Dantejskie sceny na granicy turecko-greckiej

Mały martwy chłopczyk został wyłowiony u wybrzeży greckiej wyspy Lesbos, dokąd nie przestają płynąć łodzie z uchodźcami z Syrii, Afganistanu i Iraku. Gdy łódź z blisko 50 osobami zaczęła tonąć, udało się jednak uratować większość pasażerów. Mieszkańcy greckich wysp leżących blisko Turcji czynnie sprzeciwiają się napływowi migrantów. Na granicy lądowej jest jeszcze gorzej.

Po ogłoszeniu przez tureckiego prezydenta Recepa Erdogana, że droga dla uchodźców do Europy jest wolna, w miniony weekend na granicy lądowej, jak i na wybrzeżu morskim, zebrały się tysiące ludzi pragnących dostać się do Grecji. Na morskich cieśninach dzielących Turcję od greckich wysp Grecy podwoili patrole straży przybrzeżnej, które miały zawracać do Turcji łodzie uchodźców, lecz są tak liczne, że zatrzymanie ich stało się niemożliwe.
Wczoraj, gdy jednej z nich udało się podpłynąć do portu Termi na Lesbos, mieszkańcy z krzykiem „wracajcie do Turcji” przeszkodzili jej w przybiciu do brzegu. Obrzucili też obelgami lokalnego przedstawiciela Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ i dziennikarzy-fotografów.
Grecka policja przejmowała setki uchodźców w innych punktach wybrzeża i transportowała ich autobusami do niemożliwie przepełnionego obozu Moria, gdzie przebywa już ponad 20 tys. ludzi. Droga była trudna, gdyż mieszkańcy próbowali zatrzymać autobusy za pomocą rozciągniętych łańcuchów, rzucali też kamieniami (na szczęście nikt, oprócz jednego policjanta, nie został ranny). Łodzie docierały wczoraj również na wyspy Chios i Samos; dziś od rana jest tak samo.
Na granicach lądowych Unii Europejskiej z Turcją już w sobotę doszło do starć tysięcy ludzi z grecką strażą graniczną. Na samym tylko przejściu Pazarkule zgromadziło się ok. 20 tys. uchodźców. To często rodziny z małymi dziećmi. ONZ wezwała Greków do nie używania „przesadnej” siły wobec napierających, a uchodźców do „przestrzegania prawa”. Ludzie ci, w większości uchodźcy wojenni, spędzili już dwie zimne noce pod gołym niebem. Wszyscy chcą zwrócić się o azyl w Unii.
Prezydent Erdogan ogłosił dziś w Ankarze: „Od kiedy otworzyliśmy nasze granice, liczba zmierzających do Europy sięga setek tysięcy. Wkrótce ta liczba będzie wyrażać się w milionach”. Unia tymczasem wzywa go do przestrzegania umowy o powstrzymywaniu migrantów przed podróżą do Europy, za którą zapłaciła miliardy euro.

Uchodźcy wojenni: kogo deportować?

Jaki jest związek między betonowym murem na granicy turecko-syryjskiej, współfinansowanym przez Unię Europejską, a darmowym Morzem Śródziemnym?
Taki, że kiedyś na najwyższych szczeblach NATO uznano je za przeszkody, które uniemożliwią masowe migracje. Migracje wywołane napastniczymi wojnami NATO. Dlatego dziewięć lat temu beztroski Sojusz uderzył w dwa kraje naraz – Syrię i Libię, by narobić tam krwawego chaosu. Sukces jest niepełny, bo jednak przewidywania co do uchodźców okazały się jeszcze większą głupotą.

