„Arabia incognita” Krzysztofa Płomińskiego

Książka, którą trzeba przeczytać

Joseph Nye, politolog amerykański i teoretyk tzw. miękkiej sity (soft power) pisał, że w dobie globalizacji i dominacji potęg światowych, działania państw średnich i małych w promowaniu narodowych interesów powinny koncentrować sie na umiejętności pozyskiwania sojuszników przez eksponowanie atrakcyjności własnych wartości, kultury i polityki. Miękka siła to subtelne działanie podejmowane po to, aby inni chcieli w niewymuszony sposób sprzyjać naszym celom. W brytyjskiej dyplomacji teorię Nye’a przekuto na zasadę 4 kroków: przybliżyć, zainteresować, zaangażować, oddziaływać. Kroki te, podejmowane w umiejętny sposób, przyciągną inwestorów i turystów zagranicznych, zapewnią zbyt towarów, a co najważniejsze – stworzą w oczach opinii społecznej za granicą korzystny wizerunek naszego państwa, sprzyjający realizacji jego narodowych
interesów.
Jest oczywiste, ze narodowe interesy promują konkretni ludzie, w szczególności pracownicy służby zagranicznej. Dyplomacja przeszła od czasów Kongresu Wiedeńskiego w 1818 r. głęboką ewolucję – od sekretnej, prowadzonej przez wąski krąg dyplomatów w interesie niewielkiej grupy społeczeństwa, przez dyplomację upartyjnioną, nie różniąca się zbyt od propagandy i służącą totalitarnym reżimom, po współczesną dyplomację publiczną, realizowaną w interesie całego narodu i z szerokim udziałem obywateli. W dobie powszechnych podróży każdy może być ambasadorem swojego państwa. Jaka jest więc rola zawodowych dyplomatów doby globalizacji? Jaka powinna być współczesna dyplomacja w warunkach hierarchiczności stosunków międzynarodowych, eksplozji demograficznej w świecie pozaeuropejskim, zagrożeń bezpieczeństwa oraz coraz bardziej bezwzględnej rywalizacji o kurczące sie zasoby ziemi, wody i surowców?
Prezentowana książka nawiązuje do tych pytań i sugeruje wiele odpowiedzi. Jest to lektura pasjonująca i pouczająca. Przedstawia w intrygujący sposób doświadczenia dyplomaty polskiego na Bliskim Wschodzie w burzliwym okresie lat 1971-2013. Ambasador Krzysztof Płomiński to autor kompetentny, gdyż związany z tym regionem od 50 lat. Nie sposób wymienić wszystkich dokonań autora na polu dyplomacji. Podejmował on pionierskie zadania na placówkach w Trypolisie, Ammanie, Bagdadzie i Rijadzie, w tym tak spektakularne jak kierowanie w styczniu 1991 roku ewakuacją ambasady RP w Iraku, skąd polski wywiad nieco wcześniej w brawurowej akcji bezpiecznie wywiódł grupę oficerów CIA. Operacja ta stała sie elementem utrwalania wiarygodności nowej Polski i krokiem na drodze do członkostwa w NATO. Przyczyniła sie również do redukcji o połowę długu PRL wobec zachodnich wierzycieli. Ewenementem byto doprowadzenie do przejęcia przez Polskę w 1991 roku odpowiedzialności za interesy USA w Iraku. Ambasador Płomiński byt także zaangażowany w operację „Most”. Co ważne, był świadkiem przełomu w historii Polski i tworzenia nowej polityki zagranicznej po 1989 r. Aktywnie włączył się do rozszerzania kręgu partnerów RP na Półwyspie Arabskim, czego ukoronowaniem było otwarcie w 1998 roku Ambasady RP w Rijadzie i służba w charakterze pierwszego ambasadora polskiego w Arabii Saudyjskiej.
Autor przybliża czytelnikowi historię i determinanty sytuacji na Bliskim Wschodzie oraz specyfikę bliskowschodniej polityki z jej grą pozorów i hipokryzji, kamuflażu i fałszywych komunikatów. Książka słusznie zwraca uwagę na dysonanse miedzy powszechną opinią na Zachodzie o Bliskim Wschodzie a rzeczywistością bliskowschodnią. Zachód boi sie dominacji islamu, a tymczasem ta religia jest w głębokim kryzysie i nie wiadomo, kiedy sie z niego podniesie. Zachód sądził, ze wystarczy usunąć dyktatorów, aby w wiecie arabskim zapanowała harmonia i dobrobyt, a tymczasem doświadczenia Iraku, Libii, Syrii czy Jemenu pokazały coś odwrotnego. W książce znajdujemy porównanie regionu do składu łatwopalnych materiałów, co dobrze obrazuje, jak skomplikowana jest sytuacja na Bliskim Wschodzie. Autor przedstawia stan anarchii i upadku regionu, a przynajmniej niektórych jego części i pisze, ze część odpowiedzialności za to ponosi Zachód. Mówi o hipokryzji przywódców zachodnich mocarstw, dla których mudżahedini afgańscy byli najpierw bohaterami, bo walczyli ze Związkiem Radzieckim, a później bandytami i terrorystami, gdyż zaczęli kontestować ingerencję Zachodu w sprawy regionu. Autor jest także krytyczny wobec elit bliskowschodnich za korupcję, egoizm, dbanie o wąskie interesy grupowe, brak suwerennej polityki.
Z lektury poznajemy realia służby zagranicznej. Uwagi autora o funkcjonowaniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych na przestrzeni 40 lat jego pracy w tej instytucji to niezwykle cenne analizy i intrygujące spostrzeżenia. Czytelnik znajdzie wiele głębokich refleksji, ale i ciekawostek. Dla autora Bliski Wschód to obszar sąsiadujący z Polską, odmienny kulturowo, ale mogący być cennym partnerem, a przede wszystkim – region o wielkim potencjale. W warunkach narastania ksenofobii, niechęci do Arabów i muzułmanów oraz straszenia przez polityków zagrożeniem Europy przez islam, książka może pomóc w równoważeniu obrazu tego regionu jako obszaru wrogiego, prącego do konfrontacji, budzącego strach i fobie podsycane przez propagandę wojny.
Książka pomaga zrozumieć czym jest dyplomacja w obecnym świecie, jakie jest jej miejsce w gospodarce i kulturze oraz jakie wymogi powinny spełniać osoby reprezentujące państwo za granicą i promujące jego narodowe interesy. W przypadku samego autora atuty, które decydowały o awansowaniu go na coraz wyższe szczeble w strukturze MSZ – od referenta do ambasadora – to kompetencje zawodowe i rozumienie realiów regionu. Ambasador Płomiński nie był dyplomatą ani z partyjnego klucza, ani osobą przypadkową w świecie arabskim. Doskonałe przygotowanie językowe i merytoryczne połączone z ciekawością ,,swojego” regionu i otwartością wobec partnerów, przy zachowaniu umiejętności widzenia ich wad — oto jego cechy, jako dyplomaty.
W publikacji jest wiele odniesień do gospodarki. Rozwijanie wymiany handlowej, otwieranie drzwi dla biznesu i przyciąganie inwestorów — oto kierunek współczesnej dyplomacji. Sfera ta, czytamy w książce, powinna być także widziana przez pryzmat wydatków na utrzymanie służby zagranicznej, które należy traktować jak publiczną inwestycję. W Polsce to ok. 2 mld zł rocznie. Mogą one generować produkt krajowy brutto lub nie. Jeśli służba zagraniczna jest źle zorganizowana, a kadry mierne, gdyż przypadkowe i mało wiedzące o specyfice regionów działania — to nie można sie spodziewać dywidendy. Nowoczesna dyplomacja powinna by¢ totalna i aktywna na wszystkich polach – politycznym, kulturalnym i ekonomicznym. Działania autora, jako dyplomaty, stanowią tu dobry przykład.
Książka porusza wachlarz wątków osadzonych w narracji autobiograficznej. Autor eksponuje kwestie zasadniczą dla dyplomacji jako takiej – sprawę jej efektywności oraz czynników warunkujących skuteczność działania. Wśród nich są zarówno uwarunkowania globalne, jak i te prozaiczne — nietrafna ocena, spóźniona decyzja, zaniechanie, brak personelu. Publikacja wskazuje na konieczność podejmowania działań kompleksowych i instytucjonalnych, a przede wszystkim – szukania rozwiązań, w których także i partner widziałby swoje korzyści. W tym względzie konieczne jest tworzenie płaszczyzny porozumienia przez sięganie do wspólnej historii i wykazywanie się wrażliwością kulturową. Historia otwarcia ambasady polskiej w Rijadzie pokazuje, jak wielkie znaczenie odgrywają w dyplomacji relacje osobiste. Czytamy, że Polska ubiegła kilka innych państw w kolejce do otwarcia ambasady saudyjskiej i Ze to, co nie udało sie wielkiemu prezydentowi (Havlowi), powiodło sie ,,skromnemu polskiemu ambasadorowi.”
Publikacja pokazuje ogromny wysiłek pokolenia dyplomatów wywodzących sie z PRL w wypracowaniu dla nowego państwa polskiego wielkich korzyści materialnych i wizerunkowych. Wielu z nich miało dyplomy Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Moskwie, co spowodowało, że po latach ich dorobek starano sie zdyskredytować, a ich samych odsunąć od służby Ta gorzka refleksja przewija sie kilkakrotnie w narracji, której zwieńczeniom jest interesujący rozdział o historii Arabii od czasów, kiedy Półwysep Arabski byt pokryty bujną roślinnością i oddzielony od Wyżyny Irańskiej nie dzisiejszą morską Zatoką, a rajską doliną pierwotnej rzeki.
Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć sie, co stanowi polska ,,miękką siłę” i jaka jest kondycja dyplomacji RP, a także jaki jest Bliski Wschód, to książka ambasadora Krzysztofa Płomińskiego jest ku temu odpowiednią lekturą.

