Na szczycie tabeli ścisk jak w metrze

Piłkarze Cracovii ostatni tydzień mieli udany. Pokonali u siebie Pogoń 2:0, potem w Pucharze Polski Bytovię Bytów 3:2, a w minioną sobotę wygrali z Lechią Gdańsk 1:0. „Pasy” są w czubie ligowej tabeli, z szansami na tytuł mistrza jesieni, ale w czołówce ścisk jest ogromny i wystarczą dwa-trzy potknięcia, żeby zlecieć do grupy spadkowej.

Zwycięstwem z Lechią Cracovia zwieńczyło udany tydzień. W ubiegły weekend krakowianie pokonali Pogoń i zepchnęli ją z pozycji lidera, we wtorek awansowali do 1/16 finału Pucharu Polski, a w sobotę po zwycięstwie nad Lechią sami wspięli się na ligowy tron, bo „Portowcy” nie zdołali pokonać u siebie Lecha Poznań i po remisie 1:1 usadowili się za plecami „Pasów”. Ten układ był jednak bardzo tymczasowy, bo już w niedzielę mogły go zburzyć zespoły Piasta i Legii, a w poniedziałek jeszcze Wisła Płock.

Różnica punktowa między pięcioma czołowymi zespołami ekstraklasy jest tak niewielka, że po każdej kolejce kolejność może ulegać zmianie. W najbliższy weekend odbędzie się 15. seria spotkań i w tej chwili trudno przewidzieć, który zespół zdobędzie symboliczny tytuł mistrza jesieni. Symboliczny, bo pozycja lidera ekstraklasy na tym etapie rozgrywek nie daje żadnych gwarancji na zdobycie mistrzostwa Polski. Prawdę mówiąc, nie daje nawet gwarancji zakończenia tego roku w górnej połówce tabeli, bo przecież nasza ekstraklasa zakończy zmagania dopiero 22 grudnia, po rozegraniu 20. kolejki spotkań. Dowodzi tego najlepiej przykład Lechii Gdańsk, dla której porażka z Cracovią była czwartym ligowym meczem bez wygranej (dwie porażki i dwa remisy).Aa przed tą nieudana serią gdańszczanie zajmowali trzecie miejsce i mieli dwa punkty straty do lidera, a teraz przy niekorzystnych dla nich wynikach innych spotkań mogą już po 14. kolejce nawet wypaść z grupy mistrzowskiej.

 

Wyniki 12 kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 12. kolejki:

Zagłębie Lubin – Pogoń Szczecin 0:1
Gol: Adam Buksa (6). Żółte kartki: Balić, Guldan, Suljić – Buksa, Kożulj, Tomas Podstawski, Kowalczyk. Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 4661.

Wisła Kraków – Piast Gliwice 1:2
Gol: David Niepsuj (57) – Piotr Parzyszek (25, 50). Żółte kartki: Niepsuj, Wasilewski, Burliga – Milewski, Rymaniak. Czerwona kartka: Niepsuj (77., za drugą żółtą). Sędziował: Mariusz Złotek (Stalowa Wola).
Widzów: 16 932.

Korona Kielce – Wisła Płock 0:1
Gol: Ricardinho (22). Żółte kartki: Gnjatić, Marquez – Sahiti, Michalski. Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 3621.

Legia Warszawa – Lech Poznań 2:1
Gole: Arvydas Novikovas (63), Maciej Rosołek (76) – Darko Jevtić (55). Żółte kartki: Karbownik, Luis Rocha – Moder, Muhar.
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Widzów: 28 000.

Jagiellonia Białystok – Cracovia 3:2
Gole: Patryk Klimala (11, 55), Taras Romanczuk (82) – Rafael Lopes (9, 59). Żółte kartki: Pospiszil, Romanczuk – Gol, Hanca.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 8622.

Górnik Zabrze – ŁKS Łódź 1:0
Gol: Igor Angulo (79) – Dani Ramirez (50).
Żółte kartki: Sobociński, Srnić, Trąbka (ŁKS).
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 12 869.

Arka Gdynia – Lechia Gdańsk 2:2
Gole: Michał Nalepa (75), Marko Vejinović (90) – Flavio Paixao (51), Artur Sobiech (53).
Żółte kartki: Vejinović – Fila, Haraslin, Mladenović, Augustyn. Czerwona kartka: Udovicić (90., Lechia). Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa). Widzów: 13 011.

Raków Częstochowa – Śląsk Wrocław 1:0
Gol: Piotr Malinowski (90). Żółte kartki: Brown Forbes, Sapała – Musonda. Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa). Widzów: 3041.

Grupa mistrzowska
1. Pogoń            12   24   15:9
2. Wisła Płock    12   22   16:18
3. Piast               12   21   14:9
4. Jagiellonia      12   20   21:14
5. Cracovia         12   20   19:14
6. Legia              12   20   15:13
7. Lechia            12   20   16:12
8. Lech               12   18   22:15
Grupa spadkowa
9. Śląsk              12   18   15:12
10. Zagłębie      12   15   21:20
11. Raków         12   15   14:17
12. Górnik         12   14   11:12
13. Wisła K.       12   11   14:17
14. Arka            12   10   10:20
15. Korona        12     8     6:18
16. ŁKS Łódź     12     8   13:23

Grają o Puchar Polski

Rozlosowano pary 1/32 Pucharu Polski. Obrońca tytułu Lechia Gdańsk zmierzy się w tej fazie z Gryfem Wejherowo. Najciekawsza rywalizacja zapowiada się w meczu Cracovii z Jagiellonią Białystok.

W rozgrywkach obowiązuje przepis o obowiązkowym wstawianiu do składu młodzieżowca – przynajmniej jednego piłkarza z rocznika 1998 roku lub młodszych. W Pucharze Polski w żadnej z rund nie ma meczów rewanżowych. W przypadku remisu, następuje dogrywka, a po niej rzuty karne. W dodatkowych 30 minutach trenerzy będą mogli przeprowadzić czwartą zmianę.
Zwycięzca Pucharu Polski otrzyma premię finansową w wysokości 3 milionów złotych oraz zagra w eliminacjach Ligi Europy. Finał odbędzie się 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przed rokiem Lechia Gdańsk zdobyła trofeum pokonując w finale Jagiellonię Białystok 1:0 po golu Artura Sobiecha.

Zestaw par 1/32 finału Pucharu Polski:
Unia Skierniewice – Piast Gliwice, Puszcza Niepołomice – Legia Warszawa, Cracovia – Jagiellonia Białystok, Gryf Wejherowo – Lechia Gdańsk, Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn, Odra Opole – Arka Gdynia, Pogoń Siedlce – Podbeskidzie Bielsko-Biała, Chemik Police – Stal Stalowa Wola, GKS Jastrzębie – Bruk-Bet Nieciecza, Zagłębie II Lubin – Miedź Legnica, Rekord Bielsko-Biała – Concordia Elbląg, Legia II Warszawa – Wigry Suwałki, Elana Toruń – Radomiak, Chełmianka – Znicz Pruszków, Błękitni Stargard – Wisła Kraków, Chojniczanka – Raków Częstochowa, Stal Rzeszów – Pogoń Szczecin, KSZO Ostrowiec Św. – Sandecja Nowy Sącz, GKS Katowice – Warta Poznań, Gryf Słupsk – Górnik Łęczna, Widzew Łódź – Śląsk Wrocław, Hutnik Kraków – Resovia, Chemik Moderator Bydgoszcz – Wisła Płock, Stal Brzeg – Olimpia Elbląg, Stilon Gorzów – Olimpia Zambrów, Chrobry Głogów – Lech Poznań, Zagłębie Sosnowiec – ŁKS Łódź, GKS Bełchatów – GKS Tychy, Garbarnia Kraków – Bytovia, Polonia Środa Wlkp. – Górnik Zabrze, Korona Kielce – Zagłębie Lubin, Olimpia Grudziądz – Stal Mielec. Mecze rozstaną rozegrane w dniach 24-26 sierpnia.

 

Tylko Legia miała szczęście w losowaniu

W losowaniu par I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice trafił na BATE Borysów, natomiast w I rundzie kwalifikacji Ligi Europy Cracovia zmierzy się z FC Dunajska Streda, zaś Legia Warszawa z lepszym z pary Sankt Julia (Andora) – College Europa (Gibraltar).

Ceremonia losowania odbyła się w miniony wtorek w szwajcarskiej siedzibie UEFA w Nyonie. W losowaniu par I rundy eliminacji Ligi Mistrzów Piast Gliwice, jako debiutant tych elitarnych rozgrywkach, znalazł się w grupie zespołów z niskim współczynnikiem i nie miał szans na rozstawienie. To oznaczało, że już w pierwszej rundzie może trafić na mocnego przeciwnika, ale przy odrobinie farta także na możliwego do ogrania. W zestawie możliwych rywali mistrzów Polski znalazły się drużyny BATE Borysów, NK Maribor, Rosenborg Trondheim, HJK Helsinki, Dundalk FC i New Saints FC.

Niestety, szczęście nie uśmiechnęło się do zespołu trenera Waldemara Fornalika, bo gliwiczanie wylosowali potencjalnie najgroźniejszego z możliwych przeciwników. Białoruski zespół ma na koncie występy w fazie grupowej Ligi Mistrzów – od 2008 roku aż pięciokrotnie docierał do tego etapu rywalizacji w elicie, a ponadto czterokrotnie występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Szacuje się, że Białorusini w tym okresie zarobili w europejskich pucharach ponad 70 milionów euro. Dorobek Piasta na arenie międzynarodowej jest nieporównywalnie skromniejszy, drużyna ze Śląska dwa razy uczestniczyła w kwalifikacjach do Ligi Europy i odpadała w drugiej rundzie z Qarabagem Agdam i IFK Goteborg.

Pierwsze mecze I rundy kwalifikacji obecnej edycji Ligi Mistrzów odbędą się 9 i 10 lipca, a do rewanżów dojdzie tydzień później (16-17 lipca). Gliwiczanie rozpoczną zmagania od wyjazdu na Białoruś. Ich ewentualne niepowodzenie nie skończy tegorocznej przygody z europejskimi pucharami, bowiem przegrani w I rundzie trafią do II rundy eliminacyjnej Ligi Europy i znajdą się tam na tzw. ścieżce mistrzowskiej.
We wtorek dokonano też losowania par I rundy kwalifikacji Ligi Europy. Uczestniczyły w nich dwa polskie zespoły – Legia Warszawa i Cracovia, bo Lechia, jako zdobywca Pucharu Polski, rywalizację rozpocznie dopiero od drugiej rundy zmagań.
Szczęście nie uśmiechnęło się do Cracovii, bo ekipa „Pasów” wylosowała wicemistrza Słowacji Dunajska Stredę. Krakowianie mogli też trafić na zespoły Teuta Durres (Albania), SP La Fiorita (San Marino) lub UE Engordany (Andora), NK Siroki Brijeg (Bośnia i Hercegowina) oraz Żalgiris Kowno (Litwa), los przydzielił mim jednak przeciwnika chyba najmocniejszego w tej grupie zespołów. W poprzednim sezonie ze słowackimi drużynami w europejskich pucharach nie poradziły sobie Legia Warszawa (odpadła w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava 0:2 i 1:0) oraz Górnik Zabrze w kwalifikacjach Ligi Europy (odpadł z AS Trencin 0:1 i 1:4). Skoro ekipa Dunajskiej Stredy zdołała wywalczyć wicemistrzostwo Słowacji, musi to być mocna piłkarsko drużyna.

Cracovia w europejskich rozgrywkach wystartuje po raz czwarty. Jej dotychczasowy bilans to jedno zwycięstwo ze Sturmem Graz odniesione w 1983 roku w Pucharze Intertoto, jeden remis i osiem porażek. W tej dekadzie odpadła z Ligi Europy po dwóch spotkaniach ze Skendiją Tetowo w 2017 roku. Trudno powiedzieć czy prowadzona przez Michała Probierza ekipa „Pasów” będzie w stanie poprawić te kiepskie statystyki. Pierwszy mecz zostanie rozegrany w Krakowie.

Z trójki naszych zespołów zdecydowanie najwięcej szczęścia miała Legia Warszawa. Jej przeciwnikiem w I rundzie będzie albo zespół z Gibraltaru (College Europa), albo z Andory (Sankt Julia), które najpierw zmierzą się w preeliminacjach.
Legia jest najwyżej notowanym w rankingu UEFA polskim klubem. W europejskich pucharach reprezentuje polską ligę nieprzerwanie od 2011 roku. W poprzednim sezonie stołeczny klub stracił mistrzostwo kraju na rzecz Piasta Gliwice i dlatego obecny pucharowy sezon rozpocznie w eliminacjach Ligi Europy. Żeby dostać się do fazy grupowej tych rozgrywek warszawski zespół będzie musiał wyeliminować czterech przeciwników. Z pierwszym nie powinien mieć większych kłopotów.

 

Odprysk z futbolowej afery korupcyjnej

Klub piłkarski, konkretnie Cracovia, próbuje bezskutecznie wyegzekwować prawomocnie zasądzone odszkodowanie za udowodnioną i ukaraną sprzedaż w 2006 roku meczu ligowego z Zagłębiem Lubin od swojego byłego piłkarza Pawła D. I nie może, bo chociaż D. nadal kręci się w piłkarskim środowisku, nie można namierzyć jego adresu.

Cracovia bezskutecznie próbuje wyegzekwować od Pawła D. 100 tys. złotych odszkodowania za naruszenie dóbr osobistych. W 2006 roku piłkarz wraz z sześcioma innymi zawodnikami „Pasów” sprzedał mecz Zagłębiu Lubin. Miało to miejsce 13 maja 2006 roku, w ostatniej kolejce sezonu piłkarskiej ekstraklasy. Cracovia zremisowała wtedy bezbramkowo z prowadzonym przez Franciszka Smudę Zagłębiem Lubin. Wynik ten zapewnił lubińskiej drużynie trzecie miejsce na koniec rozgrywek i awans do Pucharu UEFA. Rezultat meczu ustaliło między sobą siedmiu piłkarzy Cracovii i ośmiu graczy Zagłębia.

Za podłożenie się Zagłębiu zawodnicy Cracovii otrzymali do podziału łapówkę w wysokości 100 tys. złotych. Gracze Zagłębia przeznaczyli na ten cel część premii, które mieli dostać za wywalczenie awansu do rozgrywek UEFA. W czerwcu 2011 roku sześciu z siedmiu zaangażowanych w przekręt piłkarzy Cracovii dobrowolnie poddało się karze. Wyłamał się tylko wspomniany Paweł D., który jednak został za to skazany w normalnym procesie. Ponadto otrzymał też od PZPN karę dyskwalifikacji. Bulwersujące w tej historii było także to, że w ustawieniu wyniku tego meczu brało udział łącznie ośmiu byłych lub aktualnych reprezentantów Polski.

W wielkiej aferze korupcyjnej w polskim futbolu udowodniono przekręt w ponad sześciuset meczach we wszystkich niemal klasach rozgrywkowych, lecz spotkanie Cracovii z Zagłębie jest pod jednym względem wyjątkowe – krakowski klub jako pierwszy pozwał swoich piłkarzy o odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych.

Cracovia pozwem w koruptorów

W listopadzie 2012 roku Cracovia wystąpiła z cywilnym pozwem przeciwko Piotrowi B., Marcinowi B., Pawłowi D., Tomaszowi M., Sławomirowi O. i Mateuszowi R. W grudniu 2014 roku sąd uznał w całości powództwo Cracovii, obligując wspomnianych piłkarzy do przesłania na adres klubu własnoręcznie sygnowanych listów z przeprosinami, zapłacenia na rzecz klubu solidarnie odszkodowania w kwocie 100 tys. złotych oraz symbolicznego zadośćuczynienia w kwocie 1 zł za naruszenie dóbr osobistych.
Od ogłoszenia wyroku minęło już cztery i pół roku, a Cracovia nadal odszkodowania nie otrzymała. Tytuł wykonawczy został zasądzony solidarnie, lecz klub nie domaga się w tej chwili pieniędzy od wszystkich ukaranych zawodników, a tylko od Pawła D. Problem polega na tym, że w toku postępowania egzekucyjnego trzeba ustalić majątek, co nie jest proste, bop Paweł D. wciąż zmienia adresy i przez to są trudności w ustaleniu jego obecnego miejsca pobytu.

Co ciekawe, Paweł D., jedyny oskarżony w tej sprawie gracz Cracovii, który nie poddał się dobrowolnie karze, w zeznania innych oskarżonych jawi się jako inicjator procederu. Ponadto to on otrzymał lwią część zebranej przez piłkarzy Zagłębia kwoty, zatrzymując dla siebie 43 ze 100 tys. złotych łapówki. W kwietniu 2015 roku został za to skazany, a wyrok uprawomocnił się siedem miesięcy później. D. do końca utrzymywał, że jest niewinny.
Ten były zawodnik Pogoni Szczecin, Zagłębia Lubin, Cracovii i Łódzkiego Klubu Sportowego, ma też na koncie jeden występ w reprezentacji Polski (2002). Po zakończeniu kariery (2010) działał w Stowarzyszeniu Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów, którego misją miała być walka o prawa piłkarzy, teraz próbuje powołać do życia organizację konkurencyjną wobec działającego Polskiego Związku Piłkarzy, na czele którego na początku kwietnia stanął Euzebiusz Smolarek.

Sprawa bez przebaczenia

Paweł D. ukrywa swój majątek od wielu lat, jeszcze w trakcie śledztwa dotyczącego meczu z Zagłębiem dowodził, że jest na utrzymaniu rodziny i taki zapis pojawił się w aktach sprawy. Nie ma jednak szans na to, że Cracovia mu odpuści. Ta zawziętość nie wzięła się bez powodu. W kwietniu 2008 roku Paweł D. złożył zawiadomienie do prokuratury, które doprowadziło do zatrzymanie prezesa i właściciela Cracovii Janusza Filipiaka oraz dwóch wiceprezesów klubu Jakuba Tabisza i Rafała Wysokiego pod zarzutem antydatowania kontraktu D., sfałszowania jego podpisu i działania na jego szkodę przez naruszanie praw pracowniczych. D. pozostawał już wtedy w otwartym konflikcie z klubem, bo rok wcześniej jego umowa z Cracovią została rozwiązana z winy pracodawcy, ponieważ przez kilka miesięcy był poza kadrą pierwszej drużyny i nie otrzymywał wynagrodzenia. Piłkarz żądał od Cracovii 1,2 mln zł odszkodowania, ale Piłkarski Sąd Polubowny przyznał mu jedną trzecią tej kwoty.
Zatrzymanie Filipiaka było spektakularne i odbiło się szerokim echem. D. doprowadził do upokorzenia jednego z najbogatszych Polaków. Właściciel Cracovii został skuty kajdankami na lotnisku w Balicach tuż po wyjściu z samolotu i spędził w areszcie 16 godzin, a opuścił go dopiero po wpłaceniu poręczenia majątkowego w wysokości 100 tys. zł.

Dwa tygodnie później sąd orzekł, że Filipiak został zatrzymany bezpodstawnie i nielegalnie, za co osobiście przeprosił go ówczesny minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski. Także zatrzymanie Tabisza i Wysokiego sąd uznał za bezpodstawne. Ostatecznie wszyscy zostali oczyszczeni z zarzutów, a sprawę umorzono. Tabisz i Wysocki dostali od Skarbu Państwa symboliczne zadośćuczynienie (po 2,5 tys. zł). Filipiak nie wystąpił o rekompensatę finansową. Ale Paweł D. nie ma wstępu na Cracovię i nie ma co liczyć na łaskę.

 

Piątek pokonał Szczęsnego

Tak wielu polskich piłkarzy gra obecnie w Serie A, że bratobójcze starcia są nieuniknione. W 31. kolejce największe emocje wzbudził pojedynek dwóch reprezentantów Polski – snajpera AC Milan Krzysztofa Piątka z bramkarzem Juventusu Turyn Wojciechem Szczęsnym.

Spotkanie Juventusu z Milanem zakończyło się zwycięstwem zespołu z Turynu 2:1. Gole dla „Starej Damy” zdobyli Argentyńczyk z polskimi korzeniami Paulo Dybala i włoski piłkarz iworyjskiego pochodzenia Moise Kean, zaś dla mediolańczyków honorowe trafienie uzyskał Krzysztof Piątek. Dla polskiego snajpera pocieszeniem po porażce był awans na pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy. Po 31 kolejkach 23-letni Piątek ma już na koncie 21 ligowych goli i pozycję lidera najskuteczniejszych graczy Serie A dzieli z 36-letnim Fabio Quagliarellą z Sampdorii Genua. Jedno trafienie mniej ma trzeci w zestawieniu Kolumbijczyk Duvan Zapata z Atalanty Bergamo. Dopiero czwarty z dorobkiem 19 goli jest gwiazdor Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo, ale Portugalczyk nabawił się kontuzji uda podczas spotkania reprezentacji Portugalii z Serbią w eliminacjach Euro 2020 i od tamtej pory nie pojawił się na boisku. W rywalizacji o koronę króla strzelców nie należy go jednak skreślać, chociaż dla Juventusu ważniejsze było to, żeby ich as był zdolny do gry w środowym meczu Ligi Mistrzów z Ajaksem Amsterdam, niż żeby ścigał się w liczbie zdobytych bramek.

W sumie to szkoda, bo kibice lubią takie boiskowe pojedynki starych mistrzów z „młodymi wilczkami”, które śmiało atakują pozycje weteranów. A Piątek właśnie do takich coraz bardziej należy. Gol strzelony Wojciechowi Szczęsnemu był jego pierwszym trafieniem w meczu z zespołem ze ścisłej czołówki Serie A. Tym samym polski napastnik przeciął spekulacje, że nie potrafi zdobywać bramek z spotkaniach z wymagającymi przeciwnikami. Pokonał Szczęsnego w 39. minucie, strzelając po ziemi z 15 metrów. „Samotny Pistolero nie popełnił najmniejszego błędu w sytuacji sam na sam ze Szczęsnym. Piątek się nie zatrzymuje. Już jest najlepszym strzelcem Milanu w tym sezonie. W 13 meczach zdobył 10 bramek” – skomentował trafienie polskiego snajpera czołowy włoski dziennik „Corriere della Sera”. Inne media w tym kraju także poświęcają Piątkowi wiele miejsca. I zauważają, że gra AC Milan w spotkaniu z Juventusem była niemiłosiernie schematyczna – niemal wszystkie piłki gracze tego zespołu kierowali w stronę osamotnionego w przodzie polskiego napastnika. A on, chociaż był indywidualnie pilnowany przez Bonucciego, stanowił dla Juventusu większe zagrożenie niż reszta jego kolegów z zespołu.

Gola Piątek mógł strzelić już w drugiej minucie spotkania, ale z kilku metrów trafił tuż obok słupka. W drugiej połowie piłkę po jego technicznym strzale zza pola karnego Szczęsny odbił na rzut rożny. Skończyło się więc jedynie na honorowym trafieniu, niemożliwym do obrony, więc Piątek nie narobił kłopotów koledze z reprezentacji. Podpadł natomiast Mario Mandzukiciowi, którego niefrasobliwie zrugał za chamskie kopnięcie kolegi z AC Milan, ale zanim Chorwat zdążył zareagować, obu rozdzielił Szczęsny. To zwarcie zostało rzecz jasna zauważone i na różne sposoby komentowane. Już sam fakt, że Piątek odważył się pyskować Mandzukiciowi, znanemu z brutalnej gry i niechęci do polskich piłkarzy, którą żywi od czasu gdy musiał odejść z Bayernu Monachium żeby zrobić miejsce Robertowi Lewandowskiemu, świadczy o tym, że Piątek zaczyna czuć się w Serie A coraz pewniej.

Niewykluczone zatem, że już wkrótce AC Milan zrobi się dla niego za ciasny, jak zrobiła się za ciasna po pół roku gry Genoa i „Pistolero” powędruje do jeszcze silniejszego klubu. W branżowych portalach jego wartość szacuje się już na 66-70 mln euro. I pomyśleć, że Cracovia oddała go osiem miesięcy temu za cztery miliony euro.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia kończy rundę zasadniczą jako lider

Piłkarze Lechii Gdańsk wygrali u siebie z Lechem Poznań 1:0 w meczu 29. kolejki ekstraklasy i na kolejkę przed końcem sezonu zasadniczego praktycznie zapewnili sobie pierwszą lokatę w tabeli. Ale poziom spotkania był mierny – gracze obu drużyn oddali tylko po jednym celnym strzale na bramkę.

Szczęście dopisało tylko napastnikowi Lechii Arturowi Sobiechowi i po jego uderzeniu piłka znalazła się w siatce bramki „Kolejorza”. Tyle wystarczyło lechistom do zdobycia kompletu punktów. Trener poznańskiej drużyny Dariusz Żuraw, który na tym stanowisku niedawno zastąpił Adama Nawałkę, po meczu szczerze pogratulował rywalom zwycięstwa. „Lechia była o jedną bramkę od nas lepsza. Próbowaliśmy do samego końca zmienić rezultat, niestety, bezskutecznie i wracamy do domu bez punktów” – powiedział Żuraw. Teraz ekipę „Kolejorza” czeka w ostatniej kolejce mecz z Jagiellonią o utrzymanie miejsca w grupie mistrzowskiej. Lechici mają komfortową sytuację, bo rywale we wtorek zagrają w półfinale Pucharu Polski z Miedzią Legnica, więc na sobotni mecz do Poznania przyjadą nieco zmęczeni.
W takiej samej sytuacji jest też Lechia, którą w tym tygodniu czekają dwie piekielnie trudne wyjazdowe potyczki – najpierw w środę gdańszczanie zmierzą się w Częstochowie z Rakowem w półfinale Pucharu Polski, a potem w Krakowie z Cracovią. Dlatego z takim zadowoleniem trener Piotr Stokowiec przyjął zwycięstwo w spotkaniu z Lechem. Trzy punkty zapewniły lechistom de facto pozycję lidera po rundzie zasadniczej. „Najważniejsze są trzy punkty. Lech zagrał bardzo dobry mecz, ale moi zawodnicy potrafili stworzyć kilka sytuacji, a jedną z nich wykorzystać. Nie mamy czasu na świętowanie, bo musimy szykować się do meczu w Częstochowie. Chcemy zdobyć Puchar Polski i pokonanie Rakowa jest teraz naszym celem. Potem zaczniemy myśleć o meczu z Cracovią” – podkreślił trener Lechii.
Oprócz Lechii jeszcze tylko Legia Warszawa i Piast Gliwice maja już zapewnione miejsce w grupie mistrzowskiej. O pozostałe pięć miejsc walka rozstrzygnie się dopiero w ostatniej kolejce, ale najmniejsze szanse na znalezienie się w elicie ośmiu zespołów zdaje się mieć Korona Kielce, którą czeka wyjazdowa potyczka z Piastem Gliwice. Niełatwe zadanie także przed Wisłą Kraków, która po efektownym zwycięstwie nad Legią w dwóch kolejnych meczach zdobyła tylko jeden punkt, a w ostatniej serii spotkań sezonu zasadniczego zagra w Lubinie z najlepszym tej wiosny w ekstraklasie Zagłębiem. Kibiców na finiszu czeka wiec spora dawka emocji, bo w tej chwili nic jeszcze nie zostało przesądzone – ani kwestia mistrzostwa, ani też spadku z ligi.

 

Sa Pinto nie umie przegrywać

Ostatnie dwa mecze 22. kolejki dostarczyły radości gównie kibicom w Krakowie, bo obie drużyny z tego miasta wygrały swoje mecze – Cracovia po 68 latach pokonała w Warszawie Legię, a Wisła wygrała u siebie ze Śląskiem po golu Jakuba Błaszczykowskiego.

Spotkanie Legii z Cracovią zapowiadało się interesująco, bo było to starcie dwóch drużyn, które zdobyły najwięcej punktów w ostatnich pięciu kolejek. Niestety, okazał się widowiskiem nerwowym i obfitującym w brzydkie zachowania. Mecz najpierw został opóźniony, a później jeszcze przerwany przez stołecznych kibiców, którzy użyli zakazanych środków pirotechnicznych i skutecznie zaburzyli arbitrowi widoczność. Potem w trakcie gry piłkarze kopali się niemiłosiernie, co rusz skakali sobie do oczu, a roztrzęsiony sędzia z Bytomia Piotr Lasyk pochopnie sięgał po czerwoną kartkę. Kibice z osławionej „Żylety” nie mają litości dla właściciela Legii Dariusza Mioduskiego, bo znów narazili go karę grzywny, którą Komisja Ligi niechybnie nałoży za odpalone race i sztuczne ognie. Mecz został opóźniony o blisko 10 minut, a coś takiego nie może przejść niezauważone. Tym bardziej, że to nie pierwszy taki wybryk fanów w tym sezonie.

Od strony sportowej zaskoczeniem była nieobecność w składzie Legii Michała Kucharczyka, który z niewiadomej przyczyny decyzją trenera Ricardo Sa Pinto znalazł się poza kadrą meczową. Z kolej w ekipie „Pasów” z powodu kontuzji nie mógł zagrać Marcin Budziński, którego zastąpił Javi Hernandez, co trudno uznać jednak za osłabienie, bo Hiszpan jeszcze przed przerwą zdobył obie bramki dla Cracovii.

Mecz często przerywany

Po zmianie stron atmosfera na boisku gęstniała z każą chwilą. Zwłaszcza od momentu, gdy sędzia Lasyk przerwał grę po faulu w polu karnym Remy’ego na Wdowiaku. Gdy arbiter popędził do stanowiska VAR, piłkarze obu zespołów skoczyli sobie do oczu. Powtórki telewizyjne pokazały jak Cabrera i Remy odpychają się agresywnie. Gdy Lasyk obejrzał powtórki VAR na monitorze odgwizdał rzut karny dla Cracovii i dorzucił jeszcze żółte kartki dla legionistów Majeckiego, Hlouska i Cabrery oraz dla stopera „Pasów” Helika. Całe zamieszanie trwało około 10 minut. W końcu do piłki ustawionej na 11. metrze podszedł Cabrera i trafił w słupek. Był to już czwarty niewykorzystany przez piłkarzy Cracovii rzut karny w tym sezonie. Ostatni raz podobną „rozrzutnością” w naszej lidze wykazali się 15 lat temu gracze Górnika Polkowice.

Niedługo potem sędzia ponownie musiał przerwać mecz, tym razem z powodu zadymienia odpalonymi przez kibiców racami. Ta kolejna przerwa w grze trwała kilka minut, chyba za krótko, żeby w piłkarzach ostygły emocje. Francuski stoper Legii William Remy w krótkim odstępie czasu zobaczył dwie żółte kartki, ale drugą z nich arbiter po obejrzeniu jego faulu na Hernandezie mu anulował, by chwilę później pokazać mu czerwony kartonik za celowe nadepnięcie rywala. Całe zamieszanie z trybun wyglądało zabawnie, ale też trochę irytująco. I chyba tak podziałało na grających od 77. minuty w osłabieniu legionistów, bo rzucili się do ataku i stworzyli więcej bramkowych okazji, niż przez wcześniejsze osiemdziesiąt minut. Ostatecznie Cracovia przetrzymała ten napór i wygrała na Łazienkowskiej po raz pierwszy od 68 lat. W obecnym sezonie było to jej szóste zwycięstwo z rzędu, ale trzeba uczciwie przyznać, że zespół Probierza był lepszy i wygrał jak najbardziej zasłużenie, dając czytelny sygnał, że zamierza nie tylko bić się o dające utrzymanie miejsce w grupie mistrzowskiej, lecz także włączyć się do rywalizacji o prawo gry w europejskich pucharach.

