Pięć lat Wielkiej Migracji

Tak naprawdę ta migracja z Południa do Europy zaczęła się wcześniej, ale przyjmuje się na ogół, że masowy napływ uchodźców wojennych i imigrantów zaczął się w r. 2015, gdy naszym kontynentem wstrząsnęły wielkie wydarzenia polityczne i medialne: topienie się przeładowanych łodzi w Morzu Śródziemnym, decyzja Niemiec otwarcia granic, czy pamiętna fotografia ciała małego Aylana na tureckiej plaży. Jesteśmy dziś bardzo daleko od ówczesnego witania migrantów z otwartymi ramionami, a tamte wspomnienia skrywają obecną sytuację migracyjną.
Oto pięć przykładów miejsc, gdzie wszystko się zmieniło, by wszystko zostało, jak przedtem.

Przypomnijmy najpierw krótko tamte wydarzenia. Po rozbiciu przez NATO Libii i pogrążeniu jej w chaosie władzy ugrupowań dżihadu, do ucieczki rzucili się przez morze Libijczycy i Afrykanie, którzy tam wcześniej pracowali. Morska droga na włoskie wyspy Lampedusę i Sycylię zaczęła wypełniać się starymi kutrami i pontonami wypakowanymi ludźmi do ostatniego miejsca. Na początku ten ruch był lekceważony, aż informacje o tonięciu uchodźców zaczęły przebijać się do mediów. W kwietniu 2015 r. Unia Europejska postanowiła wzmocnić patrole ratunkowe u libijskich wybrzeży, gdy pod Lampedusą utonęło ponad 800 osób stłoczonych na rozlatującej się barce. Ta droga migracyjna pozostaje aktywna do dzisiaj, jak wszystkie inne.
Media komunikując pokrzepiający, pozytywny bilans przyjęcia wtedy przez Niemcy wielkiej fali migrantów idących drogą bałkańską, zapominają, że dziś Niemcy i inne kraje w Europie na ogół bronią się rękami i nogami przed dalszą imigracją. Nie chodzi o konsekwencje ekonomiczne, tylko polityczne: prawie wszędzie odnotowano wzrost popularności nieprzychylnej imigracji skrajnej prawicy i zwykłego rasizmu. Niemcy już po dwóch tygodniach przywrócili kontrole graniczne, Austria, Słowacja, Czechy szybko poszły tym śladem, by rozpocząć proces „wielkiego zamknięcia”. Kilka miesięcy później zamknęły się granice drogi bałkańskiej, a Angela Merkel podpisała w imieniu Unii układ z Turcją, która w zamian za miliardy euro miała zatrzymać ludzi zdążających do Grecji i dalej.

  1. Kanał La Manche
    Nie, już dawno nie ma słynnej „dżungli” pod francuskim Calais, skąd migranci próbowali dostać się do Wielkiej Brytanii wskakując do ciężarówek, które zdążały na promy lub do tunelu pod Kanałem. Ale ciągle są małe „dżungle” wzdłuż wybrzeża, schowane w krzakach: tu skupiają się ludzie, którzy przeszli najdłuższą drogę – Afgańczycy, iraccy i syryjscy Kurdowie, Pakistańczycy, Nigeryjczycy. Ciężarówki dostały ochronę kosztem setek milionów. Wysokie mury, siatki, stała obecność policji, uniemożliwiły w końcu ten sposób przeprawy. Teraz, jak w Turcji, na plażach północnej Francji znajduje się zwłoki tych, którzy próbowali przeprawić się pontonami, bo to jest dziś jedyna droga. Zwłok dzieci nikt już nie fotografuje. W zależności od miejsca, trzeba pokonać od 30 do 60 km (i więcej) morskiej autostrady, nocą.
    La Manche jest „autostradą”, bo każdego dnia płynie nim ok. 600 tankowców, statków towarowych i innych, nie licząc stałego ruchu promowego, który się z nimi krzyżuje. W północnofrancuskich Decathlonach i innych sklepach tego typu nie uświadczysz kamizelek ratunkowych. Wszystko jest wykupowane na pniu przez handlarzy, którzy sprzedają je w „dżunglach” i oficjalnych obozach. W tym roku zanotowano do tej pory blisko 400 nielegalnych przepraw w łodziach i pontonach. Są oczywiście też takie, których nie zanotowano. Ta liczba sukcesywnie rośnie, bo ok. 60 proc. (policzonych) wypłynięć kończy się sukcesem. Reszta, jeśli nie została schwytana przez straż przybrzeżną, tonie lub z powodu fal i silnych tu prądów nie może nawet dobrze odbić od brzegu. Ci, którzy przeżyli, próbują kolejny raz. Za dużo przeszli, żeby się zatrzymać.
  2. Lampedusa
    Lampedusa, przyjmowanie migrantów w porcie. lastampa
    Chwilę temu Lampedusa, włoska wyspa na Morzu Śródziemnym najbliższa Afryki, ogłosiła strajk generalny. W miniony weekend burmistrz Toto Martello ogłosił strajk, bo mała wyspa przyjęła blisko 400 migrantów, którym pozwolono przybić, bo płynęli nabierającym wody statkiem rybackim. Kiedy uratowani wychodzili na ląd, witała ich wroga manifestacja miejscowego oddziału Ligi Matteo Salviniego. Burmistrz jest zły, bo „jeśli statek tego rozmiaru mógł tu dotrzeć niezauważony, to znaczy, że morze nie jest kontrolowane. Co robi rząd, co Unia Europejska, dłużej tego nie wytrzymamy!”
    Ośrodek przyjmujący migrantów na wyspie mieści już ponad 10 razy więcej ludzi, niż wynosi jego założona zdolność, a państwo opóźnia się z ich transportem na kontynent, co powoduje według Martello „bezprecedensowy kryzys humanitarny i sanitarny”. „Osoby w niebezpieczeństwie trzeba ratować, ale bez pomocy Lampedusa jest sparaliżowana, nie mamy już jak zajmować się kolejnymi kobietami i dziećmi, nie mówiąc o reszcie. Obojętność Brukseli i cisza Rzymu nas wykończy”. Do tego włoska straż przybrzeżna przywiozła na wyspę 49 kobiet i dzieci uratowanych przez statek Banksy’ego „Louise Michel”. Katolicka parafia opatruje ich rany, ale pozostaje już jedyną na wyspie, która zgadza się przyjmować migrantów, poza nieludzko przepełnionym ośrodkiem.
    Tydzień temu władze Sycylii przyjęły dekret o zamknięciu wszystkich ośrodków dla migrantów z powodu „warunków higieny, których nie można zaakceptować i epidemii covid-19”. Dekret został zaraz obalony przez sąd administracyjny, lecz wyspa, rządzona dziś przez skrajną prawicę nie zamierza składać broni, wygraża wręcz rządowi.
  3. Bośnia
    Rodzina uchodźców syryjskich w Bośni, 2020. migrantsinfo
    Bośnia i Hercegowina, kraj „drogi bałkańskiej” ostatni przed drugą, teoretycznie ostatnią granicą Unii Europejskiej po turecko-greckiej. Tak, granice są zamknięte, ale 19 sierpnia tamtejszy rząd zakazał migrantom poruszania się w ogóle – pieszo, autobusem, czy taksówką – wszystko jedno. Podany powód: epidemia covid-19, której migranci mieliby być szczególnymi nosicielami. Wszyscy, którzy przeszli już z Grecji drogę nad chorwacką granicę w Bośni (na północy kraju) zostali w ten sposób poddani wybiórczej, bezterminowej kwarantannie. Nie mogą opuszczać swych skłotów, czy namiotów, pod groźbą aresztowania lub dotkliwego pobicia przez policję i różne milicje „obywatelskie”, które potworzyły się, by na nich polować. Muszą się ukrywać.
    Owszem, Amnesty International i inne organizacje pozarządowe nazywają rozporządzenie bośniackiego rządu „dyskryminacyjnym” i „niebezpiecznym”, ale to nie robi w Unii żadnego wrażenia. Część migrantów (głównie to Syryjczycy, ale są oczywiście inne narodowości) próbuje wychodzić z kryjówek, by mimo wszystko dostać się do Chorwacji. Państwo to od 2016 r. prowadzi politykę „push-back”, chwaloną przez Komisję Europejską, ostatnio w zeszłym roku. „Push-back” to gwałtowne odpychanie z granicy osób, które chcą zwrócić się o azyl. Są jeszcze uchodźcy i migranci, którzy zwracają się o azyl na oficjalnym przejściu granicznym, ale inni wolą nielegalnie dostać się do Chorwacji, by ją przejść i poprosić o to gdzie indziej, bo nie chcą być pobici lub aresztowani.
    Dla olbrzymiej większości z nich Bośnia stała się jednak pułapką. Teraz, gdy nie mogą pokazać się na ulicy (oprócz zakazu, na murach wiszą nierzadko rasistowskie plakaty antymigracyjne namawiające do denuncjacji), marsz w kierunku zamurowanej granicy stał się równie niebezpieczny jak powrót do Serbii, która i tak przepuszcza migrantów tylko w jedną stronę. Jedna z lokalnych organizacji pozarządowych buduje szopy, by rodziny miały jakiś dach nad głową, ale i to trzeba teraz ukrywać, bo za „pomoc w nielegalnej imigracji” grozi więzienie.
  4. Morze Egejskie
    Lesbos, grecka wyspa u tureckich wybrzeży, pięć lat temu odznaczała się wielkim humanitaryzmem. Miejscowi rybacy wyławiali uchodźców i migrantów z wody, babcie, nominowane nawet później do pokojowego Nobla, karmiły niemowlęta przybyłe na chińskich pontonach, papież cieszył się, widząc tyle braterstwa. Lecz dziś Lesbos nie chce być „wyspą uchodźców” przypływających z Turcji. Kiedyś migrantów transportowano na kontynent, ale granice są zamknięte, a europejskie finansowanie jakby ginęło gdzieś po drodze. „Ludzie płakali ze wzruszenia ratując innych ludzi, a dziś jesteśmy zrujnowani i musimy zaciskać pasa” – żali się dziennikarzom Ioanna Sava, mieszkanka wyspy.
    Nad gigantycznym obozem Moria, dawnym sadem oliwnym, często widać łunę od ognia, bo obóz płonie od ognisk, na których robi się jedzenie lub jest podpalany przez nieznanych sprawców, którzy podpalają też domy tych, którzy chcą pomóc migrantom. Morię przewidziano na niecałe 3 tys. osób, dziś mieszka tam ok. 15 tys. ludzi. Według wielu organizacji pozarządowych, obóz jest „wstydem całej Europy”. Brak tu podstawowej infrastruktury, organizacji, minimalnego porządku. Prostytucja, agresje seksualne, zaginięcia dzieci, przemyt narkotyków i mordercze bójki stały się codziennością faktycznych więźniów. Po układzie UE-Turcja, niektórzy są tu już od lat, bez wystarczającego dostępu do wody, sanitariatów, edukacji i ochrony zdrowia. Dla rodzin z dziećmi to tragedia.
    W marcu tego roku Astrid Castelein, reprezentantka Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ próbowała osobiście interweniować, kiedy tłum mieszkańców Lesbos chciał przeszkodzić pontonowi wypełnionym ludźmi dobić do brzegu w porcie Thermis. Została dosłownie zaatakowana. „Od kilku miesięcy tolerancja mieszkańców bardzo osłabła, bo czują się opuszczeni przez rząd i Unię.” – mówiła potem. Faktycznie, Unia jakby zapomniała, co dzieje się na greckich wyspach.
  5. Jezioro Wan
    „Otworzyliśmy tu dwa nowe cmentarze. Kopiemy doły na zaś, by być przygotowanym” – tłumaczył w sierpniu pracownik magistratu miasteczka Wan, nad jeziorem Wan. Na płytach nad wypełnionymi dołami widać tylko numery. Tureckie jezioro Wan, ok. 33 razy większe od największego polskiego jeziora Śniardwy, może być znane polskim czytelnikom z odkryć na jego dnie, ale nie chodzi o odkrywanie ciał migrantów, lecz dawne budynki lub ciekawostki przyrodnicze. Zazwyczaj ciała wyławia się na brzegach lub w rejonie katastrofy, jak w czerwcu, gdy utonęło jednocześnie ponad 60 osób. Dla migrantów z Afganistanu, Iraku, Syrii, czy Pakistanu, Turcja to pierwsze prawie „zachodnie” państwo: należy do NATO i ma układy z Unią. Układ Turcji z Unią z 2016 r. jest dla nich przekleństwem.
    Drogi we wschodniej Turcji są obstawione anty-imigracyjnymi punktami kontrolnymi, więc ci, którym udało się pokonać góry od strony granicy irańskiej lub irackiej, chcą je ominąć płynąc przez jezioro. Woda często pochłania ich marzenia, bo choć w pogodne dni jezioro wygląda niemal bajkowo, jest bardzo kapryśne. Burza może tu trafić się nagle, bez wyraźnej zapowiedzi na niebie. Każdej wiosny, gdy mróz puszcza, mieszkańcy górskich wiosek znajdują zamarznięte zwłoki całych rodzin. To też poniekąd ofiary Jeziora. Nikt tu nie oferuje kamizelek ratunkowych.
    Jeśli nie przez Wan, ludzie idą pieszo, nie drogami, lecz przecinając pola, czujnie obserwując, czy jakaś policja nie zjawi się na horyzoncie. Jeszcze dwa lata temu było w Wan przedstawicielstwo Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ, ale zwinęło żagle. Można tu było złożyć wniosek o azyl, który był rozpatrywany w przewidywalnym terminie, teraz papiery idą do Ankary, gdzie rozpływają się w powietrzu. Dlatego ludzie idą dalej, myśląc, że kiedy dotrą do obozu Moria w Grecji, wszystko pójdzie już łatwiej.

Unia wkurzona na Turcję

Na spotkaniu szefów dyplomacji krajów Unii Europejskiej tematem głównym były coraz gorsze stosunki z Turcją. Ministrowie skrytykowali jej działania na Morzu Śródziemnym i brak poszanowania praw człowieka, ale jednocześnie uznali swoją bezsilność wobec tureckiego „szantażu migracyjnego”. Unia nie chce imigrantów, więc musi Turcji płacić i nie przesadzać z pretensjami.

„Jeszcze 15-16 lat temu myślałem, że Turcja stanie się krajem europejskim, wielkim krajem muzułmańskim, który widzi przyszłość w demokracji. Tymczasem idzie to w złym kierunku” – mówił minister Jean Asselborn z Luksemburga. Inni mu przytakiwali i wyliczali jej grzechy: łamie embargo na broń dla rządu libijskiego z Trypolisu, szuka ropy pod wodami terytorialnymi Cypru, w Syrii popiera dżihadystów i zwalcza Kurdów, a u siebie wprowadza dyktatorskie prawa i jeszcze zmienia Hagia Sofię w meczet. Ale zaraz wszyscy podkreślili wagę partnerstwa z Turcją, sojusznikiem w ramach NATO.
Unia jest szczególnie zaniepokojona tureckim „szantażem migracyjnym”. Do tej pory zarządzała przepływem migrantów do Europy na granicy z Grecją, teraz, gdy zaangażowała się w wojnę w Libii, może trzymać rękę na drugim punkcie napływu imigracji do Europy i sterować nim do woli. W 2016 r. niemiecka kanclerz Merkel zgodziła się wypłacić Turcji z funduszy europejskich miliardy euro w zamian za zatrzymanie uchodźców u siebie, ale Turcy nie są zadowoleni. Chcą więcej pieniędzy i ruchu bezwizowego z Unią.
W zeszłym tygodniu do Ankary pojechał szef unijnej dyplomacji Josep Borrell, by rozmawiać o tym z Mevlütem Cavusoglu, tureckim ministrem spraw zagranicznych. Niestety, nic z tego nie wyszło. Turcy znowu zagrozili, że jeśli Unia nie przestanie ich krytykować i nie zechce płacić, pozwolą migrantom na wyjazdy do Europy. W tej sytuacji Komisja Europejska postanowiła wypłacić Turcji dodatkowe pół miliarda za powstrzymanie migracji.

Wojny migracyjne

Pierwszym kawałkiem Europy, który zobaczyli migranci z Ocean Viking był olbrzymi prom Moby Zaza pomalowany w postaci z amerykańskich kreskówek lat czterdziestych ubiegłego wieku. Kot Sylwester, Kanarek Tweety.

Tam spędzą kwarantannę, w Porto Empedocle na Sycylii. Ocean Viking uratował w czerwcu 180 osób, ale nikt ich nie chciał. Na statku desperacja migrantów doprowadziła niektórych do samobójstw i przemocy. „Gdybym był w rządzie, nigdy bym ich nie wpuścił!” – ogłosił Matteo Salvini, szef skrajnie prawicowej Ligi, który chciałby znów rządzić.
Ocean Viking, statek ratownictwa morskiego należący do francuskiej organizacji humanitarnej SOS Méditerranée, po wyciągnięciu z wody 180 osób, siedem razy zwracał się do władz maltańskich i włoskich o zezwolenie na wpłynięcie do któregoś z ich portów. Bezskutecznie. Grupa 130 ludzi z Bangladeszu, Pakistanu, Erytrei i czarnych Afrykanów, która przeszła przez koszmarne libijskie obozy, spokojnie oczekiwała w kontenerach rozstrzygnięć swego losu, podczas gdy blisko 50-osobowa grupa z arabskiej, północnej Afryki, straciła cierpliwość i popadła w szaleństwo.
Wobec ogłoszenia przez Ocean Viking „stanu wyjątkowego” na pokładzie, Włosi przysłali w końcu komisję lekarską i zgodzili się na wpuszczenie statku do portu. Atmosfera na statku ratowniczym od razu się poprawiła, nikt nie zginął. W Porto Empedocle migranci przeszli się 100 m. nabrzeża, by przesiąść się do Moby Zaza. W miasteczku burmistrzyni Ida Carmina wezwała wtedy przed dziennikarzami armię o pomoc, o „ochronę obywateli biednej Sycylii” przed migrantami z Afryki.
Od kilku tygodni próby nielegalnego przepłynięcia z nabrzeży Libii do Włoch wzmogły się, wraz z wydarzeniami na froncie wojny między dwoma rządami, czy też między grupami mocarstw, w dawnym kraju Muammara Kaddafiego. Od kiedy Turcja postanowiła pomóc zbrojnie rządowi w Trypolisie, temu uznanemu przez ONZ, a siły marszałka Chalify Haftara, które miały go obalić, cofają się na całym froncie, migracja do Europy nabrała tempa.
Tureckiego prezydenta Recepa Erdogana podejrzewa się w Europie o chęć odbudowy Imperium Osmańskiego, a Amerykanie jakby mieli to w nosie. Turcy tysiącami przerzucają do Trypolisu bojowników Al-Kaidy i innych grup dżihadu z północnej Syrii, bezprawnie okupowanej. Tak było osiem lat temu, w drugim roku wojny w Syrii, tyle, że odwrotnie: NATO nie miało nic przeciw przerzucaniu islamskich grup zbrojnych, z Libii na wojnę w Syrii.
Francja i inne kraje obawiają się, że Erdogan zyska na tyle panowanie nad Libią, że zapanuje nad drugim „kurkiem z migrantami”, po granicy turecko-greckiej, którym zechce manipulować, by grać Unii na nosie. Kurki od ropociągów też są ważne, ale w Turcji reżim trąci faszyzmem, ludzie umierają od protestów głodowych. W czerwcu sojusznicze okręty tureckie mocno postraszyły („skrajnie agresywnie”) wojenny okręt dumnej Francji na Morzu Śródziemnym, który chciał skontrolować statek towarowy do Libii, wyładowany turecką bronią, wbrew embargo.
Komisja specjalna NATO wysmażyła na ten temat szybki raport, z którego wynika, że Francja histeryzuje, że „nic wielkiego się nie stało”. Było jednak trzaskanie drzwiami: Francja wycofała się z operacji NATO na Morzu Śródziemnym. Co robić, gdy państwa tego sojuszu są obecne po obu stronach bratobójczej wojny w kraju zamorskim? Migranci też zadają sobie takie pytania, ale mają inne priorytety. Niektórym palma trochę odbija, lecz niemal wszyscy docierają do naszego kontynentu z powodu wojennego chaosu w Libii.

