Z kim trzyma Polska w Europie?

Ja na miejscu polskich, przepraszam za wyrażenie, publicystów i ekspertów od Unii Europejskiej, uważniej wsłuchiwałbym się w to, co się dzieje w Słowenii.

Ja na miejscu polskich, przepraszam za wyrażenie, publicystów i ekspertów od Unii Europejskiej, uważniej wsłuchiwałbym się w to, co się dzieje w Słowenii.
W tym kraju odbywa się nieformalny szczyt szefów państw i rządów Unii Europejskiej. Wśród nich jest i premier Morawiecki. Jak wiadomo, reprezentuje on kraj, którego lokajski, całkowicie bezrefleksyjny stosunek do USA nie tylko Polskę ośmiesza, ale też stawia nas na coraz dalszym marginesie europejskiej polityki.
Otóż przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel (Belgia) powiedział że Unia musi rozwijać swoje zdolności do samodzielnego działania. Dodał też, że musi być przygotowana do większej niezależności od innych regionów świata. Michel użył nawet sformułowania „krytyczna zależność”. Swą wypowiedź powiązał z Chinami w kontekście gospodarki. Ale mówił też o obronności i bezpieczeństwie. A te akurat kwestie Unia związała przez ostatnie lata wyłącznie ze Stanami Zjednoczonymi.
Gdy ważny polityk Unii mówi o samodzielności w sprawach związanych z zaangażowaniem wojskowym, to warto na to zwrócić uwagę.
Michelowi i innym, racjonalnie myślącym politykom, trudno odmówić słuszności, gdy gorączkowo wzywają do samodzielności UE po spektakularnej klęsce USA i NATO w Afganistanie. Ale porażka w Afganistanie to z pewnością nie jedyny i nie najważniejszy powód, dla którego warto, by Unia myślała o tym, by poszukiwać swojej drogi w kwestiach bezpieczeństwa. Jedyne, co USA zaoferowały Europie przez ostatnie 30 lat to łamiące prawo międzynarodowe wojny napastnicze, w które wciągały swoich europejskich sojuszników, by dzielić się z nimi hańbą i odpowiedzialnością za zabijanie setek tysięcy cywilów. Czy sojusznicy USA mieli w tym jakiś swój interes? Żadnego. Jedynym graczem, który realizował swoje cele, były Stany Zjednoczone.
USA wciąż są mocarstwem, ale już nie sposób ukryć procesów gnilnych toczących ten organizm. Jeszcze amerykańskie elity w to nie wierzą, że kończy się ich czas, jeszcze mogą wciągnąć cały świat w konflikt, który zniszczy kontynenty, ale, jak marzą politycy, zresetuje ich ekonomikę i będzie można zacząć od nowa: grabić, zastraszać, a nieposłusznych zabijać w imię bogacenia się USA kosztem słabszych. Słusznie więc Europa zaczyna się zastanawiać, czy dalej dać się wciągać w przepaść przez państwo, które swą ponura role w historii świata już odegrało.
Pytanie brzmi teraz tak, czy Unia samodzielnie jest w stanie stworzyć swój system bezpieczeństwa i czy oprze go na modelu amerykańskim – tępej siły, czy tez postara się stworzyć coś nowego. Projekt Unii Europejskiej jest zbyt wartościowy dla kontynentu, by go teraz zmarnować, jednak bez zmiany całej struktury, jego klęska jest nieunikniona.
Nie mam też żadnych wątpliwości, że głosu Polski w dyskusji o nowym kształcie Unii Europejskiej nie będzie słychać. Ona do końca będzie głupio proamerykańska, bo naszą specjalnością jest trwanie na pozycjach, które nas najpierw kompromitują, a potem tylko szkodzą.

Chiny świętują 50. rocznicę przywrócenia członkostwa w ONZ

W tym roku przypada 100. rocznica założenia Komunistycznej Partii Chin (KPCh), a także 50. rocznica przywrócenia członkostwa Chin w ONZ.

Chiny są członkiem-założycielem ONZ i pierwszym sygnatariuszem Karty Narodów Zjednoczonych. 26 czerwca 1945 r. chińska delegacja, w tym przedstawiciel KPCh Dong Biwu, podpisała Kartę NZ. Około dziewięć lat później chiński premier i minister spraw zagranicznych Zhou Enlai przewodniczył chińskiej delegacji podczas konferencji genewskiej, gdzie zaprezentował pokojową politykę zagraniczną i zupełnie nowy styl dyplomatyczny Chińskiej Republiki Ludowej. Dlatego Genewę okrzyknięto kolebką wielostronnej chińskiej dyplomacji.
Aby przywrócić swoje członkostwo w ONZ, Chiny dokładały nieustannych starań i napisały niezapomniany rozdział w historii dyplomatycznej Chińskiej Republiki Ludowej. 25 października 1971 r. na 26. Zgromadzeniu Ogólnym ONZ przyjęło przytłaczającą większością głosów, rezolucję nr. 2758, która przywracała wszystkie należne prawa Chińskiej Republice Ludowej w ONZ. Otwarta została w ten sposób nowa karta w historii ONZ i nowy etap w stosunkach Chiny-ONZ.
W ciągu ostatnich 50 lat Chiny aktywnie dzieliły się swoimi poglądami i wysuwały propozycje na arenie ONZ, prezentując w ten sposób, żywy głos swojej dyplomacji, a chińscy przywódcy często przemawiali na forum ONZ.
Od 2012 roku przewodniczący ChRL Xi Jinping wygłosił wiele ważnych przemówień na platformach wielostronnej współpracy, w tym na forum ONZ, podczas których przedstawił szereg nowych pomysłów, propozycji i inicjatyw o chińskich charakterze, które były zgodne z międzynarodowymi aspiracjami i trendem czasu, a także proponowały ważne wytyczne dotyczące kontynuowania, praktykowania i rozwijania multilateralizmu.
W ciągu ostatnich 50 lat Chiny uczestniczyły w wielostronnych działaniach ONZ i jako duży kraj demonstrowały swoją odpowiedzialność, przystępując do ​​prawie wszystkich uniwersalnych organizacji międzyrządowych oraz podpisując ponad 600 konwencji międzynarodowych, które poprawiły pozycję Chin i rozszerzyły ich wpływy w ONZ oraz w społeczności międzynarodowej.
Chiny rzetelnie wypełniły swoje zobowiązania akcesyjne wchodząc do WTO i stale zwiększały stopień otwarcia, aby nadać impuls globalizacji gospodarczej i wzrostowi gospodarki światowej. Zainicjowały inicjatywę „Pasa i Szlaku”, aktywnie promowały współpracę Południe-Południe oraz dialog Północy i Południa. 10 lat przed terminem zrealizowały cel walki z ubóstwem wyznaczony w Agendzie ONZ na rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030 oraz skutecznie utrwaliły i pogłębiły rezultaty wspólnego globalnego rozwoju. Poza tym prowadziły aktywne wysiłki Chin na rzecz rozszerzenia współpracy międzynarodowej w walce z pandemią COVID-19 i włączyły się w budowę globalnego systemu zdrowia publicznego, co wpływa istotnie na globalną reakcję na kryzysy zdrowia publicznego.
Jako przedstawiciel dyplomatyczny i praktyk dyplomacji wielostronnej miałem szczęście doświadczyć i byłem świadkiem udziału Chin w działaniach ONZ. Od Siedziby Głównej ONZ w Nowym Jorku po Biuro ONZ w Genewie, od negocjacji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ po wielostronne negocjacje dyplomatyczne w wielu dziedzinach, takich jak zachowanie pokoju, prawa człowieka, globalne zdrowie publiczne, międzynarodowy pokój i kontrola zbrojeń, nauka, sport, praca i handel. Osobiście odczuwam radość z wielostronnej dyplomacji chińskiej, prowadzonej od sukcesu do sukcesu. Poza tym obserwuję również historyczne zmiany zachodzące w stosunkach Chiny-ONZ i głęboko rozumiem święte obowiązki i misje na pierwszym froncie wielostronnej dyplomacji.
Chiny będą aktywnie prowadzić dyplomację wielostronną, stale praktykować multilateralizm i stanowczo chronić swoje narodowe interesy.

Autor jest Ambasadorem Nadzwyczajnym i Pełnomocnym oraz Stałym Przedstawicielem Chińskiej Republiki Ludowej przy Biurze ONZ w Genewie i innych organizacjach międzynarodowych w Szwajcarii.)

Nasza misja na Wschodzie

Dziwi mnie radość elit PiS wywołana klęską Amerykanów i ich sojuszników z NATO w Afganistanie. Satysfakcja,że nie udało im się wprowadzić tam zachodniej demokracji. Stworzyć równoprawnego, demokratycznego społeczeństwo. Zaszczepić Afgańczykom zachodnioatlantyckich wzorców.

Dziwi mnie, bo przecież państwo polskie też miało swój udział w tej nieudanej modernizacji afgańskiego społeczeństwa. Tworzenia tam państwa na nasz, zachodni wzór. I dlatego taka, z trudem skrywana radość, że oto dzicy talibowie pokonali bogatą „lewacką” administrację Bidena, zwyczajnie dziecięcą jest.
Można też rzec, że oto przygania kociołek garnkowi. Klęska zachodniego, cywilizacyjnego wysiłku w Afganistanie przypomniała fundamentalne pytanie o misjonarski sens państw zachodniej demokracji.
O to czy państwa Zachodu powinny nadal uszczęśliwiać inne geograficznie i kulturowo społeczeństwa narzucając im, w różny sposób, zachodni model demokracji, gospodarki i społeczeństwa. Bo ten rzekomo jest najlepszy na świecie. Gwarantujący wolność obywateli i technologiczny postęp cywilizacyjny.
Wedle polskich, mieniących się wolnymi i prodemokratycznymi, mediów polscy żołnierze nie uczestniczyli w wojnach w Iraku i Afganistanie. Oni byli tam na „misjach”. Krzewili jedynie wiarę w wyższość naszej zachodniej demokracji nad innymi niedemokracjami. Trzymając się tej logiki można pisać, że książę Konrad Mazowiecki też sprowadził nam jedynie krzyżackich misjonarzy.
Nasze misjonarstwo
Państwo polskie miało też swój program misjonarski. W 2008 roku został zatwierdzony projekt Partnerstwa Wschodniego. Wschodniej polityki Unii Europejskiej, w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa.
Partnerstwo Wschodnie przewidywało zacieśnienie współpracy Unii Europejskiej z Armenią, Azerbejdżanem,Białorusią, Gruzją, Mołdawią i Ukrainą.
Państwa te w zamian za stałe demokratyzowanie się i przyjmowanie standardów Unii Europejskiej miały otrzymywać od państw UE preferencje handlowe, ułatwienia wizowe i pieniądze z europejskich programów pomocowych. Prymusi Partnerstwa Wschodniego mieli w nagrodę otrzymać mapę pokazującą ścieżkę dojścia do członkostwa w Unii Europejskiej. Zakończonej super bonusem w postaci uroczystego Wuniowstąpienia.
Ponieważ Francję, Włochy i Hiszpanię interesowała przede wszystkim polityka sąsiedzka w regionie śródziemnomorskim,a Niemcy zawsze prowadzili, dyskretnie i skutecznie, własną wschodnią politykę, to Polska dostała to Partnerstwo Wschodnie praktycznie na wyłączność.
Pewnie dlatego wzbogaciła je swoimi politycznymi koncepcjami. Pochodzącymi z pierwszej połowy ubiegłego wieku. Polska zapragnęła uczynić z szóstki państw Partnerstwa Wschodniego polityczny kordon sanitarny oddzielający Rosję od Polski. Nasycić każde z tych państw anty rosyjskością.
Rosja, dobrze zakorzeniona w tych państwach, sprawne wykorzystywała wszelkie konflikty i sprzeczności interesów państw Partnerstwa Wschodniego. Używała do tego Naddniestrza, Adżarii,Abchazji, Osetii, Doniecka i Ługańska,czyli zbuntowanych, separatystycznych, prorosyjskich regionów w Mołdawii, Gruzji i Ukrainie. Wojny armeńsko- azerbejdżańskiej o Górski Karabach. I przede wszystkim swoich więzi ekonomicznych z partnerską szóstką.
Bilans polskiej misji
Dzisiaj Partnerstwo Wschodnie praktycznie nie istnieje. Gdybyśmy chcieli sporządzić bilans skutków tej wschodniej polityki UE prowadzonej przez Polskę,to znajdziemy zaskakujących jej beneficjentów.
Największe sukcesy w czasie dwunastu lat istnienia Partnerstwa Wschodniego odniósł Azerbejdżan. Państwo najmniej zaangażowane w programy Partnerstwa. Zręcznie wykorzystujące Partnerstwo do zwiększenia swego międzynarodowego autorytetu, co przekładało się na lepsze warunki handlowania jego bogactwami,czyli surowcami energetycznymi.
Przegrana, tegoroczna wojna armeńsko – azerbejdżańska przesądziła o udziale Armenii w Partnerstwie Wschodnim. Od tamtej pory jedynym, realnym gwarantem bezpieczeństwa granic Armenii stała się Rosja. Na Rosję postawiły elity ormiańskie,odkładając związki z Unią Europejską na plan dalszy.
Gruzja, trzecie z kaukaskich państw Partnerstwa, zawisła między Unią Europejską i Rosją. W Unii Europejskiej zyskała ułatwienia wizowe i handlowe. Bardziej związać z Unią już się nie może. Nie ma uregulowanych granic państwowych. Gruzini nie są gotowi przyjmować liberalnych obyczajowo standardów UE. Przeciwna jest im wielce wpływowy tam chrześcijański kościół.
Chętnie za to jeszcze silniej zwiążą się wojskowo z NATO, czyli z USA. Aby tym osłabić pozycję Rosji. Chętnie też Gruzini emigrują zarobkowo. W Polsce są trzecią grupą narodową, po Ukraińcach i Białorusinach, występującą o pozwolenie o pracę.
Totalną porażką skończył się program Partnerstwa Wschodniego na Białorusi. W efekcie ostatnich protestów przeciwko ekipie Łukaszenki z Białorusi emigrowały tysiące jego przeciwników, zwykle też zwolenników Unii Europejskiej. Wzmocnili oni emigrację i zwolenników prorosyjskiej polityki w Białorusi. O przewidywalnej akcesji Białorusi do Unii Europejskiej nikt w Brukseli, nawet poufnie, już nie wspomina.
Nie ma mapy dojścia do wuniowstąpienia dla Mołdawii. Pomimo dwunastu lat Partnerstwa Wschodniego państwo to nadal należy do najbiedniejszych w Europie. Ostatnio wybrane tam władze to efekt cichego porozumienia Rosji, USA i Unii Europejskiej. Utrzymującego tam umiarkowane wpływy tej wielkiej trójki. Utrzymującego jednocześnie peryferyjny status tego, tkwiącego w pułapce nierozwoju, państwa.
Ukraina, największe z państw Partnerstwa Wschodniego, też nie ma perspektyw rychłego wstąpienia do Unii Europejskiej. Wiedzą o tym ukraińskie elity polityczne. Próbując stworzyć tam alternatywny model regionalnego mocarstwa. Na wzór sąsiedniej Turcji.
Dla administracji USA Ukraina staje się cennym wojskowym sojusznikiem. Narzędziem nacisku na Rosję. Szantażu nawet. Pewnie dlatego ukraiński prezydent został zaproszony do Waszyngtonu. A polski prezydent nadal nie.
Dlatego Kijów nie potrzebuje już wsparcia Warszawy. Nie potrzebuje „polskiego adwokata” dla realizacji swych celów w Brukseli. To Berlin jest obecnie gwarantem ukraińskich interesów w UE, a USA gwarantem interesów militarnych w NATO. A jeśli wojenki elit PiS z administracją prezydenta Bidena przedłużą się, to może dożyjemy czasów kiedy to Kijów będzie „adwokatem Warszawy„ w Waszyngtonie.
Dwanaście lat temu polskie elit polityczne dostały szansę prowadzenia europejskiej polityki wschodniej. Krzewienia wartości europejskich na wschodnie, przyciągania społeczeństw szóstki państw Partnerstwa ku Unii Europejskiej. Bilans jest żałosny. Dowodzi, że umiejętność prowadzenia wschodniej polityki europejskiej przez polskie elity polityczne jest jak z koziej dupy trąba.