W obozie legionistów najgorzej porażkę zniósł chyba trener Sa Pinto, bo po meczu zachował się jak ostatni gbur, nie podając ręki szkoleniowcowi Cracovii, co wychwyciły telewizyjne kamery. Pytany o ten incydent Michał Probierz uciął sprawę krótkim stwierdzeniem – „Najlepszym komentarzem jest cisza”. Portugalczyk natomiast tłumaczył się, że ponoć przed meczem doświadczył podobnie niemiłego gestu od Probierza i dlatego nie przyjął podanej przez niego ręki po meczu. Nie był to pierwszy taki nieelegancki wybryk tego trenera, ale uczenie go kultury i szacunku dla innych to chyba zbędny trud, albowiem sądząc po wynikach oraz żenującym poziomie sportowym zespołu Legii, ma on raczej niewielkie szanse dotrwać do końca tego sezonu.

Gol Błaszczykowskiego po 13 latach

Druga część Krakowa, ta kibicująca Wiśle, też miała powody do radości, bo ich ulubieńcy wygrali ze Śląskiem co prawda tylko 1:0, ale zwycięskiego gola strzelił dobrodziej klubu i jego największa obecnie gwiazda Jakub Błaszczykowski. 105-krotny reprezentant Polski ostatniego gola dla Wisły Kraków przed wyjazdem do Bundesligi strzelił 11 listopada 2006 roku w wygranym 4:2 meczu ligowym z GKS Bełchatów. Na strzelenie kolejnego musiał czekać 4482 dni. 33-letni skrzydłowy „Białej Gwiazdy” zdobył zwycięską bramkę pewnie wykorzystując w 40. minucie rzut karny. Było to jego czwarte w ogóle trafienie dla krakowskiego zespołu – przed podpisaniem kontraktu z Borussią Dortmund zaliczył w Wiśle 64 występy, a do trzech goli dorzucił 15 asyst.

Dzięki wygranej wiślacy utrzymali dziewiątą lokatę w tabeli, ale mają nieznaczną stratę do pięciu ostatnich drużyn w grupie mistrzowskiej – Cracovia i Lech wyprzedzają ich o jeden punkt, Pogoń i Piast o dwa, a kielecka Korona o trzy punkty. Już w następnej kolejce ta kolejność może ulec odwróceniu.

 

Rekordowy transfer Krzysztofa Piątka

Rok temu o tej porze Krzysztof Piątek zaczynał z zespołem Cracovii przygotowania do rundy wiosennej Lotto Ekstraklasy. Dzisiaj jest bohaterem rekordowego transferu w historii polskiego futbolu. W środę przeszedł z Genoi do AC Milan za 35 mln euro.

Transferowa saga Krzysztofa Piątka trwała kilka tygodni. Pozyskany latem przez Genoę z Cracovii za cztery miliony euro 23-letni napastnik przez pół roku zrobił w Serie A taką furorę, że chrapkę na jego pozyskanie miał nawet wielki Real Madryt. Ostatecznie polski piłkarz wylądował w AC Milan, też wielkie firmie o uznanej marce, chociaż w ostatnich latach mocno podupadłej. Mediolańczycy bardzo jednak chcą się z tego marazmu wyrwać i uznali, że młody polski snajper, który przez pół roku w 21 meczach rozegranych w barwach Genoi strzelił 19 goli, z czego w Serie A 13, może im w tym pomóc. Piątek w środę 23 stycznia przybył do centrum treningowego AC Milan, gdzie przeszedł pomyślnie testy medyczne, a następnie parafował kontrakt obowiązujący do końca czerwca 2023 roku.

Mediolański klub zapłacił za niego 35 mln euro plus tzw. bonusy za osiągnięcia, które mogą przynieść klubowi z Genui kolejne pięć milionów euro. W sumie zatem Piątek może kosztować nawet 40 mln euro, ale już bazowe 35 milionów jest nowym transferowym rekordem w naszym futbolu.

Lewy jest wciąż najdroższy

Oczywiście formalnym, bo de facto wciąż najdroższym polskim piłkarzem jest Robert Lewandowski. Pamiętajmy, że Bayern Monachium oferował za niego Borussii Dortmund prawie 100 mln euro, ale jak wiadomo działacze dortmundzkiego klubu nie zgodzili się na transfer i zmusili „Lewego” do wypełnienia kontraktu, w efekcie czego rok później przeszedł od do bawarskiego potentata za darmo. Jeszcze więcej gotów był zapłacić za Lewandowskiego Real Madryt, ale z kolei działaczy Bayernu nie skusiła nawet kwota 140 mln euro. Wartość rynkowa kapitana reprezentacji Polski, choć skończył niedawno 30 lat, szacowana jest obecnie na poziomie 75-85 milionów euro. Biorąc jednak pod uwagę transfery dokonane, to od środy numerem 1 pod względem kwoty jest Krzysztof Piątek, który zepchnął na druga pozycję dotychczasowego lidera, Arkadiusza Milika, za którego SSC Napoli zapłaciło Ajaksowi Amsterdam 32 mln euro.

Przejście Piątka do Milanu to najważniejsze wydarzenie w lidze włoskiej w zimowym oknie transferowym. Polak znalazł się w czołówce najdroższych piłkarzy w historii „Rossonerich”, z czego zapewne ucieszył się właściciel Cracovii Janusz Filipiak, bo do czterech milionów jakie krakowski klub zarobił latem ubiegłego roku na jego transferze do Genoi, dostanie za niego kolejne dwa miliony euro, bo w umowie transferowej miał zagwarantowane pięć procent od kolejnej transakcji. Wątpliwe by sternik „Pasów” spodziewał się tak szybkiego zastrzyku dodatkowej gotówki, za to trener tego zespołu Michał Probierz ma teraz powody do chwały, bo żegnając odchodzącego Piątka publicznie stwierdził, że następny transfer tego gracza będzie kosztował kupujących 35-40 mln euro. Jak widać przewidział trafnie, chociaż zapewne i on nie sądził, że do kolejnego transferu Piątka dojdzie tak szybko.

Nie chciał numeru 9

W zespole Geniu Piątek występował z numerem 9, jak Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Podpisując 4,5-letni kontrakt z AC Milan mógł zażyczyć sobie „9” na koszulkach. Ale ktoś mu to odradził i nie była to chyba zła rada. „Dziewiątkę” w mediolańskiej drużynie nosił kiedyś legendarny snajper Filippo Inzaghi. Po nim każdemu napastnikowi, który wybierał ten numer, szło jak po grudzie. Sparzyli się na nim tak wybitni przecie gracze, jak Brazylijczyk Alexandre Pato, Hiszpan Fernando Torres czy ostatnio Argentyńczyk Gonzalo Higuain. Piłkarze, którzy po Inzaghim grali z „9”, a było ich do tej pory ośmiu, strzelili łącznie w Serie A zaledwie 25 goli.
Niewykluczone, że Piątek przełamałby klątwę ciążącą na tym numerze, ale widać polski napastnik jest przesądny, bo na wszelki wypadek poprosił o przydzielenie mu numeru „19”. I z takim będzie teraz hasał po boiskach Serie A. Czy nadal tak skutecznie jak robił to w barwach Genoi?

Gotowy do wyzwań

W czwartek odbyła sie oficjalna prezentacja Piątka w nowym klubie. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej towarzyszyli mu Paolo Maldini i Leonardo, dwaj legendarni gracze „Rossonerich”, a dzisiaj dyrektorzy klubu. Piątek trzymał fason. „Od dziecka byłem fanem AC Milan, marzyłem żeby tu trafić, ale nigdy nie myślałem, że będę mógł w nim zagrać. To niesamowite uczucie, zwłaszcza gdy uświadamiam sobie, że obok mnie siedzi Paolo Maldini, legenda klubu. Wierzę, że stanę się ważną częścią zespołu, codziennie na to ciężko pracuję i jestem gotowy na to wyzwanie. W moim życiu pod jednym względem nic się nie zmieniło, nadal chcę strzelać gole” – powiedział Piątek. Miejmy nadzieję, że będzie to robił.

 

To był przełomowy rok w karierze Piątka

Fot. Krzysztof Piątek rok temu był jeszcze mało znanym zawodnikiem Cracovii

 

 

Krzysztof Piątek zaczynał 2018 rok jako napastnik walczącej o utrzymanie w Lotto Ekstraklasie Cracovii, a kończył jako wicelider klasyfikacji strzelców Serie A, którym interesują się takie potęgi, jak Real Madryt, SSC Napoli czy Juventus Turyn.

 

Piątka można uznać za największego wygranego w polskim futbolu w ostatnich 12 miesiącach. A przecież wszyscy wiemy, że nie był to dobry rok dla naszych piłkarzy. Reprezentacja najpierw kompletnie zawaliła mundial w Rosji, a później jeszcze na dokładkę przegrała rywalizację z Włochami i Portugalią w Lidze Narodów i została zdegradowana z Dywizji A. Robert Lewandowski znów nie wygrał Ligi Mistrzów, Kamil Grosicki musiał grać w drugoligowym Hull City, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński przeżywali wzloty i upadki w SSC Napoli, Jakub Błaszczykowski stracił miejsce w VfL Wolfsburg, a Kamil Glik wraz z AS Monaco wyleciał z hukiem z europejskiej czołówki.

Natomiast Krzysztof Piątek w tym trudnym 2018 roku wciąż piął się w górę i nieoczekiwanie zdobył w nim aż 32 bramki. To osiągnięcie niebywałe, bo na początku roku jeszcze jako zawodnik Cracovii nie potrafił strzelić gola w trzech meczach z rzędu. Kibice „Pasów” zaczynali się już nawet domagać, żeby trener Michał Probierz posadzi go na ławce. Szkoleniowiec miał jednak w tej kwestii odmienne zdanie i dobrze na tym wyszedł, bo Piątek pod koniec lutego trafił wreszcie w spotkaniu z Wisła Płock i do końca sezonu strzelił jeszcze 11 goli, walnie przyczyniając sie do utrzymania Cracovii w Lotto Ekstraklasie.

Latem 23-letni napastnik został sprzedany do występującej w Serie A Genoi do grudnia z 13 bramkami na koncie zapracował na tytuł wicelidera klasyfikacji strzelców. Piątka wyprzedza tylko o jedno trafienie jego piłkarski idol Cristiano Ronaldo. Hiszpański dziennik „Marca” umieścił go wśród 11 najlepszych debiutantów jacy pojawili sie w klubach pięciu najsilniejszych lig europejskich.

Nic dziwnego, że imponującym skutecznością napastnikiem zaczęły interesować się piłkarskie potęgi. Występy Piątka regularnie obserwowali wysłannicy Chelsea Londyn, Realu Madryt, FC Barcelona, Juventusu Turyn, SSC Napoli. Prezes Genui nie kryje, że zamierza zrobić na polskim napastniku, za którego zapłacił Cracovii 4 mln euro, wielki interes i śmiało ogłasza, iż jest gotów rozmawiać tylko z tymi, których stać na wydatek co najmniej 40 mln euro.