„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. V)

Komuna Paryska – pierwsza w dziejach rewolucyjna władza proletariatu – działała od 18 marca do 28 maja 1871 r. Jej punktem wyjściowym było proklamowanie 4 września 1870 r. III Republiki Francuskiej. Stało się tak na skutek spontanicznego wystąpienia ludu Paryża na wieść o klęsce cesarza Napoleona III pod Sedanem i poddaniu się go wraz z armią, w której przebywał do pruskiej niewoli. Cały Paryż wówczas wołał: „Będziemy się bronili, wypędzimy wroga”.

Republikę wywalczył lud Paryża godząc się na rządy burżuazyjnych republikanów „tylko pod tym wyraźnym warunkiem – jak to skonstatował Karol Marks – aby władza ta służyła jedynie i wyłącznie celom obrony narodowej. Lecz bronić Paryża – cytuję dalej Marksa – znaczyło uzbroić jego klasę robotniczą, zamienić ją w rzeczywistą siłę bojową i wyćwiczyć jej szeregi bezpośrednio w ogniu walki. Paryż zaś pod bronią oznaczał rewolucję pod bronią. Zwycięstwo Paryża nad pruskimi najeźdźcami byłoby zwycięstwem robotnika francuskiego nad francuskim kapitalistą i jego pasożytami państwowymi. W tej rozterce pomiędzy obowiązkiem narodowym a interesem klasowym rząd obrony narodowej nie wahał się ani chwili – stał się rządem zdrady narodowej. Pierwszym jego czynem było wysłanie Thiersa na wędrówkę po wszystkich dworach Europy, aby tam wyżebrał pośrednictwo ofiarując ze swej strony wymianę republiki na króla”.


Zaprezentowana powyżej ocena Marksa jest trafna, ale podejrzewam, że dla współczesnego czytelnika zbyt ogólnikowa, przez co może być niewłaściwie zrozumiana. Pozwolę zatem sobie ją nieco ukonkretnić, rozbudować, a dalszy jej ciąg trochę przeredagować:
Robotnicy francuscy stanowili potencjalne zagrożenie dla panowania burżuazji, ale większość z nich pragnęła przede wszystkim pokoju umożliwiającego godne warunki egzystencji. Taką nadzieję pokładali w Republice, wywalczonej 4 września 1870 r. Tego dnia paryska sekcja Międzynarodówki i Federacja Izb Robotniczych wysłały „nowe orędzie do robotników niemieckich zaklinając ich, aby powstrzymali się od udziału w tej bratobójczej walce. Spełniwszy obowiązek braterstwa – cytuję relację Lissagaraya – robotnicy francuscy oddali się całkowicie sprawie obrony domagając się od rządu, aby ją zorganizował”. Wieczorem tego dnia delegaci Izb Robotniczych i Międzynarodówki przybyli do paryskiego Ratusza. W głównej siedzibie władz Republiki najpierw przyjął ich Jules Ferry (trzy miesiące później objął stanowisko mera Paryża; sprawował je od 15 listopada 1870 do 5 czerwca 1871) zaświadczając słowem honoru, że „rząd pod żadnym pozorem nie będzie prowadził rokowań o pokój”. Następnie delegaci spotkali się z ministrem spraw wewnętrznych Léonem Gambettą, który bardzo życzliwie ich potraktował i udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania.
Był to jeden z nielicznych członków Rządu Obrony Narodowej, dla którego obrona ojczyzny była rzeczywiście celem najwyższym. Dlatego gotowy był współdziałać z wszystkimi odłamami francuskiego społeczeństwa. Dał temu wyraz kilka godzin wcześniej. Podczas gdy ogromny tłum przed Ratuszem skandował hasło ‚Niech żyje Republika!”, Gambetta wyszedł naprzeciw i krzyknął: „Mylicie się, trzeba nam jedności, nie rewolucji”. Jednak to właśnie on, spośród wszystkich członków rządu, wykazywał największe zaangażowanie w organizowaniu obrony Republiki przed wojskami pruskimi.
Wielu członków rządu, już na pierwszym spotkaniu w swoim gronie, wyrażało brak wiary w możliwość zwycięstwa. Minister finansów Ernest Picard oświadczył: „Będziemy się bronili, aby ocalić honor, lecz wszelka nadzieja jest złudna”, a Adolf Crémieux z ministerstwa sprawiedliwości powiedział: „Prusacy wejdą do Paryża jak nóż w masło”.
Zdecydowanie sprzeczna z oczekiwaniami ludu paryskiego była postawa szefa Rządu Obrony Narodowej (sic!) jednocześnie gubernatora wojskowego Paryża generała Louisa Julesa Trochu. Cztery miesiące po rozpoczęciu oblężenia stolicy Francji przez armię pruską wygłosił w obecności członków rządu i merów Paryża następujące oświadczenie: „Pierwsze pytanie, które mi postawili moi koledzy jeszcze tegoż wieczora 4 września, było następujące: czy są jakiekolwiek widoki na to, aby Paryż wytrzymał pomyślnie oblężenie przez armię pruską? Nie wahałem się odpowiedzieć przecząco. Kilku spośród obecnych tu moich kolegów potwierdzi prawdę mych słów i moje niezmienne obstawanie przy powyższej opinii. Powiedziałem im tymi samymi słowami co i teraz, że przy danym stanie rzeczy próba obrony Paryża przed oblegającą pruską armię jest szaleństwem. Bez wątpienia – dodałem przy tym – bohaterskim szaleństwem. Wypadki nie zadały kłamu moim przewidywaniom.
Wypadki rzeczywiście nie zadały kłamu przewidywaniom generała Trochu, ale jakoś dziwnie nie zauważył, że w bardzo dużym stopniu on sam te wypadki wykreował. Jego czteromiesięczne dowodzenie obroną Paryża „w rzeczywistości polegało – zauważają autorzy VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – na ograniczeniu się do biernego oporu, aby oblężenie i głód skłoniły lud do spokojnego przyjęcia kapitulacji. W tym celu m.in pozwalał od czasu do czasu na źle przygotowane wypady, z góry skazane na niepowodzenie”.(…) Generał Trochu „postanowił, że co pewien czas należy członkom gwardii narodowej puszczać krew, aby zabić w nich nadzieję zwycięstwa.”
Wszystko wskazywało, że Rząd Obrony Narodowej, na czele którego stał generał Trochu, w praktyce grał na zwłokę, lawirował, by tymczasem wykruszyła się wola mas ludowych do walki. Natomiast oficjalnie mydlił im oczy szumnymi oświadczeniami, że pragnie prowadzić wojnę z wojskami pruskimi aż do zwycięskiego końca, jak np. „Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”. 6 września – czyli dwa dni po proklamowaniu Republiki – minister spraw zagranicznych Jules Favre, wysłał do przedstawicieli dyplomatycznych za granicą okólnik z deklaracją że „rząd spełni do końca swój obowiązek” i nie odda Prusakom „ani jednej piędzi ziemi, ani jednego kamienia fortec francuskich”.
Jednakże w bardzo krótki czas po tym buńczucznym oświadczeniu Jules Favre udał się do Bismarcka, by dowiedzieć się, jakie są jego warunki pokoju. Uczynił to – jak to później sam opisał w swoim sprawozdaniu – „z własnej inicjatywy, nie zawiadamiając o tym swoich, kolegów”. Zaznaczając przy tym, że podczas spotkania „łzy nie pozwalały mu mówić”. „Nie uronił ani jednej łzy, mimo że bardzo pragnął popłakać – skomentował to później sekretarz Bismarcka, jeżeli można mu wierzyć.
Główny motyw postępowania większości członków Rządu Obrony Narodowej (sic!) Jules Favre wyjawił w liście do Gambety stwierdzając, że „broniono się nie przed pruskimi żołnierzami, lecz przed paryskimi robotnikami”. Warto nadmienić, że robotnicy paryscy stanowili poważną siłę: 450 tysięcy w 1,8 mln ludności. Gwoli ścisłości trzeba jednak przyznać, że w rządzie tym były też osoby pragnące udziału mas ludowych w walce z wojskami pruskimi.


Etienne Arago burmistrz Paryża (4 września – 15 listopada) zapowiadał, że w najbliższym czasie odbędą się wybory i mówił o przywróceniu wielkich dni 1792 roku. tj. czasu wzrostu wpływów lewicy (jakobinów), którzy opierali się na komunie (tak wówczas nazywano radę miejską i radę gminną) Paryża i czasu wielkich zwycięstw militarnych Rewolucji. Z takim samym poglądem występował Léon Gambetta. „Potrzeba nam – pisał – poparcia i pomocy ciał wybranych bezpośrednio w głosowaniu powszechnym”.


Rząd Obrony Narodowej – mimo sceptycyzmu swego szefa generała Trochu – zadeklarowała razem z nim („Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”) organizację oporu jako swe naczelne zadanie. Jednocześnie przygotowywał się do jak najszybszego zawarcia pokoju z Prusami. Po nieudanych próbach nakłonienia do pomocy w mediacjach ambasadora amerykańskiego w Paryżu i następnie angielskiego, rząd wysłał 12 września Adolfa Thiersa do Londynu, Petersburga i Wiednia. Trzeba jednak zauważyć, że wówczas nie był on jeszcze członkiem rządu, tylko jego wysłannikiem. Domyślam, że gdyby jego misja miała bardziej oficjalny charakter spotkałaby się z dezaprobatą większości paryżan, tym bardziej gdyby się dowiedzieli, że Rząd Obrony Narodowej gotowy jest za cenę uzyskania pokoju zrzec się dopiero co wywalczonego ustroju republikańskiego i przywrócić monarchię we Francji; na „wymianę- jak to napisał Marks – republiki na króla”. Niezależnie od tego wyprawa misyjna Thiersa ujawniła, że Francja może tylko liczyć na własne siły..


Przez długi czas sytuacja oblężonego Paryża bynajmniej nie była beznadziejna. W mieście znajdowało się ok. 100 tys. żołnierzy i 200 tys. członków gwardii narodowej, których po uzbrojeniu i przeszkoleniu można było przekształcić w pokaźną siłę bojową”. Oblegające Paryż wojska pruskie były nie tylko liczebnie słabsze od sił francuskich, ale brakowało im też ciężkiej artylerii do rozbijania potężnych fortów i ulokowanych tam dział. Ściągnięcie ciężkich kalibrów – zdaniem znawcy tematu Eligiusza Kozłowskiego – wymagało około trzech miesięcy, toteż oblegający musieli ograniczyć swoją działalność bojową pod miastem (w pierwszej fazie oblężenia) do likwidowania wypadów przełamujących oraz prób odsieczy z zewnątrz. Prusakom też we znaki dawały się oddziały partyzanckie tzw. Franc-tir-reurs (wolni strzelcy). W odwecie za działalność tych ostatnich Prusacy po raz pierwszy wprowadzili zasadę odpowiedzialności zbiorowej.
Nie można było w tamtym czasie jeszcze uważać klęski Francuzów za przesądzoną, skoro na wschodzie w pobliżu granicy francusko-pruskiej, w twierdzy Metz broniło się jeszcze 170 tys. żołnierzy pod dowództwem marszałka Francji Achille François Bazaine. (naczelnego wodza armii francuskiej). Zdolne do kontynuowania walki były też, znajdujące się na północ od Paryża, dwa korpusy wojsk francuskich pod Arras jeden korpus Rouen (70 tys.). Przy granicy szwajcarskiej formował się korpus XXVI, a w rejonie Dôle – Dijon włoski rewolucjonista Giuseppe Garibaldi dowodził ochotniczą Armią Wogezów, która ani razu nie doznała porażki od Prusaków.


W celu zorganizowania pomocy wojskowej dla Paryża i obrony nie zajętych jeszcze przez Prusy terenów 6 października wyleciał balonem z oblężonego Paryża minister spraw wewnętrznych w rządzie gen. Trochu, Leon Gambetta.
„W Paryżu na Ratuszu – wg relacji Lissagaraya – cieszono się z jego wyjazdu. Wszyscy byli tam tak dalece przekonani, że nie uda mu się niczego dokonać, iż nikt z rządu, ani generał Trochu, ani generał Le Flô, słowem nawet nie wspomniał o jakiejkolwiek operacji wojskowej. Gambetta zaś miał swoje własne plany. Nie chciał wierzyć w śmierć narodu. Na chwilę tylko uległ rozpaczy, gdy zastał prowincję bez żołnierzy, bez oficerów, bez broni, bez amunicji, bez ekwipunku, bez zaopatrzenia, bez pieniędzy. Rychło się jednak otrząsł, zrozumiał bowiem, że środki są ogromne, a ludzi nieprzebrane mnóstwo: Bourges, Brest, Lorient, Rochefort, Tulon miały służyć jako arsenały; do usług były Lille, Nantes, Bordeaux, Tuluza, Marsylia, Lyon ze swymi fabrykami; morza były wolne, sił było stokroć więcej niż w roku 1793, kiedy staczano równocześnie walki z zagranicą i z Wandeą; wielki ośrodki ogarnął patriotyczny zapał; Rady Miejskie i Rady Generalne nakładały na siebie podatki, głosowały za pożyczkami; po wsiach ani jednego szuana (bojowników reakcyjnych ruchów chłopskich – przyp. LF).
Na wspaniały apel Gambetty Francja odpowiedziała takim samym entuzjazmem, jak Paryż w dniu 14 września (Tego dnia w Paryżu – pisałem o tym w poprzednim odcinku niniejszego cyklu – prezydent III Republiki generał Trochu zachwycił się, widokiem „trzystu batalionów zorganizowanych i uzbrojonych, otoczonych przez cały lud paryski, który wołał o obronę stolicy”. Reakcjoniści znów pochowali się do nor. Gambetta zdobył duszę kraju; mógł dokonać wszystkiego”.