W cieniu upiorów przeszłości

– Dla większości polskiego społeczeństwa tragedia getta była czymś obojętnym. Często jednak wyrażano opinie, że problem żydowski zostanie w Polsce rozwiązany przez Hitlera, z korzyścią dla Polaków – mówi dr hab. August Grabski z Żydowskiego Instytutu Historycznego w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Jaki były główne przesłanki do wybuchu powstania w getcie?

Pierwszym impulsem była wielka deportacji, w wyniku której w lipcu 1942 roku wywieziono trzysta tysięcy Żydów z warszawskiego getta. Wtedy ci, którzy przetrwali, oficjalnie trzydzieści tysięcy nieoficjalnie sześćdziesiąt tysięcy mogli zacząć myśleć o oporze z różnych powodów, choćby z tego że przestali być w swojej masie bardzo głodni.

Skąd ta zmiana?

Stąd, że ci którzy ocaleli, to byli w większości ludzie 20-25-letni, a więc młodzi, nie obciążeni rodziną. Mogli też myśleć o oporze, ponieważ nie istniał już Judenrat, który przez duża część mieszkańców getta był postrzegany jako pragmatyczna grupa starająca się chronić społeczność żydowską przed wyniszczeniem. Poza tym wiosna 1943 roku zaczęła się druga fala deportacyjna z getta, tym razem na Lubelszczyznę, do Trawnik i Poniatowej. Młodzi ludzie z getta mieli świadomość, że tam nie będą mieli możliwości przygotowania zbrojnego wystąpienia.

Przy okazji jednej z rocznic wybuchu powstania dwukrotnie natrafiłem na sformułowanie Władysława Bartoszewskiego, że to powstanie mogło wybuchnąć tylko w Polsce, gdzie także Żydzi podlegali aurze romantycznej i powstańczej. Co Pan myśli o takiej „polonizacji” powstania w getcie?
Wielu Żydów, którzy chodzili do polskich szkół powszechnych, gimnazjów, liceów, którzy studiowali stykali się z polskim wzorcem powstańczym czy z wzorcem czynu niepodległościowego legionów Piłsudskiego. Jest to co prawda czynnik godny uwzględnienia, natomiast z całą pewnością był wtórny wobec sytuacji obiektywnej.

Czy i jak można w syntetycznym skrócie pokazać stosunek ludności polskiej, w tym przypadku głównie warszawskiej do faktu wybuchu powstania, jak i do jego trwania?

Ta sfera od dziesięcioleci jest obszarem walki ideologicznej, obszarem największych konfrontacji i manipulacji między historykami i publicystami, którzy są związani z różnymi opcjami politycznymi.

W tym miejscu trzeba odwołać się do historycznego podłoża, jakim była Polska międzywojenna, II Rzeczpospolita. Był to kraj bardzo silnie zainfekowany antysemityzmem i przemocą antysemicką. W latach 1935-1937 maja miejsce antysemickie wystąpienia o charakterze pogromowym w około stu pięćdziesięciu miejscowościach w całym kraju. Raniono i poturbowano w nich dwa tysiące Żydów. Zabito między piętnastoma a trzydziestoma Żydami. Reakcja władz państwowych jest bardzo pasywna, maja miejsce inicjatywy ustawodawcze o charakterze antyżydowskim. Każde z wpływowych obozów politycznych, rządząca od 1926 roku sanacja, endecja będąca realną alternatywą w przypadku dekompozycji obozu sanacyjnego, chadecja, wpływowe PSL opowiadały się co najmniej za masowym exodusem Żydów z Polski. Stronnictwo narodowe bezpośrednio odpowiadało za większość aktów przemocy wobec Żydów, sanacja tolerowała wystąpienia antysemickie.

Jedynymi rzecznikami równouprawnienia Żydów były słabe ugrupowania polskiej lewicy, PPS, KPP i niewiele znaczące Stronnictwo Demokratyczne. Po wybuchu wojny w 1939 roku sytuacja pogorszyła się z uwagi na wyobrażenia o przychylnej postawie Żydów w stosunku do wkraczającej na kresy wschodnie RP Armii Czerwonej. Stąd postawy antysemickie były silnie obecne w polskich ugrupowaniach politycznych działających w podziemi w kraju i na emigracji. Zajmująca się pomocą Żydom organizacja „Żegota” było liczbowo bardzo nieliczna. To było około dwustu aktywistów, którzy udzielili pomocy kilku tysiącom ukrywających się Żydów. Natomiast często były nieszlachetne zachowania, także w wykonaniu przedstawicieli polskiego państwa podziemnego.

W wydanej w latach osiemdziesiątych książce „Nierówne ofiary” autorstwa Izraela Guttmana i Szmula (Stefana) Krakowskiego jest mowa o znanych historykom ponad stu dwudziestu akcjach przeciwko ukrywającym się Żydom, przeprowadzonych przez formacje Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Dwadzieścia dziewięć takich akcji dwaj historycy opisali. Te zdarzenia są świadomie bądź nieświadomie wypierane przez sporą część polskiego społeczeństwa, jako bardzo niewygodne dla świadomości. Pokazały to wszystkie wielkie debaty z początku tego wieku, choćby nad książkami Jana Tomasza Grossa.

Jak na powstanie w getcie zareagowały Armia Krajowa i konkurencyjna Gwardia Ludowa?

Polskie społeczeństwo zareagowało na wybuch 19 kwietnia 1943 roku na pewno żywiej niż podczas wielkiej akcji likwidacyjnej sprzed niespełna roku. Wtedy jedynie Polska Partia Socjalistyczna zareagowała natychmiast odezwą pod wszystko mówiącym tytułem „Nie dajcie się”. Pozostałe siły polityczne zareagowały całkowitą biernością.

Tym razem Żydowskiej organizacji Bojowej i Żydowskiemu Związkowi Wojskowemu udało się nawiązać kontakty z polskim podziemiem, niezbędne w warunkach ogromne słabości w uzbrojeniu strony żydowskiej. Powstała pod koniec lipca 1942 roku powstała Żydowska Organizacja Bojowa dysponowała na początku jednym rewolwerem. Miesiąc później, za pośrednictwem Gwardii Ludowej udało się nabyć osiem pistoletów, które jednak po dwóch tygodniach wpadły w ręce Niemców. Nie było więc możliwości przeciwstawienia się wielkiej akcji deportacyjnej, zwłaszcza, że masy żydowskie pozostały bierne. Jedynie Haszomer Hacair, marksistowska partia młodzieży żydowskiej kolportowała ulotki wzywała do oporu. Jednak większość Żydów potraktowała to jako niemiecką prowokację, mająca dodatkowo uzasadnić brutalność Niemców.
Pod koniec grudnia 1942 komendant Główny Armii Krajowej, generał Rowecki „Grot” nakazał przekazać Żydowskiej Organizacji Bojowej dziesięć rewolwerów, a pod koniec stycznia 1943 przekazano kolejne pięćdziesiąt rewolwerów, w tym kilkanaście niesprawnych. To jedyne liczby jeśli chodzi o broń przekazaną Żydom z ŻOB przez AK. Co prawda sama AK dysponował skromnym uzbrojeniem, jednak te sześćdziesiąt rewolwerów można określić jako jeden procent jej zasobów.

Znacznie lepiej układały się stosunki żydowskich konspiratorów z komunistami, które jedna musiały być ukrywane ze względu na kontakty z rządem londyńskim. Bardzo silnie działał tu stereotyp „żydokomuny”. Miał on silny wpływ na bierność Polaków wobec powstania. Drugi czynnik tej bierności wynikał stąd, że pewna część Polaków, nie zawsze intencjonalnie, stała się profitentami stłoczenia Żydów w getcie, przejmując żydowskie warsztaty, domy, majątki. Ogromna różnica w stosunku do Żydów ze strony AK i ze strony GL, potem AL. Wyraziła się także w fakcie, że GL przyjmowała w swoje szeregi partyzanckie uciekinierów z getta, natomiast AK nie robiła tego programowo. W ramach GL było aż trzydzieści oddziałów żydowskich, a w ramach AK ani jednego.

Po upadku powstania około osiemdziesięciu bojowników ŻOB, którzy przedostali się na stronę aryjską, w okolicy ulicy prostej, zostało 10 maja uratowanych przez PPR. Miały natomiast miejsce liczne akty przemocy wobec Żydów-uciekinierów błąkających się po lasach. Większość tych aktów dokonała się w cieniu rozkazu generała Bora-Komorowskiego rozkazu 116 z 1943 roku, który mówił o zwalczaniu bandytyzmu. W praktyce było to kierowane przeciwko żydowskim grupom błąkającym się po wsiach i z desperacji głodowej zmuszonych nieraz do kradzieży chłopom żywności. Natomiast część ocalałych z getta walczyła w powstaniu warszawskim w szeregach Armii Ludowej.

Czy podjęcie powstania było wyłącznie aktem walki o godność, bez nadziei na zwycięstwo, czy też była jakaś szczypta nadziei, że powstanie, nawet gdy poniesie klęskę przyniesie Żydom jakąś korzyść, pozwoli część ocalić i zwrócić uwagę świat na ich sytuacji? I czy wywieszenie w getcie flagi polskiej obok żydowskiej mogło być wynikiem kalkulacji na znacząca pomoc polską?

W żadnym porządku strategii militarnej powstanie nie miało szans ze względu na dysproporcje między siłami żydowskimi a niemieckimi. Nie tylko broni i amunicji była ilość poniżej wszelkiego minimum, ale i liczebność bojowców ŻOB nie przekraczała około pięciuset. Trochę lepiej uzbrojonych, dzięki kontaktom z Polską Ludową Akcją Niepodległościową, było około dwustu pięćdziesięciu żołnierzy Żydowskiego Związku Wojskowego. Oni jednak ponieśli większe straty i zniknęli na dziesięciolecia z historiografii gettowej. Żadna z tych organizacji nie prowadziła szerokiego werbunku, bo nie miał odpowiedniej liczby broni, a poza tym nie chciał wprowadzić w swoje szeregi osób nie sprawdzonych politycznie. Bojowcy mieli świadomość represji przerażających odwetowych ze strony niemieckiej. Kiedy w marcu 1943 roku żołnierze ŻOB zabili dwóch Niemców, ci w odwecie zabili dwustu Żydów. „Zginęli, żeby ratować godność” – to fraza, która setki razy pojawiała się we wspomnieniach żydowskich konspiratorów.

Czy ustalono ostatecznie prawdę o słynnej karuzeli przy placu Krasińskich. Czy Polacy rzeczywiście bawili się na niej wesoło o kilkadziesiąt metrów od muru ginącego getta?

Społeczeństwo było generalnie bierne. Polskie organizacje konspiracyjne zorganizowały kilkanaście akcji pomocowych pod murami getta. Jednak Jűrgen Stroop wśród dwóch liczących każdego dnia dwa tysiące sił ludzkich, to było wśród nich trzystu sześćdziesięciu polskich granatowych policjantów i czterech oficerów tejże policji. W zasadzie nie brali oni udziału w walkach, ale zajmowali się pilnowaniem murów getta. Niemcy uznali ich znajomość języka i realiów polskich za bardzo przydatną. Dla większości polskiego społeczeństwa tragedia getta była czymś obojętnym. Często jednak wyrażano opinie, że problem żydowski zostanie w Polsce rozwiązany przez Hitlera, z korzyścią dla Polaków. Miał na te postawy wpływ także Kościół katolicki, który opowiadał się przeciw przemocy, ale za izolacją Żydów w Polsce. Takim głosem był m.in. list pasterski prymasa Augusta Hlonda z 1936 roku. Kościół bronił tylko Żydów ochrzczonych.

Jaka była recepcja powstania po 1945 roku, po zakończeniu II wojny światowej?

Warto odnotować, że choć dziesiątki tysięcy Żydów służyło w szeregach sil alianckich, w Armii Czerwonej i na Zachodzie, to symbolem oporu żydowskiego stało się powstanie kilkuset bojowników. W Polskę władza ludowa, komunistyczna, uznała rocznice wybuchu powstania w getcie za święto ważne dla niej ze względów ideowych. Pierwsze obchody odbyły się już w 1945 roku, a w 1948 odsłonięto pomnik Bohaterów Getta projektu Rapaporta przy placu Bohaterów Getta, a ocalałych żydowskich bojowników odznaczono wysokimi odznaczeniami państwowymi. Przyczyną był fakt, że większość bojowców należała do formacji syjonistycznych o zabarwieniu lewicowym. To korespondowało z nowym modelem ustrojowym w Polsce. Poza tym po wojnie przez wiele lat państwo Izrael rządzone było przez socjaldemokrację, która za swoją emanację uznała ŻOB, którym poświęcone były najważniejsze publikacje. Niestety inżynieria pamięci, manipulacje wypchnęły z pamięci i tradycji żołnierzy wspomnianego Żydowskiego Związku Wojskowego. To jeden z przykładów deformacji obrazu powstania w getcie.

Czy jest jakaś wiedza o ewolucji opinii publicznej w Polsce w stosunku do powstania?

Uważam, że niezależnie od różnych deformacji propagandowych w jednolitej narodowościowo Polsce Ludowej, te obchody miały doniosłe znaczenia, bo przypominały o społeczności żydowskiej w Polsce i funkcjonującej w PRL mniejszości żydowskiej. Monopol obchodów państwowych od lat sześćdziesiątych przełamywał nielegalnymi obchodami Marek Edelman. Jednak zdecydowana większość społeczności żydowskiej brała udział w obchodach oficjalnych, bo nie uważała Edelmana za swojego przedstawiciela. Był on związany z opozycją antysystemową, podczas gdy społeczność żydowska doceniła to, że władze PRL po 1981 roku zrewidowały swój dawny do niej stosunek, w szczególności to co zdarzyło się w marcu 1968 roku. W Izraelu miano też Edelmanowi za złe poparcie walki Palestyńczyków.

Kilka lat temu dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego bardzo ostro postawiła kwestię polskich win w stosunku do Żydów. Było to efektem jednej z najbardziej burzliwych dyskusji, w rezultacie sporów wokół głośnego artykułu Jana Błońskiego „Biedny Polak patrzy na getto” z 1987 roku, a po latach wokół książek Jana Tomasza Grossa, zwłaszcza „Sąsiadów”. Jakie jest Pana stanowisko w tej kwestii?

Pani Alina Cała przeprowadziła rozlegle badania nad polskim antysemityzmem. Zauważyła n.p. że w latach trzydziestych skala antysemickiej przemocy pogromowej była w Polsce większa niż skala takiej przemocy w Niemczech Hitlera. Co prawda polski antysemityzm nie zawierał w zasadzie komponentu eksterminacyjnego, a eksterminacji dokonali kilka lat później Niemcy, nie mniej badania pani Całej są niezmiernie cenne i miarodajnie.

I jeszcze jedno. Czy odpowiada Panu powszechnie używany od lat termin „stosunki polsko-żydowskie” na określenie współistnienia obu narodów w państwie polskim?

Nie odpowiada mi, jest zgrzytliwy. Bo kim mieliby być Polacy, endekami, chadekami, ludowcami? Czy kimś jeszcze? Polskie społeczeństwo było i jest zróżnicowane podobnie jak społeczność żydowska. Katalog postaw po obu stronach jest zbyt bogaty, by tak go uogólniać, sugerować konfrontację postaw i nastroje oblężonej twierdzy po obu stronach. Brzmi niczym hasło: „Zewrzyjmy szeregi”. Ta formuła nie ułatwia, lecz utrudnia dialog.
Podobnie nie odpowiada mi formuła „dialog polsko-żydowski”, bo po obu stronach są grupy nim zainteresowane i niezainteresowane. Dziś mamy w Polsce trzydzieści procent społeczeństwa odnoszące się przychylnie do społeczności żydowskiej, jest współpraca kulturalna obu społeczności, kilkanaście tysięcy Żydów odzyskało polskie obywatelstwo, dorosły nowe pokolenia wolne od najgorszej pamięci. Mam nadzieję, że to wszystko złoży się na przepędzenie upiorów przeszłości.

Dziękuję za rozmowę.

My, Polacy i Żydzi

W moim rodzinnym mieście, Sokołowie Podlaskim, blisko połowa mieszkańców była narodowości żydowskiej. Żyliśmy zgodnie, bez konfliktów. Do czasów mojego dzieciństwa, do 1939 roku, liczyło ono 14-15 tysięcy mieszkańców, w tym sześć tysięcy Żydów. Ich potomkowie mieszkali tu od wielu wieków. Król Kazimierz przyjął ich, kiedy byli pozbawieni prawa pobytu na terenach niemieckich. Innych także, m.in. z Hiszpanii i Belgii. Tu, w Polsce, budowali swoje domostwa i różne warsztaty pracy.

Na naszej ulicy Lipowej mieszkały dwie rodziny Rozensztajnów, braci. Jednego imię pamiętam – Haim. Miałem kolegów pochodzenia żydowskiego w szkole podstawowej, w pierwszej klasie w 1938-1939 siedziałem w jednej ławce z Arbuzem. Był otoczony koleżankami niemal zawsze w czasie przerw, darzyły go dziecięcą sympatią. Był ładnym chłopcem.
Pożyczymy ci, zarobisz
Mój tata miał różne handlowe interesy: krowy, konie. Gdy miał kłopot finansowy, słyszałem słowa pana Haima: Janek, co ty się martwisz, pożyczymy ci, zarobisz, to nam oddasz z procentem. Tata spłacał długi żydowskim sąsiadom. Wśród nich było wielu kupców. Byli dzierżawcami sklepów w sukiennicach, których właścicielem był znany bogacz, ziemianin p. Malewicz.
W innych miasteczkach powiatu sokołowskiego, np. w Kosowie Lackim, znaczny procent ich mieszkańców było także narodowości żydowskiej. Nie pamiętam i nie widziałem większych konfliktów oraz złych relacji żydowsko-polskich.
Może i były, ale miały one jednostkowy zakres. Nie było oznak antysemityzmu i nienawiści do Żydów, jak próbują światu i nam udowadniać niektórzy politycy. Właściwie słowo antysemityzm, pojęcie nienawiść do Żydów nie były w obiegu publicznym, w relacjach naszych mieszkańców. Byłem w takim wieku dziecięcym, w którym komputery biologiczne już rejestrują informacje oraz różne zdarzenia, które się widziało i obserwowało.
Chodziłem z mamą i tatą do żydowskich sklepów. Byli konkurencyjni wobec sklepów, których właścicielami byli Polacy. Niższe ceny towarów, można też było się potargować i kupować na tzw. zeszyt. Słyszałem wielokrotnie słowa: pani Paulino, będzie pani miała pieniądze, to mi pani odda. Ubrania nasze też szył krawiec Żyd, bo był tańszy. Można było nawet zapłacić za usługi krawieckie w ratach.
Rodziny polsko-żydowskie znały się od kilkudziesięciu lat. Byli czasami mieszkańcami jednego domu lub sąsiadami ich posesji. Nikt w moim mieście nie mówił: nasze kamienice, wasze ulice. Takiego zjawiska nie było w małych miasteczkach całego powiatu.
Nasza sokołowska rzeczywistość oraz relacje polsko-żydowskie uległy zmianie w czasach dramatyzmu ludności żydowskiej po wkroczeniu okupanta niemieckiego. Zlikwidowano szkoły średnie. Jeśli ktoś miał radio, musiał je oddać już w pierwszych dniach okupacji władzom niemieckim pod groźbą kary.
Szkoła w baraku
Siedziby szkół i budynki murowane zajęte zostały przez administrację okupanta i wojsko. Gestapo i żandarmeria wojskowa rozpoczęły aktywną działalność przeciw Polakom i Żydom. Okupant pozwolił tylko na utworzenie jednej szkoły podstawowej w barakach, w których uczyło się około 800 uczniów, w tym niżej podpisany. Naszym współmieszkańcom w ogóle nie pozwolono się uczyć, nawet czytać i pisać.
Nie było ani jednego Żyda wśród nas, uczniów, dzieci wojny. To było w planach panów, przedstawicieli rasy germańskiej. Przeto był ostry zakaz uczenia dzieci żydowskich, no bo byli i tak skazani na zagładę przez rasistowskich ideologów. Polacy natomiast mogli się tylko uczyć pisać i czytać oraz przysposabiać do pracy w firmach niemieckich. Była to odpowiednio zaprogramowana polityka oświatowa, która miała zniszczyć polską inteligencję, ludzi wykształconych.
Mając osiem lat, trudno było zrozumieć, dlaczego moi koledzy narodowości żydowskiej nie mogli się uczyć, chodzić do szkoły. Rodzice próbowali mi wyjaśnić, dlaczego kolega, wyższy nieco ode mnie, nie przychodził do szkoły. A był to dopiero pierwszy etap tego najgorszego, zaplanowanego dzieła niemieckiego.
Młodzi Żydzi z pałkami
Wstęp do całkowitej zagłady narodu żydowskiego. Niejako etapami zaostrzali represje wobec Żydów po to, by było ich łatwiej unicestwić i przesiedlić do zamkniętego obszaru getta.
Było to jakże antyhumanitarne, nieludzkie. Przesiedlono nie tylko mieszkańców naszego miasta, lecz także tych z pobliskich miejscowości, wiosek. Do jednego mieszkania, w którym dotychczas mieszkała jedna rodzina, wprowadzono kilka rodzin, w tym starców i dzieci. Polskie rodziny, które dotychczas mieszkały na terenie getta, wysiedlono do domów poza jego terenem.
Strażnikami wejścia i bramy wjazdowej byli młodzi Żydzi z pałkami i opaskami na rękawach. Policji granatowej nie widziałem. Robili z tych pałek czasem użytek, okładając swoich braci po plecach.
Co się działo za tymi drutami kolczastymi? To było coś strasznego, zwłaszcza dla oczu nas, niepełnoletnich dzieci. Wiedzieliśmy o warunkach życia mieszkańców tego jakże nieludzkiego osiedla. Głód, choroby, zgony, błagania o kawałek chleba czy kartofle. Istniał zakaz kupowania żywności, nawet ziemniaków. Słyszałem co mówili znajomi Żydzi, którym późnym wieczorem udało się przyjść do naszego mieszkania. Nasz dom był oddalony o kilkaset metrów od getta.
Rzuciła się na jadło
Wielu mieszkańców mojego miasta udzielało pomocy, dzieląc się tym, co mieli. Ziemniakami, kaszą, chlebem, kawałkiem słoniny. Mówili mi o tym moi koledzy na spotkaniach podwórkowych. Przychodzili do nich ich znajomi zaprzyjaźnieni z rodzinami żydowskimi. Mówiliśmy o naszych kolegach po cichu, by nikt nie słyszał, bo już wiedzieliśmy, co grozi za udzielanie pomocy Żydom.
Nigdy nie zapomnę wieczoru wiosną 1943 roku. Miałem wówczas dwanaście lat. Siedzieliśmy całą ośmioosobową rodziną przy dużym stole jedząc fasolę z mlekiem. Tak się kiedyś jadło, ale i kartofle z wodą, nieodlewane, posolone szarą solą. Nagle otwierają się drzwi z tzw. sieni. Wchodzi kobieta.
Jak ona wyglądała? Niemal strach na ptaki. Była otulona zniszczoną odzieżą, wzbudzając litość. Na kuchni jak zwykle gotowały się obierki z kartofli dla świń i kur. Rzuciła się na to jadło dla zwierząt. Jadła gorące, połykając jak zwierzęta. Co to był dla nas za widok? Wszyscy byliśmy w stanie zamroczenia tym, co widzieliśmy. Nasza mama pierwsza zareagowała, odciągając ją od tego gorącego świńskiego jadła. Wzięła miskę, nałożyła fasoli i wlała mleka, a ojciec postawił taboret stojący pod ścianą. Siadła, Nie patrzyła na nas, lecz łapczywie połykała jadło, jakie było w misce.
Za drutami
To było coś przerażającego dla całej naszej rodziny. Gdy już zjadła, spojrzała na nas. Mama miała zwyczaj gotować w dużych naczyniach i jeszcze trochę tego naszego jadła było. Dołożyła jej do miski. Gdy już skończyła jeść, powiedziała kilka słów o tym, co się dzieje tam za drutami getta. Członkowie jej rodziny i inni umierali z głodu.
Ona od kilku dni nic nie miała w ustach. To, co mieli dali dzieciom. Wszystko, co było w jej domu sprzedała za żywność. Dzieci płaczą, proszą o kawałek chleba, którego nie ma. Nasz tata wstał i poszedł na strych. W worku przyniósł trochę mąki i kaszy. Prosiła o ziemniaki.
W kuchni była piwnica, w której właśnie je przechowywano. Ojciec ziemniaków nie żałował, bo było ich dużo. Uprawialiśmy je. Mąka, którą dał, była z własnego mielenia w młynku ręcznym. Były one niemal w każdej rodzinie, podobnie jak karbidowe lampy do oświetlania mieszkań. Dziękowała, chwytając za ręce tatę i całując je. Tata odciągnął ją od siebie.
Kto pomaga – będzie rozstrzelany
Na drugi dzień po tej wzruszającej wizycie naszej znajomej Żydówki najstarszy brat Józek przerzucił jej w umówione miejsce trochę jadła, jak to często robił, nie wiem, chociaż nie wolno było nam o tym wiedzieć z uwagi na bezpieczeństwo całej rodziny. Przypomnę, że obwieszczenia komunikowały, że kto pomaga Żydom, będzie rozstrzelany z całą rodziną. Nie byliśmy wyjątkiem w zakresie udzielania pomocy umierającym z głodu naszym współmieszkańcom.
Nagle stało się to najgorsze, czyli likwidacja sokołowskiego getta latem w 1943 roku. Parę dni przed jego likwidacją dotarła do gminy żydowskiej ta wiadomość, podobno od Ukraińca z batalionu pomocniczego garnizonu niemieckiego. Wielu Żydów uciekło do lasu oddalonego około pięciu kilometrów od miasta. Niemcy zorganizowali akcję propagandową, otaczając las i wzywając przez rozgłośnie do powrotu, gdyż miało to być nieprawdą, że mają być wywiezieni do obozu, i że jest to tylko propaganda bolszewików i polskich komunistów. Wracali.
Transport do zagłady
Tylko niektórzy pozostali w lasach sokołowskich. Władze gminy żydowskiej zebrały oszczędności i udały się do starosty Ernsta Gramssa. Oczywiście biżuterię przyjął, zapewniając, że nic im nie grozi, to tylko propaganda bolszewików. Ale już na drugi dzień rozkazał zlikwidować getto i transportować Żydów do obozu zagłady, w którym krematoria były przygotowane do masowego uśmiercania wszystkich Żydów. Na dworcu kolejowym czekały na nich transporty.
Nad ranem, była chyba piąta, usłyszeliśmy marsz żołnierzy niemieckich chodnikiem po obu stronach ulicy Lipowej. Szli w ciszy. Mama i tata stali w oknach. Cała nasza rodzina wybudziła się ze snu. – To już ich koniec, wszyscy zginą w Treblince niedaleko Sokołowa – powiedział tata.
Do tego niemieckiego obozu przywożono nie tylko Żydów z całej Polski, lecz też z innych państw, w tym sojuszników Niemiec – Rumunii, Węgier, Bułgarii i Francji, w której zarządzał z woli Niemiec rząd Vichy kolaborujący z Niemcami w przekazywaniu własnych obywateli narodowości żydowskiej, wiedząc, że będą oni wywiezieni do obozów zagłady. Widziałem łzy na twarzy mamy.
Ucieczki do ogrodów
Rodzice zakazali nam wychodzić z domu. Po krótkim czasie słychać było odgłosy strzałów i wybuchy granatów. Pojawiły się na naszej ulicy pierwsze kolumny zwarte otoczone żołdakami z bronią w rękach. Padły pierwsze strzały do tych, którzy próbowali ucieczki do ogrodów przylegających do domów. Szły cienie ludzkie, dzieci, niemowlęta na rękach matek, starcy prowadzeni przez młodszych.
Po obu stronach tego marszu śmierci szli ci, którzy mieli ich transportować do pieców krematoryjnych. W tym ludobójstwie brali także udział Ukraińcy, co potwierdzają wspomnienia wielu osób, a m.in. pana Pietrzaka, autora wielu książek wspomnieniowych o zagładzie sokołowskich Żydów. Ci Ukraińcy byli na służbie w batalionie pomocniczym wojsk niemieckich. Byli to żołnierze Armii Czerwonej, armii gen. Własowa, która po napaści Niemiec 22 czerwca 1941 roku zaniechała walki i wspierała wojska hitlerowskich Niemiec. Te kolumny szły na śmierć naszą ulicą przez kilka godzin na dworzec kolejowy, gdzie czekały na nich składy pociągów towarowych z okienkami z drutu kolczastego. Moja mama odważyła się wyjść przed dom, który był ogrodzony drewnianym płotem.
Padały strzały
Ja cichaczem stanąłem w pewnej odległości za nią. Słyszałem pożegnalne słowa naszych znajomych: pani Rozbicka, do widzenia, już się nie zobaczymy. Czyli już wiedzieli, jaki jest ich los. To moje oczy widziały, a uszy słyszały. To było już piekło dla tych ludzi tu na ziemi tylko dlatego, że urodzili się Żydami.
Padały strzały, byli ranni, zabici na naszej ulicy. Nie mogę tego zapomnieć, tak mocno tkwi to w mojej pamięci – młodej Żydówki wiszącej na płocie sąsiada po przeciwnej stronie ulicy, której ucieczka się nie powiodła. Seria pocisków niemieckiego żołdaka pozbawiła ją życia. Tata odciągnął mnie od tego dramatycznego wydarzenia, którego podstawą był zbrodniczy rozkaz Hitlera o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej.
Miliony Niemców gorliwie wykonywało tę wolę swego wodza. Taka jest prawda. Te polowania na Żydów prowadzone były z dużą determinacją niemal do końca wojny. Gdy Niemiec spotkał Żyda na swojej drodze, likwidował go, mimo że był tylko sam, bez kolegów i przełożonych. W moim mieście wiele rodzin polskich poległo za przechowywanie i udzielanie pomocy Żydom. Zaświadczały o tym kikuty spalonych domów i wymordowanie całych polskich rodzin i przechowywanych Żydów.
Strych nad obórką
Do naszego domu po likwidacji getta, nocą zapukał młody Żyd, krawiec, który szył nam ubrania. Był w przerażającym stanie. Błagał, by go ukryć. Był cieniem człowieka. Tata zastanawiał się chwilę, gdyż wiedział, jak to niebezpieczne dla całej naszej rodziny. Po krótkiej rozmowie i nakarmieniu go wyszedł z nim.
Później dowiedziałem się, że ukrywa się w naszej małej obórce na strychu, gdzie było składowane siano. Tam przynoszono mu posiłki przez wiele tygodni. Kilka razy rodzice posyłali mnie z wiadrem niby z karmą dla świń. Wchodziłem do obórki i na widłach przez ukryty otwór podawałem mu jedzenie. Jak pamiętam, przebywał tam kilka tygodni. Dzień przed opuszczeniem tej kryjówki wyznał mi, że musi uciekać w nocy do lasu. Powiedział, że wie, co Niemcy robią z rodzinami, które ukrywają Żydów.
– Ja nie mogę tu przebywać – mówił – obok jest siedziba starosty niemieckiego Ernsta Gramssa oraz żandarmerii. Wasz dom w pobliżu tych instytucji może być szczególnie obserwowany. Nie mogę was narażać na to, co by się stało z wami, gdyby mnie tu odkryli.
Realna groźba
Po tej rozmowie na drugi dzień opuścił swoją kryjówkę. Moja rodzina nie była wyjątkiem w udzielaniu pomocy i schronienia Żydom. Było wiele takich rodzin nie tylko na naszej ulicy. A wiele całych rodzin utraciło życie. Takich miast jak moje było wiele w okupowanym kraju, miast i wsi. Ratowano życie naszych współmieszkańców i ginęli Polacy razem z nimi, gdy Niemcy odkryli ich kryjówki.
Po latach pytałem rodziców, czy mieli świadomość, co czynili, jaki los mógł spotkać całą naszą rodzinę za przechowywanie Żyda lub udzielenie pomocy żywnościowej? Przecież była realna groźba, że mogą odkryć, że przechowują Żyda. Zginęłaby cała nasza rodzina. Polska była jedynym krajem, w którym karano rozstrzelaniem za udzielenie pomocy mordowanym przez Niemców Żydom. Polowanie na nich trwało niemal do końca wojny. Armia Czerwona zbliżała się do naszego miasta, słychać było ostrzał artylerii na przedpolach miasta. Jeszcze w tym czasie ginęli Żydzi i Polacy, którzy dali im schronienie przed mordercami. Nasza pomoc była taka, jaka była możliwa w warunkach totalnego terroru oraz ludobójstwa Żydów i Polaków.
System uśmiercania
Procentowo Polska poniosła największe straty, bo aż 6 milionów jej obywateli, w tym trzy miliony Polaków. Niemcy stworzyli system zagłady całych narodów i mniejszości narodowych. Żydzi mieli być pierwszymi ofiarami, później w kolejce mieli być Polacy i inne narody słowiańskie. To właśnie Armia Czerwona i jej sojusznicy położyli kres dalszym zbrodniom na masową skalę. Na polskiej ziemi w walkach z ludobójczym faszyzmem niemieckim zginęło 600 tysięcy czerwonoarmistów, młodych ludzi wielu narodów. Tylko we Wrocławiu spoczywa ich 6 tysięcy na dwóch cmentarzach.
Niemieckie obozy zagłady narodu żydowskiego to nie tylko dzieło władz Trzeciej Rzeszy, to dzieło całego niemal narodu niemieckiego. Stworzyli oni system dobrze zorganizowanej zbrodni, największej w historii świata. Ginął niemal cały naród żydowski, w wielu państwach Europy, nie tylko w tych okupowanych przez Niemców, lecz także ich sojuszników, Włoch, Bułgarii, Hiszpanii, Rumunii, Słowacji. Francja też przekazywała tysiące swoich obywateli, wiedząc, co ich czeka w obozach.
Prawda historyczna
I jeszcze kilka uwag na zakończenie moich wspomnień napisanych nie na podstawie opowiadań innych, ale z mojej autopsji. Do ich napisania zainspirował mnie wywiad w telewizji Polsat, w grudniu ubiegłego roku, pana prof. Szewacha Waisa, byłego przewodniczącego Knesetu i ambasadora Izraela w Polsce, Kawalera Orderu Orła Białego. Niestrudzenie powtarza on, jakie były relacje polsko-żydowskie w czasie wojny i przed jej wybuchem.
Mówi obiektywną prawdę o naszej wspólnej historii i współżyciu na polskiej ziemi. Broni prawdy historycznej o niemieckiej okupacji Polski. Mówi, kto był katem, a kto ofiarą, o tym, że Polacy uratowali najwięcej Żydów od zagłady. To Niemcy byli ludobójcami i zamordowali miliony jego rodaków. Szmalcownicy to były jednostkowe przypadki. Obozy zagłady Żydów to dzieło Niemców, nie tylko Hitlera.

Pokłosie

Czy antykomunistyczno-lustracyjna obsesja, która rządzi mechanizmami poznawczymi przedstawicieli obecnych polskich władz jest podła, czy raczej żałosna?

W poniedziałek, w 75. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz, głos zabrał Marian Turski, były więzień obozu. Zwrócił się do młodego pokolenia, by uważnie przyglądało się temu, co dzieje się wokół niego, a przede wszystkim – podkreślał to wielokrotnie – by nie było obojętne.
Turski zwrócił się podczas przemówienia ze swoistym apelem nie tylko ogólnym, ale skierowanym do swojej córki i wnuków oraz ich rówieśników „w Polsce, w Izraelu, w Ameryce, w Europie Zachodniej, w Europie Wschodniej”.
„Nie bądźcie obojętni, jeżeli widzicie kłamstwa historyczne. Nie bądźcie obojętni, kiedy widzicie, że przeszłość jest naciągana do aktualnych potrzeb polityki. Nie bądźcie obojętni, gdy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana, ponieważ istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione jednocześnie. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące, bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przykazanie: nie bądź obojętny, bo jeżeli nie, to się nawet nie obejrzycie jak na was, jak na waszych potomków, ‚jakiś Auschwitz’, nagle spadnie z nieba” – stwierdził.
Nie spodobało się to szefowi portalu TVP.info. Zgodnie z logiką obecnej władzy jakiekolwiek słowa krytyki pod adresem jej samej czy też jakichś rządów jej pokrewnych wyrażać może jedynie osoba zepsuta politycznie – czy to poprzez swoją własną działalność, która otarła się o jakąś lewicę czy też genetycznie – przez ojca, dziadka czy ciocię w partii, organizacji młodzieżowej lub wojsku/milicji.
Toteż Samuel Pereira, znany facecjonista prawicowego dziennikarstwa stanowiącego trzon otuliny propagandowej obecnych władz, zlustrował Turskiego.
„Niestety zło potrafi być zaraźliwe. Przypadki, gdy więzień Auschwitz, który sam doświadczył cierpienia i zbrodni nazizmu – później działał w PPR [Polskiej Partii Robotniczej – przyp. red.], pracował w wydziale propagandy PZPR i w komunistycznej Polityce. Takie też są karty naszej trudnej historii…” – napisał Pereira na portalu społecznościowym Twitter.
W takich okolicznościach można jedynie postawić pytanie czy oficerowie propagandy PiS są tylko podli, czy raczej żałośni.

Antysemityzm w Polsce: prawdy i mity

Obchodzona w tym miesiącu siedemdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia hitlerowskiego obozu Auschwitz-Birkenau zbiega się niefortunnie z zaognieniem historycznego sporu o stosunek społeczeństwa i państwa polskiego do Żydów.

Postawione przez prezydenta Putina zarzuty – nie tylko wobec przedwojennego ambasadora RP w Berlinie Lipskiego, ale pośrednio wobec ówczesnego państwa polskiego – wywołały zrozumiałe protesty strony polskiej, w tym specjalną uchwałę Sejmu przyjętą ponad politycznymi podziałami. Taka reakcja jest zrozumiała i politycznie zasadna, ale nie powinna prowadzić do zamykania oczu na to, co stanowi ciemną stronę polskiej historii.
Prawdziwe intencje
Dojrzałe narody mają dość siły i mądrości, by otwarcie i zdecydowanie mówić o tym, co w ich historii wymaga potępienia. Tylko w taki sposób można skutecznie przeciwstawiać się próbom obciążania całego narodu (a także państwa) odpowiedzialnością za ciemne strony historii. Republika Federalna Niemiec wielokrotnie, ustami swych najwyższych przedstawicieli, jednoznacznie potępiła zbrodnie hitleryzmu, co leży u podstaw pojednaniu z wczorajszymi ofiarami nazistowskiej polityki. W Polsce dzisiejszej pod tym względem jest inaczej. Losy niefortunnej (i wycofanej pod naciskiem zagranicy) ustawy penalizującej obciążanie Polaków ( wszak nie wszystkich, ale i nie tak nielicznych, jak chcieliby propagandyści obozu rządzącego) współodpowiedzialnością za zbrodnie nazistowskie popełnione na Żydach dobitnie pokazują, jakie są w tej sprawie prawdziwe intencje Prawa i Sprawiedliwości.
Rekonkwista
Spór dotyczy historii – zarówno odległej, jak i najnowszej. W odwoływaniu się do tej pierwszej słusznie podkreśla się, że w średniowieczu Polska stanowiła dla bardzo licznych Żydów europejskich azyl, do którego migrowali uchodząc przed prześladowaniami ogarniającymi zachodnią Europę pod koniec XI wieku, w bezpośrednim związku z klimatem religijnego fanatyzmu towarzyszącego zwłaszcza pierwszej krucjacie.
Hiszpańska Rekonkwista w XV wieku pociągnęła za sobą masowe wypędzenia Żydów, dla których panowanie arabskie oznaczało znacznie większą dozę tolerancji. To, że w średniowiecznej Polsce uformowała się liczna (procentowo największa w Europie) społeczność żydowska, jest oczywistym dowodem świadczącym o wyraźnej różnicy między ówczesną Polską a większością krajów Europy zachodniej. Dotyczy to także okresu Reformacji, która (między innymi na ziemiach niemieckich, ale nie w Polsce) wiązała się z kolejną falą wystąpień antyżydowskich. Tego nie może przesłonić, skąd inąd haniebna, kampania fanatyków katolickich oskarżających Żydów o śmierć Chrystusa, czy okazjonalnie zdarzające się zamieszki antyżydowskie.
Pierwsza fala
Antysemityzm jako zjawisko polityczne pojawił się w polityce polskiej dopiero pod koniec XIX i na początku XX wieku jako konsekwencja trzech procesów.
Pierwszym był wzrost w Europie fali rasistowsko (a nie religijnie) zorientowanej wrogości wobec Żydów, czego najbardziej znanym przejawem była sprawa Dreyfusa we Francji. Powodzenie darwinizmu społecznego z jego apoteozą walki o byt i odwołaniem do biologicznych uzasadnień konfliktu społecznego nadawało wrogości wobec Żydów nowy, rasistowski, charakter.
Drugim były konsekwencje rosyjskiej polityki wyznaczania żydowskich „stref osiedlenia” na ziemiach wcielonych do państwa rosyjskiego w wyniku rozbiorów. Pierwszy dekret w tej sprawie wydała Katarzyna Druga 23 grudnia 1791 roku. W latach następnych granice tej strefy były rozszerzane, by pod koniec XIX wieku objąć także dawne Królestwo Polskie, co skutkowało napływem Żydów wschodnich (nazywanych „Litwakami”), postrzeganych jako żywioł obcy.
Obóz nowoczesnego Polaka
Trzecim wreszcie było uformowanie się nowoczesnego programu nacjonalistycznego, którego najważniejszym dokumentem, były „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego (1903). W odróżnieniu od dawnej idei patriotycznej walki „o wolność naszą i waszą” Dmowski postulował politykę „egoizmu narodowego” w imię zbudowania „ katolickiego państwa narodu polskiego”. W państwie tym mniejszości słowiańskie miały być poddane asymilacji, a Żydzi – jako nie nadający si e do asymilacji – mieli być traktowani jako „goście” w polskim domu. Z czasem – już w Niepodległej Rzeczypospolitej – program nacjonalistyczny (Obozu Wieliek Polski, a później Obozu Narodowo-Radykalnego) przybrał wyraźnie rasistowski charakter i uległ zaostrzeniu, aż po bojkot ekonomiczny i getto ławkowe na uniwersytetach, co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw europejskich (oczywiście poza nazistowskimi Niemcami).
Żydowskimi głosami
Antysemityzm ówczesny to nie tylko subtelne rozważania teoretyczne Romana Dmowskiego, lecz także pogromy: w tym przez lata osłaniany przemilczaniem pogrom we Lwowie 21-23 listopada 1918 roku (bezpośrednio po wyparciu z tego miasta wojsk ukraińskich) a także w Wilnie i w Pińsku. W grudniu 1922 roku zamordowanie prezydenta Narutowicza poprzedzone było wielką kampania narodowców protestujących przeciw wyborowi głowy państwa „żydowskimi głosami”, a po procesie i egzekucji mordercy (Eligiusza Niewiadomskiego) środowiska te szerzyły kult mordercy, nie bez udziału wielu duchownych katolickich. O obliczu ówczesnego obozu nacjonalistycznego świadczy wydana w 1939 roku książka wybitnego prawnika, a zarazem działacza prawicy nacjonalistycznej Zygmunta Cybichowskiego (1879-1946) „Na szlakach nacjonalizmu”, w której otwarcie stawiał Polakom za wzór do naśladowania Adolfa Hitlera (s.89).
Jest to jednak tylko jedna strona obrazu. Druga to konsekwentna walka przeciw antysemityzmowi prowadzona przez lewicę i postępowe środowiska inteligenckie, których symbolem może być odważna postawa Tadeusza Kotarbińskiego solidaryzującego się z żydowskimi studentami w warunkach narzucanego getta ławkowego.
Potrzeby i interesy
Postawę socjalistów polskich wobec antysemityzmu najbardziej konsekwentnie przedstawił Kazimierz Kelles-Krauz (1972-1905) autor opublikowanej niedługo przed śmiercią rozprawy „W kwestii narodowości żydowskiej”, w której pisał on, że Żydzi osiadłszy w Polsce od tylu stuleci, wykonawszy w tym kraju tyle pracy rozmaitej, przecierpiawszy tyle cierpień, mając tu swe groby i kolebki od szeregu pokoleń, są w nim tak samo dobrze u siebie jak i Polacy, i …mają prawo żądać od Polaków tych samych względów na swoje potrzeby i interesy, jakich Polacy mają prawo żądać od nich”.
Czy przedwojenne państwo polskie prowadziło politykę antysemicką? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista. Prawdą jest, że w Polsce nie było ustaw antysemickich, ale była – zwłaszcza po śmierci marszałka Piłsudskiego – tolerancja dla antysemityzmu. Premier generał Felicjan Sławoj Składkowski publicznie pochwalał bojkot sklepów żydowskich (podobnie, jak zrobił to w 1936 roku prymas Polski kardynał August Hlond). Kolejni ministrowie odpowiedzialni za szkolnictwo wyższe milczeli w sprawie getta ławkowego ustalanego przez czołowe polskie uczelnie pod presją radykalnych organizacji nacjonalistycznych. W tym sensie mamy prawo obciążać ówczesne władze państwowe odpowiedzialnością za co najmniej tolerowanie antysemityzmu skrajnej prawicy narodowej.
Polskie doświadczenie
Szczególnie bolesne jest w tym kontekście polskie doświadczenie Holokaustu. Mamy prawo być dumni z postawy tysięcy Polaków, którzy z narażeniem życia ( nie tylko własnego, lecz także całych rodzin) angażowali się w ratowanie Żydów. Mamy prawo przypominać, że władze Polski Podziemnej na skalę swych możliwości udzielały pomocy Żydom, w tym szczególnie piękną rolę odegrała powołana w 1942 roku dla tego celu podziemna Rada Pomocy Żydom „Żegota”. Ale słusznie szczycąc się bohaterstwem tych, którzy stali po stronie ofiar, mamy moralny obowiązek otwarcie i bez zahamowania potępiać postawę tych Polaków, którzy wzięli udział w hitlerowskiej polityce zagłady. Niestety nie byli oni tak nieliczni, jak to usiłują nam wmawiać historycy z obozu „dobrej zmiany”. Warto przypomnieć, z jaką zajadłością prawicowa publicystyka rzuciła się na Jana Tomasza Grossa za jego książkę o zbrodni w Jedwabnem. W 2001 roku byłem w grupie posłów, którzy pojechali do Jedwabnego na zorganizowane przez prezydenta Kwaśniewskiego obchody sześćdziesiątej rocznicy tej zbrodni. Rzucało się w oczy, że w tym gronie nie było posłów prawicy, stanowiącej wówczas większość sejmową.
Przemilczanie
Od tego czasu nasza wiedza na temat udziału Polaków w hitlerowskiej polityce zagłady bardzo się zwiększyła, zwłaszcza dzięki pracom Barbary Engelking i kierowanego przez nią Centrum Badań nad Zagładą Żydów; w tym znakomitej pracy (pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc: losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” (2018). Prowadzona przez obecne władze „polityka historyczna” polega na przemilczaniu i dyskredytowaniu tego typu prac badawczych. To nie służy dobremu imieniu Polski w świecie.
Jest także sprawa okresu Polski Ludowej. W pierwszych latach powojennych miały miejsce pogromy antyżydowskie, w tym najgłośniejszy kielecki w 1946 roku. Niektóre formacje antykomunistycznej partyzantki, zwłaszcza oddział „Ognia” na Podhalu, dopuszczały się mordowania Żydów. O tym dzisiejsza „polityka historyczna” woli milczeć. Z drugiej zaś strony lewicę obciąża kampania antyżydowska 1967 i 1968 roku, którą dopiero Socjaldemokracja RP publicznie i jednoznacznie potępiła w specjalnej uchwale w marcu 1990 roku. Kampania ta była częścią frakcyjnej walki o władzę w kierowniczych kręgach PZPR, ale kampanii tej nie byłoby, gdyby jej autorzy nie liczyli na uzyskanie tą droga poparcia przynajmniej części społeczeństwa.
Trzydzieści lat temu kładąc podwaliny pod gmach polskiej demokracji byliśmy przekonani, że te upiory przeszłości zostały na zawsze złożone do grobu. Pamiętam jednak odbytą wiosną 1990 roku w Tel-Awiwie rozmowę z Szymonem Peresem, który deklarując poparcie Międzynarodówki Socjalistycznej dla nowopowstałej polskiej socjaldemokracji podkreślał swoje i innych socjalistów obawy o możliwość odradzania się w Polsce antysemickiej prawicy. Dziś lepiej niż wówczas widzę, jak bardzo miał rację.
Wzrost postaw
Społeczeństwo polskie nie jest antysemickie. Badania socjologiczne (zwłaszcza profesora Ireneusza Krzemińskiego) wskazują na wyraźny spadek postaw antysemickich i, co szczególnie ważne, wzrost postaw skierowanych przeciw antysemityzmowi. Trzeba o tym mówić bardzo wyraźnie, ale trzeba też mówić o utrzymywaniu się, a nawet radykalizowaniu się postaw i zachowań antysemickich a zwłaszcza o tolerancyjnym stosunku do nich ze strony aparatu państwowego.
Trzeba patrzeć prawdzie w oczy. Historia wprawdzie nigdy dosłownie się nie powtarza, ale historycznie uwarunkowane tendencje polityczne mają znaczną zdolność długiego trwania. Nie wolno tego lekceważyć, a tym bardziej usprawiedliwiać. Idzie tu bowiem nie tylko o dobre imię Polski w świecie, ale także o to, w jakim państwie chcemy i będziemy żyli. Propagandzie płynącej z niechętnych dzisiejszej Polsce ośrodków zagranicznych skutecznie możemy się przeciwstawić prawdą. Całą prawdą.

Znak antysemityzmu

Lewica nie ma lekko w tej sprawie. Zanim dojdziemy do Sandersa, przypomnijmy, że w tym roku Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej lewicy, utonął pod oskarżeniami o „tolerowanie antysemityzmu” w swej Partii Pracy, co przyczyniło się do jej porażki w wyborach. „Antysemityzm” ten polegał na karygodnej solidarności z Palestyńczykami znajdującymi się pod izraelską okupacją.

Corbyn nawet sam tę solidarność manifestował, co miało dowodzić jego rasistowskiej, antyżydowskiej postawy, „przebranej w antysyjonizm”. Ostatni trend medialno-polityczny, by antysyjonizm włączyć do definicji antysemityzmu, wyeliminował Corbyna na zawsze.
Oczywiście Brytyjczyków motywowała w wyborach głównie kwestia brexitu, jednak tak szeroki tego rodzaju atak na lewicę ze strony mediów, polityków prawicy, naczelnego rabina kraju, a potem nawet izraelskiej dyplomacji, był bezprecedensowy i bardzo głośny, jakby miał zostać zapamiętany na długo. Mówił o tym Jean-Luc Mélenchon, lider lewicy francuskiej (Nieuległej Francji – LFI): wytknął działania brytyjskiego lobby proizraelskiego i jego „bezpośrednie” powiązania z rządzącą w Izraelu skrajną prawicą Benjamina Netanjahu. Dodał, że należy opierać się takim polityczno-etnicznym lobby we Francji i oczywiście wymienił CRIF.
Ci, którzy mówią, że we Francji jest Kalifat, mają rację. To Francis Kalifat, prezes CRIFu, Rady Przedstawicielskiej Francuskich Instytucji Żydowskich, wielka postać francuskiej polityki. To on wymierza publiczne ciosy, kiedy trzeba, i to on odpowiedział tak Mélenchonowi, że tamten nie mógł się otrząsnąć. Kalifat wbił weń złośliwą szpilę, choć niektórzy twierdzą, że to była maczuga: porównał go do człowieka, który pragnął zjednoczyć lewicę i źle skończył – Jacquesa Doriota, najpierw komunisty, potem kolaboranta i nazisty. Ni mniej, ni więcej.
Doriot chciał w latach 30. ub. wieku zjednoczyć we Francji komunistów i socjalistów, co stało się powodem jego konfliktu z Kominternem (III Międzynarodówką), do którego należał. Maurice Thorez, ówczesny szef Kominternu, chciał tego samego, ale inaczej… Doriota wyrzucono z partii, do której należał od młodości i której był oddany całym sercem. Tak wkurzył się na stalinistów, że w czasie wojny znowu pojechał do Moskwy, ale w niemieckim mundurze i czołgu. Dostał wtedy Krzyż Żelazny, ale pierwszy raz nie dotarł do celu.
Doriot stał się gorliwym narodowym socjalistą i kolaborantem od początku wojny, aż brytyjski samolot rozpruł mu wnętrzności serią kul, na południu Niemiec. Doriot próbował tam w styczniu 1945 r. ratować francuskie władze kolaboracyjne. I to do niego, człowieka, który wysyłał Żydów do obozów, Kalifat porównał Mélenchona. „Jestem Żydem, którego prawie cała rodzina zginęła w obozach śmierci, i uważam, że takie stanowisko CRIF przyczynia się do antysemityzmu” – komentował to Gérard Miller, znany pisarz i psychoanalityk, który głosował na lidera LFI. Inni też uważają, że Kalifat stanowi zagrożenie, jednak poza tym lawina ruszyła. Lewica znowu jest podejrzana o hitleryzm.
Z Berniem Sandersem, kandydatem lewicowej części Demokratów na prezydenta USA, jest nieco inaczej, gdyż sam jest Żydem. Np. kilka miesięcy temu pewien facet z Florydy został skazany na 15 miesięcy więzienia, gdyż wyzywał Sandersa regularnie od „żydowskich bękartów” i groził śmiercią. Sanders sam bywa ofiarą antysemityzmu i jest nawet syjonistą, ale prasa coraz bardziej na niego wjeżdża za to, że toleruje w swym otoczeniu „antysemitkę” Lindę Sarsour. To członkini jego sztabu wyborczego, która nie wahała się powiedzieć, że „nie da się pogodzić syjonizmu z ruchami postępowymi”. Jej zdaniem lewica nie może popierać „rasistowskiego Izraela”, ale „…w tych czasach nacjonalizmu i antysemityzmu będę dumna i szczęśliwa, że pierwszy raz w historii nasz kraj wybierze Żyda na prezydenta”. Pytana, dlaczego popiera syjonistę, odpowiada, że „on uważa Palestyńczyków za ludzi”, co jest bardzo możliwe.
„Sojusz Lindy Sarsour z Berniem Sandersem to obraza dla Żydów” – takie tytuły pojawiły się w mediach, już kiedy Sanders przyjął ją do współpracy, na początku grudnia. Teraz kandydat lewicy ma na karku regularne, medialne molestowanie, mniej lub bardziej zawoalowane oskarżenia o antysemityzm. Kto następny? Polityczne wycinanie ruchów lewicowych za pomocą takich zarzutów robi się bardzo modne, rok 2019 stał pod tym znakiem.

Anatomia pogromu

Jak Pan Tadeusz zabił Jankiela.

Słuchajcie co się stało 18 dnia
miesiąca Kislew;
Mordowano i męczono Żydów,
Pogrom to był krwawy,
Który ciągnął się przez kilka dni.
Kto teraz może milczeć?
Widząc nasze cierpienie na wygnaniu?
Przysłuchiwać się płaczom i lamentom,
Kiedy nasze serce pełne jest łez.
„Nie umrę a będę żył”. Pieśń pogromowa Oskara Rohatyna. Przekład: Natalia Krynicka

Prawie sto lat milczano o tym pogromie. Nawet jeśli wspominano o godnych pożałowania „wypadkach lwowskich” w listopadzie 1918 roku, nie używano słowa „pogrom”.
Do tej wypartej z pamięci zbiorowej sprawy wrócił po niemal stu latach Grzegorz Gauden. Po raz pierwszy dowiedział się o wymazanym z historii pogromie podczas dyskusji w Krakowie w roku 2011 – wtedy właśnie profesor Andrzej Romanowski wspomniał o lwowskim pogromie, którym jego sprawcy powitali odradzające się państwo polskie.
To była dla niego
szokująca wiadomość.
O lwowskim pogromie nie wiedział wówczas nic jak prawie wszyscy inni. Pamięć o nim została starannie ukryta, dokumenty (włącznie z raportami wysłanników rządowych) skrupulatnie zniszczone, informacje w ówczesnej prasie – poza jednym wyjątkowym, uczciwym artykułem Andrzeja Struga w „Robotniku – załgane albo nieobecne. „Stała się we Lwowie – pisał Strug – jakaś bezecna okropność. Po wymordowanych współrodakach obchodzi żałobę cały świat żydowski. Nam Polakom przystoi przywdziać jeszcze czarniejszą żałobę, bo mord masowy miał miejsce w mieście, którym chlubimy się, że jest polskim! Bo broniliśmy krwią własną jego polskości”.
Relacje o przebiegu pogromu we wspomnieniach weteranów i hagiograficznych opowieściach o wyzwoleniu Lwowa zostały pominięte albo przekręcone. Polska prasa w zasadzie milczała. Poruszony wiadomością o ukrywanym pogromie Grzegorz Gauden stanął przed ścianą. Niełatwo mu było dotrzeć do prawdy, musiał przeprowadzić rozlegle śledztwo. Aby odtworzyć przebieg wydarzeń, by wreszcie pokazać prawdę o lwowskim pogromie, który pozostał haniebnym dowodem polskiego antysemityzmu i przedziwnej zdolności do modyfikowania historii, przez kilka lat szukał materiałów i świadków na Ukrainie i w Ameryce. Gdzie się tylko dało.
Wydawca powstałej w rezultacie tych poszukiwań książki „Lwów – kres iluzji” tak referuje jej treść:
„Polski pogrom ludności żydowskiej we Lwowie miał miejsce 22 i 23 listopada 1918. Lwów – kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918 jest pierwszym obszernym studium poświęconym temu wydarzeniu, które w polskich opracowaniach historycznych jest albo całkowicie przemilczane, albo sprowadzane do fali rabunków dokonywanych głównie przez ukraińskich i żydowskich (!) bandytów oraz dezerterów z armii austriackiej w ogarniętym wojennym chaosem mieście.
Istnieje też inna polska wersja wydarzeń oskarżająca Żydów o zaatakowanie polskich żołnierzy, którzy musieli się bronić.
Rzetelne opisanie pogromu we Lwowie pokazuje, że to legendarni obrońcy Lwowa wraz z żołnierzami odsieczy, która przybyła z Krakowa i Przemyśla, stanowili podstawową grupę inicjatorów i sprawców pogromu. To oni rozpoczęli rabunki, gwałty i morderstwa w lwowskiej dzielnicy zamieszkałej przez ok. 70 000 Żydów we wczesnych godzinach porannych 22 listopada 1918 roku.
Do pogromu niemal natychmiast dołączyła polska ludność cywilna Lwowa, w tym także przedstawiciele jej najwyższych warstw społecznych”.
To bez wątpienia trafne streszczenie zawartości książki, która przynosi rzetelny, poparty licznymi świadectwami, zapis wydarzeń tak uporczywie pomijanych przez historyków. Ale książka Gaudena to coś znacznie więcej niż odtworzenie niemal godzina po godzinie tego wszystkiego, co wydarzyło się w dniach 22 i 23 listopada, a także później, kiedy impet pogromu przygasł, ale jeszcze tlił się długo. Może objawiał się już nie tak ekstremalnie, jak w tych listopadowych dniach – czas mordowania Żydów, podpalania i grabienia ich domów i sklepów minął, ale nie zakończył się czas plądrowania mieszkań, poniżania, szykanowania, prześladowania pod byle pretekstem.
Wartość studium Gaudena wykracza jednak poza budzący szacunek trud rekonstrukcji pogromu, co samo w sobie stawi dostateczny powód do chwały dociekliwego autora, ale polega również na zdefiniowaniu
anatomii pogromu,
jego źródeł i zakotwiczenia w praktyce społecznej. Gauden ukazuje szerokie tło polityczne, społeczne, ekonomiczne, religijne, kulturowe, które ukształtowało „gotowość pogromową”. Zasadne przecież musi być pytanie, co sprawiło, że ludzie uchodzący za przyzwoitych, a nawet z tzw. dobrego towarzystwa, ulegali pogromowej histerii i chętnie korzystali z okazji. Dość przywołać szokującą informację, którą przywołuje Gauden, o lwowskich damach z dobrych domów, które przybywały do rabowanych sklepów w towarzystwie służących, zajmujących się w ich imieniu rabunkiem wskazanych towarów. Zgromadzone w tej mierze dowody nie brzmią miło dla czytelnika kołysanego opowieścią o tolerancyjnym kraju, w którym stosunki między rozmaitymi nacjami były bez mała anielskie.
Z tym sielskim mitem rozprawiała się Olga Tokarczuk w swoich „Księgach Jakubowych” – zawarła w nich opowieści o domniemanych krwawych mordach rytualnych, jakich rzekomo dopuszczają się Żydzi, o zawstydzających dochodzeniach i ciągnących się procesach, wszczynanych nawet wbrew stolicy apostolskiej, o pogromach, przekupstwie, zachłanności i hipokryzji purpuratów. Toteż po opublikowaniu powieści, posypały się pod jej adresem niewyszukane, napastliwe pogróżki. Te gwałtowne reakcje wywołały zwłaszcza słowa, jakie wypowiedziała przed kamerą po odebraniu nagrody Nike za powieść „Księgi Jakubowe”: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.
Do dzisiaj – nawet po otrzymaniu Nagrody Nobla – „prawdziwi” Polacy ciskają na pisarkę gromy, że uprawia pedagogikę wstydu i cierpi na polakożerstwo. Gauden idzie w jej ślady. Toteż nic dziwnego, że i jego nie ominęły podobne insynuacje. Pogrobowcy pogromczyków nadal zaprzeczają pogromowi lwowskiemu, tak jak czynili to przed stoma laty twórcy legendy bohaterskiego i niepokalanego Lwowa. Mają autora książki za mistyfikatora, by uciec się tylko do najłagodniejszego epitetu miotanego pod jego adresem. Tymczasem właśnie ta tak znienawidzona przez rzeczników dobrej zmiany i nowej polityki historycznej pedagogika wstydu to nader skuteczne narzędzie wyzwolenia się z okowów historycznego kłamstwa. To terapia wstrząsowa, odsłaniająca prawdziwe fakty i wstydliwe ideologiczne trucizny, którymi przez stulecia karmiona była polska dusza. Karmiona przez kościół panujący, przez narodowych demokratów i ich akolitów. Książka Gaudena pełni rolę środka dezynfekującego. Każe spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, jak łatwo zakłamanie, wmówienie, manipulacja odnoszą zwycięstwo. Także dzisiaj.
To trzecia zasługa autora, który poddaje analizie
mechanizm wyparcia
prawdy. Mechanizm to znany w przypadku sprawców zbrodni, którzy jeśli uda im się ujść karze, usiłują, często skutecznie, wyprzeć z pamięci dokonane czyny. Okazuje się, że podobny mechanizm może funkcjonować w przestrzeni społecznej – nie jako jednostkowy sposób obrony przed następstwami zbrodni, ale jako metoda uprawiana przez zbiorowość. Gauden nie ukrywa, że motywem zasadniczym zaprzeczania pogromowi lwowskiemu były państwotwórcze, patriotyczne intencje – wiadomości o pogromie mogłyby bardzo zaszkodzić odradzającej się Polsce w uzyskaniu poparcia międzynarodowego dla aspiracji państwowych. Za wszelką więc cenę umniejszano skalę pogromu, zmieniano jego nazewnictwo eliminując ze sprawozdań, raportów i relacji określenie „pogrom”, obwiniając za wypadki lwowskie zdemoralizowane jednostki, Ukraińców, a nawet Żydów. Uprawiane konsekwentnie państwowe kłamstwo historyczne wspierała cenzura i Kościół. Było prawie pozamiatane i to jakże skutecznie, skoro przez sto lat pogrom lwowski uważano za niebyły. Przy czym tym skutecznym zabiegom dyplomatycznym i propagandowym nie towarzyszyły żadne korekty w polityce nadal stosowanych represji wobec Żydów, czy choćby nieśmiałe próby ukrócenia szalejącego antysemityzmu.
Najlepszym tego dowodem wiele innych pogromów i zajść antysemickich, które u progu niepodległości rozpoczęły się od pogromu kieleckiego 11 listopada 1918 (nie mylić z drugim pogromem kieleckim, tym po drugiej wojnie światowej). Podobnych zajść było wiele, wśród których prym wiodły pogromy w Wilnie czy w Mińsku. Polskiej niepodległości towarzyszyły one nie przypadkiem – kultywowany od lat antysemityzm przynosił swoje zatrute owoce. Dotykał wszystkich Żydów, nawet zdecydowanych rzeczników asymilacji i polskich patriotów. Wiedza o tej przeszłości, przekonuje swoją książką Gauden, jest konieczna, aby wreszcie wyzwolić się z dziedzictwa endenckiej retoryki, zerwać z mitami i otworzyć na prawdę.
Wielki krok ku ozdrowieńczej prawdzie czyni autor tą trudną do przecenienia książką. Jej sens metaforyczne ujął Gauden jednym zdaniem w jednym z końcowych rozdziałów: „22 listopada 1918 roku pan Tadeusz zabił Jankiela”.

Grzegorz Gauden – „Lwów. Kres iluzji Opowieść o pogromie listopadowym 1918”, wyd. Univeristas, Kraków 2019, str, 616, ISBN 97883-242-3536-0.

Korzenie niemieckiego antysemityzmu

Antysemityzm w Niemczech, także jego skrajne wynaturzenia, kojarzymy z Trzecią Rzeszą, z Hitlerem, Goebbelsem et consortes. Tymczasem oni czerpali już z praźródeł antyżydowskiego piętna, sięgającego XIX wieku, o czym w naszych publikacjach historycznych głucho. Wertując własne archiwalia znalazłem kilkukolumnowe recenzje trzech książek wydawnictw niemieckich dokumentujących, że już na długo przed Trzecią Rzeszą antysemityzm był w społeczeństwie głęboko zakorzeniony.

John C.G.Röhl „Wilhelm II” 1994 r. (Tygodnik „Die Zeit”, 25.11.1994), Dirk Walter „Antisemitische Kriminalität und Gewalt. Judenfeindschaft in der Weimaier Republik” 1999 r. („Die Zeit”, 11.03.1999) i Cornelia Hecht „Deutsche Juden und Antisemitismus in der Weimaier Republik” 2003 r. („Die Zeit” 8.01.2004).

Jeżeli streścić opinie recenzentów tych trzech książek, przez nasze wydawnictwa niezauważonych bądź zlekceważonych, to rysuje sie następujący obraz klimatu antyżydowskiego już na długo przed 1933 rokiem. Poprzednikiem Hitlera był najwyższy w cesarskiej Rzeszy autorytet – Wilhelm II – autor następującej wypowiedzi: „Najlepszym sposobem na Żydów byłby gaz”. Zdanie to wyłowili historycy z listu Cesarza do gen Augusta von Mackensena z 2 grudnia 1919 r. Takich lub podobnych wypowiedzi najwyższy dla kraju autorytet pozostawił więcej. W połowie 1890 r uznał rasizm za fundament swego światopoglądu. W jego notatniku znaleziono zdanie: „Żydzi i komary to zaraza, od której ludzkość musi sie uwolnić”. Uznał, że „90 procent wszystkich Niemców potępiłoby go za sympatyzowanie z syjonistami”.
Wilhelm II był autorem publicznie wyrażonej opinii, że do Klubu Oficerskiego przyjmuje się również Żydów, tymczasem kontaktowanie się z nimi jest dla oficera niedopuszczalne. Autor biografii „Wilhelm II” twierdzi, że gdy w roku 1888 Wilhelm II zasiadł na tronie, antysemici od Paryża po Wiedeń zareagowali entuzjastycznie. Jeden z nich powiedział, że „jedyną nadzieją, by Niemcy pozbyli sie żydowskiego jarzma jest cesarz Wilhelm”.
Po przegranej przez Niemcy w 1918 r. wojny światowej Wilhelm II szukał schronienia w Holandii, lecz również stamtąd przekazywał wypowiedzi antysemickie. Dopiero gdy w 1938 r. dotarły doń sygnały o Nocy Kryształowej powiedział : „Po raz pierwszy w moim życiu wstydzę się, że jestem Niemcem”. Antysemickie drogowskazy cesarza znajdowały w społeczeństwie skwapliwych wykonawców. Bardzo aktywna wówczas Partia Niemiecko-Konserwatywna włączyła w 1892 r. antysemityzm do swego programu. W jednej z recenzji czytamy: „Od końca 1918 roku miasta i wsie zalewane były ulotkami antysemickimi, które wzywały wyraźnie do stosowania przemocy wobec Żydów”. W roku 1894 kolportowano na ulicach Berlina ulotkę o treści: „Albo w 1950 r. Niemcy uporają się ostatecznie z żydowskim niebezpieczeństwem, albo Żydzi opanują Berlin”.
Recenzujący książkę Röhla stwierdza, że „Autor ukazał przerażające dowody nienawiści wobec Żydów, nienawiści rasowej ostatniego cesarza niemieckiego.”
Dominujące w pierwszych latach Trzeciej Rzeszy hasło „Oczyścimy Niemcy z Żydów” było w obiegu już 50 lat wcześniej. W 1881 r., ponad ćwierć miliona Niemców podpisało petycję, zamykającą Żydom możliwość osiedlania się w Niemczech. Tych zaś, którzy już tu mieszkają, należy pozbawić pracy we wszystkich urzędach publicznych. Zredukować także odsetek studentów żydowskich na uniwersytetach. Czystka winna objąć również korpus oficerski. Już w roku 1890 weszło do obiegu publicznego słowo „aryjczyk” jako synonim nie Żyda.
Głosy protestu opinii publicznej przeciwko tej kampanii rozlegały się niezbyt donośnie. Pochodziły zresztą głównie od środowisk żydowskich. Monachijskie „Stowarzyszenie obywateli niemieckich wyznania żydowskiego” wydało w 1919 r. ulotkę protestująca przeciwko obwinianiu Żydów za wszelkie zło, niegodziwości i nieszczęścia wówczas odczuwane.
Recenzent książki Dirka Waltera zauważa: „Dotychczas uspakajaliśmy się opinią, że przed rokiem 1933 atmosfera wrogości w Niemczech wobec Żydów nie różniła się bardzo od sytuacji w innych państwach zachodnich oraz, że była ona zdecydowanie mniej agresywna w porównaniu z tym, co działo się w Europie Wschodniej. Dopiero po przejęciu władzy przez Hitlera miał pojawić się dla Żydów stan zagrożenia. Obraz taki wymaga jednak korekty”. Dirk Walter miał możliwość zapoznać się w – jak to określa – specjalnym archiwum moskiewskim z aktami „Centralnego Stowarzyszenia Obywateli Niemieckich pochodzenia żydowskiego”. Myszkował także w archiwach niemieckich. Doszedł do wniosku, że już w Republice Weimarskiej przemoc antysemicka była codziennością. Ofiarą padały nie tylko synagogi, cmentarze żydowskie, sklepy, lecz mniejszość atakowano także bezpośrednio. Rząd rozważał ograniczenie Żydom praw obywatelskich. Skrajni antysemici uważali, że ograniczanie Żydom praw obywatelskich toczy się zbyt wolno, połowicznie. Dlatego nazywali Republikę Weimarską pogardliwie „Republiką Żydowską”.
Rozgoryczenie wywołało w środowisku żydowskim wydane w 1916 roku zarządzenie ministra wojny cesarskich Niemiec, by liczono Żydów służących w armii. Postawieniem ich na cenzurowanym byli zaskoczeni, bo czynili przecież wszystko by pokazać się rządzącym jako przykładni Niemcy. Poborowych względnie ochotników żydowskich było wówczas blisko 100 tys. Z tego 30 tys. otrzymało odznaczenia wojenne, a 20 tys. awansowano. Przewodniczący „Stowarzyszenia żydowskich żołnierzy frontowych”, Leo Löwenstein, zareagował na decyzje ministra: „Jesteśmy rozczarowani i zawiedzeni”. Zabiegając o zacieranie zewnętrznej różnicy między Niemcami a Żydami, rodziny żydowskie już za cesarstwa Rzeszy nie tylko zmieniały nazwiska, lecz noworodkom nadawały imiona niemieckie. Władze hitlerowskie położyły kres tym praktykom.
Nastroje antyżydowskie sięgały szczytu w połowie lat Republiki Weimarskiej. Według badań Dirka Waltera, co kilka tygodni rejestrowano spektakularne akty agresji, niszczenia synagog, cmentarzy żydowskich. Szczególnie skrajnymi aktami agresji padali „Ostjuden”, żydzi którzy napływali do Rzeszy ze wschodu Europy. Osiadli już w Niemczech Żydzi bogaci i cywilizowani w porównaniu z „Ostjuden” nawet sami włączali się do tej kampanii, patrząc z pogardą na tych ze wschodu, bo szkodzili wizerunkowi miejscowych Żydów. W Bawarii władze uruchomiły nawet obóz, kierując tam wyłapywanych Żydów ze wschodu.
Według opinii Cornelii Hecht „jest oczywiste, że w porównaniu z Rzeszą cesarską w Republice Weimarskiej doszło do jeszcze większej radykalizacji ataków na Żydów”. Oczywiście do głosu dochodziły wówczas także siły nie akceptujące prześladowań. Na przykład głośno protestowała socjaldemokracja. Jej aktywność jednak w miarę upływu lat stopniowo malała.
Narodowi socjaliści przejmując władzę stąpali już na dobrze przygotowanym gruncie antysemickim.
Z głęboko zakorzenionym antysemityzmem Niemcy zdają się mieć wieczny problem. Przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Paul Spiegel w wywiadzie dla „Der Spiegel” nr 12 (2005) powiedział: „Niszczenie cmentarzy żydowskich to nie przypadki zdarzające się raz na miesiąc, nawet nie raz w tygodniu, lecz prawie codziennie”. Mimo, że i synagogi i inne ośrodki żydowskie pilnuje tam na co dzień policja”.
Przy okazji aktualny aneks. Polskie incydenty antysemickie to drobiazg na tle sytuacji chociażby w Niemczech czy we Francji. Dlaczego wobec tego akurat o Polsce tak głośno w Izraelu?

Dlaczego w Pruchniku kijami w Żyda walą?

Dwa tysiące z hakiem lat temu został ukrzyżowany Jezus z Nazaretu. W Polsce przyzwyczailiśmy się, że katolicki Wielki Piątek, dzień wspomnienia tego wydarzenia, obchodzony jest ze stosowną powagą. Przypominacie sobie jakąś polityczną awanturę w ten dzień? Ja nie. Ale w tym roku w podkarpackim Pruchniku miało jednak miejsce wydarzenie, które na długo zapisze się w naszej pamięci i do którego będziemy pewnie wracać nie raz jeden.

Otóż, jak już pewnie wiecie, tamtejsza ludność urządziła uliczny spektakl dręczenia kukły Judasza Iskarioty. Manekin był kopany, okładany kijami, następnie zdekapitowany i wrzucony do rzeki przez dzieci, zachwycone przyzwoleniem dorosłych na grandzenie w biały dzień. Rodzice zaopatrzyli swoje pociechy w rózgi, po czym z telefonami w dłoniach obserwowali, jak mali linczownicy dokazują. Co ciekawe, kreacja Judasza w wydaniu pruchnickiego artysty nieznanego nie przypominała jakoś apostoła z epoki Chrystusa, a pejsy, czapka, garb i wydatny nos wskazywały bardziej na inspiracje plakatem z okresu międzywojnia bądź filmami Veita Harlana.

Oczywistym jest, że katolikom z Podkarpacia nie chodziło o hejt na Judasza Iskariotę.

Dlaczego w takim razie lud postanowił powrócić do wygaszonego dekady temu brzydkiego rytuału?
Liberalny publicysta Jan Hartman z właściwą sobie głębią i błyskiem twierdzi, że lud urządza antysemickie igrzyska, bo jest po prostu głupi, w przeciwieństwie do inteligencji, która spaceruje po stolicy z żonkilami w klapach. Lud jest głupszy nawet od Ukraińców, którzy, ku zadowoleniu psora Hartmana grillowali w rzymskokatolicki Wielki Piątek na Polu Mokotowskim. „Tam hołota, jak to hołota, okłada kijami słomianego Żyda, obcina mu głowę, pali, topi w rzece” – oburza się były polityk Ruchu Palikota, nazywając również mieszkańców Pruchnika „prostakami” z „wyobraźnią postchłopa”.
Chciałbym powiedzieć profesorowi etyki Hartmanowi, że wyobrażam sobie ten mechanizm przyczynowo-skutkowy jako nieco bardziej złożony. Cofnijmy się do czerwca ubiegłego roku. Departament Stanu USA wyraził właśnie sprzeciw wobec uchwalonej przez polski rząd ustawy o IPN. Zdaniem strony amerykańskiej zadekretowanie, że Polacy jak amen w pacierzu nie przyłożyli się do zagłady Żydów zagraża wolności badań nad Holocaustem. Wasalny wobec Waszyngtonu gabinet Morawieckiego podkula ogon i w trybie ekspresowym wprowadza zmiany w ustawie. Wuj Sam kiwa głową z uznaniem. „Nowelizacja ustawy potwierdza przywiązanie Polski do swobody dyskusji i wolności słowa” – zapewnia rzeczniczka Departamentu Stanu Heather Nauert. PiS został więc spacyfikowany, jednak z łańcucha zerwał się jego pies – nacjonaliści. Poseł Robert Winnicki wraz z antysemickim publicystą Michalkiewiczem zaczęli głosić, że Morawiecki z Kaczyńskim to żadni patrioci, a jedynie marionetki „USraela” i wykonawcy woli ambasador Mosbacher. Wtedy właśnie Radio Maryja dało skrajnej prawicy platformę do propagowania sprzeciwu wobec ustawy 447, uchwalonej w USA w kwietniu 2018. Zdaniem Michalkiewicza i spółki akt ten uprawnia Departament Stanu do wspomagania organizacji międzynarodowych, które zrzeszają ofiary Holocaustu. Chodzi o pomoc w odzyskiwaniu żydowskich majątków, do których nie ma spadkobierców.
Współcześni mieszkańcy Pruchnika „siedzą” w zdecydowanej większości na mieniu pożydowskim. Z prostego powodu – w ich mieście przed drugą wojną światową Żydzi byli gospodarczymi potentatami. Jak podaje portal Sztetl, „Na przełomie XIX i XX w. w Pruchniku było 68 sklepów, z tego 55 żydowskich i 13 polskich. Sklepy żydowskie były: sklepy bławatne (6), sklepy mięsne (5), piekarnie (3), sklepy żelazne (3), apteka (1), a przede wszystkim sklepy spożywcze i mieszane (30). Funkcjonowało też 7 restauracji”. A potem przyszli hitlerowcy, Żydzi trafili do obozów zagłady, a po wojnie ich majątki przejęli Polacy.

Renesans antyżydowskiego języka,

tolerowany, a nawet animowany przez rząd PiS , którego najwyższym oficjelom zdarzyło się w ostatnim czasie zasugerować, że Żydzi są sami sobie winni, tego rządu, który forował antysemitów jako komentatorów politycznych w telewizji publicznej, tego który rozpostarł parasol ochronny nad antysemickimi bandziorami, którzy za palenie kukły Żyda na rynku dużego miasta mogli liczyć na śmiesznie łagodne wyroki, sprawił, że mieszkańcy Pruchnika, a także innych galicyjskich mieścin, co zyskali w 1945 roku domy i zakłady rzemieślnicze obecnie ze strachu srają pod siebie. Naprawdę obawiają się, że przyjdą Żydzi z papierami od Amerykanów i pozbawią ich całego majątku.
Jak opisał „Kurier Jarosławski”, podczas wielkopiątkowej inscenizacji ulicznej w Pruchniku podczas wymierzania ciosów pejsatemu manekinowi krzyczano „Bo jeszcze odszkodowań od nas chcecie”. To właśnie może stanowić główną przyczynę restauracji spleśniałego obyczaju w podkarpackim mieście, a nie głupota i nieokrzesanie pospólstwa, jak to widzi profesor Hartman.

Ponadto, lęk przed Żydem,

który przyjdzie po swój majątek wchodzi w synergię z poetyką propagandową obecnej władzy. PiS nieustannie szafuje pojęciem zdrajcy. Figura ta jest niezbędna w politycznym działaniu, którego inicjatorzy chcą uchodzić za nieskazitelnych wykonawców woli wspólnoty narodowej. Antagonizm „my-oni” przyjmuję formę walki, w ramach której dana grupa musi być gotowa na zastosowanie siły, bo w przeciwnym wypadku zostanie stłamszona i pokonana przez inną – w wyobrażeniu równie wrogo nastawioną. Zdrajcy są niezbędni, aby zagrożenie z ich strony utrzymywało wspólnotę w stanie odpowiedniego wrzenia emocjonalnego, które zapewnia podmiotowi sterującemu – politykom, hierarchom kościelnym, właścicielom mediów możliwość skierowania gniewu mas na konkretnego wroga w odpowiednim momencie.

Zanim dojdzie do realnego aktu

bądź masowych wystąpień o charakterze pogromowym, lud trzeba z zadawaniem przemocy oswoić. Podpalanie kukły Żyda na rynku dużego miasta czy festynowe dręczenie pejsatej makiety na podkarpackiej prowincji jest psychologicznym treningiem, przełamaniem pierwszych lodów w nabywaniu łatwości zadawania krzywdy. Sprawcy czystek etnicznych, religijnych czy politycznych nie mogą poddawać swoich czynów dogłębnej etycznej analizie. Powinni działać instynktownie i impulsywnie – na hasło, zawołanie czy rozkaz.
Szkoda mi cholernie tych dzieci. „Zabawa”, którą im zafundowano, przyczyni się do normalizacji w ich umysłach kultury agresji i przemocy jako środków komunikacji i wyrażania emocji.

Współcześni mieszkańcy Pruchnika „siedzą” w zdecydowanej większości na mieniu pożydowskim. Z prostego powodu – w ich mieście przed drugą wojną światową Żydzi byli gospodarczymi potentatami

Można być katolikiem bez księży

Z ks. Wojciechem Lemańskim rozmawia Justyna Koć (woadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W Środę Popielcową, która rozpoczyna Wielki Post, opublikował ksiądz na swoim profilu w portalu społecznościowym wpis: „Lepsze jest opanowanie języka, niż post o chlebie i wodzie”. Do kogo ksiądz kierował te słowa, a może do siebie?
KS. WOJCIECH LEMAŃSKI: Oczywiście, inaczej bym tego nie opublikował. Zresztą to nie moja twórczość, znalazłem u jednego ze znajomych i podałem dalej. Przyznam, że nie opanowałem umiejętności tworzenia memów. Raz w tygodniu piszę niedzielny felieton na kanwie Ewangelii. Czasem w morzu wpisów, gdy zauważę coś ciekawego, filozoficznego, ponadczasowego, ku refleksji i zastanowieniu, ku przestrodze, to podaję dalej. Uznałem, że Środa Popielcowa to taki dzień, że można sobie dać na wstrzymanie, zwłaszcza gdy jest się katolikiem, a szczególnie katolickim księdzem. Jak pani na pewno zauważyła, tego dnia komentarzy z mojej strony nie było. Zamieściłem jeszcze post o Europejskim Dniu Sprawiedliwych, ponieważ wypadł w tym roku tego dnia. Holocaust i jego ofiary leżą mi na sercu. Myślę, że okres Wielkiego Postu powinien być również czasem refleksji nad tym, co się pisze w mediach społecznościowych.’

Przed okresem Wielkiego Postu komentował ksiądz, publikował i podawał dalej treści, mówiąc delikatnie, nie po linii Kościoła i obecnej władzy.
A pani wie, jaka jest dziś linia Kościoła i władzy?

Na pewno podawanie i komentowanie tekstów o pedofilii w Kościele po linii polskiego Kościoła nie jest.
No właśnie, mówi pani nie o Kościele, ale o polskim Kościele i to tylko pewnym wymiarze tego Kościoła, który moglibyśmy nazwać hierarchicznym. Dziś jestem bardziej pesymistyczny w moich ocenach. Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że wiele racji mają ci, którzy mówią o Kościele toruńskim i łagiewnickim, otwartym i zachowawczym, konserwatywnym.

Skostniałym?
Nie chcę stosować tu pejoratywnych określeń, ale dziś powiedziałbym, że patrząc na Kościół w ten sposób, myliłem się. To, co nazywamy Kościołem otwartym, według mnie w Polsce istnieje właściwie w wymiarze śladowym. Daleko mi do postawy niektórych polskich duchownych, którzy mają „usta pełne uogólnień”, gdy mówią o Kościele we Francji, w Niemczech, na Wyspach Brytyjskich, w Skandynawii czy w USA. Jestem pełen uznania dla tego, co tamtym Kościołom udało się osiągnąć wobec wyzwań, które przecież również i nas nie ominą. Powiedziała pani, że moje komentarze są pod prąd Kościołowi czy władzy. Pewnie trochę tak. Władzy, w tym wydaniu, w jakim działa dzisiaj, zwłaszcza jeżeli chodzi o jej patologie, jestem przeciwny. W przypadku Kościoła mam na myśli postawę zachowawczą, bezradność, milczenie, kiedy trzeba krzyczeć.

Nie boi się ksiądz, że zostanie znowu ukarany?
Ale za co? Dorośli ludzie powinni zadać sobie pytanie, kiedy jest pora, aby stali się odpowiedzialni za to, co robią, mówią. Jeśli ktoś uważa, że trzeba poczekać na czas „bezpieczny”, to może się okazać, że ten czas nigdy nie nadejdzie. Znam z historii ludzi Kościoła, którzy byli taką ością w gardle, zadrą, kimś kto mówił to, o czym wielu boi się nawet myśleć. Jestem katolickim księdzem, więc takim wzorcem jest dla mnie Jezus z Nazaretu. Ale są również współczesne wzorce w Kościele, duchownych godnych naśladowania, których śladem chciałbym iść, ks. Bozowski, Zieja, Twardowski, Popiełuszko, w Niemczech ks. Bernard Lichtenberg, w Czechach ks. Halik. Jest ich sporo, choć w swoim czasie stanowili nieliczną garstkę.
Długo ksiądz był w sporze ze swoimi przełożonymi, skończyło się to nałożeniem w 2014 roku suspensy przez abp. Hosera, która zdjęta została dopiero pół roku temu. Hierarchowie liczyli po cichu, że ksiądz zrzuci w końcu sutannę, ale tak się nie stało. Dlaczego?

Bo mnie sutanna nie uwiera, nie pali. Pojawiały się oczywiście wątpliwości, czy aby to, co mnie niepokoi i bulwersuje, o czym piszę, co mówię, gdzie się pojawiam – czy to jest właściwie. Szukałem takiego zewnętrznego papierka lakmusowego, aby nie opierać się tylko na własnym przeczuciu i ocenie. Pewnie panią zaskoczę, ale spotykałem się w tamtym czasie z wieloma biskupami i księżmi. Wszystkie te spotkania zachowałem w dyskrecji, choć nie było ze strony rozmawiających ze mną takiego wymogu. Proszę mi uwierzyć, że chyba we wszystkich rozmowach, a byli to również znani biskupi, słyszałem, że rozumieją moją postawę i nie dostrzegają jakichś poważnych błędów. Niektórzy dodawali uwagę: może ma ksiądz rację, ale nie w tym czasie, nie publicznie.

Koniunkturalizm?
Myślę, że oni inaczej niż ja rozumieją dobro Kościoła. Zresztą im dłużej trwa ten stan, tym bardziej wydaje mi się, że to nie ja byłem w błędzie. Że to, o czym wtedy publicznie mówiłem, dziś wraca jako nierozwiązany problem.

Pedofilia w kościele?
Także.

Upadek mitu prałata Jankowskiego? Obserwujemy ten dramatyczny spór o pomnik.
Ja nigdy osobiście nie spotkałem księdza Jankowskiego. Kiedy on po raz pierwszy, wysłany przez biskupa Kaczmarka, pojechał do stoczni, zresztą w dość dziwnych okolicznościach, gdy bp Kaczmarek pytał się I sekretarza partii o pozwolenie, ja przygotowywałem się do matury. Potem pamiętam nasze mocne zderzenie, takie symboliczne, gdy w 2001 roku wypłynęła na nowo sprawa Jedwabnego za przyczyną książki Jana Tomasza Grossa. Przygotowywałem wówczas wielkanocną dekorację Grobu Pańskiego, który zawierał odniesienia do pogromów Żydów w Jedwabnem.

Za którą potem dostał ksiądz po głowie.
Ja tego tak nie odbierałem. Byłem wówczas przekonany, że podobnych dekoracji, nawiązujących do tamtego wydarzenia, będzie w Polsce mnóstwo.

Srodze się ksiądz pomylił.
Na to wygląda. Z tego, co mi wiadomo, były tylko dwie: w kościele świętej Brygidy w Gdańsku i ta moja na obrzeżach Otwocka.
Tamta instalacja, którą firmował ksiądz Jankowski, była pracą prymitywnego prostaka-antysemity. Ja tam nie dostrzegłem żadnej głębszej myśli, był za to wyraźnie antysemicki wydźwięk. Moja instalacja była próbą chrześcijańskiego odczytania tamtej tragedii. Zaowocowało to telefonem z KPRM z zaproszeniem, abym pojechał na uroczystości do Jedwabnego. Znów było we mnie przekonanie, że będzie tam nas, księży i biskupów, wielu. Przyjąłem zaproszenie, wyruszyliśmy autokarem z parkingu przy Torwarze. Gdy się rozejrzałem, okazało się, że w autokarach jest wiele pustych miejsc. Dla mnie to było mocne przeżycie. Uwierzyłem księdzu prymasowi Glempowi, który mówił, że nie był świadomy wydarzeń w Jedwabnem. Wierzyłem, że musimy się z tą prawdą zmierzyć – to Polacy mordowali Żydów. Myślałem, że skoro prymas to mówi, to tak się stanie. Niestety, okazało się, że tego zamiaru wystarczyło na bardzo niewiele. Żaden z biskupów, nawet ten wyznaczony w episkopacie do kontaktów z Żydami, nie pojechał do Jedwabnego. Miejscowy biskup też się nie pojawił. Blisko 20 lat później nie jest dużo lepiej.

Nie rozliczyliśmy się z tym problemem?
Wydaje mi się, że wtedy był dobry czas, aby się z tym problemem naszych relacji z Żydami, zarówno czasów wojny, jak i czasów powojennych zmierzyć. Wiele wskazywało wówczas na to, że społeczeństwo jest gotowe, aby podjąć ten trud, niestety szybko okazało się, że nie ma odważnych, mądrych przewodników, którzy zdecydowaliby się społeczeństwo poprowadzić do tych trudnych miejsc. Burmistrz wyemigrował do Stanów, miejscowi Sprawiedliwi nadal pozostali w ukryciu, mimo że zmieniali się proboszczowie, żaden na to miejsce nie wyruszył. Zmienił się biskup i też do tych mogił nie podążył. Sąsiednie miejscowości – Szczuczyn, Radziłów, Bzury – do dzisiejszego dnia czekają. To przykre, że innych pouczamy i strofujemy, a sami nie radzimy sobie z tymi strasznymi pamiątkami czasów wojny i bezpośrednio powojennych.

Dlaczego Kościół nie umie sobie z tym poradzić? Kościół, który miłuje najbardziej tego ułomnego, biednego, grzesznika?
Bo jest bardziej polski niż katolicki. To zresztą powiedział szczerze proboszcz parafii w Jedwabnem. Mówił, że on nie ma nic przeciwko temu, żebym przyjeżdżał i modlił się na tym miejscu, ale on nie pójdzie ze mną, bo musi potem żyć wśród tutejszej społeczności. Chyba go rozumiem. Ale i wiem, co bym zrobił, gdybym był na jego miejscu. Proboszcz w Jedwabnem swoim zachowaniem nie odbiega od postawy proboszczów innych miejscowości. Słuszność tej diagnozy potwierdził biskup łomżyński, który kiedyś odpowiedział na list naszej społeczności „Starszym Braciom w wierze”, która próbuje te trudne sprawy po katolicku, po chrześcijańsku rozważać. Przy okazji dnia judaizmu jeździmy do takich miejsc. Wysyłamy też listy do biskupa łomżyńskiego i lokalnych proboszczów, że przyjeżdżamy, aby się pomodlić za zamordowanych. Biskup odpisał nam, że żaden katolicki ksiądz nie będzie się modlił w tych miejscach, bo Żydzi szkalują Polskę. Jeżeli miejscowy biskup daje taki sygnał proboszczom, to się nie dziwię, że księża wiedzą, co nie jest mile widziane. Myślę, że znaczenie może mieć również to, o czym pani wspomniała – tam przyjeżdża ksiądz Lemański. Oni wiedzą, co go spotkało, więc może lepiej nie ryzykować.

Może to trochę infantylne, ale czy rolą Kościoła nie jest właśnie pomoc wiernym w przeżyciu, zrozumieniu takich trudnych doświadczeń?
Ani to infantylne, ani naiwne. Taka jest rola edukacyjna Kościoła, który nie tylko ma katechizować i nauczać prawd wiary, ale ma również pomagać człowiekowi odnaleźć się w realiach, w których dane jest mu żyć. Kościół w Polsce z tym zadaniem sobie nie radzi. Myślę o zaszłościach relacji chrześcijańsko-żydowskich przed wojną, w czasie wojny i w czasach powojennych. Mówię tu też o reakcji episkopatu na pogrom na Plantach w Kielcach, kiedy biskupi nie tylko nie zareagowali, ale jeszcze „natarli uszu” biskupowi częstochowskiemu, który jako jedyny zachował się wtedy po chrześcijańsku i po ludzku uczciwie. Dziś Kościół w podobny sposób nie radzi sobie z problemem uchodźców. Jak się raz człowiek ukryje przed odpowiedzialnością, to potem łatwiej mu przed tą odpowiedzialnością uciec po raz drugi, trzeci i czwarty. Choćby taka bardzo współczesna sytuacja – opozycyjna aktywistka poszła zamówić mszę świętą za cywilne ofiary żołnierzy wyklętych. Najpierw przyjęto tę intencję, potem ją zmieniono, a na koniec tłumaczono, że to była prowokacja. Jeżeli modlitwa w kościele za zamordowane kobiety, dzieci, starców jest prowokacją, to po co nam taki Kościół?

Ten sam mechanizm ucieczki przed odpowiedzialnością działa w przypadku pedofilii?
To jest chyba inne zagadnienie, chociaż strategia wyparcia, przeczekania jest i tu dostrzegalna. Jeśli chodzi o cały zestaw problemów, takich jak molestowanie dzieci i dorosłych, przemoc w rodzinie, gwałt małżeński, to są to problemy, z którymi nasz świat mierzy się stosunkowo od niedawna. I dobrze, że wreszcie się z tymi problemami mierzy. Czasem wygląda jakby trochę przerysowywał. Nie chcę powiedzieć, że jesteśmy tu przewrażliwieni, ale uczymy się właściwych reakcji. Widać to choćby w komentarzach. Czytam ostatnio, że jakiś duchowny został skazany za pedofilię na 7,5 roku więzienia, komentarze pod tą informacją są w stylu: dlaczego tak mało, takiego należałoby wykastrować, albo nawet że powinien dostać karę śmierci. Trochę jak z akcją #MeToo, która moim zdaniem była potrzebna, ale w niektórych środowiskach prowadziła do tego, że łatwo było rzucić oskarżenie na podstawie plotki, pomówienia, domniemania, a potem już ruszała lawina.

To normalne, że to wahadło odchyla się w drugą stronę, gdy przez wiele lat sprawy były zamiatane pod dywan.
Kościół w reagowaniu na tego rodzaju wyzwania jest wyraźnie spóźniony, zresztą jak my wszyscy. Nie nadążamy za przemianami, które dokonują się na naszych oczach. Kościół nie nadąża z reagowaniem na wyzwania naszych czasów. Kiedyś reakcja po kilku latach to była błyskawiczna reakcja. Dziś dla wielu to dowód na brak reakcji. Świat zrozumiał, że ma do rozwiązania problem, Kościół też zobaczył, że świat się obudził i próbuje coś z tym problemem robić. A polski Kościół? Też próbuje, ale robi to tak nieporadnie, że wielu uważa, że nic nie robi.

A nie jest tak?
Nic to byłoby wtedy, gdyby polski ksiądz pedofil z Dominikany nie został skazany i osadzony w więzieniu. To byłoby nic, gdyby tamten ksiądz nadal był księdzem, gdyby abp Paetz nadal normalnie bierzmował, publicznie odprawiał, celebrował jako biskup senior.

To są udowodnione ponad wszelką wątpliwość przypadki, z którymi nawet Kościół nie mógł dyskutować. Ale jeżeli papież przy przekazaniu raportu o pedofilii w polskim Kościele całuje dłoń Marka Lisińskiego, szefa fundacji „Nie lękajcie się”, ofiarę księdza pedofila, a polski episkopat słowami rzecznika komentuje, że każdy, kto został ochrzczony, może zwrócić się do Ojca Świętego, to dla mnie to jest owo „nic”.
Nie podoba mi się taka wypowiedź rzecznika KEP. Nie tylko ta jedna wypowiedź. Należy jednak uznać skuteczność podejmowanych wysiłków. Spóźnione, niewystraszające, nieskuteczne, to prawda. Ale wreszcie coś się zaczyna dziać. Uważam, że parasol ochronny nad ludźmi Kościoła w Polsce, jakkolwiek jest od dawna rozłożony, to jednak, dziękować Bogu, trochę tych bolesnych kulek gradowych przepuszcza. Słynny przypadek bronionego przez pana Piotrowicza księdza z Tylawy pokazuje, że ten ksiądz jednak został skazany. Oczywiście gdyby się działo 10 razy tyle, 100 razy tyle, to też byłoby to za mało, a dzieje się niewiele. Wspomnę jeszcze o tym „nic”. Jeżeli mówimy o czynach, których skutki są do dzisiejszego dnia, ale które miały miejsce 40 lat temu, a ksiądz, dziś 80-letni starzec, jest u schyłku swojego życia, to nie ma prawnej możliwości, by postawić go przed sądem. Natomiast można by odbyć jakąś procedurę kanoniczną, czyli tę wewnątrzkościelną, ale przy uczestnictwie osób skrzywdzonych, tak aby mogły zabierać głos, aby miały poczucie, że ich relacja doprowadziła do uznania go za winnego ich krzywdy. Uważam, że Kościół robi ogromny błąd, że w obliczu tego ogólnoświatowego skandalu nie proponuje takiego wyjścia do przodu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w archiwach SB, które ma obecnie IPN, było sporo doniesień na księży pedofilów, a może nawet biskupów, które nigdy nawet nie otarły się o sąd tylko dlatego, że był to doskonały materiał do szantażu i tworzenia siatki współpracowników w gronie księży.

Przeglądał ksiądz raport fundacji „Nie lękajcie się”?
Oczywiście.

Widział ksiądz zatem nazwiska tuszujących pedofilię w Kościele. Arcybiskupi Hoser, Jędraszewski, Gocłowski, Głodź, nazwiska z najwyższej półki.
Ja bym się zdecydował na procedurę o której mówił bp Czaja. Aby w związku z tymi wymienionymi nazwiskami biskupów osobom zainteresowanym, skrzywdzonym czy fundacji „Nie lękajcie się” dać wgląd w akta, aby sami mogli stwierdzić, jak było naprawę z tymi przenosinami z parafii do parafii, z traktowaniem doniesień do kurii, z recydywą księży pedofilów. Niestety, Kościół tego nie robi. Wiem o jednym przypadku, gdy biskup, który dowiedział się o tym, że jeden z jego księży krzywdził dzieci, pojechał osobiście do ofiar i ich rodzin. Zaproponował i udzielił pomocy. To pokazuje, że nawet w dzisiejszych warunkach jak się chce, to można.

