Grają o Puchar Polski

Rozlosowano pary 1/32 Pucharu Polski. Obrońca tytułu Lechia Gdańsk zmierzy się w tej fazie z Gryfem Wejherowo. Najciekawsza rywalizacja zapowiada się w meczu Cracovii z Jagiellonią Białystok.

W rozgrywkach obowiązuje przepis o obowiązkowym wstawianiu do składu młodzieżowca – przynajmniej jednego piłkarza z rocznika 1998 roku lub młodszych. W Pucharze Polski w żadnej z rund nie ma meczów rewanżowych. W przypadku remisu, następuje dogrywka, a po niej rzuty karne. W dodatkowych 30 minutach trenerzy będą mogli przeprowadzić czwartą zmianę.
Zwycięzca Pucharu Polski otrzyma premię finansową w wysokości 3 milionów złotych oraz zagra w eliminacjach Ligi Europy. Finał odbędzie się 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przed rokiem Lechia Gdańsk zdobyła trofeum pokonując w finale Jagiellonię Białystok 1:0 po golu Artura Sobiecha.

Zestaw par 1/32 finału Pucharu Polski:
Unia Skierniewice – Piast Gliwice, Puszcza Niepołomice – Legia Warszawa, Cracovia – Jagiellonia Białystok, Gryf Wejherowo – Lechia Gdańsk, Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn, Odra Opole – Arka Gdynia, Pogoń Siedlce – Podbeskidzie Bielsko-Biała, Chemik Police – Stal Stalowa Wola, GKS Jastrzębie – Bruk-Bet Nieciecza, Zagłębie II Lubin – Miedź Legnica, Rekord Bielsko-Biała – Concordia Elbląg, Legia II Warszawa – Wigry Suwałki, Elana Toruń – Radomiak, Chełmianka – Znicz Pruszków, Błękitni Stargard – Wisła Kraków, Chojniczanka – Raków Częstochowa, Stal Rzeszów – Pogoń Szczecin, KSZO Ostrowiec Św. – Sandecja Nowy Sącz, GKS Katowice – Warta Poznań, Gryf Słupsk – Górnik Łęczna, Widzew Łódź – Śląsk Wrocław, Hutnik Kraków – Resovia, Chemik Moderator Bydgoszcz – Wisła Płock, Stal Brzeg – Olimpia Elbląg, Stilon Gorzów – Olimpia Zambrów, Chrobry Głogów – Lech Poznań, Zagłębie Sosnowiec – ŁKS Łódź, GKS Bełchatów – GKS Tychy, Garbarnia Kraków – Bytovia, Polonia Środa Wlkp. – Górnik Zabrze, Korona Kielce – Zagłębie Lubin, Olimpia Grudziądz – Stal Mielec. Mecze rozstaną rozegrane w dniach 24-26 sierpnia.

 

Falstart gospodarzy

Legia Warszawa fatalnie rozpoczęła marsz po odzyskanie mistrzostwa Polski, przegrywając u siebie 1:2 z Pogonią Szczecin. Ale nie tylko warszawianie zaliczyli falstart w rozgrywkach na własnym boisku. W pierwszej kolejce nie wygrał żaden z ośmiu gospodarzy meczów, co jest pierwszym takim przypadkiem od sześciu lat.

Po raz ostatni taka wtopa gospodarzy miała miejsce w listopadzie 2012 roku, kiedy to w 11. kolejce goście wygrali siedem z ośmiu spotkań, a w jednym wywalczyli remis. Tym razem atutu własnego boiska nie wykorzystały zespoły aktualnego mistrza Polski Piasta Gliwice i wicemistrza Legii Warszawa, a oprócz nich jeszcze ekipy Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Wisły Płock, ŁKS Łódź, Rakowa Częstochowa oraz Arki Gdynia, która u siebie dała się rozgromić Jagiellonii aż 0:3.

Wysoka wygrana białostocczan zapewniła im pozycję lidera po pierwszej kolejce, ale ten sukces przytłumiły chuligańskie ekscesy dużej grupy fanów tego klubu uczestniczącej w brutalnej napaści na niedzielny marsz równości w Białymstoku. Stworzyło to spory problem dla szefów Jagiellonii, bo z jednej strony wypadało potępić takie obrzydliwe zachowania, ale z drugiej strony władze klubów naszej ekstraklasy wolą unikać jakichkolwiek zwarć z kibolami i dlatego często przyjmują strusią taktykę chowania głowy w piasek.

Od strony czysto sportowej Jagiellonia miała jednak bardzo udaną inaugurację sezonu, czego nie doświadczyła po raz kolejny w ostatnich latach stołeczna Legia.

Pretensje do Mioduskiego

W sobotę ponad 12 tysięcy widzów przeżyło rozczarowanie oglądając porażkę legionistów z Pogonią Szczecin. Gospodarze zaczęli obiecująco, bo po godzinie gry jako pierwsi strzelili gola, lecz nie zdołali dowieść tego wyniku do końca. Dla „Portowców” trafili Adam Buksa i Zvonimir Kożulj i właściciel warszawskiego klubu znów musiał wysłuchać trochę obelżywych przyśpiewek pod swoim adresem, w stylu „Hej Mioduski, co zrobiłeś, naszą Legię sp…łeś”.

Przegrywając z Pogonią zespół Legii wydłużył pauzę od ostatniego zwycięstwa na swoim stadionie do trzech miesięcy. Po raz ostatni legioniści wygrali w lidze 20 kwietnia (1:0 z Cracovią). Po przeprowadzonej latem rewolucji kadrowej zespół miał już od startu walczyć o odzyskanie mistrzostwa Polski. Rzecz jasna porażka z Pogonią jeszcze tych planów nie przekreśla, ale jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów stoper Legii Mateusz Wieteska, po tej porażce każdy z kolejnych rywali będzie przyjeżdżał na Łazienkowską bez strachu i jak po swoje.

Po słabych meczach w I rundzie eliminacji Ligi Europy z gibraltarskim College Europa FC, trener Aleksandar Vuković wymienił linię pomocy – zostawił w niej tylko Gruzina Waleriana Gwilię, a Carlitosa, Andre Martinsa i Arvydasa Novikovasa posadził na ławce rezerwowych, zaś poobijanego Dominika Nagy’a nawet nie włączył do kadry meczowej. Szansę pokazania się dostali Brazylijczyk Luquinhas, Mateusz Praszelik i Tomasz Jodłowiec, a na skrzydło z prawej obrony został przesunięty Marko Vesović. Ten eksperyment kadrowy niespecjalnie się udał, bo dla 19-letniego Praszelika i 23-letniego Luquinhasa był to debiut w ekstraklasie i obu świadomość tego trochę plątała nogi. Tym bardziej, że słabo zagrał bardziej od nich doświadczony Jodłowiec. Legioniści mieli spore problemy z utrzymaniem się przy piłce na połowie gości, a na własnej zdarzyły im się trzy proste straty (dwie William Remy, jedna Gwilia), których „Portowcy” nie wykorzystali. Wyciągnęli jednak z tego wnioski i w końcu znaleźli sposób na pokonanie Radosława Majeckiego.

Legię w czwartek 25 lipca czeka kolejny występ w roli gospodarza, tym razem w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z fińskim Kuopio Palloseura. Byłoby dobrze wygrać to spotkania jak najwyżej, bo Finowie, podobnie jak gibraltarski College Europe FC, mają boisko ze sztuczną trawą. Jak pamiętamy, legioniści na wyjeździe z amatorami z Gibraltaru tylko zremisowali 0:0, a Kuopio jest chyba trochę lepszym zespołem. Lepiej nie kusić losu i nie zostawiać rozstrzygnięcia na spotkanie rewanżowe.

Pucharowicze z zadyszką

Lechia zaczęła sezon od zdobycia Superpucharu Polski, ale w pierwszym ligowym spotkaniu, na wyjeździe z beniaminkiem ŁKS Łódź, gdańszczanie wywalczyli jedynie bezbramkowy remis. Trener Piotr Stokowiec do starcia z łodzianami nie posłał na boisko m.in. Sławomira Peszki, Flavio Paixao, Rafała Wolskiego czy Tomasza Makowskiego. Być może oszczędzał tych graczy na czwartkowy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Broendby Kopenhaga. Inna sprawa, że od 43. minuty jego zespół musiał grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla pozyskanego latem z Zagłębia Sosnowiec Zarko Udovicicia. Te okoliczności utrudniają właściwą ocenę aktualnej formy zespołu Lechii i jego szans w starciu z duńskim rywalem.

Trzeci z naszych „pucharowiczów”, Piast Gliwice, w pierwszej kolejce u siebie z największym trudem zremisował z Lechem Poznań 1:1. Gliwiczanie są jednak w niezłej formie, która na dodatek z meczu na mecz rośnie, więc o wynik ich konfrontacji z FK Ryga możemy być chyba spokojni.

 

Ekstraklasa zarabia coraz mniej

Firma Deloitte opublikowała swój coroczny raport na temat stanu finansów naszej piłkarskiej ekstraklasy. Jej kluby zarobiły w w 2018 roku w sumie 528 mln złotych, ale drugi rok z rzędu zanotowały jednak spadek przychodów.

To już trzynasty raport finansowy przygotowany przez Deloitte, a dotyczący stanu finansów klubów polskiej ekstraklasy piłkarskiej. Łączny przychód wszystkich 16 klubów w 2018 roku wyniósł 528 mln złotych. Największy kęs z tego tortu przypadł Legii Warszawa, która zarobiła 100,20 mln złotych, niemal o połowę więcej od zajmującego drugą lokatę w tym zestawieniu Lecha Poznań (zarobił 57,14 mln złotych) oraz ponad połowę od trzeciej Lechii Gdańsk (48,34 mln złotych). Co ciekawe, dopiero na jedenastym miejscu uplasował się tegoroczny mistrz Polski Piast Gliwice z przychodem 24,92 mln złotych.