Cnoty niewieście

Miała być nowa, przedwojenna sanacja, wyszła PiS-owi recydywa czasów saskich.
„Wzmacniamy obronę na wypadek, gdyby wydarzyło się nieszczęście”, tak pan prezes i wicepremier ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński uzasadniał decyzję o zamówieniu 250 czołgów Abrams M1A2. Taką radosną nowinę ogłosił w siedzibie Pierwszej Brygady Pancernej w Warszawie-Wesołej. Pewnie dlatego, żeby wizjonerska zapowiedź zabrzmiała wiarygodnie i poważnie. I tak stało się. Zapowiedź zakupu czołgów za przynajmniej 23 miliardy złotych, bez przetargu i wcześniejszych analiz, rozpalił głowy parlamentarzystów i ekspertów. Wszyscy chwalili jakość amerykańskiego produktu, ale większość zanegowała celowość tego zakupu. Bo wprowadzi on chaos w wojsku, właśnie gdzie modernizuje się stare po radzieckie czołgi T-72 i niemieckie Leopardy, a teraz wprowadza się trzeci typ czołgu. Działającego wedle innego systemu łączności i zaopatrywania niż te posiadane. Zakup Abramsów to przekreślenie planów projektowania i produkcji czołgu „nowego typu” wraz z Francją i Niemcami, które prowadzą taki program rozwojowy.
Zakup gotowego amerykańskiego produktu to zarzynanie polskiego przemysłu zbrojeniowego, któremu pozostanie jedynie rządowy program przemalowywania poradzieckich hełmów w barwy godne dumnego Wojska Polskiego. Na szczęście zapowiedź pana prezesa obyła się bez udziału przedstawiciela USA. To świadczyć może,że jest ona częścią kampanii wyborczej jaką sztabowcy PiS już rozpoczęli. Aby odwrócić uwagę mediów, opinii publicznej i opozycji od serii swoich kompromitujących porażek i złodziejskich afer, zaczęli wywoływać konflikty społeczne i kreować zagrożenia narodu polskiego. Robić to, w czym wyspecjalizowali się już wcześniej.
Kij i marchewka dla Bidena
To nie przypadek, że przy ogłoszeniu zakupów amerykańskich czołgów nie było żadnego przedstawiciela producenta. Administracja nowego prezydenta Bidena uznała ekipę PiS za koniecznych, ale nieprzyjaznych sojuszników. Demonstracyjnie zwlekała z przysłaniem do Warszawy swego ambasadora. Przypominała i pouczała o konieczności przestrzegania praw ludzkich, przynależnych również osobom LGBTI.
W odpowiedzi pan prezes Kaczyński postanowił „zagrać ostro”. Co lubi, co zawsze u polityków ceni. Nawet tak dalekich mu jak Aleksander Kwaśniewski. Tupnął nóżką i wydał administracji prezydenta Bidena wydał małą wojenkę propagandową. Najpierw jako „kija” użył znanego intelektualistę PiS, pana posła Marka Suskiego. Ten wyciągnął projekt ustawy odbierającej koncesję telewizji TVN lub zmuszającej amerykańskich właścicieli całej grupy TVN SA do odsprzedaż przynajmniej części udziałów.
Jednocześnie zablokowano kandydaturę Marka Brzezińskiego na ambasadora USA w Polsce. Pretekst jest proceduralny, ktoś przebiegły wykrył, że amerykański dyplomata nadal ma polskie obywatelstwo. Ma z „automatu”, bo takie władze III RP przyznało jego ojcu Zbigniewowi Brzezińskiemu. Teraz Mark Brzeziński żeby objąć placówkę musiałby się zrzec polskiego obywatelstwa przed panem prezydentem Andrzejem Dudą. Wtedy od razu, ten reprezentant prezydenta Bidena, stałby się chłopcem do bicia zjednoczonego frontu propagandowego. Od TVP info po koncern braci Karnowskich. No, bo tylko potwór może zrzec się polskiego obywatelstwa,nieprawdaż ? I po takim występku ten „antyPolak” chce być ambasadorem w Polsce! Co za ohydna prowokacja!
Elity PiS nie potrzebują dobrych relacji z administracją Bidena. Bo wiedzą, że niczego więcej od niej nie dostaną. Przeciwnie każdy bliższy kontakt może dać okazję Amerykanom do kolejnego potępienia ksenofobów z PiS, do publicznego ich pouczania. A to może obniżyć autorytet elit PiS wśród narodowo-katolickich wyborców.
Elity PiS wiedzą, że najlepiej cementuje i mobilizuje się ich wyborców, ten przysłowiowy „ciemny lud” pokazując zagrożenia dla polskości i tradycyjnych wartości. Dla tych „cnót niewieścich”.
Na owe „cnoty” codziennie czyha zdegenerowana telewizja TVN. Pan poseł Suski chciał ją nawrócić na drogę „cnót”, ale nowa,antypolska administracja USA przeszkodziła mu z tym zbożnym dziele. Na szczęście w efekcie pracy pana posła wszyscy prawdziwi i katoliccy Polacy wiedzą jakie to gagatki pracują w tym TVN. Wiedzą, że lepiej TVN nie oglądać. Aby nie być posądzonym o antyamerykańskie fobie propagandziści PiS przygotowali dla Waszyngtonu giga marchewkę. Ofertę zakupu 250 czołgów – taki program 21 miliardów +.
Jeśli Amerykanie połaszą się, będą musieli publicznie elitom PiS podziękować. Uchylić symbolicznie kapelusza przed panem prezesem i jego drużyną. Jeśli Amerykanie nie uczynią tego przed wyborami, to PiS media oskarża ich o „antypolonizm”. O nowy „Pakt Biden- Putin”. Znów Polska PiSiolska stanie się samotną redutą walczącą z wrażą, obcą nawałnicą. Tym, co wyborcy PiS uwielbiają.
Wojna ze wszystkimi
Pani poseł Małgorzata Janowska, która pod koniec czerwca triumfalnie ogłaszała odejście z klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości zostanie członkinią Partii Republikańskiej Adama Bielana. To oznacza to jej powrót na łono PiS-u.
Wcześniej do klubu PiS powrócił pan poseł Arkadiusz Czartoryski, też chwilowy dysydent. Dzięki temu pan prezes Kaczyński znów ma niewielką większość w Sejmie RP. Swoich 232 parlamentarzystów i głosy przekupionych politycznie Kukizowców – synonimów „kurestwa politycznego” w tej kadencji Sejmu RP.
Przypadki pani poseł Janowskiej i pana posła Czartoryskiego wskazują, że „niepokorni” parlamentarzyści PiS są do kupienia. Wracamy tym do sejmów z czasów saskich, kiedy takie procedery były parlamentarnymi normami. Nawet cenniki transakcji bywały z góry określone. Ta odzyskana większość daje elitom PiS pewność i zachęca do kolejnych propagandowych wojen.
Teraz wojny o „suwerenność IV Rzeczpospolitej”. Wojny z wrażą Unią Europejską.
Zdaniem europejskiego Trybunału władza PiS naruszyła prawo i zobowiązania związane z podpisaniem przez Polskę traktatów o Unii Europejskiej oraz Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej.
Teraz zgodnie z prawem, które obowiązuje we wszystkich państwach Unii Europejskiej, Polska powinna zmienić przepisy dotyczące Izby Dyscyplinarnej i całego systemu dyscyplinowania sędziów.
Ale władza PiS nie zamierza tego uczynić, bo załatwiła sobie orzeczenia swojego Trybunału Konstytucyjnego, które mówią o wyższości prawa wynikającego z Konstytucji PR nad prawem Unii Europejskiej.
Będziemy mieć teraz kampanię propagandową PiS przeciwko instytucjom Unii Europejskiej. Chaos prawny,czyli to co elity PiS lubią szczególnie. Oczywiście jeśli Polska nie zastosuje się do wyroku TSUE, sprawa może zakończyć się dotkliwymi karami finansowymi. Ale elity PiS nie przejmują się ty. Oni przecież nie zapłacą ze swojej kieszeni za te kary. Podobnie jak za niepotrzebne nam amerykańskie czołgi. Zapłacą podatnicy, czyli my.
Ale dopiero za kilka lat, kiedy elity PiS zostaną odsunięte od władzy. Bezpiecznie spadną na przygotowane sobie zawczasu poduszki finansowe. Teraz czeka nas czas chaosu. Recydywa „czasów saskich”, znanych niektórym z polskiej historii. Wojen „cnót niewieścich” z „neoliberalizmem, genderem i neomarksizmem”. Sporów modernizatorów z rewolucyjnymi kontr reformatorami. Powolnego, kroczącego Polexitu.
Tak będzie, bo opozycja nie jest w stanie wyłonić alternatywnego premiera. A ta lewicowa dodatkowo zajęta jest właśnie dzieleniem się. Traci tym kredyt zaufania otrzymany w 2019 roku przez wyborców – kredyt, przypomnę, za uzyskaną jedność.

Flaczki tygodnia

Uwaga,Uwaga, Uwaga! Do Warszawy przybywa Rewizor. Matthew G. Boyse, zastępca asystenta sekretarza stanu USA. Dyplomata, który zajmuje się relacjami z Europą Środkową i Wschodnią.

Jak już Amerykanie zapowiedzieli, głównym tematem jego wizyty będzie odpowiedź administracji USA na atak liderów PiS na amerykańskie przedsiębiorstwa w Polsce. Zwłaszcza na największą amerykańską inwestycję w naszym kraju,czyli grupę medialną TVN.

Zastępca asystenta sekretarza stanu Boyse to najwyższy rangą urzędnik administracji USA przysłany w tym roku na rozmowy do Polski. Państwa, które administracja nowego prezydenta Bidena demonstracyjnie olewa.
Polska jest jedynym państwem NATO, w którym Waszyngton nie mianował swojego ambasadora. Pan prezydent Duda nie miał jeszcze okazji do merytorycznej rozmowy z prezydentem Bidenem. Nie dostał też zaproszenia na kurtuazyjną, rutynową rozmowę z amerykańskim prezydentem podczas ostatniego szczytu NATO. Czy w przyszłym tygodniu pan prezydent Duda dostąpi łaski rozmowy z amerykańskim Zastępcą Asystenta?

Rozmowy liderów PiS z przysłanym tu Zastępcą Asystenta mogą być trudne. Za czasów ukochanego przez elity PiS prezydenta Trumpa, ów Boyse był współtwórcą polityki administracji USA wobec naszego kraju. Czyli wtedy był swój. Ale jak zachowa się teraz?
Dodatkowo, i co najgorsze, tenże Boyse zna język polski!

Zatem nie wejdą w grę ulubione i często stosowane przez elity PiS propagandowe uzasadnienie ich katastrof w polityce zagranicznej. Na zasadzie „Chcieliśmy dobrze, ale oni nie zrozumieli naszych szlachetnych intencji, bo mieli ich złe tłumaczenie”.
Teraz w Warszawie spekuluje się w jaki sposób amerykański Zastępca Asystenta przywoła rządzące elity PiS do porządku? Czy zgodnie z konserwatywną filozofią pana ministra Czarnka, każdego ze swych rozmówców przełoży przez kolano i da mu pięć pasów na goły tyłek? Aby skutecznie wybić im z głowy brykanie.
Czy od razu zagrozi zablokowaniem sprzedaży samolotów F-35 i innego amerykańskiego sprzętu wojskowego, który mógłby prześlicznie prezentować się na ukochanych przez PiS defiladach?
Wówczas do defilowania pozostaną elitom PiS jedynie stare poradzieckie i poniemieckie czołgi, przemalowane stare, „komunistyczne” hełmy, dziarskie oddziały WOT w chińskich tenisówkach, no i piesza husaria grup rekonstrukcyjnych.

Co działo się w głowie pana posła Marka Suskiego, że zaprezentował w Sejmie RP projekt ustawy wywołującej wojną z TVN, rozpalający już trwającą „zimną wojnę” z administracją USA?
Co gorsza pan poseł Suski, i wspierający go publicznie pan premier Morawiecki, proponowane ustawowe zaostrzenia rygorów polskiego rynku medialnego,uzasadniali ochroną Polski przed naporem kapitału amerykańskiego, rosyjskiego, chińskiego i arabskiego.

Przy okazji pan poseł Suski jest przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko -chińskiej. Wielokrotnie w tej kadencji publicznie deklarował swą przyjaźń wobec Chin, narodu chińskiego, respekt dla Komunistycznej Partii Chin. Jako parlamentarzysta o artystycznej wrażliwości obiecywał wsparcie PiS dla upowszechniania chińskiej kultury.
A teraz promuje blokadę dla chińskiego kapitału, gdyby zechciał on zainwestować w telewizję w Polsce by promować chińską kulturę.
Czy firmy chińskie pragnące zainwestować w Polsce mogą przy władzy PiS czuć się bezpiecznie?

Pan poseł Suski należy do grona intelektualistów PiS i zaufanych współpracowników pana prezesa Kaczyńskiego. Dlatego krajowy medialny Komentariat głowi się teraz co działo się w głowach pana prezesa Kaczyńskiego i pana przewodniczącego Suskiego, że postanowili uderzyć w kapitał amerykański, chiński, arabski i rosyjski naraz? Wojować na cztery fronty.

Pojawiają się tłumaczenia, że to tylko mała,medialna wojenka, aby odwrócić uwagę krajowych mediów od problemów władzy PiS. Może w Polsce to i odwróci, przykład tych „Flaczków”,poświęconych tylko temu tematowi, potwierdza taki zamysł.

Ale za granicą nie rozumieją takich gierek. Pewnie dlatego prestiżowa,czytana na całym świecie, gazeta „Handelsblatt” rekomenduje biznesowi omijanie Polski.

