Sa Pinto nie umie przegrywać

Ostatnie dwa mecze 22. kolejki dostarczyły radości gównie kibicom w Krakowie, bo obie drużyny z tego miasta wygrały swoje mecze – Cracovia po 68 latach pokonała w Warszawie Legię, a Wisła wygrała u siebie ze Śląskiem po golu Jakuba Błaszczykowskiego.

Spotkanie Legii z Cracovią zapowiadało się interesująco, bo było to starcie dwóch drużyn, które zdobyły najwięcej punktów w ostatnich pięciu kolejek. Niestety, okazał się widowiskiem nerwowym i obfitującym w brzydkie zachowania. Mecz najpierw został opóźniony, a później jeszcze przerwany przez stołecznych kibiców, którzy użyli zakazanych środków pirotechnicznych i skutecznie zaburzyli arbitrowi widoczność. Potem w trakcie gry piłkarze kopali się niemiłosiernie, co rusz skakali sobie do oczu, a roztrzęsiony sędzia z Bytomia Piotr Lasyk pochopnie sięgał po czerwoną kartkę. Kibice z osławionej „Żylety” nie mają litości dla właściciela Legii Dariusza Mioduskiego, bo znów narazili go karę grzywny, którą Komisja Ligi niechybnie nałoży za odpalone race i sztuczne ognie. Mecz został opóźniony o blisko 10 minut, a coś takiego nie może przejść niezauważone. Tym bardziej, że to nie pierwszy taki wybryk fanów w tym sezonie.

Od strony sportowej zaskoczeniem była nieobecność w składzie Legii Michała Kucharczyka, który z niewiadomej przyczyny decyzją trenera Ricardo Sa Pinto znalazł się poza kadrą meczową. Z kolej w ekipie „Pasów” z powodu kontuzji nie mógł zagrać Marcin Budziński, którego zastąpił Javi Hernandez, co trudno uznać jednak za osłabienie, bo Hiszpan jeszcze przed przerwą zdobył obie bramki dla Cracovii.

Mecz często przerywany

Po zmianie stron atmosfera na boisku gęstniała z każą chwilą. Zwłaszcza od momentu, gdy sędzia Lasyk przerwał grę po faulu w polu karnym Remy’ego na Wdowiaku. Gdy arbiter popędził do stanowiska VAR, piłkarze obu zespołów skoczyli sobie do oczu. Powtórki telewizyjne pokazały jak Cabrera i Remy odpychają się agresywnie. Gdy Lasyk obejrzał powtórki VAR na monitorze odgwizdał rzut karny dla Cracovii i dorzucił jeszcze żółte kartki dla legionistów Majeckiego, Hlouska i Cabrery oraz dla stopera „Pasów” Helika. Całe zamieszanie trwało około 10 minut. W końcu do piłki ustawionej na 11. metrze podszedł Cabrera i trafił w słupek. Był to już czwarty niewykorzystany przez piłkarzy Cracovii rzut karny w tym sezonie. Ostatni raz podobną „rozrzutnością” w naszej lidze wykazali się 15 lat temu gracze Górnika Polkowice.

Niedługo potem sędzia ponownie musiał przerwać mecz, tym razem z powodu zadymienia odpalonymi przez kibiców racami. Ta kolejna przerwa w grze trwała kilka minut, chyba za krótko, żeby w piłkarzach ostygły emocje. Francuski stoper Legii William Remy w krótkim odstępie czasu zobaczył dwie żółte kartki, ale drugą z nich arbiter po obejrzeniu jego faulu na Hernandezie mu anulował, by chwilę później pokazać mu czerwony kartonik za celowe nadepnięcie rywala. Całe zamieszanie z trybun wyglądało zabawnie, ale też trochę irytująco. I chyba tak podziałało na grających od 77. minuty w osłabieniu legionistów, bo rzucili się do ataku i stworzyli więcej bramkowych okazji, niż przez wcześniejsze osiemdziesiąt minut. Ostatecznie Cracovia przetrzymała ten napór i wygrała na Łazienkowskiej po raz pierwszy od 68 lat. W obecnym sezonie było to jej szóste zwycięstwo z rzędu, ale trzeba uczciwie przyznać, że zespół Probierza był lepszy i wygrał jak najbardziej zasłużenie, dając czytelny sygnał, że zamierza nie tylko bić się o dające utrzymanie miejsce w grupie mistrzowskiej, lecz także włączyć się do rywalizacji o prawo gry w europejskich pucharach.

W obozie legionistów najgorzej porażkę zniósł chyba trener Sa Pinto, bo po meczu zachował się jak ostatni gbur, nie podając ręki szkoleniowcowi Cracovii, co wychwyciły telewizyjne kamery. Pytany o ten incydent Michał Probierz uciął sprawę krótkim stwierdzeniem – „Najlepszym komentarzem jest cisza”. Portugalczyk natomiast tłumaczył się, że ponoć przed meczem doświadczył podobnie niemiłego gestu od Probierza i dlatego nie przyjął podanej przez niego ręki po meczu. Nie był to pierwszy taki nieelegancki wybryk tego trenera, ale uczenie go kultury i szacunku dla innych to chyba zbędny trud, albowiem sądząc po wynikach oraz żenującym poziomie sportowym zespołu Legii, ma on raczej niewielkie szanse dotrwać do końca tego sezonu.

Gol Błaszczykowskiego po 13 latach

Druga część Krakowa, ta kibicująca Wiśle, też miała powody do radości, bo ich ulubieńcy wygrali ze Śląskiem co prawda tylko 1:0, ale zwycięskiego gola strzelił dobrodziej klubu i jego największa obecnie gwiazda Jakub Błaszczykowski. 105-krotny reprezentant Polski ostatniego gola dla Wisły Kraków przed wyjazdem do Bundesligi strzelił 11 listopada 2006 roku w wygranym 4:2 meczu ligowym z GKS Bełchatów. Na strzelenie kolejnego musiał czekać 4482 dni. 33-letni skrzydłowy „Białej Gwiazdy” zdobył zwycięską bramkę pewnie wykorzystując w 40. minucie rzut karny. Było to jego czwarte w ogóle trafienie dla krakowskiego zespołu – przed podpisaniem kontraktu z Borussią Dortmund zaliczył w Wiśle 64 występy, a do trzech goli dorzucił 15 asyst.