Obie wojny ściśle się wiązały, ale też różniły, strategiami. W Libii NATO uderzyło wprost i bardzo szybko zlikwidowało tamtejszy rząd i całą organizację państwową, podczas gdy w Syrii tę samą sprawę mieli załatwić dobrze uzbrojeni i kierowani dżihadyści, przy stosunkowo niewielkim udziale wojsk samych państw NATO. Pogrążona w upadku, ale „odkorkowana” Libia stała wkrótce pomostem, z którego odpływały gumowe tratwy afrykańskich pracowników, którzy wcześniej zarabiali w tym prosperującym kraju, a z Syrii ludzie uciekali przed wojennym piekłem, w które zamieniła się też Libia.
Turecki mur na granicy z syryjską prowincją Idlib – dziś ostatni bastion owych wspieranych przez NATO dżihadystów – powstrzymuje na razie niemal milion uchodźców, którzy pod nim koczują w tragicznych warunkach. Tureckie, czyli natowskie wojsko strzela do nich, gdy próbują go pokonać. Turcja ma już ponad trzy miliony uchodźców z Syrii i woli, by ci koczujący pozostali za murem, więc wraz z innymi krajami NATO zbroi rządzącą tam Al-Kaidę i czynnie jej pomaga w oporze przed Syryjczykami, którzy chcą skończyć z dżihadystowsko-natowską okupacją ich kraju.
Grecję, czyli Unię Europejską, dzieli od spływającego krwią Idlibu mur, Turcja i morze. Dziś na wszystkich greckich wyspach bliskich Turcji doszło do strajku generalnego. Mieszkańcy Lesbos, Chios, Samos, Leros i Kos protestowali przeciw planom rządowym postawienia tam nowych obozów dla osób przypływających z Turcji. W Mantadanos na Lesbos lokalny ksiądz, o. Stratis ogłosił dziś rano: „Nadszedł czas wojny. Policja ma broń, a my nasze serca i dusze”. Można się z niego śmiać, ale warto zapamiętać słowo „wojna”, której teren miał w umyśle członków NATO pozostać bardzo daleki. Do Europy ciągną przez Turcję głównie Syryjczycy i Afgańczycy.
Syryjczycy w większości pracują już w Turcji, płacą tam podatki i czekają na koniec wojny. Ale część z nich, ta pozostała w obozach lub bez widoków na jako takie życie, próbuje dostać się do Europy. Unia pod wodzą Angeli Merkel obiecała Turkom 6 miliardów euro na powstrzymanie tej fali, ale wypłaciła tylko trzy, więc turecki prezydent Erdogan pozwala migrantom płynąć do Grecji. Traktuje tych ludzi jako świetny sposób nacisku politycznego na Unię. W Unii tymczasem panuje polityczna panika, bo wielki napływ migrantów i uchodźców promuje niestety skrajną prawicę w wielu krajach kontynentu. Wcześniej europejscy przywódcy nie zorientowali się po prostu, że NATO działa, jakby nim kierowała skrajna, faszystowska prawica.
USA i NATO przegrały wojnę w Afganistanie, przegrywają w Syrii i tylko w Libii mogą mówić o sukcesie, bo nastąpiła tam na razie nieodwracalna zmiana w postaci trwałego chaosu. Tak, czy inaczej, natowskie wojny wracają do nas w postaci słów i zjawisk, siejąc nieszczęście na całego. Unia wybrała chowanie głowy w piasek: nie pomogły mury i morze, niech nieszczęśnicy pozostaną uwięzieni na greckich wyspach, choćby miało tam dojść do wojny.
Jest tam na razie ok. 40 tys. migrantów, ale na małych, ograniczonych terenach mieszkańcy mają tak samo dość tej sytuacji, jak uchodźcy żyjący w skandalicznych warunkach, bo Unia woli zaoszczędzić. Są poważne problemy sanitarne, bezpieczeństwa. „Nie mamy nic przeciw uchodźcom wojennym, ale kryminalistów trzeba wydalić” – przekonywali dziś na wyspach Grecy. Nikt jednak nie deportuje kryminalistów z NATO, a ludzie pozostaną pozostawieni sami sobie ze swoją rozpaczą, wokół murów i mórz.

Uchodźcy w Niemczech na zasiłkach?

49 proc. uchodźców, którzy przybyli do Niemiec w latach 2013-15 nie ma problemu z odnalezieniem się na rynku pracy – głosi raport instytutu badawczego IAB. Dane te udowadniają, że opowieść o migrantach wygodnie umoszczonych na socjalu jest mitem.

Zaledwie kilka lat wystarczyło przybyszom z Afryki i Bliskiego Wschodu do zaadoptowania się na niemieckim rynku pracy. Obecnie pracę ma już połowa z nich. – To zaskakująco dobre dane – skomentował ekspert OECD Thomas Liebig. Jak podkreślił, podobne zjawisko zaobserwować można w Austrii i krajach skandynawskich.
Autorzy raportu wskazują również, że uchodźcy z ostatniej fali radzą sobie na polu zawodowym lepiej niż przybysze z Jugosławii, którzy przyjechali do RFN w latach 90 XX wieku. Szybciej wchodzą na rynek pracy i potrafią utrzymać zatrudnienie. Jest to o tyle zaskakujące, że migranci z Bałkanów nie musieli się mierzyć z tak znacznymi różnicami kulturowymi, a ich przeciętny poziom wykształcenia był wyższy niż w przypadku ostatnich przybyszów.
Najczęściej zatrudnienie w Niemczech znajdowali Pakistańczycy. Około 60 proc. migrantów z tego kraju ma już pracę. Podobnie wysoki jest odsetek wśród imigrantów z Nigerii i Iranu
Problemem pozostaje jednak dysproporcja między kobietami a mężczyznami. 57 proc. zatrudnionych uchodźców to mężczyźni, a tylko 29 proc. to kobiety.
Co ważne, migranci nie wykonują tylko prostych prac. Około 50 proc. z nich pracuje na stanowiskach uznawanych za specjalistyczne. – To niespodzianka – mówi Herbert Brücker, dyrektor IAB. Tylko 20 proc. z przybyłych ma kwalifikacje zawodowe, czy skończyło studia. Ich zatrudnienie pokazuje więc, że albo się uczą w ciągu ostatnich miesięcy, albo dobrze przystosowują do nowych obowiązków.
Według niemieckich przepisów o pozwolenie na pracę może ubiegać się każda osoba w trzy miesiące po złożeniu wniosku o azyl. W ciągu pierwszych miesięcy pobytu przysługuje im tylko ograniczone prawo do podejmowania pracy. Osoby, które uzyskały azyl mają pełny dostęp do rynku pracy.
Raport sporządzono na próbie 8000 uchodźców, którzy przybyli do RFN w latach 2013-2016.

Dziesiątki tysięcy nowych uchodźców

Bitwa o wyzwolenie Idlibu – północno-zachodniej prowincji kraju okupowanej przez Al-Kaidę i inne ugrupowania dżihadystów – powoduje koleją falę uchodźczą cywilów. ONZ alarmuje, że to zapowiedź nowej katastrofy humanitarnej.

Syryjczycy i wspomagający ich Rosjanie próbują zabezpieczyć Aleppo, które stało się celem artylerii dżihadystów i ich rakiet. Bojownicy Hajat Tahrir al-Szam (tj. syryjskiej Al-Kaidy) oprócz miasta atakują też od zachodu autostradę łączącą je z Damaszkiem. Wspomagają ich oddziały Państwa Islamskiego, ciągle obecne w Idlibie i inne ugrupowania radykalnego dżihadu. Prawdopodobnie syryjskie siły rządowe planują kontrofensywę w tym rejonie, bo w ruch poszła ich artyleria i – prawdopodobnie – rosyjskie wsparcie lotnicze.
Tak, czy inaczej, z rejonu bitwy masowo uciekają cywile. Według ONZ, w dniach od 15 do 19 stycznia w kierunku granicy tureckiej przemieściło się prawie 40 tys. uchodźców. Tymczasem przygraniczne obozy są już dawno pełne, a pomoc medyczna i żywnościowa daleko niewystarczająca. Jest zima, lekkie namioty, w których cieśnią się ludzie z dziećmi są regularnie zalewane przez deszcze. Turcja nie pozwala tym uchodźcom przekroczyć granicy.
ONZ wyraziła „głęboką troskę” w związku z ponowieniem ruchu uchodźczego i apeluje do krajów, które wcześniej finansowały i zbroiły Al-Kaidę (Francja, Wielka Brytania, USA, Izrael i Arabia Saudyjska) o pomoc humanitarną cywilom, którzy znaleźli się pod jej władzą. Rząd syryjski, który odbił już ok. 70 proc. kraju z rąk różnych okupantów, jest zdeterminowany odbić też Idlib, co zapowiada niestety ciąg dalszy działań wojennych i w konsekwencji pogorszenie bardzo kruchej sytuacji zwykłych ludzi w tym regionie.

Protesty przeciwko obozom dla uchodźców

Grecki parlament większością głosów wybrał na prezydenta sędzię Katerinę Sakellaropoulou. W tym samym dniu miały miejsce strajki i liczne protesty na wyspach, gdzie zlokalizowane są obozy dla uchodźców.

Grecki parlament po raz pierwszy na prezydenta wybrał kobietę – 63-letnią Katerinę Sakellaropoulou będącą aktualnie prezesem naczelnego sądu administracyjnego.
Obejmie ona urząd w dniu 13 marca, kiedy zakończy się kadencja obecnego prezydenta Prokopisa Pavlopoulosa. Sakellaropoulou nie jest powiązana z żadną partią polityczną co niewątpliwie zapewniło jej bezkonfliktowy wybór. Jej kandydaturę poparła zarówno rządząca prawicowa Nowa Demokracja, jak i lewicowa opozycyjna Syriza. Za jej kandydaturą opowiedziało się 261 spośród 300 deputowanych.
Przemawiając w parlamencie premier Kyriakos Mitsotakis nie krył swojego entuzjazmu mówiąc, iż nowo wybrana prezydent będąc postępową sędzią symbolizuje jedność greckiego narodu a wraz z jej wyborem „nadszedł czas aby Grecja otworzyła się na przyszłość”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Również szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, iż „Grecja wkroczyła w nowa erę równości”. Także zdaniem lidera Syrizy, byłego premiera Aleksisa Tsiprasa, Sakellaropoulou jest doświadczonym sędzią oraz obrońcą praw człowieka. Według niemieckiej Deutsche Welle, reprezentuje ona postępowe poglądy w kwestii walki z dyskryminacją i zmian klimatycznych.
Greccy analitycy uważają, iż nowa prezydent jest osobą koncyliacyjną unikającą konfrontacji, co, jak twierdzi politolożka Stella Ladi, jest szczególnie ważne w przypadku urzędu prezydenta. Grecka konstytucja przyznaje prezydentowi niewiele uprawnień.
Jest on co prawda nominalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych z prawem wypowiedzenia wojny, jednak może to uczynić jedynie za zgodą rządu.
W tym czasie, kiedy parlament dokonywał wyboru prezydenta na trzech greckich wyspach – Lesbos, Samos i Chios ich mieszkańcy protestowali przeciwko obecności zbyt dużej, ich zdaniem, liczbie uchodźców. Zamykano sklepy, nie działały usługi publiczne a liczne rzesze ludzi demonstrowały na ulicach powiewając greckimi flagami i skandując „chcemy z powrotem naszych wysp”.
Do protestów przyłączyły się miejscowe władze oraz związki zawodowe. Związkowcy oraz miejscowi samorządowcy domagają się od rządu, aby w trybie pilnym przetransportował uchodźców wgłąb kraju. Wskazują na to, że niektóre obozy są przeludnione i przebywa w nich 10 razy więcej osób niż przewiduje norma. Również burmistrz Wathi, największego miasta na wyspie Samos mówił, iż „nasza wyspa nie może być dłużej miejscem dla zagubionych dusz i cierpiących ludzi”. Gubernatorzy regionów administracyjnych obejmujących wyspy Morza Egejskiego oraz burmistrzowie miast mają zamiar udać się Aten aby swoje postulaty przekazać rządowi.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawicowy rząd Mitsotakiasa zapowiedział w październiku 2019, że do końca obecnego roku ma zamiar odesłać z powrotem do Turcji 10 tys. imigrantów.
Ciekawe jak do tego problemu podejdzie koncyliacyjna i czuła na prawa człowieka nowa pani prezydent.

Lesbos pęka w szwach

Skala Sykamineas, nieduża osada rybacka na greckiej wyspie Lesbos, przyjęła od czwartku prawie 600 osób, głównie Afgańczyków z rodzinami. Przybiło tam 13 łodzi z niedalekiej Turcji. Na wyspie z obawami oczekuje się powtórki kryzysu z 2015 r., gdy z Turcji ruszyła pamiętna wielka fala uchodźców i migrantów. Miejscowy obóz jest już dawno za mały.

Grecy przynieśli pomoc dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy mogli potem ruszyć do Niemiec i innych krajów Zachodu. Ale tamta fala stanowi bolesną społeczną traumę, i nikt nie chce, żeby to wróciło. W szczycie kryzysu na Lesbos lądowało po tysiąc i więcej osób dziennie. Odbierały je później kontynentalne promy. Do dziś jeszcze można spotkać na wybrzeżu stare kamizelki ratunkowe i porzucone łodzie. Obraz wielkiego ludzkiego nieszczęścia
zmienił wyspę.
Masowe czwartkowe lądowanie wywołało panikę. Grecki minister spraw zagranicznych Nikos Dendias wezwał na dywanik ambasadora Turcji, by mu „przypomnieć zobowiązania Ankary z umowy z Unią Europejską z marca 2016 r.”, tj. żeby nie dopuszczać do takich niespodziewanych wizyt w Europie, pilnować granic, za co Unia zapłaciła Turcji miliardy.
Na Lesbos największy na naszym kontynencie obóz dla uchodźców Moria skupia już ponad 10 tys. mieszkańców, a był przewidziany na góra 2,5 tys osób. Z powodu braku odpowiedniego finansowania europejskiego, nowo przybyli muszą spać pod gołym niebem. Fala imigracyjna rośnie od lipca, w sierpniu na wyspę dostało się ok. trzech tys. osób. Wśród nowych z mijającego tygodnia jest prawie 240 dzieci, rekord. W Moria migranci dostaną jeść, czyste ubranie i umiarkowany dostęp do prysznica, ale spać nie ma gdzie, nie ma już nawet namiotów. Rodziny z niemowlętami długo takich warunków nie przetrzymają.

Jest wesoło w Italii

Niedawno było głośno o jednym z doradców Wicepremiera Włoch Matteo Salviniego, Gianluca Savoini w związku z opublikowanym przez portal BuzzFed nagraniem z jego październikowego spotkania z przedstawicielami kremlowskiej grupy biznesu podczas oficjalnej wizyty Salviniego w Moskwie. Według nagrań spotkanie miało na celu wzmocnienie włoskiego ugrupowania Liga, obecnego koalicjanta partii rządzącej Ruchu 5 Gwiazd. Miała paść propozycja, która zakładała przekazanie w tajemnicy około 65 mln dolarów petrodolarów rosyjskich na konto dawnej Ligii Północnej. Byłoby to złamanie prawa włoskiego wykluczającego wsparcie partii środkami inwestorów zagranicznych. Z nagrania wynika, że transakcja miała uwzględniać rosyjskie Rosnieft i Łukoil oraz włoską Eni oraz dwóch pośredników. Z nagrań można zrozumieć, że tzw. „money oli” miał być wykorzystany na kampanię wyborczą do Europarlamentu. Publikacja wywołała ogromne kontrowersje w mediach jak i w Internecie, mimo że o spotkaniu już pisało w lutym br włoski tygodnik L’Espresso. Jak można się domyślić błyskawicznie pojawiło się solidne dementi jak i stanowisko (opublikowane oczywiście w mediach społecznościowych) samego wicepremiera Matteo Salviniego, mówiące o pomówieniu jak i prowokacji. Zadeklarował też że LIGA nie wzięła ani grosza od Rosjan i że będą podjęte odpowiedni środki i pozwy. Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że nagranie zostało opublikowane niedługo po wizycie Wladimira Putina w Rzymie podczas której Prezydent Rosji dał dość jasny manifest światopoglądowy, z którego wynika, że bardzo sobie ceni współpracę z półwyspem apenińskim i że w Europie mogą nastąpić zmiany w najbliższym czasie i mogą mieć na imię np. Matteo Salvini. Wcześniej tak mówił o Marine Le Pen co specjalnie nie dziwi, bo Front Narodowy w przeszłości pożyczył 11 mln euro w rosyjskich bankach, a sam Salvini wraz z Le Pen opowiadają się przeciwko sankcjom Unii Europejskiej wobec Rosji.
Nie minęło ledwo kilka dni od publikacji BuzzFed a wypłynęło kolejne nagranie tym razem z wywiadu jakiego Gianluca Savoini udzielił na jednym z kanałów YouTube w 2014 r. Na nagraniu widać jak bohater moskiewskich taśm twierdzi, że to Polacy atakowali Niemców na granicy, przez co siły niemieckie były zmuszone do zbrojnej agresji. I tak właśnie wytłumaczył wybuch II Wojny Światowej (czyżby oglądał przygody Franka Dolasa?).
Generalnie od kilku miesięcy mamy do czynienia z wymianą złośliwości jak i licznymi tarciami na linii Liga M. Salviniego – Ruch 5 Gwiazd Di Maio. Włoskie media coraz częściej spekulują o rozpisaniu wcześniejszych wyborów przez Prezydenta Włoch. Premier Giuseppe Conte regularnie uspakaja społeczeństwo, że nie ma powodów do obaw i raczej nie przewiduje takiego scenariusza.
W międzyczasie zaczęły pojawiać się przesłanki, że Włochy zmierzają w kierunku wschodu i to nawet dalekiego. Po przekazaniu jasnych sygnałów sympatii w kierunku Kremla, doszła też umowa podpisana w marcu Rzymie przez włoskie władze, które jako pierwsze spośród krajów G7 oficjalnie przyłączyły się do inicjatywy gospodarczej znanej jako projekt Pasa i Szlaku. Zgodnie z podpisanym w sobotę przez Xi i włoskiego wicepremiera Luigiego Di Maio memorandum, określającym warunki aż 29 umów bilateralnych, Chińczycy zainwestują we Włoszech ponad 2,5 mld euro.
Niektórzy twierdzą, że wybory mogą się odbyć już jesienią tego roku lub wiosną przyszłego. Gdybym sam miał wskazać termin jeżeli już to prędzej na wiosnę przyszłego roku. To dałoby czas zarówno Prezydentowi Sergio Mattarelli, Partii Demokratycznej, Forza Italia jak i Ruchowi 5 Gwiazd żeby mocniej zaatakować ekipę Matteo Salviniego w nadziei na zmianę trendów sondażowych, bo póki co Liga ma na tyle duże poparcia (wynikająca z prowadzonej retoryki bazującej na narodowym populizmie, że mogliby na jesieni wygrać wybory i utworzyć własny rząd (obecnie mają prawie 38% poparcia). Jednocześnie Ruch 5 Gwiazd jest trochę przyciśnięty do ściany, ponieważ przez drastyczny spadek notować (z 32% do 17%) wcześniejsze wybory oznaczałyby utratę sporej ilości miejsc w parlamencie.
W Paryżu toczyła się narada państw UE na temat migracji, którą zwołał francuski rząd. Wicepremier Matteo Salvini, który w niej nie uczestniczy (za to wysłał delegację włoskiego MSW), przesłał list do ministra spraw wewnętrznych Francji, w którym napisał m.in.: „Włochy nie są już obozem dla uchodźców Brukseli, Paryża, Berlina”. We wspomnianym liście, po raz kolejny, lider dawnej Ligii Północnej podkreślił, że ani Francja, ani Niemcy „nie mogą decydować o polityce migracyjnej, ignorując prośby krajów najbardziej narażonych” na jej skutki, czyli Włoch i Malty.
Wyraźnie widać zmianę w retoryce Salviniego, która dała mu stołek wicepremiera. Kiedyś tłumaczył razem z Umberto Bossim w Brukseli, że północnym regionom jego kraju będzie lepiej bez południa. Na początku hasła Ligi Północnej dotyczyły tylko autonomii północy, później oddzielnego państwa – Padanii. Kiedy to przestało działać i Liga została zmuszona do zmiany strategii na problemy pojawili się nowy wróg, już nie południowy mieszkaniec Włoch czy reprezentujący establishment Rzym, tylko podmioty zupełnie nowe do nienawidzenia – imigranci i Bruksela. Salvini po przejęciu sterów postanowił przeprowadzić profesjonalny rembranding ugrupowania i dokładnie wiedział jak. Ligę Północną przekształcił w Ligę. Ucięcie drugiego członu otworzyło furtkę na nowy elektorat, tak by partię mogli wspierać mieszkańcy całego kraju. W programie nie ma już ani słowa o odłączaniu bogatej północy od biednego południa. Co więcej, Salvini publicznie przeprosił wyborców tamtej części kraju. Teraz w jedności widzi szansę na przetrwanie Włoch.
Nie można odmówić wicepremierowi Włoch odmówić wyczucia chwili, bo doskonale poczuł nastroje społeczne i właśnie na nich bazował swoje hasła, dzięki czemu zmontował poparcie i regularnie nakręca nowe słupki sondażowe. Pytanie na ile mu to wystarczy i czy któregoś dnia nos go nie zawiedzie? Póki co Bruksela pokazała mu miejsce w szeregu nie dając nikomu z Ligii ani jednego stanowiska w komisjach Parlamentu Europejskiego, a koalicjant oficjalnie poparł kandydaturę Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej, kiedy Liga była jedynym ugrupowaniem wchodzącym w skład europejskiego rządu, które otwarcie zagłosowało we wtorek przeciwko. Jak można się domyślić wynikły z tego kolejne awantury za zamkniętymi drzwiami Pałacu Montecitorio – siedziba parlamentu włoskiego, miejsca które widziało różne dziwactwa polityczne i możliwe że zdążył się do tego przyzwyczaić.

Lewica a imigracja

Statek „Aquarius”, który od lutego 2016 r. ratował uchodźców na Morzu Śródziemnym, właśnie zakończył swoją misję.  Dla prawicy stał się kozłem ofiarnym, którego obwiniano o potęgowanie kryzysu. Z kolei dla lewicy był listkiem figowym, przykrywającym jej indolencję i brak własnej wizji polityki imigracyjnej.

 

„Aquarius” od dwóch miesięcy stał w porcie w Marsylii, gdzie oczekiwał na odnowienie wszystkich potrzebnych dokumentów rejestracyjnych. W przypadku komercyjnych jednostek jest to zwykła formalność, nietrwająca dłużej niż kilkanaście dni. Tym razem jednak morscy urzędnicy okazali się niezwykle skrupulatni, wynajdując kolejne braki formalne, które należało uzupełnić. W konsekwencji, organizacje prowadzące statek, czyli Lekarze bez Granic i SOS Mediterranee, podjęły decyzje o zakończeniu jego misji.
„Powtarzające się ataki przeciwko ratującym życie organizacjom, w połączniu z kryminalnym lekceważeniem przez państwa UE swoich powinności, wynikających z prawa morskiego i międzynarodowych umów, doprowadziły do niebotycznego wzrostu zagrożenia. ‘Aquarius’ pomagał wypełnić pustkę na Morzu Śródziemnym, lecz niekończące się ataki wymusiły wstrzymanie jego misji. W tej chwili pomoc ratująca życie na Morzu Śródziemnym niemal nie istnieje, co dowodzi porażki całej Europy” – stwierdziła w oświadczeniu Verena Papke, dyrektorka SOS Mediteranee Germany.
Od wielu miesięcy załoga statku musiała mierzyć się nie tylko z kampanią nienawiści, prowadzoną m.in. przez prawicowy włoski rząd, ale i zarzutami karnymi. W czerwcu „Aquarius” z ponad 620 uchodźcami na pokładzie nie otrzymał zezwolenia na wpłynięcie do włoskich portów. Podobną decyzję podjęły inne państwa w regionie. Dopiero zgoda władz hiszpańskich pozwoliła zakończyć tę dramatyczną epopeję. Jak przypomniały media, to wszystko działo się niemal równo 80 lat po tym, jak statek „St. Louis” z niemal tysiącem żydowskich uciekinierów nie został wpuszczony do USA i Kuby i musiał powrócić do Europy. W konsekwencji, większość jego pasażerów została zamordowana podczas Holokaustu.
Miesiąc temu włoska prokuratura oskarżyła załogę i właścicieli statku o „przemyt i nielegalne posiadanie odpadów”. Zarzuty wynikały z odmowy działaczy, aby ubrania uchodźców klasyfikować jako „toksyczne odpady”, czego domagały się włoskie władze, a co spowodowałoby automatyczne zamknięcie włoskich portów przed uchodźcami. Ta otwarta wojna prawicowego rządu Matteo Salviniego z organizacjami pomagającymi uchodźcom spotkała się z cichym wsparciem ze strony pozostałych państw Unii Europejskiej. W efekcie migranci, którzy próbują przedostać się do Europy przez Morze Śródziemne zostali pozbawieni jakiejkolwiek bieżącej pomocy.
Tymczasem od początku tzw. kryzysu uchodźczego, czyli od połowy 2015 r., Morze Śródziemne pochłonęło niemal 15 tys. istnień ludzkich – mężczyzn, kobiet i dzieci. Jak stwierdza ONZ, akwen oddzielający Libię od Włoch stał się obecnie najniebezpieczniejszym szlakiem migracyjnym na świecie. Chociaż zatem odsetek desperatów wybierających ten kierunek maleje z każdym rokiem, liczba utonięć pozostaje na podobnym poziomie. W 2015 r., kiedy przez Morze Śródziemne dotarło do Europy ponad milion osób, podróży nie przeżyło 3,7 tys. Niewiele mniej utonięć, bo prawie 3,2 tys., odnotowano rok temu, przy ogólnej liczbie 173 tys. migrantów. Z kolei zaledwie w pierwszej połowie tego roku spośród niemal 69 tys. migrantów, na morzu już zginęło ponad 2 tys. osób.
Wielu lewicowych polityków traktowało „Aquarius” jak listek figowy, pozwalający zachować twarz przy bierności poszczególnych członków Unii Europejskiej i jej instytucji. Jednak sama desperacka misja statku – z dramatycznym, jak się teraz okazuje, zakończeniem – dowodziła przede wszystkim indolencji europejskiej lewicy. Od początku kryzysu uchodźczego ramy debaty publicznej na ten temat wyznacza prawica, która w dodatku coraz bardziej się radykalizuje. Paradoksalnie więc, chociaż uwaga europejskich mediów skupia się na rasistowskich wypowiedziach przedstawicieli Polski i Węgier, to prawica zachodnioeuropejska wciela ich słowa w życie.
W ubiegłym tygodniu władze Danii ogłosiły, że będą izolować „niechcianych” migrantów na jednej ze swoich niezamieszkanych wysp. Jak przyznała tamtejsza minister ds. imigracji, niektórzy przyjezdni „są niechciani i powinni to odczuć”. Jeśli zatem duński parlament wyrazi na to zgodę, migranci zostaną zamknięci na wyspie Lindholm, leżącej ok. czterech km od lądu, gdzie przez lata trzymano poważnie chore zwierzęta. Innymi słowy, w samym centrum Europy planuje się budowę obozu koncentracyjnego.
Wspomniany już włoski premier Salvini podpisał właśnie ustawę, która wyklucza migrantów z możliwości korzystania z pomocy społecznej. Warto przypomnieć, że w tej chwili we Włoszech przebywa ok. 180 tys. uchodźców oczekujących na przyznaniu azylu, oraz niemal pół miliona nielegalnych imigrantów. Nowa ustawa zrównuje obie te grupy, odmawiając im prawa do jakiejkolwiek pomocy. Jak przekonują eksperci, ograniczenie wsparcia dla migrantów nie poprawi znacząco finansów państwa, a jedynie doprowadzi do zupełnego wykluczenia setek tysięcy osób, pozostawiając je na łasce organizacji mafijnych zajmujących się handlem ludźmi.
Jak na to wszystko reaguje europejska lewica? Bądź nie reaguje wcale, bądź robi to tak cicho, że nikt tego nie zauważa. Na swojej stronie internetowej „Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów” (S&D), czyli socjaldemokratyczna reprezentacja w Parlamencie Europejskim zapowiada, że „musimy działać już teraz, aby ocalić życie, ocalić Schengen, ocalić Europę!” W odpowiedzi na kryzys uchodźczy i wzrost migracji, lewicowi politycy zaproponowali realizację pięciu punktów. Pierwszy z nich mówi o solidarnej pomocy humanitarnej w Europie, zwłaszcza dla tych państw, które jak Grecja stanowią dla migrantów bramę do UE. Punkt drugi głosi potrzebę finansowego wsparcia najbardziej potrzebujących krajów, skąd przybywa najwięcej migrantów. Z kolei zgodnie z trzecim punktem, państwa członkowskie powinny wypełnić swoje zobowiązania dotyczące relokacji uchodźców. W punkcie czwartym zwrócono uwagę na konieczność zachowania bezpieczeństwa Strefy Schengen, jako podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej. W końcu punkt piąty zapowiada renegocjację konwencji dublińskiej, zgodnie z którą uchodźcy muszą złożyć wniosek o azyl w pierwszym kraju UE, do którego przybędą.
Wszystkie powyższe cele nie budzą zastrzeżeń, za wyjątkiem jednego – w obecnych warunkach nie mają szansy na realizację. Mowa tu nie tylko o systemie relokacji uchodźców, który od dawna jest martwy i to nie tylko ze względu na sprzeciw Polski. Za wyjątkiem utrzymania Strefy Schengen, za którą opowiadają się wszystkie państwa członkowskie, pozostałe cele pozostaną wyłącznie na papierze. Jeśli kiedykolwiek mogły one zostać wdrożone, to jedynie na początku kryzysu w 2015 r., kiedy społeczeństwa europejskie nie były tak zradykalizowane, a w ślad z nimi ich politycy. Obecnie trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd państwa członkowskiego UE, łącznie z Niemcami, odważył się na podjęcie takiego wyzwania, tym bardziej, że coraz częściej są to rządy skrajnie prawicowe.
Co zatem robić? Być może rację ma Hillary Clinton, która niedawno powiedziała, że jedynym sposobem na zatrzymanie prawicowych populistów jest ograniczenie imigracji. Zwracając się do europejskich polityków wyraziła uznanie za humanitarną politykę otwartych drzwi w 2015 r., jednak ostrzegła, że każda pomoc powinna mieć swoje granice. Była kandydatka na prezydenta USA wie co mówi, bo dwa lata temu przegrała wyścig o Biały Dom, m.in. dlatego, że nie potrafiła znaleźć skutecznej odpowiedzi na nakręconą przez prawicę antyimigracyjną kampanię.
Lewica ma szansę odzyskać społeczne zaufanie wówczas, gdy stworzy realną alternatywę dla obecnej polityki migracyjnej. Musi zaprezentować się nie tylko jako siła zdolna nieść pomoc humanitarną, ale także jako siła, która potrafi panować nad kryzysami i zapewnić bezpieczeństwo swoim wyborcom. Nie poprzez straszenie chorobami, budowanie obozów koncentracyjnych czy odbieranie migrantom resztek ludzkiej godności, jak robią to obecne prawicowe rządy. Ale też nie poprzez głoszenie wyidealizowanej wizji imigracji, która w społeczeństwie jedynie wzmacnia przekonanie o oderwaniu lewicy od rzeczywistości.
Nie będzie to łatwe, ale też nie niemożliwe. Kierunek działania wyznaczają organizacje pozarządowe i lokalne grupy, które w dużych i całkiem małych miejscowościach realizują warsztaty integracyjne dla ukraińskich pracowników czy uświadamiają polskich mieszkańców o skali tragedii w Syrii. Są to działania przynoszące wymierne korzyści. Jednak tak samo, jak misja „Aquariusa” nie rozwiązywała problemu, a jedynie zapobiegała jeszcze większej katastrofie, tak wszelkie działania lokalne nie zastąpią konkretnego programu politycznego. Od tego czy taki program uda się stworzyć i wdrożyć w życie zależy nie tylko przyszłość tysięcy osób przemierzających Morze Śródziemne, ale także los europejskiej lewicy i całej Unii Europejskiej.

I w koło Macieju

Straszą tymi uchodźcami i straszą. I nie dociera do nich, że nawet żelazny elektorat powoli staje się elektoratem zażenowanym.

 

Już chyba tylko Beata Mazurek broni spotu „Bezpieczny samorząd”, chociaż piekło zamarzło a prosiaki zaczęły fruwać w momencie, kiedy okazało się, że prymitywną nagonką na uchodźców zniesmaczony był nawet Krzysztof Bosak. Ok, od biedy można jeszcze uznać, że jego oburzenie jest dyktowane wymogiem chwili, żeby przywalić PiS-owi w chwilowo miękkie podbrzusze.
Stwierdzenie, że Adam Bodnar jest napędzany nienawiścią do PiS też nikogo raczej nie zaskoczyło. Ale jak wytłumaczyć oburzenie szefa Ordo Iuris Jerzego Kwaśniewskiego? Jak wytłumaczyć gniew Justyny Śliwowskiej, wmontowanej w materiał dziennikarki TVP Info, która zażądała usunięcia swojego wizerunku ze spotu? Jak wytłumaczyć krytyczne komentarze własnych ministrów – Gowina, Emilewicz?

Beata Mazurek wczoraj wydała kuriozalne oświadczenie, w którym podniosła absurd całej sytuacji do sześcianu. Rzeczniczka partii dowodzi mianowicie, że w spocie jedynie napiętnowano niebezpieczne działania samorządowców PO-PSL, którzy podpisali „Deklarację prezydentów o współdziałaniu miast Unii Metropolii Polskich w dziedzinie migracji”. Deklarację tę rzeczywiście podpisało swojego czasu 12 prezydentów: Warszawy, Białegostoku, Bydgoszczy, Krakowa, Lublina, Katowic, Gdańska, Poznania, Łodzi, Rzeszowa, Wrocławia oraz Szczecina. Sprawdziłam: w niemal wszystkich tych miastach opozycyjni bądź bezpartyjni kandydaci wygrali właśnie w pierwszej turze. Wyjątkami są Adamowicz, Krzystek i Majchrowski, którzy szykują się do zwycięstwa w drugiej. Biorąc pod uwagę ten stan rzeczy, oświadczenie Beaty Mazurek powinno skłonić ogólnopolskie redakcje do uruchomienia nagrody już nie tylko w kategorii „złotych ust”, ale w kategorii specjalnej dla rzeczników prasowych, którzy przypadkiem spuścili bombę na siedzibę własnej instytucji.

Według Wirtualnej Polski przez straszenie zamieszkami, gwałtami i miasteczkami namiotowymi ku czci Allacha PiS stracił przewagę w 2-3 sejmikach, a w partii trwa teraz „szukanie winnych”. Ale winny tak naprawdę jest jeden: to premier Morawiecki. Jeżeli prawdą jest informacja ujawniona przez WP, że za klip odpowiadają byli właściciele spółki Solvere, zatrudnieni w KPRM Anna Plakwicz i Piotr Matczuk, to cała sprawa jest grubym skandalem. Matczuk jest obecnie szefem Centrum Informacyjnego Rządu, a Plakwicz – departamentu obsługi medialnej. Zajmowała się nimi prokuratura i CBA, kiedy okazało się, że krążą pomiędzy sektorem rządowym i prywatnym, jako naczelni PR-owcy prawicy na państwowych zleceniach. Dziś informatorzy WP twierdzą, że mają dowody na ich zaangażowanie w spot w postaci korespondencji ze sztabem wyborczym. Ponoć właśnie zapoznaje się z nimi Jarosław Kaczyński, natomiast wyborcom do dziś nie było dane dowiedzieć się, kto de facto jest twórcą rasistowskiego chłamu, bo rzeczniczki, zarówno rządu, jak i partii pytane o nazwiska solidarnie nabierają wody w usta.

Anna Plakwicz w mediach społecznościowych ogłosiła, że „nie potwierdza”, jakoby spot wymyśliło „byłe Solvere”. Czy w takim razie Wirtualna Polska kłamie? Jaki jest rzeczywisty udział rządowych spin doktorów w rasistowski wykwit? Jaki jest wreszcie udział samego Morawieckiego? Czy o sprawie wiedział? Czy może sam wskazał „fachowców?”. Czas, by wyjaśniono to nie tylko na dywaniku u prezesa.

Głos lewicy

Po szczycie, o szczycie

 

Kryzys migracyjny

Odrzucenie idei przymusowej relokacji imigrantów jest faktem. Ta idea upadła w czerwcu.
Niemniej Unia poszukuje rozwiązania problemu, które byłoby do zaakceptowanie przez wszystkie państwa członkowskie. Zmierza ku temu na przykład propozycja przewodniczącego PE, Antonio Tajaniego, która – co on sam podkreśla – jest zgodna z sugestiami państw Grupy Wyszehradzkiej. Chodzi o to – i jest to także postulat polskiego rządu – by potrzebującym pomagać na miejscu, na terenie państw i regionów skąd dziś próbują dostać się do Unii. Tam inwestujmy, tam twórzmy miejsca pracy i humanitarne warunki do normalnego funkcjonowania, żeby ludzie stamtąd nie uciekali. Czyli można powiedzieć, że UE szuka rozwiązania, które pozwoli skutecznie zapobiec nowej fali uchodźców.
Następne przedsięwzięcie, to tworzenie europejskiej armii chroniącej nasze pogranicze, szczególnie rejon południowy, śródziemnomorski. Mówimy o 8 tysiącach żołnierzy w ciągu czterech lat.
Pewnie za miesiąc, dwa, będziemy musieli wrócić do problemu.

 

Brexit

Jak na razie rozmowy nie zmierzają do szczęśliwego końca.
Jak się wydaje rząd brytyjski nie jest przygotowany do rzetelnych, merytorycznych i decydujących negocjacji, które doprowadziłyby do zakończenia negocjacji z Unią Europejską. Po prostu obecny rząd Wlk. Brytanii jest na to za słaby.
Grozi więc nam sytuacja, że 29 marca 2019 o północy, kiedy kończy się członkostwo Wlk. Brytanii w Unii Europejskiej, wejdziemy w stan bezumowny, bez uregulowań. A to niestety może oznaczać, że 800 tys. Polaków mieszkających tam, będzie zależeć w dużej mierze od tego, co wewnątrz będzie się w tej sprawie decydować. Unia może być mniej efektywna w obronie ich praw i interesów, niż gdyby sytuacja była uregulowana.
Pamiętajmy jednak, że w gruncie rzeczy mówimy o 4 milionach obywateli. To są Europejczycy mieszkający w Wlk. Brytanii i poddani korony brytyjskiej, mieszkający i pracujący na terenie Unii. Co piąty przypadek, to jest Polak.
Kluczową sprawą dla tych sporów jest kwestia Irlandii i Płn. Irlandii – granicy, która jest między dwoma państwami na jednej wyspie, długiej i dosyć krętej. Nie bardzo sobie wyobrażamy, że kontrola graniczna może tam byś skuteczna. Dziś, gdy Wlk. Brytania jest w Unii, Irlandia Płn. objęta jest wspólnym obszarem celnym. No, ale jak Wlk. Brytania z Unii wyjdzie? Nie wiemy, jak rząd brytyjski do tej sprawy podejdzie.

 

TU – 154

Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało, że Rosja powinna zwrócić Polsce wraku samolotu TU 154, który uległ katastrofie pod Smoleńskiem. Rosyjskie MSZ odpowiedziało, że Rosję to stanowisko do niczego nie zobowiązuje.
Samo podejście Rosji dla mnie zaskoczeniem nie jest, Rosja od dawna zdaje się mówić, że robimy to, co chcemy, kiedy chcemy i w okolicznościach, które my wybieramy. Wyrażam ubolewanie, ale nie jestem zaskoczony.

Prof. Bogusław Liberadzki,
Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego