Adwokat „diabła”

30-letni Juan Branco może bez problemu powiedzieć w telewizyjnym wywiadzie, że obecny prezydent Francji Emmanuel Macron to „kurwa”.

To możliwe, gdyż dwa lata temu tak samo publicznie określił talenty Macrona syn polskiego komunisty z Brześcia Litewskiego, wielki kapitalistyczny finansista Alain Minc, autorytet w kwestiach zarządzania. Minc udawał, że „kurwa” w odniesieniu do dobrego bankowca to wręcz komplement i jakoś to przeszło. Branco lubi to publicznie wspominać, bo jego zamiarem jest odsunięcie prezydenta i jego ludzi od władzy.
Jeśli spojrzeć na osobę na zdjęciu po lewej od Assange’a, można się zastanawiać, czy w ogóle zna brzydkie wyrazy. Wygląd rozczochranego studenta czyni z niego niewiniątko. A jednak to jest właśnie francuski adwokat i doradca prawny Juliana Assange’a, jego człowiek od kontaktów z ONZ i trybunałami międzynarodowej sprawiedliwości, do tej pory raczej dyskretny. Od aresztowania Assange’a Branco stał się nagle bardzo widoczny: na listach przebojów księgarskich króluje jego książka i dopiero pożar Notre-Dame sprawił, że na moment wyprzedziło ją dzieło Wiktora Hugo Dzwonnik z Notre-Dame. Autor demoluje w niej świat Macrona z wyjątkową siłą i precyzją.
Zmierzch. Macron i oligarchowie, śledztwo to już trzecia książka Branco, ale jego praca naukowa Porządek i świat. Krytyka Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), ani nawet pamflet o starożytnie jednoznacznym tytule Przeciw Macronowi, nie zdobyły takiego „efektu łał”. Branco jest doktorem prawa ze specjalizacją filozofii i historii prawa oraz poczwórnym magistrem: nauk politycznych, literatury współczesnej, filozofii politycznej i geopolityki.
Po przejściu przez MTK i francuski MSZ zaczął pracować jako doradca i adwokat WikiLeaks, pod dyrekcją hiszpańskiego sędziego Baltasara Garzóna, znanego m.in. z prób ścigania chilijskiego gen. Augusto Pinocheta czy amerykańskiego zbrodniarza Henry’ego Kissingera. Krążył między Nowym Jorkiem, ambasadą Ekwadoru w Londynie a Paryżem, by bronić Assange’a przed ekstradycją do Ameryki. Próbował załatwić mu azyl polityczny we Francji, ale prezydenci Hollande i Macron po kolei odmówili z bojaźni przed gniewem imperium. Ale nie tylko dlatego Branco tak złośliwie lubi wspominać słowa Alaina Minca o Macronie.
Przed rewolucją
„Wszyscy znaleźliśmy się w pułapce tego, co należałoby nazwać – i wykażemy to – systemem oligarchicznym. Nasza przestrzeń publiczna została zdominowana przez ludzi, których fortuna zależy bezpośrednio lub pośrednio od państwa. Zainwestowali w przejęcie kontroli mediów i w ten sposób zapewnili sobie ochronę swoich interesów kosztem dobra publicznego” – pisze Branco we wstępie do Zmierzchu. Jego śledztwo ma na celu udowodnienie, że bankowiec Macron został w 2017 r. raczej „ulokowany” przez ten system, niż wybrany na prezydenta. Oligarchiczne media były wspólnikami tej operacji. Gniew „żółtych kamizelek” i domaganie się odejścia Macrona, dzielone przez większość Francuzów, jest więc jego zdaniem jak najbardziej usprawiedliwione. Oligarchowie „nie są skorumpowani. Oni sami są korupcją” – podkreśla.
