Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Dezubekizacja po polsku

Warszawski Sąd Okręgowy półtora roku temu zawiesił rozpatrywanie tysięcy spraw emerytów i rencistów, których objęła ustawa dezubekizacyjna.

Mógł tak zrobić (choć nie musiał), bo wysyłał pytanie prawne do Trybunału Konstytucyjnego. Ten jednak wciąż nie wyznaczył terminu publicznego ogłoszenia orzeczenia, a „sprawa jest w toku postępowania merytorycznego.
(cyt. za: »Rzeczpospolitą«).
Cała sprawa stanowi w mojej ocenie sprytną zagrywkę tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego, zwanego także Trybunałem Przyłębskim.
Pozostawiając jednak na boku skierowane do ww. „organu” przez SO w Warszawie pytanie prawne (każdy sąd ma do tego prawo i to z mocy przepisu rangi konstytucyjnej — art. 193 Konstytucji RP), należy stwierdzić — nie tyle posiłkując się wiedzą prawniczą, ile rozumem — że cała ustawa dezubekizacyjna jest nielegalna. Jest ona sprzeczna z elementarną zasadą filozofii prawa, która zakazuje tak zwanej retroaktywności prawa, czyli działania norm prawnych z mocą wsteczną. Przy rozpoznawaniu kwestii dezubekizacyjnej należy zadać sobie pytania:
Czy służba władzy ludowej była legalna, obojętnie od tego, jak oceniamy sposób działania tej władzy?
Czy stopnie wojskowe nadawane były zgodnie z ówcześnie obowiązującymi ustawami i przez organ do tego powołany, obojętnie jak oceniamy jakość ówczesnego prawa i rzeczywiste zasługi, które pozwalały na nadanie takiego czy innego stopnia?
Na dwa powyższe pytania odpowiedź musi być pozytywna. Władza ludowa, chociaż głęboko ułomna w swoich założeniach ideologicznych, była władzą legalną, prawo stanowione przez tę władzę, choć ułomne jeszcze bardziej, było jednak prawem w znaczeniu ścisłym. A zatem z prawa poprawnie promulgowanego nie może w żadnym razie wypływać owoc nielegalny w postaci np. nadawania stopni wojskowych czy odznaczeń. Można oceniać te działania jako etycznie dalece kontrowersyjne, ale na pewno nie nielegalne.
PiS dopuszcza się prawnego barbarzyństwa, represjonując pracowników aparatu władzy ludowej za pomocą aktu z mocą wsteczną. Ludzie ci, skoro działali na podstawie zasady legalizmu, czyli w granicach i na podstawie prawa, nie mogą być posądzani o działania nielegalne. Nie piszę tutaj o zbrodniarzach czasów komunizmu, bo nie tego rzecz dotyczy. Każdy system polityczny może zostać uznany przez kolejną władzę za szkodliwy, nielegalny, wadliwy itd. To jest czysta uznaniowość i prawna partyzantka. Jak można zabierać emeryturę lekarzowi (przypadek z Rzeszowa), któremu zarzuca się, że współpracował z władzą socjalistyczną, gdyż przez dwa tygodnie zastępował jako ordynator kolegę w szpitalu wojskowym należącym do ministerstwa? Jak można ciąć emeryturę milicjantowi, który służył w MO (bo innej formacji tego typu nie było), ale swoje obowiązki wypełniał rzetelnie, a cała jego aktywność sprowadzała się do kontroli pojazdów? To jest jedna z paranoi państwa PiS. Jakieś osobiste demony Kaczyńskiego czy innych jego podkomendnych każą na zasadzie prymitywnego odwetu wywrzeć taką, czy inną presję na niewinnych osobach. To jest dekomunizacja za pomocą metod typowo komunistycznych (odpowiedzialność zbiorowa, działanie prawa wstecz, kierowanie się zemstą, a nie cywilizowaną literą prawa).
