Święto czerstwego chleba

Dzięki pomysłowi IPN i abp Gądeckiego, grozi nam śmieciowe tsunami i wizyta u dentysty.

Postulat ustanowienia święta państwowego, czyli dnia ustawowo wolnego od pracy w dniu 27 grudnia poparł przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Jak ten numer przejdzie Boże Narodzenie ciągnąć się będzie przez 4 dni.

Pierwszym jest oczywiście Wigilia, kiedy i tak prawie nikt nie pracuje, a handel zamiera już w południe. 25 grudnia przypadają umowne urodziny Jezusa. Ponieważ jednak księżom było mało, to 26 grudnia też jest dniem świętym, tyle że nie jezusowum, a Świętego Szczepana – pierwszego męczennika chrześcijańskiego.

Optując za 27 grudnia jako dniem wolnym, ale wynikającym z obchodów wybuchu świeckiego Powstania Wielkopolskiego, Gądecki wie co robi. Każde bowiem świeckie święto, Kościół jest w stanie przekombinować tak, żeby zapełnić kościoły. Przykładem może być proletariacki 1 maja – który kler przełożył na kościelną frekwencję, mianując ten dzień świętem św. Józefa Robotnika i każąc owieczkom odwiedzić sanktuaria i rzucić coś po mszy na tacę.

Gdyby 27 grudnia jako święto przeszedł, to Kościół jest na to przygotowany. Tego dnia obchodzi bowiem święto św. Jana, Apostoła i Ewangelisty.

Oprócz Gądeckiego, twarzą inicjatywy kolejnej czerwonej kartki w kalendarzu jest dyrektor Wielkopolskiego Muzeum Niepodległości Przemysław Terlecki. Facet postawiony na tej funkcji, przez PiS.
Terlecki na razie ma poparcie instytucji wielkopolskich, Gądeckiego i IPN, na którego stronie internetowej, apel o utworzenie nowego święta wisi od jakiegoś czasu. Za świętem są ponoć w większości posłowie PiS, Konfederacji i oczywiście (nie chcący tracić elektoratu wielkopolskiego) opozycjoniści. Przeciw jest jedynie kilka osób z rządu, z Mateuszem Morawieckim przede wszystkim. Nikt nie wie co o święcie myśli Kaczyński, a to będzie dla inicjatywy decydujące.

Widać zatem, że tylko z pozoru wprowadzenie kolejnego wolnego dnia brzmi jak idiotyzm. Dokładnie tak samo pukano się w czoło gdy za Świętem Trzech Króli łaził przez całe lata Jerzy Kropiwnicki. Polityk na tyle nieudolny, że pogoniony nawet ze stanowiska prezydenta Łodzi w referendum. A jednak dopiął swego. Zdobywał poparcie kolejnych instytucji i organizacji, aż trafił na właściwy moment i dzięki Platformie Obywatelskiej i PSL 6 stycznia 2011 r. w Trzech Króli się nie pracuje. Tusk wprowadził święto wbrew pokrzykiwaniom ekonomistów, że jeden dzień bez pracy to niewymierne straty dla gospodarki. Zrobił to ,bo ideę Kropiwnickiego zaczął popierać NSZZ Solidarność. Ponieważ związek machał też sztandarami o zakazie handlu w niedzielę, co jeszcze bardziej wkurwiało liberałów, doszło do dealu, w którym Solidarność odpuściła handel za wolne 6 stycznia. Układ utrzymał się do końca rządów Platformy. Wrócił wraz z PiS i w niedzielę w sklepach mamy, co mamy, a z czego najbardziej cieszy się Daniel Obajtek, bo orlenowe, drogie sklepy na stacjach benzynowych, w wielu miejscach są jedynymi miejscami, gdzie w niedzielę można cokolwiek kupić.

Dlatego prezes Orlenu jest oczywiście za kolejnym dniem wolnym od handlu. Lud łaknący wolnego – też. Ekonomiści – jak zwykle – są mocno przeciw. Nikt nie pomyślał, że fundowanie sobie 4-dniowego ogólnopolskiego lockdownu może być nader niefajne. Miasta już po trzydniowym świętowaniu, z powodu niewywożenia śmieci wyglądają jak Neapole sprzed paru lat. Gdy po drugim dniu Bożego narodzenia wypada niedziela, robi się śmieciowy Armageddon. Można więc sobie wyobrazić, co będzie jak po czterech dniach świątecznych przypadnie niedziela – śmieci będą się walały wszędzie.

Jeszcze bardzie przesrane będą mieli piekarze. Teraz robiąc chleb i bułki na święta w Wigilię rano sprzedają pieczywo upieczone z powodu trzydniowego popytu – dzień, a nawet dwa dni wcześniej. Przy święcie czterodniowym dojdzie więc do tego, że albo damy zarobić Obajtkowi, albo będziemy wyłamywać sobie zęby na zeschniętym chlebie, lub wpieprzać go wraz z porostem pleśni.

Najgłupsze jednak w proponowanej dacie nowego święta jest to, że ma być w tygodniu, w którym poza kulturą, turystyką i handlem, i tak mało kto pracuje. Tydzień między Wigilią a Nowym Rokiem do tej pory, dla każdego, kto chciałby coś załatwić był stracony. Dzięki Trzem Królom ten martwy okres przedłużył się teraz do 6 stycznia. Z ekonomicznego punktu widzenia wepchnięcie jednego wolnego dnia w tym czasie niewiele zmieni. Dlatego jak już komuś bardzo zależy na zrobieniu ludziom dobrze kolejnym wolnym, to żeby nie rozpieprzać służb miejskich i handlu mógłby sobie wybrać na święto jakiś inny dzień, odległy od poprzedniej i następnej czerwonej kartki o choćby 24 godziny. Licząc, że przed lun po takim dniu nie trafi się niedziela. Tyle, że takiego dnia pomiędzy bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem nie ma.

Kaczyński wychował sobie wyznawców

– Zamiast skutecznie walczyć z pandemią ta władza będzie sobie rachowała kości, szukała nowych układanek politycznych. Tu znowu mamy analogię do piłsudczyków z lat 30., którzy zamiast walczyć z kryzysem walczyli z opozycją – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk i były poseł na Sejm, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: PiS zapłaci utratą poparcia i władzy za nieudolność? Na razie w sondażach ma niezmiennie ok. 30 proc.

TOMASZ NAŁĘCZ: Przede wszystkim my wszyscy za to płacimy, bo przecież w milionach polskich rodzin ludzie żyją niepokojem, chorobą bliskich, perspektywą zarażenia. Za nieudolność PiS-owską płacimy teraz my, ale i PiS zapłaci w swoim czasie. Nie można w takich sytuacjach przedkładać nad zdrowie ludzi własnych egoistycznych interesów. PiS nie ma co marzyc o powrocie do notowań rzędu 40 proc.

Oczywiście będzie pewna część wyborców, którzy przy PiS zostaną, bo na tym polegało mistrzostwo Kaczyńskiego, że bardzo głęboko podzielił Polskę i stworzył nie tyle rzesze swoich zwolenników, co wyznawców. Pewnie część z nich, zindoktrynowanych przez PiS-owskie media, uważające się, o ironio, za wolne, zostanie przy Kaczyńskim. Ludzie, którzy myślą samodzielnie, a widzieli w PiS-ie szansę na nowe otwarcie w Polsce, cofnęli swoje poparcie dla władzy.

Daniel Obajtek pokazał swój majątek i okazało się, że jest jeszcze większy, niż wszyscy myśleli. Dokumenty zobaczyli tylko wybrani dziennikarze. Prezes Orlenu jest właścicielem lub współwłaścicielem 38 nieruchomości, a większość z zarobionych 7 mln uzyskał za rządów PiS. Dlaczego teraz prezes Orlenu zdecydował się pokazać majątek, czy ta decyzja należała do niego?

Jestem byłym przewodniczącym komisji badającej, zdawało się, pierwszą wielką aferę XXI wieku – aferę Rywina. Gdy dziś myśli się o reakcji na tę aferę w porównaniu do tego, co dziś robi PiS, to nóż się sam w kieszeni otwiera. Pamiętam Zbigniewa Ziobrę z tamtych czasów i jego oburzenie na każdą nieprawość w przestrzeni władzy, wtedy lewicowej.

Chciałbym dzisiaj skonfrontować tamtego Zbigniewa Ziobrę z dzisiejszym. Pamiętam oburzenie Ziobry i PiS-u na prokuraturę, że jest ona za mało skuteczna w sprawie Rywina. Paradoksem jest, że tamta przypominała miecz samurajski w porównaniu do dzisiejszej.

Byłem wówczas posłem Unii Pracy, ale miałem wiele kontaktów wśród kolegów z SLD i wiem, że taka afera rodzi oburzenie nie tylko w szeregach zwolenników drugiej strony, ale też i własnego ugrupowania. Jarosław Kaczyński wymodelował swoich zwolenników w specyficzny sposób, ale mimo to uważam, że zwolennicy PiS-u są zgorszeni tymi informacjami. Tu nie chodzi tylko o stan interesów pana Obajtka, ale i o nieporadność czy omnipotencję organów ścigania w tej sprawie, zwłaszcza że PiS zbudował swój publiczny wizerunek na egalitaryzmie, równości, sprawiedliwości, a nawet na takim odruchu pogardy i nieufności u ludzi, którzy się dorobili. Daniel Obajtek mógłby doskonale się znaleźć na sztandarze liberałów sprzed 30 lat, ale nie PiS-u.

W sprawie pokazania majątku decyzję podjął Jarosław Kaczyński, bo to on stworzył Daniela Obajtka. Dziś pewnie bardzo żałuje, że tak się przyspawał do tej postaci, ale dotykamy tu znowu kwestii ustroju autorytarnego. Wódz w takim ustroju nie może się mylić, więc Jarosław Kaczyński jest dziś zakładnikiem pana Obajtka. Pewnie sztab ludzi myśli dziś na Nowogrodzkiej, jak z tego wybrnąć, bo na pewno mają własne badania i widzą, jak ta afera im ciąży.

Czy to wystarczy do opanowania sytuacji?

To tylko półśrodek, bo nie było to pełne ujawnienie majątku, tylko przedstawienie dokumentów wybranym dziennikarzom. Nie sadzę, aby to skutecznie pomogło w opanowaniu tego kryzysu.

Po drugie, pokazano skalę majątku pana Obajtka. Uważam, że zaletą 30 lat wolności jest to, że ludzie mogą się dorabiać, jeżeli tylko potrafią to skutecznie robić, ale ta skala majątku musi szokować. Najbardziej dramatyczne są tu zresztą nie ilości nieruchomości czy kwoty, tylko pytania o interesy wójta Pcimia, o łamanie prawa i składanie kłamliwych zeznań przed sądem.

Widać, że PiS się cofa i próbuje budować kolejne linie obrony, jak armia spychana przez drugą stronę do coraz głębszej defensywy. Kolejne linie obrony padają i odsłaniają kolejne możliwości dla atakujących. Już czytam dziś, że dociekliwi dziennikarze widzą nowe tropy w pokazanych dokumentach.

Jeszcze trochę czasu minie, zanim Jarosław Kaczyński zdecyduje się przyznać do porażki i przestanie czynić z Obajtka wzorca z Sèvres skuteczności, zaradności, porządności. Będzie też krwawił PiS, co już widać, bo został także podważony mit przywództwa Kaczyńskiego. Dziś widać, że to przywódca, który się słania, nie kontroluje swoich koalicjantów, który nie kontroluje swojego obozu. Nie ma się z czego cieszyć, bo zamiast skutecznie walczyć z pandemią ta władza będzie sobie rachowała kości, szukała nowych układanek politycznych. Tu znowu mamy analogię do piłsudczyków z lat 30., którzy zamiast walczyć z kryzysem walczyli z opozycją, wewnątrz także trwały przepychanki. Jak patrzę na PiS w ostatnich 2-3 latach, to jakbym widział piłsudczyków z okresu dekadencji z połowy lat 30.

Wspomniał pan aferę Rywina. Co się zatem stało z nami, że kiedyś upadały rządy z powodów, dla których dziś nawet nie widać zachwiania w sondażach?

Widzę dwa wyjaśnienia tych odmiennych zachowań. Jarosław Kaczyński przygotował sobie grunt do takiej sytuacji, bo tak ostro spolaryzował Polskę, że uodpornił znaczną część swoich zwolenników na jakąkolwiek argumentację. Jakby pozbawił ich umiejętności samodzielnego myślenia. Każda informacja krytyczna dotycząca obozu rządzącego odbierana jest przez nich jak atak. Uważam, że to było celowe działanie.

Kaczyński podzielił też dziennikarzy i nastąpiła tu głęboka demoralizacja u części z nich. Nie pamiętam z czasów afery Rywina mediów, które by broniły ludzi związanych z aferą. Dziś część mediów na białe mówi czarne, a świat czerni przedstawia jako bieli. Pamiętam część z PiS-owskich dziennikarzy jeszcze sprzed lat, kiedy byli dociekliwi i obiektywni. Nie rozumiem, jak można tak nisko upaść.

Oczywiście rozumiem skłonności autorytarne części społeczeństwa polskiego i niejedna władza w XX wieku próbowała to zdyskontować, poczynając od endeków, piłsudczyków, komunistów, dziś próbuje to robić Kaczyński. Jednak doświadczenie historyka jest takie, że nie jest to przestrzeń tak rozległa, żeby można na tym było coś trwale zbudować. Zwłaszcza że konstrukcja budowana na tej przestrzeni dobrze funkcjonuje w czasach stabilności, przy dobrej koniunkturze, natomiast gwałtownie zaczyna się chwiać w trudnych, chudych czasach.

Czas pandemii pokazuje tę nieporadność PiS-owską i to będą trudne lata dla PiS-u. Choć to nie moja bajka, to wcale się z tego nie cieszę, bo jako emeryt chciałbym żyć w czasach spokoju, a nie wstrząsów. Niestety Jarosław Kaczyński funduje nam życie zgodne z chińskim przekleństwem: obyś żył w ciekawych czasach.

Pisarz Jakub Żulczyk jest ścigany przez prokuraturę za nazwanie prezydenta Dudy „debilem”. Czy przepis o znieważeniu głowy państwa nie jest archaiczny, a po drugie, czy działanie prokuratury nie jest kontrproduktywne, bo o sprawie mówią już media na całym świecie z BBC na czele?

To nie jest prosta sprawa. Moim zdaniem winny jest przede wszystkim ten przepis. Pamiętam, że Bronisław Komorowski był bliski wniesienia prezydenckiej inicjatywy likwidującej go. Zrezygnował z tego, bo politycy doradzający prezydentowi byli nieprzychylni temu pomysłowi. Pamiętam, że prawnicy zwracali wówczas uwagę, że przepis chroni nie tylko polskiego prezydenta, ale też głowy innych państw, i byłoby kuriozalne, gdyby uchylono część dotyczącą polskiej głowy państwa, a zachowano prawną ochronę dobra głów innych państw.

Mnie ta argumentacja nie przekonywała, uważam, że to jest archaiczny zapis jeszcze z czasów średniowiecza, kiedy każde złe słowo o monarsze było wręcz zdradą stanu. Ta tzw. obraza majestatu to przepis zrodzony w czasach monarchicznych, kiedy król był najwyższym prawodawcą, sędzią, władcą itd. We współczesnym demokratycznym społeczeństwie każdy, także przedstawiciel władzy, powinien bronić swojego dobrego imienia, jeżeli uzna za słusznie, w sądzie.

Jestem przekonany, że mało który prezydent wkraczałby na taką drogę przeciwko swoim obywatelom. Na tym także polega demokracja, że można powiedzieć w przestrzeni publicznej wiele niemądrych rzeczy i nie będzie się za to ściganym.

Druga część tej sprawy to działanie prokuratury, która wiadomo, że jest trzymana twardą ręką Ziobry i nie ma w niej rzeczy przypadkowych. To jest rumak, którego cugle mocno trzyma prokurator generalny i tajemnicą poliszynela jest, że Zbigniew Ziobro nie należy do przyjaciół pana prezydenta. Nie chcę popadać w obsesję, ale widziałbym tu jakąś chęć oddania niedźwiedziej przysługi. Wiele ludzi na świecie, którzy o sprawie nie mieli pojęcia, dowie się o istnieniu polskiego prezydenta Andrzeja Dudy, którego nazywają „debilem”, a prokuratura polska za to ściga. Ten, który wyjdzie z tej sprawy poharatany, to będzie właśnie prezydent.

Zbigniew Ziobro jest człowiekiem na tyle inteligentnym, że chyba zdaje sobie z tego sprawę. A na końcu ucierpi i tak wizerunek Polski, tak jak ucierpiał na tej koszmarnej nowelizacji ustawy o IPN, która miała chronić Polaków przed opinią antysemitów, a nagłośniła polski antysemityzm jak nic wcześniej w historii.

PiS już traci wyborców

– Polityka nieodwołalnie wykonuje ruch wahadła. Wiemy, że ma ono taką specyfikę, że gdy maksymalnie się wychyli, to przez ułamek sekundy wydaje się, że przestaje się ruszać. Lecz ono właśnie zbiera się do ruchu w drugą stronę, zaczyna się rozpędzać – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Na ile sprawa Daniela Obajtka pogrąży PiS? Do tej pory rządzący potrafili unikać odpowiedzialności za afery, których było niemało.

PROF. JAROSŁAW FLIS: Te wszystkie afery i kłopoty się odkładają. Moim zdaniem twierdzenie, że to nie działa, jest wątpliwe i bardziej mówi o poziomie oczekiwań niektórych, niż o tym, co jest realne. Trzeba postawić pytanie o to, jak wyglądałoby poparcie PiS-u, gdyby tych afer nie było. Być może to byłoby 60 proc., PiS ma dziś niewiele ponad 30 proc. poparcia i to jest także efekt tych wszystkich spraw. Część wyborców już odeszła od PiS-u, tylko to wcale nie oznacza, że przechodzą od razu do opozycji. Długo mówiono o PO i Tusku, że jest teflonowy, aż problemów uzbierało się tyle, że czara goryczy się przelała.

Pięknie to ujął Marcin Wicha, satyryk, rysownik, który za czasów Tuska popełnił pewien genialny rysunek: król jest u astrologa, który patrząc w kulę mówi: Widzisz, że są dwa etapy. Najpierw nic ci nie może zaszkodzić. A potem nic już nie może ci pomóc.

Czy PiS wszedł już w ten drugi etap?

Być może tak. Polityka nieodwołalnie wykonuje ruch wahadła. Wiemy, że ma ono taką specyfikę, że gdy maksymalnie się wychyli, to przez ułamek sekundy wydaje się, że przestaje się ruszać. Lecz ono właśnie zbiera się do ruchu w drugą stronę, zaczyna się rozpędzać. Być może wahający się wyborcy dojrzeli już do zmiany. Pytanie też, jaka jest alternatywa, bo to, co już parę razy uratowało PiS, to błędy przeciwników.

PiS stracił 1/3 poparcia od czasu wyborców w 2019 roku. Gdzie i na rzecz kogo?

To skomplikowane rzeczy, bo po pierwsze zmienia się frekwencja, więc część wyborców odpływa do niegłosujących. Można stracić poparcie w ujęciu procentowym, chociaż przeciwnicy nic nie zyskają. Tak było z utratą poparcia dla PO w 2012 roku, kiedy 1/3 wyborców przestała deklarować poparcie dla tej partii. Mimo że nie wzrosła liczba popierających PiS, to w sondażach procent poparcia już wzrósł. Stało się tak dlatego, że wcześniejsi wyborcy PO deklarowali, że nie wezmą udziału w wyborach.
Pamiętajmy, że procenty poparcia liczy się tylko wśród tych, którzy deklarują, że pójdą na wybory. Gdy teraz wyborcy PiS deklarują, że nie pójdą zagłosować, poparcie dla tej partii spada, a cała reszta proporcjonalnie zyskuje.

Przywołam tu starą tezę prof. Markowskiego i prof. Cześnika, która mówi, że w Polsce poglądy polityczne zmienia się poprzez absencję wyborczą.

Oznacza to, że w pierwszym etapie ludzie przestają głosować, ewentualnie w następnym mogą się pobudzić na rzecz nowej partii. Od tego są oczywiście pewne wyjątki, lecz o samej zasadzie trzeba tu pamiętać.

Czyli generalnie ci wyborcy, którzy odeszli od PiS, nie zagłosują w tych wyborach na ruch Hołowni czy KO?

Oczywiście jest pewien szerszy aspekt tej sprawy, ponieważ zawsze jest część wyborców, która jednak się miesza. Zacznijmy od tego, że mamy kilka rodzajów wyborców. „Wyborcy alfa” to ci, którzy wiedzą na kogo zagłosują i nie zmieniają zdania. „Wyborcy beta” to ci, którzy wiedzą, że zagłosują, ale nie wiedzą na kogo. Część z tych wyborców rotuje, bo rozmawiają z sąsiadami, ze znajomymi i w zależności od tego, na kogo ostatnio trafili, to tak zagłosują.

Ciekawsze są zmiany wśród „wyborców alfa”, bo jeżeli ci się zniechęcają, to prawdopodobieństwo, że „wyborca beta” trafi na zdeterminowanego wyborcę danej partii, maleje. W związku z tym zmniejsza się też ilość „wyborców beta”, którzy przechylą się na tę stronę, bo nie ma ich po prostu kto przekonać na tej ostatniej prostej. Są też „wyborcy gamma”, którzy nie wiadomo, czy zagłosują, ale jeżeli tak, to wiadomo na kogo itd. Ich w ostatnim momencie mobilizują „wyborcy alfa”, jeśli sami są zmobilizowani.

Opozycja pokazuje ostatnio wyraźnie zjednoczeniowe tendencje. Komisja parlamentarna ws. Daniela Obajtka, wspólny kandydat w Rzeszowie… Czy to może zachęcać, czy wręcz przeciwnie?

To dość subtelna gra. Jak widzieliśmy w wyborach do Senatu, to ujednolicenie kandydatów działało pod warunkiem, że było konsekwentne. W połowie okręgów udało się uzgodnić opozycji jednego kandydata i tam wygrywała. Natomiast jeżeli tylko pojawił się jakikolwiek trzeci kandydat, to 1/10 wyborców opozycji wolała głosować na niego, niż na wspólnego kandydata opozycji.

Gdyby udało się we wszystkich okręgach w Senacie uzgodnić jednego kandydata, to PiS miałby nie 48, a 38 senatorów. Wówczas nie byłoby w ogóle prób przeciągania senatorów opozycji np. w sprawie wyboru nowego Rzecznika Praw Obywatelskich.

Z drugiej strony widać było w II turze wyborów prezydenckich, że nie wszyscy wyborcy Hołowni i Kosiniaka-Kamysza zagłosowali na Trzaskowskiego.

To jaka forma współpracy będzie premiować opozycję najbardziej?

To ciekawe, bo PiS, mimo że jest dużo bardziej zwarty, ma dziś spore problemy z jednością. Nasza scena polityczna wygląda dziś obrazowo w następujący sposób: mamy pień, na dole którego znajduje się solidarno-prawicowy PiS skupiający prawie połowę wyborców, a nad nim jest szeroko rozpostarta korona drzewa, gdzie na górze są lewicowo-liberalni, po jednej stronie lewicowo-solidarni, a po drugiej liberalno-prawicowi. Ciężko zrobić z tego wspólny pień i jakoś to skleić.

Pytanie, ile tych gałęzi opozycji powinno być, dwie czy trzy. Jeden wspólny blok od razu można odrzucić, bo natychmiast zgubi skrzydła. Moim zdaniem powodem, dla którego wyborcy głosowali na jednego kandydata w Senacie, jest fakt, że w wyborach do Sejmu mogli pokazać poparcie dla partii, którą lubią. W Sejmie głosowali ekspresyjnie, a w Senacie taktycznie. Być może gdyby był jakiś wybitny wirtuoz, to pociągnąłby jeden wspólny blok, ale na razie nie widzę takiego.

To raczej będzie mozolne ciułanie.

Czyli wybitny polityk skleiłby jedną listę?

Mamy dwa rodzaje przywództwa – transakcyjne, czyli my wam tu ustąpimy, a wy nam tam, i przywództwo transformacyjne, gdzie lider przekonuje wszystkich do czegoś nowego.

To dobrze widać, jak dzieci w piaskownicy kłócą się o zabawkę. Przywódca transakcyjny mówi 15 minut ty, a 15 ty, a przywódca transformacyjny mówi zostawcie to, ja mam lepszy pomysł. To drugie jest rzadkie, wyjątkowe, wymaga naprawdę specjalnych umiejętności, stąd dużo bardziej popularne jest przywództwo transakcyjne.

Czyli dwie listy?

12 lat temu najbliższymi partiami na scenie politycznej, jeżeli chodzi o deklaracje ideowe wyborców, były paradoksalnie PO i PSL. Gdy Tusk odnosił swój największy sukces, czyli reelekcję w 2011 roku, to mówił w exposé, że ten rząd broni Polski przed ekstremizmami z lewa i prawa. Faktycznie wtedy tak było, że środek ciężkości ogółu wyborców z 2007 roku był mniej więcej tak samo odległy od lewicy, jak od wyborców PiS-u. Tylko że w międzyczasie PO wykonała długi marsz i amputowała sobie prawe skrzydło, zradykalizowała się też ta część elektoratu, która została jej wierna, w dużej mierze za sprawą obecnie rządzących. PO przejęła też w jakiejś mierze elektorat lewicy. Obecnie spora część ich elektoratu jest wręcz wymienna z elektoratem lewicy, który także przesunął się w stronę liberalną i jest coraz mniej solidarny.

Pytanie, kto ma zgarnąć wyborców po prawej stronie, czyli tych centrowo-prawicowych, którzy stanowili ponad połowę wyborców PO z 2007 roku.

Zatem sądzę, że dwa bloki byłyby najlepsze, tylko PO w tej sytuacji byłaby trochę jak żabka z dowcipu o podziale na zwierzęta piękne i mądre – chciałaby być tam i tu, a przecież się nie rozdwoi. Lecz największy problem polega na tym, że ci wszyscy, którzy postulują, że należy się zjednoczyć, chcieliby, aby ta jedna zjednoczona partia była dokładnie taka, jak właśnie oni chcą.

Pewne jest jedno. Gdyby wybory odbyły się dziś, to PiS bezapelacyjnie traci większość. Pytanie tylko, jaki byłby skład koalicji. Czy przy dużym sukcesie potrzebna będzie lewica albo niepotrzebny będzie PSL. Ten ostatni ma mocne karty, bo może w każdej chwili zmienić sojusze w sejmikach. Z tego punktu widzenia zostawienie go poza rządem byłoby strzałem w stopę, bo to automatycznie wepchnęłoby go w ramiona PiS-u.

Pamiętajmy, że główną słabością PiS-u w porównaniu do węgierskiego Fideszu jest właśnie to, że PSL jest na zewnątrz, a nie w środku.

PiS bardzo by chciał połknąć PSL i wiele razy próbował, ale jak widać, ciągle to tylko pogłoski. Nawet w jednym województwie PSL nie zmienił koalicji.

Fundusz Inwestycji Lokalnych został rozdzielony głównie na „swoich”, gminy, gdzie rządzi PiS, dostały średnio 10 razy więcej. Czy podobnie przewiduje pan, że będzie z Funduszem Odbudowy i czy zatem opozycja powinna brać pod uwagę zagłosowanie przeciw?

Preferowanie własnych okręgów wyborczych to nic nowego, ostatnio pojawiły się informacje, że dochodziło do tego w Wielkiej Brytanii, w Stanach ma to nawet specjalną nazwę. Wiadomo zatem, że każdego świerzbią ręce, ale PiS ma wyjątkowe kłopoty w panowaniu nad nimi. Także dlatego, że większość działań Morawieckiego jest na drugim planie wobec sporów wewnątrz koalicji. Te zaś narastają. Sytuacja, w której minister sprawiedliwości i wicepremier ds. rozwoju nie wiedzą, z jakich list wyborczych wystartują w następnych wyborach, choć są w jednej koalicji, jest kuriozalna. To za rządów Tuska nikomu by nie przyszła do głowy. To pokazuje, do jak potężnego kryzysu zaufania doszło w obozie rządzącym. Wszystkie zabiegi Morawieckiego są tylko w tle, a sam premier jest pionkiem w grze.

Dodatkowo z wcześniejszych planów Morawieckiego wiemy, że udawało się to tam, gdzie wystarczyło coś rozdać: 500 plus, podniesienie pensji minimalnej, wozy strażackie… Tam, gdzie ludzie sami wiedzą, czego chcą, i potrzebowali tylko funduszy, to działało. Wszystkie trudniejsze projekty, jak mieszkania dla młodych, elektryczne samochody czy reforma sądownictwa, kompletnie się nie udały. Wszelkie skomplikowane sprawy leżą.

Co do opozycji, to gra rzeczywiście jest skomplikowana. Nie wziąć tych pieniędzy tylko dlatego, że PiS je rozkradnie? Będzie to bardzo trudno wytłumaczyć i to zarówno w skali krajowej, jak i europejskiej.

Z drugiej strony uleganie takiemu szantażowi, że koalicja rządząca może się kłócić do woli, bo i tak w ramach poczucia odpowiedzialności opozycja pomoże, jest nie w porządku. Trzeba poszukać tu dobrych rozwiązań, np. połączyć głosowanie nad funduszem z konstruktywnym wotum nieufności.

Czyli zapowiedzieć, że opozycja poprze ratyfikację, lecz z Kosiniakiem-Kamyszem jako premierem, bo rząd Zjednoczonej Prawicy nie ma już większości dla tak ambitnego przedsięwzięcia.

Mimo wszystko spodziewam się, że cała sytuacja rozejdzie się po kościach i będzie trochę jak z majowymi wyborami. Zapowiadała się totalna katastrofa i hucpa, której nie widział demokratyczny świat. Jednak na kilka dni przed majowym terminem wyborów udało się znaleźć w miarę sensowne wyjście z sytuacji. Teraz też wydaje się, że jak pisał Młynarski o piłowaniu gałęzi, na której się siedzi: tym razem to przerżniemy już na pewno, ale możemy być jeszcze zaskoczeni finałem.

Mydlana reakcja łańcuchowa

Politycy lewicy domagają się, by prezes Obajtek pokazał swoje oświadczenie majątkowe. Trochę to bez sensu. Gdyby przyjrzeli się z grubsza drodze zawodowej prezesa, to by dali sobie spokój z takim apelem.

Prezes od początku swojej kariery zawodowej upodobał sobie tzw. szarą strefę w gospodarce i dlatego dzisiaj sam nie wie ile czego ma. Prowadzenie takiej działalności utrudnia rzetelne księgowanie. Dochody niewiadomego pochodzenia, transakcje w rodzinie i ze znajomymi, darowizny, dzierżawy, chwilowe zmiany właścicieli, przekazywanie pieniędzy z ręki do ręki, ciche spółki, omijanie urzędów skarbowych, itp. Oczywiście były też operacje legalne, u notariusza, ale pieniądze też często były niewiadomego pochodzenia. Aż dziw bierze, że urzędy skarbowe nie miały o tym wiedzy, choć wiadomo, że PiS bardzo się chwali ich skutecznością.

Te, zainwestowane w szarej strefie pieniądze rodzą kolejne nieopodatkowane kwoty. Trafiają one do prezesa w postaci ruloników pieniędzy przewiązanych gumką-recepturką albo w kopertach. Prezes, człowiek zabiegany, rzuca w pospiechu tę kopertę na tylne siedzenie samochodu. Na drugi dzień nie pamięta co to za pieniądze. Kupuje kolejną działkę, czy pensjonat. Logicznym ciągiem tych inwestycji są kolejne koperty. Bo prezes choć nie wie ile czego ma, to dryg do interesów ma wybitny. Od nadmiaru może rozboleć głowa. Oczywiście prezes dostaje też na konto duże kwoty z Orlenu, ale one mieszają się z pieniędzmi kopertowymi i powstaje jeszcze większy galimatias. Tam mi się przynajmniej wydaje. Należy mieć nadzieję, że w Orlenie jednak jest to robione porządniej. Dlatego politycy lewicy żądają od prezesa niemożliwego, zamiast umacniać formację.

Premier broni prezesa

Premier Morawiecki bronił dobrego imienia prezesa Obajtka. Zapewnił on publicznie, że prezes Obajtek to dobry człowiek, a wrogie narodowi chcą go tej opinii pozbawić. Pewnie dlatego, że prezes postanowił zrobić z Orlenu potęgę, a wrogowie Polski są temu przeciwni. Premier nikogo nie wskazał, ale wiadomo przecież o kogo chodzi. Premier przy tym był bardzo poważny, ale w duchu cieszy sięł, bo ubył mu rywal do premierowskiego fotela.

A przecież takie słuchy o Obajtku chodziły. Sam najgłówniejszy prezes temu nie zaprzeczał i dodawał nawet, że prezes Orlenu ma w sobie to coś, czego nawet obecny premier nie ma. Po wpadce z posiadłościami prezesa Obajtka on już raczej na premierostwo nie ma szans. Takiego skandalu nie przełknęli by nawet najzagorzalsi zwolennicy PiS, dotąd nie dostrzegający przekrętów tej ekipy.

Obu panów łączy zamiłowanie do posiadania. Jednak do majątków dochodzili różnymi drogami. Premier Morawiecki, już jako 11-letni chłopiec, urywał głowę komunistycznej hydrze. Kiedy byłem radnym Sejmiku Dolnośląskiego, wtedy jeszcze raczkujący w biznesie, Mateusz Morawiecki też był radnym. Wtedy nie wiedziałem, że ocieram się o półboga. Ja człowiek z postkomunistyczną przeszłością. Z tą boskością coś było na rzeczy. Przyszły premier ubogacił się na truchle komuny. Za symboliczne pieniądze nabył od Kościoła kilkanaście hektarów ziemi, którą ten (kościół) dostał od państwa za darmo. Czyżby o to chodziło w walce z komuną? Przez kilkanaście lat nikt tą ziemią nie interesował się, a jej wartość wzrosła do kilkudziesięciu milionów. Kiedy przyszło premierostwo sprawa wybuchła. Premier chyżo dokonał rozdziału majątkowego i ziemię przepisał na żonę. A żona nie przyznaje się ile ta ziemia jest warta. I co mi zrobicie? Zdaje się kpić narodowy premier ze swoich poddanych. Jeden Pan Bóg tylko to wie ile to jest warte i niech to wystarczy wierzącym obywatelom.

Prezes Obajtek zaczynał gromadzenie majątku inaczej. Jako drobny przedsiębiorca i wójt, a to tu coś skrobnął, a to w drugim miejscu coś kupił, na kogoś przepisał dom, potem wydzierżawił, a gdzie indziej zamiótł pieniądze pod dywan. ….Mam kasę, ale nie powiem skąd i co mi zrobicie?… Ale skoro został prezesem Orlenu wrogie mu, a co za tym i całemu narodowi, siły zaczęły węszyć. Wyszła na jaw ekwilibrystyka prezesa z ukrywaniem majątku, na który nie miał pokrycia w zarobkach. Teraz, jako prezes Orlenu, zarabiający miliony, może kupić wszystko, czyli „Wszystko mogę Obajtek” jest teraz prawdą.

W przypadku obecnego premiera sprawa jest jasna – kupił za bezcen, a wiedział, że za kilka lat ta ziemia będzie warta miliony. Można mówić o moralnie nagannej spekulacji. Prezes Orlenu dochodził do majątku pokrętną drogą. Ta droga dyskwalifikuje go w walce o premierostwo i dlatego premier Morawiecki szczerze broni prezesa Obajtka, bo jest przekonany, że ten nie wygryzie go z fotela. A że zarazem kłamie o Obajtku, to co? Dla niego mijanie się z prawdą to chleb powszedni. Sam prezes najważniejszy zamilkł. Bo są jednak jakieś granice politycznej hucpy. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale pewien nie jestem.

Obajtek zostaje

Rzecznik rządu Piotr Müller odniósł się do publikowanych na łamach “Gazety Wyborczej” doniesień dotyczących Daniela Obajtka i jego ewentualnej dymisji z funkcji prezesa PKN Orlen.

Piotr Müller pytany był w Radiu Zet, czy po publikacjach “Gazety Wyborczej”, które sugerowały, że Daniel Obajtek, pełniąc funkcję wójta Pcimia, miał “z tylnego siedzenia” kierować prywatną firmą, może dojść do dymisji szefa PKN Orlen. “Nie ma takich planów. Nic mi nie wiadomo na ten temat, aby takie decyzje były rozważane” – odpowiedział rzecznik rządu.

Müller podkreślił również, że nawet jeśli Obajtek rzeczywiscie kierował prywatną firmą będąc wójtem, to kwestia ta powinna zostać pozostawiona ocenie właściwym organom państwowym. “Na ten moment nie ma żadnych podstaw do tego, żeby takie decyzje były podejmowane” – zaznaczył.

Gdy był dopytywany przez prowadzącego wywiad dziennikarza, czy sprawą powinna zająć się prokuratura, Müller odparł, że jeżeli ktoś taki wniosek złoży, to prokuratura automatycznie będzie musiała podjąć właściwe działania.

“Pani chciałaby, żebyśmy podejmowali decyzję na podstawie artykułu z “Gazety Wyborczej”, natomiast ocena tego, w jaki sposób działa Orlen, w jaki sposób konsoliduje polski rynek zarówno paliwowy, jak i energetyczny, jest bardzo dobra. To jest wyzwanie ogromne, które prezes Obajtek realizuje bardzo dobrze i to jest w tej chwili kluczowa rzecz” – zaznaczył rzecznik rządu.

Współczuję kolegom…

…dziennikarzom z lubelskiego „Dziennika Wschodniego”, którym większościowy udziałowiec spółki wydającej gazetę i popularny portal z dnia na dzień wyrzucił z roboty naczelnego, zaś dziennikarzom uniemożliwił dostęp do swoich laptopów, na których mają materiały objęte tajemnica dziennikarską, a także być może osobiste dane wrażliwe.

Media, dziennikarze i komentatorzy podnieśli lament, że oto właśnie naruszana jest wolność słowa, a wolnym mediom zamyka się usta. Czysta prawda! Jak najbardziej jest naruszana. Ale, przepraszam, czemu to budzi zdziwienie?

Oto bogaty biznesmen, który być może nie ma pojęcia o wydawaniu gazety czy portalu, zapragnął mieć oto popularne na terenie działania jego biznesu medium, by delikatnie, ale skutecznie lobbowało na rzecz jego interesów. Kupił je więc razem z dziennikarzami, dokładnie tak, jak kamienicznicy w całej Polsce kupowali kamienice z „wkładką mięsną” – czyli lokatorami – traktując całość jako swoją własność. I nie sadzę, by do dziennikarzy miał inne podejście. Kupił gazetę, portal i ich, żeby miał kto medium robić. Tak pewnie uważał.

„Chan darował cię królowi, jakoby mu psa albo sokoła darował”, mówił Kmicic do Akbah-Ułana. Obrzydliwie brzmi, prawda? Tylko że to jest właśnie istota ustroju, jaki nam zafundowano w 1989 roku.

„Święte prawo własności”, kapitaliści jako sól ziemi, prawa pracodawców najwyższym dobrem, „róbta siatkie”, i co tam jeszcze fundowała nam wszystkim nieoceniona w walce o neoliberalny kapitalizm „Gazeta Wyborcza” i jej akolici na samym początku. I odnieśli sukces. Polacy pokornie przyjęli te prawdy za własne. No to teraz nie ma co płakać.
Jaka wolność słowa? Gdzie? Kto ma o nią dbać?

Właściciele mediów? Dostarczyciele reklam bombowców, rakiet międzykontynentalnych i czołgów, których reklamy możemy znaleźć w największych pismach? Te reklamy są dla kogo? Dla czytelników, żeby sobie kupili F-35 i postawili w ogródku? Nie, to jest w istocie kupowanie sobie dziennikarzy jak pisklęta na targu, żeby pisali to, co trzeba z punktu widzenia wielkiego kapitału. W Lublinie stało się to samo, tylko w mniejszych proporcjach.

„Gazeta Wyborcza” brzmi nieco nieszczerze, kiedy piętnuje postępowanie kapitalisty w Lublinie. O toście walczyli przecież. Co zaś do niezależności, to dajcie spokój, po ostatnich chlipnięciach dotyczących zwiększenia podatku od reklam, lepiej byłoby zamilczeć.

Wolne media są wtedy, gdy ich właścicielami są sami dziennikarze, albo kiedy utrzymują się wyłącznie z pieniędzy, które płacą jego odbiorcy. Pewnie takie są. Ale nawet jeśli jeśli, to nie znaczą obecnie nic, i nie mają na nic realnego wpływu.

Mówiąc inaczej, w obecnym ustroju niezależne media są króliczkiem, za którym można gonić, ale tak, by go nie złapać.

Rozmowa wójta z Szymkiem

Lubię kląć. Mam w tym spore doświadczenie. Lubię też słuchać, jak ludzie umiejętnie i ze znawstwem rzucają mięsem. Rozsmakowuję się w nim. Dzięki temu potrafię docenić prawdziwy kunszt. Wiem, kto rzuca szlachetnym cząbrem, a kto pasztetową. I powiem Państwu, że Daniel Obajtek ma potencjał!

To nawet nie o ilość idzie. Bo garmaż obajtkowy jest spory. Czyni więc jego fechtunek mięsem z pozoru niezbyt wyszukanym. Redaktor Czuchnowski dokładnie podliczył ile i czego w jednej z rozmów Obajtek używał jako części mowy. Można sobie sięgnąć, jak ktoś lubuje się w buchalterii. Są jednak w obajtokowym wulgaryzowaniu momenty. A, proszę mi wierzyć, trochę się na tym znam. Dajmy na to: „chuja trypla”. Z pozoru niby nic takiego, ale jak się głębiej zastanowić, to wcale nie taka łatwa zbitka do wymyślenia. Musiał nad nią dumać ktoś z głową.

Ale, nie, przecież Obajtek ma zespół Tourette’a! Tzn. miał, bo już z tego wyszedł. A jak wiemy, wilka do lasu ciągnie i czasami, jak człowieka przyprze, to nie ma rady. Mus rzucić „kurwą” albo „chujem”.

Nie słuchałem całości taśm. Jedynie co pikantniejsze szczegóły i początek. Oczywiście wulgaryzmy wcale mnie nie zaskoczyły, bo wiem, że człowiek to istota, która używa różnego języka, właściwego sytuacji i miejscu. Inaczej rozmawia się z przełożonym, inaczej z księdzem, matką, dzieckiem czy wójtem. Są jeszcze tacy, z którymi się w ogóle nie rozmawia, bo nie warto.
Nie słuchałem całości, bo pierwsze 10 minut mnie już do reszty znudziło, więc skakałem potem bez pomysłu, co minutę, pięć.

Ludożerka rzuciła się od razu na obajtkowy język, zapominając, czego owe taśmy mają dowodzić. I moim zdaniem dowodzą jak w równaniu, kiedy na końcu piszę się: „czego należało dowieść”. Obajtek był wójtem Pcimia. Zarządzał prywatną spółką z tylnego fotela. Takie są zarzuty „Wyborczej”, która do sprawy dokopała się jako pierwsza. Czy na nagraniu z rozmów z Szymkiem, Obajtek zachowuje się jak przełożony, który wydaje pracownikowi dyspozycje? Oczywiście, że tak. Naprawdę, trzeba mieć spory niedosłuch, żeby tego nie wysłyszeć. Tyle, że taśmy same niewiele Obajtkowi zrobią, poza spierdoleniem dobrze zapowiadającego się piaru.
Mówił Obajtek z Szymkiem. Ale czy gdzieś widnieje Obajtka podpis, dekretacja pisma, dokumenty z jego parafkami? Nie ma w tej sprawie ważnych dowodów, bo i być nie może. Ktoś, kto ma być cichym wspólnikiem nie jest przecież kretynem, żeby swoje szwindle trzymać w segregatorach, a pieniądze brać na konto. Czasy może się i zmieniają, ale kasa w kopercie pod stołem cały czas jest bardzo dobrym źródłem niepodatkowanego dochodu. Pisząc o tym, że kretynem być nie może, nie wykluczam jednak, że nie może się takowymi otaczać.

Muszę przyznać, że dość mocno ubawił mnie fragment rozmowy Obajtka z Szymkiem, kiedy ten pierwszy każe drugiemu przygotować zestawienia firm, które kupują od nich towar, firm które nie kupują, a przy tych, które kupują uwzględnić jaki procent biorą właśnie od nich. I oddać zestawienie Tomkowi. Szymek potakuje, po czym pyta: „A jakiemu Tomkowi ?”

Doprawdy, jak rozmowa dyrektora Krzakoskiego z Dudałą z „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Jakaś groteskowa komedia półkretynizmów. Później robi się jeszcze lepiej; Obajtek klaruje Szymkowi pięć razy, co ma przygotować, jak ma wyglądać każda tabela z osobna. Ten sześć razy o to samo dopytuje.
Aż żal ściska człowieka, kiedy panowie rozmowę kończą, bo chciałoby się jeszcze posłuchać. Takie to pocieszne, jak z filmów mistrza Stanisława.
Zastanawiam się, co na to prezes Kaczyński. Wiemy przecież, że czym jak czym, ale wulgaryzmami to on gardzi i języka nie kala zbyt często. Wiemy też, że jest do cna wyrachowany i cyniczny i zdaje sobie sprawę, że ludzie używają brzydkich słów. Póki jednak używają ich dla niego, i dzięki nim partia rośnie w siłę, mogą sobie rzucać mięsem do woli. Byleby działali dla prezesa i za jego zgodą.

Jak to mawiają w Pcimiu: może i chuj, ale swój!

Daniel „totalna klęska”

– Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie – mówi dr Mirosław Oczkoś, specjalista ds. marketingu politycznego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Czy Daniel „Napoleon” Obajtek dotarł właśnie do swojego Waterloo, czy jak zwykle sprawa taśm PiS-owskich działaczy rozejdzie się po kościach?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Tu sprawa wygląda na bardziej skomplikowaną. Trzeba powiedzieć, że pan Obajtek był znaczącym delfinem na PiS-owskim morzu i lada chwila miał wypłynąć na morza i oceany świata. Może się okazać, że jednak delfiny nie są w stanie pływać w ropie, bo jest to dla nich szkodliwe.

Mówiąc serio, to byłbym zdziwiony, gdyby sprawa taśm pana Obajtka rozeszła się po kościach. Skala tego jest tak duża, nawet jak na PiS, a jesteśmy uwarunkowani na śledzenie różnych nagrań, przecieków, obecna koalicja wygrała na tym przecież wybory. Jednak to, co było na taśmach Sowy, to mały pikuś w stosunku do tego, co tu słychać. Te taśmy są słusznie porównywane do propozycji korupcyjnych pana z SLD z Łodzi, który zamawiał firanki do mercedesa.

Tutaj przyszły premier Obajtek pokazuje, że po pierwsze jego moralność jest pod sporym znakiem zapytania, przejrzystość jego działań jest mocno wątpliwa, też przymioty osobiste tytułują pana Obajtka raczej daleko od ludzi kulturalnych.

Co może zrobić największe wrażenie na wyborcach PiS-u? To, że tak siarczyście przeklinał, że skłamał w sądzie, czy to, że chciał wykończyć firmę wuja?

To jest pytanie za 10 punktów, podobnie jak to, czy PiS-owscy wyborcy w ogóle się o tym dowiedzą.

Na pewno klienci Orlenu nie, bo na stacjach nie można kupić „Gazety Wyborczej”.

Nie oszukujmy się, żyjemy w kraju półcenzuralnym, gdzie jeden ciąg informacyjny kompletnie nie dopuszcza do pewnego typu wiadomości i gdzie grupa ludzi jest kompletnie wyłączona z prawdziwych informacji. Okazało się, że te delikatne przekleństwa u Sowy nie były jakoś strasznie nie do przyjęcia dla ludzi, chociaż pan Marek Belka, prezes NBP, nie powinien nawet prywatnie tak mówić.

Zatem kim jest prezes największej spółki, która przejmuje właśnie media i miał być następcą Mateusza Morawieckiego, a być może nawet prezesa Kaczyńskiego?

Jeżeli to dotrze do wyborców, to może sprawić pewien myślowy kłopot. Być może wiele osób z ludu PiS-owskiego, kiedy się dowie czy dosłucha tego, co mówił pan prezes Obajtek, może być oburzonych tym, jak postępuje z własnym wujem. Nie dość, że go mocno miesza z błotem, przyznam, że dawno nie słyszałem tak obelżywych określeń – to też dużo mówi o relacjach rodzinnych pana Obajtka – to jeszcze chciał wykończyć własnego wuja i to w sposób nieczysty. Niestety na samym końcu jest to, że skłamał, że nie był powiązany ze spółką, kiedy był samorządowcem.

Jak widać, w Polsce odporność na łamanie prawa jest dość duża i PiS przyzwyczaił już nie tylko lub PiS-owski, ale i „żabę polską”, że jest ugotowana.

Jak ocenia pan strategię obrony?

Na razie obrona jest bardzo kiepska. To przedziwne, że nagrania pochodzą z 2009 roku, podobno trafiły do prokuratury w 2016…

…a w 2017 prokuratura Ziobry umorzyła postępowanie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo to, o czym rozmawiamy i wszyscy od rana tłuką, to są emocje. A w tle jest gra na zimno, stawiam, że Zbigniewa Ziobry, który doszedł do wniosku, że dość już lansowania pana Obajtka i trzeba to ukrócić; dlatego pojawiły się taśmy.

