Czego oczekuję od prezydenta?

Byłem na imieninach znajomego w jednej z podwarszawskich restauracji. Mieszane towarzystwo, w znacznej części zupełnie mi nieznane. Z rozmów wynikało, że można by w tym gronie utworzyć miniaturę naszego parlamentu – wszystkie opcje były reprezentowane.

Byli też tacy, którzy odcinają się od wszelkich nurtów politycznych, nikt im się nie podoba, nikogo nie zamierzają wspierać.

Kryteria wyboru

Konsumowano umiarkowane ilości alkoholi i wymieniano poglądy na różne tematy, w końcu doszło do zbliżających się wyborów prezydenckich. Słuchałem z zainteresowaniem i popadałem w coraz głębszą frustrację.

Niech mi uczestnicy tego spotkania wybaczą, ale jestem negatywnie zaskoczony. Wymieniano różne kandydatury, ale argumentacja wspierająca zawsze oscylowała wokół takich samych argumentów. Bo reprezentuje partię, która popieram, bo jest inteligentny i ma dobry życiorys, bo jest popularny, bo jest kobietą, albo przystojnym mężczyzną, bo ma realne szanse wejść do drugiej tury. Może nie dosłyszałem, ale chyba nikt nie powiedział, czego tak naprawdę oczekuje od prezydenta.
Jak każdy sklerotyk udający mędrca usiadłem więc na boku i usiłowałem kilku osobom wytłumaczyć, do czego właściwie – moim zdaniem – w naszych warunkach ustrojowych potrzebny nam jest prezydent. Nie jesteśmy krajem, w którym prezydent pełni jednocześnie (upraszczając) funkcje premiera i tym samym kieruje rządem. U nas ma ograniczony zakres kompetencji właściwie tylko w kształtowaniu polityki zagranicznej i obrony narodowej. Może – przez prawo veta i zakulisowe rozmowy – hamować wprowadzanie rozwiązań prawnych, które uważa za niesłuszne. W tym zakresie jest rodzajem bezpiecznika, w skomplikowanym pistolecie gospodarko – społecznym kraju, konstruowanym przez rząd i parlament. No i powinien być bezwzględnym strażnikiem konstytucji, czyli reagować na wszelkie próby jej omijania.
Reprezentant państwa
To wszystko powinien robić w miarę potrzeby. Natomiast, tak „na co dzień”, ma być głównym reprezentantem państwa – czyli naszym – na tzw. arenie międzynarodowej. Czym więcej na tej „arenie” ma kontaktów, czym bardziej jest znany z działalności politycznej lub naukowej, czym więcej „ważnych ludzi” z innych krajów go lubi i docenia – tym dla nas lepiej. Często tak bywa, że kraj – z różnych względów – ma na świecie lub w Europie nienajlepszą opinię, ale jest ona łagodzona właśnie osobowością jego prezydenta. Ale bywa i odwrotnie – kraj jest lubiany, ale prezydent ma złą opinię.

Niezależność i czujność

Prezydent powinien też mieć umiejętność oderwania się od zaplecza politycznego, z którym kiedyś był powiązany, albo (lub i) które popierało jego kandydaturę. To trudne, ale znam kilka osób, które nie popierają żadnej opcji politycznej, które są autentycznie neutralne w ocenach działania politycznych ugrupowań. Prezydent nie tylko może, ale wręcz musi mieć właśnie taką cechę. W powojennym okresie zbliżał się do niej tylko, choć też nie do końca konsekwentnie, jeden prezydent. Był nim Aleksander Kwaśniewski.
Czego jeszcze oczekuję od „mego” prezydenta? Powinien reagować na rażące przejawy nienormalności w naszym życiu społecznym. Jeżeli nasza ukochana policja zamienia się w irańskich strażników rewolucji, ścigając chłopca, który schował do kieszeni hostię zamiast ją połknąć – to trzeba, chociażby w formie żartu, zwrócić uwagę społeczeństwa, na absurdalność tej sytuacji w „demokratycznym państwie prawa”.

Końcowa kandydatura

Czy obecnie „panujący” prezydent ma wszystkie wymienione cechy? Kilka ma i muszę przyznać, że bywały sytuacje, w których mnie pozytywnie zaskakiwał. Ale kilku nie ma. Znaczna część „elektoratu” ma też do niego pretensje, że zbyt często popada w dwie skrajności – albo jest zbyt swobodny, albo przyjmuje pozy wieszcza, starszemu pokoleniu przypominające wodza przedwojennej Italii. Czy zatem wśród wymienianych potencjalnych kandydatów jest ktoś, kto tych pożądanych cech ma znacznie więcej, kto zbliża się do pożądanego ideału? Jest taka osoba i nie muszę wymieniać jej nazwiska, bo Czytelnicy Trybuny są ludźmi inteligentnymi.

Nie przyniesie wstydu

Tą osobę kojarzą we wszystkich państwach świata, nawet tych najmniej znanych w Ameryce Południowej i Środkowej, nawet w państwie San Escobar, którego geograficzne położenie zna tylko były minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej. Wielokrotne kontakty procentujące wzajemnym zrozumieniem łączą tą osobę z większością europejskich przywódców na zachodzie i wschodzie, z establishmentem politycznym USA i politykami azjatyckimi.

Nie mam żadnych wątpliwości, że ta osoba nigdy nie skompromituje mego kraju i mnie w kontaktach zagranicznych, nie błyśnie niestosownym żartem w nieodpowiednich okolicznościach, że może skutecznie pomóc w „załatwianiu” spraw, wspomagających polską gospodarkę. Uważam też, że jej charyzma i naturalny prestiż mogą tonująco wpływać na nasze wewnętrzne spory, doprowadzać stopniowo nie tyle do „poczucia jedności”, bo to wydaje mi się na razie niemożliwe, ale do wzajemnego zrozumienia.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem może być przez wielu Czytelników uznane za niesłuszne lub nierealne. Bo przecież każde ugrupowanie polityczne chce w wyborach prezydenckich zaprezentować i popierać swego kandydata, który – ich zdaniem – jest najlepszy i może mieć szanse ich wygrania. Przykładem jest pan Korwin Mikke, jakże sympatyczny kandydat skrajnej prawicy, który startował już w kilku wyborach i zapewne wystartuje w tych nadchodzących. Jak zwykle bez pozytywnego rezultatu.

Rozumiem te tendencje i zarazem zwyczaj, nawet sam się w nie wpisuję, jako sympatyk lewicy. Ale jeśli zdecyduje się wystartować też osoba, o której piszę i będzie druga tura, to wtedy zagłosuję na nią. Bo to ona, i chyba w obecnej sytuacji tylko ona, może mi dać nadzieję na rzeczywiste wejście Polski do europejskiej pierwszej ligi.

Konstytucja

Żyjemy w kraju, gdzie organ Rzecznika Praw Obywatelskich
traktowany jest jako zło konieczne.

Na wstępie pozwolę sobie wspomnieć o jednej z bardziej trafionych wypowiedzi posła PiS, który to po zapoznaniu się z ostatnim raportem RPO słusznie stwierdził, że on i Adam Bodnar żyją w dwóch równoległych światach. Jak najbardziej się z nim zgadzam. Co więcej, odległość między światem zgodnym z Konstytucją, a tym, gdzie Konstytucja i tym samym prawa obywatelskie są ignorowane, powiększa się w zastraszającym tempie.
Należy zaznaczyć jednak jedną rzecz, która wciąż umyka, obserwując zdarzenia, które miały miejsce chociażby na ostatnim posiedzeniu sejmu. Rzecznik Praw Obywatelskich to organ. Niezawisły i niezależny od innych organów państwowych. Zgodnie z zapisami w Konstytucji stoi na straży wolności, praw człowieka i obywatela. Reprezentuje więc obywateli. To nie Adam Bodnar wydaje się więc niewygodnym przeciwnikiem prawicy, ale obywatele i ich prawa.
Co raz bardziej rażące próby ustanowienia nowych zasad rozumienia wolności i sprawiedliwości powinny więc zaangażować do działania każdego z obywateli. Również tego, który deklaruje absolutną separację od polityki. Prawa człowieka i to, kto stanie w jego obronie to już bowiem nie tylko polityka. To odpowiedzialność każdego człowieka za przyszłość pokoleń i za świat w którym będą żyły.
Dlatego tym bardziej niepokojące są jawne i już w żaden sposób nieskrywane zamiary prawicy o zmianie Konstytucji RP. Modyfikacji jej zapisów mieliby podjąć się ludzie, którzy pod pretekstem ochrony narodu polskiego niszczą jego pojedyncze, niewygodne dla swojej wizji państwa jednostki – obywateli. Ten najważniejszy akt prawny Rzeczypospolitej Polskiej przyjęty w ogólnopolskim referendum może zostać więc zmieniony przez ludzi, którym wyjątkowo ciężko zrozumieć założenia wolności i praworządności.
Założenie, że Konstytucja RP jest matką wszystkich ustaw i że one wszystkie powinny być z nią zgodne właściwie przestało mieć miejsce. W jednym ze światów funkcjonuje Konstytucja, w drugim, ludzie którzy tworzą ustawy. To właśnie nic innego jak konsekwentne odsuwanie się od tego najważniejszego dla RP aktu prawnego przyczynia się do coraz większych zaniechań w przestrzeganiu praw do wolności sumienia i wyznania czy po prostu do poczucia bezpieczeństwa prawnego.
Mając na uwadze, że Konstytucja została zbudowana w sposób absolutnie sensowny i logiczny, powinna być rozpatrywana jako całość, tak jak została uchwalona. Nie tylko Preambuła, ale wszystkie jej rozdziały zawierają kluczowe zasady dla zgodnego i po prostu szczęśliwego funkcjonowania każdego z obywateli zarówno w wymiarze osobistym jak też zawodowym. Właśnie dlatego, każdy z nich powinien się z nią zapoznać. Należy pamiętać, że treść zamieszczona w Konstytucji tworzona była nie w pośpiechu czy pod jakąkolwiek presją, ale w czasie sześciu bardzo pracowitych lat. Wszelkie zapisy w niej zawarte, w drodze konsensusu uzgadniała specjalnie utworzona w tym celu Komisja Konstytucyjna, której jednym z przedstawicieli był ówczesny poseł Aleksander Kwaśniewski.
Konstytucja to wszystko co mamy, aby czuć się bezpiecznie jak również czuć pewność, że jako państwo posiadamy dokument, który zda egzamin w najbardziej trudnym momencie historii, jak zadziało się to chociażby podczas katastrofy smoleńskiej.
Konstytucja RP została przyjęta przez ludzi szanujących wolność każdego z obywateli. Nie można więc dopuszczać, aby ta ustawa zasadnicza była w jakikolwiek sposób naruszana, a jej zapisy mogłyby podlegać dyskusjom czy być omijane podczas tworzenia nowych zasad kierowania państwem.
Tylko wolny od doktryn człowiek może rozwinąć skrzydła i bez nacisku z góry wybrać najlepszą dla siebie drogę. Przez takich właśnie ludzi została przyjęta Konstytucja RP. Tym bardziej znaczące jest dla mnie poparcie mojej osoby przez Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który podpisał ten najważniejszy dla Rzeczypospolitej akt prawny.
Zapraszam teraz do obejrzenia mojego najnowszego video. Jest to możliwe poprzez zeskanowanie poniższego kodu QR:

Trzeba nam Europy socjalnej

W ostatni dzień listopada Kraków stał się centrum europejskiej lewicy, do tego ważnego ośrodka akademickiego zjechali się liderzy polityczni i eksperci z 12 krajów Unii Europejskiej.

 

Europejska lewica w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego stawia sobie za cel zatrzymanie fali populizmu, która zalewa demokratyczny świat. Dzień pełen rozmów i dyskusji zaowocował pomysłami, dzięki którym europejska lewica w nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego da lewicowemu wyborczyni i wyborcy ofertę, na którą ci czekają: równe rozwiązania socjalne dla wszystkich Europejek i Europejczyków, europejska płaca minimalna, działania chroniące pracowników w całej UE, a równocześnie walka o prawa człowieka i równouprawnienie mniejszości. Dla polityków i polityczek lewicy jest jasne, że nie wystarczy odpowiadać na wyzwania współczesności, lewica musi kreować przyszłość. Aby to robić, musi być silna, musi stanowić silną frakcję w Parlamencie Europejskim, by móc skutecznie przeciwstawić się populizmowi.
– Spotykamy się dzisiaj w Krakowie w ważnym momencie, na pół roku przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, a które będą najważniejsze od wielu, wielu lat. Będą to również wybory trudne, ponieważ ta fala populizmu oraz nacjonalizmu wzrasta, tym bardziej potrzebna jest atrakcyjna i rozumna odpowiedź środowisk progresywnych i lewicowych. I takie konferencje służą wypracowaniu takiego stanowiska – powiedział Aleksander Kwaśniewski podczas spotkania z dziennikarzami w trakcie konferencji „„Za Zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która w dniach 30 listopada – 1 grudnia ma miejsce w Krakowie. – Mam nadzieję, że polska lewica, która organizuje to spotkanie i w nim uczestniczy, przygotuje właściwe decyzje abyśmy po wyborach do PE mieli mocną reprezentację środowisk lewicowych w Brukseli, a także abyśmy pokazali tutaj w Polsce, że jesteśmy w stanie zwyciężyć tych, którzy chcą stanąć do Unii Europejskiej bokiem, a także tych, którzy nie chcą większej integracji europejskiej, a niektórym marzy się Polexit – komentował były prezydent RP.
Wydarzenie organizowane przez Fundację Europejskich Studiów Progresywnych (FEPS), Grupę Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim (S&D) we współpracy z Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, Fundacją Jeana Jaurèsa oraz Fundacją im. Friedricha Eberta jest jednym z ważniejszych wydarzeń politycznych i programowych na mapie Europy. Tematem debat jest przyszłości Europy, jako wspólnoty wartości, dyskusja prowadzona jest w kontekście zbliżających się wyborów europejskich 2019 roku.
Wśród zaproszonych liderów politycznych znalazł się komisarz ds. energetyki Marosz Szefczovicz – Dziękuję za zaproszenie, dziś jest to dla mnie intensywny dzień. O poranku byłem w Katowicach gdzie z regionalnymi liderami rozmawiałem o tzw. regionach węglowych w okresie przejściowym. Rozmowy te mają na celu stworzenie nowych inwestycji, szczególnie na Śląsku gdzie wiele osób wciąż jest zatrudnionych w branży węglowej. Mówimy tu o nawet 100 000 pracowników.
– Jestem szczególnie zadowolony, że mogłem przyjechać do Krakowa. Zgadzam się z prezydentem Kwaśniewskim, iż bardzo ważne jest to, aby nasza lewicowa rodzina znalazła odpowiedzi na wyzwania przyszłości – mówił słowacki polityk. – W naszych wysiłkach szczególnie ważni są i będą młodzi ludzie, musimy umożliwić im stałą aktywność zawodową; możliwość zdobywania nowych umiejętności, szczególnie umiejętności cyfrowych. Młodzież musi umieć przekuć na swoją korzyść obecne megatrendy. Jestem pewny, że dzięki ich zaangażowaniu i świetnym uniwersytetom uda nam się ten cel osiągnąć – podkreślił Szefczovicz.
Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Bogusław Liberadzki zaprezentował stanowisko Socjalistów i Demokratów w sprawie obecnej sytuacji i przyszłości Unii Europejskiej: Zjednoczona Europa jest w momencie, w którym należy zdecydować o radykalnym przyspieszeniu gospodarczym, o radykalnym zwiększeniu programów socjalnych. Obywatelki i obywatele UE muszą usłyszeć następujące przesłanie – Unia Europejska jest po to, aby Was chronić, a im słabsi jesteście to tym bardziej będzie Was chronić. Instytucje europejskie powinny osłaniać np. przed nieuczciwą konkurencją, czy też zabezpieczyć uczciwą wymianę handlową.
Wiceprzewodniczący SLD mówił również o swoistym paradoksie, iż miliony ludzi pragną dołączyć do UE, a wielu jej obywateli krytykuje ją. – Unia Europejska to udany projekt. Miliony ludzi, którzy chcą wejść do UE podziwiają ją. Natomiast zazdroszczą nam i chcą naszego niepowodzenia nasi najwięksi globalni rywale: prezydent Trump, prezydent Putin. A jednocześnie wewnątrz Unii Europejskiej jest zdecydowana pogląd, iż mogłoby być lepiej. Tak! Może być lepiej, ale to Socjaliści i Demokraci w Parlamencie Europejskim proponują realną alternatywę: zorientowanie na człowieka wieloletnich ram finansowych, w sposób przez niego odczuwalny.
Liberadzki przedstawił nową koncepcję podziału środków z budżetu Unii. – Tyle samo środków co dotychczas należy przeznaczać na politykę spójności i na politykę rolną; trzy razy więcej środków na Erasmus, aby młode osoby mogły się kształcić; dwa razy więcej środków na badania i innowacyjność, szansą Unii jest odzyskanie przewag technologicznych.
– W tym właśnie kierunku europejska i polska lewica, w tym SLD będzie zmierzać – podkreślił.
Liderka Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim Rodrigues Maria João zapowiedziała zdecydowaną ofensywę europejskiej lewicy. – Nadszedł czas, aby lewicowe i postępowe grupy zjednoczyły się i objęły pozycję politycznego lidera w Europie. Wiemy jak odpowiednio zareagować na aktualne problemy Unii Europejskiej. Z jednej strony obywatelki obywateli powinno chronić mocne prawodawstwo krajowe, z drugiej strony powinien ich wspierać mocny społeczny filar Unii Europejskiej. My ten społeczny filar budujemy, ważne będą kwestie energii, możliwości przekwalifikowania się na rynku pracy, do tego będzie potrzebny będzie powrót do silnej polityki spójności. W tym celu domagamy się lepszego budżetu Unii Europejskiej, gdzie więcej pieniędzy trafi np. na program Erasmus.
Marek Belka, były premier i szef Narodowego Banku Polskiego mówił o kluczowych megatrendach, które wpłyną na przyszłość Polski oraz UE. – Dyskutujemy o przyszłości Europy, ale musimy mieć świadomość, iż nasz kontynent jest jedną z niewielkich części globalnej gospodarki. Należy zrozumieć, jakie megatrendy zadecydują o przyszłości Europy: demografia; inna u nas a inna np. w Afryce; zmienia się układ sił, USA – Chiny a my chcemy być potęgą nr 3; sposób komunikacji ludzi i nowe technologie. Aby rozwinąć sztuczną inteligencje trzeba mieć trzy rzeczy: ludzki talent, możliwości obliczeniowe oraz wielką bazę danych. Kto może wielką bazę danych: USA, Chiny oraz zjednoczona Europa. Oddzielnym i niepokojącym megatrendem jest tendencja populistyczna. Jak temu zaradzić? Budować Europę post-populistyczną, w której będziemy brali pod uwagę nastroje, sentymenty i poglądy ludzi – przecież jesteśmy demokracją, ale też będziemy mogli ludziom zaproponować gdzie iść powinni – mówił Marek Belka.
Przewodniczący SLD nakreślił strategię polityczną partii na najbliższe miesiące. – Cieszę się, że ta konferencja odbywa się tutaj w Polsce, w Krakowie. Aby osoby, które przyczyniły się do budowania Unii Europejskiej wciąż miały coś do powiedzenia jeżeli chodzi o naszą przyszłość w zjednoczonej Europy, SLD musi zrobić jedną rzecz – doprowadzić do tego, aby jak najwięcej posłanek i posłów w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Europa naszych marzeń – progresywna i socjalna – będzie możliwa, jeżeli będą europarlamentarzyści, którzy to wprowadzą w życie.
– Reprezentuję SLD, jedną z sił a nie jedyną siła polityczną na lewicy. W wyborach do PE będziemy chcieli stworzyć blok progresywny złożony z lewicowych partii w Polsce. Rozmawiamy z Partią Razem, z Partią Zieloni, ze środowiskiem, które jeszcze nie wiadomo dokąd pójdzie, ze środowiskiem Roberta Biedronia. Jednakże również bliskie jest nam myślenie Włodzimierza Cimoszewicza, który twierdzi i słusznie, że Unia Europejska jest taką wartością, którą trzeba bronić wszelkimi siłami. Dopuszczamy, jako SLD, możliwość tworzenia wspólnego proeuropejskiego bloku z partiami, z którymi nie jesteśmy zawsze programowo po drodze, ale wspólnie uznajemy, iż wartość Unii Europejskiej jest wartością olbrzymią. Myślę tu o Platformie Obywatelskiej, o Nowoczesnej, Polskim Stronnictwie Ludowym oraz o siostrach i braciach z lewicy: o SDPL, o Unii Pracy, o Inicjatywie Feministycznej – oświadczył Włodzimierz Czarzasty. – Decyzję w tej sprawie podejmiemy na przełomie stycznia i lutego 2019 r. Zrobimy wszystko, aby z puli 52 mandatów z Polski objęli ludzie, którzy myślą podobnie do nas – podkreślił lider Sojuszu.

Odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego

W setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, 11 listopada 2018 r., wszystkie ugrupowania lewicowe, m.in. Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Unia Pracy, Razem, Partia Zieloni, Inicjatywa Feministyczna, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, Wolność Równość Demokracja, dokonały wspólnie uroczystego odsłonięcia przy pl. Na Rozdrożu w Warszawie pomnika I premiera RP, późniejszego Marszałka Sejmu, wielkiego socjalisty i patrioty – Ignacego Daszyńskiego. W uroczystości uczestniczyli także m.in.: wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz (PO), były prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz szef OPZZ Jan Guz, a także Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP .
Autorem pomnika Ignacego Daszyńskiego jest krakowski rzeźbiarz Jacek Kucaba, profesor Akademii Sztuk Pięknych. Monument z brązu stoi na obłożonym granitem postumencie o dwóch stopniach. Ma około 5 metrów wysokości. Pomnik uzupełnia szlak wielkich Polaków, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Dlatego stanął w okolicy, gdzie swoje pomniki mają już Roman Dmowski, Wincenty Witos i marszałek Józef Piłsudski.

Na konwencji SLD – Lewica Razem

Tomasz Mańczuk – kandydat na radnego Sejmiku Województwa Podlaskiego z listy nr 5 – SLD – Lewica Razem z Aleksandrem Kwaśniewskim i redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna” Piotrem Gadzinowskim. Tomasz Mańczuk kandyduje z okręgu nr 2 (powiaty: augustowski, moniecki, sejneński, sokólski, suwalski).

„Silny i kompetentny samorząd terytorialny, to więcej rozwiązanych problemów zwykłych ludzi” – pisze w swoim programie Tomasz Mańczuk. Jest przedsiębiorcą i działaczem sportowym – prezesem klubu sportowego TIS Wataha Kleosin.

„Samorząd musi walczyć o równe i godne warunki pracy dla wszystkich. Więcej zadań powinno być wykonywanych przez urzędy i samorządowe jednostki organizacyjne, a mniej przez zewnętrzne firmy. Warunkiem otrzymania zamówienia publicznego musi być zatrudnienie pracowników na podstawie umowy o pracę” – zwraca uwagę w swoim programie wyborczym.

Polska staje się pionkiem

Z Aleksandrem Kwaśniewskim rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: „Zwracam się zaniepokojony słowami wypowiedzianymi przez Pana Prezydenta w Leżajsku o Unii Europejskiej jako »wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika«. To stwierdzenia nieprawdziwe i niebezpieczne” – napisał pan w liście otwartym do Andrzeja Dudy. Co pana najbardziej niepokoi?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Po pierwsze, lista korzyści, które odnieśliśmy z członkostwa w Unii Europejskiej, jest długa i trzeba być naprawdę w złej formie – mówiąc najdelikatniej – aby twierdzić, że jest inaczej. Dlaczego to jest niebezpieczne? Wpisuje się w nurt już nie eurosceptyczny, ale przeciwny UE i dezintegracyjny, który może zmienić sytuację geopolityczną na świecie.
Unii nie chce Putin, pretensje ma Trump, jedyną naszą szansą, żeby w zmieniającym się świecie XXI wieku grać jakąś rolę, to być razem i tworzyć zintegrowany kontynent. Poza tym taka nieuczciwa krytyka wobec UE, płynąca z ust najwyższego przedstawiciela kraju, przypomina mi to, co robili brytyjscy konserwatyści, a co zakończyło się Brexitem. Chodzi o odbieranie obywatelom satysfakcji z tego, że są w UE, i przekonywanie, że gdybyśmy byli poza nią, to nic wielkiego i złego się nie stanie. Przestrzegam przed takim procesem. W Polsce może nie jest tak niebezpieczny jak w Wielkiej Brytanii, bo cały czas poparcie dla UE jest duże i sięga 70 proc., ale takiego nastroju antyunijnego nie powinien budować prezydent.

 

Politycy opozycji uważają, że po tych słowach jesteśmy coraz bliżej Polexitu. Rzeczywiście to realny scenariusz?

PiS jest dość pragmatyczną partią i wie, że zdecydowana część Polaków popiera członkostwo Polski w UE, więc nie sądzę, żeby poważnie rozpatrywał Polexit. Ale gdy spojrzymy na konkretne działania, to widać, że proces osłabiania pozycji Polski w Unii już trwa. Byliśmy kiedyś blisko głównego nurtu w UE, konsultowano z nami najważniejsze projekty reform, a dzisiaj już nikt tego nie robi; wszczęta została procedura art. 7, która oznacza poważne wątpliwości dotyczące stanu naszej praworządności; czekamy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości dotyczącego ustawy o Sądzie Najwyższym – opinia o Polsce w kręgach politycznych i europejskich stolicach jest zdecydowanie gorsza niż była parę lat temu.

Być może nie chodzi jeszcze o Polexit, ale efektem polityki PiS-u jest istotne osłabienie pozycji Polski. Po prostu sami pakujemy się na margines, o tym piszę także w liście do prezydenta. Polska powinna być unijnym partnerem na Wschodzie, ale za PiS-u takim partnerem nie będzie. Stajemy się mało znaczącym pionkiem.

 

Rząd PiS-u zdecyduje się na zignorowanie orzeczenia TSUE?

Za wcześnie jeszcze o tym mówić, bo nie wiemy, jaki będzie werdykt Trybunału Sprawiedliwości. Można domyślać się, że jeżeli będzie niekorzystny, to rząd będzie szukał różnych form jego obejścia. To nie zbuduje pozycji Polski i będzie dalszym ciągiem marginalizowania naszego kraju, z bardzo przykrymi konsekwencjami. Jakimi?

Może odbić się nie tylko na wysokości środków finansowych kierowanych z Unii, ale przede wszystkim zdecydowanie ograniczy wpływ na to, co dzieje się w Europie.

 

Ministrowie z Kancelarii Prezydenta tłumaczyli, że w tej wypowiedzi Andrzej Duda chciał zwrócić uwagę na problemy wewnątrz UE.

Nawet jeżeli chciał, to tego nie zrobił… Gdyby zaproponował plan reform, to chętnie bym przeczytał i podyskutował. Takiego planu nie ma. Polska nie proponuje zmian, tylko stanie na marginesie wydarzeń europejskich. To fatalna polityka.

 

Dlaczego prezydent w ogóle wypowiedział takie słowa? Emocje czy przemyślana strategia?

Gołym okiem widać, że Andrzej Duda bardzo się swoimi wystąpieniami podnieca, więc na pewno emocje odegrały pewną rolę. Mam wrażenie, że to jest też element wewnątrzpisowskiej batalii. Ostatnio swój język zaostrzył premier Mateusz Morawiecki, ale i prezydent, może to jest wyścig w stronę twardego elektoratu. Od prezydenta należy jednak oczekiwać czegoś innego.
Wypowiedzi głowy państwa powinny być stonowane, a szczególnie jeżeli dotyczą tak strategicznej sprawy jak sojusz, w którym jesteśmy. Słowa prezydenta o „wyimaginowanej wspólnocie” odbiły się szerokim echem w prasie europejskiej, z bardzo negatywnymi komentarzami.

 

Myśli pan, że Andrzej Duda w ogóle przeczytał pana list i wziął go sobie do serca?

Pracowałem 10 lat w Pałacu Prezydenckim i wiem, że wszystkie takie głosy, które pojawiały się w przestrzeni publicznej, były głowie państwa przedstawiane. Nie chodzi oczywiście tylko o mój list, ale także na przykład o komentarz w „Financial Times” i innych gazetach. Wydaje mi się, że ja dostawałem informacje o wszystkim, co ukazywało się w świecie na temat Polski i mojej działalności. Wierzę, że taką sprawność zawodową w Pałacu utrzymano.

A czy wziął sobie moje ostrzeżenia do serca? To będzie zależało od tego, czy niedługo zrobi jakiś gest w stronę UE. Jeżeli będzie nadal brnął w tę samą stronę, to będzie miało bardzo złe konsekwencje dla Europy, dla Polski i dla niego.

 

Prezydent będzie się angażował w pełni w kampanię wyborczą Prawa i Sprawiedliwości?

Co do tego nie mam wątpliwości. A to kolejne niebezpieczeństwo. Polska odniosła wielki sukces w ostatnich 30 latach przede wszystkim dlatego, że zdecydowaliśmy się na decentralizację państwa. Pierwsze w pełni wolne wybory samorządowe odbyły się w maju 1990 roku, czyli 11 miesięcy po wyborach parlamentarnych. Dokonaliśmy tego bardzo szybko i dzięki temu uruchomiliśmy ogromną energię lokalną, która zmieniła małe ojczyzny. Udało nam się osiągnąć pewną równowagę, która dobrze służy i powoduje, że każdy ma udział we władzy. Jedną z idei decentralizacji jest to, żeby ludzie na dole wybierali tak jak im w sercu gra i żeby nie było dyktatu ze strony Warszawy.

PiS chce wrócić do koncepcji wpływu władzy centralnej na wszystko. To jest zaprzeczenie idei samorządności i ogromny błąd. Gdybym był członkiem partii rządzącej, to cieszyłbym się, że są różne silne samorządy. To jest nasza moc.

 

A gdyby pan był dzisiaj prezydentem?

Apelowałbym, żeby być aktywnym i brać udział w wyborach. Przekonywałbym także, że wszyscy, którzy będą działali na rzecz swoich małych ojczyzn, powinni mieć wsparcie w centrali. Dlaczego władza ma nie chcieć tych, którzy „będą warczeć”? Przecież to jest prawo obywateli w demokratycznym państwie, a z drugiej strony każdy samorząd potrzebuje pieniędzy i nie będzie odwracał się plecami do Warszawy. Gdybym był prezydentem, to cieszyłbym się, że mapa polski samorządowej jest tak zróżnicowana i nie marzyłbym o tym, aby wszystko było w rękach PiS-u. To byłaby paranoja.

 

Tylko zjednoczona opozycja może pokonać PiS w wyborach parlamentarnych?

PiS ma bardzo skonsolidowany elektorat na poziomie 35 proc., to jest poparcie na dzisiaj, jutro i może na pojutrze. I to jest duża siła. Gdy podliczyć poparcie dla partii opozycyjnych, to jest ono porównywalne, ale pytanie, czy nie zostaną popełnione błędy takie jak w 2015 roku. Jeżeli do Sejmu wejdą dwie listy: liberalno-centrowa Koalicji Obywatelskiej i centro-lewicowa złożona z innych ugrupowań, na co niestety się na razie nie zanosi, to wygrana jest możliwa. Wiele zależy od wyniku partii, które do wyborów zapewne pójdą samodzielnie i mogą zdecydować o kształcie polskiej demokracji. Taką partią, wszystko na to wskazuje, będzie SLD, ale też PSL i Partia Razem. Jest o co walczyć.

 

Tyle że na razie lewica nawet nie próbuje się łączyć. „Nie” mówi na przykład szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Tak mówi, bo z drugiej strony padają takie same sygnały. Myślę, że do poważnej dyskusji może dojść po wyborach samorządowych, bo to będzie prawdziwy sprawdzian. Dla niektórych to będzie zimny prysznic i powód do tego, aby racjonalnie spojrzeć na politykę.

 

Co się stało z polską lewicą?

I tak jest lepiej niż było… Wydaje mi się, że SLD jest bardziej skonsolidowaną partią. Najważniejsze pytanie brzmi: czy zostanie postawiona kropka nad i? Na razie nie chcę niczego prorokować. Czekam na wybory samorządowe i być może większą gotowość do budowania wspólnoty koalicyjnej na wybory parlamentarne. Ale już tyle razy sparzyłem się na nadziejach na wspólną lewicową koalicję, że zamilknę…

 

Myśli pan, że prezydent będzie do końca robił wszystko, czego oczekuje do niego prezes PiS-u? Będzie uczestniczył w „przejęciu” Sądu Najwyższego?

Cała sprawa „reformy sądownictwa” jest nieporozumieniem od początku do końca. Nie chodzi o żadną reformę, tylko wymianę kadrową i w tej sprawie rząd poszedł na skróty, łamiąc konstytucję. Konsekwencje tego będą bardzo poważne i będzie trzeba bardzo długo wychodzić z chaosu prawnego. Było już wiele możliwości, aby zatrzymać ten proces, ale nigdy nic takiego się nie stało, dlatego nie wierzę, że się stanie. Władza ma prosty scenariusz – szybko załatwić, powołać nowych sędziów i I Prezesa SN. Nikt nie chce czekać, bo chodzi o rewolucję kadrową.

 

Jaki plan ma w związku z tym Jarosław Kaczyński?

Prezes uważa, że państwo powinno być scentralizowane i decydować o większości sfer naszego życia. Opanował już media publiczne, mówi się o „repolonizacji” jeszcze niezależnych mediów, ma spółki Skarbu Państwa, chce mieć sądownictwo… To wszystko na dodatek jest robione w PRL-owskim stylu. Przecież na czele tego scentralizowanego państwa nie stoi ani prezydent, ani premier, tylko szef partii, który nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

W Polsce to już było. Pamiętam Gierka, Gomułkę, zresztą Jarosław Kaczyński pamięta jeszcze więcej, bo jest starszy ode mnie. Nie wiem tylko, dlaczego ten model chce powtarzać.

 

Co pan poradzi prezydentowi przed spotkaniem z Donaldem Trumpem?

Mam długą praktykę spotkań z prezydentami amerykańskimi, nam zawsze o coś chodziło i to były trudne sprawy. Zachęcałbym Andrzeja Dudę, żeby treść spotkania i komunikat nie ograniczyły się do tego, że jesteśmy strategicznymi partnerami i się kochamy, bo to jest o wiele za mało. Nie powinien się także koncentrować na temacie wiz, bo one i tak zapewne niedługo zostaną zniesione.

Strategiczna jest kwestia stosunku Donalda Trumpa do Rosji. Po szczycie w Helsinkach cały czas niewiele o tym wiadomo. Powinien też w tej sprawie przedstawić nasze argumenty. To jest bardzo ważny temat, o którym warto rozmawiać na poważnie.

To powinien być dialog polityczny na poziomie strategicznych partnerów. Bez tego to będzie banalne spotkanie.

 

Lobbował pan na rzecz Ukrainy w USA za pieniądze? Takie pojawiły się informacje w mediach.

Nie jestem zawodowym lobbystą, jestem politykiem, który na rzecz Ukrainy lobbuje 25 lat, ale nie biorąc za to żadnych pieniędzy. Zresztą zawsze będę lobbował za Ukrainą. Spotykałem się z Paulem Manafortem w latach 2012-2013, ale przecież nie wiedziałem, że miałem do czynienia z człowiekiem, który w 2018 roku zostanie posadzony na ławie oskarżonych. Pełniąc misję ze strony PE miałem za zadanie doprowadzić do podpisania porozumienia stowarzyszeniowego Ukrainy z UE i uwolnić więźniów politycznych. Manafort był wtedy oficjalnym doradcą Wiktora Janukowycza, który – przypominam – był za podpisaniem umowy stowarzyszeniowej, chodziło tylko o usunięcie ostatniej przeszkody i wypuszczenie więźniów. W takim duchu rozmawialiśmy, w takim duchu też występowałem na różnych konferencjach międzynarodowych jako spiker, za co otrzymywałem honoraria, ale to jest podstawowa aktywność byłych prezydentów. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie słyszałem o żadnej grupie, do której miałem należeć. Proszę pamiętać, że to jest też linia obrony samego Paula Manaforta.

Sondażowe rozdwojenie jaźni

Wielu uważa, że SLD jest jak chłop, który nic nie robi, a mu rośnie.

 

To z gruntu fałszywe wrażenie, ale poniekąd uzasadnione, bo działalność partii będących poza Sejmem jest zdecydowanie mniej widoczna. Nie mają posłów, którzy przemawiają z sejmowej trybuny, firmują projekty ustaw, zbijają polityczny kapitał w komisjach śledczych i przyciągają media jako wybrańcy narodu.

Gdyby Pawłowicz nie była posłanką, a Piotrowicz i Suski posłami, to nawet gdyby stworzyli tercet egzotyczny pies z kulawą nogą nie przyszedłby na ich występy i nie oklaskiwał. Tylko dzięki wyborczym głosom suwerena, oddanym w nadmiarze na PiS, mają publikę i poklask. Wszak nawet liderujący w rankingach zaufania Duda, dopóki nie został prezydentem, znany był z nazwiska tylko wielbicielom serialu „Ranczo” jako Fabian, narzeczony Klaudii i kandydat na wójta gminy Wilkowyje. Podobnie Morawiecki syn, wyciągnięty z kapelusza, a właściwie z banku, zabłysnął dopiero wtedy, gdy prezes uwolnił go od przedrostka wice.

Teraz prezydent Duda i premier Morawiecki mogą mówić i robić największe głupoty, ośmieszać siebie i Polskę na forum międzynarodowym, a i tak będą gwiazdami, bo świecą światłem odbitym od swoich stanowisk. Korzystają z tzw. autorytetu formalnego, który wynika z zajmowanej pozycji. Do jego posiadania nie są potrzebne osobiste walory. Jeśli ktoś je przypadkowo ma, dostaje dodatkowe punkty, ale też tylko na czas, kiedy pozostaje na świeczniku.

Pamięć zbiorowa, czyli opinii publicznej, jest dużo krótsza od indywidualnej. Żeby istnieć, trzeba ciągle o sobie przypominać. Nieważne, co napiszą czy powiedzą, ważne, żeby nie przekręcili nazwiska. Prasa, radio, telewizja przestały wystarczać. Nastała era mediów społecznościowych. Kogo nie ma w Google, tego nie ma w ogóle. Trzeba być też na Twitterze, Facebooku, Instagramie. Wyrosła rzesza celebrytów, czyli ludzi znanych z tego, że są znani. Przecież chyba nie dla przyjemności, a jedynie dla popularności i poparcia, prezydent Duda wymieniał pozdrowionka z Leśnym Ruchadłem, Dziką Foczką, Pimpusiem Sadełko. Może zresztą naprawdę lubi brylować wśród małolat, a jak nocą nie dostaje ustaw do podpisu, nie ma co robić.

Choć minęły wieki, także dziś koń, pardon, Kogut może zostać senatorem, ale kto spada z konia, ginie w mrokach zapomnienia. Pewnie nawet o Wałęsie mało kto by pamiętał, gdyby PiS i IPN stale o nim nie przypominały. A i sam noblista robi co może, żeby utrzymać się na fali. Raczej nie ma świadomości, że już od dawna dryfuje donikąd. Ludziom z pierwszych stron gazet trudno przyjąć do wiadomości, że ich nazwisko pojawi się ponownie dopiero w nekrologu.

Tylko nieliczni rozumieją, że parowozy dziejów odstawione na boczny tor nie powinny puszczać pary. Tę mądrość zastosował w praktyce prof. Jerzy Buzek. W czasie premierowania (1997-2001) był marionetką Krzaklewskiego, ale i tak cała niechęć do rządów koalicji AWS-UW skupiła się na nim i znalazła odzwierciedlenie w haśle „Buzek na wózek”. Trzy lata milczenia wystarczyły mu do zdobycia w 2004 r. rekordowej liczby głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego i powtarzania tego sukcesu co pięć lat.

W SLD celebrytów nie ma. Z parowozami dziejów też słabo. Aleksander Kwaśniewski, owszem, czasem poprze, ale bez nadmiernego entuzjazmu. Podobno byli premierzy – Belka, Cimoszewicz i Miller – są chętni do kandydowania do Parlamentu Europejskiego. Akurat na te listy w żadnym ugrupowaniu deficytu kandydatów nie ma. Gorzej z wyborcami. Frekwencja jest o połowę niższa niż w wyborach do parlamentu krajowego, nie mówiąc o prezydenckich. Inna sprawa, czy gdyby była wyższa, zmieniłoby to wynik. Zgodnie z prawem wielkich liczb, rozkład poparcia wśród głosujących jest taki sam, jak w całej populacji, bo niby dlaczego miałby być inny. Może więc zamiast strzępić języki nawoływaniem do stawienia się przy urnach, trzeba intensywniej edukować społeczeństwo i pokazywać prawdziwe oblicze poszczególnych partii.

Po lewej stronie sceny politycznej z partii notowanych w sondażach (oprócz SLD), regularnie przekraczających próg wyborczy, jest jeszcze Razem, które idzie osobno, a w blokach startowych czai się Robert Biedroń. Też solista. W dodatku, jak sam o sobie mówi, nie lewicowy, a progresywny, cokolwiek miałoby to znaczyć. Sojusz, dzięki pracy organicznej w terenie, jest bezkonkurencyjny na lewicy i trzeci w kraju. To bardzo dobra prognoza przed maratonem, który 21 października rozpoczną wybory samorządowe.

Wynik wyborczy jest wielką niewiadomą. Czy będzie to tylko sondażowe 10 proc., czy jednak dużo więcej? Gdyby Polacy głosowali zgodnie ze swoimi poglądami, SLD powinno otrzymać przynajmniej 20 proc. Niestety, portret wyborcy znacznie odbiega od portretu statystycznego obywatela. Ujawniają to sondażowe badania na temat członkostwa w Unii Europejskiej, stosunków państwo-Kościół, związków partnerskich, aborcji.

70 proc. obywateli RP uważa, że przynależność do UE przynosi korzyści, a tylko 5 proc., że jest zła. Równocześnie prawie 40 proc. wyraża chęć głosowania na PiS, które, choć się wypiera, już praktycznie rozpoczęło polexit.

Podobnie jest z finansowaniem Kościoła katolickiego przez państwo, co popiera jedynie 25 proc. Polaków, i rządowym promowaniem wartości religijnych, które znajduje uznanie u 28 proc. Zdania przeciwnego jest więc przynajmniej 15 proc. zdeklarowanych wyborców Zjednoczonej Prawicy, która na klęczkach połączyła budżet państwa z kościelnymi tacami i pompuje nasze pieniądze do Rydzyka i jego pomniejszych, ale równie pazernych i nienasyconych klonów.

Ponad połowa obywateli Kaczystanu chce wyprowadzenia lekcji religii ze szkół, ale partie, które mają taki postulat w swoim programie, popiera mniej niż 20 proc. 52 proc. Polaków opowiada się za przyznaniem gejom i lesbijkom, których jest w naszym kraju około dwóch milionów, prawa do zawierania związków partnerskich. 38 proc. idzie krok dalej i nie ma nic przeciwko homoseksualnym małżeństwom. 16 proc. popiera adopcję dzieci przez pary jednopłciowe. Nie da się wytłumaczyć, dlaczego zatem głosują na partie homofobiczne, do których należą – oprócz PiS i jego przystawek – także PO i PSL.

Największa rozbieżność dotyczy stosunku do restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Ponieważ zaledwie 15 proc. obywateli dało się omamić Kai Godek i Ordo Iuris, PiS odrzucił projekt całkowitego zakazu usuwania ciąży, a w stosunku do kolejnego, który nakazuje kobietom rodzić ciężko chore dzieci, zarządził strajk włoski. Skandaliczny pomysł, którego celem jest sprowadzenie kobiet do roli inkubatora, utknął w zdominowanej przez PiS sejmowej komisji. I to mimo ostrej reprymendy episkopatu. Dlaczego jednak, skoro 37 proc. Polaków popiera złagodzenie przepisów antyaborcyjnych, ponad połowa z nich głosuje na partie, które w najlepszym razie zachowają status quo?

Nie tylko w kwestiach światopoglądowych, także w społeczno-ekonomicznych obywatele RP cierpią na swoiste rozdwojenie jaźni. Ponad 80 proc. negatywnie oceniało podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat i popierało przywrócenie niższego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn). Zarazem 54 proc. chce pracować na emeryturze, a tylko 28 proc. rozważa całkowitą rezygnację z działalności zawodowej. Oznacza to, że Polacy potrzebują emerytury głównie jako dodatkowego dochodu, który podniesie poziom życia. Gdyby mieli godne zarobki, chętnie pracowaliby dłużej z korzyścią dla siebie i kraju. Jeśli połączyć to z opinią 67 proc. obywateli, że podniesienie świadczenia na dziecko z 500 do 1000 zł nie ma sensu (przeciwnego zdania jest 21 proc.), otrzymamy optymistyczny obraz umysłowego stanu większości społeczeństwa. I właśnie do niej należy kierować kampanię wyborczą.

Ludzie, za co my płacimy?

Pan poseł PiS Konrad Głębocki zamienił poselski mandat na posadę JE Ambasadora RP. Zanim wyjechał na placówkę złamał polskie prawo 175 razy.

 

Tyle razy głosował w Sejmie RP chociaż nie sprawował już wtedy mandatu poselskiego.

Głosował, bo pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poinformował go, że nie wolno mu głosować. Czyli pan Marszałek Kuchciński dopuścił do łamania prawa.
Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poczuwa się do winy. Bo nie dostał info z Kancelarii pana prezydenta Andrzeja Dudy, że pan poseł nie jest już posłem, bo jest już Ekscelencją Ambasadorem RP.

A i sam pan poseł nie pochwalił się panu Marszałkowi, że jest już Ekscelencją. Może nie dotarło to do jego świadomości? Albo nie mógł uwierzyć, że tak mu się przyfarciło.
Kancelaria pana prezydenta Andrzeja Dudy też nie poczuwa się do łamania prawa przez Ekscelencję Głębockiego, sto siedemdziesiąt pięć razy udającą pana posła Głębockiego. Oszukująca tyle razy konstytucyjny organ władzy. Bo Kancelaria uważa, że informowanie o tym to nie jej broszka. To zadanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych uważa, że to rola Kancelarii pana prezydenta. Poza tym ważność mandatów posłów to domena Kancelarii Sejmu RP.

Pan premier Mateusz Morawiecki nie bronił swego podwładnego, czyli ministra spraw zagranicznych, ani swojego sejmowego szefa pana Marszałka, bo ma znacznie ważniejsze zajęcia.

Ostatnio biegał po Parlamencie Europejskim, zaczepiał europarlamentarzystów i podtykał im pod oczy fotografię czwórki mieszanej. Zaczepiani zwykle odwracali się od zdjęcia i pana premiera z najwyższym obrzydzeniem.

Nie dlatego, że uchwycone tam postacie były rozebrane lub wyuzdane. Cała czwórka, trzech panów i jedna pani, byli ubrani od stóp do głów.

Zdjęcie przedstawiało byłego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w towarzystwie dwójki młodzieńców i jednej młodej kobiety.

Jednym z młodzieńców jest niewątpliwie Aleksander Kwaśniewski, do czego przyznał się od razu, ale tym razem nie chodziło o niego. Chodziło o kobietę.

Ową młodą kobietą miała być obecna prezes Krajowej Rady Sądownictwa Małgorzata Gersdorf, choć jest do niej na zdjęciu niepodobna. Ale zdjęcie zostało zrobione 38 lat temu. Każdy w ciągu 38 lat może się zmienić.

Pod każdym względem.

I owo zdjęcie, jak uzasadniał pan premier Morawiecki, miało być koronnym dowodem na to, że pani prezes Gersdorf jest zakamuflowaną komunistyczną zbrodniarką, bo przecież jawnie fotografowała się z byłym pierwszym sekretarzem KC PZPR.

I samo już takie zdjęcie jest wystarczającym powodem do jej usunięcia z KRS, a przy okazji, do łamania Konstytucji RP.

Problem polega na tym, że tamta pani ze zdjęcia nie jest Małgorzatą Gersdorf, co potwierdził prezydent Aleksander Kwaśniewski. Co też oznacza, że służby specjalne pana premiera, które go w to dowodowe zdjęcie wyposażyły wykazały się totalną głupotą.

Ale zamiarem prowokacji, chęcią zrobienia z pana premiera Morawieckiego totalnego idioty.

Głupotą wykazał się też pan premier Morawiecki, który zachowuje się jak mały donosiciel. Traci czas na donosy, sztucznie hoduje „komunistów” na zdjęciach, kiedy prawdziwi polscy hodowcy świń, owoców i warzyw dostają w plecy, bo nie ma komu dopilnować pracy pana ministra rolnictwa.

Argumentacja pana premiera Morawieckiego też jest głupia, skoro jego władca – pan sułtan Jarosław Kaczyński – określił Edwarda Gierka jako „patriotę”, który „chciał siły Polski”.
Zatem każde zdjęcie z Edwardem Gierkiem można uznać za zdjęcie z polskim patriotą.

No chyba, że wtedy, w 2010 roku, w czasie kampanii wyborczej, pan Jarosław Kaczyński kłamał jak bura suka. Ale tak przecież pan premier Morawiecki nie myśli?

Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński uważa, że te 175 bezprawne głosowania pana nieposła Głębockiego nie miały żadnego znaczenia, bo nie decydowały o wyniku tych głosowań. Czym potwierdził, że każde inne indywidualne głosowania poselskie nie mają w kierowanym przez niego Sejmie znaczenia.

Czemu zatem dalej karze każdego posła za nieusprawiedliwione nieobecności podczas głosowań?

Niedawno pan marszałek Kuchciński zwołał Zgromadzenie Narodowe, czyli wspólne posiedzenie Sejmu i Senatu, aby uczcić 550-leci polskiego parlamentaryzmu. Trwało ono aż 38 minut.
Po zbilansowania kosztów tego nadzwyczajnego posiedzenie okazało się, że jedna minuta tego niepotrzebnego posiedzenia kosztowała 28 tysięcy złotych.

Za nieróbstwo, niekompetencję i antykomunistyczne fobie pana premiera i innych prominentów PiS płacą wszyscy podatnicy.

Zwłaszcza ci „gorszego sorta”, czyli większość obywateli Polski.

Pamiętajcie o tym w nadchodzących wyborach.

Maszerować osobno, uderzać razem

Z MARCINEM CELIŃSKIM, zastępcą redaktora naczelnego „Liberté”, wydawcą, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Czy w sprawie Sądu Najwyższego PiS zaplatał się we własne nogi i nie uda mu się spacyfikować go tak łatwo, jak to udało się z Trybunałem Konstytucyjnym i Krajową Radą Sądownictwa?

W przypadku PiS mamy do czynienia nie tylko z pakietem złej woli, ale też ze zwyczajnym niechlujstwem prawnym, ustawodawczym. Taką samą sytuację mieliśmy choćby w przypadku ustawy o IPN. Oni robią wrażenie, jakby nie potrafili poprawnie sporządzić aktu prawnego, zgodnego czy niezgodnego z konstytucją, ale spójnego i profesjonalnego. Przeprowadzili ustawę o Sądzie Najwyższym z hałasem i tromtadracją, a okazało się, że jest ona tak zła, że nie sposób jej wprowadzić zgodnie z nią samą. Poza tym mamy do czynienia z wyraźną dekompozycją obozu władzy. Prezydent stosuje zasadę uników, żeby nie narazić się ani swojemu obozowi, ani obrońcom konstytucji. Jacek Kuroń mawiał, że nie można być trochę w ciąży, a pan prezydent tego próbuje. Rezultaty tych wszystkich poczynań są powszechnie znane, katastrofalny wizerunek Polski za granicą i perspektywa rozległych strat, w tym także finansowych, których prędzej czy później doświadczymy. Od jakiegoś czasu nie jesteśmy już krajem pierwszej prędkości UE. Nie byłem i nie jestem apologetą poprzedniej władzy, ale przy wszystkich jej wadach, sądy były niezależne. PiS walczy z niezależnością sądów, przedstawiając nam tę ich cechę jako blokującą sprawność i nieuchronność wyroków. Jednocześnie zmiany wprowadzane przez obecną większość są skuteczne tylko w likwidowaniu niezależności, nie ma poprawy pracy sądów, jest karuzela personalna. Sądy stają się równie niesprawne lub nawet bardziej powolne w orzekaniu, już wyniki są gorsze, a jednocześnie kontrolowane przez partyjnych polityków. Najlepszym przykładem jest spadek efektywności Trybunału Konstytucyjnego od czasu przejęcia tej instytucji przez partyjnych nominatów.

 

Skala protestów w obronie sądów Pana zadowala?

Sądownictwo nie jest domeną, która może być detonatorem bardzo masowych protestów, ale mam nadzieję, że będą one na tyle intensywne, że w bliższej czy dalszej konsekwencji położą kres władzy PiS i jemu podobnych sił. Lech Wałęsa zażyczył sobie 100 tys. demonstracji pod Sądem Najwyższym, jakby zapomniał, że nawet w „gwiezdnym czasie” pierwszej Solidarności o tak wielkie demonstracje było trudno.

 

Co będzie potrzebne, gdy PiS kiedyś straci władzę? Konstytuanta, akt restytucji demokracji, anulowanie uchwalonych przez obecny Sejm aktów prawnych?

Są różne pomysły, choćby sformułowany przez Grzegorza Schetynę akt „depisyzacji”. Uważam je za, na ogół, populistyczne, choć bywają nęcące i ekscytujące emocjonalnie. Pojawił się też pomysł Adama Szłapki Konstytuanty, która przygotowałaby nową konstytucję, bo ta obecna okazała się za słaba do obrony liberalnej demokracji. Ona powstawała w innych warunkach, także mentalnych, kiedy istniał jeszcze szacunek dla pewnych niepisanych obyczajów politycznych, poczucie przyzwoitości, zdolności do samoograniczenia. Autorom obecnej konstytucji prawdopodobnie nie przyszło do głowy, że do władzy może dojść formacja, która będzie miała te wartości gdzieś. Martwi mnie to, co będzie po PiS. Obawiam się nastroju rekonkwisty, czyli chęci wykorzystania przeciw ludziom przegranego PiS tych narzędzi, które ono przygotowało, chęci wycięcia ich do imentu. Obawiam się, że karuzela znów zastąpi namysł nad ustrojem państwa, propozycje pozytywnych rozwiązań, knowhow. Weszliśmy na niebezpieczny poziom emocji społecznych, gdzie walka ze złem – czyli tworzonym systemem pogardy, sortowania Polaków, niszczenia praw i instytucji chroniących naszą wolność przekształca się w spersonifikowaną walkę z przedstawicielami tej władzy, prezesem partii, premierem, prezydentem, marszałkami sejmu, takimi czy innymi ministrami. To niebezpieczna droga.
Obawiam się dominującej w wypowiedziach polityków opozycji chęci, przywracania status quo ante, tego co było wcześniej. To się w historii jednak nigdy nie udało. Nie powinno się i nie da się przywrócić stanu sprzed 25 października 2015. Jestem też sceptyczny do inicjatyw „byłych wielkich”. Szanowanemu Aleksandrowi Kwaśniewskimu, prezydentowi dwóch kadencji nie wyszła później żadna inicjatywa polityczna, której dawał „błogosławieństwo”. Podejrzewam, że to samo może spotkać Donalda Tuska z jego pomysłem na zebranie politycznych celebrytów. Dodajmy do tego jeszcze jedno – absolutną pewność, sprawdzoną w praktyce lat poprzednich, że ci celebryci nie zaprojektują nam lepszej Polski na miarę XXI w – nie dlatego, że są źli, tylko dlatego, że nie potrafią.
Obecne działania opozycji, w szczególności Platformy Obywatelskiej i „Nowoczesnej to prosta droga do pozostania opozycją na poziomie 25-30 procent głosów, które dadzą im 150 mandatów Sejmie i bezpieczną odległość od możliwości przejęcia władzy. To bierze się także z braku systemu pokoleniowej rotacji elit, mieszania się „starych” z „młodymi”, co jest niezbędne choćby z powodu zmiany obrazu świata, który jest światem nowych technologii, Internetu, etc. Obracamy się w ramach tej samej klasy politycznej ukształtowanej w pierwszych latach po 1989 roku. Tymczasem mam wrażenie, że znacząca część tego pokolenia, które jest dziś w głównym nurcie zatrzymała się mentalnie i poznawczo w latach dziewięćdziesiątych. Niektórzy z nich nie zauważyli, że Fukuyama odwołał „koniec historii”.

 

Walka o Sąd Najwyższy, to także gra o demokratyczne wybory, o uznanie ich wyniku, o to by władza nie miała tu atutów w ręku…

Patrzę na to o tyle inaczej, że uważam, iż prawdziwej wygranej nie można odwrócić, można sfałszować wybory na poziomie kilku punktów. Nie znamy chyba przypadku wyborów, gdzie zdecydowana większość wyborcza dałaby się „oszwabić”. Dlatego największym zmartwieniem opozycji powinno być to, by zdobyła 50 procent głosów, a dopiero potem martwić się o zatwierdzenie wyniku wyborów. Przypomnę, że na dziś sondaże lokują PO na poziomie 20%, więc naprawdę nie ma czym się „martwić”. Inaczej kształtuje się rola Sądu Najwyższego, gdy mamy wynik typu 38 do 37 procent. Tylko, że wygrana na takim minimalnym poziomie i przejęcie steru rządów to sytuacja nie do pozazdroszczenia, Opozycyjny PiS z podobną liczbą mandatów mógłby prowadzić skuteczną obstrukcję odbudowy państwa.

 

Co mogłoby być remedium na silne zwycięstwo opozycji?

Powiem coś, co może zaskoczyć, ale nie będzie nim tzw. zjednoczona opozycja. Nie widzę możliwości jednolitego bloku antypisowskiego pod egidą liberalno-konserwatywnej Platformy. Nawet, gdyby porozumieli się politycy, to nie pójdą na to wyborcy po wszystkich stronach. Potrzebne są dwa-trzy silne bloki opozycyjne, konserwatystów, liberałów i lewicy, które nie będą ze sobą walczyć, ale spokojnie zbiorą wyborców i rozproszone siły, a następnie zawrą pakt o nieagresji, zgodnie z formułą Napoleona, by maszerować osobno, a uderzać razem.

 

Ocena siły PiS rozciąga się na kontinuum od samochwalstwa tej partii łącznie ze szczytowaniem w sondażach do 50 procent do sceptycznych ocen profesora Radosława Markowskiego, który przekonuje, że nie są oni tak silni, a w liczbach bezwzględnych słabną. Jak Pan to widzi?

Jest problem wiarygodności badań ankietowych. W Polsce skala odmów odpowiedzi na pytania ankietowe wynosi około 30 procent. To bardzo dużo i to bardzo deformuje wyniki sondażowe. W tym wyniku można doszukiwać się sporej części odmów z powodu lęku przed władzą, a to w konsekwencji daje władzy zwyżkę w sondażach. Rozkład sił modernizacja – antymodernizacja jest od ćwierć wieku z grubsza stały. Decyduje więc mobilizacja sił. Obecnie PiS się zużywa, ale z drugiej strony alternatywa jest słaba, mówiąc kolokwialnie – nie ma nowego, dobrego produktu. Dziwię się na przykład, że ani Nowoczesna, ani SLD, ani nawet Razem nie spróbowały zagospodarować politycznie protestu „czarnych parasolek”. Obecne siły opozycyjne powinny zagospodarować rozproszoną, wolnościową energię społeczną. Między triumfalistycznym huczeniem Morawieckiego a sceptycyzmem Markowskiego pojawia się groźba sytuacji, w której ten ostatni będzie miał rację, a ten pierwszy wygra, z powodu niskiej frekwencji, która może dać PiS większość konstytucyjną, nawet gdy w liczbach bezwzględnych poparcie dla nich spadnie.

 

Sytuacja gospodarcza jest dobra, ale czy nie ma chmur na horyzoncie?

Jest dobra. Cały czas korzystamy z koniunktury światowej, bo w odróżnieniu od prosperity okresu gierkowskiego jesteśmy dziś w pełni wkomponowani w gospodarkę światową, a nasz dobrobyt bardziej zależy od stanu ekonomii Niemiec niż naszej własnej. Chmury jednak pojawiają się. Pojawiła się inflacja i są duże wzrosty cen. Przekroczyliśmy bilon złotych zadłużenia wewnętrznego. Dobrze nam się żyje, ale będziemy musieli to spłacić. Jest wyraźny spadek inwestycji, na czym na przykład zyskuje rynek deweloperski. Inwestorzy wycofują środki z ryzykownych przedsięwzięć biznesowych w pasywny, bezpieczniejszy rynek nieruchomości. Wycofują się choćby z giełdy i wchodzą w rejestry mniej widoczne w statystykach gospodarczych. Skutków tego jeszcze nie widać, ale za 5-7 lat mogą się objawić. Ma miejsce niepohamowana redystrybucja, która jest potrzebna, ale ona nie powinna oznaczać rozdawnictwa na ślepo, bez względu na potrzeby obdarowywanych. Tymczasem święty Mikołaj umarł gdzieś na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Tym Mikołajem był wzrost demograficzny, a my jesteśmy w tendencji odwrotnej, także w Polsce, choć w Europie zachodniej jest gorzej. Inaczej można myśleć o życiu na kredyt, jakie mamy, obecnie ze świadomością, że pokolenie wstępujące jest większe niż to odchodzące. Dziś jest dokładnie na odwrót – pokolenia wielu podatników są zastępowane przez mniejsze.
Nie jestem dogmatycznym wrogiem deficytu budżetowego, ale on może być powiększany w czasie bessy gospodarczej, w czasie hossy powinien być redukowany. Wtedy powinniśmy oszczędzać w przewidywaniu gorszych czasów, a u nas dzieje się odwrotnie – zadłużamy się, a jako płatników podatków będzie nas mniej. Śmierć świętego Mikołaja bardzo skomplikowała politykę społeczną. Słynne, a tak krytykowane odejście europejskiej lewicy od dawnych praktyk w tej mierze, przesunięcie się na pozycje liberalne gospodarczo jest właśnie konsekwencją tej śmierci.

