Lewica a imigracja

Statek „Aquarius”, który od lutego 2016 r. ratował uchodźców na Morzu Śródziemnym, właśnie zakończył swoją misję.  Dla prawicy stał się kozłem ofiarnym, którego obwiniano o potęgowanie kryzysu. Z kolei dla lewicy był listkiem figowym, przykrywającym jej indolencję i brak własnej wizji polityki imigracyjnej.

 

„Aquarius” od dwóch miesięcy stał w porcie w Marsylii, gdzie oczekiwał na odnowienie wszystkich potrzebnych dokumentów rejestracyjnych. W przypadku komercyjnych jednostek jest to zwykła formalność, nietrwająca dłużej niż kilkanaście dni. Tym razem jednak morscy urzędnicy okazali się niezwykle skrupulatni, wynajdując kolejne braki formalne, które należało uzupełnić. W konsekwencji, organizacje prowadzące statek, czyli Lekarze bez Granic i SOS Mediterranee, podjęły decyzje o zakończeniu jego misji.
„Powtarzające się ataki przeciwko ratującym życie organizacjom, w połączniu z kryminalnym lekceważeniem przez państwa UE swoich powinności, wynikających z prawa morskiego i międzynarodowych umów, doprowadziły do niebotycznego wzrostu zagrożenia. ‘Aquarius’ pomagał wypełnić pustkę na Morzu Śródziemnym, lecz niekończące się ataki wymusiły wstrzymanie jego misji. W tej chwili pomoc ratująca życie na Morzu Śródziemnym niemal nie istnieje, co dowodzi porażki całej Europy” – stwierdziła w oświadczeniu Verena Papke, dyrektorka SOS Mediteranee Germany.
Od wielu miesięcy załoga statku musiała mierzyć się nie tylko z kampanią nienawiści, prowadzoną m.in. przez prawicowy włoski rząd, ale i zarzutami karnymi. W czerwcu „Aquarius” z ponad 620 uchodźcami na pokładzie nie otrzymał zezwolenia na wpłynięcie do włoskich portów. Podobną decyzję podjęły inne państwa w regionie. Dopiero zgoda władz hiszpańskich pozwoliła zakończyć tę dramatyczną epopeję. Jak przypomniały media, to wszystko działo się niemal równo 80 lat po tym, jak statek „St. Louis” z niemal tysiącem żydowskich uciekinierów nie został wpuszczony do USA i Kuby i musiał powrócić do Europy. W konsekwencji, większość jego pasażerów została zamordowana podczas Holokaustu.
Miesiąc temu włoska prokuratura oskarżyła załogę i właścicieli statku o „przemyt i nielegalne posiadanie odpadów”. Zarzuty wynikały z odmowy działaczy, aby ubrania uchodźców klasyfikować jako „toksyczne odpady”, czego domagały się włoskie władze, a co spowodowałoby automatyczne zamknięcie włoskich portów przed uchodźcami. Ta otwarta wojna prawicowego rządu Matteo Salviniego z organizacjami pomagającymi uchodźcom spotkała się z cichym wsparciem ze strony pozostałych państw Unii Europejskiej. W efekcie migranci, którzy próbują przedostać się do Europy przez Morze Śródziemne zostali pozbawieni jakiejkolwiek bieżącej pomocy.
Tymczasem od początku tzw. kryzysu uchodźczego, czyli od połowy 2015 r., Morze Śródziemne pochłonęło niemal 15 tys. istnień ludzkich – mężczyzn, kobiet i dzieci. Jak stwierdza ONZ, akwen oddzielający Libię od Włoch stał się obecnie najniebezpieczniejszym szlakiem migracyjnym na świecie. Chociaż zatem odsetek desperatów wybierających ten kierunek maleje z każdym rokiem, liczba utonięć pozostaje na podobnym poziomie. W 2015 r., kiedy przez Morze Śródziemne dotarło do Europy ponad milion osób, podróży nie przeżyło 3,7 tys. Niewiele mniej utonięć, bo prawie 3,2 tys., odnotowano rok temu, przy ogólnej liczbie 173 tys. migrantów. Z kolei zaledwie w pierwszej połowie tego roku spośród niemal 69 tys. migrantów, na morzu już zginęło ponad 2 tys. osób.
Wielu lewicowych polityków traktowało „Aquarius” jak listek figowy, pozwalający zachować twarz przy bierności poszczególnych członków Unii Europejskiej i jej instytucji. Jednak sama desperacka misja statku – z dramatycznym, jak się teraz okazuje, zakończeniem – dowodziła przede wszystkim indolencji europejskiej lewicy. Od początku kryzysu uchodźczego ramy debaty publicznej na ten temat wyznacza prawica, która w dodatku coraz bardziej się radykalizuje. Paradoksalnie więc, chociaż uwaga europejskich mediów skupia się na rasistowskich wypowiedziach przedstawicieli Polski i Węgier, to prawica zachodnioeuropejska wciela ich słowa w życie.
W ubiegłym tygodniu władze Danii ogłosiły, że będą izolować „niechcianych” migrantów na jednej ze swoich niezamieszkanych wysp. Jak przyznała tamtejsza minister ds. imigracji, niektórzy przyjezdni „są niechciani i powinni to odczuć”. Jeśli zatem duński parlament wyrazi na to zgodę, migranci zostaną zamknięci na wyspie Lindholm, leżącej ok. czterech km od lądu, gdzie przez lata trzymano poważnie chore zwierzęta. Innymi słowy, w samym centrum Europy planuje się budowę obozu koncentracyjnego.
Wspomniany już włoski premier Salvini podpisał właśnie ustawę, która wyklucza migrantów z możliwości korzystania z pomocy społecznej. Warto przypomnieć, że w tej chwili we Włoszech przebywa ok. 180 tys. uchodźców oczekujących na przyznaniu azylu, oraz niemal pół miliona nielegalnych imigrantów. Nowa ustawa zrównuje obie te grupy, odmawiając im prawa do jakiejkolwiek pomocy. Jak przekonują eksperci, ograniczenie wsparcia dla migrantów nie poprawi znacząco finansów państwa, a jedynie doprowadzi do zupełnego wykluczenia setek tysięcy osób, pozostawiając je na łasce organizacji mafijnych zajmujących się handlem ludźmi.
Jak na to wszystko reaguje europejska lewica? Bądź nie reaguje wcale, bądź robi to tak cicho, że nikt tego nie zauważa. Na swojej stronie internetowej „Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów” (S&D), czyli socjaldemokratyczna reprezentacja w Parlamencie Europejskim zapowiada, że „musimy działać już teraz, aby ocalić życie, ocalić Schengen, ocalić Europę!” W odpowiedzi na kryzys uchodźczy i wzrost migracji, lewicowi politycy zaproponowali realizację pięciu punktów. Pierwszy z nich mówi o solidarnej pomocy humanitarnej w Europie, zwłaszcza dla tych państw, które jak Grecja stanowią dla migrantów bramę do UE. Punkt drugi głosi potrzebę finansowego wsparcia najbardziej potrzebujących krajów, skąd przybywa najwięcej migrantów. Z kolei zgodnie z trzecim punktem, państwa członkowskie powinny wypełnić swoje zobowiązania dotyczące relokacji uchodźców. W punkcie czwartym zwrócono uwagę na konieczność zachowania bezpieczeństwa Strefy Schengen, jako podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej. W końcu punkt piąty zapowiada renegocjację konwencji dublińskiej, zgodnie z którą uchodźcy muszą złożyć wniosek o azyl w pierwszym kraju UE, do którego przybędą.
Wszystkie powyższe cele nie budzą zastrzeżeń, za wyjątkiem jednego – w obecnych warunkach nie mają szansy na realizację. Mowa tu nie tylko o systemie relokacji uchodźców, który od dawna jest martwy i to nie tylko ze względu na sprzeciw Polski. Za wyjątkiem utrzymania Strefy Schengen, za którą opowiadają się wszystkie państwa członkowskie, pozostałe cele pozostaną wyłącznie na papierze. Jeśli kiedykolwiek mogły one zostać wdrożone, to jedynie na początku kryzysu w 2015 r., kiedy społeczeństwa europejskie nie były tak zradykalizowane, a w ślad z nimi ich politycy. Obecnie trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd państwa członkowskiego UE, łącznie z Niemcami, odważył się na podjęcie takiego wyzwania, tym bardziej, że coraz częściej są to rządy skrajnie prawicowe.
Co zatem robić? Być może rację ma Hillary Clinton, która niedawno powiedziała, że jedynym sposobem na zatrzymanie prawicowych populistów jest ograniczenie imigracji. Zwracając się do europejskich polityków wyraziła uznanie za humanitarną politykę otwartych drzwi w 2015 r., jednak ostrzegła, że każda pomoc powinna mieć swoje granice. Była kandydatka na prezydenta USA wie co mówi, bo dwa lata temu przegrała wyścig o Biały Dom, m.in. dlatego, że nie potrafiła znaleźć skutecznej odpowiedzi na nakręconą przez prawicę antyimigracyjną kampanię.
Lewica ma szansę odzyskać społeczne zaufanie wówczas, gdy stworzy realną alternatywę dla obecnej polityki migracyjnej. Musi zaprezentować się nie tylko jako siła zdolna nieść pomoc humanitarną, ale także jako siła, która potrafi panować nad kryzysami i zapewnić bezpieczeństwo swoim wyborcom. Nie poprzez straszenie chorobami, budowanie obozów koncentracyjnych czy odbieranie migrantom resztek ludzkiej godności, jak robią to obecne prawicowe rządy. Ale też nie poprzez głoszenie wyidealizowanej wizji imigracji, która w społeczeństwie jedynie wzmacnia przekonanie o oderwaniu lewicy od rzeczywistości.
Nie będzie to łatwe, ale też nie niemożliwe. Kierunek działania wyznaczają organizacje pozarządowe i lokalne grupy, które w dużych i całkiem małych miejscowościach realizują warsztaty integracyjne dla ukraińskich pracowników czy uświadamiają polskich mieszkańców o skali tragedii w Syrii. Są to działania przynoszące wymierne korzyści. Jednak tak samo, jak misja „Aquariusa” nie rozwiązywała problemu, a jedynie zapobiegała jeszcze większej katastrofie, tak wszelkie działania lokalne nie zastąpią konkretnego programu politycznego. Od tego czy taki program uda się stworzyć i wdrożyć w życie zależy nie tylko przyszłość tysięcy osób przemierzających Morze Śródziemne, ale także los europejskiej lewicy i całej Unii Europejskiej.