Pomnik Berlinga dobity

Tuż przed świętami zdemontowany został cokół zniszczonego latem 2019 w Warszawie pomnika generała Zygmunta Berlinga. Demontażu dokonały władze dzielnicy Praga-Południe, powołując się na ustawę dekomunizacyjną i decyzję wojewody mazowieckiego.

Resztki pomnika i cokołu zostały umieszczone w magazynie dzielnicy. Nie ma żadnego pomysłu na jego dalsze przeznaczenie. Tymczasem, jak wynika z naszych ustaleń, Prokuratura Rejonowa Warszawa – Praga Południe postanowieniem z dnia 2 grudnia 2019r. sygn. PR 6 Ds.1442.2019 umorzyła dochodzenie „w sprawie dokonania w dniu 04.08.2019 r. w Warszawie na terenie skweru Ryskiego przy zbiegu ul. Wał Miedzeszyński i Al. Stanów Zjednoczonych uszkodzenia pomnika gen. Zygmunta Berlinga o wartości strat 20 000 zł na szkodę Urzędu Dzielnicy Praga Południe Miasta Stołecznego Warszawy tj. o czyn z art. 288 par.1k.k.”.

W uzasadnieniu postanowienia padają nazwiska różnych osób (Adama Słomki, Leszka Staniszewskiego, Wojciecha Osińskiego, Barbary Butler-Błasińskiej), które mogą mieć wiedzę o okolicznościach związanych ze zniszczeniem pomnika, jednakże jak wynika z lektury uzasadnienia „podjęte w dochodzeniu czynności nie dały wyników pozytywnych”(jak rozumiemy nie pozwoliły na ustalenie sprawców przestępstwa), ale „… mimo umorzenia dochodzenia sprawa nadal pozostanie w zakresie zainteresowania organów ścigania i w wypadku ujawnienia nowych istotnych okoliczności zostanie ono podjęte i będzie kontynuowane”.
Niestety, takie sformułowania nie dają nawet cienia nadziei na ustalenie sprawców przestępstwa oraz ich doprowadzenie przed oblicze sądu.
Budzi to nasze zaniepokojenie, tym bardziej że jak ćwierkają wróble na mieście, w przestrzeni internetowej pojawiły się zdjęcia przedstawiające zniszczenie pomnika generała Berlinga. Czyżby policja, która wielokroć już korzystała ze wsparcia choćby YT, przy rozwiązywaniu bardziej skomplikowanych przestępstw, w tym przypadku do takiego materiału nie dotarła?

Będziemy konsekwentnie pytać policję o postępy w dochodzeniu, wszak sprawa nadal pozostanie w zakresie zainteresowania organów ścigania i informować naszych Czytelników o poczynionych ustaleniach.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że pytania redakcji „Dziennika Trybuna” kierowane do Urzędu Dzielnicy Praga Południe w sprawie okoliczności związanych ze zniszczeniem pomnika, a następnie demontażem cokołu zostało przekazano do Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Warszawskiego Ratusza. Zatem czekamy na odpowiedź…

Sprawa zniszczenia pomnika Zygmunta Berlinga

Minęło już blisko półtora miesiąca minęło od zniszczenia – przez nieznanych dotąd opinii publicznej sprawców – pomnika generała Zygmunta Berlina przy Przyczółku Czerniakowskim. Tymczasem do mediów nie docierają żadne informacje o jakimkolwiek postępowaniu w tej sprawie. Jedynym nazwiskiem, które padło w przestrzeni publicznej w związku z tym wydarzeniem jest nazwisko Adama Słomki, który na tweetterze wyraził radość z powodu tego aktu wandalizmu i niedwuznacznie zasugerował, że ma jakąś wiedzę o sprawcach tego barbarzyńskiego aktu. Poza tym w ostatniej sobotniej edycji programu TVP Info „Studio Polska”, nieprzedstawiony z imienia i nazwiska uczestnik, chwaląc zburzenie pomnika, wręczył posłowi Andrzejowi Szejnie jego niewielki odłamek. W zeszłym tygodniu wybrałem się w to miejsce. Jak na ironię i zapewne ku niezadowoleniu sprawców, choć obalono samą figurę i wyrwano wmurowanego w cokół orła, nie udało się obalić samego cokołu opatrzonego imieniem, nazwiskiem i datami życia generała Berlinga. Milczenie jakie zapadło wokół tej sprawy skłoniło mnie do zwrócenia się do stołecznej policji z pytaniami, na jakim etapie są jej działania w tej sprawie.

Krzysztof Lubczyński
„Dziennik Trybuna”
ul. Rydygiera 8
01-793 Warszawa

Warszawa, dn. 12.09. 2019
Komendant Stołeczny Policji
Warszawa

W oparciu o ustawę o prawie prasowym, w nawiązaniu do aktu zniszczenia pomnika generała Zygmunta Berlinga przy Trasie Łazienkowskiej w Warszawie, dokonanego w dniu 4.08. 2019 roku, zwracam się o odpowiedź na następujące pytania:
1. Czy Policja prowadzi w tej sprawie dochodzenie?
2. Czy przesłuchano w tej sprawie świadków, poza jednym, przesłuchanym w dniu dokonania zniszczenia?
3. Czy komuś zostały postawione zarzuty?
4. Czy wśród przesłuchanych jest ob. Adam Słomka, autor wpisu na twitterze następującej treści: „Totalitarny monument zdrajcy Zygmunta Berlinga zniesiony społecznie przez antykomunistów”. Treść wpisu sugeruje, że ob. Adam Słomka dysponuje wiedzą odnośnie sprawców zniszczenia.

Z poważaniem
Krzysztof Lubczyński

Pamięci Mariana Buczka

10 września 1939 r. w walce z niemieckim najeźdźcą zginął Marian Buczek, wybitny działacz komunistyczny i patriota. W okresie Polski Ludowej przedstawiany był jako osobowy wzór narodowej tradycji. Wiele zakładów pracy, ulic i szkół nosiło jego imię.

Po roku 1989, wraz z transformacją ustrojową, Mariana Buczka zaczęto usuwać z panteonu osób zasłużonych dla Polski. W proteście przeciwko temu, 10 września br. w osiemdziesiątą rocznicę jego śmierci – zostanie zorganizowany wiec w parku Różanym w Koszalinie. Park ten, poprzednio noszący imię Róży Luksemburg, usytuowany jest przy zbiegu ulic Józefa Piłsudskiego (poprzednio: Armii Czerwonej) i Sportowej (poprzednio: Mariana Buczka).
Wiec rozpocznie się o godzinie 17:00. Po słownej prezentacji dokonań Mariana Buczka – nie dłuższej niż 15 minut – uczestnicy wiecu zostaną zaproszeni do pobliskiego lokalu na dyskusję inspirowaną między innymi próbą rozpatrzenia tezy wysuniętej przez profesora Pawła Wieczorkiewicza, jakoby M. Buczek był agentem (oficerem polskich służb specjalnych) działającym przeciw komunistom. Niektórzy z internautów doszli do wniosku, że należałoby przywrócić go do panteonu bohaterów narodowych. Ani ten wniosek, ani też teza profesora Wieczorkiewicza nie trafiają do mojego przekonania. Mimo to mam nadzieję, że zainspirowana bogatym życiorysem Mariana Buczka dyskusja stanie się asumptem pogłębiającym refleksję na temat falowania świadomości historycznej.

Co połączy lewicę?

Rozmowy na temat koalicji lewicowej – czy to zaledwie potencjalnej, czy to, obecnie, już w miarę ustalonej – opierały się dotąd na bezmyślnym wymienianiu szyldów. Ledwie pomyślano o kryteriach selekcji takiej koalicji, chociaż, zdawałoby się jasne, że polityczna współpraca powinna być podporządkowana pewnym wspólnym wartościom. Sojusz Razem – SLD – Wiosna, a do tego inne organizacje, jak PPS (od dawna sojusznik SLD), cztery lata temu byłby nie do pomyślenia. Co miałoby połączyć te podmioty dziś?

SLD przez lata niszczyło autentyczną lewicowość, wiążąc się z neoliberalizmem i wyjątkowo agresywnym neokonserwatywnym atlantyzmem. Tymczasem jedno i drugie powinno być dla współczesnej lewicy przedmiotem najsurowszej krytyki. SLD byłoby ciągle potężną siłą, gdyby nie antyspołeczne reformy, które wprowadzano za jego rządów. Mimo wszystko zachowało mocną strukturę, a ludzie o lewicowych poglądach z jakichś powodów – choćby z przyzwyczajenia – na nich głosują.
Pogrzebanie SLD zdawało się sprawą priorytetową dla Razem i Adriana Zandberga, pamiętającego grzechy Sojuszu. Udało się osiągnąć tyle, że Sojusz nie wszedł do parlamentu, co miało wpływ na nastanie dominacji PiS. Co do przejęcia elektoratu SLD – tu Razem nie miało już pomysłu. „Antykomunistyczna” retoryka Razem zraziła do fioletowych barw wielu potencjalnych wyborców, nie tylko zresztą z puli zwolenników SLD. „Polityka historyczna” Razem jest mdła, groteskowa i nieuczciwa. Fakt, program społeczny tej partii był dużo lepiej przemyślany i atrakcyjny, choć momentami stanowczo zbyt zachowawczy. Neoliberalizm negowano w nim tak, by nie przestraszyć elektoratu Nowoczesnej. Ludowi przepojonemu drobnomieszczańską mentalnością aktywiści Razem nie potrafili wytłumaczyć zasad funkcjonowania 75 proc. progresywnego podatku dochodowego.
Razem i SLD z pewnością łączy przekonanie, że miejsce Polski jest we wschodniej flance NATO. Tu zresztą podobnego zdania są także PiS i PO, inną opinię ośmiela się ze startujących ugrupowań wyrazić jedynie Zgoda. Fakt, Razem czasem potępiało radykalny neokonserwatyzm. Miała znaleźć się cela dla Leszka Millera za tajne więzienia CIA, krytykowano zbytnią służalczość PiS wobec USA. Teraz cela już się raczej nie znajdzie, a samego atlantyzmu ani baz NATO w Polsce nigdy nie zakwestionowano. Na postulaty zmiany polityki zagranicznej raczej nie ma się więc co spodziewać po tej koalicji. Nie wierzę w cudowne nawrócenie.
Trudno mi też uwierzyć w wysunięcie stanowczych postulatów natury socjalnej. Tu decydujące będzie, komu ta koalicja bardziej będzie chciała odbierać głosy. Elektorat PiS jest zdecydowanie bardziej antyneoliberalny, a jednocześnie ślepy na elementy neoliberalizmu w polityce rządu, który miesza porządki: globalno-wolnorynkowy ze świadczeniami socjalnymi znanymi z faszystowskich Włoszech czy III Rzeszy. Program Razem jest nieporównywalnie bardziej prospołeczny i konsekwentny, ale już wśród działaczy Wiosny i SLD krytyka np. 500+ ma zdecydowanie liberalny charakter. Obawiam się, że może to w centrolewicowej koalicji przeważyć. Radykalne postulaty społeczne z pozycji lewicowych i patriotycznych mogłoby odsunąć od partii rządzącej część wyborców. W tym układzie raczej marne na to szanse.
Najmocniejszą szansę na odnalezienie przez koalicjantów wspólnych celów i wartości daje „pierwszorzędny drugorzędny” temat „dekomunizacji”. Postulat likwidacji IPN wysuwało SLD, choć nie zrobiło tego, będąc u władzy. Spaskudziło się nawet poparciem dla ustanowienia Dnia Żołnierzy Wyklętych czy „rehabilitacją” Ryszarda Kuklińskiego, chyba nie zdając sobie sprawy z konsekwencji takiego postępowania. Tak daleko posunięta „dekomunizacja” i tzw. „dezubekizacja” jest nie na rękę nie tylko wyborcom SLD, ale i całemu społeczeństwu polskiemu. Postulat likwidacji IPN wysuwał też Robert Biedroń, zanim założył Wiosnę.
Razem częstokroć podkreślało swoje przywiązanie dla tradycji PPS i Daszyńskiego. Towarzyszyło temu podkreślanie „demokratyczności” postulowanych przez nich wartości do granic takiego absurdu, że nawet Bernstein by się przeżegnał. Razem niepotrzebnie nadbudowało swoje socjaldemokratyczne stanowisko powielaniem antykomunistycznych kalek prawicy. Mogłoby być partią socjaldemokratyczną, która uczciwie ustosunkuje się do dorobku Rewolucji Październikowej czy Polski Ludowej. Broni na razie z pozycji rewizjonistycznych Marksa (przecież nie odpowiedzialnego za utworzenie ZSRR…) i dąbrowszczaków (wszak walczących o demokrację). Liczę, że włączy się bardziej aktywnie przeciw dekomunizacji, która uderza również w ich patronów.
Mateusz Morawiecki niedawno mówił o „obecności myśli socjalistycznej w programie PiS-u”. To duże nieporozumienie, jednak mogą znaleźć się osoby, które potraktują poważnie taką deklarację, za co częściowo winę ponoszą środowiska związane z Nowym Obywatelem i Lewicowo.pl, styropianowa lewica i socjalna prawica. Tymczasem PiS to neosanacja, neopiłsudczykowska prawica, zafascynowana przedwojennym neokolonialnym, półfeudalnym polskim kapitalizmem i do pewnego stopnia etatyzmem. Tamten monopolistyczny kapitalizm nie sprzyjał chłopom, robotnikom ani klasie średniej. PiS jak żadna inna partia zwalcza wszelkie przejawy lewicowości – może pójść w ślady swoich historycznych idoli i zacząć lewicowych aktywistów zwyczajnie prześladować.
Postulat likwidacji IPN mógłby być jedynym powodem do zagłosowania na „centrolewicową koalicję”. Być może to – w tak zarysowanej perspektywie, gdy Ziobro zapowiada ściganie za cytowanie Marksa – i tak powód całkiem niezły. Chciałbym mieć tych powodów więcej, nie jestem jednak człowiekiem aż tak wielkiej wiary. Liczę więc na to, że SLD, Razem, Wiosna, PPS i pozostałe podmioty lewicowej koalicji przeciwstawią się tej „totalnej dekomunizacji” godzącej w prawa człowieka w ramach liberalnej demokracji. Taki fundament porozumienia i współpracy jest w ich zasięgu.

Akt wandalizmu

– Z jednej strony, jestem oburzona tym, co się stało. Ale też, niestety, ze smutkiem mogę przyznać, że i tak ten pomnik generała Zygmunta Berlinga poprzez władze miasta miał być usunięty z przestrzeni miejskiej Warszawy do końca 2019 roku. W ramach dekomunizacji miał zniknąć. W związku z tym i tak miał być w ramach dekomunizacji z tego miejsca w Warszawie wyrzucony.
Moim zdaniem to jest akt wandalizmu – powiedziała mediom Monika Jaruzelska.

4 sierpnia po raz kolejny uaktywniła się skrajna prawica, owoc pisowskiej polityki nienawiści. Grupa antykomunistycznych bandytów pod wodzą Adama Słomki obaliła pomnik generała Zygmunta Berlinga, znajdujący się w Warszawie. Pomnik stał w miejscu, z którego oddziały Wojska Polskiego przeprawiały się w 1944 roku z pomocą walczącej Warszawie. Gen. Berling zgodził się na desant, wobec oburzenia żołnierzy, którzy nie chcieli się przyglądać bezczynnie jak ginie Warszawa. Podczas tego desantu oraz starć na Powiślu zginęło ponad 2,5 tys. żołnierzy Wojska Polskiego.
Były poseł Słomka chce zniszczyć pamięć o tych, którzy oddali życie w walce z faszyzmem. Nie po raz pierwszy promuje bandyckie metody fałszowania historii. Wcześniej brał udział w zniszczeniu lub uszkodzeniu wielu miejsc pamięci, nawołuje do nienawiści, lży sądy zachowując przy tym bezkarność. Mamy nadzieję, że ta bezkarność wkrótce się skończy.
Niszczenie pomników, zarówno dokonywane przez prawicowe bojówki, jak i mające miejsce w ramach ustawy dekomunizacyjnej, to element historycznego rewizjonizmu i barbarzyństwa, niegodnego cywilizowanego kraju. Niszczy się pamięć o walczących o wolność z faszyzmem, a wybiela i usprawiedliwia nazistowskich kolaborantów.
KPP konsekwentnie sprzeciwia się fałszowaniu historii oraz wszelkiemu niszczeniu pomników i innych świadectw historii.

Berling won

Pomnik generała Zygmunta Berlinga na Saskiej Kępie znalazł się nieprzypadkowo: stanął przy rozjazdach koło Trasy Łazienkowskiej, ponieważ dokładnie stamtąd wysłał podczas powstania warszawskiego desant na słabnący Czerniaków. Aby ratować powstańców, życie oddało w całej stolicy w sumie około 3,5 tysiąca berlingowców.
Generał stanął na Pradze Południe w 1985 roku – czyli w roku mojego urodzenia, a także w dzielnicy, w której przyszłam na świat.
Teraz okazuje się, że musi zniknąć ze swojego miejsca, skąd patrzył na Wisłę .
Rzecznik dzielnicy Praga Południe twierdzi, że generał nie opuści jednak stolicy – przeprowadzi się jednak przymusowo na Żoliborz, do Muzeum Historii Polski, które obiecało go przygarnąć – tak jak wcześniej Feliksa Dzierżyńskiego oraz „czterech śpiących” z Dworca Wileńskiego.
W ciągu ostatnich lat biedny Berling wciąż padał ofiarą wandali – kilkukrotnie został oblany czerwoną farbą i okrzyknięty zdrajcą.
Generał należał do PZPR, współpracował z radzieckimi służbami specjalnymi.
Jego przenosiny do muzeum będą kosztowały miasto około 50 tysięcy złotych. To kosmiczna suma, dlatego dekomunizację odłożono do końca roku, ponieważ, jak łatwo się domyślić, miasto ma inne, priorytetowe wydatki w okolicy.
Rzecznik urzędu dzielnicy zapowiada, że w miejscu „po Berlingu” powstanie skwer. Zbiera już od mieszkańców pomysły na jego zagospodarowanie. Nie ukrywa, że zgłosiło się do urzędu kilku mieszkańców, stanowczo domagających się, aby Berling mógł pozostać w swojej dotychczasowej lokalizacji. Ale na dekomunizację nie ma rady.

Dąbrowszczacy się bronią!

W wyniku decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego, na mapę Warszawy powracają ulice Dąbrowszczaków oraz gen. Sylwestra Kaliskiego. NSA odrzucił skargę wojewody mazowieckiego na wcześniejszy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego anulujący zarządzenie zmieniające nazwy ulic. Wyrok jest prawomocny i oznacza zwycięskie zakończenie walki z dekomunizacją w Warszawie. NSA uchylił decyzje dekomunizacyjne w sprawie wszystkich 50 nazw ulic, których zmiany chciał narzucić wojewoda. Decyzja w sprawie przywrócenia nazw 44 ulic zapadła w grudniu ubiegłego roku, trzech kolejnych – Stanisława Tołwińskiego, Krystyny Matysiakówny oraz Józefa Szymańskiego – w marcu. W przypadku jednej nazwy wojewoda nie odwołał się od wyroku WSA.
Wojewoda mazowiecki został obciążony kosztami postępowania sądowego. W uzasadnieniu decyzji NSA stwierdził, że zaprezentowane w związku z dekomunizacją opinie IPN nie mają wiążącego charakteru, a wojewoda sam nie umiał wystarczająco uzasadnić proponowanych zmian.
Na tym samym posiedzeniu zapadła również decyzja przywracająca w Makowie Mazowieckim nazwę ulicy Janka Krasickiego.
Zablokowanie dekomunizacji było możliwe między innymi dzięki społecznemu oporowi, który skłonił samorządy do wystąpienia na drogę sądową. W przypadku ul. Dąbrowszczaków mieszkańcy ulicy masowo podpisywali się pod petycją w jej obronie. Społeczności lokalne mają szansę na zwycięstwo nad dekomunizatorami dzięki wywieraniu presji społecznej i zorganizowaniu się.

Precz z komuną!

Chociaż troszkę – czyli uliczny PO-PiS.