Według Branco, Francja powróciła drogą neoliberalizmu do arystokratycznego systemu przedrewolucyjnego, który należy obalić, by ocalić republikańskie symbole-wartości (Wolność, Równość, Braterstwo) i zdobycze socjalno-demokratyczne, wywalczone w ciągu ostatnich dwustu lat. „Żółte kamizelki mogą to zrobić. Mogą wyjść na ulice i rzucać kamieniami w policję śpiewając Marsyliankę pod trójkolorowymi flagami. Dlaczego? Bo wszystkie zdobycze społeczne zostały osiągnięte w podobnych walkach, nawet dużo gwałtowniejszych. (…) Podobieństwa są bardzo silne, symbolicznie i dyskursywnie: mamy rebelię przeciw kaście, która działa wyłącznie na rzecz własnych interesów i która się samo-reprodukuje, pozostając w czymś w rodzaju klosza, w Małym Paryżu, by wykorzystywać resztę kraju.”
Padają nazwiska
Powyższa analiza Branco nie zawiera nic szczególnie nowego, ale różnica kryje się w szczegółach. Jeśli jego książka, zanim wyszła drukiem, by wspiąć się na szczyt, zyskała niezwykłe powodzenie już kiedy była dostępna za darmo w internecie, to dlatego, że jego śledztwo rzeczywiście wykazało to, co zamierzało. Młody naukowiec szczegółowo pokazał siatkę powiązań między klasą miliarderów a ludźmi władzy i mechanizmy, które rządzą tymi stosunkami, przytaczając sporo anegdot. Byłyby one zabawne w jakimś serialu, ale w prawdziwym życiu mogą budzić tylko oburzenie. Pozwalają za to lepiej zrozumieć medialne wiadomości.
W Polsce nazwiska wielkich francuskich posiadaczy niewiele powiedzą, choćby znajdowali się w pierwszej dziesiątce bogaczy naszej planety. Ograniczmy się do trzech, które zdaniem Branco znajdują się na szczycie politycznych manipulatorów: to Bernard Arnault, dziś trzecia fortuna świata (pierwsza w Europie), właściciel koncernu LVMH, który skupia wiele znanych marek wyrobów luksusowych, Xavier Niel, wcześniej król porno, dziś właściciel sieci komórkowych i m.in. dziennika Le Monde i Arnaud Lagardère, dziedzic i szef holdingu zbrojeniowo-medialnego. Spektrum jest szersze: 95 proc. francuskich mediów należy do dziesięciu miliarderów, ale to ta trójka miała aktywnie pomóc Rothschildom, wcześniejszym pracodawcom Macrona, i Jacquesowi Attali – ekonomicznemu doradcy pięciu francuskich prezydentów od Mitteranda (człowieka lewicy, który dokonał neoliberalnego zwrotu ), przeforsować obecnego prezydenta.
Kurs na narodowców
Attali to autor znanej książki Żydzi, świat i pieniądze (2002), w której z dumą twierdzi, że to właśnie jego współwyznawcy wynaleźli kapitalizm i jego „etykę”, jednak Branco jasno zastrzega: „To nie Żydzi, ani Benalla, ani siły masońskie, ani policja spowodowali zapaść, którą przeżywamy”. Przewiduje zresztą, że porozumienie oligarchów wobec niepopularności ich wybranka postawi teraz na Marine Le Pen i jej Zjednoczenie Narodowe (RN), dlatego należy szybko doprowadzić do dymisji Macrona i nowych wyborów.
RN bardzo się zmieniło po wyborach z 2017 r. – wtedy w hasłach niemal lewicowe (oprócz kwestii imigracji) i antyeuropejskie, dokonało ideowego zwrotu godząc się z euro i wystawiając na majowe wybory europejskie ludzi klasycznej prawicy, związanych z bankowością, ubezpieczeniami finansowymi itp. Na RN głosuje ok. 40 proc. robotników, ale żadnego zwykłego pracownika na listach nie ma, jak też związkowca, sygnalisty, czy członka stowarzyszeń społecznych z klas niższych.
