Cnoty niewieście

Miała być nowa, przedwojenna sanacja, wyszła PiS-owi recydywa czasów saskich.
„Wzmacniamy obronę na wypadek, gdyby wydarzyło się nieszczęście”, tak pan prezes i wicepremier ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński uzasadniał decyzję o zamówieniu 250 czołgów Abrams M1A2. Taką radosną nowinę ogłosił w siedzibie Pierwszej Brygady Pancernej w Warszawie-Wesołej. Pewnie dlatego, żeby wizjonerska zapowiedź zabrzmiała wiarygodnie i poważnie. I tak stało się. Zapowiedź zakupu czołgów za przynajmniej 23 miliardy złotych, bez przetargu i wcześniejszych analiz, rozpalił głowy parlamentarzystów i ekspertów. Wszyscy chwalili jakość amerykańskiego produktu, ale większość zanegowała celowość tego zakupu. Bo wprowadzi on chaos w wojsku, właśnie gdzie modernizuje się stare po radzieckie czołgi T-72 i niemieckie Leopardy, a teraz wprowadza się trzeci typ czołgu. Działającego wedle innego systemu łączności i zaopatrywania niż te posiadane. Zakup Abramsów to przekreślenie planów projektowania i produkcji czołgu „nowego typu” wraz z Francją i Niemcami, które prowadzą taki program rozwojowy.
Zakup gotowego amerykańskiego produktu to zarzynanie polskiego przemysłu zbrojeniowego, któremu pozostanie jedynie rządowy program przemalowywania poradzieckich hełmów w barwy godne dumnego Wojska Polskiego. Na szczęście zapowiedź pana prezesa obyła się bez udziału przedstawiciela USA. To świadczyć może,że jest ona częścią kampanii wyborczej jaką sztabowcy PiS już rozpoczęli. Aby odwrócić uwagę mediów, opinii publicznej i opozycji od serii swoich kompromitujących porażek i złodziejskich afer, zaczęli wywoływać konflikty społeczne i kreować zagrożenia narodu polskiego. Robić to, w czym wyspecjalizowali się już wcześniej.
Kij i marchewka dla Bidena
To nie przypadek, że przy ogłoszeniu zakupów amerykańskich czołgów nie było żadnego przedstawiciela producenta. Administracja nowego prezydenta Bidena uznała ekipę PiS za koniecznych, ale nieprzyjaznych sojuszników. Demonstracyjnie zwlekała z przysłaniem do Warszawy swego ambasadora. Przypominała i pouczała o konieczności przestrzegania praw ludzkich, przynależnych również osobom LGBTI.
W odpowiedzi pan prezes Kaczyński postanowił „zagrać ostro”. Co lubi, co zawsze u polityków ceni. Nawet tak dalekich mu jak Aleksander Kwaśniewski. Tupnął nóżką i wydał administracji prezydenta Bidena wydał małą wojenkę propagandową. Najpierw jako „kija” użył znanego intelektualistę PiS, pana posła Marka Suskiego. Ten wyciągnął projekt ustawy odbierającej koncesję telewizji TVN lub zmuszającej amerykańskich właścicieli całej grupy TVN SA do odsprzedaż przynajmniej części udziałów.
Jednocześnie zablokowano kandydaturę Marka Brzezińskiego na ambasadora USA w Polsce. Pretekst jest proceduralny, ktoś przebiegły wykrył, że amerykański dyplomata nadal ma polskie obywatelstwo. Ma z „automatu”, bo takie władze III RP przyznało jego ojcu Zbigniewowi Brzezińskiemu. Teraz Mark Brzeziński żeby objąć placówkę musiałby się zrzec polskiego obywatelstwa przed panem prezydentem Andrzejem Dudą. Wtedy od razu, ten reprezentant prezydenta Bidena, stałby się chłopcem do bicia zjednoczonego frontu propagandowego. Od TVP info po koncern braci Karnowskich. No, bo tylko potwór może zrzec się polskiego obywatelstwa,nieprawdaż ? I po takim występku ten „antyPolak” chce być ambasadorem w Polsce! Co za ohydna prowokacja!
Elity PiS nie potrzebują dobrych relacji z administracją Bidena. Bo wiedzą, że niczego więcej od niej nie dostaną. Przeciwnie każdy bliższy kontakt może dać okazję Amerykanom do kolejnego potępienia ksenofobów z PiS, do publicznego ich pouczania. A to może obniżyć autorytet elit PiS wśród narodowo-katolickich wyborców.
Elity PiS wiedzą, że najlepiej cementuje i mobilizuje się ich wyborców, ten przysłowiowy „ciemny lud” pokazując zagrożenia dla polskości i tradycyjnych wartości. Dla tych „cnót niewieścich”.
Na owe „cnoty” codziennie czyha zdegenerowana telewizja TVN. Pan poseł Suski chciał ją nawrócić na drogę „cnót”, ale nowa,antypolska administracja USA przeszkodziła mu z tym zbożnym dziele. Na szczęście w efekcie pracy pana posła wszyscy prawdziwi i katoliccy Polacy wiedzą jakie to gagatki pracują w tym TVN. Wiedzą, że lepiej TVN nie oglądać. Aby nie być posądzonym o antyamerykańskie fobie propagandziści PiS przygotowali dla Waszyngtonu giga marchewkę. Ofertę zakupu 250 czołgów – taki program 21 miliardów +.
Jeśli Amerykanie połaszą się, będą musieli publicznie elitom PiS podziękować. Uchylić symbolicznie kapelusza przed panem prezesem i jego drużyną. Jeśli Amerykanie nie uczynią tego przed wyborami, to PiS media oskarża ich o „antypolonizm”. O nowy „Pakt Biden- Putin”. Znów Polska PiSiolska stanie się samotną redutą walczącą z wrażą, obcą nawałnicą. Tym, co wyborcy PiS uwielbiają.
Wojna ze wszystkimi
Pani poseł Małgorzata Janowska, która pod koniec czerwca triumfalnie ogłaszała odejście z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości zostanie członkinią Partii Republikańskiej Adama Bielana. To oznacza to jej powrót na łono PiS-u.
Wcześniej do klubu PiS powrócił pan poseł Arkadiusz Czartoryski, też chwilowy dysydent. Dzięki temu pan prezes Kaczyński znów ma niewielką większość w Sejmie RP. Swoich 232 parlamentarzystów i głosy przekupionych politycznie Kukizowców – synonimów „kurestwa politycznego” w tej kadencji Sejmu RP.
Przypadki pani poseł Janowskiej i pana posła Czartoryskiego wskazują, że „niepokorni” parlamentarzyści PiS są do kupienia. Wracamy tym do sejmów z czasów saskich, kiedy takie procedery były parlamentarnymi normami. Nawet cenniki transakcji bywały z góry określone. Ta odzyskana większość daje elitom PiS pewność i zachęca do kolejnych propagandowych wojen.
Teraz wojny o „suwerenność IV Rzeczpospolitej”. Wojny z wrażą Unią Europejską.
Zdaniem europejskiego Trybunału władza PiS naruszyła prawo i zobowiązania związane z podpisaniem przez Polskę traktatów o Unii Europejskiej oraz Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej.
Teraz zgodnie z prawem, które obowiązuje we wszystkich państwach Unii Europejskiej, Polska powinna zmienić przepisy dotyczące Izby Dyscyplinarnej i całego systemu dyscyplinowania sędziów.
Ale władza PiS nie zamierza tego uczynić, bo załatwiła sobie orzeczenia swojego Trybunału Konstytucyjnego, które mówią o wyższości prawa wynikającego z Konstytucji PR nad prawem Unii Europejskiej.
Będziemy mieć teraz kampanię propagandową PiS przeciwko instytucjom Unii Europejskiej. Chaos prawny,czyli to co elity PiS lubią szczególnie. Oczywiście jeśli Polska nie zastosuje się do wyroku TSUE, sprawa może zakończyć się dotkliwymi karami finansowymi. Ale elity PiS nie przejmują się ty. Oni przecież nie zapłacą ze swojej kieszeni za te kary. Podobnie jak za niepotrzebne nam amerykańskie czołgi. Zapłacą podatnicy, czyli my.
Ale dopiero za kilka lat, kiedy elity PiS zostaną odsunięte od władzy. Bezpiecznie spadną na przygotowane sobie zawczasu poduszki finansowe. Teraz czeka nas czas chaosu. Recydywa „czasów saskich”, znanych niektórym z polskiej historii. Wojen „cnót niewieścich” z „neoliberalizmem, genderem i neomarksizmem”. Sporów modernizatorów z rewolucyjnymi kontr reformatorami. Powolnego, kroczącego Polexitu.
Tak będzie, bo opozycja nie jest w stanie wyłonić alternatywnego premiera. A ta lewicowa dodatkowo zajęta jest właśnie dzieleniem się. Traci tym kredyt zaufania otrzymany w 2019 roku przez wyborców – kredyt, przypomnę, za uzyskaną jedność.

Flaczki tygodnia

Uwaga,Uwaga, Uwaga! Do Warszawy przybywa Rewizor. Matthew G. Boyse, zastępca asystenta sekretarza stanu USA. Dyplomata, który zajmuje się relacjami z Europą Środkową i Wschodnią.

Jak już Amerykanie zapowiedzieli, głównym tematem jego wizyty będzie odpowiedź administracji USA na atak liderów PiS na amerykańskie przedsiębiorstwa w Polsce. Zwłaszcza na największą amerykańską inwestycję w naszym kraju,czyli grupę medialną TVN.

Zastępca asystenta sekretarza stanu Boyse to najwyższy rangą urzędnik administracji USA przysłany w tym roku na rozmowy do Polski. Państwa, które administracja nowego prezydenta Bidena demonstracyjnie olewa.
Polska jest jedynym państwem NATO, w którym Waszyngton nie mianował swojego ambasadora. Pan prezydent Duda nie miał jeszcze okazji do merytorycznej rozmowy z prezydentem Bidenem. Nie dostał też zaproszenia na kurtuazyjną, rutynową rozmowę z amerykańskim prezydentem podczas ostatniego szczytu NATO. Czy w przyszłym tygodniu pan prezydent Duda dostąpi łaski rozmowy z amerykańskim Zastępcą Asystenta?

Rozmowy liderów PiS z przysłanym tu Zastępcą Asystenta mogą być trudne. Za czasów ukochanego przez elity PiS prezydenta Trumpa, ów Boyse był współtwórcą polityki administracji USA wobec naszego kraju. Czyli wtedy był swój. Ale jak zachowa się teraz?
Dodatkowo, i co najgorsze, tenże Boyse zna język polski!

Zatem nie wejdą w grę ulubione i często stosowane przez elity PiS propagandowe uzasadnienie ich katastrof w polityce zagranicznej. Na zasadzie „Chcieliśmy dobrze, ale oni nie zrozumieli naszych szlachetnych intencji, bo mieli ich złe tłumaczenie”.
Teraz w Warszawie spekuluje się w jaki sposób amerykański Zastępca Asystenta przywoła rządzące elity PiS do porządku? Czy zgodnie z konserwatywną filozofią pana ministra Czarnka, każdego ze swych rozmówców przełoży przez kolano i da mu pięć pasów na goły tyłek? Aby skutecznie wybić im z głowy brykanie.
Czy od razu zagrozi zablokowaniem sprzedaży samolotów F-35 i innego amerykańskiego sprzętu wojskowego, który mógłby prześlicznie prezentować się na ukochanych przez PiS defiladach?
Wówczas do defilowania pozostaną elitom PiS jedynie stare poradzieckie i poniemieckie czołgi, przemalowane stare, „komunistyczne” hełmy, dziarskie oddziały WOT w chińskich tenisówkach, no i piesza husaria grup rekonstrukcyjnych.

Co działo się w głowie pana posła Marka Suskiego, że zaprezentował w Sejmie RP projekt ustawy wywołującej wojną z TVN, rozpalający już trwającą „zimną wojnę” z administracją USA?
Co gorsza pan poseł Suski, i wspierający go publicznie pan premier Morawiecki, proponowane ustawowe zaostrzenia rygorów polskiego rynku medialnego,uzasadniali ochroną Polski przed naporem kapitału amerykańskiego, rosyjskiego, chińskiego i arabskiego.

Przy okazji pan poseł Suski jest przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko -chińskiej. Wielokrotnie w tej kadencji publicznie deklarował swą przyjaźń wobec Chin, narodu chińskiego, respekt dla Komunistycznej Partii Chin. Jako parlamentarzysta o artystycznej wrażliwości obiecywał wsparcie PiS dla upowszechniania chińskiej kultury.
A teraz promuje blokadę dla chińskiego kapitału, gdyby zechciał on zainwestować w telewizję w Polsce by promować chińską kulturę.
Czy firmy chińskie pragnące zainwestować w Polsce mogą przy władzy PiS czuć się bezpiecznie?

Pan poseł Suski należy do grona intelektualistów PiS i zaufanych współpracowników pana prezesa Kaczyńskiego. Dlatego krajowy medialny Komentariat głowi się teraz co działo się w głowach pana prezesa Kaczyńskiego i pana przewodniczącego Suskiego, że postanowili uderzyć w kapitał amerykański, chiński, arabski i rosyjski naraz? Wojować na cztery fronty.

Pojawiają się tłumaczenia, że to tylko mała,medialna wojenka, aby odwrócić uwagę krajowych mediów od problemów władzy PiS. Może w Polsce to i odwróci, przykład tych „Flaczków”,poświęconych tylko temu tematowi, potwierdza taki zamysł.

Ale za granicą nie rozumieją takich gierek. Pewnie dlatego prestiżowa,czytana na całym świecie, gazeta „Handelsblatt” rekomenduje biznesowi omijanie Polski.

Lekcje geopolityki Joe Bidena

Amerykański prezydent sprowadził polską klasę polityczną na twardą ziemię.
I znów polskie elity polityczne mogą sobie powzdychać. Pobiadolić o „zdradzonych o świcie” przez podstępne, obce siły.
Joe Biden, zamrażając sankcje wobec firm budujących gazociąg Nord Steam 2, usunął ostatnie przeszkody w jego ukończeniu. Uczynił tak, bo chciał pozyskać Niemcy. Znaleźć w nich sojusznika do polityki blokowania i powstrzymywania gospodarczego Chin.
Niemcy są najsilniejszą gospodarką w Europie. Najpoważniejszym światowym partnerem gospodarczym Chin. Zdolnym do uzyskiwania nadwyżki w handlu z nimi. I nawet jeśli polityczne stosunki niemiecko- chińskie chwilowo osłabną, to silnie zakorzenione niemieckie firmy w Chinach pozostaną. Niezależnie kto będzie rządził w Pekinie i Waszyngtonie.
Zwłaszcza, że dzięki Nord Stream 2 gospodarka niemiecka zapewni sobie długoletnie dostawy taniego rosyjskiego gazu. Dającego niemieckim firmom przewagę konkurencyjną. Tenże gaz będzie spłacany produktami niemieckich firm. Konkurencyjnymi i innowacyjnymi, bo wytwarzanymi dzięki taniej energii.
Czy Rosja znów wykorzysta kooperację z gospodarką niemiecką do zmodernizowania się? To już zależy od jej elit politycznych. Znamy z wieków wcześniejszych podobną, korzystną dla obu państw, kooperację.
Reakcje polskich polityków i dziennikarskiego „komentariatu” na amerykańską decyzję przypominały nastroje człeka gwałtowne wyrwanego z głębokiego snu. Obudzonego z przysłowiową „ręką w nocniku”.
Okazało się, że polska polityka wobec Rosji opierała się na niewzruszonym przekonaniu, że Nord Stream 2 nigdy nie powstanie. Dlatego nie warto było z Rosją rozmawiać.
A Berlinowi trzeba było wysyłać cyklicznie groźne pomruki. Rozbijać jedność Unii Europejskiej. Proponować przeniesienie wojsk amerykańskich z niemieckich baz do polskich „Fortów Trumpów”. Wypominać Niemcom zbrodnie i grabieże z ubiegłego wieku. I wyceniać polskie cierpienia na miliardy euro.
W nocniku, bez fajki
Polski sprzeciw wobec NS2 wynikał z politycznych, nie gospodarczych przesłanek. Był fundamentem polskiej „suwerenności”.Przejawem politycznej solidarności z Ukrainą i trzema republikami bałtyckimi. Bo gospodarczo na NS2 najbardziej straci Ukraina i Litwa.
Polska za rządów PiS przygotowywała się do redukcji zakupów gazu rosyjskiego. Uważanego za broń polityczną Kremla. Elity polityczne PiS planowały stworzyć w naszym kraju wielki port przeładunkowy gazu skroplonego. Importowanego z USA, Kataru i wszystkich innych państw niż Rosja.
W 2022 roku kończy się wieloletnia umowa polsko- rosyjska na dostarczanie gazu w Rosji. Nową umowę elity PiS chciały podpisać na nowych, już „suwerennych” warunkach. Bez ukończonego Nord Stream 2.
Za to z wybudowanymi gazoportami i dodatkowo z rurociągiem „Baltic Pipe” umożliwiającym dostawy norweskiego gazu do Polski. Posiadając takie asy przetargowe można siadać do negocjacji z Gasporomem.
Niestety konkurencyjny NS2 zapewne będzie w 2022 roku gotowy. Za to szumnie zwiastowanej „Baltic Pipe” raczej nie będzie. Przynajmniej do końca 2022 roku.
Bo elity PiS znowu wykazały się niekompetencją. Dopuściły do sytuacji,że władze duńskie cofnęły pozwolenie na budowę Baltic Pipe na jej terenie. W trosce o ochronę środowiska naturalnego.
Oczywiście pozwolenie można przywrócić, ale to wymaga czasu i fachowych działań. Niepodobnych do stylu negocjacji turoszowskich. Wymagających czasu.
Zatem z kart przetargowych pozostały tylko gazoport w Świnoujściu,magazyny gazu i własne złoża gazu. Czy wystarczą na „suwerenność energetyczną” dumnej IV RP?
Z boku, na stojaka
Prezydent Biden spotkał się z przywódcami Litwy, Łotwy i Estonii podczas niedawnego szczytu NATO. Zapewne obiecał im jakieś rekompensaty za zgodę na Nord Stream 2. Ukraińskiemu prezydentowi obiecał wsparcie militarne USA i NATO oraz program akcesji Ukrainy do NATO. Pod licznymi warunkami, niełatwymi do spełnienia.
Dzięki temu elity ukraińskie mogą mieć przekonanie, że ich państwo nie utraci kolejnych terenów na rzecz Rosji. Mogą łatwiej pozyskać amerykańskich inwestorów.
USA może naciskać na Rosję grożąc jej,że w razie braku ustępstw na innych polach, postępy amerykanizacji Ukrainy zostaną przyśpieszone.
A polskie elity polityczne zostały wykluczone z gry USA – Unia Europejska – Rosja – Chiny.
O amerykańskiej zgodzie na NS2 polski minister spraw zagranicznych dowiedział się z lektury amerykańskich gazet. Sam to przyznał w wywiadzie dla ”Rzeczpospolitej”. Nie mógł tej informacji potwierdzić w amerykańskiej ambasadzie, bo nie ma w Polsce ambasadora USA.
W czasie ostatniego szczytu NATO doszło co prawda do „historycznego szczytu Duda – Biden”. Obaj prezydenci spotkali się na korytarzu. Rozmawiali na stojaka,około czterech minut aż.
Prezydent Biden zapowiada „rewitalizację demokracji”. Ową „demokrację” będzie używał jako broń polityczną wobec Chin, Rosji i wszystkich innych państw, które uzna za „niedemokratyczne”. Polityka zagraniczna elit PiS polega na „wojnie kulturowej” ze „zdemoralizowaną Unią Europejską” i wojnie politycznej z Rosją.
Gwarantem bezpieczeństwa państwa polskiego elity PiS uczyniły prezydenta USA Donalda Trumpa. On także wojował kulturowo z Unią Europejską.
Generalnie polityka zagraniczna PiS oparta jest na sympatiach, i przede wszystkim antypatiach, personalnych. Nie na interesach gospodarczych. Prezydent Trump dalej jest kochany, a Putin znienawidzony. Choć obaj są na „wojnie kulturowej” z Unią Europejską.
Kanclerz Merkel jest dalej znienawidzona, choć gospodarka niemiecka jest największym partnerem polskiej.
Wszystkie inne oświecone państwa swą politykę zagraniczną budują też na interesach państwowych, nie personalnych miłościach. Dlatego przywódcy USA, Niemiec, Francji zawsze rozmawiają z prezydentem Rosji, którego elity polskie nienawidzą. Teraz w USA, największym gwarancie bezpieczeństwa militarnego państwa polskiego rządzi prezydent, który jest na „wojnie kulturowej” z elitami PiS. I który rozmawia z prezydentem Rosji, bo uznał, że jednak warto.
Co robić?
Można dalej nucić „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Można też podjąć działania wedle realnej geopolityki. A nie mrzonek z ubiegłego wieku.
Skoro ten Nord Stream 2 jednak będzie skończony, to zamiast pluć na rurę z gazem, można podłączyć się do niej. Skoro „suwerenność energetyczna” oznacza dywersyfikację dostaw gazu, to czemu nie mieć dostępu do gazu amerykańskiego, katarskiego, rosyjskiego i w przyszłości norweskiego? Kupować ten najkorzystniejszy.
Skoro amerykański Wielki Brat rozmawia z Rosją, skoro liderzy Unii Europejskiej rozmawiają z przedstawicielami Rosji, czemu polscy politycy nawet podjąć rozmowy nie chcą? Boją się odrzucenia?
A na dobry początek mogą uczynić dobry gest. Niech władze polskie odmrożą mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim. Uczynią taki mały krok dobrej woli.
Wyjdą z okopów. Bo teraz walczy się inaczej.

Dobrze, ale czemu nie lepiej?

Dobrze się stało, że polski minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau złożył niedawno wizytę w Chinach. Bo miał możliwość, razem z chińskim ministrem spraw zagranicznych Wang Yi, omówić wiele zaległych z powodu pandemii spraw. Zweryfikować harmonogram ich wspólnej realizacji, zaplanować posiedzenie Międzyrządowego Komitetu Chiny – Polska na drugą połowę tego roku.

Dobrze się stało, bo nie było to tylko rutynowe spotkanie ministrów państw współpracujących od wielu lat, posiadających strategiczne relacje partnerskie. Lato 2021 jest dla państw Unii Europejskiej szczególnym okresem. Pandemia ustępuje, niebawem większość tych państw osiągnie gwarantujący bezpieczeństwo zdrowotne poziom zaszczepień. To sprawi, że już jesienią nastąpi tam nowe otwarcie gospodarcze i polityczne.
Podobnie jest w USA. Nowy prezydent Joe Biden stworzył już swoją administrację i zaplecze eksperckie. Zapowiedział zmiany w polityce międzynarodowej USA, wśród nich zmiany w relacjach z Unią Europejską.
Czasem zamiany tak zaskakujące, jak zasygnalizowany niedawno reset w relacjach z Rosją. Wznowienie dialogu z Kremlem. Faktyczną zgodę na budowę rosyjsko – niemieckiego gazociągu Nord Stream 2, której sprzeciwiały się Ukraina oraz Polska, Litwa i Łotwa.
Międzynarodowi eksperci uważają, że w zamian za rezygnację z blokowania rosyjsko – niemieckiego gazociągu administracja USA oczekuje od rządu Niemiec zawieszenie ratyfikacji przez Niemcy i inne państwa europejskie chińsko – europejskiej umowy inwestycyjnej (CAI).
Podpisanej w grudniu 2020 roku, kiedy Niemcy miały „prezydencję Unii Europejskiej”, czyli przewodziły jej. Umowy korzystnej dla europejskich firm, zwłaszcza tych największych, od wielu lat inwestujących w Chinach. Czyli niemieckich.
Niemcy są największym europejskim partnerem gospodarczym Chin. Polska jest największym europejskim partnerem gospodarczym Niemiec. I jednym z największych na świecie, większym bawet niż USA. Analizując handel międzynarodowy często zapomina się, że zwykle 30 procent finalnego produktu, sprzedawanego przez znane niemieckie firmy zostało wyprodukowanych w Polsce. To powoduje, że również polskie przedsiębiorstwa są bardzo zainteresowane ratyfikacją umowy CAI. Podobnie jak firmy z innych państw Unii Europejskiej. Zwłaszcza tych średnich, szukających nowych rynków zbytu.
Do tej pory ciężar dokończenia ratyfikacji CAI w Unii Europejskiej spoczywał na rządzie Niemiec. Podpisano ją przecież w czasie niemieckiej prezydencji w Unii, zatem zwyczajowo, to Niemcy powinny pilotować jej sfinalizowanie.
Skoro jednak rząd Niemiec może wycofywać się z tej liderskiej funkcji, to zadania dokończenia ratyfikacji CAI mogą podjąć się inne państwa UE.
Taki pogląd można wyczytać ze wspólnych komunikatów po spotkaniu ministrów Raua i Wanga. Utwierdzić w tym przekonaniu może też kalendarz wizyt innych europejskich ministrów . Po polskim ministrze, w końcu maja odwiedzili Chiny ministrowie spraw zagranicznych Węgier, Irlandii, oraz Serbii. To ostatnie państwo jest jeszcze poza Unią Europejską, ale należy do aktywnych państw w Formacie 17+1.
Taki skład pierwszej czwórki odwiedzającej Chiny w nowym, po pandemicznym sezonie politycznym, odczytywany jest przez analityków jako wyraźny sygnał płynach z Pekinu. Wzmocnienia relacji Chin z państwami Europy Środkowo- Wschodniej.
W czasie spotkania ministrów Raua i Wanga omówiono też przyszłość Formatu 17+1. Powstałego w 2012 roku w Warszawie związku gospodarczego skupiającego 17 państwa z Europy Środkowo- Wschodniej i Chin.
Po prawie dziesięcioletniej już działalności Format wymaga rzetelnej oceny i reform. Dostosowania go do nowych realiów. Błędem byłoby rezygnacja z takiej współpracy regionalnej. Nawet jeśli niektóre mniejsze państwa, jak Litwa, uważają się za niedoceniane i pomijane w inwestycyjnych projektach Formatu.
Niewątpliwą szansą na efektywny rozwój relacji gospodarczych w Formacie 17 + 1 oraz pomiędzy Chinami i Unią Europejską są wieloletnie plany rozwoju przyjęte we wszystkich tych państwach. Wszystkie zakładają bowiem rozwój energii odnawialnej i wszelkich innowacji związanych z „zieloną energetyką”.
Oczywistym jest, że nie poprawimy globalnego klimatu jedynie indywidualnymi wysiłkami Unii Europejskiej, Chin, czy USA. Dla dobra całego globu trzeba skorelować wspólne plany i dzielić się wspólnymi innowacyjnymi rozwiązaniami.
„Minister Rau zadeklarował, że Polska, jako jeden z beneficjentów rozwoju ładu światowego po 1989 roku, będzie nadal współpracować z sojusznikami i partnerami w tworzeniu i utrzymywaniu warunków dla pokojowej współpracy międzynarodowej” – czytamy w komunikacie ogłoszonym po spotkaniu.
Niech to będzie drogowskazem dla innych państw Unii Europejskiej. Wszystkich rządów naszego globu.

Sushi con carne

Relacje niektórych państw NATO i Rosji, weszły w fazę fizjologiczną. Sprowadzają się bowiem do wydalania.

Zaczęło się wbrew pozorom wcale nie od deklaracji Bidena, że pogoni kota 10 rosyjskim dyplomatom. Jeszcze w marcu Włochy wydaliły dwóch rosyjskich dyplomatów. Służby włoskie wyśledziły jak kapitan włoskiej marynarki wojennej przekazywał im, za pieniądze, tajne dokumenty zawierające informacje z zakresu bezpieczeństwa państwa. W odpowiedzi Rosjanie wydalili z Moskwy tylko jednego włoskiego dyplomatę.

Bułgarzy, 22 marca wyrzucili z kraju 2 członków rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. Oczywiście po oskarżeniu ich o działalność kontrwywiadowczą. Rosja odczekała niemal miesiąc i 20 kwietnia wydaliła ze swojego terytorium dwóch bułgarskich dyplomatów. Bułgarski ślad dyplomacji rosyjskiej nie wziął się znikąd i miał zaowocować posunięciem czeskim. Bułgarzy mieli bowiem dowody co do tego, kto stał za wysadzeniem kilka lat temu, należącego do obywateli ich kraju magazynu z materiałami wybuchowymi w Czechach.

Na osi czasu dopiero teraz pojawia się Joe Biden. W połowie kwietnia amerykański prezydent w przemowie stwierdza, że wprowadza sankcje personalne wobec 32 osób zamieszanych w próby ingerowania w amerykańskie wybory w 2020 r. Oprócz tego, USA wydalają 10 osób z rosyjskiej misji dyplomatycznej w Waszyngtonie, wśród których – jakże by inaczej – są przedstawiciele rosyjskich służb wywiadowczych.

Parę godzin później odzywają się polskie nożyce. Żeby zamazać wtopę z nielubieniem Bidena polski MSZ przypomina sobie, że są u nas Rosjanie. Wezwano więc rosyjskiego ambasadora w naszym kraju i wręczono mu notę dyplomatyczną o uznaniu za persona non grata trzech pracowników ambasady Rosji w Warszawie. „Podstawą takiej decyzji było naruszenie przez wskazane osoby warunków statusu dyplomatycznego oraz prowadzenie działań na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej” – podało najpierw polskie MSZ ciesząc się z usuniecia ruskich szpionów, by chwilę potem w kolejnym oświadczeniu napisać prawdę. Czyli wykazać, że nie tyle chodzi o Ruskich co o Amerykę.
„Polska w pełni solidaryzuje się z decyzjami podjętymi w dniu 15 kwietnia 2021 r. przez Stany Zjednoczone dotyczącymi polityki wobec Rosji. Wspólnie podejmowane uzgodnione decyzje sojusznicze to najbardziej właściwa odpowiedź na nieprzyjazne działania Federacji Rosyjskiej” – napisano nie troszcząc się, że tym samym poddano w wątpliwość działania kontrwywiadu.
Do postanowień sojuszu polsko-amerykańskiego Rosja podeszła ze zrozumieniem. I skoro Polacy wydalili 3 Rosjan, to Moskwa wywala 5 naszych. Ale za to Amerykańskich dyplomatów wydala dokładnie tylu co Biden wydalił ze Stanów.

Dwa dni po Polakach czeska dyplomacja idzie na całość. Wydala Rosjan hurtem – w liczbie 18 dyplomatów Rosji. Z powodu podejrzeń, że rosyjscy agenci wywiadu stali za wybuchem w składzie amunicji w 2014 roku, w którym zginęło dwóch obywateli Czech. W odpowiedzi Rosja nakazała wyjazd 20 dyplomatom czeskim. Na ten akt Praga reaguje żądaniem, by Rosja do końca maja zrównała liczbę swych przedstawicieli w ambasadzie w Pradze z liczbą pracowników przedstawicielstwa Czech w Moskwie. Po rosyjskim wydaleniu okazało się bowiem, że w stolicy Rosji jest pięciu czeskich dyplomatów, w tym ambasador, oraz 19 pracowników administracyjno-technicznych, zaś w Pradze jest 27 rosyjskich dyplomatów i 67 pracowników placówki.
Szczytem wszystkiego była jednak wypowiedź premiera Babisza, że rosyjskie wysadzenie magazynu nie jest przejawem rosyjskiego terroryzmu państwowego, bo było skierowane na prywatną własność Bułgarską na terenie Czech. Komentatorzy używali sobie potem na czeskim premierze, że w takim razie,11 września 2001 r. nie zaatakowano Stanów Zjednoczonych, a jedynie dwa prywatne budynki w Nowym Jorku.
Od tej pory ruskich dyplomatów wywalili Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja i Rumunia. Oczywiście zawsze z powodu szpiegostwa. Rosjanie też wywalili przedstawicieli tych krajów tyle, że więcej.
Uzasadnienie, że wydalani dyplomaci to szpiedzy to totalna bzdura. Szpiegowanie, czyli zbieranie informacji o kraju, w którym się jest dyplomato, to psi obowiązek każdego przedstawiciela służb zagranicznych.
Istotne jest natomiast to, że Amerykanie i Rosjanie w cieniu tych gier i zabaw toczą rozmowy i dogadują się ponad głowami zafascynowanych nieistotnymi ruchami walczących o względy hegemona sojuszników Waszyngtonu.

Przyjaciel Kaczyńskiego Victor Orban oczywiście nie wydala. Putin ludzi Orbana też nie.

Polsko-niemiecka współpraca przygraniczna po transformacji

Współpracę transgraniczną Polski i RFN na początku lat 90. XX w. umożliwiały zwłaszcza dwa akty prawne, które władze Polski sygnowały w pierwszych latach po zmianie systemowej. Pierwszym z tych dokumentów była Europejska konwencja ramowa o współpracy transgranicznej między wspólnotami i władzami terytorialnymi podpisana w Madrycie w maju 1980 r. Polska przystąpiła do niej w 1993 r. Drugim dokumentem był podpisany 17 czerwca 1991 r. Traktat między Rzecząpospolitą Polską, a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy . Jednym z kluczowych obszarów relacji Polski i Niemiec uwypuklonych w postanowieniach traktatowych i rozwijanych w kolejnych latach od sygnowania traktatu była współpraca transgraniczna.

30 lat temu -w 1991 r. z obu stron nastąpiło ożywienie różnego rodzaju inicjatyw dotyczących regionalnej współpracy przygranicznej. Sprzyjała tej współpracy działalność nowo powstałych organizacji, m.in. Związku Gmin Zachodnich po stronie polskiej i Verein pro Brandenburg (VpB) po stronie niemieckiej. Utworzenie i działalność Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej wpływało korzystnie na konkretyzację kierunków współpracy i harmonizowanie inicjatyw na szczeblu lokalnym.
Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec koordynowałem w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie nową problematykę w relacjach dwustronnych – współpracę regionalną i przygraniczną.
Współpraca regionalna i przygraniczna zajmowała ważne miejsce w rozmowach podczas wizyt premierów „nowych” landów w Polsce. W dniach 22–23 marca 1991 r. oraz 13 września 1991 r. Ambasador RP w RFN (równocześnie członek VpB) Janusz Reiter i przewodniczący VpB prof. J. Gramke dwukrotnie odwiedzili miasta położone wzdłuż granicy RP – Brandenburgia w celu zapoznania się z możliwościami intensyfikacji współpracy polsko-niemieckiej w tym regionie. W marcu z uczestnikami objazdu spotkał się premier Brandenburgii M. Stolpe. Ze strony Przedstawicielstwa uczestniczyłem w obu tych wizytach i spotkaniach. Podjęto szereg działań i inicjatyw zarówno przez stronę polską, jak i niemiecką, mających na celu m.in. nawiązanie kontaktów w sferze gospodarczej i handlowej, wypracowanie zasad i programów dwustronnej współpracy, odbudowanie współpracy kooperacyjnej i zintensyfikowanie wymiany handlowej. 12 listopada 1991 r. wizytę w Szczecinie złożył minister gospodarki Meklemburgii M.C. Lehment. W wydanym z wojewodą szczecińskim M. Tałasiewiczem „Wspólnym Oświadczeniu” uściślono kierunki wzajemnej współpracy (m.in. w zakresie planowania przestrzennego, ochrony środowiska, rozwoju nowych przejść granicznych, rozwoju ruchu turystycznego). Delegacja sekretarzy stanu Berlina i rządu Brandenburgii wizytowała województwa: gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. W grudniu 1990 r. odbyło się spotkanie dotyczące współpracy gospodarczej oraz ochrony środowiska w tzw. „czarnym trójkącie” (RP– –CSRF–RFN/Saksonia) – „Dreiländereck”.
Współpraca przygraniczna obejmowała m.in.:
– budowę nowych i rozbudowę istniejących przejść granicznych. Był to wówczas temat pierwszoplanowy. Niestety, ze względu na asymetrię kompetencji między stroną polską a stroną niemiecką początkowo postęp był niewielki. Po stronie niemieckiej przejścia leżały w kompetencji władz federalnych, stąd też ani landy ani Komisja do Spraw Współpracy Regionalnej i Przygranicznej niewiele mogły zrobić poza apelami i ponagleniami. Z drugiej strony, do Przedstawicielstwa docierały sygnały od strony niemieckiej, że Warszawa opóźnia podjęcie decyzji ws. przejść granicznych. W efekcie sytuacja na polsko-niemieckiej granicy w zakresie jej przepustowości ulegała systematycznemu pogarszaniu. Wynikało to przede wszystkim z intensyfikowania się ruchu towarowego i osobowego oraz faktu, że nie podjęto do tego momentu żadnych prac modernizacyjnych w zakresie rozbudowy przejść granicznych, tworzenia poza granicą miejsc odpraw i związanych z tym usług spedycyjno-transportowych. Nie było spotkania polsko-niemieckiego, czy to na płaszczyźnie administracyjnej, czy też samorządowej, aby nie alarmowano o krytycznej sytuacji na przejściach granicznych. Istniały poważne obawy, że jeśli w najbliższym czasie nie podejmie się wspólnych inwestycji w zakresie modernizacji przejść granicznych i odpowiednich połączeń oraz nie usprawni odpraw celnych i innych rodzajów obsługi – to trudno będzie oczekiwać, aby mogła ruszyć z miejsca współpraca przygraniczna z prawdziwego zdarzenia. Stąd wskazywano na potrzebę radykalnych, wspólnych działań. Dlatego, kiedy dzisiaj swobodnie, bez kontroli przejeżdżamy przez granicę polsko-niemiecką, warto pamiętać o ludziach, którzy wtedy wnieśli ogromny wkład w poprawę sytuacji na przejściach granicznych, a w szczególności o dwóch ówczesnych wojewodach – Marku Tałasiewiczu, wojewodzie zachodniopomorskim, a jednocześnie współprzewodniczącym z polskiej strony Komisji ds. Współpracy Przygranicznej, oraz o Zbigniewie Puszu, wojewodzie gorzowskim, który sam z ekipą ludzi ze swojego województwa zabrał się za uruchamianie przejścia granicznego Kostrzyn–Kietz;
– tworzenie Euroregionów. W dniach 23–25 maja 1991 r. w Zittau odbyła się Konferencja „trzech państw trójkąta” na rzecz wspierania współpracy Wschodniej Saksonii, Północnych Czech i Dolnego Śląska. Jej uczestnicy przyjęli „Memorandum”, w którym opowiedzieli się za utworzeniem Euroregionu i nakreślili kierunki wykraczającej poza granice współpracy. Obok pilnych zadań rozbudowy infrastruktury dróg i nowych przejść granicznych bardzo silnie akcentowano potrzebę ekologicznego uzdrowienia regionu. Bardzo aktywnym w tworzeniu tego regionu po stronie niemieckiej był ówczesny starosta powiatowy w Zittau – Heinz Eggert, były opozycjonista NRD (w sposób szczególny inwigilowany i niszczony psychicznie przez Stasi), członek „Nowego Forum”, po upadku muru członek CDU, w latach 1991–1995 – minister spraw wewnętrznych Saksonii. Spotkałem się z nim kilkakrotnie, także kiedy był ministrem , w kwestiach związanych z Euroregionem, był bardzo życzliwy Polsce, doceniał rolę Solidarności w przemianach, które nastąpiły w Niemczech. Poruszające były życzenia noworoczne, które otrzymałem od niego w 1992 r.
Wyrazem wdzięczności za moje zaangażowanie w kwestii Euroregionu był otrzymany od niego zegarek upamiętniający odbudowę Frauenkirche (Kościoła Marii Panny) w Dreźnie, zburzonego podczas bombardowań alianckich w lutym 1945 r.
Kolejno powstawały następne Euroregiony: Brandenburgia-Polska oraz Pomerania;
– współpracę władz komunalnych (w dniach 10–11 czerwca 1991 r. w Cottbus odbyło się międzynarodowe sympozjum z udziałem przedstawicieli władz komunalnych RP, CSRF i RFN nt. współpracy przygranicznej);
– ochronę środowiska (trwały prace nad stworzeniem Parku Narodowego wzdłuż granicy na Odrze i Nysie);
– planowanie przestrzenne;
– stosunki gospodarcze;
– współpracę Izb Przemysłowo-Handlowych;
– wymianę młodzieżową;
– współpracę kulturalną i naukową (m.in. nauczanie języka polskiego na Uniwersytecie Technicznym w Cottbus, wspólna orkiestra złożona z uczniów szkół muzycznych Zielonej Góry i Cottbus);
– 6 września 1991 r. we Frankfurcie nad Odrą odbyło się otwarcie mającego charakter ponadregionalny Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Na mocy porozumienia pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej RP i Ministerstwem Nauki Brandenburgii powołano gremium koordynujące i wspierające z ramienia tych ministerstw prace nad Uniwersytetem.
W latach 1991–1992 nastąpiło wyraźne ożywienie w zakresie nawiązywania współpracy regionalnej i partnerstwa miast. Współpraca regionalna i partnerska obejmowała swoim zakresem m.in.: kontakty w sferze politycznej, w dziedzinie przemysłu i rolnictwa oraz infrastruktury gospodarczej. Obejmowała ona również szeroki program dotyczący nauki, kultury, sportu, oświaty, wymiany młodzieżowej i ochrony środowiska naturalnego. W 1991 roku współpracę taką nawiązały m.in. Meklemburgia Pomorze Przednie z województwem pilskim, Turyngia z województwem krakowskim oraz Krakowem (utworzono specjalną grupę roboczą), dzielnica Berlina Steglitz z Poniatową k. Lublina, Nałęczowem oraz Kazimierzem Dolnym nad Wisłą.
W zakresie współpracy partnerskiej miast i dzielnic najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 12 sierpnia 1991 r. umowy o partnerstwie i przyjaznej współpracy między Berlinem i Warszawą (była to pierwsza umowa zawarta przez zjednoczony Berlin ze stolicą innego państwa). Ponadto w 1991 r. kontakty lub współpracę z partnerami w Polsce nawiązały dzielnice Berlina: Treptow z Mokotowem, Weissensee z Lęborkiem, Marzahn z Tychami. Umowę o partnerstwie podpisali burmistrzowie Gubina, Guben i Laatzen. Ponadto przy wydatnej pomocy Przedstawicielstwa współpracę partnerską nawiązały Rathenow ze Złotowem oraz Perleberg z Kalwarią Zebrzydowską.
Niezmiernie ważną inicjatywą w zakresie współpracy regionalnej i przygranicznej było utworzenie w 1992 r. Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki (TWG). Podstawowym celem TWG miało być udzielanie wsparcia gospodarczego w Polsce w procesie przechodzenia do gospodarki wolnorynkowej. Wsparcie to miało być skierowane na zachodnie województwa Polski położone wzdłuż granicy z RFN. Tym samym, zadaniem Towarzystwa było też gospodarcze i finansowe zabezpieczenie po stronie polskiej projektów w zakresie współpracy przygranicznej i regionalnej między RP i RFN. I nie ulega wątpliwości, że TWG taką rolę spełniło (zakończyło działalność w kilka lat po wstąpieniu Polski do UE). Także moje kontakty z TWG w okresie działalności biznesowej i pracy w turystyce oraz pracy w dyplomacji w pełni to potwierdzają. Ogromny wkład w powołanie tej niezmiernie pożytecznej instytucji wnieśli ówczesny kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie prof. Jerzy Sułek oraz premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Bardzo kreatywną była współpraca z kompetentnym i wielce życzliwym Polsce, współprzewodniczącym Towarzystwa po stronie niemieckiej dr. Reinhardem Kleinem.
Należy podkreślić, że współpraca regionalna i przygraniczna w tamtym, początkowym okresie stanowiła dla nas ważne pole ćwiczebne przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, w tym w zakresie możliwości skorzystania z funduszy unijnych.


Z biegiem czasu nastąpiło rozwinięcie obszarów i form współpracy transgranicznej, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Bieżąca współpraca dotyczy aktualnych dla obu stron problemów. W dniu 24.11.2020 r. odbyło się 39. posiedzenie Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. Głównym tematem była współpraca w dobie pandemii COVID-19 i wyzwania stojące przed pograniczem w tych czasach.
Z okazji przypadającej 3 października 2020 r. 30-tej rocznicy zjednoczenia Niemiec leżące przy granicy polsko-niemieckiej miasta Guben i Gubin zorganizowały konkurs na przygotowanie opracowania „ Jak przeżyłeś zjednoczenie Niemiec- Twoje przemyślenia i obawy”. Ponieważ byłem naocznym świadkiem tych historycznych wydarzeń, zauczestniczyłem w nim, przesyłając swoje opracowanie i otrzymałem pamiątkowy upominek.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Powrót do przyszłości?

Szczyt chińsko-amerykański w Anchorage na Alasce zaczął się jak w hollywoodzkim filmie grozy. Od politycznego trzęsienia ziemi.

Zamiast tradycyjnego, kurtuazyjnego, grzecznego powitania delegacja chińska usłyszała od szefa amerykańskiej delegacji bezpardonową krytykę. Sekretarz Stanu USA wyraził „głębokie zaniepokojenie działaniami podejmowanymi przez Chiny, zwłaszcza w Sinkiangu, Hongkongu i na Tajwanie”. Anthony Blinken oskarżył też Chiny o cyberataki na USA i presję ekonomiczną wywieraną na międzynarodowych sojuszników Stanów Zjednoczonych.
„Każde z tych działań zagraża zasadom, na których opiera się światowy ład”, podsumował.
Po takim, niezgodnym z tradycyjnym protokołem dyplomatycznym powitaniu, głos zabrał chiński minister Yang Jiechi.
”USA już nie mogą mówić do nas z pozycji siły”, oświadczył. Nie mogą też recenzować innych państw z przestrzegania praw człowieka i ochrony praw mniejszości narodowych skoro władze USA nie przestrzegają praw człowieka u siebie i łamią prawa mniejszości etnicznych należne ich obywatelom. Na dowód wymienił liczne przykłady takich działań, zwłaszcza ruchu Black Live Matters.
„Stany Zjednoczone wykorzystują swoją siłę militarną i hegemonię finansową do narzucania swoich rządów i uciskania innych krajów, stwierdził minister Yang. Zarzucił administracji USA, że dla niej „bezpieczeństwo narodowe to tylko wymówka do utrudniania normalnej wymiany handlowej i podżegania niektórych krajów do atakowania Chin”.
Na koniec skierował ku gospodarzom spotkania radę: „USA powinny postarać się polepszyć swój image i porzucić wysiłki, by eksportować swój model demokracji. Bo bardzo wielu samych Amerykanów ma coraz mniej zaufania do demokracji w USA”.
Następnie obie delegacje przystąpiły do zaplanowanych rozmów. Ale już bez udziału mediów. A media gorąco relacjonowały pierwsze słowne starcie obu delegacji. Przewidując starcia kolejne, jeszcze bardziej gorące.  
Nowe czasy, nowy styl
Inauguracyjne wystąpienie sekretarza stanu Blinekena przypominało taktykę radzieckich wojskowych, zwaną „rozpoznanie przez walkę”. Polegała ona na gwałtownym ataku na siły wroga. Te odpowiadając na atak, ujawniały swoje zasoby, styl i wole walki. Taktyka taka była i jest skuteczna, ale zwykle przynosi duże straty atakujących.
Dowodzi też, że strona atakująca nie ma dobrego rozeznania sił przeciwnika i przede wszystkim nie ma jeszcze koncepcji prowadzenia wojny.
Spotkanie delegacji chińskiej i amerykańskiej w Anchorage dowiodło, że administracja nowego prezydenta USA Joe Bidena nie ma jeszcze nowej polityki wobec Chin.
Chce jednie powrotu do czasów minionych. Kiedy USA było jedynym światowym mocarstwem militarnym i jedynym hegemonem gospodarczym.
Kiedy administracja USA i politycy państw Sojuszu Północnoatlantyckiego przekonywali elity polityczne całego świata, że tylko zachodni system demokracji parlamentarnej oraz liberalnej, kapitalistycznej gospodarki rynkowej jest jedynym, który zapewnia nieustanny wzrost gospodarczy. Szczęście i bogacenie się obywateli całego świata.
I jako depozytariusz tego najlepszego na świecie modelu polityczno- gospodarczego mogą recenzować i pouczać inne państwa. Zwłaszcza kopiujące tren model u siebie.
A czasem warunkować przyznanie pomocy gospodarczej, technologicznej, humanitarnej nawet, koniecznością wprowadzenia u siebie modelu amerykańskiej demokracji i standardów praw człowieka.
Jednak ostatnie trzydzieści lat rozwoju Chin jednoznacznie udowodniły, że istnieją inne drogi prowadzące do wzrostu gospodarczego, poczucia szczęścia obywateli i przede wszystkim likwidacji ubóstwa.
Tym samym czasy hegemonii jednego mocarstwa i jednego modelu szczęścia skończyły się. Mamy teraz świat zglobalizowany, ale wielobiegunowy. Świat w którym międzynarodowe elity polityczne i gospodarcze mogą wybierać sobie modele rozwoju zgodnie z lokalnymi uwarunkowaniami i specyfikami.
Świat Henry Forda przekonującego, ze każdy może mieć samochód, pod warunkiem, że będzie to produkt Forda, to przeszłość. Warto by administracja nowego prezydenta Bidena miała tego świadomość.
Ciąg dalszy nastąpi
Pierwszą lekcję „nowego światowego ładu” już otrzymała. Po inauguracyjnym „trzęsieniu ziemi” na Alasce, pierwsze chińsko- amerykańskie spotkanie w nowym sezonie politycznym zakończyło się zgodnie i bezkonfliktowo.
Ustalono, że oba państwa stworzą grupę roboczą zajmującą się problemami polityki klimatycznej. Zadeklarowano ułatwienia pracy dyplomatów i dziennikarzy w obu krajach. Zaś inne kwestie, jak polityki obu państw wobec Afganistanu i Iranu będą rozwiązywane na bieżąco kanałami dyplomatycznymi.
Spotkanie w Anchorage uznano za pierwszy krok w powrocie do normalności w stosunkach między Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Zwyciężyła pragmatyczna wola współpracy na bezspornych, wspólnych polach.
Zamiast oczekiwanego przez media horroru, zapowiada się serial o współpracy. Z oczekiwanymi już zwrotami akcji.

Mieszanka pandemiczna i inne okropności tego świata

„Le Monde diplomatique” (nr 1/styczeń-luty 2021).

Edytorial Przemysława Wielgosza („Pandemiczny apartheid”) otwierający pierwszy tegoroczny numer „Le Monde diplomatique” mówi o tym, co ostatnio szczególnie absorbuje media – o szczepionkach przeciwkoronawirusowych, a konkretnie o problemie nierównej do nich dostępności, warunkowanej przynależnością do odpowiedniej ligi finansowej.

Jako przyczynę tego stanu rzeczy wskazuje Wielgosz postawę prywatnych producentów: „Widzimy raczej efektowny pokaz pychy i poczucia bezkarności szefów korporacji, którym świat powierzył zdrowie miliardów istot ludzkich. To symptom choroby równie, a może bardziej groźny niż ta, z którą walczy dziś świat”.
Owe korporacje, to Big Pharma, która od lat „angażuje się wyłącznie w najbardziej zyskowne przedsięwzięcia. Dlatego od dekad gwałtownie spadała innowacyjność w sektorze. Zamiast nowych, sprzedaje się więc te same leki, tyle że pod innymi nazwami”. Wielgosz konkluduje swój wywód konstatacją, że to „państwa wyhodowały Big Pharmę, równocześnie tnąc wydatki na publiczną służbę zdrowia”. Temu samemu zagadnieniu, tyle że z pozycji problemów francuskich poświęcony jest obszerny, analityczny tekst „Medycyna pod wpływem”. Leczyć, czy karmić koncerny?” autorstwa Philippe Descamps.
Stéphane Beaud i Gerard Noiriel zajęli się „politykami tożsamości w impasie” i zwracają uwagę na to, że gwałtowna, w rezultacie działania mechanizmów technik tzw. mediów społecznościowych, multiplikacja coraz to nowych tożsamości uwarunkowanych rasowo powoduje ich „inflację” i odbiera im pierwotny sens. „Upodobanie dziennikarzy do właśnie tego typu działań nasila spory prowadzące do podziałów w łonie sił postępowych.
Chociaż wolność słowa i antyrasizm były do tej pory traktowane przez lewicę jako nierozłączne, tego typu skrajnie mniejszościowe wystąpienia prowadzą do ich oddzielenia, a wręcz przeciwstawienia.
To z kolei toruje szeroką drogę dla inwazji sił konserwatywnych” – konkludują autorzy. W „Amerykańskich paranojach” Thomas Frank drobiazgowo analizuje powyborczą sytuację w USA po zwycięstwie Joe Bidena oraz sam mechanizm ostatecznej przegranej Trumpa. W punkcie wyjścia przestrzega, że niewielkie są szanse na to, że ucieleśnią się deklaracje nowego prezydenta o „pojednaniu” rozdartej Ameryki, jako że nienawiść między dwiema skonfliktowanymi częściami kraju jest zbyt wielka i nieprzezwyciężalna. Jednak szansy na powrót do „normalności” nie widzi Frank także z powodu upartego trwania zwycięskiego obozu w cenzurze „trumpizmu” oraz w kontynuacji błędnej „polityki zawstydzania”. „Cztery lata besztania zwolenników Trumpa najwyraźniej sprawiły tylko, że są dwa razy bardziej oddani swojej skorumpowanej ikonie. Zawstydzanie ludzi, którzy nie spełniają naszych osobistych standardów jakości nigdy nie było najlepszą strategią zmiany ich zachowania”.
Tematem pandemii koronawirusa, a ściślej, już intensywnie odczuwanych skutków pozamedycznych, czyli społeczno-ekonomicznych, zajął się Laurent Cordonnier. „Polityki prowadzone w celu stawienia czoła kryzysowi sanitarnemu przyspieszyły rozwój głębokich trendów, drążących społeczeństwa i wywołujących coraz większy niepokój: niepewność, prekaryzację, pożerający wszystko maszynizm, odcieleśnienie stosunków międzyludzkich, pilotowane przez państwa przechodzenie do kapitalizmu cyfrowego” – tak widzi autor podstawowe zjawiska.
Poza tym Cordonnier zwraca uwagę na to, że chwilowa, wywołana warunkami pierwszej fali pandemii nadzieja na „bardziej ludzki świat” szybko okazała się płonnym złudzeniem. Złudzeniem okazało się też liczenie na wzmożenie ludzkiej solidarności w obliczu pandemii. Stało się przeciwnie. W walce z nią bogaci drenują biednych, n.p. „zasysając” od nich lekarzy. „Żadna wiosna nie nadeszła i nie popycha nowego świata w lepszym niż poprzedni kierunku.
Szerzą się natomiast „chorobliwe zjawiska” i „rodzą się potwory”. „W czasie kryzysu zdrowotnego społeczeństwo „całkowicie cyfrowe” odniosło generalnie korzyści z ogromnego przyspieszenia, którego efekt zapadkowy zamieni się w nową odskocznię. Dla tych dużych firm, które już – na długo przed telepracą – sprawiły, że żyjemy na odległość i które zabierają nasz czas, nasze dane osobowe, nasze pieniądze, naszą sferę domową, naszą autonomię, naszych kasjerów, nasze wizyty lekarskie, nasze restauracje itp. całkowita kontrola nad naszym „bezkontaktowym życiem” jest już zapewniona.
To już nie jest sprawa wyboru”. „Mimo starań rządów najbogatszych krajów o ograniczenie skali katastrofy (…) zagrażającej małym sklepom, restauracjom, teatrom, małym firmom wspierającym działalność turystyczną i kulturalną, sektorowi imprezowemu, komunikacyjnemu itp. nie da się jej skutków odkładać na czas nieokreślony”. „Stary świat zdecydowanie nie chce umierać i bardziej niż kiedykolwiek świeci swoją parszywą gębą, której kształty wyostrza kryzys sanitarny. Kryzys ten to lustro powiększające, w którym się przegląda”.
„Jak przetrwać triumf kapitalizmu?” – pyta w tytule swojego fascynującego, wielowątkowego tekstu Sławoj Żiżek. Pisze on o triumfie „szaleństwa antyoświeceniowego”, o konserwatywnej kontrrewolucji”, o groźbie „apartheidu klimatycznego”. Ostrzega też przed „ekologią strachu”: „Dwie lub trzy dekady temu wszyscy mówili w europie o umieraniu lasów (…) Chodziło o szacunki, że w ciągu połowy wieku Europa pozostanie bez lasów… A dziś jest zalesiona bardziej niż kiedykolwiek w XX wieku (…) Musimy traktować zagrożenia ekologiczne bardzo poważnie, ale powinniśmy pamiętać, że analizy i prognozy w tej dziedzinie są niepewne (…) Szybkie ekstrapolacje dają argument tylko tym, którzy negują globalne ocieplenie, dlatego powinniśmy za wszelką cenę unikać pułapki „ekologii strachu”, pochopnej chorobliwej fascynacji nadchodzącą katastrofą”.
Do „konserwatywnej kontrrewolucji” odnosi się na przykładzie casusu Donalda Trumpa, którego nazywa on politykiem „obscenicznym”: „Trump jest najbardziej obsceniczny nie wtedy, gdy używa wulgarnych seksistowskich odzywek, lecz gdy mówi o Ameryce jako o najwspanialszym kraju na świecie czy kiedy narzuca swoje rozwiązania ekonomiczne. Wulgarność jego mowy maskuje tę podstawową obsceniczność. Parafrazując znane powiedzenie braci Marx: Trump działa i wygląda jak bezwstydnie obsceniczny polityk, ale nie dajcie się zwieść pozorom – on naprawdę jest bezwstydnie obscenicznym politykiem”. Żiżek krytykuje też w tym kontekście lewicę.
Pisze o „irracjonalnej głupocie, z jaką liberalna lewica zareagowała na tę wygraną (Trumpa w 2015 roku – przyp. KL), głupota, która zwiększała ryzyko ponownego zwycięstwa Trumpa. Nawiązując do jednego z najgorszych przejawów wulgaryzmu tego polityka, można powiedzieć, że lewica nie nauczyła się chwytać go za ch…”.
Koronny wniosek Żiżka brzmi następująco: „Coraz więcej znaków wskazuje na to, że potrzebujemy perspektywy komunistycznej. Zwolennicy obecnego porządku mówią o końcu socjalistycznego snu, bo każda próba jego realizacji zamieniła się w koszmar (tylko spójrzcie, co się dzieje w Wenezueli!!!). Jednocześnie wszędzie dostrzegamy objawy narastającej paniki: jak mamy sobie poradzić z globalnym ociepleniem, z zagrożeniem cyfrową kontrolą naszego życia, z napływem uchodźców… Mówiąc krótko – ze skutkami kapitalistycznego triumfu”.
To tylko bardzo pobieżne, a przez to z konieczności upraszczające, zasygnalizowanie naprawdę nieprzebranego bogactwa problematyki, pełnej nieoczywistości, zasygnalizowanych wyżej tekstów, bogactwa, którego percepcję zapewni tylko uważna, indywidualna lektura i której niniejszy „bryk” nie może zastąpić, jako że te 55 stron numeru mogłyby wypełnić objętość solidnej antologii w wydaniu książkowym.
W niniejszym numerze „Le Monde diplomatique” poza tym także m.in. fragment książki Davida Graebera, „Fragmenty antropologii anarchistycznej”, w którym to fragmencie problematyzuje on schematy myślowe związane z pojęciem „nowoczesności”.
W tekście „Biedni mężczyźni patrzą na kobiety” Rebecca Solint opowiada, z pozycji feministycznych, o powieściach, które krzewiły męski szowinizm i mizoginizm, Erica Vicky – o „kłótniach o higienę i perfumy w XIX wieku”, Łukasz Dąbrowiecki – o wielopostaciowym „zbieractwie” jako formie oporu przed kapitalizmem, Hala Kamal – o Hudy Szarawi, ikonie egipskiego feminizmu. Poza tym kilka tematów szczegółowych (Grecja, Turcja, Indie, Ukraina, Rosja).
Numer kończy „Utopia 2050. Świat, który musimy stworzyć” Christiany Figures, Toma Rivetta-Carnac. Temat polski podjął w numerze Stefan Zgliczyński zatytułowaną „Widmo chłopa krąży nad Polską” recenzją książki Piotra Korczyńskiego „Śladami Szeli, czyli diabły polskie”.
Jak widać temat podjęty w formie prozy artystycznej przez Radka Raka w „Baśni o wężowym sercu, albo wtórym słowie o Jakóbie Szeli”, czyli problematyka ludowych resentymentów i ludowej zemsty, polskiej opozycji między Chamstwem a Pańskością, kulturowych kompleksów klasowych, „wyższości” i „niższości” jest w ostatnim czasie bardzo inspirująca, a szykują się kolejne edycje „około tematyczne”.

O pandemicznym Armagedonie i nie tylko

Ostatni zeszłoroczny numer „Le Monde diplomatique” (nr 6/listopad/grudzień 2020) jest tyleż szczególnie interesujący, co szczególnie pesymistyczny w wymowie pomieszczonych tekstów.

Otwiera go tematyczny blok „pandemiczny” „Globalny kapitalizm w Wielkiej Kwarantannie” Gilberta Achara czy Roberta Boyer. Achar skoncentrował się na Trzecim w Świecie zwracając uwagę, że kwarantanna i lockdown najbardziej pustoszą właśnie tę strefę globu i tak przecież od zawsze najciężej doświadczaną. Jedna z najważniejszych konkluzji tekstu Boyera, autora kluczowego tekstu tego numeru ( „Jedna pandemia, dwie przyszłości. Co nas czeka po kryzysie”) brzmi: „Prawie rok po wybuchu pandemii Covid-19 pojawiło się na widnokręgu rozwiązanie medyczne. Podjęte w celu przeciwdziałania kroki spowodowały natomiast potrójny kryzys – ekonomiczny, polityczny i obywatelski. Wiadomo już, że umocnieniu uległy dwie potężne tendencje: triumfalna ekspansja gałęzi cyfrowych i nawrót do państwa jako zwrotniczego kapitalizmu. Wbrew pozorom te tendencje są komplementarne(…)”. Warto zacytować z tego tekstu także inne, wiele dające do myślenia zdania: „Decyzja wielu rządów o przedkładaniu obrony życia ludzkiego nad dążenie do „normalności” gospodarczej odwraca tradycyjną hierarchię zaprowadzoną przez poprzednie programy liberalizacyjne, które osłabiły systemy opieki zdrowotnej. Ta nieoczekiwana zmiana powoduje szereg dostosowań, które wstrząsają całymi społeczeństwami: panikę na giełdzie, załamanie cen ropy naftowej, zawieszenia spłat rat pożyczek, zmniejszenie konsumpcji, zmienność kursu walutowego, porzucenie ortodoksji budżetowej itp.”. Wiele do myślenia, także w kontekście tego co obserwujemy w Polsce, daje i takie zdanie, o „politycznej i administracyjnej decyzji o zaprzestaniu wszelkiej działalności, która nie jest konieczna do walki z pandemią i do życia codziennego?”. W oczywisty sposób nabiera tu wymowy fakt szczególnej bezwzględności rządów ( w tym w Polsce) w stosunku do branż gastronomicznej, turystycznej, transportowej, rozrywkowej, które są blokowanę z największą determinacją. Boyer przewiduje też nieodwracalność zmian, jakie się już dokonały: „Covid-19 (…) zmienił już szereg zachowań i praktyk: w strukturze konsumpcji dostrzeżono ryzyko relacji twarzą w twarz, pracę zdigitalizowano (…) międzynarodowa ruchliwość ludzi uległa trwałym utrudnieniom (…)”. Kolejną konsekwencją pandemii/kwarantanny będzie jednocześnie inwazja ponadnarodowego kapitalizmu i antagonistyczny wobec niego wzrost kapitalizmów narodowych i państwowych: „Na polu ideologicznym rządy określane jako „populistyczne” zyskują na popularności, ponieważ pochodzące z innych krajów zagrożenie wirusem usprawiedliwia kontrolę granic, obronę suwerenności narodowej i wzmocnienie państwa w sferze gospodarczej”. Jaki będzie tego skutek? Boyer widzi to tak: „Kapitalizm państwowy nie rości sobie pretensji do konkurowania z kapitalizmem ponadnarodowym, lecz po prostu dąży do zapewnienia suwerenności ekonomicznej, nawet jeśli osiąga się ją kosztem stopy życiowej”. Czy nie koresponduje to ze zjawiskami, które już obserwujemy choćby w Polsce? To tylko niektóre wątki z tekstu Boyera, fundamentalnego, ale zarazem bardzo pesymistycznego, ponurego w przewidywaniach i konkluzjach. Bardzo gorąco polecam staranne przestudiowanie go.
Poza tematami „covidowymi”, także teksty o sytuacji w USA po wyborach. Napisany jeszcze przed wydarzeniami na Kapitolu artykuł Serge Halimi („Gorzkie zwycięstwo demokratów”) okazał się imponująco proroczy. Autor cytuje komentatora „Washington Post”, który pisząc o Trumpie stwierdził, że „należy przestać bać się analogii między początkiem dyktatury nazistowskiej a totalitarnymi zakusami prezydenta USA”. „Ameryko, za chwilę u nas zostanie podpalony Reichstag. Możemy temu zapobiec. Nie pozwólmy spalić naszej demokracji” – pisał ów komentator. No i kilka tygodni później doszło do „amerykańskiego Reichstagu” czyli do zajść na Kapitolu! Inna bardzo ważna konkluzja tego tekstu jest taka, że prezydentura Joe Bidena nie przeżyje „miodowego miesiąca” i stanie od razu przed niebywale trudnym zadaniem politycznym i ekonomicznym. („Biden miał odnieść triumfalne zwycięstwo, a udało mu się wygrać z trudem”). Poza tym w numerze pakiet innych interesujących tekstów. Między innymi, jak zwykle bardzo interesujące rozważania edytorialowe Przemysława Wielgosza („Ty przegrywasz, ja nie wygrywam”), w którym bardzo ciekawie łączy on wątki i prognozy globalne, amerykańskie i polskie, zastanawiając się na ile możliwa jest klęska prawicy i w Polsce i w USA, a także jakie ona ewentualne skutki może wywołać. Wśród wielu godnych odnotowania zdań z tego tekstu warto zacytować choćby jedno: „Upadek rządów prawicy jest tym boleśniejszy, że odbywa się przy akompaniamencie masowych protestów społecznych. Rebelie Black Lives Matter i Strajku Kobiet pokazują jasno, że prawica traci tam, gdzie czuła się najpewniej, czyli na polu wojny kulturowej. Przez lata skutecznie pacyfikowała gniew klas ludowych (…) Służyły temu kolejne kampanie nienawiści wobec wrogów takich jako uchodźcy, strajkujący nauczyciele, czy mniejszość LGBT plus (…). Teraz mechanizm właśnie się zaciął”. Poza tym – Jacques Bouveresse o prekursorach walki o prawa zwierząt, Austriaku Karlu Krausie (1874-1936) i Róży Luksemburg („Co to znaczy traktować zwierzęta po ludzku”), Franck Poupeau o rewolucyjnych koncepcjach w ekologizmie („Co naprawdę może kryć się w drzewie”). „Niektórzy uważają, że istoty żywe, które nie są ludźmi, to „aktorzy” w pełnym tego słowa znaczeniu” – tak brzmi jedno ze zdań tekstu o koncepcjach nowego miejsca dla świata przyrody względem człowieka. Paweł Wodziński pokazuje („Jeszcze więcej tego samego”) jak pandemia niszczy kulturę w Polsce. W bloku teksów historycznych – Anna Dobrowolska o prostytucji w PRL, Adam Leszczyński o początkach klasy robotniczej w Polsce, Andrzej Friszke o buncie fornali w 1919 roku. A na koniec numeru Evelyne Pieller, która zastanawia się dlaczego „troska, życzliwość, odpowiedzialność robią dziś karierę („O życzliwości podejrzliwie”).

Moja Dania

Po roku 1945 polityka zagraniczna Danii była ukierunkowana na zachowanie neutralności. Radykalna zmiana nastąpiła w roku 1948. W kwietniu tego roku w Pradze miały miejsce dramatyczne wydarzenia- zagadkowa śmierć ministra spraw zagranicznych Jana Masaryka i przejęcie władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji pod kierownictwem Klementa Gottwalda. Również w kwietniu 1948 roku parlament duński zadecydował o przyjęciu pomocy amerykańskiej w ramach planu Marshalla. Dla wyniszczonej przez wojnę i okupację gospodarki duńskiej pomoc ta była bardzo istotna.

W 1949 roku Dania stała się państwem członkowskim NATO. Duńscy politycy i dyplomaci odgrywali i odgrywają ważną rolę w Sojuszu. I tak np. Anders Fogh Rasmussen po ośmioletnim okresie sprawowania funkcji premiera, w latach 2009-2014 był sekretarzem generalnym NATO. Aktywne członkostwo nie oznaczało jednak rezygnacji z zapobiegania uwikłaniu Danii w konflikt z ZSRR, który mógłby oznaczać-przewidywane przez strategów- planistów prewencyjne uderzenie w bazy atomowe. Niebezpieczeństwo takie byłoby realne w przypadku istnienia tego rodzaju baz na terytorium Danii.
Polityka w tej kwestii została sformułowana przez duńskiego premiera i ministra spraw zagranicznych H. C. Hansena po raz pierwszy 29 czerwca 1957 roku a następnie uściślona 1 maja 1958 roku. Premier Hansen oświadczył wówczas:” W obecnych okolicznościach nie jesteśmy gotowi do zaakceptowania głowic nuklearnych lub rakiet średniego zasięgu na terytorium Danii”. Stanowisko to jest podstawą obecnej polityki rządu duńskiego, który w aktualnych okolicznościach nie akceptuje broni nuklearnej na terytorium Danii w czasie pokoju.
xxxxx
Politykę zagraniczną Danii i wszystko, co dotyczyło Danii zawsze śledziłem z uwagą i sympatią spowodowaną przyczynami osobistymi o których mowa poniżej. W szczególności-rzecz oczywista-kontakty polsko-duńskie. Jako student Politechniki Poznańskiej odbywający praktykę w Zakładach Cegielskiego dowiedziałem się, że w tych Zakładach uruchomiona została- w oparciu o licencję udzieloną przez duńską firmę Burmeister & Wain – produkcja silników okrętowych. Tak więc w ponurych latach zimnej wojny moja Dania nie przyłączyła się do restrykcyjnego traktowania mojej Polski.
Mój pierwszy wyjazd
W roku 1947 duński komitet pomocy dzieciom zaprosił tysiąc polskich dziewcząt i chłopców na czteromiesięczne wakacje- od 1 maja do 31 sierpnia. W Gdyni, przed wejściem na pokład dzieciarnię zbadali lekarze duńscy. Cierpiących na choroby zakaźne odesłali do domu. Było ich około dwustu. Byłem jednym ze szczęśliwców, którzy popłynęli do Danii.
Zostałem wybrany przez kierownika szkoły podstawowej w Dębnie Lubuskim ponieważ byłem wówczas chudzielcem-niejadkiem,który uczył się dobrze. W wieku lat dziewięciu rozpocząłem poznawanie świata. Z Gdyni do Kopenhagi przybyliśmy na pokładzie „Sobieskiego”. Następnie – po przesiadkach ze statku na statek- dotarłem do miasteczka Marstal znajdującego się na Aeroe- jednej z licznych niewielkich wysepek. Zaopiekowała się mną rodzina Rasmussenów składająca się z ojca-rybaka i dwu dorosłych córek – Elin i Grethe. Elin prowadziła sklep z lodami, który odwiedzałem codziennie. Grethe zadbała o to, abym w trakcie pobytu w Danii znalazł się-na dziesięć dni w Kopenhadze.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w europejskiej stolicy, w pięknym mieście z parkiem Tivoli dostarczającym licznych atrakcji takim jak ja szkrabom w wieku szkolnym. Porozumiewanie się z moimi opiekunami nie było trudne.Przed moim przybyciem otrzymali oni rozmówki duńsko-polskie. Dzięki tej niewielkiej książeczce nauczyłem się kilkadziesiąt trudnych, duńskich słów. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że Duńczycy o swoich monarchach wyrażali się z sympatią i uznaniem. Ze zdziwieniem, gdyż ojciec powiedział mi, że w świecie współczesnym „królowie to przeżytki”.
Moi opiekunowie powiedzieli mi, że w czasie okupacji król Chrystian X- wbrew niemieckim pogróżkom-przed pałacem królewskim osobiście wciągał na maszt flagę duńską. W ten sposób podtrzymywał nadzieję, że „jeszcze Dania nie zginęła”.
xxxxx
Po powrocie do Dębna-wbrew docinkom kolegów- nadrobiłem stracone w szkole dwa miesiące, a w dwa lata później byłem „pierwszy w klasie”. Ponieważ „pierwszy w klasie” jest tematem złośliwych dowcipów pośpiesznie muszę dodać, że to zdarzyło się mi po raz pierwszy i ostatni.W Liceum Ogólnokształcącym w Kole, w klasie maturalnej byłem dopiero drugi.
xxxxx
Wiedziałem, że Warszawa jest bardzo zniszczona. Marzyłem o tym, aby po odbudowie była taka jak Kopenhaga.
W Warszawie znalazłem się po raz pierwszy w roku 1952 jako uczestnik Zlotu Młodych Przodowników-Budowniczych Polski Ludowej. Kulminacyjnym wydarzenie Zlotu był wiec ma Placu Zwycięstwa.
Na trybunie był prezydent Bolesław Bierut oraz przedstawiciele organizacji młodzieżowych ze Związku Radzieckiego i innych państw bloku wschodniego. Światową Organizację Młodzieży Demokratycznej reprezentował Francesco Moranino. Na zakończenie wiecu przewodniczący Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – Władysław Matwin odczytał tekst ślubowania uczestników Zlotu. Słuchaliśmy go w milczeniu. Grupa młodzieży znajdująca się w pobliżu trybuny powtarzała jego słowa. Słowa te przyjąłem ze zdumieniem, gdyż była tam mowa o”angloamerykańskich podpalaczach i ludobójcach”.
Jak można tak mówić o tych, którzy pomagali nam wydostać się spod hitlerowskiej okupacji ! Pamiętałem też o żołnierzach amerykańskich i brytyjskich, którzy wspólnie z żołnierzami radzieckimi wyzwolili moją Danię.
Imigranci i uchodźcy
W latach 1960-tych do Danii przybywali robotnicy z Jugosławii,Turcji i Pakistanu. Wielu z nich pozostało na stałe. Później zaczęli napływać uchodźcy z państw ogarniętych wojnami i konfliktami.
Władze ustalały ilościowe kwoty uchodźców, którzy mogli być przyjęci w Danii. W roku 1983 parlament przyjął ustawę o cudzoziemcach zgodnie z którą rozpatrywanie wniosków o azyl powinno uwzględniać prawa człowieka. W latach następnych napływ cudzoziemców wywoływał głosy krytyki, a nawet reakcje rasistowskie. W roku 1998 do parlamentu weszło 13 przedstawicieli antyimigranckiej Duńskiej Partii Ludowej. W tym samym roku przyjęta została ustawa zawierająca ograniczenia dotyczące w szczególności pozostawania w Danii.
Imigrantom przyznawano trzyletnie zasiłki i zobowiązywano do nauki języka duńskiego. Zwolennicy obrony praw człowieka zdołali doprowadzić w roku 2000 do złagodzenia postanowień tej ustawy dotyczących kwestii łączenia rodzin.
Na niewielkie terytorium Danii przybywają ciągle cudzoziemcy. Władze państwowe zwracają uwagę na stwarzanie możliwości ich zgodnego współżycia z miejscowymi społecznościami. W szkołach dzieci cudzoziemców nie powinny stanowić więcej niż 25 proc. ogółu uczniów. Powinno to osłabiać skłonności przybyszów do zamykania się w odrębnych grupach i sprzyjać społecznej integracji.
Obecnie w Danii przebywa około 34 000 Polaków. Mam nadzieję,że czują się tam dobrze. Podobnie jak ja wiele lat temu.

W trakcie pisania powyższych rozważań Pani Laura Sorensen Topp z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Danii przekazała mi ważne informacje za które serdecznie Jej dziękuję.