Lewica a imigracja

Statek „Aquarius”, który od lutego 2016 r. ratował uchodźców na Morzu Śródziemnym, właśnie zakończył swoją misję.  Dla prawicy stał się kozłem ofiarnym, którego obwiniano o potęgowanie kryzysu. Z kolei dla lewicy był listkiem figowym, przykrywającym jej indolencję i brak własnej wizji polityki imigracyjnej.

 

„Aquarius” od dwóch miesięcy stał w porcie w Marsylii, gdzie oczekiwał na odnowienie wszystkich potrzebnych dokumentów rejestracyjnych. W przypadku komercyjnych jednostek jest to zwykła formalność, nietrwająca dłużej niż kilkanaście dni. Tym razem jednak morscy urzędnicy okazali się niezwykle skrupulatni, wynajdując kolejne braki formalne, które należało uzupełnić. W konsekwencji, organizacje prowadzące statek, czyli Lekarze bez Granic i SOS Mediterranee, podjęły decyzje o zakończeniu jego misji.
„Powtarzające się ataki przeciwko ratującym życie organizacjom, w połączniu z kryminalnym lekceważeniem przez państwa UE swoich powinności, wynikających z prawa morskiego i międzynarodowych umów, doprowadziły do niebotycznego wzrostu zagrożenia. ‘Aquarius’ pomagał wypełnić pustkę na Morzu Śródziemnym, lecz niekończące się ataki wymusiły wstrzymanie jego misji. W tej chwili pomoc ratująca życie na Morzu Śródziemnym niemal nie istnieje, co dowodzi porażki całej Europy” – stwierdziła w oświadczeniu Verena Papke, dyrektorka SOS Mediteranee Germany.
Od wielu miesięcy załoga statku musiała mierzyć się nie tylko z kampanią nienawiści, prowadzoną m.in. przez prawicowy włoski rząd, ale i zarzutami karnymi. W czerwcu „Aquarius” z ponad 620 uchodźcami na pokładzie nie otrzymał zezwolenia na wpłynięcie do włoskich portów. Podobną decyzję podjęły inne państwa w regionie. Dopiero zgoda władz hiszpańskich pozwoliła zakończyć tę dramatyczną epopeję. Jak przypomniały media, to wszystko działo się niemal równo 80 lat po tym, jak statek „St. Louis” z niemal tysiącem żydowskich uciekinierów nie został wpuszczony do USA i Kuby i musiał powrócić do Europy. W konsekwencji, większość jego pasażerów została zamordowana podczas Holokaustu.
Miesiąc temu włoska prokuratura oskarżyła załogę i właścicieli statku o „przemyt i nielegalne posiadanie odpadów”. Zarzuty wynikały z odmowy działaczy, aby ubrania uchodźców klasyfikować jako „toksyczne odpady”, czego domagały się włoskie władze, a co spowodowałoby automatyczne zamknięcie włoskich portów przed uchodźcami. Ta otwarta wojna prawicowego rządu Matteo Salviniego z organizacjami pomagającymi uchodźcom spotkała się z cichym wsparciem ze strony pozostałych państw Unii Europejskiej. W efekcie migranci, którzy próbują przedostać się do Europy przez Morze Śródziemne zostali pozbawieni jakiejkolwiek bieżącej pomocy.
Tymczasem od początku tzw. kryzysu uchodźczego, czyli od połowy 2015 r., Morze Śródziemne pochłonęło niemal 15 tys. istnień ludzkich – mężczyzn, kobiet i dzieci. Jak stwierdza ONZ, akwen oddzielający Libię od Włoch stał się obecnie najniebezpieczniejszym szlakiem migracyjnym na świecie. Chociaż zatem odsetek desperatów wybierających ten kierunek maleje z każdym rokiem, liczba utonięć pozostaje na podobnym poziomie. W 2015 r., kiedy przez Morze Śródziemne dotarło do Europy ponad milion osób, podróży nie przeżyło 3,7 tys. Niewiele mniej utonięć, bo prawie 3,2 tys., odnotowano rok temu, przy ogólnej liczbie 173 tys. migrantów. Z kolei zaledwie w pierwszej połowie tego roku spośród niemal 69 tys. migrantów, na morzu już zginęło ponad 2 tys. osób.
Wielu lewicowych polityków traktowało „Aquarius” jak listek figowy, pozwalający zachować twarz przy bierności poszczególnych członków Unii Europejskiej i jej instytucji. Jednak sama desperacka misja statku – z dramatycznym, jak się teraz okazuje, zakończeniem – dowodziła przede wszystkim indolencji europejskiej lewicy. Od początku kryzysu uchodźczego ramy debaty publicznej na ten temat wyznacza prawica, która w dodatku coraz bardziej się radykalizuje. Paradoksalnie więc, chociaż uwaga europejskich mediów skupia się na rasistowskich wypowiedziach przedstawicieli Polski i Węgier, to prawica zachodnioeuropejska wciela ich słowa w życie.
W ubiegłym tygodniu władze Danii ogłosiły, że będą izolować „niechcianych” migrantów na jednej ze swoich niezamieszkanych wysp. Jak przyznała tamtejsza minister ds. imigracji, niektórzy przyjezdni „są niechciani i powinni to odczuć”. Jeśli zatem duński parlament wyrazi na to zgodę, migranci zostaną zamknięci na wyspie Lindholm, leżącej ok. czterech km od lądu, gdzie przez lata trzymano poważnie chore zwierzęta. Innymi słowy, w samym centrum Europy planuje się budowę obozu koncentracyjnego.
Wspomniany już włoski premier Salvini podpisał właśnie ustawę, która wyklucza migrantów z możliwości korzystania z pomocy społecznej. Warto przypomnieć, że w tej chwili we Włoszech przebywa ok. 180 tys. uchodźców oczekujących na przyznaniu azylu, oraz niemal pół miliona nielegalnych imigrantów. Nowa ustawa zrównuje obie te grupy, odmawiając im prawa do jakiejkolwiek pomocy. Jak przekonują eksperci, ograniczenie wsparcia dla migrantów nie poprawi znacząco finansów państwa, a jedynie doprowadzi do zupełnego wykluczenia setek tysięcy osób, pozostawiając je na łasce organizacji mafijnych zajmujących się handlem ludźmi.
Jak na to wszystko reaguje europejska lewica? Bądź nie reaguje wcale, bądź robi to tak cicho, że nikt tego nie zauważa. Na swojej stronie internetowej „Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów” (S&D), czyli socjaldemokratyczna reprezentacja w Parlamencie Europejskim zapowiada, że „musimy działać już teraz, aby ocalić życie, ocalić Schengen, ocalić Europę!” W odpowiedzi na kryzys uchodźczy i wzrost migracji, lewicowi politycy zaproponowali realizację pięciu punktów. Pierwszy z nich mówi o solidarnej pomocy humanitarnej w Europie, zwłaszcza dla tych państw, które jak Grecja stanowią dla migrantów bramę do UE. Punkt drugi głosi potrzebę finansowego wsparcia najbardziej potrzebujących krajów, skąd przybywa najwięcej migrantów. Z kolei zgodnie z trzecim punktem, państwa członkowskie powinny wypełnić swoje zobowiązania dotyczące relokacji uchodźców. W punkcie czwartym zwrócono uwagę na konieczność zachowania bezpieczeństwa Strefy Schengen, jako podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej. W końcu punkt piąty zapowiada renegocjację konwencji dublińskiej, zgodnie z którą uchodźcy muszą złożyć wniosek o azyl w pierwszym kraju UE, do którego przybędą.
Wszystkie powyższe cele nie budzą zastrzeżeń, za wyjątkiem jednego – w obecnych warunkach nie mają szansy na realizację. Mowa tu nie tylko o systemie relokacji uchodźców, który od dawna jest martwy i to nie tylko ze względu na sprzeciw Polski. Za wyjątkiem utrzymania Strefy Schengen, za którą opowiadają się wszystkie państwa członkowskie, pozostałe cele pozostaną wyłącznie na papierze. Jeśli kiedykolwiek mogły one zostać wdrożone, to jedynie na początku kryzysu w 2015 r., kiedy społeczeństwa europejskie nie były tak zradykalizowane, a w ślad z nimi ich politycy. Obecnie trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd państwa członkowskiego UE, łącznie z Niemcami, odważył się na podjęcie takiego wyzwania, tym bardziej, że coraz częściej są to rządy skrajnie prawicowe.
Co zatem robić? Być może rację ma Hillary Clinton, która niedawno powiedziała, że jedynym sposobem na zatrzymanie prawicowych populistów jest ograniczenie imigracji. Zwracając się do europejskich polityków wyraziła uznanie za humanitarną politykę otwartych drzwi w 2015 r., jednak ostrzegła, że każda pomoc powinna mieć swoje granice. Była kandydatka na prezydenta USA wie co mówi, bo dwa lata temu przegrała wyścig o Biały Dom, m.in. dlatego, że nie potrafiła znaleźć skutecznej odpowiedzi na nakręconą przez prawicę antyimigracyjną kampanię.
Lewica ma szansę odzyskać społeczne zaufanie wówczas, gdy stworzy realną alternatywę dla obecnej polityki migracyjnej. Musi zaprezentować się nie tylko jako siła zdolna nieść pomoc humanitarną, ale także jako siła, która potrafi panować nad kryzysami i zapewnić bezpieczeństwo swoim wyborcom. Nie poprzez straszenie chorobami, budowanie obozów koncentracyjnych czy odbieranie migrantom resztek ludzkiej godności, jak robią to obecne prawicowe rządy. Ale też nie poprzez głoszenie wyidealizowanej wizji imigracji, która w społeczeństwie jedynie wzmacnia przekonanie o oderwaniu lewicy od rzeczywistości.
Nie będzie to łatwe, ale też nie niemożliwe. Kierunek działania wyznaczają organizacje pozarządowe i lokalne grupy, które w dużych i całkiem małych miejscowościach realizują warsztaty integracyjne dla ukraińskich pracowników czy uświadamiają polskich mieszkańców o skali tragedii w Syrii. Są to działania przynoszące wymierne korzyści. Jednak tak samo, jak misja „Aquariusa” nie rozwiązywała problemu, a jedynie zapobiegała jeszcze większej katastrofie, tak wszelkie działania lokalne nie zastąpią konkretnego programu politycznego. Od tego czy taki program uda się stworzyć i wdrożyć w życie zależy nie tylko przyszłość tysięcy osób przemierzających Morze Śródziemne, ale także los europejskiej lewicy i całej Unii Europejskiej.

