Lotto Ekstraklasa: Lider nie zwalnia tempa

Fot. Piłkarze Lechii Gdańsk nie przegrali w ekstraklasie od 6 października

 

 

Adam Nawałka zaczął pracę w Lechu Poznań od falstartu, przegrywając w debiucie z Cracovią 0:1. Lechici tracą już do prowadzącej Lechii Gdańsk 13 punktów i na razie nie liczą się w walce o mistrzostwo Polski.

 

Trener Nawałka nie naprawił zgrzytającego piłkarskiego mechanizmu „Kolejorza”. Po meczu z Cracovią były selekcjoner reprezentacji Polski miał skwaszona minę i nie szczędził swoim podopiecznym cierpkich słów. Jego rozczarowanie słabym występem lechitów jest zrozumiałe, ale nie powinien być tym zaskoczony, bo w tym sezonie poznański zespół na wyjazdach gra katastrofalnie. W pierwszej kolejce Lech pokonał w Płocku Wisłę 2:1, a potem jeszcze w trzeciej kolejce (5 sierpnia) we Wrocławiu wygrał ze Śląskiem 1:0, ale to było ostatnie wyjazdowe zwycięstwo lechitów. W kolejnych siedmiu występach poza domem wyszarpali tylko dwa remisy (2:2 z Górnikiem Zabrze i 2:2 Jagiellonią Białystok), a pozostałe pięć spotkań przegrali. Pod względem punktowej zdobyczy na wyjazdach Lech jest w lidze na 12. miejscu, a gorsze od niego są tylko zespoły Górnika Zabrze, Miedzi Legnica, Cracovii i Zagłębia Sosnowiec. Ogólne statystyki poznańskiej drużyny też nie napawają optymizmem. Jeszcze pod wodzą trenera Ivana Djurdjevicia wywalczył w pierwszych czterech kolejkach komplet punktów, lecz już w 13 następnych do tego dorobku dorzuciła tylko 12 „oczek” (za trzy zwycięstwa i trzy remisy), notując aż siedem porażek).

Nawałka będzie miał duży problem żeby włączyć się z zespołem do walki o miejsce gwarantujące udział w kwalifikacjach do Ligi Europy, bo w tym sezonie na mistrzostwo Polski nikt już w Lechu raczej nie liczy. Strata 13 punktów do prowadzącej Lechii teoretycznie wciąż jest możliwa do odrobienia, ale lechici musieliby zacząć wygrywać już teraz, choćby po to, żeby przewaga trzech czołowych zespołów nad nimi nie rosła. Przez Puchar Polski do eliminacji Ligi Europy „Kolejorz” w tym sezonie już się nie przebije, bo z tych rozgrywek odpadł w 1/16 finału przegrywając 0:1 z liderem I ligi Rakowem Częstochowa.

Tak więc efekt propagandowy jaki Lech uzyskał zatrudniając byłego selekcjonera kadry już się wyczerpał i teraz uwaga kibiców skupiona jest na wyścigu o fotel lidera. Już w najbliższej, 18. kolejce dojdzie w Gdańsku do hitowego meczu Lechii z Legią. Dzień wcześniej w Krakowie Jagiellonia zagra z Wisłą. Wyniki tych spotkań mogą ustawić czołówkę ligowej tabeli już do końca tegorocznych rozgrywek, bo w przypadku wygranej Lechii i porażki lub remisu białostocczan gdańszczanie na pewno zakończą rok w roli lidera. A Lech musi uważać na pierwszą w grupie spadkowej Arkę Gdynia, bo ma nad nią tylko jeden punkt przewagi, czyli w zasadzie tyle, co nic.

 

Cristiano Ronaldo dał lekcję Piątkowi

W 9. kolejce Serie A doszło do bezpośredniego pojedynku najskuteczniejszego strzelca rozgrywek Krzysztof Piątka z największą gwiazdą włoskiej ligi Cristiano Ronaldo. Z tego snajperskiego pojedynku zwycięsko wyszedł Portugalczyk.

 

Tym spotkaniem Italia żyła przez cały miniony tydzień. Włoskie media podkręcały jeszcze to zainteresowanie strasząc turyńczyków porażką, choć to aktualni mistrzowie kraju i liderzy obecnych rozgrywek, a Genoa to ligowy średniak bez szans na miejsce w czołówce. Ale genueńczycy latem pozyskali z Cracovii za cztery miliony euro 23-letniego polskiego napastnika, który okazał się prawdziwą rewelacją początku sezonu, bo po ośmiu kolejkach z dziewięcioma trafieniami prowadził w klasyfikacji strzelców. Piątka coraz częściej porównywano do Roberta Lewandowskiego i wróżono mu równie wspaniałą karierę.

 

Stratosferyczne zainteresowanie

Prezes Genoi Enrico Preziosi przyznał, że zainteresowanie polskim napastnikiem ze strony silniejszych klubów jest „stratosferyczne”. I już nie zapewniał, jak jeszcze tydzień czy dwa wcześniej, że Piątek na razie nie jest na sprzedaż. „Długo jestem w futbolu i dlatego wiem, że nam go zabiorą, ale wszyscy na tym zarobimy. Jeszcze nie wiem, ile, bo to zależy kto będzie chciał ze mną rozmawiać, nie wykluczam jednak i tego, że odejdzie za kwotę dziesięć razy wiekszą niż my na niego wydaliśmy. Jesteśmy bombardowani telefonami, z Włoch i Europy, ale nie padła jeszcze żadna formalna oferta” – zapewniał Preziosi w rozmowie z „La Gazzetta dello Sport”, a jego słowa potwierdził agent polskiego piłkarza Szymon Pacanowski. Na konkretne oferty dla Piątka jest jeszcze za wcześnie, bo potencjalni kupcy wolą poczekać jak Polak spisze się w najbliższych tygodniach, bowiem w tym czasie Genoa rozegra serię spotkań z ligową czołówką. Mecz z Juventusem był otwarciem serialu i wszyscy zainteresowani z ciekawością czekali na wynik snajperskiego pojedynku Piątka z Cristiano Ronaldo.

Portugalski gwiazdor nie ma teraz najlepszego czasu w swojej karierze, bo jego spokój mącą docierające zza oceanu groźby ekstradycji w sprawie posądzenia o gwałt do jakiego miał sie dopuścić osiem lat temu w Los Angeles, a na boisku wciąż jeszcze nie osiągnął formy jaką imponował w barwach Realu Madryt. W 18. minucie meczu z Genoą to jednak on zdobył bramkę dla „Starej Damy”, posyłając na dodatek piłkę między nogami próbującego zablokować jego strzał Piątka. Nie było to na pewno zamierzone z jego strony, ale chcąc nie chcąc słynny CR7 pokazał, że to on wciąż jest królem, a tak fetowany w mediach polski „Bombardier” na razie co najwyżej giermkiem.

 

Koszulka na pocieszenie

Piątek przyjął lekcję od mistrza z pokorą, a zaraz po meczu poleciał do niego wymienić się koszulkami, na co Portugalczyk bez zbędnych ceregieli przystał, ale pewnie nawet nie wiedział, że spełnia w ten sposób jedno z największych marzeń polskiego piłkarza. Dla Piątek portugalski wirtuoz od dziecka był idolem, dlatego na swoim profilu na Instagramie zamieścił zdjęcie trykotu CR7 i oddał mu należny hołd podpisem: „Dziękuję, królu”.
Tak skończyła się nadmuchana przez media wielka konfrontacja starego mistrza z młodym, choć z cała pewnością jest to określenie jeszcze mocno na wyrost. Oczywiście wyłącznie w odniesieniu do polskiego napastnika, któremu do klasy CR7 jeszcze bardzo daleko.

Prawdę mówiąc na tym etapie kariery nie da się jeszcze stwierdzić, czy Piątek kiedykolwiek choćby zbliży się do niego poziomem piłkarskich umiejętności. Juventusowi gola jednak nie strzelił, chociaż nie było to zadanie niewykonalne dla graczy Genoi, skoro zremisowali 1:1. Ale to niepowodzenie nie przekreśla szans Piątka na lukratywny transfer do silnego klubu. Musi tylko w kolejnych meczach znów strzelać gole, a kupcy się pojawią. Może nie z Barcelony, Chelsea czy Juventusu, ale też gotowych zapłacić grubo więcej, niż Genoa zapłaciła Cracovii.

 

Milik oferowany w rozliczeniu?

Wielki zgiełk wokół Piątka dotarł też do Neapolu, bo jeśli wierzyć doniesieniom tamtejszych mediów, szefowie SSC Napoli także zapragnęli pozyskać kolejnego Polaka do swojej drużyny. Pojawiły się nawet plotki, że są ponoć są nawet gotowi w ramach rozliczeń oddać do Genui Arkadiusza Milika.

Ile w tym prawdy, nie wiadomo, a póki co obaj reprezentanci Polski występujący obecnie w klubie z Neapolu, czyli Zieliński i Milik, wyszli w podstawowym składzie na sobotni wyjazdowym mecz z Udinese. Na ławce w ekipie gospodarzy zasiadł natomiast Łukasz Teodorczyk, który w Serie A póki co sobie nie radzi i pewnie coraz bardziej żałuje przeprowadzki z Anderlechtu Bruksela, gdzie mimo różnych wyskoków grał w miarę regularnie i strzelał sporo goli. W Udinese grzeje ławę i w najlepszym przypadku wchodzi na zmiany w końcówkach spotkań. W meczu z SSC Napoli trener nie dał mu szansy, bo jego zespół został stłamszony i musiał rozpaczliwie bronić się przed pogromem. Skończyło się na 0:3, ale do bramkowego dorobku gości nie dorzucił się żadne z naszych piłkarzy.

Milik został zmieniony w 74. minucie, a Zieliński jedenaście minut później. Dzięki wygranej Napoli zmniejszyło stratę do Juventusu do czterech punktów i utrzymało dystans nad ścigającymi ten tandem ekipami Interu Mediolan, Lazio Rzym i Sampdorii Genua, w której występują Bartosz Bereszyński, Karol Linetty, Dawid Kownacki.

 

 

CR7 w cieniu Piątka

Hiszpańskie media wciąż nie mogą darować Cristiano Ronaldo odejścia z Realu Madryt i nie odpuszczają żadnej okazji, żeby wbić mu szpilę. Teraz dokuczają mu opiniami, że w Serie A został przyćmiony przez nieznanego polskiego napastnika kupionego za pięć milionów euro.

 

Latem Genoa wykupiła Krzysztofa Piątka z Cracovii za pięć milionów euro i ten transfer przeszedł we Włoszech praktycznie bez echa. Inaczej było w przypadku Cristiano Ronaldo, który przeszedł z Realu Madryt do Juventusu Turyn za 110 milionów euro. Portugalczyk rzecz jasna z miejsca stał się największą gwiazdą w Serie A, natomiast młodszy od niego prawie o dekadę Piątek zyskuje dopiero większy rozgłos swoimi niezwykłymi strzeleckimi wyczynami.

W rozegranych do tej pory sześciu meczach ligowych Polak zdobył aż osiem bramek, co jest najlepszym osiągnięciem w Serie A od 70 lat i zarazem w pięciu najsilniejszych ligach europejskich w obecnym sezonie. Piątek we wszystkich występach w barwach Genoi, licząc z towarzyskimi i pucharowymi, strzelił już 22 gole. Dokonał tego w ciągu zaledwie 80 dni. Natomiast Cristiano Ronaldo w siedmiu meczach Serie A strzelił trzy gole i zanotował pięć asyst. „Nieznany polski piłkarz przyćmił wielkiego Cristiano Ronaldo, który miał być największą gwiazdą Serie A. Przed rozpoczęciem sezonu pisano, że Portugalczyk będzie bił we Włoszech strzeleckie rekordy, tymczasem jest gorszy od napastnika, który kosztował Genoę niespełna pięć milionów euro” – drwią redaktorzy madryckiego dziennika „ABC”.

Na szczęście sam Piątek też wzbudza zainteresowanie jako piłkarz, a nie tylko „szpila” do drażnienia CR7. We Włoszech o polskim napastniku robi się coraz głośniej, a na meczach zespołu Genoa pojawia się coraz więcej wysłanników mocnych klubów. Zdaniem tamtejszych mediów niezwykła skuteczność Piątka zainteresowała nawet największe futbolowe potęgi Starego Kontynentu. W ocenach 23-letniego polskiego piłkarza podkreśla się, że choć nie dysponuje dużą szybkością, to potrafi znaleźć się w polu karnym we właściwym miejscu, dobrze gra w powietrzu i zachowuje zimną krew w strzeleckich sytuacjach. „W ostatnich latach polska piłka miała w ataku jako największą gwiazdę Roberta Lewandowskiego, teraz pod jego bokiem niespodziewanie eksplodował kolejny wielki talent, który latem przybył do Włoch za pięć milionów euro, a już zdążył olśnić swoim dokonaniami” – pisze wydawany w Barcelonie dziennik „La Vanguardia”. Jego zainteresowanie Polakiem nie jest przypadkowe, bo „Duma Katalonii” też posłała do Genui swojego człowieka na obserwację.

Sam Piątek póki co zachowuje zimną głowę. Jego zespół nie grał jeszcze w Serie A z Juventusem Turyn i SSC Napoli, a dopiero mecze z tymi zespołami zweryfikują jego prawdziwą wartość.

 

Lotto Ekstraklasa: Wisła na górze, Pasy na dole

W hicie 8. kolejki piłkarskiej ekstraklasy Wisła Kraków rozbiła Lechię Gdańsk 5:2 i jest nowym liderem rozgrywek. Zdecydowanie gorzej wiedzie się lokalnemu rywalowi wiślaków. Cracovia notuje najgorszy ligowy start w historii.

 

Wisła wróciła na ligowy szczyt po 390 dniach przerwy. Ostatni raz była liderem ekstraklasy po 5. kolejce poprzedniego sezonu – w kolejnej serii spotkań z pierwszego miejsca strąciło ją Zagłębie Lubin, które pokonało ją w bezpośrednim pojedynku. Teraz to Biała Gwiazda sama zdetronizowała lidera i to sposób niepozostawiający wątpliwości co do tego, kto jest najlepszą drużyną początku sezonu. Efektowny triumf nad niepokonaną dotąd Lechią to kolejna po rozbiciu Lecha w Poznaniu (5:2) demonstracja siły drużyny Macieja Stolarczyka.

 

Kibole rządzą na Reymonta?

Sukces krakowian jest zaskakujący, bo przed startem sezonu ekipa „Białej Gwiazdy” była lokowana w grupie drużyn skazanych na walkę o utrzymanie. Klub był na skraju bankructwa, a z zespołu odeszli kluczowi gracze, jak Carlitos, Tomasz Cywka, Pol Llonch, Fran Velez. Latem do obozu wiślaków dołączyli jedynie Mateusz Lis z I-ligowego Rakowa Częstochowa oraz niechciany w Pogoni Szczecin Dawid Kort. Ze skleconego naprędce zespołu trener Maciej Stolarczyk stworzył zespół, który jak na razie na boisku zwycięża.

Nie ustrzegło to „Białej Gwiazdy” przed wizerunkową katastrofą jaką bez wątpienia była emisja przez TVN reportażu dziennikarza śledczego „Superwizjera” Szymona Jadczaka, w którym pokazano jaki ogromny wpływ na działania Wisły Kraków mają kibole zrzeszeni w nieformalnej grupie szalikowców Wisły nazywanej „Sharks”. To tak naprawdę są brutalni przestępcy, którzy swoich wrogów atakują maczetami, a od członków własnej grupy potrafią wyegzekwować posłuszeństwo nie mniej okrutnymi metodami. Jednemu z działaczy, który buntował się przeciwko przejęciu klubu przez chuliganów, spalono samochód. Jadczak postawił też tezę, że gangsterzy po przejęciu kontroli nad Wisłą osadzili w klubie na fotelu prezesa „swojego człowieka” Marzenę Sarapatę. Jedna ze zorganizowanych akcji mających wprowadzić w chaos i ułatwić przejęcie kontroli na Reymonta 22, była słynny atak na stadion racami podwieszanymi pod balony, którą dowodził Damian Dukat, późniejszy wiceprezes klubu. Dukat zrezygnował ze stanowiska jeszcze przed emisją materiału, ale pozostał w zarządzie Towarzystwa Sportowego Wisła, które jest właścicielem klubu.

Jak to się stało, że stadionowy chuligan stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych działaczy piłkarskich w naszym kraju? Na to pytanie Szymon Jadczak jednoznacznej odpowiedzi nie znalazł. A zarząd Wisły Kraków w oficjalnym oświadczeniu napisał, że wszystko co pokazano w programie TVN to „kłamstwa i bezpodstawne oskarżenia”.

 

Fatalny start Cracovii

Po drugiej stronie krakowskich Błoń kłopotów też nie brakuje. Cracovia w 8. kolejce przegrała na wyjeździe z Jagiellonią Białystok 1:3 i chyba na dobre ugrzęzła na dnie ligowej tabeli. Ten najgorszy ligowy start „Pasów” w historii obala mit Michała Probierza jako najlepszego polskiego trenera. Obecny sezon jest już jego drugim w Cracovii i zgodnie z jego obietnicami zespół miał włączyć się do walki o europejskie puchary. Ba, tuż przed startem rozgrywek Probierz zaszarżował jeszcze śmielej ogłaszając, że jego celem na ten sezon jest mistrzostwo Polski. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te nader odważne deklaracje 45-letniego szkoleniowca. Po ośmiu kolejkach Cracovia ma na koncie zaledwie trzy punkty i zajmuje ostatnie miejsce w tabeli Lotto Ekstraklasy. Na ten skromny dorobek składają się trzy remisy i aż pięć porażek. Do tego krakowianie mają najgorszy stosunek bramek straconych do zdobytych (4:13) w całej lidze.

Rozmiar katastrofy najlepiej obrazuje fakt, że nigdy wcześniej Cracovia nie zaczęła rozgrywek tak źle, a trwający sezon jest już jej 40. w najwyższej lidze. Nawet po ośmiu kolejkach edycji 2011-2012, w której po raz ostatni spadła z ekstraklasy, miała korzystniejszy bilans (1-2-5, 6:11) i nie zamykała ligowej tabeli. Rok wcześniej było gorzej (1-1-6, 7:15), ale i tak lepiej niż teraz, co oznacza, że zespół Probierza pod tym względem jest najgorszy w historii krakowskiego klubu. Żaden inny zespół nie spadał z ekstraklasy częściej od Cracovii (8), ale nawet w innych sezonach, po których krakowianie żegnali się z najwyższą ligą, nie mieli tak skromnego dorobku po ośmiu pierwszych kolejkach. Ten falstart to także porażka Probierza, który w naszej najwyższej klasie rozgrywkowej pracuje już od 12 lat i w żadnym z ośmiu klubów, w których był trenerem, nie zaczął sezonu w tak fatalnym stylu.

 

Wyniki 8. kolejki:

Zagłębie Lubin – Śląsk Wrocław 4:0
Gole: Filip Starzyński (40), Filip Jagiełło (45), Marcin Robak (84 samobójcza), Dawid Pakulski (88).
Jagiellonia Białystok – Cracovia 3:1
Gole: Bartosz Kwiecień (44), Cillian Sheridan (53 i 70) – Airam Cabrera (74).
Wisła Płock – Miedź Legnica 2:1
Gole: Alan Uryga (30), Bartłomiej Sielewski (49) – Rafał Augustyniak (10), Pet Forsell (45).
Piast Gliwice – Arka Gdynia 1:0
Gol: Michal Papadopulos (62).
Wisła Kraków – Lechia Gdańsk 5:2
Gole: Zdenek Ondrasek (18), Jakub Bartkowski (45), Dawid Kort (64), Kamil Wojtkowski (75), Rafał Boguski (83) – Patryk Lipski (6), Flavio Paixao (38 karny).

 

Lotto Ekstraklasa: Nerwowo w Cracovii i Wiśle Płock

Trener Cracovii Michał Probierz ma coraz większy problem. Jego zespół po dwóch remisach z rzędu znowu zaliczył porażkę i po pięciu kolejkach pozostaje bez zwycięstwa.

 

Przed sezonem Probierz zapowiadał, że Cracovia w tym sezonie będzie walczyć w lidze o najwyższe laury, po czwartej kolejce oznajmił, że były to zbyt optymistyczne założenia i musi na nowo zdefiniować cele stawiane przed zespołem. Po porażce z Zagłębiem Lubin (0:1) szkoleniowiec „Pasów” chyba nie ma już złudzeń, że jego całkowicie autorska ekipa w obecnych rozgrywkach będzie musiała bronić się przed degradacją.

Podobne obawy pojawiły się w Płocku. „Nafciarze” przegrali u siebie z Arką Gdynia 1:3 i podobnie jak Cracovia po pięciu kolejkach nie mają jeszcze na koncie ani jednego zwycięstwa. Co ciekawe, podopieczni trenera Dariusza Dźwigały u siebie przegrali wszystkie trzy dotychczasowe trzy spotkania, a jedyne dwa punkty jakie zdobyli zawdzięczają wyjazdowym remisom z Górnikiem Zabrze i Wisłą Kraków.

 

Wyniki 5. kolejki

Cracovia – Zagłębie Lubin 0:1
Gol: Bartłomiej Pawłowski (45).
Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa).
Widzów: 4097.

Miedź Legnica – Korona Kielce 1:1
Gole: Paweł Zieliński 69 – Maciej Górski 54
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 5082.

Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk 0:2
Gole: Paweł Bochniewicz (23 s), Flavio Paixao (33). Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 14 087.

Wisła Płock – Arka Gdynia 1:3
Gole: Ricardinho (69) – Aleksandyr Kolew (55), Maciej Jankowski (82), Rafał Siemaszko (90). Sędziował: Paweł Gil (Lublin).
Widzów: 4082.

Rosjanin w Cracovii

Cracovia znalazła w Jeniseju Krasnojarsk 24-letniego rosyjskiego skrzydłowego Serdera Serderowa, wychowanka CSKA Moskwa, młodzieżowego reprezentanta Rosji. Siedem lat temu nastoletniego wtedy piłkarza chciał Juventus Turyn.

 

Moskiewski klub odrzucił wtedy ofertę włoskiego potentata, a 17-letni Serderow wkrótce zadebiutował w pierwszej drużynie CSKA. I od razu rzucono go na głęboką wodę, bo w meczu Ligi Mistrzów z francuskim Lille. Po sezonie w moskiewskim klubie zmieniło się jednak nastawienie do zdolnego nastolatka i gdy pojawiła się oferta z Anży Machaczkała, oddano go bez większego żalu. Właściciel zespołu Anży, Sulejman Kierimow, miał mocarstwowe plany i szeroki gest. Serderow w klubie z Dagestanu dzielił szatnię z takimi znanymi zawodnikami, jak Brazylijczyk Willian, Kameruńczyk Samuel Eto’o czy reprezentant Rosji Fiodor Smołow, a jego trenerem był słynny Holender Guus Hiddink.

W pierwszym sezonie w Anży 18-latek wystąpił tylko w pięciu meczach i strzelił jednego gola, ale przed kolejnym Kierimow obciął budżet i pozbył się większości światowych sław. Dla młodych graczy, jak Serderow, to była szansa na częstsze występy na boisku – Serder zagrał w 33 meczach, zdobył dwie bramki i zaliczył trzy asysty. Zespół spadł jednak z rosyjskiej ekstraklasy, a Serderow miał długi kontrakt. Z dołującej coraz bardziej Anży wypożyczano go do innych rosyjskich klubów, aż w końcu w styczniu 2016 roku trafił do Slavii Sofia, w której zastąpił sprzedanego właśnie Cracovii Antona Karaczanakowa. W bułgarskiej lidze Serderow w 44 meczach strzelił 13 goli i dorzucił cztery asysty, ale musiał wrócić do Rosji i tak znalazł się w II-ligowym Jeniseju Krasnojarsk, z którym awansował do rosyjskiej ekstraklasy. Ciekawe jak poradzi sobie w naszej ekstraklasie.

 

Lech nabiera rozpędu

Po trzech kolejkach spotkań tylko Piast Gliwice i Lech Poznań mają na koncie komplet punktów. Dla drużyny „Kolejorza” trzy wygrane mecze na początku rozgrywek to najlepsze osiągnięcie w XXI wieku.

 

Mecz Śląska z Lechem był starciem dwóch niepokonanych drużyn w tym sezonie. Trener wrocławskiego zespołu Tadeusz Pawłowski nie ma na głowie europejskich pucharów, nie musiał zatem oszczędzać swoich najlepszych graczy i rotować składem. Jego odpowiednik w Lechu, Ivan Djurdjević, takiego komfortu nie ma i dlatego zdecydował się na kilka roszad w porównaniu ze składem, jaki wystawił do rozegranego w miniony czwartkowego meczu pucharowego z Szachtiorem Soligorsk. Szkoleniowiec ekipy „Kolejorza” przemeblował zwłaszcza drugą linię i wzmocnił atak, posyłając do walki dwóch nowo pozyskanych Portugalczyków – Pedro Tibę i Joao Amarala oraz najlepszego snajpera Duńczyka Christiana Gytkjaera. Ta ofensywna potęga okazała się potęgą jedynie na papierze, bo lechici oddali jeden strzał na bramkę Śląska.

Wrocławianie mieli optyczną przewagę i strzelali gole. W sumie trafili do siatki bramki Lecha aż czterokrotnie. Dlaczego zatem przegrali mecz 0:1? Bo sędzia Daniel Stefański żadnej z czterech bramek zdobytych przez wrocławian nie uznał, co pewnie w historii naszej ligi jest wydarzeniem raczej wyjątkowym.

W jedynym golu strzelonym przez graczy Lecha arbiter żadnych nieprawidłowości się nie dopatrzył. Zwycięskie trafienie zaliczył Tiba z podania wprowadzonego po przerwie Kamila Jóźwiaka. I w takich nadzwyczajnych okolicznościach poznański zespół zaliczył trzecie zwycięstwo z rzędu. W XXI wieku tak znakomitego wejścia w ligowy sezon lechici jeszcze nie mieli. Do tej pory najlepiej zaczynali rozgrywki w edycjach 2011-2012 oraz 2012-2013, gdy w trzech premierowych kolejkach inkasowali po siedem punktów. Lech ustępuje w tabeli tylko Piastowi Gliwice, który prowadzi lepszym bilansem bramkowym. Ale ta kolejność może się zmienić już w 4. kolejce, bo gliwiczanie zagrają w Warszawie z Legią, natomiast poznaniacy podejmą u siebie Zagłębie Sosnowiec. Niestety, znów przyjdzie im zagrać przy pustych trybunach, ale to już ostatni mecz, w którym obowiązuje kara nałożona przez wojewodę.

Ekipa „Kolejorza” jest uważana za najpoważniejszego, obok Legii, kandydata do mistrzowskiego tytułu. Do poniedziałku w roli konkurenta tej dwójki trener Cracovii Michał Probierz widział też swój zespół. Po porażkach w dwóch pierwszych kolejkach „Pasy” na zakończenie trzeciej serii spotkań zremisowały u siebie po fatalnej grze 0:0 z Arką. Probierz po tym meczu przyznał, że przed sezonem zbyt optymistycznie ocenił możliwości. Teraz jego celem będzie nie mistrzostwo, lecz walka o utrzymanie.

 

Udany start Lecha

Po dwóch kolejkach liderem jest Zagłębie Lubin, ale oprócz „Miedziowych” kompletem punktów na koncie mogą pochwalić się też zespoły Lecha Poznań i Piasta Gliwice. Na drugim biegunie znalazły się drużyny Cracovii i Pogoni Szczecin i Zagłębia Sosnowiec.

 

Dwa zwycięstwa w pierwszych dwóch meczach – ostatni raz piłkarze Lecha Poznań tak udanie rozpoczęli zmagania w ekstraklasie w sezonie 2012-2013. Wtedy „Kolejorz” zaczął od wygranej u siebie z Ruchem Chorzów 4:0, a tydzień później pokonał w Warszawie Polonią 2:1. Dobra passa urwała się już w trzeciej kolejce, bo z Górnikiem Zabrze lechici wywalczyli tylko bezbramkowy remis. Teraz może być podobnie, bo w trzeciej kolejce poznański zespół zagra na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław, który obecny sezon także zaczął obiecująco. „Wysokie miejsce w tabeli w tym momencie nic nam nie daje. Nieważne jak się zaczyna, tylko jak się kończy. Żeby skończyło się dobrze, musimy teraz doskonalić nasz sposób gry i ciężko pracować na treningach. Innej drogi do sukcesu nie widzę” – przekonuje trener lechitów Ivan Djurdjević.

Ale zanim gracze „Kolejorza” wyjdą na murawę stadionu we Wrocławiu, w czwartek 2 sierpnia przyjdzie im stoczyć rewanżową potyczkę w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z białoruskim Szachtiorem Soligorsk. W pierwszym meczu padł remis 1:1, więc ekipa „Kolejorza” ma dobrą pozycję wyjściową w rewanżu. No i nie będzie musiała grać z Białorusinami, jak z Cracovią, przy pustych trybunach. Wojewoda wielkopolski skrócił nałożoną na klub karę zamknięcia trybun. Awans do III rundy w tej sytuacji jest obowiązkiem graczy Lecha.

Po dwóch kolejkach ekstraklasy za wcześnie jest na wyciąganie jakiś ogólnych wniosków, nie da się jednak nie zauważyć fatalnego startu Cracovii. Przed sezonem trener „Pasów” Michał Probierz odważnie zapowiadał, że jego zespół będzie walczył o najwyższe cele, na razie jednak krakowski zespół trzyma w tabeli czerwoną latarnię. W trzeciej kolejce zagra u siebie z Arką Gdynia, potem czeka go wyjazd do Szczecina, a na koniec serii potyczka w Krakowie z sensacyjnym liderem Zagłębiem Lubin. Niewykluczone, że po tych pięciu kolejkach wielu kibiców odetchnie z ulgą, że to nie Probierza prezes PZPN Zbigniew Boniek wybrał na nowego selekcjonera reprezentacji Polski.

Tylko trzy zespoły w dwóch pierwszych kolejkach wywalczyły komplety punktów – poza wspomnianymi już Zagłębiem Lubin i Lechem jeszcze tylko Piast Gliwice. Trener Waldemar Fornalik po poprzednim sezonie znalazł się w niekomfortowej sytuacji, bo władze klubu rozważały zatrudnienie innego szkoleniowca. Ostatecznie były selekcjoner reprezentacji Polski utrzymał posadę i przez wakacje poukładał zespół na nowo. Na razie przynosi to dobre efekty.

 

Lotto Ekstraklasa: Dolny Śląsk górą

Inauguracja rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy nie wypadła zbyt okazale. W ośmiu meczach padło 18 goli, a na trybunach mimo pięknej pogody zjawiło się 78639 kibiców, co daje średnio 9830 widzów na jedno spotkanie.

 

Największa widownia była w Zabrzu – 16 683 osób, najmniejsza w Sosnowcu – 4500. Wypada jednak odnotować, że w miniony weekend najliczniejszą widownię we wszystkich ligach piłkarskich w naszym kraju miał trzecioligowy Widzew Łódź, którego mecz z Olimpią Elbląg (1:0) obejrzało 17 431 kibiców. Ale frekwencja na widzewskim obiekcie to fenomen na światową skalę. Fani broniącej tytułu Legii Warszawa najwyraźniej są jeszcze na wakacjach, bo na inaugurujący nowy sezon mecz z Zagłębiem Lubin przybyło ich tylko 12 278. A jeszcze piłkarze stołecznej drużyny sprawili im paskudnego psikusa przegrywając z „Miedziowymi” 1:3. Ta porażka jeszcze niczego nie przesądza, bo poprzedni sezon, zwieńczony zdobyciem podwójnej korony (Puchar Polski także padł ich łupem), legioniści również rozpoczęli od porażki.

