Co gryzie Roberta B.? Ważny tunajt

Bardzo nie lubię, jak ktoś mówi o rzeczach, które zna ze słyszenia, z drugiej ręki, a gdy się go łapie na półprawdach i konfabulowaniu, twierdzi, że przecież jest zgoła inaczej, niż faktycznie jest. Wszak, jak mówi, to wie, a jak wie, to jakże mógłby rzecz przemilczeć. Czasami jednak, a nawet dość często, lepiej zawrzeć dziób, żeby nie usłyszeć o samym sobie: dobrze mówi, tylko ciekawe o czym.

Mój znajomy opowiadał mi o swoim koledze, policjancie, który pracował w drogówce, w sekcji autostradowej. Patrolował ekspresówki i drogi szybkiego ruchu. Zrezygnował z roboty po jednej nocy. I poranku. Poprosił o przeniesienie. Za dużo zobaczył i nie dało się tego odzobaczyć. Peregrynacje długołykendowe. Rodzina. Ona, on, dwójka dzieci. Bliskie spotkanie z TiR-em. Masakra. Nikt się nie uratował. Wyciągnie ciał, szczątki na drodze. Myślał, że widział już najgorsze. Nazajutrz, prokurator poprosił go, żeby asystował mu w dokładnych oględzinach pojazdu, albo raczej tego, co z niego zostało. Po nocy można było coś przeoczyć. No i rzeczywiście. Coś jeszcze było. Pod siedzeniem pasażera. Dwumiesięczny noworodek.
Robert Biedroń w Parlamencie Europejskim, podczas debaty na temat sytuacji LGBT w Polsce, powiedział, że są w naszym kraju miejsca użyteczności publicznej, do których on, przez wzgląd na swoją orientację seksualną, wejść nie może. Chwilę po tych słowach Jaki Patryk poprosił go, żeby wskazał sklep, hotel, restaurację, która nie obsługuje w Polsce homoseksualistów. Zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym był Jakim Patrykiem i usłyszałbym podobne słowa. Sam też zacząłem się zastanawiać, gdzie w Polsce wypraszają ludzi z lokali, tylko dlatego, że ten i tamten jest przedstawicielem seksualnej mniejszości. Inna sprawa, jak można by to zweryfikować. Ustawić jakiś specjalny czujnik przed drzwiami? Albo jakieś bramki, jak na lotnisku. Albo może po uważaniu, na gębę. Ten wygląda-nie wejdzie. Tamta z twarzy porządna katoliczka-może wejść. Oczywiście, coś tam Robert Biedroń na szybko wystukał w komórce; padło na właściciela knajpy na krakowskim Rynku, który nakleił na drzwi wejściowe naklejkę o „zakazie pedałowania” czy „anty-LGBT”, co to ją znalazł w periodyku Sakiewicza. Jego lokal, może sobie naklejać co chce. Ale nikogo z lokalu nie wyprasza ani nie zabrania doń wejścia, przez uwagę na seksualność klienteli. Innemi słowy: porażka. Miało wyjść, że w kraju nad Wisłą robi się polowania na czarownice i przeciwtęczowe ghetta „nu fir strejt”, a wyszło, że ta Polska nie taka jeszcze ostatnia, bo nawet gej może z drugim gejem wejść do sklepu po bułki i oliwki, albo nawet zjeść na mieście stek przy piątku.
Robert Biedroń mówił o rzeczach nieprawdziwych. Nie jest na szczęście u nas jeszcze tak tragicznie, że mniejszości seksualne są rugowane z przestrzeni publicznej i zabrania się im podstawowych praw, jak zakupy w sklepie albo pokój w hotelu. Nie widział Biedroń ani sklepów, ani restauracji, ani hoteli, gdzie nie obsługuje się osób LGBT, bo i widzieć nie mógł. Po co więc Robert Biedroń wygadywał swoje dyrdymały? Raczej nie z troski o prawdziwe problemy osób dyskryminowanych ze względu na płeć oraz własną orientację. Podobnymi przykładami bowiem, wyrządza więcej krzywdy niż pożytku dla sprawy, bo kto poważny w świecie, poważnie potraktuje lidera nowoczesnej, odbudowującej się, polskiej lewicy, posiłkującego się półprawdami i wyssanymi z palca diabłami, których, tak jak 500 eurowego banknotu, nikt jeszcze nie widział.
Swoją drogą, nie bagatelizując problemu, który, moim zdaniem, nad Wisłą rzeczywiście występuje, Robert Biedroń budujący w Parlamencie Europejskim swoją pozycję i nazwisko jako bojownik o prawa osób LGBT, to jednak trochę zbyt trywialny i za płytki pomysł na polityka, aspirującego do najwyższych stanowisk państwowych. Wystawianie własnego partnera w wyborach parlamentarnych, jako lidera listy w województwie, też nijak się ma do przyzwoitości oraz transparentności, którym lewica chce w Polsce przywrócić właściwe znaczenia, po joint venture PO-PSL-u i folwarku PiS-u, gdzie rządzić może „chuj, ale swój”. Czym różni się takie robienie polityki, od personalno-klanowej polityki Korwina, wypełniającego najbliższą rodziną listy wyborcze. Ma to w słownikach swoją nazwę.
Tak czy inaczej, szczęśliwy jestem, że Robert Biedroń gadał w PE bzdury, bo gdyby miało być tak jak twierdził, to rzeczywiście spałbym dużo gorzej, bo nie znałbym dnia ani godziny, kiedy załomotaliby kolbami nocą i wywieźli do Berezy Kartuskiej za szkalowanie Polski i Polaków na łamach.
Jarek Ważny

Wspólny Senat odpłynął?

– To pomysł, który dzisiaj w Polsce wydaje się najrozsądniejszym rozwiązaniem, jeśli chodzi o strategię wyborczą, jeśli naszym celem jest pokonanie Prawa i Sprawiedliwości – uważa szef sztabu Lewicy Robert Biedroń. Wszystko wskazuje na to, że Koalicja Obywatelska ma inne cele.

