Polsko-niemiecka współpraca przygraniczna po transformacji

Współpracę transgraniczną Polski i RFN na początku lat 90. XX w. umożliwiały zwłaszcza dwa akty prawne, które władze Polski sygnowały w pierwszych latach po zmianie systemowej. Pierwszym z tych dokumentów była Europejska konwencja ramowa o współpracy transgranicznej między wspólnotami i władzami terytorialnymi podpisana w Madrycie w maju 1980 r. Polska przystąpiła do niej w 1993 r. Drugim dokumentem był podpisany 17 czerwca 1991 r. Traktat między Rzecząpospolitą Polską, a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy . Jednym z kluczowych obszarów relacji Polski i Niemiec uwypuklonych w postanowieniach traktatowych i rozwijanych w kolejnych latach od sygnowania traktatu była współpraca transgraniczna.

30 lat temu -w 1991 r. z obu stron nastąpiło ożywienie różnego rodzaju inicjatyw dotyczących regionalnej współpracy przygranicznej. Sprzyjała tej współpracy działalność nowo powstałych organizacji, m.in. Związku Gmin Zachodnich po stronie polskiej i Verein pro Brandenburg (VpB) po stronie niemieckiej. Utworzenie i działalność Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej wpływało korzystnie na konkretyzację kierunków współpracy i harmonizowanie inicjatyw na szczeblu lokalnym.
Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec koordynowałem w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie nową problematykę w relacjach dwustronnych – współpracę regionalną i przygraniczną.
Współpraca regionalna i przygraniczna zajmowała ważne miejsce w rozmowach podczas wizyt premierów „nowych” landów w Polsce. W dniach 22–23 marca 1991 r. oraz 13 września 1991 r. Ambasador RP w RFN (równocześnie członek VpB) Janusz Reiter i przewodniczący VpB prof. J. Gramke dwukrotnie odwiedzili miasta położone wzdłuż granicy RP – Brandenburgia w celu zapoznania się z możliwościami intensyfikacji współpracy polsko-niemieckiej w tym regionie. W marcu z uczestnikami objazdu spotkał się premier Brandenburgii M. Stolpe. Ze strony Przedstawicielstwa uczestniczyłem w obu tych wizytach i spotkaniach. Podjęto szereg działań i inicjatyw zarówno przez stronę polską, jak i niemiecką, mających na celu m.in. nawiązanie kontaktów w sferze gospodarczej i handlowej, wypracowanie zasad i programów dwustronnej współpracy, odbudowanie współpracy kooperacyjnej i zintensyfikowanie wymiany handlowej. 12 listopada 1991 r. wizytę w Szczecinie złożył minister gospodarki Meklemburgii M.C. Lehment. W wydanym z wojewodą szczecińskim M. Tałasiewiczem „Wspólnym Oświadczeniu” uściślono kierunki wzajemnej współpracy (m.in. w zakresie planowania przestrzennego, ochrony środowiska, rozwoju nowych przejść granicznych, rozwoju ruchu turystycznego). Delegacja sekretarzy stanu Berlina i rządu Brandenburgii wizytowała województwa: gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. W grudniu 1990 r. odbyło się spotkanie dotyczące współpracy gospodarczej oraz ochrony środowiska w tzw. „czarnym trójkącie” (RP– –CSRF–RFN/Saksonia) – „Dreiländereck”.
Współpraca przygraniczna obejmowała m.in.:
– budowę nowych i rozbudowę istniejących przejść granicznych. Był to wówczas temat pierwszoplanowy. Niestety, ze względu na asymetrię kompetencji między stroną polską a stroną niemiecką początkowo postęp był niewielki. Po stronie niemieckiej przejścia leżały w kompetencji władz federalnych, stąd też ani landy ani Komisja do Spraw Współpracy Regionalnej i Przygranicznej niewiele mogły zrobić poza apelami i ponagleniami. Z drugiej strony, do Przedstawicielstwa docierały sygnały od strony niemieckiej, że Warszawa opóźnia podjęcie decyzji ws. przejść granicznych. W efekcie sytuacja na polsko-niemieckiej granicy w zakresie jej przepustowości ulegała systematycznemu pogarszaniu. Wynikało to przede wszystkim z intensyfikowania się ruchu towarowego i osobowego oraz faktu, że nie podjęto do tego momentu żadnych prac modernizacyjnych w zakresie rozbudowy przejść granicznych, tworzenia poza granicą miejsc odpraw i związanych z tym usług spedycyjno-transportowych. Nie było spotkania polsko-niemieckiego, czy to na płaszczyźnie administracyjnej, czy też samorządowej, aby nie alarmowano o krytycznej sytuacji na przejściach granicznych. Istniały poważne obawy, że jeśli w najbliższym czasie nie podejmie się wspólnych inwestycji w zakresie modernizacji przejść granicznych i odpowiednich połączeń oraz nie usprawni odpraw celnych i innych rodzajów obsługi – to trudno będzie oczekiwać, aby mogła ruszyć z miejsca współpraca przygraniczna z prawdziwego zdarzenia. Stąd wskazywano na potrzebę radykalnych, wspólnych działań. Dlatego, kiedy dzisiaj swobodnie, bez kontroli przejeżdżamy przez granicę polsko-niemiecką, warto pamiętać o ludziach, którzy wtedy wnieśli ogromny wkład w poprawę sytuacji na przejściach granicznych, a w szczególności o dwóch ówczesnych wojewodach – Marku Tałasiewiczu, wojewodzie zachodniopomorskim, a jednocześnie współprzewodniczącym z polskiej strony Komisji ds. Współpracy Przygranicznej, oraz o Zbigniewie Puszu, wojewodzie gorzowskim, który sam z ekipą ludzi ze swojego województwa zabrał się za uruchamianie przejścia granicznego Kostrzyn–Kietz;
– tworzenie Euroregionów. W dniach 23–25 maja 1991 r. w Zittau odbyła się Konferencja „trzech państw trójkąta” na rzecz wspierania współpracy Wschodniej Saksonii, Północnych Czech i Dolnego Śląska. Jej uczestnicy przyjęli „Memorandum”, w którym opowiedzieli się za utworzeniem Euroregionu i nakreślili kierunki wykraczającej poza granice współpracy. Obok pilnych zadań rozbudowy infrastruktury dróg i nowych przejść granicznych bardzo silnie akcentowano potrzebę ekologicznego uzdrowienia regionu. Bardzo aktywnym w tworzeniu tego regionu po stronie niemieckiej był ówczesny starosta powiatowy w Zittau – Heinz Eggert, były opozycjonista NRD (w sposób szczególny inwigilowany i niszczony psychicznie przez Stasi), członek „Nowego Forum”, po upadku muru członek CDU, w latach 1991–1995 – minister spraw wewnętrznych Saksonii. Spotkałem się z nim kilkakrotnie, także kiedy był ministrem , w kwestiach związanych z Euroregionem, był bardzo życzliwy Polsce, doceniał rolę Solidarności w przemianach, które nastąpiły w Niemczech. Poruszające były życzenia noworoczne, które otrzymałem od niego w 1992 r.
Wyrazem wdzięczności za moje zaangażowanie w kwestii Euroregionu był otrzymany od niego zegarek upamiętniający odbudowę Frauenkirche (Kościoła Marii Panny) w Dreźnie, zburzonego podczas bombardowań alianckich w lutym 1945 r.
Kolejno powstawały następne Euroregiony: Brandenburgia-Polska oraz Pomerania;
– współpracę władz komunalnych (w dniach 10–11 czerwca 1991 r. w Cottbus odbyło się międzynarodowe sympozjum z udziałem przedstawicieli władz komunalnych RP, CSRF i RFN nt. współpracy przygranicznej);
– ochronę środowiska (trwały prace nad stworzeniem Parku Narodowego wzdłuż granicy na Odrze i Nysie);
– planowanie przestrzenne;
– stosunki gospodarcze;
– współpracę Izb Przemysłowo-Handlowych;
– wymianę młodzieżową;
– współpracę kulturalną i naukową (m.in. nauczanie języka polskiego na Uniwersytecie Technicznym w Cottbus, wspólna orkiestra złożona z uczniów szkół muzycznych Zielonej Góry i Cottbus);
– 6 września 1991 r. we Frankfurcie nad Odrą odbyło się otwarcie mającego charakter ponadregionalny Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Na mocy porozumienia pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej RP i Ministerstwem Nauki Brandenburgii powołano gremium koordynujące i wspierające z ramienia tych ministerstw prace nad Uniwersytetem.
W latach 1991–1992 nastąpiło wyraźne ożywienie w zakresie nawiązywania współpracy regionalnej i partnerstwa miast. Współpraca regionalna i partnerska obejmowała swoim zakresem m.in.: kontakty w sferze politycznej, w dziedzinie przemysłu i rolnictwa oraz infrastruktury gospodarczej. Obejmowała ona również szeroki program dotyczący nauki, kultury, sportu, oświaty, wymiany młodzieżowej i ochrony środowiska naturalnego. W 1991 roku współpracę taką nawiązały m.in. Meklemburgia Pomorze Przednie z województwem pilskim, Turyngia z województwem krakowskim oraz Krakowem (utworzono specjalną grupę roboczą), dzielnica Berlina Steglitz z Poniatową k. Lublina, Nałęczowem oraz Kazimierzem Dolnym nad Wisłą.
W zakresie współpracy partnerskiej miast i dzielnic najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 12 sierpnia 1991 r. umowy o partnerstwie i przyjaznej współpracy między Berlinem i Warszawą (była to pierwsza umowa zawarta przez zjednoczony Berlin ze stolicą innego państwa). Ponadto w 1991 r. kontakty lub współpracę z partnerami w Polsce nawiązały dzielnice Berlina: Treptow z Mokotowem, Weissensee z Lęborkiem, Marzahn z Tychami. Umowę o partnerstwie podpisali burmistrzowie Gubina, Guben i Laatzen. Ponadto przy wydatnej pomocy Przedstawicielstwa współpracę partnerską nawiązały Rathenow ze Złotowem oraz Perleberg z Kalwarią Zebrzydowską.
Niezmiernie ważną inicjatywą w zakresie współpracy regionalnej i przygranicznej było utworzenie w 1992 r. Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki (TWG). Podstawowym celem TWG miało być udzielanie wsparcia gospodarczego w Polsce w procesie przechodzenia do gospodarki wolnorynkowej. Wsparcie to miało być skierowane na zachodnie województwa Polski położone wzdłuż granicy z RFN. Tym samym, zadaniem Towarzystwa było też gospodarcze i finansowe zabezpieczenie po stronie polskiej projektów w zakresie współpracy przygranicznej i regionalnej między RP i RFN. I nie ulega wątpliwości, że TWG taką rolę spełniło (zakończyło działalność w kilka lat po wstąpieniu Polski do UE). Także moje kontakty z TWG w okresie działalności biznesowej i pracy w turystyce oraz pracy w dyplomacji w pełni to potwierdzają. Ogromny wkład w powołanie tej niezmiernie pożytecznej instytucji wnieśli ówczesny kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie prof. Jerzy Sułek oraz premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Bardzo kreatywną była współpraca z kompetentnym i wielce życzliwym Polsce, współprzewodniczącym Towarzystwa po stronie niemieckiej dr. Reinhardem Kleinem.
Należy podkreślić, że współpraca regionalna i przygraniczna w tamtym, początkowym okresie stanowiła dla nas ważne pole ćwiczebne przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, w tym w zakresie możliwości skorzystania z funduszy unijnych.


Z biegiem czasu nastąpiło rozwinięcie obszarów i form współpracy transgranicznej, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Bieżąca współpraca dotyczy aktualnych dla obu stron problemów. W dniu 24.11.2020 r. odbyło się 39. posiedzenie Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. Głównym tematem była współpraca w dobie pandemii COVID-19 i wyzwania stojące przed pograniczem w tych czasach.
Z okazji przypadającej 3 października 2020 r. 30-tej rocznicy zjednoczenia Niemiec leżące przy granicy polsko-niemieckiej miasta Guben i Gubin zorganizowały konkurs na przygotowanie opracowania „ Jak przeżyłeś zjednoczenie Niemiec- Twoje przemyślenia i obawy”. Ponieważ byłem naocznym świadkiem tych historycznych wydarzeń, zauczestniczyłem w nim, przesyłając swoje opracowanie i otrzymałem pamiątkowy upominek.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Powrót do przyszłości?

Szczyt chińsko-amerykański w Anchorage na Alasce zaczął się jak w hollywoodzkim filmie grozy. Od politycznego trzęsienia ziemi.

Zamiast tradycyjnego, kurtuazyjnego, grzecznego powitania delegacja chińska usłyszała od szefa amerykańskiej delegacji bezpardonową krytykę. Sekretarz Stanu USA wyraził „głębokie zaniepokojenie działaniami podejmowanymi przez Chiny, zwłaszcza w Sinkiangu, Hongkongu i na Tajwanie”. Anthony Blinken oskarżył też Chiny o cyberataki na USA i presję ekonomiczną wywieraną na międzynarodowych sojuszników Stanów Zjednoczonych.
„Każde z tych działań zagraża zasadom, na których opiera się światowy ład”, podsumował.
Po takim, niezgodnym z tradycyjnym protokołem dyplomatycznym powitaniu, głos zabrał chiński minister Yang Jiechi.
”USA już nie mogą mówić do nas z pozycji siły”, oświadczył. Nie mogą też recenzować innych państw z przestrzegania praw człowieka i ochrony praw mniejszości narodowych skoro władze USA nie przestrzegają praw człowieka u siebie i łamią prawa mniejszości etnicznych należne ich obywatelom. Na dowód wymienił liczne przykłady takich działań, zwłaszcza ruchu Black Live Matters.
„Stany Zjednoczone wykorzystują swoją siłę militarną i hegemonię finansową do narzucania swoich rządów i uciskania innych krajów, stwierdził minister Yang. Zarzucił administracji USA, że dla niej „bezpieczeństwo narodowe to tylko wymówka do utrudniania normalnej wymiany handlowej i podżegania niektórych krajów do atakowania Chin”.
Na koniec skierował ku gospodarzom spotkania radę: „USA powinny postarać się polepszyć swój image i porzucić wysiłki, by eksportować swój model demokracji. Bo bardzo wielu samych Amerykanów ma coraz mniej zaufania do demokracji w USA”.
Następnie obie delegacje przystąpiły do zaplanowanych rozmów. Ale już bez udziału mediów. A media gorąco relacjonowały pierwsze słowne starcie obu delegacji. Przewidując starcia kolejne, jeszcze bardziej gorące.  
Nowe czasy, nowy styl
Inauguracyjne wystąpienie sekretarza stanu Blinekena przypominało taktykę radzieckich wojskowych, zwaną „rozpoznanie przez walkę”. Polegała ona na gwałtownym ataku na siły wroga. Te odpowiadając na atak, ujawniały swoje zasoby, styl i wole walki. Taktyka taka była i jest skuteczna, ale zwykle przynosi duże straty atakujących.
Dowodzi też, że strona atakująca nie ma dobrego rozeznania sił przeciwnika i przede wszystkim nie ma jeszcze koncepcji prowadzenia wojny.
Spotkanie delegacji chińskiej i amerykańskiej w Anchorage dowiodło, że administracja nowego prezydenta USA Joe Bidena nie ma jeszcze nowej polityki wobec Chin.
Chce jednie powrotu do czasów minionych. Kiedy USA było jedynym światowym mocarstwem militarnym i jedynym hegemonem gospodarczym.
Kiedy administracja USA i politycy państw Sojuszu Północnoatlantyckiego przekonywali elity polityczne całego świata, że tylko zachodni system demokracji parlamentarnej oraz liberalnej, kapitalistycznej gospodarki rynkowej jest jedynym, który zapewnia nieustanny wzrost gospodarczy. Szczęście i bogacenie się obywateli całego świata.
I jako depozytariusz tego najlepszego na świecie modelu polityczno- gospodarczego mogą recenzować i pouczać inne państwa. Zwłaszcza kopiujące tren model u siebie.
A czasem warunkować przyznanie pomocy gospodarczej, technologicznej, humanitarnej nawet, koniecznością wprowadzenia u siebie modelu amerykańskiej demokracji i standardów praw człowieka.
Jednak ostatnie trzydzieści lat rozwoju Chin jednoznacznie udowodniły, że istnieją inne drogi prowadzące do wzrostu gospodarczego, poczucia szczęścia obywateli i przede wszystkim likwidacji ubóstwa.
Tym samym czasy hegemonii jednego mocarstwa i jednego modelu szczęścia skończyły się. Mamy teraz świat zglobalizowany, ale wielobiegunowy. Świat w którym międzynarodowe elity polityczne i gospodarcze mogą wybierać sobie modele rozwoju zgodnie z lokalnymi uwarunkowaniami i specyfikami.
Świat Henry Forda przekonującego, ze każdy może mieć samochód, pod warunkiem, że będzie to produkt Forda, to przeszłość. Warto by administracja nowego prezydenta Bidena miała tego świadomość.
Ciąg dalszy nastąpi
Pierwszą lekcję „nowego światowego ładu” już otrzymała. Po inauguracyjnym „trzęsieniu ziemi” na Alasce, pierwsze chińsko- amerykańskie spotkanie w nowym sezonie politycznym zakończyło się zgodnie i bezkonfliktowo.
Ustalono, że oba państwa stworzą grupę roboczą zajmującą się problemami polityki klimatycznej. Zadeklarowano ułatwienia pracy dyplomatów i dziennikarzy w obu krajach. Zaś inne kwestie, jak polityki obu państw wobec Afganistanu i Iranu będą rozwiązywane na bieżąco kanałami dyplomatycznymi.
Spotkanie w Anchorage uznano za pierwszy krok w powrocie do normalności w stosunkach między Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Zwyciężyła pragmatyczna wola współpracy na bezspornych, wspólnych polach.
Zamiast oczekiwanego przez media horroru, zapowiada się serial o współpracy. Z oczekiwanymi już zwrotami akcji.