Czy polski Kościół czeka to samo, co Kościół irlandzki?
Oby tak. Kościół w Irlandii nie „odszedł” od Kościoła. Irlandczycy, gdy pytamy, kim są, sami mówią o sobie, że są katolikami. Oczywiście nie wszyscy, ale naprawdę bardzo wielu z nich. Do kościołów przestali chodzić, przestali się spowiadać przed księdzem, przestali słuchać swoich biskupów, ale z Kościoła nie odeszli. Podobnie w Niemczech, gdzie ta deklaracja jest równie jednoznaczna, bo związana z wymiarem podatkowym. W Niemczech na niedzielne nabożeństwa chodzi około 10 proc. katolików, pozostałe 90 proc. płaci podatek kościelny właśnie dlatego, że się utożsamia z Kościołem. Nie rezygnują z przynależności do Kościoła, a jednocześnie nie utożsamiają się z kościelną hierarchią. Powiedziałem oby, bo Kościół w Irlandii oczyszcza się z tego, co było dla niego rakową naroślą. To, że papież Benedykt XVI zdecydował się przed laty napisać list do wiernych w Irlandii, ponad głowami biskupów i kapłanów, wiele nam mówi. Mam nadzieję, że za jakiś czas Polacy zrozumieją, że to, czy będzie w Polsce 30 tysięcy księży, czy tylko 3 tysiące, to nie ma większego znaczenia. Można być katolikiem bez księży. Dla niektórych to niewyobrażalne, ale naprawdę możliwe.

„Pedał” zastąpił „Żyda”

„Wszystkie jego podobno moralistyczne wystąpienia są wyjątkową zakłamaną perfidią” – mówi o Jarosławie Kaczyńskim prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, przepytywany przez Kamilę Terpiał (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Jarosław Kaczyński podczas ostatniej konwencji PiS dał sygnał do ataku na osoby LGBT?
IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Z całą pewnością. W taki sposób odwołuje się do twardego, radiomaryjnego elektoratu PiS-u. To jest insynuacyjna, skandaliczna polityka napuszczania ludzi na osoby LGBT. Nie chodzi tylko o osoby homoseksualne, mamy coraz więcej osób transseksualnych, które zmieniają płeć i są w dramatycznej sytuacji. Słowa Kaczyńskiego były obrzydliwe i karygodne. Zresztą teraz słyszymy polityków PiS-u broniących tych niemoralnych haseł Kaczyńskiego i posługujących się w tych wywodach tezami pochodzącymi z artykułów… „Naszego Dziennika”. W tym organie prasowym o. Tadeusza Rydzyka można było już dawno temu znaleźć wywody tzw. katolickich profesorów, takie historiozoficzne wizje, w których była mowa o kolejnej rewolucji, która ma nas „oderwać od kultury łacińskiej”. Pierwszą była rewolucja francuska, później bolszewicka, kolejną rewolucja kontrkulturowa i seksualna, a teraz mamy kolejny atak gender i homoseksualistów, którzy chcą zniszczyć tradycję rodziny i oderwać nas od świętych wzorców. Działacze PiS-u mówią teraz dokładnie tym językiem. Mamy zatem jego źródło i odbiorców. Przyłączy się do tego Kościół.

Myślał pan, że Kościół stanie w obronie osób LGBT?
Chyba miałem taką nadzieję, że zostanie to przemilczane. Czuję się dotknięty i rozczarowany „stanowiskiem” biskupów warszawskich, w tym wydawałoby się otwartego, mądrego kardynała Nycza. Jeżeli tacy biskupi powtarzają stanowisko, przypominające polowanie na czarownice, to źle to wróży polskiemu Kościołowi, bez względu na to, jak silny dalej może się czuć. W dodatku jest to tym bardziej ponure, że stanowi poparcie tez z podburzającego do nienawiści przemówienia Kaczyńskiego. Można się spodziewać, że apel prezesa PiS będzie gorąco popierany przez księży. A to znaczy, że łatwo może się przekształcić nie tylko w negatywne opinie, ale także negatywne zachowania wobec osób nieheteronormatywnych. Mamy już doświadczenie z przeszłości – w 2008 roku wydałem z mymi współpracownikami książkę („Naznaczeni. Mniejszości seksualne w Polsce. Raport”) na temat sytuacji gejów i lesbijek. Okazało się, że w czasie pierwszych rządów PiS-u, podczas których politycy tej partii także bili na alarm o rzekomym zagrożeniu rodziny przez feministki oraz gejów i lesbijki, o kilkanaście procent wzrosły napaści na osoby LGBT. Co ciekawe, w 2008 roku wszystko wróciło do poziomu sprzed rządów PiS-u. To jest wyraźny dowód na to, że polityka nienawiści uruchamia nie tylko negatywne emocje, ale także czyny. Zresztą niedawno mogliśmy się o tym przekonać, gdy za morderstwem prezydenta Adamowicza na oczach milionów ludzi stała nienawistna mowa tej samej partii.

Nie boi się pan fali hejtu?
Przestałem na to w ogóle zwracać uwagę, bo ten hejt jest w dużym stopniu zorganizowany. Poza tym jednocześnie jest wyraźna tendencja do nieulegania takim napaściom.

Społeczeństwo jest coraz bardziej wyedukowane?
Część społeczeństwa na pewno, ale pozostaje jeszcze część odporna na wszystko. Przyznam szczerze, że najbardziej boję się teraz o osoby posądzane o homoseksualizm, a zwłaszcza osoby młode. Edukacja seksualna miała im pomóc. To wrogie i cyniczne przemówienie ma na celu zablokowanie wszelkich działań, które pozwalają rozwiać mętne emocje, dać pewną wiedzę, umocnić ludzi w ich własnych przekonaniach i orientacjach seksualnych, także – zdrowych relacjach heteroseksualnych. W 1990 roku byłem jednym z założycieli stowarzyszenia do walki z HIV-AIDS. Staraliśmy się rozwinąć edukację seksualną, która miała zadziałać przede wszystkim prewencyjnie. Niestety, bardzo szybko, głównie poprzez kontrakcję środowiska katolickiego, program został zaniechany, a edukatorom podziękowano i ze szkół wyproszono.
Po co edukacja seksualna w szkole, skoro to rodzina powinna wychowywać dzieci? To jeden z argumentów używanych przez polityków PiS. To jest absolutnie chybiony argument i mówię to jako socjolog. Połowa polskich rodzin jest w ogóle nieprzygotowana do pełnienia funkcji dydaktycznych, nie mówiąc już o funkcjach wychowawczych. Na co dzień mamy dostateczną ilość świadczących o tym przypadków, gdy młodzi ludzie są bezradni wobec problemów, wobec których stają.
W nowoczesności szkoła zawsze pełniła nie tylko funkcję edukacyjną, ale była także ważnym ośrodkiem wychowania młodzieży, włączenia ich w społeczeństwo i przekroczenia horyzontu rodziny. Tym bardziej, że zasoby kulturowe rodzin są zróżnicowane, tzw. kapitał kulturowy – nawet bardzo zróżnicowany. Szkolne wychowanie wzmacnia wspólne normy postępowania, tworzy nowe i wspólne wzorce między dziećmi i młodzieżą wychowywaną w różnych środowiskach, powinno także budować wspólną wrażliwość społeczną i wspólnotę norm moralnych. A szczególnie w Polsce dziedzina seksu, kultury seksualnej, by tak rzec, jest uwikłana w hipokryzję, niedomówienia, brak języka do omawiania problemów, z jakimi ludzie w życiu seksualnym i erotyce muszą się mierzyć. Jak mogą wychować w tej sytuacji swoje dzieci? A w dodatku mamy specyficzną edukację kościelną, bo przecież większość małych dzieci chodzi na religię!

Politycy PiS-u straszą, że edukacja seksualna jest dla dzieci gorsząca.
Wie pani, co jest naprawdę gorszące? Lekcje religii. 7-letnia córka moich przyjaciół wróciła kiedyś z lekcji religii czerwona i przerażona. Okazało się, że siostra zakonna opowiadała o strasznych ludziach – homoseksualistach. Przekonywała, że noszą w sobie zło. Rodzice rozładowali całe napięcie, wytłumaczyli, że to normalni ludzie, których ona też zna. To była jej ostatnia wizyta na lekcji religii. Dzieci straszy się już od najmłodszych lat, a pedał staje się jednym z najważniejszych zagrożeń. „Pedał” zastąpił „Żyda” albo z nim współdziała. To jest skandal! Nawet w świetle dokumentów Kościoła. Nie mówiąc już o tym, że przed I komunią dzieci często odpowiadają na taką listę możliwych grzechów i mowa tam o tym, czy mieli zdrożne myśli, czy się dotykali tu i ówdzie, albo z kolegami i koleżankami – jednym słowem naprawdę poruszające pytania, kierowane do 8 – czy 10-latków!

W kreowaniu wroga jest jakaś głębsza myśl czy to walka polityczna?
Chodzi o odwołanie się do pokładów polskiego tradycjonalizmu. To jest element przemyślanej strategii w działaniu PiS-u. Były już „podarunki” prezesa i przyznam, że samo określenie jest skandaliczne. Ludzie powinni poczuć się poniżeni, bo pieniądze pochodzą tak naprawdę z ich kieszeni, albo zostaną pożyczone, co przełoży się na poważne problemy w przyszłości. Mam nadzieję, że kpina z rozsądku ludzi nie wyjdzie PiS-owi na zdrowie.

To punkt zwrotny dla PiS-u?
Przez ostatnie dwa miesiące PiS wyraźnie stracił rezon. Nie wiedział, co robić i jak reagować. Po raz pierwszy od objęcia rządów to nie PiS i Kaczyński narzucał tematy w debacie publicznej. Teraz Jarosław Kaczyński przystąpił do wielowątkowej kontrakcji. Lecz opozycja powinna starać się, by nie stracić poprzedniej przewagi. Powinna zacząć tłumaczyć, do czego może doprowadzić polityka rządzących. Do ludzi musi dotrzeć, że pieniądze nie biorą się znikąd i że jak wydajemy więcej niż mamy, to zawsze źle się to kończy. I mamy doświadczenie z czasów Gierka. W dodatku ten wyjątkowo obrzydliwy atak na osoby LGBT wydaje się być przesadzony. PiS zdaje się nie dostrzegać procesu przemian w polskim społeczeństwie, tak jak nie docenił protestu kobiet. A Kościół, jak mi się zdaje, może stanąć wobec bardzo trudnej sytuacji z powodów własnych grzechów, z których nie rozliczył się i kiepsko się do tego zabiera. A poza tym prezes może się przeliczyć: „podarowane” przez prezesa pieniądze można wziąć, ale to nie musi się przełożyć na głosy wyborcze.

Ksenofobiczna twarz pomoże PiS-owi wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego?
Hasła narodowe działają na twardy elektorat, ale mogą też przyciągnąć nowych wyborców. Trudno zdefiniować pozycje ideowe młodego pokolenia. Wydaje mi się, że młodzi są dość zagubieni, uwikłani w mieszaninę demokratycznych i antydemokratycznych idei. Polska szkoła w aktualnym wydaniu na pewno nie funduje im wychowania demokratycznego i nie uczy szacunku dla drugiego człowieka. Ale mimo tego, że to młodzi ludzie tworzą grupy nacjonalistyczne czy raczej narodowo-faszyzujące, to jest w dalszym ciągu bardzo niewielki procent młodzieży. Nie widzę symptomów, by polska młodzież dała się oto zorganizować wokół nacjonalistycznych i ksenofobicznych haseł. Choć na pewno ożyły np. stereotypy antysemickie, ale zarazem – bardzo silne są postawy anty-antysemickie. Podobnie może być teraz ze stosunkiem do osób LGBT czy do gejów i lesbijek. Znajdą się tacy, którzy z radością przyjmą słowa Kaczyńskiego, ale zarazem – może więcej będzie takich, którzy nie chcą ani słuchać takiego języka, ani nie chcą czuć tego, co sugeruje prezes PiS-u.

PiS w taki sposób kusi nacjonalistów?
Program „tradycyjnej Polski” wypełnia antydemokratyczne postulaty narodowców. Oni zawsze budują swój przekaz na obrazie tradycyjnego społeczeństwa, z podziałem ról męskich i damskich, a także „swojskości” i „obcości”. Dlatego chcą eliminować innych, a najpierw tych, którzy się z nimi zdecydowanie nie zgadzają. Przypominam, że to właśnie narodowcy często występują przeciwko paradom równości czy innym demonstracjom. Przesłanie Jarosława Kaczyńskiego z całą pewnością przyjęli z wielką radością, już zacierając ręce.

Spodziewał się pan ataku na środowiska LGBT?
Nie, jestem zaskoczony, że można coś takiego i w taki sposób po wydarzeniach styczniowych.

Na początku naszej rozmowy mówił pan o tym, że taki przekaz od dawna pojawiał się w organie prasowym Radia Maryja. To nie była zapowiedź?
Dla mnie to cały czas intelektualna osobliwość. Nie mogę dociec, jak to możliwe, że teksty napisane pseudonaukowym i biurokratycznym językiem znalazły posłuch u ludzi, którzy przecież nie powinni ich rozumieć. Być może księża przełożyli to na ich język… Ale zaskoczyło mnie, że ta retoryka została przejęta tak łatwo przez polityków. Nie spodziewałem się, że ten język będzie w tak prosty i jednoznaczny sposób powtarzany przez rządzących. Lecz to tylko potwierdza moją tezę, że ideologia PiS-u opiera się na ideologii narodowo-katolickiej, którą skonstruował ojciec Rydzyk.

Jarosław Kaczyński jest aż tak wyrachowany?

Jest całkowicie wyrachowanym strategiem swojego działania. Postawił sobie za cel opanowanie państwa polskiego i zbudowanie autorytarnego ładu, ale zaczyna napotykać problemy. Robi więc wszystko, co może. Taką strategię działania można określić jedną amoralną formułą – cel uświęca środki. To jest święta zasada, którą stosuje Jarosław Kaczyński. Wszystkie jego podobno moralistyczne wystąpienia są wyjątkową zakłamaną perfidią.