Meblarze liczą na wsparcie

Nasza sztandarowa gałąź przemysłu musiała raptem zwolnić – i teraz próbuje wyjść z pandemicznego impasu.
Każdy tydzień trwającej pandemii przynosi dotkliwe straty dla polskiej branży meblarskiej. Produkcja została zatrzymana bądź znacznie ograniczona, sklepy meblowe były zamknięte do maja, popyt jest mniejszy niż w ubiegłym roku, a firmy w dalszym ciągu walczą o przetrwanie. Głównym problemem dla polskich przedsiębiorstw produkujących meble jest właśnie ograniczenie popytu zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Nagle nasze firmy musiały stawić czoło niespotykanym dotąd wyzwaniom, takim jak utrzymanie stabilności, ochrona miejsc pracy, ale i całych społeczności.związanych z branżą. W związku z tym producenci mebli oczekują systemowego wsparcia od administracji państwowej.
Ta gra jest warta świeczki, gdyż przemysł meblarski w Polsce jest bardzo rozwinięty – byłoby więc szkoda, gdyby padł w starciu z pandemią. Nasz kraj jest największym w Europie eksporterem mebli (a drugim na świecie za Chinami). Firmy meblarskie wypracowują ok. 3 procent polskiego produktu krajowego brutto. W tej branży pracuje prawie 180 tys. osób. Najnowszy angielskojęzyczny katalog eksportowy naszego przemysłu meblarskiego liczy 88 stron, a swą ofertę prezentują w nim polskie marki, które już są rozpoznawalne na całym świecie.
Bieżący rok miał stanowić kolejny okres ekspansji mebli z Polski. Prognozy mówiły, iż wartość sprzedaży w 2020 r. wzrośnie o 5 – 6 proc. Koronawirus pokrzyżował jednak te oczekiwania. Podczas walnego zgromadzenia członków Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli branża przedstawiła swoje oczekiwania pod adresem władz.
Pierwszym postulatem przemysłu meblarskiego wobec rządu jest przeprowadzenie i sfinansowanie skoordynowanej akcji promocyjnej polskich mebli na rynkach zagranicznych, na przykład w USA. Za jej organizację powinny być odpowiedzialne izby gospodarcze, mające wiedzę i ludzi do realizacji takich zadań. Chodzi m.in. o targi, misje gospodarcze, materiały reklamowe czy zatrudnienie ekspertów ze wskazanych rynków zagranicznych.
Najbliższą okazją do podjęcia podobnych działań będzie polska obecność na wielkich amerykańskich targach meblarskich w High Point w październiku 2020 r. (oraz na następnej edycji tych targów w kwietniu 2021), co pozwoliłoby na systematyczne budowanie korzystnych relacji z partnerami biznesowymi i tworzenie pozytywnego wizerunku naszej branży meblarskiej.
Warto tu dodać, że, przykładowo, w ubiegłym roku zawarte zostało porozumienie pomiędzy OIGPM a Ukraińskim Stowarzyszeniem Meblarzy. Porozumienie ma na celu właśnie budowanie partnerstwa i dobrej współpracy pomiędzy stroną polską a ukraińską
Ważne byłoby także przygotowanie narzędzi, wspierających prowadzenie działalności eksportowej przez nasz przemysł meblarski. Duże znaczenie pomocowe miałoby tu wprowadzenie ulg podatkowych dla zgrupowań firm eksportujących meble. Pożądane byłoby bowiem zawiązywanie grup sprzedażowych, przejmowanie oraz budowanie własnych struktur handlowych na rynkach zagranicznych, tworzenie tam polskich centrów logistycznych.
Jan Szynaka, prezes OIGPM, zwrócił uwagę na to, że ze strony samorządów brakuje niestety dobrych chęci jeśli chodzi o odroczenia podatku od nieruchomości lub zwolnienia z niego. To istotna pozycja w kosztach branży, bo przedsiębiorstwa meblarskie zajmują zwykle dość znaczne obszary. Także w przypadku banków (w tym nawet państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego mającego przecież stymulować gospodarkę) wsparcie jest znikome.
Kolejny postulat dotyczy stworzenia i uruchomienia programu zachęt do zakupów mebli przez klientów indywidualnych – żeby ożywić popyt. Można by to osiągnąć poprzez np. różnego rodzaju „bony” wartościowe dla nabywców, obniżenie podatku VAT na meble czy wprowadzenie ulg podatkowych na zakup mebli i wyposażenia wnętrz. Wartoby też włączyć wyposażenie jako standardowy element mieszkań oferowanych w programie Mieszkanie Plus (koszt mebli byłby rozłożony w ratach czynszowych).
Te propozycje producentów mebli wydają się już jednak zbyt utopijne. Trzeszczący w szwach budżet państwa nie wytrzyma wprowadzenia jakichkolwiek ulg podatkowych, choćby miały przynieść w przyszłości nie wiadomo jakie korzyści. Program Mieszkanie Plus okazał się zaś zwykłą propagandową lipą, o której rządzący nie chcą już mówić.
Inne rekomendacje Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli to między innymi stworzenie i uruchomienie kampanii promocyjnej polskiego meblarstwa w telewizji publicznej, zachęcającej do zakupu mebli; finansowe wspieranie przez instytucje państwowe (takie jak BGK) ubezpieczeń transakcji handlowych; stworzenie i uruchomienie oferty tanich pożyczek dla mniejszych firm, które nie prowadzą pełnej księgowości; zawieszenie obowiązku naliczania składek na pracownicze plany kapitałowe przez podmioty, które są do tego zobowiązane.
OIGPM interweniowała również w sprawie planowanej zmiany w ustawie o odnawialnych źródłach energii. Chodzi o projekt finansowego traktowania drewna przemysłowego tak jak energetycznego – co grozi powtórzeniem sytuacji z 2004 roku, kiedy to ceny drewna wzrosły prawie dwukrotnie. Systemy wsparcia spalania biomasy mogą zaś doprowadzić do znacznych podwyżek kosztów drewna dla przemysłu meblarskiego już w 2021 r.
Dużo tych propozycji wsparcia, formułowanych przez branżę – ale duże jest także znaczenie przemysłu meblarskiego dla polskiej gospodarki.

