Czy będziemy musieli dłużej pracować?

Zła wiadomość jest taka, że bez podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat odsetek osób pobierających tylko emeryturę minimalną wzrośnie z obecnych 40 proc. do 70 proc. Dobra – że nastąpi to dopiero za 40 lat, a potem sytuacja się nie zmieni co najmniej przez kolejne 30 lat. I jeszcze jedna dobra – nie sposób dokładnie przewidzieć tego, co będzie za kilkadziesiąt lat, więc nie warto martwić się na zapas.
Nie unikniemy podwyższenia wieku emerytalnego – wskazuje Centrum Analiz Społeczno Ekonomicznych. Takie są wnioski z seminarium mBank-CASE zorganizowanego 29 października 2020 r., którego tematem był wpływ wieku emerytalnego na obecną i przyszłą sytuację polskiego rynku pracy, wzrost gospodarczy oraz finanse publiczne.
Ustawowy wiek emerytalny, ale przede wszystkim faktyczny wiek przechodzenia na emeryturę, mają istotny wpływ na rynek pracy i gospodarkę. Jak mówi prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak z SGH, w wielu krajach rozwiniętych, w tym w Polsce, wiek emerytalny stał się instrumentem polityki społecznej oraz rynku pracy. Przejawem jest np. zróżnicowanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn i upowszechnienie wcześniejszych emerytur traktowanego jako sposób na zmniejszenia podaży pracy.
Do 2008 roku (kiedy to ograniczono uprawnienia do wcześniejszego przechodzenia na emeryturę) faktyczny wiek emerytalny był o kilka lat niższy od ustawowego i dopiero po 2008 roku zaczął on znacząco rosnąć, dochodząc już obecnie do wieku ustawowego. Po decyzji politycznej o powrocie do wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (odpowiednio 60 i 65 lat) trudno się w nadchodzących latach spodziewać podniesienia ustawowego wieku emerytalnego. Jednocześnie ponad połowa Polaków w wieku 50 plus deklaruje chęć przejścia na emeryturę tak szybko, jak to będzie możliwe.
Rezygnacja z procesu podnoszenia i zrównywania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn sprawia, że w 2050 roku Polska prawdopodobnie będzie krajem o najniższym w Unii Europejskiej ustawowym wieku emerytalnym. W innych krajach wiek ten albo już teraz jest wyższy niż Polsce, albo też będzie podnoszony. Jeśli wiek ustawowy zostałby utrzymany na obecnym poziomie, to do 2070 roku zasób siły roboczej w Polsce skurczy się o ok. 35 proc., zaś wskaźnik obciążenia demograficznego wzrośnie z obecnych 30 proc. do ok. 80 proc.
Prof. Chłoń-Domińczak podkreśla, że eliminacja uprawnień do wcześniejszych emerytur doprowadziła do znacznego wzrostu aktywności zawodowej kobiet w wieku okołoemerytalnym, co przełożyło się na znaczący wzrost ich kapitału emerytalnego. Mimo tego, przy utrzymaniu obecnego ustawowego wieku emerytalnego kobiet, będą one otrzymywały o ok. 40 proc. niższą emeryturę od mężczyzn, podczas gdy jego podniesienie do 65 roku życia ograniczyłoby tę lukę do około 8 pkt. proc.
System emerytalny ma to do siebie, że powinien być stabilny nie tylko w sensie ekonomicznym, ale również w sensie politycznym. Oznacza to, że większość społeczeństwa powinna chcieć, aby system pozostał taki, jaki jest – uważa dr Michał Rutkowski z Banku Światowego.
Do podniesienia faktycznego wieku przechodzenia na emeryturę nie wystarczą zachęty finansowe w postaci wzrostu świadczenia za każdy dodatkowy rok pracy zawodowej po osiągnięciu minimalnego wieku emerytalnego. Zdaniem dr. Rutkowskiego większość ludzi zachowuje się krótkowzrocznie i przechodzi na emeryturę od razu po osiągnięciu minimalnego wieku, więc istotne wydłużenie aktywności zawodowej osób w wieku okołoemerytalnym bez podniesienia minimalnego wieku przechodzenia na emeryturę nie wydaje się możliwe.
Według prof. Joanny Tyrowicz z Uniwersytetu Warszawskiego, obecny polski system emerytalny w założeniu miał być zbilansowany, ale w rzeczywistości nie jest. Wynika to przede wszystkim z konieczności dopłat do emerytur minimalnych, co po obniżeniu wieku emerytalnego w 2017 roku kosztuje budżet państwa aż 4,5 proc. PKB.
Z modeli szacowanych przez jej zespół wynika, że w przypadku utrzymania obecnego ustawowego wieku emerytalnego (odpowiednio 60 i 65 lat) odsetek osób pobierających emeryturę minimalną będzie sukcesywnie rósł w ciągu najbliższych 40 lat z obecnych 40 proc. do 70 proc., a następnie utrzyma się na tym poziomie przez kolejne 30 lat. Jeśli jednak wiek emerytalny zostałby podniesiony do 67 lat dla obu płci, to odsetek ten nie wzrósłby.
Utrzymanie obecnego wieku emerytalnego będzie więc miało negatywny wpływ na stan budżetu państwa i w efekcie również na PKB. Z punktu widzenia świadczeniobiorców najbardziej poszkodowane będą najwięcej zarabiające kobiety, bo ich emerytury będą o 30 – 40 proc. niższe względem tych, jakie otrzymałyby pracując do 67 roku życia. Negatywne skutki dla mężczyzn będą dużo słabsze – ci najlepiej zarabiający będą mieć świadczenie niższe o 7 – 12 proc.
Wynika z tego, że na dziś kluczowe wydaje się podniesienie wieku emerytalnego kobiet do 65 roku życia, zaś dalsze jego podnoszenie do 67 lat ma już mniejsze znaczenie.
Prof. Filip Chybalski (Politechnika Łódzka) zwraca uwagę, że niska aktywność zawodowa osób w wieku okołoemerytalnym współwystępuje z ich gorszym stanem zdrowia. Skłania to do dofinansowania działań stymulujących zachowania prozdrowotne. Politykę promującą przedłużanie aktywności zawodowej warto ukierunkować na konkretne zawody lub grupy zawodów.
Wprawdzie tego, co nastąpi za kilkadziesiąt lat nie sposób precyzyjnie przewidzieć, ale jak uważa prof. Marek Góra (Szkoła Główna Handlowa), jedno jest pewne – za około 30 lat wiek emerytalny będzie dużo wyższy niż teraz. Wprawdzie obecnie wiek emerytalny jest wykorzystywany jako narzędzie walki politycznej i dlatego jest obniżany, ale nie będzie to możliwe w perspektywie kilkudziesięciu lat. Wiek emerytalny będzie więc wyższy i na to trzeba się odpowiednio przygotować.
W tym kontekście istotne są dwie zasadnicze cechy polskiego systemu emerytalnego, które różnią go od systemów w innych krajach. Po pierwsze w polskim systemie nie mamy klasycznego wieku emerytalnego, tylko wiek minimalny, który nie pełni funkcji fiskalnej, a jedynie społeczną. Wiek minimalny jest ustanowiony po to, żeby uchronić ludzi przed błędnymi decyzjami, które mogłyby mieć negatywne skutki społeczne.
Po drugie, wysokość emerytury minimalnej nie jest w żaden sposób gwarantowana, tak jak to było w starym systemie emerytalnym. Może więc podlegać bieżącej regulacji. W przyszłości o wysokości minimalnej emerytury będzie decydowała siła przetargowa pokolenia osób młodych względem starszych oraz bieżąca sytuacja budżetowa.
Prof. Góra podkreśla, że należy już teraz informować młodych ludzi, że będą w przyszłości pracowali dużo dłużej od swoich rodziców. Muszą to wiedzieć dziś, żeby mogli się do tego odpowiednio przygotować, np. inwestując w długookresowe podtrzymywanie dobrego stanu zdrowia i zmienność swoich kwalifikacji zawodowych. Według niego ostatnie obniżenie ustawowego wieku emerytalnego (czyli powrót do 60 i 65 lat) wyrządziło ludziom dużą szkodę, bo przekazało im fałszywą informację, że nie muszą się przygotowywać do dłuższej pracy w przyszłości.

