Ekstraklasa zarabia coraz mniej

Firma Deloitte opublikowała swój coroczny raport na temat stanu finansów naszej piłkarskiej ekstraklasy. Jej kluby zarobiły w w 2018 roku w sumie 528 mln złotych, ale drugi rok z rzędu zanotowały jednak spadek przychodów.

To już trzynasty raport finansowy przygotowany przez Deloitte, a dotyczący stanu finansów klubów polskiej ekstraklasy piłkarskiej. Łączny przychód wszystkich 16 klubów w 2018 roku wyniósł 528 mln złotych. Największy kęs z tego tortu przypadł Legii Warszawa, która zarobiła 100,20 mln złotych, niemal o połowę więcej od zajmującego drugą lokatę w tym zestawieniu Lecha Poznań (zarobił 57,14 mln złotych) oraz ponad połowę od trzeciej Lechii Gdańsk (48,34 mln złotych). Co ciekawe, dopiero na jedenastym miejscu uplasował się tegoroczny mistrz Polski Piast Gliwice z przychodem 24,92 mln złotych.

Z raportu wynika też, że aż dziewięć klubów ekstraklasy musiało w ubiegłym roku pogodzić się z obniżką przychodów. Największy spadek zanotowała właśnie Legia – aż o 38 milionów. Suma przychodów wszystkich klubów, 528 mln zł, to o 22 mln mniej niż przed rokiem. To już drugi rok z rzędu jak ekstraklasa notuje spadek przychodów. W raporcie uwzględniono trzy źródła przychodów: komercyjne (278,3 mln złotych), z transmisji (166,5) oraz dnia meczowego (83,1). W porównaniu do 2017 roku łączny przychód klubów okazał się niższy o 22,4 mln złotych. Jeszcze większy spadek zanotowano względem 2016 roku – 50,9 mln zł.

Spadki przychodów mają wiele przyczyn – najpoważniejszą z nich jest spadek wpływów z UEFA za wyniki w europejskich pucharach, bo tych wyników w ostatnich sezonach nie ma. Spadają też zarobki z tytuły transferów, chociaż ekstraklasę opuszcza coraz więcej polskich piłkarzy. W 2018 roku kluby zarobiły na nich 96,8 mln zł, czyli o połowę mniej niż rok wcześniej. Spadły tez przychody ze sprzedaży biletów. W ostatnim sezonie, co ciekawe, frekwencja na ligowych stadionach pogorszyła się, chociaż w lidze nie grały już Bruk-Bet i Sandecja Nowy Sącz, przyjmujące rywali na kameralnym obiekcie w Niecieczy. Średnio spotkania zakończonego w maju sezonu oglądało 8878 widzów. Najwyższą frekwencją mogła pochwalić się Legia – 17609 widzów, która wyprzedziła Wisłę Kraków (16 135) i Lechię (14 746).

Deloitte przygotowuje raporty na podstawie danych otrzymywanych przez kluby. Uwzględnia w nich przychody z tzw. dnia meczowego (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji meczów oraz źródeł komercyjnych.

 

Piast pokonał Legię

Piłkarze Piasta Gliwice mocno skomplikowali rywalizację o mistrzostwo Polski. Pokonując w Gdańsku Lechię, a w miniony weekend w Warszawie Legię, gliwiczanie dogonili te zespoły w tabeli i na trzy kolejki przed końcem rozgrywek włączyli się do walki o tytuł.

Trener Piasta Gliwice Waldemar Fornalik nie krył zadowolenia po zwycięskiej batalii na Łazienkowskiej. „Na stadionie Legii nie wygrywa się często. Aby odnieść tutaj zwycięstwo, trzeba naprawdę rozegrać dobre spotkanie. My takie właśnie w sobotę rozegraliśmy, chociaż zespół gospodarzy, który ostatnio demonstrował wyraźną zwyżkę formy, ustawił moim piłkarzom poprzeczkę bardzo wysoko. Dlatego brawa dla mojej drużyny za zaangażowanie, dyscyplinę i mądrość” – chwalił swoich podopiecznych Fornalik.

Nie uchylał się też od odpowiedzi na pytanie, czy Piast mierzy w mistrzowski tytuł. „Poczekajmy na wynik niedzielnego meczu Lechii z Cracovią (spotkanie zakończyło się po zakończeniu wydania – przyp. red.), ale nawet jeśli gdańszczanie wygrają w Krakowie, to będą mieć tak samo jak teraz Legia tylko o jeden punkt więcej od nas. A w takiej sytuacji nie ma co owijać w bawełnę i mówić, że nie interesuje nas mistrzostwo Polski. Mogę zatem powiedzieć, że owszem, my także zamierzamy powalczyć o pełną pulę. W ostatnich trzech kolejkach zapowiada się więc bardzo ciekawa rywalizacja, z czego sympatycy futbolu w naszym kraju na pewno się cieszą” – podsumował szkoleniowiec gliwickiego zespołu.

Piast w fazie play off jeszcze nie przegrał meczu, pokonując po kolei: na wyjeździe Lechię Gdańsk 2:0, następnie u siebie Zagłębie Lubin 1:0 i Cracovię 3:1, a teraz na wyjeździe Legię 1:0. Podopiecznych trenera Fornalika czekają jeszcze potyczki u siebie z Jagiellonią Białystok, na wyjeździe z Pogonią Szczecin i w ostatniej kolejce znów u siebie z Lechem Poznań.
Dla Legii sobotnia porażka była drugą w play off, bo wcześniej legioniści przegrali w Poznaniu z Lechem. Stołeczny zespół w trzech ostatnich seriach spotkań dwukrotnie zagra na własnym stadionie – w 35. kolejce z Pogonią i w ostatniej, 37. z Zagłębiem Lubin, zaś w 36. kolejce czeka legionistów wyjazdowa potyczka z Jagiellonią.

Także aspirująca do mistrzowskiego tytułu Lechia najpierw u siebie zmierzy się z Zagłębiem Lubin, następnie na wyjeździe z Lechem, a na koniec podejmie w Gdańsku Jagiellonię. Naprawdę trudno teraz przewidzieć, który z trójki Legia, Lechia i Piast, zdobędzie mistrzowski tytuł.

 

Kłopoty dyrektora Lechii

Były piłkarz Lechii Gdańsk, a dzisiaj jej dyrektor sportowy Jarosław Bieniuk we wtorek został zatrzymany, bo oskarżono go o popełnienia gwałtu. Został zwolniony w środę wieczorem po wpłaceniu kaucji. W wydanym oświadczeniu zapewnił, że jest niewinny i wyraził życzenie, żeby w kontekście tej sprawy używano jego pełnego nazwiska.

Bieniuk jest wychowankiem Lechii. Trafił do gdańskiego klubu w 1995 roku z Ogniwa Sopot jako 16-latek i z niego po trzech sezonach powędrował do Amiki Wronki, gdzie grał do 2006 roku, zdobywając w barwach tej drużyny m. in. dwukrotnie Puchar Polski, medalowe miejsca w mistrzostwach Polski. Jako gracz wronieckiego klubu otrzymał powołanie do reprezentacji Polski, w której w sumie w latach 2003-2009 rozegrał osiem meczów. W latach 2006-2008 występował w tureckim Antalyaspor, po powrocie do kraju był do 2012 roku zawodnikiem Widzewa Łódź, a na koniec wrócił do Lechii, w której po sezonie 2013-2014 zakończył karierę. W listopadzie tego roku został dyrektorem sportowym gdańskiego klubu, którą to funkcję pełni do dzisiaj. Jego wkład w obecne sukcesy zespołu prowadzonego przez trenera Piotra Stokowca jest niezaprzeczalny, co tłumaczy powściągliwą reakcję szefów Lechii na wieść o aresztowaniu Bieniuka. „Jako zarząd klubu Lechia Gdańsk, jesteśmy głęboko poruszeni informacjami medialnymi dotyczącymi pana Jarosława B. Jest nam przykro, mimo że opisane fakty dotyczą spraw z życia prywatnego i nie mają związku z pracą na rzecz Klubu. Prosimy wszystkich o powstrzymanie się od komentowania sprawy oraz wydawania jakichkolwiek osądów do czasu zakończenia działań prowadzonych przez prokuraturę i policję. Wierzymy, że w toku postępowania wszystkie aspekty tej sprawy zostaną zbadane, a wszelkie niejasności wyjaśnione” – napisano w komunikacie opublikowanym na stronie internetowej lidera Lotto Ekstraklasy.

Celebryta mimo woli

Przez wieloletni związek ze zmarłą w 2014 roku na raka trzustki popularną aktorką Anną Przybylską, z którą ma trójkę dzieci, Bieniuk jeszcze jako czynny piłkarz stał się celebrytą, którego życie prasa bulwarowa śledziła i nada uważnie śledzi, czego dowodem liczne publikacje na jego temat. Nie jest zatem postacią znaną jedynie w światku piłkarskim. To tłumaczy dlaczego jego zatrzymanie odbiło się takim szerokim echem w Polsce.

W największym skrócie – we wtorek Bieniuk na wieść, że przeciwko niemu zostało złożone zawiadomienie o popełnieniu gwałtu, z własnej woli zjawił się w gdańskiej prokuraturze, żeby wyjaśnić sprawę. Z informacji jakie przekazali mediom reprezentujący strony adwokaci wynikało, że młoda kobieta, długoletnia znajoma Bieniuka, spotkała się z nim w jednym z sopockich hoteli, gdzie rzekomo została odurzona i wykorzystana seksualnie. Pełnomocnik pokrzywdzonej mecenas Oskar Skibicki na antenie RMF FM powiedział: „Moja klientka jest w fatalnej kondycji psychicznej oraz fizycznej. Cały czas jest pod opieką osób bliskich i psychologa. Sąd w dniu wczorajszym przesłuchał pokrzywdzoną w obecności prokuratora i biegłego. Nie mam wiedzy, aby biegły miał zastrzeżenia do wiarygodności złożonych zeznań, jednak samo zatrzymanie sprawcy bezpośrednio po czynnościach, może sugerować jaka była jego opinia”.

W odpowiedzi reprezentująca Bieniuka mecenas Olga Jędraszko na łamach portalu „Fakt24” zasugerowała, że od jej klient usiłowano wyłudzić pieniądze, a posądzenie o gwałt jest zemstą za niespełnienie tego żądania.

Bez zarzutów się nie obeszło

W środę wieczorem Jarosław Bieniuk opuścił areszt po zapłaceniu kaucji w wysokości 20 tys. złotych, otrzymał dozór policyjny i zakaz kontaktów ze świadkami zdarzenia. Dyrektorowi sportowemu Lechii ostatecznie postawiono zarzuty z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii – chodzi o nieodpłatne udostępnienie narkotyków dwóm osobom dorosłym, w tym kobiecie, która złożyła zawiadomienie dotyczące przestępstwa seksualnego.

Bieniuk po zwolnieniu z aresztu wydał oświadczenie. „W związku z nieprawdziwymi zarzutami formułowanymi w moim kierunku w ostatnich dniach pragnę przekazać Państwu kilka słów wyjaśnienia. Informacje pojawiające się w mediach na temat rzekomo zarzucanych mi czynów są szokujące, zarówno dla Państwa, jak i dla mnie. Oskarżenia te są nieprawdziwe i formułowane wyłącznie w celu osiągnięcia korzyści materialnych. Pragnę podkreślić, że jestem niewinny, dlatego też niezwłocznie i dobrowolnie stawiłem się na posterunku policji. Od początku wyrażałem i w dalszym ciągu wyrażam swoją pełną gotowość do współpracy z wymiarem sprawiedliwości w celu jak najszybszego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Niesłuszne oskarżenia formułowane pod moim adresem godzą bezpośrednio w moje dobre imię, jak i destrukcyjnie wpływają na dobro i kondycję psychiczną moich dzieci. Do zakończenia postępowania i finalnej decyzji sądu, zwracam się z prośbą do przedstawicieli mediów o wstrzymanie się od formułowania jednoznacznych ocen pod moim adresem oraz uszanowanie prawa członków mojej rodziny do prywatności w tym trudnym dla nas wszystkich okresie. Proszę także Państwa – przedstawicieli mediów o używanie mojego pełnego imienia i nazwiska w przygotowywanych artykułach medialnych – bo tak właśnie należy postępować wobec osób niewinnych” – czytamy w oświadczeniu. I czekamy na ostateczny werdykt w tej sprawie.

 

Pięć drużyn liczy na cud

Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej sezonu pięć zespołów (Lechia, Legia, Piast, Cracovia i Zagłębie Lubin) jest już pewnych gry w grupie mistrzowskiej. Na obsadzenie pozostałych trzech miejsc szanse ma jeszcze pięć drużyn.

Sytuacja jest skomplikowana dla całej piątki zespołów aspirujących do zajęcia miejsca w czołowej ósemce, ale w najtrudniejszym położeniu znalazła się Korona. Szanse kielczan na zakwalifikowanie się do elity są w zasadzie tylko teoretyczne, bo muszą w ostatniej kolejce wygrać na wyjeździe z z Piastem Gliwice, a także liczyć na bardzo wysoką porażkę Pogoni Szczecin z Legią oraz Wisły Kraków z Zagłębiem Lubin, a także na remis Lecha z Jagiellonią.

Koroniarzom degradacja jednak nie zagraża, bo nawet jeśli ostatecznie wylądują w grupie spadkowej, to będą mieli ogromną przewagę punktową nad niżej obecnie klasyfikowanymi zespołami Zagłębia Sosnowiec, Wisły Płock, Arki, Górnika, Miedzi i Śląska.

W niewiele lepszym położeniu znalazła się Pogoń. Gdyby „Portowcy” wygrali z Arką w 29. kolejce (zremisowali 3:3), mieliby awans do grupy mistrzowskiej w kieszeni, a tak muszą teraz pokonać w ostatniej serii spotkań Legię, bo tylko zwycięstwo da im miejsce w Top 8 bez oglądania sie na wyniki innych spotkań. W przypadku remisu szczecinianie będą musieli liczyć na porażkę Wisły Kraków lub porażkę albo remis Lecha. Pogoń zapewni sobie miejsce w grupie mistrzowskiej także w przypadku remisu lub porażki Wisły Kraków, jednoczesnych porażkach Wisły i Lecha, porażki Lecha oraz remisu lub porażki Korony.

Pokonać jednak Legię nie będzie „Portowcom” łatwo, bo po zwolnieniu portugalskiego trenera-zamordysty Ricardo Sa Pinto legioniści pod wodzą duetu Aleksandar Vuković – Marek Saganowski wyraźnie odżyli i z każdym kolejnym meczem nabierają wiatru w żagle. W dwóch meczach (z Jagiellonią i Górnikiem) zdobyli komplet punktów, strzelając pięć goli i tracąc jednego. W Zabrzu o swoich strzeleckich umiejętnościach przypomniał Carlitos. Jego dwie bramki zapewniły Legii zwycięstwo, na uwagę zasługuje jednak łatwość, z jaką hiszpański napastnik dochodził do strzeleckich sytuacji. Niewykluczone, że w jego rosnąca forma może w końcówce sezonu okazać się decydującym czynnikiem w wyścigu o mistrzostwo.

Wprawdzie pod względem jakości i stylu gry wielkiej poprawy u legionistów nie widać, ale na ich szczęście równie topornie na boisku prezentuje się drużyna prowadzącej w tabeli Lechii. Gdańszczanie nadrabiają to walecznością, lecz taka siłowa gra ma swoją cenę, którą przyjdzie im zapłacić właśnie na finiszu.

 

Lotto Ekstraklasa: Rekordy frekwencji padają w derbach

W 26. kolejce padł rekord frekwencji w tym sezonie naszej piłkarskiej ekstraklasy. Derby Krakowa Wisła – Cracovia obejrzało 28 235 widzów. Dotychczasowy rekord, ustanowiony w derbach Trójmiasta Lechia Gdańsk – Arka Gdynia został pobity o trzy tysiące.

Wbrew pozorom rekordowa liczba widzów na stadionie Wisły w Krakowie jest tak naprawdę frekwencyjną porażką Lotto Ekstraklasy. A to dlatego, że najlepszy w tym sezonie wynik, ustanowiony dopiero w 26. kolejce po rozegraniu 206 meczów z udziałem publiczności, w poprzednim byłby dopiero na siódmym miejscu. Co prawda rekord frekwencji padł w spotkaniu 30. kolejki Lecha z Górnikiem, na które przyszło w Poznaniu 36 941 osób, ale pięć pozostałych lepszych niż w tym sezonie wyników ustanowiono wcześniej.

Wracając do 26. kolejki obecnych rozgrywek, to poza Krakowem przyzwoita liczba widzów stawiła się jeszcze tylko w Warszawie na Łazienkowskiej. Starcie Legii ze Śląskiem (1:0) obejrzało w stolicy 18 342 osób. Na pozostałych sześciu stadionach nigdzie frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy, nawet w Białymstoku, gdzie na spotkanie Jagiellonii z Korona Kielce stawiło się zaledwie 7 660 kibiców.

Księgowy Lecha musi rwać włosy z głowy, bo po słabych w tym roku wynikach fani „Kolejorza” obrazili się na swój zespół. Przegrany 0:3 mecz z Górnikiem Zabrze obejrzało tylko 9 881 widzów, a pamiętajmy, że stadion w Poznaniu ma ponad 42 tysiące miejsc.

Ale w naszej ekstraklasie nawet dobre wyniki nie zawsze przekładają się na wzrost frekwencji. Przekonują o tym przykłady Zagłębie Lubin (5823 widzów w spotkaniu z Arką Gdynia) i rewelacji wiosennej rundy Piasta Gliwice (5573 osoby na meczu z Miedzią Legnica). Tradycyjnie już niewielu fanów wybrało się na stadion w Płocku (2511 na przegranym 0:2 meczu z Pogonią) i w Sosnowcu (tylko 2624 widzów przyszło zobaczyć jak ich zespół gra z liderem ligi Lechią Gdańsk). Po 26. kolejkach najliczniejszą widownią może pochwalić się Legia (średnia na mecz 13 392). Druga jest Wisła Kraków (15 791), trzecia Lechia (13 892), czwarty Lech (13 183, a piąty Górnik (12 405 widzów).

 

Pojedynek selekcjonerów w Lotto Ekstraklasie

Wydarzeniem 22. kolejki był trenerski pojedynek dwóch byłych selekcjonerów reprezentacji Polski – prowadzącego od 25 listopada ub. roku zespół Lecha Adama Nawałki z prowadzącym od 19 września 2017 roku Piasta Waldemarem Fornalikiem. „Kolejorz” okazał się o klasę gorszy, bo przegrał w Gliwicach aż 0:4. Ostatni raz lechici takie lanie dostali 15 lat temu.

Lech Poznań fatalnie rozpoczął wiosenną część rozgrywek. Na inauguracje przegrał u siebie z Zagłębiem Lubin 1:2, a teraz doznał klęski 0:4 w starciu z Piastem Gliwice. Po tych dwóch porażkach zespół Nawałki, który zaczął ten rok jako trzeci zespół w tabeli, wypadł z czołówki na koniec grupy mistrzowskiej. Były selekcjoner na razie nie traci rezonu. „Wiadomo, że to jest trudna sytuacja, ale zrobimy wszystko, żeby ją opanować. Inaczej wyobrażaliśmy sobie start rundy wiosennej, tym bardziej że końcówka jesieni była udana i napawająca optymizmem. Musimy teraz podjąć działania mające na celu odbudowę mentalną zawodników. Nie ma mowy o załamywaniu rąk” – zapewniał po meczu z Piastem Nawałka.

Problem chyba jednak jest, i to nawet spory. Nawałka nie ma korzystnego bilansu w trenerskich potyczkach z Fornalikiem, bo z siedmiu dotychczasowych wracał na tarczy pięciokrotnie. W piątkowy wieczór jego drużyna nie stawiła gliwiczanom praktycznie żadnego oporu. Zgrani i dobrze rozumiejący się piłkarze Piasta narobili graczom poznańskiej jedenastki wstydu, bowiem „Kolejorz” po raz ostatni przegrał ligowy mecz do zera różnicą czterech bramek 28 sierpnia 2004 roku. Uległ wtedy na własnym stadionie 0:4 Amice Wronki.

Na Bułgarskiej jeszcze paniki nie ma, ale chyba nikt tam nie ma już złudzeń, że Nawałka jest cudotwórcą zdolnym do przekształcenia grupy wypalonych graczy w boiskowych wojowników. Najlepszym dowodem braku woli walki jest tylko jedna żółta kartka, którą zarobił Łukasz Trałka. Sygnałem alarmowym, że coś jest z zespołem nie tak, były fatalne wyniki zimowych sparingów. Poznaniacy z pięciu rozegranych spotkań kontrolnych wygrali tylko jedno, a w czterech doznali porażek. Nawałka bagatelizował te wyniki i zapewniał, że ma wszystko pod kontrolą, ale dwa pierwsze mecze o punkty pokazały, że chyba tak nie jest. Przed rozpoczęciem wiosennej rundy zespół Lecha był wymieniany nawet wśród kandydatów do mistrzowskiego tytułu. Te prognozy na razie są nierealne, bo do prowadzącej Lechii Gdańsk ekipa „Kolejorza” traci w tej chwili 13 punktów. A w następnej kolejce zmierzy się z wiceliderem Legią Warszawa.

Czy Nawałka zdoła w tydzień odmienić oblicze zespołu? „Jesteśmy profesjonalistami i musimy robić swoje. Na mecz z Legią będziemy odpowiednio przygotowani” – obiecuje były selekcjoner reprezentacji. Waldemar Fornalik nie musi si tak gimnastykować, bo jedynym celem jaki przed nim postawiono jest utrzymanie zespołu w ekstraklasie. Zapewnia to jak wiadomo dowolne miejsce w grupie mistrzowskiej, a po 22. kolejkach Piast jest na piątej pozycji z kilkupunktową przewagą na zespołami sklasyfikowanymi niżej.

 

Piłkarze w Polsce kosztują niewiele

Przy okazji transferu Krzysztofa Piątka z Genoi do AC Milan głośno było o polskich piłkarzach i ich rynkowej wartości. Branżowy niemiecki portal „Transfermarkt.de” zaktualizował przy tej okazji wyceny piłkarzy polskiej Lotto Ekstraklasy. W niej za najdroższego gracza uznano pomocnika Legii Warszawa Sebastiana Szymańskiego, którego wyceniono na sześć milionów euro.

Rynkowa wartość piłkarzy zależy od wielu czynników, ale jak z każdym towarem jego wartość wynosi dokładnie tyle, ile ktoś jest gotów za jego transfer zapłacić. Sebastian Szymański ma 19 lat i w tym sezonie jest podstawowym graczem Legii, bo zaliczył już 26 występy we wszystkich rozgrywkach, ale jako ofensywnym pomocnik nie może pochwalić się jakimiś nadzwyczajnymi osiągnięciami – zdobył tylko jedną bramkę i zaliczył trzy asysty. Zainteresował się nim Spartak Moskwa i Rosjanie wedle plotek publikowanych w polskich mediach byli nawet skłonni zapłacić za niego osiem milionów euro. Ostatecznie do transakcji nie doszło, ale ten nieudany transferowy epizod w zestawieniu Transfermark.de” podwoił wartość Szymańskiego z trzech do sześciu milionów euro.

Znacznie konkretniejszą podstawę do rynkowej wyceny piłkarskiej wartości zyskał tej zimy 18-letni środkowy obrońca Pogoni Szczecin Sebastian Walukiewicz, za którego włoskie Cagliari Calcio zapłaciło cztery miliony euro, ale zostawiło zawodnika w ekipie „Portowców” do końca sezonu.

Inny włoski klub, Fiorentina, finalizuje właśnie transfer 21-letniego pomocnika Górnika Zabrze Szymona Żurkowskiego. Jego wartość niemiecki portal wycenił na cztery miliony euro, ale Włosi zapłacą zabrzańskiemu klubowi 3,7 mln euro, lecz w bonusach za ewentualne osiągnięcia oferują dalsze 1,4 mln euro. W sumie zatem transfer tego utalentowanego piłkarza może przynieść Górnikowi Zabrze w sumie 5,1 mln euro.

Na cztery miliony euro niemiecki portal wycenił z kolei bocznego obrońcę Lecha Poznań 20-letniego Roberta Gumnego. Ten piłkarz już rok temu był przymierzany do transferu i wtedy w spekulacjach pojawiła się kwota pięciu milionów euro, ale potem przytrafiła mu się kontuzja i jego wartość trochę spadła. W tym sezonie Gumny jest jednak podstawowym graczem Lecha, a poza tym jego rodzina mocno naciska na jak najszybszy transfer gdziekolwiek na Zachód, więc latem pewnie odejdzie.
Zaskakujący awans w rankingu najbardziej wartościowych zawodników w ciągu pół roku zaliczyli 19-letni bramkarz Legii Radosław Majecki (z 250 tys. euro do 2,5 mln euro) oraz 22-letni Słowak Lukasz Haraslin z Lechii Gdańsk (z 300 tys. euro do 2 mln euro).

Obniżono natomiast rynkową wartości napastników Legii – 23-letni Jarosław Niezgoda po przerwie spowodowanej problemami z sercem wyceniany jest obecnie na 3,5 mln euro (poprzednio 4 mln euro), a 28-letni Hiszpan Carlos Daniel Lopez Huesca, zwany Carlitosem zamiast 3 mln kosztuje teraz wg. „Transfermark.de” tylko dwa miliony euro). Na taką sama kwotę wyceniania są 28-letni duński napastnik Lecha Christian Gytkjaer i 25-letni portugalski pomocnik Legii Carlos Miguel Ribeiro Dias „Cafu”.

 

Lechia też nie płaci piłkarzom

Nie tylko Wisła Kraków zalegała jesienią z wypłatami dla piłkarzy. Kolejnym klubem, w którym wyszły na jaw zaległości, jest lider rozgrywek Lechia Gdańsk. Piłkarze postanowili w końcu zaprotestować. Zaczęli od bojkotu mediów i opóźnienia treningu.

Zaległości finansowe gdańskiego klubu wobec zawodników wynoszą już w niektórych przypadkach trzy miesiące, co w myśl przepisów PZPN upoważnia poszkodowanych do wysłania wezwań do zapłaty, a po dwóch tygodniach w przypadku nieuregulowania zadłużenia do rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Cierpliwość piłkarzy chyba się wyczerpała, bo najpierw gremialnie odmówili udziału w zaplanowanym przez klub na czwartek spotkaniu z dziennikarzami, a potem celowo opóźnili rozpoczęcie treningu o ponad godzinę. Tyle mniej więcej czasu trwała rozmowa rady drużyny z przedstawicielami zarządu klubu. Zawodnicy chcieli jeszcze przed wyjazdem na zgrupowanie do Turcji uzyskać odpowiedź na dwa pytania – dlaczego do 10 stycznie nie otrzymali obiecanych wypłat i kiedy te pieniądze trafią w końcu na ich konta.

Wyszło jednak na jaw, władze Lechii o raz trzeci z rzędu nie dotrzymały terminu wypłat. Sytuacja zrobiła się nieciekawa dla obu stron, bo piłkarze już mają prawo do rozwiązywania kontraktów z winy klubu, ale mało czasu na znalezienie nowego pracodawcy, zaś Lechia nawet jeśli nie straci wszystkich graczy, to nie będzie miała wiosną już drużyny zdolnej do walki o mistrzostwo Polski. „Do końca stycznia sytuacja powinna być opanowana” – napisano w komunikacie biura prasowego klubu, a to oznacza, że szefowie Lechii wybrali wariant „na przeczekanie”. Spadek z ligi zespołowi już raczej nie grozi, a walka im niższe miejsce w tabeli, tym wydatki na premie za wyniki mniejsze, zatem dla budżetu klubu to korzyść.

I pewnie dlatego zawodnicy już nie wierzą w obietnice działaczy, bo Lechia płaci nieregularnie już od dawna. W poprzednim sezonie z tego powodu Komisja Licencyjna odebrała przecież gdańszczanom jeden punkt. Nie przeszkodziło jej to jednak przyznać lechistom licencji na obecny sezon.

To nie jedyne tarapaty finansowe gdańskiego klubu. Lechia wciąż nie przelała na konto Zagłębia Lubin 300 tysięcy złotych ekwiwalentu za wyszkolenie Jarosława Kubickiego. „W związku z nieuregulowaniem zależności, zgłosiliśmy sprawę do Komisji Licencyjnej” – poinformował na Twitterze rzecznik prasowy „Miedziowych” Paweł Junory. I to jest chyba najlepszy dowód, że Lechia ma pustki w kasie, bo skoro nie była w stanie zapłacić takiej niewielkiej kwoty, to tym bardziej nie będzie w stanie zapłacić kilku milionów zaległych wynagrodzeń piłkarzom. Ktoś tu albo nie kontroluje budżetu, albo bawi się nie swoimi pieniędzmi na światowych giełdach, albo rujnuje świadomie klub jak zrobił to w Krakowie „Misiek” i jego ferajna.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia nadal liderem

Fot. Po 20 kolejkach najlepszym zespołem Lotto Ekstraklasy jest Lechia Gdańsk

 

 

Piłkarze Lotto Ekstraklasy przed świętami rozegrali ostatnią w tym roku, 20. serię spotkań. W roli lidera rozgrywek na przerwę zimową udała się ekipa Lechii Gdańsk, druga ze stratą trzech punktów jest Legia, na trzecią lokatę po trzech zwycięstwach z rzędu awansował Lech.

 

Pierwsze miejsce Lechii jest sporą niespodzianką. Przypomnijmy, że ten zespół w rundzie wiosennej poprzedniego sezonu walczył o utrzymanie w grupie spadkowej. Piotr Stokowiec przejął zespół 5 marca i zakończył rozgrywki na 13. pozycji. Co ciekawe, o jeden szczebel niżej znalazła się prowadzona przez Waldemara Fornalika drużyna Piasta Gliwice. W obecnym sezonie Lechia i Piast walczą z powodzeniem w górnej połówce tabeli, a w grupie spadkowej ich miejsca zajęły rewelacyjnie spisujące się w poprzednim sezonie zespoły Górnika Zabrze i Wisły Płock.

Z elity wypadła też drużyna Zagłębia Lubin, z której Stokowca zwolniono w listopadzie 2017 roku, a awansowała do niej Pogoń Szczecin, która na początku rozgrywek zaliczyła falstart i długo zajmowała miejsce w strefie spadkowej. Szefowie „Portowców” nie stracili jednak zaufania do niemieckiego trenera Kosty Runjaica i nie postąpili jak działacze Zagłębia Lubin wobec Stokowca. Ich cierpliwość została nagrodzona, bo zespół w końcu zaskoczył i zaczął zdobywać punkty, a po 20. kolejkach zajmuje piąte miejsce w tabeli.

Równie wielką cierpliwością wobec trenera Michała Probierza wykazał się właściciel Cracovii Janusz Filipiak, bo go nie zdymisjonował chociaż zespół długo szorował po dnie ligowej tabeli. W końcu „Pasy” zaczęły wygrywać i poszybowały w górę zajmując po 20. kolejkach dziewiątą lokatę, pierwszą w grupie spadkowej, ale tylko z dwupunktową stratą do ostatniej w grupie mistrzowskiej Wisły Kraków.

 

Wisła tonie w długach

Skoro już o Wiśle mowa, to końcówka roku w tym klubie jest wręcz dramatyczna. „Biała Gwiazda” tonie pod ciężarem długu sięgającego 40 mln złotych i zalega piłkarzom z wypłatami od lipca, co może skutkować tym, że w styczniu trenera Maciej Stolarczyk będzie miał w szatni pustki, bo wszyscy czołowi gracze rozwiążą kontrakty z winy klubu. Przed świętami akcje Wisły od Towarzystwa Sportowego Wisła odkupiły ponoć dwa zagraniczne fundusze inwestycyjne, ale transakcje zostanie sfinalizowana dopiero wówczas, jeśli do 28 grudnia wpłacą 12,2 mln złotych. Kibice „Białej Gwiazdy” czekają w napięciu, bo jeśli nieznane szerzej konsorcja Alelega, należąca do obywatel francuskiego kambodżańskiego pochodzenia Vanny Ly oraz Noble Capitall Partners będące własnością Szweda Matsa Hartlinga, nie wpłacą tych pieniędzy w ustalonym terminie, wtedy akcje wrócą do TS Wisła i 23-krotnych mistrzów Polski czeka nieuchronne bankructwo i degradacja do klasy okręgowej.

Skomplikowana sytuację wiślaków trafnie skomentował na Twitterze prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Zadłużenie Wisły we Włoszech nikogo by nie zdziwiło, rzecz absolutnie do wyprowadzenia. Zdziwiłoby Włochów i to mocno, że klub z taką tradycją i rangą jest (był) zarządzany przez totalnych dyletantów”. Pełniący obowiązki prezesa Wisły wspólnik Vany Ly i Matsa Hartlinga Adam Pietrowski zapewnia, że pieniądze zostaną przelane. Przyszli właściciele Wisły odbyli już rozmowy z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowski, a także spotkali się z Jakubem Błaszczykowskim, który deklaruje chęć powrotu do Wisły już w styczniu.

 

Kiepski poziom sportowy

O tym, że poziom sportowy naszej piłkarskiej ekstraklasy nie jest wysoki, świadczą najlepiej żenujące wyniki polskich zespołów w europejskich pucharach. Ale w starciach między sobą utrzymują przyzwoite statystyki. W 160 rozegranych dotąd meczach piłkarze strzelili 453 gole, co daje średnią 2,8 bramki na mecz. Z tego urobku 239 trafień zaliczyli gospodarze, a 214 goście.
Gospodarze częściej wygrywali(65 meczów) niż przegrywali (48) i remisowali (47). Ale najwyższą porażkę w obecnych rozgrywkach zaliczyła na swoim boisku drużyna Zagłębia Sosnowiec, przegrywając z odrodzonym pod wodza Adama Nawałki Lechem Poznań aż 0:6. Więcej bramek w jednym spotkaniu padło tylko w potyczkach Lecha z Wisłą Kraków i Wisły Kraków z Lechią (oba wygrane przez wiślaków po 5:2).

W 20 rozegranych dotąd kolejkach ligowych wystąpiło łącznie 394 piłkarzy, w tym 157 cudzoziemców. Średni wiek piłkarzy to 26 lat i 331 dni. Najwięcej graczy wystawiła do gry Legia Warszawa (30), Cracovia (29) i Lech Poznań (27), najmniej Korona Kielce (21), Wisła Płock (22) i Górnik Zabrze, Piast Gliwice i Wisła Kraków (po 23 zawodników).

Najskuteczniejszymi strzelcami po 20 kolejkach są obcokrajowcy – Portugalczyk Flavio Paixao (Lechia) i Hiszpan Igor Angulo (Górnik). Najlepszy z polskich piłkarzy jest Marcin Robak (Śląsk), który ma na koncie 11 trafień.

Najlepszą frekwencją na swoim stadionie może się pochwalić Legia Warszawa, której występy przy Łazienkowskiej oglądało średnio około 16 000 widzów. Druga w tym zestawieniu jest Lechia Gdańsk (14 500), trzecia krakowska Wisła (13 800), czwarty Górnik Zabrze (11 600), piąty Lech Poznań (11 500), szósta Jagiellonia Białystok (10 100). Najgorszą frekwencję miały Zagłębie Sosnowiec (3600), Piast Gliwice (4200), Wisła Płock (4200) i Cracovia (po 4700 widzów).

 

Kanonada Lecha

Fot. Filip Marchwiński (z lewej) ma dopiero 16 lat, ale trenera Adam Nawałka nie wahał się wystawić go do gry o ligowe punkty

 

 

Przedostatnia w tym roku kolejka ekstraklasy przyciągnęła na trybuny niespełna 45 tysięcy widzów. Goli padło w niej sporo, bo 22, ale duży wkład w ten wynik włożyły Lech, który pokonał Zagłębie Sosnowiec 6:0 oraz Zagłębie Lubin wygrywając z Jagiellonią 4:0.

 

Adam Nawałka przejął zespół „Kolejorza” 25 listopada, a w nowej roli zadebiutował w 17. kolejce w meczu z Cracovią. Nie był to debiut udany, bo poznaniacy przegrali w Krakowie 0:1, ale w dwóch kolejnych występach zdobyli już komplet punktów i strzelili osiem bramek nie tracą żadnej. Najpierw u siebie wygrali ze Śląskiem 2:0, a w miniony weekend rozgromili beniaminka ekstraklasy Zagłębie Sosnowiec aż 6:0. Futbolowi statystycy ogłosili, że było to najwyższe wyjazdowe zwycięstwo Lecha w jego historii. Tak na marginesie sosnowiczanie okazali się wdzięcznym rywalem dla „Kolejorza, bo w rundzie jesiennej w Poznaniu przegrali z nim 0:4. W sumie zatem lechici w dwóch spotkaniach z Zagłębiem zdobyli aż 10 bramek, czyli niemal jedną trzecią ich strzeleckiego dorobku w 19 kolejkach. Nie umniejsza to bynajmniej zasług trenera Nawałki, wręcz przeciwnie – wypada docenić fakt, że w tak krótkim czasie zdołał przerwać ciągnącą się od 26 sierpnia serię wyjazdowych niepowodzeń. Do meczu z Sosnowcu z dziewięciu spotkań zdołali wygrać tylko dwa (oba przed 26 sierpnia), a potem jeszcze dwukrotnie wyszarpali wyniki remisowe, zaś w pięciu meczach zanotowali porażki.

Zagłębie Sosnowiec to co prawda w tej chwili najsłabszy zespół w ekstraklasie i niemal murowany kandydat do spadku, ale przed klęską z Lechem dał się dotkliwie zbić tylko Jagiellonii, z którą przegrał u siebie 1:4 i Lechii, z którą w takim samym rozmiarze przegrał w Gdańsku. Dlatego 6:0 Lecha zasługuje na uznanie, także dlatego, że trzy gole zdobyli młodzi piłkarze Lecha, którym trener Nawałka w tym spotkaniu dał szansę gry: 20-letni Robert Gumny, 18-letni Tymoteusz Klupś i, uwaga!, 16-letni Filip Marchwiński.

Lech awansował na czwarte miejsce w tabeli, ale o tym czy lechici trwale przezwyciężyli wyjazdową niemoc, przekonamy się w najbliższy weekend, bo w ostatniej tegorocznej kolejce ligowej czeka ich starcie w Krakowie z Wisłą. Ekipa „Białej Gwiazdy” przeżywa trudne chwile, ale nieopłacani od miesięcy piłkarze walczą dzielnie i na razie nie składają wniosków o rozwiązanie kontraktów. W 19. kolejce krakowski zespół pokonał imienniczkę z Płocka 2:1 i w ostatniej w tym roku kolejce z pewnością zrobi wszystko, żeby popsuć trenerowi Nawałce sentymentalny powrót na stadion przy Reymonta. Na szczycie tabeli utrzymała się Lechia, ale po remisie z Miedzią ma już tylko trzy punkty przewagi nad ścigającą ją Legią. W 20. kolejce gdańszczanie zmierzą się u siebie z grającym ostatnio w kratkę Górnikiem, a legioniści zagrają w Sosnowcu ze zdołowanym Zagłębiem.