Krzysztof Płomiński – „Arabia Incognita. Raport polskiego ambasadora”, Wydawnictwo Grupa M-D-M, Warszawa 2019, str. 330, ISBN 978-83-948485-8-3.

Autor recenzji jest emerytowanym profesorem i byłym dyrektorem Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych w Polskiej Akademii Nauk, historykiem Bliskiego Wschodu i autorem ponad 20 książek oraz stu artykułów naukowych o Bliskim Wschodzie.

Recenzja ukazała się w Magazynie „Ambasador” 38 (44) 2019.

Amatorski teatr

Dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dyplomata i historyk dyplomacji dr Janusz Sibora.

JUSTYNA KOĆ: Prawie dwie godziny przemawiał w Sejmie minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Podsumował ubiegły rok, nakreślił przyszłe cele. Jak pan je ocenia?
DR JANUSZ SIBORA: Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, że minister nie wysłuchał debaty po swoim wystąpieniu, tylko w tym czasie zorganizował konferencję prasową. To zachowanie mało dyplomatyczne, a nawet mało eleganckie. Wracając do wystąpienia, to doskonale widać w nim, w jakim punkcie znajduje się obecnie nasza polityka zagraniczna.
Zdaniem ministra Czaputowicza „Polska jest dziś krajem aktywnym i słuchanym, cieszącym się coraz większym szacunkiem”.
W wystąpieniu mamy dużo chwytów retorycznych, a minister stosuje pojęcia ogólne, którym nadaje rozszerzone znaczenie, gdy chce uniknąć wypowiadania się o konkretach. Dużo było takiej waty słownej zamiast konkretnych odniesień do naszej polityki i jej problemów, jak Izrael czy Rosja. Z kolei w drugiej połowie tego wystąpienia słuchacze zostali zalani dużą ilością szczegółowych danych, które niczego nie ilustrowały, informacjami drugo- i trzeciorzędnymi, które nie powinny zaistnieć w tym przemówieniu, np. ile budynków zostało oświetlonych na biało-czerwono w dniu 11 listopada. Moim zdaniem to informacje na poziomie dyrektora departamentu, a nie exposé ministra. Dodatkowo, chyba po raz pierwszy, szef polskiej dyplomacji, dokonując pewnego bilansu polityki zagranicznej, mówił o szopkach krakowskich. Moim zdaniem to przejdzie do historii przemówień. Bardzo cenię dziedzictwo kulturowe, ale chyba nie tego oczekujemy od ministra występującego z sejmowej trybuny. Podobnie zabrzmiała informacja o założeniu placówki w Panamie, która przecież powstała doraźnie na potrzeby Światowych
Dni Młodzieży.
Czego zabrakło?
Konkretów, chociażby o placówkach dyplomatycznych. Niedawno Estonia założyła pierwszą elektroniczną placówkę dyplomatyczną. Nowe technologie wchodzą także do dyplomacji, o tym nie było słowa. Znam ministerstwa spraw zagranicznych, w których po analizie Big Data dokonywane są wyprzedzające działania umożliwiające zapobieganie rodzącym się konfliktom. Nie było mowy o dyplomacji obywatelskiej współdziałającej z MSZ. Ubolewam nad usuwaniem zawodowych dyplomatów. Wymiana kadr czy wręcz czystki muszą budzić niepokój. Od przedstawienia tych zagadnień minister de facto uciekał.
Dzisiejsza polityka zagraniczna przybrała model dyplomacji jednoosiowej zorientowanej na USA, która znalazła się w bardzo niekorzystnym układzie do dyplomacji unijnej. To wystąpienie dobrze obrazuje, w jakiej pułapce znajduje się nasza polityka zagraniczna, w pułapce, w którą sami weszliśmy. Nazywam to polityką bezalternatywności.
Pierwszą część swojej wypowiedzi minister poświęcił UE, ale o uruchomionym art. 7 nawet się nie zająknął.
Bo minister próbował uwiarygodnić przekaz, że jesteśmy bardzo prounijni. To był przekaz zbudowany na okres kampanii wyborczej do PE. Nawet nie wchodząc w meritum, przekaz był jasny. Gdyby przejść do konkretów, to minister pouczał Unię, a nawet zarzucił jej łamanie postanowień traktatowych, co miało być ripostą na zarzuty o łamanie przez Polskę praworządności. Zresztą słowo praworządność z ust ministra chyba nie padło ani razu. Usłyszeliśmy natomiast, że po brexicie większą rolę w UE będą odgrywać Niemcy i Francja. W tej części przemówienia, co tu dużo mówić, powiało antyniemieckimi demonami. Minister nie odniósł się też w żaden sposób do propozycji prezydenta Francji Macrona odnośnie do uzdrowienia UE. Jeżeli partia rządząca ogłosiła przed kilkoma dniami 12-punktową deklarację odnośnie do Europy, to była dobra okazja, żeby minister skonfrontował ją z deklaracją prezydenta Francji. Można było zarysować kontury polskiej wizji europejskiego renesansu.
Potem minister przedstawił obszerną część dotyczącą NATO i relacji z USA, ale o Fort Trump także się nie zająknął.
Muszę powiedzieć, że gdyby tę część analizować zdanie po zdaniu, to spokojnie mogłaby to być wypowiedź ministra obrony narodowej. Tam były bardzo szczegółowe, zresztą wielokrotnie powielane informacje: gdzie stacjonują jednostki amerykańskie, gdzie jeszcze będą, ilu jest żołnierzy. Natomiast jeżeli już szef dyplomacji mówi o Pakcie Północnoatlantyckim, to oczekiwałbym refleksji w części politycznej tego sojuszu. Tu widać jak na dłoni miałkość tego wystąpienia – brak pogłębionej refleksji geopolitycznej. Dostaliśmy wystąpienie, gdzie Polska leży w środku mapy Europy, w centrum. Tymczasem wolałbym, aby w wystąpieniu ministra Polska znajdowała się na globusie, gdzie jest inaczej pozycjonowana, bo te powiązania światowe, ta światowa pajęczyna stawia przed polską służbą dyplomatyczną inne jakościowo wyzwania.
Choć żyjemy u schyłku drugiej dekady XXI wieku, odniosłem wrażenie, iż jest to tekst ze schyłku minionego stulecia. Chociażby sprawa Chin i „Jedwabnego Szlaku”, o którym chyba już dziś zapomniano – ani słowa nie usłyszeliśmy. Zabrakło a n a t o m i i polityki zagranicznej w kontekście globalnym. W tej części odnośnie do NATO można było tego oczekiwać. Zdecydowanie najsłabsza część.
Jak ocenia pan wypowiedź ministra o stosunkach Polska-Izrael? Tu polska dyplomacja zaliczyła szereg wpadek.
To jest bardzo niepokojące i niestety potwierdza naszą słabość. Po tym, co się wydarzyło, czyli po dokonaniu obrazy narodu polskiego przez izraelskiego ministra i jeszcze nieprzeproszeniu nas, zazwyczaj odwołuje się na kilka tygodni, może trzy miesiące, ambasadora. To pokazałoby, że trzymamy się pewnych standardów. Izrael odwoływał swoich ambasadorów z krajów skandynawskich, gdy ich posunięcia w Radzie Bezpieczeństwa były dla nich niekorzystne. Myśmy tak nie postąpili, wybraliśmy politykę przetrwania i milczenia. Minister powiedział tylko enigmatycznie: „nie godzimy się na takie wypowiedzi”. To nie były „jakieś” wypowiedzi, tylko słowa premiera wygłoszone na ziemi polskiej, a następnie ministra już w Izraelu.
Wydaje mi się, że tu można było jednak stanowczo pokazać, że oczekujemy ze strony Izraela przeprosin. Szczerze to zastanawiam się, na co nasza dyplomacja liczy, że zapomnimy o tym jako społeczeństwo?
Podobnie w stosunkach z Rosją. Tu widzę intelektualny czy polityczny brak chęci podjęcia tej kwestii. Oczywiście minister wielokrotnie mówił, że nie godzimy się na agresję Rosji na Ukrainie, na Nord Stream 2. Natomiast ja polecałbym tu drogę Angeli Merkel, która prowadzi dyplomację XXI wieku, czyli na wielu poziomach. „Dyplomacja nie jest ulicą jednokierunkową”, jak powiedział kiedyś prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Merkel ma taką siłę, że mówi, że nie zgadza się z Rosją w pewnych punktach, ale ma świadomość, że w innych musi z nią współpracować. My takiej pozycji do rozmowy nie mamy i moim zdaniem nawet nie chcemy takiej mieć. Nasze stosunki z Rosją nie mogą się ograniczać do pomruków o wydanie wraku Tupolewa, a do osiągnięć nie możemy zaliczać wyposażenia nauczycieli w materiały do nauki historii. Mamy przecież takie instytucje, jak Ośrodek Studiów Wschodnich czy różne komisje, które mogą pomóc w dialogu z Rosją, ale wydaje mi się, że ten rząd boi się powiedzieć, że będzie z Rosją rozmawiać.
W kontekście tego aż boję się myśleć, jak będą wyglądać obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. My ciągle nie wiemy, kto tam przyjedzie i czy zaproszony zostanie Putin (już wiadomo – nie zostanie, przyp. red.). Ta okrągła rocznica jest dobrym momentem, aby przełamać trwającą od wielu lat inercję, co może wyjść tylko na dobre. Przypomnę, że jest słynne powiedzenie, że przyjaciół trzeba mieć blisko, a wrogów daleko. Proszę pomyśleć, że prezydent USA też kiedyś pojechał do komunistycznych Chin. To był przełom. W stosunkach z Rosją potrzeba wizji ułożenia wzajemnych relacji i przełomu politycznego myślenia. Proszę porównać, jak balansują w stosunkach z Rosją Węgry i Austria.
Minister wśród sukcesów wymienił konferencję bliskowschodnią.
Nawet nie chcę już pastwić się nad tym szczytem, bo tu już wiele zostało powiedziane, że niestety spełniliśmy w tym przypadku niewdzięczną rolę organizatora. Dlatego minister skupił się na innych elementach, a przed sednem informacji uciekł. Stąd też ta wyliczanka, ilu żołnierzy amerykańskich gdzie stacjonuje.
To jest właśnie pułapka polskiej polityki zagranicznej, zorientowania się na jednego partnera, jakim są Stany Zjednoczone. A co będzie, jak się zmieni prezydent?
Niepokojąco zabrzmiała też krytyka autonomii strategicznej UE. Minister Czaputowicz powiedział, że oczywiście możemy uczestniczyć w koncepcji europejskiego funduszu obrony, ale jeśli to będzie korzystne dla naszego przemysłu. To stawia nas poza jądrem Europy.
Nasza dyplomacja przypomina mi dziś amatorski teatr. My już nie gramy ról pierwszoplanowych, pytanie, czy zdarzają się nam jeszcze role drugoplanowe. To też pokazuje słabość ośrodka prezydenckiego. Proszę zwrócić uwagę, ile i jakich wizyt zagranicznych odbył prezydent, a w końcu, między innymi poprzez takie wizyty, liczy się siłę dyplomacji. Mieliśmy wizytę w Australii, roboczą wizytę w USA. Wspomniano o wizycie prezydenta Dudy w USA w tym roku. Czy będzie to oficjalna wizyta państwowa? Te przymiotniki w dyplomacji mają znaczenie fundamentalne.
Może ośrodek prezydencki abdykował z tej roli i pozostawił ją ministrowi spraw zagranicznych?
Oficjalne wizyty państwowe służą także temu, aby podnieść relację na wyższy poziom. O ile w zeszłym roku minister Czaputowicz jeszcze wymieniał, gdzie pojedzie prezydent, choć już było tego mało, to tym razem nawet takiego passusu nie było. Nikt nie przyjechał do Katowic na szczyt, nikogo znaczącego nie było na obchodach 11 listopada, czyli 100-lecia odzyskania niepodległości, chociaż szumnie zapowiadano, że przyjadą delegacje z całego świata. Nic nie tworzymy, nikt nas nie zaprasza, dosiadamy się tylko do stołów, które ustawia ktoś inny.
Podsumowując, dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański.

Marian Stępień o Czesławie Miłoszu Recenzja

Jedną z najbardziej interesujących publikacji jakie ukazały się w roku 2018 jest książka prof. Mariana Stępnia Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki (wyd. Studio Emka).

 

Zawiera ona istotne uzupełnienie biografii noblisty dotyczące jego pracy w służbie Polski Ludowej w latach 1945-1950. Autor poddał wnikliwej analizie opublikowane w roku 2013 Raporty dyplomatyczne Miłosza. Wbrew temu, co czasami twierdził sam Miłosz, jego wejście do służby dyplomatycznej nie było dziełem przypadku.

 

Rozterki lewicowego poety

W latach 1930-tych Czesław Miłosz był poetą lewicowym, wrażliwym na niesprawiedliwość społeczną i niepokojące przenikanie elementów faszyzmu do polskiej rzeczywistości. Wrażliwość ta znajdowała wyraz w jego poezji i publicystyce. Jednakże, w odróżnieniu od innych poetów, takich jak Lucjan Szenwald, nie był skłonny do całkowitego podporządkowania swej twórczości wymogom walki klasowej. Ważne było dlań poszanowanie indywidualnych, twórczych aspiracji oraz realizacji wynikającego z talentu potencjału twórczego.

Obawy poety budziła sytuacja Polski zagrożonej przez agresywną III Rzeszę. Po rocznym pobycie w Paryżu Miłosz nie miał złudzeń co do pomocy ze strony Francji. Przebieg wydarzeń we wrześniu 1939 roku, a zwłaszcza ucieczka z walczącego kraju jego przywódców do Rumunii, przekonała Miłosza o słuszności jego krytycznej oceny Polski międzywojennej. Okres wojny i okupacji poeta przetrwał w Warszawie. Do Armii Krajowej odnosił się z rezerwą, gdyż jej przywódcy nie zastanawiali się nad zmianami ustrojowymi w powojennej Polsce. Ich celem był powrót do prawicowo-chadeckiego modelu politycznego. W prasie podziemnej raziła go niechęć do rzetelnej dyskusji uzasadniana potrzebą walki zbrojnej z okupantem. Walka ta – zdaniem Miłosza – powodowała osłabienie i wyniszczenie społeczeństwa polskiego.

Ocalenie zbliżało się ze Wschodu. Czesław Miłosz wiedział o stalinowskich represjach, masowych deportacjach i o Katyniu. Wynik wojny skłaniał go jednak do wniosku, że Polska może istnieć „w kształcie nadanym jej i gwarantowanym przez Związek Sowiecki, albo przestać istnieć. […] Żaden rząd pochodzący z wolnych wyborów nie dostałby Ziem Zachodnich w podarunku od Wielkiego Brata”.

 

Pisarze-dyplomaci

Po zakończeniu wojny wielu pisarzy związanych w okresie międzywojennym z lewicą podjęło pracę w służbie zagranicznej Polski Ludowej. Jerzy Putrament został posłem w Szwajcarii. Później stanowisko to objął Julian Przyboś a Putrament został ambasadorem w Paryżu. Antoni Słonimski był dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Z kolei Mirosław Żuławski był dyplomatą w Pradze, a później w Paryżu. Był też stałym delegatem Polski do UNESCO, a później ambasadorem w Republice Mali. Stanisław Jerzy Lec pracował jako attaché prasowy Misji Polskiej w Wiedniu. Jerzy Zagórski przez krótki czas pełnił obowiązki attaché kulturalnego w Paryżu Andrzej Kuśniewicz przed wojną pracował na placówkach w Czechosłowacji i we Francji. Po wojnie był konsulem w Lille i radcą Ambasady w Paryżu. Inny przedwojenny dyplomata, Tadeusz Breza, powrócił do służby zagranicznej w roku 1955 i był radcą ds. kultury w Rzymie i w Paryżu.

Czesław Miłosz dzięki doskonałej znajomości angielskiego i francuskiego był znakomitym kandydatem do pracy w USA i Francji. W latach 1946-1949 był attaché kulturalnym w Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku, a następnie II sekretarzem Ambasady w Waszyngtonie. W roku 1950 został przeniesiony do Ambasady w Paryżu.

 

W obronie polskiej racji stanu

Sytuacja Czesława Miłosza w Nowym Jorku była trudna. Konsulat Generalny był bojkotowany przez wrogo usposobione do przemian w Polsce organizacje polonijne. W Bibliotece Publicznej nie było w ogóle publikacji polskich ukazujących się w kraju. Tragedia kielecka wywołała nastroje antypolskie. Częściej mówiono o antysemitach-Polakach, niż o zbrodniach popełnionych na narodzie żydowskim przez III Rzeszę. W postawie wobec pokonanych Niemców były liczne przejawy współczucia. Ważnym, szkodliwym dla sprawy polskiej wydarzeniem było przemówienie sekretarza stanu Jamesa F. Byrnesa wygłoszone w Stuttgarcie 6 września 1946 roku. Polityk amerykański kwestionował trwały i ostateczny charakter polskiej granicy zachodniej To podejście musiało budzić niepokój polskich władz oraz mieszkańców Wrocławia i Szczecina. Dla Stalina było ono korzystne gdyż potwierdzało jego pozycję jako jedynego gwaranta tej granicy.

Czesław Miłosz wykorzystywał swe osobiste znajomości z pisarzami polskimi mieszkającymi w Nowym Jorku, osłabiając tym samym izolację Konsulatu Generalnego. Niektórzy spośród pisarzy – często nastawionych krytycznie wobec nowego kierownictwa państwa polskiego – pozytywnie oceniali przemiany społeczne w Kraju, a zwłaszcza rewolucję kulturalną – walkę z analfabetyzmem, wzrost czytelnictwa, wysokie nakłady książek oraz rozwój sieci szkół i bibliotek. Rozmowy z Miłoszem sprzyjały podejmowaniu decyzji o powrocie lub odwiedzeniu Kraju czy też rozpoczęciu współpracy z czasopismami krajowymi.

Czesław Miłosz przywiązywał wagę do kontaktów z amerykańską społecznością żydowską.

Jak pisze prof. Stępień „w kwietniu 1946 roku, w trzecią rocznicę powstania w getcie warszawskim, na zaproszenie Jewish Congress, Miłosz Miał odczyt w Bostonie, mimo sprzeciwu działaczy Bundu, którzy nie chcieli dopuścić do wystąpienia „komunisty”. A było ono bardzo udane, szeroko reklamowane, zebrało się 1500 osób”.

Na terenie Konsulatu od kwietnia do czerwca odbywały się spotkania poświęcone trzeciej rocznicy walk w Getcie Warszawskim urządzane przez American Jewish Congress. Do tego rodzaju spotkań przywiązywał Miłosz wielką wagę, gdyż widział, i informował o tym polskie władze, że sprawa antysemityzmu w Polsce jest nadal jedną z największych przeszkód na terenie międzynarodowym, a przełamywanie wrogości społeczeństwa żydowskiego jest jednym z najważniejszych zadań w Ameryce, „podstawowym zagadnieniem dla naszych stosunków z USA, w pierwszym rzędzie, jeżeli chodzi o pomoc ekonomiczną i naukową”.

Czesław Miłosz podejmował starania na rzecz osiągalności polskich książek w USA i amerykańskich w Polsce.

„Niewątpliwie dużym sukcesem Miłosza – podkreśla prof. Stępień – było doprowadzenie do urządzenia w New York Public Library wystawy polskiej książki powojennej. Otwarta 3 maja (!) 1947 roku w głównym budynku biblioteki przy Piątej Alei, pod nazwą „Post-war Poland, 1945-47, an Exhibition of Polish Books and Photographs”, czynna była do końca czerwca. Odwiedziło ją około 20 000 osób”.

Biuro Wymiany przy Bibliotece Narodowej w Warszawie otrzymało 374 skrzynie książek od American Book Center, co było rezultatem dobrych stosunków Miłosza z dyrektorem Center. Później niepokoił go fakt, że skrzynie przez długi czas leżały nierozpakowane.

Sukcesem Czesława Miłosza było również nawiązanie kontaktu z założycielem i ówczesnym dyrektorem Fundacji Kościuszkowskiej Stefanem Mierzwą, który następnie był piętnowany przez prasę polonijną za „współpracę z komunistami”. Mimo tej presji – jak podkreśla prof. Stępień – Fundacja rozpoczęła akcję pomocy dla Kraju, zaopatrywania polskich uniwersytetów w książki naukowe, zapraszania polskich studentów na studia w Ameryce, polskich profesorów z odczytami, co Polonia przyjmowała „ze zdumieniem i z wyraźnym niesmakiem”.

Zdumiewające było zacietrzewienie Polonii wobec projektu utworzenia na Uniwersytecie Columbia-pierwszej w USA – katedry literatury polskiej. Projekt ten został zrealizowany, mimo iż kosztował rocznie 10 000 dolarów. Kwotę tą udało się uzyskać dzięki staraniom Miłosza i poparciu ówczesnego ministra spraw zagranicznych Zygmunta Modzelewskiego Wbrew protestom Kongresu Polonii Amerykańskiej, prezydent Uniwersytetu – a później prezydent USA – Dwight Eisenhower projekt ten zaakceptował. Powstała Katedra im. Adama Mickiewicza posiadająca prawo nadawania doktoratów. Zdaniem działaczy i dziennikarzy polonijnych, Katedra była „przybudówką komunistycznego rządu polskiego”. Kierownik Katedry, wybitny uczony, prof. Manfred Kridl był nazywany „bolszewikiem nr 1”.

 

Norwid w Minneapolis

Wiele lat temu student Politechniki Poznańskiej, dzięki wymianie stypendystów pomiędzy Zrzeszeniem Studentów Polskich (ZSP) a United States National Student Association (USNSA) znalazł się w University of Minnesota w Minneapolis. W trybie indywidualnym, pod kierunkiem tutora Roberta Albrechta doskonalił swą umiejętność pisania tekstów angielskich. Albrecht był zainteresowany historią i literaturą polską. Student wspomniał mu o Cyprianie Kamilu Norwidzie, który napisał dwa wiersze upamiętniające Johna Browna. Na następne spotkanie Albrecht przyniósł „Wybór poezji” Norwida wydany w Warszawie w 1947 roku. Student dokonał przekładu filologicznego obu wierszy. Zastanawiał się, w jaki sposób ta książka znalazła się w głębi Ameryki, w bibliotece uniwersytetu stanowego. Sądził, że ktoś musiał o to zadbać.

 

Decyzja człowieka „całkowicie ideologicznie obcego”

Czesław Miłosz był dyplomatą o wysokich kwalifikacjach, wykazywał zaangażowanie w pracę i – w trudnych warunkach – osiągał znakomite wyniki. Wysoko cenił go ambasador w Waszyngtonie Józef Winiewicz. Jednakże po roku 1948 wszystko to stawało się mało ważne. Nadszedł czas ślepego posłuszeństwa i wiernopoddańczych frazesów. I cynizmu.
Jak każdy pracownik służby zagranicznej Czesław Miłosz składał sprawozdania ze swej pracy.
Raporty dyplomatyczne Miłosza cechowała otwartość i szczerość. Są w nich krytyczne opinie o niektórych decyzjach polskich władz oraz o sytuacji międzynarodowej w której ważną rolę odgrywał Związek Radziecki. Po roku 1948 w Polsce tego rodzaju opinie były traktowane jako przejawy wrogości. Komisja ustalająca listę pracowników odwoływanych z placówek uznała, że Czesław Miłosz to „człowiek całkowicie ideologicznie obcy”, który „ujawnił w swoich wypowiedziach wrogi i szkalujący stosunek do wszelkich przejawów życia w kraju. Żona-zaciekły wróg Związku Radzieckiego”.
Kiedy w grudniu 1950 roku Miłosz przyjechał do Warszawy zabrano mu paszport. Wskutek interwencji ministra Modzelewskiego poeta paszport odzyskał i wyjechał do Paryża.
1 lutego 1951 roku wystąpił o azyl we Francji.

 

Marian Stępień – „Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki”, Wydawnictwo Studio Emka, 2018, str. 291, ISBN: 978-83-65068-96-5

Dyplomatyczna buta

Amerykańscy ambasadorowie strzelają gafę za gafą. Tłumaczyć je można jako przypadkowe wpadki, ale w swojej istocie pokazują one, jak amerykańska dyplomacja widzi relacje między Stanami Zjednoczonymi a ich sojusznikami. A może raczej – wasalami.

 

Jest takie powiedzenie, że dyplomata najpierw dwa razy pomyśli zanim nic nie powie. Do amerykańskich ambasadorów najwyraźniej się ono nie stosuje.

 

Jerozolima

Najpierw szef nowo otwartej placówki w Jerozolimie – jakby mało zła stało się na skutek decyzji prezydenta Donalda Trumpa o finalizacji przeniesienia jej siedziby z Tel Awiwu – David M. Friedman pozwolił sobie wręczyć wielkoformatowe zdjęcie, na którym wyretuszowano panoramę miasta w taki sposób, jak chcieliby je widzieć izraelscy nacjonaliści: usunięto z niego meczet Al-Aksa i zastąpiono go symulacją Trzeciej Świątyni żydowskiej. Zdjęcie ambasadora Friedmana przyjmującego to dzieło z rąk przedstawicieli żydowskiej organizacji charytatywnej Achija w Bnei Brak pojawiło się na ultraortodoksyjnym portalu Kikar Haszbat. Zostało to odebrane jako wyraz amerykańskiego poparcia dla przejęcia przez Izrael całości Jerozolimy. W kontekście niedawnego przeniesienia ambasady jest to zresztą zupełnie zrozumiała interpretacja. W konsekwencji palcówka musiała się potem tłumaczyć, że USA podtrzymują stanowisko w sprawie utrzymania status quo na Wzgórzu Świątynnym, że ambasador nie wiedział, co jest na symulacji wyobrażone i jakie implikacje wynikają z zastąpienia meczetu odbudowaną Świątynią Jerozolimską Heroda Wielkiego, której zburzenie przez Rzymian w 70 r. n.e. nota bene wyznacza koniec istnienia państwa żydowskiego w Palestynie i początek Diaspory. Tłumaczenie skądinąd mało przekonujące, bo ambasador Friedman jest znany jako przeciwnik rozwiązania opartego na dwu państwach – izraelskim i palestyńskim – i aktwny działacz organizacji American Friends of Bet El Institutions wspierającej żydowskie osadnictwo na Terytoriach Okupowanych (Zachodnim Brzegu), finansowanej m.in. przez zięcia prezydenta Jareda Kushnera. Przyjmowanie, że ktoś taki nie wie, co oznacza odbudowa Świątyni Jerozolimskiej dowodzi albo wielkiej naiwności albo braku lepszych argumentów.

 

Berlin

Następna poważna wpadka była dziełem amerykańskiego ambasadora w Niemczech, Richarda Grenella. Rozpoczął on swoją misję w Berlinie nieledwie miesiąc temu i od tego czasu już zdążył udzielić wywiadu ultraprawicowemu portalowi Breitbart w którym zapowiedział, że będzie aktywnie wspierać „twardą prawicę”. Zainicjował także niespotykaną w dyplomatycznym świecie praktykę przyjmowania w ambasadzie szefów rządów odwiedzających niemiecką stolicę (m.in. premiera Izraela Benjamina Netanjahu i kanclerza Austrii Sebastiana Kurza) – jakby nie był w niej akredytowany w charakterze ambasadora lecz miał funkcję amerykańskiego namiestnika.

Niemiecka lewica zareagowała bardzo ostro. Martin Schulz z SPD określił Grenella jako „kolonialnego urzędnika skrajnej prawicy” a deputowana partii Die Linke Sahra Wagenknecht stwierdziłą: „Jeśli rząd poważnie traktuje suwerenność demokratyczną naszego państwa, nie powinien zapraszać Grenella na rozmowy przy kawie, tylko natychmiast wyrzucić z kraju”. Zresztą, nawet dla CDU/CSU zachowanie posła jest co najmniej kłopotliwe. W konsekwencji Auswärtiges Amt znalazł się w kłopotliwej sytuacji i musiał zwrócić się do ambasadora o wyjaśnienie powodów dla których „nie zachowuje neutralności przedstawiciela dyplomatycznego”.

 

Warszawa, a raczej jeszcze Waszyngton

Przygotowująca się do objęcia placówki w Polsce nominatka Donalda Trumpa Georgette Mosbacher podczas przesłuchania w Senacie przypisała wzrost antysemityzmu w Europie ustawie o IPN i zapowiedziała, że „będzie wyrażać zaniepokojenie zagrożeniem instytucji demokratycznych w Polsce”. Polskim mediom zapowiedziała też, że będzie starać się o to, aby Polacy kupowali więcej amerykańskich towarów, co w atmosferze rozpoczynającej się wojny celnej pomiędzy USA a UE jest niedwuznacznym akcentem. Nie rzecz tu w sprawach merytorycznych – czy w Polsce praworządność jest zagrożona, czy też nie i czy Polska powinna wyłamywać się z unijnej solidarności, czy nie – ale, podobnie jak w przypadku ambasadora Grenella, o zachowanie neutralności. Polski MSZ znalazł się więc w sytuacji równie kłopotliwej jak niemiecki. Wprawdzie nie pojawiły się głosy postulujące wycofanie agrément dla pani Mossbacher, bo polskiej opozycji krytyka rządu i jego polityki do nowej ambasador raczej nie zniechęci, ale wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki podczas swojej wizyty w Departamencie Stanu musiał kluczyć, jak tu zaprotestować (bo to musiał zrobić), a równocześnie nie obrazić Wielkiego Sojusznika, robiąc dobrą minę do złej gry udawać, że to tylko deszcz pada a Wielki Sojusznik nadal uważa Polskę za ważny kraj z którym łączą go „szczególne więzy”.

 

Dyplomatyczna buta

Truizmem i banałem jest stwierdzenie, że status dyplomaty wymaga taktu i wyczucia. Daje on bardzo konkretne przywileje, włącznie z immunitetem, ale i narzuca bardzo konkretne ograniczenia. Rzecz jasna – dyplomaci reprezentujący swoje kraje mają wykonywać zadania związane z realizacją ich polityki, a co za tym idzie, nierzadko również wiążące się z ingerowaniem w sprawy wewnętrzne państw przyjmujących i ich życie polityczne. Jeśli to jednak czynią, powinni robić to dyskretnie, bez rozgłosu, a nie publicznie się z tym obnosząc, bo tym stawiają państwo przyjmujące, choćby i sojusznicze, w kłopotliwej sytuacji a swojemu krajowi przynoszą szkodę wizerunkową. Niedawne gafy amerykańskich ambasadorów w Izraelu, Niemczech i Polsce (in spe) pokazują, że powyższe uwagi dla amerykańskich dyplomatów nie mają znaczenia. Częściowo można to tłumaczyć amerykańską praktyką powoływania na stanowiska ambasadorskie nie zawodowych dyplomatów ale osobistości zasłużone dla kampanii wyborczej prezydenta, którym arkana tego zawodu mogą być obce, ale nie wyczerpuje to istoty problemu. Bo ta leży gdzie indziej i polega na tym, jak Waszyngton patrzy na resztę świata. Nieporadni ambasadorowie tylko tę prawdę swoimi gafami ujawniają.