Liczba uchodźców osiągnęła rekordowe rozmiary

Agencja ONZ ds. uchodźców UNHCR z okazji ustanowionego 20 lat temu Światowego Dnia Uchodźców opublikowała coroczny raport dotyczący tej grupy ludzi. Jak wynika z danych agencji, ogólna liczba osób przymusowo pozostających poza miejscem swojego dotychczasowego pobytu wyniosła w ubiegłym roku niemal 79,5 miliona, co stanowi ok. 1 proc. światowej populacji. W ciągu ostatnich 10 lat liczba ta wzrosła niemal dwukrotnie z 41 milionów.

Agencja ONZ ds. uchodźców UNHCR z okazji ustanowionego 20 lat temu Światowego Dnia Uchodźców opublikowała coroczny raport dotyczący tej grupy ludzi. Jak wynika z danych agencji, ogólna liczba osób przymusowo pozostających poza miejscem swojego dotychczasowego pobytu wyniosła w ubiegłym roku niemal 79,5 miliona, co stanowi ok. 1 proc. światowej populacji. W ciągu ostatnich 10 lat liczba ta wzrosła niemal dwukrotnie z 41 milionów
Dane te obejmują nie tylko uchodźców szukających schronienia zagranicą, lecz także zmuszonych do przesiedlenia na terenie własnych krajów. Takich osób jest obecnie 46 milionów. W roku 2019 przybyło 11 milionów nowych uchodźców, podczas gdy do swoich domów powróciło jedynie 385 tysięcy. Dla porównania, w okresie dekady lat 90. corocznie powracało ok. 1,5 miliona. Natomiast około 77 proc. uchodźców to osoby, które zostały na dłuższy czas zmuszone do przesiedlenia. W tej liczbie mieści się także 5.6 miliona Palestyńczyków przebywających w obozach w krajach arabskich.
Problem wymuszonej emigracji dotyczy głównie krajów rozwijających się z których pochodzi 85 proc. uchodźców. Około połowa z nich to dzieci. Podważa to rozpowszechniane również w Polsce opinie jakoby wśród emigrantów przeważali młodzi i zdrowi mężczyźni, którym nie chce się pracować i zależy im jedynie na otrzymywaniu świadczeń socjalnych w bogatych krajach Europy. Liczbę emigrujących nieletnich dzieci UNHCR szacuje na 30 do 34 milionów znajdujących się po opieką dziesiątków tysięcy osób towarzyszących. Natomiast osoby w wieku co najmniej 60 lat to jedynie 4 proc. uchodźców, choć w skali świata osoby takie stanowią 12 proc. Około 80 proc. uchodźców pochodzi z regionów znajdujących się w krytycznej sytuacji po względem dostępu do żywności.
Wśród osób emigrujących zagranicę około 2/3 przypada na 5 krajów. Są to Syria, Wenezuela, Afganistan, Sudan Południowy i Mjanma. Mieszkańcy Syrii, Afganistanu i Sudanu Południowego ratują się ucieczką przed walkami zbrojnymi, w przypadku Mjanmy chodzi o prześladowaną mniejszość etniczną Rohingya, natomiast z Wenezueli ludzie emigrują – głównie do sąsiedniej Kolumbii – z powodu katastrofalnej sytuacji ekonomicznej przejawiającej się w braku podstawowych produktów niezbędnych do życia. Dotyczy to nie tylko Wenezueli. Około 73 proc. emigrantów stara się o azyl w sąsiadujących krajach wskutek czego najwięcej syryjskich uchodźców znalazło się na terenie Turcji, Libanu i Jordanii. Turcja i Kolumbia to kraje na których terenie znajduje się największa liczba emigrantów.
Agencja UNHCR niejednokrotnie zwracała uwagę na konieczność rozwiązania problemu uchodźców pomimo wyrażanej przez niektóre kraje mniej lub bardziej ostentacyjnej niechęci do przyjmowania takich osób wśród których przeważająca większość to ludzie, którzy doznali nieszczęść i upokorzeń ze strony innych ludzi. Wysoki Komisarz ONZ ds. Uchodźców Filippo Grandi podkreśla to, że problem ten nie jest zjawiskiem tymczasowym, lecz ma coraz szerszy zasięg. Jak mówił Grandi, „ludzie nie mogą oczekiwać życia przez wiele lat stanie wstrząsu psychicznego, bez szansy na powrót do domu ani też bez nadziei na kształtowanie swojej przyszłości tam, gdzie się teraz znajdują”. Dlatego też – jego zdaniem – istnieje potrzeba „fundamentalnie nowego i bardziej akceptowalnego podejścia do wszystkich uchodźców równolegle ze zdecydowanymi działaniami na rzecz zakończenia trwających latami konfliktów”.

Słodka herbata i gorzkie łzy

“Słodka herbata i gorzkie życie” to najnowszy polski dokument poświęcony największemu na świecie obozowi dla uchodźców w Cox Bazar w Bangladeszu. Zrealizowana przed wybuchem epidemii Covid-19 produkcja pokazuje życie uchodźców od kuchni. Ma na celu zapoznanie „człowieka – widza”, z „człowiekiem – uchodźcą”, ukazując ludzki aspekt problemu. Film powstał w wyniku zgodnej współpracy dziennikarskiej osób o różnych poglądach i wyznających różne wartości. Dokument jest całkowicie niezależny: został sfinansowany z prywatnych środków twórców, nie przez jakikolwiek rząd lub organizację. Jest też rozpowszechniany na wolnej licencji. Małgorzata Kulbaczewska-Figat rozmawia z Pawłem Bolkiem, jednym z twórców obrazu.

Materiał ma charakter informacyjny, a jednym z priorytetów przy jego tworzeniu było zachowanie wysokich standardów etycznego i obiektywnego dziennikarstwa. Film przypomina, że we współczesnym świecie każdy jego mieszkaniec, w wyniku niezależnych okoliczności może niespodziewanie stać się uchodźcą.
Uchodźcami Rohingya międzynarodowa opinia publiczna praktycznie przestała się interesować, ale przecież tak nie było zawsze. Kilka lat temu o ich tragedii powstawały artykuły w największych mediach na świecie. Dlaczego po tej pierwotnej fali zainteresowania, czy wręcz oburzenia, w tej chwili temat już nie istnieje?
Wygnanie Rohingya z Birmy, na oczach międzynarodowej społeczności i to w XXI wieku było szokujące, samo przez się musiało wywołać jakiś rodzaj międzynarodowej reakcji. Niestety była ona typowa dla współczesnego świata Zachodu – medialny szum i oburzenie, szczypta wyrazów dyplomatycznej dezaprobaty, może jakieś nakładki na zdjęcie na Facebooku, lecz nie poszła za tym realna pomoc. Wiadomość o tragedii na Półwyspie Teknaf, o którym mało kto słyszał, szybko zniknęła pośród medialnego natłoku informacji.
Dzisiejsze milczenie jest też konsekwencją tego, że nikt nie powstrzymał jednego z uznawanych na arenie międzynarodowej rządów, gdy ten używał aparatu państwowego do wygnania grupy etnicznej, rabunku ich majątku i zastraszenia tych ludzi, do czego wykorzystano sprawdzoną metodę gwałtów oraz morderstw.
Mówienie o Rohingya jest dla świata nie tylko wstydem, ale też się mediom nie opłaca, a jak coś się nie opłaca, to się tego nie robi. Reklamodawców bardziej interesuje nowa produkcja Big Brothera niż poruszanie tematu uchodźców. Należy dodać, że populistyczne rządy oraz skrajna prawica włożyły wiele wysiłku, aby zniszczyć „ludzki” wizerunek uchodźcy. Jest to kolejny dowód na to, że zła propaganda, oraz słowa mogą wyrządzać realną krzywdę realnym ludziom – i zawsze najbardziej obrywają ci najbardziej pokrzywdzeni – w tym wypadku okradzione rodziny, żyjące w błotach Cox Bazar.
Czy ci ludzie wiedzą, że mogą nigdy nie wrócić do Birmy? Próbują jakoś na nowo układać sobie życie?
W obozach panuje dziwna atmosfera. Miałem wrażenie, że jestem w najsmutniejszym miejscu na tej planecie. Uśmiechają się głównie dzieci, a najbardziej interesującym tematem rozmów są plotki na temat powrotu do domu. „Bo już ONZ się dogadał, zaraz wracamy, jeszcze tylko rok, może dwa”. Łudzą się zwłaszcza uchodźcy z ostatniej fali ucieczek oraz dzieci. Tych ostatnich rok rocznie na terenie obozów rodzi się ok. 100 000. Ciężko powiedzieć co się stanie, jeżeli ten stan rzeczy się utrzyma.
Co z tym robią władze Bangladeszu? Ile są w stanie realnie zrobić?
Sytuacja w Bangladeszu jest napięta. Wyrzuceni z Birmy uchodźcy zajęli czyjąś ziemię – oczywiście jej posiadacze, miejscowi rolnicy nie są z tego faktu zadowoleni, co wywołuje lokalne problemy. Uchodźcy są wykorzystywani jako najtańsza siła robocza, mają także miejsce sytuacje, w których dochodzi eksploatacji seksualnej handlu ludźmi. Rząd Bangladeszu został z problemem praktycznie sam i robi co może by zapobiec katastrofie humanitarnej. Wojsko wybudowało toalety, aby zapobiec epidemii, w podobozach pracuje personel medyczny. W samym Cox Bazar działają liczne organizacje pomocowe, a miejscowej administracji, o czym się przekonałem, zależy, by byt w obozach był jak najlepszy. Pamiętajmy, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i w rozmowach z ludźmi da się wyczuć jakieś poczucie wspólnoty, które nakazuje pomagać Rohingya pomimo własnego niedostatku.
Na miejscu działają UNHCR i UNCEF, pomaga też kilka krajów świata, Unia Europejska oraz wiele organizacji pozarządowych. Cała ta pomoc, w stosunku do skali problemu jest wysoce niewystarczająca i wymaga on rozwiązań systemowych.
Jak wygląda sytuacja w obozach obecnie, w czasie pandemii? Czy podjęto jakiekolwiek środki ochronne przeciwko szerzeniu się choroby?
Od kwietnia wjazd na teren obozów jest niemożliwy, pierwsze potwierdzone przypadki Covid-19 zanotowano w połowie maja. Sytuacja jest o tyle ciężka, że na terenie obozów mieszka wielu starszych i chorych ludzi, powszechnym problemem jest niedożywienie, brak leków, opieki medycznej, pieniędzy, ręczników, mydła, brak wszystkiego.
Oczywiście jakakolwiek izolacja oraz dystans społeczny w sytuacji, gdy w niewielkich szałasach gnieżdżą się wielodzietne rodziny, są fikcją. Tam od dawna szerzą się rozmaite paskudne choroby, i świat nie reaguje, Covid-19 jest kolejną z nich. Jak zwykle, w takich sytuacjach najbardziej cierpią najsłabsi.
W swoim artykule o Cox Bazar pisałeś: „Grupy terrorystyczne nie powstają w obozach dla uchodźców, lecz gdzieś w kręgach jakkolwiek pojmowanej władzy, nie zakładają ich biedacy, lecz możni”. Czy to znaczy, że ktoś próbuje wykorzystać tragedię Rohingya do własnych celów? Jakie grupy (i jacy sponsorzy tych grup) próbują prowadzić rekrutację w obozach, które odwiedziłeś?
To jest bardzo ciekawe zagadnienie. Z jednej strony, problem jest zbyt poważny, aby umiały sobie z nim poradzić rządy największych państw świata. Na utrzymanie rodzin uchodźców mają wystarczyć głodowe racje żywnościowe: ryż, dal i olej palmowy. Z drugiej zaś strony okazuje się, że są jacyś ludzie, którzy nie tylko mają pieniądze na „lewe papiery” i bilety lotnicze dla uchodźców, ale też na szkolenie, sprzęt, broń i utrzymanie ich rodzin. A przecież to nie są tanie rzeczy.
W obozach Rohingya nie spotkałem żadnego terrorysty, ciężko jest mi jednak nie odnieść wrażenia, że ludzka tragedia jest niezbędnym elementem przemysłu wojennego. Mężczyzna, który siedząc z dnia na dzień pije herbatę, nie robi nic i jest zależny od żywnościowej jałmużny dla swojej rodziny, zgodzi się na różne rzeczy – zwłaszcza gdy do tego dochodzi permanentna depresja i brak jakichkolwiek widoków na przyszłość.
Spotkałem terrorystę w muzułmańskim Sinciangu w Chinach w 2012 r. Ten pogubiony młody człowiek, pochodził z muzułmańskich nizin społecznych i odmienił swoje życie wyjeżdżając na stypendium do Arabii Saudyjskiej. Dzisiaj, po wojnie w Syrii, zapewne już nie żyje. Myślę, że wszędzie mechanizm może być podobny.
Kto skorzystał na tragedii Rohingya, na ich wypędzeniu z rodzinnych stron? Czy jest jakakolwiek szansa, by im tę krzywdę zadośćuczynić?
Moim zdaniem opcje są dwie. Albo powrót do Birmy i odzyskanie przez uchodźców obywatelstwa, plus ochrona ze strony sił pokojowych ONZ, czego pragną praktycznie wszyscy nowi uchodźcy. Albo pozostanie w Bangladeszu i uzyskanie tamtejszego obywatelstwa, czego życzyłoby sobie wielu starych uchodźców. Mówiąc „starych” mam na myśli tych, którzy uciekli wraz z pierwszymi prześladowaniami już w latach osiemdziesiątych XX wieku, poznali język bengalski i dawno utracili wiarę w możliwość powrotu do Birmy. Możliwa jest też opcja pośrednia. Wszystkie jednak wymagają poniesienia olbrzymich kosztów oraz interwencji społeczności międzynarodowe
Problemem jest, że na wypędzeniu skorzystali ci, którzy przejęli ziemię i zrabowane majątki, czyli buddyjscy obywatele Birmy. Buddyjski nacjonalizm i klerykalizm w Birmie to temat na osobny materiał, stanowi on zwyrodnienie wszystkich nauk, które swoim naśladowcom pozostawił Siddhartha Gautama. Współcześnie birmańska propaganda w jakiś sposób wytłumaczyła wygnanie Rohingya swoim obywatelom, ich powrót do kraju, dla ochrony ludności cywilnej, musiałby się więc wiązać ze wkroczeniem wspomnianych już błękitnych hełmów i z pociągnięciem winnych do odpowiedzialności. O tym marzą uchodźcy, ale czy zgodzą się na to Birmańczycy?
Jeżeli Rohinga mieliby z kolei zostać w Bangladeszu, to gdzie? Należałoby wybudować dla nich miasto wielkości Warszawy. Wraz z całą infrastrukturą i zakładami pracy. A to dopiero początek problemów.

