Ekstraklasa wraca do gry

W poniedziałek w klubach piłkarskich ekstraklasy oraz I i II ligi rozpocznie się testowanie piłkarzy na obecność koronawirusa. W sobotę rząd nieoczekiwanie wydał rozporządzenie, w którym zwiększył liczebność grup zawodników mogących ćwiczyć wspólnie na jednym boisku do 14. Tak zaczyna się w Polsce operacja wznowienia ligowych rozgrywek.

Za przebadanie piłkarzy ekstraklasy oraz I i II ligi zapłaci PZPN. W sumie testy na obecność Covid-19 przejdzie około 2,7 tysiąca osób, licząc z pracownikami Live Parku odpowiedzialnymi za telewizyjne transmisje oraz sędziami. Testy zostaną powtórzone tuż przed restartem rozgrywek, co ma nastąpić 29 maja. Całość operacji ma kosztować blisko milion złotych. Jej koszty ma pokryć PZPN.
W minioną sobotę piłkarskie środowisko dostało nieoczekiwany prezent. W wydanym rozporządzeniu Rady Ministrów zezwolono klubom PKO Ekstraklasy na prowadzenie o poniedziałku treningów w większych grupach. Oto treść rozporządzenia: (…) „Na stadionach i boiskach w zakresie organizacji współzawodnictwa sportowego przez ligę zawodową działającą w najwyższej klasie rozgrywkowej w sporcie piłka nożna może przebywać, bez udziału publiczności, w tym samym czasie: 1) od dnia 4 maja do dnia 9 maja 2020 r. nie więcej niż 14 osób korzystających z tych obiektów, z wyłączeniem ich obsługi; 2) od dnia 10 maja do dnia 24 maja 2020 r. nie więcej niż 25 osób korzystających z tych obiektów, z wyłączeniem ich obsługi.
Nowe zasady dotyczą tylko zespołów z PKO Ekstraklasy. Dla klubów z niższych szczebli obowiązują dotychczasowe zasady: nie więcej niż sześć osób i trener”.
Wygląda więc na to, że nasze profesjonalne ligi piłkarskie nie zamierzają się poddać bez walki, jak zrobiono to już w Belgii i we Francji, tylko z determinacją próbują wznowić przerwane rozgrywki, żeby dokończyć sezon i odebrać od nadawców telewizyjnych ostatnią transzę rocznej opłaty za prawo do transmisji. W przypadku klubów PKO Ekstraklasy w grę wchodzi około 70 milionów złotych, ale te niewielkie w sumie pieniądze nie są jedyną stawką w walce o przetrwanie. Wiadomo już, że sezon zostanie dokończony przy pustych trybunach, co będzie jednak dotkliwą stratą wyłącznie dla klubów z najwyższą frekwencją, jak Legia Warszawa, Wisła Kraków, Lech Poznań, Śląsk Wocław i Górnik Zabrze. Dla pozostałych większym dramatem będzie utrata finansowego wsparcia sponsorów, zwłaszcza samorządów. Pierwszym sygnałem, że mogą wkrótce nie tylko przyciąć, ale wręcz cofnąć dotacje, jest oświadczenie prezydenta Białegostoku, który już zapowiedział, że Jagiellonia nie ma co liczyć w drugiej połowie roku ani w następnym na wsparcie z budżetu miasta. „Jeżeli zawodnik Jagiellonii zarabia 80 tysięcy złotych miesięcznie, a my do tego dopłacamy, to ten świat piłki zawodowej, przynajmniej w tym naszym wydaniu, musi się zdecydowanie zmienić. Być może już w drugim półroczu, a na pewno w następnym roku, należy zapomnieć o dotacjach z budżetu miasta na sport zawodowy” – ogłosił prezydent Tadeusz Truskolaski. Dla akcjonariuszy Jagiellonii to cios tym bardziej dotkliwy, że niespodziewany. W 2019 roku do klubowego budżetu z miejskiej kasy wpłynęło około 3,5 mln złotych, w tym na razie niewiele ponad milion złotych i wiele wskazuje, że więcej już raczej nie będzie. Jeśli doliczymy do tego straty jakie przyniesie konieczność gry przy pustych trybunach, które szef białostockiego klubu Cezary Kulesza już oszacował na kwotę 7-8 mln złotych, to z pobieżnych nawet wyliczeń wynika, iż zaplanowany w tym roku na niewiele ponad 20 mln złotych budżet Jagiellonii skurczy się niemal o połowę.
W PKO Ekstraklasie są jednak kluby znacznie bardziej uzależnione od dotacji samorządowych, jak Śląsk Wrocław, Górnik Zabrze czy Piast Gliwice. Radni z tym miast na razie nie postulują cięć. Nawet w Gdańsku, choć Lechia jest prywatnym klubem należącym do niemieckiego właściciela, władze miejskie ogłosiły, że nie będą domagać się zwrotu przekazanych już dotacji za marzec, kwiecień i maj w kwocie 1,3 mln złotych.
O szczęściu może mówić też właściciel i prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski, który w marcu, tuż przed ogłoszeniem pandemii, podpisał umowę ze stołecznym ratuszem na promowanie miasta wartą 2,5 mln złotych i raczej może być pewny, że te pieniądze dostanie. Podobną pewność mają też działacze Piasta Gliwice, bo miasto jest współwłaścicielem klubu i w swoim budżecie na ten rok radni zapisali w sumie 12 mln złotych dotacji. Podobne kwoty uchwalili też rajcy Zabrza i Wrocławia i na razie z nich się nie wycofują, ale już w Kielcach i Gdyni finansowe wsparcie zostało wstrzymane. Sytuacja jak widać jest dynamiczna, a jak zostanie ostatecznie rozwiązana, i tak zależy chyba od rozwoju pandemii.

Dlaczego niemiecki właściciel zadłuża Lechię?

Lechia Gdańsk znowu wpadła w finansowe tarapaty. Tym razem wyszły one na jaw w wyniku audytu wykonanego na polecenie UEFA. Rewident zbadał co prawda dokumentację za poprzedni sezon, lecz wyszło mu, że gdańskiemu klubowi budżet za ten czas nie zamknął się na kwotę blisko 10 mln złotych. To tylko powiększyło zadłużenie Lechii, które wedle nieoficjalnych danych przekracza obecnie kwotę 25 mln złotych. To tłumaczy, dlaczego piłkarze tej drużyny od miesięcy nie dostają wynagrodzenia.

Właścicielem większościowego pakietu akcji Lechii Gdańsk od 2014 roku jest obywatel Niemiec Franz-Josef Wernze. Na początku tego roku ukazująca się w Essen gazeta „RevierSport” podała, że 72-letni biznesmen podupadł mocno na zdrowiu i z tego powodu zamierza wycofać się z futbolowego interesu. Czy to jest przyczyną obecnych kłopotów finansowych gdańskiego klubu? Zapewne tak, chociaż owe kłopoty towarzyszą biało-zielonym niemal od początku funkcjonowania pod rządami niemieckiego właściciela, chociaż formalnie on tylko stoi na czele niemiecko-szwajcarsko-portugalskiej grupy kapitałowej. Zdaniem dziennikarzy „RevierSport” Wernze większą wagę przywiązuje do będącego także jego własnością klubu Viktoria Koeln, który pragnie wprowadzić do 2. Bundesligi. Na razie bez efektów, bo zespół ten póki co broni się przed spadkiem z trzeciej ligi.
Z jakiegoś tajemniczego powodu Lechia, mimo zadłużenia, dostała jednak licencję na grę w PKO Ekstraklasie, ale ponieważ w poprzednim sezonie jako zdobywca Pucharu Polski wystąpiła w kwalifikacjach Ligi Europy (odpadła w rywalizacji z duńskim Broenby Kopenhaga), jak każdy uczestnik rywalizacji o europejskie puchary znalazła się pod lupą UEFA, a konkretnie jej Komisji Kontroli Finansowej. Nie dostarczając wiarygodnych dokumentów świadczących, że ma zbilansowany budżet, gdański klub naraził się na audyt, którego bulwersujące wyniki wyszły teraz na jaw.
Wedle nich przychody Lechii w poprzednim sezonie wyniosły 46 mln złotych, a zobowiązania 27 mln złotych (w tym 18 milionów zobowiązań krótkoterminowych i 9 milionów długoterminowych). Jednak najważniejszą pozycją był bilans zysków i strat, a z niego wynika, ze w roku obrachunkowego (w tym wypadku sezonu) Lechia odnotowała 10 milionów złotych straty. Władze gdańskiego klubu tłumaczyły, że powstałą dziurę załatała tzw. pożyczka właścicielska, lecz w świetle rewelacji opublikowanych przez „RevierSport” ta deklarowana szczodrość Franza-Josefa Wernze wydaje się mało prawdopodobna. Zwłaszcza w kontekście strat, jakie Lechia, podobnie jak inne kluby PKO Ekstraklasy, poniesie w wyniku pandemii koronawirusa.

UEFA chce zakończyć sezon do 3 sierpnia

Epidemia wciąż trwa, ale piłkarzy nikt nie zwalnia z obowiązków – ani kluby, ani krajowe federacje, ani też stojąca na szczycie futbolowej hierarchii FIFA. W miniony weekend prezydent UEFA Aleksander Ceferin podał, że graniczną datą zakończenia obecnego sezonu jest 3 sierpnia. Także w Polsce panuje przekonanie, że to realny termin.

