Dobry początek Biedronia

Protest przeciwko zamknięciu szpitala w Nowej Rudzie, zapowiedź powołania rzecznika praw zwierząt, sprzeciw wobec podpisania ustawy kagańcowej – w pierwszych dniach swojej kampanii wyborczej kandydat Lewicy Robert Biedroń „wrzucił” do debaty publicznej więcej tematów, niż jego główni rywale razem wzięci.

A i to nie wszystko, bo europoseł Wiosny zdążył również powtórzyć hasła uwolnienia polskiej szkoły od kościelnej indoktrynacji, poprzez wyprowadzenie lekcji religii z powrotem do sal katechetycznych, a na dodatek oznajmił, że Kościół powinien płacić podatki jak każdy inny podmiot w Polsce.
Biedroń nie ma za sobą ani efektu urzędującego prezydenta, jak Andrzej Duda, ani maksymalnie zmobilizowanej puli wyborców liberalnych, którzy już wiedzą, że ich kandydatką jest Małgorzata Kidawa-Błońska. Kandydat Lewicy nie ma już nawet tego efektu świeżości i nowości, który dodawał mu tyle sondażowych punktów w ubiegłym roku – chociaż niewątpliwy talent do bezpośrednich kontaktów z wyborcami i swoboda w obejściu mu pozostały, co było widać, gdy w otoczeniu sztabowców i doradców rozpoczął zbieranie podpisów pod warszawską stacją metra Centrum. O elektorat będzie musiał walczyć zupełnie dosłownie – ale pomysł na tę walkę jest, podobnie jak mocny sztab wyborczy, do którego zaangażowano najbardziej rozpoznawalne twarze parlamentarnej lewicy.
Świeżo po pierwszej, słupskiej konwencji Biedronia Tymoteusz Kochan pisał na łamach „Dziennika Trybuna”, że kluczem do sukcesu kandydata Lewicy mogą być miasta powiatowe, Polska daleka od metropolii. Ta, na którą spadały kolejne ciosy wraz z upadkiem przemysłu, ograniczeniem liczby województw, migracją do miast. Urodzony w Krośnie, budujący swój prestiż na prezydenturze w Słupsku Biedroń jest jednym z nielicznych – jeśli nie jedynym – kandydatem, który w swoich wystąpieniach jasno odwoływał się do specyficznych doświadczeń z życia poza wielkimi ośrodkami i udowadniał, że wie, jak rozwiązywać tamtejsze problemy. Do tego sytuując je w szerszym nurcie koniecznych zmian. Biorąc udział w demonstracji w obronie szpitala w Nowej Rudzie (woj. dolnośląskie) kandydat nie tylko wyraził solidarność z mieszkańcami konkretnej miejscowości, którzy wraz z likwidacją placówki poniosą poważną stratę, ale też stwierdził, że takich Nowych Rud jest w Polsce bardzo wiele. Zapaść służby zdrowia poza głównymi ośrodkami jest faktem, z którym rząd nie mierzy się w ogóle – podobnie jak ze sprawami służby zdrowia w ogólności. Za rządów PiS zamknięto ponad 300 oddziałów szpitalnych, przypominał Biedroń w związku z wyjazdem do Nowej Rudy.
Lewicowi politycy, pytani o obszary polskiego państwa wymagające pilnej naprawy, zwykli wymieniać jednym tchem, obok służby zdrowia, także mieszkalnictwo i edukację. Z Biedroniem nie jest inaczej (i dobrze). Zapytany 6 lutego w „Sygnałach dnia” o prezydencki program, wskazał te właśnie obszary. Wskazał również, skąd mogłaby pochodzić przynajmniej część pieniędzy na ambitne programy budowy mieszkań czy modernizację polskiej edukacji. – Trzeba opodatkować Kościół sprawiedliwie – oznajmił, mocno wchodząc w problematykę, w której na tle innych kandydatów, katolickich lub mocno katolickich, jest bezkonkurencyjny. I doprecyzował: księża powinni płacić podatki i cła tak samo, jak inni obywatele, a w kościołach mogłyby pojawić się kasy fiskalne. Równie jasne jest stanowisko Lewicy, jeśli chodzi o możliwość nauki religii: tak, ale dla zainteresowanych, nie na terenie państwowej szkoły. Co znamienne, te postulaty, stare i bynajmniej nie szczególnie radykalne, wystarczyły, by część prawych mediów zaczęła histerycznie wołać o „antykościelnej furii”.
Zwróciło to po prawej stronie większą nawet uwagę, niż równie stanowcza i sprawna reakcja kandydata Lewicy na podpisanie tzw. ustawy kagańcowej: gdy tylko media zaczęły informować o tym, że prezydent Duda złożył zapowiadany podpis, Biedroń udał się pod Pałac Prezydencki i jasno wskazał, co jako głowa państwa zrobi dla przywrócenia praworządności. Jednym z pierwszych projektów, jakie zamierza złożyć, korzystając z przysługujących mu prerogatyw, ma być nowelizacja ustawy o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw, w której negatywne skutki PiS-owskiej „reformy” zostaną anulowane (jeśli oczywiście zgodzi się na to Sejm).
Wszystko razem to taktyka, którą dość skutecznie posługiwało się socjaldemokratyczne trójporozumienie przed wyborami parlamentarnymi: poruszać jak najwięcej tematów, przedstawiać pomysły na naprawę w możliwie każdym aspekcie życia w Polsce, umiejętnie równoważyć tematykę tzw. socjalną (usługi publiczne, płace) oraz sprawy światopoglądu (praw człowieka, ale i praw zwierząt, którym prezydent Biedroń przydzieliłby specjalnego rzecznika). I nieważne, że wiele tych zagadnień tylko w ograniczonym stopniu zależy od prezydenta. Polskie kampanie wyborcze od lat nie służą już debacie o tym, co akurat może realnie zrobić głowa państwa, parlament czy samorządy. Dyskutuje się w nich o bieżących bolączkach, nakręca emocje, demonstruje sprawczość i gotowość do bycia z ludźmi (albo przynajmniej skutecznego pozorowania tegoż). Podczas poprzedniej kampanii parlamentarnej Jarosław Kaczyński potrafił kilkoma mocnymi przemówieniami zmusić główne media i całą klasę polityczną do rozmów o płacy minimalnej. Robert Biedroń jest postacią na tyle wyrazistą, że też nie jest bez szans, by narzucać swoje tematy, takie, w których najbardziej merytoryczne i jasno podane propozycje płyną właśnie z lewicy. Wygrać walkę o Pałac Prezydencki będzie trudno, ale zyski na przyszłość mogą być znaczące.