Moja Dania

Po roku 1945 polityka zagraniczna Danii była ukierunkowana na zachowanie neutralności. Radykalna zmiana nastąpiła w roku 1948. W kwietniu tego roku w Pradze miały miejsce dramatyczne wydarzenia- zagadkowa śmierć ministra spraw zagranicznych Jana Masaryka i przejęcie władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji pod kierownictwem Klementa Gottwalda. Również w kwietniu 1948 roku parlament duński zadecydował o przyjęciu pomocy amerykańskiej w ramach planu Marshalla. Dla wyniszczonej przez wojnę i okupację gospodarki duńskiej pomoc ta była bardzo istotna.

W 1949 roku Dania stała się państwem członkowskim NATO. Duńscy politycy i dyplomaci odgrywali i odgrywają ważną rolę w Sojuszu. I tak np. Anders Fogh Rasmussen po ośmioletnim okresie sprawowania funkcji premiera, w latach 2009-2014 był sekretarzem generalnym NATO. Aktywne członkostwo nie oznaczało jednak rezygnacji z zapobiegania uwikłaniu Danii w konflikt z ZSRR, który mógłby oznaczać-przewidywane przez strategów- planistów prewencyjne uderzenie w bazy atomowe. Niebezpieczeństwo takie byłoby realne w przypadku istnienia tego rodzaju baz na terytorium Danii.
Polityka w tej kwestii została sformułowana przez duńskiego premiera i ministra spraw zagranicznych H. C. Hansena po raz pierwszy 29 czerwca 1957 roku a następnie uściślona 1 maja 1958 roku. Premier Hansen oświadczył wówczas:” W obecnych okolicznościach nie jesteśmy gotowi do zaakceptowania głowic nuklearnych lub rakiet średniego zasięgu na terytorium Danii”. Stanowisko to jest podstawą obecnej polityki rządu duńskiego, który w aktualnych okolicznościach nie akceptuje broni nuklearnej na terytorium Danii w czasie pokoju.
xxxxx
Politykę zagraniczną Danii i wszystko, co dotyczyło Danii zawsze śledziłem z uwagą i sympatią spowodowaną przyczynami osobistymi o których mowa poniżej. W szczególności-rzecz oczywista-kontakty polsko-duńskie. Jako student Politechniki Poznańskiej odbywający praktykę w Zakładach Cegielskiego dowiedziałem się, że w tych Zakładach uruchomiona została- w oparciu o licencję udzieloną przez duńską firmę Burmeister & Wain – produkcja silników okrętowych. Tak więc w ponurych latach zimnej wojny moja Dania nie przyłączyła się do restrykcyjnego traktowania mojej Polski.
Mój pierwszy wyjazd
W roku 1947 duński komitet pomocy dzieciom zaprosił tysiąc polskich dziewcząt i chłopców na czteromiesięczne wakacje- od 1 maja do 31 sierpnia. W Gdyni, przed wejściem na pokład dzieciarnię zbadali lekarze duńscy. Cierpiących na choroby zakaźne odesłali do domu. Było ich około dwustu. Byłem jednym ze szczęśliwców, którzy popłynęli do Danii.
Zostałem wybrany przez kierownika szkoły podstawowej w Dębnie Lubuskim ponieważ byłem wówczas chudzielcem-niejadkiem,który uczył się dobrze. W wieku lat dziewięciu rozpocząłem poznawanie świata. Z Gdyni do Kopenhagi przybyliśmy na pokładzie „Sobieskiego”. Następnie – po przesiadkach ze statku na statek- dotarłem do miasteczka Marstal znajdującego się na Aeroe- jednej z licznych niewielkich wysepek. Zaopiekowała się mną rodzina Rasmussenów składająca się z ojca-rybaka i dwu dorosłych córek – Elin i Grethe. Elin prowadziła sklep z lodami, który odwiedzałem codziennie. Grethe zadbała o to, abym w trakcie pobytu w Danii znalazł się-na dziesięć dni w Kopenhadze.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w europejskiej stolicy, w pięknym mieście z parkiem Tivoli dostarczającym licznych atrakcji takim jak ja szkrabom w wieku szkolnym. Porozumiewanie się z moimi opiekunami nie było trudne.Przed moim przybyciem otrzymali oni rozmówki duńsko-polskie. Dzięki tej niewielkiej książeczce nauczyłem się kilkadziesiąt trudnych, duńskich słów. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że Duńczycy o swoich monarchach wyrażali się z sympatią i uznaniem. Ze zdziwieniem, gdyż ojciec powiedział mi, że w świecie współczesnym „królowie to przeżytki”.
Moi opiekunowie powiedzieli mi, że w czasie okupacji król Chrystian X- wbrew niemieckim pogróżkom-przed pałacem królewskim osobiście wciągał na maszt flagę duńską. W ten sposób podtrzymywał nadzieję, że „jeszcze Dania nie zginęła”.
xxxxx
Po powrocie do Dębna-wbrew docinkom kolegów- nadrobiłem stracone w szkole dwa miesiące, a w dwa lata później byłem „pierwszy w klasie”. Ponieważ „pierwszy w klasie” jest tematem złośliwych dowcipów pośpiesznie muszę dodać, że to zdarzyło się mi po raz pierwszy i ostatni.W Liceum Ogólnokształcącym w Kole, w klasie maturalnej byłem dopiero drugi.
xxxxx
Wiedziałem, że Warszawa jest bardzo zniszczona. Marzyłem o tym, aby po odbudowie była taka jak Kopenhaga.
W Warszawie znalazłem się po raz pierwszy w roku 1952 jako uczestnik Zlotu Młodych Przodowników-Budowniczych Polski Ludowej. Kulminacyjnym wydarzenie Zlotu był wiec ma Placu Zwycięstwa.
Na trybunie był prezydent Bolesław Bierut oraz przedstawiciele organizacji młodzieżowych ze Związku Radzieckiego i innych państw bloku wschodniego. Światową Organizację Młodzieży Demokratycznej reprezentował Francesco Moranino. Na zakończenie wiecu przewodniczący Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – Władysław Matwin odczytał tekst ślubowania uczestników Zlotu. Słuchaliśmy go w milczeniu. Grupa młodzieży znajdująca się w pobliżu trybuny powtarzała jego słowa. Słowa te przyjąłem ze zdumieniem, gdyż była tam mowa o”angloamerykańskich podpalaczach i ludobójcach”.
Jak można tak mówić o tych, którzy pomagali nam wydostać się spod hitlerowskiej okupacji ! Pamiętałem też o żołnierzach amerykańskich i brytyjskich, którzy wspólnie z żołnierzami radzieckimi wyzwolili moją Danię.
Imigranci i uchodźcy
W latach 1960-tych do Danii przybywali robotnicy z Jugosławii,Turcji i Pakistanu. Wielu z nich pozostało na stałe. Później zaczęli napływać uchodźcy z państw ogarniętych wojnami i konfliktami.
Władze ustalały ilościowe kwoty uchodźców, którzy mogli być przyjęci w Danii. W roku 1983 parlament przyjął ustawę o cudzoziemcach zgodnie z którą rozpatrywanie wniosków o azyl powinno uwzględniać prawa człowieka. W latach następnych napływ cudzoziemców wywoływał głosy krytyki, a nawet reakcje rasistowskie. W roku 1998 do parlamentu weszło 13 przedstawicieli antyimigranckiej Duńskiej Partii Ludowej. W tym samym roku przyjęta została ustawa zawierająca ograniczenia dotyczące w szczególności pozostawania w Danii.
Imigrantom przyznawano trzyletnie zasiłki i zobowiązywano do nauki języka duńskiego. Zwolennicy obrony praw człowieka zdołali doprowadzić w roku 2000 do złagodzenia postanowień tej ustawy dotyczących kwestii łączenia rodzin.
Na niewielkie terytorium Danii przybywają ciągle cudzoziemcy. Władze państwowe zwracają uwagę na stwarzanie możliwości ich zgodnego współżycia z miejscowymi społecznościami. W szkołach dzieci cudzoziemców nie powinny stanowić więcej niż 25 proc. ogółu uczniów. Powinno to osłabiać skłonności przybyszów do zamykania się w odrębnych grupach i sprzyjać społecznej integracji.
Obecnie w Danii przebywa około 34 000 Polaków. Mam nadzieję,że czują się tam dobrze. Podobnie jak ja wiele lat temu.