I w koło Macieju

Straszą tymi uchodźcami i straszą. I nie dociera do nich, że nawet żelazny elektorat powoli staje się elektoratem zażenowanym.

 

Już chyba tylko Beata Mazurek broni spotu „Bezpieczny samorząd”, chociaż piekło zamarzło a prosiaki zaczęły fruwać w momencie, kiedy okazało się, że prymitywną nagonką na uchodźców zniesmaczony był nawet Krzysztof Bosak. Ok, od biedy można jeszcze uznać, że jego oburzenie jest dyktowane wymogiem chwili, żeby przywalić PiS-owi w chwilowo miękkie podbrzusze.
Stwierdzenie, że Adam Bodnar jest napędzany nienawiścią do PiS też nikogo raczej nie zaskoczyło. Ale jak wytłumaczyć oburzenie szefa Ordo Iuris Jerzego Kwaśniewskiego? Jak wytłumaczyć gniew Justyny Śliwowskiej, wmontowanej w materiał dziennikarki TVP Info, która zażądała usunięcia swojego wizerunku ze spotu? Jak wytłumaczyć krytyczne komentarze własnych ministrów – Gowina, Emilewicz?

Beata Mazurek wczoraj wydała kuriozalne oświadczenie, w którym podniosła absurd całej sytuacji do sześcianu. Rzeczniczka partii dowodzi mianowicie, że w spocie jedynie napiętnowano niebezpieczne działania samorządowców PO-PSL, którzy podpisali „Deklarację prezydentów o współdziałaniu miast Unii Metropolii Polskich w dziedzinie migracji”. Deklarację tę rzeczywiście podpisało swojego czasu 12 prezydentów: Warszawy, Białegostoku, Bydgoszczy, Krakowa, Lublina, Katowic, Gdańska, Poznania, Łodzi, Rzeszowa, Wrocławia oraz Szczecina. Sprawdziłam: w niemal wszystkich tych miastach opozycyjni bądź bezpartyjni kandydaci wygrali właśnie w pierwszej turze. Wyjątkami są Adamowicz, Krzystek i Majchrowski, którzy szykują się do zwycięstwa w drugiej. Biorąc pod uwagę ten stan rzeczy, oświadczenie Beaty Mazurek powinno skłonić ogólnopolskie redakcje do uruchomienia nagrody już nie tylko w kategorii „złotych ust”, ale w kategorii specjalnej dla rzeczników prasowych, którzy przypadkiem spuścili bombę na siedzibę własnej instytucji.