Mieszanka pandemiczna i inne okropności tego świata

„Le Monde diplomatique” (nr 1/styczeń-luty 2021).

Edytorial Przemysława Wielgosza („Pandemiczny apartheid”) otwierający pierwszy tegoroczny numer „Le Monde diplomatique” mówi o tym, co ostatnio szczególnie absorbuje media – o szczepionkach przeciwkoronawirusowych, a konkretnie o problemie nierównej do nich dostępności, warunkowanej przynależnością do odpowiedniej ligi finansowej.

Jako przyczynę tego stanu rzeczy wskazuje Wielgosz postawę prywatnych producentów: „Widzimy raczej efektowny pokaz pychy i poczucia bezkarności szefów korporacji, którym świat powierzył zdrowie miliardów istot ludzkich. To symptom choroby równie, a może bardziej groźny niż ta, z którą walczy dziś świat”.
Owe korporacje, to Big Pharma, która od lat „angażuje się wyłącznie w najbardziej zyskowne przedsięwzięcia. Dlatego od dekad gwałtownie spadała innowacyjność w sektorze. Zamiast nowych, sprzedaje się więc te same leki, tyle że pod innymi nazwami”. Wielgosz konkluduje swój wywód konstatacją, że to „państwa wyhodowały Big Pharmę, równocześnie tnąc wydatki na publiczną służbę zdrowia”. Temu samemu zagadnieniu, tyle że z pozycji problemów francuskich poświęcony jest obszerny, analityczny tekst „Medycyna pod wpływem”. Leczyć, czy karmić koncerny?” autorstwa Philippe Descamps.
Stéphane Beaud i Gerard Noiriel zajęli się „politykami tożsamości w impasie” i zwracają uwagę na to, że gwałtowna, w rezultacie działania mechanizmów technik tzw. mediów społecznościowych, multiplikacja coraz to nowych tożsamości uwarunkowanych rasowo powoduje ich „inflację” i odbiera im pierwotny sens. „Upodobanie dziennikarzy do właśnie tego typu działań nasila spory prowadzące do podziałów w łonie sił postępowych.
Chociaż wolność słowa i antyrasizm były do tej pory traktowane przez lewicę jako nierozłączne, tego typu skrajnie mniejszościowe wystąpienia prowadzą do ich oddzielenia, a wręcz przeciwstawienia.
To z kolei toruje szeroką drogę dla inwazji sił konserwatywnych” – konkludują autorzy. W „Amerykańskich paranojach” Thomas Frank drobiazgowo analizuje powyborczą sytuację w USA po zwycięstwie Joe Bidena oraz sam mechanizm ostatecznej przegranej Trumpa. W punkcie wyjścia przestrzega, że niewielkie są szanse na to, że ucieleśnią się deklaracje nowego prezydenta o „pojednaniu” rozdartej Ameryki, jako że nienawiść między dwiema skonfliktowanymi częściami kraju jest zbyt wielka i nieprzezwyciężalna. Jednak szansy na powrót do „normalności” nie widzi Frank także z powodu upartego trwania zwycięskiego obozu w cenzurze „trumpizmu” oraz w kontynuacji błędnej „polityki zawstydzania”. „Cztery lata besztania zwolenników Trumpa najwyraźniej sprawiły tylko, że są dwa razy bardziej oddani swojej skorumpowanej ikonie. Zawstydzanie ludzi, którzy nie spełniają naszych osobistych standardów jakości nigdy nie było najlepszą strategią zmiany ich zachowania”.
Tematem pandemii koronawirusa, a ściślej, już intensywnie odczuwanych skutków pozamedycznych, czyli społeczno-ekonomicznych, zajął się Laurent Cordonnier. „Polityki prowadzone w celu stawienia czoła kryzysowi sanitarnemu przyspieszyły rozwój głębokich trendów, drążących społeczeństwa i wywołujących coraz większy niepokój: niepewność, prekaryzację, pożerający wszystko maszynizm, odcieleśnienie stosunków międzyludzkich, pilotowane przez państwa przechodzenie do kapitalizmu cyfrowego” – tak widzi autor podstawowe zjawiska.
Poza tym Cordonnier zwraca uwagę na to, że chwilowa, wywołana warunkami pierwszej fali pandemii nadzieja na „bardziej ludzki świat” szybko okazała się płonnym złudzeniem. Złudzeniem okazało się też liczenie na wzmożenie ludzkiej solidarności w obliczu pandemii. Stało się przeciwnie. W walce z nią bogaci drenują biednych, n.p. „zasysając” od nich lekarzy. „Żadna wiosna nie nadeszła i nie popycha nowego świata w lepszym niż poprzedni kierunku.
Szerzą się natomiast „chorobliwe zjawiska” i „rodzą się potwory”. „W czasie kryzysu zdrowotnego społeczeństwo „całkowicie cyfrowe” odniosło generalnie korzyści z ogromnego przyspieszenia, którego efekt zapadkowy zamieni się w nową odskocznię. Dla tych dużych firm, które już – na długo przed telepracą – sprawiły, że żyjemy na odległość i które zabierają nasz czas, nasze dane osobowe, nasze pieniądze, naszą sferę domową, naszą autonomię, naszych kasjerów, nasze wizyty lekarskie, nasze restauracje itp. całkowita kontrola nad naszym „bezkontaktowym życiem” jest już zapewniona.
To już nie jest sprawa wyboru”. „Mimo starań rządów najbogatszych krajów o ograniczenie skali katastrofy (…) zagrażającej małym sklepom, restauracjom, teatrom, małym firmom wspierającym działalność turystyczną i kulturalną, sektorowi imprezowemu, komunikacyjnemu itp. nie da się jej skutków odkładać na czas nieokreślony”. „Stary świat zdecydowanie nie chce umierać i bardziej niż kiedykolwiek świeci swoją parszywą gębą, której kształty wyostrza kryzys sanitarny. Kryzys ten to lustro powiększające, w którym się przegląda”.
„Jak przetrwać triumf kapitalizmu?” – pyta w tytule swojego fascynującego, wielowątkowego tekstu Sławoj Żiżek. Pisze on o triumfie „szaleństwa antyoświeceniowego”, o konserwatywnej kontrrewolucji”, o groźbie „apartheidu klimatycznego”. Ostrzega też przed „ekologią strachu”: „Dwie lub trzy dekady temu wszyscy mówili w europie o umieraniu lasów (…) Chodziło o szacunki, że w ciągu połowy wieku Europa pozostanie bez lasów… A dziś jest zalesiona bardziej niż kiedykolwiek w XX wieku (…) Musimy traktować zagrożenia ekologiczne bardzo poważnie, ale powinniśmy pamiętać, że analizy i prognozy w tej dziedzinie są niepewne (…) Szybkie ekstrapolacje dają argument tylko tym, którzy negują globalne ocieplenie, dlatego powinniśmy za wszelką cenę unikać pułapki „ekologii strachu”, pochopnej chorobliwej fascynacji nadchodzącą katastrofą”.
Do „konserwatywnej kontrrewolucji” odnosi się na przykładzie casusu Donalda Trumpa, którego nazywa on politykiem „obscenicznym”: „Trump jest najbardziej obsceniczny nie wtedy, gdy używa wulgarnych seksistowskich odzywek, lecz gdy mówi o Ameryce jako o najwspanialszym kraju na świecie czy kiedy narzuca swoje rozwiązania ekonomiczne. Wulgarność jego mowy maskuje tę podstawową obsceniczność. Parafrazując znane powiedzenie braci Marx: Trump działa i wygląda jak bezwstydnie obsceniczny polityk, ale nie dajcie się zwieść pozorom – on naprawdę jest bezwstydnie obscenicznym politykiem”. Żiżek krytykuje też w tym kontekście lewicę.
Pisze o „irracjonalnej głupocie, z jaką liberalna lewica zareagowała na tę wygraną (Trumpa w 2015 roku – przyp. KL), głupota, która zwiększała ryzyko ponownego zwycięstwa Trumpa. Nawiązując do jednego z najgorszych przejawów wulgaryzmu tego polityka, można powiedzieć, że lewica nie nauczyła się chwytać go za ch…”.
Koronny wniosek Żiżka brzmi następująco: „Coraz więcej znaków wskazuje na to, że potrzebujemy perspektywy komunistycznej. Zwolennicy obecnego porządku mówią o końcu socjalistycznego snu, bo każda próba jego realizacji zamieniła się w koszmar (tylko spójrzcie, co się dzieje w Wenezueli!!!). Jednocześnie wszędzie dostrzegamy objawy narastającej paniki: jak mamy sobie poradzić z globalnym ociepleniem, z zagrożeniem cyfrową kontrolą naszego życia, z napływem uchodźców… Mówiąc krótko – ze skutkami kapitalistycznego triumfu”.
To tylko bardzo pobieżne, a przez to z konieczności upraszczające, zasygnalizowanie naprawdę nieprzebranego bogactwa problematyki, pełnej nieoczywistości, zasygnalizowanych wyżej tekstów, bogactwa, którego percepcję zapewni tylko uważna, indywidualna lektura i której niniejszy „bryk” nie może zastąpić, jako że te 55 stron numeru mogłyby wypełnić objętość solidnej antologii w wydaniu książkowym.
W niniejszym numerze „Le Monde diplomatique” poza tym także m.in. fragment książki Davida Graebera, „Fragmenty antropologii anarchistycznej”, w którym to fragmencie problematyzuje on schematy myślowe związane z pojęciem „nowoczesności”.
W tekście „Biedni mężczyźni patrzą na kobiety” Rebecca Solint opowiada, z pozycji feministycznych, o powieściach, które krzewiły męski szowinizm i mizoginizm, Erica Vicky – o „kłótniach o higienę i perfumy w XIX wieku”, Łukasz Dąbrowiecki – o wielopostaciowym „zbieractwie” jako formie oporu przed kapitalizmem, Hala Kamal – o Hudy Szarawi, ikonie egipskiego feminizmu. Poza tym kilka tematów szczegółowych (Grecja, Turcja, Indie, Ukraina, Rosja).
Numer kończy „Utopia 2050. Świat, który musimy stworzyć” Christiany Figures, Toma Rivetta-Carnac. Temat polski podjął w numerze Stefan Zgliczyński zatytułowaną „Widmo chłopa krąży nad Polską” recenzją książki Piotra Korczyńskiego „Śladami Szeli, czyli diabły polskie”.
Jak widać temat podjęty w formie prozy artystycznej przez Radka Raka w „Baśni o wężowym sercu, albo wtórym słowie o Jakóbie Szeli”, czyli problematyka ludowych resentymentów i ludowej zemsty, polskiej opozycji między Chamstwem a Pańskością, kulturowych kompleksów klasowych, „wyższości” i „niższości” jest w ostatnim czasie bardzo inspirująca, a szykują się kolejne edycje „około tematyczne”.

O pandemicznym Armagedonie i nie tylko

Ostatni zeszłoroczny numer „Le Monde diplomatique” (nr 6/listopad/grudzień 2020) jest tyleż szczególnie interesujący, co szczególnie pesymistyczny w wymowie pomieszczonych tekstów.

Otwiera go tematyczny blok „pandemiczny” „Globalny kapitalizm w Wielkiej Kwarantannie” Gilberta Achara czy Roberta Boyer. Achar skoncentrował się na Trzecim w Świecie zwracając uwagę, że kwarantanna i lockdown najbardziej pustoszą właśnie tę strefę globu i tak przecież od zawsze najciężej doświadczaną. Jedna z najważniejszych konkluzji tekstu Boyera, autora kluczowego tekstu tego numeru ( „Jedna pandemia, dwie przyszłości. Co nas czeka po kryzysie”) brzmi: „Prawie rok po wybuchu pandemii Covid-19 pojawiło się na widnokręgu rozwiązanie medyczne. Podjęte w celu przeciwdziałania kroki spowodowały natomiast potrójny kryzys – ekonomiczny, polityczny i obywatelski. Wiadomo już, że umocnieniu uległy dwie potężne tendencje: triumfalna ekspansja gałęzi cyfrowych i nawrót do państwa jako zwrotniczego kapitalizmu. Wbrew pozorom te tendencje są komplementarne(…)”. Warto zacytować z tego tekstu także inne, wiele dające do myślenia zdania: „Decyzja wielu rządów o przedkładaniu obrony życia ludzkiego nad dążenie do „normalności” gospodarczej odwraca tradycyjną hierarchię zaprowadzoną przez poprzednie programy liberalizacyjne, które osłabiły systemy opieki zdrowotnej. Ta nieoczekiwana zmiana powoduje szereg dostosowań, które wstrząsają całymi społeczeństwami: panikę na giełdzie, załamanie cen ropy naftowej, zawieszenia spłat rat pożyczek, zmniejszenie konsumpcji, zmienność kursu walutowego, porzucenie ortodoksji budżetowej itp.”. Wiele do myślenia, także w kontekście tego co obserwujemy w Polsce, daje i takie zdanie, o „politycznej i administracyjnej decyzji o zaprzestaniu wszelkiej działalności, która nie jest konieczna do walki z pandemią i do życia codziennego?”. W oczywisty sposób nabiera tu wymowy fakt szczególnej bezwzględności rządów ( w tym w Polsce) w stosunku do branż gastronomicznej, turystycznej, transportowej, rozrywkowej, które są blokowanę z największą determinacją. Boyer przewiduje też nieodwracalność zmian, jakie się już dokonały: „Covid-19 (…) zmienił już szereg zachowań i praktyk: w strukturze konsumpcji dostrzeżono ryzyko relacji twarzą w twarz, pracę zdigitalizowano (…) międzynarodowa ruchliwość ludzi uległa trwałym utrudnieniom (…)”. Kolejną konsekwencją pandemii/kwarantanny będzie jednocześnie inwazja ponadnarodowego kapitalizmu i antagonistyczny wobec niego wzrost kapitalizmów narodowych i państwowych: „Na polu ideologicznym rządy określane jako „populistyczne” zyskują na popularności, ponieważ pochodzące z innych krajów zagrożenie wirusem usprawiedliwia kontrolę granic, obronę suwerenności narodowej i wzmocnienie państwa w sferze gospodarczej”. Jaki będzie tego skutek? Boyer widzi to tak: „Kapitalizm państwowy nie rości sobie pretensji do konkurowania z kapitalizmem ponadnarodowym, lecz po prostu dąży do zapewnienia suwerenności ekonomicznej, nawet jeśli osiąga się ją kosztem stopy życiowej”. Czy nie koresponduje to ze zjawiskami, które już obserwujemy choćby w Polsce? To tylko niektóre wątki z tekstu Boyera, fundamentalnego, ale zarazem bardzo pesymistycznego, ponurego w przewidywaniach i konkluzjach. Bardzo gorąco polecam staranne przestudiowanie go.
Poza tematami „covidowymi”, także teksty o sytuacji w USA po wyborach. Napisany jeszcze przed wydarzeniami na Kapitolu artykuł Serge Halimi („Gorzkie zwycięstwo demokratów”) okazał się imponująco proroczy. Autor cytuje komentatora „Washington Post”, który pisząc o Trumpie stwierdził, że „należy przestać bać się analogii między początkiem dyktatury nazistowskiej a totalitarnymi zakusami prezydenta USA”. „Ameryko, za chwilę u nas zostanie podpalony Reichstag. Możemy temu zapobiec. Nie pozwólmy spalić naszej demokracji” – pisał ów komentator. No i kilka tygodni później doszło do „amerykańskiego Reichstagu” czyli do zajść na Kapitolu! Inna bardzo ważna konkluzja tego tekstu jest taka, że prezydentura Joe Bidena nie przeżyje „miodowego miesiąca” i stanie od razu przed niebywale trudnym zadaniem politycznym i ekonomicznym. („Biden miał odnieść triumfalne zwycięstwo, a udało mu się wygrać z trudem”). Poza tym w numerze pakiet innych interesujących tekstów. Między innymi, jak zwykle bardzo interesujące rozważania edytorialowe Przemysława Wielgosza („Ty przegrywasz, ja nie wygrywam”), w którym bardzo ciekawie łączy on wątki i prognozy globalne, amerykańskie i polskie, zastanawiając się na ile możliwa jest klęska prawicy i w Polsce i w USA, a także jakie ona ewentualne skutki może wywołać. Wśród wielu godnych odnotowania zdań z tego tekstu warto zacytować choćby jedno: „Upadek rządów prawicy jest tym boleśniejszy, że odbywa się przy akompaniamencie masowych protestów społecznych. Rebelie Black Lives Matter i Strajku Kobiet pokazują jasno, że prawica traci tam, gdzie czuła się najpewniej, czyli na polu wojny kulturowej. Przez lata skutecznie pacyfikowała gniew klas ludowych (…) Służyły temu kolejne kampanie nienawiści wobec wrogów takich jako uchodźcy, strajkujący nauczyciele, czy mniejszość LGBT plus (…). Teraz mechanizm właśnie się zaciął”. Poza tym – Jacques Bouveresse o prekursorach walki o prawa zwierząt, Austriaku Karlu Krausie (1874-1936) i Róży Luksemburg („Co to znaczy traktować zwierzęta po ludzku”), Franck Poupeau o rewolucyjnych koncepcjach w ekologizmie („Co naprawdę może kryć się w drzewie”). „Niektórzy uważają, że istoty żywe, które nie są ludźmi, to „aktorzy” w pełnym tego słowa znaczeniu” – tak brzmi jedno ze zdań tekstu o koncepcjach nowego miejsca dla świata przyrody względem człowieka. Paweł Wodziński pokazuje („Jeszcze więcej tego samego”) jak pandemia niszczy kulturę w Polsce. W bloku teksów historycznych – Anna Dobrowolska o prostytucji w PRL, Adam Leszczyński o początkach klasy robotniczej w Polsce, Andrzej Friszke o buncie fornali w 1919 roku. A na koniec numeru Evelyne Pieller, która zastanawia się dlaczego „troska, życzliwość, odpowiedzialność robią dziś karierę („O życzliwości podejrzliwie”).

Moja Dania

Po roku 1945 polityka zagraniczna Danii była ukierunkowana na zachowanie neutralności. Radykalna zmiana nastąpiła w roku 1948. W kwietniu tego roku w Pradze miały miejsce dramatyczne wydarzenia- zagadkowa śmierć ministra spraw zagranicznych Jana Masaryka i przejęcie władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji pod kierownictwem Klementa Gottwalda. Również w kwietniu 1948 roku parlament duński zadecydował o przyjęciu pomocy amerykańskiej w ramach planu Marshalla. Dla wyniszczonej przez wojnę i okupację gospodarki duńskiej pomoc ta była bardzo istotna.

W 1949 roku Dania stała się państwem członkowskim NATO. Duńscy politycy i dyplomaci odgrywali i odgrywają ważną rolę w Sojuszu. I tak np. Anders Fogh Rasmussen po ośmioletnim okresie sprawowania funkcji premiera, w latach 2009-2014 był sekretarzem generalnym NATO. Aktywne członkostwo nie oznaczało jednak rezygnacji z zapobiegania uwikłaniu Danii w konflikt z ZSRR, który mógłby oznaczać-przewidywane przez strategów- planistów prewencyjne uderzenie w bazy atomowe. Niebezpieczeństwo takie byłoby realne w przypadku istnienia tego rodzaju baz na terytorium Danii.
Polityka w tej kwestii została sformułowana przez duńskiego premiera i ministra spraw zagranicznych H. C. Hansena po raz pierwszy 29 czerwca 1957 roku a następnie uściślona 1 maja 1958 roku. Premier Hansen oświadczył wówczas:” W obecnych okolicznościach nie jesteśmy gotowi do zaakceptowania głowic nuklearnych lub rakiet średniego zasięgu na terytorium Danii”. Stanowisko to jest podstawą obecnej polityki rządu duńskiego, który w aktualnych okolicznościach nie akceptuje broni nuklearnej na terytorium Danii w czasie pokoju.
xxxxx
Politykę zagraniczną Danii i wszystko, co dotyczyło Danii zawsze śledziłem z uwagą i sympatią spowodowaną przyczynami osobistymi o których mowa poniżej. W szczególności-rzecz oczywista-kontakty polsko-duńskie. Jako student Politechniki Poznańskiej odbywający praktykę w Zakładach Cegielskiego dowiedziałem się, że w tych Zakładach uruchomiona została- w oparciu o licencję udzieloną przez duńską firmę Burmeister & Wain – produkcja silników okrętowych. Tak więc w ponurych latach zimnej wojny moja Dania nie przyłączyła się do restrykcyjnego traktowania mojej Polski.
Mój pierwszy wyjazd
W roku 1947 duński komitet pomocy dzieciom zaprosił tysiąc polskich dziewcząt i chłopców na czteromiesięczne wakacje- od 1 maja do 31 sierpnia. W Gdyni, przed wejściem na pokład dzieciarnię zbadali lekarze duńscy. Cierpiących na choroby zakaźne odesłali do domu. Było ich około dwustu. Byłem jednym ze szczęśliwców, którzy popłynęli do Danii.
Zostałem wybrany przez kierownika szkoły podstawowej w Dębnie Lubuskim ponieważ byłem wówczas chudzielcem-niejadkiem,który uczył się dobrze. W wieku lat dziewięciu rozpocząłem poznawanie świata. Z Gdyni do Kopenhagi przybyliśmy na pokładzie „Sobieskiego”. Następnie – po przesiadkach ze statku na statek- dotarłem do miasteczka Marstal znajdującego się na Aeroe- jednej z licznych niewielkich wysepek. Zaopiekowała się mną rodzina Rasmussenów składająca się z ojca-rybaka i dwu dorosłych córek – Elin i Grethe. Elin prowadziła sklep z lodami, który odwiedzałem codziennie. Grethe zadbała o to, abym w trakcie pobytu w Danii znalazł się-na dziesięć dni w Kopenhadze.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w europejskiej stolicy, w pięknym mieście z parkiem Tivoli dostarczającym licznych atrakcji takim jak ja szkrabom w wieku szkolnym. Porozumiewanie się z moimi opiekunami nie było trudne.Przed moim przybyciem otrzymali oni rozmówki duńsko-polskie. Dzięki tej niewielkiej książeczce nauczyłem się kilkadziesiąt trudnych, duńskich słów. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że Duńczycy o swoich monarchach wyrażali się z sympatią i uznaniem. Ze zdziwieniem, gdyż ojciec powiedział mi, że w świecie współczesnym „królowie to przeżytki”.
Moi opiekunowie powiedzieli mi, że w czasie okupacji król Chrystian X- wbrew niemieckim pogróżkom-przed pałacem królewskim osobiście wciągał na maszt flagę duńską. W ten sposób podtrzymywał nadzieję, że „jeszcze Dania nie zginęła”.
xxxxx
Po powrocie do Dębna-wbrew docinkom kolegów- nadrobiłem stracone w szkole dwa miesiące, a w dwa lata później byłem „pierwszy w klasie”. Ponieważ „pierwszy w klasie” jest tematem złośliwych dowcipów pośpiesznie muszę dodać, że to zdarzyło się mi po raz pierwszy i ostatni.W Liceum Ogólnokształcącym w Kole, w klasie maturalnej byłem dopiero drugi.
xxxxx
Wiedziałem, że Warszawa jest bardzo zniszczona. Marzyłem o tym, aby po odbudowie była taka jak Kopenhaga.
W Warszawie znalazłem się po raz pierwszy w roku 1952 jako uczestnik Zlotu Młodych Przodowników-Budowniczych Polski Ludowej. Kulminacyjnym wydarzenie Zlotu był wiec ma Placu Zwycięstwa.
Na trybunie był prezydent Bolesław Bierut oraz przedstawiciele organizacji młodzieżowych ze Związku Radzieckiego i innych państw bloku wschodniego. Światową Organizację Młodzieży Demokratycznej reprezentował Francesco Moranino. Na zakończenie wiecu przewodniczący Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – Władysław Matwin odczytał tekst ślubowania uczestników Zlotu. Słuchaliśmy go w milczeniu. Grupa młodzieży znajdująca się w pobliżu trybuny powtarzała jego słowa. Słowa te przyjąłem ze zdumieniem, gdyż była tam mowa o”angloamerykańskich podpalaczach i ludobójcach”.
Jak można tak mówić o tych, którzy pomagali nam wydostać się spod hitlerowskiej okupacji ! Pamiętałem też o żołnierzach amerykańskich i brytyjskich, którzy wspólnie z żołnierzami radzieckimi wyzwolili moją Danię.
Imigranci i uchodźcy
W latach 1960-tych do Danii przybywali robotnicy z Jugosławii,Turcji i Pakistanu. Wielu z nich pozostało na stałe. Później zaczęli napływać uchodźcy z państw ogarniętych wojnami i konfliktami.
Władze ustalały ilościowe kwoty uchodźców, którzy mogli być przyjęci w Danii. W roku 1983 parlament przyjął ustawę o cudzoziemcach zgodnie z którą rozpatrywanie wniosków o azyl powinno uwzględniać prawa człowieka. W latach następnych napływ cudzoziemców wywoływał głosy krytyki, a nawet reakcje rasistowskie. W roku 1998 do parlamentu weszło 13 przedstawicieli antyimigranckiej Duńskiej Partii Ludowej. W tym samym roku przyjęta została ustawa zawierająca ograniczenia dotyczące w szczególności pozostawania w Danii.
Imigrantom przyznawano trzyletnie zasiłki i zobowiązywano do nauki języka duńskiego. Zwolennicy obrony praw człowieka zdołali doprowadzić w roku 2000 do złagodzenia postanowień tej ustawy dotyczących kwestii łączenia rodzin.
Na niewielkie terytorium Danii przybywają ciągle cudzoziemcy. Władze państwowe zwracają uwagę na stwarzanie możliwości ich zgodnego współżycia z miejscowymi społecznościami. W szkołach dzieci cudzoziemców nie powinny stanowić więcej niż 25 proc. ogółu uczniów. Powinno to osłabiać skłonności przybyszów do zamykania się w odrębnych grupach i sprzyjać społecznej integracji.
Obecnie w Danii przebywa około 34 000 Polaków. Mam nadzieję,że czują się tam dobrze. Podobnie jak ja wiele lat temu.

W trakcie pisania powyższych rozważań Pani Laura Sorensen Topp z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Danii przekazała mi ważne informacje za które serdecznie Jej dziękuję.

Dialog amerykańskiej dyplomacji okazał się porażką

Niedawno pojawiły się informacje o próbach dialogu, który ma doprowadzić do porozumienia w trwającym od dziewięciu lat konflikcie libijskim. Pod patronatem specjalnego wysłannika ONZ, amerykańskiej dyplomatki Stephanie Williams, 15 listopada w Tunezji zainaugurowano Libijskie Forum Dialogu Politycznego. Jedynym jego efektem są dywagacje na temat możliwych ogólnokrajowych wyborów w podzielonym państwie i kilka niezbyt wiele znaczących deklaracji.

Negocjacje, faktycznie pod amerykańskim patronatem i według ustalonego przez Williams klucza selekcji uczestników, skończyły się zatem fiaskiem.
Ameryka upokorzyła
Mówią o tym otwarcie praktycznie wszyscy przedstawiciele istotnych libijskich sił politycznych. Politolog Saleh Ibrahim stwierdził, że Amerykanka wręcz upokorzyła swoimi decyzjami Libijczyków, zarówno elity wojskowe, jak i cywilne obu zwaśnionych części kraju.
Szejk kontrolującego roponośne terytoria plemienia Magribi Miftah al-Bagan winą za brak jakichkolwiek postępów obarczył siły zewnętrzne ingerujące w libijski proces pokojowy. Jeden z uczestników forum Zaidan Matuq al-Zadma uznał, że misja ONZ popełniła błąd już na wstępie, całkowicie błędnie dobierając uczestników dialogu. Idris al-Magribi, członek Izby Reprezentantów, powiedział kanałowi Libya24, że uczestnicy forum całkowicie zawiedli Libijczyków.
Hassan al-Zaghir, były wiceminister spraw zagranicznych zauważył, że Stephanie Williams zaprosiła na forum przedstawicieli grup przestępczych.
Dowodem na prawdziwość tego ostatniego twierdzenia może być fakt, że w dalszym ciągu w nielegalnym, prowadzonym przez kręgi terrorystyczne więzieniu w Trypolisie przebywają obywatele Rosji, przetrzymywani tam już od ponad półtora roku. Maksim Szugalej i Samer Sueifan zostali wówczas uprowadzeni i nadal nie odzyskali wolności. Przypomniał o tym zajmujący się ich obroną prezes Fundacji Obrony Wartości Narodowych Aleksandr Malkiewicz.
Stwierdził, że jednym z elementów wskazujących na owocność dialogu miało być uwolnienie zakładników zaraz po zakończeniu forum, do czego oczywiście nie doszło.
Reprezentujący rodziny porwanych Malkiewicz skierował zresztą w ich sprawie list do Williams, który pozostał jednak bez odpowiedzi. Przez ten brak reakcji sprawa ma zostać podjęta przez rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ: „Jestem przekonany, że Rosja ma moralne prawo wykorzystać wszelkie dostępne środki do obrony swoich obywateli zagranicą” – stwierdził Malkiewicz, dodając że cała sytuacja doprowadzić może wręcz do konieczności zastosowania prawa weta przy okazji kolejnych głosowań w radzie.
Sprawa Szugaleja i Sueifana nabiera coraz wiekszego rozgłosu międzynarodowego, również dzięki filmowi fabularnemu pokazującemu ich losy i wyświetlanemu w wielu krajach.
Manipulowanie sytuacją
Wracając do zakończonego niedawno spotkania Libijskiego Forum Dialogu Politycznego, zwraca uwagę fakt, że cała inicjatywa postrzegana jest przez dużą część libijskiego społeczeństwa jako próba manipulowania sytuacją w kraju przez ośrodki zewnętrzne, przede wszystkim amerykański Departament Stanu. Spośród 75 uczestników spotkania w Tunezji, 49 zostało wybranych osobiście przez Stephanie Williams.
Więcej niż połowa z tej liczby to radykalni członkowie Bractwa Muzułmańskiego, wspieranego przez Turcję i dążącego do islamizacji kolejnych obszarów Libii. Jednak nawet oni nie byli w stanie dojść do porozumienia we własnym gronie, wobec czego forum zakończyło się awanturami i konfliktami.
Po spotkaniu pojawiły się relacje, w których uczestnicy opisywali próby przekupstwa ich w zamian za głosowanie za określonymi rezolucjami i rozwiązaniami.
Stephanie Williams konsekwentnie promowała Fatiego Baszagę, obecnego szefa resortu spraw wewnętrznych w Trypolisie, postać związaną z islamistami, a jednocześnie jedynego libijskiego polityka tego szczebla wzywającego do rozmieszczenia stałych baz wojskowych Stanów Zjednoczonych na terytorium Libii.
Mimo kolejnych prób wywierania wpływu na głosujących uczestników forum, 2/3 z nich zdecydowało się zagłosować przeciwko umożliwieniu startu w wyborach osobom, które sprawowały wysokie funkcje publiczne po sierpniu 2014 roku, czyli od momentu zaostrzenia wojny domowej w kraju.
Kryzys państwowości
Taka opcja zerowa miałaby wyeliminować z życia publicznego osoby budzące największe emocje ze strony poszczególnych uczestników konfliktu. W takim przypadku ci, którzy przyczynili się do obecnego kryzysu państwowości libijskiej, np. wspomniany Baszaga, nie mogliby kontynuować swojej obecności w polityce. Kierownictwo misji ONZ zablokowało jednak ostateczne przyjęcie takiej uchwały.
Misja UNSMIL po raz kolejny zatem okazuje się w oczach Libijczyków de facto stroną konfliktu, z sympatią odnoszącą się do niektórych jego uczestników. Obecny kryzys zaufania do instytucji międzynarodowych, w tym ONZ, prowadzi do postulatów odsunięcia Stephanie Williams z funkcji szefowej misji.
Nie budzi zaufania
Waszyngton proponuje jednak w jej miejsce Bułgara Nikołaja Mladenowa, sympatyzującego z Amerykanami, co też nie budzi zaufania istotnej części uczestników dialogu. Choćby z tego powodu coraz częściej można usłyszeć, że istnieje pilna konieczność wypracowania całkowicie nowego mechanizmu pokojowego rozwiązania libijskiego konfliktu.
Byłoby to jednak bankructwo wielostronnej dyplomacji międzynarodowej prowadzonej w ramach ONZ. Końca libijskiego konfliktu tymczasem nadal nie widać. Udział w negocjacjach i mediacjach zainteresowanych mocarstw zewnętrznych z pewnością nie zastąpi autentycznego dialogu, na który mają nadal nadzieję Libijczycy, mający dość wojny od obalenia w 2011 roku przez tzw. Zachód pułkownika Muammara Kadafiego.
Po raz kolejny powstaje pytanie, czy rzeczywistym celem zachodniej dyplomacji reprezentującej zainteresowane regionem mocarstwa nie jest po prostu przedłużanie trwania chaosu, obliczone na podtrzymywanie sytuacji zagrożenia dla całego basenu Morza Śródziemnego, a dodatkowo czerpanie korzyści z bogatego w surowce kraju, który został doprowadzony do stanu ruiny i wojny domowej.

Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.

Tajemnice Watykanu Groźba Papieża

Gdy w październiku 1980 roku pracowałem w Sekretariacie Synodu Biskupów w Watykanie, z dostępem do dokumentów tajnych („sub secreto“), miałem okazję do kontaktów z elitą hierarchi watykańskiej, w tym – z Sekretariatu Stanu.

Doszła wówczas do mnie wiadomość, plotka, o niesamowitej, nieprawdopodobnej wręcz treści. Otóż Jan Paweł II miał jakoby odbyć rozmowę z b.ambasadorem USA w Rzymie – Johnem Volpe , nb. zaufaną osobą ówczesnego szefa CIA Wiliama Casey’a a na dodatek kawalerem maltańskim, na temat sytuacji w Polsce.
Volpe mówić miał o możliwym, siłowym rozwiązaniu klinczu społeczno-politycznego w Polsce. Z jednej strony miałaby stanąć rosnąca w siłę opozycja, popierana przez USA i wraz z nią ewentualnie Wojsko Polskie, z drugiej – interweniujące wojska radzieckie i „sojusznicze“ z ościennych państw Paktu Warszawskiego.
Reakcja papieża na nakreślony przez b.ambasadora USA scenariusz miała być ostra: –„ Nie można wykorzystywać Polski do konfliktu zastępczego z Rosją. Wasze wielkie zwycięstwo (destabilizacja ZSRR) będzie opłacone przez Polaków. Przelewanie krwi za niewłasne interesy nie służy polskiej sprawie. Jeśli nie powstrzymacie waszych działań w moim kraju, to w razie konfliktu przylecę do Polski i zginę z własnym narodem.“
Tyle plotka. A dalej zaczyna się narracja, którą po latach usłyszałem od ówczesnego ambasadora polskiego w Londynie – Jana Bisztygi.
Volpe miał wysłać natychmiastową depeszę tajną, szyfrogram, do Departamentu Stanu USA a ten do najbliższych sojuszników USA, do brytyjskiego Foreign Office (Było to o tyle naturalne, że Wielka Brytania należała wówczas do „Sojuszu Pięciorga Oczu“, grupy współpracy wywiadowczej, złożonej z  USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, kontrolującej m.in. system podsłuchów globalnych „Echelon“, z którego dane trafiają do obróbki w Fort Meade w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie to jest już „Sojusz Czternastu Oczu“.)
Wracając do początkowego wątku, w końcu pażdziernika 1980 roku, pod koniec Synodu, byłem akurat w trakcie transferu z Rzymu do Paryża, aby zgodnie z decyzjami przełożonych zakonu Jezuitów kontynuować tam studia teologiczne. Miałem kłopoty z łącznością z Centralą Wywiadu w Warszawie a przy tym wiadomość, plotka,w której posiadanie wszedłem, wydawała mi się tak nieprawdopodobna, że nie zdecydowałem się na jej przekazanie innymi, nieosobowymi środkami łączności np. tajnopisem bądź zakamuflowaną mikrofotografią.
Dopiero późnym latem 1981 roku, przy okazji pobytu w kraju i spotkania z  dowództwem wywiadu w ośrodku w Magdalence, „przemyciłem“ tę informację w trakcie lunchu, podczas rozmowy towarzyskiej, dzieląc się ze słuchaczami wszelkimi wątpliwościami co do jej prawdziwości. Ku memu zdziwieniu obecni przedstawiciele Centrali nie wydwali się zaskoczeni moją wypowiedzią, wyglądało na to , że przyjęli ją za dobrą monetę.
Teraz, po latach, uzyskałem potwierdzenie prawdziwości tej „ciekawostki“, która okazała się autentyczna i dzięki dwóźródłowej informacji, mojej jak i jeszcze jednej osoby, uzyskała, z wywiadowczego punktu widzenia, status wiadomości wiarygodnej najwyższej wagi.
I tu znowu wkracza na scenę ambasador Bisztyga, reprezentujący w Londynie Polskę w latach 1978-1981. Ogólnie tam lubiany, wyrobił sobie świetne stosunki w elicie politycznej Wielkiej Brytanii, więcej – zaskarbił sobie zaufanie jej przedstawicieli. Miał doskonałe relacje z doradcą premier Margaret Thatcher do spraw bezpieczeństwa narodowego – Colinem Buddem.
W nocy obudził Bisztygę telefon od oficera MI6, Michaela Pallisera, proszącego go o natychmiastowe spotkanie. Gdy do niego dochodzi, Palliser pokazuje zaskoczonemu ambasadorowi depeszę od Volpe z pytaniem : Czy to możliwe, aby papież zdobył się na realizację swych słów ?
Bisztyga odpowiada: „ To Polak, na dodatek człowiek o góralskiej mentalności, wojownik, skoro mówi, to zrobi.“
Po spotkaniu z Palliserem ambasador wysłał szyfrogram do kraju. Dzięki temu władze polskie uzyskały dodatkowy, wielki argument w rozmowach z Sowietami, mitygujący ich i pozwalający na wewnętrzne rozwiązanie kofliktu przez samych Polaków.
Równolegle Margaret Thatcher zaczyna przekonywać Ronalda Reagana, że należy hamować antyradziecki impet na odcinku polskim. Potwierdzają to opublikowane niedawno w Londynie wybrane depesze brytyjskiej premier do prezydenta USA.
Te zakulisowe działania papieża i Watykanu, jak również uzyskanie przez polski wywiad informacji o nich z dwóch niezależnych źródeł, przyczyniły się zapewne do uratowania naszego kraju, a może nawet dużej części Europy przed krwawą łaźnią.
Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, niezależnie od różnych jego ocen, było, jakkolwiek by na nie nie patrzeć, wewnętrznym, polskim działaniem.
Te, dotąd okryte tajemnicą, intencje papieża jak i fakt zapobieżenia interwencji radzieckiej w wyniku zaangażowania polskich sił zbrojnych, mogą tłumaczyć fenomen wielokrotnych audiencji, których papież udzielał, również po stanie wojennym, Wojciechowi Jaruzelskiemu, przedtem – szefowi partii i państwa a później – pierwszemu po zmianie systemu prezydentowi Polski, nawet wówczas, gdy z obu tych funkcji odszedł.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Najnowszy numer „Le Monde diplomatique” (III/IV 2020)

W sporej części poświęcony jest pandemii korona wirusa.
Rozpoczyna go tekst Serge Halimi, który rozważa ekonomiczne konsekwencje pandemii, porównując obecne uwarunkowania z najważniejszymi kryzysami ostatnich dziesięcioleci, poczynając od kryzysu z października 1987 roku. Przemysław Wielgosz pisze o korona wirusie jako mutacji „Wirusa kapitalizmu”, wskazując na to, że między wybuchem i przebiegiem pandemii a mechanizmami kapitalizmu istnieje istotne i nieprzypadkowe iunctim.
O wyzwaniach klimatycznych, jakie stoją przed demokracją traktuje artykuł Anne-Cecile Robert, a Sonia Shah wyjaśnia, dlaczego pandemie są coraz częstsze, a Martine Brulard ostrzega, że „za jedną pandemią może kryć się inna”. Renaud Lambert i Pierre Rimbert zastanawiają się czy po pandemii wszystko się zmieni i jaki będzie „następny koniec świata”. O „niewolnikach Amazona w tekście „Za murami „fabryki paczek” traktuje tekst Jean-Baptiste Maleta. Łukasz Komuda zajął się polską „tarczą antykryzysową”, nazywając jej obecną fazę „Tarczą Antypracowniczą”. Andrzej W. Nowak pisze, w formie polemiki z Giorgio Agambenem, jak kryzys pandemiczny obalił wiele mitów, zarówno neoliberalnych, jak i lewicowych.
W „pozakoronawirusowej” części omawianego numeru „LMd” znajdujemy tekst Alaina Gresha o planie Trumpa odnośnie Palestyny, Michała Krzykawskiego o tym, jak Bernard Stiegler widzi w obecnej epoce (nazywa ją „antropocenem”) zadania filozofii i praktyki politycznej.
Obszerny tekst o pracy kobiet (dowcipnie wzbogacony o socrealistyczne plakaty) w XX i XXI wieku („Kobieta jak mężczyzna, tylko taniej”) napisała Kristen R. Ghodsee. Do lektury cennej książki Joanny Wawrzyniak i Aleksandry Leyk, „Cięcia, mówiona historia transformacji” (chodzi o polską transformację po 1989 rok) zachęca opublikowany obszerny fragment. Do dużo dalszej historii sięgają teksty: Łukasza Kożuchowskiego („Echa rabacji galicyjskiej w Królestwie Polskim”) i Erica Hobsbawma („Bandyta społeczny. Od Robin Hooda …”). Numer zamyka recenzja arcyważnej książki Klementyny Suchanow „To jest wojna”, poświęconej intensywnej ofensywie międzynarodówki fundamentalistów przeciw prawom kobiet”.

Zaraza uprzedzeń

Sytuacje kryzysowe, takie jak trwająca pandemia, są bardzo podatnym gruntem dla uprzedzeń, dyskryminacji i victim blamingu – to wniosek daleki od odkrycia Ameryki. Nietrudno wyobrazić sobie, jak łatwo będzie dziś postulować zamykanie granic przed uchodźcami czy to, ile fałszywie motywowanej niechęci musi wylewać się w stronę „odmiennych kulturowo” Chińczyków. Pierwsze sygnały mogliśmy już usłyszeć z ust premiera Morawieckiego o „obcym” pochodzeniu wirusa.

To zagrożenie dotyczy dziś Włoch. Kiedy wielu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego akurat Włosi tak źle radzą sobie z epidemią koronawirusa, dosyć szybko słyszymy prowizoryczne analizy odnoszące się do mglistego pojęcia „charakteru narodowego” (w przypadku silnie zregionalizowanych Włoch mglistego jeszcze bardziej): że przecież Włosi muszą wychodzić z domu, spotykać się, całować na powitanie, być blisko, siedzieć w kawiarniach i pić espresso, więc w zasadzie sami są winni swej sytuacji przez własną nieodpowiedzialność.
Dokładne analizy włoskiego przypadku jeszcze przed nami. Dowiemy się zapewne, na ile sensowne jest założenie, że szczep, który pojawił się we Włoszech mógł był bardziej zjadliwy niż w innych krajach. Ktoś pewnie zbada także, na ile kulturowe czynniki mogły przyczynić się do rozprzestrzenienia się wirusa.
Póki co o wiele bardziej sensowne niż towarzysko-zabawowy styl życia Włochów wydaje się założenie, że Półwysep Apeniński spotkała po prostu tragedia bycia pierwszym przypadkiem. Kiedy koronawirusa wykryto w Lombardii, Piemoncie i Wenecji Euganejskiej, nic poważnego się jeszcze nie działo – nie było w Europie czerwonych stref, zamykania granic i pustych półek w sklepach.
W ramach eksperymentu myślowego wyobraźmy sobie, że pierwsze przypadki koronawirusa w Europie wykryto w Polsce. Powiedzmy: w województwie opolskim, łódzkim i świętokrzyskim.
Pociągi i autobusy przekraczają granice jak zawsze, wszystkie kawiarnie są otwarte, ekspedientki w sklepach nie noszą rękawiczek, a dzieci chodzą normalnie do szkoły. Ministerstwo Zdrowia wprawdzie apeluje o ostrożność, ale ilu z nas naprawdę się tym przejmie, skoro rzeczywistość wokół funkcjonuje tak samo? Kiedy życie toczy się normalnie, naginanie środków bezpieczeństwa też przychodzi łatwiej, bo nikt nie wie jeszcze, że sytuacja wymknie się przez to spod kontroli. Nie jest to specyficzna cecha żadnego narodu.
Nie wierzycie? A co się stało kilka dni temu, kiedy w Polsce zaczęła się prawdziwa wiosna i ludzie wylegli na bulwary?
Ktoś powie, że przecież przed Włochami mieliśmy przypadek Chin, więc efektów można się było spodziewać. Problem w tym, że dla 60-milionowego kraju w Europie Chiny są po prostu za daleko, by stanowić realny punkt odniesienia. Nie były nim także dla nas, dopóki wirus nie dotarł blisko naszych granic.
Wniosek jest prosty: w czasach kryzysu na uprzedzenia i proste wyjaśnienia należy uważać podwójnie. W sytuacji Włochów mógł znaleźć się każdy, a zrzucanie odpowiedzialności na ich styl życia czy wydajność służb to nie tylko victim blaming, ale też myślenie stereotypami.
Znacznie lepiej byłoby docenić, że możemy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji, zwłaszcza że stało się to czyimś kosztem.