Mój Dziennik politycznie niepoprawny

20 listopada 2011
Obejrzałem kolejny odcinek serialu TVP „Czas honoru”. Trzymający w napięciu obraz ukazuje ponury czas hitlerowskiej okupacji poprzez wpisane weń losy grupy akowskiej młodzieży. Wykwit telewizyjnego kina zawiera kilka równoległych, splatających się z sobą wątków. Bohaterowie, uwikłani w charakterystyczne dla tamtego czasu pełne dramaturgii i tragizmu wydarzenia, odmalowują okupacyjną codzienność. Jej niszczący wizerunek był szczególnie dramatyczny i ostry w Warszawie – polskim centrum konspiracji antyhitlerowskiej. Osią całości jest zbrojna aktywność grupki młodych przyjaciół – wyszkolonych w Anglii bojowników akowskiego podziemia.
To interesujące, smutne, niełatwe do oglądania dzieło nosi w sobie pewną, zamierzoną przez twórców rysę, która – mym zdaniem – nadaje mu miejscami cechy agitki. Rażą mnie wpisane czytelnie w film tzw. antykomunistyczne intencje, które, mając nienajgorszą wiedzę, podzielam co najwyżej we fragmentach.
Serial jest swego rodzaju lekcją historii adresowaną głównie do młodzieży: ma nauczać, czym był i powinien być patriotyzm, a także kreować określony schemat historycznej świadomości w odniesieniu do wojennych oraz powojennych losów Polski i Polaków. Jest oczywistym, że ów schemat odbiega zasadniczo od tego, który obowiązywał na lekcjach historii w czasach mej młodości. Dzieło wydaje się być owocem twórczego wysiłku podniesionego w kontrze do politycznego przesłania większości filmowych obrazów wojny, realizowanych w czasach Polski Ludowej. W nurcie „polsko polskim” nie ustrzegł się, niestety, kiepskich wzorców, przynależnych tamtym czasom.
Hitlerowców oraz powiązane z Moskwą mniej liczne podziemie lewicowe – GL, AL. – twórcy filmu konfrontują z Armią Krajową – szerzej, z Polską – właściwie na paralelnym do niemieckich okupantów poziomie wrogości. Film okurza wojenną teorię „dwóch wrogów”: ideę, w oparciu o którą kształtowano myślenie pokolenia Armii Krajowej. W tym celu twórcy obrazu modelują ocierający się o okupacyjne realia świat postaci i wydarzeń. W wątku jak wyżej, serial jest naszkicowany czarno – białym sznytem, bez zawracania sobie głowy jakimikolwiek subtelnościami: młodzi akowcy, bohaterowie filmu, to malowani chłopcy o wysokiej kulturze osobistej i nienagannych manierach, zmotywowani do walki prawdziwi patrioci; ci lewicowi, mniej liczni, to, jakże oczywiste, wrogowie wolnej Polski. Są ukazani jako podstępne, sterowane przez Ruskich – „naszego odwiecznego wroga” – zdolne do każdej nikczemności indywidua. No i ta ich chamska powierzchowność, nie mówiąc kindersztubie. Słowem, nic dodać nic ująć.
Wątek wzmagania Armii Krajowej z lewicowym podziemiem (AL) nie jest wiodącym w całości serialu. W części okupacyjnej pojawia się epizodycznie, jednak trudno powiedzieć, aby był drugorzędnym. Cechuje go nieskrywana, intencyjna ostrość znamionująca zapowiedź wzmożenia tego klimatu w „powojennych” odsłonach filmu.
W łonie walczących ze wspólnym hitlerowskim wrogiem zantagonizowanych politycznie stron wojennego podziemia tlił się konflikt o podłożu fundamentalnym, skutkujący epizodycznie – o czym wiem – w przypadki obopólnie złe, bywało, że i nikczemne. Nie zamierzam tu wdawać się w merytoryczne rozważania na ten temat. To oddzielna sprawa. Mam swoją wiedzę i nie dam się wciągnąć w prostackie, czarno – białe sądy tego wewnątrz-polskiego dramatu, definiowania jego przyczyn oraz źródeł. W warunkach okupacji waśnił obie strony. W sposób dramatyczny i krwawy, niestety, antagonizował w pierwszych latach po wojnie. Film, przyznając całą rację wyłącznie jednej ze stron konfliktu, problem spłyca, obnaża klarowne intencje jego twórców. Jakkolwiek ukazuje niemałą część tamtej rzeczywistości, pozostawia ją wybiórczą i uciążliwie niepełną dla każdego, kogo wiedza o tamtych polskich powikłaniach wychyla się poza prawicowe schematy – dziś jedynie słuszne. Należy oczekiwać, że przyszłe, „powojenne” wątki filmu będą stanowić continuum takiej właśnie narracji: swego rodzaju robotę propagandową, której nie mogę i nie potrafię bezkrytycznie akceptować.
Warto zauważyć, że publiczny dyskurs o wojennej i powojennej historii Polski został współcześnie zdominowany poprzez przekaz przypominający wczesno-powojenną czarnobiałą obróbkę propagandową. Metodologia obliczona na niepogłębioną wiedzę, zwłaszcza ludzi młodych, skutecznie modeluje historyczną świadomość tej generacji, upychając ją w kostium nie zawsze mądrych schematów. Nie wszyscy dają się uwieść presji. Po wojnie rządzący popełniali zbrodnie. Do zbioru niesławnej pamięci niewątpliwie słusznie wpisano liczne nieprawości UB. Jest oczywistym, że okres stalinowski należy zaliczyć do ciemnych stron naszej historii. Nie wolno przy tym zapominać, że okrucieństwo, którym obarcza się wyłącznie aparat ówczesnej władzy, cechowało również wiele działań tzw. zbrojnego podziemia. Te, jakkolwiek pozostają szczegółowo i obficie udokumentowane, podlegają dziś marginalizowaniu, nie mówiąc o notorycznych próbach ich usprawiedliwiania. Chcę wyraźnie podkreślić, iż nie uważam, abym w związku z tym relatywizował, co jest powszechną przyganą przywoływaną w dyskusyjnym ferworze. Zbrodni żadnej ze stron nie usprawiedliwiają nawet najlepsze intencje, w tym motywowane rozbieżnymi poglądami na to, czym jest patriotyzm i jaką powinna być powojenna Polska. Mnogie przypadki nieludzkiego okrucieństwa podziemia podlegają dziś rutynowym przemilczeniom; co najwyżej zdawkowym kwitowaniem, iż wykonywano wyroki na .. „zdrajcach ojczyzny”. Ogromną liczbę zbrodni popełnionych przez „chłopców z lasu”, które dotknęły bogu ducha winnych ludzi spoza kręgu szeroko rozumianego aparatu władzy – cywilów, w tym kobiet i dzieci, usiłuje się przemilczać, względnie usprawiedliwiać patriotyczną okolicznością. Winni zawsze pozostają, a jakże, ”komuniści”. To nieobiektywne i głupie, przy tym zamulające rzeczywisty obraz tamtej odsłony naszej historii. Chcę wyraźnie podkreślić, że każdy prosty, czarno – biały opis i wartościowanie wydarzeń nie odpowiada wyczerpującej prawdzie, pozostaje zasadniczo uproszczeniem, finalnie nadużyciem. Zresztą, czy oddanie tzw. „pełnej prawdy” o naszych wewnątrz-polskich wirażach i zakrętach jest możliwym, a ich sprawiedliwy osąd wykonalny ?!
Sięgnę tutaj do drobnej, jednej z mnogich skąd inąd trafnie niepochlebnych dla powojennej władzy uwag z obszernej monografii o powstaniu warszawskim, piszącego poniekąd pod polskie gusta historyczne Normana Davisa, pt. „Powstanie 44”. Autor, puentując swe rozważania o wydarzeniu, trafnie podkreśla jedną z wielu właściwości rządzących po wojnie Polską, cyt.: „Historia i manipulowanie historią zawsze stanowiły przedmiot żywej troski komunistycznych rządów”. Davis nie zauważa – co w przypadku nie tylko tego autora nie zaskakuje – że owa manipulacja rozwija się i kwitnie nadal, czerpiąc z podobnych mechanizmów, jako swoisty odpad demokracji w odmienionej po 1989 roku Polsce, a więc w czasie, kiedy autor pisze swą skąd inąd dobrą, chociaż niezbyt odkrywczą merytorycznie zdaniem wielu książkę. Mam świadomość różnic pomiędzy tamtą i obecną „polityką historyczną” wdrażaną w jakże odmiennych warunkach historii. Wnikliwy naukowiec winien wszak zauważyć, że obraz Polski Ludowej podlega we współczesnym, oficjalnym (państwowym) przekazie również zmanipulowaniu, czynionym, jak po wojnie, z urzędu. Np. odmawia się powojennej Polsce oraz zaangażowanych w jej istnienie i rozwój ludziom zasług jakichkolwiek: prawa do życiowej satysfakcji, którą zawłaszcza się i rezerwuje po wszech czasy dla różnej maści antykomunistów. Czyni się karkołomne wysiłki, aby ten fragment historii resetować z pamięci Polaków, malując wyłącznie jako wcielenie zła i nieprawości. Mamy więc osobliwą czarną dziurę w dziejach Polski. Nic się dobrego w tym czasie nie wydarzyło ?! Nurtowi wtórują usłużne media, konserwując „inteligencką” manierę politycznej poprawności. Niewielu z medialnych celebrytów próbuje polemizować z tego rodzaju optyką. Na szczęście pozostaje całkiem spory „margines” ludzi rozsądnych – pamiętających inaczej, lub przynajmniej nieco inaczej, dziś odsuniętych od kamer i mikrofonów. Mam nadzieję – oby nie naiwnie – że z czasem, kiedy wystygną nieracjonalne emocje zarządzające wspieranym przez państwo dychotomicznym wartościowaniom naszej najnowszych dziejów, przyjdzie pora na rozwagę i obiektywizm. Ale, czy na pewno przyjdzie ? Póki co, nic na to nie wskazuje.