Według Wirtualnej Polski przez straszenie zamieszkami, gwałtami i miasteczkami namiotowymi ku czci Allacha PiS stracił przewagę w 2-3 sejmikach, a w partii trwa teraz „szukanie winnych”. Ale winny tak naprawdę jest jeden: to premier Morawiecki. Jeżeli prawdą jest informacja ujawniona przez WP, że za klip odpowiadają byli właściciele spółki Solvere, zatrudnieni w KPRM Anna Plakwicz i Piotr Matczuk, to cała sprawa jest grubym skandalem. Matczuk jest obecnie szefem Centrum Informacyjnego Rządu, a Plakwicz – departamentu obsługi medialnej. Zajmowała się nimi prokuratura i CBA, kiedy okazało się, że krążą pomiędzy sektorem rządowym i prywatnym, jako naczelni PR-owcy prawicy na państwowych zleceniach. Dziś informatorzy WP twierdzą, że mają dowody na ich zaangażowanie w spot w postaci korespondencji ze sztabem wyborczym. Ponoć właśnie zapoznaje się z nimi Jarosław Kaczyński, natomiast wyborcom do dziś nie było dane dowiedzieć się, kto de facto jest twórcą rasistowskiego chłamu, bo rzeczniczki, zarówno rządu, jak i partii pytane o nazwiska solidarnie nabierają wody w usta.

Anna Plakwicz w mediach społecznościowych ogłosiła, że „nie potwierdza”, jakoby spot wymyśliło „byłe Solvere”. Czy w takim razie Wirtualna Polska kłamie? Jaki jest rzeczywisty udział rządowych spin doktorów w rasistowski wykwit? Jaki jest wreszcie udział samego Morawieckiego? Czy o sprawie wiedział? Czy może sam wskazał „fachowców?”. Czas, by wyjaśniono to nie tylko na dywaniku u prezesa.

Głos lewicy

Po szczycie, o szczycie

 

Kryzys migracyjny

Odrzucenie idei przymusowej relokacji imigrantów jest faktem. Ta idea upadła w czerwcu.
Niemniej Unia poszukuje rozwiązania problemu, które byłoby do zaakceptowanie przez wszystkie państwa członkowskie. Zmierza ku temu na przykład propozycja przewodniczącego PE, Antonio Tajaniego, która – co on sam podkreśla – jest zgodna z sugestiami państw Grupy Wyszehradzkiej. Chodzi o to – i jest to także postulat polskiego rządu – by potrzebującym pomagać na miejscu, na terenie państw i regionów skąd dziś próbują dostać się do Unii. Tam inwestujmy, tam twórzmy miejsca pracy i humanitarne warunki do normalnego funkcjonowania, żeby ludzie stamtąd nie uciekali. Czyli można powiedzieć, że UE szuka rozwiązania, które pozwoli skutecznie zapobiec nowej fali uchodźców.
Następne przedsięwzięcie, to tworzenie europejskiej armii chroniącej nasze pogranicze, szczególnie rejon południowy, śródziemnomorski. Mówimy o 8 tysiącach żołnierzy w ciągu czterech lat.
Pewnie za miesiąc, dwa, będziemy musieli wrócić do problemu.

 

Brexit

Jak na razie rozmowy nie zmierzają do szczęśliwego końca.
Jak się wydaje rząd brytyjski nie jest przygotowany do rzetelnych, merytorycznych i decydujących negocjacji, które doprowadziłyby do zakończenia negocjacji z Unią Europejską. Po prostu obecny rząd Wlk. Brytanii jest na to za słaby.
Grozi więc nam sytuacja, że 29 marca 2019 o północy, kiedy kończy się członkostwo Wlk. Brytanii w Unii Europejskiej, wejdziemy w stan bezumowny, bez uregulowań. A to niestety może oznaczać, że 800 tys. Polaków mieszkających tam, będzie zależeć w dużej mierze od tego, co wewnątrz będzie się w tej sprawie decydować. Unia może być mniej efektywna w obronie ich praw i interesów, niż gdyby sytuacja była uregulowana.
Pamiętajmy jednak, że w gruncie rzeczy mówimy o 4 milionach obywateli. To są Europejczycy mieszkający w Wlk. Brytanii i poddani korony brytyjskiej, mieszkający i pracujący na terenie Unii. Co piąty przypadek, to jest Polak.
Kluczową sprawą dla tych sporów jest kwestia Irlandii i Płn. Irlandii – granicy, która jest między dwoma państwami na jednej wyspie, długiej i dosyć krętej. Nie bardzo sobie wyobrażamy, że kontrola graniczna może tam byś skuteczna. Dziś, gdy Wlk. Brytania jest w Unii, Irlandia Płn. objęta jest wspólnym obszarem celnym. No, ale jak Wlk. Brytania z Unii wyjdzie? Nie wiemy, jak rząd brytyjski do tej sprawy podejdzie.

 

TU – 154

Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało, że Rosja powinna zwrócić Polsce wraku samolotu TU 154, który uległ katastrofie pod Smoleńskiem. Rosyjskie MSZ odpowiedziało, że Rosję to stanowisko do niczego nie zobowiązuje.
Samo podejście Rosji dla mnie zaskoczeniem nie jest, Rosja od dawna zdaje się mówić, że robimy to, co chcemy, kiedy chcemy i w okolicznościach, które my wybieramy. Wyrażam ubolewanie, ale nie jestem zaskoczony.

Prof. Bogusław Liberadzki,
Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego

Wstać czy siedzieć. Lewicowo o migracji

„Tego, czego nie chcemy – powiedział Jean Jaurès w 1894 r., obserwując ówczesną formę migracji – to tego, żeby międzynarodowy kapitał szukał siły roboczej na rynkach, na których ona jest najbardziej poniżona, upodlona, zdeprecjonowana, po to, żeby ją potem wyrzucić poza kontrolą i wszelkiej regulacji na rynku francuskim, tak żeby płace były wszędzie na świecie na poziomie krajów, gdzie są najniższe. W tym sensie, i tylko pod tym kątem, chcemy chronić francuską siłę roboczą przed zagraniczną siłą roboczą, ale powtarzam wciąż, nie z powodu szowinistycznego ekskluzywizmu, ale po to żeby Międzynarodówka dobrobytu zastąpiła wszędzie międzynarodówkę nędzy”.

 

Te słowa francuskiego socjalisty, który miał zostać zamordowany w 1914 r. przez rzecznika wojny imperialistycznej, z powodu swojej antywojennej, jednoznacznie internacjonalistycznej postawy przypominają nam, że obecne podziały lewicy w Europie na temat migracji istnieją już od ponad 100 lat. Odżyły ostatnio np. w postaci powstania w RFN ruchu Wstać/Aufstehen pod kierownictwem liderki Die Linke Sahry Wagenknecht. We Francji już od lat 70. mamy do czynienia z podobną kwestią zarówno wśród marksistów, jak i samych imigrantów.
Nie możemy więc ignorować faktu, że przeciwko imigracji (lecz niekoniecznie imigrantom!) występują zarówno faszyści z czarnym podniebieniem, jak i bojownicy antyimperializmu. Wśród rzeczników otwartych granic można znaleźć tak kapitalistów czynnie zaangażowanych w polityce imperialistycznej i wyzysku klasowego, jak i działaczy na rzecz pokoju i solidarności między narodami. Zacznijmy więc od wyliczenia głównych argumentów używanych przez rzeczników otwartych granic :
– Dobroć wobec cierpiącej ludzkości,
– Postrzeganie państw narodowych jako głównego narzędzia wojny, a więc dążenie do ich eliminacji, począwszy od granic,
– Przekonanie, że wielokulturowość wzbogaca twórczość artystyczną i urozmaica życie codzienne,
– Przekonanie ludzi należących do takiej, czy innej mniejszości (narodowej, religijnej, regionalnej, seksualnej i in.), że im więcej mniejszości, tym większa możliwość znalezienia w razie potrzeby potencjalnych sojuszników,
– Postrzeganie przez niektórych radykałów mniejszości i imigrantów jako grup, gdzie łatwiej będzie można znaleźć potencjalnych sojuszników w walce rewolucyjnej na miejscu nieco zmęczonego i biernego już lokalnego proletariatu,
– Potrzeba młodej siły roboczej, importowanej, aby państwo było w stanie płacić emerytury dla starzejącego się społeczeństwa,
– Potrzeba właścicieli środków produkcji i wymiany, aby wzrosła konkurencja o miejsce pracy, dzięki której lokalna siła robocza będzie mniej wymagająca,
– Dążenie firm ponadnarodowych do tego, by siła robocza mogła krążyć w tym samym rytmie od kraju do kraju co kapitały i towary w zależności od fluktuacji sytuacji gospodarki i ich potrzeb,
– Dążenie imperialistów do osłabienia jedności społecznej i kulturowej konkurencyjnego państwa,
– Prowadzenie przez niektórych przywódców politycznych i kapitalistów polityki «dziel i rządź»: osłabienie potencjalnej solidarności klasowej pracujących na bazie różnic językowych, etnicznych czy religijnych.
Nietrudno zauważyć, że pewne argumenty są natury moralnej, inne racjonalnej, pewne odpowiadają interesom silniejszych grup społecznych, a inne interesom słabszych. Nie da się również nie dostrzec, że wszystkie razem wzięte są ze sobą sprzeczne.
Początkowo może się to wydawać groźne dla zwolenników postępu społecznego i internacjonalizmu, jednak równocześnie pokazuje to, że obóz przeciwników migracji także jest podzielony. Siły konsekwentnie lewicowe umiały jednak za każdym razem te sprzeczności przezwyciężyć. Działo się tak jednak dopiero w momentach postępu ekonomicznego i społecznego. Okresy kryzysu i masowego bezrobocia były zawsze konfliktogenne, gdyż liczba ludzi chętnych migrować radykalnie zmniejsza się zawsze w okresach dobrej koniunktury, akurat w momencie kiedy wzrasta z kolei ilość ludzi chętnych na czasowe wyjazdy na cele turystyczne, handlowe, towarzyskie lub oświatowe.
To pokazuje, że trzeba zacząć oddzielać kwestię swobodnego ruchu między krajami od kwestii prawa do osiedlenia się w obcym państwie. A także, że trzeba zacząć rozważać ten problem nie pod kątem moralnym, do czego jest skłonna tzw. „lewica moralna” ale pod kątem ekonomicznym i społecznym, a więc i racjonalnym co należy do obowiązków tzw. „lewicy społecznej”, czyli klasowej.
Lewica społeczna, klasowa, antyimperialistyczna nie może oddzielić kwestii obrony prawa upośledzonych jednostek niezależnie od swego pochodzenia, w tym oczywiście migrantów, od kwestii wojen, a więc podżegaczy wojennych i handlarzy broni, od kwestii prawa wszystkich narodów do rozwoju. Dochodzą więc sprawy plądrowania, pętli zadłużenia i lichwy stosowanej wobec biednych krajów przez państwa imperialistyczne w wyniku polityki agresji oraz stosowania spekulacyjnych cen (kwestia nieuporządkowanej przez kapitalistyczne państwa anarchii cen i tzw. Terms of Trade).
Nie ulega wątpliwości, że niezależnie od tego, że koniunktura w kapitalizmie globalnym jest raz lepsza w jednym kraju a raz gorsza, nie ma na dłuższą metę kraju, gdzie gros mas ludowych może mieć pewność co do swych perspektyw życiowych. Nikt poza waszyngtońskim FED nie panuje nad samowolą drukarzy dolara, którzy dyktują ostatecznie ceny światowe, warunki handlowe, stopy procentowe i co za tym idzie główne kierunki rozwojowe, a więc także i stagnacyjne. Ostatnio mamy na żywo przykład Wenezueli, która jest pogrążona w kryzysie dzięki „kapryśnej” polityce państwa drukującego dolary.
Wystarczy spojrzeć, jakie kraje lub regiony się rozwijały i jakie podupadały przez ostatnie pięć dekad, żeby stracić nadzieję, że kiedykolwiek w ramach kapitalizmu którykolwiek kraj może mieć pewność, że wyjdzie definitywnie z biedy tylko dzięki własnym wysiłkom. Hossy i bessy w coraz większym stopniu są zależne od „kaprysów” kilku zaledwie światowych największych graczy giełdowych. Wiadomo bowiem, że najbardziej rentowną produkcję w krótkoterminowej gospodarce, na której opiera się kapitalizm, to produkcja zbrojeń i narkotyków, legalnych czy nielegalnych (tytoń, heroina, crack, lekarstwa, alkohol, ecstasy, captagon, itp.) i te zyski zalewają raje podatkowe chronione przez wojska NATO.
W tej nieprzewidywalnej dla mas sytuacji, tylko radykalna zmiana ustrojowa na skalę globalną położy kres niepewności i ustabilizuje życie każdego kraju. Nawet jeśli obowiązkiem postępowego działacza i postępowego stronnictwa jest stanąć po stronie upośledzonej lub wyzyskiwanej jednostki bądź grupy, główna oś działalności zawsze musi polegać na uświadomieniu bezpośredniego związku między ich konkretnym problemem a ogólnymi regułami panującego ustroju, oraz podporządkowanie całej działalności kwestii wojny i pokoju oraz imperializmu i walk narodowowyzwoleńczych. Zaczynając od pokazania, kto jest głównym producentem i eksporterem broni, a więc i wojen i co za tym idzie, nierówności, i niepewności, a więc także niechcianej emigracji ze swojej ziemi.
„Tubylcom” z kolei należy pokazać, kto i co kryje się za nieszczęściem emigracji. Dopiero łączenie reakcji na te dwa nieszczęścia – wymuszonej migracji i ostrej konkurencji na rynku pracy – pozwoli tworzyć siłę, która umożliwi stworzenie nowego układu sił społecznych, korzystnego dla wszystkich pracowników najemnych niezależnie od pochodzenia. Skoro działacze postępowi uważają, że prawdziwe ludowo-demokratyczne państwo ma obowiązek ustalić reguły co do ruchu kapitałów i towarów, logiczną konsekwencją jest, ażeby ono mogło także planować ruch siły ludzkiej produkującej towary i kapitały.
Wolny z Wolnym, Równy z Równym !

Flaczki tygodnia

Kampania wyborcza skończyła się. Ściślej plebiscyt wyborczy. A ściślej jego pierwsza runda. Nietrudno przewidzieć, że druga runda rozpocznie się przed 11 listopada. Plebiscytem na największego patriotę.

***

Tylko Święto Zmarłych może jeszcze być wolne od wojny polsko-polskiej toczonej przez PiS z koalicją PO+. W Polsce nie wypada robić polityki na cmentarzach. Jeszcze nie wpada.

***

Hitler straszył użyciem Wunderwaffe, która miała zmienić wynik przegrywanej wojny. Japończycy rzucili do boju samobójczych kamikadze. Amerykanie bomby atomowe. To one ich zwycięstwo przypieczętowało. Nie wiem kogo naśladowali sztabowcy PiS rzucając w końcówce kampanii wyborczej swoją bombę. Telewizyjny spot znowu straszący Polaków uchodźcami. Robiący politykę na grobach. Tyle, że cudzych. Na razie.

***

Straszenie hordami uchodźców na zdrowy chłopski rozum jest w Polsce nieproduktywne. Zwłaszcza teraz. Zwłaszcza kiedy zewsząd słyszymy coraz głośniejsze postulaty, gniewne pomruki nawet, polskich przedsiębiorców żądających kontyngentów złożonych z migrantów. Bo polscy przedsiębiorcy odczuwają strach przed brakiem rąk do pracy.

***

Słyszymy zewsząd, nawet w mediach narodowo-katolickich, że bez importu siły roboczej, najlepiej z Azji, polska gospodarka nie utrzyma zaplanowanego, ambitnego tempa wzrostu gospodarczego. Bez azjatyckich rąk do pracy nie wybuduje się obiecanych przez pana premiera-milionera Mateusza Morawieckiego setek tysięcy mieszkań z programu Mieszkanie +.
Bez ludów z Azji jutro nie wybuduje się dziesiątków tysięcy mostów obiecanych przez pana premiera-milionera w czasie wczorajszej kampanii wyborczej. Nie wybuduje się też Centralnego Portu Komunikacyjnego imienia Lecha Kaczyńskiego, ani żadnej z Wielkich Budów Kaczyzmu obiecywanych przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
No może Mierzeję Wiślaną uda się bez emigrantów przekopać. Jeśli tylko PiS wygra przyszłoroczne wybory parlamentarne i zagoni do kopania przegraną opozycję.

***

Jeśli wierzyć elitom intelektualnym PiS, prawdziwi Polacy nie akceptują uchodźców, ale gotowi są zaakceptować ekonomicznych migrantów. Czyli nie chcą przyjąć, pomoc, podzielić się chlebem z osobami pokrzywdzonymi przez los. Ofiarami wojny. Nie chcą podzielić się z nimi swoim dostatkiem.
Zaakceptują zaś pobyt w Polsce osób, które zgodzą się pracować dla dalszego pomnożenia dostatku Polaków. Zaakceptują ludzi, którzy zgodzą się być ofiarami polskiego wyzysku ekonomicznego. Gotowych pracować za przysłowiową „miskę ryżu”. Za minimalną płace ustanowioną im przez pana premiera-milionera.

***

Przy okazji. Określenie „za miskę ryżu” to echo chińskiego „tie fan wan”, czyli „żelaznej miski ryżu”.
Tak w maoistowskich Chinach nazywano niskie robotnicze płace w państwowych przedsiębiorstwach. Ale gwarantujące też dożywotnie zatrudnianie oraz bezpłatne mieszkanie, opiekę zdrowotną, edukację, czasem posiłki w zakładowych stołówkach. Zapoczątkowany w 1978 rok przez Deng Xiaopinga marsz ku gospodarce wolnorynkowej łączył się z likwidacją systemu „żelaznych misek ryżu” i masowymi zwolnieniami robotników z pracy w państwowych przedsiębiorstwach. Po to aby rozbić ich solidarność klasową i zatrudniać w skomercjalizowanych przedsiębiorstwach państwowo-prywatnych. Za ryż bez gwarancji dożywotniego zatrudnienia i bez świadczeń socjalnych.
Teraz pan premier-milioner proponuje polskie wizy w zamian za pobyt w polskim obozie pracy.

***

W czasie kiedy elit PiS straszyły obywateli IV RP hordami uchodźców, te same elity PiS celebrowały rocznicę pontyfikatu papieża-Polaka. Celebrowano na kolanach, bo dla ludzi związanych z polskim kościołem katolickim Karol Wojtyła jest nie tylko papieżem, ale też świętym ich kościoła. W Polsce zasług świętego nie można kwestionować. Czynów jego, nawet tych dokonanych w stanie nie-świętości, też krytykować nie wolno.

***

Dlatego trudna jest w Polsce dyskusja o pedofilii w kościele katolickim, zwłaszcza w polskim kościele. Bo choć wiele faktów wskazuje, że papież z Polski nie zwalczał pedofilskiej plagi w swym kościele, to polskie media wspominać o tym nie chcą. W Polsce mamy kosztowne, utrzymywane przez wszystkich podatników instytucje kreujące się na instytuty naukowe. Zajmujące się badaniem, propagowaniem myśli Jana Pawła II-go. Redukujące nauczanie papieskie do kilku formułek w rodzaju „Prawda nas wyzwoli” i konserwatywnej, obskuranckiej wizji ludzkiego życia seksualnego.

***

Nie spotkałem żadnej publikacji dotyczącej problemów uchodźców i emigracji w myśli papieża Jana Pawła II-go. Choć był to papież często podróżujący po świecie i z uchodźcami, emigrantami często obcujący. Nie liczę, że taka publikacja zostanie w IV Rzeczpospolitej upubliczniona, bo tamten papież miał zupełnie inny pogląd na przyjmowanie uchodźców niż pan prezes Kaczyński.

***

Papież Jan Paweł II jest w Polsce martwy jako humanista. I zapomniany w mediach. Istnieje w zbiorowej przestrzeni jako popularny model. Wyrzeźbiony i odlany w setkach pomników. Zwykle niezwykle kiczowatych i zwyczajnie brzydkich. Służy też jako patron wspomnianych już instytucji. Dających zatrudnienie licznym osobom pragnących bezpiecznej pracy w dobrych warunkach. Za więcej niż „miska ryżu”.

 

PS. Piotr Gadzinowski dziękuje wszystkim, którzy oddali na niego głos w wyborach do Rady Miasta Warszawy.

Swoi i obcy

Wyborczy spot PiS, w którym dobra zmiana straszy uchodźcami, krytykuje nawet Krzysztof Bosak.
Serio, nawet on uznał, że poziom propagandy serwowany przez ludzi Kaczyńskiego jest poniżej standardów nawet dla ludzi ze średnim IQ 90.

 

PiS musi się teraz naprawdę nieźle nagimnastykować, żeby ludzie jakoś zapomnieli o taśmach Morawieckiego. Po internecie krążą teraz odkopane nagrania z Elżbietą Bieńkowską, która szpetnie przeklina i wzbudza tym głęboką odrazę komentujących, ukazał się szereg artykułów traktujących o innych, pobocznych biesiadnikach od Sowy i Przyjaciół, między innymi o pani Bogusławie Matuszewskiej.
Wreszcie mamy „uchodźczy” spot, który pokazuje, że nawet stara sztuczka działa już tylko do pewnego momentu. Na palcach jednej ręki policzyć można grupy zawodowe i branże, które jeszcze dziś w Polsce nie strajkują, nie głodują bądź nie krzyczą na ulicach albo nie przychodzą odziana na czarno do pracy. Europejski Trybunał Sprawiedliwości przysala Polsce kolejne postępowanie, co za chwilę przestanie bawić juz nawet przeciwników unijnej integracji, bo spośród nich większość prezentuje się jako jednocześni zwolennicy unijnych pieniędzy.
Ale naszym największym problemem są migranci, czyhający na to, żeby zadomowić się w Warszawie z 50 liniami metra in spe rządzonej przez Patryka Jakiego. Jasne, kochamy migrantów. Wtedy, kiedy można płacić im poniżej minimalnej, a w razie czego, jeśli dostana udaru, zawału albo urwie im rękę – zostawić ich na ławce. Tych jesteśmy skłonni przyjmować w kwocie nieograniczonej.

Australia zamknięta dla uchodźców

Niedawne posunięcia administracji Donalda Trumpa, zmierzające do uszczelnienia granic USA, m.in. poprzez rozdzielanie rodzin tzw. nielegalnych imigrantów i uchodźców, skupiły na sobie uwagę światowych mediów. Tymczasem w cieniu coraz bardziej restrykcyjnej amerykańskiej polityki imigracyjnej, rozgrywa się dramat tysięcy uchodźców, którzy ratunku szukają w Australii.

 

Australia zazwyczaj wywołuje pozytywne emocje. Stabilny, bogaty kraj, ze świetną infrastrukturą i przyjaznymi mieszkańcami – tak najczęściej wyobrażamy sobie to państwo-kontynent. Faktycznie, jeśli spojrzeć na dane makroekonomiczne, Australia jawi się jako jedno z najlepszych miejsc do życia na świecie. Z rocznym dochodem na mieszkańca przekraczającym 52 tys. dolarów, pozostawia daleko w tyle Francję, Wielką Brytanię czy Finlandię, zrównując się z największą europejską gospodarką, czyli Niemcami. Czy zatem napływ półtora tysiąca uchodźców może stanowić dla takiej potęgi jakiekolwiek zagrożenie?

Po zaostrzeniu amerykańskiej polityki imigracyjnej czy histerycznej reakcji polskiego rządu na każdą prośbę w sprawie przyjęcia uchodźców z Bliskiego Wschodu, żadna odpowiedź już nie dziwi. I rzeczywiście. Australia stara się nie dopuścić na swoje terytorium chociażby jednego uchodźcy. Wszyscy, których straż wybrzeża złapie na australijskich wodach terytorialnych trafiają na jedną z dwóch wysp na Pacyfiku – Nauru lub Papuę Nową Gwineę – które zostały zamienione w odcięte od świata więzienia. Od ponad pięciu lat przebywa tam ponad 1,4 tys. uchodźców – mężczyzn, kobiet i dzieci – którzy w 2013 r. próbowali przedostać się do Australii.

W ubiegłym tygodniu Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR) zwrócił uwagę na pogarszającą się sytuację osób przetrzymywanych przez australijskie władze. Obserwatorzy i lekarze, którzy dotarli do uchodźców podkreślają, że z każdym tygodniem rośnie liczba osób z depresją. W konsekwencji odnotowuje się coraz więcej prób samobójczych, nie tylko u dorosłych, ale i u dzieci.

„Współpracujący z nami lekarze, którzy odwiedzili obozy w 2016 r. odkryli, że ponad 80 proc. osób przetrzymywanych na Nauru i Papui Nowej Gwinei cierpi na różne lęki, depresję oraz zespół stresu pourazowego. Sytuacja od tego czasu jeszcze się pogorszyła. Należy spełnić wiele potrzeb. Australijskie władze nie mają już czasu, aby szukać innych rozwiązań niż ewakuacja uchodźców [do Australii]” – alarmowała w miniony piątek rzeczniczka UNHCR.

O warunkach, w jakich przetrzymywani są uchodźcy w Nauru i Papui Nowej Gwinei zrobiło się głośno w zeszłym roku, po próbie samobójczej czternastolatki. „Raporty medyczne wskazują, że najpierw oblała siebie benzyną, a następnie próbowała siebie podpalić, jednocześnie wyrywając garściami włosy z głowy” – stwierdza UNHCR. Mimo próśb lekarzy i wysłanników ONZ, władze w Canberrze nie zgodziły się, aby nastolatka została przewieziona na kurację do jednego z australijskich szpitali. Dopiero po zdecydowanej presji ze strony mediów i organizacji międzynarodowych, dziewczyna wraz z rodziną znalazła się w Australii.

Okazało się, że podobnych przypadków było więcej. Dwa lata wcześniej skuteczną próbę samobójczą podjął irański uchodźca. Nie udało się go uratować, gdyż władze naciskały, aby był leczony w obozie. Innym razem nie zgodzono się na przetransportowanie do Australii dwulatki, która zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Mimo nalegań lekarzy, początkowo trafiła ona z Nauru do Papui Nowej Gwinei, gdzie jej stan tylko się pogorszył. Dopiero wówczas zezwolono na jej leczenie w australijskim szpitalu.

O tym, że od tego czasu niewiele się zmieniło, świadczą dane, do których dotarł UNHCR. W ciągu ostatnich jedenastu miesięcy, w obozie dla uchodźców w Nauru odnotowano co najmniej 78 prób lub myśli samobójczych. Łącznie, przez cały okres działalności centrów odosobnienia na obu wyspach zmarło 12 osób. Jeden z przedstawicieli UNHCR uznał, że „australijska polityka poniosła porażkę pod wieloma względami. Nie udało jej się ochronić uchodźców, przez ponad pięć lat nie udało jej się sprostać nawet podstawowym potrzebom. W końcu też nie udało jej się stworzyć rozwiązań dla kolejnych grup uchodźców, którzy nie mogą sobie pozwolić na czekanie w nieskończoność”.

W ciągu ostatnich pięciu lat, drogą morską do Australii próbowało przedostać się niemal 52 tys. osób. Szacuje się, że ponad 860 z nich zginęło. Obie główne partie – laburzyści i liberałowie – opowiedziały się za rozwijaniem obozów dla uchodźców poza granicami państwa. Zmniejszono także liczbę wiz dla uchodźców, głównie z Syrii i Iraku, która obecnie wynosi 12 tys. Ostatnie zapowiedzi australijskich władz dają nadzieję na zwiększenie tego limitu do 18,750, który jednak uważany jest za „ostateczny”, bez możliwości jego przekroczenia w przyszłości.

Próba odpychania od siebie problemu uchodźców przez australijskie władze zakończyła się porażką. Podobnie zresztą, jak coraz bardziej restrykcyjna polityka imigracyjna administracji Donalda Trumpa, która zamiast uszczelnić granice, powoduje jedynie problemy wizerunkowe dla USA. Co z tej nauki płynie dla Polski?

W okresie wzmożonych migracji – dobrowolnych i przymusowych – nie da się udawać, że problem nie istnieje. Skoro wyspiarska Australia nie potrafi skutecznie odizolować się od napływu uchodźców, to jak może zrobić to Polska, która znajduje się niemalże w samym centrum szlaków współczesnej wędrówki ludów? Odwracanie wzroku i histeryczne reakcje nie zastąpią mądrej polityki imigracyjnej i integracyjnej, skierowanej do rosnącej liczby obcokrajowców już u nas przebywających. Niestety, takiej polityki wciąż brakuje i nic nie zapowiada, aby miała ona wkrótce powstać. Tymczasem, warto się spieszyć. Jak bowiem pokazuje to przykład Australii, każda polityka – zwłaszcza dotycząca tak newralgicznej kwestii, jak imigracja – prowadzona wyłącznie pod presją bieżących wydarzeń, nie rozwiązuje problemów, lecz jedynie tworzy nowe.

 

Koniec Odysei?

Władze Malty zgodziły się w końcu na przejściowe przyjęcie kilkudziesięciu osób uratowanych na Morzu Śródziemnym przez słynny już statek Aquarius. Malta ich jednak nie chce. Mają ich przyjać cztery europejskie państwa. Los statku pozbawionego bandery pozostaje niepewny.

 

W wyniku negocjacji między prezydentem Francji Emanuelem Macronem a premierem Malty Josephem Muscatem, śródziemnomorska wyspa zgodziła się, by 58 uchodźców ze statku ratowniczego Aquarius 2 zeszło wreszcie na brzeg. Plan przewiduje przyjęcie ich następnie przez kilka państw europejskich. Według informacji udzielonych przez UNHCR, agencję ONZ ds. uchodźców, 18 osób trafi do Francji, po 15 – do Niemiec i Hiszpanii, 10 zaś do Portugalii.

Wśród migrantów uratowanych na morzu przez Aquariusa znaleźli się Libijczycy, Afgańczycy i osoby z krajów Afryki Subsaharyjskiej. Na brzeg Malty zeszło wśród nich 18 dzieci i kobieta w zaawansowanej ciąży. Towarzyszyło im też pierwsze zwierzę uratowane na wodach Morza Śródziemnego – pies imieniem Bella. Zdaniem Paolo Biondiego, przedstawiciela UNHCR, należy się spodziewać, że w ciągu kilku dni opuszczą oni Maltę, która gościć ich nie chce. Kraj ten, podobnie jak Włochy, trzyma od niedawna zdecydowanie antyimigrancką linię.

Uchodźcy nie zeszli na brzeg bezpośrednio z Aquariusa, a zostali na suchy ląd w mieście La Valetta przewiezieni maltańską łodzią. Statek nie może zawinąć do portu, ponieważ został pozbawiony bandery, wcześniej przyznanej mu przez Panamę, i groziła mu konfiskata. Przed wyruszeniem w ostatni rejs jednostka wynajmowana przez Lekarzy Bez Granic i organizację SOS Mediterranee spędziła 19 dni oczekując w Marsylii po tym, jak swoją banderę kazał jej zwinąć Gibraltar, gdzie statek był pierwotnie zarejestrowany. Po tym, jak udało się uzyskać banderę Panamską, Aquarius wyruszył na misję ratunkową, w międzyczasie jednak w wyniku nacisków antyimigranckiego rządu Włoch od dawna sabotującego ratownictwo na Morzu Śródziemnym, również i Panama zdecydowała się wyrejestrować Aquariusa. Co dalej z ostatnim prywatnym statkiem ratującym uchodźców? Najprawdopodobniej wróci do Marsylii, a potem – nie wiadomo.

Agencja UNHCR bije na alarm, że sytuacja uchodźców na Morzu Śródziemnym stała się dramatyczna po tym, jak na skutek politycznego sabotażu ze strony prawicowego włoskiego rządu praktycznie wyeliminowano cywilne ratownictwo. Co prawda liczba migrantów przybywających morze z Afryki Północnej spadła, jednak w obecnych warunkach ci, którzy się na to decydują, ryzykują niemal pewną śmierć. “Pozbawienie Aquariusa bandery jest faktem głęboko niepokojącym i będzie oznaczać dramatyczny spadek możliwości poszukiwawczych i ratowniczych dokładnie w momencie, kiedy trzeba je podnieść” – czytamy w komunikacie.

W obawie o życia migrantów głos zabrał też Komisarz ONZ ds. uchodźców Filippo Grandi: – Mówimy o życiu ludzi. Imigranci i uchodźcy nie mogą być nieustannie narażani podczas, gdy poszczególne państwa kłócą się o to, do kogo należy odpowiedzialność.

Megaobóz dla uchodźców

Reporterzy Associated Press dotarli do piekła na ziemi: 600 tys. ludzi gnieździ się w prowizorycznych schronieniach, w fatalnych warunkach higienicznych w samym środku pory monsunowej, która w każdej chwili może dosłownie zmyć ich namioty z powierzchni ziemi. Zgwałcone przez birmańskich żołnierzy kobiety i dziewczynki rodzą ich dzieci. Narażone są na cierpienia i ostracyzm nawet wśród innych mieszkańców obozu.

 

AP rozmawiała z 10 ofiarami gwałtów buddyjskich żołnierzy. Gwałt jest w Kutupalong tematem tabu: 9 miesięcy po czystkach etnicznych kobiety zaczęły rodzić dzieci z gwałtów, część postanowiła oddać je organizacjom humanitarnym, bo nie czuły się na siłach ich zatrzymać. Część wychowuje dzieci z ogromnym poczuciem winy. Wśród swojej własnej społeczności postrzegane są jako zbrukane przez buddystów. Niektóre po gwałtach zostały porzucone przez mężów.

Jedną z rozmówczyń AP zgwałciło 6 żołnierzy, którzy napadli na jej wioskę. Ale zanim to zrobili, zabili jej 2-letniego syna na jej oczach. To ta z kobiet, która zdecydowała się wychować noworodka – tłumaczyła dziennikarzom, że „dziecko nie jest niczemu winne”.

Wiele kobiet zdecydowało się na aborcję „domowymi” metodami lub porzuciły dzieci urodzone w ukryciu. Często nie przyznawały się do ciąży nawet pracującym na miejscu Lekarzom bez Granic.
W megaobozie żyje 600 tys. ludzi – tych, którzy przeżyli czystki etniczne lub w porę uciekli do Bangladeszu. Oprócz traum związanych z gwałtem, dla mieszkańców i mieszkanek obozu każdy dzień jest niepewny, zwłaszcza w porze monsunowej. Już 30 osób zostało rannych podczas ostatniej powodzi. Doszło do 160 osuwisk. Namioty z tyczek i folii nie są w stanie ochronić Rohingjów przed szalejącym wiatrem i deszczem. Niektórzy sprzedają swój przydział jedzenia, aby zapewnić sobie nowe namioty.

Brakuje lekarstw, rozprzestrzeniają się choroby.

Większość zdaje sobie sprawę, że będzie musiała wrócić do Birmy. Taki warunek postawiło Birmie ONZ w maju, jednak według Agencji Reutera Birma nie zamierza dawać żadnych gwarancji wolności ani przyznania obywatelstwa uciekinierom, którzy powrócą.

18 września raport ONZ na temat przemocy etnicznej wobec Rohingjów ma trafić na biurko Wysokiego Komisarza Praw Człowieka.

Głos prawicy

Humanitarnie ale na odległość

Wpolityce.pl relacjonuje rozmowę TVP z Beatą Kempą:
Minister ds. pomocy humanitarnej Beata Kempa poinformowała, że na wtorkowym posiedzeniu rządu, przedstawi informację nt. pomocy przeznaczonej przez Polskę na pomoc humanitarną i rozwojową. Podkreśliła, że środki przeznaczane na pomoc humanitarną od 2015 roku zostały potrojone.
– Dzisiaj na rządzie przedstawię informację, którą pozbierałam ze wszystkich możliwych ministerstw, agend, które zajmowały się tym (pomocą humanitarną) do tej pory w jakimkolwiek zakresie (…) Chodzi nie tylko o pomoc humanitarną, ale też o pomoc rozwojową —powiedziała w rozmowie z Dorotą Łosiewicz Beata Kempa.
Według niej, środki przeznaczane przez Polskę na pomoc humanitarną zostały od 2015 roku potrojone.
– Dzisiaj nasze organizacje pozarządowe są w stanie przekazywać te ilości w ramach swoich możliwości, środków również zasilanych przez budżet państwa i docierać do osób najbardziej potrzebujących —dodała Kempa.
– Im więcej pomocy rozwojowej, tym mniej później trzeba wydawać na pomoc humanitarną —oświadczyła minister.
Łosiewicz pytała swojego gościa także m.in. o ostatni sondaż, w którym Prawo i Sprawiedliwość traci aż 7 ptk proc. w porównaniu do poprzedniego badania.
– Sondaże bywają różne, pokorę musimy zachowywać tak czy i inaczej. (…) Będziemy dalej realizować nasze obietnice wyborcze i reformować nasz kraj —zapewniła minister.
W rozmowie pojawił się również wątek wyroku na Mariusza Kamińskiego.
– Nie chcę wychodzić przed orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, ale orzeczenie w sprawie uniewinnienia Mariusza Kamińskiego jest niezwykle ważne —podkreśliła.
Kempa odniosła się również do zapowiedzi polityków PO, którzy odgrażają się, że po wygranych wyborach przedstawiciele rządu odpowiedzą przed Trybunałem Stanu za rzekome łamanie konstytucji.
– PO już nic innego nie potrafi, tylko w prymitywny sposób straszyć nas więzieniami. Nie należę do osób, które boją się pohukiwania Grzegorza Schetyny —mówiła Kempa.
Minister odniosła się również do wczorajszego spotkania Donalda Trumpa z Władimirem Putinem.
– Z naszego punktu widzenia ważny jest komunikat wysłany przez Donalda Trumpa w sprawie Nord Stream 2 i NATO —wskazała. W rozmowie pojawił się także wątek polityki migracyjnej Niemiec.
– Niemcy nie panują już nad swoją wewnętrzną polityką migracyjną. Niemcy stoją przed ogromnym wyzwaniem, by kwestie migrantów uporządkować —zaznaczyła.