 

Mówiliśmy o wyborach parlamentarnych, ale o ile w ich przypadku wiemy przynajmniej, jakie podmioty polityczne będą brać w nich udział, o tyle w przypadku prezydenckich nie wiemy ciągle nic. Czy Andrzej Duda znów wystartuje, czy PiS go poprze, jacy będą kandydaci opozycji, choć pojawiają się nazwiska Tuska czy Biedronia?

Jestem przeciw próbom wyłonienia jednego kandydata opozycji, bo to się skończy katastrofą. Trzeba pamiętać, że wybory są dwuturowe. Że w pierwszej można głosować podług poglądów czy serca, a dopiero w drugiej trzeba się zdecydować na wybór taktyczny. Trzeba więc dotrwać do drugiej tury w takim stanie, żebyśmy mogli ze sobą rozmawiać, nie pozabijać się wcześniej. Obecnie najpoważniejszym kandydatem na kandydata opozycji wydaje się być Tusk, ale to nie znaczy, że na jakimś pasie nie zostanie „przejechana zakonnica w ciąży”. Dlatego muszą się pojawić inne sympatyczne postaci. Trudniej wróżyć drugiej stronie. Tu czynnik decydujący nazywa się Jarosław Kaczyński. Jego choroba pokazała, jak PiS się rozjeżdża pod jego nieobecność. Wedle mojej wiedzy technika wygląda obecnie tak, że prezes kontaktuje się głównie z Joachimem Brudzińskim i to on przekazuje na zewnątrz polecenia i decyzje prezesa. Może to rodzić sytuację jak z „Ojca chrzestnego”, kiedy ważny consigliere przekazuje wolę capo di tutti capi, ale nie wszyscy mu dowierzają i usiłują dostać się przed oblicze capo, więc powstaje pewne zamieszanie, kwasy i stan wzajemnej nieufności. Duda najprawdopodobniej zostanie kandydatem PiS, po warunkiem, że PiS dotrwa do wyborów prezydenckich. Może nie dotrwać, jeśli prezes złoży prezesurę i zostanie prezesem honorowym, czy z jakiś innych przyczyn go nie będzie. Wtedy nastąpi tam walka o wpływy, zaczną się sobie rzucać do gardeł, bo kandydatów na prezesa jest co najmniej pięciu, choć tym namaszczonym jest podobno Brudziński. Ze skutecznością takiego namaszczenia bywa jednak różnie. Kaczyński jest obecnie jedynym zwornikiem tego środowiska i jedynym jego hamulcowym. To nie jest pozytywny bohater mojej bajki, ale na tle swoich ludzi zachowuje on jakiś umiar i racjonalność. Boję się, co tam się może stać, gdy jego zabraknie, bo inni jego cech nie mają, a na pewno nie mają siły przeforsować swojej woli. Podejrzewam więc, że po kilkakrotnym upokorzeniu i przeczołganiu Dudy, prezes wystawi go jednak do wyborów. PiS bez Kaczyńskiego wystawiłby kilku kandydatów i nawet w drugiej turze żaden z nich nie miałby wielkich szans, bo się skłócą a w PiS wszystko, w tym konflikty są „bardziej”. A konflikty wybuchną, bo jak się długo żyje w głuchej nienawiści, to ona wybucha w końcu ze zdwojoną siłą.

 

Uwzględnijmy jeszcze czynnik, jakim jest Kościół katolicki. Czy to nadal nienaruszalny hegemon, czy instytucja w opałach, wobec słabnącej religijności młodych, spadającej frekwencji w kościołach i ataków ze strony radykalnych grup antykościelnych?

Dla mnie problemem jest nie tyle Kościół, ile klasa polityczna. Kościół ma własne cele i ma prawo, jaka każda organizacja, je realizować. To, że Kościół zrobił się nacjonalistyczny i autorytarny, to problem jego wyznawców, na ile im się to podoba lub nie. W tym zakresie egzaminu od 1989 roku nie zdaje państwo polskie. Wszystkie, powtarzam – wszystkie ekipy dawały Kościołowi co chciał, wbrew prawu finansowały go, ulegały jego żądaniom, utrzymywały go w poczuciu bezkarności, były wobec niego służebne. Najczęściej robili to kolejni ministrowie kultury, ale także parlament, który w każdej kwestii szedł Kościołowi na rękę i spełniał jego finansowe zachcianki. Konsekwencją tego jest coraz bardziej władczy ton przyjmowany przez biskupów, ton polecenia wobec parlamentarzystów i polityków. Państwo powinno pilnować interesów państwa, a nie być kościelne. W szkołach powinna być, jak we Francji, aksjologia państwowa, a nie kościelna. Wiara jest sprawą prywatną i nie powinna być mieszana do spraw państwowych i publicznych. Nie powinno być tak, że jeśli ktoś chce wywołać ostry konflikt, wyskakuje ze sprawą zakazu aborcji. Kościół nie jest problemem, lecz państwo, które nie potrafi powiedzieć mu: nie.

 

Dewiza współtworzonego przez pana pisma brzmi: „Głos wolny, wolność ubezpieczający”, zaczerpnięta z tytułu politycznego traktatu Stanisława Leszczyńskiego. W dzisiejszym rozumieniu, ten głos, to wolne media. Okazało się, że wolne media nie zapobiegły temu, co się stało, a w „publicznej” TVP mamy „Wiadomości”, orgię najprymitywniejszej propagandy i manipulacji.

Ludzie Platformy mawiają do mediów: krytykowaliście nas, to jest to, co jest. Ale wolny głos musi być uczciwy. Przekaz faktów powinien być oddzielony od komentarza. Propaganda nie jest ani dziennikarstwem ani nawet publicystyką. Nie jest rolą dziennikarza kreowanie czy zapobieganie zdarzeniom, ale informowanie, a rolą publicysty komentowanie. Jeżeli politycy mainstreamu, świadomie czy nie, w ostatnim 25-leciu zaniechali budowania tożsamości państwowej choćby w szkołach, we własnym przekazie, to w tę lukę weszli ci, którzy mieli jakikolwiek pomysł ze swoim przesłaniem. Nagle okazało się, że AK i Polskie Państwo Podziemne było bez znaczenia, a siłą prawdziwą były NSZ, partyjna milicja nacjonalistów, a potem tzw. „żołnierze wyklęci”, gdzie do jednego worka wrzucono faktycznych bohaterów i zwykłych bandytów. Absurd, który wielu przyjęło za prawdę. Problem przede wszystkim w szkołach, które przesiąkły tym wszystkim. Trzeba temu przeciwstawić wspólnotę obywatelską, aksjologię państwową. Wszystko inne można do woli uprawiać poza nią. Media odegrają rolę kluczową, o ile w klasie politycznej, w ruchach społecznych znajdą się idee, które można będzie przekazać. Wtedy „głos wolny, wolność ubezpieczający” będzie skuteczny.

 

Dziękuję za rozmowę.

Głos prawicy

Ciemne chmury nad Kwaśniewskimi

– Śledczy mają informacje o transakcjach finansowych z kilkunastu rachunków bankowych oraz szczegółową analizę połączeń telefonicznych. Czy będzie przełom w postępowaniu dotyczącym byłego prezydenta i jego małżonki? – pyta Wojciech Wybranowski w artykule „Rachunki pogrążą Kwaśniewskich?” na łamach „Do Rzeczy”.

 

Komu kojarzy się z seksem, a komu z kościołem?

Ten sam tytuł zżyma się na wypowiedź Piotra Ikonowicza w TVP:

Dyskusja toczyła się wokół niepełnosprawnych i ich opiekunów, którzy od 40 dni protestują w Sejmie. W „Studio Polska” europoseł PiS Karol Karski nawiązał do wizyty byłego prezydenta Lecha Wałęsy, który odwiedził protestujących w parlamencie w ostatni poniedziałek.
– Przypomniałem sobie te 100 mln, które Lech Wałęsa obiecał w czasie wyborów. Wspiera kogokolwiek w jakiejkolwiek akcji, a sam nie potrafił wywiązać się ze swoich obietnic. W przeciwieństwo do PO i PSL oraz Wałęsy, my realizujemy swoje zobowiązania – mówił Karski.
Na słowa europosła PiS zareagował Piotr Ikonowicz, który – jak podaje wPolityce – zaczął wykrzykiwać antyklerykalne hasła i obrażać ojca Tadeusza Rydzyka. – Niech tłusty się pofatyguje na kolanach – powiedział. Po tej wypowiedzi w studio doszło do awantury.
– Ludzie mają dziwne skojarzenia. Niektórym wszystko kojarzy się z seksem, a panu z Kościołem – zwrócił się do Ikonowicza europoseł PiS. Nawiązując do protestu niepełnosprawnych polityk stwierdził: – To, co mogliśmy, daliśmy. To skok jakościowy w porównaniu do tego, co było.
Ikonowicz jednak nie odpuszczał, dalej głosząc swoje antyklerykalne poglądy. – Znam Jana Pawła II i teorie społeczne Kościoła. Kościół w Polsce jest Kościołem schizmatycznym.