Dantejskie sceny na granicy turecko-greckiej

Mały martwy chłopczyk został wyłowiony u wybrzeży greckiej wyspy Lesbos, dokąd nie przestają płynąć łodzie z uchodźcami z Syrii, Afganistanu i Iraku. Gdy łódź z blisko 50 osobami zaczęła tonąć, udało się jednak uratować większość pasażerów. Mieszkańcy greckich wysp leżących blisko Turcji czynnie sprzeciwiają się napływowi migrantów. Na granicy lądowej jest jeszcze gorzej.

Po ogłoszeniu przez tureckiego prezydenta Recepa Erdogana, że droga dla uchodźców do Europy jest wolna, w miniony weekend na granicy lądowej, jak i na wybrzeżu morskim, zebrały się tysiące ludzi pragnących dostać się do Grecji. Na morskich cieśninach dzielących Turcję od greckich wysp Grecy podwoili patrole straży przybrzeżnej, które miały zawracać do Turcji łodzie uchodźców, lecz są tak liczne, że zatrzymanie ich stało się niemożliwe.
Wczoraj, gdy jednej z nich udało się podpłynąć do portu Termi na Lesbos, mieszkańcy z krzykiem „wracajcie do Turcji” przeszkodzili jej w przybiciu do brzegu. Obrzucili też obelgami lokalnego przedstawiciela Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ i dziennikarzy-fotografów.
Grecka policja przejmowała setki uchodźców w innych punktach wybrzeża i transportowała ich autobusami do niemożliwie przepełnionego obozu Moria, gdzie przebywa już ponad 20 tys. ludzi. Droga była trudna, gdyż mieszkańcy próbowali zatrzymać autobusy za pomocą rozciągniętych łańcuchów, rzucali też kamieniami (na szczęście nikt, oprócz jednego policjanta, nie został ranny). Łodzie docierały wczoraj również na wyspy Chios i Samos; dziś od rana jest tak samo.
Na granicach lądowych Unii Europejskiej z Turcją już w sobotę doszło do starć tysięcy ludzi z grecką strażą graniczną. Na samym tylko przejściu Pazarkule zgromadziło się ok. 20 tys. uchodźców. To często rodziny z małymi dziećmi. ONZ wezwała Greków do nie używania „przesadnej” siły wobec napierających, a uchodźców do „przestrzegania prawa”. Ludzie ci, w większości uchodźcy wojenni, spędzili już dwie zimne noce pod gołym niebem. Wszyscy chcą zwrócić się o azyl w Unii.
Prezydent Erdogan ogłosił dziś w Ankarze: „Od kiedy otworzyliśmy nasze granice, liczba zmierzających do Europy sięga setek tysięcy. Wkrótce ta liczba będzie wyrażać się w milionach”. Unia tymczasem wzywa go do przestrzegania umowy o powstrzymywaniu migrantów przed podróżą do Europy, za którą zapłaciła miliardy euro.

Uchodźcy wojenni: kogo deportować?

Jaki jest związek między betonowym murem na granicy turecko-syryjskiej, współfinansowanym przez Unię Europejską, a darmowym Morzem Śródziemnym?
Taki, że kiedyś na najwyższych szczeblach NATO uznano je za przeszkody, które uniemożliwią masowe migracje. Migracje wywołane napastniczymi wojnami NATO. Dlatego dziewięć lat temu beztroski Sojusz uderzył w dwa kraje naraz – Syrię i Libię, by narobić tam krwawego chaosu. Sukces jest niepełny, bo jednak przewidywania co do uchodźców okazały się jeszcze większą głupotą.

Obie wojny ściśle się wiązały, ale też różniły, strategiami. W Libii NATO uderzyło wprost i bardzo szybko zlikwidowało tamtejszy rząd i całą organizację państwową, podczas gdy w Syrii tę samą sprawę mieli załatwić dobrze uzbrojeni i kierowani dżihadyści, przy stosunkowo niewielkim udziale wojsk samych państw NATO. Pogrążona w upadku, ale „odkorkowana” Libia stała wkrótce pomostem, z którego odpływały gumowe tratwy afrykańskich pracowników, którzy wcześniej zarabiali w tym prosperującym kraju, a z Syrii ludzie uciekali przed wojennym piekłem, w które zamieniła się też Libia.
Turecki mur na granicy z syryjską prowincją Idlib – dziś ostatni bastion owych wspieranych przez NATO dżihadystów – powstrzymuje na razie niemal milion uchodźców, którzy pod nim koczują w tragicznych warunkach. Tureckie, czyli natowskie wojsko strzela do nich, gdy próbują go pokonać. Turcja ma już ponad trzy miliony uchodźców z Syrii i woli, by ci koczujący pozostali za murem, więc wraz z innymi krajami NATO zbroi rządzącą tam Al-Kaidę i czynnie jej pomaga w oporze przed Syryjczykami, którzy chcą skończyć z dżihadystowsko-natowską okupacją ich kraju.
Grecję, czyli Unię Europejską, dzieli od spływającego krwią Idlibu mur, Turcja i morze. Dziś na wszystkich greckich wyspach bliskich Turcji doszło do strajku generalnego. Mieszkańcy Lesbos, Chios, Samos, Leros i Kos protestowali przeciw planom rządowym postawienia tam nowych obozów dla osób przypływających z Turcji. W Mantadanos na Lesbos lokalny ksiądz, o. Stratis ogłosił dziś rano: „Nadszedł czas wojny. Policja ma broń, a my nasze serca i dusze”. Można się z niego śmiać, ale warto zapamiętać słowo „wojna”, której teren miał w umyśle członków NATO pozostać bardzo daleki. Do Europy ciągną przez Turcję głównie Syryjczycy i Afgańczycy.
Syryjczycy w większości pracują już w Turcji, płacą tam podatki i czekają na koniec wojny. Ale część z nich, ta pozostała w obozach lub bez widoków na jako takie życie, próbuje dostać się do Europy. Unia pod wodzą Angeli Merkel obiecała Turkom 6 miliardów euro na powstrzymanie tej fali, ale wypłaciła tylko trzy, więc turecki prezydent Erdogan pozwala migrantom płynąć do Grecji. Traktuje tych ludzi jako świetny sposób nacisku politycznego na Unię. W Unii tymczasem panuje polityczna panika, bo wielki napływ migrantów i uchodźców promuje niestety skrajną prawicę w wielu krajach kontynentu. Wcześniej europejscy przywódcy nie zorientowali się po prostu, że NATO działa, jakby nim kierowała skrajna, faszystowska prawica.
USA i NATO przegrały wojnę w Afganistanie, przegrywają w Syrii i tylko w Libii mogą mówić o sukcesie, bo nastąpiła tam na razie nieodwracalna zmiana w postaci trwałego chaosu. Tak, czy inaczej, natowskie wojny wracają do nas w postaci słów i zjawisk, siejąc nieszczęście na całego. Unia wybrała chowanie głowy w piasek: nie pomogły mury i morze, niech nieszczęśnicy pozostaną uwięzieni na greckich wyspach, choćby miało tam dojść do wojny.
Jest tam na razie ok. 40 tys. migrantów, ale na małych, ograniczonych terenach mieszkańcy mają tak samo dość tej sytuacji, jak uchodźcy żyjący w skandalicznych warunkach, bo Unia woli zaoszczędzić. Są poważne problemy sanitarne, bezpieczeństwa. „Nie mamy nic przeciw uchodźcom wojennym, ale kryminalistów trzeba wydalić” – przekonywali dziś na wyspach Grecy. Nikt jednak nie deportuje kryminalistów z NATO, a ludzie pozostaną pozostawieni sami sobie ze swoją rozpaczą, wokół murów i mórz.

Uchodźcy w Niemczech na zasiłkach?

49 proc. uchodźców, którzy przybyli do Niemiec w latach 2013-15 nie ma problemu z odnalezieniem się na rynku pracy – głosi raport instytutu badawczego IAB. Dane te udowadniają, że opowieść o migrantach wygodnie umoszczonych na socjalu jest mitem.

Zaledwie kilka lat wystarczyło przybyszom z Afryki i Bliskiego Wschodu do zaadoptowania się na niemieckim rynku pracy. Obecnie pracę ma już połowa z nich. – To zaskakująco dobre dane – skomentował ekspert OECD Thomas Liebig. Jak podkreślił, podobne zjawisko zaobserwować można w Austrii i krajach skandynawskich.
Autorzy raportu wskazują również, że uchodźcy z ostatniej fali radzą sobie na polu zawodowym lepiej niż przybysze z Jugosławii, którzy przyjechali do RFN w latach 90 XX wieku. Szybciej wchodzą na rynek pracy i potrafią utrzymać zatrudnienie. Jest to o tyle zaskakujące, że migranci z Bałkanów nie musieli się mierzyć z tak znacznymi różnicami kulturowymi, a ich przeciętny poziom wykształcenia był wyższy niż w przypadku ostatnich przybyszów.
Najczęściej zatrudnienie w Niemczech znajdowali Pakistańczycy. Około 60 proc. migrantów z tego kraju ma już pracę. Podobnie wysoki jest odsetek wśród imigrantów z Nigerii i Iranu
Problemem pozostaje jednak dysproporcja między kobietami a mężczyznami. 57 proc. zatrudnionych uchodźców to mężczyźni, a tylko 29 proc. to kobiety.
Co ważne, migranci nie wykonują tylko prostych prac. Około 50 proc. z nich pracuje na stanowiskach uznawanych za specjalistyczne. – To niespodzianka – mówi Herbert Brücker, dyrektor IAB. Tylko 20 proc. z przybyłych ma kwalifikacje zawodowe, czy skończyło studia. Ich zatrudnienie pokazuje więc, że albo się uczą w ciągu ostatnich miesięcy, albo dobrze przystosowują do nowych obowiązków.
Według niemieckich przepisów o pozwolenie na pracę może ubiegać się każda osoba w trzy miesiące po złożeniu wniosku o azyl. W ciągu pierwszych miesięcy pobytu przysługuje im tylko ograniczone prawo do podejmowania pracy. Osoby, które uzyskały azyl mają pełny dostęp do rynku pracy.
Raport sporządzono na próbie 8000 uchodźców, którzy przybyli do RFN w latach 2013-2016.

Dziesiątki tysięcy nowych uchodźców

Bitwa o wyzwolenie Idlibu – północno-zachodniej prowincji kraju okupowanej przez Al-Kaidę i inne ugrupowania dżihadystów – powoduje koleją falę uchodźczą cywilów. ONZ alarmuje, że to zapowiedź nowej katastrofy humanitarnej.

Syryjczycy i wspomagający ich Rosjanie próbują zabezpieczyć Aleppo, które stało się celem artylerii dżihadystów i ich rakiet. Bojownicy Hajat Tahrir al-Szam (tj. syryjskiej Al-Kaidy) oprócz miasta atakują też od zachodu autostradę łączącą je z Damaszkiem. Wspomagają ich oddziały Państwa Islamskiego, ciągle obecne w Idlibie i inne ugrupowania radykalnego dżihadu. Prawdopodobnie syryjskie siły rządowe planują kontrofensywę w tym rejonie, bo w ruch poszła ich artyleria i – prawdopodobnie – rosyjskie wsparcie lotnicze.
Tak, czy inaczej, z rejonu bitwy masowo uciekają cywile. Według ONZ, w dniach od 15 do 19 stycznia w kierunku granicy tureckiej przemieściło się prawie 40 tys. uchodźców. Tymczasem przygraniczne obozy są już dawno pełne, a pomoc medyczna i żywnościowa daleko niewystarczająca. Jest zima, lekkie namioty, w których cieśnią się ludzie z dziećmi są regularnie zalewane przez deszcze. Turcja nie pozwala tym uchodźcom przekroczyć granicy.
ONZ wyraziła „głęboką troskę” w związku z ponowieniem ruchu uchodźczego i apeluje do krajów, które wcześniej finansowały i zbroiły Al-Kaidę (Francja, Wielka Brytania, USA, Izrael i Arabia Saudyjska) o pomoc humanitarną cywilom, którzy znaleźli się pod jej władzą. Rząd syryjski, który odbił już ok. 70 proc. kraju z rąk różnych okupantów, jest zdeterminowany odbić też Idlib, co zapowiada niestety ciąg dalszy działań wojennych i w konsekwencji pogorszenie bardzo kruchej sytuacji zwykłych ludzi w tym regionie.

Protesty przeciwko obozom dla uchodźców

Grecki parlament większością głosów wybrał na prezydenta sędzię Katerinę Sakellaropoulou. W tym samym dniu miały miejsce strajki i liczne protesty na wyspach, gdzie zlokalizowane są obozy dla uchodźców.

Grecki parlament po raz pierwszy na prezydenta wybrał kobietę – 63-letnią Katerinę Sakellaropoulou będącą aktualnie prezesem naczelnego sądu administracyjnego.
Obejmie ona urząd w dniu 13 marca, kiedy zakończy się kadencja obecnego prezydenta Prokopisa Pavlopoulosa. Sakellaropoulou nie jest powiązana z żadną partią polityczną co niewątpliwie zapewniło jej bezkonfliktowy wybór. Jej kandydaturę poparła zarówno rządząca prawicowa Nowa Demokracja, jak i lewicowa opozycyjna Syriza. Za jej kandydaturą opowiedziało się 261 spośród 300 deputowanych.
Przemawiając w parlamencie premier Kyriakos Mitsotakis nie krył swojego entuzjazmu mówiąc, iż nowo wybrana prezydent będąc postępową sędzią symbolizuje jedność greckiego narodu a wraz z jej wyborem „nadszedł czas aby Grecja otworzyła się na przyszłość”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Również szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, iż „Grecja wkroczyła w nowa erę równości”. Także zdaniem lidera Syrizy, byłego premiera Aleksisa Tsiprasa, Sakellaropoulou jest doświadczonym sędzią oraz obrońcą praw człowieka. Według niemieckiej Deutsche Welle, reprezentuje ona postępowe poglądy w kwestii walki z dyskryminacją i zmian klimatycznych.
Greccy analitycy uważają, iż nowa prezydent jest osobą koncyliacyjną unikającą konfrontacji, co, jak twierdzi politolożka Stella Ladi, jest szczególnie ważne w przypadku urzędu prezydenta. Grecka konstytucja przyznaje prezydentowi niewiele uprawnień.
Jest on co prawda nominalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych z prawem wypowiedzenia wojny, jednak może to uczynić jedynie za zgodą rządu.
W tym czasie, kiedy parlament dokonywał wyboru prezydenta na trzech greckich wyspach – Lesbos, Samos i Chios ich mieszkańcy protestowali przeciwko obecności zbyt dużej, ich zdaniem, liczbie uchodźców. Zamykano sklepy, nie działały usługi publiczne a liczne rzesze ludzi demonstrowały na ulicach powiewając greckimi flagami i skandując „chcemy z powrotem naszych wysp”.
Do protestów przyłączyły się miejscowe władze oraz związki zawodowe. Związkowcy oraz miejscowi samorządowcy domagają się od rządu, aby w trybie pilnym przetransportował uchodźców wgłąb kraju. Wskazują na to, że niektóre obozy są przeludnione i przebywa w nich 10 razy więcej osób niż przewiduje norma. Również burmistrz Wathi, największego miasta na wyspie Samos mówił, iż „nasza wyspa nie może być dłużej miejscem dla zagubionych dusz i cierpiących ludzi”. Gubernatorzy regionów administracyjnych obejmujących wyspy Morza Egejskiego oraz burmistrzowie miast mają zamiar udać się Aten aby swoje postulaty przekazać rządowi.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawicowy rząd Mitsotakiasa zapowiedział w październiku 2019, że do końca obecnego roku ma zamiar odesłać z powrotem do Turcji 10 tys. imigrantów.
Ciekawe jak do tego problemu podejdzie koncyliacyjna i czuła na prawa człowieka nowa pani prezydent.