Prezydent Warszawy zapowiedział, że wprowadzi swoją, autorską wersję dekomunizacji stołecznych ulic. Rafał Trzaskowski nie spał po nocach, siedział i koncypował – aż wykoncypował: już wie, jak to zrobić, żeby nie wyszło, że popiera PiS, a jednocześnie, żeby nikt mu nie zarzucił, że kuma się z przebrzydłymi komuchami. Wybrał starą dobrą metodę Platformy: najbardziej skomplikowane, najbardziej upierdliwe i zadowalające najmniej osób rozwiązanie.
Z 47 warszawskich ulic, którym sąd kazał odkurzyć i przywrócić stare tabliczki, na razie decyzją NSA wróciło 44. Wśród nich: Związku Walki Młodych, Duracza, Małego Franka, Rzymowskiego, Modzelewskiego, Kulczyńskiego, 17 stycznia, Armii Ludowej, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego…Ale tak nie zostanie.
Prezydent Warszawy uznał, że podpisanie karty LGBT było gestem wystarczającym, by dowieść swojego zamiłowania do pluralizmu i tolerancji. Lewicowi i lewicujący wyborcy, którzy zaufali mu w wyborach samorządowych na zasadzie mniejszego zła powinni być wdzięczni i nie zadawać dalszych pytań. Teraz czas zagwarantować, by wielbiciele Lecha Kaczyńskiego i Wyklętych dostali swoją działkę.
– Warszawiacy, zwłaszcza mieszkańcy ulic, które były przedmiotem decyzji rządzących, w olbrzymiej większości są przeciwni zmianom nazw ulic. Tych protestów były bardzo, bardzo dużo. miany, które zostały wprowadzone przez rządzących, zostały wprowadzone z pogwałceniem prawa. To zostało potwierdzone przez niezawisły sąd. Naszym obowiązkiem jest przywrócić nazwy ulic do stanu poprzedniego – tę część przemowy wygłosił jeszcze Rafał Trzaskowski – znany antypisowiec. Ale za chwilę do gry włączył się Mr Hyde, programowy antykomunista: – Zadrżałaby mi ręka, gdyby Teodor Duracz miał dalej w Warszawie swoją ulicę! Zwłaszcza, że Zbigniew Romaszewski był osobą, którą zdecydowanie ceniłem! Także bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. Dokładnie pamiętam jak nazywały się warszawskie ulice za czasów komuny i przez te lata wykonaliśmy wiele pracy, by usunąć patronów z poprzedniej epoki. Tu trzeba powiedzieć, że były to postacie skandaliczne.
Z inicjatywy Trzaskowskiego w Warszawie pozostać ma Danuta Siedzikówna „Inka” zamiast Małego Franka, KOR zamiast 17 stycznia, Stanisław Pyjas zamiast Franciszka Bartoszka, Bohaterowie Kopalni „Wujek” zamiast Wincentego Pstrowskiego, Zbigniew Romaszewski zamiast Teodora Duracza i Grzegorz Przemyk zamiast Sylwestra Bartosika.

Poświęcił życie? I co z tego?

Powtórzmy: bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. To piękny banał. Wniosek z bardziej starannego przeglądu krótkiej listy jest prosty: niektórzy mogą sobie to życie poświęcić, a w oczach prawicy, dowolnej maści, i tak będą nie do przyjęcia.
Franciszek Zubrzycki, dowódca jednego z pierwszych oddziałów Gwardii Ludowej, zginął w walce z Niemcami, ale dla prawicy został czarnym charakterem, przywoływanym przy różnych okazjach jako przykład zbrodniarza zabierającego ulicę polskiemu patriocie.
– Wedle ustaleń IPN-u największą, popełnioną przez Zubrzyckiego zbrodnią, jest … kradzież dubeltówki z leśniczówki pod Piotrkowem w czerwcu 1942. Rzeczywiście, to świetny przykład „zbrodniarza” – piszą aktywiści redagujący profil Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych, opisujący niechcianych w wolnej Polsce działaczy lewicowych, a zarazem niepodległościowych, antyfaszystowskich.
Franciszek Bartoszek zginął 14 maja 1943 r. podczas akcji zbrojnej. Wcześniej brał udział w podobnych. 17 stycznia 1943 r. osobiście dokonał zamachu w restauracji Mitropa na warszawskim Dworcu Głównym, lokalu tylko dla Niemców. Walczył z okupantem, ale nie tak, jak trzeba, bo w szeregach Gwardii Ludowej. Nie należy się nawet słabo widoczna uliczka osiedlowa w okolicach Mostu Siekierkowskiego.
Tym bardziej nie należy się Sylwestrowi Bartosikowi. Walczył z Niemcami, ale jako członek lewicowego Związku Walki Wyzwoleńczej, który ostatecznie wszedł w całości do PPR. Co gorsza, przed wojną, we wspaniałej II Rzeczypospolitej, należał do Komunistycznej Partii Polski. Takich win nie zmyje aresztowanie przez Niemców, brutalne śledztwo na Pawiaku i wreszcie śmierć na szubienicy.
Co znamienne, lepiej „powiodło się” innemu działaczowi o niemal bliźniaczym życiorysie – Antoni Dobiszewski, też przedwojenny komunista, też działacz PPR i też ofiara tej samej publicznej egzekucji, ulicę, po sądowych peregrynacjach, zachowa. Bo zaproponowany na jego miejsce Adam Bień zasiadał we władzach Polskiego Państwa Podziemnego, ale to „tylko” ludowiec, nie ważny symbol narodowokatolickiej prawicy.
Symbolem, tyle że znienawidzonym, jest za to data 17 stycznia: dla Warszawy skończył się koszmar nazistowskiej okupacji. Przez poprzednie blisko pięć lat każdemu mieszkańcowi i mieszkance miasta, Polakom i Żydom, nieustannie groziła śmierć. Teraz ocaleni mogli przystąpić do odbudowy normalnego życia, dźwigania miasta z gruzów, nauki, pracy.
– Nie wiedziałem, że Warszawa jest wyzwolona. Byłem od pół roku w całkowitej samotności, ukryty w ruinach. Kiedy 20 stycznia usłyszałem jakieś dźwięki na ulicy i zobaczyłem ludzi, rozpłakałem się. Byłem wolny – wspominał kompozytor Władysław Szpilman.
– Z jednej strony radość z wyzwolenia, z odmiany, radość, że będziemy budowali normalnie, w warunkach pokojowych swoje życie. A z drugiej strony się okazywało, że nie są to warunki normalne i pokojowe, że ludzie wpychani są do lasu – komentował kilka lat temu prof. Tomasz Strzembosz. Dziś taka ocena sytuacji, pokazująca, że historia nie jest czarno-biała, okazuje się nie do zaakceptowania.

Niejednoznaczni

A jeśli w słowach Trzaskowskiego pobrzmiewało przyznanie, że mogą być w historii postacie niejednoznaczne, to wypadało to raczej słabo. Gołym okiem było widać, iż AL-owcy znaleźli się w kategorii „niejednoznaczni” głównie dlatego, że kandydatem do zastąpienia ich na tabliczce z nazwą ulicy był Lech Kaczyński. Oddać mu arterię w centrum miasta? O to na Trzaskowskiego pogniewaliby się nie tylko jacyś tam lewacy, ale i twardy, broniący demokracji elektorat.
A jednak gospodarz Placu Bankowego usiłował wejść w polityczny tyłek gospodarza Nowogrodzkiej – zapowiedzią, iż „Lech Kaczyński zasługuje na upamiętnienie”. Tu jednak ochłonął i zdążył przełączyć się na tryb Doktora Jekylla. – Nie chcę podejmować decyzji w świetle kampanii wyborczej. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów na ten temat i to budzi emocje, zgłoszę swoją propozycję, ale po wyborach parlamentarnych. Mam nadzieję, że jak opadną emocje po wyborach, będziemy mogli spokojnie rozmawiać, jaka ulica należy się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu – oznajmił.
Za, a nawet przeciw
Platforma Obywatelska co do zasady „nie jest przeciwna ustawie dekomunizacyjnej”. Chętnie wykorzystuje okazje, aby stawiać na cokoły i tabliczki „swoich” patronów: Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Kogoś innego weźmie w obronę, gdy w przekonaniu lokalnych działaczy taka będzie skuteczna strategia walki z PiS na danym odcinku.
– Za chwilę mieszkańcy ulicy Dąbrowszczaków mogą mieszkać przy ulicy Ofiar Katastrofy Smoleńskiej lub Żołnierzy Wyklętych – powiedział w Radiu Opole radny Zbigniew Kubalańca. I faktycznie, PO Dąbrowszczaków w tym akurat miejscu broniła. Samorządowcy tej formacji sprzeciwiali się również zmianom w Bydgoszczy i Olsztynie. W tym ostatnim mieście rada miejska zaskarżyła do sądu administracyjnego zarządzenia zastępcze wojewody zmieniające nazwy trzech ulic: Dąbrowszczaków na Kruka, Poznańskiego na Jutrzenki-Trzebiatowskiego i Pstrowskiego na 5 Wileńskiej Brygady AK.
W Łodzi PO przybiła piątkę SLD w obronie placu Zwycięstwa przed zakusami wojewody Zbigniewa Rau, który wymyślił w to miejsce Lecha Kaczyńskiego – na zasadzie „ma Warszawa, to możemy i my”. Z tym, że obrona placu, który upamiętnia pokonanie faszystów przez armię radziecką i walczące u jej boku polskie formacje, już nie przeszła przez gardło. Prawdziwe zwycięstwo, proszę łodzian, to było w bitwie warszawskiej. Kilkunastu innych nazw ulic, z których wygumkowano lewicowe działaczki i bohaterów dawnej robotniczej Łodzi, liberałowie oczywiście bronić nie mieli zamiaru.
– PO próbuje na siłę pokazać, iż akceptuje narzucaną przez PiS wizję historii. W Warszawie, powstają nowe ulice, którym można nadawać imiona, jakie prezydent Trzaskowski chce. On jednak wybiera rozwiązanie, które niszczy pamięć historyczną – mówi Piotr Ciszewski, koordynator kampanii Historia Czerwona. – Nie widzę powodu, aby Danuta Siedzikówna „Inka” musiała mieć ulicę akurat w Warszawie. Nie była w żaden sposób związana z tym miastem, w odróżnieniu od zamordowanych działaczy robotniczych, którzy działali w Warszawie i którym Trzaskowski ulice chce zabrać – podsumowuje.

PiS obłaskawiony? Oczywiście nie

Co na to wszystko wojewoda z PiS, Zbigniew Sipiera? W pierwszej chwili ucieszył się („To potwierdza, że moje decyzje w sprawie zmian nazw ulic były potrzebne. Każdy ruch w tym kierunku jest dobry”), ale przy następnym pytaniu o to, czy będzie współpracować z warszawskim ratuszem, nabrał już wody w usta („muszę zapoznać się ze szczegółami”). Wojewoda oraz IPN muszą zaopiniować projekt zmian, zanim zajmą się nimi radni miejscy.
Także prawicowi politycy i publicyści nie dali się obłaskawić Trzaskowskiemu-antykomuniście. Nie przeproszą za oblanie go pomyjami w grudniu, gdy po wyroku NSA warszawscy drogowcy na nowo instalowali znienawidzone nazwy, a prezydent, z braku lepszych kandydatów, został naczelnym stołecznym komuchem. Portal Wpolityce triumfuje.
– Trzaskowski, wstydź się! – grzmi Niezależna. I oddawaj Aleję Kaczyńskiego, sugeruje niedwuznacznie. To akurat było do przewidzenia. Gorzej, że nawet gdyby Trzaskowski tak w końcu zrobił, i tak wszystko zostanie po staremu. PiS na polu historii będzie robił swoje. PO czasem mu się nieznacznie sprzeciwi, przekonując lewicowych wyborców, że muszą na nią głosować, bo przecież nie lubią IPN i nachalnej polityki historycznej. A część lewicy da się przekonać…

Przeciw dekomunizacji Wywiad

Francuski dziennikarz i aktywista stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek (Przyjaciele Edwarda Gierka), Jacques Kmieciak w rozmowie z „Dziennikiem Trybuna” opowiada o swojej książce, w której podsumowuje działania podejmowane we Francji przeciwko dekomunizacyjnej polityce polskiego rządu.

 

Jak zrodziła się idea napisania tego opracowania?

Zrodziła się ona z reakcji na zamiary Prawa i Sprawiedliwości, aby napisać historię Polski na na nowo, równocześnie ją zafałszowując. Od powrotu do władzy w 2015 r. opcji narodowo-katolickiej sytuującej się na skrajnej prawicy, zabrała się ona ze zdwojoną siłą za realizację czegoś, co określiła mianem „dekomunizacji”. Proces ten postępował od restauracji kapitalizmu w Polsce w 1990 r, ale w 2016 r. polski parlament przyjął ustawę mającą na celu wyparcie z przestrzeni publicznej wszelkie odniesienia do Polski Ludowej (1944-1989) i szeroko rozumianego postępowego ruchu robotniczego.

 

W jaki sposób się to dokonywało?

Najpierw poprzez zmiany nazw ulic czy innych obiektów noszących imiona bojowników o emancypację klasy pracującej i o socjalizm.

 

Jaka była na to reakcja we Francji?

Kampania przemianowywania ulic dotknęła szczególnie Polaków mieszkających na północnym-wschodzie, zwłaszcza w regionie Nord-Pas-de-Calais. W okresie międzywojennym trafiło tu wiele tysięcy robotników poszukujących tu pracy, a był to okres podnoszenia tego zagłębia górniczego z ruin po I wojnie światowej. Wciągali się do francuskiego ruchu związkowego, zwłaszcza w ramach CGTU, brali udział w strajkach. Wywodzący się z tego regionu działacze Partii Komunistycznej walczyli z faszyzmem w Hiszpanii w czasie wojny domowej, z nazistami podczas drugiej wojny światowej. Po wyzwoleniu Polska Ludowa uznała ich za bohaterów. Ich imionami nazywano ulice, place i instytucje publiczne. Szczególnie na Śląsku, gdzie trafiło ponad 60 tys. repatriowanych stąd Polaków, którzy włączyli się w proces odbudowy.

 

Kim byli bojownicy, którzy teraz trafili na polską „czarną listę”?

To ludzie tacy jak – na przykład – Burczykowscy. Rodzina zaangażowana w ruchu oporu w Pas-de-Calais. Ojciec po patriotycznym strajku górników w maju i czerwcu 1941 r. był deportowany do Niemiec, gdzie zginął. Jego trzej synowie zostali straceni przez nazistów w cytadeli w Arras. Albo Tomasz Rabiega, związkowiec z Douai, który odznaczył się w czasie strajków Frontu Ludowego. Bronisław Kania, działacz FTP, ścięty w 1943 r. w więzieniu w Cuincy, niedaleko Douai. Albo górnik Edward Gierek, deportowany z Francji po słynnym strajki w Leforest w sierpniu 1934 r. W 1970 r. został przywódcą polskich władz…

 

A zatem we Francji reakcja na „dekomunizację” nie dała na siebie czekać?

Tak. Bardzo szybko PCF, CGT, a także PRCF oraz Międzynarodowy Komitet Solidarności Klasowej (CISC) włączyły się do działąnia. Ich przedstawiciele we władzach również: Christian Pedowski, mer Sallaumines, skąd pochodzili Burczykowscy, Christian Musial, mer Leforest, którego honorowym obywatelem był Edward Gierek od 1972 r., kiedy to spotkał się z prezydentem Georgesem Pompidou. Do polskich władz trafiły listy z protestami. Z inicjatywy stowarzyszenia Les Amis d’Edward Gierek do polskiego ambasadora we Francji trafiła petycja, nazywana « Apelem 133 « . Podpisały go tacy wielcy weterani ruchu oporu, jak na przykład Léon Landini, przewodniczący dawnych członków FTP-MOI z regionu Rhône-Alpes… Ambasador nie zadał sobie trudu, żeby na ten apel odpowiedzieć. W lipcu 2017 r. Freddy Kaczmarek, mer Auby, podjął inicjatywę, aby nadać fragmentowi autostrady A21 imię Rabiegi i Kani. To bardzo symboliczne, bo tą właśnie trasą przyjeżdżają do Francji podróżujący z Polski. Rok później Freddy Kaczmarek nadał imię Edwarda Gierka ulicy w Douaisis.

 

Zastawienie tych wszystkich działań jest opisane w Pańskim opracowaniu?

Jak najbardziej. Chodzi o powstrzymanie rewizjonistycznych praktyk polskiego rządu. Ci, którzy chcą wymazać pamięć o polskich bojownikach sami na siebie kierują ogień krytyki i przywracają pamięć o nich. To dzięki nim też mamy okazję przypomnieć o Rabiedze. Albo o Józefie Kolorzu – członku Komitetu Centralnego Francuskiej Partii Komunistycznej i żołnierzu Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii, zamordowanym przez frankistów w 1938 roku…

 

Były przecież też i inne działania…

Tak. Na przykład, aby nie dopuścić do przemianowania ronda Edwarda Gierka w Sosnowcu. Bo Gierek cieszy się tu dużą popularnością, także za to, co robił w czasach, gdy był u władzy, czy ze względu na jego wkład w rozwój Śląska. Ale również protestujemy przeciwko demontażowi pomników Armii Czerwonej, która wybawiła Europę od nazizmu, przeciwko prześladowaniom Komunistycznej Partii Polski i jej kierownictwa, w których to sprawach od stycznia 2018 r. regularnie organizowane są demonstracje pod polską ambasadą – o tym także piszę w moim opracowaniu.

 

Jakie płyną z tych działań wnioski na przyszłość?

Tak, jak w mojej pracy, oddałbym głos filozofowi Georgesowi Gastaud. Pisze on: Antykomunizm to oficjalna przykrywka dla deonazizmu. W Polsce rasitowsko-klerykalna klika Kaczyńskiego, prześladuje KPP, metodycznie niszczy pomniki Polski Ludowej i toleruje haniebne parady sympatyków Hitlera na ulicach Warszawy. Ci, którzy protestują przeciw zamachom na wolność prasy, niezależność wymiaru sprawiedliwości, edukacji, prawa kobiet w Polsce, a nie wspominają o prześladowaniach komunistów są jak ci, którzy kiedyś cieszyli się z delegalizacji Niemieckiej Partii Komunistycznej w 1933 roku, a potem dołączyli do komunistów i związkowców w obozach koncentracyjnych.

 

Jacques Kmieciak – „Pologne – J’écris ton nom Liberté”, Éditions Nord Avril, str. 102, ISBN 9782367900988.

Zwycięstwo Armii Ludowej…

…nad Lechem Kaczyńskim. Dekomunizacja w stolicy (prawie) cofnięta!

 

Naczelny Sąd Administracyjny zajmuje się skargami kasacyjnymi wniesionymi przez wojewodę Sipierę – w piątek 7 grudnia przywrócił 44 z 45 nazw dawnych ulic. Na decyzję czekają jeszcze m.in. Dąbrowszczacy.
Wymienić tabliczki na poprzednie będą musiały m.in. ulice ZWM, Modzelewskiego, Duracza, Wrońskiego, Gidzińskiego, Małego Franka, 17 Stycznia, Kulczyńskiego, Gruszczyńskiego, Rzymowskiego, Sternhela, Sobczaka, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego, al. Armii Ludowej.
Ta ostatnia zmiana oznacza, że plan ekipy rządzącej, aby w stolicy jedna z większych arterii Śródmieścia nosiła nazwę Lecha Kaczyńskiego, spełznie na niczym.
NSA, jak podkreśla sędzia Roman Ciąglewicz, cytowany przez „GW”, nie badał zasadności takiej czy innej nazwy ulicy, ale fakt, czy zarządzenia zastępcze Sipiery wprowadzające dekomunizację ulic były zgodne z prawem. – Uprzedzając ewentualne pytania i kontrowersje, które mogą się pojawić, zgodnie z takim podejściem, nie można oczekiwać, że sąd mógł załatwić sprawę, bo wszyscy wiedzą, że jakaś osoba, organizacja czy data symbolizują komunizm – powiedział, dodając, że wojewoda popełnił błąd, podając zbiorcze uzasadnienie dekomunizacji poszczególnych patronów. Zwrócił przy tym uwagę na stronniczość IPN i celowe przedstawienie dekomunizowanych patronów ulic w złym świetle, a także „ubogą faktografię” w przesłanych na ich temat opiniach np. pominięcie faktu, iż Stanisław Tołwiński był Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata za zasługi w ratowaniu Żydów podczas II wojny światowej.
Właśnie Tołwiński, a także Dąbrowszczacy – poczekają jeszcze na „swoją” rozprawę, ponieważ zapomniano powiadomić o dzisiejszym terminie stowarzyszenie MJN, które jest stroną postępowania.
Inny sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.
Chodziło konkretnie o Armię Ludową.
– W rozpoznawanych sprawach były takie przypadki, np. Armii Ludowej, gdzie można byłoby dokonać oceny, że te nazwy w sposób oczywisty symbolizują komunizm. Ale ta opinia IPN została sporządzona w sposób taki, w jaki została sporządzona.
Ostatecznie do WSA trafiło 50 skarg stolicy na zarządzenia zastępcze wojewody o zmianach nazw ulic, czyli na wszystkie zarządzenia zastępcze dotyczące Warszawy, także ostatnie trzy podjęte w grudniu 2017 r. Sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.