Gospodarka 48 godzin

Głodzenie gastronomii
W branży gastronomicznej w Polsce funkcjonowało (do czasu pandemii) 76 tys. lokali, które wypracowywały prawie 37 mld zł do naszego produktu krajowego brutto. W letnim szczycie sezonowym liczba zatrudnionych wynosiła niemal milion. Jak spróbowała ustalić wywiadownia gospodarcza Bisnode, po dziewięciu miesiącach 2020 roku działalność zawiesiło 4,3 tys. podmiotów – czyli drobny procent wszystkich lokali gastronomicznych. Teraz jednak ma być gorzej. Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej oświadczyła, iż przedsiębiorcy doszli już do granic wytrzymałości finansowej i grozi, że 30 listopada właściciele lokali prewencyjnie wręczą swym pracownikom 200 tys. wypowiedzeń. Ten krok jest reakcją na przeciągający się stan niepewności i brak konkretnych rozwiązań ze strony rządu PiS. IGGP wskazuje, że w przepisach mających pomóc branży, które wciąż są jeszcze w parlamencie, znalazły się niezrozumiałe błędy. W zasadach wsparcia nie uwzględniono np. firm, które działają krócej na rynku niż 12 miesięcy, bo to uniemożliwia im wykazanie ewentualnych strat rok do roku. Nie ma też zapisu dotyczącego pomocy dla firm kateringowych. Branża gastronomiczna zwróciła się do rządu, aby pomoc była przyznawana na podstawie utraty przychodu, co umożliwi skorzystanie z pomocy właścicielom nowych lokali. Dotychczas rządzący nie wzięli tego pod uwagę – wskazuje Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej.

Najem w zadyszce
Pandemia i praca zdalna sprawiły, że zmniejszył się popyt na wynajmowane mieszkania. W rezultacie ceny najmu zaczynają spadać, a liczba internetowych ogłoszeń wynajmu i sprzedaży mieszkań była w październiku 2020 r. większa o prawie jedną trzecią niż przed rokiem. Zdaniem specjalistów z Expandera i Rentiera, być może z inwestycji mieszkaniowych rezygnuje część osób, która kupiła mieszkania z myślą o zarabianiu o najmie – a obecnie nie mogą oni znaleźć najemców. Wzrost liczby ofert wpłynął też na lekkie spadki cen mieszkań używanych. W dziewięciu na szesnaście badanych największych miast ceny spadły. Na spadek cen oprócz wzrostu liczby ofert sprzedaży wpływają także nowe utrudnienia, nakładane w tym roku przez banki przy kredytach hipotecznych. Wiele z banków komercyjnych próbuje ograniczać swoje ryzyko, zaostrzając kryteria kredytowe i tworząc zwiększone rezerwy. Kłopoty z uzyskaniem kredytu oznaczają zaś niemożność kupna mieszkania. Jak podają Expander i Rentier, coraz trudniejsza robi się zwłaszcza sytuacja osób chcących zaciągnąć kredyt hipoteczny przy niskim (10 proc.) wkładzie własnym. Takich ofert jest w Polsce bardzo mało oraz nieustannie rosną ich marże. Przeciętna marża takich kredytów wynosi już 3,17 proc. i jest najwyższa od jedenastu lat. Ceny używanych mieszkań najbardziej spadły w Katowicach – o 3 proc. rok do roku. Analitycy sugerują, że sugeruje, że na zwiększenie motywacji do sprzedaży mieszkań mogą mieć wpływ rosnące problemy gospodarcze Górnego Śląska, czyli tradycyjnie, kopalń węgla kamiennego. Najdrożej jak zwykle jest w Warszawie, gdzie mimo pandemii ceny mieszkań w porównaniu z październikiem 2019 r. wzrosły o 10 proc. Sprzedający chcą średnio 10 945 zł za metr kwadratowy.

Wakacje z bonem

Polski Bon Turystyczny to dodatkowa cegiełka do gigantycznej dziury budżetowej w bieżącym roku.
Bon turystyczny tylko z nazwy jest wsparciem branży turystycznej, podobnie jak Program Rodzina 500 plus tylko z nazwy jest programem prodemograficznym. Tak naprawdę, to program socjalny, który nie tylko jest obciążeniem finansów publicznych, ale wprowadza nierynkowe rozwiązania niepotrzebnie angażujące administrację – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich,.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który oceniał projekt ustawy o Polskim Bonie Turystycznym, zanim weszła ona w życie, zwracał uwagę, że beneficjentami PBT są indywidualni konsumenci, a dopiero pośrednio skorzystają z niego przedsiębiorcy w branży turystycznej – którzy po zarejestrowaniu w systemie teleinformatycznym będą realizować usługi turystyczne opłacane bonem.
Nie wiemy jak wygląda struktura wydatków osób korzystających z PBT. W dodatku rząd nie planuje badań pokazujących skuteczność PBT we wspieraniu branży turystycznej. Tymczasem, jak ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich, jest bardzo prawdopodobne, że część beneficjentów PBT wydała i będzie wydawać na usługi turystyczne 500 zł rządowych dotacji w miejsce swoich pieniędzy, które przeznaczone były na ten cel.
Tym samym branża turystyczna zarobi po prostu tyle samo pieniędzy, ile zarobiłaby bez PBT, tyle że będą one publiczne, a nie prywatne. Rząd, po zakończeniu programu w 2022 r., będzie mógł triumfalnie ogłosić, jakie wsparcie otrzymała branża turystyczna, ile bonów zostało aktywowanych, a ile wykorzystanych. I ile pieniędzy trafiło dzięki PBT do sektora turystycznego.
Natomiast nie będzie wiadomo jaka była skala efektu wypierania pieniędzy prywatnych przeznaczonych na cele turystyczne przez pieniądz publiczny. To sprawia, że branża turystyczna była i jest sceptycznie nastawiona do PBT – wskazuje TEP.
Idea bonu turystycznego jest obarczona wieloma wadami, zarówno społecznymi, jak i prawnymi. Przede wszystkim jest wątpliwe, czy indywidualne urlopy wymagają dotowania przez państwo. Ponadto PBT wspiera pośrednio pandemię COVID-19. W większych skupiskach ludzi, a takimi są ośrodki turystyczne, wirus łatwiej się roznosi – jest więc instrumentem, który sprawia, że wydatki NFZ na walkę z koronawirusem mogą stać się wyższe.
Poza tym, bon jest dodatkowym działaniem o charakterze redystrybucyjnym, na które budżet potrzebuje pieniędzy. Koszt wprowadzania bonu turystycznego, wraz z kosztami obsługi, wyniesie 4 mld zł. Wobec planowanego deficytu budżetowego PBT wydaje się programem co najmniej dyskusyjnym.
Ustawą stworzona została nierynkowa instytucja w postaci PBT, która nie tylko kosztuje naprawdę duże pieniądze, wypiera pieniądz prywatny z rynku turystycznego, ale ingeruje też w funkcjonowanie tego rynku, wprowadzając administracyjne zakazy i nakazy. Koncentruje działania firm branży turystycznej nie na kreatywnym rozwoju biznesu, ale na kreatywności w dostępie do PBT.
Świadczenia PBT nie można sprzedać, można nim natomiast zapłacić za konkretną usługę turystyczną i następnie odwołać swój udział, podając wiarygodny powód, np. chorobę dziecka i ubiegać się o zwrot pieniędzy. W ten sposób cała gotówka trafia z powrotem do osoby, która zarezerwowała wypoczynek – działa to jak „cashback”. Możliwe jest również (w zależności od regulaminu imprezy) przeniesienie imprezy turystycznej, za którą zapłaciliśmy w całości czy w części bonem, na inną osobę, w postaci cesji.
Instytucja PBT, z założenia nierynkowa, może powodować powstawanie czarnego rynku obrotu bonami: zarówno od strony popytowej (wspomniany „cashback”, cesje imprez turystycznych, uzgodnienia pomiędzy posiadaczem bonu i osobą zainteresowaną jego wykorzystaniem), jak i od strony podażowej (powstawanie fikcyjnych ośrodków turystycznych, które będą współpracować z beneficjentami bonów). Wśród podmiotów deklarujących wykorzystanie PBT są między innymi warsztat blacharsko-lakierniczy z myjnią samochodową, biuro rachunkowe, zakład poligraficzny, czy sklep spożywczo-drobiarski.
Polski Bon Turystyczny ma wyraźnie charakter programu socjalnego. Jest kolejnym dużym programem redystrybucyjnym realizowanym w czasach epidemii koronawirusa, gdy potrzeby społeczne są inne niż wakacje. Tworzy dodatkowe koszty administracyjne.
A przede wszystkim nie wspiera branży turystycznej w sposób pozwalający na zwiększenie szans wyjścia przez nią z trudności, w które branża ta wpadła przez lockdown i konieczność zamknięcia działalności w wyniku rozporządzeń Ministra Zdrowia.

Ciuchom brakuje jakości

Polski sektor tekstylny w pierwszej połowie 2020 r. zanotował spadek sprzedaży wynoszący ok. 15 proc.

Branża tekstylno-odzieżowa w Europie warta 205 miliardów EUR nie uniknęła głębokiego spadku gospodarczego, który wstrząsa światem od początku wybuchu pandemii Covid-19. Potężne zakłócenia działalności handlowej i produkcyjnej już w tym roku spowodują spadek sprzedaży detalicznej w europejskiej branży tekstylnej i odzieżowej aż o 19 proc. – przewidują analitycy Euler Hermes. To znacznie większy regres niż w przypadku produktu krajowego brutto, który w tym roku, w krajach strefy euro zmniejszy się najprawdopodobniej o 9 proc. – Przewidujemy, że w 2021 r. dojdzie do odbicia w obrotach o 15 proc., jednak powrócą one do poziomów sprzed kryzysu dopiero w 2023 r. i to zakładając postępującą poprawę globalnej sytuacji epidemicznej oraz wyższe wsparcie finansowego dla gospodarki – prorokuje Aurélien Duthoit, ekspert z Euler Hermes.
Pomimo znacznego wsparcia w postaci różnorodnych programów utrzymywania miejsc pracy, do końca 2021 r. zatrudnienie w branży tekstylno – odzieżowej w Unii Europejskiej zostanie zmniejszone o 8 proc. (czyli o 158.000 miejsc pracy), a zniknąć może 6 proc.firm (około 13.000). W obrotach ogółem branży tekstylnej udział małych i średnich firm jest dwukrotnie wyższy niż średnia w europejskim sektorze produkcyjnym – co czyni ten przemysł bardziej wrażliwym na obecną recesję.
A jak będzie u nas? Polski sektor tekstylny to około 25.000 firm zatrudniających 145.000 osób. Obroty w tej branży wzrosły u na o około 20 proc. na przestrzeni lat 2015 – 2019. Stało się tak dzięki zwiększonemu popytowi i eksportowi do Niemiec. Jednak w okresie od stycznia do maja 2020 sprzedaż polskiego sektora tekstylnego spadła o 15 proc. w ujęciu rok do roku.

-W minionej dekadzie znaczna część produkcji tekstylnej została przeniesiona z zachodu do naszego kraju, a następnie uległa dalszemu przesunięciu do krajów o jeszcze niższych kosztach produkcji, takich jak Ukraina czy Litwa i Bułgaria. Tym niemniej część tej produkcji pozostała i jest to produkcja o wyższej wartości dodanej, w której liczy się jakość. Do tego dochodzą wąskie specjalizacje, takie jak szycie mundurów wszelkiego rodzaju, odzieży roboczej czy tapicerki samochodowej. Ponadto należy dodać produkcję materiałów obiciowych (dla przemysłu meblowego), która – choć może nie w skali włoskiej – odnalazła swoją niszę w naszej dosyć dynamicznej branży meblarskiej. Dynamicznej oczywiście w czasach dobrej koniunktury – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes.
Dziś wspomniana dynamika to już niemal zamierzchła przeszłość. Tym niemniej, są czynniki, które pozwalają przyjąć, że branża ta w europejskiej perspektywie jest tym razem bardziej odporna i konkurencyjna, niż w kryzysie finansowym z roku 2008, przez co ma większe szanse powrotu do normalności. Jest to ustabilizowana równowaga handlowa handlowa na rynku tekstyliów i odzieży w Europie, dynamiczny wzrost produkcji w segmentach, w których europejscy producenci są najbardziej konkurencyjni, postęp w zakresie innowacyjności.
W minionych latach rosnąca sprzedaż odzieży niosła za sobą pewien koszt klimatyczny: branża ta generuje w ujęciu globalnym 10 proc. emisji gazów cieplarnianych ogółem. Ale w przypadku Włoch, zgodne interesy konsumentów, sprzedawców detalicznych i producentów pozwoliły temu krajowi utrzymać upodobanie do odzieży droższej, ale o wyższej jakości i wykonanej lokalnie, co powoduje mniejszy przyrost emisji (choć jak wiadomo, akurat jakość włoskich wyrobów tekstylnych nie powala na kolana).
Miałby to być pożądany kierunek dla całego europejskiego przemysłu odzieżowego – i sposób na szybsze odbicie, powrót na ścieżkę wzrostu sprzed kryzysu oraz na tworzenie nieco bardziej ekologicznej gospodarki.
Jak zwykle w trudnych sytuacjach przedsiębiorcy wyciągają do swoich państw ręce po pomoc finansową. Pojawiają się opinie, iż wsparcie publiczne dla branży tekstylnej pomogłoby w położeniu większego nacisku na jakość niż na ilość. To z kolei mogłoby ograniczyć unijny import odzieży i według prognoz Euler Hermes spowodowałoby 8 proc. wzrostu w obrotach europejskich producentów odzieży. Na takim zwrocie w europejskiej branży tekstylnej mógłby zyskać także polski rynek i rodzime firmy.

Kogo skrzepi podatek cukrowy?

Andrzej Duda wygrał wybory, więc PiS już nie musi odkładać ustaw, bijących Polaków po kieszeni.

Z początkiem 2021 r. wchodzi w życie podatek cukrowy. PiS wymyślił go już w 2019 r. ale nowy podatek wywołał sprzeciw w branży rolno-spożywczej, więc ze względu na wybory, wstrzymano prace nad ustawą mającą go wprowadzić. Jarosław Kaczyński nie chciał bowiem tracić głosów pracowników branży (i ich rodzin).
Wybory już za nami, o głosy wyborców nie trzeba się martwić, więc ustawę sfinalizowano (przy sprzeciwie Senatu), a prezydent podpisał ją 27 sierpnia. Podatek cukrowy ma ratować pękający w szwach budżet państwa. Wprowadzony będzie pod pretekstem „promocji prozdrowotnych wyborów konsumentów”, a oficjalna propaganda głosi, że ma on zmienić nawyki żywieniowe Polaków (ponoć żeby pili mniej słodkich napojów).
Ustawa zakłada wprowadzenie opłaty od napojów słodzonych, podzielonej na część stałą i zmienną. Opłata stała to 50 gr za litr napoju z dodatkiem cukru lub substancji słodzącej, oraz dodatkowo 10 gr za litr napoju z dodatkiem substancji aktywnej (kofeina lub tauryna). Opłata zmienna to 5 gr za każdy gram cukru powyżej 5 gram/100 ml. Planowanym pierwotnie terminem wejścia w życie ustawy był 1 lipca 2020 roku, ale PiS zrezygnował z tej daty, żeby nie zmniejszyć szans Andrzeja Dudy w wyborach odbywających się 12 lipca.
Ważnym elementem nowego podatku są wysokie kary. W przypadku niedokonania wspomniaych opłat w terminie, naczelnik urzędu skarbowego będzie zobowiązany ustalić, w drodze decyzji, dodatkową opłatę (tzw. opłatę sankcyjną) na rzecz państwa.
O rezygnację z podatku cukrowego od miesięcy apelowali przedsiębiorcy z branży rolno-spożywczej. Wskazywali między innymi, że jego przyjęcie spowoduje katastrofalne skutki dla przedsiębiorców i branży spożywczej, w niełatwej już rzeczywistości gospodarczej spowodowanej COVID-19. Przekonywali, że na skutek nowej daniny pracę może stracić kilkanaście tysięcy ludzi.
Przekonywali bezskutecznie, a jedynym wynikiem ich protestów była decyzja PiS, że ustawa zostanie sfinalizowana już po wyborach, by nie szkodzić Andrzejowi Dudzie. Jeśli przedstawiciele branży mieli nadzieję, że PiS rzeczywiście ich wysłuchał i zrezygnował z podatku, to wykazali się duża naiwnością.
„Podatek cukrowy uderzy w wyniszczoną kryzysem branżę spożywczą, odchudzi portfele obywateli, a przede wszystkim zostanie uchwalony z naruszeniem elementarnych zasad legislacji. Prace nad podatkiem cukrowym trwały od grudnia ubiegłego roku i ostatecznie wstrzymane zostały na okres kampanii wyborczej. W trakcie kampanii Pana sztab deklarował, że jest Pan jedynym gwarantem powstrzymania wejścia w życie kolejnych podatków. Wielu przedsiębiorców odebrało tę deklarację jako zapowiedź, że pomysł podatku cukrowego już nie wróci” – tak pisali do Andrzeja Dudy przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Gospodarczym. Dziś dobrze widać, jak skutecznie zostali nabici w butelkę przez rządzących.
Przedsiębiorcy wskazywali, że dyskryminacja polskich producentów jest wpisana w samą konstrukcję podatku cukrowego. Nie zachęca on do zmian receptur na niskocukrowe, a wysoka opłata stała sprawia, że najsilniej dotknięci zostaną producenci napojów konkurujący ceną z globalnymi koncernami. Ich przewaga zostanie zlikwidowana i stracą klientów na rzecz zagranicznych graczy. Podatek cukrowy uderzy zaś w najuboższą cześć społeczeństwa, która boleśniej niż zamożniejsze grupy obywateli odczuje skutki podwyżek – bo producenci oczywiście będą chcieli przerzucić nowe opłaty na konsumentów.
Wytykano również pozorny tylko efekt prozdrowotny tego rozwiązania, podkreślając, że po jego wprowadzeniu spożycie cukru może wzrosnąć (jak stało się np. w Wielkiej Brytanii). Zwracano uwagę, że jedynym realnym rezultatem podatku będzie oddanie części rynku napojów na rzecz zagranicznych koncernów.
W konsekwencji, przedstawiciele branży prosili, aby prezydent: „z całą mocą wykorzystał swoje prerogatywy” i skierował podatek cukrowy do zbadania przez Trybunał Konstytucyjny, bo „tylko w ten sposób może Pan przerwać chaos związany z wprowadzaniem nowych obciążeń w sposób skrajnie nieprzejrzysty i niezgodny z przepisami”.
Ta niezgodność z przepisami polega na tym, że rząd zmienił datę wejścia w życie podatku zapisaną w poprzednim projekcie. Aby to zrobić, musiał znowelizować ustawę, gdy była ona cały czas na etapie prac sejmowych. Taka nowelizacja ustawy jeszcze nieistniejącej jest łamaniem procedur legislacyjnych, ale PiS nie takie procedury i zasady już łamał.
Do Andrzeja Dudy apelowali też poszczególni, więksi producenci, jak np. Jan Kolański,
prezes krajowej grupy Colian. Pisał on: „Panie Prezydencie, jako reprezentant branży napojowej, mając na uwadze losy polskich przedsiębiorców, ale także zdrowie Polaków, apeluję do Pana o zorganizowanie otwartej debaty w sprawie ustawy cukrowej. Jeszcze nie jest za późno!. Rozpocznijmy dialog! Spotkajmy się, by wspólnie znaleźć odpowiedź na pytanie, jak dobrze skonstruować ustawę cukrową, by realnie realizowała dwa cele: zapewniła wpływ środków do budżetu na walkę z otyłością i cukrzycą, a nam – przedsiębiorcom, dała możliwość ocalenia dorobku wielu lat przed bankructwem. Zasiądźmy do stołu. Powołajmy radę ekspertów. Zaprośmy do niej specjalistów: dietetyków, diabetologów, kardiologów, polityków, ekonomistów, prawników. Oddajmy głos przedsiębiorcom z branży napojowej, sokowej, mlecznej, producentom energetyków, browarom. Określmy wysokość podatku na poziomie akceptowalnym dla wszystkich. Nie róbmy podziałów na lepszych i gorszych. Zadbajmy o edukację prozdrowotną, programy dla dzieci w zakresie zdrowego trybu życia, odżywiania, aktywności fizycznej. Panie Prezydencie, to są argumenty, które przemawiają za tym, by przeprocesować ustawę cukrową ponownie w sposób, który przyniesie zamierzony efekt prozdrowotny, a nie tylko fiskalny, skądinąd wątpliwy, ponieważ firmy, które zbankrutują na skutek podatku, przecież nie będą kontrybuować we wpływach do budżetu. Wierzę, że głos przedsiębiorców w końcu zostanie usłyszany i rozpoczniemy dialog społeczny. Doprowadźmy do wprowadzenia efektywnej ustawy prozdrowotnej, która umożliwi rozwój przedsiębiorcom i da nam wszystkim możliwość realnej walki z otyłością i cukrzycą”.
Jak już wiadomo, wszelkie argumenty i apele branży nie wpłynęły na Andrzeja Dudę. Głos przedsiębiorców nie został wysłuchany, ustawa nie została zmieniona, żadnego dialogu, rady ekspertów czy otwartej debaty nie było. Będzie za to nowy podatek.
Polacy spożywają około 51 kg cukru rocznie. Producenci napojów słodzonych, którzy będą płacić podatek cukrowy, dostarczają im około 10 kg cukru. W ostatnich latach konsumpcja cukru stopniowo spadała mimo braku podatku – w 2019 r. zmniejszyła się o 2,5 kg.
Warto też dodać, że przy okazji uchwalania podatku cukrowego wprowadzono zmiany dotyczące małpek – czyli niewielkich butelek wódki i wina, które w ostatnich latach bardzo zasłużyły się na polu upijania Polaków. Uchwalono, że firmy sprzedające małpki w sklepach (czyli przedsiębiorcy sprzedający napoje alkoholowe przeznaczone do spożycia poza miejscem sprzedaży) muszą wnosić opłatę za butelki o objętości nie przekraczającej 300 ml. Będzie to 25 zł od litra stuprocentowego alkoholu, co przykładowo oznacza 1 zł od 100 ml małpki wódki 40-procentowej, 2 zł od 200 ml małpki wódki 40-procentowej i 88 gr od 250 ml małpki wina 14-procentowego.
Tak więc, Polacy najprawdopodobniej przerzucą się na rozpijanie normalnych, dużych, co najmniej półlitrowych flaszek, jak pan Bóg przykazał.

Koronawirus osłabia i wzmacnia koniunkturę

Kilka miesięcy temu przedsiębiorcy z branży hotelowej, restauracyjnej i cateringowej mieli najgorsze nastroje w całej polskiej gospodarce. Dziś są największymi optymistami – choć nie na długo.

Barometr koniunktury na trzeci kwartał bieżącego roku dla sektora HoReCa (hotele, restauracje, firmy cateringowe) wyniósł 55,7 pkt. W porównaniu do pomiaru na drugi kwartał (koniec marca bieżącego roku) wartość tego wskaźnika, obliczanego przez Europejski Fundusz Leasingowy wzrosła niemal dwukrotnie – o 27,1 pkt. To największa dynamika spośród wszystkich badanych sektorów polskiej gospodarki i najwyższy wskaźnik koniunktury wśród nich.
Barometr koniunktury EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (takiego jak wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków, inwestycje w środki trwałe). Wartość głównego indeksu wskaźnika koniunktury dla całej polskiej gospodarki na III kwartał tego roku wyniosła 50,2 pkt. Osiągnięty poziom jest o 17,7 pkt. wyższy niż w drugim kwartale tego roku i jednocześnie najwyższy od III kwartału 2019 r. (52,2 pkt.).
Mimo dużego i uzasadnionego pesymizmu w pierwszym półroczu, nastroje w branży HoReCa są więc obecnie znacząco lepsze, niż w pozostałych elementach gospodarki. Co więcej, ten sektor ocenia swoją najbliższą przyszłość najlepiej od ponad roku – ostatnio lepszy wynik został odnotowany w drugim kwartale 2019 roku.
Na tak dobry wynik największy wpływ miało letnie ożywienie w krajowym ruchu turystycznym i korzystne prognozy dotyczące sprzedaży.
Prawie 54 proc. hoteli, restauracji i firm cateringowych prognozuje wzrost zamówień od lipca do września br., podczas gdy tylko co czwarty zapytany spodziewa się zmniejszenia obrotów. Jest to zdecydowanie odmienny obraz od tego z końca marca i początku kwietnia, kiedy ponad 81 proc. przedstawicieli HoReCa obawiała się mniejszej sprzedaży, a na jej wzrost liczyło zaledwie 3 proc. zapytanych.
Wówczas hotelarze, restauratorzy i przedstawiciele firm cateringowych, obok sektora usług, najbardziej pesymistycznie wyobrażali sobie swoją przyszłość. Teraz jest odwrotnie. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na płynność finansową, której poprawienia spodziewa się 30 proc. przedsiębiorców, również najwięcej wśród sektorów gospodarki. Natomiast na duże odbicie w inwestycjach jeszcze nie ma co liczyć – zdecydowana większość zapytanych (87 proc.) uważa, że pozostaną one na niezmienionym poziomie co ostatnio. Tym niemniej, w związku z poprawą koniunktury 18,8 proc. przedsiębiorców wyraża większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (kredyty i pożyczki).
O poprawie nastrojów w branży HoReCa może świadczyć także fakt, że więcej przedstawicieli tego sektora twierdzi, że kondycja ich biznesów mimo wciąż trwającej pandemii, w ciągu kolejnych sześciu miesięcy poprawi się, niż pogorszy (42,5 proc. wobec 39 proc.). Tutaj również grupa optymistów jest najliczniejsza wśród wszystkich sektorów polskiej gospodarki. – HoReCa to jeden z sektorów, dla którego objawy infekcji spowodowanej COVID-19 w perspektywie długoterminowej mogą okazać się najbardziej widoczne. Do dziś, pomimo zniesienia wielu obostrzeń, wiele restauracji, kawiarni, barów, hoteli czy pensjonatów nie funkcjonuje tak jak miało to miejsce przed wybuchem pandemii. Najpewniej dlatego tak wielu przedstawicieli tego sektora twierdzi, że najpoważniejszym skutkiem trwającego kryzysu będą upadki działalności gastronomicznych i hotelarskich. Z drugiej strony, sami zainteresowani widzą nie tyle światełko w tunelu, co reflektor, o czym świadczy najwyższa od ponad roku wartość branżowego indeksu. Na założenie różowych okularów przez restauratorów i hotelarzy z pewnością wpłynęły trzy czynniki. Pierwszy – pomoc finansowa w ramach tarczy antykryzysowej. Po drugie – trwający sezon wakacyjny, w którym polska turystyka pozostaje bezkonkurencyjna wobec zagranicznych ofert. Po trzecie, uruchomienie bonów, które mają na celu pobudzenie turystycznej gałęzi polskiej gospodarki – zwraca uwagę Radosław Woźniak, prezes EFL.
Koronawirus w połączeniu z decyzjami rządu najpierw doprowadził wiele hoteli, restauracji i firm cateringowych na skraj upadku, by potem, za sprawą letniego boomu krajowych wyjazdów turystycznych Polaków, wyrównywać poniesione straty. Jego wpływ jest jednak niszczący i podważa wszelkie plany biznesowe. Aż 73,8 proc. przedsiębiorców z sektora hotelarskiego, restauracyjnego i cateringowego uważa, że koronawirus będzie mieć zdecydowanie niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację ich firmy (to również najwyższy pesymizm wśród wszystkich sektorów gospodarki).
Nadal też w branży HoReCa najwięcej ankietowanych, wśród wszystkich badanych sektorów gospodarki, twierdzi, że pandemia koronawirusa spowoduje zamykanie biznesów hotelarskich i gastronomicznych (tak uważa 50 proc.).
Pod koniec maja 67 proc. zapytanych liczyło na uporanie się ze skutkami kryzysu do końca przyszłego roku, pod koniec czerwca – już tylko 39 proc. Więcej respondentów natomiast uważa, że nastąpi to w ciągu najbliższych dwóch – trzech lat (35,5 proc. wobec 27 proc. w maju) lub jeszcze później w następnych latach (19 proc. , gdy w maju nikt tak nie myślał).
Oznacza to, że w porównaniu do wyników z wiosny tego roku, hotelarze, cateringowcy i restauratorzy są mniej optymistycznie nastawieni, jeśli chodzi o czas powrotu do pełnej koniunktury. To zaś może poddawać w wątpliwość, czy jej obecna poprawa okaże się trwała.

Meblarze liczą na wsparcie

Nasza sztandarowa gałąź przemysłu musiała raptem zwolnić – i teraz próbuje wyjść z pandemicznego impasu.
Każdy tydzień trwającej pandemii przynosi dotkliwe straty dla polskiej branży meblarskiej. Produkcja została zatrzymana bądź znacznie ograniczona, sklepy meblowe były zamknięte do maja, popyt jest mniejszy niż w ubiegłym roku, a firmy w dalszym ciągu walczą o przetrwanie. Głównym problemem dla polskich przedsiębiorstw produkujących meble jest właśnie ograniczenie popytu zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Nagle nasze firmy musiały stawić czoło niespotykanym dotąd wyzwaniom, takim jak utrzymanie stabilności, ochrona miejsc pracy, ale i całych społeczności.związanych z branżą. W związku z tym producenci mebli oczekują systemowego wsparcia od administracji państwowej.
Ta gra jest warta świeczki, gdyż przemysł meblarski w Polsce jest bardzo rozwinięty – byłoby więc szkoda, gdyby padł w starciu z pandemią. Nasz kraj jest największym w Europie eksporterem mebli (a drugim na świecie za Chinami). Firmy meblarskie wypracowują ok. 3 procent polskiego produktu krajowego brutto. W tej branży pracuje prawie 180 tys. osób. Najnowszy angielskojęzyczny katalog eksportowy naszego przemysłu meblarskiego liczy 88 stron, a swą ofertę prezentują w nim polskie marki, które już są rozpoznawalne na całym świecie.
Bieżący rok miał stanowić kolejny okres ekspansji mebli z Polski. Prognozy mówiły, iż wartość sprzedaży w 2020 r. wzrośnie o 5 – 6 proc. Koronawirus pokrzyżował jednak te oczekiwania. Podczas walnego zgromadzenia członków Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli branża przedstawiła swoje oczekiwania pod adresem władz.
Pierwszym postulatem przemysłu meblarskiego wobec rządu jest przeprowadzenie i sfinansowanie skoordynowanej akcji promocyjnej polskich mebli na rynkach zagranicznych, na przykład w USA. Za jej organizację powinny być odpowiedzialne izby gospodarcze, mające wiedzę i ludzi do realizacji takich zadań. Chodzi m.in. o targi, misje gospodarcze, materiały reklamowe czy zatrudnienie ekspertów ze wskazanych rynków zagranicznych.
Najbliższą okazją do podjęcia podobnych działań będzie polska obecność na wielkich amerykańskich targach meblarskich w High Point w październiku 2020 r. (oraz na następnej edycji tych targów w kwietniu 2021), co pozwoliłoby na systematyczne budowanie korzystnych relacji z partnerami biznesowymi i tworzenie pozytywnego wizerunku naszej branży meblarskiej.
Warto tu dodać, że, przykładowo, w ubiegłym roku zawarte zostało porozumienie pomiędzy OIGPM a Ukraińskim Stowarzyszeniem Meblarzy. Porozumienie ma na celu właśnie budowanie partnerstwa i dobrej współpracy pomiędzy stroną polską a ukraińską
Ważne byłoby także przygotowanie narzędzi, wspierających prowadzenie działalności eksportowej przez nasz przemysł meblarski. Duże znaczenie pomocowe miałoby tu wprowadzenie ulg podatkowych dla zgrupowań firm eksportujących meble. Pożądane byłoby bowiem zawiązywanie grup sprzedażowych, przejmowanie oraz budowanie własnych struktur handlowych na rynkach zagranicznych, tworzenie tam polskich centrów logistycznych.
Jan Szynaka, prezes OIGPM, zwrócił uwagę na to, że ze strony samorządów brakuje niestety dobrych chęci jeśli chodzi o odroczenia podatku od nieruchomości lub zwolnienia z niego. To istotna pozycja w kosztach branży, bo przedsiębiorstwa meblarskie zajmują zwykle dość znaczne obszary. Także w przypadku banków (w tym nawet państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego mającego przecież stymulować gospodarkę) wsparcie jest znikome.
Kolejny postulat dotyczy stworzenia i uruchomienia programu zachęt do zakupów mebli przez klientów indywidualnych – żeby ożywić popyt. Można by to osiągnąć poprzez np. różnego rodzaju „bony” wartościowe dla nabywców, obniżenie podatku VAT na meble czy wprowadzenie ulg podatkowych na zakup mebli i wyposażenia wnętrz. Wartoby też włączyć wyposażenie jako standardowy element mieszkań oferowanych w programie Mieszkanie Plus (koszt mebli byłby rozłożony w ratach czynszowych).
Te propozycje producentów mebli wydają się już jednak zbyt utopijne. Trzeszczący w szwach budżet państwa nie wytrzyma wprowadzenia jakichkolwiek ulg podatkowych, choćby miały przynieść w przyszłości nie wiadomo jakie korzyści. Program Mieszkanie Plus okazał się zaś zwykłą propagandową lipą, o której rządzący nie chcą już mówić.
Inne rekomendacje Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli to między innymi stworzenie i uruchomienie kampanii promocyjnej polskiego meblarstwa w telewizji publicznej, zachęcającej do zakupu mebli; finansowe wspieranie przez instytucje państwowe (takie jak BGK) ubezpieczeń transakcji handlowych; stworzenie i uruchomienie oferty tanich pożyczek dla mniejszych firm, które nie prowadzą pełnej księgowości; zawieszenie obowiązku naliczania składek na pracownicze plany kapitałowe przez podmioty, które są do tego zobowiązane.
OIGPM interweniowała również w sprawie planowanej zmiany w ustawie o odnawialnych źródłach energii. Chodzi o projekt finansowego traktowania drewna przemysłowego tak jak energetycznego – co grozi powtórzeniem sytuacji z 2004 roku, kiedy to ceny drewna wzrosły prawie dwukrotnie. Systemy wsparcia spalania biomasy mogą zaś doprowadzić do znacznych podwyżek kosztów drewna dla przemysłu meblarskiego już w 2021 r.
Dużo tych propozycji wsparcia, formułowanych przez branżę – ale duże jest także znaczenie przemysłu meblarskiego dla polskiej gospodarki.

Leasing potrzebuje czasu na odbudowę

Pandemia koronawirusa jest bardzo destrukcyjna na tak elementarnym poziomie jak nastroje społeczne i zaufanie do przyszłości. Mocno uderza w ufność konsumencką, a przez to w konsumpcję prywatną i plany inwestycyjne przedsiębiorców.
Polska branża leasingowa na uzyskanie poziomu finansowania sprzed kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa będzie wymagała więcej czasu niż miało to miejsce po upadku banku Lehman Brothers w 2008 r. Wówczas na powrót do wyniku przedkryzysowego potrzebowaliśmy 4 lat. Tym razem wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe może przekroczyć poziom z 2019 roku dopiero w 2025 roku.
Zakładamy, że w 2020 roku nasza branża udzieli finansowania w wysokości ponad 51 mld zł, czyli o 34 proc. mniej niż rok wcześniej. Dodatnią dynamikę rynku leasingu powinniśmy zobaczyć już na początku 2021 roku, jednak w przyszłym roku wartość sfinansowanych środków trwałych przez firmy leasingowe będzie znacznie niższa niż w 2019 roku. Sytuacja będzie rozwijać się podobnie do tej podczas kryzysu finansowego po upadku banku Lehman Brothers w 2008 roku. Wówczas rynek leasingu w Polsce potrzebował 4 lat, aby odrobić straty – wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe dopiero w 2013 roku przekroczyła poziom z 2008 roku.
Dzisiaj widzimy, jak uderzenie COVID-19 jest niszczące dla naszej gospodarki. Przede wszystkim pokazują to wyniki sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej za kwiecień, gdzie w obu przypadkach spadki znacznie przekroczyły 20 proc. w ujęciu rocznym.
Pandemia koronawirusa jest bardzo destrukcyjna na tak elementarnym poziomie jak nastroje społeczne i zaufanie do przyszłości. Mocno uderza to w ufność konsumencką, a przez to w konsumpcję prywatną i plany inwestycyjne przedsiębiorców.
Jakby tego było mało, w najbliższych latach mamy splot kilku, niesprzyjających dla branży leasingowej czynników. Przede wszystkim zaakceptowany przez Parlament Europejski tzw. Pakiet Mobilności będzie długotrwałym czynnikiem ograniczającym rozwój polskich firm transportowych. A finansowanie branży transportowej jest istotnym obszarem działalności firm leasingowych.
Po drugie, powoli będziemy kończyć perspektywę unijną 2014-2020. Wydatkowanie będzie trwało co prawda do 2023 roku, ale już przy coraz niższych rozmiarach inwestycji współfinansowanych z Unii Europejskiej.
I na koniec, widzimy jak ogromna jest skala środków pomocowych uruchamianych przez rządy państw europejskich. To w perspektywie dwóch – trzech lat doprowadzi do dużych napięć budżetowych, a w rezultacie do istotnego spowolnienia, a być może nawet do niewielkiej recesji w strefie euro.
W związku z tym zakładamy, że w kolejnych latach tempo rozwoju rynku leasingu pozostanie umiarkowane, a poziom finansowania z 2019 roku (77,8 mld zł) może zostać osiągnięty nawet dopiero w 2025 r.

Zostanie tylko piana?

Produkcja i sprzedaż piwa w Polsce stoją w obliczu najgłębszego załamania w historii. Chłodne lato będzie ostatnim gwoździem do trumny.

Branża piwowarska narzeka – i wskazuje, że izolacja społeczna, całkowite zamknięcie gastronomii oraz ograniczenia w sklepach negatywnie wpłynęły na sytuację w branży piwowarskiej. Zamknięci w domach Polacy rzadziej sięgają bowiem po piwo.
Według danych członków Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego sprzedaż piwa już w pierwszych tygodniach trwania epidemii (marzec 2020) była niższa o ok. 4,5-5 proc. w porównaniu do takiego samego okresu roku ubiegłego. To sprawia, że tradycyjnie rozpoczynający się o tej porze sezon piwny w tym roku stoi pod dużym znakiem zapytania.
Piwa nie ma w koszyku produktów pilnej potrzeby. Pierwsza fala zakupów spożywczych, podczas której Polacy, w obawie przed zakłóceniami w dostawie towarów masowo wykupywali najpotrzebniejsze produkty, już jest dawno za nami. Ale nawet wtedy kategoria piwa odnotowała niewielki spadek. Według Centrum Monitorowania Rynku, wolumen sprzedaży piwa w marcu w sklepach małego formatu (do 300 m2) spadł o około 6 proc. w stosunku do marca roku ubiegłego. Nastawienie Polaków na oszczędzanie, w połączeniu z obostrzeniami rządu – ograniczeniem liczby klientów w sklepie, wyznaczonymi godzinami zakupów dla seniorów – powodują, że klienci zaglądają do sklepów rzadziej. Jeśli zdecydują się na zakupy, to zapełniają swoje koszyki podstawowymi produktami spożywczymi lub higienicznymi. A nie piwem – ubolewa branża.
Piwo nie smakuje w samotności. Przedstawiciele branży piwowarskiej podkreślają, że piwo to napój tradycyjnie kojarzony z okazjami towarzyskimi, różnego typu imprezami, zarówno na świeżym powietrzu jak i w lokalach, czy po prostu spotkaniami z przyjaciółmi.
Piwo to napój wybierany z reguły na spotkania w gronie znajomych. Teraz, kiedy z powodu narodowej kwarantanny wspólne celebrowanie nie jest możliwe, Polacy rzadziej sięgają w sklepie po napój z pianką. Jak wskazuje branża, twarde dane dotyczące sprzedaży stoją w sprzeczności z powielanymi gdzieniegdzie opiniami, jakoby izolacja sprzyjała konsumpcji piwa. W istocie, upijanie się do lustra to raczej domena wódek. Nowe zachowania zakupowe i brak możliwości spotkań towarzyskich to nie jedyne bolączki producentów piwa.

– Zamknięcie lokali gastronomicznych, hoteli i barów, to także bardzo istotne wyzwanie stojące przed branżą. Wszystko to prawdopodobnie przełoży się negatywnie na wielkość spożycia piwa w tym roku – mówi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny stowarzyszenia Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. – stowarzyszenie Generalny ZPPP – Browary Polskie
Tak więc, tegoroczny podmuch wiosny nie jest dla piwa.
Mimo coraz ładniejszej pogody, spotkania przy grillu czy w piwnych ogródkach nie będą możliwe. Dwie największe imprezy sportowe tego roku, Mistrzostwa Europy w piłce nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie, na które tak bardzo liczyli browarnicy w Polsce, zostały przełożone. Odwołane zostały także wszystkie imprezy masowe i wydarzenia plenerowe: koncerty, festiwale piwne czy rozgrywki sportowe, które są naturalnymi kontekstami do konsumpcji piwa.
Po wybuchu pandemii koronawirusa w niezwykle trudnej sytuacji znalazły się browary regionalne i rzemieślnicze, kraftowe. Wołają one o ratunek. Jest ich w Polsce ponad 300. Wszystkie są w znaczącym stopniu lub wręcz całkowicie uzależnione od sprzedaży w pubach, barach i restauracjach. Zamknięcie lokali gastronomicznych sprawiło, że obroty małych browarów obniżyły się znacząco, a w niektórych przypadkach spadły do zera.
Przedstawiciele tego segmentu rynku starają się przetrwać trudny okres i formułują konkretne postulaty wobec rządzących:

– Duży segment rynku, który obsługiwaliśmy, z dnia na dzień został wyłączony. Bardzo pomogłoby nam umożliwienie przez rząd sprzedaży piwa przez Internet – podkreśla Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.
Ze swej strony branża deklaruje, że na każdej etykiecie piwa będzie pełny skład i liczba kalorii. Wiele browarów rzemieślniczych stoi na skraju bankructwa i tylko szybkie, zdecydowane ruchy ze strony rządzących są w stanie uratować je przed całkowitą likwidacją.

-Dlatego apelujemy, byśmy mogli sprzedawać on-line i aby sprzedaż zdalną oraz z dostawą do domu mogły realizować wszystkie podmioty posiadające już jakiś rodzaj zezwolenia detalicznego. Tego rodzaju pomoc byłaby całkowicie bezkosztowa dla budżetu państwa – dodaje Marek Kamiński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Browarów Rzemieślniczych.
Przedstawiciele branży piwnej podkreślają, iż rozumieją, że rząd ma w tej chwili wiele pilnych kwestii i problemów do rozwiązania. Ale bez wsparcia dla małych, rodzimych firm, którym grozi bankructwo, w naszej branży za kilka miesięcy nie będzie już czego ratować – mówią zgodnie.

Hekatomba wśród najdrobniejszych

Koronawirus w połączeniu z decyzjami rządu spowodował, że od początku tego roku już 100 tysięcy polskich mikroprzedsiębiorstw zawiesiło działalność gospodarczą.
W marcu wraz z rozwojem pandemii COVID-19 na zawieszenie działalności zdecydowało się prawie 36 tys. przedsiębiorców indywidualnych posiadających najmniejsze firmy, zatrudniające do 9 osób. W pierwszych siedmiu dniach kwietnia taką decyzję podjęło już 22 tys. właścicieli z tej grupy firm. Tym samym, w ciągu kilku tygodni osiągnięty został już poziom 60 proc. wszystkich zawieszeń najmniejszych firm, odnotowany w roku 2019.
Na wprowadzonych przez rząd ograniczeniach najbardziej ucierpieli fryzjerzy i kosmetyczki, właściciele obiektów noclegowych, a także organizatorzy szkoleń i zajęć sportowych – wynika z analizy rynkowej przygotowanej przez serwis BNF.pl na podstawie informacji dostępnych w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej.
Statystycznie właściciele firm najczęściej decydują się na rozpoczęcie, zakończenie bądź wstrzymanie działalności w pierwszym dniu kolejnego miesiąca. Najświeższe dane pochodzące z pierwszych siedmiu dni kwietnia już teraz pokazały wyraźnie, że pod względem liczby zawieszeń działalności, obecny miesiąc będzie najgorszym od początku roku. O ile w pierwszym dniu lutego i marca, a więc jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa w Polsce, zawieszono 8-10 tys. firm, to tylko 1 kwietnia liczba ta wzrosła do niemal 20 tys.
Z danych CEIDG wynika również, że na decyzje podjęte przez przedsiębiorców bezpośredni wpływ miały środki zapobiegawcze podjęte przez polski rząd. Po konferencji premiera z piątku 13 marca br., na której ogłoszono wprowadzenie w Polsce stanu zagrożenia epidemiologicznego, liczba zawieszanych działalności wzrosła lawinowo. W poniedziałek 16 marca na wstrzymanie swojej działalności zdecydowało się ponad 2,5 tys. firm, a przez całą drugą połowę miesiąca liczba ta kilkukrotnie dochodziła do tysiąca dziennie.
Wzrost liczby zawieszeń widać praktycznie we wszystkich grupach branżowych. Patrząc na wyniki kwartalne w ujęciu bezwzględnym, najwięcej „zamrożonych” firm zaobserwować można kolejno w branży handlowej, budowlanej i transportowej, jednak tylko w tej ostatniej liczba wstrzymanych działalności była w marcu wyraźnie wyższa niż w pierwszym miesiącu roku. Z kolei porównując dane za poszczególne miesiące pierwszego kwartału, widać, że epidemia wyraźny wpływ wywarła na firmach sklasyfikowanych jako placówki edukacyjne i firmy szkoleniowe, obiekty noclegowe, restauracje i bary, różnego rodzaju drobne usługi oraz obiekty kulturalne i sportowe. To właśnie te firmy zdecydowanie najczęściej zamykano w marcu.
Za grupę najbardziej poszkodowanych polskich przedsiębiorców w związku z wybuchem pandemii koronawirusa uznać należy właścicieli salonów fryzjerskich i kosmetycznych. W marcu na zawieszenie swoich działalności gospodarczych zdecydowało się aż 1612 osób z tej grupy, czyli ponad trzy razy więcej niż w styczniu. Paraliż gospodarki szybko odbił się również na kondycji finansowej właścicieli hoteli, pensjonatów i apartamentów przeznaczonych do wynajmu krótkoterminowego. W dwóch pierwszych miesiącach roku liczba zawieszonych działalności w tej grupie przedsiębiorców wyniosła odpowiednio 201 i 255, w marcu natomiast urosła już do 1043.
Według danych, trzecią grupą przedsiębiorstw w największym stopniu dotkniętą obecnym kryzysem jest branża szkoleniowa. Wyraźne problemy widać wśród podmiotów organizujących zajęcia sportowe i rekreacyjne, czyli m.in. szkół tańca, jazdy konnej czy sztuk walki oraz indywidualnych instruktorów i trenerów sportowych. Taki sam trend widać też wśród szkół i lektorów języków obcych. W styczniu i lutym liczba zawieszeń w tej grupie przedsiębiorstw nie przekroczyła 100, ale w ubiegłym miesiącu zbliżyła się już do 500.
W CEIDG figuruje około 500 tysięcy przedsiębiorstw z zawieszoną działalnością gospodarczą, a około 160 tysięcy stanowią firmy zawieszone w całym 2019 roku. Na tym tle ponad 100 tysięcy wniosków o zawieszenie działalności, które wpłynęły już do CEIDG od początku roku, to prawdziwa lawina. Pomimo kontrowersji, jakie budzi wśród przedsiębiorców tarcza antykryzysowa, możliwość uzyskania zwolnienia ze składek ZUS w najbliższych trzech miesiącach może osłabić ten trend. Dla wielu mikroprzedsiębiorców to właśnie konieczność opłacania składek bez względu na osiągane przychody, stanowi główną motywację do wstrzymywania działalności w trudniejszym okresie.

Zanim się spotkają

Branża spotkań i imprez biznesowych w naszym kraju musiała wstrzymać działalność – a przyszłość jest niewiadoma.

W marcu i kwietniu zostało odwołanych ponad 97 proc. wszystkich planowanych spotkań biznesowych i wyjazdów. Te, co się w ogóle odbyły, miały miejsce w pierwszych dniach marca. Takie dane przynosi analiza wyników badania przeprowadzonego wśród członków Stowarzyszenia Branży Eventowej.
Stowarzyszenie, w związku z kryzysem wywołanym przez COVID-2019, zaprosiło swoich członków do udziału w badaniu, mającym pokazać sytuację firm z branży eventowej (organizatorów spotkań biznesowych, konferencji i wyjazdów) w dobie koronawirusa. W badaniu zainteresowano się kwestiami dotyczącymi ilości i wartości straconych zleceń w marcu i kwietniu oraz kroków, jakie firmy zdecydowały się podjąć w związku z utratą lub zagrożeniem utraty płynności finansowej.
Wyniki były zgodne z oczekiwaniami. Respondenci zapytani o ilość odwołanych zleceń w marcu jednogłośnie zaznaczyli ogromną skalę tego zjawiska. Wśród odpowiedzi procentowych, było to między 90 a 100 proc. wydarzeń. Wymieniono łącznie aż 423 odwołane realizacje. Analiza kwietnia przyniosła podobne prognozy, choć jeszcze bardziej negatywne, gdyż w widełkach 95 – 100 proc. odwołanych wydarzeń, a także wykazała wiele realizacji niepewnych lub przenoszonych na inny termin.
Wielkość strat na razie trudno policzyć. 30 lokalnych firm z branży eventowej swoje prognozowane straty w przychodach określiło wstępnie na łącznym poziomie ponad 19 mln zł, co pokazuje skalę zapaści. Dziś już wiadomo, że wyniki te były niedoszacowane, gdyż od momentu udziału w badaniu, sytuacja polskich firm z branży eventowej drastycznie się pogorszyła – i nadal pogarsza się z dnia na dzień.

Zapytani o to, do kiedy mają odwoływane zamówienia, respondenci w zdecydowanej większości zaznaczali, że do czerwca. Było jednak i wiele odpowiedzi, że do września 2020 r. Wskazuje to zatem, że ilość wykonywanych projektów i zlecanych realizacji będzie się normalizować najwcześniej w drugiej połowie roku – jak dobrze pójdzie.

Wśród środków, jakie podjęte zostały w firmach w związku z kryzysem przeważają trzy rozwiązania: 38 proc. badanych wskazało na obniżenie pensji pracowników, 35 proc. na zwolnienia, zaś 27 proc. na zawieszenie działalności. Tak więc, jak zwykle w trudnych sytuacjach, najbardziej i najszybciej cierpią pracownicy. Te drastyczne kroki są też jednak dobitnym dowodem na skalę kryzysu, jaki dotknął branżę eventową niemal z dnia na dzień.

– Zaledwie po niespełna trzech tygodniach walki z koronawirusem, wiele firm z naszego sektora jest w skrajnej sytuacji. Nie przez swoją nieudolność lub złe zarządzanie, ale przez czynnik, którego nie dało się przewidzieć i zawrzeć w swoim business planie. W tej chwili najważniejszą rzeczą jest przetrwanie, utrzymanie pracowników i przygotowanie do nowej rzeczywistości. Nie ma czasu na dywagacje. Potrzebujemy szybkich i zdecydowanych działań, konkretów wdrożonych w życie od teraz. Pomocy realnej, a nie odroczonej agonii. – podsumowuje Renata Razmuk z zarządu Stowarzyszenia Branży Eventowej.
I chyba niewielką pociechą jest, że w wyniku opóźnionej reakcji rządzących, bardzo wiele firm z bardzo wielu branż znajduje się w podobnie ciężkiej sytuacji.