Zakaz aborcji czyli hańba domowa

Przy lekturze tej książki towarzyszyła mi mieszanka takich odczuć jak oburzenie, irytacja, wściekłość i właściwie poczucie bezsilności. Zakaz aborcji, temat to jak wiadomo, w Polsce nie nowy, powracający jak stan zapalny od 28 lat. To nieustające, boyowskie Piekło Kobiet, z przerwami aktualne od 85 lat.

Przypomnę pokrótce, dla porządku: tuż po przełomie 1989 roku, zanim jeszcze na dobre uformowały się struktury nowego, demokratycznego państwa polskiego, zanim jeszcze, w rezultacie wyborów 4 czerwca, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kościół katolicki dał sygnał do szturmu politycznego na prawa kobiet i otwarcie wezwał do zniesienia ustawy z kwietnia 1956 roku zezwalającej na aborcję. Hierarchowie i proboszczowie nie cofnęli się przy tym przed kłamstwem, przed manipulacją. Głosili wszem i wobec, wbrew faktom, że ustawa z 1956 roku to prawo stalinowskie, choć w rzeczywistości był to jeden z aktów destalinizacji, o czym świadczy także data jej uchwalenia na fali odwilży przedpaździernikowej. Władze stalinowskie zachowały bowiem przedwojenne prawo antyaborcyjne zawarte w ustawie z 1932 roku. Przez cały okres stalinowski (1945-1955) aborcja, a raczej „spędzanie płodu” jak to wówczas określano, była więc w Polsce zakazana. W 1989 roku Kościół znalazł wśród posłów i senatorów „solidarnościowych” pokaźny szereg (ściślej biorąc: miażdżącą większość) promotorów wprowadzenia totalnego zakazu aborcji. W tej walce, która toczyła się przez ponad trzy lata, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia maksimum. W krańcowych wariantach rozważano nawet wprowadzenie zakazu niektórych środków antykoncepcyjnych, w szczególności pigułek oraz spiral domacicznych, a także wprowadzenia przymusu regularnych, kontrolnych badań ginekologicznych, na podobieństwo praktyk w Rumunii Nicolae Ceausescu. W dążeniu do maksymalnych restrykcji Kościół zlekceważył nawet sensowny projekt wybitnego przedstawiciela inteligencji katolickiej, człowieka o nieposzlakowanej moralności, ojca wielodzietnej rodziny, Andrzeja Wielowieyskiego. Proponował on pozostawić kobietom prawo do wyboru, czy chcą czy nie chcą utrzymać ciążę, przy jednoczesnym wprowadzeniu dla nich obowiązku dwukrotnej konsultacji psychologiczno-lekarskiej. Ten mechanizm na pewno spowodowałby dobrowolne wycofanie się wielu ciężarnych z zamiaru poddania się zabiegowi aborcji. Kościół odrzucił to rozsądne rozwiązanie, a jednocześnie odwrócił się od kręgów światłej inteligencji katolickiej skupionej wokół „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, znajdując sobie sojusznika w radykalnych fanatykach katolickich. I tak jest do dziś, choć trzeba mieć nadzieję, że Czarny Protest z 3 października choć trochę otrzeźwi Kościół i umiarkowanych katolików (bo fanatyków od Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego i „Ordo Iuris” już nie).
Jednak emocje polityczne, hasła i zawołania bojowe, spory aktywistów pro-life i pro-choice, projekty i kontrprojekty ustaw dotyczących tej kwestii, to jedno, a konkretna, bardzo życiowa rzeczywistość, która dramatycznie dotykała i dotyka tysięcy kobiet padających ofiarami opresyjnego prawa i opresyjnych postaw wielu lekarzy, to drugie. Książka składa się z dziewięciu rozmów, które Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin przeprowadziły z kobietami, które stanęły cieleśnie i psychicznie przed problemem niechcianej ciąży, zazwyczaj ciąży chorej. Wiem, że to słowo jest zdewaluowane, ale mogę określić te rozmowy jako „wstrząsające”, przerażające świadectwa kobiet, świadczące o tym w jak zacofanym obyczajowo żyjemy kraju. Tę książkę powinni przeczytać wszyscy, dla których jest ważna – często z krańcowo przeciwnych powodów – kwestia prawnej regulacji kwestii przerywania ciąży. Ja tej książki nie rekomenduję, ja nakazuję jej lekturę.
„Dziewięć rozmów o aborcji”, Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str. 258, ISBN 978-83-7700-284-1