Dąbrowszczacy się bronią!

W wyniku decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego, na mapę Warszawy powracają ulice Dąbrowszczaków oraz gen. Sylwestra Kaliskiego. NSA odrzucił skargę wojewody mazowieckiego na wcześniejszy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego anulujący zarządzenie zmieniające nazwy ulic. Wyrok jest prawomocny i oznacza zwycięskie zakończenie walki z dekomunizacją w Warszawie. NSA uchylił decyzje dekomunizacyjne w sprawie wszystkich 50 nazw ulic, których zmiany chciał narzucić wojewoda. Decyzja w sprawie przywrócenia nazw 44 ulic zapadła w grudniu ubiegłego roku, trzech kolejnych – Stanisława Tołwińskiego, Krystyny Matysiakówny oraz Józefa Szymańskiego – w marcu. W przypadku jednej nazwy wojewoda nie odwołał się od wyroku WSA.
Wojewoda mazowiecki został obciążony kosztami postępowania sądowego. W uzasadnieniu decyzji NSA stwierdził, że zaprezentowane w związku z dekomunizacją opinie IPN nie mają wiążącego charakteru, a wojewoda sam nie umiał wystarczająco uzasadnić proponowanych zmian.
Na tym samym posiedzeniu zapadła również decyzja przywracająca w Makowie Mazowieckim nazwę ulicy Janka Krasickiego.
Zablokowanie dekomunizacji było możliwe między innymi dzięki społecznemu oporowi, który skłonił samorządy do wystąpienia na drogę sądową. W przypadku ul. Dąbrowszczaków mieszkańcy ulicy masowo podpisywali się pod petycją w jej obronie. Społeczności lokalne mają szansę na zwycięstwo nad dekomunizatorami dzięki wywieraniu presji społecznej i zorganizowaniu się.

Precz z komuną!

Chociaż troszkę – czyli uliczny PO-PiS.

Prezydent Warszawy zapowiedział, że wprowadzi swoją, autorską wersję dekomunizacji stołecznych ulic. Rafał Trzaskowski nie spał po nocach, siedział i koncypował – aż wykoncypował: już wie, jak to zrobić, żeby nie wyszło, że popiera PiS, a jednocześnie, żeby nikt mu nie zarzucił, że kuma się z przebrzydłymi komuchami. Wybrał starą dobrą metodę Platformy: najbardziej skomplikowane, najbardziej upierdliwe i zadowalające najmniej osób rozwiązanie.
Z 47 warszawskich ulic, którym sąd kazał odkurzyć i przywrócić stare tabliczki, na razie decyzją NSA wróciło 44. Wśród nich: Związku Walki Młodych, Duracza, Małego Franka, Rzymowskiego, Modzelewskiego, Kulczyńskiego, 17 stycznia, Armii Ludowej, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego…Ale tak nie zostanie.
Prezydent Warszawy uznał, że podpisanie karty LGBT było gestem wystarczającym, by dowieść swojego zamiłowania do pluralizmu i tolerancji. Lewicowi i lewicujący wyborcy, którzy zaufali mu w wyborach samorządowych na zasadzie mniejszego zła powinni być wdzięczni i nie zadawać dalszych pytań. Teraz czas zagwarantować, by wielbiciele Lecha Kaczyńskiego i Wyklętych dostali swoją działkę.
– Warszawiacy, zwłaszcza mieszkańcy ulic, które były przedmiotem decyzji rządzących, w olbrzymiej większości są przeciwni zmianom nazw ulic. Tych protestów były bardzo, bardzo dużo. miany, które zostały wprowadzone przez rządzących, zostały wprowadzone z pogwałceniem prawa. To zostało potwierdzone przez niezawisły sąd. Naszym obowiązkiem jest przywrócić nazwy ulic do stanu poprzedniego – tę część przemowy wygłosił jeszcze Rafał Trzaskowski – znany antypisowiec. Ale za chwilę do gry włączył się Mr Hyde, programowy antykomunista: – Zadrżałaby mi ręka, gdyby Teodor Duracz miał dalej w Warszawie swoją ulicę! Zwłaszcza, że Zbigniew Romaszewski był osobą, którą zdecydowanie ceniłem! Także bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. Dokładnie pamiętam jak nazywały się warszawskie ulice za czasów komuny i przez te lata wykonaliśmy wiele pracy, by usunąć patronów z poprzedniej epoki. Tu trzeba powiedzieć, że były to postacie skandaliczne.
Z inicjatywy Trzaskowskiego w Warszawie pozostać ma Danuta Siedzikówna „Inka” zamiast Małego Franka, KOR zamiast 17 stycznia, Stanisław Pyjas zamiast Franciszka Bartoszka, Bohaterowie Kopalni „Wujek” zamiast Wincentego Pstrowskiego, Zbigniew Romaszewski zamiast Teodora Duracza i Grzegorz Przemyk zamiast Sylwestra Bartosika.

Poświęcił życie? I co z tego?

Powtórzmy: bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. To piękny banał. Wniosek z bardziej starannego przeglądu krótkiej listy jest prosty: niektórzy mogą sobie to życie poświęcić, a w oczach prawicy, dowolnej maści, i tak będą nie do przyjęcia.
Franciszek Zubrzycki, dowódca jednego z pierwszych oddziałów Gwardii Ludowej, zginął w walce z Niemcami, ale dla prawicy został czarnym charakterem, przywoływanym przy różnych okazjach jako przykład zbrodniarza zabierającego ulicę polskiemu patriocie.
– Wedle ustaleń IPN-u największą, popełnioną przez Zubrzyckiego zbrodnią, jest … kradzież dubeltówki z leśniczówki pod Piotrkowem w czerwcu 1942. Rzeczywiście, to świetny przykład „zbrodniarza” – piszą aktywiści redagujący profil Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych, opisujący niechcianych w wolnej Polsce działaczy lewicowych, a zarazem niepodległościowych, antyfaszystowskich.
Franciszek Bartoszek zginął 14 maja 1943 r. podczas akcji zbrojnej. Wcześniej brał udział w podobnych. 17 stycznia 1943 r. osobiście dokonał zamachu w restauracji Mitropa na warszawskim Dworcu Głównym, lokalu tylko dla Niemców. Walczył z okupantem, ale nie tak, jak trzeba, bo w szeregach Gwardii Ludowej. Nie należy się nawet słabo widoczna uliczka osiedlowa w okolicach Mostu Siekierkowskiego.
Tym bardziej nie należy się Sylwestrowi Bartosikowi. Walczył z Niemcami, ale jako członek lewicowego Związku Walki Wyzwoleńczej, który ostatecznie wszedł w całości do PPR. Co gorsza, przed wojną, we wspaniałej II Rzeczypospolitej, należał do Komunistycznej Partii Polski. Takich win nie zmyje aresztowanie przez Niemców, brutalne śledztwo na Pawiaku i wreszcie śmierć na szubienicy.
Co znamienne, lepiej „powiodło się” innemu działaczowi o niemal bliźniaczym życiorysie – Antoni Dobiszewski, też przedwojenny komunista, też działacz PPR i też ofiara tej samej publicznej egzekucji, ulicę, po sądowych peregrynacjach, zachowa. Bo zaproponowany na jego miejsce Adam Bień zasiadał we władzach Polskiego Państwa Podziemnego, ale to „tylko” ludowiec, nie ważny symbol narodowokatolickiej prawicy.
Symbolem, tyle że znienawidzonym, jest za to data 17 stycznia: dla Warszawy skończył się koszmar nazistowskiej okupacji. Przez poprzednie blisko pięć lat każdemu mieszkańcowi i mieszkance miasta, Polakom i Żydom, nieustannie groziła śmierć. Teraz ocaleni mogli przystąpić do odbudowy normalnego życia, dźwigania miasta z gruzów, nauki, pracy.
– Nie wiedziałem, że Warszawa jest wyzwolona. Byłem od pół roku w całkowitej samotności, ukryty w ruinach. Kiedy 20 stycznia usłyszałem jakieś dźwięki na ulicy i zobaczyłem ludzi, rozpłakałem się. Byłem wolny – wspominał kompozytor Władysław Szpilman.
– Z jednej strony radość z wyzwolenia, z odmiany, radość, że będziemy budowali normalnie, w warunkach pokojowych swoje życie. A z drugiej strony się okazywało, że nie są to warunki normalne i pokojowe, że ludzie wpychani są do lasu – komentował kilka lat temu prof. Tomasz Strzembosz. Dziś taka ocena sytuacji, pokazująca, że historia nie jest czarno-biała, okazuje się nie do zaakceptowania.