Pana zdaniem to z obozu Zjednoczonej Prawicy wyszły taśmy?

Absolutnie tak. Jeżeli coś wpada do prokuratury i pan Święczkowski albo Ziobro tego nie chcą, to przepada na wieki. Oczywiście można opowiadać bajki, że nie wiadomo, co, kto i gdzie, ale gdyby miały nie wyciec, to tak by się stało.

Przypomnijmy, że Zjednoczona Prawica akurat ma doskonale opanowany ten element marketingu, oczywiście mówię to ironiczne – czyli zabijanie przeciwników taśmą. Podejrzewam, że jutro wszystkie prawicowe tygodniki, gazety i portale będą krytykować pana Obajtka, jak można tak postępować i posługiwać się takim językiem. Niestety, to tragiczne dla nas wszystkich, bo menedżer namaszczony przez króla Polski Jarosława okazał się dyskusyjny pod względem moralnym i wizerunkowym. Skoro ten jest tym najlepszym, tym najbardziej skutecznym, to jaki jest ten średni? Daniel „wszystko mogę” Obajtek przeistoczył się w Daniel „totalna klęska” Obajtek.
Moim zdaniem to jest nie do obrony, choć nie takie obrony już się widywało. Pytanie, co jest jeszcze, bo na razie ten atak był bezpardonowy.
Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu PAP, w którym dyskredytuje „GW”, a to oznacza, że wiedział, że czeka go bomba. Wiele można mu zarzucić, ale nie to, że jest zdziecinniały; musiał wiedzieć, że ta sprawa nie rozejdzie się po kościach. Oczywiście możliwy jest też scenariusz, że ktoś niezależny, kto ostał się w prokuraturze, zabrał do domu taśmy Obajtka i z własnej „szafy Lesiaka” wyciągnął właśnie teraz taśmy. Ciekawe będzie teraz, na kogo postawi reszta prawicowych mediów: czy na Ziobrę, czy na Kaczyńskiego.

Co powinno się teraz stać z prezesem Orlenu?

W takiej sytuacji pan prezes Obajtek powinien być natychmiast zdymisjonowany z zarządzania koncernem Orlen, a po drugie powinna się temu przyjrzeć prokuratura i CBA.

Na pewno taka osoba nie powinna zarządzać największym koncernem tej części Europy.

Zobaczymy, na co zdecyduje się prezes Kaczyński. Pamiętajmy, że podziały w Zjednoczonej Prawicy idą dwutorowo.

Jeżeli prezes nie zdecyduje się odsunąć pana Obajtka, bo nie ma co ukrywać, że to będzie wymagało od niego dużego wysiłku, tylko będzie bronił go jak niepodległości, to ten granat i tak wybuchnie. Tego nie da się już rozbroić, można tylko zdetonować na poligonie w kordonie sanitarnym albo on wybuchnie w kuchni i pourywa wszystkim w pobliżu nogi i ręce.

Ale trzeba przyznać, że do tej pory Daniel Obajek miał bardzo dobrą strategię i świetny PR.

Kariera Obajtka przypomina na swój sposób karierę Nikodema Dyzmy. Tylko to kolejny Dyzma już w następnym pokoleniu…

Wróćmy do wywiadu prezesa dla PAP. Co można z niego wyczytać?

Ten wywiad ma wszelkie znamiona uderzenia wyprzedzającego – jest skierowany ewidentnie do członków Zjednoczonej Prawicy wszelkiej maści i jasno wynika z niego, że prezes boi się i jest trochę pod ścianą, bo wszystko zaczyna mu się walić.

Mocny człowiek nie idzie do mediów i nie skarży się. Prezes nawet wraca do czasów opozycji, która „nic nie robiła”. To trochę żenujące, bo PiS rządzi od 6 lat i wyciąganie tego kotleta z bułki jest bez sensu, bo to już inny kotlet, inna bułka i inna restauracja.

Prezes najprawdopodobniej traci kontrolę nad tym, co się dzieje, i próbuje teraz groźbą zapanować nad swoimi wyznawcami na zasadzie „ten, kto głosuje przeciwko nam, głosuje przeciwko Polsce”.

„Każdy, kto rozbija Zjednoczoną Prawicę, działa przeciwko Polsce” – mówi prezes. To groźba kierowana do koalicjantów?

To wielkie słowa, natomiast szef partii czy całego ugrupowania prawicy Kaczyński nie musi udzielać takich wywiadów, aby uratować Daniela „wszystko mogę” Obajtka. Zaczyna się zatem coś dziać i być może okaże się, że Jarosław „niewiele już mogę” Kaczyński nie uratuje pana Obajtka.

Idą ciężkie dekady

– Upadek Kaczyńskiego może oznaczać różne scenariusze, są i takie, gdzie zamiast Kaczyńskiego będziemy mieć Winnickiego w koalicji z Ziobrą – mówi prof. Mikołaj Cześnik, socjolog i politolog, dyrektor Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Ludwik Dorn uważa, że teraz jest „najmniej zły” czas na opublikowanie tzw. wyroku, bo wiosną rząd będzie się tłumaczył z kryzysu i pandemii, opozycja przekonuje, że publikacja miała przykryć klapę narodowego programu szczepień, rząd przekonuje, że TK jest niezależny. A pan gdzie widzi przyczynę publikacji orzeczenia TK Przyłębskiej w sprawie aborcji?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: Od procedury całkowicie abstrahować nie można, choć ci, którzy twierdzą, że wszystko szło swoim trybem, zdają się nie zauważać, że wniosek wpłynął w 2017 roku, rozpatrzony został pod koniec 2020, a opublikowany dopiero w 2021.

Rozumiem, że takie sprawy nie mogą dziać się z dnia na dzień, ale trudno jednak obronić tezę, że duża polityka nie miała wpływu na czas, tym bardziej, że to orzeczenie ma bardzo polityczny wymiar i liczni aktorzy próbują go wykorzystywać do swojej gry.

Jarosław Kaczyński decydował?

Stawiałbym, że tak. Biorąc pod uwagę wcześniejsze instrumentalne wykorzystywanie agend państwowych i instytucji państwa, trudno mi uwierzyć, że akurat w tym nie maczał palców. Byłoby to zresztą niezgodne z jego modus operandi. Nie wiem natomiast, co próbował osiągnąć; niektórzy twierdzą, że to wielopiętrowa intryga, aby powrócić do status quo.
Reklama

Na pewno jest to temat bardzo polaryzujący, który podgrzał atmosferę. W tej sprawie trudno o kompromis, bo mamy do czynienia z dobrem niepodzielnym. Przykłady z innych krajów pokazują, że w tej kwestii kompromis jest ciężko wypracować.

Eskalacja tego konfliktu obciąża bezdyskusyjnie ekipę rządzącą, bo większość prawników była przekonana, że wobec brzmienia naszej konstytucji, a także linii orzeczniczej od lat 90. przepisy były w tej kwestii jednoznaczne.

Jednym ze skutków orzeczenia jest skłócenie opozycji, bo każda z partii ma inny pomysł, jak rozwiązać kwestię aborcji. To nie wróży dobrze opozycji.
Tu nie sposób pominąć opinii Polek i Polaków, bo tu także mamy do czynienia ze sporą polaryzacją. Wiele zależy od tego, jakiej metodologii się używa i jakie pytania się zadaje, ale wiadomo, że grupy przeciwników, jak i zwolenników aborcji są wielomilionowe. Część chce mocnej liberalizacji, część cieszy się z orzeczenia, inni chcą powrotu do kompromisu. Orzeczenie ma wyraz bardziej symboliczny, bo wiadomo, że w krajach, gdzie jest zakaz aborcji, istnieje podziemie. Zachowania samych polityków rządzącej większości wskazują, że orzeczenie jest bardziej symboliczne, a jego skutki mają być łagodzone ustawą. Dostrzegam też komunikaty rozmiękczające, w tym samo uzasadnienie TK, w którym wprost czytamy, że kobieta nie może być pociągnięta do odpowiedzialności karnej.

Politycy powinni zrozumieć, że zapominanie o tym, co się dzieje na poziomie społecznym, nie jest rozsądne.

Tym bardziej, że głównie zmobilizowana jest grupa pro-choice, która jest dość liczna. Jeżeli te emocje będą podsycane przez polityków, to nie wróży nam to jako wspólnocie dobrze. O porozumienie, rozejm czy kompromis będzie teraz bardzo trudno przy tak rozbudzonych emocjach. To, co się dzieje na ulicach od października, zostanie z nami na dłużej.

70 proc. negatywnie ocenia orzeczenie TK Przyłębskiej. Jednocześnie znaczna większość z nas uważa się za katolików i wyznawców konserwatywnych wartości. To jacy jesteśmy naprawdę?

Przede wszystkim trudno zestawiać ze sobą takie wyniki, bo badani inaczej odpowiadają na pytanie o aborcję ogólnie, a inaczej, gdy np. aborcja dotyczyłaby bliskiej osoby. Co do zasady, na poziomie deklaratywnym jesteśmy pewnie bardziej konserwatywni, niż na poziomie behawioralnym. Wiemy, że Polki wykonują dużo więcej aborcji, niż mówią oficjalne dane. A to, że w przygranicznych klinikach, np. w Czechach, jest personel mówiący po polsku, o czymś świadczy. Możemy oczywiście się oszukiwać, ale szacowane dane mówią nawet o 150, a może nawet 200 tys. aborcji poza systemem kontroli państwa.

Wracając do badań opinii publicznej, to generalnie zawsze mamy rozdźwięk między deklaracją a zachowaniem i nie ma się co dziwić, bo łatwiej jest zadeklarować coś niż zrobić; wiadomo to chociażby z badań nad dobroczynnością czy nad zachowaniami wyborczymi. Zawsze więcej ludzi deklaruje, że weźmie udział w wyborach, niż naprawdę bierze. Stąd można powiedzieć, że ten paradoks z pani pytania jest… paradoksalny.

Można jednocześnie być w 90 proc. społeczeństwem konserwatywnym i w 70 proc. takim, któremu orzeczenie się nie podoba. Także dlatego, że np. niektórzy chcieliby całkowitego zakazu aborcji.

Pani Kaja Godek kilka dni po orzeczeniu TK mówiła, że kolejnym etapem powinno być wyeliminowanie przesłanki przestępstwa.

Pani Kai Godek trzeba przyznać pewną konsekwencję myślenia, bo skoro można było zakazać terminacji ciąży z powodu trwałego uszkodzenia płodu, to dlaczego zdrowy płód może zostać usunięty tylko dlatego, że pochodzi z przestępstwa, np. gwałtu czy czynu pedofilskiego.

Premier Morawiecki zapowiedział „Nowy polski ład”, który ma być lekarstwem na czas po pandemii. Premier chce być jak Roosevelt, który wprowadził New Deal po wielkim kryzysie na początku XX wieku?
Nie mam wątpliwości, że premier Morawiecki nawiązuje do New Deal z lat 30., natomiast warto pamiętać, że tamten nowy ład oznaczał fundamentalną zmianę paradygmatu – zmienił właściwie całe życie społeczne. Czy tego chce premier Morawiecki?

Można zadać sobie pytanie, dlaczego po 5 latach realizacji „dobrej zmiany” potrzebny jest nowy ład.

Warto dodać, że dobra zmiana nie oznaczała nowego porządku, bo jeśli chodzi o podstawowe procesy, zjawiska i trendy w polskim społeczeństwie, to niedużo się wydarzyło. Wiele wydarzyło się za to w sferze „nadbudowy”, mówiąc po marksistowsku.

W kwestii gospodarczej przejedliśmy owoce sukcesu ekonomicznego i tyle. Nie zbudowano np. lepszej służby zdrowia, zresztą dawanie ludziom pieniędzy do ręki nie buduje lepszych usług publicznych, co najwyżej rozwija te prywatne. Polska wydaje się krajem, który przy relatywnie niskiej śmiertelności z powodu COVID ma bardzo dużą śmiertelność na skutek innych chorób, ponieważ całość pary w systemie ochrony zdrowia poszła na walkę z wirusem. Mówiąc w dużym skrócie, największymi ofiarami są chorzy na inne choroby, którzy w normalnych warunkach przeżyliby rok 2020. Liczba 70 tys. dodatkowych zgonów robi ogromne wrażenie.

Podobne robi liczba urodzeń – jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy kilka lat temu.

500 plus, które miało być programem natalistycznym, okazało się czymś zupełnie innym. Dziś wiemy, że to przede wszystkim był element klientelizmu politycznego.

Podsumowując, nie wiem, na czym ten nowy ład miałby polegać, bo jeżeli coś ma być nowe, to w stosunku do czego. Ostatnich 5 lat czy okresu wcześniejszego? Poza ogólnikami, że ma być sprawiedliwiej, lepiej, a Podkarpacie ma się stać naszą Bawarią, to niewiele wiadomo.

Niestety ostatnio politykę robi się głównie na konferencjach prasowych. To tak decyzje polityczne, które powinny mieć ontologiczny charakter, są komunikowane, potem się okazuje, że ktoś się pomylił, ktoś powiedział za dużo, ktoś czegoś nie dopowiedział itd.

Wierzy pan w to, że prezes Orlenu Daniel Obajtek może zostać premierem?

Jestem w stanie w to uwierzyć, tym bardziej, że jest on całkowicie zależny od prezesa Kaczyńskiego.

Pewne plusy ma fakt, że był wójtem Pcimia, bo paradoksalnie to idealnie wpisuje się w idée fixe Kaczyńskiego o przebudowie polskiego społeczeństwa.

Myślę, że wobec powyższego Obajtek, człowiek z ludu, lepiej niż Morawiecki – bankster, syn prof. fizyki, wpisuje się w wizje Kaczyńskiego. Jednocześnie Obajtek jest sprawnym menedżerem, choć mając za sobą tak bezwzględny rząd, to nie jest takie trudne.

Pamiętajmy także, że w Zjednoczonej Prawicy tarcia są dziś bardzo mocne, trwa walka o konfitury, a niektórzy walczą nawet o realną władzę, szczególnie dotyczy to Solidarnej Polski i Zbigniewa Ziobry.

A być może te pogłoski o Obajtku są tylko plotkami mającymi przestraszyć Morawieckiego. To także byłoby w stylu prezesa.

Smutny to kraj, gdzie o wszystkim decyduje jeden człowiek… W naszej rozmowie Jarosław Kaczyński przewinął się w niemalże każdym pytaniu.
Wygląda na to, że to akurat mu się udało, bo na wielu frontach bez jego decyzji czy przynajmniej opinii nic się nie wydarzy. Niestety przede wszystkim ma ogromną siłę destrukcyjną. Mimo że do konstytucji z 1997 roku wpisano pewne bezpieczniki, to okazały się one niewystarczające. Na pocieszenie mogę dodać, że jesteśmy w lepszej sytuacji, niż Węgrzy, bo tam poszło to szybciej i dalej. Wiele wskazuje na to, że w Polsce nie będzie to satrapia, która będzie trwała dziesiątki lat.

Kolejne wybory PiS przegra?

W obecnej sytuacji wyzwań, przed którymi stoimy, nietrudno to sobie wyobrazić, ale to wcale nie musi być dobra informacja, bo być może następny parlament będzie tak rozdrobniony i skłócony, że nie będzie w stanie wyłonić stabilnej większości lub część obywateli odwróci się z od demokratycznych procedur. Upadek Kaczyńskiego może oznaczać różne scenariusze, są i takie, gdzie zamiast Kaczyńskiego będziemy mieć Winnickiego w koalicji z Ziobrą.

Zdrętwiała mi skóra…

Ale musimy się przygotować także i na taki scenariusz, bo idą naprawdę ciężkie dekady, a przynajmniej lata.

Kryzys pandemiczny nie przejdzie szybko, a co dopiero kryzys gospodarczy, który po nim będzie. W takich czasach kryzysu różne dziwne rzeczy się dzieją, często bardzo niefajne.

Jestem sobie w stanie wyobrazić po odejściu Kaczyńskiego, starszego dziś pana, roczne rządy słabego skłóconego rządu, który w końcu upada. To jest prawdopodobne, ale oczywiście nie musi się zdarzyć. Może też być tak, jak w 1989 roku, kiedy elity tego kraju były w stanie wzbić się na wyżyny i postawić dobro Rzeczpospolitej nad własne małe interesiki. Scenariusze mogą być różne, pewne jest, że czekają nas bardzo ciężkie czasy, a ten rząd nie umie działać sprawnie w czasach kryzysu, ponieważ nie był specjalnie sprawny, jak wszystko szło gładko, gospodarka rosła itd. Teraz będziemy mieć do czynienia z bardzo poważnym kryzysem i trzeba się liczyć z tym, że będzie ciężko.