Ta graniczna data zmieniała się już kilkakrotnie. Podczas pierwszej telekonferencji na szczycie europejskiej piłki, przeprowadzonej 17 marca, UEFA apelowała do władz krajowych federacji, żeby obecny sezon ligowy zakończyły do 30 czerwca, bo tego dnia kończą się kontrakty zawodnikom. Rozwój pandemii koronawirusa zmusił jednak piłkarskie władze do zmiany stanowiska i już 1 kwietnia oficjalnie podano, że rozgrywki mogą zostać przedłużone, a w klubom dano możliwość zawierania krótkoterminowych umów z tymi graczami, którym kończyły się one 30 czerwca, a byli ważnymi graczami w drużynach.
Stanowisko UEFA jak na razie zlekceważyła jedynie liga belgijska, która postanowiła zakończyć rozgrywki z uznaniem kolejności w tabeli po ostatniej rozegranej kolejce. Decyzja Belgów wywołała burzę w europejskiej federacji, a jej władze zagroziły nawet wykluczeniem belgijskich (i każdej innej ligi, która postąpi podobnie) wyrzuceniem z europejskich pucharów. Nie można było jednak przedłużać tego sezonu w nieskończoność, a już pojawiały się spekulacje, że na przykład Liga Mistrzów może skończyć się dopiero w połowie sierpnia.
Dlatego prezydent Aleksander Ceferin postanowił je przerwać i w wypowiedzi udzielonej niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF oznajmił: „Wszystkie rozgrywki, także Liga Mistrzów i Liga Europy, muszą zostać zakończone do 3 sierpnia. Sytuacja jest nadzwyczajna, więc będzie można grać w tych samych terminach zarówno mecze ligowe, jak i w europejskich pucharach. Musimy być elastyczni”.
Piłkarze wrócą, kibice nie
Ale o ile piłkarze w czerwcu powinni wrócić do gry, to raczej na pewno przyjdzie im rywalizować bez udziału publiczności. „To oczywiste, że piłka nożna bez kibiców nie jest tym samym sportem, co z ich udziałem. Nie mamy jednak wyboru, bo w obecnej sytuacji lepiej jest grać bez kibiców na trybunach, ale mieć transmisje telewizyjne z meczów, bo dzięki temu kluby otrzymają pieniądze z tytułu praw telewizyjnych i od sponsorów” – stwierdził Ceferin.
Z najnowszych ustaleń wynika, że nasze piłkarskie ligi mają wznowić rozgrywki w połowie czerwca, o ile rzecz jasna epidemia koronawirusa zacznie do tego czasu wygasać. Taki termin najczęściej wymieniany jest w dyskusjach podczas wideokonferencji z udziałem klubów ekstraklasy i I ligi. Nie ma jednak pewności, czy uda się rozegrać wszystkie spotkania, bo zostało jeszcze sporo kolejek – w PKO Ekstraklasie 11, zaś w I lidze i II lidze po 12. Piłkarze musieliby grać praktycznie co trzy dni, a przecież pozostaje jeszcze do dokończenia rywalizacja w Pucharze Polski.
Nikt jednak w naszym futbolowym światku nie kwestionuje tych planów, wręcz przeciwnie – panuje powszechna determinacja, żeby z tego rozwalonego kompletnie przez epidemię sezonu uratować tyle pieniędzy, ile się tylko da. Straty zapowiadają się jednak potężne i w klubach już słychać dzwony alarmowe. Władze większości z nich skorzystały już z możliwości obniżenia wynagrodzeń piłkarzy w usankcjonowanej przez rozporządzenie rady nadzorczej Ekstraklasy SA maksymalnej 50-procentowej opcji. Poinformowały o tym m.in. Śląsk Wrocław, Cracovia, Pogoń Szczecin, Wisła Kraków, Lechia Gdańsk. W pozostałych jeszcze toczą się w tej sprawie negocjacje, ale zawodnicy stoją w nich na straconej pozycji.
Nawet Legia tnie zarobki
Nawet w uchodzącej za najbogatszy w PKO Ekstraklasie klub Legii Warszawa pracę straciło już 40 osób zatrudnionych w działach marketingu, sprzedaży i obsługi medialnej, a pozostałym pracownikom, w tym także trenerom z wszystkich pionów szkoleniowych, płace obcięto o 50 procent. W tej sytuacji wątpliwe jest, by piłkarze uniknęli redukcji płac o połowę. A jest z czego kroić, bo Legia ma w swojej kadrze najwięcej zawodników zarabiających ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie, a wśród nich rekordzistów ekstraklasy pod tym względem – Artura Jędrzejczyka (250 tys. złotych miesięcznie), Chorwata Domagoja Antolicia (150 000 zł), Janusza Gola (Cracovia, 130 000 zł), Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech Poznań, 120 000 zł), Holendra serbskiego pochodzenia Marko Vejinović (Arka Gdynia, 120 000 zł), Filipa Starzyńskiego (Zagłębie Lubin, 115 000 zł), Czarnogórca Marko Vesovicia (Legia, 113 000 zł), Litwina Arvydasa Novikovasa (Legia, 100 000 zł), Chorwata Ivana Runje (Jagiellonia Białystok, 100 000 zł), Słowaka Dusana Kuciaka (100 000 zł). Ta lista niekoniecznie musi odzwierciedlać stan faktyczny ani pod względem podawanych kwot, ani stworzonej na ich podstawie hierarchii.
Wysokość zarobków jest we wszystkich klubach pilnie strzeżoną tajemnicą, a jeśli jakieś wiadomości w tej kwestii wyciekają do mediów, zazwyczaj są to „przecieki kontrolowane”, służące do wywołania chwilowego wzburzenia opinii publicznej i nastawienia jej przeciwko „szokująco wysoko opłacanym piłkarzom”. Właśnie teraz mamy do czynienia z taką sytuacją, bo klubowi działacze właśnie zmuszają zawodników do zgody na 50-procentowe cięcia zarobków.
Sponsorzy wypowiadają umowy
Właściciel i prezes Cracovii Janusz Filipiak z powodu epidemii utknął w Szwajcarii i z tego kraju podejmuje decyzje. W wypowiedzi dla TVP Sport przyznał: „U nas wszyscy sponsorzy wypowiedzieli umowy, bo liga nie gra, więc nie mają reklamy, za którą płacą. Piłkarze mogą mieć roszczenia, tylko co z tego, skoro pieniędzy w klubowej kasie nie ma. A banki, o czym jestem przekonany, nie będą dawać klubom kredytów na pensje piłkarzy. To jest oczywiste. Tymczasem Canal+ zapłaci ostatnia transzę za prawa medialne dopiero jak rozgrywki zostaną wznowione. To nie będą przelewy wsteczne”.
Filipiak przyznał, że jego firma, Comarch, będzie musiała zmniejszyć finansowe zaangażowanie w Cracovię. Nie planuje jednak wyjścia z klubu i twierdzi, że poradzi sobie z utrzymaniem drużyny. „Na korzyść Comarchu działa to, że sprzedajemy usługi wirtualne. Cały czas obserwujemy biznesowy barometr firmy i on nie wygląda źle. Dlatego w tej chwili nie rozpatruję wycofania się z dalszego finansowania Cracovii. Ale na pewno rozważymy stopień zaangażowania. On na skali nie będzie wynosił zero, ale też nie sięgnie 100 procent jak do tej pory. Klub utrzymamy, ale tylko przy rozsądnych kosztach” – zapewnia właściciel Cracovii.