Z raportu wynika też, że aż dziewięć klubów ekstraklasy musiało w ubiegłym roku pogodzić się z obniżką przychodów. Największy spadek zanotowała właśnie Legia – aż o 38 milionów. Suma przychodów wszystkich klubów, 528 mln zł, to o 22 mln mniej niż przed rokiem. To już drugi rok z rzędu jak ekstraklasa notuje spadek przychodów. W raporcie uwzględniono trzy źródła przychodów: komercyjne (278,3 mln złotych), z transmisji (166,5) oraz dnia meczowego (83,1). W porównaniu do 2017 roku łączny przychód klubów okazał się niższy o 22,4 mln złotych. Jeszcze większy spadek zanotowano względem 2016 roku – 50,9 mln zł.

Spadki przychodów mają wiele przyczyn – najpoważniejszą z nich jest spadek wpływów z UEFA za wyniki w europejskich pucharach, bo tych wyników w ostatnich sezonach nie ma. Spadają też zarobki z tytuły transferów, chociaż ekstraklasę opuszcza coraz więcej polskich piłkarzy. W 2018 roku kluby zarobiły na nich 96,8 mln zł, czyli o połowę mniej niż rok wcześniej. Spadły tez przychody ze sprzedaży biletów. W ostatnim sezonie, co ciekawe, frekwencja na ligowych stadionach pogorszyła się, chociaż w lidze nie grały już Bruk-Bet i Sandecja Nowy Sącz, przyjmujące rywali na kameralnym obiekcie w Niecieczy. Średnio spotkania zakończonego w maju sezonu oglądało 8878 widzów. Najwyższą frekwencją mogła pochwalić się Legia – 17609 widzów, która wyprzedziła Wisłę Kraków (16 135) i Lechię (14 746).

Deloitte przygotowuje raporty na podstawie danych otrzymywanych przez kluby. Uwzględnia w nich przychody z tzw. dnia meczowego (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji meczów oraz źródeł komercyjnych.

 

Piast pokonał Legię

Piłkarze Piasta Gliwice mocno skomplikowali rywalizację o mistrzostwo Polski. Pokonując w Gdańsku Lechię, a w miniony weekend w Warszawie Legię, gliwiczanie dogonili te zespoły w tabeli i na trzy kolejki przed końcem rozgrywek włączyli się do walki o tytuł.

Trener Piasta Gliwice Waldemar Fornalik nie krył zadowolenia po zwycięskiej batalii na Łazienkowskiej. „Na stadionie Legii nie wygrywa się często. Aby odnieść tutaj zwycięstwo, trzeba naprawdę rozegrać dobre spotkanie. My takie właśnie w sobotę rozegraliśmy, chociaż zespół gospodarzy, który ostatnio demonstrował wyraźną zwyżkę formy, ustawił moim piłkarzom poprzeczkę bardzo wysoko. Dlatego brawa dla mojej drużyny za zaangażowanie, dyscyplinę i mądrość” – chwalił swoich podopiecznych Fornalik.

Nie uchylał się też od odpowiedzi na pytanie, czy Piast mierzy w mistrzowski tytuł. „Poczekajmy na wynik niedzielnego meczu Lechii z Cracovią (spotkanie zakończyło się po zakończeniu wydania – przyp. red.), ale nawet jeśli gdańszczanie wygrają w Krakowie, to będą mieć tak samo jak teraz Legia tylko o jeden punkt więcej od nas. A w takiej sytuacji nie ma co owijać w bawełnę i mówić, że nie interesuje nas mistrzostwo Polski. Mogę zatem powiedzieć, że owszem, my także zamierzamy powalczyć o pełną pulę. W ostatnich trzech kolejkach zapowiada się więc bardzo ciekawa rywalizacja, z czego sympatycy futbolu w naszym kraju na pewno się cieszą” – podsumował szkoleniowiec gliwickiego zespołu.

Piast w fazie play off jeszcze nie przegrał meczu, pokonując po kolei: na wyjeździe Lechię Gdańsk 2:0, następnie u siebie Zagłębie Lubin 1:0 i Cracovię 3:1, a teraz na wyjeździe Legię 1:0. Podopiecznych trenera Fornalika czekają jeszcze potyczki u siebie z Jagiellonią Białystok, na wyjeździe z Pogonią Szczecin i w ostatniej kolejce znów u siebie z Lechem Poznań.
Dla Legii sobotnia porażka była drugą w play off, bo wcześniej legioniści przegrali w Poznaniu z Lechem. Stołeczny zespół w trzech ostatnich seriach spotkań dwukrotnie zagra na własnym stadionie – w 35. kolejce z Pogonią i w ostatniej, 37. z Zagłębiem Lubin, zaś w 36. kolejce czeka legionistów wyjazdowa potyczka z Jagiellonią.

Także aspirująca do mistrzowskiego tytułu Lechia najpierw u siebie zmierzy się z Zagłębiem Lubin, następnie na wyjeździe z Lechem, a na koniec podejmie w Gdańsku Jagiellonię. Naprawdę trudno teraz przewidzieć, który z trójki Legia, Lechia i Piast, zdobędzie mistrzowski tytuł.

 

Kłopoty dyrektora Lechii

Były piłkarz Lechii Gdańsk, a dzisiaj jej dyrektor sportowy Jarosław Bieniuk we wtorek został zatrzymany, bo oskarżono go o popełnienia gwałtu. Został zwolniony w środę wieczorem po wpłaceniu kaucji. W wydanym oświadczeniu zapewnił, że jest niewinny i wyraził życzenie, żeby w kontekście tej sprawy używano jego pełnego nazwiska.

Bieniuk jest wychowankiem Lechii. Trafił do gdańskiego klubu w 1995 roku z Ogniwa Sopot jako 16-latek i z niego po trzech sezonach powędrował do Amiki Wronki, gdzie grał do 2006 roku, zdobywając w barwach tej drużyny m. in. dwukrotnie Puchar Polski, medalowe miejsca w mistrzostwach Polski. Jako gracz wronieckiego klubu otrzymał powołanie do reprezentacji Polski, w której w sumie w latach 2003-2009 rozegrał osiem meczów. W latach 2006-2008 występował w tureckim Antalyaspor, po powrocie do kraju był do 2012 roku zawodnikiem Widzewa Łódź, a na koniec wrócił do Lechii, w której po sezonie 2013-2014 zakończył karierę. W listopadzie tego roku został dyrektorem sportowym gdańskiego klubu, którą to funkcję pełni do dzisiaj. Jego wkład w obecne sukcesy zespołu prowadzonego przez trenera Piotra Stokowca jest niezaprzeczalny, co tłumaczy powściągliwą reakcję szefów Lechii na wieść o aresztowaniu Bieniuka. „Jako zarząd klubu Lechia Gdańsk, jesteśmy głęboko poruszeni informacjami medialnymi dotyczącymi pana Jarosława B. Jest nam przykro, mimo że opisane fakty dotyczą spraw z życia prywatnego i nie mają związku z pracą na rzecz Klubu. Prosimy wszystkich o powstrzymanie się od komentowania sprawy oraz wydawania jakichkolwiek osądów do czasu zakończenia działań prowadzonych przez prokuraturę i policję. Wierzymy, że w toku postępowania wszystkie aspekty tej sprawy zostaną zbadane, a wszelkie niejasności wyjaśnione” – napisano w komunikacie opublikowanym na stronie internetowej lidera Lotto Ekstraklasy.

Celebryta mimo woli

Przez wieloletni związek ze zmarłą w 2014 roku na raka trzustki popularną aktorką Anną Przybylską, z którą ma trójkę dzieci, Bieniuk jeszcze jako czynny piłkarz stał się celebrytą, którego życie prasa bulwarowa śledziła i nada uważnie śledzi, czego dowodem liczne publikacje na jego temat. Nie jest zatem postacią znaną jedynie w światku piłkarskim. To tłumaczy dlaczego jego zatrzymanie odbiło się takim szerokim echem w Polsce.

W największym skrócie – we wtorek Bieniuk na wieść, że przeciwko niemu zostało złożone zawiadomienie o popełnieniu gwałtu, z własnej woli zjawił się w gdańskiej prokuraturze, żeby wyjaśnić sprawę. Z informacji jakie przekazali mediom reprezentujący strony adwokaci wynikało, że młoda kobieta, długoletnia znajoma Bieniuka, spotkała się z nim w jednym z sopockich hoteli, gdzie rzekomo została odurzona i wykorzystana seksualnie. Pełnomocnik pokrzywdzonej mecenas Oskar Skibicki na antenie RMF FM powiedział: „Moja klientka jest w fatalnej kondycji psychicznej oraz fizycznej. Cały czas jest pod opieką osób bliskich i psychologa. Sąd w dniu wczorajszym przesłuchał pokrzywdzoną w obecności prokuratora i biegłego. Nie mam wiedzy, aby biegły miał zastrzeżenia do wiarygodności złożonych zeznań, jednak samo zatrzymanie sprawcy bezpośrednio po czynnościach, może sugerować jaka była jego opinia”.

W odpowiedzi reprezentująca Bieniuka mecenas Olga Jędraszko na łamach portalu „Fakt24” zasugerowała, że od jej klient usiłowano wyłudzić pieniądze, a posądzenie o gwałt jest zemstą za niespełnienie tego żądania.

Bez zarzutów się nie obeszło

W środę wieczorem Jarosław Bieniuk opuścił areszt po zapłaceniu kaucji w wysokości 20 tys. złotych, otrzymał dozór policyjny i zakaz kontaktów ze świadkami zdarzenia. Dyrektorowi sportowemu Lechii ostatecznie postawiono zarzuty z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii – chodzi o nieodpłatne udostępnienie narkotyków dwóm osobom dorosłym, w tym kobiecie, która złożyła zawiadomienie dotyczące przestępstwa seksualnego.

Bieniuk po zwolnieniu z aresztu wydał oświadczenie. „W związku z nieprawdziwymi zarzutami formułowanymi w moim kierunku w ostatnich dniach pragnę przekazać Państwu kilka słów wyjaśnienia. Informacje pojawiające się w mediach na temat rzekomo zarzucanych mi czynów są szokujące, zarówno dla Państwa, jak i dla mnie. Oskarżenia te są nieprawdziwe i formułowane wyłącznie w celu osiągnięcia korzyści materialnych. Pragnę podkreślić, że jestem niewinny, dlatego też niezwłocznie i dobrowolnie stawiłem się na posterunku policji. Od początku wyrażałem i w dalszym ciągu wyrażam swoją pełną gotowość do współpracy z wymiarem sprawiedliwości w celu jak najszybszego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Niesłuszne oskarżenia formułowane pod moim adresem godzą bezpośrednio w moje dobre imię, jak i destrukcyjnie wpływają na dobro i kondycję psychiczną moich dzieci. Do zakończenia postępowania i finalnej decyzji sądu, zwracam się z prośbą do przedstawicieli mediów o wstrzymanie się od formułowania jednoznacznych ocen pod moim adresem oraz uszanowanie prawa członków mojej rodziny do prywatności w tym trudnym dla nas wszystkich okresie. Proszę także Państwa – przedstawicieli mediów o używanie mojego pełnego imienia i nazwiska w przygotowywanych artykułach medialnych – bo tak właśnie należy postępować wobec osób niewinnych” – czytamy w oświadczeniu. I czekamy na ostateczny werdykt w tej sprawie.

 

Pięć drużyn liczy na cud

Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej sezonu pięć zespołów (Lechia, Legia, Piast, Cracovia i Zagłębie Lubin) jest już pewnych gry w grupie mistrzowskiej. Na obsadzenie pozostałych trzech miejsc szanse ma jeszcze pięć drużyn.

Sytuacja jest skomplikowana dla całej piątki zespołów aspirujących do zajęcia miejsca w czołowej ósemce, ale w najtrudniejszym położeniu znalazła się Korona. Szanse kielczan na zakwalifikowanie się do elity są w zasadzie tylko teoretyczne, bo muszą w ostatniej kolejce wygrać na wyjeździe z z Piastem Gliwice, a także liczyć na bardzo wysoką porażkę Pogoni Szczecin z Legią oraz Wisły Kraków z Zagłębiem Lubin, a także na remis Lecha z Jagiellonią.

Koroniarzom degradacja jednak nie zagraża, bo nawet jeśli ostatecznie wylądują w grupie spadkowej, to będą mieli ogromną przewagę punktową nad niżej obecnie klasyfikowanymi zespołami Zagłębia Sosnowiec, Wisły Płock, Arki, Górnika, Miedzi i Śląska.

W niewiele lepszym położeniu znalazła się Pogoń. Gdyby „Portowcy” wygrali z Arką w 29. kolejce (zremisowali 3:3), mieliby awans do grupy mistrzowskiej w kieszeni, a tak muszą teraz pokonać w ostatniej serii spotkań Legię, bo tylko zwycięstwo da im miejsce w Top 8 bez oglądania sie na wyniki innych spotkań. W przypadku remisu szczecinianie będą musieli liczyć na porażkę Wisły Kraków lub porażkę albo remis Lecha. Pogoń zapewni sobie miejsce w grupie mistrzowskiej także w przypadku remisu lub porażki Wisły Kraków, jednoczesnych porażkach Wisły i Lecha, porażki Lecha oraz remisu lub porażki Korony.

Pokonać jednak Legię nie będzie „Portowcom” łatwo, bo po zwolnieniu portugalskiego trenera-zamordysty Ricardo Sa Pinto legioniści pod wodzą duetu Aleksandar Vuković – Marek Saganowski wyraźnie odżyli i z każdym kolejnym meczem nabierają wiatru w żagle. W dwóch meczach (z Jagiellonią i Górnikiem) zdobyli komplet punktów, strzelając pięć goli i tracąc jednego. W Zabrzu o swoich strzeleckich umiejętnościach przypomniał Carlitos. Jego dwie bramki zapewniły Legii zwycięstwo, na uwagę zasługuje jednak łatwość, z jaką hiszpański napastnik dochodził do strzeleckich sytuacji. Niewykluczone, że w jego rosnąca forma może w końcówce sezonu okazać się decydującym czynnikiem w wyścigu o mistrzostwo.

Wprawdzie pod względem jakości i stylu gry wielkiej poprawy u legionistów nie widać, ale na ich szczęście równie topornie na boisku prezentuje się drużyna prowadzącej w tabeli Lechii. Gdańszczanie nadrabiają to walecznością, lecz taka siłowa gra ma swoją cenę, którą przyjdzie im zapłacić właśnie na finiszu.

 

Lotto Ekstraklasa: Rekordy frekwencji padają w derbach

W 26. kolejce padł rekord frekwencji w tym sezonie naszej piłkarskiej ekstraklasy. Derby Krakowa Wisła – Cracovia obejrzało 28 235 widzów. Dotychczasowy rekord, ustanowiony w derbach Trójmiasta Lechia Gdańsk – Arka Gdynia został pobity o trzy tysiące.

Wbrew pozorom rekordowa liczba widzów na stadionie Wisły w Krakowie jest tak naprawdę frekwencyjną porażką Lotto Ekstraklasy. A to dlatego, że najlepszy w tym sezonie wynik, ustanowiony dopiero w 26. kolejce po rozegraniu 206 meczów z udziałem publiczności, w poprzednim byłby dopiero na siódmym miejscu. Co prawda rekord frekwencji padł w spotkaniu 30. kolejki Lecha z Górnikiem, na które przyszło w Poznaniu 36 941 osób, ale pięć pozostałych lepszych niż w tym sezonie wyników ustanowiono wcześniej.

Wracając do 26. kolejki obecnych rozgrywek, to poza Krakowem przyzwoita liczba widzów stawiła się jeszcze tylko w Warszawie na Łazienkowskiej. Starcie Legii ze Śląskiem (1:0) obejrzało w stolicy 18 342 osób. Na pozostałych sześciu stadionach nigdzie frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy, nawet w Białymstoku, gdzie na spotkanie Jagiellonii z Korona Kielce stawiło się zaledwie 7 660 kibiców.

Księgowy Lecha musi rwać włosy z głowy, bo po słabych w tym roku wynikach fani „Kolejorza” obrazili się na swój zespół. Przegrany 0:3 mecz z Górnikiem Zabrze obejrzało tylko 9 881 widzów, a pamiętajmy, że stadion w Poznaniu ma ponad 42 tysiące miejsc.

Ale w naszej ekstraklasie nawet dobre wyniki nie zawsze przekładają się na wzrost frekwencji. Przekonują o tym przykłady Zagłębie Lubin (5823 widzów w spotkaniu z Arką Gdynia) i rewelacji wiosennej rundy Piasta Gliwice (5573 osoby na meczu z Miedzią Legnica). Tradycyjnie już niewielu fanów wybrało się na stadion w Płocku (2511 na przegranym 0:2 meczu z Pogonią) i w Sosnowcu (tylko 2624 widzów przyszło zobaczyć jak ich zespół gra z liderem ligi Lechią Gdańsk). Po 26. kolejkach najliczniejszą widownią może pochwalić się Legia (średnia na mecz 13 392). Druga jest Wisła Kraków (15 791), trzecia Lechia (13 892), czwarty Lech (13 183, a piąty Górnik (12 405 widzów).

 

Pojedynek selekcjonerów w Lotto Ekstraklasie

Wydarzeniem 22. kolejki był trenerski pojedynek dwóch byłych selekcjonerów reprezentacji Polski – prowadzącego od 25 listopada ub. roku zespół Lecha Adama Nawałki z prowadzącym od 19 września 2017 roku Piasta Waldemarem Fornalikiem. „Kolejorz” okazał się o klasę gorszy, bo przegrał w Gliwicach aż 0:4. Ostatni raz lechici takie lanie dostali 15 lat temu.

Lech Poznań fatalnie rozpoczął wiosenną część rozgrywek. Na inauguracje przegrał u siebie z Zagłębiem Lubin 1:2, a teraz doznał klęski 0:4 w starciu z Piastem Gliwice. Po tych dwóch porażkach zespół Nawałki, który zaczął ten rok jako trzeci zespół w tabeli, wypadł z czołówki na koniec grupy mistrzowskiej. Były selekcjoner na razie nie traci rezonu. „Wiadomo, że to jest trudna sytuacja, ale zrobimy wszystko, żeby ją opanować. Inaczej wyobrażaliśmy sobie start rundy wiosennej, tym bardziej że końcówka jesieni była udana i napawająca optymizmem. Musimy teraz podjąć działania mające na celu odbudowę mentalną zawodników. Nie ma mowy o załamywaniu rąk” – zapewniał po meczu z Piastem Nawałka.

Problem chyba jednak jest, i to nawet spory. Nawałka nie ma korzystnego bilansu w trenerskich potyczkach z Fornalikiem, bo z siedmiu dotychczasowych wracał na tarczy pięciokrotnie. W piątkowy wieczór jego drużyna nie stawiła gliwiczanom praktycznie żadnego oporu. Zgrani i dobrze rozumiejący się piłkarze Piasta narobili graczom poznańskiej jedenastki wstydu, bowiem „Kolejorz” po raz ostatni przegrał ligowy mecz do zera różnicą czterech bramek 28 sierpnia 2004 roku. Uległ wtedy na własnym stadionie 0:4 Amice Wronki.

Na Bułgarskiej jeszcze paniki nie ma, ale chyba nikt tam nie ma już złudzeń, że Nawałka jest cudotwórcą zdolnym do przekształcenia grupy wypalonych graczy w boiskowych wojowników. Najlepszym dowodem braku woli walki jest tylko jedna żółta kartka, którą zarobił Łukasz Trałka. Sygnałem alarmowym, że coś jest z zespołem nie tak, były fatalne wyniki zimowych sparingów. Poznaniacy z pięciu rozegranych spotkań kontrolnych wygrali tylko jedno, a w czterech doznali porażek. Nawałka bagatelizował te wyniki i zapewniał, że ma wszystko pod kontrolą, ale dwa pierwsze mecze o punkty pokazały, że chyba tak nie jest. Przed rozpoczęciem wiosennej rundy zespół Lecha był wymieniany nawet wśród kandydatów do mistrzowskiego tytułu. Te prognozy na razie są nierealne, bo do prowadzącej Lechii Gdańsk ekipa „Kolejorza” traci w tej chwili 13 punktów. A w następnej kolejce zmierzy się z wiceliderem Legią Warszawa.

Czy Nawałka zdoła w tydzień odmienić oblicze zespołu? „Jesteśmy profesjonalistami i musimy robić swoje. Na mecz z Legią będziemy odpowiednio przygotowani” – obiecuje były selekcjoner reprezentacji. Waldemar Fornalik nie musi si tak gimnastykować, bo jedynym celem jaki przed nim postawiono jest utrzymanie zespołu w ekstraklasie. Zapewnia to jak wiadomo dowolne miejsce w grupie mistrzowskiej, a po 22. kolejkach Piast jest na piątej pozycji z kilkupunktową przewagą na zespołami sklasyfikowanymi niżej.

 

Piłkarze w Polsce kosztują niewiele

Przy okazji transferu Krzysztofa Piątka z Genoi do AC Milan głośno było o polskich piłkarzach i ich rynkowej wartości. Branżowy niemiecki portal „Transfermarkt.de” zaktualizował przy tej okazji wyceny piłkarzy polskiej Lotto Ekstraklasy. W niej za najdroższego gracza uznano pomocnika Legii Warszawa Sebastiana Szymańskiego, którego wyceniono na sześć milionów euro.

Rynkowa wartość piłkarzy zależy od wielu czynników, ale jak z każdym towarem jego wartość wynosi dokładnie tyle, ile ktoś jest gotów za jego transfer zapłacić. Sebastian Szymański ma 19 lat i w tym sezonie jest podstawowym graczem Legii, bo zaliczył już 26 występy we wszystkich rozgrywkach, ale jako ofensywnym pomocnik nie może pochwalić się jakimiś nadzwyczajnymi osiągnięciami – zdobył tylko jedną bramkę i zaliczył trzy asysty. Zainteresował się nim Spartak Moskwa i Rosjanie wedle plotek publikowanych w polskich mediach byli nawet skłonni zapłacić za niego osiem milionów euro. Ostatecznie do transakcji nie doszło, ale ten nieudany transferowy epizod w zestawieniu Transfermark.de” podwoił wartość Szymańskiego z trzech do sześciu milionów euro.

Znacznie konkretniejszą podstawę do rynkowej wyceny piłkarskiej wartości zyskał tej zimy 18-letni środkowy obrońca Pogoni Szczecin Sebastian Walukiewicz, za którego włoskie Cagliari Calcio zapłaciło cztery miliony euro, ale zostawiło zawodnika w ekipie „Portowców” do końca sezonu.

Inny włoski klub, Fiorentina, finalizuje właśnie transfer 21-letniego pomocnika Górnika Zabrze Szymona Żurkowskiego. Jego wartość niemiecki portal wycenił na cztery miliony euro, ale Włosi zapłacą zabrzańskiemu klubowi 3,7 mln euro, lecz w bonusach za ewentualne osiągnięcia oferują dalsze 1,4 mln euro. W sumie zatem transfer tego utalentowanego piłkarza może przynieść Górnikowi Zabrze w sumie 5,1 mln euro.

Na cztery miliony euro niemiecki portal wycenił z kolei bocznego obrońcę Lecha Poznań 20-letniego Roberta Gumnego. Ten piłkarz już rok temu był przymierzany do transferu i wtedy w spekulacjach pojawiła się kwota pięciu milionów euro, ale potem przytrafiła mu się kontuzja i jego wartość trochę spadła. W tym sezonie Gumny jest jednak podstawowym graczem Lecha, a poza tym jego rodzina mocno naciska na jak najszybszy transfer gdziekolwiek na Zachód, więc latem pewnie odejdzie.
Zaskakujący awans w rankingu najbardziej wartościowych zawodników w ciągu pół roku zaliczyli 19-letni bramkarz Legii Radosław Majecki (z 250 tys. euro do 2,5 mln euro) oraz 22-letni Słowak Lukasz Haraslin z Lechii Gdańsk (z 300 tys. euro do 2 mln euro).

Obniżono natomiast rynkową wartości napastników Legii – 23-letni Jarosław Niezgoda po przerwie spowodowanej problemami z sercem wyceniany jest obecnie na 3,5 mln euro (poprzednio 4 mln euro), a 28-letni Hiszpan Carlos Daniel Lopez Huesca, zwany Carlitosem zamiast 3 mln kosztuje teraz wg. „Transfermark.de” tylko dwa miliony euro). Na taką sama kwotę wyceniania są 28-letni duński napastnik Lecha Christian Gytkjaer i 25-letni portugalski pomocnik Legii Carlos Miguel Ribeiro Dias „Cafu”.

 

Lechia też nie płaci piłkarzom

Nie tylko Wisła Kraków zalegała jesienią z wypłatami dla piłkarzy. Kolejnym klubem, w którym wyszły na jaw zaległości, jest lider rozgrywek Lechia Gdańsk. Piłkarze postanowili w końcu zaprotestować. Zaczęli od bojkotu mediów i opóźnienia treningu.

Zaległości finansowe gdańskiego klubu wobec zawodników wynoszą już w niektórych przypadkach trzy miesiące, co w myśl przepisów PZPN upoważnia poszkodowanych do wysłania wezwań do zapłaty, a po dwóch tygodniach w przypadku nieuregulowania zadłużenia do rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Cierpliwość piłkarzy chyba się wyczerpała, bo najpierw gremialnie odmówili udziału w zaplanowanym przez klub na czwartek spotkaniu z dziennikarzami, a potem celowo opóźnili rozpoczęcie treningu o ponad godzinę. Tyle mniej więcej czasu trwała rozmowa rady drużyny z przedstawicielami zarządu klubu. Zawodnicy chcieli jeszcze przed wyjazdem na zgrupowanie do Turcji uzyskać odpowiedź na dwa pytania – dlaczego do 10 stycznie nie otrzymali obiecanych wypłat i kiedy te pieniądze trafią w końcu na ich konta.

Wyszło jednak na jaw, władze Lechii o raz trzeci z rzędu nie dotrzymały terminu wypłat. Sytuacja zrobiła się nieciekawa dla obu stron, bo piłkarze już mają prawo do rozwiązywania kontraktów z winy klubu, ale mało czasu na znalezienie nowego pracodawcy, zaś Lechia nawet jeśli nie straci wszystkich graczy, to nie będzie miała wiosną już drużyny zdolnej do walki o mistrzostwo Polski. „Do końca stycznia sytuacja powinna być opanowana” – napisano w komunikacie biura prasowego klubu, a to oznacza, że szefowie Lechii wybrali wariant „na przeczekanie”. Spadek z ligi zespołowi już raczej nie grozi, a walka im niższe miejsce w tabeli, tym wydatki na premie za wyniki mniejsze, zatem dla budżetu klubu to korzyść.

I pewnie dlatego zawodnicy już nie wierzą w obietnice działaczy, bo Lechia płaci nieregularnie już od dawna. W poprzednim sezonie z tego powodu Komisja Licencyjna odebrała przecież gdańszczanom jeden punkt. Nie przeszkodziło jej to jednak przyznać lechistom licencji na obecny sezon.

To nie jedyne tarapaty finansowe gdańskiego klubu. Lechia wciąż nie przelała na konto Zagłębia Lubin 300 tysięcy złotych ekwiwalentu za wyszkolenie Jarosława Kubickiego. „W związku z nieuregulowaniem zależności, zgłosiliśmy sprawę do Komisji Licencyjnej” – poinformował na Twitterze rzecznik prasowy „Miedziowych” Paweł Junory. I to jest chyba najlepszy dowód, że Lechia ma pustki w kasie, bo skoro nie była w stanie zapłacić takiej niewielkiej kwoty, to tym bardziej nie będzie w stanie zapłacić kilku milionów zaległych wynagrodzeń piłkarzom. Ktoś tu albo nie kontroluje budżetu, albo bawi się nie swoimi pieniędzmi na światowych giełdach, albo rujnuje świadomie klub jak zrobił to w Krakowie „Misiek” i jego ferajna.