Leasing potrzebuje czasu na odbudowę

Pandemia koronawirusa jest bardzo destrukcyjna na tak elementarnym poziomie jak nastroje społeczne i zaufanie do przyszłości. Mocno uderza w ufność konsumencką, a przez to w konsumpcję prywatną i plany inwestycyjne przedsiębiorców.
Polska branża leasingowa na uzyskanie poziomu finansowania sprzed kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa będzie wymagała więcej czasu niż miało to miejsce po upadku banku Lehman Brothers w 2008 r. Wówczas na powrót do wyniku przedkryzysowego potrzebowaliśmy 4 lat. Tym razem wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe może przekroczyć poziom z 2019 roku dopiero w 2025 roku.
Zakładamy, że w 2020 roku nasza branża udzieli finansowania w wysokości ponad 51 mld zł, czyli o 34 proc. mniej niż rok wcześniej. Dodatnią dynamikę rynku leasingu powinniśmy zobaczyć już na początku 2021 roku, jednak w przyszłym roku wartość sfinansowanych środków trwałych przez firmy leasingowe będzie znacznie niższa niż w 2019 roku. Sytuacja będzie rozwijać się podobnie do tej podczas kryzysu finansowego po upadku banku Lehman Brothers w 2008 roku. Wówczas rynek leasingu w Polsce potrzebował 4 lat, aby odrobić straty – wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe dopiero w 2013 roku przekroczyła poziom z 2008 roku.
Dzisiaj widzimy, jak uderzenie COVID-19 jest niszczące dla naszej gospodarki. Przede wszystkim pokazują to wyniki sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej za kwiecień, gdzie w obu przypadkach spadki znacznie przekroczyły 20 proc. w ujęciu rocznym.
Pandemia koronawirusa jest bardzo destrukcyjna na tak elementarnym poziomie jak nastroje społeczne i zaufanie do przyszłości. Mocno uderza to w ufność konsumencką, a przez to w konsumpcję prywatną i plany inwestycyjne przedsiębiorców.
Jakby tego było mało, w najbliższych latach mamy splot kilku, niesprzyjających dla branży leasingowej czynników. Przede wszystkim zaakceptowany przez Parlament Europejski tzw. Pakiet Mobilności będzie długotrwałym czynnikiem ograniczającym rozwój polskich firm transportowych. A finansowanie branży transportowej jest istotnym obszarem działalności firm leasingowych.
Po drugie, powoli będziemy kończyć perspektywę unijną 2014-2020. Wydatkowanie będzie trwało co prawda do 2023 roku, ale już przy coraz niższych rozmiarach inwestycji współfinansowanych z Unii Europejskiej.
I na koniec, widzimy jak ogromna jest skala środków pomocowych uruchamianych przez rządy państw europejskich. To w perspektywie dwóch – trzech lat doprowadzi do dużych napięć budżetowych, a w rezultacie do istotnego spowolnienia, a być może nawet do niewielkiej recesji w strefie euro.
W związku z tym zakładamy, że w kolejnych latach tempo rozwoju rynku leasingu pozostanie umiarkowane, a poziom finansowania z 2019 roku (77,8 mld zł) może zostać osiągnięty nawet dopiero w 2025 r.

Zostanie tylko piana?

Produkcja i sprzedaż piwa w Polsce stoją w obliczu najgłębszego załamania w historii. Chłodne lato będzie ostatnim gwoździem do trumny.

Branża piwowarska narzeka – i wskazuje, że izolacja społeczna, całkowite zamknięcie gastronomii oraz ograniczenia w sklepach negatywnie wpłynęły na sytuację w branży piwowarskiej. Zamknięci w domach Polacy rzadziej sięgają bowiem po piwo.
Według danych członków Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego sprzedaż piwa już w pierwszych tygodniach trwania epidemii (marzec 2020) była niższa o ok. 4,5-5 proc. w porównaniu do takiego samego okresu roku ubiegłego. To sprawia, że tradycyjnie rozpoczynający się o tej porze sezon piwny w tym roku stoi pod dużym znakiem zapytania.
Piwa nie ma w koszyku produktów pilnej potrzeby. Pierwsza fala zakupów spożywczych, podczas której Polacy, w obawie przed zakłóceniami w dostawie towarów masowo wykupywali najpotrzebniejsze produkty, już jest dawno za nami. Ale nawet wtedy kategoria piwa odnotowała niewielki spadek. Według Centrum Monitorowania Rynku, wolumen sprzedaży piwa w marcu w sklepach małego formatu (do 300 m2) spadł o około 6 proc. w stosunku do marca roku ubiegłego. Nastawienie Polaków na oszczędzanie, w połączeniu z obostrzeniami rządu – ograniczeniem liczby klientów w sklepie, wyznaczonymi godzinami zakupów dla seniorów – powodują, że klienci zaglądają do sklepów rzadziej. Jeśli zdecydują się na zakupy, to zapełniają swoje koszyki podstawowymi produktami spożywczymi lub higienicznymi. A nie piwem – ubolewa branża.
Piwo nie smakuje w samotności. Przedstawiciele branży piwowarskiej podkreślają, że piwo to napój tradycyjnie kojarzony z okazjami towarzyskimi, różnego typu imprezami, zarówno na świeżym powietrzu jak i w lokalach, czy po prostu spotkaniami z przyjaciółmi.
Piwo to napój wybierany z reguły na spotkania w gronie znajomych. Teraz, kiedy z powodu narodowej kwarantanny wspólne celebrowanie nie jest możliwe, Polacy rzadziej sięgają w sklepie po napój z pianką. Jak wskazuje branża, twarde dane dotyczące sprzedaży stoją w sprzeczności z powielanymi gdzieniegdzie opiniami, jakoby izolacja sprzyjała konsumpcji piwa. W istocie, upijanie się do lustra to raczej domena wódek. Nowe zachowania zakupowe i brak możliwości spotkań towarzyskich to nie jedyne bolączki producentów piwa.