W trakcie pisania powyższych rozważań Pani Laura Sorensen Topp z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Danii przekazała mi ważne informacje za które serdecznie Jej dziękuję.

Dialog amerykańskiej dyplomacji okazał się porażką

Niedawno pojawiły się informacje o próbach dialogu, który ma doprowadzić do porozumienia w trwającym od dziewięciu lat konflikcie libijskim. Pod patronatem specjalnego wysłannika ONZ, amerykańskiej dyplomatki Stephanie Williams, 15 listopada w Tunezji zainaugurowano Libijskie Forum Dialogu Politycznego. Jedynym jego efektem są dywagacje na temat możliwych ogólnokrajowych wyborów w podzielonym państwie i kilka niezbyt wiele znaczących deklaracji.

Negocjacje, faktycznie pod amerykańskim patronatem i według ustalonego przez Williams klucza selekcji uczestników, skończyły się zatem fiaskiem.
Ameryka upokorzyła
Mówią o tym otwarcie praktycznie wszyscy przedstawiciele istotnych libijskich sił politycznych. Politolog Saleh Ibrahim stwierdził, że Amerykanka wręcz upokorzyła swoimi decyzjami Libijczyków, zarówno elity wojskowe, jak i cywilne obu zwaśnionych części kraju.
Szejk kontrolującego roponośne terytoria plemienia Magribi Miftah al-Bagan winą za brak jakichkolwiek postępów obarczył siły zewnętrzne ingerujące w libijski proces pokojowy. Jeden z uczestników forum Zaidan Matuq al-Zadma uznał, że misja ONZ popełniła błąd już na wstępie, całkowicie błędnie dobierając uczestników dialogu. Idris al-Magribi, członek Izby Reprezentantów, powiedział kanałowi Libya24, że uczestnicy forum całkowicie zawiedli Libijczyków.
Hassan al-Zaghir, były wiceminister spraw zagranicznych zauważył, że Stephanie Williams zaprosiła na forum przedstawicieli grup przestępczych.
Dowodem na prawdziwość tego ostatniego twierdzenia może być fakt, że w dalszym ciągu w nielegalnym, prowadzonym przez kręgi terrorystyczne więzieniu w Trypolisie przebywają obywatele Rosji, przetrzymywani tam już od ponad półtora roku. Maksim Szugalej i Samer Sueifan zostali wówczas uprowadzeni i nadal nie odzyskali wolności. Przypomniał o tym zajmujący się ich obroną prezes Fundacji Obrony Wartości Narodowych Aleksandr Malkiewicz.
Stwierdził, że jednym z elementów wskazujących na owocność dialogu miało być uwolnienie zakładników zaraz po zakończeniu forum, do czego oczywiście nie doszło.
Reprezentujący rodziny porwanych Malkiewicz skierował zresztą w ich sprawie list do Williams, który pozostał jednak bez odpowiedzi. Przez ten brak reakcji sprawa ma zostać podjęta przez rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ: „Jestem przekonany, że Rosja ma moralne prawo wykorzystać wszelkie dostępne środki do obrony swoich obywateli zagranicą” – stwierdził Malkiewicz, dodając że cała sytuacja doprowadzić może wręcz do konieczności zastosowania prawa weta przy okazji kolejnych głosowań w radzie.
Sprawa Szugaleja i Sueifana nabiera coraz wiekszego rozgłosu międzynarodowego, również dzięki filmowi fabularnemu pokazującemu ich losy i wyświetlanemu w wielu krajach.
Manipulowanie sytuacją
Wracając do zakończonego niedawno spotkania Libijskiego Forum Dialogu Politycznego, zwraca uwagę fakt, że cała inicjatywa postrzegana jest przez dużą część libijskiego społeczeństwa jako próba manipulowania sytuacją w kraju przez ośrodki zewnętrzne, przede wszystkim amerykański Departament Stanu. Spośród 75 uczestników spotkania w Tunezji, 49 zostało wybranych osobiście przez Stephanie Williams.
Więcej niż połowa z tej liczby to radykalni członkowie Bractwa Muzułmańskiego, wspieranego przez Turcję i dążącego do islamizacji kolejnych obszarów Libii. Jednak nawet oni nie byli w stanie dojść do porozumienia we własnym gronie, wobec czego forum zakończyło się awanturami i konfliktami.
Po spotkaniu pojawiły się relacje, w których uczestnicy opisywali próby przekupstwa ich w zamian za głosowanie za określonymi rezolucjami i rozwiązaniami.
Stephanie Williams konsekwentnie promowała Fatiego Baszagę, obecnego szefa resortu spraw wewnętrznych w Trypolisie, postać związaną z islamistami, a jednocześnie jedynego libijskiego polityka tego szczebla wzywającego do rozmieszczenia stałych baz wojskowych Stanów Zjednoczonych na terytorium Libii.
Mimo kolejnych prób wywierania wpływu na głosujących uczestników forum, 2/3 z nich zdecydowało się zagłosować przeciwko umożliwieniu startu w wyborach osobom, które sprawowały wysokie funkcje publiczne po sierpniu 2014 roku, czyli od momentu zaostrzenia wojny domowej w kraju.
Kryzys państwowości
Taka opcja zerowa miałaby wyeliminować z życia publicznego osoby budzące największe emocje ze strony poszczególnych uczestników konfliktu. W takim przypadku ci, którzy przyczynili się do obecnego kryzysu państwowości libijskiej, np. wspomniany Baszaga, nie mogliby kontynuować swojej obecności w polityce. Kierownictwo misji ONZ zablokowało jednak ostateczne przyjęcie takiej uchwały.
Misja UNSMIL po raz kolejny zatem okazuje się w oczach Libijczyków de facto stroną konfliktu, z sympatią odnoszącą się do niektórych jego uczestników. Obecny kryzys zaufania do instytucji międzynarodowych, w tym ONZ, prowadzi do postulatów odsunięcia Stephanie Williams z funkcji szefowej misji.
Nie budzi zaufania
Waszyngton proponuje jednak w jej miejsce Bułgara Nikołaja Mladenowa, sympatyzującego z Amerykanami, co też nie budzi zaufania istotnej części uczestników dialogu. Choćby z tego powodu coraz częściej można usłyszeć, że istnieje pilna konieczność wypracowania całkowicie nowego mechanizmu pokojowego rozwiązania libijskiego konfliktu.
Byłoby to jednak bankructwo wielostronnej dyplomacji międzynarodowej prowadzonej w ramach ONZ. Końca libijskiego konfliktu tymczasem nadal nie widać. Udział w negocjacjach i mediacjach zainteresowanych mocarstw zewnętrznych z pewnością nie zastąpi autentycznego dialogu, na który mają nadal nadzieję Libijczycy, mający dość wojny od obalenia w 2011 roku przez tzw. Zachód pułkownika Muammara Kadafiego.
Po raz kolejny powstaje pytanie, czy rzeczywistym celem zachodniej dyplomacji reprezentującej zainteresowane regionem mocarstwa nie jest po prostu przedłużanie trwania chaosu, obliczone na podtrzymywanie sytuacji zagrożenia dla całego basenu Morza Śródziemnego, a dodatkowo czerpanie korzyści z bogatego w surowce kraju, który został doprowadzony do stanu ruiny i wojny domowej.

Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.

Tajemnice Watykanu Groźba Papieża

Gdy w październiku 1980 roku pracowałem w Sekretariacie Synodu Biskupów w Watykanie, z dostępem do dokumentów tajnych („sub secreto“), miałem okazję do kontaktów z elitą hierarchi watykańskiej, w tym – z Sekretariatu Stanu.

Doszła wówczas do mnie wiadomość, plotka, o niesamowitej, nieprawdopodobnej wręcz treści. Otóż Jan Paweł II miał jakoby odbyć rozmowę z b.ambasadorem USA w Rzymie – Johnem Volpe , nb. zaufaną osobą ówczesnego szefa CIA Wiliama Casey’a a na dodatek kawalerem maltańskim, na temat sytuacji w Polsce.
Volpe mówić miał o możliwym, siłowym rozwiązaniu klinczu społeczno-politycznego w Polsce. Z jednej strony miałaby stanąć rosnąca w siłę opozycja, popierana przez USA i wraz z nią ewentualnie Wojsko Polskie, z drugiej – interweniujące wojska radzieckie i „sojusznicze“ z ościennych państw Paktu Warszawskiego.
Reakcja papieża na nakreślony przez b.ambasadora USA scenariusz miała być ostra: –„ Nie można wykorzystywać Polski do konfliktu zastępczego z Rosją. Wasze wielkie zwycięstwo (destabilizacja ZSRR) będzie opłacone przez Polaków. Przelewanie krwi za niewłasne interesy nie służy polskiej sprawie. Jeśli nie powstrzymacie waszych działań w moim kraju, to w razie konfliktu przylecę do Polski i zginę z własnym narodem.“
Tyle plotka. A dalej zaczyna się narracja, którą po latach usłyszałem od ówczesnego ambasadora polskiego w Londynie – Jana Bisztygi.
Volpe miał wysłać natychmiastową depeszę tajną, szyfrogram, do Departamentu Stanu USA a ten do najbliższych sojuszników USA, do brytyjskiego Foreign Office (Było to o tyle naturalne, że Wielka Brytania należała wówczas do „Sojuszu Pięciorga Oczu“, grupy współpracy wywiadowczej, złożonej z  USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, kontrolującej m.in. system podsłuchów globalnych „Echelon“, z którego dane trafiają do obróbki w Fort Meade w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie to jest już „Sojusz Czternastu Oczu“.)
Wracając do początkowego wątku, w końcu pażdziernika 1980 roku, pod koniec Synodu, byłem akurat w trakcie transferu z Rzymu do Paryża, aby zgodnie z decyzjami przełożonych zakonu Jezuitów kontynuować tam studia teologiczne. Miałem kłopoty z łącznością z Centralą Wywiadu w Warszawie a przy tym wiadomość, plotka,w której posiadanie wszedłem, wydawała mi się tak nieprawdopodobna, że nie zdecydowałem się na jej przekazanie innymi, nieosobowymi środkami łączności np. tajnopisem bądź zakamuflowaną mikrofotografią.
Dopiero późnym latem 1981 roku, przy okazji pobytu w kraju i spotkania z  dowództwem wywiadu w ośrodku w Magdalence, „przemyciłem“ tę informację w trakcie lunchu, podczas rozmowy towarzyskiej, dzieląc się ze słuchaczami wszelkimi wątpliwościami co do jej prawdziwości. Ku memu zdziwieniu obecni przedstawiciele Centrali nie wydwali się zaskoczeni moją wypowiedzią, wyglądało na to , że przyjęli ją za dobrą monetę.
Teraz, po latach, uzyskałem potwierdzenie prawdziwości tej „ciekawostki“, która okazała się autentyczna i dzięki dwóźródłowej informacji, mojej jak i jeszcze jednej osoby, uzyskała, z wywiadowczego punktu widzenia, status wiadomości wiarygodnej najwyższej wagi.
I tu znowu wkracza na scenę ambasador Bisztyga, reprezentujący w Londynie Polskę w latach 1978-1981. Ogólnie tam lubiany, wyrobił sobie świetne stosunki w elicie politycznej Wielkiej Brytanii, więcej – zaskarbił sobie zaufanie jej przedstawicieli. Miał doskonałe relacje z doradcą premier Margaret Thatcher do spraw bezpieczeństwa narodowego – Colinem Buddem.
W nocy obudził Bisztygę telefon od oficera MI6, Michaela Pallisera, proszącego go o natychmiastowe spotkanie. Gdy do niego dochodzi, Palliser pokazuje zaskoczonemu ambasadorowi depeszę od Volpe z pytaniem : Czy to możliwe, aby papież zdobył się na realizację swych słów ?
Bisztyga odpowiada: „ To Polak, na dodatek człowiek o góralskiej mentalności, wojownik, skoro mówi, to zrobi.“
Po spotkaniu z Palliserem ambasador wysłał szyfrogram do kraju. Dzięki temu władze polskie uzyskały dodatkowy, wielki argument w rozmowach z Sowietami, mitygujący ich i pozwalający na wewnętrzne rozwiązanie kofliktu przez samych Polaków.
Równolegle Margaret Thatcher zaczyna przekonywać Ronalda Reagana, że należy hamować antyradziecki impet na odcinku polskim. Potwierdzają to opublikowane niedawno w Londynie wybrane depesze brytyjskiej premier do prezydenta USA.
Te zakulisowe działania papieża i Watykanu, jak również uzyskanie przez polski wywiad informacji o nich z dwóch niezależnych źródeł, przyczyniły się zapewne do uratowania naszego kraju, a może nawet dużej części Europy przed krwawą łaźnią.
Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, niezależnie od różnych jego ocen, było, jakkolwiek by na nie nie patrzeć, wewnętrznym, polskim działaniem.
Te, dotąd okryte tajemnicą, intencje papieża jak i fakt zapobieżenia interwencji radzieckiej w wyniku zaangażowania polskich sił zbrojnych, mogą tłumaczyć fenomen wielokrotnych audiencji, których papież udzielał, również po stanie wojennym, Wojciechowi Jaruzelskiemu, przedtem – szefowi partii i państwa a później – pierwszemu po zmianie systemu prezydentowi Polski, nawet wówczas, gdy z obu tych funkcji odszedł.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Najnowszy numer „Le Monde diplomatique” (III/IV 2020)

W sporej części poświęcony jest pandemii korona wirusa.
Rozpoczyna go tekst Serge Halimi, który rozważa ekonomiczne konsekwencje pandemii, porównując obecne uwarunkowania z najważniejszymi kryzysami ostatnich dziesięcioleci, poczynając od kryzysu z października 1987 roku. Przemysław Wielgosz pisze o korona wirusie jako mutacji „Wirusa kapitalizmu”, wskazując na to, że między wybuchem i przebiegiem pandemii a mechanizmami kapitalizmu istnieje istotne i nieprzypadkowe iunctim.
O wyzwaniach klimatycznych, jakie stoją przed demokracją traktuje artykuł Anne-Cecile Robert, a Sonia Shah wyjaśnia, dlaczego pandemie są coraz częstsze, a Martine Brulard ostrzega, że „za jedną pandemią może kryć się inna”. Renaud Lambert i Pierre Rimbert zastanawiają się czy po pandemii wszystko się zmieni i jaki będzie „następny koniec świata”. O „niewolnikach Amazona w tekście „Za murami „fabryki paczek” traktuje tekst Jean-Baptiste Maleta. Łukasz Komuda zajął się polską „tarczą antykryzysową”, nazywając jej obecną fazę „Tarczą Antypracowniczą”. Andrzej W. Nowak pisze, w formie polemiki z Giorgio Agambenem, jak kryzys pandemiczny obalił wiele mitów, zarówno neoliberalnych, jak i lewicowych.
W „pozakoronawirusowej” części omawianego numeru „LMd” znajdujemy tekst Alaina Gresha o planie Trumpa odnośnie Palestyny, Michała Krzykawskiego o tym, jak Bernard Stiegler widzi w obecnej epoce (nazywa ją „antropocenem”) zadania filozofii i praktyki politycznej.
Obszerny tekst o pracy kobiet (dowcipnie wzbogacony o socrealistyczne plakaty) w XX i XXI wieku („Kobieta jak mężczyzna, tylko taniej”) napisała Kristen R. Ghodsee. Do lektury cennej książki Joanny Wawrzyniak i Aleksandry Leyk, „Cięcia, mówiona historia transformacji” (chodzi o polską transformację po 1989 rok) zachęca opublikowany obszerny fragment. Do dużo dalszej historii sięgają teksty: Łukasza Kożuchowskiego („Echa rabacji galicyjskiej w Królestwie Polskim”) i Erica Hobsbawma („Bandyta społeczny. Od Robin Hooda …”). Numer zamyka recenzja arcyważnej książki Klementyny Suchanow „To jest wojna”, poświęconej intensywnej ofensywie międzynarodówki fundamentalistów przeciw prawom kobiet”.

Zaraza uprzedzeń

Sytuacje kryzysowe, takie jak trwająca pandemia, są bardzo podatnym gruntem dla uprzedzeń, dyskryminacji i victim blamingu – to wniosek daleki od odkrycia Ameryki. Nietrudno wyobrazić sobie, jak łatwo będzie dziś postulować zamykanie granic przed uchodźcami czy to, ile fałszywie motywowanej niechęci musi wylewać się w stronę „odmiennych kulturowo” Chińczyków. Pierwsze sygnały mogliśmy już usłyszeć z ust premiera Morawieckiego o „obcym” pochodzeniu wirusa.

To zagrożenie dotyczy dziś Włoch. Kiedy wielu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego akurat Włosi tak źle radzą sobie z epidemią koronawirusa, dosyć szybko słyszymy prowizoryczne analizy odnoszące się do mglistego pojęcia „charakteru narodowego” (w przypadku silnie zregionalizowanych Włoch mglistego jeszcze bardziej): że przecież Włosi muszą wychodzić z domu, spotykać się, całować na powitanie, być blisko, siedzieć w kawiarniach i pić espresso, więc w zasadzie sami są winni swej sytuacji przez własną nieodpowiedzialność.
Dokładne analizy włoskiego przypadku jeszcze przed nami. Dowiemy się zapewne, na ile sensowne jest założenie, że szczep, który pojawił się we Włoszech mógł był bardziej zjadliwy niż w innych krajach. Ktoś pewnie zbada także, na ile kulturowe czynniki mogły przyczynić się do rozprzestrzenienia się wirusa.
Póki co o wiele bardziej sensowne niż towarzysko-zabawowy styl życia Włochów wydaje się założenie, że Półwysep Apeniński spotkała po prostu tragedia bycia pierwszym przypadkiem. Kiedy koronawirusa wykryto w Lombardii, Piemoncie i Wenecji Euganejskiej, nic poważnego się jeszcze nie działo – nie było w Europie czerwonych stref, zamykania granic i pustych półek w sklepach.
W ramach eksperymentu myślowego wyobraźmy sobie, że pierwsze przypadki koronawirusa w Europie wykryto w Polsce. Powiedzmy: w województwie opolskim, łódzkim i świętokrzyskim.
Pociągi i autobusy przekraczają granice jak zawsze, wszystkie kawiarnie są otwarte, ekspedientki w sklepach nie noszą rękawiczek, a dzieci chodzą normalnie do szkoły. Ministerstwo Zdrowia wprawdzie apeluje o ostrożność, ale ilu z nas naprawdę się tym przejmie, skoro rzeczywistość wokół funkcjonuje tak samo? Kiedy życie toczy się normalnie, naginanie środków bezpieczeństwa też przychodzi łatwiej, bo nikt nie wie jeszcze, że sytuacja wymknie się przez to spod kontroli. Nie jest to specyficzna cecha żadnego narodu.
Nie wierzycie? A co się stało kilka dni temu, kiedy w Polsce zaczęła się prawdziwa wiosna i ludzie wylegli na bulwary?
Ktoś powie, że przecież przed Włochami mieliśmy przypadek Chin, więc efektów można się było spodziewać. Problem w tym, że dla 60-milionowego kraju w Europie Chiny są po prostu za daleko, by stanowić realny punkt odniesienia. Nie były nim także dla nas, dopóki wirus nie dotarł blisko naszych granic.
Wniosek jest prosty: w czasach kryzysu na uprzedzenia i proste wyjaśnienia należy uważać podwójnie. W sytuacji Włochów mógł znaleźć się każdy, a zrzucanie odpowiedzialności na ich styl życia czy wydajność służb to nie tylko victim blaming, ale też myślenie stereotypami.
Znacznie lepiej byłoby docenić, że możemy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji, zwłaszcza że stało się to czyimś kosztem.

O amancie Macronie i innych sprawach

„Le Monde diplomatique”, nr 1 (161), styczeń/luty 2020

W numerze, który jeszcze jest w punktach prasowych – Serge Halimi o tym, że nie wystarczy „tylko pobić Trumpa”. Chodzi to, że przeciwnicy Donalda Trumpa nie powinni koncentrować się wyłącznie na obsesyjnej myśli o odsunięciu go od władzy, lecz także myśleć o tym, jaka ma być Ameryka „po Trumpie” i to nawet wtedy, gdyby Trump wygrał ponownie. Problem Trumpa leży bowiem nie w nim samym, ale w stanie społeczeństwa (i jego problemów), które wyniosło go do władzy. Alain Accardo w „Drobnomieszczaninie szlachcicem” zastanawia się nad przyczynami i perspektywami trwałości drobnomieszczańskiej świadomości, modusu życia i drobnomieszczańskiego egoizmu. Jedno ze zdań tekstu brzmi tak: „Pierwszy amant Macron pojawia się w blasku chwały, jeśli nie jako archetyp drobnomieszczanina naszych czasów, to jako jego ostatnie wcielenie, jako ikona homo economicus zrodzonego przez kapitalizm XXI wieku, neoarystokrację społeczeństwa obfitości, nierówności, ostentacji, pozorów i marnotrawstwa, idealny model proponowany studentom dobrych szkół”. Z tym zdaniem koresponduje inne, tylko na pozór dotykające innej materii: „A teraz cała planeta staje się ogromnym wysypiskiem śmieci, trującym, śmierdzącym, nie do życia. Chyba że zatrzymamy to mordercze szaleństwo zanim będzie za późno”. Poza tym m.in. Maxime Lancien o przyczynach apokaliptycznych pożarów w Australii („Australia – sezon w piekle”), Gilbert Achcar o relacjach między Waszyngtonem a Teheranem („Taniec z szablami w Iraku”), Ewa Majewska z współpracownikami o „państwie (afektywnego) stanu wyjątkowego” czyli Polsce („Strefy wolne od LGBTplus”), Jan Wasiewicz w obszernym tekście o „Chłopskiej rewolucji księdza Piotra Ściegiennego” w ujęciu postkolonialnym. Poza tym – o obrazie kobiety w kinie polskim Elżbieta Durys, a Chantal Mouffe o potrzebie lewicowego populizmu. Jak zwykle zajmujące czytanie „Le Monde” to jak lektura całkiem sporej książki wielotematycznej.

Jak polski rząd przyjmuje dyplomatyczne kopniaki

Prezydent Francji Emmanuel Macron poznęcał się na konferencji prasowej po szczycie w Brukseli nad jednym krajem członkowskim Unii Europejskiej – Polską.

Striwerdził, że, że choć szczyt przyjął cel neutralności klimatycznej do 2050 roku, to jeden kraj uzyskał „tymczasowe wyłączenie”. I co najistotniejsze, zepchnął Polskę na boczny tor, mówiąc, że ten fakt „nie spowolni wdrażania Europejskiego Zielone Ładu”.
– Pierwsze regulacje zostaną przyjęte większością kwalifikowaną. Jeśli Polska nie potwierdzi swojego udziału w celu osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku, to będzie poza europejskim mechanizmem, w tym w zakresie finansowej solidarności – powiedział Macron.
Politycy PiS jak zwykle zagotowali, twierdząc, że prezydent Francji grozi Polsce.
Musiał zareagować ambasador francji wydając oświadczenie.
„13 grudnia szereg polskich mediów podawało, że podczas konferencji prasowej po Radzie Europejskiej Prezydent Republiki Francuskiej Emmanuel Macron groził Polsce wykluczeniem z mechanizmów solidarności finansowej UE, jeżeli nie dołączy ona do celu osiągnięcia neutralności emisyjnej w 2050 r. Konieczne wydaje mi się sprostowanie błędów i uogólnień tychże publikacji, aby rozwiać wszelkie nieporozumienia” – napisał ambasador Frederic Billet.
Dodał, że prezydent Macron „po prostu tłumaczył znaczenie konkluzji Rady Europejskiej i nikomu nie groził”.
A ponadto „podczas konferencji prasowej Prezydent Republiki doprecyzował, że wszystkie kraje Rady Europejskiej popierają cel neutralności emisyjnej, ale że Polska zawnioskowała o wyjątek dotyczący wdrażania tego celu, „ponieważ dziś uznaje, że potrzebuje więcej czasu” i że otrzymała więc „dodatkowy czas, aby – do czerwca – potwierdzić, że będzie dążyć do tego celu na poziomie krajowym”.
Macron, nie groził „tylko wytłumaczył, co to oznacza dla Rady Europejskiej”. „”Ten wyjątek w żaden sposób nie spowalnia wdrażania Zielonego Ładu i gdyby ostatecznie Polska nie potwierdziła swojego udziału w dążeniu do tego celu, to postawiłaby się sama poza ramami mechanizmów europejskich, w tym solidarności finansowej”. Powiedział także, że jest przekonany, co do możliwości potwierdzenia tego zobowiązania 27 Państw członkowskich przez wszystkie kraje europejskie w bliskiej przyszłości” – kontynuował ambasador.
Oczywiście wszystko to , na jote nie zmienia tego co Macron myśli i co powiedział o roli Polski w walce ze zmianami klimatu. Ale oficjalne przeprosiny, zostały z uznaniem przyjęte przez polski rząd, który nic z tego nie zrozumiał.
Szef KPRM Michał Dworczyk napisał zatem na Twitterze: ”Komunikat Ambasadora Francji ws. wypowiedzi Prezydenta Francji po Radzie Europejskiej. Wszystko dokładnie wytłumaczone”.

„Arabia incognita” Krzysztofa Płomińskiego

Książka, którą trzeba przeczytać

Joseph Nye, politolog amerykański i teoretyk tzw. miękkiej sity (soft power) pisał, że w dobie globalizacji i dominacji potęg światowych, działania państw średnich i małych w promowaniu narodowych interesów powinny koncentrować sie na umiejętności pozyskiwania sojuszników przez eksponowanie atrakcyjności własnych wartości, kultury i polityki. Miękka siła to subtelne działanie podejmowane po to, aby inni chcieli w niewymuszony sposób sprzyjać naszym celom. W brytyjskiej dyplomacji teorię Nye’a przekuto na zasadę 4 kroków: przybliżyć, zainteresować, zaangażować, oddziaływać. Kroki te, podejmowane w umiejętny sposób, przyciągną inwestorów i turystów zagranicznych, zapewnią zbyt towarów, a co najważniejsze – stworzą w oczach opinii społecznej za granicą korzystny wizerunek naszego państwa, sprzyjający realizacji jego narodowych
interesów.
Jest oczywiste, ze narodowe interesy promują konkretni ludzie, w szczególności pracownicy służby zagranicznej. Dyplomacja przeszła od czasów Kongresu Wiedeńskiego w 1818 r. głęboką ewolucję – od sekretnej, prowadzonej przez wąski krąg dyplomatów w interesie niewielkiej grupy społeczeństwa, przez dyplomację upartyjnioną, nie różniąca się zbyt od propagandy i służącą totalitarnym reżimom, po współczesną dyplomację publiczną, realizowaną w interesie całego narodu i z szerokim udziałem obywateli. W dobie powszechnych podróży każdy może być ambasadorem swojego państwa. Jaka jest więc rola zawodowych dyplomatów doby globalizacji? Jaka powinna być współczesna dyplomacja w warunkach hierarchiczności stosunków międzynarodowych, eksplozji demograficznej w świecie pozaeuropejskim, zagrożeń bezpieczeństwa oraz coraz bardziej bezwzględnej rywalizacji o kurczące sie zasoby ziemi, wody i surowców?
Prezentowana książka nawiązuje do tych pytań i sugeruje wiele odpowiedzi. Jest to lektura pasjonująca i pouczająca. Przedstawia w intrygujący sposób doświadczenia dyplomaty polskiego na Bliskim Wschodzie w burzliwym okresie lat 1971-2013. Ambasador Krzysztof Płomiński to autor kompetentny, gdyż związany z tym regionem od 50 lat. Nie sposób wymienić wszystkich dokonań autora na polu dyplomacji. Podejmował on pionierskie zadania na placówkach w Trypolisie, Ammanie, Bagdadzie i Rijadzie, w tym tak spektakularne jak kierowanie w styczniu 1991 roku ewakuacją ambasady RP w Iraku, skąd polski wywiad nieco wcześniej w brawurowej akcji bezpiecznie wywiódł grupę oficerów CIA. Operacja ta stała sie elementem utrwalania wiarygodności nowej Polski i krokiem na drodze do członkostwa w NATO. Przyczyniła sie również do redukcji o połowę długu PRL wobec zachodnich wierzycieli. Ewenementem byto doprowadzenie do przejęcia przez Polskę w 1991 roku odpowiedzialności za interesy USA w Iraku. Ambasador Płomiński byt także zaangażowany w operację „Most”. Co ważne, był świadkiem przełomu w historii Polski i tworzenia nowej polityki zagranicznej po 1989 r. Aktywnie włączył się do rozszerzania kręgu partnerów RP na Półwyspie Arabskim, czego ukoronowaniem było otwarcie w 1998 roku Ambasady RP w Rijadzie i służba w charakterze pierwszego ambasadora polskiego w Arabii Saudyjskiej.
Autor przybliża czytelnikowi historię i determinanty sytuacji na Bliskim Wschodzie oraz specyfikę bliskowschodniej polityki z jej grą pozorów i hipokryzji, kamuflażu i fałszywych komunikatów. Książka słusznie zwraca uwagę na dysonanse miedzy powszechną opinią na Zachodzie o Bliskim Wschodzie a rzeczywistością bliskowschodnią. Zachód boi sie dominacji islamu, a tymczasem ta religia jest w głębokim kryzysie i nie wiadomo, kiedy sie z niego podniesie. Zachód sądził, ze wystarczy usunąć dyktatorów, aby w wiecie arabskim zapanowała harmonia i dobrobyt, a tymczasem doświadczenia Iraku, Libii, Syrii czy Jemenu pokazały coś odwrotnego. W książce znajdujemy porównanie regionu do składu łatwopalnych materiałów, co dobrze obrazuje, jak skomplikowana jest sytuacja na Bliskim Wschodzie. Autor przedstawia stan anarchii i upadku regionu, a przynajmniej niektórych jego części i pisze, ze część odpowiedzialności za to ponosi Zachód. Mówi o hipokryzji przywódców zachodnich mocarstw, dla których mudżahedini afgańscy byli najpierw bohaterami, bo walczyli ze Związkiem Radzieckim, a później bandytami i terrorystami, gdyż zaczęli kontestować ingerencję Zachodu w sprawy regionu. Autor jest także krytyczny wobec elit bliskowschodnich za korupcję, egoizm, dbanie o wąskie interesy grupowe, brak suwerennej polityki.
Z lektury poznajemy realia służby zagranicznej. Uwagi autora o funkcjonowaniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych na przestrzeni 40 lat jego pracy w tej instytucji to niezwykle cenne analizy i intrygujące spostrzeżenia. Czytelnik znajdzie wiele głębokich refleksji, ale i ciekawostek. Dla autora Bliski Wschód to obszar sąsiadujący z Polską, odmienny kulturowo, ale mogący być cennym partnerem, a przede wszystkim – region o wielkim potencjale. W warunkach narastania ksenofobii, niechęci do Arabów i muzułmanów oraz straszenia przez polityków zagrożeniem Europy przez islam, książka może pomóc w równoważeniu obrazu tego regionu jako obszaru wrogiego, prącego do konfrontacji, budzącego strach i fobie podsycane przez propagandę wojny.
Książka pomaga zrozumieć czym jest dyplomacja w obecnym świecie, jakie jest jej miejsce w gospodarce i kulturze oraz jakie wymogi powinny spełniać osoby reprezentujące państwo za granicą i promujące jego narodowe interesy. W przypadku samego autora atuty, które decydowały o awansowaniu go na coraz wyższe szczeble w strukturze MSZ – od referenta do ambasadora – to kompetencje zawodowe i rozumienie realiów regionu. Ambasador Płomiński nie był dyplomatą ani z partyjnego klucza, ani osobą przypadkową w świecie arabskim. Doskonałe przygotowanie językowe i merytoryczne połączone z ciekawością ,,swojego” regionu i otwartością wobec partnerów, przy zachowaniu umiejętności widzenia ich wad — oto jego cechy, jako dyplomaty.
W publikacji jest wiele odniesień do gospodarki. Rozwijanie wymiany handlowej, otwieranie drzwi dla biznesu i przyciąganie inwestorów — oto kierunek współczesnej dyplomacji. Sfera ta, czytamy w książce, powinna być także widziana przez pryzmat wydatków na utrzymanie służby zagranicznej, które należy traktować jak publiczną inwestycję. W Polsce to ok. 2 mld zł rocznie. Mogą one generować produkt krajowy brutto lub nie. Jeśli służba zagraniczna jest źle zorganizowana, a kadry mierne, gdyż przypadkowe i mało wiedzące o specyfice regionów działania — to nie można sie spodziewać dywidendy. Nowoczesna dyplomacja powinna by¢ totalna i aktywna na wszystkich polach – politycznym, kulturalnym i ekonomicznym. Działania autora, jako dyplomaty, stanowią tu dobry przykład.
Książka porusza wachlarz wątków osadzonych w narracji autobiograficznej. Autor eksponuje kwestie zasadniczą dla dyplomacji jako takiej – sprawę jej efektywności oraz czynników warunkujących skuteczność działania. Wśród nich są zarówno uwarunkowania globalne, jak i te prozaiczne — nietrafna ocena, spóźniona decyzja, zaniechanie, brak personelu. Publikacja wskazuje na konieczność podejmowania działań kompleksowych i instytucjonalnych, a przede wszystkim – szukania rozwiązań, w których także i partner widziałby swoje korzyści. W tym względzie konieczne jest tworzenie płaszczyzny porozumienia przez sięganie do wspólnej historii i wykazywanie się wrażliwością kulturową. Historia otwarcia ambasady polskiej w Rijadzie pokazuje, jak wielkie znaczenie odgrywają w dyplomacji relacje osobiste. Czytamy, że Polska ubiegła kilka innych państw w kolejce do otwarcia ambasady saudyjskiej i Ze to, co nie udało sie wielkiemu prezydentowi (Havlowi), powiodło sie ,,skromnemu polskiemu ambasadorowi.”
Publikacja pokazuje ogromny wysiłek pokolenia dyplomatów wywodzących sie z PRL w wypracowaniu dla nowego państwa polskiego wielkich korzyści materialnych i wizerunkowych. Wielu z nich miało dyplomy Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Moskwie, co spowodowało, że po latach ich dorobek starano sie zdyskredytować, a ich samych odsunąć od służby Ta gorzka refleksja przewija sie kilkakrotnie w narracji, której zwieńczeniom jest interesujący rozdział o historii Arabii od czasów, kiedy Półwysep Arabski byt pokryty bujną roślinnością i oddzielony od Wyżyny Irańskiej nie dzisiejszą morską Zatoką, a rajską doliną pierwotnej rzeki.
Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć sie, co stanowi polska ,,miękką siłę” i jaka jest kondycja dyplomacji RP, a także jaki jest Bliski Wschód, to książka ambasadora Krzysztofa Płomińskiego jest ku temu odpowiednią lekturą.

Krzysztof Płomiński – „Arabia Incognita. Raport polskiego ambasadora”, Wydawnictwo Grupa M-D-M, Warszawa 2019, str. 330, ISBN 978-83-948485-8-3.

Autor recenzji jest emerytowanym profesorem i byłym dyrektorem Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych w Polskiej Akademii Nauk, historykiem Bliskiego Wschodu i autorem ponad 20 książek oraz stu artykułów naukowych o Bliskim Wschodzie.

Recenzja ukazała się w Magazynie „Ambasador” 38 (44) 2019.

Amatorski teatr

Dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dyplomata i historyk dyplomacji dr Janusz Sibora.

JUSTYNA KOĆ: Prawie dwie godziny przemawiał w Sejmie minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Podsumował ubiegły rok, nakreślił przyszłe cele. Jak pan je ocenia?
DR JANUSZ SIBORA: Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, że minister nie wysłuchał debaty po swoim wystąpieniu, tylko w tym czasie zorganizował konferencję prasową. To zachowanie mało dyplomatyczne, a nawet mało eleganckie. Wracając do wystąpienia, to doskonale widać w nim, w jakim punkcie znajduje się obecnie nasza polityka zagraniczna.
Zdaniem ministra Czaputowicza „Polska jest dziś krajem aktywnym i słuchanym, cieszącym się coraz większym szacunkiem”.
W wystąpieniu mamy dużo chwytów retorycznych, a minister stosuje pojęcia ogólne, którym nadaje rozszerzone znaczenie, gdy chce uniknąć wypowiadania się o konkretach. Dużo było takiej waty słownej zamiast konkretnych odniesień do naszej polityki i jej problemów, jak Izrael czy Rosja. Z kolei w drugiej połowie tego wystąpienia słuchacze zostali zalani dużą ilością szczegółowych danych, które niczego nie ilustrowały, informacjami drugo- i trzeciorzędnymi, które nie powinny zaistnieć w tym przemówieniu, np. ile budynków zostało oświetlonych na biało-czerwono w dniu 11 listopada. Moim zdaniem to informacje na poziomie dyrektora departamentu, a nie exposé ministra. Dodatkowo, chyba po raz pierwszy, szef polskiej dyplomacji, dokonując pewnego bilansu polityki zagranicznej, mówił o szopkach krakowskich. Moim zdaniem to przejdzie do historii przemówień. Bardzo cenię dziedzictwo kulturowe, ale chyba nie tego oczekujemy od ministra występującego z sejmowej trybuny. Podobnie zabrzmiała informacja o założeniu placówki w Panamie, która przecież powstała doraźnie na potrzeby Światowych
Dni Młodzieży.
Czego zabrakło?
Konkretów, chociażby o placówkach dyplomatycznych. Niedawno Estonia założyła pierwszą elektroniczną placówkę dyplomatyczną. Nowe technologie wchodzą także do dyplomacji, o tym nie było słowa. Znam ministerstwa spraw zagranicznych, w których po analizie Big Data dokonywane są wyprzedzające działania umożliwiające zapobieganie rodzącym się konfliktom. Nie było mowy o dyplomacji obywatelskiej współdziałającej z MSZ. Ubolewam nad usuwaniem zawodowych dyplomatów. Wymiana kadr czy wręcz czystki muszą budzić niepokój. Od przedstawienia tych zagadnień minister de facto uciekał.
Dzisiejsza polityka zagraniczna przybrała model dyplomacji jednoosiowej zorientowanej na USA, która znalazła się w bardzo niekorzystnym układzie do dyplomacji unijnej. To wystąpienie dobrze obrazuje, w jakiej pułapce znajduje się nasza polityka zagraniczna, w pułapce, w którą sami weszliśmy. Nazywam to polityką bezalternatywności.
Pierwszą część swojej wypowiedzi minister poświęcił UE, ale o uruchomionym art. 7 nawet się nie zająknął.
Bo minister próbował uwiarygodnić przekaz, że jesteśmy bardzo prounijni. To był przekaz zbudowany na okres kampanii wyborczej do PE. Nawet nie wchodząc w meritum, przekaz był jasny. Gdyby przejść do konkretów, to minister pouczał Unię, a nawet zarzucił jej łamanie postanowień traktatowych, co miało być ripostą na zarzuty o łamanie przez Polskę praworządności. Zresztą słowo praworządność z ust ministra chyba nie padło ani razu. Usłyszeliśmy natomiast, że po brexicie większą rolę w UE będą odgrywać Niemcy i Francja. W tej części przemówienia, co tu dużo mówić, powiało antyniemieckimi demonami. Minister nie odniósł się też w żaden sposób do propozycji prezydenta Francji Macrona odnośnie do uzdrowienia UE. Jeżeli partia rządząca ogłosiła przed kilkoma dniami 12-punktową deklarację odnośnie do Europy, to była dobra okazja, żeby minister skonfrontował ją z deklaracją prezydenta Francji. Można było zarysować kontury polskiej wizji europejskiego renesansu.
Potem minister przedstawił obszerną część dotyczącą NATO i relacji z USA, ale o Fort Trump także się nie zająknął.
Muszę powiedzieć, że gdyby tę część analizować zdanie po zdaniu, to spokojnie mogłaby to być wypowiedź ministra obrony narodowej. Tam były bardzo szczegółowe, zresztą wielokrotnie powielane informacje: gdzie stacjonują jednostki amerykańskie, gdzie jeszcze będą, ilu jest żołnierzy. Natomiast jeżeli już szef dyplomacji mówi o Pakcie Północnoatlantyckim, to oczekiwałbym refleksji w części politycznej tego sojuszu. Tu widać jak na dłoni miałkość tego wystąpienia – brak pogłębionej refleksji geopolitycznej. Dostaliśmy wystąpienie, gdzie Polska leży w środku mapy Europy, w centrum. Tymczasem wolałbym, aby w wystąpieniu ministra Polska znajdowała się na globusie, gdzie jest inaczej pozycjonowana, bo te powiązania światowe, ta światowa pajęczyna stawia przed polską służbą dyplomatyczną inne jakościowo wyzwania.
Choć żyjemy u schyłku drugiej dekady XXI wieku, odniosłem wrażenie, iż jest to tekst ze schyłku minionego stulecia. Chociażby sprawa Chin i „Jedwabnego Szlaku”, o którym chyba już dziś zapomniano – ani słowa nie usłyszeliśmy. Zabrakło a n a t o m i i polityki zagranicznej w kontekście globalnym. W tej części odnośnie do NATO można było tego oczekiwać. Zdecydowanie najsłabsza część.
Jak ocenia pan wypowiedź ministra o stosunkach Polska-Izrael? Tu polska dyplomacja zaliczyła szereg wpadek.
To jest bardzo niepokojące i niestety potwierdza naszą słabość. Po tym, co się wydarzyło, czyli po dokonaniu obrazy narodu polskiego przez izraelskiego ministra i jeszcze nieprzeproszeniu nas, zazwyczaj odwołuje się na kilka tygodni, może trzy miesiące, ambasadora. To pokazałoby, że trzymamy się pewnych standardów. Izrael odwoływał swoich ambasadorów z krajów skandynawskich, gdy ich posunięcia w Radzie Bezpieczeństwa były dla nich niekorzystne. Myśmy tak nie postąpili, wybraliśmy politykę przetrwania i milczenia. Minister powiedział tylko enigmatycznie: „nie godzimy się na takie wypowiedzi”. To nie były „jakieś” wypowiedzi, tylko słowa premiera wygłoszone na ziemi polskiej, a następnie ministra już w Izraelu.
Wydaje mi się, że tu można było jednak stanowczo pokazać, że oczekujemy ze strony Izraela przeprosin. Szczerze to zastanawiam się, na co nasza dyplomacja liczy, że zapomnimy o tym jako społeczeństwo?
Podobnie w stosunkach z Rosją. Tu widzę intelektualny czy polityczny brak chęci podjęcia tej kwestii. Oczywiście minister wielokrotnie mówił, że nie godzimy się na agresję Rosji na Ukrainie, na Nord Stream 2. Natomiast ja polecałbym tu drogę Angeli Merkel, która prowadzi dyplomację XXI wieku, czyli na wielu poziomach. „Dyplomacja nie jest ulicą jednokierunkową”, jak powiedział kiedyś prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Merkel ma taką siłę, że mówi, że nie zgadza się z Rosją w pewnych punktach, ale ma świadomość, że w innych musi z nią współpracować. My takiej pozycji do rozmowy nie mamy i moim zdaniem nawet nie chcemy takiej mieć. Nasze stosunki z Rosją nie mogą się ograniczać do pomruków o wydanie wraku Tupolewa, a do osiągnięć nie możemy zaliczać wyposażenia nauczycieli w materiały do nauki historii. Mamy przecież takie instytucje, jak Ośrodek Studiów Wschodnich czy różne komisje, które mogą pomóc w dialogu z Rosją, ale wydaje mi się, że ten rząd boi się powiedzieć, że będzie z Rosją rozmawiać.
W kontekście tego aż boję się myśleć, jak będą wyglądać obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. My ciągle nie wiemy, kto tam przyjedzie i czy zaproszony zostanie Putin (już wiadomo – nie zostanie, przyp. red.). Ta okrągła rocznica jest dobrym momentem, aby przełamać trwającą od wielu lat inercję, co może wyjść tylko na dobre. Przypomnę, że jest słynne powiedzenie, że przyjaciół trzeba mieć blisko, a wrogów daleko. Proszę pomyśleć, że prezydent USA też kiedyś pojechał do komunistycznych Chin. To był przełom. W stosunkach z Rosją potrzeba wizji ułożenia wzajemnych relacji i przełomu politycznego myślenia. Proszę porównać, jak balansują w stosunkach z Rosją Węgry i Austria.
Minister wśród sukcesów wymienił konferencję bliskowschodnią.
Nawet nie chcę już pastwić się nad tym szczytem, bo tu już wiele zostało powiedziane, że niestety spełniliśmy w tym przypadku niewdzięczną rolę organizatora. Dlatego minister skupił się na innych elementach, a przed sednem informacji uciekł. Stąd też ta wyliczanka, ilu żołnierzy amerykańskich gdzie stacjonuje.
To jest właśnie pułapka polskiej polityki zagranicznej, zorientowania się na jednego partnera, jakim są Stany Zjednoczone. A co będzie, jak się zmieni prezydent?
Niepokojąco zabrzmiała też krytyka autonomii strategicznej UE. Minister Czaputowicz powiedział, że oczywiście możemy uczestniczyć w koncepcji europejskiego funduszu obrony, ale jeśli to będzie korzystne dla naszego przemysłu. To stawia nas poza jądrem Europy.
Nasza dyplomacja przypomina mi dziś amatorski teatr. My już nie gramy ról pierwszoplanowych, pytanie, czy zdarzają się nam jeszcze role drugoplanowe. To też pokazuje słabość ośrodka prezydenckiego. Proszę zwrócić uwagę, ile i jakich wizyt zagranicznych odbył prezydent, a w końcu, między innymi poprzez takie wizyty, liczy się siłę dyplomacji. Mieliśmy wizytę w Australii, roboczą wizytę w USA. Wspomniano o wizycie prezydenta Dudy w USA w tym roku. Czy będzie to oficjalna wizyta państwowa? Te przymiotniki w dyplomacji mają znaczenie fundamentalne.
Może ośrodek prezydencki abdykował z tej roli i pozostawił ją ministrowi spraw zagranicznych?
Oficjalne wizyty państwowe służą także temu, aby podnieść relację na wyższy poziom. O ile w zeszłym roku minister Czaputowicz jeszcze wymieniał, gdzie pojedzie prezydent, choć już było tego mało, to tym razem nawet takiego passusu nie było. Nikt nie przyjechał do Katowic na szczyt, nikogo znaczącego nie było na obchodach 11 listopada, czyli 100-lecia odzyskania niepodległości, chociaż szumnie zapowiadano, że przyjadą delegacje z całego świata. Nic nie tworzymy, nikt nas nie zaprasza, dosiadamy się tylko do stołów, które ustawia ktoś inny.
Podsumowując, dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański.