Czego oczekuję od prezydenta?

Byłem na imieninach znajomego w jednej z podwarszawskich restauracji. Mieszane towarzystwo, w znacznej części zupełnie mi nieznane. Z rozmów wynikało, że można by w tym gronie utworzyć miniaturę naszego parlamentu – wszystkie opcje były reprezentowane.

Byli też tacy, którzy odcinają się od wszelkich nurtów politycznych, nikt im się nie podoba, nikogo nie zamierzają wspierać.

Kryteria wyboru

Konsumowano umiarkowane ilości alkoholi i wymieniano poglądy na różne tematy, w końcu doszło do zbliżających się wyborów prezydenckich. Słuchałem z zainteresowaniem i popadałem w coraz głębszą frustrację.

Niech mi uczestnicy tego spotkania wybaczą, ale jestem negatywnie zaskoczony. Wymieniano różne kandydatury, ale argumentacja wspierająca zawsze oscylowała wokół takich samych argumentów. Bo reprezentuje partię, która popieram, bo jest inteligentny i ma dobry życiorys, bo jest popularny, bo jest kobietą, albo przystojnym mężczyzną, bo ma realne szanse wejść do drugiej tury. Może nie dosłyszałem, ale chyba nikt nie powiedział, czego tak naprawdę oczekuje od prezydenta.
Jak każdy sklerotyk udający mędrca usiadłem więc na boku i usiłowałem kilku osobom wytłumaczyć, do czego właściwie – moim zdaniem – w naszych warunkach ustrojowych potrzebny nam jest prezydent. Nie jesteśmy krajem, w którym prezydent pełni jednocześnie (upraszczając) funkcje premiera i tym samym kieruje rządem. U nas ma ograniczony zakres kompetencji właściwie tylko w kształtowaniu polityki zagranicznej i obrony narodowej. Może – przez prawo veta i zakulisowe rozmowy – hamować wprowadzanie rozwiązań prawnych, które uważa za niesłuszne. W tym zakresie jest rodzajem bezpiecznika, w skomplikowanym pistolecie gospodarko – społecznym kraju, konstruowanym przez rząd i parlament. No i powinien być bezwzględnym strażnikiem konstytucji, czyli reagować na wszelkie próby jej omijania.
Reprezentant państwa
To wszystko powinien robić w miarę potrzeby. Natomiast, tak „na co dzień”, ma być głównym reprezentantem państwa – czyli naszym – na tzw. arenie międzynarodowej. Czym więcej na tej „arenie” ma kontaktów, czym bardziej jest znany z działalności politycznej lub naukowej, czym więcej „ważnych ludzi” z innych krajów go lubi i docenia – tym dla nas lepiej. Często tak bywa, że kraj – z różnych względów – ma na świecie lub w Europie nienajlepszą opinię, ale jest ona łagodzona właśnie osobowością jego prezydenta. Ale bywa i odwrotnie – kraj jest lubiany, ale prezydent ma złą opinię.

Niezależność i czujność

Prezydent powinien też mieć umiejętność oderwania się od zaplecza politycznego, z którym kiedyś był powiązany, albo (lub i) które popierało jego kandydaturę. To trudne, ale znam kilka osób, które nie popierają żadnej opcji politycznej, które są autentycznie neutralne w ocenach działania politycznych ugrupowań. Prezydent nie tylko może, ale wręcz musi mieć właśnie taką cechę. W powojennym okresie zbliżał się do niej tylko, choć też nie do końca konsekwentnie, jeden prezydent. Był nim Aleksander Kwaśniewski.
Czego jeszcze oczekuję od „mego” prezydenta? Powinien reagować na rażące przejawy nienormalności w naszym życiu społecznym. Jeżeli nasza ukochana policja zamienia się w irańskich strażników rewolucji, ścigając chłopca, który schował do kieszeni hostię zamiast ją połknąć – to trzeba, chociażby w formie żartu, zwrócić uwagę społeczeństwa, na absurdalność tej sytuacji w „demokratycznym państwie prawa”.

Końcowa kandydatura

Czy obecnie „panujący” prezydent ma wszystkie wymienione cechy? Kilka ma i muszę przyznać, że bywały sytuacje, w których mnie pozytywnie zaskakiwał. Ale kilku nie ma. Znaczna część „elektoratu” ma też do niego pretensje, że zbyt często popada w dwie skrajności – albo jest zbyt swobodny, albo przyjmuje pozy wieszcza, starszemu pokoleniu przypominające wodza przedwojennej Italii. Czy zatem wśród wymienianych potencjalnych kandydatów jest ktoś, kto tych pożądanych cech ma znacznie więcej, kto zbliża się do pożądanego ideału? Jest taka osoba i nie muszę wymieniać jej nazwiska, bo Czytelnicy Trybuny są ludźmi inteligentnymi.

Nie przyniesie wstydu

Tą osobę kojarzą we wszystkich państwach świata, nawet tych najmniej znanych w Ameryce Południowej i Środkowej, nawet w państwie San Escobar, którego geograficzne położenie zna tylko były minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej. Wielokrotne kontakty procentujące wzajemnym zrozumieniem łączą tą osobę z większością europejskich przywódców na zachodzie i wschodzie, z establishmentem politycznym USA i politykami azjatyckimi.

Nie mam żadnych wątpliwości, że ta osoba nigdy nie skompromituje mego kraju i mnie w kontaktach zagranicznych, nie błyśnie niestosownym żartem w nieodpowiednich okolicznościach, że może skutecznie pomóc w „załatwianiu” spraw, wspomagających polską gospodarkę. Uważam też, że jej charyzma i naturalny prestiż mogą tonująco wpływać na nasze wewnętrzne spory, doprowadzać stopniowo nie tyle do „poczucia jedności”, bo to wydaje mi się na razie niemożliwe, ale do wzajemnego zrozumienia.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem może być przez wielu Czytelników uznane za niesłuszne lub nierealne. Bo przecież każde ugrupowanie polityczne chce w wyborach prezydenckich zaprezentować i popierać swego kandydata, który – ich zdaniem – jest najlepszy i może mieć szanse ich wygrania. Przykładem jest pan Korwin Mikke, jakże sympatyczny kandydat skrajnej prawicy, który startował już w kilku wyborach i zapewne wystartuje w tych nadchodzących. Jak zwykle bez pozytywnego rezultatu.

Rozumiem te tendencje i zarazem zwyczaj, nawet sam się w nie wpisuję, jako sympatyk lewicy. Ale jeśli zdecyduje się wystartować też osoba, o której piszę i będzie druga tura, to wtedy zagłosuję na nią. Bo to ona, i chyba w obecnej sytuacji tylko ona, może mi dać nadzieję na rzeczywiste wejście Polski do europejskiej pierwszej ligi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *