W Legii już zmieniono trenera

Po porażce z Górnikiem Zabrze właściciel Legii Warszawa Dariusz Mioduski nieoczekiwanie dokonał zmiany trenera. W poniedziałek w miejsce zwolnionego Aleksandara Vukovicia zatrudnił selekcjonera reprezentacji Polski U-21 Czesława Michniewicza. Nowy szkoleniowiec stołecznego klubu będzie łączył te funkcje.

Vuković był trenerem piłkarzy Legii od 2 kwietnia 2019 roku. W poprzednim sezonie wywalczył mistrzostwo Polski, ale w obecnym prowadzony przez niego zespół zawodził oczekiwania właściciela klubu. Posada serbskiego szkoleniowca była zagrożona już od porażki z Omonią Niokozja w 2. rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów, bo awans do fazy grupowej tych elitarnych rozgrywek to niezmienne marzenie Dariusza Mioduskiego. Planem awaryjnym jest zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Europy, ale w prezentowanej obecnie formie warszawski zespół ma na to niewielkie szanse. Pokazała to dobitnie sobotnia porażka z Górnikiem Zabrze w 4. kolejce ekstraklasy. Vuković najwyraźniej nie był w stanie zagwarantować szefowi klubu radykalnej poprawy jakości gry, a już w czwartek 24 września legionistów czeka mecz w 3. rundzie eliminacji Ligi Europy z mistrzem Kosowa Dritą Gnjilane, zaś w przypadku oczekiwanego zwycięstwa tydzień później, 1 października, potyczka w 4. rundzie z mistrzem Azerbejdżanu Karabachem Agdam. A między tymi spotkaniami także u siebie zagra w 5. kolejce ligowej ze Śląskiem Wrocław. Trudno o bardziej sprzyjający układ gier. Pieniądze do zarobienia w Lidze Europy są znacznie mniejsze niż w Lidze Mistrzów, ale gra idzie w najgorszym razie o 2,9 mln euro.
Nie dawał gwarancji sukcesu
Serbski trener jako piłkarz spędził w Legii siedem sezonów, a od 2015 roku pracuje w sztabie szkoleniowym stołecznego klubu i w poniedziałek zakończył swoje trzecie podejście do roli trenera pierwszego zespołu. Gdy w kwietniu 2019 roku zastępował Portugalczyka Ricardo Sa Pinto, miał być „trenerem na lata”. Pewnie dlatego prezes i zarazem właściciel Legii Dariusz Mioduski w komunikacie zamieszczonym na stronie internetowej klubu poświęcił mu wiele ciepłych słów. „Bardzo dziękuję Vuko za to co zrobił dla Legii, nie tylko przez ostatnie półtora roku jako trener I drużyny, z którą zdobył Mistrzostwo Polski, ale także na przestrzeni ostatnich lat. Zawsze mogliśmy na niego liczyć, szczególnie w trudnych momentach i nigdy nie bał się brać odpowiedzialności. Należy mu się za to ogromny szacunek ze strony Klubu i kibiców. Bardzo rozwinął się też jako trener, szybko się uczył i rozwijał, dlatego jestem pewien, że będzie osiągał dalsze sukcesy w swojej karierze trenerskiej. Wiem też, że jest oraz pozostanie prawdziwym Legionistą i zawsze tak będziemy go w Klubie traktować. Dzisiaj musieliśmy jednak podjąć trudną decyzję, która wynika z faktu, że nadrzędnym celem Legii jest realizacja celów sportowych, w tym awans do pucharów europejskich. Uznaliśmy, że zmiana na stanowisku trenera pozwoli na szybszą poprawę gry naszej drużyny, co jest niezbędne ze względu na nadchodzące mecze decydujące o awansie do fazy grupowej Ligii Europy”.
Dalsze losy Vukovicia na razie są niewiadomą. Stołeczny klub i tak musi mu zapłacić pełny kontrakt, więc z szukaniem nowej pracy nie musi się spieszyć. Serb prowadził legionistów w 65 meczach, z których 36 wygrał, 12 zremisował, a w 17 doznał porażek. Wywalczył wicemistrzostwo, a w poprzednim sezonie zdobył dla stołecznego klubu 14. mistrzowski tytuł.
Michniewicz na dwóch stołkach
Zatrudniony w poniedziałek w miejsce Vukovicia 50-letni Czesław Michniewicz dostał od Mioduskiego dwuletni kontrakt. Ponieważ od 7 lipca 2017 roku nowy trener Legii pracuje w PZPN w roli selekcjonera kadry młodzieżowej, musiał uzyskać zgodę szefa związku Zbigniewa Bońka na podjęcie pracy w stołecznym klubie. Ustalono, że do zakończenia eliminacji do Młodzieżowych Mistrzostw Europy będzie łączył obie posady. Pierwszy problem pojawi się w meczu o Superpuchar z Cracovią, który został wyznaczony na 9 października, gdy kadra U-21 grać będzie z Serbią (9 października) i Bułgarią (13 października).
Legia jest dziesiątym klubem w trenerskiej karierze Michniewicza. W przeszłości był szkoleniowcem Lecha, Zagłębia Lubin, Arki, Widzewa, Jagiellonii, Polonii Warszawa, Podbeskidzi, Pogoni i Bruk-Betu Nieciecza. Z Zagłębiem zdobył mistrzostwo Polski, a z Lechem wywalczył Puchar oraz Superpuchar Polski.
Zadania jakie właściciel Legii postawił Michniewiczowi są oczywiste – awans do fazy grupowej Ligi Europy, obrona mistrzowskiego tytułu i zdobycie Pucharu Polski. Jeśli przy tym wyraził też oczekiwanie, żeby zespół grał ładny dla oka, widowiskowy futbol, to raczej chyba się nie doczeka, bo Michniewicz największą wagę przywiązuje do gry defensywnej.
Kto następny do zwolnienia?
W miniony weekend zmiany szkoleniowca zaczęli domagać się fani Wisły Kraków, rozdrażnieni porażką ich ulubieńców 0:3 z Wisłą Płock. Trener „Białej Gwiazdy” Artur Skowronek, którego w poprzednim sezonie wychwalano przy Reymonta pod niebiosa, po porażce z „Nafciarzami” usłyszał z trybun: „To jest prawda oczywista, to jest właśnie wuefista” oraz „Zmieniaj trenera, hej Kuba zmieniaj trenera”. Poprawić notowania u kibiców swojej drużyny będzie mu trudno, bo w 5. kolejce wiślaków czeka wyprawa do Zabrza, a Górnik już jednego trenera w tym sezonie zmienił.
Nieciekawie wygląda też sytuacja trenera Piasta Gliwice Waldemara Fornalika. Po czterech kolejkach jego zespół z wylądował na ostatnim miejscu w tabeli mając zerowy dorobek punktowy, zero strzelonych goli i cztery stracone. Nietrudno więc zauważyć, że Vuković stracił posadę będąc w znacznie lepszym położeniu od Fornalika, bo zostawił zespół na 7. miejscu z dorobkiem sześciu punktów i bilansem bramkowym 5:6.

Boruc wrócił do Legii

Powrót Artura Boruca po 15 latach do Legii Warszawa bez wątpienia jest wielkim wydarzeniem. Na razie jednak głównie medialnym, bo 40-letni bramkarz miniony sezon spędził jako żelazny rezerwowy w zespole Bournemouth i nikt nie wie w jakiej jest teraz formie. A podpisał roczny kontrakt i przydzielono mu trykot z numerem 1, co oznacza, że to on ma być pierwszym bramkarzem Legii.

Artur Boruc, 65-krotny reprezentant Polski, na swoją renomę zapracował nie tylko wieloma udanymi występami w kadrze, ale przede wszystkim solidną karierą w wielu zagranicznych klubach. Zaczynał w Pogoni Siedlce, lecz już w wieku 19 lat trafił do Legii, z którą utożsamia się do dzisiaj. Bramkarzem numerem jeden został w sezonie 2002/2003, zdążył rozegrać w jej barwach 88 spotkań, strzelić… jednego gola (dokonał tego w 25. kolejce sezonu 2003/2004, wykorzystując rzut karny w wygranym, przez Legię 6:0 meczu z Widzewem Łódź). W lipcu 2005 roku wypożyczył go z Legii Celtic Glasgow, raczej do roli rezerwowego golkipera, ale Boruc szybko przekonał do siebie trenera oraz kolegów z zespołu i został pierwszym bramkarzem. Szefowie Celticu zadziałali błyskawicznie i wykupili go z Legii za półtora miliona euro.
Długa zagraniczna kariera
Tak zaczęła się barwna zagraniczna kariera Boruca trwająca równo 15 lat. Po pięciu sezonach spędzonych w Celticu przeniósł się na dwa lata do włoskiej Fiorentiny, skąd na trzy sezony trafił do Southampton, a następnie do AFC Bournemouth, w barwach którego spędził pięć lat. Ostatnio sezon był raczej dla niego nietypowy, bo zanim się zaczął trener tego zespołu Eddie Howe postawił sprawę jasno, że pierwszym bramkarzem będzie u niego Aaron Ramsdale. Boruc na rolę rezerwowego się zgodził i chociaż przez rok grzał ławę, szefowie angielskiego klubu byli z jego postawy na treningach i prezentowanej formy na tyle zadowoleni, że byli gotowi przedłużyć z nim kontrakt o kolejny sezon, jeśli rzecz jasna zgodzi się nadal pełnić rolę drugiego bramkarza. Polak nie miał nic przeciwko, bo w jego wieku możliwość zarabiania godziwych pieniędzy tylko za utrzymywanie gotowości do gry można było śmiało uznać za uśmiech losu.
Sytuacja zmieniła się diametralnie w chwili, gdy zespół Bournemouth z hukiem zleciał z Premier League. W drugiej lidze klubu już nie było stać na płacenie Borucowi kontraktu w dotychczasowej wysokości, a na grzanie ławy za mniejsze o ponad połowę wynagrodzenie 65-krotnemu reprezentantowi Polski, bohaterowi Euro 2008, nie pozwalał honor. „Piękna podróż z Bournemouth dobiegła końca… Dziękuję za wasze wsparcie. Przesyłam ogrom miłości wszystkim członkom klubu. Nigdy o was nie zapomnę” – napisał na Instagramie Boruc, a w polskich mediach natychmiast rozgorzały spekulacje, że być może wróci do Legii, która właśnie po sprzedaży Radosława Majeckiego do AS Monaco została po tym sezonie bez klasowego bramkarza. Na takie miano z pewnością nie zasługuje 37-letni Radosław Cierzniak, a 22-letni Wojciech Muzyk dopiero w lipcu tego roku zaliczył debiut w zespole Legii. „Wojskowi” mają jeszcze w kadrze 20-letniego Mateusza Kochalskiego, a w odwodzie wypożyczonego do Radomiaka 18-letniego Cezarego Misztę. Żaden z tych bramkarzy nie gwarantuje jednak wysokiej jakości gry, niezbędnej w czekającej legionistów walce o awans do Ligi Mistrzów.
Czy da radę po roku na ławie?
Inna sprawa, że póki co nikt nie wie, czy odpowiednią jakość będzie jeszcze w stanie zapewnić 40-letni już jednak Boruc,który na dodatek od ponad roku praktycznie nie występował w meczach o stawkę.
W zasadzie to można być spokojnym jedynie o jego motywację, której na pewno mu nie zabraknie, bo od lat zawsze manifestował swoje wielkie przywiązanie do klubowych barwa Legii i ciągle podkreślał, że zakończenie kariery na Łazienkowskiej jest jego wielkim marzeniem. No i właśnie teraz to marzenie spełnia.
„Czy podpisałbym się pod twierdzeniem, że Artur Boruc nigdy z Legii nie odszedł, tylko po prostu pracował w innych klubach?. Myślę, że tak. Wiadomo, że moje serce zostało tutaj. Było kilka okazji do powrotu, ale z różnych powodów wcześniej do tego nie doszło. Bardzo się cieszę, że tym razem sprawy transferowe tak szybko się potoczyły” – wyjawił w rozmowie z oficjalną stroną internetową Legii 65-krotny reprezentant Polski.
Boruc ma zostać numerem jeden w bramce Legii „z marszu”, bo przecież jeszcze tydzień temu uczestniczył w ostatnim meczu Bournemouth w Premier League, a warszawski zespół nowy sezon zacznie już 9 sierpnia meczem o Superpuchar Polski z Cracovią. Bramkarz nie chciał jednak czekać z powrotem i zamiast jechać na krótkie choćby wakacje, zrezygnował z nich i dołączył do ekipy trenera Aleksandara Vukovicia.
„Podpisanie kontraktu z Arturem to wzmocnienie klubu na każdej możliwej płaszczyźnie. Liczymy, że jego umiejętności, doświadczenie zdobyte w kadrze Polski, na wielkich turniejach oraz wyniesione z gry w klubach z najsilniejszych europejskich lig, będą bardzo pomocne, zwłaszcza w kontekście naszego kolejnego celu, jakim są europejskie puchary. Poza tym nasz nowy golkiper to prawdziwy legionista, który podczas całej swojej kariery utożsamiał się z naszym klubem. Doskonale rozumie nasze cele i priorytety w nadchodzącym sezonie. Jestem przekonany, że nam w ich osiągnięciu bardzo pomoże” – przekonuje dyrektor sportowy warszawskiego klubu Radosław Kucharski.
Tomaszewski jest zachwycony
Pozyskanie Boruca przez mistrzów Polski głośno chwali też nasze legendarny bramkarz Jan Tomaszewski. „Według mnie Artur wniesie do szatni Legii pewności siebie. A to że przez ostatni rok nie grał, nie powinno być problemem. On ma taką rutynę, że tej przerwy możemy nawet w ogóle nie zauważyć. Na pewno nie zje go trema, a jak wiadomo, ma on też wielką charyzmę i jeśli chce, potrafi zjednoczyć zespół wokół siebie. A Legia, mam wrażenie, właśnie takiego lidera grupy w tej chwili najbardziej potrzebuje” – twierdzi Tomaszewski.
Trudno nie przyznać mu racji. Obecna kadra „Wojskowych” liczy ponad 30 zawodników, ale jeśli wyłączymy z niej grupę aspirujących dopiero do gry młodzieżowców, to zawężonej grupie liczącej 23-25 graczy będzie 13 obcokrajowców, wśród których są trzej Portugalczycy (do grających tu wcześniej Luisa Rochy i Andre Martinsa tego lata dołączył pozyskany z Cracovii Rafael Lopes, który w minionym sezonie strzelił dla krakowskiego klubu 12 goli), dwóch Chorwatów (Domagoj Antolić i Josip Juranović) oraz po jednym graczu z Gruzji (Walerian Gwilia), Brazylii (Luquinhas), Hiszpanii (Inaki Astiz), Serbii (pozyskany latem z Lechii Gdańsk Filip Mladenović), Czech (Tomas Pekhart) Litwy (Arvydas Novikovas), Gwinei (Jose Kante) i Francji (Wiliam Remy). Żaden z tych graczy nie na takiego piłkarskiego CV jak Boruc, więc możemy z góry założyć, że to on będzie rządził w szatni. A że nigdy nie był „grzecznym chłopcem”, z tym akurat na pewno sobie poradzi.

Koniec gry w ekstraklasie

W miniony weekend zakończyły się rozgrywki naszej piłkarskiej ekstraklasy. Już wcześniej tytuł zapewniła sobie Legia Warszawa, w ostatniej 37. kolejce wicemistrzostwo przyklepał Lech Poznań, zaś brązowe medale Piast Gliwice. Z ligi spadły natomiast zespoły ŁKS Łódź, Korony Kielce i Arki Gdynia.

Zakończony w minioną niedzielę sezon w naszej piłkarskiej ekstraklasie rozpoczął się 19 lipca 2019 roku i przez pandemię koronawirusa trwał dokładnie 367 dni, najdłużej w historii. A to przecież jeszcze nie koniec zmagań, bo w piątek 24 lipca w Lublinie dwa zespoły ekstraklasy, Cracovia i Lechia Gdańsk, zagrają w finale Pucharu Polski. Nowe rozgrywki zainauguruje mecz o Superpuchar Polski – 9 sierpnia mistrz Polski Legia zagra na swoim stadionie ze zdobywcą Pucharu Polski. Nim wystartuje nowy sezon ligowy, tegoroczny mistrz kraju, Legia, rozpocznie walkę o awans do Ligi Mistrzów. Pierwsza runda eliminacji ma się odbyć się w dniach 18-19 sierpnia. Ze względu na napięty kalendarz UEFA zrezygnowała z meczów rewanżowych. Jeśli Legia wygra, kolejne spotkanie w tych rozgrywkach zagra już tydzień później, w przypadku przegranej trafi do II rundy kwalifikacji Ligi Europy, która odbędzie się dopiero w połowie września. Nowy sezon PKO Ekstraklasy ma wystartować 22 sierpnia.
Co pokażą w pucharach?
Nigdy przerwa letnia nie trwała tak krótko. Po pierwszej kolejce ligowej zostanie rozegrana II runda eliminacji Ligi Mistrzów (25-26 sierpnia) oraz I runda eliminacji Ligi Europy (27 sierpnia) z udziałem Lecha Poznań, Piasta Gliwice oraz Cracovii lub Lechii. W tym roku z powodu pandemii rywalizacja o awans do fazy grupowej obu europejskich pucharów będzie czystą loterią, bo UEFA w pierwszych rundach kwalifikacyjnych zrezygnowała z rewanżów i o awansie do kolejnego etapu zmagań decydować będzie jedno spotkanie na boisku wyłonionego losowo gospodarza. Ale żeby wygrać cztery mecze, też trzeba mieć mocny zespół.
Tymczasem nasze „eksportowe” ekipy tuż po zakończeniu ligowych rozgrywek zaczęły tracić kluczowych graczy. Legia już na początku lipca musiał odesłać do AS Monaco bramkarza Radosława Majeckiego, a trener Aleksandar Vuković w meczach o Ligę Mistrzów nie będzie mógł wystawić kontuzjowanych Marka Vesovicia, Jose Kante i Vymara Sanogo, a na razie stołeczny klub pozyskał jedynie z Lechii Gdańsk bocznego obrońcę Filipa Mladenovicia. Jeszcze poważniejszy ubytek będzie musiał w swoim zespole zapełnić trener Lecha Dariusz Żuraw, bo z jego ekipy odszedł jej najskuteczniejszy strzelec Duńczyk Christian Gytkjaer, a drugi pod względem skuteczności w „Kolejorzu” Kamil Jóźwiak bardzo chce opuścić Polskę juz tego lata. Na miejsce Gytkjaera, który w minionym sezonie strzelił 24 gole i został królem snajperów ekstraklasy, przychodzi Szwed Mikael Ishak, który w ostatni sezon spędził w niemieckiej 2. Bundeslidze, w barwach zespołu FC Nuerberg, dla którego zdobył jedną bramkę. Nie miejmy złudzeń, że te nietypowe z powodu pandemii kwalifikacje europejskich pucharów będą dla polskich zespołów lepsze od poprzednich. Gwoli przypomnienia – rok temu ówczesny mistrz Polski Piast przegrał u siebie z BATE Borysów, a później jeszcze z FC Ryga, co było kompromitacją. Cracovia nie dała rady DAC Dunajska Streda, zaś Legia, po przejściu slabeuszy – FC Europa, Kuopion Pallloseura i Atromitos Ateny, odpadła z Glasgow Rangers, a Lechia nie sprostała Broendby Kopenhaga.
Taka liga, jak jej piłkarze
Ekstraklasa SA swoje wyróżnienia rozdała zaraz po zakończeniu niedzielnych meczów ostatniej kolejki spotkań w grupie mistrzowskiej. Dzień wcześniej sezon zakończyły zespoły z grupy spadkowej, ale z nich nikt nie został nagrodzony, co wydaje się jak najbardziej zrozumiałe. Piłkarzem sezonu 2019/2020 został pomocnik Piasta Jorge Felix. W tej kategorii o wyborze decydowali piłkarze klubów ekstraklasy. Hiszpan w tym najbardziej miarodajnym plebiscycie wyprzedził Chorwata Domagoja Antolicia (Legia) oraz Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech).
W pozostałych kategoriach zwycięzców wybierała 14-osobowa kapituła złożonej z dziennikarzy, ekspertów oraz przedstawicieli Ekstraklasy S.A. i PZPN. Oto jej aktualny skład: Michał Kołodziejczyk, Krzysztof Marciniak i Żelisław Żyżyński (Canal+), Michał Zawacki, Robert Podoliński (TVP Sport), Wojciech Bajak (Ekstraklasa.org), Michał Zachodny (PZPN), Mateusz Januszewski (EkstraStats), Mateusz Rokuszewski (Weszło), Łukasz Olkowicz (Przegląd Sportowy), Paweł Kapusta(Sportowe Fakty), Andrzej Janisz (Polskie Radio), Paweł Wilkowicz (Sport.pl) i Roman Kołtoń (niezrzeszony).
Wybór piłkarzy dość wymownie zweryfikował oceny członków kapituły, którzy zawodnika Piasta nie nagrodzili w żadnej z kategorii. Bramkarzem sezonu został po raz drugi w karierze Dusan Kuciak ( W liczbie obronionych strzałów słowacki golkiper Lechii Gdańsk należał do ligowej czołówki, ale do jedenastki kolejki trafiał najwięcej razy i pewnie ten fakt przeważył przy jego wyborze. Najlepszym obrońcą sezonu, także po raz drugi w karierze, uznano Artura Jędrzejczyka (Legia Warszawa). Kandydatura kapitana mistrzowskiej drużyny i zarazem jednego z nielicznych reprezentantów Polski występujących na co dzień w ekstraklasie choćby z tych powodów jest do zaakceptowania. Na najlepszego pomocnika sezonu kapituła wybrała Domagoja Antolicia (Legia Warszawa), który w minionych rozgrywkach strzelił trzy gole i liczył pięć asyst, co jest dorobkiem znacznie skromniejszym od osiągniętego przez Jorge Felixa w Piaście. Ale o jego wyborze przesądziły statystyczne wyliczenia liczby podań.
W przypadku najlepszego napastnika sezonu wybór mógł być tylko jeden, bo zwykle najbardziej na taki tytuł zasługuje król strzelców, a że w minionym sezonie najwięcej goli (24) strzelił Christian Gytkjaer, to właśnie Duńczyk zgarnął to wyróżnienie. Najlepszym młodzieżowcem w ekstraklasie kapituła uznała Michała Karbownika (Legia Warszawa), ale gdyby ktoś zażądał uzasadnienia, to właściwie nic konkretnego na korzyść tego młodego gracza nie przemawia, poza powielaną obiegową opinią, że jest nadzwyczaj utalentowany.
Vuković trenerem sezonu
Na najlepszego trenera wybrano Aleksandara Vukovicia, który doprowadził Legię do mistrzowskiego tytułu notując najwięcej zwycięstw. Pod względem bilansu bramkowego legionistom dorównał jedynie Lech – oba zespoły zakończyły rozgrywki z identycznym dorobkiem 70:35. Za sukces Vukovicia należy też uznać zwycięstwo 7:0 nad Wisłą Kraków, najwyższe w ekstraklasie od piętnastu lat.
Z pewnością jednak na ten laur zasłużył też szkoleniowiec Piasta Gliwice Waldemar Fornalik, który co prawda w tym sezonie nie obronił mistrzowskiego tytułu, lecz jeśli zważy się, że po poprzednim sezonie z jego zespołu odeszła niemal połowa podstawowych graczy, to tak szybka odbudowa siły zespołu, pamiętając o jego znacznie skromniejszym budżecie i możliwościach od posiadanych przez warszawski klub, zasługuje na nie mniejsze uznanie, niż dokonania Vukovicia. Gdyby jednak przyjąć za kluczowe kryteria widowiskowości gry oraz promowania młodych polskich zawodników, to tytuł trenera sezonu bez wątpienia zgarnąłby Dariusz Żuraw z Lecha Poznań.
Najlepsi strzelcy PKO Ekstraklasy:
24 gole – Christian Gytkjaer (Lech),
16 goli – Igor Angulo (Górnik), Jorge Felix (Piast),
15 goli – Damjan Bohar (Zagłębie),
14 goli – Flavio Paixao (Lechia), Jarosław Niezgoda (Legia).

To już koniec sezonu

Najdziwniejszy sezon w historii, przerwany w marcu przez pandemię koronawirusa, ostatecznie został szczęśliwie dokończony bez większych sportowych sensacji. Mistrzem został zespół Legii, jak zawsze typowany na faworyta rozgrywek, a z ligi spadły zespoły, którym taki los wieszczono jeszcze przed rozpoczęciem sezonu.

Jeśli coś jeszcze wyróżnia ten sezon od poprzednich, to niewielka stosunkowo liczba trenerskich dymisji. W trakcie sezonu praktycznie każdy zespół przeżywał gorsze momenty, jakieś serie spotkań bez zwycięstwa czy bolesne porażki, ale w Legii, Lechu, Piaście, Śląsku, Lechii, Cracovii i Pogoni władze zachowywały spokój i nie dymisjonowały szkoleniowców. W grupie mistrzowskiej jedynie Jagiellonia dokonała wymiany trenera, zastępując w grudniu ubiegłego roku Ireneusza Mamrota Bułgarem Iwaiło Petewem. Natomiast Aleksandar Vuković (Legia), Dariusz Żuraw (Lech), Waldemar Fornalik (Piast), Vitezslav Lavicka (Śląsk), Michał Probierz (Cracovia) i Kosta Runjaić (Pogoń) mimo trudnych momentów zachowali posady.
O tym, że takie rozsądne podejście popłaca, świadczy też układ sił w grupie spadkowej. Nieprzypadkowo pierwsze miejsce zajął w niej Górnik Zabrze, prowadzony od czerwca 2016 roku przez Marcina Brosza, a tuż za nim uplasował się beniaminek ekstraklasy Raków Częstochowa, trenowany od kwietnia 2016 roku przez Marka Papszuna. Trzecie w tej grupie Zagłębie Lubin dokonało zmiany szkoleniowca we wrześniu ubiegłego roku, zastępując Holendra Bena van Daela Słowakiem Martinem Sevelą, ale chociaż słowacki trener nie spełnił oczekiwań szefów klubu i nie zakwalifikował się do grupy mistrzowskiej, Savelę w ekipie „Miedziowych” nagrodzono przedłużeniem kontraktu. Wisła Płock tuż po rozpoczęciu obecnego sezonu musiała zmienić trenera przymusowo, gdy Leszek Ojrzyński z przyczyn rodzinnych poprosił o rozwiązanie kontraktu. Ale zatrudniony w jego miejsce Radosław Sobolewski miał spokój i komfort pracy. Podobnie sytuacja wyglądała w Wiśle Kraków, w której co prawda w połowie listopada zwolniono trenera Macieja Stolarczyka, lecz jego następcy, Arturowi Skowronkowi, władze klubu zaufały na tyle, że nawet jak zespołowi zagroziło widmo degradacji, nawet w plotkach nie pojawił się temat dymisji. Najgorzej pod tym względem wyglądała sytuacja w ekipach spadkowiczów. ŁKS Łódź na początku maja tego roku niespodziewanie zwolnił Kazimierza Moskala, zastępując go Wojciechem Stawowym, co nie przyniosło żadnego pozytywnego efektu. Koronę Kielce w minionym sezonie prowadziło aż czterech szkoleniowców. Upadek Korony to wina fatalnego zarządzania klubem. Z tego też powodu z ekstraklasą pożegnała się także gdyńska Arka. Warto odnotować, że oba te kluby są pod kontrolą piłkarskich agentów.
Ten sezon był więc mimo nietypowych okoliczności całkiem normalny, a teraz czeka nas inna norma – exodus wybijających się zawodników. Z Lecha np. odejdzie król strzelców ekstraklasy Christian Gytkjaer. Duńczyk dostał oferty, które zdecydowanie przebiły możliwości finansowe poznańskiego klubu. Z Górnika z tego samego powodu odchodzi po czterech latach inny wybitny snajper, Hiszpan Igor Angulo, z kolei z do odlotu z Piasta szykuje się jego rodak Jorge Felix. Legia już zimą oddała do AS Monaco bramkarza Radosława Majeckiego, a teraz wystawia na sprzedaż jeszcze utalentowanego nastolatka Michała Karbownika. Do nowego sezonu żaden z zespołów ekstraklasy nie przystąpi więc w składzie, w jakim zakończył obecne rozgrywki.

Powalczą o Ligę Mistrzów?

Wiadomo już, że Legia Warszawa zagra w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, drugi w tabeli Piast Gliwice w kwalifikacjach Ligi Europy. Bliski tego celu jest też trzeci w stawce Lech Poznań. Do Piasta i Lecha dołączy zwycięzca finałowego meczu Pucharu Polski, czyli Cracovia lub Lechia Gdańsk.

Rozgrywki ekstraklasy są już na finiszu. We wtorek i środę zaplanowano przedostatnią, 36. kolejkę, a w najbliższy weekend odbędzie się ostatnia, 37. seria spotkań. Wszystkie najważniejsze rozstrzygnięcia już zapadły, a o co walczyć ma jeszcze tylko Lech Poznań, któremu teoretycznie miejsce na podium mógłby jeszcze odebrać Śląsk Wrocław. Ale ekipa „Kolejorza” ma sześć punktów przewagi nad wrocławianami i do przyklepania medalu potrzebuje zdobyć jeden punkt – jeśli nie wywalczy go w środę w wyjazdowym meczu z Cracovią, to okazję do tego będzie miał jeszcze w niedzielę u siebie w starciu z Jagiellonią, która, co jest całkiem możliwe, już w środę zakończy sprawę, jeśli pokona u siebie drużynę Śląska.
Zagra najmocniejszy kwartet
Wygląda więc na to, że w nowym sezonie europejskich pucharów nasz futbol w kwalifikacjach Ligi Mistrzów reprezentować będzie Legia, a w kwalifikacjach Ligi Europy Piast, Lech oraz zwycięzca finału Pucharu Polski, czyli Cracovia lub Lechia. Obiektywnie oceniając, w tej chwili są to zdecydowanie najlepsze polskie zespoły klubowe, co oczywiście wcale nie oznacza, że w najbliższym sezonie zdołają coś zwojować w europejskich pucharach. Legia poniosła w 35 kolejkach dziewięć porażek, co czyni ją jednym z najsłabszych mistrzów Polski w ostatnich latach. Z drugiej strony 21 zwycięstw to więcej niż odnotowała zwycięska drużyna Jacka Magiery z sezonu 2017/2017, ale o trzy mniej niż mistrzowska ekipa prowadzona przez Henninga Berga w sezonie 2013/2014, natomiast jest pierwszym zespołem od pięciu lat, który zapewnił sobie tytuł na dwie kolejki przed końcem rozgrywek. W pięciu poprzednich sezonach losy mistrzostwa rozstrzygały się w ostatniej serii spotkań. Najgroźniejsi rywale Legii, Piast i Lech, też nie wypadają rewelacyjnie. Broniący tytułu gliwiczanie mają na koncie 11 porażek i sześć remisów, a Lech Poznań siedem porażek i 12 remisów.
UEFA podjęła decyzję, że wszystkie spotkania pierwszych trzech rund eliminacyjnych odbędą się bez udziału kibiców bez względu na sytuację epidemiczną w poszczególnych krajach. Ma to zapewnić równe szanse dla wszystkich drużyn. Świeżo upieczony mistrz Polski, Legia Warszawa, rozpocznie eliminacje już od I rundy. Mecze I rundy eliminacyjnej mają zostać rozegrane w dniach 18-19 sierpnia, spotkania II rundy zaplanowano na 25 i 26 sierpnia, zaś III na 15 i 16 września. Faza grupowa rozpocznie się dopiero pod koniec października. Pierwszą rundę kwalifikacji Ligi Europy zaplanowano na 27 sierpnia.
Z powodu pandemii koronawirusa i braku terminów UEFA postanowiła, że mecze pierwszych rund eliminacyjnych, zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Lidze Europy, odbędą się bez spotkań rewanżowych, a gospodarze będą wyłaniani drogą losowania. Legia w pierwszej rundzie eliminacyjnej zostanie rozstawiona, co oznacza, że uniknie takich zespołów, jak Celtic Glasgow, Astana, Łudogorec Razgrad czy Crvena Zvezda Belgrad. Potencjalni przeciwnicy to np. mistrz Luksemburga Fola Esch, mistrz Szwecji Djurgardens, mistrz Czarnogóry Buducnost Podgorica czy Białorusi Dinamo Brześć. Legia może też trafić na zespoły z Islandii, Armenii, Albanii, Macedonii lub Malty.
Na rozstawienie legioniści mogą jeszcze liczyć tylko w II rundzie eliminacji, bo w trzeciej prawdopodobnie znajdą się już w gronie słabszych zespołów. Gdyby jednak szczęście i forma legionistom dopisały i jakimś cudem przebili się do IV rundy eliminacyjnej, to w ostatnim etapie walki o awans do fazy grupowej Champions League beda musieli pokonać zespół klasy Ajaksu Amsterdam czy Red Bull Salzburg.
Już trzeba szykować drużyny
Jeśli Legia odpadnie w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, w IV rundzie eliminacji Ligi Europy, najprawdopodobniej będzie mogła liczyć na rozstawienie obok takich drużyn jak Molde, Makabi Tel Awiw oraz potencjalni pozostali spadkowicze z III rundy LM (Quarabag, Young Boys Berno lub FC Basel czy Crvena Zvezda). A jej potencjalnym rywalem może okazać się ktoś ze wspomnianych drużyn Sheriff Tiraspol, FC Midtjylland, Slovan Bratislava, Olimpię Ljubljana, FK Sarajewo, Univeristatea Craiova, Ferencvaros czy Dundalk FC.
Trener Legii Aleksandar Vuković w dwóch ostatnich kolejkach ekstraklasy może przetestować graczy z szerokiego zaplecza. Już w środę na spotkanie z Lechią w Gdańsku z różnych powodów nie zabrał aż 11 zawodników z podstawowej kadry zespołu. Zostawił Artura Jędrzejczyka, który ma na koncie tyle żółtych kartek, że następna grozi mu zawieszeniem na dwa mecze. Oprócz niego na Ergo Arenie nie zagrają Domagoj Antolić, Walerian Gwilia, Michał Karbownik i Luquinhas (dostali wolne) oraz kontuzjowani Andre Martins, Igor Lewczuk, Tomas Pekhart, Arvydas Novikovas, William Remy, Jose Kante i Marko Vesović. W tej sytuacji szansę występu będą mieli tacy gracze, jak Maciej Rosołek, Piotr Pyrdoł, Ariel Mosór, Paweł Stolarski, Luis Rocha, Bartosz Slisz, Mateusz Cholewiak, Radosław Cielemęcki czy Szymon Włodarczyk.
W kwalifikacjach Ligi Mistrzów stołeczny zespół czeka piekielnie trudne zadanie, a bez znaczących wzmocnień kadry nie ma nawet co marzyć o przebiciu się do fazy grupowej tych elitarnych rozgrywek. Po meczu z Cracovią trener Vuković otwarcie zaapelował do szefa klubu o transfery pięciu, sześciu zawodników na poziomie pozyskanego niedawno z Lechii Gdańsk Filipa Mladenovicia.Właściciel Legii Dariusz Mioduski w wypowiedziach dla mediów raczej unika mocarstwowych obietnic. „Jeśli nie sprzedamy Michała Karbownika, to niewielki. Transfer to nie tylko kwota płacona klubowi, ale też pensja piłkarza, premia za podpis. Z powodu pandemii straciliśmy ponad 20 milionów zł, ale wciąż jesteśmy w stanie trochę zdziałać na rynku transferowym” – zapewnił sternik warszawskiego klubu. Legia musi pilnie ściągnąć dobrego bramkarza na miejsce Radosława Majeckiego, potrzebuje też skutecznego napastnika, bo Jose Kante do sierpnia będzie leczył kontuzję.
Podobne problemy kadrowe mają lub będą mieć także trenerzy Piasta i Lecha, bo po zakończeniu rozgrywek zacznie się skrócony przez pandemię okres transferowy, z którego oba te zespoły na pewno nie wyjdą wzmocnione. Pandemia dość poważnie zrujnowała budżety klubowe i transfery do załatania dziur są wręcz niezbędne. Lech i Piast w poprzednich sezonach sporo zarobiły na sprzedaży najlepszych graczy, a tego lata także właściciel Legii nie ukrywa, że jeśli pojawią się dobre oferty za Michała Karbownika i Luquinhas, piłkarze ci będą mogli odejść.
Zestaw par 36. kolejki:
Grupa mistrzowska (środa, 15 lipca):
Lechia Gdańsk – Legia Warszawa, godz. 20:30, sędziuje Tomasz Musiał (Kraków);
Cracovia – Lech Poznań, godz. 20:30, sędziuje Jarosław Przybył (Kluczbork);
Pogoń Szczecin – Piast Gliwice, godz. 20:30, sędziuje Krzysztof Jakubik (Siedlce);
Jagiellonia Białystok – Śląsk Wrocław, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak (Płock).
Rozegrane we wtorek mecze w grupie spadkowej – Arki Gdynia z Górnikiem Zabrze, Zagłębia Lubin z Wisłą Kraków, ŁKS Łódź z Rakowem Częstochowa oraz Wisły Płock z Koroną Kielce zakończyły się po zamknięciu wydania.

48 godzin sport

Poskaczą jednak w Wiśle
Międzynarodowa Federacja Narciarska potwierdziła termin Letniej Grand Prix w skokach narciarskich w Wiśle-Malince. Zawody inaugurujące tegoroczny sezon na igelicie odbędą się w dniach 21-23 sierpnia na skoczni im. Adama Małysza. Najpierw zostanie rozegrany konkurs drużynowy, a potem indywidualny. Już wkrótce ma się rozpocząć sprzedaż biletów, a organizatorzy zapowiadają niższe ceny wejściówek niż były w poprzednich sezonach.

Chińska liga zacznie 25 lipca
Sezon 2020 chińskiej ligi piłkarskiej wystartuje 25 lipca, czyli z ponad pięciomiesięcznym opóźnieniem. Jest ono efektem pandemii koronawirusa. Spotkania będą jednak rozgrywane tylko w dwóch miastach – Suzhou i Dalian. W każdym z miast będzie grało po osiem klubów. Gdy zakończy się część zasadnicza, po cztery najlepsze przystąpią do walki o mistrzostwo, a najsłabsze będą się broniły przed degradacją. Tytułu broni zespół Evergrande Kanton, którego trenerem jest Włoch Fabio Cannavaro.

Nie wróci z Grecji do Rosji
Piłkarz reprezentacji Polski Damian Szymański, który od pół roku występował w AEK Ateny na zasadzie wypożyczenia z rosyjskiego Achmata Grozny, został wykupiony przez grecki klub. 25-letni pomocnik w Polsce występował w zespołach m.in. GKS Bełchatów, Jagiellonii Białystok i Wisły Płock. W Achmacie Grozny grał od stycznia 2019, a rok później został wypożyczony do AEK. Ma na koncie cztery występy w reprezentacji Polski.

Vuković na dłużej w Legii
Aleksandar Vuković przedłużył kontrakt z Legią Warszawa. Nowa umowa szkoleniowca będzie obowiązywać do 30 czerwca 2022 roku. Legia Warszawa w tym sezonie pewnie zmierza po mistrzostwo Polski, zespół jest także w półfinale Pucharu Polski i ma szansę zakończyć sezon z podwójną koroną. Prezes Dariusz Mioduski nie czekał jednak na dalszy rozwój sytuacji i już teraz nagrodził Aleksandara Vukovicia przedłużeniem umowy. Serb w roli pierwszego trenera Legii pracuje od kwietnia 2019 roku, kiedy to zastąpił na stanowisku Ricardo Sa Pinto. Pod wodzą Vukovicia Legia rozegrała 58 spotkań, notując 33 zwycięstwa, 12 remisów i 13 porażek.

Kłopoty angielskiej federacji
Angielska federacja piłkarska (FA) zredukowała o 124 stanowiska pracy z powodu kłopotów finansowych będących skutkiem pandemii koronawirusa. Powodem jest brak wpływów z rozgrywek pucharowych i międzynarodowych, który spowodował dziurę w budżecie FA w wysokości ok. 300 milionów funtów. „Dla nas, jako organizacji non-profit, to potężny cios. Dlatego w ostatnich miesiącach dokładnie przeanalizowaliśmy budżety każdej naszej komórki i wybraliśmy działy, w których konieczne są radykalne oszczędności – ogłosił dyrektor generalny FA, Mark Bullingham. Dodał jednak, że ze 124 zlikwidowanych stanowisk pracy 42 były nieobsadzone jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa.

Legia odzyskała tron

W 19. kolejce prowadząca Pogoń Szczecin nieoczekiwanie przegrała z ostatnią w tabeli Wisłą Kraków 0:1, z czego skorzystała Legia Warszawa, która u siebie pokonała Wisłę Płock 3:1 i odzyskała pierwsze miejsce. Dwie bramki dla stołecznej drużyny zdobył Jarosław Niezgoda, który z 13 golami przewodzi w klasyfikacji strzelców.

W tym sezonie Legia objęła prowadzenie w ekstraklasie po raz drugi. Poprzednim razem legioniści wyskoczyli na czoło na początku listopada, ale pozycję lidera utrzymali tylko przez jedną kolejkę, a stracili ją po porażce w Szczecinie z Pogonią. W tym sezonie Legia jest już szóstym liderem rozgrywek. Oprócz niej i Pogoni, na szczycie ligowej tabeli plasowały się jeszcze zespoły Jagiellonii Białystok, Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Wisły Płock.

Na finiszu jesiennej części ligowego sezonu wyniki stołecznego zespołu mogą budzić uznanie. W ostatnich 10rozegranych meczach, wliczając w to spotkania w Pucharze Polski, legioniści odnieśli dziewięć zwycięstw, strzelając 31 goli i tracąc zaledwie sześć. A już w swoim mateczniku na Łazienkowskiej podopieczni trenera Aleksandra Vukovicia stali się postrachem dla rywali. W minioną sobotę przekonali się o tym także płocczanie, którzy tylko swojej nadzwyczajnej waleczności w defensywie zawdzięczają, że przegrali tylko 1:3.

Silni w ofensywie

Legia obecnie wyraźnie przewyższa inne zespoły skutecznością. Mając w składzie tak skutecznych w ofensywie graczy, jak lider klasyfikacji strzelców Jarosław Niezgoda, Gwinejczyk Jose Kante, Paweł Wszołek i Brazylijczyk Luquinhas, wspomaganych przez Portugalczyków Andre Martinsa i Cafu oraz Chorwata Domagoja Antolicia, legioniści w 19 kolejkach strzelili już 39 goli, a dla porównania drugi pod względem skuteczności zespół Lecha Poznań jedynie 32, a trzecie Zagłębie Lubin tylko 29.
Niezgoda opuszczał w sobotę boisko na Łazienkowskiej przy owacjach na stojąco. Niewykluczone, że było to jego pożegnanie ze stołeczna publicznością, bo w ostatniej tegorocznej kolejce stołeczny zespół zagra w Lubinie z Zagłębie, a wiele wskazuje, że w przerwie zimowej Niezgoda odejdzie z Legii. Co prawda ten 24-letni napastnik w publicznych wypowiedziach zapewniał, że „nie ma parcia na transfer”, ale takie deklaracje nie mają większego znaczenia, jeśli do klubu wpłynie atrakcyjna finansowo oferta. Jak kwota mogłaby skusić właściciela Legii Dariusza Mioduskiego do wydania zgody na transfer najskuteczniejszego gracza zespołu? Na pewno nie niższa niż pięć milionów euro.

A skoro już o transferach mowa, Legia ma w kadrze jeszcze dwóch graczy budzących zainteresowanie zagranicznych klubów. Mowa o 20-letnim bramkarzu Radosławie Majeckim oraz 18-letnim lewym obrońcy Michale Karbowniku. Za całą trójkę, licząc z Niezgodą, warszawski klub życzy sobie łącznie nie mniej niż 20 milionów euro.

Kwota robi wrażenia, ale na tle europejskiej średniej już taka wygórowana się nie wydaje. Wiadomo, że Legia, chociaż z polskich klubów dysponuje najwyższym budżetem, także musi w swoim budżecie uwzględniać przychody z transferów. Zwłaszcza jeśli nie zarabia odpowiednio dużych pieniędzy w europejskich pucharach. A z tym, jak wiadomo, wszystkie polskie zespoły klubowe od kilku sezonów mają poważny kłopot.

Bogata liga, ale słaba

Efekty tej pucharowej mizerii widać w najnowszym rankingu UEFA lig europejskich, w którym PKO Ekstraklasa spadła już na 32. miejsce. Nic dziwnego, że polska liga jest tak nisko, skoro w tym sezonie po raz trzeci z rzędu żadna nasza drużyna nie zakwalifikował się fazy grupowej europejskich pucharów. Cracovia odpadła w kwalifikacjach Ligi Europy już w lipcu, a Piast Gliwice i Lechia Gdańsk pożegnały się z rozgrywkami 1 sierpnia. Najdłużej walczyła Legia, lecz w IV rundzie nie sprostała Glasgow Rangers (0:0 i 0:1).

Nasza rodzima ekstraklasa wyprzedza już tylko ligi takich krajów, jak Liechtenstein, Luksemburg, Litwa, Armenia, Estonia czy Łotwa, a zdołały ją wyprzedzić z pewnością nie bardziej od niej zamożne ligi m. in. Bułgarii, Białorusi, Azerbejdżanu, Słowacji czy Słowenii.

Słabnąca pozycja PKO Ekstraklasy w Europie może dziwić, bo przecież z roku na rok nasza najwyższa liga rozgrywkowa ma coraz więcej pieniędzy. W 2919 roku zarobiła o 60 procent więcej niż rok wcześniej. Jej przychody sięgają 300 milionów złotych rocznie, co daje jej ósme miejsce w Europie.

Finansową pomyślność zapewnia klubom ekstraklasy podpisana rok temu umowa na sprzedaż praw telewizyjnych, za które Canal+ i TVP zapłaciły rekordową kwotę 250 mln złotych rocznie. Dodatkowym efektem komercyjnym, ważnym dla sponsorów i reklamodawców, jest wzrost oglądalności o 30 procent dzięki transmisjom spotkań w ogólnodostępnej TVP 2. To główny powód obecności na liście sponsorów spółek z udziałem Skarbu Państwa, jak Lotto, Bank PKO BP czy PKN Orlen. Na współpracy z nimi ekstraklasa zyskuje 30 milionów złotych rocznie i dochody z tego tytułu będą rosły.

Problemem są niesforni kibice

Oprócz słabości sportowej ekstraklasa ma jeszcze poważny problem z kibicami. Komisja Ligi po 18. kolejce ukarała z powodu niezgodnego z regulaminem rozgrywek i porządkiem prawnym zachowania fanów Legię, Śląsk i Lecha. Na warszawski klub za wybryki jego kibiców we Wrocławiu nałożono najmniejszą karę, bo tylko 5 tys. złotych grzywny oraz zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na jeden mecz ekstraklasy. Zdecydowanie surowiej ukarano gospodarza spotkania, czyli Śląsk, który musi zapłacić za pirotechniczne wygłupy swoich fanów grzywnę w wysokości 40 tys. złotych, a dodatkowo na klub nałożono zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na trzy mecze ekstraklasy (24. kolejka z Zagłębiem Lubin, 26. kolejka z Jagiellonią Białystok oraz 28. kolejka z Arką Gdynia). Dodatkowo nałożono karę zakazu wejścia na dwa mecze we Wrocławiu dla wszystkich osób, które w trakcie meczu z Legią znajdowały się na trybunie B. Kara ta jest zawieszona na pół roku.

Nie przeszkodziło to jednak wojewodzie dolnośląskiemu zamknąć stadion na jeden mecz, akurat w 19. kolejce, gdy do Wrocławia przyjechał Lech Poznań. A może właśnie dlatego, że Śląsk grał z Lechem, którego Komisja Ligi także z powodu zachowaniem kibiców w meczu z ŁKS Łódź ukarała grzywną w wysokości 40 tys. złotych.

 

Niezgoda na Kulenovicia

Legii Warszawa jako ostatnia z polskich drużyn odpadła z europejskich pucharów, ale i tak ma największy problem. Szefowie stołecznego klubu wpisali bowiem do prognozy budżetowej na nowy sezon wpływy za udział w fazie grupowej Ligi Europy, a że Legia nie dała rady Glasgow Rangers w 4. rundzie eliminacji, brakuje im teraz 20 mln złotych.

W wygranym 3:1 niedzielnym meczu z Rakowem Częstochowa wszystkie gole dla Legii strzelił 24-letni Jarosław Niezgoda, którego po godzinie gry zmienił 29-letni Hiszpan Carlos Daniel Lopez Huesca, bardziej znany pod boiskowym przydomkiem Carlitos. Na boisku, a nawet w kadrze meczowej, zabrakło napastnika Legii numer 1 w tym sezonie, 21-letniego Chorwata Sandro Kulenovicia, na którego serbski trener „Wojskowych” Aleksandar Vuković regularnie stawiał od początku sezonu, mimo jego irytującej jak na napastnika nieskuteczności. Irytującej zwłaszcza dla kibiców Legii, którzy Chorwata ostatnio już tylko bezlitośnie wygwizdywali i lżyli. Vuković na to nie zważał i także w Glasgow, w najważniejszym w tej części sezonu meczu legionistów, wystawił do gry Kulenovicia.

Zapewne nie kierował się bałkańską solidarnością, bo trudno o coś takiego posądzać Serba w relacjach z Chorwatem, raczej zaleceniami swoich przełożonych, którzy z jednej strony liczyli na awans i obiecywali piłkarzom podwójną premię za osiągnięcie tego celu, lecz równolegle szykowali plan awaryjny, którego głównym punktem był transfer Kulenovicia. Dlatego Chorwat, chociaż regularnie zawodził pod bramką rywali, wychodził na boisko w podstawowym składzie, zaś wyraźnie lepsi od niego Carlitos i Niezgoda w spotkaniach pucharowych grzali ławę. Ta strategia jak już wiemy zakończyła się kolejnym niepowodzeniem warszawskiego klubu w europejskich pucharach, ale transfer chorwackiego piłkarza doszedł do skutku. Kulenović wrócił do ojczyzny, do zespołu Dinama Zagrzeb, który pod wodzą znanego z nieudanego epizodu w Lechu Poznań trenera Nenada Bjelicy właśnie awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Kulenović jest zawodnikiem Legii od 2016 roku. Na Łazienkowską trafił właśnie z Dinama Zagrzeb. Sezon 2017/2018 spędził na wypożyczeniu w zespole Primavery Juventusu. Włoski klub miał wtedy po sezonie możliwość wykupu Kulenovicia, ale tego nie zrobił. Po powrocie z wypożyczenia Kulenović zaczął częściej pojawiać się na boisko, ale wchodził najczęściej jako rezerwowy. W poprzednim sezonie uzbierał 25 występów i strzelił cztery gole. W obecnych rozgrywkach był pierwszym wyborem Vukovicia w ataku, chociaż nie potrafił trafić do siatki w dziewięciu meczach z rzędu. W sumie zaliczył w Legii 36 występów i strzelił sześć goli, z czego dwa w tym sezonie w 11 rozegranych meczach. Mimo to Dinamo zapłaciło za niego około dwóch milionów euro.
Szefowie Legii pozbyli się też 33-letniego Tomasza Jodłowca, oddając go ponownie do Piasta Gliwice, tym razem już nie na zasadzie wypożyczenia, jak w poprzednim sezonie, tylko transferu definitywnego. Ten piłkarz był zawodnikiem stołecznego klubu od 19 lutego 2013 roku i wywalczył z nim pięć tytułów mistrza kraju i zdobył czterokrotnie Puchar Polski, zaliczając w sumie 202 występy i zdobywając 19 bramek. Na Łazienkowskiej nie był jednak w ostatnich latach doceniany. Legia zarobiła na jego sprzedaży niespełna pół miliona złotych.

Z transferów tych dwóch graczy do kasy „Wojskowych” wpłynie około dziewięciu milionów złotych, a zatem zbyt mało, by komisja licencyjna PZPN uznała deklarowany przed sezonem budżet za zbilansowany. Nie obędzie się więc bez upokarzającego najbogatszy polski klub piłkarski nadzoru finansowego, bo w kadrze zespołu jaką ma obecnie do dyspozycji trener Vuković, chyba tylko 19-letni bramkarz Radosław Majecki wart jest 5-6 mln euro. Reszta to gracze wyceniani w przedziale 1-2 mln euro, czyli trzeba by było sprzedać z trzech, żeby załatać budżetową dziurę.

Jarosław Niezgoda, mimo hat-tricka strzelonego beniaminkowi ekstraklasy z Częstochowy, na razie nie jest jeszcze materiałem na hitowy transfer, choćby tylko na poziomie sprzedanego latem do Dynama Moskwa 20-letniego pomocnika Sebastiana Szymańskiego, za którego rosyjski klub zapłacił Legii wedle różnych źródeł między 5,5 a 6 mln euro. „Teraz pewnie zacznie się gadanie, że powinienem na niego postawić w meczach z Rangersami (Niezgoda nie zagrał przeciwko szkockiej drużynie w pierwszym meczu w Warszawie, ale trzy dni później zdobył dwie bramki w ligowym spotkaniu z ŁKS Łódź i w Glasgow wszedł na boisko w 56. minucie. Gola nie strzelił, ale w miniona niedzielę zaliczył hat-tricka w meczu Rakowem), bo po prostu odżył za późno. Natomiast, jeśli grałby tak od początku sezonu, na co zresztą czekaliśmy, to przecież on by grał. Ale Kulenović na treningach prezentował się najlepiej i dlatego to on zagrał z Glasgow Rangers” – przekonywał Vuković.

Serbski szkoleniowiec teraz już nie musi kombinować, bo ma w kadrze tylko dwóch napastników – sponiewieranego fatalnym traktowaniem w ostatnich dwóch miesiącach Carlitosa oraz odrodzonego po dwóch latach zmagań z zaburzeniami pracy mięśnia sercowego Niezgodę. „Cały czas pracujemy nad tym, by wrócił do najwyższej formy. Jeśli będzie grał na takim poziomie, jak z Rakowem, to będzie numerem jeden. Jeśli lepszy od niego będzie Carlitos, to będzie grał Carlitos. Dla mnie to oczywiste. Chcę stawiać na najlepszych graczy i chciałbym, żeby wiedział to każdy piłkarz w zespole i każdy kibic na trybunach. Niech nikt mi nie zarzuca, że działam na niekorzyść drużyny, bo to nieprawda” – zakończył temat Niezgody Vuković.

 

Pogoń za Śląskiem

Trwa dobra passa piłkarzy Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław. „Portowcy” w zamykającym 5. kolejkę poniedziałkowym meczu pokonali na wyjeździe Koronę Kielce 1:0. Był to już ich ósme ligowe spotkanie z rzędu, w którym szczecińska drużyna nie poniosła porażki. Ale większą uwagę kibiców i tak skupia Legia Warszawa, która jeszcze walczy w Lidze Europy.

Kibice w Szczecinie dawno nie mieli tylu powodów do radości. W tym sezonie „Portowcy” są jak na razie niepokonani – zwyciężyli Legię, Arkę, Wisłę Kraków i Koronę Kielce oraz zremisowali z Piastem. W Kielcach już od pierwszych minut narzucili przeciwnikom swoje warunki gry. Bramkowe szanse zmarnowali jednak Zvonimir Kozulj i Jakub Bartkowski, ale w 17. minucie wyręczył ich 20-letni kapitan drużyny Sebastian Kowalczyk, który w polu karnym ograł Adnana Kovacevicia i mocnym strzałem w okienko pokonał bramkarza Korony i został najmłodszym kapitanem w ekstraklasie z ligowym trafieniem.

Trener kieleckiego zespołu Gino Lettieri po zmianie stron wprowadził do gry dwóch świeżych piłkarzy. Na murawie pojawili się Marcin Cebula i Matej Pućko, a zeszli Rodrigo Zalazar i Uros Duranović. Potem szkoleniowiec ekipy gospodarzy posłał na boisko jeszcze Michała Żyro, który w poprzednim sezonie był piłkarzem Pogoni. Wejście byłego reprezentanta Polski nie przyniosło jednak spodziewanych efektów i ostatecznie zespół „Portowców” zdobył komplet punktów. Warto odnotować, że bramkarz Pogoni Dante Stipica w czwartym spotkaniu z rzędu zachował czyste konto. Po raz ostatni został pokonany w 1. kolejce obecnego sezonu przez napastnika Legii Warszawa Sandro Kulenovicia.

I jak na razie była to jedyna ligowa bramka zdobyta przez tego 20-letniego chorwackiego napastnika. Równie skuteczny jest w kwalifikacjach Ligi Europy – w nich też trafił tylko raz, w rewanżowym spotkaniu I rundy z gibraltarskim College Europa FC. Potem zaliczył puste przebiegi, ma też na koncie spudłowany rzut karny. Przytaczamy ten niezbyt pokaźny dorobek Kulenovicia, bo po w niedzielnym meczu Legii z Zagłębiem Lubin (1:0) kibice stołecznego zespołu straszliwie go wygwizdali i zelżyli. Ta bezlitosna, choć typowo kibicowska recenzja boiskowych wyczynów piłkarza, nie spodobała się trenerowi Legii Aleksandarovi Vukoviciowi. Serbski szkoleniowiec, chociaż jako piłkarz i trener warszawskiego zespołu zdążył w swoim życiu zobaczyć najróżniejsze przejawy jego relacji z kibicami, z jakiegoś powodu postanowił wykonać medialną szarżę w obronie Kulenovicia. „To jest przykre, niezrozumiałe, wręcz obrzydliwe zachowanie kibiców wobec 20-letniego chłopaka, który zostawia serce na boisku. Nie oczekuję, że na Łazienkowskiej panować będą angielskie zwyczaje, jak choćby w Chelsea, gdzie Frank Lampard przegrywa 0:4 z Manchesterem United i jest przez fanów swojej drużyny oklaskiwany. Ale oczekuję więcej szacunku dla moich piłkarzy” – grzmiał Vuković.

Tylko czy na pewni miał rację prąc do zwarcia z nienawykłą do takiego łajania kibolską ferajną? Rzeczony Kulenović w w spotkaniu z Zagłębiem grał do 81. minuty. Nie tylko nie strzelił gola, co jest przecież głównym zadaniem środkowego napastnika, lecz w każdym innym aspekcie zaprezentował się bardzo przeciętnie, a momentami wręcz fatalnie. Został zmieniony przez Mateusza Wieteskę, zaś na ławce rezerwowych z chmurną miną pozostał Carlitos, najskuteczniejszy piłkarz Legii w poprzednim sezonie. Hiszpan po zakończeniu spotkania nie dołączył do cieszących się ze zwycięstwa kolegów, tylko od razu poszedł pod trybuny.

Carlitos latem miał odejść z Legii, ale z jakiegoś powodu do transferu nie doszło. To jest niezły piłkarz, dobrze wyszkolony technicznie, ruchliwy, potrafiący nie tylko wykorzystywać, ale też kreować strzeleckie sytuacje. Pod tym względem bije Kulenovicia na głowę i dlatego fani Legii mają pretensje do Vukovicia, że z takim uporem stawia na mało zwrotnego i chaotycznego Chorwata. Na dodatek notorycznie zawodzącego pod bramką rywali, co dyskwalifikuje go jako napastnika. „Sandro jest dla nas pierwszą opcją, bo zasługuje na to swoją pracą. To decyzja podjęta na podstawie tego, co widzę w codziennej pracy drużyny. W meczu z Zagłębiem wszedł za niego Mateusz Wieteska, który zapewnił nam awans w meczu z Kuopio. Doznał jednak kontuzji i wypadł na jeden mecz, ale to ważny gracz w naszym zespole. A Carlitos? No cóż, jak każdy walczy o swoje miejsce w składzie. Musi pracować i czekać na swoją szansę” – stwierdził Vuković. Kibice Legii najwyraźniej mają w tej kwestii odmienny pogląd.

Może wiedzą, że kierownictwo klubu chce korzystnie sprzedać Kulenovicia i dlatego chorwacki piłkarz pojawia się regularnie w składzie. Vuković nie ma tu nic do gadania, ale nie może się do tego publicznie przyznać, to plecie bez sensu, bo przecież każdy widzi, że Kulenović jest piłkarzem przeciętnym. W czwartkowym starciu z Glasgow Rangers przekonamy się pewnie o tym dobitnie, ale czy ktoś na serio liczy, że legioniści wyeliminują szkocki zespół?

Kadra Rangers FC na mecze z Legią w Lidze Europy:
Bramkarze: 1. Allan McGregor, 12. Andy Firth, 13. Wes Foderingham.
Obrońcy: 2. James Tavernier, 4. George Edmundson, 6. Connor Goldson, 15. Jon Flanagan, 19. Nikola Katić, 31. Borna Barišić, 44. Aidan Wilson, 46. Rhys Breen, 48. Jordan Houston, 51. Lewis Mayo, 56. Daniel Finlayson, 63. Nathan Patterson, 71. Murray Miller, 72. Kyle McClelland, 75. Harris O’Connor,.
Pomocnicy: 8. Ryan Jack, 10. Steven Davis, 11. Sheyi Ojo, 16. Andy Halliday, 18. Glen Kamara, 24. Greg Stewart, 29. Andy King, 33. Jamie Barjonas, 37. Scott Arfield, 47. Jack Thomson, 57. Zac Butterworth, 61. Kieran McKechnie, 64. Josh McPake, 65. Ben Williamson, 73. Ciaran Dickson, 81. Cole McKinnon, 84. Alex Lowry.
Napastnicy: 9. Jermain Defoe, 17. Joe Aribo, 20. Alfredo Morelos, 21. Brandon Barker, 22. Jordan Jones.

 

Legia budzi zawiść

Piast Gliwice, Lechia Gdańsk i Cracovia już odpadły z europejskich pucharów. Na placu boju w kwalifikacjach Ligi Europy została tylko Legia Warszawa, którą krajowi konkurenci krytykują, że przełożyła mecz w rodzimej lidze między pucharowymi spotkaniami z Atromitosem Ateny.

Legioniści w III rundzie eliminacji Ligi Europy zmierzą się z Atromitosem Ateny. Pierwsze spotkanie rozegrają już w czwartek 8 sierpnia, zaś rewanż w środę 14 sierpnia. Stołeczny klub poprosił więc władze Ekstraklasy SA o przełożenie ligowego meczu wypadającego pomiędzy dwiema potyczkami z greckim zespołem. Konkretnie prośba dotyczyła niedzielnego spotkania 4. kolejki PKO Ekstraklasy z Wisłą Płock. Przychylenie się do tej prośby nie wszystkim się jednak spodobało, a co najdziwniejsze – wśród malkontentów znalazł się też prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na Twitterze ironicznie napisał, że „każdy normalny piłkarz woli grać środa-niedziela-środa”.

Vuković kontruje Bońka

Trener Legii Aleksandar Vuković ma ostatnio nerwy napięte jak postronki, bo chociaż jego zespół przebrnął przez dwie rundy kwalifikacji Ligi Europy, to zważywszy na klasę rywali, gibraltarski College Europe FC czy fiński Kuopio nie należą przecież do potentatów, zrobił to w niezbyt efektownym stylu. W ekstraklasie legioniści także nie imponowali formą – w trzech meczach zdobyli tylko cztery punkty. Jak to zwykle w Legii bywa, zaczęły krążyć plotki o rychłej zmianie trenera, które zapewne znacznie podniosły ciśnienie serbskiemu szkoleniowcowi.

Po zremisowanym 0:0 meczu ze Śląskiem Vuković nie zdzierżył i w wypowiedziach dla mediów pozwolił sobie na ripostę pod adresem krytykantów, w tym także prezesa PZPN. „Nie ukrywam, że mojemu zespołowi przyda się lekki oddech. Być może te kilka dni więcej odpoczynku nie odegra decydującej roli w rywalizacji z Atromitosem o awans do kolejnej rundy, ale równie dobrze może mieć rozstrzygające znaczenie. Każdy, kto zna się na piłce powinien zdawać sobie z tego sprawę. Mamy początek sezonu i żeby częstotliwość grania co trzy dni nie stanowiła problemu, w sytuacji gdy jest mniej treningów, to patrząc na sprawę pod kątem przygotowania fizycznego dłuższe przerwy między meczami są wskazane. Spójrzmy chociażby na niektórych zawodników, u których już na początku sezonu pojawiły się problemy z urazami. Wiem, o co chodziło prezesowi Bońkowi, ale w tym momencie jego uwaga jest nietrafiona. Za miesiąc każdy z moich zawodników znajdzie się już w takim rytmie meczowym, że będzie dla niego lepiej grać co trzy dni, niż trenować przez tydzień i czekać na następny mecz” – przekonuje szkoleniowiec Legii.

Gdzie podziała się solidarność?

Jeszcze większą irytację Vukovicia wywołały jednak krytyczne uwagi o przełożeniu ligowego spotkania z Wisłą Płock w czwartej kolejce. „Gdzie jest ponoć tak ceniona przez Polaków solidarność? Czyżby umarła razem z „Solidarnością”? Od miesiąca gramy w systemie czwartek – niedziela – czwartek i mam nadzieję, że pogramy tak jeszcze dłużej. Nasza prośba o niewielką ulgę powinna się spotkać z większym zrozumieniem, zwłaszcza że w innych ligach takie wsparcie nie jest niczym wyjątkowym. W mojej rodzinnej Serbii drużyny Partizan czy Crvenej Zvezdy przekładają swoje ligowe mecze i nikt tego nie krytykuje, a wręcz przeciwnie – wszyscy chcą, żeby zespoły reprezentujące kraj grały w europejskich pucharach jak najdłużej” – przekonuje Vuković.

O wsparcie dla Legii upomniał się też jej były zawodnik, obecnie grając w Śląsku Wrocław Krzysztof Mączyński. „Wierzę w Legię. Ten zespół zasługuje na więcej szacunku, bo walczy w pucharach w interesie całej polskiej ligi. Dlatego nie rozumiem pretensji p przełożenie meczu z Wisłą Płock. Jeżeli jest taka możliwość, to dlaczego z niej nie skorzystać? Dziwię się, że wcześniej nie poprosiły o to Piast i Lechia” – mówi były reprezentant Polski.

Atromitos jest w zasięgu Legii?

O sile greckiego zespołu w Polsce niewiele wiadomo, poza tym, że jej zawodnikiem jest znany z gry w Pogoni Szczecin i Wiśle Kraków Dawid Kort. Jeśli czegoś można być pewnym, to tylko tego, że do meczów z Legią ateńczycy na pewno nie przystąpią w swojej optymalnej formie. Z tej prostej przyczyny, że znajdują się dopiero w końcowym etapie przygotowań do nowego sezonu greckiej ekstraklasy, który rozpocznie się 24 sierpnia. Kibice, którzy w najbliższy czwartek wybiorą się na stadion przy Łazienkowskiej, nie powinni zatem nastawiać się na oglądanie widowiska na europejskim poziomie. Znawcy futbolu prognozują, że raczej będzie to spektakl przypominający niedzielną potyczkę legionistów ze Śląskiem Wrocław, czyli grecki zespół będzie blokował dostęp do swojego pola karnego i straszył legionistów szybkimi kontratakami. Wrocławianom taka taktyka przyniosła bezbramkowy remis, a taki wynik pewnie i dla Atromitosu będzie satysfakcjonujący.

Trener Vuković nie będzie mia do dyspozycji wszystkich graczy, bo kontuzjowani są Cafu, William Remy i Vamara Sanogo, a występ pauzującego w spotkaniu ze Śląskiem Mateusza Wieteski jest niepewny. Nie ma też co liczyć na zaangażowanie Sandro Kulenovicia, bo Chorwat szykuje się do transferu. Reszta graczy być może zrobi wszystko, żeby awansować do IV rundy. W niej rywalem legionistów byłby duński FC Midtjylland lub szkocki Glasgow Rangers.