Szansa na pomoc

Wojska wierne rządowi Jemenu oraz partyzanci Huti zgodzili się opuścić miasto i port w Hudajdzie. To jedna z nielicznych dobrych wiadomości ze zrujnowanego, głodującego kraju – krok ten powinien ułatwić dostarczenie pomocy humanitarnej.

ONZ mówi o „ważnym kroku naprzód”, chociaż zaznacza, że na razie uzgodniono tylko pierwszą fazę wycofywania się sił zaangażowanych w konflikt i przyjęto założenia dotyczące fazy drugiej. Dobrym znakiem jest jednak fakt, że porozumienia uzgodnione jeszcze w grudniu podczas rokowań na neutralnym gruncie, dotyczące wycofania się z portów i dopuszczenia pomocy humanitarnej, nie pozostały martwą literą, jak wiele innych prób zakończenia wyniszczającej Jemen wojny domowej. Złym – że nie uzgodniono harmonogramu wycofywania się z portów. Obok najważniejszego, Hudajdy, chodzi także o Salif i Raf Issa.

Ponadto w Hudajdzie wszelkie zbrojne formacje mają opuścić te części miasta, gdzie składowana jest pomoc humanitarna. To stamtąd w ostatnich tygodniach docierały alarmujące doniesienia o żywności, która pozostaje w magazynach i niszczeje, bo przez działania wojenne nie może być przetransportowana do ludności cywilnej, zwłaszcza na dalszą prowincję.

Mediatorem podczas rozmów był duński generał Michael Lollesgaard, przewodniczący komitetu koordynacyjnego, który pośredniczy między Huti i wojskami lojalnymi wobec jemeńskiego rządu.
Jeśli porozumienie naprawdę zostanie wprowadzone w życie, żywność i produkty medyczne będą mogły dotrzeć do milionów potrzebujących Jemeńczyków. To jednak kropla w morzu potrzeb. Według WHO z powodu niedożywienia w kraju tym zmarło już przynajmniej 85 tys. ludzi (to dane z jesieni), a głód i epidemia cholery zagraża praktycznie całej populacji. Dramat nie skończy się, dopóki Arabia Saudyjska będzie kontynuować, z przyzwoleniem zachodnich „demokratów”, swoją interwencję u południowego sąsiada.

Konferencja bliskowschodnia okryje nas hańbą

„Ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami” – mówi prof. Roman Kuźniar, politolog, dyplomata, w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Na zaproszenie Departamentu Stanu USA Warszawa organizuje, a może tylko gości, konferencję na temat Iranu, ale bez Iranu – napisał pan w jednym z ostatnich tekstów. Pisze pan o klientelistycznej postawie Polski, ale ja się zastanawiam, czy nie spełniamy tu roli pożytecznego idioty.
ROMAN KUŹNIAR: To jest jednak inna rola, ale Polska za rządów PiS także ją przyjmuje, tylko w stosunku do Kremla i Putina, który jest bardzo polskiemu rządowi wdzięczny, ale oczywiście nie może tego głośno powiedzieć. W odniesieniu do tej roli publikacja Tomasza Piątka o Macierewiczu pokazuje także, że nie tylko pożyteczni idioci, ale też w łonie formacji rządzącej mogą być agenci wpływu mniej lub bardziej świadomi, którzy działają w Polsce. Wracając do Ameryki, to jednak pasuje tu inna formuła: właśnie klientelizm.
PiS doskonale się wpisuje w takie klientelistyczne formatowanie świata przez administrację Trumpa, który czerpiąc ze swego doświadczenia lekko szemranego biznesmena na styku z mediami, biznesem i polityką, wykorzystującego wszelkie luki w prawie, aby nie płacić podatków, obecnie wykorzystuje i uzależnia na różne sposoby swoich partnerów. PiS staje się klientem w stosunku do Waszyngtonu, czuje dobrze tę rolę, bo podobny system wprowadza w Polsce.
Tylko w Polsce to PiS chce być tym panem, który uzależnia wszystko i wszystkich. Oczywiście ten polski system, który budują, można charakteryzować na różne sposoby i niejednokrotnie już to robiliśmy w naszych rozmowach, natomiast niewątpliwie, gdy spojrzeć na to, co robi PiS z innej perspektywy, to klientelizm jest par excellence czymś, co PiS buduje, mają to we krwi, w genach. Tak samo Kaczyński buduje politykę wewnętrzną, żeby wszyscy byli zależni i coś mu zawdzięczali, a ci, co jemu lub PiS-owi nie zawdzięczają, nie mają szans, są odsuwani. Strategia PiS-u i Kaczyńskiego zakłada, aby każdy był zależny. To jest stosowane w samej partii i w rozdawaniu stanowisk państwowych, licząc na to, że ci, którzy dostają stanowiska, będą się odwdzięczali PiS-owi. Taka janczaryzacja swojej bazy. Zresztą to jest działanie rodem z PZPR.

Ameryka z nie najmądrzejszym prezydentem Trumpem rozgrywa Polskę jak chce?
PiS się świetnie do tej roli nadaje. Ameryka to wie i chce uczynić z Polski coś na kształt klientelistycznej republiki bananowej, znanej z praktyki, jaką USA stosowały wobec krajów Ameryki Środkowej i Południowej. To polega na zachowaniach typu: my spełnimy wszystkie zachcianki naszego pana, dysponenta tego, na czym nam zależy: bezpieczeństwa, opieki, a także ewentualnie pożytków materialnych, choć to akuratnie my będziemy dopłacać do Ameryki Trumpa. Oczywiście pan-dysponent tych zasobów może nam dyktować warunki według własnego uznania, zlecać zadania do wykonania, wiedząc, że nie odmówimy.

Trump mówi, że porozumienie z Iranem jest złe i organizuje u nas konferencję, a my przyklaskujemy z ochotą, pusząc się jeszcze, że odbędzie się u nas ważna międzynarodowa konferencja?
Ta konferencja jest takim geszeftem w stosunkach międzynarodowych, bo trzeba powiedzieć, że klientelizm jest przecież patologicznym układem, to nie są normalnie realizowane interesy, transakcje, procedury.
Proszę zwrócić uwagę na taśmy Kaczyńskiego, które ujawniły właśnie taką jego geszefciarską naturę. Ta konferencja idzie poza istniejącymi w dyplomacji i stosunkach międzynarodowych mechanizmami rozwiązywania problemów odnoszących się do bezpieczeństwa, stabilności, reguł itd.
Istnieje cały szereg procedur, instrumentów czy platform międzynarodowych, w ramach których, gdyby chciano o Iranie rozmawiać uczciwie i przejrzyście, byłyby wykorzystane – czy w obrębie ONZ czy na forum Ligi Państw Arabskich, chociaż oczywiście Iran nie należy do tej organizacji, albo Organizacji Państw Islamskich.
Można sobie wyobrazić wiele innych form instytucjonalnych, które mogłyby tutaj posłużyć jako mechanizm czy procedura, miejsce przeprowadzenia takiej konferencji. Niestety, my poszliśmy po geszefciarsku i robimy nie najlepszy interes z Amerykanami. Proszę zwrócić uwagę, że to nawet nie my zapraszamy, tylko Amerykanie zapraszają do Warszawy tych, których chcą. Oczywiście będą tacy, którzy będą bronić tej konferencji, ale tego obronić się nie da. Gdyby była ona uczciwie pomyślana, musiałaby oznaczać udział i członkostwo Iranu.

Pisze też pan, że to trochę tak, jak przedstawiciele Świętego Przymierza rozmawiali o sprawie polskiej w czasach zaborów.
Przedstawicieli Iranu nie będzie, a wszyscy, którzy przyjadą, są sobie równi pod względem złych uczynków w regionie. Odnosząc się do tytułu jednego z filmów powiem, że są tak samo brudni, źli i brzydcy.
Tam nie będzie niepokalanych, tak samo jak Kaczyński na taśmach okazał się geszefciarski, chociaż miał być niczym Najświętsza Panienka.
Na Bliskim Wschodzie nie ma oczywiście uczciwych w pełni graczy, tam każdy gra nieczysto, pokazuje to chociażby wojna na terenie Syrii, ale i szereg innych nieczystych zachowań. Nie należy wyłączać jednego gracza i to tylko dlatego, że nie lubi go obecny prezydent USA i obecny premier Izraela. Należy żałować, że Polska hańbi się organizacją tego przedsięwzięcia.

Na mnie wrażenie zrobiła lista uczestników, którzy wezmą udział w warszawskiej konferencji. Oprócz wiceprezydenta i sekretarza stanu USA udział w niej wezmą wysocy przedstawiciele Arabii Saudyjskiej, która ma na swoim koncie bezprecedensowe morderstwo dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego.
To jest obrzydliwe, bo Arabia Saudyjska nie wytłumaczyła się z tego strasznego mordu, chociaż się do niego przyznają. Kręcą, mataczą, jeśli chodzi o dyspozycje polityczne w tej sprawie. Zachowują się skrajnie nieuczciwie, bo wiedzą, że mają parasol z Waszyngtonu. Sam Trump wije się jak piskorz, żeby nie uznać, że dyspozycja poszła z samej góry, a on oczywiście nie mógł się inaczej dokonać, bo wiemy, jak działa dzisiejszy przywódca Arabii Saudyjskiej. Wywiad amerykański ma na to zresztą dowody, które Trump bagatelizuje.
Polska gości beztrosko kraj, który okrył się hańbą i powinien spotkać się z infamią, z szerokim dyplomatycznym ostracyzmem, przynajmniej dopóki nie wytłumaczy się uczciwie z tego, nie przeprosi i nie zadośćuczyni.
Wiadomo, że Trumpa i jego rodzinę z Arabią Saudyjską łączą liczne powiązania i interesy, szczególnie poprzez osobę Jareda Kuschnera, który zresztą będzie w Warszawie. To pokazuje, jak bardzo ta grupa jest interesowna, a PiS świetnie się w tym odnajduje. To niestety na długie lata okryje nas hańbą. To jest tym bardziej przykre, że wykazuje się tu pogardę dla naszych historycznych zasług i dla wizerunku, jaki wypracowaliśmy sobie po 1989 roku. PiS to wszystko już zniszczył, a ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami i zachowującego się przyzwoicie.

Po raz kolejny stawia nas to w kontrze do UE, która jest za utrzymaniem porozumienia z Iranem, wypracowanym jeszcze za prezydenta Obamy?
Podobnie „ładnie” pokazaliśmy się przy inwazji na Irak, w której wzięliśmy udział. Najpierw była decyzja UE, że stoimy na gruncie decyzji ONZ (styczeń 2003), a zaraz potem był list ośmiu wyłamujący się ze stanowiska Unii i popierający rozwiązanie siłowe, do którego dążył Waszyngton, a kilka tygodni później Polska wzięła udział w inwazji na Irak. Były to decyzje fałszywe, świadomie oszukańcze, które doprowadziły do katastrofy w regionie, której tragiczne skutki nadal wszyscy odczuwamy, tam i w Europie.
Rząd PiS pod względem aksjologicznym, ideowym, kulturowym wypisał się z UE, chce jedynie czerpać z UE pieniądze i mieć dostęp do rynku.
Unia jako projekt polityczny, który służy wszystkim państwom europejskim, łączy te kraje, jednoczy, zwłaszcza wobec wyzwań zewnętrznych, taka Unia jest PiS-owi zupełnie obca, zatem zachowujemy się skrajnie nielojalnie, niczym V kolumna w stosunku do UE. Mnie to już nawet nie dziwi.

Może spróbujmy znaleźć jakiś pozytyw w organizacji tej konferencji, np. poprawa stosunków z Izraelem. Pamiętamy, że jeszcze niedawno mieliśmy potężny kryzys wywołany nieudolną ustawą o IPN.
Kryzys w stosunkach z Izraelem, wywołany przez tę samą partię, został naprawiony, bo Amerykanie założyli nam podwójnego nelsona i PiS uderzył dwa razy ręką o matę. Jak powiedział jeden z izraelskich negocjatorów tej zmiany w ustawie, strona polska uciekała z podkulonym ogonem. Stosunki z Izraelem trzeba mieć dobre, to oczywiste, i Polska, jak i wiele krajów, je ma, ale to nie wymaga takich ofiar.
Można mieć dobre stosunki z różnymi krajami, których przywódcy nawzajem nawet bardzo się nie lubią. Wystarczy być przyzwoitym. Trzeba mieć trochę rozumu, autonomii, wolności i przyzwoitości, która na dłuższa metę na pewno się opłaca, ale przede wszystkim mówi o nas samych.

W polityce międzynarodowej obserwujemy nową erę?
Na pewno, możemy mówić o powrocie do power politics w stosunkach międzynarodowych, tylko nie rozumiem, dlaczego my się w to wpisujemy. Rozbijając jedność UE, opowiadając takie rzeczy jak premier Morawiecki w ostatnim wywiadzie dla „Le Figaro”, to wygląda jak radość indyków na zbliżające się święta. Logika power politics nie może być dla nas korzystna w takiej sytuacji.

Z czym zostaniemy po tej konferencji?
Z niesławą, bo co ona innego może przynieść. Chyba że zapadnie decyzja, że lance w dłoń i jedziemy na Iran. Oczywiście to byłoby zbyt ryzykowne, ale przypomnijmy sobie, jak załatwił nas Nicolas Sarkozy, który najpierw zwołał konferencję międzynarodową w sprawie Libii, a gdy uczestnicy zjeżdżali się do Paryża, to dowiadywali się na miejscu, że już samoloty francuskie bombardują pozycje wojsk Kadafiego. W takie pułapki też czasem jesteśmy wciągani. Ja oczywiście nie szukam tu analogii i uważam, że coś takiego się nie zdarzy. Na pewno natomiast nie zabraknie osób z kręgu władzy i potężnego zaplecza medialno-PR-owego, które będą doszukiwać się pozytywów. Na pewno będą sprzedawać Polakom wizerunek kraju, który ma tak potężnego opiekuna. Nie sądzę natomiast, żeby ta konferencja przyniosła jakiś postęp, jeżeli chodzi o trwały pokój w tamtym regionie świata.
Oczywiście rządzący Polską uzyskają kilka punktów u Trumpa, ale proszę pamiętać, że takie indywidua jak Trump przemijają, a poważne mocarstwo, jakim z reguły są Stany Zjednoczone, pozostaje. O takich przysługach następcy Trumpa nie będą pamiętać.

PiS zachowuje się, jakby miał nigdy nie oddać władzy w Polsce, podobnie Trump w USA, ale wiemy, że popularność polityków na pstrym koniu jeździ. Jaka będzie pozycja Polska, gdy następny prezydent będzie wywodził się z demokratów?
Pamiętajmy, że prezydent Obama był demokratą i miał bardzo sceptyczny stosunek do Arabii Saudyjskiej, która z kolei robiła wiele przeciwko niemu. Dlatego też Donald Trump tak ochoczo zabrał się do naprawy tych stosunków, wysyła tam osobę zaufaną ze swojej rodziny, swojego zięcia Jareda Kuschnera (wszak chodzi o duże pieniądze, także dla rodziny), żeby odrobił te straty spowodowane przez Obamę. Prezydent Obama miał bardzo trzeźwe, realistyczne spojrzenie na rolę Arabii Saudyjskiej, która – jak wiadomo – zachowuje się dwuznacznie w grze z Zachodem. Z jednej strony prezentuje się jako bliski sojusznik Ameryki, a z drugiej z tego kraju wychodzi silne wsparcie finansowe dla różnych działań antyzachodnich, zarówno jeśli chodzi o terroryzm, jak i fundamentalizm religijny. To, że Amerykanie tego nie dostrzegają, zaślepieni pieniędzmi, które robią w stosunkach z Arabią Saudyjską, mogę sobie wyobrazić, ale że my nie zachowujemy w tej sprawie minimum przyzwoitości, pokazuje kompletny moralny upadek tego rządu i polskiej dyplomacji.

Postęp technologiczny po saudyjsku

Do tej pory królestwie Saudów mąż mógł się rozwieść z żoną zupełnie poza jej wiedzą. W tym kontekście fakt, że wprowadzono zasadę informowania o tym kobiety wiadomością tekstową, wydaje się przejawem postępu i liberalizacji społecznej.

Mieszkańcom Zachodu może się to wydawać absurdalne, ale zmiany społeczne w skrajnie patriarchalnej Arabii Saudyjskiej, gdzie status kobiety jest praktycznie niewolniczy, należy jednak oceniać według innej miary. Ministerstwo sprawiedliwości poinformowało, że w przypadku rozwodu, który prawie zawsze jest jednostronną decyzją mężczyzny, sąd poinformuje o tym fakcie kobietę za pomocą wiadomości sms. Wcześniej mąż zwyczajnie informował sąd, że chce się rozwieść i to zazwyczaj wystarczało. Wiele kobiet nawet nie wiedziało, że nie mają już męża, dopóki nie odkryły, że zostały wyrzucone z domu.

O zmianach na obszarze prawa małżeńskiego poinformowała państwowa telewizja: “Kobiety będą informowane o zmianie stanu cywilnego poprzez wiadomość tekstową”. Na stronie internetowej ministerstwa sprawiedliwości można przeczytać: “Sądy zaczęły już wysyłać takie informacje”. Fakt ten jest określany przez ministerstwo jako “krok mający na celu ochronę praw kobiet”.
Nowy przepis jest interpretowany jako część procesów liberalizacji obyczajowej wdrażanych pod kierunkiem księcia Mohammada bin Salmana, obecnego następcę tronu – tego samego, który najprawdopodobniej odpowiada za zlecenie zabójstwa i poćwiartowania dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego. W 2018 r. kobiety uzyskały wreszcie prawo do prowadzenia auta, a nawet do wstępu na stadiony podczas imprez sportowych. Istnieją też plany doprowadzenia do większego udziału kobiet w rynku pracy, co ogólnie ma się wiązać z koniecznością stopniowego odchodzenia kraju od gospodarki całkowicie opartej na handlu ropą naftową.

“Rewolucję esemesową” poparli nawet działaczki na rzecz praw człowieka. – Kobiety będą teraz przynajmniej wiedziały, czy mąż się z nimi rozwiódł – powiedziała Suad Abu-Daje z organizacji Equality Now w rozmowie z Fundacją Thomson Reuters. – To niewielki krok, ale w dobrym kierunku.

Aktywistka przyznała jednocześnie, że sytuacja kobiet w Arabii Saudyjskiej, która nawet nie aspiruje do miana demokratycznej, jest straszna. Obowiązuje tzw. system “męskiego nadzoru”, prawo stanowiące władzę mężczyzny nad prawie każdym aspektem jej życia. Żeby zarabiać pieniądze, podróżować a nawet leczyć się, kobiety potrzebują zgody męża, ojca lub innego męskiego krewnego. Z kolei wraz z poluzowaniem tego prawa na nielicznych obszarach nasiliły się represje wobec aktywistek na rzecz praw kobiet, którym za ich działalność może grozić nawet śmierć.

Rozejm w Jemenie?

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres ogłosił podpisanie w Szwecji rozejmu między broniącym się Jemenem a koalicją pod wodzą Arabii Saudyjskiej.

 

Nie chodzi jeszcze o trwałe zakończenie wojny, ale pod koniec stycznia przyszłego roku obie strony mają znowu się spotkać, by rozpocząć rozmowy na temat jakiegoś rozwiązania politycznego. Póki co, ONZ ma nadzieję, że rozejm poprawi byt 20 milionów Jemeńczyków zagrożonych śmiercią głodową.

W Nowym Jorku zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ, by wysłuchać sprawozdania z rokowań w Rimbo pod Sztokholmem, a w przyszłym tygodniu ma przyjąć rezolucję zatwierdzającą podpisany rozejm. Zawieszenie broni ma wejść w życie „w najbliższych dniach” w Hudajdzie, obleganym przez saudyjską koalicję porcie nad Morzem Czerwonym, żywotnym dla Jemenu, najbiedniejszego kraju arabskiego, gdzie trwa „najgorszy kryzys humanitarny na świecie”.

Siły zbrojne obrońców miasta, jak i oddziały najemników saudyjskich mają wycofać się, by ONZ mogła przejąć port, przez który ma zacząć docierać pomoc humanitarna dla umęczonych mieszkańców kraju. W gruncie rzeczy efektywna realizacja porozumienia pozostaje hipotetyczna. Guterres przyznał, że „wiele kwestii pozostaje bez odpowiedzi” – Saudowie nie zgodzili się na plan wspomożenia gospodarce Jemenu, ani na otwarcie zamkniętego od ponad trzech lat lotniska w stolicy kraju Sanie.

Obrazy dewastacji kraju w skutek saudyjskich nalotów bombowych i rozmiar kryzysu humanitarnego przekonały część wielkich mocarstw do przyśpieszenia uregulowania konfliktu, jednak administracja Donalda Trumpa, która pomaga Saudom w niszczeniu kraju, wysyła dość sprzeczne sygnały. Amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo przyjął podpisanie porozumienia „z zadowoleniem”, ale prezydent Trump ma zamiar zawetować wczorajszą rezolucję Senatu zabraniającą pomocy amerykańskiej dla Arabii Saudyjskiej na wojnie w Jemenie.

Dwie twarze USA

Jak informuje amerykański portal ABC News, jego doradca Jared Kushner, zięć i doradca Donalda Trumpa, uprawia aktywny lobbing na rzecz zwiększenia sprzedaży broni Arabii Saudyjskiej. Miał w tym celu odbyć rozmowy z przedstawicielami Departamentów Stanu i Obrony.

 

W maju ubiegłego roku podczas wizyty Trumpa w Rijadzie USA i Arabia Saudyjska podpisały ramowe porozumienie o dostawach amerykańskiego uzbrojenia na sumę 110 miliardów dolarów. Porozumienie to nie zawiera żadnych szczegółów dotyczących konkretnych kontraktów, płatności itp. Następnie strona saudyjska zwróciła się do USA o dostarczenie sprzętu bojowego takiego, jak śmigłowce, czołgi, okręty wojenne oraz uzbrojenia wartości 14 miliardów USD oraz systemu obrony przeciwlotniczej THAAD kosztującego kolejne 15 miliardów. W oparciu o informacje pochodzące z Białego Domu ABC News twierdzi, iż Kushner przekonywał resort obrony i spraw zagranicznych, by sprzedano Arabii Saudyjskiej możliwie największą ilość uzbrojenia w celu zacieśnienia wzajemnych stosunków.

Starania prezydenckiego doradcy są zgodne z polityką samego Trumpa, który nadal uznaje Arabię Saudyjską za swojego – jak to określił – „spektakularnego sojusznika” oraz zadeklarował, że nie będzie wobec tego kraju stosować żadnych środków represyjnych pomimo tego, że znany mu jest raport CIA, z którego wynika, że sprawujący faktyczną władzę w Arabii Saudyjskiej książę Mohammed bin Salman osobiście zlecił zamordowanie saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszoddżiego. Jako dowód CIA przytacza podsłuch rozmowy telefonicznej podczas której Salman wyraźnie mówi o „uciszeniu” niewygodnego dziennikarza.

Arabia Saudyjska neguje ustalenia raportu.

Mohammed bin Salman weźmie udział w szczycie G20, który odbędzie się w najbliższy piątek i sobotę w Buenos Aires. Po drodze do Argentyny odwiedził Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Egipt i Tunezję. W Kairze został został ciepło przywitany przez prezydenta el-Sisi, natomiast w Tunisie na znak protestu przeciwko jego wizycie na ulice wyszły tysiące demonstrantów.
Z kolei organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch zwróciła się do władz Argentyny, aby wykorzystała swoje prawo do wszczęcia dochodzenia przeciwko Salmanowi na podstawie oskarżenia o zbrodnie przeciwko ludzkości w związku z wojną w Jemenie oraz o zabójstwo Chaszoddżiego. Argentyna uznaje powszechną jurysdykcję, pozwalającą na uruchomienie dochodzenia wobec osób oskarżonych o przestępstwa kryminalne bez względu na to, gdzie zostały one popełnione.

85 tys. dzieci zagłodzonych

Co najmniej 85 tys. najmłodszych mieszkańców Jemenu – w wieku poniżej pięciu lat – zmarło z głodu w ciągu trzech lat wojny domowej i interwencji Arabii Saudyjskiej – oszacowała organizacja Save the Children.

 

Klęska głodu towarzysząca wojnie domowej w Jemenie to bezpośrednia konsekwencja blokady granic tego kraju wprowadzonej przez Arabię Saudyjską. Żywność, paliwo i pomoc humanitarna docierają do państwa, które jeszcze przed wojną było jednym z najbiedniejszych w regionie, wyłącznie przez porty w Hudajdzie i Adenie. Pierwszy jest jednak od kilku miesięcy przedmiotem zaciętych walk, drugi natomiast kontrolują siły lojalne wobec rządu, któremu sprzyjają Saudowie. Nie ma więc żadnej gwarancji, że kierowana tam pomoc trafi tam, gdzie sytuacja jest najtrudniejsza, czyli na tereny kontrolowane przez partyzantów Huti.

Save the Children zaznacza, że szacowana liczba 85 tys. najmłodszych ofiar głodu jest w rzeczywistości oceną bardzo ostrożną i ofiar może być w rzeczywistości więcej. Przede wszystkim – codziennie umierają kolejne dzieci. Obecnie z powodu niedożywienia w Jemenie cierpi 1,3 mln dzieci i łącznie 14 mln obywateli, czyli połowa całej populacji. Brak żywności to tylko część problemu. Wojna doprowadziła do zniszczenia infrastruktury medycznej, więc osoby chore i osłabione często nie mogą liczyć na pomoc lekarzy. Ponadto znacząca część pracowników od dawna nie dostaje wypłaty, a wszystkie wynagrodzenia pożera inflacja. Dochodzi do dramatycznych sytuacji, gdy np. w Adenie żywność jest dostępna na bazarach, ale ludzi na nią nie stać.

 

Nóż w plecy Trumpa

Dżamal Chaszodżdżi został zamordowany na osobiste zlecenie księcia Muhammada ibn Salmana – do takich wniosków doszło CIA i, co znaczące, wnioski te zostały podane do wiadomości publicznej na łamach „Washington Post”. Ameryka straci sojusznika nad Zatoką?

 

Pismo dodaje, że administracja USA uznała wnioski CIA za „bardzo godne zaufania”. Ani jednak Biały Dom, ani Departament Stanu nie zdecydowały się na oficjalny komentarz. Deklaracje opublikowane na łamach prestiżowego dziennika wprost przeczą oficjalnemu stanowisku rządu Arabii Saudyjskiej. Ultrakonserwatywne królestwo nieustannie zaprzecza, by następca tronu i najbardziej wpływowy człowiek w dynastii Saudów nakazał zamordowanie Chaszodżdżiego. W ubiegłym tygodniu saudyjski prokurator zapowiedział, że będzie żądał kary śmierci dla pięciu mężczyzn, którzy brali bezpośredni udział w zabójstwie – przekonując, że mieli „tylko” uprowadzić dziennikarza, a nie pozbawiać go życia. Dość powszechnie odczytano to jako zapowiedź zacierania śladów i likwidowania niewygodnych świadków.

„Washington Post” poinformował, że CIA doszła do takich, a nie innych wniosków, na podstawie analizy szerokiej bazy zdobytych informacji. Wśród dowodów wskazano nagraną rozmowę między Dżamalem Chaszodżdżim a ambasadorem Arabii Saudyjskiej w USA księciem Chalidem ibn Salmanem (rodzonym bratem Muhammada). Dyplomata zapewniał dziennikarza, że udanie się do stambulskiego konsulatu po dokumenty niezbędne do zawarcia małżeństwa nie wiąże się dla niego z niebezpieczeństwem. CIA nie ma wątpliwości, że rozmowa – którą zainicjował Chalid ibn Salman – odbyła się na polecenie Muhammada.

Ambasador Arabii Saudyjskiej zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek dzwonił do Chaszodżdżiego i sugerował mu udanie się do Turcji. Wezwał, by rząd USA zareagował na publikację „Washington Post”. Przypomnijmy, że kilka dni temu doradca prezydenta Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton twierdził, że przedstawione przez Turcję dowody w sprawie zabójstwa dziennikarza nie obciążają Muhammada ibn Salmana.

Nie mniej ważne wydaje się, że CIA decydując się na ujawnienie wniosków wynikających ze swoich badań postawiła administrację prezydenta Donalda Trumpa w sytuacji przynajmniej kłopotliwej – Arabia Saudyjska jest bowiem jednym z najbliższych sojuszników USA w kluczowym regionie Zatoki Perskiej, na którego „wyczyny” Waszyngton zawsze patrzył przez palce, uciekał od zajmowania stanowiska, sprzedawał broń i wspierał.

 

Bomby znów lecą

Według częściowych danych medycznych, od wczoraj w oblężonej Hudajdzie, porcie nad Morzem Czerwonym, zginęły dziesiątki obrońców miasta. Brak informacji o liczbie zabitych cywilów. Samoloty saudyjskie bombardują szczególnie ten port, gdyż pozostaje on jedynym łącznikiem wolnego jeszcze Jemenu (jego części północno-zachodniej) ze światem. Przez Hudajdę docierał import żywności i pomoc humanitarna.

 

Koalicja dowodzona przez saudyjską tyranię, popierana przez Stany Zjednoczone i Izrael, bombardowała w ostatnich dniach stolicę Sanę i liczne miejscowości na skrajnej północy kraju, jednak gros uderzeń spada na Hudajdę, półmilionowe miasto broniące się już od wielu miesięcy. Według wojskowych, to zapowiedź kolejnego, zmasowanego ataku na miasto. Już od czwartku w pobliżu lokalnego uniwersytetu trwają gwałtowne walki.

Atak na uniwersytet rozpoczął się w kilka godzin po propozycji „rządu” jemeńskiego z siedzibą w Adenie rozmów pokojowych z obrońcami kraju. Ów „rząd”, zainstalowany przez Saudów w podbitym mieście, z „prezydentem” Mansurem Hadim od dawna urzędującym w stolicy Arabii Saudyjskiej Rijadzie, odpowiedział w ten sposób na monity ONZ, która domaga się zakończenia wojny. Jednocześnie uczestniczy jednak w atakach na Hudajdę. We wrześniu odmówił wzięcia udziału w rozmowach pokojowych, które ONZ próbowała zorganizować w Genewie.

Od początku agresji saudyjskiej na Jemen, tj. od marca 2015 r., zginęło – według źródeł lokalnych – ok. 200 tys. Jemeńczyków, ponad pół miliona zostało rannych. Siedem milionów dzieci – według ONZ – jest zagrożonych śmiercią głodową, zniszczenia są ogromne. Arabię Saudyjską – najbogatszy kraj arabski – czynnie wspierają zachodni sprzedawcy broni (w Europie głównie Wielka Brytania i Francja). Los mieszkańców Jemenu – najbiedniejszego państwa arabskiego – nic nie znaczy w porównaniu do znacznych zysków.

Prawa człowieka i kompleks militarno-przemysłowy

Zabójstwo saudyjskiego dziennikarza i felietonisty „Washington Post” Dżamala Chaszodżdżiego stworzyło napięcie w relacjach między USA i Arabią Saudyjską. Donald Trump ostrzegł Arabię Saudyjską przed „surową karą”. Saudyjski rząd, gdy jeszcze twierdził, że nie ma nic wspólnego ze zniknięciem dziennikarza, odpowiedział na pogróżki, zapowiadając „silniejsze” kroki wymierzone przeciw Trumpowi, jeśli monarchia stanie się celem sankcji ze strony USA.

 

Wymiana pogróżek [ostatecznie Arabia Saudyjska była zmuszona przyznać się do śmierć dziennikarza w konsulacie] spowodowała największy jednodniowy spadek wartości saudyjskiej giełdy od czasu jej otwarcia w 2016 r. Efektem tej wymiany jest również spadek zaufania dla saudyjskiej organizacji ekonomicznej o nazwie Future Investment Initiative. Jednakże istnieje ważny dowód wskazujący, że odpowiedź USA na sprawę zaginięcia Chaszodżdżiego wynika nie z samego faktu zaginięcia. Istotną kwestią jest raczej to, czy saudyjski rząd dotrzyma obietnicy kupna wartego 15 miliardów dolarów amerykańskiego systemu rakietowego THAAD, czy jednak wybierze tańszy rosyjski odpowiednik – S-400. Jak się okazuje, saudyjski rząd nie dotrzymał terminu kupna systemu THAAD, a pod koniec września napomknął o zakupie rosyjskiego zamiennika.

Podczas gdy amerykańska reakcja na morderstwo dziennikarza przedstawiana jest jako wysiłek w obronie wolności prasy i długo oczekiwana reakcji na długoletnie łamanie przez Arabię Saudyjską praw człowieka, to jednak wszystko wskazuje na to, że USA nie chce ukarać Saudów za ich rolę w domniemanym morderstwie dziennikarza, lecz za niedotrzymanie umowy z gigantem zbrojeniowym Lockheed Martin, produkującym system THAAD. Zaginięcie Chaszodżdżiego jedynie dostarczyło rządowi USA użytecznego narzędzia, dającemu szansę, by wywrzeć presję na saudyjski rząd, poprzez wypunktowanie jego niehumanitarnych praktyk. Jaki będzie ciąg dalszy?

Możliwe są dwa scenariusze. Według pierwszego presja będzie narastać, jeśli Saudowie nie wykażą woli kupna amerykańskiego systemu rakietowego. Amerykański rząd potępi Arabię Saudyjską za morderstwo i nałoży na nią sankcje. Drugi scenariusz wskazuje na to, że presja zniknie, a cała sprawa przycichnie, jeżeli Saudowie zachowają się lojalnie i kupią system rakietowy amerykańskiej produkcji. Nietrudno zauważyć, że ostateczna odpowiedź amerykańskiej klasy politycznej na zaginięcie opozycyjnego dziennikarza to więc najnowszy przykład tego, jak interesy przemysłu zbrojeniowego wpływają na rząd Stanów Zjednoczonych, a wszystko to dzieje się pod przykrywką walki o „prawa człowieka”.

Odkąd sprawa Chaszodżdżiego wyszła na jaw na początku tego miesiąca, wielu obserwatorów zauważyło nagłe zainteresowanie korporacyjnych mediów i amerykańskiego rządu prawami człowieka w polityce Arabii Saudyjskiej, szczególnie kwestii traktowania opozycyjnych dziennikarzy. Reporters Without Borders (RSF) ogłosili, że 15 saudyjskich dziennikarzy i blogerów zostało zatrzymanych w przeciągu ostatniego roku, wskazali również, że „w większości spraw, aresztowań nigdy oficjalnie nie potwierdzono, a żaden urzędnik nigdy nie powiedział o co są oskarżeni, ani gdzie są przetrzymywani”.

W dodatku Arabia Saudyjska, podczas wojny, którą prowadzi, bierze udział w zabijaniu dziesiątek tysięcy jemeńskich cywilów. Większość ofiar pada podczas nalotów kierowanej przez Saudów koalicji, które rutynowo za cel obierają właśnie skupiska cywilów. Blokada dostaw żywności i medykamentów sprowadziła Jemen na granice klęski żywieniowej. Aż 18 milionów ludzi jest zagrożonych śmiercią z głodu, w tym ponad 5 milionów dzieci, do tego tysiące ludzi umiera na możliwe do wyleczenia choroby.

Podczas gdy zabójstwo dziennikarza w placówce dyplomatycznej położonej na obcej ziemi stanowiłoby z pewnością niebezpieczny precedens, kierowane przez Arabię Saudyjską ludobójstwo z pewnością jest zdecydowanie bardziej niebezpiecznym zdarzeniem i to trwającym od dawna. Jednakże ludobójstwo to nikogo nie obchodzi, szczególnie tych, którzy teraz tak bardzo domagają się sprawiedliwości w związku z zabójstwem dziennikarza.

Donald Trump powiedział w wywiadzie dla telewizji CBS, że „byłoby w tym coś naprawdę obrzydliwego i strasznego, jeśli okazałyby się prawdą nasze przypuszczenia, więc musimy się przyjrzeć tej sprawie. Będziemy ją badać, a jeśli będzie trzeba, dotkliwie ukarzemy Saudów”. Inne wpływowe postaci amerykańskiej polityki wezwały do podjęcia silnych kroków przeciw saudyjskiemu rządowi, szczególnie wobec księcia Muhammada ibn Salmana. John Brennan, były szef CIA w administracji Obamy, obecnie komentator telewizyjny, lobbował niedawno w Washington Post za detronizacją księcia. Brennan również usilnie wzywał USA do wprowadzenia „jak najprędzej sankcji uderzających we wszystkich zaangażowanych Saudów; zamrożenia wszelkich transakcji zbrojeniowych; zawieszenia wszelkiej rutynowej współpracy wywiadów amerykańskich z saudyjskimi agencjami bezpieczeństwa; oraz wniesienia przez USA rezolucji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, która potępiłaby morderstwo”. Inną prominentną postacią wzywającą do podjęcia środków przeciw saudyjskiej monarchii jest senator Lindsey Graham. Niedawno powiedział, że „piekło będzie czekać” na Arabię Saudyjską, jeśli ta okaże się winna zaginięcia i domniemanego morderstwa dziennikarza. Co warto zauważyć, głównym sponsorem senatora w kampanii w walce o reelekcję w 2020 roku jest koncern zbrojeniowy Lockheed Martin.

Cała kampania oskarżeń i wezwań do działania, jaką podjął amerykański establishment, rozpoczęła się po zaginięciu jednego dziennikarza. Inne sprawy nadal pozostają nietknięte, przez tych samych ludzi, którzy biorą udział w tejże kampanii. A więc coś innego powoduje Waszyngtonem, z pewnością nie troska o prawa człowieka.

Co chroniło rząd saudyjski przed surowymi karami ze strony USA, za notoryczne łamanie praw człowieka? Bogate złoża ropy naftowej zdają się oczywistą odpowiedzią, ale niedawno ujawniona notatka Departamentu Stanu wskazuje, że jedynym powodem, który stał za poparciem Arabii Saudyjskiej przez administrację Trumpa w trakcie niszczycielskiej wojny w Jemenie, były transakcje zbrojeniowe. To intratne umowy zbrojeniowe były powodem, który skłonił sekretarza stanu Mike’a Pompeo do akceptowania operacji lotniczych saudyjskiej koalicji mających miejsce w Jemenie, bez względu na to, że ich celem były autobusy wiozące cywili, domy oraz infrastruktura. Gdyby jednak Saudowie zechcieli wycofać się z wielkiego, lukratywnego interesu z amerykańskimi producentami broni, musieliby spodziewać się mocnej odpowiedzi ze strony Waszyngtonu. Na przykład wszczęcia kampanii przeciwko łamaniu praw człowieka.

A to właśnie miało miejsce dwa dni przed zaginięciem Chaszodżdżiego w konsulacie w Stambule.

Rok temu prezydent Trump odwiedził Arabię Saudyjską i chwalił księcia Muhammada za finalizację ogromnego zakupu broni od USA, który oszacowany został na 110 miliardów dolarów. Jednakże niedługo potem okazało się, że umowa ta nie była oparta na zobowiązaniach, lecz na „intencjach”. Prawie rok później Washington Post wskazał, że większość planowanego sprzętu nigdy nie została zakupiona.

Jednym z przedmiotów umowy był zakup wartego 15 miliardów dolarów systemu o nazwie Terminal High Altitude Area Defense System (THAAD), który produkowany jest przez amerykańskiego giganta zbrojeniowego Lockheed Martin. Termin finalizacji umowy minął 30 września, dwa dni przez zaginięciem Chaszodżdżiego. Jednakże przedstawiciel Arabii Saudyjskiej poinformował Washington Post, że rząd nadal jest „bardzo zainteresowany” ofertą, lecz „tak jak zwykle w trakcie zakupów zbrojeniowych, mają miejsce negocjacje, które miejmy nadzieje zakończą się jak najszybciej”. Tyle, że Arabia Saudyjska nie tylko wycofała się z umowy o wartości 15 miliardów dolarów, ale też aktywnie rozważa zakup rosyjskiego obronnego systemu rakietowego S-400.

Odmówiła USA, gdy została poproszona o zerwanie negocjacji w sprawie kupna rosyjskiego systemu.

21 września saudyjski ambasador w Moskwie Raid ibn Chalid Karimli ogłosił: „Nasza współpraca z Rosją nadal ma miejsce i rozwija się. Podczas historycznej wizyty króla Salmana, podpisaliśmy 14 umów, które teraz zaczynają być wdrażane w życie. Wśród nich cztery dotyczyły płaszczyzny militarnej, trzy z nich już zaczęły być implementowane. Jeśli mowa o czwartej umowie, nadal prowadzona jest dyskusja dotycząca technologii, ponieważ sam system jest nowoczesny i skomplikowany”. Czwarta umowa, do której nawiązywał, jak się okazuje, dotyczy systemu S-400. Saudyjski ambasador ogłosił również, że ma nadzieję, że „nikt nie nałoży na nas sankcji” za interesy z Rosją. To dalsza sugestia wskazująca na system S-400, ponieważ chwilę przed wypowiedzią ambasadora, USA objęły sankcjami za jego zakup Chiny.

Co znamienne, chwilę po fiasku umowy dotyczącej systemu THAAD, Trump zaczął publicznie krytykować Saudów za „niepłacenie” za swoje bezpieczeństwo. Przemawiając na zebraniu w Missisipi 3 października, dzień po zaginięciu Chaszodżdżiego, a trzy dni po upadku wyżej wspomnianego kontraktu Trump skomentował: „Kocham króla, króla Salmana, ale tak jak powiedziałem: chronimy cię. Bez nas mogłoby cię nie być w przeciągu dwóch tygodni. Musisz płacić za tę ochronę, musisz płacić””. Następnie prezydent USA powiedział dziennikarzom, że nie chciał pozostawiać sprawy ukarania monarchii w rękach „głównych potentatów przemysłu zbrojeniowego”. – Mówię wam, czego nie chcę zrobić. Boeing, Lockheed, Raytheon, wszystkie te firmy. Nie chcę ryzykować miejsc pracy. Nie chcę stracić takiego stanu rzeczy, jaki mamy. Mówiąc ostro, ale zgodnie z prawdą, są inne metody wymierzania kary – skomentował.

Jeśli Saudowie zakupią system S-400, Lockheed Martin straci 15 miliardów dolarów. Precedens ten będzie również stanowił zagrożenie dla innych potencjalnych zakupów broni, które już zostały aprobowane przez Trumpa. Na tej podstawie analityk Scott Creighton z Nomadic Everyman skłania się do stwierdzenia, że sprawa Chaszodżdżiego jest używana jako „narzędzie” służące do wywarcia presji na Saudach, do zmuszenia ich do „kupna amerykańskiego sprzętu” i odwołania umowy mówiącej o kupnie systemu S-400.

Czy USA użyłoby takiej taktyki wobec bliskiego sojusznika, jakim jest Arabia Saudyjska, w świetle jej umów z Rosją? Odpowiadałoby to taktyce USA wobec innych krajów, na które nałożyła sankcje, za kupno systemu S-400. Na przykład w czerwcu amerykański Asystent Sekretarza Stanu do Spaw Europy i Euroazji Wess Mitchell zagroził Turcji sankcjami, jeśli ta zakupi system S-400. We wrześniu za to samo Trump nałożył sankcje na Chiny.

Pozostaje jeszcze jedna część tej układanki, która nie może zostać zignorowana. Już po zaginięciu Chaszodżdżiego był on chwalony zarówno przez członków establishmentu, jak i osoby spoza niego, za bycie „dysydentem” i „odważnym dziennikarzem”. Rzeczywistość była bardziej złożona. Jak niedawno pisał Federico Pieraccini dla „Strategic Culture”, „Chaszodżdżi był przedstawicielem świata cieni, który niekiedy istnieje pomiędzy światem dziennikarskim a światem wywiadów, w tym wypadku mowa o wywiadach amerykańskich i saudyjskich. Ludzi z kręgów rodziny Saudów potwierdzają tezę, że Chaszodżdżi był agentem na usługach Ar-Rijadu i CIA w trakcie radzieckiej interwencji w Afganistanie”.

Chaszodżdżi byłby więc dziennikarzem, jak i podwójnym agentem saudyjskiego i amerykańskiego wywiadu, a do tego, do niedawna, członkiem Bractwa Muzułmańskiego. Niewątpliwie był również protegowanym Turkiego ibn Fajsala as-Sauda, pełniącego przez 24 lata funkcję szefa saudyjskiego wywiadu, który był również saudyjskim ambasadorem w Waszyngtonie i Londynie (wtedy też Chaszodżdżi był jego doradcą ds. mediów). Co ciekawe, Chaszodżdżi stał się krytykiem reżimu chwilę po tym, gdy wewnętrzne konflikty wybuchły pomiędzy nieżyjącym już saudyjskim królem Abd Allahem a księciem Turkim właśnie.

Stronnicy króla Abd Allaha oskarżyli Chaszodżdżiego w tym czasie o zrekrutowanie i opłacanie kilku dziennikarzy z pomocą CIA. W tym czasie, tj. w latach 1999-2003, był on redaktorem naczelnym głównego anglojęzycznego magazynu w Arabii Saudyjskiej, Arab News. Kilkanaście lat później Chaszodżdżi silnie wspierał Bractwo Muzułmańskie podczas Arabskiej Wiosny. Oznaczało to zaangażowanie w wysiłki Baracka Obamy i Hillary Clinton w kierunku obalania reżimów bliskowschodnich, między innymi w Syrii. Jednak za rządów króla Salmana obecność Bractwa Muzułmańskiego w Arabii Saudyjskiej została zagrożona i wyciszona. To zmusiło Chaszodżdżiego do wyjazdu i zamieszkania w Turcji. Możliwe, że znaczące jest również to, że przed swym zaginięciem Chaszodżdżi „pracował w ukryciu z intelektualistami, reformistami i islamistami nad założeniem grupy o nazwie Demokracja dla Arabskiego Świata Teraz”. Jak pisze Moon of Alabama projekty, w które był zaangażowany przed zaginięciem „ciągnęły za sobą fetor przygotowań do rewolucji kontrolowanej przez CIA w Arabii Saudyjskiej”.