Niejednoznaczni

A jeśli w słowach Trzaskowskiego pobrzmiewało przyznanie, że mogą być w historii postacie niejednoznaczne, to wypadało to raczej słabo. Gołym okiem było widać, iż AL-owcy znaleźli się w kategorii „niejednoznaczni” głównie dlatego, że kandydatem do zastąpienia ich na tabliczce z nazwą ulicy był Lech Kaczyński. Oddać mu arterię w centrum miasta? O to na Trzaskowskiego pogniewaliby się nie tylko jacyś tam lewacy, ale i twardy, broniący demokracji elektorat.
A jednak gospodarz Placu Bankowego usiłował wejść w polityczny tyłek gospodarza Nowogrodzkiej – zapowiedzią, iż „Lech Kaczyński zasługuje na upamiętnienie”. Tu jednak ochłonął i zdążył przełączyć się na tryb Doktora Jekylla. – Nie chcę podejmować decyzji w świetle kampanii wyborczej. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów na ten temat i to budzi emocje, zgłoszę swoją propozycję, ale po wyborach parlamentarnych. Mam nadzieję, że jak opadną emocje po wyborach, będziemy mogli spokojnie rozmawiać, jaka ulica należy się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu – oznajmił.
Za, a nawet przeciw
Platforma Obywatelska co do zasady „nie jest przeciwna ustawie dekomunizacyjnej”. Chętnie wykorzystuje okazje, aby stawiać na cokoły i tabliczki „swoich” patronów: Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Kogoś innego weźmie w obronę, gdy w przekonaniu lokalnych działaczy taka będzie skuteczna strategia walki z PiS na danym odcinku.
– Za chwilę mieszkańcy ulicy Dąbrowszczaków mogą mieszkać przy ulicy Ofiar Katastrofy Smoleńskiej lub Żołnierzy Wyklętych – powiedział w Radiu Opole radny Zbigniew Kubalańca. I faktycznie, PO Dąbrowszczaków w tym akurat miejscu broniła. Samorządowcy tej formacji sprzeciwiali się również zmianom w Bydgoszczy i Olsztynie. W tym ostatnim mieście rada miejska zaskarżyła do sądu administracyjnego zarządzenia zastępcze wojewody zmieniające nazwy trzech ulic: Dąbrowszczaków na Kruka, Poznańskiego na Jutrzenki-Trzebiatowskiego i Pstrowskiego na 5 Wileńskiej Brygady AK.
W Łodzi PO przybiła piątkę SLD w obronie placu Zwycięstwa przed zakusami wojewody Zbigniewa Rau, który wymyślił w to miejsce Lecha Kaczyńskiego – na zasadzie „ma Warszawa, to możemy i my”. Z tym, że obrona placu, który upamiętnia pokonanie faszystów przez armię radziecką i walczące u jej boku polskie formacje, już nie przeszła przez gardło. Prawdziwe zwycięstwo, proszę łodzian, to było w bitwie warszawskiej. Kilkunastu innych nazw ulic, z których wygumkowano lewicowe działaczki i bohaterów dawnej robotniczej Łodzi, liberałowie oczywiście bronić nie mieli zamiaru.
– PO próbuje na siłę pokazać, iż akceptuje narzucaną przez PiS wizję historii. W Warszawie, powstają nowe ulice, którym można nadawać imiona, jakie prezydent Trzaskowski chce. On jednak wybiera rozwiązanie, które niszczy pamięć historyczną – mówi Piotr Ciszewski, koordynator kampanii Historia Czerwona. – Nie widzę powodu, aby Danuta Siedzikówna „Inka” musiała mieć ulicę akurat w Warszawie. Nie była w żaden sposób związana z tym miastem, w odróżnieniu od zamordowanych działaczy robotniczych, którzy działali w Warszawie i którym Trzaskowski ulice chce zabrać – podsumowuje.

PiS obłaskawiony? Oczywiście nie

Co na to wszystko wojewoda z PiS, Zbigniew Sipiera? W pierwszej chwili ucieszył się („To potwierdza, że moje decyzje w sprawie zmian nazw ulic były potrzebne. Każdy ruch w tym kierunku jest dobry”), ale przy następnym pytaniu o to, czy będzie współpracować z warszawskim ratuszem, nabrał już wody w usta („muszę zapoznać się ze szczegółami”). Wojewoda oraz IPN muszą zaopiniować projekt zmian, zanim zajmą się nimi radni miejscy.
Także prawicowi politycy i publicyści nie dali się obłaskawić Trzaskowskiemu-antykomuniście. Nie przeproszą za oblanie go pomyjami w grudniu, gdy po wyroku NSA warszawscy drogowcy na nowo instalowali znienawidzone nazwy, a prezydent, z braku lepszych kandydatów, został naczelnym stołecznym komuchem. Portal Wpolityce triumfuje.
– Trzaskowski, wstydź się! – grzmi Niezależna. I oddawaj Aleję Kaczyńskiego, sugeruje niedwuznacznie. To akurat było do przewidzenia. Gorzej, że nawet gdyby Trzaskowski tak w końcu zrobił, i tak wszystko zostanie po staremu. PiS na polu historii będzie robił swoje. PO czasem mu się nieznacznie sprzeciwi, przekonując lewicowych wyborców, że muszą na nią głosować, bo przecież nie lubią IPN i nachalnej polityki historycznej. A część lewicy da się przekonać…

Przeciw dekomunizacji Wywiad

Francuski dziennikarz i aktywista stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek (Przyjaciele Edwarda Gierka), Jacques Kmieciak w rozmowie z „Dziennikiem Trybuna” opowiada o swojej książce, w której podsumowuje działania podejmowane we Francji przeciwko dekomunizacyjnej polityce polskiego rządu.

 

Jak zrodziła się idea napisania tego opracowania?

Zrodziła się ona z reakcji na zamiary Prawa i Sprawiedliwości, aby napisać historię Polski na na nowo, równocześnie ją zafałszowując. Od powrotu do władzy w 2015 r. opcji narodowo-katolickiej sytuującej się na skrajnej prawicy, zabrała się ona ze zdwojoną siłą za realizację czegoś, co określiła mianem „dekomunizacji”. Proces ten postępował od restauracji kapitalizmu w Polsce w 1990 r, ale w 2016 r. polski parlament przyjął ustawę mającą na celu wyparcie z przestrzeni publicznej wszelkie odniesienia do Polski Ludowej (1944-1989) i szeroko rozumianego postępowego ruchu robotniczego.

 

W jaki sposób się to dokonywało?

Najpierw poprzez zmiany nazw ulic czy innych obiektów noszących imiona bojowników o emancypację klasy pracującej i o socjalizm.

 

Jaka była na to reakcja we Francji?

Kampania przemianowywania ulic dotknęła szczególnie Polaków mieszkających na północnym-wschodzie, zwłaszcza w regionie Nord-Pas-de-Calais. W okresie międzywojennym trafiło tu wiele tysięcy robotników poszukujących tu pracy, a był to okres podnoszenia tego zagłębia górniczego z ruin po I wojnie światowej. Wciągali się do francuskiego ruchu związkowego, zwłaszcza w ramach CGTU, brali udział w strajkach. Wywodzący się z tego regionu działacze Partii Komunistycznej walczyli z faszyzmem w Hiszpanii w czasie wojny domowej, z nazistami podczas drugiej wojny światowej. Po wyzwoleniu Polska Ludowa uznała ich za bohaterów. Ich imionami nazywano ulice, place i instytucje publiczne. Szczególnie na Śląsku, gdzie trafiło ponad 60 tys. repatriowanych stąd Polaków, którzy włączyli się w proces odbudowy.

 

Kim byli bojownicy, którzy teraz trafili na polską „czarną listę”?

To ludzie tacy jak – na przykład – Burczykowscy. Rodzina zaangażowana w ruchu oporu w Pas-de-Calais. Ojciec po patriotycznym strajku górników w maju i czerwcu 1941 r. był deportowany do Niemiec, gdzie zginął. Jego trzej synowie zostali straceni przez nazistów w cytadeli w Arras. Albo Tomasz Rabiega, związkowiec z Douai, który odznaczył się w czasie strajków Frontu Ludowego. Bronisław Kania, działacz FTP, ścięty w 1943 r. w więzieniu w Cuincy, niedaleko Douai. Albo górnik Edward Gierek, deportowany z Francji po słynnym strajki w Leforest w sierpniu 1934 r. W 1970 r. został przywódcą polskich władz…

 

A zatem we Francji reakcja na „dekomunizację” nie dała na siebie czekać?

Tak. Bardzo szybko PCF, CGT, a także PRCF oraz Międzynarodowy Komitet Solidarności Klasowej (CISC) włączyły się do działąnia. Ich przedstawiciele we władzach również: Christian Pedowski, mer Sallaumines, skąd pochodzili Burczykowscy, Christian Musial, mer Leforest, którego honorowym obywatelem był Edward Gierek od 1972 r., kiedy to spotkał się z prezydentem Georgesem Pompidou. Do polskich władz trafiły listy z protestami. Z inicjatywy stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek do polskiego ambasadora we Francji trafiła petycja, nazywana « Apelem 133 « . Podpisały go tacy wielcy weterani ruchu oporu, jak na przykład Léon Landini, przewodniczący dawnych członków FTP-MOI z regionu Rhône-Alpes… Ambasador nie zadał sobie trudu, żeby na ten apel odpowiedzieć. W lipcu 2017 r. Freddy Kaczmarek, mer Auby, podjął inicjatywę, aby nadać fragmentowi autostrady A21 imię Rabiegi i Kani. To bardzo symboliczne, bo tą właśnie trasą przyjeżdżają do Francji podróżujący z Polski. Rok później Freddy Kaczmarek nadał imię Edwarda Gierka ulicy w Douaisis.