Biedroń ujawnił, że liberałowie zerwali rozmowy w sprawie zawarcia porozumienia, które umożliwiłoby zdobycie przez opozycję większości w wyższej izbie polskiego parlamentu. – Chcieliśmy wyjść z dobrą wolą do Platformy Obywatelskiej, której politycy dzisiaj wszem i wobec opowiadają, że chcą pokonać PiS. Nie da się jednak tego zrobić nie rozmawiając ze sobą – powiedział szef sztabu Lewicy.
Biedroń zauważył, że brak woli dialogu ze strony KO „może doprowadzić do poważnego problemu”, polegającego na tym, że opozycja wystawi przeciwko sobie kandydatów do Senatu. – Siądźmy do stołu i się dogadajmy, bo jeśli się nie dogadamy, to wygra PiS.
Przedstawiciele Lewicy poinformowali, że są nadal gotowi do wznowienia rozmów. Na dzisiejszym spotkaniu z dziennikarzami podkreślali, że tylko rozsądek i odpowiedzialność mogą przybliżyć opozycje do celu, jakim jest odsunięcie ekipy Kaczyńskiego od władzy w Senacie. Podkreślali, że społeczeństwo oczekuje, by Schetyna i spółka przestali się dąsać, zachowywać egoistycznie i pomyśleli o obywatelach.
Wcześniejsze ustalenia pomiędzy Lewicą, a Koalicją Obywatelską zakończyły się zawarcie wstępnego porozumienia, na mocy którego Lewica miała wystawić swoich kandydatów w sześciu okręgach. Niestety, liberałowie nie przestrzegają tej umowy. Włodzimierz Czarzasty wyjawił dziś, w okręgu łódzkim, w którym ma wystartować kandydatka lewicy, do walki stanie również kandydat KO Krzysztof Kwiatkowski. Żenująca sytuacja ma miejsce również w Nysie, gdzie lewica wystawia Jana Woźniaka, a Koalicja również szykuje do startu swojego człowieka. Podobnie we Włocławku, gdzie Lewica ma Jerzego Wenderlicha. Liberałowie postanowili odwalić hucpę także w Olkuszu.
Czarzasty zaznaczył, że Lewica ma dowody na nielojalność polityków Koalicji Obywatelskiej. – Są na to protokoły ze spotkań i zapisy korespondencji – zaznaczył.

Nadgorliwość gorsza wiadomo od czego

Głoszenie tez, że program Lewicy to lewicowość na niby jest równoznaczne z mówieniem, że im gorzej tym lepiej.

„Nowa Lewica” rzeczywiście zaprezentowała nową jakość. Można sarkać, że oglądamy wciąż te same twarze, że młoda Partia Razem ugięła się pod presją sondaży i zwarła szeregi ze „starą” SLD, wreszcie, że Wiosna pasuje do nich jak kwiatek do kożucha. Prawda jest jednak taka, że 24 sierpnia zjednoczony komitet po zjednoczeniu zaliczył ostry skręt w lewo i pokazał program, w którym elektorat każdej z partii znajdzie coś dla siebie.
Przede wszystkim żaden inny komitet w tej kampanii nie zdobył się (i nie zdobędzie) na tak silne uderzenie w kościół. Czarzasty, Biedroń i Zandberg obiecali „kasę fiskalną dla każdego księdza” oraz wyprowadzenie religii ze szkół.
Chcą również rozliczenia kleru za ukrywanie pedofilskich skandali, co generalnie niby bulwersuje każdą ze stron sceny politycznej, ale żadne nie uczyniła tego elementem kampanii. Czarzasty wspomniał też imiennie ojca Rydzyka, co np. Platforma czyni jedynie w kuluarach i to szeptem.
Likwidacja IPN, PFN, ustawa reprywatyzacyjna, podwyżki w budżetówce, likwidacja śmieciówek, powrót przywilejów mundurowych, sprawna i dostępna służba zdrowia oraz edukacja z dobrze opłaconą nauczycielską kadrą, nie mówiąc o postulatach dotyczących godnego zatrudnienia, godnej płacy i godnej emerytury – to postulaty stricte lewicowe, które powinny uciszyć ewentualne głosy krytyczne.
Zjednoczona Lewica nie dała zapędzić się w kozi róg „wojenki kulturowej”, zepchnąć na pozycje wyznaczane jej przez PIS, co jest największym pozytywnym zaskoczeniem tej konwencji. Oczywiście w jej wyborczej ofer
cie znalazły się także sensowne i ważne kwestie światopoglądowe: edukacja seksualna, aborcja na życzenie, związki partnerskie: wbrew pozorom podjęcia tych tematów wprost wszystkie inne komitety, nawet obyczajowo liberalne, do tej pory się bały. Do tego mamy obietnicę głębokich reform w kwestii praw zwierząt – PiS na początku poprzedniej kadencji tę rękawicę podniosło, ale nie udźwignęło.

Mamy zatem komitet z rozbudowaną ofertą socjalną i odważnymi postulatami światopoglądowymi.

To dużo, naprawdę dużo jak na sklejony w ostatniej chwili sojusz trzech ugrupowań, z których każde stawia sobie nieco inne priorytety.

Oczywiście – wśród „kanapowych” lewicowych komentatorów od razu pojawił się w mediach społecznościowych festiwal sarkań,

że jak coś zostało powiedziane, to albo za mało, albo że nie do końca, albo że im nie wierzymy. Bo kandydaci Lewicy nie ogłosili, że oprócz wycofania lekcji religii ze szkół, opodatkowania kościoła i jego funkcjonariuszy, likwidacji Funduszu Kościelnego i renegocjacji konkordatu nie zgłosili postulatu, żeby kościół w ogóle oddał wszystko, a jego działalność żeby została zakazana. Że propozycje socjalne nie obejmowały topienia kapitalistów w Wiśle z nogami w wiadrach z cementem, że mieszkanie za 1000 złotych to żadna ulga, bo mieszkający w nim przecież musi za coś żyć, że kolej w każdym powiecie to nie wystarczy. Że likwidacja IPN i PFN to detale, bo na tym polu należy zrobić dużo więcej. I można te zarzuty mnożyć i mnożyć, bo do każdego programu można zawsze coś dodać.
Rzecz tylko w tym, czy program maksimum – na przykład zrobienia totalnej rewolucji – jest realistyczny i ma jakiekolwiek szanse poza byciem dyskutowanym na kanapach.
A program Lewicy – w odróżnieniu od utopijnych mrzonek – taką realną szansę ma. I nawet wyliczanka tego, czego zdaniem rozmaitych komentatorów drażliwych o czystość własnej lewicowości, w programie Lewicy brakuje dowodzi co najwyżej tego, że stoi za nimi przede wszystkim zawiść. Zawiść, na którą nie ma dziś miejsca.

Zawiść, która jest nie tylko kontrproduktywna, ale wręcz szkodliwa.

Bo głoszenie tez, że program Lewicy to lewicowość na niby jest równoznaczne z mówieniem, że im gorzej tym lepiej. Że lepiej, żeby dalej trwał PiS, względnie duopol PiS-PO, przy którym nic nie robiąc można za to do woli utyskiwać i snuć marzenia. Im bardziej odległe od rzeczywistości, tym lepsze.
Dla kogo lepiej, dla tego lepiej. Jeśli jednak można wybierać pomiędzy poparciem opcji zgłaszającej szereg postulatów, których wszystkie inne się boją podnosić, a nie robieniem nic w efekcie uznania, że te postulaty i tak są za słabe, to zwykły oportunizm i polityczne lenistwo.
Dlatego, kiedy Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza, Anna-Maria Żukowska czy Beata Maciejewska – bo oni prezentowali program Lewicy na konwencji – mówią o tym, co Lewica chce zrealizować, to dla każdego, kto ma choć trochę lewicowości w sobie, naturalnym wyborem jest tę inicjatywę poprzeć. Bo jest to szansa na przywrócenie państwa prawa, państwa świeckiego, wolnościowego, istniejącego dla obywateli, w którym nie będzie „policji myśli”, w którym nie będzie na Lewicy dyskryminacji i nietolerancji, w którym nie będzie wszechobecnej szczujni i propagandy fałszu. Szansę na odsunięcie od władzy PiS. Szansę na wyjście poza wybór między PiS a PO, poza którym – jak nam usilnie przez lata wmawiano – nie ma wyboru.
Zjednoczenie nurtów lewicowych w polskiej polityce ma tę wartość, że daje szansę na taką zmianę. Może w tych wyborach zmiana ta okaże się tylko zmianą polegającą na wprowadzeniu do Sejmu grupy polityczek i polityków nie bojących się artykułować swoje postulaty, ale już w następnych – zdolnych powalczyć o większość zdolną do samodzielnego rządzenia. Przekreślenie tej szansy równa się politycznemu samobójstwu. I wtedy nawet św. Marks, św. Engels, św. Lenin, św. Trocki, św. Kropotkin ani św. Bakunin – czy inny jeszcze święty lewicowej myśli – nic nie pomogą.