Z czołowego kwartetu poprzednich rozgrywek (Legia, Jagiellonia, Lech, Górnik), komplet punktów zdobył jedynie Lech Poznań, który wygrał na wyjeździe z przygotowaną do sezonu jeszcze przez Jerzego Brzęczka (obecnie trenerem „Nafciarzy” jest Dariusz Dźwigała) Wisłą Płock 2:1. Jeden punkt zdobył Górnik Zabrze, który zremisowane 1:1 spotkanie z Koroną Kielce rozpoczął jedenastką złożoną wyłącznie z polskich piłkarzy, co jest w naszej ekstraklasie ewenementem.
Dla porównania aspirująca do walki o mistrzostwo Polski Cracovia w przegranym na wyjeździe spotkaniu ze Śląskiem Wrocław miała w wyjściowym składzie tylko czterech Polaków, a wspomniana już Legia wystawiła aż ośmiu cudzoziemców. Ta personalna polityka okazała się mało skuteczna, bo po pierwszej kolejce Cracovia i Legia są na dnie ligowej tabeli. A na szczycie znalazły się zwycięskie w starciach z tymi drużynami zespoły z Dolnego Śląsk.

Trzeci zespół z tego regionu, Miedź Legnica, w swoim debiutanckim występie w ekstraklasie także zanotował zwycięstwo, pokonując na własnym stadionie Pogoń Szczecin 1:0. Drugi z beniaminków ekstraklasy, Zagłębie Sosnowiec, przegrał u siebie z walczącym w poprzednim sezonie do końca o utrzymanie Piastem Gliwice 1:2. Ta porażka nie najlepiej wróży sosnowiczanom na przyszłość.

Wicemistrz Polski Jagiellonia Białystok przed własną publicznością przegrała z Lechią Gdańsk 0:1. Oba zespoły kończyli mecz w dziesiątkę, a ukaranego za brutalny faul czerwoną kartką Sławomira Peszkę czeka w środę rozprawa przed Wydziałem Dyscypliny PZPN. Już wiadomo, że żadne tłumaczenie nie uchroni go od kary dyskwalifikacji, niewiadomą jest tylko jej wymiar.

 

Wyniki 1. kolejki ekstraklasy

Legia Warszawa – Zagłębie Lubin 1:3
Gole: Adam Hlousek (37) – Patryk Tuszyński (15 i 87), Filip Starzyński (21 karny).
Żółte kartki: Vesović, Żyro – Dąbrowski.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 12 278.

Wisła Kraków – Arka Gdynia 0:0
Żółta kartka: Cvijanović (Arka).
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Widzów: 9215.

Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 0:1
Gol: Flavio Paixao (10).
Żółte kartki: Sheridan, Romanczuk – Stolarski, Nalepa, Kuciak, Joao Nunes, Mladenović. Czerwone kartki: Guilherme (68., Jagiellonia) – Sławomir Peszko (90., Lechia).
Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa).
Widzów: 11 766.

Miedź Legnica – Pogoń Szczecin 1:0
Gol: Petteri Forsell (90).
Żółte kartki: Łobodziński – Kożulj.
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 5587.

Śląsk Wrocław – Cracovia 3:1
Gole: Piotr Celeban (14), Augusto (57), Jakub Kosecki (89) – Gerard Oliva (30).
Żółte kartki: Ahmadzadeh – Diego Ferraresso, Helik, Hernandez.
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 496.

Górnik Zabrze – Korona Kielce 1:1
Gole: Daniel Smuga (46) – Ivan Jukić (62).
Żółte kartki: Urynowicz, Wiśniewski – Soriano, Żubrowski, Malarczyk.
Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 16 683.

Wisła Płock – Lech Poznań 1:2
Gole: Giorgi Merebaszwili (77) – Łukasz Trałka (16), Pedro Tiba (89).
Żółte kartki: Stefańczyk – Raduț, Burić.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 8114.

Zagłębie Sosnowiec – Piast Gliwice 1:2
Gole: Vamara Sanogo (36) – Aleksandar Sedlar (67 karny), Tomasz Jodłowiec (80).
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Widzów: 4500.

Liga na peryferiach futbolowej Europy

W zakończonym sezonie Lotto Ekstraklasy Legia Warszawa znów najlepsza okazała się nie tylko na boisku, ale także przy kasie. W raporcie firmy Deloitte stołeczny klub znalazł się na czele stawki z przychodami 138 milionów złotych. To jest kwota mniejsza o ponad 70 milionów w porównaniu z poprzednim sezonem, ale wtedy legioniści grali w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Według wyliczeń firmy Deloitte przychody klubów ekstraklasy wyniosły w sumie 550 milionów złotych, o pięć procent mniej niż w roku poprzednim. Zmniejszenie wpływów to efekt nieobecności polskich zespołów w Champions League. Ten spadek jest stosunkowo niewielki dlatego, że kluby zrekompensowały straty większymi wpływami z krajowych rozgrywek ligowych oraz transferowania piłkarzy za granicę. „Królem polowania” w tej sferze działalności był Lech Poznań, który na transferach m. in. Dawida Kownackiego, Jana Bednarka i Tomasza Kędziory zyskał aż 56 milionów złotych. Kolejna w tym zestawieniu Legia była gorsza o 22 miliony. W sumie kluby ekstraklasy zarobiły na sprzedaży zawodników 156 milionów złotych, z czego 145 milionów złotych to transakcje z kontrahentami spoza Polski.