Francuzi się nie poddają

70 proc. Francuzów sprzeciwia się neoliberalnej reformie emerytur i żąda dymisji rządu.

29 stycznia po raz ósmy od początku strajków i demonstracji (tj. od 5 grudnia) setki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by powstrzymać antyspołeczne szaleństwo Emmanuela Macrona. Manifestanci szukają nowych form protestu.

W Paryżu demonstrowało przeciw rządowi ok. 180 tys. ludzi ze wszystkich grup zawodowych, 75 tys. w Marsylii. W skali kraju liczba demonstrujących była niższa niż ostatnio, lecz sondaże wskazują wzrost ludowej determinacji. Odrzucenie „reform” neoliberalnego reżimu, których celem jest pauperyzacja klas pracujących, jest powszechne, zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Znaczna część kolejarzy po 50 dniach strajku i braku wypłat musiała wrócić do pracy, ale energetycy wyłączają prąd, rafinerie są blokowane, jak i część portów oraz dworców. Strajkują m.in. nauczyciele, adwokaci, personel szpitalny, służby oczyszczania miast i inne zawody.

Lewica (Nieuległa Francja) wniesie do parlamentu wniosek o wotum nieufności do rządu w związku z opinią Rady Stanu, która określiła projekt ustawy o emeryturach jako niekompletny i niespójny prawnie. Dziury w ustawie ma uzupełnić 29 dekretów rządowych, których treści nikt nie zna.
Znany jest za to cel „reformy”: przedłużenie okresu pracy, zmniejszenie emerytur i przekazanie części społecznych pieniędzy amerykańskim prywatnym holdingom finansowym, szczególnie koncernowi BlackRock. To część niszczenia francuskiego systemu socjalnego, prowadzonego przez klikę Macrona.

Epickie sceny na ulicach Paryża rozegrały się 27 stycznia. Na manifestację do Paryża przybyli z całego kraju strajkujący strażacy, którzy demonstrowali w pełnym stroju bojowym. Doszło do licznych starć ulicznych z policją, było wielu rannych. Strażacy zaatakowali policyjną barykadę, która miała zastopować ich marsz. Oni również odrzucają skandaliczną reformę systemu emerytalnego, jak i neoliberalny autorytaryzm obecnego reżimu. Rząd nie ma zamiaru ustępować: liczy na ludzkie zmęczenie i policję, której „reforma” nie obejmie. Związki zawodowe zaplanowały na 6 lutego kolejny dzień ogólnokrajowych protestów.

Po co komu PPK?

Od kilku miesięcy, bez szerszej dyskusji rząd Mateusza Morawieckiego wprowadza tzw. Pracownicze Plany Kapitałowe. Z korzyścią dla Polaków? Niestety, tu można mieć zasadnicze wątpliwości.

Parlamentarna większość na czele z Prawem i Sprawiedliwością krytycznie oceniła projekt Lewicy, aby podnieść minimalną emeryturę do 1600 zł brutto, znieść limit trzydziestokrotności przy płaceniu składek emerytalnych i wprowadzić maksymalną emeryturę wysokości sześciokrotności minimalnego wynagrodzenia. W zamian emeryci dostaną jednorazową „trzynastkę” tuż przed wyborami. Niezależnie jednak od tego, które rozwiązanie jest lepsze, równolegle rząd wdraża dość daleko idącą zmianę całego systemu emerytalnego, która pokazuje, jaki jest kierunek działania PiS-owskiej władzy.

Znowu prywatne fundusze

Oto bowiem od kilku miesięcy, bez szerszej dyskusji rząd Mateusza Morawieckiego wprowadza tzw. Pracownicze Plany Kapitałowe. W swoich założeniach jest to powszechny, dobrowolny, a przede wszystkim w pełni prywatny filar systemu emerytalnego. Rozwija się on poprzez wprowadzenie dodatkowych składek emerytalnych po stronie pracowników i pracodawców. Pracownik ma płacić co najmniej 2 proc.wynagrodzenia netto, a kolejne 1,5 proc.ma dopłacać pracodawca z możliwością zwiększenia wpłat do 4 proc.tak od pracownika, jak i pracodawcy. Dodatkowe środki ma dopłacać państwo: 250 zł opłaty powitalnej oraz co roku 240 zł. Rząd argumentuje, że podstawowym celem PPK będzie zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie dodatkowego zabezpieczenia finansowego po osiągnięciu przez nich wieku emerytalnego lub nabyciu uprawnień emerytalnych.

Niestety w praktyce nie wygląda to tak wesoło. PPK mają obsługiwać towarzystwa funduszy inwestycyjnych, czyli w pełni komercyjne instytucje, mające daleko idącą swobodę działalności i narażone na wahania wartości w zależności od koniunktury gospodarczej. W sytuacji kryzysu fundusze mogą zbankrutować i państwo nie ma wpływu na ich kondycję.

Zły ZUS, wspaniały rynek

W takiej sytuacji okazałoby się, że gdy ludzie zostaną pozbawieni dużej części emerytur, państwo będzie jedynym podmiotem, które będzie w stanie im pomóc. Do tego czasu będziemy słyszeć o podłym ZUS-ie i niezwykle potrzebnym i dobrze funkcjonującym filarze komercyjnym systemu emerytalnego.

Sam sposób wdrażania PPK może budzić poważne wątpliwości. Oto bowiem przynależność do PPK nie jest obowiązkowa, ale domyślna, a więc jeżeli ktoś nie chce się zapisywać do PPK, to musi złożyć stosowną deklarację. Jeżeli nie robi nic, to jest wpisany w system. Na dodatek w deklaracji rezygnacji z PPK czytamy o zaletach programu i negatywnych skutkach wypisania się z niego, co też budzi poważne wątpliwości i rodzi podejrzenie o powiązanie rządu z prywatnymi podmiotami. Trudno taki tryb uznać za właściwy. Państwo powinno informować o plusach i minusach komercyjnych programów, a nie zachęcać ludzi do korzystania z nich.

Dlaczego państwo to robi?

Można też mieć wątpliwości co do państwowego wsparcia dla firm obsługujących PPK. Czy nie jest to niedozwolona pomoc dla sektora prywatnego? Trudno zrozumieć, dlaczego państwo ma dofinansować prywatne fundusze, nie mając wpływu na podejmowane przez nie decyzje. W przypadku bankructwa firmy zarządzającej PPK stracą nie tylko bezpośrednio zainteresowani, ale też zostaną zmarnotrawione środki budżetowe.

Pod tym względem znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu podniesienie składek na ZUS. Kontrolę nad ZUS-em bezpośrednio sprawuje państwo. Kontrolę nad prywatnymi funduszami sprawują wyłącznie ich właściciele, którzy nie muszą się liczyć z wolą i oczekiwaniami społeczeństwa.

A czego społeczeństwo oczekuje? Pomimo nachalnej propagandy na rzecz Pracowniczych Planów Kapitałowych, poziom partycypacji w systemie jest relatywnie niski. Jeszcze pod koniec sierpnia 2018 r., składając do Sejmu projekt ustawy o pracowniczych planach kapitałowych, pomysłodawcy szacowali poziom partycypacji na 75 proc. Póki co, okazuje się, że te szacunki były kompletnie nierealistyczne. Jego pierwszy etap skierowany do największych firm, czyli takich, które zatrudniają co najmniej 250 osób, formalnie się zakończył i przystąpiło do niego tylko ok. 40 proc.uprawnionych.

Pracownicy tego nie chcą

Zarazem Polacy krytycznie oceniają wdrożenie PPK. Z przeprowadzonego kilka miesięcy temu badania wynikało, że aż 65 proc.Polaków nie wie, jaką decyzję podejmie w sprawie partycypacji w Pracowniczych Planach Kapitałowych. Co czwarty uważał, że PPK ma więcej zalet niż wad, a jedynie co piąty popierał program. Te dane pokazują klęskę polityki informacyjnej rządu – wdrażany jest program, o którym większość obywateli nie ma wiedzy, a wśród osób mających wyrobioną opinię, przeważa krytycyzm.

Mimo to premier jest zdeterminowany. W swoim sejmowym expose ogłosił, że ochronę PPK trzeba wpisać do Konstytucji. Skąd taka determinacja we wdrażaniu niepopularnego rozwiązania i jaki jest rzeczywisty cel ustawy? Odpowiedź być może poznamy, śledząc powiązania partii rządzącej z firmami obsługującymi PPK i skład ich rad nadzorczych.

PiS wykończy emerytów

Propozycje rządu dotyczące pracowników w wieku 50-55+ nie są kontrowersyjne. Są skandaliczne.

Eksperci przyznają, że wydłużająca się średnia długość życia i zmieniająca się demografia winny owocować zmianami na rynku pracy. Rada Dialogu Społecznego od dawna dyskutuje nad rozwiązaniami dla pracowników w wieku 50-55+, które umożliwiłyby im dłuższą aktywność zawodową, co jest pożądane także z powodów humanitarnych. Propozycji formułowanych przez badaczy rynku pracy czy przez związki zawodowe jest wiele. Idą dokładnie w odwrotnym kierunku niż to, co chce zaserwować seniorom Ministerstwo Rozwoju.

Obecnie osoby, którym pozostały mniej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, nie mogą zostać zwolnione. To miałoby się zmienić. Pracodawcy chcieliby ten okres skrócić o rok i ułatwić procedurę zwolnienia starszego pracownika. Kolejnym pomysłem jest systemowe obniżenie pensji seniorów. Miałby to rekompensować tzw. dodatek mentorski za dzielenie się doświadczeniem z młodszymi pracownikami – w pełni uzależniony od dobrej woli pracodawcy.

Przekonywanie, że starszy pracownik może okazać się mniej efektywny i należy go inaczej wynagradzać, to absurd. Wypada raczej zainteresować się, dlaczego w niejednej branży doświadczony pracownik przez wiele lat nie ma szans na podwyżkę i nawet z dodatkami stażowymi zarabia tyle samo, co młody człowiek dopiero wchodzący do zakładu. Jak można opowiadać, że w dzisiejszych realiach ludzie mogą i powinni być dłużej aktywni zawodowo, a potem zabierać im wynagrodzenie?!

Skandalem jest również pomysł obniżenia składek ZUS dla osób w wieku 50+. Żeby ściąć biznesowi koszty pracownicze, samych pracowników skazuje się na niskie emerytury! W niektórych przypadkach – z trudem pozwalające na przeżycie. Wszystko to razem to droga do zmuszania ludzi do pracy do ostatniego dnia.

PiS nie chce cywilizować stosunków pracy ani gwarantować systemowych zabezpieczeń socjalnych. W najlepszym razie „dobrzy wujkowie” Morawiecki z Kaczyńskim dadzą seniorom jałmużnę. W najgorszym – skrócą im życie.

PiS, KO, PSL, Konfederacja przeciw emerytom

Sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny opowiedziała się za odrzuceniem projektu nowelizacji ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.

Rozwiązanie przygotowane przez Lewicę zakładało podniesienie najniższej emerytury i renty do 1600 zł, najniższej renty dla osób częściowo niezdolnych do pracy do 1200 zł, zniesienie limitu 30-krotności przy składkach ZUS oraz wprowadzenie pojęcia najwyższej emerytury, która wynosiłaby sześciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Co istotne, przeciwko projektowi opowiedzieli się nie tylko posłowie partii rządzącej, ale wszystkie kluby poza Lewicą. Za odrzuceniem projektu głosowało aż 28 posłów, zaledwie czterech było przeciw, a jedna osoba wstrzymała się od głosu. Posłowie i posłanki, nie tylko PiS-u, ale też opozycji, mogli przecież wnieść dowolne poprawki i rekomendować dalsze prace nad ustawą. Woleli jednak projekt zakładający znaczną pomoc dla najbiedniejszych emerytów i rencistów błyskawicznie odrzucić.