Trzech muszkieterów

Koalicja lewicowych partii to dobra wiadomość dla polskiej demokracji. Brak lewicy doskwiera w polskim parlamencie. Jej brak widać, słychać i czuć. Ale ten związek z rozsądku to jedna wielka niewiadoma. W sposób naturalny powraca w pamięci katastrofa wyborcza sprzed czterech lat.

Błędna formuła

Oficjalnie nie wiemy jeszcze w jakiej formule pójdą SLD, Wiosna, Razem i inne podmioty polityczne. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak powołanie koalicji wyborczej i postawienie przed sobą progu 8 proc. co jednak gwarantuje subwencję z budżetu państwa. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby po latach wojny jaką toczyła partia Razem, Adrian Zandberg i jego drużyna startowała z listy SLD. Podobnie jak Robert Biedroń, który jeszcze niedawno deklarował, że SLD to partia dinozaurów i zapewniał, że on sam będzie na jesieni premierem. Pieniądze w polityce są ważne, ale nie najważniejsze. To pokazały ostatnie cztery lata. Cóż bowiem z tego, iż SLD czy Twój Ruch otrzymują subwencję? Tak się PiS-u nie zatrzyma. A w przyszłym Sejmie PiS z pewnością będzie dążył do tego, aby zmienić obowiązującą Konstytucję. Inaczej bowiem partia ta nie zrealizuje swojego programu z głównym przesłaniem, czyli zmiany ustroju państwa. Trzeba być w Sejmie i miał jakiś wpływ na to co się dzieje w parlamencie.
Taką formułę, powołania komitetu wyborczego, wybrał Kukiz 15. I to wydaje się dla lewicy bezpieczniejsze z kilku powodów. Po pierwsze socjalny elektorat lewicy jest dziś przy PiS. To ten tradycyjny elektorat lewicy jest w głównej mierze beneficjentem władzy. Program 500 plus przeorał polską politykę. Dochodzą do tego kolejne, mniej lub bardziej udane programy społeczne, które forsuje partia Jarosława Kaczyńskiego. Po drugie, ostatnie wybory europejskie wykazały ogromną mobilizację nowych wyborców. Przy wysokiej frekwencji, a wszystko dziś na to wskazuje, ewentualna lewicowa koalicja będzie miała ogromny problem z przekroczeniem 8 proc. progu. Taki los spotkał w maju Konfederację, która przez kilka godzin cieszyła się z trzech mandatów a ostatecznie nie przekroczyła progu wyborczego. Duopol partyjny jest faktem i niezmiernie ciężko będzie komuś trzeciemu w polityce.
Małżeństwo z rozsądku
Na wspólnej konferencji prasowej liderzy trzech partii odmieniali słowo „miłość” przez wszystkie przypadki. Lider SLD stwierdził nawet, że „na lewicy nastąpiła wstępna gra miłosna”. Przez ostatnie lata bywało z tym jednak różnie. Partia Razem krytykowała SLD ze względu na PRL-owską tożsamość Sojuszu, zarzucając liderowi SLD, iż to partia przeszłości. Dochodziło do wielu słownych złośliwości z obu stron. Sytuacja niemal analogiczna do sporu jaką toczył SLD z Ruchem Palikota przez cztery lata. Aż w końcu, ku zdziwieniu wyborców SLD, Leszek Miller i Janusz Palikot podali sobie ręce i zapowiedzieli budowę Zjednoczonej Lewicy.
Lewicowy wyborca jest romantykiem, wierzy we wzniosłe cele, w budowę państwa opiekuńczego, ale nie lubi, gdy robi się z niego idiotę. Tak wtedy jak i wówczas lewicowa koalicję sklecono szybko i naprędce. Trzy miesiące w polityce to naprawdę niewiele czasu, aby zakopać głębokie podziały. Dochodzi do tego jeszcze Wiosna Roberta Biedronia i jego ogromne ambicje. Buńczuczne zapowiedzi o budowie wielkiej siły, burzenie muru PO-PiS i twierdzenia o byciu premierem nie brzmiały poważnie.
Wiarygodność lidera Wiosny została po tych wyborach mocno nadszarpnięta po tym, jak publicznie zapowiedział, iż po zdobyciu mandatu zaraz go odda. Nic takiego się jednak nie stało. Adrian Zandberg z kolei, przed wyborami do PE, wyznał, iż Wiosna proponowała mu jedynkę na swojej liście w zamian za milion złotych. Dziś lewicowi wyborcy mają uwierzyć, że koalicja jest zbudowana na trwałych i ideowych podstawach. Przekonanie Roberta Biedronia, które wyraził na wspólnej konferencji prasowej, iż „w Polsce lewica zawsze wygrywa wybory, kiedy jest zjednoczona” nie znajduje potwierdzenia w przeszłości. Najlepszym tego przykładem był rok 2015 i wyborcza klęska, czy wcześniejsza koalicja Lewica i Demokraci. Ówczesny lider SLD Leszek Miller obwiniał za wynik wyborczy w 2015 roku Adriana Zandberga, którego partia otrzymała ponad 3,5 proc. nie dostrzegając jednak własnych błędów.

Trzy bloki

Nie byłoby w ogóle mowy o zjednoczeniu lewicy, gdyby nie decyzja Platformy Obywatelskiej. Grzegorz Schetyna bowiem, świadom, iż wybory są już w zasadzie przegrane, postanowił wzmocnić własną partią i własne zaplecze polityczne. Pójście z koalicji z SLD, niezręczne dla PO z wielu powodów, wymuszałoby posunięcia się na listach wyborczych kosztem polityków Sojuszu. Grzegorz Schetyna wziął na siebie pełną odpowiedzialność w tej kampanii wyborczej i ewentualną wygraną PiS. To on bowiem ostatecznie odpowiada za zerwanie Koalicji Europejskiej po wycofaniu się z niej PSL-u. Włodzimierz Czarzasty bowiem co rusz powtarzał, że Sojusz gotowy jest kontynuować ten projekt. I trudno mu się dziwić. Sojusz był beneficjentem wyborów europejskich zgarniając pięć mandatów. Licząc po liczbie zdobytych mandatów SLD to dziś trzecia siła polityczna w kraju. Przed wyborami do PE przekaz był prosty. Koalicja Europejska i tylko zjednoczona opozycja jest w stanie wygrać z PiS. Jeśli ten projekt się rozpadł, to nikt na opozycji nie wierzy dziś w wyborcze zwycięstwo.
Grzegorz Schetyna stał się, chcąc czy nie chcąc, ojcem chrzestnym polskiej lewicy. I nie jest to dla niego wcale komfortowa sytuacja. Stoi on dziś bowiem przed ogromnym dylematem – czy walczyć z lewicą o sprawy światopoglądowe i o elektorat kulturowy, eksponując Barbarę Nowacką, narażając się tym samym na brak wiarygodności, czy spróbować zachować resztki konserwatywnego elektoratu?
Trzy bloki jakie zobaczymy na jesieni to wymarzony scenariusz polityczny dla Prawa i Sprawiedliwości. Porządkuje to co prawda scenę polityczna i choć polskie społeczeństwo jest egalitarne, to arytmetyka wyborcza i system D’Hondta jest nieubłagana. Ten wielomiesięczny spektakl wewnątrz opozycji przypominał spory na prawicy w latach 90. i z pewnością przyczynił się do samodzielnych rządów PiS. Jeśli lewica chce przyczynić się do zatrzymania Jarosława Kaczyńskiego, to absolutnie nie może powtórzyć błędu z 2015 roku. Musi zatem zrezygnować z ambicji w postaci budżetowej subwencji. Czy lewicę na to stać?

Flaczki tygodnia

No to będziemy mieć koalicję lewicową pod światłym przewodem: Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga. Podobno „Boh trojcu lubit”.

Jednoczącą się lewicę zasiliła już Polska Partia Socjalistyczna i Inicjatywa Feministyczna. Akces do lewicowego bloku może zgłosić jeszcze ponad dwadzieścia lewicowych partii i stowarzyszeń.

Jedność lewicy musiała zaboleć elity PiS. Od razu w mediach pojawili się atakujący trio Biedroń, Czarzasty, Zandberg anonimowi „lewicowcy”. Reprezentujący jakieś „socjaldemokracje”, „zjednoczone partie pracy” i inne kosmiczne byty. Ale prezentowane w prawicowych mediach jako „prawdziwa polska lewica”. „Flaczki” przestrzegają przed takimi, przedwyborczymi apostołami lewicy.

Trójkę liderów jednoczącej się lewicy ktoś nazwał „Tenorami lewicy”, porównując ich do „Trzech tenorów” zakładających Platformę Obywatelską. Nie jest to szczęśliwe porównanie, bo tamtymi tenorami byli: Andrzej Olechowski, Donald Tusk, Maciej Płażyński. Pierwszy jest już politycznym emerytem, drugi po krajowych sukcesach podjął emigrację zarobkową, a trzeci zginał w katastrofie lotniczej prezydenckiego samolotu w Smoleńsku.

Rzecznik rządu PiS, pan Piotr Müller odważnie skrytykował wypowiedź ambasador USA Georgetty Mosbacher. Osobista wysłanniczka prezydenta USA Donalda Trumpa poddała ostrej krytyce działalność prorządowej ”Gazety Polskiej” i jej Klubów. Faszyzującą akcję polegającą na tworzenie w naszym kraju „Stref wolnych od LGBT” i oznaczania ich specjalnymi naklejkami. Akcję tak wyjątkowo chamską, że nawet Wielki Brat postanowił przywołać do porządku swego warszawskiego wasala.

Ale nawet wasal czasem zaczyna gryźć. I pan rzecznik rządu PiS odesłał panią ambasador USA do garów mówiąc, że „to nie jest kwestia związana z relacjami między Ameryką a Polską”.
Problem w tym, o czym pewnie pan rzecznik nie wie, że w armii USA, o której obecność w Polsce tak bardzo elity PiS zabiegają, służy wiele osób o orientacji homoseksualnej. Służy tam też wielu czarnoskórych, wielu żołnierzy o różnych rasach, narodowościach, religiach. Wszyscy formalnie są traktowani równo.
Zatem głupia, faszyzująca akcja gazety pana redaktora Sakiewicza, broniona przez rząd PiS, została odczytana jako godzącą również w armię USA. Blokująca amerykańskim, homoseksualnym żołnierzom pełnego dostępu do terytorium IV Rzeczpospolitej.

Tak to pan redaktor Tomasz Sakiewicz, zwany na prawicy „Sakwą”, staje się Pożytecznym Idiotą prezydenta Rosji Putina i jego siłowników.
Głupota to pana redaktora czy płatna służba u wielkiego sąsiada?- „Flaczki” pytają nieco ironicznie.

Faszyzująca akcja „Gazety Polskiej” i elit intelektualnych PiS wzburzyła wielu polskich demokratów, zwłaszcza związanych z koalicją Obywatelską Grzegorza Schetyny. Wzburzyła słusznie. Powtarzali oni, że nie można w naszym kraju tworzyć stref wykluczających jakąś kategorię obywateli naszego kraju.
Szanując ich pro obywatelskie i demokratyczne postawy „Flaczki” przypominają, że podobną strefę wolną nie od LGBT, ale „od komunistów”, stworzył polityk prawicy Radek Sikorski. I wtedy obywatele i demokraci związani z PO nie protestowali. Choć Sikorski także wykluczał obywateli naszego kraju. Też faszyzował sobie.

Wygląda na to, że stosunek do środowisk LGBT będzie jednym z tematów kampanii wyborczej. Elity PiS chcą stworzyć z LGBT społecznego straszaka, podobnie jak to uczynili w 2015 roku z rzekomo grożącym nam zalewem muzułmańskich uchodźców z Syrii i innych krajów Bliskiego Wschodu.
Teraz elity PiS chcą wygrać wybory na strachu przed rzekomym „najazdem hord LGBT”. Wszyscy parlamentarzyści PiS dostali rozkazy, aby w to uwierzyli i strach przed LGBT w katolickim narodzie polskim żarliwie szerzyli.

Do walki z najazdem LGBT ruszyli krajowi kibole i związani z polskim kościołem katolickim narodowcy. W Białymstoku zaatakowali odbywającą się tam po raz pierwszy Paradę Równości. Pokojowy marsz obrzucili butelkami i petardami. Nie pozwolili przejść uczestnikom parady obok budynku kościoła katolickiego.
Wspierał ich białostocki kler katolicki, który próbował zorganizować w tym czasie masowy Marsz Rodzin, co mu się jednak nie udało.

Sojusz polskiego kościoła kat. ze środowiskami faszyzującymi zaniepokoił niektórych katolickich publicystów . Tych wierzących jeszcze w boga. Nielicznych w naszym kraju, w przeciwieństwie do liczniejszych wierzących w kościół jako instytucję sprawnie zarabiająca pieniądze.
Jeden z nich, doktor Tomasz Terlikowski napisał na Facebooku: „Fundamentalnym pytaniem dla chrześcijanina jest to, jak na moim miejscu zachowałby się Jezus? Czy Jezus przykleiłby na drzwiach domu Piotra w Kafarnaum naklejkę „Strefa wolna od LGBT”? Odpowiedź jest dość prosta. Jezus nie odrzucał nigdy i nikogo. Spotykał się z jawnogrzesznicami, celnikami, z wykluczonymi i potępionymi. Porządni Żydzi byli zgorszeni jego otwartością, podkreślali, że gdyby wiedział z kim się zadaje, to by się z nimi nie spotykał. Ale On się spotykał. Nie wybrał sobie kategorii grzechu czy grzesznika, którego by wykluczał”.

Akcję „Gazety Polskiej” potępiło też kilku polityków prawicowych. Krytycznie do pomysłu odniósł się wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Oni już zrozumieli, że poparcie polskiego kościoła kat. dla represjonowania środowisk LGBT oznacza samo wykluczenie się kościoła i polskiej prawicy ze środowiska LGBT. Stanowiącego jakieś 8-10 procent polskiego społeczeństwa. Wykluczenia się również z ich heteroseksualnych rodzin. Tym razem jest to konflikt z realnie istniejącymi ludźmi. A nie z wyimaginowanymi uchodźcami, jak to było w 2015 roku.

Polskę czeka spowolnienie gospodarcze, bo liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie do 2030 roku o 10 procent w porównaniu z rokiem 2015. Nie da się tego spadku obiecywanym zahamować wzrostem demograficznym, bo go nie będzie. Nie da się zahamować importem zagranicznych migrantów. Bo elity PiS tak przestraszyły obywateli naszego kraju groźbą zagranicznych migrantów zarobkowych, że prawicowi politycy i narodowo-katolickie społeczeństwo boi się ich jak ognia.
W efekcie tego strachu za 10 lat nie będzie komu pracować na nasze emerytury ani na wzrost PKB podobny do dzisiejszego. Po rządach PiS Polska będzie zadłużona, wpadnie w recesję, ale pozostanie „czysta” narodowo, zaściankowa i katolicka.

Pragnienie SLD

Włodzimierz Czarzasty przez dobry rok poprzedzający ostatnie wybory samorządowe puszczał zalotne sygnały do Partii Razem. A ta go nie chciała, wyzywała od zdrajców, wypominała premiera Millera, eksmisje na bruk, tortury w Szymanach i podobne obrzydliwości. Zandberg, Zawisza, Konieczny i spółka przy każdej okazji podkreślali, jak bardzo nie chcą być z SLD. Im bardziej to akcentowali, tym silniejsze i bardziej natarczywe były umizgi ze strony Sojuszu. Ale to już było. Mamy rok 2019 i sytuację tragikomicznie odmienną. To razemici poszukują bliskości koalicyjnej, która zapewni im polityczne (prze)trwanie, starają się o względy starych postkomuchów, wygłaszając publiczne oświadczyny. Szczególnie, że wolę wejścia w taki układ zadeklarował inny przegrany ostatnich wyborów – Robert Biedroń, a więc na horyzoncie pojawiła się szansa na poważny zjednoczeniowy projekt o profilu centrolewicowym. Czarzasty jednak odpędza ich konkury, występując w roli niedostępnej panny na wydaniu, nadobnisi, która ma już innego na oku. Tak jakby wcześniejsze gesty w kierunku Razem były obliczone na odmowę ze strony młodej lewicy, co utwardzało jej wizerunek jako ugrupowania sekciarskiego i niezdolnego do współpracy, w przeciwieństwie do koncyliacyjnego i dążącego do porozumienia Sojuszu. SLD pragnęło być z Razem tak długo, jak Razem nie chciało być z SLD. Czarzasty ma świadomość, że w wyborach do europarlamentu, startując w ramach KE udało się zdobyć całkiem pokaźny łup. Pięć mandatów pozwoliło utrzymać dotychczasowy stan posiadania i umocniło w szeregach partii poczucie słuszności obranego kierunku. Czarzasty obiecał swoim ludziom, że jesienią 2019 partia wróci do Sejmu. To jest główny cel Sojuszu i warunek dalszego istnienia, a więc przy wyborze koalicjanta szefostwo kieruje się wyłącznie pragmatyzmem. Zjednoczenie lewicy jest dla SLD mniej ważne, szczególnie, że w pamięci działaczy wciąż rysuje się trauma roku 2015, kiedy lewicowa koalicja nie przeskoczyła progu. A start w ramach KE daje 100 proc. pewność na zdobycie reprezentacji na Wiejskiej. Co będzie potem? Czy SLD nie rozpuści się w liberalnym tyglu, tracąc tożsamość? Członkowie SLD przekonują, że z pozycji partii parlamentarnej łatwiej będzie odbudować dawny blask. Plan jest więc tylko krótkoterminowy, ale innego nie ma. SLD nie ma szczególnej ochoty na wspólny start nie tylko z Razem, ale też z Wiosną. Dlaczego? W końcu nie dalej jak ostatniej zimy Czarzasty przekonywał, że o lewicowej liście nie ma co myśleć, dopóki nie będzie woli akcesu ze strony Roberta Biedronia. To właśnie ambicje i narcyzm byłego prezydenta Słupska miały być, w narracji szefa SLD, główną przyczyną fiaska takiego paktu. Czasy się jednak zmieniły. Kierownictwo Sojuszu obawia się teraz, że znajdująca się w kryzysie Wiosna będzie organizacyjnym ciężarem. „Tylko SLD jest w stanie zebrać 100 tys podpisów pod listami” – zauważa osoba bliska szefostwu partii. Dlatego Czarzasty stawia sprawę jasno – możemy iść razem, ale pod naszym sztandarem. Nie chcecie? W porządku, pójdziemy z liberałami.
Formacja Biedronia z kolei boryka się z poważnymi problemami. Po kiepskim wyniku w eurowyborach sponsorzy skąpią grosza, kasa świeci pustkami, a długi przyprawiają o ból głowy. Pojawił się nawet pomysł fuzji z Twoim Ruchem i użycia podmiotowości prawnej tej formacji przy jesiennym starcie. Biedroń jest skłonny zrobić to, czego żądaniem jeszcze kilka miesięcy temu upokorzył Razem – schować logo swojej partii i wystartować w ramach koalicji. Zdaje sobie sprawę, że 90 proc. kapitału partii stanowi on sam. Wygląda więc na to, że okres Wiosny okazał się precyzyjnie kalendarzowy. Ale projekt Biedroń nadal będzie realizowany. Jakie opcję wchodzą w grę? Pierwsza, mało prawdopodobna, to przyjęcie na listy kilku działaczy ruchów miejskich (mówi się m.in. o Janie Śpiewaku), kreatywne pozbycie się garba długu i samodzielny start jako Wiosna; druga – przystąpienie do Koalicji Europejskiej. Ta jednak znajduje się w stadium, które można nazwać równie dobrze przepoczwarzaniem, jak i agonią. Poza tym – Biedroń obawia się wchłonięcia przez silniejszego koalicjanta. Trzecia, sensacyjna, ale podawana jako możliwa przez niektórych działaczy Wiosny to start z list Lewicy Razem, czyli postawienie na duet Biedroń – Zandberg, bez SLD, z nadzieją, że telewizyjne zdolności obu polityków pozwolą na doczłapanie do progu; wreszcie czwarta opcja, czyli start w ramach lewicowej koalicji, albo KWW. W tym wypadku jedyną przeszkodą jest brak woli ze strony SLD. Rafał Kalukin, komentator „Polityki”, zwykle z celnością i precyzją interpretujący rzeczywistość, popełnił wczoraj dziwny tekst, w którym przekonuje, że Koalicja Europejska właśnie się rozsypuje, co ciekawe, z inicjatywy Grzegorza Schetyny, który nie mając już nic do ugrania w ramach szerokiego projektu, zamierza przywrócić do życia Platformę Obywatelską. W takiej sytuacji jedyną opcją dla SLD byłaby lewicowa platforma. Sęk w tym, że Kalukina najprawdopodobniej ktoś wprowadził w błąd. Włodzimierz Czarzasty zdążył już zadzwonić do dziennikarza z żądaniem skorygowania tekstu. Źródło tych rewelacji to podobno osoby z Razem. No cóż, szkoda, bo taki rozwój wypadków byłby najlepszym z możliwych dla sił postępu.
Polaryzacja, która stłamsiła mniejsze partie w eurowyborach, tym razem nie będzie już tak silna. Nie będzie systemu dwupartyjnego. Mamy hegemona, a w opozycji kilka mniejszych projektów. Niech jednym z nich będzie lewica. Dla przewodniczącego SLD jest to okazja na zerwanie z opinią dobrego taktyka i żadnego stratega. Wprowadzając do Sejmu kilku, może kilkunastu deputowanych w sojuszu z liberałami lewicy z kolan nie podniesie, bo lewica nadal będzie na kolanach, tym razem przed Grzegorzem Schetyną. Tak dobra okazja do stworzenia trzeciej siły na polskiej scenie politycznej może się szybko nie powtórzyć. Czarzasty powinien się zastanowić, kogo wolałby jako partnera na Wiejskiej – Zandberga czy Giertycha? Jako wyborca SLD z konieczności głosujący na Razem, chciałbym żeby szef SLD dał mi w końcu szansę oddania głosu na silną lewicę.