– Zamknięcie lokali gastronomicznych, hoteli i barów, to także bardzo istotne wyzwanie stojące przed branżą. Wszystko to prawdopodobnie przełoży się negatywnie na wielkość spożycia piwa w tym roku – mówi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny stowarzyszenia Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. – stowarzyszenie Generalny ZPPP – Browary Polskie
Tak więc, tegoroczny podmuch wiosny nie jest dla piwa.
Mimo coraz ładniejszej pogody, spotkania przy grillu czy w piwnych ogródkach nie będą możliwe. Dwie największe imprezy sportowe tego roku, Mistrzostwa Europy w piłce nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie, na które tak bardzo liczyli browarnicy w Polsce, zostały przełożone. Odwołane zostały także wszystkie imprezy masowe i wydarzenia plenerowe: koncerty, festiwale piwne czy rozgrywki sportowe, które są naturalnymi kontekstami do konsumpcji piwa.
Po wybuchu pandemii koronawirusa w niezwykle trudnej sytuacji znalazły się browary regionalne i rzemieślnicze, kraftowe. Wołają one o ratunek. Jest ich w Polsce ponad 300. Wszystkie są w znaczącym stopniu lub wręcz całkowicie uzależnione od sprzedaży w pubach, barach i restauracjach. Zamknięcie lokali gastronomicznych sprawiło, że obroty małych browarów obniżyły się znacząco, a w niektórych przypadkach spadły do zera.
Przedstawiciele tego segmentu rynku starają się przetrwać trudny okres i formułują konkretne postulaty wobec rządzących:

– Duży segment rynku, który obsługiwaliśmy, z dnia na dzień został wyłączony. Bardzo pomogłoby nam umożliwienie przez rząd sprzedaży piwa przez Internet – podkreśla Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.
Ze swej strony branża deklaruje, że na każdej etykiecie piwa będzie pełny skład i liczba kalorii. Wiele browarów rzemieślniczych stoi na skraju bankructwa i tylko szybkie, zdecydowane ruchy ze strony rządzących są w stanie uratować je przed całkowitą likwidacją.

-Dlatego apelujemy, byśmy mogli sprzedawać on-line i aby sprzedaż zdalną oraz z dostawą do domu mogły realizować wszystkie podmioty posiadające już jakiś rodzaj zezwolenia detalicznego. Tego rodzaju pomoc byłaby całkowicie bezkosztowa dla budżetu państwa – dodaje Marek Kamiński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Browarów Rzemieślniczych.
Przedstawiciele branży piwnej podkreślają, iż rozumieją, że rząd ma w tej chwili wiele pilnych kwestii i problemów do rozwiązania. Ale bez wsparcia dla małych, rodzimych firm, którym grozi bankructwo, w naszej branży za kilka miesięcy nie będzie już czego ratować – mówią zgodnie.

Hekatomba wśród najdrobniejszych

Koronawirus w połączeniu z decyzjami rządu spowodował, że od początku tego roku już 100 tysięcy polskich mikroprzedsiębiorstw zawiesiło działalność gospodarczą.
W marcu wraz z rozwojem pandemii COVID-19 na zawieszenie działalności zdecydowało się prawie 36 tys. przedsiębiorców indywidualnych posiadających najmniejsze firmy, zatrudniające do 9 osób. W pierwszych siedmiu dniach kwietnia taką decyzję podjęło już 22 tys. właścicieli z tej grupy firm. Tym samym, w ciągu kilku tygodni osiągnięty został już poziom 60 proc. wszystkich zawieszeń najmniejszych firm, odnotowany w roku 2019.
Na wprowadzonych przez rząd ograniczeniach najbardziej ucierpieli fryzjerzy i kosmetyczki, właściciele obiektów noclegowych, a także organizatorzy szkoleń i zajęć sportowych – wynika z analizy rynkowej przygotowanej przez serwis BNF.pl na podstawie informacji dostępnych w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej.
Statystycznie właściciele firm najczęściej decydują się na rozpoczęcie, zakończenie bądź wstrzymanie działalności w pierwszym dniu kolejnego miesiąca. Najświeższe dane pochodzące z pierwszych siedmiu dni kwietnia już teraz pokazały wyraźnie, że pod względem liczby zawieszeń działalności, obecny miesiąc będzie najgorszym od początku roku. O ile w pierwszym dniu lutego i marca, a więc jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa w Polsce, zawieszono 8-10 tys. firm, to tylko 1 kwietnia liczba ta wzrosła do niemal 20 tys.
Z danych CEIDG wynika również, że na decyzje podjęte przez przedsiębiorców bezpośredni wpływ miały środki zapobiegawcze podjęte przez polski rząd. Po konferencji premiera z piątku 13 marca br., na której ogłoszono wprowadzenie w Polsce stanu zagrożenia epidemiologicznego, liczba zawieszanych działalności wzrosła lawinowo. W poniedziałek 16 marca na wstrzymanie swojej działalności zdecydowało się ponad 2,5 tys. firm, a przez całą drugą połowę miesiąca liczba ta kilkukrotnie dochodziła do tysiąca dziennie.
Wzrost liczby zawieszeń widać praktycznie we wszystkich grupach branżowych. Patrząc na wyniki kwartalne w ujęciu bezwzględnym, najwięcej „zamrożonych” firm zaobserwować można kolejno w branży handlowej, budowlanej i transportowej, jednak tylko w tej ostatniej liczba wstrzymanych działalności była w marcu wyraźnie wyższa niż w pierwszym miesiącu roku. Z kolei porównując dane za poszczególne miesiące pierwszego kwartału, widać, że epidemia wyraźny wpływ wywarła na firmach sklasyfikowanych jako placówki edukacyjne i firmy szkoleniowe, obiekty noclegowe, restauracje i bary, różnego rodzaju drobne usługi oraz obiekty kulturalne i sportowe. To właśnie te firmy zdecydowanie najczęściej zamykano w marcu.
Za grupę najbardziej poszkodowanych polskich przedsiębiorców w związku z wybuchem pandemii koronawirusa uznać należy właścicieli salonów fryzjerskich i kosmetycznych. W marcu na zawieszenie swoich działalności gospodarczych zdecydowało się aż 1612 osób z tej grupy, czyli ponad trzy razy więcej niż w styczniu. Paraliż gospodarki szybko odbił się również na kondycji finansowej właścicieli hoteli, pensjonatów i apartamentów przeznaczonych do wynajmu krótkoterminowego. W dwóch pierwszych miesiącach roku liczba zawieszonych działalności w tej grupie przedsiębiorców wyniosła odpowiednio 201 i 255, w marcu natomiast urosła już do 1043.
Według danych, trzecią grupą przedsiębiorstw w największym stopniu dotkniętą obecnym kryzysem jest branża szkoleniowa. Wyraźne problemy widać wśród podmiotów organizujących zajęcia sportowe i rekreacyjne, czyli m.in. szkół tańca, jazdy konnej czy sztuk walki oraz indywidualnych instruktorów i trenerów sportowych. Taki sam trend widać też wśród szkół i lektorów języków obcych. W styczniu i lutym liczba zawieszeń w tej grupie przedsiębiorstw nie przekroczyła 100, ale w ubiegłym miesiącu zbliżyła się już do 500.
W CEIDG figuruje około 500 tysięcy przedsiębiorstw z zawieszoną działalnością gospodarczą, a około 160 tysięcy stanowią firmy zawieszone w całym 2019 roku. Na tym tle ponad 100 tysięcy wniosków o zawieszenie działalności, które wpłynęły już do CEIDG od początku roku, to prawdziwa lawina. Pomimo kontrowersji, jakie budzi wśród przedsiębiorców tarcza antykryzysowa, możliwość uzyskania zwolnienia ze składek ZUS w najbliższych trzech miesiącach może osłabić ten trend. Dla wielu mikroprzedsiębiorców to właśnie konieczność opłacania składek bez względu na osiągane przychody, stanowi główną motywację do wstrzymywania działalności w trudniejszym okresie.

Zanim się spotkają

Branża spotkań i imprez biznesowych w naszym kraju musiała wstrzymać działalność – a przyszłość jest niewiadoma.

W marcu i kwietniu zostało odwołanych ponad 97 proc. wszystkich planowanych spotkań biznesowych i wyjazdów. Te, co się w ogóle odbyły, miały miejsce w pierwszych dniach marca. Takie dane przynosi analiza wyników badania przeprowadzonego wśród członków Stowarzyszenia Branży Eventowej.
Stowarzyszenie, w związku z kryzysem wywołanym przez COVID-2019, zaprosiło swoich członków do udziału w badaniu, mającym pokazać sytuację firm z branży eventowej (organizatorów spotkań biznesowych, konferencji i wyjazdów) w dobie koronawirusa. W badaniu zainteresowano się kwestiami dotyczącymi ilości i wartości straconych zleceń w marcu i kwietniu oraz kroków, jakie firmy zdecydowały się podjąć w związku z utratą lub zagrożeniem utraty płynności finansowej.
Wyniki były zgodne z oczekiwaniami. Respondenci zapytani o ilość odwołanych zleceń w marcu jednogłośnie zaznaczyli ogromną skalę tego zjawiska. Wśród odpowiedzi procentowych, było to między 90 a 100 proc. wydarzeń. Wymieniono łącznie aż 423 odwołane realizacje. Analiza kwietnia przyniosła podobne prognozy, choć jeszcze bardziej negatywne, gdyż w widełkach 95 – 100 proc. odwołanych wydarzeń, a także wykazała wiele realizacji niepewnych lub przenoszonych na inny termin.
Wielkość strat na razie trudno policzyć. 30 lokalnych firm z branży eventowej swoje prognozowane straty w przychodach określiło wstępnie na łącznym poziomie ponad 19 mln zł, co pokazuje skalę zapaści. Dziś już wiadomo, że wyniki te były niedoszacowane, gdyż od momentu udziału w badaniu, sytuacja polskich firm z branży eventowej drastycznie się pogorszyła – i nadal pogarsza się z dnia na dzień.

Zapytani o to, do kiedy mają odwoływane zamówienia, respondenci w zdecydowanej większości zaznaczali, że do czerwca. Było jednak i wiele odpowiedzi, że do września 2020 r. Wskazuje to zatem, że ilość wykonywanych projektów i zlecanych realizacji będzie się normalizować najwcześniej w drugiej połowie roku – jak dobrze pójdzie.

