można trenować w grupach 25-osobowych.
W trakcie tych kilku dni nerwowego oczekiwania zespoły mające już zgodę nie czekały na maruderów, tylko brały się z miejsca do pracy. „Nie będzie żadnej umowy solidarnościowej, bo nie wszyscy tak do końca byli solidarni w przestrzeganiu wcześniejszych zaleceń. Są podejrzenia, że dwie drużyny mocno się wyłamały. Ale to nie nasza sprawa, żeby to osądzać” – przyznał właściciel Rakowa Częstochowa Michał Świerczewski. W jego klubie był w testach przesiewowych jeden niepokojący wynik, u osoby z grupy technicznej. Wśród zgłoszonych przez każdy klub na listach izolacyjnych 50 osób, właśnie pracownicy zaplecza byli najbardziej narażeni na kontakt z wirusem, bo mieli więcej obowiązków w ostatnich dwóch tygodniach i nie zawsze mogli przestrzegać, jak piłkarze i trenerzy, pełnej izolacji.
Z nieoficjalnych źródeł dochodziły wieści, że po poniedziałkowych testach skierowano na dodatkowe badania nawet po kilkanaście osób z każdego klubu. Jeśli to prawda, to może oznaczać tylko to, że trochę zlekceważono zalecenia. Na razie jednak nic nie zapowiada, żeby restart rozgrywek miał nie nastąpić w ustalonym terminie.
Po drugiej stronie Odry też było nerwowo. Pod koniec kwietnia władze Bundesligi datę wznowienia ligi wyznaczyły na 8-9 maja, lecz te plany zniweczyła podjęta przez rząd kanclerz Angeli Merkel decyzja o przesunięciu terminu co najmniej o tydzień. Zbiegnie się w czasie z wdrożeniem większego pakietu luzowania ograniczeń – z otwarciem wszystkich sklepów i zgodą na uprawianie sportu na świeżym powietrzu.
Po 25 kolejkach ligi niemieckiej liderem jest Bayern Monachium, który ma 55 punktów. Druga w tabeli jest Borussia Dortmund (51 pkt), a trzecie miejsce zajmuje RB Lipsk (50 pkt). Ostatnie trzy miejsca zajmują kolejno: Fortuna (22 pkt), Werder (18 pkt) i Paderborn (16 pkt). Najlepszym strzelcem rozgrywek jest Robert Lewandowski, który w środę ogłosił narodziny drugiego dziecka. Na pewien czas będzie musiał jednak opuścić rodzinę, bo władze Bayernu skoszarowały piłkarzy w hotelu aż do czasu rozpoczęcia rozgrywek. „Lewy” ma na koncie 25 goli i o cztery trafienia wyprzedza drugiego w zestawieniu Timo Wernera z RB Lipsk.