Biedroń – rolnikom

„Wiosna uruchamia ważny, kolejny ruch w naszej sile politycznej – Agro Wiosnę, który będzie skupiał wszystkich, którzy są związani z rolnictwem – powiedział Robert Biedroń w poniedziałek podczas konferencji prasowej przed gmachem resortu rolnictwa”.

Chce „patrzeć ministerstwu na ręce” w kwestii przeciwdziałania skutkom suszy. Agro Wiosną kierować ma Sławomir Gromadzki, polityk, który startował z list Samoobrony, PO, a później SLD.
Lider partii poinformował, że Wiosna złożyła w Ministerstwie Rolnictwa wniosek o informację na temat działań, jakie kolejne rządy podejmowały w latach 2005-2019 na rzecz przeciwdziałania suszy i jej skutkom. Według Gromadzkiego „obecny rząd nie tylko nie radzi sobie ze skutkami suszy, ale również nie poradzi sobie z nadmiarem wody, która ma się pojawić wraz z prognozowanymi opadami”.
– Zapobieganie suszy będzie jednym z najważniejszych postulatów Wiosny – oświadczył polityk już kilka dni temu, zapowiadając powstanie ruchu wewnątrz partii. – Dzisiaj mamy już nie tylko do czynienia z suszą glebową czy suszą rolniczą, ale mamy poważny problem suszy hydrologicznej. Niestety z bólem jako rolnicy dostrzegamy wielkie zaniedbania w tej dziedzinie, nie tylko rządu PiS, ale i poprzednich PO i PSL w tym obszarze. W zasadzie w Polsce nie ma planowania retencji wody. Ten problem ani w planowaniu, ani w ustawodawstwie rządowym nie istnieje. Dlatego zwracamy na tę kwestię szczególną uwagę. Nie chcemy szacować strat, ale chcemy zapobiegać suszy.
Ale to nie jedyny punkt programu skierowanego dla rolników. Paulina Piechna-Więckiewicz stwierdziła wczoraj, że ruch ma zamiar również wspierać odnawialne źródła energii: – Chcemy, żeby rolnicy w ramach produkcji rolnej mogli sprzedawać nadwyżkę produkcji zielonej energii – powiedziała liderka mazowieckich struktur Wiosny.
– Dzisiaj chcemy rozmawiać o poważnych, strukturalnych reformach w rolnictwie; takich propozycji PiS nam nie przedstawia – dodał Gromadzki.
Z informacji Instytutu Upraw Nawożenia i Gleboznawstwa, na które powołał się Robert Biedroń podczas konferencji prasowej wynika, że w kwietniu w większości kraju opady były minimalne. W wielu regionach Polski jest obecnie poważny deficyt wody.

Bigos tygodniowy

Pisiory i ich aparat propagandowy jednym głosem wołają, że w rozmowach wokół Srebrnej ich Prezes zachował się z krystaliczną uczciwością, nie złamał ani nie naruszył prawa. Święta prawda. Prezes rządzącej partii politycznej nie mógł ani naruszyć ani złamać prawa, ponieważ z nonszalancją satrapy przechodzi nad nim do porządku dziennego. Tymczasem, aby naruszyć czy złamać prawo, trzeba wejść w nim w bliski kontakt. A gdy Prezes, który rządził krajem bez żadnego trybu przekonuje, że między partią PiS a spółką „Srebrna” i Instytutem im. Lecha Kaczyńskiego jest „chiński mur”, to trzymajcie mnie, bo rozpęknę się ze śmiechu.

Zmarł Jan Olszewski ( ur. 1930), półroczny premier RP (1991-1992), jeden z ojców Obozu Polskiej Paranoi Politycznej. Przy okazji pojawił się pomysł wystawienia mu pomnika. W reakcji na to ktoś wyskoczył z pomnikiem Mazowieckiego. Ja proponuję galerię pomników premierów wzdłuż krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Młodemu Morawieckiemu też już można wystawić. Będzie jak znalazł. Też w końcu kiedyś – po najdłuższym życiu – odejdzie do Domu Ojca.

Tenże Morawiecki sprowadził sobie na głowę kłopot czyli wiceministra Andruszkiewicza z podejrzeniami na karku. Składanie wieńców na pomniku faszoli z NSZ w Berlinie mu nie wystarczyło

Krystyna Pawłowicz za nic ma zalecenia Prezesa, by w roku wyborczym skorzystała z okazji i przymknęła japę. Po krótkim okresie wyciszenia Krycha znów szaleje na twitterze, gdzie, jak to ona, śmieszy, tumani i przestrasza. Miota się jakby w niej siedział Belzebub. Skoro prezes nad nią nie panuje, to może powinien wezwać egzorcystę?

Sąd uznał, że podpalacz, który podpalił biuro posłanki Kempy w Sycowie nie jest poważnym wariatem i wypuścił go z zakładu. Kazano mu się tylko odrobinę podleczać z doskoku.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy”. Trafne.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, to prawdziwie salomonowy sąd. Odrzucił skargę dwóch polskich gejów, którzy zawarli związek za granicą, na odmówienie im legalizacji tegoż związku w Ojczyźnie. Jednocześnie SA uznał, że z obecnej konstytucji nie wynika zakaz legalizacji związków jednopłciowego. I to wystarczyło, by kleroprawolstwo zawyło. A przecież stara zasada prawna mówi, że co nie jest zakazana, jest dozwolone.

Kler baby na stanowisku długo nie zdzierżył. Niedługo nacieszyła się szefostwem „Szlachetnej Paczki” Joanna Sadzik, które objęła po odejściu księdza Stryczka. Właśnie, po kilku tygodniach, ją odwołano i zastąpił ją ksiądz Babiarz Grzegorz. Babiarz za Stryczka? No, nie wiem czy to dobra zamiana. Poza tym ksiądz Babiarz jest prezesem Stowarzyszenia Wiosna, która prowadzi Szlachetną Paczkę. Ale to chyba nie ta Wiosna Biedroniowa, tylko jakaś inna?

Zwykle zarzekam się, że do wyników sondaży trzeba podchodzić z ostrożnością i dystansem, jednak mam do nich pociąg jak alkoholik do alkoholu, albo jak pszczoła do miodu. To silniejsze ode mnie. Oto według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Według najnowszego sondażu Instytutu Badań Spraw Publicznych dla portalu radiozet.pl, prowadzące w zestawieniu Prawo i Sprawiedliwość od drugiej Platformy Obywatelskiej dzielą jedynie 3 punkty procentowe. Z sondażu dla radiozet.pl wynika, że Prawo i Sprawiedliwość może liczyć na 35,05 proc głosów, podczas gdy poparcie dla Platformy Obywatelskiej wyniosłoby 32,2 proc. Na podium znalazłaby się również Wiosna Roberta Biedronia, która może spodziewać się poparcia 12 proc. respondentów.
Do Sejmu wszedłby jeszcze tylko ruch Kukiz’15 z wynikiem zbliżonym do progu wyborczego – 5,76 proc. Pozostałe ugrupowania nie przekroczyły progu wyborczego. SLD zdobyłoby niecałe 4-proc. poparcia, PSL – 3,27 proc., Wolność – 1,55 proc., Nowoczesna – 1,14 proc., a Razem – 0,15 proc., Ruch Narodowy – 0 proc.
Wniosek: lewico, do roboty!
Radiozet.pl opublikowało też sondaż dotyczący wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wynika z niego, że Koalicja Europejska (PO, Nowoczesna, SLD, PSL) wyprzedziłoby Prawo i Sprawiedliwość. Koalicja Europejska może liczyć na 42,07 proc. głosów, a PiS zdobyłoby 37,59 proc. poparcia ankietowanych. To pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie zajmuje pierwszej pozycji.
Lewico, do roboty!

Jeśli wierzyć słowom papieża Franciszka, papież Wojtyła nakazał kardynałowi Ratzingerowi schować do archiwum okazane mu dokumenty świadczące o nadużyciach seksualnych i ekonomicznych w Kościele. Jeśli by to było prawdą, to znaczy, że z premedytacją krył przestępców, ergo – był kryminalistą.

Polska jednym wielkim escape roomem. Pole grząskiego błota oddziela mieszkańców niedawno zamieszkanych bloków przy alei Polski Walczącej w Warszawie od najbliższego utwardzonego traktu. Czy o to Polska Walczyła?

Syn Józefa Kurasia „Ognia” chce zarobić milion złotych plus 50 tysięcy ekstra na zbrodniczej przeszłości swojego tatusia. Sąd jednak póki co oddalił pozew, acz uzasadnienie tej decyzji jest cokolwiek niejasne i zawiłe

A na kłopoty ze Srebrną, Andruszkiewiczem i ofensywą Biedronia PiS ma jak zwykle jedno, do bólu przewidywalne lekarstwo, a raczej probiotyk: zatrzymania przez ABW, ostatnio wśród byłych z Orlenu. Co za nudziarze!

Wiosna Biedronia

Z dużej chmury mały deszcz. Tak w skrócie można opisać konwencję nowej partii politycznej byłego prezydenta Słupska. Show, owszem, było, ale zabrakło zarówno konkretów jak i wielu ważnych aspektów dotyczących polityki gospodarczej jak i zagranicznej.

Od kilku miesięcy Robert Biedroń podnosił napięcie. Na Torwarze zaprezentował się jako pełnokrwisty lider, pełen werwy i wiary w to, co mówi. Ewidentnym minusem jako założeń programowych- głównie jednak światopoglądowych, jak świeckie państwo, aborcja, prawa kobiet- był brak przedstawienia koncepcji z czego zrealizuje swoje plany, takie jak gwarantowana emerytura w wysokości 1600 zł. Co więcej, nie przedstawił swojego ekonomicznego lidera, choć przedstawiał takich od polityki edukacyjnej, samorządowej czy do spraw przedsiębiorczości. Mając na uwadze fakt, iż z wielką ochotą Robert Biedroń korzystał z pomocy i rady Leszka Balcerowicza, można mieć wątpliwości co do prospołecznego kierunku jego działalności.
Nie od dziś wiadomo, że nie ma wysokiego socjalu bez wysokich podatków. Socjaldemokratyczna polityka społeczna może być realizowana tylko tam, gdzie istnieje progresywny system podatkowy. W programie Roberta Biedronia nie ma ani słowa o tym, jaki w przyszłości miałby on być. Noe było również nic o prawach pracowniczych, było za to o pomocy i ułatwieniach dla przedsiębiorców. Jest za to coś, co było już w programie Ruchu Palikota: Likwidacja ZUS i KRUS. Jest na szczęście postulat zwiększenia podniesienia nakładów na opiekę zdrowotną. To jednak zrobił już PiS. Kontrowersyjny jest również pomysł odejścia od węgla do 2035 roku. Walka ze smogiem jest polską racją stanu, ale należy to robić z głowy i bez demagogii. Likwidacja smogu nad Polską wymaga przede wszystkim likwidacji źródeł niskiej emisji, przeprowadzenia na szeroką skalę termomodernizacji budynków, zwiększenia podaży ciepła systemowego do gospodarstw domowych, a tam gdzie to niemożliwe – wymiany obecnie używanych urządzeń grzewczych na ekologiczne. Robert Biedroń zarzucił również górnikom typową liberalną nagonkę stwierdzając, iż „rząd dopłaca rocznie 10 mld zł rocznie- to 10 tys zł na każdego górnika”. Ta bzdura wymaga jednak komentarza. Według raportu NIK w latach 2007-2015, a więc w najgorszych pod względem zarządzania latach dla polskiego górnictwa, kiedy kopalnie osiągnęły skumulowaną stratę netto ponad -1,1 mld zł, całkowita pomoc dla górnictwa wyniosła 7,3 mld zł. Nie rocznie, lecz niemal za całą dekadę. W tym samym okresie górnictwo wniosło w formie różnych płatności publicznoprawnych kwotę 64,5 mld zł. To zatem nie my dokładamy do górnictwa, to górnictwo generuje olbrzymie zyski. Dziś energetyka węglowa jest polską racją stanu. Nie ma bowiem na razie szans na rozwinięcie na wielką saklę alternatywnych źródeł energii. Odejście od węgla jest potrzebne, ale nie można robić tego, co z górnictwem zrobiła w Wielkiej Brytanii premier Margaret Thatcher, spychając olbrzymie rzesze górników na bruk.
Nie wiem dlaczego były poseł Ruchu Palikota nie poruszył spraw dotyczących polityki międzynarodowej i miejsca Polski w Unii Europejskiej. Sprawa tym bardziej aktualna, bowiem już w maju wybory do Parlamentu Europejskiego. W jakiej frakcji zasiedliby posłowie i posłanki Wiosny? Tego nie wiemy. A to ważne, bowiem w PE rządzą europejskie rodziny. Czy bliżej Biedroniowi do Partii Europejskich Socjalistów, czy Europejskich Liberałów? Jaką w ogóle wizję wspólnoty ma Robert Biedroń? Jakie relacje z USA? Jak rozwiązać pasywne stosunki z Rosją? Oprócz tych tematów zabrakło spraw związanych z kulturą. Wiadomo, to temat bardzo niewygodny. Każdy oczywiście podkreśla potrzebę ich zwiększenia, ale jak jest, widzimy wszyscy. Robert Biedroń nie odniósł się również do bardzo ważnego tematu, zwłaszcza dla tradycyjnego lewicowego elektoratu, czyli polityki pamięci. Kuriozalna z kolei była jego deklaracja, iż wystartuje w wyborach do PE i natychmiast odda mandat. To wyborcze oszustwo. Jaki ma bowiem sens głosować na kogoś, kto za chwilę nie będzie nas reprezentować?
Robert Biedroń ma ogromną szansę wejść zarówno do PE jak i krajowego parlamentu. Odbierze trochę wyborców PO, Nowoczesnej i Kukizowi. Być może skusi czymś nowych wyborców, którzy zagłosują po raz pierwszy. Jego program jednak nie jest lewicowy a sam polityk ucieka od określenia własnej tożsamości. Trendem ostatnich lat w polskiej polityce jest jakaś nowa formacja bądź formuła partii politycznej. Był Palikot, Petru i Kukiz. Teraz czas na Roberta Biedronia i jego Wiosnę. Na lewicę jednak w Polsce przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Niczego nie będę przebijał WYWIAD

„Nasze radne i radni zostaną zobowiązani do stosowania zasady: więcej inwestycji w człowieka, mniej inwestycji w infrastrukturę”. Z Włodzimierzem Czarzastym podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy rozmawia Aleksandra Gieracka z Interii.pl (rozmowa we fragmentach).

 

Aleksandra Gieracka, Interia: Na niedzielnej konwencji PiS przedstawił „piątkę” propozycji na wybory samorządowe, Grzegorz Schetyna zapowiedział, że Koalicja Obywatelska zaproponuje w sobotę „sześciopak”. A SLD?

Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD: – Nie ścigam się z nimi, nie ma takiej potrzeby. Nie przedstawię siedmiopaku. Z najnowszych sondaży, przeprowadzonych przez IBRiS wynika, że bez SLD nie będzie możliwości utworzenia koalicji w ośmiu województwach. Cieszę się z tych wyników. Ściganie się o to, kto więcej obieca bez żadnego pokrycia finansowego, kto więcej naopowiada bzdur, nie jest dobrym mechanizmem. Niczego nie będę przebijał.

 

Wokół jakich haseł będzie koncentrowała się kampania SLD?

– Uważamy, że nie ma Polski demokratycznej bez silnego samorządu. PiS może różne rzeczy opowiadać, ale jak można powiedzieć, że tylko samorządy, w których będą rządzili, dostaną wsparcie od rządu, a te, w których nie będą rządzili, nie dostaną? Jakie to jest wyobrażenie o samorządności? PiS ma wizję państwa scentralizowanego, wszystkie sprawy związane ze społeczeństwem obywatelskim mają głęboko w nosie. Nasze radne i radni, którzy zdobędą mandaty, zostaną zobowiązani do stosowania zasady „więcej inwestycji w człowieka, niż w infrastrukturę”.

 

Co konkretnie SLD ma do zaoferowania wyborcom?

– Mamy konwencję 8 września, w sobotę. Wtedy ogłosimy program, jedynki do sejmików i kandydatów na prezydentów.

 

SLD zapowiedziało, że w programie nie będzie wzmianek o krajowej polityce.

– Nie będziemy się odnosili do polityki krajowej, bo to są wybory samorządowe. Jeżeli ktoś wystawia listy w 340 powiatach i w 85 okręgach sejmikowych, to przedstawia też programy w poszczególnych powiatach i województwach. Nie mam jednego programu samorządowego. To, co będzie w poszczególnych powiatach proponowane, to nie jest sprawa partyjnej centrali. Ja nawet nie mam ochoty tego obejmować, bo robią to samorządowcy.

 

Według tygodnika „Wprost”, SLD ma problem ze znalezieniem kandydatów na listy. Działacze w Koszalinie mieli ponoć szukać chętnych do startu na Facebooku.

– „Wprost” ma mniej czytelników niż SLD członków. Głupoty ludzkiej nie ma co komentować.

 

W jakiej formie SLD zamierza w tej kampanii docierać do wyborców?

– Stawiamy na to samo, na co stawiamy od powstania SLD, od 20 lat. Tu się nic nie zmieni.

 

Robert Biedroń „odnowi oblicze polskiej polityki”?

– Niech się rozwija, tworzy struktury. Im więcej Biedronia w polskiej polityce, tym lepiej. Na pewno Biedroń jest lepszy od chadeka Schetyny odświeżonego nowoczesną przyprawą. Trzymamy za niego kciuki. Nie ma wroga na lewicy, jeżeli oczywiście jego program będzie lewicowy.

 

Z Platformą próbowaliście się dogadać przed wyborami i nie wyszło. Nie weszliście do Koalicji Obywatelskiej, nie wystawiliście wspólnego kandydata na prezydenta Warszawy.

– Tam gdzie Platforma była mądra, to wyszło. Mamy wspólną kandydatkę na prezydentkę Łodzi Hannę Zdanowską, która jest z Platformy, mamy kandydata w Lublinie Krzysztofa Żuka, który jest członkiem Platformy, a Platforma dołączyła do naszego kandydata Tadeusza Ferenca w Rzeszowie czy Jacka Sutryka we Wrocławiu. Dogadaliśmy się tam, gdzie Koalicja Obywatelska nie jest pazerna i potrafiła się cofnąć. Paradoksalnie, tam gdzie to nastąpiło, jest szersze porozumienie opozycji. Mogę być partnerem, podmiotem w rozmowach, ale nie będę przedmiotem.

 

Jaki wynik wyborów samorządowych będzie miarą sukcesu SLD?

– Koleżanki i koledzy muszą pracować dzień i noc. Im więcej będą pracowali, tym będzie lepszy. Na rozliczenia przyjdzie czas po wyborach.

 

Całość tekstu na interia.pl