Dzienniki Maxa Frischa

Dla mnie jest przede wszystkim wielkim dramaturgiem twórcą „Biedermanna i podpalaczy” czy „Don Juana czyli miłości do geometrii”.

Także, choć w mniejszym stopniu, prozaikiem, autorem m.in. powieści „Homo faber” czy „Montauk”. W zeszłym roku ukazał się w polskim przekładzie zbiór jego dramatów. Tym razem możemy poznać Maxa Frischa bezpośrednio, bez pośrednictwa jego sztuki dramatycznej czy prozatorskiej, jako autora dzienników pisanych w latach 1946-1949 i 1966-1971. Ta luka wzięła się prawdopodobnie z tego, że na lata 1950-1965 przypadła jego największa aktywność jako prozaika i dramaturga i na niej się w tym piętnastoleciu skoncentrował.
Z lektury wnioskuję, iż szkoda, że ta przerwa zaistniała, bo dzienniki Maxa Frischa należą niewątpliwie do najlepszych dokonań w ramach tego gatunku. Są portretem swoich czasów, zapiskami licznych podróży pisarza, a imponujące jest także ich wewnętrzne zróżnicowanie formalne, od klasycznych detalicznych zapisków dziennych po próby narracji literackich i form dialogowych. Gorąco rekomenduję.
Max Frisch – „Dziennik. 1946-1949. 1966-1971”, przekł. Janusz Ekier, Krzysztof Jachimczak, wyd. GWFoksal (WAB), Warszawa 2015, str. 687, ISBN 978-83-280-2096-2

Bezkonkurencyjny mistrz dzienników

Wraz z ostatnim zapiskiem piątego tomu (1977-1989) kończy się czytelnicza przygoda tych, którzy tom po tomie (a było ich pięć) zapoznawali się z dziennikami Sandora Marai, a ściśle biorąc, z ich wyborem dokonanym przez tłumaczkę Teresę Worowską.

Od pierwszych zapisków z 1943 roku, prowadzi nas Marai, poprzez kolejne pięć tomów, do finału – do zapisku ostatniego, z 15 stycznia 1989 roku. Zapisek ten wyraża nastrój oczekiwania śmierci. Nieco ponad miesiąc później, 21 lutego, pisarz sam ją przywołał: popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. W tym dzienniku można znaleźć zapowiedź tej chwili. Marai wspomina, że wykupił lekcje posługiwania się pistoletem i skrupulatnie rozważa, w jaki sposób się zastrzelić.
Skrajny pesymizm egzystencjalny Marai’a to żadne zaskoczenie. Pesymistyczna duchowość była – jeśli tak się można wyrazić – jego specjalnością, jego „znakiem firmowym”. Melancholia emigracyjna (połowę życia spędził na emigracji, we Francji, we Włoszech i USA) nie miała tu wiele do rzeczy: Węgry, w których się urodził w 1900 roku, które znał od podszewki i które opuścił u schyłku lat czterdziestych, także były źródłem jego goryczy.
Marai był skrajnym pesymistą „z urodzenia”, z charakteru, z temperamentu, choć to, że zdecydował się rozstać się z życiem w wieku 89 lat, oślepły, niesprawny i osamotniony, świadczy o tym, że i tak mimo wszystko był do tej gorzkiej egzystencji przywiązany. Jego pesymizm pochodził zarówno z wnętrza jego psychiki i jaźni, z jego doświadczeń indywidualnych, jak i miał też swe źródła w konstatacji świata, w którym żył i który obserwował. Już w pierwszych zapiskach ze stycznia 1977 napotykamy uwagi o rozpadającej się Europie Zachodniej, o fali terroryzmu w Italii i Niemczech, o wybuchach bomb, porwaniach. o dokonującym się każdego dnia złu na wielką skalę.
Marai nie lubi radzieckiego komunizmu, ale chyba nie mniej nie lubi okropności świata zachodniego i jego ogłupienia. Chciałoby się rzec: nic nowego pod słońcem. Od stycznia 1977 roku minęły 43 lata, a świat nie tylko nie jest ani na jotę lepszy, lecz może jest gorszy? A może „constans” zła jest nieruchoma? Mniej jest zapewne – może tylko do czasu – typowego dla tamtej epoki prymitywnego „bombowego” terroryzmu (bo znaleziono na niego sposoby wtedy nieznane?), nieco mniej konwencjonalnych wojen, ale za to trwają nieustanne wojny hybrydowe, narasta katastrofa ekologiczna świata, globalne ocieplenie i zanieczyszczenie, trwa fala politycznego populizmu, który sięga po władzę, a do tego dopadła nas globalna pandemia koronawirusa.
Jednak mimo tego pesymizmu autora, mimo niemożności znalezienia w jego zapiskach czegokolwiek krzepiącego dla ducha, mimo odczytywania ze stron dzienników Marai’a – generalnie – „prawd, co nie nowe”, z żalem żegnam się z nimi. Bo – według mojej oceny – to najlepsze, ze znanych mi, dzienniki w kategorii swojego gatunku. Znam dzienniki autorstwa postaci o większym prestiżu niż postać Marai’a, dzienniki większych od niego powieściopisarzy, wielkich postaci historycznych, wielkich złoczyńców, itd.
Nie znam jednak innych dzienników, w których każde zapisane zdanie miałoby swoją wagę, w których nie byłoby „pustych przebiegów”, „waty”, z których nie trzeba, jak ze średniej jakości ciasta, wyłuskiwać rodzynków interesujących obserwacji i myśli. Nie znam innych dzienników, które byłyby dziełem tak przenikliwej inteligencji, tak frapująco napisanych.
Sandor Marai był wybitnym powieściopisarzem, wybitnym prozaikiem, ale w tej kategorii można znaleźć bardzo wielu równych mu talentem, a też i wielu wspanialszych. Jako autor dzienników pozostaje w swojej kategorii mistrzem niedoścignionym.
Sandor Marai – „Dziennik 1977-1989”, wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie Teresy Worowskiej, „Czytelnik”, Warszawa 2020, str. 406, ISBN 978-83-07-03472-0