 

Zastawienie tych wszystkich działań jest opisane w Pańskim opracowaniu?

Jak najbardziej. Chodzi o powstrzymanie rewizjonistycznych praktyk polskiego rządu. Ci, którzy chcą wymazać pamięć o polskich bojownikach sami na siebie kierują ogień krytyki i przywracają pamięć o nich. To dzięki nim też mamy okazję przypomnieć o Rabiedze. Albo o Józefie Kolorzu – członku Komitetu Centralnego Francuskiej Partii Komunistycznej i żołnierzu Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii, zamordowanym przez frankistów w 1938 roku…

 

Były przecież też i inne działania…

Tak. Na przykład, aby nie dopuścić do przemianowania ronda Edwarda Gierka w Sosnowcu. Bo Gierek cieszy się tu dużą popularnością, także za to, co robił w czasach, gdy był u władzy, czy ze względu na jego wkład w rozwój Śląska. Ale również protestujemy przeciwko demontażowi pomników Armii Czerwonej, która wybawiła Europę od nazizmu, przeciwko prześladowaniom Komunistycznej Partii Polski i jej kierownictwa, w których to sprawach od stycznia 2018 r. regularnie organizowane są demonstracje pod polską ambasadą – o tym także piszę w moim opracowaniu.

 

Jakie płyną z tych działań wnioski na przyszłość?

Tak, jak w mojej pracy, oddałbym głos filozofowi Georgesowi Gastaud. Pisze on: Antykomunizm to oficjalna przykrywka dla deonazizmu. W Polsce rasitowsko-klerykalna klika Kaczyńskiego, prześladuje KPP, metodycznie niszczy pomniki Polski Ludowej i toleruje haniebne parady sympatyków Hitlera na ulicach Warszawy. Ci, którzy protestują przeciw zamachom na wolność prasy, niezależność wymiaru sprawiedliwości, edukacji, prawa kobiet w Polsce, a nie wspominają o prześladowaniach komunistów są jak ci, którzy kiedyś cieszyli się z delegalizacji Niemieckiej Partii Komunistycznej w 1933 roku, a potem dołączyli do komunistów i związkowców w obozach koncentracyjnych.

 

Jacques Kmieciak – „Pologne – J’écris ton nom Liberté”, Éditions Nord Avril, str. 102, ISBN 9782367900988.

Zwycięstwo Armii Ludowej…

…nad Lechem Kaczyńskim. Dekomunizacja w stolicy (prawie) cofnięta!

 

Naczelny Sąd Administracyjny zajmuje się skargami kasacyjnymi wniesionymi przez wojewodę Sipierę – w piątek 7 grudnia przywrócił 44 z 45 nazw dawnych ulic. Na decyzję czekają jeszcze m.in. Dąbrowszczacy.
Wymienić tabliczki na poprzednie będą musiały m.in. ulice ZWM, Modzelewskiego, Duracza, Wrońskiego, Gidzińskiego, Małego Franka, 17 Stycznia, Kulczyńskiego, Gruszczyńskiego, Rzymowskiego, Sternhela, Sobczaka, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego, al. Armii Ludowej.
Ta ostatnia zmiana oznacza, że plan ekipy rządzącej, aby w stolicy jedna z większych arterii Śródmieścia nosiła nazwę Lecha Kaczyńskiego, spełznie na niczym.
NSA, jak podkreśla sędzia Roman Ciąglewicz, cytowany przez „GW”, nie badał zasadności takiej czy innej nazwy ulicy, ale fakt, czy zarządzenia zastępcze Sipiery wprowadzające dekomunizację ulic były zgodne z prawem. – Uprzedzając ewentualne pytania i kontrowersje, które mogą się pojawić, zgodnie z takim podejściem, nie można oczekiwać, że sąd mógł załatwić sprawę, bo wszyscy wiedzą, że jakaś osoba, organizacja czy data symbolizują komunizm – powiedział, dodając, że wojewoda popełnił błąd, podając zbiorcze uzasadnienie dekomunizacji poszczególnych patronów. Zwrócił przy tym uwagę na stronniczość IPN i celowe przedstawienie dekomunizowanych patronów ulic w złym świetle, a także „ubogą faktografię” w przesłanych na ich temat opiniach np. pominięcie faktu, iż Stanisław Tołwiński był Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata za zasługi w ratowaniu Żydów podczas II wojny światowej.
Właśnie Tołwiński, a także Dąbrowszczacy – poczekają jeszcze na „swoją” rozprawę, ponieważ zapomniano powiadomić o dzisiejszym terminie stowarzyszenie MJN, które jest stroną postępowania.
Inny sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.
Chodziło konkretnie o Armię Ludową.
– W rozpoznawanych sprawach były takie przypadki, np. Armii Ludowej, gdzie można byłoby dokonać oceny, że te nazwy w sposób oczywisty symbolizują komunizm. Ale ta opinia IPN została sporządzona w sposób taki, w jaki została sporządzona.
Ostatecznie do WSA trafiło 50 skarg stolicy na zarządzenia zastępcze wojewody o zmianach nazw ulic, czyli na wszystkie zarządzenia zastępcze dotyczące Warszawy, także ostatnie trzy podjęte w grudniu 2017 r. Sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.

Wojna o pamięć

Bitwa o pomniki i pamięć to nie wyłącznie polska specjalność. Burzliwe dyskusje o przeszłości toczą się we wszystkich współczesnych społeczeństwach, jako część tzw. debaty tożsamościowej. Tym, czym Polska wyróżnia się na ich tle, to bezwzględna dominacja jednej wizji historii.

 

Rodzimą debatę o przeszłości kreują rządzący, głównie za pośrednictwem Instytutu Pamięci Narodowej. Od początku swojego istnienia, czyli od 1999 r., IPN niepodzielnie stoi na straży właściwej interpretacji historii najnowszej. Najnowszym osiągnięciem jego pracowników jest nakaz zdjęcia tablicy w nadmorskim Dziwnowie, która upamiętniała ofiary wojny domowej w Grecji. Zdaniem instytutu, fragment „Pamięci bojowników o demokratyczną Grecję” jest „zwyczajnym kłamstwem”. Pewnie w innej rzeczywistości taka decyzja wywołałaby sprzeciw i protest ze strony historyków czy rozsądniejszych polityków. Jednak w obecnej Polsce można co najwyżej parsknąć śmiechem. Czym bowiem jest usunięcie jednej tablicy w porównaniu z niedawną „dekomunizacją” miejsc pamięci poświęconych walkom o Wał Pomorski czy usunięciem pomników upamiętniających szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego?

 

Monumenty

są stawiane i obalane na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych od kilku już lat trwa gorąca dyskusja na temat dziedzictwa Konfederacji i jej roli w kształtowaniu amerykańskiej tożsamości. W sierpniu zeszłego roku decyzja władz miasta Charlottesville w Virginii o usunięciu pomnika gen. Roberta E. Lee – głównodowodzącego wojsk Konfederacji i właściciela pokaźnej liczby niewolników – wywołała burzliwe protesty ze strony skrajnie prawicowych środowisk. Podczas jednej z demonstracji, w której nacjonaliści starli się z antyfaszystami, jedna osoba zginęła a 19 odniosło poważne rany. Spór o historię ogarnął cały kraj. Podobne starcia, choć nie tak tragiczne jak w Charlottesville, odnotowano we wszystkich południowych stanach, gdzie znajduje się większość pomników poświęconych bohaterom „przegranej sprawy”.
Dyskusja o przeszłości rozgrzewa także sąsiednią Kanadę. Od kilku miesięcy tamtejsi politycy i historycy spierają się o dziedzictwo Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera, który nadał państwu jego współczesny kształt. Obok jednak wielu niewątpliwych osiągnięć, Macdonald przeforsował w 1876 r. tzw. Indian Act, tworzący dla rdzennej ludności specjalne rezerwaty i wprowadzający jej przymusową asymilację. Wielu Indian do tej pory określa ustawę mianem „eksterminacyjnej”. Tymczasem imię pierwszego premiera noszą szkoły w całym kraju, zaś upamiętniające go pomniki można spotkać niemal w każdym kanadyjskim mieście. W sierpniu 2018 r. władze Wiktorii zdecydowały się usunąć podobiznę Macdonalda z głównego placu miasta, wywołując tym samym ogólnokrajową debatę.
Nie od miesięcy, lecz dobrych kilku lat w Wielkiej Brytanii i całym dawnym brytyjskim imperium toczy się dyskusja nad tym czy warto wciąż upamiętniać Cecila Rhodesa. Ten urodzony w 1853 r. polityk i awanturnik odegrał kluczową rolę w budowie potęgi brytyjskiej Afryki Południowej. W podziękowaniu za wkład w rozwój imperium, od jego imienia nazwano Rodezję (obecnie Zimbabwe), zaś w metropolii i licznych koloniach postawiono mu pomniki. Dzisiaj o dziedzictwo Rhodesa upomnieli się dawni poddani brytyjskiej monarchii, podkreślając, że był on rasistą, uważającym czarnoskórych za podludzi. Najwięcej emocji budzi pomnik Rhodesa na uniwersytecie w Oksfordzie. Studiuje tu wielu Afrykanów, których zdaniem pomnik jedynie umacnia kolonialne dziedzictwo i stereotypy.

 

Podobne emocje

wywołują rozmowy o historii w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii. W tej ostatniej decyzja lewicowych władz o przeniesieniu zwłok gen. Franco z dotychczasowego mauzoleum rozbudziła dyskusję, której wszystkie demokratyczne rządy starały się do tej pory unikać. Nawet na Słowacji historia dała ostatnio o sobie znać. Kiedy państwowa telewizja zaczęła reklamować show poświęcone bohaterom słowackiej niepodległości podobizną ks. Tiso, część polityków uznała, że przekroczono pewną granicę. Ostatecznie z głosowania na najwybitniejszą postać wykluczono wszystkich skazanych za zdradę, a więc i katolickiego przywódcę faszystowskiej Słowacji.
Wydaje się więc, że Polska wcale nie różni się tak bardzo od pozostałych państw. Czy, aby jednak na pewno? Wszystkie powyższe przykłady łączy nie tylko wysoka temperatura sporu, ale także jego względny pluralizm. W USA i Kanadzie ostateczną decyzję o przyszłości kontrowersyjnych pomników pozostawiono władzom i społecznościom lokalnym. Chociaż zatem głos w debacie o dziedzictwie Konfederacji zabrał sam prezydent Donald Trump, to nawet on nie mógł narzucić swojej interpretacji historii. Także w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii media i politycy dopuszczają różnorodne głosy. Jak to możliwe? W żadnym z tych państw nie funkcjonuje instytucja, która posiada niemal nieograniczoną i – co najważniejsze – prawnie umocowaną władzę decydowania o narracji historycznej.

 

Pomysłodawcy

Instytutu Pamięci Narodowej przekonywali, że będzie to instytucja naukowa, prowadząca obiektywne badania i wspierająca świadomość społeczną na temat najnowszej historii Polski. W rzeczywistości jednak od początku IPN pełnił przede wszystkim funkcje propagandowe, nie tyle inspirując debatę publiczną, co nią sterując i wyznaczając jej główne kierunki. Okres dobrej zmiany, która szybko zawitała też do IPN-u, jeszcze bardziej wynaturzył tę instytucję. Prowadzona właśnie „dekomunizacja” Ziem Zachodnich, gdzie praktycznie zlikwidowano wszelkie miejsca pamięci związane z powojenną historią, już przyniosła nieodwracalne straty dla polskiej tożsamości tych terenów. Nie mówiąc już o szkodach dla całego państwa i jego pozycji międzynarodowej, które spowodowała nowelizacja ustawy o IPN ze stycznia tego roku.

 

Zachodnie społeczeństwa

już dawno zrozumiały, że nie ma jednej pamięci narodowej. Każde bowiem państwo, także tak jednolite etnicznie jak Polska, składa się z różnorodnych grup, które mogą dzielić ogólne wyobrażenie o przeszłości, lecz zarazem różnią się w ocenie ważności pewnych wydarzeń i postaci. Mieszkańcy Kaszub czy Wielkopolski postrzegają drugą wojnę światową nie przez pryzmat powstania warszawskiego, lecz doświadczeń własnych przodków. Trudno też nakłonić społeczność Ziem Zachodnich, aby podziwiała żołnierzy wyklętych, skoro fundament jej tożsamości stanowi wspomnienie o pionierach i odbudowie powojennego państwa w nowych granicach.
Nie ma nic złego, ani tym bardziej niemoralnego, w prowadzeniu polityki historycznej. Każda władza – czy nam się to podoba, czy nie – posiada prawo do lansowania własnej narracji o przeszłości. Tak dzieje się we wszystkich wspomnianych powyżej państwach. Problem jednak rodzi się wówczas, gdy wszelkie odmienne poglądy są nie tylko marginalizowane, ale wręcz poddawane prawnym restrykcjom. W naszym podejściu do historii bardziej więc przypominamy Ukrainę i Rosję niż Zachód, do którego aspirujemy. To właśnie w tych państwach dominująca interpretacja historii podlega prawnej ochronie, zaś próby jej podważenia grożą więzieniem. Do czego to prowadzi widać chociażby na Ukrainie, gdzie nad kultem Bandery czuwa tamtejszy IPN, tak jak jego polski odpowiednik strzeże dziedzictwa żołnierzy wyklętych. Sposób kształtowania pamięci zbiorowej jest miarą respektowania zasad demokratycznych. Także w przypadku polityki historycznej oddalamy się od zachodnich standardów.

Przywrócić ulicę Stanisława Tołwińskiego!

„Wymazać tę szuję z pamięci” – krzyczał podczas swojego wystąpienia radny dzielnicy Żoliborz Ryszard Mazurkiewicz (PiS). Sytuacja miała miejsce w marcu 2018 roku. Dyskusja dotyczyła dekomunizacji lokalnych ulic. „Szują’, która według funkcjonariusza partii Kaczyńskiego nie zasługuje na szacunek i patronat, był Stanisław Tołwiński, prezydent Warszawy w latach 1945-50.

 

W 1996 roku do do Instytutu Yad Vashem zgłosił się Aleksander Dyszko-Wolski, inżynier budownictwa lądowego. 83-letni staruszek chciał przed śmiercią podzielić się historią, która sprawiła, że jego życie nie zakończyło się w latach czterdziestych. Historycy z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu wspominali, że opowiadał ją z łzami w oczach. Był rok 1943, a Dyszko-Wolski został rozpoznany jako Żyd przez szmalcowników na żoliborskiej ulicy Potockiej. Zginąłby niechybnie, gdyby nie mężczyzna, który znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze i wykupił przerażonego 30-latka z rąk szmalcowników. Za własne pieniądze. Tym mężczyzną był Stanisław Tołwiński. Podobnych świadectw spłynęło do Yad Vashem jeszcze kilkanaście. W większości były to wspomnienia zbiegów z getta, którym ówczesny dyrektor Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego załatwiał pracę na budowach, co pozwoliło im przetrwać okres okupacji hitlerowskiej. Tołwiński był jednym z tych, którzy narażali własne życie, ratując tych, którzy zostali już skazani na zagładę. Aleksander Dyszko-Wolski zmarł w roku 1998. Rok przed śmiercią uczestniczył w uroczystości pośmiertnego nadania Stanisławowi Tołwińskiemu tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Kiedy na początku lutego tego roku zobaczyłem, jak robotnicy z ZDM demontują tabliczki z nazwiskiem Tołwińskiego, pomyślałem sobie, że tym krajem rządzą wyjątkowej obrzydliwości moralne karły. Oburzenia nie kryli również mieszkańcy Żoliborza, w większości stateczni mieszczanie o poglądach konserwatywnych. „Swoje stanowisko prezydenta stolicy wykorzystał do odbudowy zniszczonego pożogą wojenną miasta, które kochał, dla którego pracował i żył” – wspominali swojego prezydenta w biuletynie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, tej samej, którą Stanisław Tołwiński wraz z innymi członkami PPS zakładał w roku 1921. Kiedy żoliborska delegacja wręczała ostrą notę protestacyjną pisowskiemu wojewodzie Zdzisławowi Sipierze, ten kiwał głową ze zrozumieniem, po czym stwierdził, że jest tylko urzędnikiem wykonującym swoje obowiązki oraz polecenia IPN-u. W takich właśnie okolicznościach Stanisław Tołwiński, budowniczy Żoliborza, człowiek, który zarządzał podnoszeniem z wojennych gruzów stolicy naszej ojczyzny, oddany społecznik i człowiek wielkiej odwagi, został pozbawiony patronatu na osiedlu, które by nigdy nie powstało, gdyby nie jego zapał i pomysłowość.
Dlaczego, do cholery, komuś przeszkadza Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata? Komu zależy, by Polacy zapomnieli o wybitnym spółdzielcy? A może wyjaśnieniem nie jest wcale przynależność Tołwińskiego do PZPR czy jego udział w Rewolucji Październikowej? Dekomunizacja to zbrodnia popełniania na pamięci tych, którzy, jak Tołwiński, walczyli o Polskę równą i sprawiedliwą, ale również jaskrawo czytelna deklaracja ideologiczna obecnej władzy. Morawiecki bije pokłony przed mogiłami członków Brygady Świętokrzyskiej, która kolaborowała z III Rzeszą. Na białostockim osiedlu pojawiła się (całe szczęście na wiosnę ma zniknąć) ulica rzeźnika Litwinów i prawosławnych, niejakiego Łupaszki. W dziesiątkach polskich miast swoje miejsca kultu mają już inni bandyci przeklęci. Jestem skłonny postawić tezę, że opętani antykomunistyczną obsesją ludzie pokroju Jarosława Szarka czy wspomnianego Ryszarda Mazurkiewicza, nienawidzą Tołwińskiego właśnie dlatego, że dokonał rzeczy wielkich – dla Polski i Polaków. Zaślepione ideologicznym jadem szuje nie są w stanie przełknąć faktu, że „czerwony” nadal jest postacią cenioną i szanowaną.
Decyzja wojewody została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten uchylił aż 47 wskazań inspektorów z IPN. Ostateczna decyzja będzie należeć do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ma rozpatrzyć sprawę w ciągu najbliższych tygodni. Decyzje tego organu w związku z wnioskami o przewrócenie starych patronów w innych miastach pozwalają mieć nadzieję na korzystne rozstrzygnięcie. W Poznaniu właśnie wróciła ulica 23 lutego, symbolizująca wyzwolenie miasta z rąk hitlerowskich okupantów. W Krakowie NSA nie wyraził zgody na dekomunizację ulic Józefa Marcika i Wincentego Danka. Szansa na wielki powrót Stanisława Tołwińskiego na Żoliborz jest więc całkiem realna. Mam nadzieję, że nie później jak wiosną przyszłego roku będzie miał przyjemność uczestniczyć jako ochotnik w wymianie tablic na stołecznych ulicach.
W czasach, gdy w marszu organizowanym przez faszystów maszeruje ogłupiona prawicową propagandą młodzież, postać Stanisława Tołwińskiego – antyfaszysty ratującego Żydów powinna być noszona na sztandarach i stawiana za wzór przez wszystkie organizacje postępowe.

NSA o gdańskich ulicach

Naczelny Sąd Administracyjny toruje drogę Kaczyńskiemu.

 

Wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego zakończyła się wielomiesięczna batalia w obronie gdańskich nazw ulic. Udało się uratować ulice Pstrowskiego, Sołdka, Zubrzyckiego i Wassowskiego. Ich mieszkańcy mogą teraz odetchnąć z ulgą. Niestety sąd uznał, że zniknąć muszą ulice Dąbrowszczaków, Buczka i Kruczkowskiego. Mieszkańcy tych ulic będą niestety musieli ponieść konsekwencje fanatyzmu tzw. „dekomunizatorów” spod znaku PiS-u i Instytutu Pamięci Narodowej. Będą musieli ponieść konsekwencje nieodpowiedzialnych działań parlamentarzystów PO, Nowoczesnej, PSL-u i partii Kukiz, który niemal jednogłośnie przyznali swego czasu IPN-owi oraz PiS-owskim władzom nadzwyczajne uprawnienia, pozwalające na ingerowanie w nazwy ulic.
Jesteśmy zaskoczeni wyrokiem sądu. Kryteria, które zastosowano przy ocenie patronów ulic, wydają się kompletnie niezrozumiałe. Przypominamy, że wojewódzki sąd administracyjny uznał wcześniej, że wszystkie wyżej wymienione ulice powinny pozostać na mapie Gdańska.

Uratowanie choć części gdańskich ulic pokazuje jednak, że ta wielomiesięczna walka miała sens. Mieliśmy rację, od samego początku alarmując, że dochodzi tutaj do naruszenia prawa. Od początku alarmowaliśmy, że zmiany te są niepotrzebne, że ignorowany jest głos mieszkańców, którzy jasno i wyraźnie się tym zmianom sprzeciwiali. Wskazywaliśmy też, że tzw. „dekomunizatorzy” spod znaku PiS-u i IPN-u zwyczajnie fałszują historię, próbując w nieporadny sposób uzasadnić swoje „dekomunizacyjne” decyzje.

Dziękujemy mieszkańcom ulic za determinację, dziękujemy zaprzyjaźnionym organizacjom Ruch Sprawiedliwości Społecznej Pomorze i Razem Pomorze za udział w obronie interesów gdańszczan, dziękujemy w końcu władzom miasta, bo ostatecznie i one stanęły po naszej stronie.

A do osób odpowiedzialnych za tzw. „dekomunizację” mamy wielką prośbę: zakończcie w końcu ten żenujący spektakl, przerwijcie swoją fanatyczną krucjatę i dajcie wreszcie spokój mieszkańcom.

 

Stanowisko RSS

Niestety najwyższa instancja sądownictwa administracyjnego uwzględniła trzy z siedmiu skarg kasacyjnych Wojewody Pomorskiego. W efekcie nazwy ulic Dąbrowszczaków, Kruczkowskiego i Buczka w Gdańsku zostaną zmienione, zgodnie z zarządzeniami wojewody Drelicha.

Trudno oceniać decyzję NSA w aspekcie prawnym dopóki nie zostaną opublikowane uzasadnienia wyroków. Na pewno się do nich odniesiemy i poszukamy nadzwyczajnych instrumentów prawnych podważających bezprawie ustawy dekomunizacyjnej.

Pod względem historycznym i politycznym (akcentowana przez WSA w Gdańsku autonomia wspólnoty gminnej w określaniu nazw ulic) orzeczenie NSA uważamy za pozbawione podstaw.

Niewielkim pocieszeniem jest oddalenie skarg kasacyjnych dotyczących ulic: Zubrzyckiego, Pstrowskiego, Sołdka i Wassowskiego. Te ulicy, pomimo orwellowskich (o ironio!) zapędów IPN pozostają.

Wszystkim, którzy się włączyli w obronę nazwy ulicy Dąbrowszczaków serdecznie dziękujemy – udało nam się o kilkanaście miesięcy przedłużyć upamiętnienie tych, którzy jako pierwsi walczyli z faszyzmem i nazizmem.

RSS

Znicze dla Armii Czerwonej W obiektywie

Środowiska lewicowe nie godzą się na demontaż Pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej. 1 listopada – w dzień, w którym niezależnie od tego, czy są wierzący, czy też nie – myśli Polaków zwracają się ku tym, którzy odeszli, z inicjatywy kampanii Historia Czerwona kilkadziesiąt osób zebrało się w Parku Skaryszewskim, by zapalić znicze w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdował się zburzony w ramach akcji dekomunizacyjnej monument.

Planowane są kolejne akcje przeciwko niszczeniu pamięci historycznej.

Wyścig dezubekizacyjny

Wybory samorządowe już w najbliższą niedzielę. Sondaże wskazują, że zmiana warty w warszawskim ratuszu nie nastąpi – choć któż to wie. W każdym razie administracja prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz jeszcze przed dniem głosowania postanowiła usunąć Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej w warszawskim Parku Skaryszewskim. Jak widać, tak PiS, jak i PO są równie gorliwe w usuwaniu śladów historii w myśl wytycznych IPN.

 

Demontaż monumentu rozpoczął się we wtorek na zlecenie Zarządu Zieleni m.st. Warszawy. Oczywiście – demontaż pomnika jest rezultatem zmiany ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego z 1 kwietnia 2016 r., która w wersji znowelizowanej 14 grudnia ubiegłego roku objęła także pomniki i inne formy upamiętnienia minionej epoki. Zasadniczo można uznać, że władze Warszawy i tak się ociągały z rozbiórką, bo ustawa wyznaczała termin likwidacji podobnych obiektów na 31 marca 2018 r, niemniej jednak dokonanie jej w przeddzień wyborów ma znamienny charakter. Wyborcy dostają jasny sygnał – dekomunizacja to nie tylko PiS. Jej zwolennicy mogą śmiało głosować także i na PO.
Nie podjęto żadnych działań, aby monument obronić przed arbitralną dekomunizacją. Zrezygnowano też z planu przeniesienia go na cmentarz żołnierzy radzieckich na Ochocie, gdzie byłby tymczasem bezpieczny, bo cmentarzy wojennych póki co jeszcze się nie likwiduje. Za to – czy to aby akt likwidacji połączyć z dodatkową szykaną? – tablice z pomnika zostaną przekazane do IPN. Po to, aby dekomunizatorzy mogli z nich szydzić, dostawszy je w swoje ręce, czy może aby mieli satysfakcję własnoręcznego ich porozbijania?
– Demontaż pomników to nie po prostu zmiana wyglądu miast, miejscowości, to klasyczne przepisywanie historii na nowo, zmienianie jej post factum – skomentowała ten akt usankcjonowanego prawem wandalizmu rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa. – chodzi nie o pomniki jakichś wydarzeń czy działaczy politycznych, lecz o pomniki zwykłych ludzi (…), którzy oddawali swoje życie nie tyle za przekonania polityczne, ale za to, jak pojmowali swoją osobistą odpowiedzialność za los takich samych zwykłych ludzi jak oni – dodała.

O dwóch Iwanach

…co machają z oddali.

 

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść” – transparent z tym cytatem z Adama Asnyka powieszono na ogrodzeniu Placu Słowiańskiego w Legnicy w dniu, w którym odjechać miał stamtąd Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej. Chwilę później Młodzież Wszechpolska powiesiła obok swój baner: „Wczoraj Mała Moskwa, dziś Wielka Legnica”. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej.
– To był pomnik przeszłości naszego miasta. Przypominał o tych pięćdziesięciu latach historii, które jednym kojarzą się dobrze, innym gorzej, ale których nie da się przecież wymazać. Promował totalitaryzm? Że niby ktoś tutaj, w Legnicy, pokochał Stalina, bo patrzył na ten pomnik? Bądźmy poważni…
Pierwszą rozmówczynię namierzyłyśmy już w podróży. Przyjechała z nami z Wrocławia do Legnicy tym samym pociągiem. Pani Urszula ma na oko około 50 lat. Pamięta, jak Rosjanie na początku lat 90. zbierali manatki. Wieloletnie stosunki sąsiedzkie ocenia jednak jako dobre. Po jednej i drugiej stronie żyli ludzie, których los wrzucił do kotła z przegródką. Radzili sobie jak umieli.
Kwitł handel wymienny. Po „moskiewskiej” stronie można było dostać dobra deficytowe, takie jak pomarańcze i słodycze. Rosjanom natomiast brakowało alkoholu. Potrzeba chwili nakręcała przyjaźnie, a nawet miłości. Nasza rozmówczyni jako nastolatka sama podkochiwała się w jednym z mieszkańców Kwadratu, zamkniętej dzielnicy wojskowej, gdzie wstęp dawała tylko przepustka, ale jej uczucie pozostało platoniczne i niespełnione. Zna natomiast historie heroin mniej sławnych niż Nowikowa, które przechytrzyły władzę w grze o zakazaną miłość. Jej obecna sąsiadka, która zakochała się w Polaku, dostała 48 godzin na to, aby się spakować i wrócić do Rosji. Ocalił ją konsul, który wymyślił fortel godny doradcy Napoleona: wziąć ślub w dużej Moskwie, a potem wrócić do Małej!

 

67 lat Jana i Iwana

11 lutego 1951 roku, kiedy odsłaniano pomnik polsko-radzieckiego braterstwa broni w Legnicy, witało go 10 tysięcy mieszkańców „Stworzyłem grupę stojącą na cokole: żołnierza polskiego i radzieckiego jako towarzyszy broni i trudów walki o wspólną sprawę. Żołnierz radziecki jest przedstawicielem niezwyciężonej armii, stojącej na straży pokoju i bezpieczeństwa narodów. Dziecko, które żołnierz polski trzyma na swym ramieniu i które wsparło swoją rączkę o pewne ramię żołnierza radzieckiego, jest symbolem młodego pokolenia, które zostało uratowane od zagłady” – opowiadał o swoim dziele rzeźbiarz Józef Gazy. Ten sam Gazy, który stworzył stołecznych „Czterech śpiących”. Ci mieli mniej szczęścia od legnickich kolegów. Dzięki listowi otwartemu, podpisanemu m.in. przez Kazika Staszewskiego, Edwarda Dwurnika, Pawła Kukiza czy Marcina Mellera („nie czcijmy najeźdźców i gwałcicieli”), zasnęli na zawsze i nie wrócili już na Dworzec Wileński. 24 marca 2018, kiedy legnicki pomnik był demontowany i wywożony do magazynu, na placu Słowiańskim przed Starostwem Powiatowym stało około 50 osób. Tylko nieliczne przyszły tam świętować „upadek totalitarnego symbolu”. Większość zebranych, jak czytamy w lokalnym magazynie, czuła raczej, że odchodzi powszechnie rozpoznawany symbol miasta, pamiątka po szczególnej historii. Starsi widzieli w nim pomnik swojej młodości, młodsi czasem się z niego podśmiewali, żartując, że to metapomnik tęczowej rodziny z dzieckiem. Służył za miejsce spotkań („o 12.00 pod Peerelką”), stanowił atrakcję dla przyjezdnych, nowożeńcy chętnie robili sobie pod nim zdjęcia. Jan i Iwan od początku nie mieli na Placu Słowiańskim łatwego życia. Pięć lat po odsłonięciu próbowano pomnik zniszczyć. Po 1989 zdarzało się, że ozdabiały go napisy „Ruscy won”. W 2009 r. rada miejska przegłosowała uchwałę o przeniesieniu Iwanów na cmentarz wojskowy. Tadeusz Krzakowski, prezydent z SLD, nie chciał o tym słyszeć. Ale nie mógł zatykać uszu w nieskończoność. W 2014 w samorządowych w Legnicy wygrał PO-PiS. Pozycja Sojuszu osłabła. Rok później prezydent podjął decyzję o rewitalizacji placu, po której z miejsca pamięci miałby się stać terenem rekreacyjnym, gdzie można postawić scenę, wspólnie się bawić. Chciał jednak, aby w konkursie na nową koncepcję znalazły się też propozycje, gdzie pomnik zostanie zachowany. Reżyser Waldemar Krzystek, twórca „Małej Moskwy”, sugerował referendum miejskie. Wtedy w badaniach sondażowych więcej było już zwolenników zachowania pomnika. Ale to wszystko działo się jeszcze, zanim przegłosowano ustawę dekomunizacyjną, a IPN z fanatycznym zapałem zabrał się do jej wdrażania. Ostatecznie pod koniec marca 2018 dźwig zdolny podnieść 40 ton rozprawił się z Iwanami w ciągu godziny. Po kilku kolejnych dniach zniknął cokół. Dziś w centralnym miejscu placu zionie puste miejsce, widać na nim jeszcze ślady czerwonej farby, którą lokalne prawicowe bojówki traktowały go w ostatnich tygodniach przed wywózką.
– Owszem, działają tutaj skrajnie prawicowe grupy, raczej z młodszego pokolenia – mówi Arkadiusz Rodak, rzecznik prasowy Urzędu Miasta. – Dają o sobie znać, ale… – rzecznik szuka odpowiedniego słowa. Wiemy, co ma na myśli. Że są „nieszkodliwi”.
Ich głos rzeczywiście przepadł, kiedy dwa tygodnie po rozbiórce pomnika legniczanie z własnej inicjatywy postawili nowy monument, słuszny politycznie. Na przełomie marca i kwietnia zawiązała się konspiracja. W ramach akcji „Aktywna Legnica” zbudowali cokół z kartonowych pudełek i przymocowali doń wielką, żółtą, dmuchaną kaczkę. Stanęła pod osłoną nocy, podobnie jak sejmowy krzyż. „Chcemy, żeby wszyscy byli czyści, żeby dbali o higienę. Wygląda to tak, że jest duży czarny postument i na samym szczycie stoi dmuchana, żółta kaczka, która symbolizuje czystość. Bo jak wiadomo małe dzieci kąpią się z takimi żółtymi kaczuszkami” – brzmiało oficjalne uzasadnienie. „Pomnik Czystości Narodu” został jednak brutalnie usunięty przez służby mundurowe. Dwóch funkcjonariuszy policji nad ranem oddaliło się majestatycznie z dmuchaną kaczką i tekturowym cokołem pod pachą, budząc powszechną wesołość u obecnych na miejscu zbrodni mieszkańców wyprowadzających psy na pierwszy spacer oraz reporterów Radia Wrocław. Tymczasem w Urzędzie Miasta, usytuowanym tuż obok Placu Słowiańskiego, już latem i jesienią poprzedniego roku starano się uzyskać zgodę wojewody dolnośląskiego, by pomnik stanął na cmentarzu wojennym w obrębie wielkiej nekropolii komunalnej przy ul. Wrocławskiej. Żołnierze, którzy odnieśli zwycięstwo nad faszyzmem, stanęliby na tej samej ziemi, w której spoczywa ich 2800 towarzyszy (i towarzyszek) broni, poległych dosłownie w przededniu zwycięstwa, w 1945 r. Zdawałoby się, rozwiązanie logiczne, jasne i niekontrowersyjne.

 

Liegnitz, Legnica, Mała Moskwa

Zdobycie Legnicy 11 lutego 1945 na rozkaz Stalina zostało uczczone w dużej Moskwie dwudziestoma salwami artyleryjskimi z 224 dział. Trzy dni wcześniej front dotarł do wschodnich dzielnic miasta. Lokalna komórka NSDAP zbyt późno zdecydowała się na ewakuację ludności. Tempo, w jakim nadchodziły jednostki 3. Armii Pancernej Gwardii dowodzone przez płk. Pawła Rybałkę, zaskoczyło wszystkich. Do obrony miasta wyznaczono oddziały 17. Dywizji Piechoty i jednostki odwodowe.
9 luty był przełomowy. Wtedy na dworzec i transporty zaopatrzenia spadły bomby. 10 lutego ostatecznie padł Zamek, ostatni bastion Wehrmachtu, gdzie broniło się około 100 żołnierzy. Co ciekawe, lokalne źródła udostępnione przez pasjonatów podają, że „w wyniku samych działań wojennych substancja miasta nie ucierpiała wiele. Ucierpiał dworzec, ponadto w wyniku ostrzału artyleryjskiego zniszczeniu uległo, jak się szacuje, ok. 120 budynków oraz Zamek. Natomiast 848 obiektów zostało poważnie uszkodzonych. Na skutek bezmyślnych zachowań żołnierzy radzieckich pod koniec 1945 r. liczba całkowicie zniszczonych budynków wzrosła do 360, a uszkodzonych była większa o 80”. Te ekscesy w pierwszych miesiącach po wojnie potem wygasły. Już w latach 60., czytamy w opracowaniach i wspomnieniach, polskie władze miasta decydowały się na rozbiórkę zabytkowej zabudowy centrum. W tym samym czasie radzieccy oficerowie z zainteresowaniem, a czasem zachwytem patrzyli na poniemiecką architekturę: nie znali podobnej z rodzinnych stron. Tam nie widywali ani gotyckich i barokowych kościołów, ani renesansowych i eklektycznych kamienic i willi. Zanim 22 maja 1992 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie opcję zerową wycofania jednostek Armii Radzieckiej, stacjonował tu Sztab Główny Północnej Grupy Wojsk. Było to największe skupisko wojsk radzieckich w Polsce. „Mała Moskwa” zajęła jedną trzecią ówczesnego terenu miasta. Dlaczego Legnica? Przed wojną była drugim po Wrocławiu kluczowym miastem Dolnego Śląska. Miała dużą liczbę koszar, lotnisko, wielki szpital, była ważnym węzłem drogowym i kolejowym. No i, mimo wszystko, wyszła z wojny w zasadzie w świetnym stanie. W latach 1945–1947 żołnierze PGW wspólnie z saperami polskimi rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty, brali udział w wyremontowaniu odcinków linii kolejowych, odbudowywali mosty w całej Polsce.

 

Szacunek

Cmentarz komunalny w Legnicy, największa czynna nekropolia w mieście, położony jest przy Wrocławskiej 124. Do 1945 roku była to Neue Breslauer Straße. Na części kwater żydowskich Niemcy zrobili w 1938 r. cmentarz garnizonowy, a do lokalnego krematorium zwozili zwłoki z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Później karty historii odwróciły się. Po wysiedleniu ludności niemieckiej mieszkańcy w ramach zemsty dewastowali przedwojenne grobowce i płyty z napisami wyrytymi gotykiem. Cmentarna wojna do 1960 wymiotła praktycznie wszystkie niemieckie groby. Wiele płyt wykorzystano do budowy nowego ogrodzenia, tak, aby napisy skierowane były do wewnątrz i pozostawały praktycznie niewidoczne. Osobny cmentarz wojenny Armii Radzieckiej naprędce dobudowano w latach 50. – w przestrzeni pomiędzy „starą” i „nową” częścią cmentarza komunalnego. 6 listopada 1972 r. obok rzędów nagrobków dostawiono betonowy pomnik sławiący wschodnich towarzyszy broni, bohaterów walki z faszyzmem. Groby ustawione są w równych rzędach okalających alejkę wiodącą od monumentu. Na niektórych palą się znicze, leżą sztuczne czerwone goździki i maki. Miejscowi twierdzą, że wciąż bywają tu rodziny zmarłych. Za każdym razem, gdy przyjeżdżają z Rosji czy Białorusi, widzą odśnieżone, wymiecione alejki, czerwone światełka pod pomnikiem. Pokój zapanował również na żydowskiej części cmentarza, chociaż nie ma już w mieście czynnej synagogi, miejscowa gmina, reaktywowana po wojnie, przestała działać w 2016 r. Na akcję sprzątania nekropolii zapraszali miłośnicy lokalnej historii z portalu Liegnitz.pl razem z Urzędem Miasta. Pracowali uczniowie miejscowych szkół, wierni zielonoświątkowej wspólnoty Anastasis, ludzie dobrej woli, łącznie trzystu ochotników i ochotniczek. Nikt nie miał wątpliwości, że trzeba, bo historię się szanuje i przekazuje następnym pokoleniom. Ku refleksji i przestrodze. Z tą samą myślą swojego czasu postanowiono nazwać ulicę przylegającą do cmentarza Aleją Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA.

 

Niewolnica miłości

Kilka kroków od radzieckich kwater wojennych spoczywa Lidia Siergiejewna Nowikowa, legnicka Julia, „niewolnica miłości”, której historię nagłośnił Waldemar Krzystek w filmie „Mała Moskwa”. Mieszkańcy nie przestają się nią wzruszać, nawet jeśli prawda nie była aż tak poetycka, jak pokazano to na ekranie. Uświadomił nam to około 60-letni mężczyzna, paląc lampki na grobie Nowikowej, jedynym grobie z białego marmuru na legnickim cmentarzu. Ta biel kojarzy się z niewinnością, przypomina grób dziecka. Ukochanego dziecka – na płycie zawsze płoną znicze, stoją kwiaty. Nawet na planie cmentarza ten jeden nagrobek szczególnie wyróżniono.
Ludzie kochają tę opowieść, chociaż postać prawdziwego polskiego kochanka, sierżanta Edwarda Jońcy, nie była tak nieskazitelna jak sugerowałaby rola napisana dla Lesława Żurka. Miejscowi określali Jońcę raczej jako fircyka, etatowego Romea. Mówi się, że od początku nie był wobec swojej żony lojalny. Ponoć już goście weselni zauważyli, że źle się do niej odnosił. Historia o dziecku Polaka, które nosiła pod sercem zakochana Rosjanka, również okazała się tylko efektem inwencji reżysera. Dziecko, owszem, przyszło na świat – ale w małżeństwie Jońców. Polak nawiązał romans zaraz po narodzinach swojego syna. Dramat wyszedł na jaw dopiero po samobójczej śmierci pięknej i zdesperowanej Lidii Siergiejewny. Szczegółów nie znał nikt. Czy targnęła się na życie z bezsilności, czy była szantażowana przez zazdrosnego męża, może służby? Czy może kochanek, z którym ponoć widywała się w nocy nawet w piwnicach, powiedział, że nie widzi dla nich przyszłości? To wiedziała tylko ona. Powiesiła się na pasku z apaszki w Lasku Złotoryjskim. Jońca przyszedł na jej pogrzeb z bukietem białych róż. Później przeniesiono go do Wrocławia, w 1970 miał odejść ze służby. Nie wiadomo, co się z nim dalej działo, na jego temat krążą legendy. Jedni twierdzą, że zginął w wypadku, inni, że założył kolejną rodzinę i wyjechał z Dolnego Śląska. Bo pierwsza żona rozwiodła się z nim zaraz po pogrzebie Nowikowej. Została w Legnicy, gdzie pracowała jako nauczycielka w technikum elektronicznym. Parę lat temu za dorosłym już synem wyemigrowała do Kanady.
Nasz rozmówca nie spieszył się, opowiadał nam miłosną historię miejskiej heroiny, chociaż w międzyczasie zaczął padać deszcz. Chętnie odniósł się też do sprawy Iwanów.
– To taka sama wizytówka miasta, jak ona – wskazał na grób zakochanej, którą z wybrankiem rozdzieliła dopiero śmierć. Był pewien, że pomnik po demontażu natychmiast trafi na cmentarz wojenny, przecież w latach 90. tak właśnie postąpiono z radzieckimi pomnikami w kilkunastu miastach. Dziwił się, kiedy opowiedziałyśmy, czego dowiedziałyśmy się w Urzędzie Miasta od energicznej i konkretnej pani wiceprezydent Jadwigi Zienkiewicz.
Urząd Miasta w Legnicy otrzymał od wojewody dolnośląskiego pismo z odmową zgody na przeniesienie pomnika i pouczeniem, że „cmentarz nie służy do składowania obiektów propagandowych”. Tak orzekł – nietrudno zgadnąć – IPN. Wykonawcy polityki historycznej pouczają również, że cmentarz jest przestrzenią upamiętniania osób, które na nim spoczywają, tylko i wyłącznie ich – a więc uniwersalny pomnik żołnierzy nie może stanąć obok grobów czerwonoarmistów, którzy mają imiona i nazwiska (niektórych zresztą nie ustalono). W kolejnym liście, jaki oglądamy w Urzędzie, Instytut poucza jeszcze, że cmentarze nie powinny być narzędziem politycznych rozgrywek. Razem z mieszkańcem Legnicy, któremu trudno kulturalnie skomentować „wyczyny” IPN, poszliśmy w kierunku przyklejonych do radzieckiej nekropolii terenów zielonych. To tu ma powstać lapidarium, oficjalnie podległe Muzeum Miedzi w Legnicy. Obok eksponowanych pomników, bo znajdzie się miejsce i dla Iwanów, i dla popiersia marszałka Rokossowskiego, zdekomunizowanego już na początku lat 90., staną tablice informacyjne. Wszystko będzie zgodnie z ustawą, podkreśla wiceprezydent Zienkiewicz, bo zezwala ona na wystawianie pomników w celach informacyjnych, artystycznych, naukowych. Sam wojewoda dolnośląski wspomina w kolejnym liście o takiej ewentualności. Jakby się domyślał, że Legnica to jedno z tych miejsc, gdzie wola obrony lokalnej pamięci będzie zbyt silna, by pokornie pogodzić się z narzucaniem „dobrych zmian”. I gdzie sukcesy odnosi zmysł organizacji i zagospodarowywania, nie zacietrzewienie.

 

Przeobrażenie

Rosjanie wyjeżdżali stąd w 1991 r. w pośpiechu.
– Dotarło do mnie, że nie będzie już drugiej Legnicy. Ta oczekiwana wtedy sytuacja nagle uświadomiła mi, że jest to wielka zmiana nie tylko w sytuacji kraju, ale także każdej miejscowości, która „gościła” wojska radzieckie. Wtedy uświadomiłem sobie, że nagle oblicze miasta zmieni się zasadniczo. Znikną z ulic radzieckie patrole i ciężarówki, ucichnie lotnisko. Pojawił się żal, gdzie później opowiemy nasze najsłynniejsze dowcipy tamtych czasów: że Legnica z lotu ptaka wygląda jak miska pierogów, połowa ruskich, połowa leniwych, a drugi – opowiadany przy każdej przebudowie drogi czy wodociągu – badają, jak głęboko Rosjanie się zakorzenili. Pomyślałem wówczas, że trzeba tę drugą, nieznaną nam Legnicę zachować dla historii – wspomina decyzję „o wyjściu” fotograf Franciszek Grzywacz w rozmowie z WP. Jako jedyny Polak otrzymał zezwolenie na fotografowanie radzieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w Legnicy.
– Do tego czasu można było tylko fotografować pojazdy i przemarsze oddziałów radzieckich na terenie miasta. Zwróciłem się do Dowództwa PGW z prośbą o umożliwienie mi wykonania fotografii. Niestety, mimo wielu prób, nie uzyskałem zgody. Dopiero pół roku później, gdy zmarł nagle w Moskwie przedostatni dowódca PGW gen. Wiktor Dubynin, otrzymałem telefon z biura prasowego PGW, że w legnickiej cerkwi prawosławnej odbędzie się uroczyste nabożeństwo żałobne za pamięć generała, w którym będę mógł uczestniczyć i zrobić zdjęcia. Na pytanie, czy pozwolą mi tam wejść, oficer odpowiedział przyjaźnie, że „z domu Bożego nikt nikogo nie wygoni”. Zdjęcia z tego nabożeństwa zostały oprawione w album i poprzez biuro prasowe dotarły do ostatniego dowódcy PGW gen. Leonida Kowaliowa, dzięki czemu otworzyły się przede mną wszystkie radzieckie drzwi koszar, klubów i mieszkań. Nigdy nie spytałem, dlaczego tylko ja dostałem zgodę na fotografie – wspomina. – W czasie, gdy fotografowałem, oni wszyscy mieli już świadomość nieuchronnego terminu wyjazdu wojsk radzieckich z Polski i pogodzili się z tym i chętnie pozowali do pamiątkowych zdjęć. Zobaczyłem codzienne, normalne życie po drugiej stronie radzieckiego muru dzielącego Legnicę na dwie części. Niewiele różniło się od moich wyobrażeń, a wszyscy Rosjanie byli bardzo przyjaźnie nastawieni do mojej fotograficznej misji. Miasto z dnia na dzień musiało podjąć wyzwanie zagospodarowania dziesiątków zabytkowych nieruchomości, budynków, ogrodów. Zrozumiałybyśmy, gdyby na miejscu okazało się, że nie dali rady. Ale pustymi oknami i tablicami, że obiekt grozi zawaleniem, grozi tylko jedna z willi, które mijamy w dzielnicy Tarninów, dawnym zamkniętym Kwadracie. Pozostałe domy żyją, mieszczą dziś urzędy, szkoły, galerie, inne są zamieszkane. W willi, którą niegdyś zajmował marszałek Rokossowski, mieści się luksusowy hotel o nazwie Rezydencja, grającej na fascynacji nieodległą przeszłością. Stamtąd już niedaleko do gmachu dowództwa Północnej Grupy Wojsk, obecnie ZUS. Korytarzami, po których wojskowi spieszyli na odprawy i narady, w tym na tę, podczas której zdecydowano o interwencji w Czechosłowacji w 1968 r., dziś chodzą interesanci: godziny przyjęć od wtorku do piątku od ósmej do piętnastej, w poniedziałki do osiemnastej. Orzecznictwo lekarskie – na lewo, sprawy emerytur, rent, kapitałów początkowych w skrzydle C. Tak samo w dawnych koszarach w innych częściach miasta: to dziś osiedla mieszkaniowe. W 1998 r. nowopowstała Wyższa Szkoła Zawodowa w Legnicy otrzymała od Skarbu Państwa działki wraz z budynkami wojskowymi. Najbardziej majestatyczny, największy budynek, dawny dom oficera z salą balową i kinem, dostał się diecezji legnickiej. Gen. Wiktor Dubynin, zanim opuścił Legnicę, z rozmachem przekazał go Kościołowi katolickiemu, w obecności delegacji władz miejscowych, na oczach mediów. I na wyrost, bo dysponentem majątku pozostawionego przez Północną Grupę Wojsk miało być państwo. Ale triumfującemu podczas transformacji ustrojowej Kościołowi żaden urzędnik nie śmiałby się sprzeciwić, a metropolita wrocławski Henryk Gulbinowicz nie pogardził prezentem.
W budynku, gdzie niegdyś uroczyście obchodzono rocznice rewolucji październikowej, dziś uczą się kandydaci do kapłaństwa, pracuje poradnia małżeńska. A przed budynkiem, na placu o dawno zdekomunizowanej nazwie, stanął pomnik zwieńczony wystrzeliwującym w niebo krzyżem. Na nim napis wspominający o walce z agresją ze wschodu.
Niby wszystko się zgadza, bo obelisk poświęcony jest księciu Henrykowi Pobożnemu, który w 1241 r. poległ pod Legnicą w przegranej bitwie z Mongołami. Jest na pomniku jego podobizna i to do jego walki odnosi się cytat z wypowiedzi Jana Pawła II. Ale jego wybór wydaje nam się stanowczo nieprzypadkowy. Za dobrze wiemy, jak ważne jest dla Kościoła zagospodarowywanie przestrzeni symbolicznej.

 

Polityka historyczna nie śpi

Tym bardziej, że rozsądek nie przestaje w Legnicy odnosić zwycięstw nad polityką historyczną. Oglądamy w ratuszu ulotki zapowiadające uroczyste obchody stulecia odzyskania niepodległości. Polegają na comiesięcznej weekendowej fecie: a to impreza w Zamku, to zwiedzanie katedry. Wszystko zanurzone w historii Dolnego Śląska, pełne odniesień do lokalności. Nie ma ani słowa o „faktycznym odzyskaniu niepodległości w 1989”.
Ale jest jeden lokalny Wyklęty, który atakuje już na dworcu kolejowym z plakatów sygnowanych znaczkami państwowych spółek. To wiceprezydent miasta Władysław Dybowski, adiutant Hallera, major NSZ. Lokalny Konrad Wallenrod (imię to nadał zresztą swojemu synowi). Po wojnie zapisał się do PPR. Swoje stanowisko w ratuszu miał wykorzystywać do działalności szpiegowskiej. W Legnicy pozyskał do współpracy dwóch radzieckich oficerów ze sztabu Północnej Grupy Wojsk. Zdobyte informacje przekazywał do krakowskiej komórki WiN, a ta wysyłała je do Londynu. Konrad Dybowski również działał w podziemnych strukturach w Krakowie. W 1946 wraz z ojcem został aresztowany, w 1947 obu skazano na śmierć. Spoczywają jednak nie w Legnicy, a na warszawskich Powązkach. A właściwie, jeśli trzymać się faktów, do tej pory nie wiadomo, gdzie spoczęli. Ciała majora nigdy nie odnaleziono, warszawska mogiła jest tylko symboliczna. Dekomunizacja Legnicy przyniosła mu jednak własną ulicę oraz patronat nad legnickim Klubem Gazety Polskiej, powiązanym z PiS.
Na ławeczkach koło Urzędu Miasta namierzamy dwóch typowych lobbystów wyklętości, starszego i młodszego. Noszą dumne koszulki Red is Bad i jeszcze dumniejsze srebrne łańcuchy – jeden na szyi, drugi na przegubie. Wyglądają, jakby ktoś zamówił ich z katalogu młodego prawicowca i postawił wprost na naszej drodze.
– Ruscy to okupanci – stwierdzają kategorycznie. – Tu jest polskie miasto.
Że bohaterowie to Wyklęci, wiadomo, wiedzą. Ale o tym, że mają swojego, tutejszego, już nie. Jednemu „coś się kojarzy”, ale „musiałby sprawdzić”. Widać nie czytają „Gazety Polskiej” wystarczająco uważnie.