Powiązania dziennikarza z CIA i wywiadem saudyjskim, które zresztą często współpracują, to jedno. Wuj dziennikarza, Adnan Chaszodżdżi, był znanym dealerem zbrojeniowym, ważnym graczem w sporze z Iranem, a niegdyś i najbogatszym Saudyjczykiem. Adnan Chaszodżdżi był głęboko powiązany z Lockheed Martin, co ukazuje fakt, iż w latach 1970-75 otrzymał 106 milionów dolarów prowizji od amerykańskiego giganta zbrojeniowego. Prowizje od sprzedaży broni sięgały niekiedy nawet 15 proc. wartości kontraktu. Były wiceprezes do spraw Międzynarodowego Marketingu Lockheed Martin Max Helzel stwierdził, że „stał się ze względów praktycznych marketingowym ramieniem Lockheed Martin. Adnan zapewniał nie tylko wejście na rynek, ale również strategie i doradztwo podparte analizami”. Adnan Chaszodżdżi związany był również z Richardem Nixonem i Ronaldem Reaganem, natomiast swój wart 30 mln dolarów jacht sprzedał Donaldowi Trumpowi, który nazwał go ” świetnym pośrednikiem i wstrętnym biznesmanem”.

Czy zaginięcie i śmierć Chaszodżdżiego, w świetle tych wszystkich powiązań, mogło być ustawione w celu wywarcia presji na saudyjski rząd, który nie zakupił systemu THAAD? Teorię tę wspiera fakt, że amerykański wywiad był świadomy spisku na życie dziennikarza, ale go nie ostrzegł. Dopuszczenie, by został zamordowany, mogło być pretekstem nie tylko dla ukarania Saudów za robienie interesów z Rosjanami, ale też po to, by usunąć księcia Muhammada ibn Salmana i zastąpić go księciem Muhammadem ibn Najifem, który został odsunięty przez swego konkurenta rok temu i również posiada bliskie kontakty z CIA. Zdaje się jednak, że to fiasko transakcji zbrojeniowych jest głównym powodem, dla którego administracja Trumpa chce podtrzymywać fałszywe oburzenie spowodowane rzekomo sprawą dziennikarza.

Równie prawdopodobna jest jednak wersja prostsza, w której schwytanie i zamordowanie nie było w żaden sposób ustawione, a książę Muhammad ibn Salman jest po prostu autorytarnym tyranem, który nie znosi krytyki pod swoim adresem, a jego bliskie związki z Trumpem ochronią go przed sankcjami i karami. Jednak poprzednie jego zagrywki mające na celu wyeliminowanie opozycji, jak grudniowe „zwalczanie korupcji”, były znacznie bardziej akceptowane przez Zachód. Nawet jednak w takim wypadku zaangażowanie rządu saudyjskiego w zabójstwo dziennikarza jest skapitalizowane przez CIA i część amerykańskiej sceny politycznej, jak i przemysł zbrojeniowy, a każda z tych grup stara się realizować własne interesy.

Chociaż dotychczasowa amerykańska taktyka wzmacniania Arabii Saudyjskiej jest dość oczywista, powyższa sytuacja może niebezpiecznie eskalować, tym bardziej, że zarówno książę Muhammad ibn Salman, jak i Trump, są ludźmi upartymi i nieprzewidywalnymi. Co więcej, sam czas, w jakim ma miejsce ta sytuacja, jest niebezpieczny. Na początku listopada wysiłki administracji Trumpa mające na celu ukaranie państw, które importują irańską ropę, zaczną zbierać swoje żniwo, a Trump liczy na Saudów, którzy mają mu pomóc w uchronieniu cen ropy od dramatycznego wzrostu.

Ten w razie wycofania irańskiej ropy z rynku jest bardzo prawdopodobny. Saudowie współpracują w tym celu również z Rosją.

Czy Stany są w stanie zaryzykować dramatyczny wzrost cen ropy, który dla nich samych może mieć poważne polityczne konsekwencje, aby powstrzymać Saudów przed zakupem systemu S-400?

Trudno prognozować. Bitwa charakterów Trumpa i saudyjskiego księcia będzie miała z pewnością globalne skutki.

 

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński, adaptacja: Małgorzata Kulbaczewska-Figat. Oryginalny tekst ukazał się na portalu Mint Press News.

Zleceniodawca mordu?

Odkryte ślady morderstwa saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w Stambule prowadzą do pałacu królewskiego w Rijadzie, do rządzącego Arabią księcia i następcy tronu Mohammeda ben Salmana. Według śledczych, dowódcą 15-osobowej grupy zabójców, która zjawiła się w saudyjskim konsulacie przed wizytą Chaszodżdżiego, był oficer ochrony osobistej księcia Maher Abdulaziz Mutreb. Widać go na zdjęciach i kontaktował się z biurem ben Salmana zaraz po zabójstwie.

 

Mohammed ben Salman stoi na czele najbogatszej dyktatury Półwyspu Arabskiego, strategicznego partnera imperium amerykańskiego w regionie. Jest pomysłodawcą i gorącym zwolennikiem saudyjskiej agresji na Jemen, prowadzonej od ponad trzech lat. Krwawo tępi wszelką krajową opozycję. Wygląda na to, że to on rozkazał zabić dziennikarza. Saudyjski MSZ zakomunikował od razu, że ben Salman „nie był poinformowany” o „niedozwolonej” operacji saudyjskich służb specjalnych.

Według dzisiejszego wydania tureckiej gazety Hurriyet, dziennikarz, zaraz po przyjściu do konsulatu został skierowany do biura konsula i tam „zaduszony”, co miało trwać 7-8 minut. Jego ciało zostało następnie podzielone na 15 kawałków przez specjalnie sprowadzonego z Rijadu lekarza sądowego i potem wywiezione w nieznane miejsce Stambułu.

Jak podaje gazeta, po morderstwie szef komanda zabójców cztery razy dzwonił do Badra al-Asakera, dyrektora biura księcia-następcy tronu. Zaraz potem Mutrem dzwonił do Stanów Zjednoczonych, do Chaleda ben Salmana, brata rządzącego księcia i ambasadora Arabii w Waszyngtonie.

Kraje zachodnioeuropejskie – Zjednoczone Królestwo, Francja i Niemcy we wspólnym komunikacie domagają się od Arabii „natychmiastowych wyjaśnień” na temat okoliczności śmierci dziennikarza i niektóre zagroziły nawet wstrzymaniem sprzedaży broni tyranii saudyjskiej, co obserwatorzy uważają jednak za nieprawdopodobne.

Według ostatniej oficjalnej wersji saudyjskiej, Chasodżdżi wdał się w bójkę i zginął w jej skutku. Według wcześniejszej wersji oficjalnej miał po prostu wyjść cały i zdrowy z konsulatu. Stany Zjednoczone są tak, czy inaczej, gotowe wierzyć w każdą saudyjską wersję, nawet jeśli powstały pewne wątpliwości. Wołania o dymisję księcia pozostaną raczej bez odpowiedzi.