Marine Le Pen ciągle afiszuje oczywiście „obronę zwykłych Francuzów”, ale też dystans do ruchu „żółtych kamizelek”, który w oczach jej otoczenia staje się „zbyt lewacki”. Branco jest dla niej tym bardziej podejrzany, że sympatyzuje z lewicową Nieuległą Francją i całym sercem popiera rewoltę „żółtych kamizelek” – został nawet adwokatem jednej z szeroko znanych figur tego ruchu – Maxima Nicolle. Tymczasem podobnie jak ona, wywodzi się z rodziny milionerów, tyle, że mniej politycznej. Jego ojciec jest portugalskim producentem filmowym, więc Juan od małego był przyzwyczajony to towarzystwa gwiazd jak Jean-Luc Godard czy Catherine Deneuve, bardzo dobrze poznał też „Mały Paryż” (odpowiednik „warszawki”). Nie musiał np. szperać w dokumentach, by wiedzieć, że „Mimi” Marchand, „królowa prasy kolorowej”, która na zlecenie Niela prowadziła w niej kampanię reklamową Macrona, została złapana, gdy wiozła pół tony haszyszu, a sam Niel skazany za stręczycielstwo. Jeśli mówi, że oligarchia jest skłonna zainwestować w Le Pen, to można mu wierzyć.
Złudzenie demokracji
Inwestycja w Macrona (kilkadziesiąt milionów euro) była bardzo celna z punktu widzenia oligarchów, bo zarobili dodatkowe miliardy, gdy prezydent z miejsca zniósł podatek od wielkich fortun (ISF), którego przywrócenia domaga się – według sondaży – 80 proc. Francuzów. Macron nie ma zamiaru go przywracać, jakby likwidacja ISF była gwarantem jego władzy, jednak nie o same pieniądze tu idzie. Jego neoliberalna nadgorliwość doprowadziła przecież do niepokojów społecznych na niezwykłą skalę i jeszcze wystawiła oligarchów na krytykę i niechęć społeczną, czego nie uratowały olbrzymie datki (sam Arnault – 200 milionów euro) na odbudowę Notre-Dame. A oni potrzebują przecież stabilizacji, „ciszy tłumu”, kiedy pociągają za sznurki i doją państwo na wszystkie sposoby.
Fenomen książki Branco w końcu przeminie, ale przyniósł on dość nieoczekiwane rezultaty, jak np. pojawienie się na manifestacjach portretów Juliana Assange’a. Pięć wydawnictw ze strachu odmówiło jej publikacji, dopiero mały dom wydawniczy podjął wyzwanie. Weszła na pierwsze miejsce czytelnicze bez żadnej obecności w oligarchicznych mediach, które ją przez ponad miesiąc solidarnie bojkotowały. W końcu i tam ukazały się informacje o Zmierzchu, naturalnie zdystansowane lub krytyczne. Taka „książka gniewu” mogłaby narazić się na całą serię procesów, ale fakty w niej ukazane są tak obudowane przypisami z powołaniem się na solidne źródła, że na razie nie ma ani jednego.
Juan Branco utrzymuje się dziś z zasiłku, ale to nie dlatego żongluje dwiema przedpotopowymi nokiami, niemożliwymi do lokalizacji. Jego praca dla WikiLeaks pozostaje niepłatna, dostaje tylko diety. Jeździ teraz więcej na francuską prowincję, by rozmawiać z ludźmi o swym dziele. Cieszy się z estymy, którą zdobył, i namawia do szerokiego uczestnictwa w manifestacjach pierwszomajowych. Rzeczniczka partii Macrona (LREM) doniosła na niego do prokuratury, bo według niej, jego antyprezydenckie wypowiedzi są „namawianiem do przestępstw”. A jednak, mimo różnych przeszkód, jego twierdzenia, że Francja żyje w „iluzji demokratycznej” (jest wielkim zwolennikiem RIC) torują sobie drogę w świadomości społecznej, tak samo, jak określanie Macrona „kurwą”. Nie wiadomo, co jeszcze zrobi Branco, lecz warto zapamiętać jego nazwisko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *