Trudno w to uwierzyć, ale Boski Diego umarł

Nagła śmierć Diego Maradony, chociaż wywołała poruszenie na całym świecie, raczej dla nikogo zaskoczeniem nie była. Legendarny piłkarz przez co najmniej połowę życia niemiłosiernie katował swój organizm narkotykami i alkoholem. Kilka razy lekarze ratowali mu życie niemal w ostatniej chwili, ale Maradona nie był przykładnym pacjentem i szybko wracał do wyniszczającego trybu życia. W końcu jego serce tego nie wytrzymało.

Maradona zmarł w środę nad ranem w wyniku zawału, co po sekcji zwłok oficjalnie ogłosiła argentyńska prokuratura. Dzisiaj mówi o nim cały świat. Jego piłkarskiego geniuszu nikt nigdy nie kwestionował, a teraz zwłaszcza tego nie robi, nawet pamiętający mu gola strzelonego ręką w MŚ’86 Anglicy, co potwierdza choćby festiwal bałwochwalczych wręcz wpisów na portalach społecznościowych. Najwybitniejsi i najważniejsi ludzie w światowym futbolu uznali za swój obowiązek oddać hołd „Boskiemu Diego”, zaś większość z nich podkreślała, że był on jeśli nie najwybitniejszym, to na pewno jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii futbolu. W plebiscycie przeprowadzonym w 2004 roku przez FIFA z okazji stulecia powstania organizacji, Maradona został przez 53 procent głosujących uznany za najlepszego piłkarza XX wieku, ale ostatecznie tym tytułem musiał podzielić się z brazylijskim „królem futbolu”, bo działaczom światowej federacji piłkarskiej nie mieściło się w głowie, żeby na szczycie zabrakło Pelego.
Diego Maradona niebywały talent do gry w futbol zdradzał od najmłodszych lat. Gdy jego ojciec, Diego „Chitoro” Maradona, zapisał go do klubu Cebolitas, młodzieżowej filii Argentinos Juniors, trenerzy po obejrzeniu tego, co potrafił zrobić z piłką, nie mieli wątpliwości, że trafił do nich przyszły gwiazdor. Diego szybko stał się dumą i wielką nadzieją Argentinos Juniors. W przerwach meczów zabawiał kibiców swoimi popisami żonglerki piłką, z których niektóre zapisane na filmowej taśmie zachowały się do dzisiaj. W 1971 roku doczekał się pierwszej wzmianki w prasie, w dzienniku „Clarin”, tego samego, który 49 lat później jako pierwszy podał informację o jego śmierci. „I zdarzył się ten dzień. Dzień, gdy się stało nieuchronne. To cios w emocje całego narodu. Odbije się echem pod każdą szerokością geograficzną. To jest zdanie, które zostało napisane już kilka razy, ale zawsze okazało się okiwane. A teraz jest już częścią smutnej rzeczywistości: zmarł Diego Armando Maradona”. Ale w połowie lat 70. nic jeszcze tego nie zapowiadało, bo „Boski Diego” dopiero wkraczał na futbolowe salony. W 1976 roku podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt, oczywiście z Argentinos Juniors. W barwach tego zespołu występował do 1981 roku, rozegrał przez te lata 167 meczów i strzelił 116 goli. Ale dotknięty gwizdami fanów tej drużyny nakazał swojemu agentowi, żeby „za karę” przetransferował go do konkurencyjnego Boca Juniors. Dla tego klubu grał jednak krótko, bo w 1982 roku, mimo nieudanego występu z reprezentacją Argentyny na mundialu w Hiszpanii, przeszedł do FC Barcelona za 7,5 mln dolarów, co w owym czasie było transferowym rekordem świata.
W „Dumie Katalonii” spędził jednak tylko dwa sezony, zagrał w 36 spotkaniach i zdobył 22 bramki. Jak na piłkarskiego geniusza nie był to imponujący dorobek, lecz trzeba pamiętać, że w 1983 roku po faulu obrońcy Athletic Bilbao Andoniego Goikotxei doznał poważnej kontuzji i wypadł z gry na ponad kwartał. Przestało też podobać mu się w Hiszpanii, co wykorzystali ludzie z jego otoczenia i rok później doprowadzili do kolejnego rekordowego transferu Maradony, który za 11 mln dolarów przeszedł do SSC Napoli. Ta transakcja wzbudziła na świecie mnóstwo komentarzy, bo „Boski Diego” jeszcze wtedy nie miał piłkarskiego świata u stóp, zastanawiano się też skąd klub z należącego do włoskiego „biednego Południa” Neapolu miał taka furę pieniędzy na wykup argentyńskiego gwiazdora. W medialnych spekulacjach pojawiały się sugestie, że za transakcją stali wpływowi mafiosi. Jeśli to prawda, to mieli oni nosa do piłkarskich transferów, bowiem w Neapolu talent Maradony eksplodował z siłą atomowej bomby. Skorzystała też na tym reprezentacja Argentyny, bo w 1986 roku w Meksyku „Boski Diego” był w szczytowej formie i to głównie dzięki niemu ekipa „Albicelestes” wywalczyła mistrzostwo świata.
I za to Maradona jest w swoim ojczystym kraju uwielbiany, chociaż było to przecież w ostępie ośmiu lat drugi mistrzowski tytuł dla Argentyny. Ale tego zdobytego u siebie w 1978 roku Argentyńczycy nie szanowali, bo był sukcesem znienawidzonej przez nich wojskowej junty, która wtedy rządziła krajem. Triumf na meksykańskich stadionach do dzisiaj jest dla nich ważniejszy także dlatego, że w drodze do finału ich piłkarze pokonali reprezentację Anglii, co powszechnie uznano w Argentynie za wielki rewanż po porażce w wojnie z Wielką Brytanią o Falklandy, które dla Argentyńczyków były, są i na zawsze będą Malediwami. A jak pewnie wszyscy gani futbolu pamiętają lub wiedzą, w meczu z Anglikami to właśnie Maradona skradł show i strzelił dwa gole, które przeszły do historii światowego futbolu. Pierwszego wbił ręką, a drugiego po rajdzie przez pół boiska i ograniu połowy ekipy rywali. Tego wyczynu jego rodacy nigdy mu nie zapomnieli i za to do dzisiaj obdarzają go uwielbieniem, mimo iż wielokrotnie zawstydzał swoim zachowaniem, czasem nawet wystawiał się na pośmiewisko, Argentyńczycy mimo to niezmiennie go kochali. Nawet najważniejsi obywatele tego kraju. „Papież Franciszek powiadomiony o śmierci Diego Maradony myśli serdecznie o spotkaniach w tych latach i wspomina go w modlitwie, tak ja to robił w dniach, gdy dowiedział się o jego stanie zdrowia” – przekazał mediom rzecznik Watykanu Matteo Bruni. Papież Franciszek, przecież Argentyńczyk z krwi i kości, jest wielkim fanem futbolu, kibicem i honorowym członkiem klubu San Lorenzo z Buenos Aires. Po tym jak rozpoczął pontyfikat w 2013 roku przyjął Maradonę na kilku prywatnych audiencjach. Jeszcze dalej w żalu posunął się prezydent Argentyny, który po śmierci piłkarza ogłosił trzydniową żałobę narodową.
31 października Maradona skromnie obchodził 60 urodziny. Trzy dni później wylądował w szpitalu w La Plata, 60 kilometrów od Buenos Aires. Tym razem powodem był guz mózgu. Operacja jego usunięcia przebiegła bez komplikacji, ale „Boski Diego” po wybudzeniu nie okazał lekarzom wdzięczności. Żądał wypuszczenia do domu, ale rodzina uznała, że skoro po tygodniach namawiania wreszcie udało się go zagonić do szpitalnego łóżka, to trzeba go przytrzymać jak najdłużej. Z dala od alkoholu, którego w ostatnich latach ponoć nadużywał bardziej niż kokainy. Nie dało się zbyt długo.
Ledwie pojawił się w domu, a nad posesją zaczęły latać drony obładowane kamerami, podglądającymi przez okna w jakim był stanie, co robił, kto go odwiedzał. I chociaż „Boski Diego” już nie żyje, drony znad jego domu nie zniknęły. Bo cała Argentyna jest teraz w żałobie i płacze po swoim bohaterze, więc musi wiedzieć co u niego nawet po śmierci. Reszta świata jest już tego mniej ciekawa, a jak minie żałoba pewnie zweryfikuje trochę legendę.