Seniorzy ubożeją

Choć w ostatnich latach mamy do czynienia z szybkim wzrostem gospodarczym, dobrą koniunkturą i niskim poziomem bezrobocia, to rośnie ubóstwo osób starszych. W latach 2016-2018 o blisko 400 tys. wzrosła liczba seniorów żyjących w niedostatku. W 2016 roku było to 33,8 proc. osób w wieku 65+ żyło w gospodarstwach domowych o wydatkach poniżej minimum socjalnego. W roku 2018 już 37,3 proc. Skokowy wzrost! Równocześnie jeszcze w 2014 roku minimalna emerytura wynosiła 56 proc. płacy minimalnej, a na początku XXI wieku blisko 70 proc. Tymczasem w 2019 roku minimalna emerytura stanowiła już zaledwie 48,9 proc. płacy minimalnej, zaś na ten rok rząd przewidział, że będzie to zaledwie 46,2 proc. Innymi słowy, najniższe emerytury za rządów PiS osiągają rekordowo niskie poziomy. Nawet po przyjęciu rozwiązania Lewicy najniższa emerytura stanowiłaby 61,2 proc. najniższego wynagrodzenia, czyli wciąż znacznie mniej niż w 2001 czy 2002 roku.

Niesprawiedliwy system

Dyskusja nad zniesieniem trzydziestokrotności trwa od wielu miesięcy, ale nie ulega wątpliwości, że utrzymywanie rozwiązania, które pozwala płacić bardzo niskie składki osobom o najwyższych dochodach jest ewenementem w świecie rozwiniętym. W Polsce od wielu lat kwoty przekraczające trzydziestokrotność średniego wynagrodzenia nie są obciążone składkami emerytalnymi. W efekcie osoby o najwyższych dochodach procentowo mają najniższe obciążenia składkowo-podatkowe. Polska to jeden z nielicznych krajów OECD, gdzie stopa zastąpienia, czyli stosunek emerytury do ostatniej pensji, jest niższa dla osób o niskich zarobkach niż dla krezusów. Propozycja Lewicy ma na celu zniwelowanie tej ewidentnej niesprawiedliwości. Trudno pojąć, dlaczego część polityków i partnerów społecznych uważa, że zniesienie zasady trzydziestokrotności byłoby sprzeczne z Konstytucją. Wydaje się, że to raczej jej utrzymanie może pozostawać w konflikcie z ustawą zasadniczą.

Również propozycja wprowadzenia zasady, zgodnie z którą najwyższa emerytura nie mogłaby przekraczać sześciokrotności najniższego wynagrodzenia, wydaje się godna procedowania. Trudno zrozumieć ostry opór wobec tego rozwiązania strony rządowej i organizacji pracodawców, skoro obecny na posiedzeniu Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, minister Stanisław Szwed oświadczył, że według jego wiedzy, około 120 osób pobiera emeryturę w wysokości wyższej niż sześciokrotność najniższej ustawowo określonej płacy. A zatem wprowadzenie tego rozwiązania dotyczyłoby bardzo niewielkiej liczby seniorów i w nikłym stopniu ograniczałoby różnice w poziomie emerytur. Niezależnie jednak od oceny rozwiązania zawartego w ustawie, można było nad nim pracować i poddać dalszemu procedowaniu. Okazało się jednak, że gdy chodzi o poprawę sytuacji najbiedniejszych emerytów i niewielką korektę nierówności społecznych, parlamentarzyści PiS, KO, PSL i Konfederacji wspólnie i solidarnie stawiają opór.

PiS pozbył się posłanki Biejat

Magdalena Biejat z Lewicy jeszcze kilka dni temu celnie punktowała zaniedbania rządu na polu walki z ubóstwem i wspierania seniorów. 16 stycznia posłowie PiS odwołali ją ze stanowiska przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny.

Stanowisko to Biejat otrzymała wcześniej zgodnie z parlamentarnym obyczajem, który nakazuje zostawić kierowanie częścią komisji w rękach opozycji.

O tym, czy PiS zdecyduje się naruszyć obyczaj i złamać wcześniejsze ustalenia z innymi klubami, spekulowano jeszcze przed Nowym Rokiem. Dla części parlamentarzystów katolicko-narodowej prawicy nie do przyjęcia były przekonania Magdaleny Biejat, która – chociaż sama ma niemal idealną tradycyjną rodzinę – mówi otwarcie o potrzebie zalegalizowania związków partnerskich i o prawie do przerywania ciąży.
W ostatnich dniach działaczka Lewicy Razem dostarczyła kolejnych argumentów „na niekorzyść”. W debacie nad emeryturami i sytuacją polskich seniorów celnie i stanowczo wskazała zaniedbania rządu na tym polu, mówiąc na sali plenarnej o rosnącej skali ubóstwa wśród najstarszych Polek i Polaków. Wykazała, że rozwiązania wdrożone na ich rzecz przez PiS są zaledwie ruchami pozorowanymi.

Żenujące uzasadnienie

Głosowanie nad odwołaniem Biejat odbyło się 16 stycznia rano. Jako bardziej odpowiednią kandydatkę na przewodniczącą parlamentarzyści PiS wskazali dotychczasową wiceprzewodniczącą komisji Urszulę Rusecką, której sylwetkę prezentowaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”. To katolicka fundamentalistka, która uzasadniała w Sejmie potrzebę bezwzględnego zakazu aborcji cytatami z matki Teresy.
Podając uzasadnienie wniosku o odwołanie przewodniczącej PiS nie miał jednak dość odwagi, by jasno powiedzieć, o co chodzi. Zamiast tego sprawozdawczyni Teresa Wargocka zarzucała lewicowej posłance brak doświadczenia w parlamencie i wynikającą z tego nieumiejętność organizowania prac komisji. „Przez miesiąc od dnia powołania nie podjęła obowiązków przewodniczącej komisji”, „wykazała się brakiem umiejętności brakiem pracy zespołowej” – mówiła.

– Spośród wszystkich 18 komisji, kierowanych przez PiS, tylko dwie komisje spotykały się częściej niż komisja polityki społecznej. A aż 10 komisji kierowanych przez PiS spotkało się mniej niż pięć razy, czyli dwa razy mniej niż komisja rodziny, która spotkała się dziesięć razy – ripostował jej przewodniczący klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Warto przypomnieć, że również w poprzedniej kadencji Sejmu niektórymi komisjami kierowały debiutantki. Nikt ich z tego powodu nie odwołał… no ale przecież nie były to działaczki lewicowe.

Bo Lewiatan był przeciw

Jeszcze bardziej kuriozalne były inne „argumenty” przywołane przez PiS. Posłanka Wargocka zarzuciła Biejat, że jej poglądy w kwestii modelu rodziny „nie są podzielane przez większość społeczeństwa”. Zupełnie jakby miało to cokolwiek do rzeczy – posłanka otrzymała kierownictwo w komisji na mocy międzyklubowych ustaleń, w momencie ich zawierania wszyscy, łącznie z PiS, świetnie wiedzieli, jakie postulaty w sprawach praw kobiet i równości małżeńskiej zapisano w programie Lewicy.

Najbardziej absurdalnie, a poniekąd strasznie zabrzmiały jednak jej uwagi w sprawie projektu ustawy o emeryturach minimalnych, złożonego przez Lewicę, a wczoraj odrzuconego właśnie na komisji polityki społecznej dzięki zgodnym głosom PiS i PO. Otóż na niekorzyść Biejat miało świadczyć to, że miał on negatywną opinię Konfederacji Przedsiębiorców i Pracodawców Lewiatan. Tak, taki argument naprawdę padł z ust reprezentantów „prospołecznej” partii.

W dodatku – skandal! – Biejat zarządziła pracę nad projektem w sprawie emerytur po 50 dniach od jego złożenia w Sejmie. W ocenie posłów PiS był to „zbyt szybki” termin.

Wynik głosowania był w zasadzie przesądzony. 19 głosów za odwołaniem, 12 – przeciw. Teraz przewodniczącą komisji będzie, zgodnie z wolą rządzącej partii, Rusecka.

Tępe i prymitywne działanie

Przebieg porannego posiedzenia w komisji podsumował celnie Włodzimierz Czarzasty.

– Wy myślicie „i tak was przegłosujemy”. To tępe i prymitywne działanie i pokazywanie siły. Będziemy przegrywali głosowania, ale będziemy wszędzie o waszych siłowych rozwiązaniach informowali dzień i noc. Mam dosyć tego, że jeśli ze strony Lewicy jest kompromis, uśmiech, to z drugiej strony, partii rządzącej, jest prymitywna siła – skomentował wicemarszałek Sejmu i przewodniczący SLD.

Lewica mimo wszystko zamierza nadal zgłaszać w Sejmie socjaldemokratyczne projekty ustaw i krytykować z takich pozycji PiS-owskie udawane państwo dobrobytu. – PiS boi się Lewicy, boi się Biejat, bo wie, że walczymy o sprawiedliwość społeczną. Lewica się PiSu nie boi. Walczymy dalej – zadeklarowała na Twitterze Marcelina Zawisza.

Rząd chce wymanewrować związki

Po ponad miesiącu historycznej mobilizacji francuskiego świata pracy francuski rząd udaje, że chce negocjować i iść na ustępstwa. Całej reformy emerytalnej, oddającej utrzymanie starszych obywateli w ręce kaprysów rynku, nie cofnie, ale jest gotów rozmawiać o tym, by pełne prawa do emerytury były jednak nabywane w 62. roku życia, a nie w 64.

9 i 11 stycznia były kolejnymi dniami imponującej mobilizacji pracowników i młodzieży. Wezwanie central związkowych do demonstrowania spotkało się z odzewem w całym kraju.
– Demonstrowano w 275 miastach, łącznie na ulice wyszło 1,7 mln pracowników i młodzieży, a wspólne stanowisko było takie samo, jak od początku strajku: rząd ma wycofać się z całej reformy emerytalnej! – mówi Portalowi Strajk Benoit Lahouze, działacz antykapitalistycznej lewicy i redaktor pisma „Informations Ouvrieres” o demonstracjach 9 stycznia. – Związki zawodowe zrzeszające funkcjonariuszy publicznych odmówiły podjęcia negocjacji z rządem. We wtorek przywódcy najważniejszych central udali się na negocjacje z rządem, ale następnie prasa ujawniła, że projekt ustawy o emeryturach wpłynął już do Rady Państwa, co jest pierwszym krokiem przed jego przyjęciem. To dowód, że Macron nie chce negocjować naprawdę, chociaż strajk ma poparcie 60 proc. społeczeństwa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utrzymuje, że 9 stycznia na ulice wyszło jedynie 452 tys. ludzi, z czego 21 tys. w Paryżu. Tymczasem centrala związkowa CGT zliczyła aż 150 tys. demonstrantów i demonstrantek w samej stolicy. Według aktywistów z kolektywu „Informations Ouvrieres” szczególnie imponujące marsze przeszły również przez Marsylię i Tuluzę (ponad 100 tys. protestujących), Bordeaux (70 tys.), Hawr (35 tys.) czy Rouen (30 tys.). Ciągle strajkują wszystkie wielkie francuskie rafinerie, historyczne rozmiary przybrał strajk adwokatów, zaostrza się sprzeciw środowiska akademickiego, gdzie nie tylko protestują akademicy i studenci, ale też zawiesiły pracę liczne pisma naukowe. Strajkom i manifestacjom towarzyszą zgromadzenia ogólne (assemblées générales) protestujących z danego sektora czy zakładu pracy, gdzie zapadają decyzje na temat dalszej taktyki działania, kontynuowania protestu i jego metod. 11 stycznia na kolejny dzień walki przybyło 500 tys. oburzonych obywateli według szacunków związkowych i 150 tys. według MSW oraz przychylnych rządowi mediów, które od początku starają się bagatelizować strajk.
Najnowszy gest rządu, który w podpisanym przez premiera liście otwartym zadeklarował, że prawa emerytalne mogłyby jednak być nabywane po ukończeniu 62 lat, również obliczony jest raczej na uśpienie strajkujących i zasianie podziałów wśród związkowców. Prezydent chciałby przede wszystkim przeciągnąć na swoją stronę bardziej ugodowe centrale na czele z CFDT, które przed grudniem 2019 r. podchodziły bardziej spolegliwie do jego neoliberalnej polityki. Nawet jeśli teraz to nie one nadają ton protestom ulicznym, bo Francuzi mają agresywnego kapitalizmu stanowczo dość. Philippe Martinez z CGT zarzucił Macronowi, że nie słucha głosu społeczeństwa, a gdyby chciał naprawdę zagwarantować wyższe emerytury, co obiecuje, to działałby raczej w kierunku stymulowania wzrostu płac.
Tymczasem liderzy CFDT wyrazili radość z powodu „gotowości rządu do ustępstw”, chociaż w rzeczywistości Macron i jego rząd nie cofnęli się na krok: nawet w liście do związków, w którym zapisano rzekome „ustępstwo”, zapisano również, że dalsze decyzje w sprawie finansowania systemu emerytalnego państwo podejmie po dalszych analizach problemu do końca kwietnia. Tym samym zastrzega sobie, by za jakiś czas, gdy mobilizacja spadnie, znowu ogłosić, że „nic nie da się zrobić” i konieczne są antyspołeczne rozwiązania, a będzie już po pierwszym czytaniu projektu w parlamencie.

„Ekspert” pracodawców kontra emerytury

Mamy pracować dłużej, a o dodatkowych emeryturach powinniśmy zapomnieć, podobnie jak obecni emeryci – to oferta, jaką złożył społeczeństwu Jeremi Mordasewicz, ekspert Konfederacji „Lewiatan” i członek Rady Dialogu Społecznego.

Mordasewicz był najpierw gwiazdą liberalnych mediów tradycyjnych, a potem, gdy rozwijały się media społecznościowe, kultową postacią z memów. Zawsze głęboko zaniepokojony o dobrostan polskiego biznesu, krytycznie nastawiony do postulatów pracowniczych – wietrzący postawy roszczeniowe, gromiący prawo do zwolnień lekarskich. Zawsze po stronie kapitału.

Lata lecą, mamy rok 2020 i okazuje się, że ekspert „Lewiatana” wciąż nadaje na tym samym poziomie. W rozmowie z portalem MarketNews24 zwierzył się, że bardzo nie podoba mu się projekt 13 emerytury.

– Trzynasta i czternasta emerytura to psucie systemu emerytalnego. Jeżeli ktoś chciałby je dostawać, to powinien płacić trzynastą i czternastą składkę – skomentował Mordasewicz.

Zdaniem ulubionego eksperta biznesu takie świadczenia obciążają społeczeństwo. Według Mordasewicza państwo nie powinno podwyższać podatków najbogatszym czy sięgać do kieszeni korporacji. Ma lepszy pomysł – powinniśmy pracować dłużej, a dodatkowe emerytury muszą zostać odebrane.

– Jeżeli wyrównamy wiek emerytalny mężczyzn i kobiet do 65 lat, a w przyszłości będziemy stopniowo, bardzo powoli go podnosić oraz zlikwidujemy przywileje emerytalne górników, rolników czy pracowników służb mundurowych, to system emerytalny w Polsce będzie całkiem nieźle zrównoważony – powiedział ekspert Konfederacji Lewiatan.

Trzynasta emerytura to pomysł Prawa i Sprawiedliwości na mobilizację elektoratu przed nachodzącymi wyborami prezydenckimi. Pierwsze przelewy z tego tytuły trafią na konta seniorów na początku kwietnia, a więc tuż przed bojem o Belweder.

Podczas niedawnego głosowania w Sejmie, projekt został poparty przez Lewicę, której deputowani zaznaczyli jednak, że to doraźny środek zaradczy, a nie kompleksowe rozwiązanie problemu niskich emerytur.

– Redystrybucja to termin ekonomiczny, a nie przedmiot marketingu politycznego. Sprawnie działające państwo potrafi ciężko zarobione przez obywatelki i obywateli pieniądze redystrybuować zapewniając godne życie emerytkom i emerytom. Każde rozwiązanie musi być analizowane z punktu widzenia skuteczności realnej poprawy jakości życia, a nie tylko waszego wyniku wyborczego droga Prawo i Sprawiedliwość. Tworzycie iluzję państwa opiekuńczego, którego horyzontem jest okres od wyborów do wyborów, a realna sytuacja polskich emerytur to według Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, równia pochyła – mówił w środę w Sejmie podczas pierwszego czytania projektu Maciej Kopiec, poseł Lewicy.

Francja przeciw Macronowi

Czwartek 5 grudnia pozostanie historyczny: półtora miliona ludzi wyszło na ulice, by sprzeciwić się neoliberalnemu szaleństwu i jego „reformom”, których celem jest zniszczenie dobrze działającego systemu socjalnego. Masowej mobilizacji nie przeszkodziło propagandowe bombardowanie oligarchicznych mediów, ani straszenie policją: ludzie mają dość jawnego faworyzowania najbogatszych i finansowej oligarchii.

Chyba najbardziej uderzającym obrazem wczorajszych manifestacji i strajku generalnego byli strażacy idący na czele wielkiego paryskiego pochodu. Gdy drogę zablokowała policja, unieśli ręce i parli naprzód: żandarmeria i policja nie odważyły się strzelać plastykowymi kulami ani szarżować- musiały się wycofać. „Brawo strażacy!”, „Strażacy z nami!”- skandował tłum manifestantów – otoczyły ich oklaski i podziękowania. Nie wszystko poszło tego dnia tak łatwo, ale poczucie siły i determinacji wspólnoty manifestantów wygrało: ludzie demonstrowali w ponad 250 miejscowościach, od wielkich miast po małe miasteczka.
W Paryżu, gdzie szło ok. ćwierć miliona manifestantów, policja nie mogąc atakować z przodu obrzucała manifestację granatami gazowymi z boków, z ulic przecinających trasę pochodu. Pierwszą szarżę podjęła przeciw demonstrantom, którzy szli za transparentem „Marks albo zdychaj!” (to gra słów: nazwisko filozofa jest podobne do francuskiego słowa „idź”, „maszeruj”). To tu, na Placu Republiki doszło do pierwszych starć, które na różnych odcinkach towarzyszyły później manifestacji aż po Plac Narodowy. Był to jednak margines, w porównaniu z wielkością kilkukilometrowego pochodu. Owszem, policja znowu strzelała ludziom w głowy (dziesiątki rannych, jedna dziewczyna straciła oko), ale strach został tego dnia pokonany.

Nareszcie „konwergencja”

Francuska lewica, szczególnie Nieuległa Francja, od kilku lat próbuje doprowadzić do regularnej „konwergencji walk”, tj. skupienia różnorodnych grup zawodowych i społecznych, często o rozbieżnych interesach (np. feministki i kolejarze) przeciw neoliberalnej władzy Emmanuela Macrona i jego pro-oligarchicznej ekipy rządzącej. Razem z pracownikami protestują studenci i świat nauki: Francuska Biblioteka Narodowa (czyli jedna z największych bibliotek świata) jest dzisiaj czynna, ale wielu pracowników kontynuuje strajk. Część czytelni otworzyła się z opóźnieniem i zamknie się wcześniej, niż zwykle, z powodu braku personelu. Zamówienia czytelnicze są poważnie opóźnione, a w części w ogóle nie realizowane. W ogromnym budynku przy Rue de Tolbiac widoczne są flagi central związkowych.
Tę pracę polityczną ułatwił poniekąd sam Macron, gdyż zaatakował wszystkich, którzy znajdują się poniżej grupy, której zapewnia nieustające powodzenie: według różnych sondaży, jego „reformę” emerytalną jednoznacznie odrzuca od 62 do 70 proc. społeczeństwa. To przeciw temu społecznemu skandalowi, tak uparcie forsowanemu przez rząd, wszystkie bodaj grupy społeczne, oprócz bogaczy i naiwnych (wierzących jeszcze w „skapywanie bogactw”), wyszły wczoraj na ulice i zamierzają wkrótce znowu wyjść (w najbliższy wtorek), by zmusić oligarchów do poskromienia apetytu na publiczne pieniądze.
W ciągu dwóch pierwszych lat swoich rządów Macron bezprecedensowo rozszerzył przywileje oligarchii, lecz naczelna neoliberalna zasada organizowania przepływu bogactw ze społecznych dołów do materialnej góry wymaga kolejnych działań. „Reforma” systemu emerytalnego ma oczywiście na celu powszechne zmniejszenie emerytur i przedłużenie okresu pracy, bo prezenty fiskalne, którymi rząd obdarzył najbogatszych i korporacje, naturalnie zmniejszają budżet. Macron i klasa, której służy, chce wygrać walkę klas poprzez niszczenie wszystkiego, co wspólnotowe. Stanowi to rdzeń ideologii neoliberalnej: atomizacja i prekaryzacja społeczeństwa jest niezbędna dla zorganizowania owego przepływu pieniędzy z dołu w górę, tak samo jak maksymalna prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Macron chce prywatyzować państwowe kury znoszące złote jaja, jak porty lotnicze, tamy rzeczne, czy nawet lotto, bo wszystko, co publiczne jest wrogiem neoliberalnej skrajnej prawicy, którą reprezentuje. Ten kapitalistyczny ekstremizm odbija się oczywiście na zwykłych ludziach – do realnej „konwergencji walk” musiało dojść wcześniej czy później.

Atak propagandowy

Francuska telewizja publiczna niewiele różni się od naszej – tak samo propaguje ideologię rządową, choć robi to nieco subtelniej, a reszta telewizji należących do miliarderów naturalnie jej sekunduje, gdyż chodzi o olbrzymie pieniądze, które da się wyrwać z systemu socjalnego dla najbogatszych prywaciarzy. W ciągu ostatnich lat francuskie media straciły jednak wiarygodność, bo kończą się koncepty propagandowe, dzięki którym udawało się usypiać większość ludzi. W „skapywanie bogactw” ze społecznej materialnej góry w dół wierzą już tylko naprawdę niezorientowani. Reformę emerytalną próbuje się więc „sprzedać” używając języka wręcz lewicowego: nowy system ma być więc „egalitarny”, „znoszący przywileje” itp., lecz w to ściemnianie nie sposób uwierzyć – rząd popełnił sporo komunikacyjnych pomyłek, co było widać wczoraj na ulicach.
Powiększanie obszaru prekaryzacji, społecznego ubożenia i prawdziwej biedy przyśpieszyło już za czasów poprzedniego prezydenta, neoliberalnego „socjalisty” Hollande’a, lecz Macron, z jego ambicją powrotu do stosunków społecznych z XIX w., zostanie zapamiętany jako rekordzista. Owszem, przybywa milionerów i miliarderów, lecz upadają kolejne usługi publiczne, jak ochrona zdrowia, czy edukacja, nie mówiąc o milionach ludzi, których bezpośrednio dotyka neoliberalne przekierowanie redystrybucji bogactw. W tej sytuacji walka z kapitalistyczną dyktaturą doprowadzoną do absurdu przestaje być podatna na jakąkolwiek oligarchiczną propagandę, nawet tę najbardziej pomysłową i najlepiej opłaconą.

Do końca?

strajki i manifestacje były wielkim frekwencyjnym sukcesem, ale czy uda się doprowadzić do odwołania przez rząd zapowiadanej „reformy”? Deklaracje „walki do końca” płyną ze wszystkich środowisk, pracowników ze sfery budżetowej i prywatnej, związków zawodowych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, lecz wcześniej rządowi udało się już po części złamać ruch „żółtych kamizelek”, dzięki brutalnej pracy policji i żandarmerii, masowym aresztowaniom i krwawym represjom. Dziś Francja pozostaje transportowo sparaliżowana, więc premier Edouard Philippe zapowiada „poprawki” w projekcie „reformy”.
Nie wygląda jednak na to, by jakieś poprawki mogły zadowolić ów szeroki nurt społecznego protestu, do którego doprowadziły głęboko niesprawiedliwe „reformy” Macrona. Ludzie widzą, że neoliberalne pozbawianie przedsiębiorstw ich funkcji społecznych, „uwalnianie” ich od jakiejkolwiek wspólnotowej odpowiedzialności prowadzi na manowce. Wczoraj strajkowała część policji – jeśli stanie po stronie zwykłych ludzi, zwycięstwo wcale nie jest wykluczone.

PPK, czyli wciąż te same błędy

Dyskusja na temat tzw. trzydziestokrotności składek skutecznie przyćmiła potrzebę rozmowy o znacznie bardziej radykalnej zmianie w polskim systemie emerytalnym, jaką jest wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. Tymczasem kondycja polskiego systemu emerytalnego od wielu lat się pogarsza, a jej fundamentami są odejście od systemu opartego na solidarności pokoleń do systemu kapitałowego opartego na indywidualnych kontach oraz stopniowa komercjalizacja świadczeń emerytalnych.

Kluczowym problemem polskiego systemu emerytalnego jest zepsucie go w 1999 r. przez koalicję UW-AWS i z niego wynikają dzisiejsze problemy. To wtedy nastąpiło przejście do systemu kapitałowego i uruchomiono stopniową komercjalizację systemu połączoną ze zdeprecjonowaniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W konsekwencji psucia systemu emerytalnego dzisiaj wybór między zachowaniem trzydziestokrotności i jej odrzuceniem jest jak alternatywa między dżumą i cholerą. Albo uprzywilejowujemy część najbogatszych, zwalniając część ich dochodu od płacenia składek, albo zagwarantujemy im olbrzymie emerytury za kilkanaście lat, zarazem zmniejszając wpływy podatkowe. I tak źle, i tak niedobrze.

Trzydziestokrotność zastępcza

Spór wokół trzydziestokrotności zasłania jednak głębsze zmiany systemu emerytalnego uruchomione przez obecny rząd. Głównym kierunkiem zmian wdrażanych przez władzę jest komercjalizacja systemu emerytalnego, czyli dowartościowanie funduszy zarządzanych przez firmy prywatne, uzależnionych od kaprysów giełdy. Już kilkanaście miesięcy temu rząd postanowił przenieść środki z Otwartych Funduszy Emerytalnych do Indywidualnych Kont Emerytalnych. Skąd taki pomysł? OFE odegrały fatalną rolę w ewolucji systemu emerytalnego, w tym wiązały się z wyprowadzeniem z niego setek milionów złotych poprzez wysokie prowizje pobierane przez podmioty, które nimi zarządzały (na początku 10% wartości wpłaconych środków!). Była to jednak formalnie część publicznych środków, nad którymi państwo sprawowało nadzór. Tymczasem IKE to w pełni komercyjna część systemu emerytalnego, nad którą państwo nie sprawuje żadnej kontroli. Jeżeli fundusze nimi zarządzające zaczną spadać na wartości lub wręcz zbankrutują, państwo nie będzie miało nic do powiedzenia.

Z kieszeni do kieszeni

Przeniesienie środków OFE do IKE to zatem krok ku komercjalizacji systemu. Warto zresztą pamiętać, że politycy PiS do dzisiaj wypominają koalicji PO-PSL, że część środków OFE przeniosły z powrotem do ZUS. Tymczasem była to jednak z lepszych i zarazem bardziej oczywistych decyzji rządu Donalda Tuska. Po prostu zlikwidowano patologiczny mechanizm, zgodnie z którym komercyjne fundusze zarabiały na obligacjach skarbu państwa, biorąc na dodatek za to dodatkową prowizję od obywateli. PiS nie tylko krytykuje poprzedni rząd za wzmocnienie ZUS kosztem OFE, ale wzmacnia IKE kosztem OFE, czyli wspiera najbardziej komercyjny filar systemu emerytalnego. Przy okazji państwo nakłada na obywateli opłatę przekształceniową przy przeniesieniu środków z OFE do IKE, chcąc sfinansować bieżące wydatki budżetowe. Co prawda środki mogą być też przeniesione do ZUS, ale domyślnie pieniądze będą przeniesione do IKE, a zatem władza uprzywilejowuje ten wybór, licząc na bierność obywateli.

Na trzecią nóżkę

Jakby tego było mało, PiS postanowił podnieść składki emerytalne, aby dodatkowo umocnić trzeci filar systemu emerytalnego. Jak rząd się chwali w swoich materiałach propagandowych, „Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to powszechny, dobrowolny i w pełni prywatny system długoterminowego oszczędzania. Podstawowym celem PPK będzie zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie dodatkowego zabezpieczenia finansowego po osiągnięciu przez nich wieku emerytalnego lub nabyciu uprawnień emerytalnych. Dodatkową korzyścią dla gospodarki będzie wzrost bazy finansowania polskich przedsiębiorstw, co pozytywnie wpłynie na rozwój gospodarczy Polski”. System ma dotyczyć ponad 11 mln Polaków. Pracownik ma płacić co najmniej 2 proc. wynagrodzenia netto, a kolejne 1,5 proc. ma dopłacać pracodawca z możliwością zwiększenia wpłat do 4 proc. tak od pracownika, jak i pracodawcy. Dodatkowe środki ma dopłacać państwo: 250 zł opłaty powitalnej oraz co roku 240 zł.

Towarzystwa wzajemnej zyskowności

PPK mają obsługiwać towarzystwa funduszy inwestycyjnych, czyli w pełni komercyjne instytucje, które mają całkowitą swobodę działalności i są narażone na wahania wartości w zależności od koniunktury gospodarczej. W sytuacji kryzysu mogą zbankrutować i państwo nie ma żadnego wpływu na ich kondycję. Z drugiej strony coroczne wsparcie dla nich przez państwo mogłoby być uznane za niedozwoloną pomoc publiczną, bo wydaje się dyskusyjne, aby państwo finansowało część prywatnych funduszy, nie mając na dodatek żadnego wpływu na podejmowane przez nie decyzje.

Znowu do tych samych

Przynależność do PPK nie jest obowiązkowa, ale domyślna, to znaczy jeżeli ktoś nie chce się zapisywać do PPK, to musi złożyć stosowną deklarację. Jeżeli nie zrobi nic, to zostanie wpisany w system. Trudno taki tryb uznać za uczciwy. To tak jakby państwo podejmowało decyzję o tym, że obywatel bierze pożyczkę w banku, a decyzja o wzięciu byłaby cofnięta dopiero po złożeniu przez obywatela specjalnej deklaracji, w której oświadczałby, że nie życzy sobie kredytu. Na dodatek w deklaracji rezygnacji z PPK czytamy o zaletach programu i negatywnych skutkach wypisania się z niego. Innymi słowy państwo promuje prywatne podmioty, nie wskazując ewentualnych wad PPK, nie mówiąc już o zaletach ZUS.

Niech rośnie filar

Wprowadzenie PPK oznacza wzrost składek dla pracodawców i pracowników, co zdaniem rządu stanowi konsekwencję spadających emerytur. Można się zastanawiać nad przyczynami tego spadku, ale trudno pojąć, dlaczego państwo odgórnie wspiera filar komercyjny zamiast gwarantować społeczeństwu godne emerytury poprzez umocnienie pierwszego filaru, czyli ZUS-u. W tym kontekście trudno też zrozumieć deklaracje Mateusza Morawieckiego z jego expose, aby do konstytucji wpisywać ochronę PPK i IKE. Czy premier chce konstytucyjnie zagwarantować komercjalizację systemu emerytalnego?

Zbankrutują emeryci

Dobrze by było, gdyby polscy politycy uczyli się na błędach. Niestety w przypadku systemu emerytalnego wydaje się, że w kółko powielane są te same, nieudane rozwiązania. Warto pamiętać, że trzeci filar istnieje w Polsce nie od dziś. Powstał już ponad 20 lat temu. Niestety jego ewolucja nie jest zachęcająca. Tylko w 2008 r. Indywidualne Konta Emerytalne poniosły gigantyczne straty, sięgające nawet połowy wartości wpłaconych środków. Wtedy wiele osób, które z nich korzystało, zrezygnowało. Środków nie odzyskały nigdy. Nie mamy żadnych gwarancji, że taka sytuacja się nie powtórzy. Dotyczy to też PPK, które są częścią komercyjnego filaru systemu emerytalnego, tyle że wspieranego przez państwo. A zatem w przypadku bankructwa firmy zarządzającej PPK stracą nie tylko bezpośrednio zainteresowani, ale też zostaną zmarnotrawione środki pobierane z podatków całego społeczeństwa.

Zdefiniujmy świadczenie

Zamiast komercjalizować system emerytalny, wspierać prywatne fundusze i dosypywać do nich pieniądze ze środków publicznych, lepiej powrócić do systemu opartego na solidarności pokoleń oraz umocnić najbardziej stabilny i najtańszy w obsłudze, publiczny filar systemu emerytalnego.