Wszystkim przybyło pieniędzy

Na krajowym podwórku pod względem finansów Legia bije konkurentów na głowę. Drugi w zestawieniu Lech Poznań odnotował wpływy w wysokości 65 milionów złotych, czyli niespełna połowę tego, co warszawski klub. Trzecia w stawce ligowych krezusów Lechia Gdańsk zarobiła niecałe 40 milionów złotych, a mimo to miała finansowe problemy i musiała być wsparta dotacją z miejskiego budżetu. Na dalszych miejscach w zestawieniu znalazły się Zagłębie Lubin (37 mln) i Cracovia (32 mln). W porównaniu do rankingu za rok 2016, aż dziewięć klubów poprawiło swoje wyniki finansowe, w tym Jagiellonia Białystok (plus 15 mln), Śląsk Wrocław (12 mln) i Lech Poznań (11 mln).

Mimo zdarzających się od czasu do czasu kibolskich ekscesów rośnie frekwencja na stadionach, co przekłada się na wzrost dochodów ze sprzedaży biletów. W 2017 roku wszystkie kluby Lotto Ekstraklasy zarobiły z tego tytułu 129 mln euro, co jest wynikiem na średnim poziomie europejskim. Dla porównania liga szkocka zarobiła w tym okresie 149 mln euro, a liga austriacka 160 mln euro. Nasza piłkarska ekstraklasa dystansuje jednak niektórych europejskich średniaków w wysokości wpływów z tzw. dnia meczowego (ma wyższe niż np. liga duńska) oraz wpływów ze sprzedaży praw telewizyjnych (przebija ligi w Szkocji, Szwecji i Austrii). Średnia frekwencji na stadionach ekstraklasy wyniosła 9,4 tys. kibiców, co jest wynikiem lepszym niż w wyżej od polskiej notowanych przez UEFA ligach ukraińskiej czy czeskiej.

Liderem poprzedniego roku został Lech Poznań, który mógł się pochwalić obecnością średnio ponad 20 tys. kibiców na mecz. Kolejne miejsca zajęły Górnik Zabrze i Legia. Średnia frekwencja w ekstraklasie byłaby wyższa gdyby nie karne zamykanie trybun, a także obecność w ekstraklasie zespołów Bruk-Betu Termaliki i Sandecji Nowy Sącz, które swoje mecze domowe rozgrywały na kameralnym stadionie w Niecieczy mogącym pomieści niewiele ponad cztery tysiące widzów.

Legia dominuje też przy kasie

Legia dominuje w ekstraklasie pod względem finansowym od 2011 roku. Aktualni mistrzowie Polski w 2017 r oku mieli łączne przychody na poziomie 138,3 mln zł. To znaczny spadek w porównaniu z poprzednim rokiem, w którym zanotowali wpływy w wysokości 207,4 mln złotych. Przyczyna jest oczywista – brak awansu do fazy grupowej Champions League. Stołeczny klub nie zdołał zrekompensować tej straty transferami zawodników. Z tego tytuły Legia zarobiła niespełna 25 mln złotych, a za udział w fazie grupowej Ligi Mistrzów zgarnęła w 2016 roku około 94 mln złotych. Po zakończonym w miniony weekend sezonie 2017-2018 wpływy z transferów raczej nie przebiją osiągnięcia z poprzedniego roku, chyba że któryś z piłkarzy ekstraklasy zrobi furorę na mundialu w Rosji i latem przejdzie za średnią europejska cenę 20-30 mln euro.

Liga Mistrzów już nie dla nas

Po zmianie zasad kwalifikacji do Champions League Legia w drodze do fazy grupowej będzie musiała przebrnąć przez cztery rundy, zamiast trzech, co kwestię awansu czyni problematyczną. Nawet prezes i właściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski nie żywi większych nadziei na awans i jasno stawia cel: „Liga Mistrzów to marzenie, Liga Europy to nasze zadanie.
Najpierw jednak legioniści będą musieli zmierzyć się w kwalifikacjach Champions League. W I rundzie ich potencjalnymi rywalami mogą być takie zespoły, jak: F91 Dudelange (Luksemburg), Spartak Trnawa (Słowacja), Valletta FC (Malta), Vikingur (Wyspy Owcze), Crusaders Belfast (Irlandia Północna), Santa Coloma (Andora), Alaszkert (Armenia), Sutjeska Niksić (Czarnogóra), Suduva Mariampol (Litwa), czy Cork City (Irlandia). Jeśli awansują do II rundy, znów zostaną w niej rozstawieni, ale rywale będą też mocniejsi. Legia może trafić np. na Crveną Zvezdę Belgrad (Serbia), Hapoel Beer-Szewa (Izrael), Rosenborg (Norwegia), HJK Helsinki (Finlandia), The New Saints (Walia), Kukesi (Albania) czy CFR Cluj (Rumunia).

Także w III rundzie mistrz Polski może liczyć na rozstawienie, ale przyjdzie mu mierzyć się z kimś z grona Karabach Agdam (Azerbejdżan), BATE Borysów (Białoruś), Dinamo Zagrzeb (Chorwacja), Sherif Tyraspol (Mołdawia) oraz AEK Ateny. W IV rundzie legioniści nie zostaną już rozstawieni. Ale dojście do tego etapu zapewnia miejsce w Lidze Europy. Bić się trzeba i o to.