Dzięki wygranej wiślacy utrzymali dziewiątą lokatę w tabeli, ale mają nieznaczną stratę do pięciu ostatnich drużyn w grupie mistrzowskiej – Cracovia i Lech wyprzedzają ich o jeden punkt, Pogoń i Piast o dwa, a kielecka Korona o trzy punkty. Już w następnej kolejce ta kolejność może ulec odwróceniu.

 

Rekordowy transfer Krzysztofa Piątka

Rok temu o tej porze Krzysztof Piątek zaczynał z zespołem Cracovii przygotowania do rundy wiosennej Lotto Ekstraklasy. Dzisiaj jest bohaterem rekordowego transferu w historii polskiego futbolu. W środę przeszedł z Genoi do AC Milan za 35 mln euro.

Transferowa saga Krzysztofa Piątka trwała kilka tygodni. Pozyskany latem przez Genoę z Cracovii za cztery miliony euro 23-letni napastnik przez pół roku zrobił w Serie A taką furorę, że chrapkę na jego pozyskanie miał nawet wielki Real Madryt. Ostatecznie polski piłkarz wylądował w AC Milan, też wielkie firmie o uznanej marce, chociaż w ostatnich latach mocno podupadłej. Mediolańczycy bardzo jednak chcą się z tego marazmu wyrwać i uznali, że młody polski snajper, który przez pół roku w 21 meczach rozegranych w barwach Genoi strzelił 19 goli, z czego w Serie A 13, może im w tym pomóc. Piątek w środę 23 stycznia przybył do centrum treningowego AC Milan, gdzie przeszedł pomyślnie testy medyczne, a następnie parafował kontrakt obowiązujący do końca czerwca 2023 roku.

Mediolański klub zapłacił za niego 35 mln euro plus tzw. bonusy za osiągnięcia, które mogą przynieść klubowi z Genui kolejne pięć milionów euro. W sumie zatem Piątek może kosztować nawet 40 mln euro, ale już bazowe 35 milionów jest nowym transferowym rekordem w naszym futbolu.

Lewy jest wciąż najdroższy

Oczywiście formalnym, bo de facto wciąż najdroższym polskim piłkarzem jest Robert Lewandowski. Pamiętajmy, że Bayern Monachium oferował za niego Borussii Dortmund prawie 100 mln euro, ale jak wiadomo działacze dortmundzkiego klubu nie zgodzili się na transfer i zmusili „Lewego” do wypełnienia kontraktu, w efekcie czego rok później przeszedł od do bawarskiego potentata za darmo. Jeszcze więcej gotów był zapłacić za Lewandowskiego Real Madryt, ale z kolei działaczy Bayernu nie skusiła nawet kwota 140 mln euro. Wartość rynkowa kapitana reprezentacji Polski, choć skończył niedawno 30 lat, szacowana jest obecnie na poziomie 75-85 milionów euro. Biorąc jednak pod uwagę transfery dokonane, to od środy numerem 1 pod względem kwoty jest Krzysztof Piątek, który zepchnął na druga pozycję dotychczasowego lidera, Arkadiusza Milika, za którego SSC Napoli zapłaciło Ajaksowi Amsterdam 32 mln euro.

Przejście Piątka do Milanu to najważniejsze wydarzenie w lidze włoskiej w zimowym oknie transferowym. Polak znalazł się w czołówce najdroższych piłkarzy w historii „Rossonerich”, z czego zapewne ucieszył się właściciel Cracovii Janusz Filipiak, bo do czterech milionów jakie krakowski klub zarobił latem ubiegłego roku na jego transferze do Genoi, dostanie za niego kolejne dwa miliony euro, bo w umowie transferowej miał zagwarantowane pięć procent od kolejnej transakcji. Wątpliwe by sternik „Pasów” spodziewał się tak szybkiego zastrzyku dodatkowej gotówki, za to trener tego zespołu Michał Probierz ma teraz powody do chwały, bo żegnając odchodzącego Piątka publicznie stwierdził, że następny transfer tego gracza będzie kosztował kupujących 35-40 mln euro. Jak widać przewidział trafnie, chociaż zapewne i on nie sądził, że do kolejnego transferu Piątka dojdzie tak szybko.

Nie chciał numeru 9

W zespole Geniu Piątek występował z numerem 9, jak Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Podpisując 4,5-letni kontrakt z AC Milan mógł zażyczyć sobie „9” na koszulkach. Ale ktoś mu to odradził i nie była to chyba zła rada. „Dziewiątkę” w mediolańskiej drużynie nosił kiedyś legendarny snajper Filippo Inzaghi. Po nim każdemu napastnikowi, który wybierał ten numer, szło jak po grudzie. Sparzyli się na nim tak wybitni przecie gracze, jak Brazylijczyk Alexandre Pato, Hiszpan Fernando Torres czy ostatnio Argentyńczyk Gonzalo Higuain. Piłkarze, którzy po Inzaghim grali z „9”, a było ich do tej pory ośmiu, strzelili łącznie w Serie A zaledwie 25 goli.
Niewykluczone, że Piątek przełamałby klątwę ciążącą na tym numerze, ale widać polski napastnik jest przesądny, bo na wszelki wypadek poprosił o przydzielenie mu numeru „19”. I z takim będzie teraz hasał po boiskach Serie A. Czy nadal tak skutecznie jak robił to w barwach Genoi?

Gotowy do wyzwań

W czwartek odbyła sie oficjalna prezentacja Piątka w nowym klubie. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej towarzyszyli mu Paolo Maldini i Leonardo, dwaj legendarni gracze „Rossonerich”, a dzisiaj dyrektorzy klubu. Piątek trzymał fason. „Od dziecka byłem fanem AC Milan, marzyłem żeby tu trafić, ale nigdy nie myślałem, że będę mógł w nim zagrać. To niesamowite uczucie, zwłaszcza gdy uświadamiam sobie, że obok mnie siedzi Paolo Maldini, legenda klubu. Wierzę, że stanę się ważną częścią zespołu, codziennie na to ciężko pracuję i jestem gotowy na to wyzwanie. W moim życiu pod jednym względem nic się nie zmieniło, nadal chcę strzelać gole” – powiedział Piątek. Miejmy nadzieję, że będzie to robił.

 

To był przełomowy rok w karierze Piątka

Fot. Krzysztof Piątek rok temu był jeszcze mało znanym zawodnikiem Cracovii

 

 

Krzysztof Piątek zaczynał 2018 rok jako napastnik walczącej o utrzymanie w Lotto Ekstraklasie Cracovii, a kończył jako wicelider klasyfikacji strzelców Serie A, którym interesują się takie potęgi, jak Real Madryt, SSC Napoli czy Juventus Turyn.

 

Piątka można uznać za największego wygranego w polskim futbolu w ostatnich 12 miesiącach. A przecież wszyscy wiemy, że nie był to dobry rok dla naszych piłkarzy. Reprezentacja najpierw kompletnie zawaliła mundial w Rosji, a później jeszcze na dokładkę przegrała rywalizację z Włochami i Portugalią w Lidze Narodów i została zdegradowana z Dywizji A. Robert Lewandowski znów nie wygrał Ligi Mistrzów, Kamil Grosicki musiał grać w drugoligowym Hull City, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński przeżywali wzloty i upadki w SSC Napoli, Jakub Błaszczykowski stracił miejsce w VfL Wolfsburg, a Kamil Glik wraz z AS Monaco wyleciał z hukiem z europejskiej czołówki.

Natomiast Krzysztof Piątek w tym trudnym 2018 roku wciąż piął się w górę i nieoczekiwanie zdobył w nim aż 32 bramki. To osiągnięcie niebywałe, bo na początku roku jeszcze jako zawodnik Cracovii nie potrafił strzelić gola w trzech meczach z rzędu. Kibice „Pasów” zaczynali się już nawet domagać, żeby trener Michał Probierz posadzi go na ławce. Szkoleniowiec miał jednak w tej kwestii odmienne zdanie i dobrze na tym wyszedł, bo Piątek pod koniec lutego trafił wreszcie w spotkaniu z Wisła Płock i do końca sezonu strzelił jeszcze 11 goli, walnie przyczyniając sie do utrzymania Cracovii w Lotto Ekstraklasie.

Latem 23-letni napastnik został sprzedany do występującej w Serie A Genoi do grudnia z 13 bramkami na koncie zapracował na tytuł wicelidera klasyfikacji strzelców. Piątka wyprzedza tylko o jedno trafienie jego piłkarski idol Cristiano Ronaldo. Hiszpański dziennik „Marca” umieścił go wśród 11 najlepszych debiutantów jacy pojawili sie w klubach pięciu najsilniejszych lig europejskich.

Nic dziwnego, że imponującym skutecznością napastnikiem zaczęły interesować się piłkarskie potęgi. Występy Piątka regularnie obserwowali wysłannicy Chelsea Londyn, Realu Madryt, FC Barcelona, Juventusu Turyn, SSC Napoli. Prezes Genui nie kryje, że zamierza zrobić na polskim napastniku, za którego zapłacił Cracovii 4 mln euro, wielki interes i śmiało ogłasza, iż jest gotów rozmawiać tylko z tymi, których stać na wydatek co najmniej 40 mln euro.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia nadal liderem

Fot. Po 20 kolejkach najlepszym zespołem Lotto Ekstraklasy jest Lechia Gdańsk

 

 

Piłkarze Lotto Ekstraklasy przed świętami rozegrali ostatnią w tym roku, 20. serię spotkań. W roli lidera rozgrywek na przerwę zimową udała się ekipa Lechii Gdańsk, druga ze stratą trzech punktów jest Legia, na trzecią lokatę po trzech zwycięstwach z rzędu awansował Lech.

 

Pierwsze miejsce Lechii jest sporą niespodzianką. Przypomnijmy, że ten zespół w rundzie wiosennej poprzedniego sezonu walczył o utrzymanie w grupie spadkowej. Piotr Stokowiec przejął zespół 5 marca i zakończył rozgrywki na 13. pozycji. Co ciekawe, o jeden szczebel niżej znalazła się prowadzona przez Waldemara Fornalika drużyna Piasta Gliwice. W obecnym sezonie Lechia i Piast walczą z powodzeniem w górnej połówce tabeli, a w grupie spadkowej ich miejsca zajęły rewelacyjnie spisujące się w poprzednim sezonie zespoły Górnika Zabrze i Wisły Płock.

Z elity wypadła też drużyna Zagłębia Lubin, z której Stokowca zwolniono w listopadzie 2017 roku, a awansowała do niej Pogoń Szczecin, która na początku rozgrywek zaliczyła falstart i długo zajmowała miejsce w strefie spadkowej. Szefowie „Portowców” nie stracili jednak zaufania do niemieckiego trenera Kosty Runjaica i nie postąpili jak działacze Zagłębia Lubin wobec Stokowca. Ich cierpliwość została nagrodzona, bo zespół w końcu zaskoczył i zaczął zdobywać punkty, a po 20. kolejkach zajmuje piąte miejsce w tabeli.

Równie wielką cierpliwością wobec trenera Michała Probierza wykazał się właściciel Cracovii Janusz Filipiak, bo go nie zdymisjonował chociaż zespół długo szorował po dnie ligowej tabeli. W końcu „Pasy” zaczęły wygrywać i poszybowały w górę zajmując po 20. kolejkach dziewiątą lokatę, pierwszą w grupie spadkowej, ale tylko z dwupunktową stratą do ostatniej w grupie mistrzowskiej Wisły Kraków.

 

Wisła tonie w długach

Skoro już o Wiśle mowa, to końcówka roku w tym klubie jest wręcz dramatyczna. „Biała Gwiazda” tonie pod ciężarem długu sięgającego 40 mln złotych i zalega piłkarzom z wypłatami od lipca, co może skutkować tym, że w styczniu trenera Maciej Stolarczyk będzie miał w szatni pustki, bo wszyscy czołowi gracze rozwiążą kontrakty z winy klubu. Przed świętami akcje Wisły od Towarzystwa Sportowego Wisła odkupiły ponoć dwa zagraniczne fundusze inwestycyjne, ale transakcje zostanie sfinalizowana dopiero wówczas, jeśli do 28 grudnia wpłacą 12,2 mln złotych. Kibice „Białej Gwiazdy” czekają w napięciu, bo jeśli nieznane szerzej konsorcja Alelega, należąca do obywatel francuskiego kambodżańskiego pochodzenia Vanny Ly oraz Noble Capitall Partners będące własnością Szweda Matsa Hartlinga, nie wpłacą tych pieniędzy w ustalonym terminie, wtedy akcje wrócą do TS Wisła i 23-krotnych mistrzów Polski czeka nieuchronne bankructwo i degradacja do klasy okręgowej.

Skomplikowana sytuację wiślaków trafnie skomentował na Twitterze prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Zadłużenie Wisły we Włoszech nikogo by nie zdziwiło, rzecz absolutnie do wyprowadzenia. Zdziwiłoby Włochów i to mocno, że klub z taką tradycją i rangą jest (był) zarządzany przez totalnych dyletantów”. Pełniący obowiązki prezesa Wisły wspólnik Vany Ly i Matsa Hartlinga Adam Pietrowski zapewnia, że pieniądze zostaną przelane. Przyszli właściciele Wisły odbyli już rozmowy z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowski, a także spotkali się z Jakubem Błaszczykowskim, który deklaruje chęć powrotu do Wisły już w styczniu.

 

Kiepski poziom sportowy

O tym, że poziom sportowy naszej piłkarskiej ekstraklasy nie jest wysoki, świadczą najlepiej żenujące wyniki polskich zespołów w europejskich pucharach. Ale w starciach między sobą utrzymują przyzwoite statystyki. W 160 rozegranych dotąd meczach piłkarze strzelili 453 gole, co daje średnią 2,8 bramki na mecz. Z tego urobku 239 trafień zaliczyli gospodarze, a 214 goście.
Gospodarze częściej wygrywali(65 meczów) niż przegrywali (48) i remisowali (47). Ale najwyższą porażkę w obecnych rozgrywkach zaliczyła na swoim boisku drużyna Zagłębia Sosnowiec, przegrywając z odrodzonym pod wodza Adama Nawałki Lechem Poznań aż 0:6. Więcej bramek w jednym spotkaniu padło tylko w potyczkach Lecha z Wisłą Kraków i Wisły Kraków z Lechią (oba wygrane przez wiślaków po 5:2).

W 20 rozegranych dotąd kolejkach ligowych wystąpiło łącznie 394 piłkarzy, w tym 157 cudzoziemców. Średni wiek piłkarzy to 26 lat i 331 dni. Najwięcej graczy wystawiła do gry Legia Warszawa (30), Cracovia (29) i Lech Poznań (27), najmniej Korona Kielce (21), Wisła Płock (22) i Górnik Zabrze, Piast Gliwice i Wisła Kraków (po 23 zawodników).

Najskuteczniejszymi strzelcami po 20 kolejkach są obcokrajowcy – Portugalczyk Flavio Paixao (Lechia) i Hiszpan Igor Angulo (Górnik). Najlepszy z polskich piłkarzy jest Marcin Robak (Śląsk), który ma na koncie 11 trafień.

Najlepszą frekwencją na swoim stadionie może się pochwalić Legia Warszawa, której występy przy Łazienkowskiej oglądało średnio około 16 000 widzów. Druga w tym zestawieniu jest Lechia Gdańsk (14 500), trzecia krakowska Wisła (13 800), czwarty Górnik Zabrze (11 600), piąty Lech Poznań (11 500), szósta Jagiellonia Białystok (10 100). Najgorszą frekwencję miały Zagłębie Sosnowiec (3600), Piast Gliwice (4200), Wisła Płock (4200) i Cracovia (po 4700 widzów).

 

Lotto Ekstraklasa: Lider nie zwalnia tempa

Fot. Piłkarze Lechii Gdańsk nie przegrali w ekstraklasie od 6 października

 

 

Adam Nawałka zaczął pracę w Lechu Poznań od falstartu, przegrywając w debiucie z Cracovią 0:1. Lechici tracą już do prowadzącej Lechii Gdańsk 13 punktów i na razie nie liczą się w walce o mistrzostwo Polski.

 

Trener Nawałka nie naprawił zgrzytającego piłkarskiego mechanizmu „Kolejorza”. Po meczu z Cracovią były selekcjoner reprezentacji Polski miał skwaszona minę i nie szczędził swoim podopiecznym cierpkich słów. Jego rozczarowanie słabym występem lechitów jest zrozumiałe, ale nie powinien być tym zaskoczony, bo w tym sezonie poznański zespół na wyjazdach gra katastrofalnie. W pierwszej kolejce Lech pokonał w Płocku Wisłę 2:1, a potem jeszcze w trzeciej kolejce (5 sierpnia) we Wrocławiu wygrał ze Śląskiem 1:0, ale to było ostatnie wyjazdowe zwycięstwo lechitów. W kolejnych siedmiu występach poza domem wyszarpali tylko dwa remisy (2:2 z Górnikiem Zabrze i 2:2 Jagiellonią Białystok), a pozostałe pięć spotkań przegrali. Pod względem punktowej zdobyczy na wyjazdach Lech jest w lidze na 12. miejscu, a gorsze od niego są tylko zespoły Górnika Zabrze, Miedzi Legnica, Cracovii i Zagłębia Sosnowiec. Ogólne statystyki poznańskiej drużyny też nie napawają optymizmem. Jeszcze pod wodzą trenera Ivana Djurdjevicia wywalczył w pierwszych czterech kolejkach komplet punktów, lecz już w 13 następnych do tego dorobku dorzuciła tylko 12 „oczek” (za trzy zwycięstwa i trzy remisy), notując aż siedem porażek).

Nawałka będzie miał duży problem żeby włączyć się z zespołem do walki o miejsce gwarantujące udział w kwalifikacjach do Ligi Europy, bo w tym sezonie na mistrzostwo Polski nikt już w Lechu raczej nie liczy. Strata 13 punktów do prowadzącej Lechii teoretycznie wciąż jest możliwa do odrobienia, ale lechici musieliby zacząć wygrywać już teraz, choćby po to, żeby przewaga trzech czołowych zespołów nad nimi nie rosła. Przez Puchar Polski do eliminacji Ligi Europy „Kolejorz” w tym sezonie już się nie przebije, bo z tych rozgrywek odpadł w 1/16 finału przegrywając 0:1 z liderem I ligi Rakowem Częstochowa.

Tak więc efekt propagandowy jaki Lech uzyskał zatrudniając byłego selekcjonera kadry już się wyczerpał i teraz uwaga kibiców skupiona jest na wyścigu o fotel lidera. Już w najbliższej, 18. kolejce dojdzie w Gdańsku do hitowego meczu Lechii z Legią. Dzień wcześniej w Krakowie Jagiellonia zagra z Wisłą. Wyniki tych spotkań mogą ustawić czołówkę ligowej tabeli już do końca tegorocznych rozgrywek, bo w przypadku wygranej Lechii i porażki lub remisu białostocczan gdańszczanie na pewno zakończą rok w roli lidera. A Lech musi uważać na pierwszą w grupie spadkowej Arkę Gdynia, bo ma nad nią tylko jeden punkt przewagi, czyli w zasadzie tyle, co nic.

 

Cristiano Ronaldo dał lekcję Piątkowi

W 9. kolejce Serie A doszło do bezpośredniego pojedynku najskuteczniejszego strzelca rozgrywek Krzysztof Piątka z największą gwiazdą włoskiej ligi Cristiano Ronaldo. Z tego snajperskiego pojedynku zwycięsko wyszedł Portugalczyk.

 

Tym spotkaniem Italia żyła przez cały miniony tydzień. Włoskie media podkręcały jeszcze to zainteresowanie strasząc turyńczyków porażką, choć to aktualni mistrzowie kraju i liderzy obecnych rozgrywek, a Genoa to ligowy średniak bez szans na miejsce w czołówce. Ale genueńczycy latem pozyskali z Cracovii za cztery miliony euro 23-letniego polskiego napastnika, który okazał się prawdziwą rewelacją początku sezonu, bo po ośmiu kolejkach z dziewięcioma trafieniami prowadził w klasyfikacji strzelców. Piątka coraz częściej porównywano do Roberta Lewandowskiego i wróżono mu równie wspaniałą karierę.

 

Stratosferyczne zainteresowanie

Prezes Genoi Enrico Preziosi przyznał, że zainteresowanie polskim napastnikiem ze strony silniejszych klubów jest „stratosferyczne”. I już nie zapewniał, jak jeszcze tydzień czy dwa wcześniej, że Piątek na razie nie jest na sprzedaż. „Długo jestem w futbolu i dlatego wiem, że nam go zabiorą, ale wszyscy na tym zarobimy. Jeszcze nie wiem, ile, bo to zależy kto będzie chciał ze mną rozmawiać, nie wykluczam jednak i tego, że odejdzie za kwotę dziesięć razy wiekszą niż my na niego wydaliśmy. Jesteśmy bombardowani telefonami, z Włoch i Europy, ale nie padła jeszcze żadna formalna oferta” – zapewniał Preziosi w rozmowie z „La Gazzetta dello Sport”, a jego słowa potwierdził agent polskiego piłkarza Szymon Pacanowski. Na konkretne oferty dla Piątka jest jeszcze za wcześnie, bo potencjalni kupcy wolą poczekać jak Polak spisze się w najbliższych tygodniach, bowiem w tym czasie Genoa rozegra serię spotkań z ligową czołówką. Mecz z Juventusem był otwarciem serialu i wszyscy zainteresowani z ciekawością czekali na wynik snajperskiego pojedynku Piątka z Cristiano Ronaldo.

Portugalski gwiazdor nie ma teraz najlepszego czasu w swojej karierze, bo jego spokój mącą docierające zza oceanu groźby ekstradycji w sprawie posądzenia o gwałt do jakiego miał sie dopuścić osiem lat temu w Los Angeles, a na boisku wciąż jeszcze nie osiągnął formy jaką imponował w barwach Realu Madryt. W 18. minucie meczu z Genoą to jednak on zdobył bramkę dla „Starej Damy”, posyłając na dodatek piłkę między nogami próbującego zablokować jego strzał Piątka. Nie było to na pewno zamierzone z jego strony, ale chcąc nie chcąc słynny CR7 pokazał, że to on wciąż jest królem, a tak fetowany w mediach polski „Bombardier” na razie co najwyżej giermkiem.

 

Koszulka na pocieszenie

Piątek przyjął lekcję od mistrza z pokorą, a zaraz po meczu poleciał do niego wymienić się koszulkami, na co Portugalczyk bez zbędnych ceregieli przystał, ale pewnie nawet nie wiedział, że spełnia w ten sposób jedno z największych marzeń polskiego piłkarza. Dla Piątek portugalski wirtuoz od dziecka był idolem, dlatego na swoim profilu na Instagramie zamieścił zdjęcie trykotu CR7 i oddał mu należny hołd podpisem: „Dziękuję, królu”.
Tak skończyła się nadmuchana przez media wielka konfrontacja starego mistrza z młodym, choć z cała pewnością jest to określenie jeszcze mocno na wyrost. Oczywiście wyłącznie w odniesieniu do polskiego napastnika, któremu do klasy CR7 jeszcze bardzo daleko.

Prawdę mówiąc na tym etapie kariery nie da się jeszcze stwierdzić, czy Piątek kiedykolwiek choćby zbliży się do niego poziomem piłkarskich umiejętności. Juventusowi gola jednak nie strzelił, chociaż nie było to zadanie niewykonalne dla graczy Genoi, skoro zremisowali 1:1. Ale to niepowodzenie nie przekreśla szans Piątka na lukratywny transfer do silnego klubu. Musi tylko w kolejnych meczach znów strzelać gole, a kupcy się pojawią. Może nie z Barcelony, Chelsea czy Juventusu, ale też gotowych zapłacić grubo więcej, niż Genoa zapłaciła Cracovii.

 

Milik oferowany w rozliczeniu?

Wielki zgiełk wokół Piątka dotarł też do Neapolu, bo jeśli wierzyć doniesieniom tamtejszych mediów, szefowie SSC Napoli także zapragnęli pozyskać kolejnego Polaka do swojej drużyny. Pojawiły się nawet plotki, że są ponoć są nawet gotowi w ramach rozliczeń oddać do Genui Arkadiusza Milika.

Ile w tym prawdy, nie wiadomo, a póki co obaj reprezentanci Polski występujący obecnie w klubie z Neapolu, czyli Zieliński i Milik, wyszli w podstawowym składzie na sobotni wyjazdowym mecz z Udinese. Na ławce w ekipie gospodarzy zasiadł natomiast Łukasz Teodorczyk, który w Serie A póki co sobie nie radzi i pewnie coraz bardziej żałuje przeprowadzki z Anderlechtu Bruksela, gdzie mimo różnych wyskoków grał w miarę regularnie i strzelał sporo goli. W Udinese grzeje ławę i w najlepszym przypadku wchodzi na zmiany w końcówkach spotkań. W meczu z SSC Napoli trener nie dał mu szansy, bo jego zespół został stłamszony i musiał rozpaczliwie bronić się przed pogromem. Skończyło się na 0:3, ale do bramkowego dorobku gości nie dorzucił się żadne z naszych piłkarzy.

Milik został zmieniony w 74. minucie, a Zieliński jedenaście minut później. Dzięki wygranej Napoli zmniejszyło stratę do Juventusu do czterech punktów i utrzymało dystans nad ścigającymi ten tandem ekipami Interu Mediolan, Lazio Rzym i Sampdorii Genua, w której występują Bartosz Bereszyński, Karol Linetty, Dawid Kownacki.

 

 

CR7 w cieniu Piątka

Hiszpańskie media wciąż nie mogą darować Cristiano Ronaldo odejścia z Realu Madryt i nie odpuszczają żadnej okazji, żeby wbić mu szpilę. Teraz dokuczają mu opiniami, że w Serie A został przyćmiony przez nieznanego polskiego napastnika kupionego za pięć milionów euro.

 

Latem Genoa wykupiła Krzysztofa Piątka z Cracovii za pięć milionów euro i ten transfer przeszedł we Włoszech praktycznie bez echa. Inaczej było w przypadku Cristiano Ronaldo, który przeszedł z Realu Madryt do Juventusu Turyn za 110 milionów euro. Portugalczyk rzecz jasna z miejsca stał się największą gwiazdą w Serie A, natomiast młodszy od niego prawie o dekadę Piątek zyskuje dopiero większy rozgłos swoimi niezwykłymi strzeleckimi wyczynami.

W rozegranych do tej pory sześciu meczach ligowych Polak zdobył aż osiem bramek, co jest najlepszym osiągnięciem w Serie A od 70 lat i zarazem w pięciu najsilniejszych ligach europejskich w obecnym sezonie. Piątek we wszystkich występach w barwach Genoi, licząc z towarzyskimi i pucharowymi, strzelił już 22 gole. Dokonał tego w ciągu zaledwie 80 dni. Natomiast Cristiano Ronaldo w siedmiu meczach Serie A strzelił trzy gole i zanotował pięć asyst. „Nieznany polski piłkarz przyćmił wielkiego Cristiano Ronaldo, który miał być największą gwiazdą Serie A. Przed rozpoczęciem sezonu pisano, że Portugalczyk będzie bił we Włoszech strzeleckie rekordy, tymczasem jest gorszy od napastnika, który kosztował Genoę niespełna pięć milionów euro” – drwią redaktorzy madryckiego dziennika „ABC”.

Na szczęście sam Piątek też wzbudza zainteresowanie jako piłkarz, a nie tylko „szpila” do drażnienia CR7. We Włoszech o polskim napastniku robi się coraz głośniej, a na meczach zespołu Genoa pojawia się coraz więcej wysłanników mocnych klubów. Zdaniem tamtejszych mediów niezwykła skuteczność Piątka zainteresowała nawet największe futbolowe potęgi Starego Kontynentu. W ocenach 23-letniego polskiego piłkarza podkreśla się, że choć nie dysponuje dużą szybkością, to potrafi znaleźć się w polu karnym we właściwym miejscu, dobrze gra w powietrzu i zachowuje zimną krew w strzeleckich sytuacjach. „W ostatnich latach polska piłka miała w ataku jako największą gwiazdę Roberta Lewandowskiego, teraz pod jego bokiem niespodziewanie eksplodował kolejny wielki talent, który latem przybył do Włoch za pięć milionów euro, a już zdążył olśnić swoim dokonaniami” – pisze wydawany w Barcelonie dziennik „La Vanguardia”. Jego zainteresowanie Polakiem nie jest przypadkowe, bo „Duma Katalonii” też posłała do Genui swojego człowieka na obserwację.

Sam Piątek póki co zachowuje zimną głowę. Jego zespół nie grał jeszcze w Serie A z Juventusem Turyn i SSC Napoli, a dopiero mecze z tymi zespołami zweryfikują jego prawdziwą wartość.

 

Lotto Ekstraklasa: Wisła na górze, Pasy na dole

W hicie 8. kolejki piłkarskiej ekstraklasy Wisła Kraków rozbiła Lechię Gdańsk 5:2 i jest nowym liderem rozgrywek. Zdecydowanie gorzej wiedzie się lokalnemu rywalowi wiślaków. Cracovia notuje najgorszy ligowy start w historii.

 

Wisła wróciła na ligowy szczyt po 390 dniach przerwy. Ostatni raz była liderem ekstraklasy po 5. kolejce poprzedniego sezonu – w kolejnej serii spotkań z pierwszego miejsca strąciło ją Zagłębie Lubin, które pokonało ją w bezpośrednim pojedynku. Teraz to Biała Gwiazda sama zdetronizowała lidera i to sposób niepozostawiający wątpliwości co do tego, kto jest najlepszą drużyną początku sezonu. Efektowny triumf nad niepokonaną dotąd Lechią to kolejna po rozbiciu Lecha w Poznaniu (5:2) demonstracja siły drużyny Macieja Stolarczyka.

 

Kibole rządzą na Reymonta?

Sukces krakowian jest zaskakujący, bo przed startem sezonu ekipa „Białej Gwiazdy” była lokowana w grupie drużyn skazanych na walkę o utrzymanie. Klub był na skraju bankructwa, a z zespołu odeszli kluczowi gracze, jak Carlitos, Tomasz Cywka, Pol Llonch, Fran Velez. Latem do obozu wiślaków dołączyli jedynie Mateusz Lis z I-ligowego Rakowa Częstochowa oraz niechciany w Pogoni Szczecin Dawid Kort. Ze skleconego naprędce zespołu trener Maciej Stolarczyk stworzył zespół, który jak na razie na boisku zwycięża.

Nie ustrzegło to „Białej Gwiazdy” przed wizerunkową katastrofą jaką bez wątpienia była emisja przez TVN reportażu dziennikarza śledczego „Superwizjera” Szymona Jadczaka, w którym pokazano jaki ogromny wpływ na działania Wisły Kraków mają kibole zrzeszeni w nieformalnej grupie szalikowców Wisły nazywanej „Sharks”. To tak naprawdę są brutalni przestępcy, którzy swoich wrogów atakują maczetami, a od członków własnej grupy potrafią wyegzekwować posłuszeństwo nie mniej okrutnymi metodami. Jednemu z działaczy, który buntował się przeciwko przejęciu klubu przez chuliganów, spalono samochód. Jadczak postawił też tezę, że gangsterzy po przejęciu kontroli nad Wisłą osadzili w klubie na fotelu prezesa „swojego człowieka” Marzenę Sarapatę. Jedna ze zorganizowanych akcji mających wprowadzić w chaos i ułatwić przejęcie kontroli na Reymonta 22, była słynny atak na stadion racami podwieszanymi pod balony, którą dowodził Damian Dukat, późniejszy wiceprezes klubu. Dukat zrezygnował ze stanowiska jeszcze przed emisją materiału, ale pozostał w zarządzie Towarzystwa Sportowego Wisła, które jest właścicielem klubu.

Jak to się stało, że stadionowy chuligan stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych działaczy piłkarskich w naszym kraju? Na to pytanie Szymon Jadczak jednoznacznej odpowiedzi nie znalazł. A zarząd Wisły Kraków w oficjalnym oświadczeniu napisał, że wszystko co pokazano w programie TVN to „kłamstwa i bezpodstawne oskarżenia”.

 

Fatalny start Cracovii

Po drugiej stronie krakowskich Błoń kłopotów też nie brakuje. Cracovia w 8. kolejce przegrała na wyjeździe z Jagiellonią Białystok 1:3 i chyba na dobre ugrzęzła na dnie ligowej tabeli. Ten najgorszy ligowy start „Pasów” w historii obala mit Michała Probierza jako najlepszego polskiego trenera. Obecny sezon jest już jego drugim w Cracovii i zgodnie z jego obietnicami zespół miał włączyć się do walki o europejskie puchary. Ba, tuż przed startem rozgrywek Probierz zaszarżował jeszcze śmielej ogłaszając, że jego celem na ten sezon jest mistrzostwo Polski. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te nader odważne deklaracje 45-letniego szkoleniowca. Po ośmiu kolejkach Cracovia ma na koncie zaledwie trzy punkty i zajmuje ostatnie miejsce w tabeli Lotto Ekstraklasy. Na ten skromny dorobek składają się trzy remisy i aż pięć porażek. Do tego krakowianie mają najgorszy stosunek bramek straconych do zdobytych (4:13) w całej lidze.

Rozmiar katastrofy najlepiej obrazuje fakt, że nigdy wcześniej Cracovia nie zaczęła rozgrywek tak źle, a trwający sezon jest już jej 40. w najwyższej lidze. Nawet po ośmiu kolejkach edycji 2011-2012, w której po raz ostatni spadła z ekstraklasy, miała korzystniejszy bilans (1-2-5, 6:11) i nie zamykała ligowej tabeli. Rok wcześniej było gorzej (1-1-6, 7:15), ale i tak lepiej niż teraz, co oznacza, że zespół Probierza pod tym względem jest najgorszy w historii krakowskiego klubu. Żaden inny zespół nie spadał z ekstraklasy częściej od Cracovii (8), ale nawet w innych sezonach, po których krakowianie żegnali się z najwyższą ligą, nie mieli tak skromnego dorobku po ośmiu pierwszych kolejkach. Ten falstart to także porażka Probierza, który w naszej najwyższej klasie rozgrywkowej pracuje już od 12 lat i w żadnym z ośmiu klubów, w których był trenerem, nie zaczął sezonu w tak fatalnym stylu.

 

Wyniki 8. kolejki:

Zagłębie Lubin – Śląsk Wrocław 4:0
Gole: Filip Starzyński (40), Filip Jagiełło (45), Marcin Robak (84 samobójcza), Dawid Pakulski (88).
Jagiellonia Białystok – Cracovia 3:1
Gole: Bartosz Kwiecień (44), Cillian Sheridan (53 i 70) – Airam Cabrera (74).
Wisła Płock – Miedź Legnica 2:1
Gole: Alan Uryga (30), Bartłomiej Sielewski (49) – Rafał Augustyniak (10), Pet Forsell (45).
Piast Gliwice – Arka Gdynia 1:0
Gol: Michal Papadopulos (62).
Wisła Kraków – Lechia Gdańsk 5:2
Gole: Zdenek Ondrasek (18), Jakub Bartkowski (45), Dawid Kort (64), Kamil Wojtkowski (75), Rafał Boguski (83) – Patryk Lipski (6), Flavio Paixao (38 karny).

 

Lotto Ekstraklasa: Nerwowo w Cracovii i Wiśle Płock

Trener Cracovii Michał Probierz ma coraz większy problem. Jego zespół po dwóch remisach z rzędu znowu zaliczył porażkę i po pięciu kolejkach pozostaje bez zwycięstwa.

 

Przed sezonem Probierz zapowiadał, że Cracovia w tym sezonie będzie walczyć w lidze o najwyższe laury, po czwartej kolejce oznajmił, że były to zbyt optymistyczne założenia i musi na nowo zdefiniować cele stawiane przed zespołem. Po porażce z Zagłębiem Lubin (0:1) szkoleniowiec „Pasów” chyba nie ma już złudzeń, że jego całkowicie autorska ekipa w obecnych rozgrywkach będzie musiała bronić się przed degradacją.

Podobne obawy pojawiły się w Płocku. „Nafciarze” przegrali u siebie z Arką Gdynia 1:3 i podobnie jak Cracovia po pięciu kolejkach nie mają jeszcze na koncie ani jednego zwycięstwa. Co ciekawe, podopieczni trenera Dariusza Dźwigały u siebie przegrali wszystkie trzy dotychczasowe trzy spotkania, a jedyne dwa punkty jakie zdobyli zawdzięczają wyjazdowym remisom z Górnikiem Zabrze i Wisłą Kraków.

 

Wyniki 5. kolejki

Cracovia – Zagłębie Lubin 0:1
Gol: Bartłomiej Pawłowski (45).
Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa).
Widzów: 4097.

Miedź Legnica – Korona Kielce 1:1
Gole: Paweł Zieliński 69 – Maciej Górski 54
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 5082.

Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk 0:2
Gole: Paweł Bochniewicz (23 s), Flavio Paixao (33). Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 14 087.

Wisła Płock – Arka Gdynia 1:3
Gole: Ricardinho (69) – Aleksandyr Kolew (55), Maciej Jankowski (82), Rafał Siemaszko (90). Sędziował: Paweł Gil (Lublin).
Widzów: 4082.

Rosjanin w Cracovii

Cracovia znalazła w Jeniseju Krasnojarsk 24-letniego rosyjskiego skrzydłowego Serdera Serderowa, wychowanka CSKA Moskwa, młodzieżowego reprezentanta Rosji. Siedem lat temu nastoletniego wtedy piłkarza chciał Juventus Turyn.

 

Moskiewski klub odrzucił wtedy ofertę włoskiego potentata, a 17-letni Serderow wkrótce zadebiutował w pierwszej drużynie CSKA. I od razu rzucono go na głęboką wodę, bo w meczu Ligi Mistrzów z francuskim Lille. Po sezonie w moskiewskim klubie zmieniło się jednak nastawienie do zdolnego nastolatka i gdy pojawiła się oferta z Anży Machaczkała, oddano go bez większego żalu. Właściciel zespołu Anży, Sulejman Kierimow, miał mocarstwowe plany i szeroki gest. Serderow w klubie z Dagestanu dzielił szatnię z takimi znanymi zawodnikami, jak Brazylijczyk Willian, Kameruńczyk Samuel Eto’o czy reprezentant Rosji Fiodor Smołow, a jego trenerem był słynny Holender Guus Hiddink.

W pierwszym sezonie w Anży 18-latek wystąpił tylko w pięciu meczach i strzelił jednego gola, ale przed kolejnym Kierimow obciął budżet i pozbył się większości światowych sław. Dla młodych graczy, jak Serderow, to była szansa na częstsze występy na boisku – Serder zagrał w 33 meczach, zdobył dwie bramki i zaliczył trzy asysty. Zespół spadł jednak z rosyjskiej ekstraklasy, a Serderow miał długi kontrakt. Z dołującej coraz bardziej Anży wypożyczano go do innych rosyjskich klubów, aż w końcu w styczniu 2016 roku trafił do Slavii Sofia, w której zastąpił sprzedanego właśnie Cracovii Antona Karaczanakowa. W bułgarskiej lidze Serderow w 44 meczach strzelił 13 goli i dorzucił cztery asysty, ale musiał wrócić do Rosji i tak znalazł się w II-ligowym Jeniseju Krasnojarsk, z którym awansował do rosyjskiej ekstraklasy. Ciekawe jak poradzi sobie w naszej ekstraklasie.