Wyniki 23 kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 23. kolejki:
Legia Warszawa
– Jagiellonia Białystok 4:0

Gole: Marko Vesović (7), José Kanté (30, 57), Tomas Pekhart (90).
Żółte kartki: Puljić, Tiru (Jagiellonia).
Sędziował: Mariusz Złotek (Stalowa Wola).
Widzów: 21 340.
Piast Gliwice – Cracovia 1:0
Gol: Sebastian Milewski (59).
Żółte kartki: Pestka, Rapa, Siplak (Cracovia).
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 4176.
Śląsk Wrocław – Górnik Zabrze 2:1
Gole: Dino Stiglec (3), Filip Raicević (6) – Israel Puerto (84 samobójcza).
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 8196.
ŁKS Łódź – Pogoń Szczecin 0:0
Żółte kartki: Dominguez, Grzesik, M.Dąbrowski – Triantafyllopoulos.
Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń).
Widzów: 5150.
Wisła Płock – Zagłębie Lubin 1:1
Gole: Torgil Gjertsen (75) – Damjan Bohar (70).
Żółte kartki: Merebaszwili – Czerwiński.
Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 2127.
Arka Gdynia – Raków Częstochowa 3:2
Gole: Mateusz Młyński (72), Marko Vejinović (88), Nemanja Mihajlović (90) – Miłosz Szczepański (4), Tomas Petrasek (39).
Żółte kartki: Nalepa, Kopczyński, Maghoma (Arka).
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Widzów: 4367.
Wisła Kraków – Korona Kielce 2:0
Gole: Aleksander Buksa (5), Jakub Błaszczykowski (63).
Żółte kartki: Niepsuj, Savicević, Basha – Radin, Żubrowski, Spychała, Kiełb. Czerwona kartka: Spychała (85., Korona, za drugą żółtą).
Sędziował: Paweł Gil (Lublin).
Widzów: 17 354.
Lech Poznań – Lechia Gdańsk 2:0
Gole: Dusan Kuciak (81 samobójcza), Filip Marchwiński (89).
Żółte kartki: Rogne, Muhar, Marchwiński – Fila, Maloca, Zwoliński. Czerwona kartka: Fila (51., za drugą żółtą).
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Widzów: 12 693.

Grupa mistrzowska

  1. Legia 23 45 49:23
  2. Cracovia 23 42 32:18
  3. Pogoń 23 40 25:18
  4. Śląsk 23 39 31:24
  5. Lech 23 37 39:22
  6. Piast 23 37 25:22
  7. Lechia 23 34 26:26
  8. Wisła P. 23 32 28:36
    Grupa spadkowa
  9. Jagiellonia 23 30 31:33
  10. Zagłębie 23 29 32:32
  11. Raków 23 29 28:37
  12. Górnik 23 27 27:29
  13. Wisła K. 23 26 28:35
  14. Arka 23 24 20:33
  15. Korona 23 23 12:26
  16. ŁKS Łódź 23 16 21:40

Ekstraklasa w ogniu

Legia coraz wyraźniej zaczyna dominować w ekstraklasie. Stołeczny zespół po wygranej 4:0 z Jagiellonią odskoczył drugiej w tabeli Cracovii na trzy punkty, a trzeciej Pogoni już na pięć. Także pod względem frekwencji jest zdecydowanym liderem ze średnią po 23 kolejkach 20 862 widzów. Na innych stadionach jest zdecydowanie gorzej, bywa też, jak ostatnio w Poznaniu, także niebezpiecznie.

Liczby obrazujące średnią frekwencję na stadionach PKO Ekstraklasy nie odzwierciedlają miejsc w tabeli zajmowanych przez poszczególne kluby, oprócz rzecz jasna Legii. Druga w tabeli Cracovia ma już jednak średnią poniżej bariery 10 tysięcy widzów (8618), a ten wynik daje jej w lidze dopiero ósmą lokatę. Jeszcze słabiej wypada Pogoń, na której spotkania w Szczecinie przychodzi średnio 3772 kibiców, co daje „Portowcom” przedostatnie miejsce w stawce szesnastu zespołów. Gorzej wypada jedynie frekwencja występującej gościnnie na stadionie w Bełchatowie ekipy Rakowa Częstochowa (3068 widzów). Inna sprawa, że w Szczecinie trwa akurat przebudowa stadionu i z tego powodu na obiekcie czynny jest jedynie fragment trybun. Podobne ograniczenia mają miejsce na także modernizowanym stadionie ŁKS Łódź, ale mimo tego łódzki klub pod względem średniej frekwencji (5217) zajmuje 11. lokatę, wyższą nie tylko od Pogoni i Rakowa, lecz także Zagłębia Lubin (4143), broniącego mistrzowskiego tytułu Piasta Gliwice (4505) i zajmującej ósme miejsce w tabeli Wisły Płock (4756).
Gdyby średnia widzów, a nie wyniki meczów miała decydować o miejscu w tabeli, w grupie spadkowej oprócz wymienionych klubów znalazłyby się jeszcze Korona Kielce (5365) i Arka Gdynia (7309). Zaś grupę mistrzowską utworzyłyby Legia (20 862), Wisła Kraków (15 584), Lech Poznań (15 408), Śląsk Wrocław (15 325), Górnik Zabrze (13 829), Lechia Gdańsk (10 506), Jagiellonia (9596) i Cracovia (8618).
Kibice to nieujarzmiony żywioł
Fani potrafią jednak komplikować życie klubowym władzom. W 23. kolejce do skandalicznych ekscesów doszło na stadionie w Poznaniu, gdzie grupa kibiców Lechii obrzuciła racami sektor trybun zajmowany przez sympatyków zespołu Lecha. Policja zatrzymała po tym zajściu sześć osób, ale tylko jednej z nich mają zostać postawione zarzuty. Bezmyślni w swoim zachowaniu przybysze z Gdańska doprowadzili pirotechnicznymi wygłupami do zranienia 17-letniej dziewczyny oraz przerwania meczu na kilkanaście minut. „Wylegitymowaliśmy ponad pięciuset kibiców z Gdańska. Zatrzymanych zostało łącznie sześć osób, spośród których pięć zostało już zwolnionych, zaś jedna usłyszy zarzut zniszczenia zabezpieczeń bramy. Prowadzimy działania w celu identyfikacji pozostałych kibiców, którzy złamali prawo na tym meczu” – poinformował rzecznik prasowy wielkopolskiej komendy policji Andrzej Borowiak.
Oba kluby potępiły sprawców tej bezsensownej stadionowej „zadymy”. Każdego rozsądnie myślącego człowieka z pewnością zaszokują banalne powody, przez które doszło do zamieszek. Zaczęło się od tego, że służby porządkowe poznańskiego stadionu nie zgodziły się na wniesienie na obiekt przez kibiców Lechii elementów tzw. oprawy meczowej, czyli flag, banerów itp. akcesoriów. Gdańszczanie zdeponowali je jednak w niezbyt uważnie strzeżonym pomieszczeniu, co wykorzystali kibole ekipy gospodarzy i je wykradli, a następnie tuż po rozpoczęciu drugiej połowy spotkania ostentacyjnie spalili na zajmowanej przez siebie części trybun. W świecie kibolskich porachunków taka zniewaga jest niewybaczalna, stąd wzięła się natychmiastowa pirotechniczna odpowiedź szalikowców Lechii. Dlaczego jednak zaatakowali sektor zajmowany przez normalnych kibiców? No i jakim sposobem przemycili na stadion taką ilość rac i flar?
Oba kluby czekają surowe konsekwencje. Wojewoda wielkopolski może zamknąć cały stadion stadion lub część trybun, może to zrobić też Komisja Ligi, ale nawet jeśli uda się Lechowi uniknąć tej dotkliwej sankcji, bo skutkującej utratą znacznych wpływów ze sprzedaży biletów, to tak czy owak dostanie solidnie po kieszeni. Podobnie zresztą jak Lechia, bo za ekscesy kibiców w naszym kraju wciąż karze się nie ich sprawców, tylko kluby.
Lech wyprzedzając decyzję władz nadrzędnych nałożył dwuletni zakaz wstępu na swój stadion dla zorganizowanych grup kibiców Lechii, a także zapowiedział, że w trzech najbliższych spotkaniach ligowych nie wpuści kibiców zespołów przyjezdnych, ale te decyzje raczej nie wpłyną na złagodzenie wyroku.
Wisła pogrążyła Koronę
Dzielnie poczyna sobie krakowska Wisła, skazywana po jesiennej części rozgrywek na degradację. Ekipa „Białej Gwiazdy” w 23. kolejce pokonała na własnym stadionie Koronę Kielce 2:0 i było to jej trzecie ligowe zwycięstwo z rzędu, co oznacza, że w tym roku wiślacy są jak na razie niepokonani. Wcześniej wygrali u siebie z Jagiellonią 3:0 i na wyjeździe z Zagłębiem 1:0. Dziewięć punktów i bilans bramkowy 5:0 pozwoliły krakowskiej drużynie wydobyć się ze strefy spadkowej, do której po niedzielnej porażce wpadła natomiast Korona. Kieleckiemu klubowi nie wróży to najlepiej na przyszłość, bo ten zespół nie dysponuje praktycznie „siłą ognia”, bo w 23 spotkaniach zdobył ledwie 12 bramek. W XXI wieku gorszego dorobku w ekstraklasie na tym etapie rozgrywek nie miał jeszcze żaden inny zespół. Dość powiedzieć, że jeden Jarosław Niezgoda, lider klasyfikacji strzelców, który w przerwie zimowej wyjechał za ocean do MLS, sam ma na koncie więcej goli od wszystkich graczy Korony (14). Tyle samo ligowych trafień co kielczanie (12) ma z kolei duński snajper Lecha Poznań Christian Gytkjaer, a tylko jedno mniej Jesus Imaz z Jagiellonii, Damjan Bohar z Zagłębia i Jorge Felix z Piasta. Po 10 goli na koncie mają Igor Angulo z Górnika Zabrze i Jose Kante z Legii.
Jeszcze wyraźniej strzelecką niemoc graczy Korony widać przy porównaniu ich obecnych dokonań z najmniej skutecznymi zespołami na tym etapie rywalizacji w poprzednich sezonach. Przed rokiem outsiderem pod tym względem była Cracovia, ale miała w dorobku 25 trafień. Dwa lata temu najsłabsza była ekipa Bruk-Betu Nieciecza z 23 golami na koncie, trzy lata temu na spółkę Górnik Łęczna, Piast i Śląsk (po 22 bramki). W ostatnich dwóch dekadach tak słabej w ofensywie ekipy jak jest teraz Korona, nie było. A bez goli obronić się przed spadkiem raczej się nie da.

Sensacje na pożegnanie

Po 20 kolejkach piłkarska ekstraklasa udała się na zimową przerwę. W roli lidera do wiosennej części rozgrywek przystąpi Legia Warszawa, dwa kolejne miejsca premiowane grą w kwalifikacjach Ligi Europy zajmują Cracovia i Pogoń Szczecin, natomiast trzy ostatnie „spadkowe” miejsca okupują ŁKS Łódź, Wisła Kraków i Korona Kielce.

W ostatniej w tym roku ligowej kolejce doszło do wręcz podejrzanej sytuacji, bo żadnego meczu nie wygrał zespół, który przed spotkaniem był wyżej w tabeli, a w kilku potyczkach doszło do wręcz sensacyjnych rozstrzygnięć. Porażki Legii 1:2 w Lubinie do takich raczej zaliczyć nie można, bo Zagłębie to zespół z potencjałem sportowym i zapleczem finansowym na pierwszą ósemkę ligowej tabeli, z pewnością jest jednak pewna niespodzianka. Natomiast przegrana Pogoni u siebie 0:1 z Koroną z całą pewnością trzeba uznać za sensację kolejki. „Portowcy” to przecież w tym sezonie zespół ze ścisłej czołówki, niedawno zajmował nawet pierwsze miejsce, zaś Korona dopiero od niedawna nie człapie w ogonie tabeli z „czerwoną latarnią”.

Sensacją podobnego kalibru była też druga z rzędu porażka Lechii Gdańsk. Przed tygodniem ekipa trenera Piotra Stokowca przerżnęła w Białymstoku z Jagiellonią 0:3, co byłoby od biedy nawet łatwe do usprawiedliwienia, bo rywale jeszcze niedawno aspirowali do mistrzowskiego tytułu, a chwilę wcześniej dokonali zmiany szkoleniowca. Ale klęskę lechistów 0:3 poniesioną w 20. kolejce na własnym stadionie w spotkaniu z beniaminkiem ekstraklasy Rakowem Częstochowa wytłumaczyć nie jest już tak łatwo. A to dlatego, że przyczyną obu tych porażek nie było bynajmniej jakieś niespodziewane załamanie formy, tylko zaległości płacowe klubu wobec zawodników. Jak wyszło natychmiast na jaw, gdański klub, którego prezesem od niedawna ponownie jest Adam Mandziara, zalega swoim graczom z wypłatami od września. Jakim cudem przez te trzy miesiące nikt nie podniósł w tej kwestii rabanu, wiadomo z poprzednich tego typu historii. Działacze i właściciele klubów oszukują zawodników obietnicami, że lada dzień przeleją im na konta wszystkie zaległe pensje, natomiast zawodnicy pozwalają im na takie oszustwo, bo po trzech miesiącach bez wypłaty mogą wystąpić do PZPN o rozwiązanie kontraktu z winy klubu i zmienić pracodawcę za darmo. A tu akurat lada dzień otworzy się zimowe okienko transferowe.

Takie sytuacje powinny dziwić, bo przecież Ekstraklasa chwali się wzrostem przychodów o 10,5 procenta – do kwoty 230 mln złotych. 68,4 procent tych wpływów przynosi klubom sprzedaż praw mediowych (głównie nadawcom telewizyjnym), 15,1 procent produkcja transmisji przez spółkę zależną Ekstraklasa Live, a 8,5 procent środki przekazywane przez sponsorów. A jeśli wierzyć w zapewnienia, w najbliższych latach Ekstraklasa SA będzie zarabiać jeszcze więcej dzięki nowemu kontraktowi telewizyjnemu z Canal+ i Telewizją Polską.

Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że Lechia Gdańsk jest w rękach niemieckiej grupy kapitałowej, która nie brzydzi się żądać dotacji z budżetu miasta. Podobnie jak niemiecka grupa kapitałowa mająca większość udziałów w Koronie Kielce. Co dzieje się z tą górą pieniędzy, że nie starcza na pensje dla piłkarzy?

 

Na szczycie tabeli ścisk jak w metrze

Piłkarze Cracovii ostatni tydzień mieli udany. Pokonali u siebie Pogoń 2:0, potem w Pucharze Polski Bytovię Bytów 3:2, a w minioną sobotę wygrali z Lechią Gdańsk 1:0. „Pasy” są w czubie ligowej tabeli, z szansami na tytuł mistrza jesieni, ale w czołówce ścisk jest ogromny i wystarczą dwa-trzy potknięcia, żeby zlecieć do grupy spadkowej.

Zwycięstwem z Lechią Cracovia zwieńczyło udany tydzień. W ubiegły weekend krakowianie pokonali Pogoń i zepchnęli ją z pozycji lidera, we wtorek awansowali do 1/16 finału Pucharu Polski, a w sobotę po zwycięstwie nad Lechią sami wspięli się na ligowy tron, bo „Portowcy” nie zdołali pokonać u siebie Lecha Poznań i po remisie 1:1 usadowili się za plecami „Pasów”. Ten układ był jednak bardzo tymczasowy, bo już w niedzielę mogły go zburzyć zespoły Piasta i Legii, a w poniedziałek jeszcze Wisła Płock.

Różnica punktowa między pięcioma czołowymi zespołami ekstraklasy jest tak niewielka, że po każdej kolejce kolejność może ulegać zmianie. W najbliższy weekend odbędzie się 15. seria spotkań i w tej chwili trudno przewidzieć, który zespół zdobędzie symboliczny tytuł mistrza jesieni. Symboliczny, bo pozycja lidera ekstraklasy na tym etapie rozgrywek nie daje żadnych gwarancji na zdobycie mistrzostwa Polski. Prawdę mówiąc, nie daje nawet gwarancji zakończenia tego roku w górnej połówce tabeli, bo przecież nasza ekstraklasa zakończy zmagania dopiero 22 grudnia, po rozegraniu 20. kolejki spotkań. Dowodzi tego najlepiej przykład Lechii Gdańsk, dla której porażka z Cracovią była czwartym ligowym meczem bez wygranej (dwie porażki i dwa remisy).Aa przed tą nieudana serią gdańszczanie zajmowali trzecie miejsce i mieli dwa punkty straty do lidera, a teraz przy niekorzystnych dla nich wynikach innych spotkań mogą już po 14. kolejce nawet wypaść z grupy mistrzowskiej.

 

Wyniki 12 kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 12. kolejki:

Zagłębie Lubin – Pogoń Szczecin 0:1
Gol: Adam Buksa (6). Żółte kartki: Balić, Guldan, Suljić – Buksa, Kożulj, Tomas Podstawski, Kowalczyk. Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 4661.

Wisła Kraków – Piast Gliwice 1:2
Gol: David Niepsuj (57) – Piotr Parzyszek (25, 50). Żółte kartki: Niepsuj, Wasilewski, Burliga – Milewski, Rymaniak. Czerwona kartka: Niepsuj (77., za drugą żółtą). Sędziował: Mariusz Złotek (Stalowa Wola).
Widzów: 16 932.

Korona Kielce – Wisła Płock 0:1
Gol: Ricardinho (22). Żółte kartki: Gnjatić, Marquez – Sahiti, Michalski. Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 3621.

Legia Warszawa – Lech Poznań 2:1
Gole: Arvydas Novikovas (63), Maciej Rosołek (76) – Darko Jevtić (55). Żółte kartki: Karbownik, Luis Rocha – Moder, Muhar.
Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków).
Widzów: 28 000.

Jagiellonia Białystok – Cracovia 3:2
Gole: Patryk Klimala (11, 55), Taras Romanczuk (82) – Rafael Lopes (9, 59). Żółte kartki: Pospiszil, Romanczuk – Gol, Hanca.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 8622.

Górnik Zabrze – ŁKS Łódź 1:0
Gol: Igor Angulo (79) – Dani Ramirez (50).
Żółte kartki: Sobociński, Srnić, Trąbka (ŁKS).
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 12 869.

Arka Gdynia – Lechia Gdańsk 2:2
Gole: Michał Nalepa (75), Marko Vejinović (90) – Flavio Paixao (51), Artur Sobiech (53).
Żółte kartki: Vejinović – Fila, Haraslin, Mladenović, Augustyn. Czerwona kartka: Udovicić (90., Lechia). Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa). Widzów: 13 011.

Raków Częstochowa – Śląsk Wrocław 1:0
Gol: Piotr Malinowski (90). Żółte kartki: Brown Forbes, Sapała – Musonda. Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa). Widzów: 3041.

Grupa mistrzowska
1. Pogoń            12   24   15:9
2. Wisła Płock    12   22   16:18
3. Piast               12   21   14:9
4. Jagiellonia      12   20   21:14
5. Cracovia         12   20   19:14
6. Legia              12   20   15:13
7. Lechia            12   20   16:12
8. Lech               12   18   22:15
Grupa spadkowa
9. Śląsk              12   18   15:12
10. Zagłębie      12   15   21:20
11. Raków         12   15   14:17
12. Górnik         12   14   11:12
13. Wisła K.       12   11   14:17
14. Arka            12   10   10:20
15. Korona        12     8     6:18
16. ŁKS Łódź     12     8   13:23

Grają o Puchar Polski

Rozlosowano pary 1/32 Pucharu Polski. Obrońca tytułu Lechia Gdańsk zmierzy się w tej fazie z Gryfem Wejherowo. Najciekawsza rywalizacja zapowiada się w meczu Cracovii z Jagiellonią Białystok.

W rozgrywkach obowiązuje przepis o obowiązkowym wstawianiu do składu młodzieżowca – przynajmniej jednego piłkarza z rocznika 1998 roku lub młodszych. W Pucharze Polski w żadnej z rund nie ma meczów rewanżowych. W przypadku remisu, następuje dogrywka, a po niej rzuty karne. W dodatkowych 30 minutach trenerzy będą mogli przeprowadzić czwartą zmianę.
Zwycięzca Pucharu Polski otrzyma premię finansową w wysokości 3 milionów złotych oraz zagra w eliminacjach Ligi Europy. Finał odbędzie się 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przed rokiem Lechia Gdańsk zdobyła trofeum pokonując w finale Jagiellonię Białystok 1:0 po golu Artura Sobiecha.

Zestaw par 1/32 finału Pucharu Polski:
Unia Skierniewice – Piast Gliwice, Puszcza Niepołomice – Legia Warszawa, Cracovia – Jagiellonia Białystok, Gryf Wejherowo – Lechia Gdańsk, Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn, Odra Opole – Arka Gdynia, Pogoń Siedlce – Podbeskidzie Bielsko-Biała, Chemik Police – Stal Stalowa Wola, GKS Jastrzębie – Bruk-Bet Nieciecza, Zagłębie II Lubin – Miedź Legnica, Rekord Bielsko-Biała – Concordia Elbląg, Legia II Warszawa – Wigry Suwałki, Elana Toruń – Radomiak, Chełmianka – Znicz Pruszków, Błękitni Stargard – Wisła Kraków, Chojniczanka – Raków Częstochowa, Stal Rzeszów – Pogoń Szczecin, KSZO Ostrowiec Św. – Sandecja Nowy Sącz, GKS Katowice – Warta Poznań, Gryf Słupsk – Górnik Łęczna, Widzew Łódź – Śląsk Wrocław, Hutnik Kraków – Resovia, Chemik Moderator Bydgoszcz – Wisła Płock, Stal Brzeg – Olimpia Elbląg, Stilon Gorzów – Olimpia Zambrów, Chrobry Głogów – Lech Poznań, Zagłębie Sosnowiec – ŁKS Łódź, GKS Bełchatów – GKS Tychy, Garbarnia Kraków – Bytovia, Polonia Środa Wlkp. – Górnik Zabrze, Korona Kielce – Zagłębie Lubin, Olimpia Grudziądz – Stal Mielec. Mecze rozstaną rozegrane w dniach 24-26 sierpnia.

 

Falstart gospodarzy

Legia Warszawa fatalnie rozpoczęła marsz po odzyskanie mistrzostwa Polski, przegrywając u siebie 1:2 z Pogonią Szczecin. Ale nie tylko warszawianie zaliczyli falstart w rozgrywkach na własnym boisku. W pierwszej kolejce nie wygrał żaden z ośmiu gospodarzy meczów, co jest pierwszym takim przypadkiem od sześciu lat.

Po raz ostatni taka wtopa gospodarzy miała miejsce w listopadzie 2012 roku, kiedy to w 11. kolejce goście wygrali siedem z ośmiu spotkań, a w jednym wywalczyli remis. Tym razem atutu własnego boiska nie wykorzystały zespoły aktualnego mistrza Polski Piasta Gliwice i wicemistrza Legii Warszawa, a oprócz nich jeszcze ekipy Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Wisły Płock, ŁKS Łódź, Rakowa Częstochowa oraz Arki Gdynia, która u siebie dała się rozgromić Jagiellonii aż 0:3.

Wysoka wygrana białostocczan zapewniła im pozycję lidera po pierwszej kolejce, ale ten sukces przytłumiły chuligańskie ekscesy dużej grupy fanów tego klubu uczestniczącej w brutalnej napaści na niedzielny marsz równości w Białymstoku. Stworzyło to spory problem dla szefów Jagiellonii, bo z jednej strony wypadało potępić takie obrzydliwe zachowania, ale z drugiej strony władze klubów naszej ekstraklasy wolą unikać jakichkolwiek zwarć z kibolami i dlatego często przyjmują strusią taktykę chowania głowy w piasek.

Od strony czysto sportowej Jagiellonia miała jednak bardzo udaną inaugurację sezonu, czego nie doświadczyła po raz kolejny w ostatnich latach stołeczna Legia.

Pretensje do Mioduskiego

W sobotę ponad 12 tysięcy widzów przeżyło rozczarowanie oglądając porażkę legionistów z Pogonią Szczecin. Gospodarze zaczęli obiecująco, bo po godzinie gry jako pierwsi strzelili gola, lecz nie zdołali dowieść tego wyniku do końca. Dla „Portowców” trafili Adam Buksa i Zvonimir Kożulj i właściciel warszawskiego klubu znów musiał wysłuchać trochę obelżywych przyśpiewek pod swoim adresem, w stylu „Hej Mioduski, co zrobiłeś, naszą Legię sp…łeś”.

Przegrywając z Pogonią zespół Legii wydłużył pauzę od ostatniego zwycięstwa na swoim stadionie do trzech miesięcy. Po raz ostatni legioniści wygrali w lidze 20 kwietnia (1:0 z Cracovią). Po przeprowadzonej latem rewolucji kadrowej zespół miał już od startu walczyć o odzyskanie mistrzostwa Polski. Rzecz jasna porażka z Pogonią jeszcze tych planów nie przekreśla, ale jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów stoper Legii Mateusz Wieteska, po tej porażce każdy z kolejnych rywali będzie przyjeżdżał na Łazienkowską bez strachu i jak po swoje.

Po słabych meczach w I rundzie eliminacji Ligi Europy z gibraltarskim College Europa FC, trener Aleksandar Vuković wymienił linię pomocy – zostawił w niej tylko Gruzina Waleriana Gwilię, a Carlitosa, Andre Martinsa i Arvydasa Novikovasa posadził na ławce rezerwowych, zaś poobijanego Dominika Nagy’a nawet nie włączył do kadry meczowej. Szansę pokazania się dostali Brazylijczyk Luquinhas, Mateusz Praszelik i Tomasz Jodłowiec, a na skrzydło z prawej obrony został przesunięty Marko Vesović. Ten eksperyment kadrowy niespecjalnie się udał, bo dla 19-letniego Praszelika i 23-letniego Luquinhasa był to debiut w ekstraklasie i obu świadomość tego trochę plątała nogi. Tym bardziej, że słabo zagrał bardziej od nich doświadczony Jodłowiec. Legioniści mieli spore problemy z utrzymaniem się przy piłce na połowie gości, a na własnej zdarzyły im się trzy proste straty (dwie William Remy, jedna Gwilia), których „Portowcy” nie wykorzystali. Wyciągnęli jednak z tego wnioski i w końcu znaleźli sposób na pokonanie Radosława Majeckiego.

Legię w czwartek 25 lipca czeka kolejny występ w roli gospodarza, tym razem w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z fińskim Kuopio Palloseura. Byłoby dobrze wygrać to spotkania jak najwyżej, bo Finowie, podobnie jak gibraltarski College Europe FC, mają boisko ze sztuczną trawą. Jak pamiętamy, legioniści na wyjeździe z amatorami z Gibraltaru tylko zremisowali 0:0, a Kuopio jest chyba trochę lepszym zespołem. Lepiej nie kusić losu i nie zostawiać rozstrzygnięcia na spotkanie rewanżowe.

Pucharowicze z zadyszką

Lechia zaczęła sezon od zdobycia Superpucharu Polski, ale w pierwszym ligowym spotkaniu, na wyjeździe z beniaminkiem ŁKS Łódź, gdańszczanie wywalczyli jedynie bezbramkowy remis. Trener Piotr Stokowiec do starcia z łodzianami nie posłał na boisko m.in. Sławomira Peszki, Flavio Paixao, Rafała Wolskiego czy Tomasza Makowskiego. Być może oszczędzał tych graczy na czwartkowy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Broendby Kopenhaga. Inna sprawa, że od 43. minuty jego zespół musiał grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla pozyskanego latem z Zagłębia Sosnowiec Zarko Udovicicia. Te okoliczności utrudniają właściwą ocenę aktualnej formy zespołu Lechii i jego szans w starciu z duńskim rywalem.

Trzeci z naszych „pucharowiczów”, Piast Gliwice, w pierwszej kolejce u siebie z największym trudem zremisował z Lechem Poznań 1:1. Gliwiczanie są jednak w niezłej formie, która na dodatek z meczu na mecz rośnie, więc o wynik ich konfrontacji z FK Ryga możemy być chyba spokojni.