Wśród środków, jakie podjęte zostały w firmach w związku z kryzysem przeważają trzy rozwiązania: 38 proc. badanych wskazało na obniżenie pensji pracowników, 35 proc. na zwolnienia, zaś 27 proc. na zawieszenie działalności. Tak więc, jak zwykle w trudnych sytuacjach, najbardziej i najszybciej cierpią pracownicy. Te drastyczne kroki są też jednak dobitnym dowodem na skalę kryzysu, jaki dotknął branżę eventową niemal z dnia na dzień.

– Zaledwie po niespełna trzech tygodniach walki z koronawirusem, wiele firm z naszego sektora jest w skrajnej sytuacji. Nie przez swoją nieudolność lub złe zarządzanie, ale przez czynnik, którego nie dało się przewidzieć i zawrzeć w swoim business planie. W tej chwili najważniejszą rzeczą jest przetrwanie, utrzymanie pracowników i przygotowanie do nowej rzeczywistości. Nie ma czasu na dywagacje. Potrzebujemy szybkich i zdecydowanych działań, konkretów wdrożonych w życie od teraz. Pomocy realnej, a nie odroczonej agonii. – podsumowuje Renata Razmuk z zarządu Stowarzyszenia Branży Eventowej.
I chyba niewielką pociechą jest, że w wyniku opóźnionej reakcji rządzących, bardzo wiele firm z bardzo wielu branż znajduje się w podobnie ciężkiej sytuacji.

Gorycz złocistego trunku

Branża piwna zawsze z bardzo głęboką niechęcią witała jakąkolwiek podwyżkę akcyzy na swój produkt. Tym razem słowa krytyki z jej strony mogą mieć jednak pewne uzasadnienie.

Producenci piwa w Polsce nader krytycznie przyjęli rządowy projekt podniesienia akcyzy na ten trunek o 10 proc. od przyszłego roku.
Podkreślają oni, że obecna stawka akcyzy od piwa w Polsce wynosi 22 euro za hektolitr i jest niemal 240 proc. wyższa od stawki w Niemczech (9,4 EUR/hl), 50 proc. wyższa niż w Czechach (14,69 EUR/hl) i 28 proc. wyższa od stawki akcyzy na Słowacji (17,22 EUR/hl).
Polska jest trzecim w Europie producentem piwa i jednocześnie największym płatnikiem akcyzy w naszym regionie. Od piwa produkowanego w Polsce do budżetu państwa wpływa 829,4 mln euro rocznie, co jest kwotą o 25 proc. wyższą niż w przypadku Niemiec, gdzie produkcja piwa jest ponad dwukrotnie większa.

Kupią za granicą?

Zdaniem producentów, dalsze podnoszenie akcyzy na piwo w Polsce spowoduje spadek konkurencyjności trunku produkowanego w naszym kraju wobec piwa z rynków ościennych, wzmagając tym samym jego niekontrolowany import. A przepisy unijne dają taką możliwość – każdy może przewieźć z zagranicy na swój użytek 110 litrów piwa. Podobna sytuacja miała miejsce na rynku estońskim, powodując załamanie lokalnego rynku piwa.
W związku z tym Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego Browary Polskie ostrzega, że podwyżka akcyzy o 10 proc. spowoduje wzrost cen piwa, spadek sprzedaży, niższe od zakładanych wpływy budżetowe oraz ryzyko utraty miejsc pracy związanych z produkcją i sprzedażą piwa w Polsce. Słowem – niemal kataklizm.
Związek dodaje, że rządowy projekt ustawy podnosi stawkę akcyzy od piwa w wysokości ponad 3-krotnie wyższej niż pierwotnie projektowano. I w dodatku z pominięciem konsultacji społecznych. Zgodnie z projektem budżetu państwa na rok 2020, przyjętym we wrześniu przez Radę Ministrów, akcyza od piwa miała wzrosnąć o 3 proc. od 2020 r. Zmiana akcyzy w tej wysokości ujęta była także w przyjętym przez Radę Ministrów w kwietniu Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019 – 2022.

Era wyższych kosztów

„Podwyżka akcyzy w stopniu większym niż zaplanowana dotychczas doprowadzi do radykalnego zmniejszenia wpływu gospodarczego branży. Wzrost stawki będzie czynnikiem blokującym rozwój kategorii piwnej” – tłumaczy ZPPPBP.
Ogłoszony teraz wzrost akcyzy przypada na czas, w którym branża piwowarska – jak zresztą cała wytwórczość w Polsce – musi radzić sobie z większymi kosztami pracy oraz droższymi surowcami i energią. Wyższe koszty przerzuca na klientów poprzez wyższe ceny, ale to nie jest proste.
„Kumulacja kosztów w tym samym czasie może doprowadzić do stagnacji, a nawet załamania branży piwowarskiej” – przewiduje Związek.
W wytwarzaniu i sprzedaży piwa pracuje, szeroko licząc, ponad 150 tysięcy osób (w produkcji opakowań, transporcie, handlu, gastronomii i rolnictwie). ZPPBP prognozuje – zapewne z lekką przesadą – że możliwe zmniejszenie produkcji piwa w szczególności dotknie 22 tysiące osób zatrudnionych w rolnictwie i przetwórstwie spożywczym (dostarczających branży piwowarskiej chmiel i zboża) oraz handlu, w którym piwo przyczynia się do zarobków 48 tysięcy osób, najczęściej w małych sklepach (piwo sprzedawane jest w Polsce w 85 tysiącach placówek handlowych, z których 78 tysięcy stanowią sklepy niewielkie).
„Jesteśmy przekonani, że z uwagi na podwyżkę ceny piwa, będącą skutkiem drastycznego podniesienia akcyzy i związane z tym zmniejszenie sprzedaży, niemożliwym będzie zrealizowanie dochodów budżetu państwa na założonym poziomie” – uważa ZPPPBP.

Zanim się odbudujemy

Piwni przedsiębiorcy powołują się na negatywne skutki podwyżki akcyzy na piwo, wprowadzonej w roku 2009.
Rynek piwa zmniejszył się wtedy o 4 proc. (choć trudno ocenić, czy wpłynęła na to wyłącznie wyższa akcyza, czy też i pogoda – bo gdy lato jest chłodniejsze, sprzedaż piwa zawsze spada).
Ponadto, zatrudnienie związane z produkcją i sprzedażą ponoć aż o 24 proc. (co trudno zrozumieć, skoro sprzedaż spadła tylko o 4 proc.), zaś dochody budżetu z wyższej akcyzy okazały się około dwukrotnie niższe niż zakładano.
„Branża piwowarska potrzebowała trzech lat aby odbudować rynek do poziomu sprzed podwyżki” – stwierdza ZPPPBP.
W związku z tymi niewesołymi doświadczeniami, Związek oświadcza: „Jest nieakceptowalne, że tak ważna zmiana jak stawka podatku akcyzowego jest wprowadzana poprzez zaskoczenie, wbrew publicznie przedstawianym planom i projektom. Jest to zmiana niezapowiedziana, która destabilizuje funkcjonowanie całego sektora”.

Może pomoże pogoda

Związek wskazuje, że planując działania branży piwowarskiej na 2020 rok opierano się na zapowiedzianej w dwóch ważnych dokumentach rządowych podwyżce akcyzy o 3 proc.
Ponad trzykrotne zwiększenie tej wartości, na dodatek na półtora miesiąca przed początkiem nowego roku, nie daje możliwości właściwego zaplanowania kolejnego roku – a produkcję, sprzedaż czy zakup surowców planuje się w piwowarstwie z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
Producenci piwa podkreślają, że ta branża w Polsce zawsze była i jest stabilnym płatnikiem podatków, a także przewidywalnym i rzetelnym partnerem dla strony rządowej. Dlatego oczekują również poważnego potraktowania przedstawionych argumentów. Apelują także o rozmowy z udziałem wszystkich zainteresowanych stron w ramach Rady Dialogu Społecznego.
A przede wszystkim, chcą oni oczywiście respektowania przyjętych uprzednio założeń i podtrzymania założonej i ogłoszonej wielokrotnie podwyżki akcyzy tylko o 3 proc. – a nie o 10, co spowoduje skok cen detalicznych.
Gdy jednak przyjdzie upalne lato, można się spodziewać, że Polacy zaczną chętnie sięgać po złocisty trunek nawet jak będzie kosztować te kilka procent drożej.

Przedsiębiorcy wierzą w rozwój

Wiara góry przenosi, więc należy oczekiwać, że nieuchronne spowolnienie nieprędko dotrze do naszej gospodarki.

Przedsiębiorcy nie tracą dobrego nastroju. W III kwartale nastąpiła dalsza poprawa w ocenie sytuacji wśród firm produkcyjnych oraz budowlanych (którym sprzyja suche lato). Tu wskaźniki są wyższe, niż średnia (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt.
W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla hotelarstwa i gastronomii wyniósł 55 pkt. (ubyło 8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (ubyło 4,9), a dla handlu 48,9 pkt. (ubyło 2,9 pkt.).
Różnicą między poprzednim pomiarem (z drugiego kwartału) a obecnym jest także to, że wówczas wartość indeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt. Teraz zaś nastroje są nieco bardziej zróżnicowane.
Takie rezultaty pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego”.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (rozumianego jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja firm pozwala ocenić czy ich sytuacja będzie sprzyjać wzrostowi bądź działać hamująco.

Wyprodukujemy więcej

Istotny wzrost optymizmu można zaobserwować w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość indeksu dla produkcji wyniosła w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Wynik należy wszakże do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.).
Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to przede wszystkim wynik pozytywnych prognoz co do inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł natomiast nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.
Utrzymuje się popyt na usługi budowlane. W III kwartale br. indeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., czyli prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.).
Ten dobry wynik notuje branża, o której od lat się mówi, że stoi na krawędzi bankructwa. Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów.
Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3 proc. Firmy budowlane mają take większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Obawy transportowców

Tradycyjnie, latem, gdy ludzie są na wakacjach i wozi się mniej towarów, najgorzej swoją sytuację oceniają firmy transportowe. Ich indeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale.
Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Wpływa na to z pewnością obawa właścicieli polskich firm transportowych, że już wkrótce, zgodnie z normami unijnymi, będą musieli płacić swoim kierowcom tyle, ile się płaci na zachodzie.
Do tak słabego rezultatu przyczyniły się także prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.). To najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż. Natomiast spadku inwestycji spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Rozwój i stagnacja

– W grupie, w której znajdują się budownictwo, gastronomia i hotelarstwo oraz produkcja, został wyraźnie przekroczony tzw. próg ograniczonego rozwoju. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt. (wskazującego na rozwój), tworzą handel, transport i usługi. Tutaj przede wszystkim firmy transportowe coraz mocniej zaciągają hamulec – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
Także jednak i firmy handlowe zaczynają szukać „dna”. W III kwartale indeks barometru EFL dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (ubyło 2,9 pkt.). Jeszcze gorszy był jednak w I kwartale br. (48,2 pkt.). Tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować, zaś przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień.
W przypadku hotelarstwa i gastronomii branża, jak zawsze o tej porze, widzi koniec sezonu. W III kwartale jej indeks wyniósł 55 pkt. i był o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest tu zaś o 5 pkt. niższy niż kwartał wcześniej.
W stagnacji są także firmy usługowe. Indeks barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Większe inwestycje planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej mówiło o nich 33 proc. Na więcej zamówień liczy zaś ok. 29 proc. – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Mali widzą gorzej

Generalnie, im mniejsza firma, tym gorszy nastrój jej przedstawicieli. Indeks barometru EFL dla mikrofirm (najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób) na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu rozwoju.
Tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.
– Martwi to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech indeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak.
Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej zwłaszcza wtedy, gdy widzą problemy u swoich większych kolegów, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.

Nasze drogie pożyczki

Firmy pożyczkowe biadolą, że zniszczy je przygotowywana ustawa antylichwiarską. Przekonują, że bronią Polaków przed wykluczeniem finansowym. W rzeczywistości, co najwyżej nieco spadną zyski pożyczkodawców.

Firmy pożyczkowe działające w Polsce poinformowały, że po wejściu w życie ustawy antylichwiarskiej (jeszcze nie została przyjęta przez parlament, zakończy się działalność sektora instytucji pożyczkowych naszym kraju.
Cóż, płakać nikt po nich nie będzie, ale na pewno te obawy branży podatkowej są na pokaz i nic takiego się nie stanie.
Co jednak aż tak strasznie zdołowało naszych pozabankowych pożyczkodawców (by broń Boże nie nazywać ich lichwiarzami), których ma objąć przygotowywana ustawa?

Horror! Zmniejszają nam zyski!

Otóż, pożyczkodawcom ogromnie się nie podoba, że rządowy projekt obniża maksymalne pozaodsetkowe koszty kredytu konsumenckiego do sumy 10 proc.
I to właśnie ma jakoby doprowadzić do zniknięcia z polskiego rynku legalnych firm pożyczkowych, z których usług, jak z dużą przesadą informuje branża, korzysta ponoć 3 mln osób rocznie.
W rezultacie, jak hiobowo ostrzegają pożyczkodawcy, nastąpi rozwój pożyczek bezumownych w szarej strefie i lombardach dla najbardziej zdesperowanych klientów, różne próby obchodzenia limitu, a wreszcie coś najgorszego, nad czym branża roni potoki łez: wzrost wykluczenia finansowego poprzez odcięcie konsumentów od możliwości zaciągnięcia legalnej, drobnej, krótkoterminowej pożyczki, której nie było i nie ma w ofercie
Polski Związek Instytucji Pożyczkowych zapewnia, że wszystkie dotychczasowe wyliczenia w oparciu o dane, a nie myślenie życzeniowe (oczywiście wyliczenia przygotowane przez „ekspertów” wynajętych przez branżę pożyczkową) uzasadniają pozostawienie limitów kosztów pozaodsetkowych na dotychczasowym poziomie – i cynicznie dodaje, że obecny koszt pożyczek „nie nakłada na konsumentów nadmiernych obciążeń” i zapewnia funkcjonowanie rynku pożyczkowego z rentownością 3,2 proc.
PZIP oczywiście nie zgadza się z opinią rządu, iż biznes pożyczkowy jest wysokodochodowy i przetrwa zredukowanie cen kredytu o 60 proc.
W tym miejscu można by się założyć, że na pewno przetrwa – ale będzie musiał nieco zmniejszyć swoje zyski. I to właśnie jest prawdziwym powodem przerażenia szefów firm pożyczkowych.

Co?! My jesteśmy lichwiarze?!

Przy okazji branża pożyczkowa unosi się godnością i słowami PZIP oświadcza: „Stanowczo protestujemy przeciwko określaniu, a nawet łączeniu instytucji pożyczkowych z działalnością o charakterze lichwiarskim. Konotacje tego typu są nieprawdziwe, krzywdzące i naruszają dobra osobiste osób fizycznych i prawnych, wykonujących regulowaną działalność gospodarczą na podstawie ustawy o kredycie konsumenckim, zasad samoregulacyjnych i kodeksu etycznego, a także godzą w klientów instytucji pożyczkowych”.
Klienci akurat dokładnie wiedzą, kto i po jakim koszcie udziela im pożyczek – i określenie, że są to lichwiarze, z pewnością by ich nie zaskoczyło.
PZIP grozi, że w efekcie wejścia w życie nowego prawa nastąpi wycofanie oferty wszystkich pożyczek pozabankowych z rynku, odcięcie milionów Polaków od możliwości finansowania ich potrzeb, zewnętrznego, utrata pracy przez ok. 40 tys. osób zatrudnionych w sektorze pożyczkowym, wzrost cen kredytów bankowych (bo branża utrzymuje – co oczywiście jest nieprawdą – że ich pożyczki stanowią zdrową konkurencję dla banków). Ponadto, swoją działalność będą musiały ograniczyć mikroprzedsiębiorstwa, korzystające dotychczas z finansowania pożyczkowego.
To wszystko spowodować ma spadek dochodu budżetu państwa o 2,2 mld zł rocznie, krach na rynku obligacji przedsiębiorstw pożyczkowych, dotkliwe straty dla inwestorów na rynku kapitałowym, spowolnienie tempa rozwoju innowacji.
Słowem, Polskę mają czekać same nieszczęścia, dlatego że rząd chce nieco ulżyć ludziom skazanym na branie pożyczek i nieco zmniejszyć ich koszty.

PZIP robi sobie kpiny

Pożyczkodawcy wskazują, że postulat autorów projektu, iż jedynym dochodem pożyczkodawcy powinny być odsetki – 10 proc. w skali roku – z założenia wyklucza z rynku produkty niskokwotowe, oferowane na krótkie okresy. Nie wiadomo dlaczego, ale nich im będzie.
PZIP jednak dodatkowo twierdzi, iż ustawa antylichwiarska jest sprzeczna z opinią Rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który orzekł, że „wszelkie koszty i opłaty jakie ponoszą konsumenci mogą w części stanowić zysk, ponieważ żaden przepis nie zobowiązuje instytucji kredytowych, aby swoją marżę zysku osiągały wyłącznie poprzez odsetki naliczane konsumentom”.
Polski Związek Instytucji Pożyczkowych, głosząc taki pogląd, robi sobie kpiny z Polaków i wyraźnie pokazuje, że uważa ich za głupków.
Po pierwsze, niczyja opinia nie jest dla kogokolwiek obowiązująca. I żadna opinia nie może o czymkolwiek „orzekać” (jak chce PZIP) lecz co najwyżej coś proponować.
Po drugie, z faktu, że żaden przepis unijny nie zobowiązuje instytucji kredytowych, aby swoją marżę zysku osiągały wyłącznie poprzez odsetki naliczane konsumentom, absolutnie nie wynika, że takich przepisów nie ma w poszczególnych krajach unijnych. I oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by Polska je wprowadziła.
Polski Związek Instytucji Pożyczkowych utrzymuje, że po wprowadzeniu limitu na poziomie zaproponowanym przez rząd, „z bardzo dużym prawdopodobieństwem” żadna z instytucji pożyczkowych, również tych działających w sektorze online, nie będzie w stanie zapewnić sobie rentowności.
Akurat! Zapewnią ją sobie z łatwością. Najwyżej udziałowcy i szefowie firm pożyczkowych będą osiągali nieco mniejsze zyski – na co oczywiście nie mogą się zgodzić.

Trzeba to sprawdzić w praktyce

PZIP utrzymuje, że z rynku całkowicie znikną oferty pożyczek na niskie kwoty i krótki termin. Lukę tę zastąpi nowy kapitał o niewiadomym pochodzeniu, który stworzy podziemie pożyczkowe, co bezpośrednio wpłynie na wzrost przestępczości.
Część przedsiębiorstw może zaś podjąć próby obejścia limitu przez skomplikowane konstrukcje prawne, działalność transgraniczną lub ucieczkę do szarej strefy. Cóż, nie sprawdzi się tego wszystkiego, bez podjęcia empirycznej próby.
Dlatego jedynym rozwiązaniem jest szybkie wprowadzenie ustawy antylichwiarskiej – i poczekanie na skutki. Jeżeli rzeczywiście firmy pożyczkowe zaczną schodzić z rynku, zawsze będzie można wprowadzić szybką nowelizację, zwiększającą proponowane obecnie limity.

Pożyczkodawcy mają się dobrze

Ludziom potrzebującym pieniędzy nie przeszkadza rzeczywiste oprocentowanie sięgające tysięcy procent. Ważne, że zdolność kredytowa jest zbędna.

Z badań przeprowadzonych przez Fundację Rozwoju Rynku Finansowego wynika, że firmy pożyczkowe mają swoją stałą grupę klientów, a co trzeci Polak dobrze ocenia działalność firm pożyczkowych.
44 proc. pytanych, którzy w przeszłości brali pożyczkę, uważa, że firmy pożyczkowe są potrzebne, natomiast wśród osób, które nie mają podobnych doświadczeń, tylko 12 proc. tak sądzi.
Niespecjalnie skarżymy się na ich działalność. Z danych Rzecznika Finansowego wynika, że udział nowych reklamacji klientów firm pożyczkowych stanowi tylko 1 proc. wszystkich reklamacji skierowanych do podmiotów rynku finansowego.

Rzeczywiście bardzo wysoka

Firmy pożyczkowe narzekają na konieczność podawania rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO), o której informacja, zgodnie z ustawą o kredycie konsumenckim, powinna znaleźć się w reklamach, na ulotkach i w ofertach kredytu.
Zdaniem przedstawicieli branży, dochodzi do błędnego rozumienia pojęć, a RRSO mylona jest z oprocentowaniem lub całkowitym kosztem kredytu. RRSO to wskaźnik, który w procentach wyraża koszt pożyczki w relacji do jej kwoty, jaki musiałaby ponieść osoba biorąca pożyczkę na rok.
„W przypadku pożyczek z krótkim okresem spłaty i na niską kwotę, które są charakterystyczne dla sektora pożyczkowego, RRSO zawsze przyjmuje bardzo wysokie wartości, co nie oznacza, że do spłaty będzie dług liczony w dziesiątkach tysięcy złotych. RRSO sprowadza oprocentowanie do skali roku – im krótszy czas trwania pożyczki, tym wyższe RRSO” – tłumaczą specjaliści z branży pożyczkowej, co oczywiście nie zmienia faktu, że oprocentowanie tych pożyczek jest zbójecko wysokie i każdy, kto tylko może, powinien ich unikać jak ognia.

Dajemy im zarobić

Branża osiąga dobre wyniki. Przychody sektora pożyczkowego w 2017 r. wyniosły 3,7 mld zł (danych za ubiegły rok dotychczas nie ma, ale zapewne będą
jeszcze lepsze).
Jednakże tylko 15 proc. instytucji pożyczkowych osiąga przychody powyżej 5 mln zł rocznie. W porównaniu z 2016 r. odnotowano wzrost przychodów o 19 proc.
Zysk netto całej branży pożyczkowej w Polsce w 2017 r. wyniósł 212,3 mln zł. W 2016 r. wynosił on tylko 115,1 mln zł. Jeśli takie tempo wzrostu się utrzymało, to w ubiegłym roku zysk przekroczył 300 mln zł. Poprawiła się także marża – z 3,5 proc. wzrosła do około 4 proc.