Lekcje geopolityki Joe Bidena

Amerykański prezydent sprowadził polską klasę polityczną na twardą ziemię.
I znów polskie elity polityczne mogą sobie powzdychać. Pobiadolić o „zdradzonych o świcie” przez podstępne, obce siły.
Joe Biden, zamrażając sankcje wobec firm budujących gazociąg Nord Steam 2, usunął ostatnie przeszkody w jego ukończeniu. Uczynił tak, bo chciał pozyskać Niemcy. Znaleźć w nich sojusznika do polityki blokowania i powstrzymywania gospodarczego Chin.
Niemcy są najsilniejszą gospodarką w Europie. Najpoważniejszym światowym partnerem gospodarczym Chin. Zdolnym do uzyskiwania nadwyżki w handlu z nimi. I nawet jeśli polityczne stosunki niemiecko- chińskie chwilowo osłabną, to silnie zakorzenione niemieckie firmy w Chinach pozostaną. Niezależnie kto będzie rządził w Pekinie i Waszyngtonie.
Zwłaszcza, że dzięki Nord Stream 2 gospodarka niemiecka zapewni sobie długoletnie dostawy taniego rosyjskiego gazu. Dającego niemieckim firmom przewagę konkurencyjną. Tenże gaz będzie spłacany produktami niemieckich firm. Konkurencyjnymi i innowacyjnymi, bo wytwarzanymi dzięki taniej energii.
Czy Rosja znów wykorzysta kooperację z gospodarką niemiecką do zmodernizowania się? To już zależy od jej elit politycznych. Znamy z wieków wcześniejszych podobną, korzystną dla obu państw, kooperację.
Reakcje polskich polityków i dziennikarskiego „komentariatu” na amerykańską decyzję przypominały nastroje człeka gwałtowne wyrwanego z głębokiego snu. Obudzonego z przysłowiową „ręką w nocniku”.
Okazało się, że polska polityka wobec Rosji opierała się na niewzruszonym przekonaniu, że Nord Stream 2 nigdy nie powstanie. Dlatego nie warto było z Rosją rozmawiać.
A Berlinowi trzeba było wysyłać cyklicznie groźne pomruki. Rozbijać jedność Unii Europejskiej. Proponować przeniesienie wojsk amerykańskich z niemieckich baz do polskich „Fortów Trumpów”. Wypominać Niemcom zbrodnie i grabieże z ubiegłego wieku. I wyceniać polskie cierpienia na miliardy euro.
W nocniku, bez fajki
Polski sprzeciw wobec NS2 wynikał z politycznych, nie gospodarczych przesłanek. Był fundamentem polskiej „suwerenności”.Przejawem politycznej solidarności z Ukrainą i trzema republikami bałtyckimi. Bo gospodarczo na NS2 najbardziej straci Ukraina i Litwa.
Polska za rządów PiS przygotowywała się do redukcji zakupów gazu rosyjskiego. Uważanego za broń polityczną Kremla. Elity polityczne PiS planowały stworzyć w naszym kraju wielki port przeładunkowy gazu skroplonego. Importowanego z USA, Kataru i wszystkich innych państw niż Rosja.
W 2022 roku kończy się wieloletnia umowa polsko- rosyjska na dostarczanie gazu w Rosji. Nową umowę elity PiS chciały podpisać na nowych, już „suwerennych” warunkach. Bez ukończonego Nord Stream 2.
Za to z wybudowanymi gazoportami i dodatkowo z rurociągiem „Baltic Pipe” umożliwiającym dostawy norweskiego gazu do Polski. Posiadając takie asy przetargowe można siadać do negocjacji z Gasporomem.
Niestety konkurencyjny NS2 zapewne będzie w 2022 roku gotowy. Za to szumnie zwiastowanej „Baltic Pipe” raczej nie będzie. Przynajmniej do końca 2022 roku.
Bo elity PiS znowu wykazały się niekompetencją. Dopuściły do sytuacji,że władze duńskie cofnęły pozwolenie na budowę Baltic Pipe na jej terenie. W trosce o ochronę środowiska naturalnego.
Oczywiście pozwolenie można przywrócić, ale to wymaga czasu i fachowych działań. Niepodobnych do stylu negocjacji turoszowskich. Wymagających czasu.
Zatem z kart przetargowych pozostały tylko gazoport w Świnoujściu,magazyny gazu i własne złoża gazu. Czy wystarczą na „suwerenność energetyczną” dumnej IV RP?
Z boku, na stojaka
Prezydent Biden spotkał się z przywódcami Litwy, Łotwy i Estonii podczas niedawnego szczytu NATO. Zapewne obiecał im jakieś rekompensaty za zgodę na Nord Stream 2. Ukraińskiemu prezydentowi obiecał wsparcie militarne USA i NATO oraz program akcesji Ukrainy do NATO. Pod licznymi warunkami, niełatwymi do spełnienia.
Dzięki temu elity ukraińskie mogą mieć przekonanie, że ich państwo nie utraci kolejnych terenów na rzecz Rosji. Mogą łatwiej pozyskać amerykańskich inwestorów.
USA może naciskać na Rosję grożąc jej,że w razie braku ustępstw na innych polach, postępy amerykanizacji Ukrainy zostaną przyśpieszone.
A polskie elity polityczne zostały wykluczone z gry USA – Unia Europejska – Rosja – Chiny.
O amerykańskiej zgodzie na NS2 polski minister spraw zagranicznych dowiedział się z lektury amerykańskich gazet. Sam to przyznał w wywiadzie dla ”Rzeczpospolitej”. Nie mógł tej informacji potwierdzić w amerykańskiej ambasadzie, bo nie ma w Polsce ambasadora USA.
W czasie ostatniego szczytu NATO doszło co prawda do „historycznego szczytu Duda – Biden”. Obaj prezydenci spotkali się na korytarzu. Rozmawiali na stojaka,około czterech minut aż.
Prezydent Biden zapowiada „rewitalizację demokracji”. Ową „demokrację” będzie używał jako broń polityczną wobec Chin, Rosji i wszystkich innych państw, które uzna za „niedemokratyczne”. Polityka zagraniczna elit PiS polega na „wojnie kulturowej” ze „zdemoralizowaną Unią Europejską” i wojnie politycznej z Rosją.
Gwarantem bezpieczeństwa państwa polskiego elity PiS uczyniły prezydenta USA Donalda Trumpa. On także wojował kulturowo z Unią Europejską.
Generalnie polityka zagraniczna PiS oparta jest na sympatiach, i przede wszystkim antypatiach, personalnych. Nie na interesach gospodarczych. Prezydent Trump dalej jest kochany, a Putin znienawidzony. Choć obaj są na „wojnie kulturowej” z Unią Europejską.
Kanclerz Merkel jest dalej znienawidzona, choć gospodarka niemiecka jest największym partnerem polskiej.
Wszystkie inne oświecone państwa swą politykę zagraniczną budują też na interesach państwowych, nie personalnych miłościach. Dlatego przywódcy USA, Niemiec, Francji zawsze rozmawiają z prezydentem Rosji, którego elity polskie nienawidzą. Teraz w USA, największym gwarancie bezpieczeństwa militarnego państwa polskiego rządzi prezydent, który jest na „wojnie kulturowej” z elitami PiS. I który rozmawia z prezydentem Rosji, bo uznał, że jednak warto.
Co robić?
Można dalej nucić „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Można też podjąć działania wedle realnej geopolityki. A nie mrzonek z ubiegłego wieku.
Skoro ten Nord Stream 2 jednak będzie skończony, to zamiast pluć na rurę z gazem, można podłączyć się do niej. Skoro „suwerenność energetyczna” oznacza dywersyfikację dostaw gazu, to czemu nie mieć dostępu do gazu amerykańskiego, katarskiego, rosyjskiego i w przyszłości norweskiego? Kupować ten najkorzystniejszy.
Skoro amerykański Wielki Brat rozmawia z Rosją, skoro liderzy Unii Europejskiej rozmawiają z przedstawicielami Rosji, czemu polscy politycy nawet podjąć rozmowy nie chcą? Boją się odrzucenia?
A na dobry początek mogą uczynić dobry gest. Niech władze polskie odmrożą mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim. Uczynią taki mały krok dobrej woli.
Wyjdą z okopów. Bo teraz walczy się inaczej.

Dobrze, ale czemu nie lepiej?

Dobrze się stało, że polski minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau złożył niedawno wizytę w Chinach. Bo miał możliwość, razem z chińskim ministrem spraw zagranicznych Wang Yi, omówić wiele zaległych z powodu pandemii spraw. Zweryfikować harmonogram ich wspólnej realizacji, zaplanować posiedzenie Międzyrządowego Komitetu Chiny – Polska na drugą połowę tego roku.

Dobrze się stało, bo nie było to tylko rutynowe spotkanie ministrów państw współpracujących od wielu lat, posiadających strategiczne relacje partnerskie. Lato 2021 jest dla państw Unii Europejskiej szczególnym okresem. Pandemia ustępuje, niebawem większość tych państw osiągnie gwarantujący bezpieczeństwo zdrowotne poziom zaszczepień. To sprawi, że już jesienią nastąpi tam nowe otwarcie gospodarcze i polityczne.
Podobnie jest w USA. Nowy prezydent Joe Biden stworzył już swoją administrację i zaplecze eksperckie. Zapowiedział zmiany w polityce międzynarodowej USA, wśród nich zmiany w relacjach z Unią Europejską.
Czasem zamiany tak zaskakujące, jak zasygnalizowany niedawno reset w relacjach z Rosją. Wznowienie dialogu z Kremlem. Faktyczną zgodę na budowę rosyjsko – niemieckiego gazociągu Nord Stream 2, której sprzeciwiały się Ukraina oraz Polska, Litwa i Łotwa.
Międzynarodowi eksperci uważają, że w zamian za rezygnację z blokowania rosyjsko – niemieckiego gazociągu administracja USA oczekuje od rządu Niemiec zawieszenie ratyfikacji przez Niemcy i inne państwa europejskie chińsko – europejskiej umowy inwestycyjnej (CAI).
Podpisanej w grudniu 2020 roku, kiedy Niemcy miały „prezydencję Unii Europejskiej”, czyli przewodziły jej. Umowy korzystnej dla europejskich firm, zwłaszcza tych największych, od wielu lat inwestujących w Chinach. Czyli niemieckich.
Niemcy są największym europejskim partnerem gospodarczym Chin. Polska jest największym europejskim partnerem gospodarczym Niemiec. I jednym z największych na świecie, większym bawet niż USA. Analizując handel międzynarodowy często zapomina się, że zwykle 30 procent finalnego produktu, sprzedawanego przez znane niemieckie firmy zostało wyprodukowanych w Polsce. To powoduje, że również polskie przedsiębiorstwa są bardzo zainteresowane ratyfikacją umowy CAI. Podobnie jak firmy z innych państw Unii Europejskiej. Zwłaszcza tych średnich, szukających nowych rynków zbytu.
Do tej pory ciężar dokończenia ratyfikacji CAI w Unii Europejskiej spoczywał na rządzie Niemiec. Podpisano ją przecież w czasie niemieckiej prezydencji w Unii, zatem zwyczajowo, to Niemcy powinny pilotować jej sfinalizowanie.
Skoro jednak rząd Niemiec może wycofywać się z tej liderskiej funkcji, to zadania dokończenia ratyfikacji CAI mogą podjąć się inne państwa UE.
Taki pogląd można wyczytać ze wspólnych komunikatów po spotkaniu ministrów Raua i Wanga. Utwierdzić w tym przekonaniu może też kalendarz wizyt innych europejskich ministrów . Po polskim ministrze, w końcu maja odwiedzili Chiny ministrowie spraw zagranicznych Węgier, Irlandii, oraz Serbii. To ostatnie państwo jest jeszcze poza Unią Europejską, ale należy do aktywnych państw w Formacie 17+1.
Taki skład pierwszej czwórki odwiedzającej Chiny w nowym, po pandemicznym sezonie politycznym, odczytywany jest przez analityków jako wyraźny sygnał płynach z Pekinu. Wzmocnienia relacji Chin z państwami Europy Środkowo- Wschodniej.
W czasie spotkania ministrów Raua i Wanga omówiono też przyszłość Formatu 17+1. Powstałego w 2012 roku w Warszawie związku gospodarczego skupiającego 17 państwa z Europy Środkowo- Wschodniej i Chin.
Po prawie dziesięcioletniej już działalności Format wymaga rzetelnej oceny i reform. Dostosowania go do nowych realiów. Błędem byłoby rezygnacja z takiej współpracy regionalnej. Nawet jeśli niektóre mniejsze państwa, jak Litwa, uważają się za niedoceniane i pomijane w inwestycyjnych projektach Formatu.
Niewątpliwą szansą na efektywny rozwój relacji gospodarczych w Formacie 17 + 1 oraz pomiędzy Chinami i Unią Europejską są wieloletnie plany rozwoju przyjęte we wszystkich tych państwach. Wszystkie zakładają bowiem rozwój energii odnawialnej i wszelkich innowacji związanych z „zieloną energetyką”.
Oczywistym jest, że nie poprawimy globalnego klimatu jedynie indywidualnymi wysiłkami Unii Europejskiej, Chin, czy USA. Dla dobra całego globu trzeba skorelować wspólne plany i dzielić się wspólnymi innowacyjnymi rozwiązaniami.
„Minister Rau zadeklarował, że Polska, jako jeden z beneficjentów rozwoju ładu światowego po 1989 roku, będzie nadal współpracować z sojusznikami i partnerami w tworzeniu i utrzymywaniu warunków dla pokojowej współpracy międzynarodowej” – czytamy w komunikacie ogłoszonym po spotkaniu.
Niech to będzie drogowskazem dla innych państw Unii Europejskiej. Wszystkich rządów naszego globu.

Sushi con carne

Relacje niektórych państw NATO i Rosji, weszły w fazę fizjologiczną. Sprowadzają się bowiem do wydalania.

Zaczęło się wbrew pozorom wcale nie od deklaracji Bidena, że pogoni kota 10 rosyjskim dyplomatom. Jeszcze w marcu Włochy wydaliły dwóch rosyjskich dyplomatów. Służby włoskie wyśledziły jak kapitan włoskiej marynarki wojennej przekazywał im, za pieniądze, tajne dokumenty zawierające informacje z zakresu bezpieczeństwa państwa. W odpowiedzi Rosjanie wydalili z Moskwy tylko jednego włoskiego dyplomatę.

Bułgarzy, 22 marca wyrzucili z kraju 2 członków rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. Oczywiście po oskarżeniu ich o działalność kontrwywiadowczą. Rosja odczekała niemal miesiąc i 20 kwietnia wydaliła ze swojego terytorium dwóch bułgarskich dyplomatów. Bułgarski ślad dyplomacji rosyjskiej nie wziął się znikąd i miał zaowocować posunięciem czeskim. Bułgarzy mieli bowiem dowody co do tego, kto stał za wysadzeniem kilka lat temu, należącego do obywateli ich kraju magazynu z materiałami wybuchowymi w Czechach.

Na osi czasu dopiero teraz pojawia się Joe Biden. W połowie kwietnia amerykański prezydent w przemowie stwierdza, że wprowadza sankcje personalne wobec 32 osób zamieszanych w próby ingerowania w amerykańskie wybory w 2020 r. Oprócz tego, USA wydalają 10 osób z rosyjskiej misji dyplomatycznej w Waszyngtonie, wśród których – jakże by inaczej – są przedstawiciele rosyjskich służb wywiadowczych.

Parę godzin później odzywają się polskie nożyce. Żeby zamazać wtopę z nielubieniem Bidena polski MSZ przypomina sobie, że są u nas Rosjanie. Wezwano więc rosyjskiego ambasadora w naszym kraju i wręczono mu notę dyplomatyczną o uznaniu za persona non grata trzech pracowników ambasady Rosji w Warszawie. „Podstawą takiej decyzji było naruszenie przez wskazane osoby warunków statusu dyplomatycznego oraz prowadzenie działań na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej” – podało najpierw polskie MSZ ciesząc się z usuniecia ruskich szpionów, by chwilę potem w kolejnym oświadczeniu napisać prawdę. Czyli wykazać, że nie tyle chodzi o Ruskich co o Amerykę.
„Polska w pełni solidaryzuje się z decyzjami podjętymi w dniu 15 kwietnia 2021 r. przez Stany Zjednoczone dotyczącymi polityki wobec Rosji. Wspólnie podejmowane uzgodnione decyzje sojusznicze to najbardziej właściwa odpowiedź na nieprzyjazne działania Federacji Rosyjskiej” – napisano nie troszcząc się, że tym samym poddano w wątpliwość działania kontrwywiadu.
Do postanowień sojuszu polsko-amerykańskiego Rosja podeszła ze zrozumieniem. I skoro Polacy wydalili 3 Rosjan, to Moskwa wywala 5 naszych. Ale za to Amerykańskich dyplomatów wydala dokładnie tylu co Biden wydalił ze Stanów.

Dwa dni po Polakach czeska dyplomacja idzie na całość. Wydala Rosjan hurtem – w liczbie 18 dyplomatów Rosji. Z powodu podejrzeń, że rosyjscy agenci wywiadu stali za wybuchem w składzie amunicji w 2014 roku, w którym zginęło dwóch obywateli Czech. W odpowiedzi Rosja nakazała wyjazd 20 dyplomatom czeskim. Na ten akt Praga reaguje żądaniem, by Rosja do końca maja zrównała liczbę swych przedstawicieli w ambasadzie w Pradze z liczbą pracowników przedstawicielstwa Czech w Moskwie. Po rosyjskim wydaleniu okazało się bowiem, że w stolicy Rosji jest pięciu czeskich dyplomatów, w tym ambasador, oraz 19 pracowników administracyjno-technicznych, zaś w Pradze jest 27 rosyjskich dyplomatów i 67 pracowników placówki.
Szczytem wszystkiego była jednak wypowiedź premiera Babisza, że rosyjskie wysadzenie magazynu nie jest przejawem rosyjskiego terroryzmu państwowego, bo było skierowane na prywatną własność Bułgarską na terenie Czech. Komentatorzy używali sobie potem na czeskim premierze, że w takim razie,11 września 2001 r. nie zaatakowano Stanów Zjednoczonych, a jedynie dwa prywatne budynki w Nowym Jorku.
Od tej pory ruskich dyplomatów wywalili Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja i Rumunia. Oczywiście zawsze z powodu szpiegostwa. Rosjanie też wywalili przedstawicieli tych krajów tyle, że więcej.
Uzasadnienie, że wydalani dyplomaci to szpiedzy to totalna bzdura. Szpiegowanie, czyli zbieranie informacji o kraju, w którym się jest dyplomato, to psi obowiązek każdego przedstawiciela służb zagranicznych.
Istotne jest natomiast to, że Amerykanie i Rosjanie w cieniu tych gier i zabaw toczą rozmowy i dogadują się ponad głowami zafascynowanych nieistotnymi ruchami walczących o względy hegemona sojuszników Waszyngtonu.

Przyjaciel Kaczyńskiego Victor Orban oczywiście nie wydala. Putin ludzi Orbana też nie.

Polsko-niemiecka współpraca przygraniczna po transformacji

Współpracę transgraniczną Polski i RFN na początku lat 90. XX w. umożliwiały zwłaszcza dwa akty prawne, które władze Polski sygnowały w pierwszych latach po zmianie systemowej. Pierwszym z tych dokumentów była Europejska konwencja ramowa o współpracy transgranicznej między wspólnotami i władzami terytorialnymi podpisana w Madrycie w maju 1980 r. Polska przystąpiła do niej w 1993 r. Drugim dokumentem był podpisany 17 czerwca 1991 r. Traktat między Rzecząpospolitą Polską, a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy . Jednym z kluczowych obszarów relacji Polski i Niemiec uwypuklonych w postanowieniach traktatowych i rozwijanych w kolejnych latach od sygnowania traktatu była współpraca transgraniczna.

30 lat temu -w 1991 r. z obu stron nastąpiło ożywienie różnego rodzaju inicjatyw dotyczących regionalnej współpracy przygranicznej. Sprzyjała tej współpracy działalność nowo powstałych organizacji, m.in. Związku Gmin Zachodnich po stronie polskiej i Verein pro Brandenburg (VpB) po stronie niemieckiej. Utworzenie i działalność Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej wpływało korzystnie na konkretyzację kierunków współpracy i harmonizowanie inicjatyw na szczeblu lokalnym.
Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec koordynowałem w Przedstawicielstwie Ambasady RP w Berlinie nową problematykę w relacjach dwustronnych – współpracę regionalną i przygraniczną.
Współpraca regionalna i przygraniczna zajmowała ważne miejsce w rozmowach podczas wizyt premierów „nowych” landów w Polsce. W dniach 22–23 marca 1991 r. oraz 13 września 1991 r. Ambasador RP w RFN (równocześnie członek VpB) Janusz Reiter i przewodniczący VpB prof. J. Gramke dwukrotnie odwiedzili miasta położone wzdłuż granicy RP – Brandenburgia w celu zapoznania się z możliwościami intensyfikacji współpracy polsko-niemieckiej w tym regionie. W marcu z uczestnikami objazdu spotkał się premier Brandenburgii M. Stolpe. Ze strony Przedstawicielstwa uczestniczyłem w obu tych wizytach i spotkaniach. Podjęto szereg działań i inicjatyw zarówno przez stronę polską, jak i niemiecką, mających na celu m.in. nawiązanie kontaktów w sferze gospodarczej i handlowej, wypracowanie zasad i programów dwustronnej współpracy, odbudowanie współpracy kooperacyjnej i zintensyfikowanie wymiany handlowej. 12 listopada 1991 r. wizytę w Szczecinie złożył minister gospodarki Meklemburgii M.C. Lehment. W wydanym z wojewodą szczecińskim M. Tałasiewiczem „Wspólnym Oświadczeniu” uściślono kierunki wzajemnej współpracy (m.in. w zakresie planowania przestrzennego, ochrony środowiska, rozwoju nowych przejść granicznych, rozwoju ruchu turystycznego). Delegacja sekretarzy stanu Berlina i rządu Brandenburgii wizytowała województwa: gorzowskie, szczecińskie i poznańskie. W grudniu 1990 r. odbyło się spotkanie dotyczące współpracy gospodarczej oraz ochrony środowiska w tzw. „czarnym trójkącie” (RP– –CSRF–RFN/Saksonia) – „Dreiländereck”.
Współpraca przygraniczna obejmowała m.in.:
– budowę nowych i rozbudowę istniejących przejść granicznych. Był to wówczas temat pierwszoplanowy. Niestety, ze względu na asymetrię kompetencji między stroną polską a stroną niemiecką początkowo postęp był niewielki. Po stronie niemieckiej przejścia leżały w kompetencji władz federalnych, stąd też ani landy ani Komisja do Spraw Współpracy Regionalnej i Przygranicznej niewiele mogły zrobić poza apelami i ponagleniami. Z drugiej strony, do Przedstawicielstwa docierały sygnały od strony niemieckiej, że Warszawa opóźnia podjęcie decyzji ws. przejść granicznych. W efekcie sytuacja na polsko-niemieckiej granicy w zakresie jej przepustowości ulegała systematycznemu pogarszaniu. Wynikało to przede wszystkim z intensyfikowania się ruchu towarowego i osobowego oraz faktu, że nie podjęto do tego momentu żadnych prac modernizacyjnych w zakresie rozbudowy przejść granicznych, tworzenia poza granicą miejsc odpraw i związanych z tym usług spedycyjno-transportowych. Nie było spotkania polsko-niemieckiego, czy to na płaszczyźnie administracyjnej, czy też samorządowej, aby nie alarmowano o krytycznej sytuacji na przejściach granicznych. Istniały poważne obawy, że jeśli w najbliższym czasie nie podejmie się wspólnych inwestycji w zakresie modernizacji przejść granicznych i odpowiednich połączeń oraz nie usprawni odpraw celnych i innych rodzajów obsługi – to trudno będzie oczekiwać, aby mogła ruszyć z miejsca współpraca przygraniczna z prawdziwego zdarzenia. Stąd wskazywano na potrzebę radykalnych, wspólnych działań. Dlatego, kiedy dzisiaj swobodnie, bez kontroli przejeżdżamy przez granicę polsko-niemiecką, warto pamiętać o ludziach, którzy wtedy wnieśli ogromny wkład w poprawę sytuacji na przejściach granicznych, a w szczególności o dwóch ówczesnych wojewodach – Marku Tałasiewiczu, wojewodzie zachodniopomorskim, a jednocześnie współprzewodniczącym z polskiej strony Komisji ds. Współpracy Przygranicznej, oraz o Zbigniewie Puszu, wojewodzie gorzowskim, który sam z ekipą ludzi ze swojego województwa zabrał się za uruchamianie przejścia granicznego Kostrzyn–Kietz;
– tworzenie Euroregionów. W dniach 23–25 maja 1991 r. w Zittau odbyła się Konferencja „trzech państw trójkąta” na rzecz wspierania współpracy Wschodniej Saksonii, Północnych Czech i Dolnego Śląska. Jej uczestnicy przyjęli „Memorandum”, w którym opowiedzieli się za utworzeniem Euroregionu i nakreślili kierunki wykraczającej poza granice współpracy. Obok pilnych zadań rozbudowy infrastruktury dróg i nowych przejść granicznych bardzo silnie akcentowano potrzebę ekologicznego uzdrowienia regionu. Bardzo aktywnym w tworzeniu tego regionu po stronie niemieckiej był ówczesny starosta powiatowy w Zittau – Heinz Eggert, były opozycjonista NRD (w sposób szczególny inwigilowany i niszczony psychicznie przez Stasi), członek „Nowego Forum”, po upadku muru członek CDU, w latach 1991–1995 – minister spraw wewnętrznych Saksonii. Spotkałem się z nim kilkakrotnie, także kiedy był ministrem , w kwestiach związanych z Euroregionem, był bardzo życzliwy Polsce, doceniał rolę Solidarności w przemianach, które nastąpiły w Niemczech. Poruszające były życzenia noworoczne, które otrzymałem od niego w 1992 r.
Wyrazem wdzięczności za moje zaangażowanie w kwestii Euroregionu był otrzymany od niego zegarek upamiętniający odbudowę Frauenkirche (Kościoła Marii Panny) w Dreźnie, zburzonego podczas bombardowań alianckich w lutym 1945 r.
Kolejno powstawały następne Euroregiony: Brandenburgia-Polska oraz Pomerania;
– współpracę władz komunalnych (w dniach 10–11 czerwca 1991 r. w Cottbus odbyło się międzynarodowe sympozjum z udziałem przedstawicieli władz komunalnych RP, CSRF i RFN nt. współpracy przygranicznej);
– ochronę środowiska (trwały prace nad stworzeniem Parku Narodowego wzdłuż granicy na Odrze i Nysie);
– planowanie przestrzenne;
– stosunki gospodarcze;
– współpracę Izb Przemysłowo-Handlowych;
– wymianę młodzieżową;
– współpracę kulturalną i naukową (m.in. nauczanie języka polskiego na Uniwersytecie Technicznym w Cottbus, wspólna orkiestra złożona z uczniów szkół muzycznych Zielonej Góry i Cottbus);
– 6 września 1991 r. we Frankfurcie nad Odrą odbyło się otwarcie mającego charakter ponadregionalny Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Na mocy porozumienia pomiędzy Ministerstwem Edukacji Narodowej RP i Ministerstwem Nauki Brandenburgii powołano gremium koordynujące i wspierające z ramienia tych ministerstw prace nad Uniwersytetem.
W latach 1991–1992 nastąpiło wyraźne ożywienie w zakresie nawiązywania współpracy regionalnej i partnerstwa miast. Współpraca regionalna i partnerska obejmowała swoim zakresem m.in.: kontakty w sferze politycznej, w dziedzinie przemysłu i rolnictwa oraz infrastruktury gospodarczej. Obejmowała ona również szeroki program dotyczący nauki, kultury, sportu, oświaty, wymiany młodzieżowej i ochrony środowiska naturalnego. W 1991 roku współpracę taką nawiązały m.in. Meklemburgia Pomorze Przednie z województwem pilskim, Turyngia z województwem krakowskim oraz Krakowem (utworzono specjalną grupę roboczą), dzielnica Berlina Steglitz z Poniatową k. Lublina, Nałęczowem oraz Kazimierzem Dolnym nad Wisłą.
W zakresie współpracy partnerskiej miast i dzielnic najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 12 sierpnia 1991 r. umowy o partnerstwie i przyjaznej współpracy między Berlinem i Warszawą (była to pierwsza umowa zawarta przez zjednoczony Berlin ze stolicą innego państwa). Ponadto w 1991 r. kontakty lub współpracę z partnerami w Polsce nawiązały dzielnice Berlina: Treptow z Mokotowem, Weissensee z Lęborkiem, Marzahn z Tychami. Umowę o partnerstwie podpisali burmistrzowie Gubina, Guben i Laatzen. Ponadto przy wydatnej pomocy Przedstawicielstwa współpracę partnerską nawiązały Rathenow ze Złotowem oraz Perleberg z Kalwarią Zebrzydowską.
Niezmiernie ważną inicjatywą w zakresie współpracy regionalnej i przygranicznej było utworzenie w 1992 r. Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Wspierania Gospodarki (TWG). Podstawowym celem TWG miało być udzielanie wsparcia gospodarczego w Polsce w procesie przechodzenia do gospodarki wolnorynkowej. Wsparcie to miało być skierowane na zachodnie województwa Polski położone wzdłuż granicy z RFN. Tym samym, zadaniem Towarzystwa było też gospodarcze i finansowe zabezpieczenie po stronie polskiej projektów w zakresie współpracy przygranicznej i regionalnej między RP i RFN. I nie ulega wątpliwości, że TWG taką rolę spełniło (zakończyło działalność w kilka lat po wstąpieniu Polski do UE). Także moje kontakty z TWG w okresie działalności biznesowej i pracy w turystyce oraz pracy w dyplomacji w pełni to potwierdzają. Ogromny wkład w powołanie tej niezmiernie pożytecznej instytucji wnieśli ówczesny kierownik Przedstawicielstwa Ambasady Polskiej w Berlinie prof. Jerzy Sułek oraz premier Brandenburgii Manfred Stolpe. Bardzo kreatywną była współpraca z kompetentnym i wielce życzliwym Polsce, współprzewodniczącym Towarzystwa po stronie niemieckiej dr. Reinhardem Kleinem.
Należy podkreślić, że współpraca regionalna i przygraniczna w tamtym, początkowym okresie stanowiła dla nas ważne pole ćwiczebne przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, w tym w zakresie możliwości skorzystania z funduszy unijnych.


Z biegiem czasu nastąpiło rozwinięcie obszarów i form współpracy transgranicznej, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Bieżąca współpraca dotyczy aktualnych dla obu stron problemów. W dniu 24.11.2020 r. odbyło się 39. posiedzenie Polsko-Niemieckiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Regionalnej i Przygranicznej. Głównym tematem była współpraca w dobie pandemii COVID-19 i wyzwania stojące przed pograniczem w tych czasach.
Z okazji przypadającej 3 października 2020 r. 30-tej rocznicy zjednoczenia Niemiec leżące przy granicy polsko-niemieckiej miasta Guben i Gubin zorganizowały konkurs na przygotowanie opracowania „ Jak przeżyłeś zjednoczenie Niemiec- Twoje przemyślenia i obawy”. Ponieważ byłem naocznym świadkiem tych historycznych wydarzeń, zauczestniczyłem w nim, przesyłając swoje opracowanie i otrzymałem pamiątkowy upominek.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Powrót do przyszłości?

Szczyt chińsko-amerykański w Anchorage na Alasce zaczął się jak w hollywoodzkim filmie grozy. Od politycznego trzęsienia ziemi.

Zamiast tradycyjnego, kurtuazyjnego, grzecznego powitania delegacja chińska usłyszała od szefa amerykańskiej delegacji bezpardonową krytykę. Sekretarz Stanu USA wyraził „głębokie zaniepokojenie działaniami podejmowanymi przez Chiny, zwłaszcza w Sinkiangu, Hongkongu i na Tajwanie”. Anthony Blinken oskarżył też Chiny o cyberataki na USA i presję ekonomiczną wywieraną na międzynarodowych sojuszników Stanów Zjednoczonych.
„Każde z tych działań zagraża zasadom, na których opiera się światowy ład”, podsumował.
Po takim, niezgodnym z tradycyjnym protokołem dyplomatycznym powitaniu, głos zabrał chiński minister Yang Jiechi.
”USA już nie mogą mówić do nas z pozycji siły”, oświadczył. Nie mogą też recenzować innych państw z przestrzegania praw człowieka i ochrony praw mniejszości narodowych skoro władze USA nie przestrzegają praw człowieka u siebie i łamią prawa mniejszości etnicznych należne ich obywatelom. Na dowód wymienił liczne przykłady takich działań, zwłaszcza ruchu Black Live Matters.
„Stany Zjednoczone wykorzystują swoją siłę militarną i hegemonię finansową do narzucania swoich rządów i uciskania innych krajów, stwierdził minister Yang. Zarzucił administracji USA, że dla niej „bezpieczeństwo narodowe to tylko wymówka do utrudniania normalnej wymiany handlowej i podżegania niektórych krajów do atakowania Chin”.
Na koniec skierował ku gospodarzom spotkania radę: „USA powinny postarać się polepszyć swój image i porzucić wysiłki, by eksportować swój model demokracji. Bo bardzo wielu samych Amerykanów ma coraz mniej zaufania do demokracji w USA”.
Następnie obie delegacje przystąpiły do zaplanowanych rozmów. Ale już bez udziału mediów. A media gorąco relacjonowały pierwsze słowne starcie obu delegacji. Przewidując starcia kolejne, jeszcze bardziej gorące.  
Nowe czasy, nowy styl
Inauguracyjne wystąpienie sekretarza stanu Blinekena przypominało taktykę radzieckich wojskowych, zwaną „rozpoznanie przez walkę”. Polegała ona na gwałtownym ataku na siły wroga. Te odpowiadając na atak, ujawniały swoje zasoby, styl i wole walki. Taktyka taka była i jest skuteczna, ale zwykle przynosi duże straty atakujących.
Dowodzi też, że strona atakująca nie ma dobrego rozeznania sił przeciwnika i przede wszystkim nie ma jeszcze koncepcji prowadzenia wojny.
Spotkanie delegacji chińskiej i amerykańskiej w Anchorage dowiodło, że administracja nowego prezydenta USA Joe Bidena nie ma jeszcze nowej polityki wobec Chin.
Chce jednie powrotu do czasów minionych. Kiedy USA było jedynym światowym mocarstwem militarnym i jedynym hegemonem gospodarczym.
Kiedy administracja USA i politycy państw Sojuszu Północnoatlantyckiego przekonywali elity polityczne całego świata, że tylko zachodni system demokracji parlamentarnej oraz liberalnej, kapitalistycznej gospodarki rynkowej jest jedynym, który zapewnia nieustanny wzrost gospodarczy. Szczęście i bogacenie się obywateli całego świata.
I jako depozytariusz tego najlepszego na świecie modelu polityczno- gospodarczego mogą recenzować i pouczać inne państwa. Zwłaszcza kopiujące tren model u siebie.
A czasem warunkować przyznanie pomocy gospodarczej, technologicznej, humanitarnej nawet, koniecznością wprowadzenia u siebie modelu amerykańskiej demokracji i standardów praw człowieka.
Jednak ostatnie trzydzieści lat rozwoju Chin jednoznacznie udowodniły, że istnieją inne drogi prowadzące do wzrostu gospodarczego, poczucia szczęścia obywateli i przede wszystkim likwidacji ubóstwa.
Tym samym czasy hegemonii jednego mocarstwa i jednego modelu szczęścia skończyły się. Mamy teraz świat zglobalizowany, ale wielobiegunowy. Świat w którym międzynarodowe elity polityczne i gospodarcze mogą wybierać sobie modele rozwoju zgodnie z lokalnymi uwarunkowaniami i specyfikami.
Świat Henry Forda przekonującego, ze każdy może mieć samochód, pod warunkiem, że będzie to produkt Forda, to przeszłość. Warto by administracja nowego prezydenta Bidena miała tego świadomość.
Ciąg dalszy nastąpi
Pierwszą lekcję „nowego światowego ładu” już otrzymała. Po inauguracyjnym „trzęsieniu ziemi” na Alasce, pierwsze chińsko- amerykańskie spotkanie w nowym sezonie politycznym zakończyło się zgodnie i bezkonfliktowo.
Ustalono, że oba państwa stworzą grupę roboczą zajmującą się problemami polityki klimatycznej. Zadeklarowano ułatwienia pracy dyplomatów i dziennikarzy w obu krajach. Zaś inne kwestie, jak polityki obu państw wobec Afganistanu i Iranu będą rozwiązywane na bieżąco kanałami dyplomatycznymi.
Spotkanie w Anchorage uznano za pierwszy krok w powrocie do normalności w stosunkach między Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Zwyciężyła pragmatyczna wola współpracy na bezspornych, wspólnych polach.
Zamiast oczekiwanego przez media horroru, zapowiada się serial o współpracy. Z oczekiwanymi już zwrotami akcji.