Niektórym niezwykle trudno jest odróżnić dwie z natury swej odrębne sfery. Mianowicie sferę legalizmu władzy (czyli jej umocowanie prawne), a sposób wykonywania tej władzy. Według tego rozumowania przyjmiemy, że rząd Adolfa Hitlera był rządem w pełni legalnym, ale nie sposób zaakceptować metod działania tego rządu, zwłaszcza od roku 1939. Tak więc władza legalnie wybrana i umocowana u swej podstawy w normach prawnych może być jednocześnie władzą barbarzyńską. Władza ludowa była władzą legalną, akty prawne (z wyjątkami) były promulgowane poprawnie, wielką jej wadą było zawisłe od PZPR sądownictwo. Natomiast nie budzi wątpliwości, że nadawane na podstawie ustawy odznaczenia, były przyznawane prawomocnie, stąd nie sposób ich odbierać na mocy nowej ustawy działającej z mocą wsteczną. Zakaz działania prawa wstecz jest elementarną gwarancyjną funkcją prawa. Kto tego nie pojmuje, nie ma tytułu moralnego do nazywania się prawnikiem. Natomiast adekwatnym określeniem dla takiego „znawcy” prawa będzie wyraz „konował” czy „dyletant”.
Ustawa dezubekizacyjna PiS-u, jak wspomniałem, godzi w jedną z naczelnych zasad prawa, a mianowicie zasadę „lex retro non agit” (prawo nie działa wstecz). Zwłaszcza na gruncie prawa karnego sentencja ta ma nieprzecenione znaczenie. Władza obecna chce karnie „rozliczać” funkcjonariuszy (często szeregowych pracowników) z ich współpracy z władzą ludową. Jest to niedorzeczność. Konstytucja RP w art. 42 ust. 1 zdanie 1 stanowi: „Odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto dopuścił się czynu zabronionego pod groźbą kary przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia”. Konstytucyjny charakter omawianej przeze mnie zasady powoduje, że ma ona nadrzędne miejsce w hierarchii norm prawa karnego. Dawny Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wskazywał, że zarówno wszystkie elementy przestępstwa, jak i grożące za jego popełnienie kary muszą być określone w samej ustawie i to w sposób kompletny, precyzyjny i jednoznaczny (zob. np. postanowienie TK z 25 września 1991 r. – S 6/91, OTK 1991/1, poz. 34, oraz z 13 czerwca 1994 r. – S 1/94, OTK 1994/1, poz. 28). Nie są możliwe żadne wyjątki od zasady „lex retro non agit” i to nawet w czasie stanu wojennego lub wyjątkowego (zob. art. 233 ust. 1 Konstytucji).
Jakość prawa stanowionego w Polsce drastycznie spada. Depcze się święte i utrwalone od wieków zasady cywilizowanego prawodawstwa. Zasady legislacji leżą w gruzach. Ustawy, o często niezmiernie doniosłych dla przeciętnego obywatela skutkach, klecą politycy bez żadnego trybu, bez znaczącego udziału czynnika profesjonalnego, tj. wykwalifikowanych prawników (praktyków i teoretyków).
Masywna nowelizacja Kodeksu karnego (1/3 przepisów) uchwalona w dwa dni świadczy o tym najdobitniej. Prezydent, doktor prawa, zapytany zaś co sądzi o noweli k.k., stwierdził, że mankamentów formalnych nie widzi, ale na wszelki wypadek odsyła ustawę do TK. Czy tzw. TK uzna nowelizację za zgodną z Konstytucją? Osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że tak, albowiem twór ten zwany Trybunałem, jest aktualnie towarzystwem w pełni podporządkowanym politycznie. Skoro pewien prezes stołuje się u innej prezes, to odmówić uznania noweli za konstytucyjną, byłoby wielką niezręcznością. Oto „państwo prawa” !

Jaki system emerytalny: OFE, PPK, IKE czy świadczenie emerytalne oparte na solidarności pokoleniowej? Kto zapłaci za kolejne eksperymenty na pracownikach i weteranach pracy? Jaka będzie jesień życia młodego dziś pokolenia?

Otwarte Fundusze Emerytalne wprowadzono decyzja rządu AWS w 1999r,czyli mija 20 lat od tamtego pełnego marketingowych sztuczek zachęcania Polaków do nowej formuły oszczędzania na emeryturę. Radykalna reforma podważająca dotychczasowy solidaryzm społeczny po latach okazała się konstrukcją karmiącą kapitał z jednej strony a z drugiej rujnującą finanse publiczne.
Ekipa Donalda Tuska w 2013 roku zorientowała się że dalsze trwanie w błędzie rujnuje Polskę. Polacy powinni wiedzieć, że tylko 5 z 28 państw Unii Europejskiej wprowadziły zdefiniowaną składkę emerytalną, pozostałe 23 utrzymuje tradycyjny system zdefiniowanego świadczenia. Neoliberalna rewolucja 1999 roku doprowadziła do drastycznego obniżenia świadczeń emerytalnym otwierając drogę do OFE. Dla przypomnienia taką drogę preferowali prominenci Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Decyzje przekazania środków z OFE do ZUS w 2011 i 2014 zmniejszyło deficyt budżetowy ale nie zlikwidowało źródła błędnych decyzji z 1999r. Środki OFE uznane przez Trybunał Konstytucyjny za publiczne ,są łakomym kaskiem dla rządzących, którzy zaproponowali w ostatnim czasie likwidację OFE ale aktywa tak chcą przesuwać aby mieć te środki nadal do swojej dyspozycji przez opłatę przekształceniową proponowaną dotychczasowym uczestnikom.
O fundamentalnych dla młodego pokolenia decyzjach kształtujących w przyszłości ich dobrostan emerytalny dyskutować będą:
– prof. Leokadia Oręziak, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej
– Piotr Kuczyński, publicysta ekonomiczny i doradca rynków finansowych.
Dyskusję będzie moderować Kamil Łukaszek (Społeczne Forum Wymiany Myśli w Warszawie).

Serdecznie zapraszamy do aktywnego uczestnictwa w naszym spotkaniu.

Symulacja naszych świadczeń

Na OFE utuczyły się powszechne towarzystwa emerytalne. Czy uda się pozbawić je możliwości żerowania na pieniądzach odkładanych na emerytury?

Dyskusja o likwidacji otwartych funduszy emerytalnych koncentruje się na tzw. opłacie przekształceniowej. Niestety, istnieje też inna opłata – która spowoduje, że prawdopodobnie to Zakład Ubezpieczeń Społecznych będzie korzystniejszym wyborem niż Indywidualne Konto Emerytalne.
Chodzi o pobieranie przez prywatne instytucje prowizji od zarządzania naszymi środkami. W końcowym rozrachunku może ona uszczuplić naszą wypłatę nawet o kilkanaście procent.
Tyle można odłożyć
Pobranie 15-procentowej opłaty przekształceniowej za przejście z OFE (otwarty fundusz emerytalny) do IKE (indywidualne konto emerytalne) niewiele różni się od koncepcji zapłaty standardowego podatku od przyszłej emerytury w ZUS. Zakładając oczywiście, że nasze przyszłe świadczenie w całości będzie objęte stawką pierwszego progu podatkowego.
Można się spierać, który model przyniesie wyższą roczną stopę zwrotu. Dla uproszczenia warto przyjąć, że będzie ona podobna i w obu przypadkach wyniesie w ujęciu nominalnym na przykład 5 proc.
Średnio w OFE Polacy mają zgromadzone po ok. 10 tys. zł. Przyjmijmy zatem, że w obu formułach (ZUS i IKE) zarobimy nominalnie 5 proc. rocznie przez kolejne 25 lat od naszego początkowego kapitału.
W rezultacie, przy wariancie z IKE, po 15-procentowej opłacie przekształceniowej (8,5 tys. dostajemy na start) dostajemy po 25 latach 28 800 zł. Od tej kwoty nie płacimy już podatku.
W ZUS natomiast otrzymamy ok. 33 900 zł, ale po potrąceniu podatku będzie to 27 800, czyli nawet o 1 tys. zł mniej. Czemu więc lepiej zostać w ZUS?
Jeśli będzie prowizja
Otóż, w prywatnej instytucji, która może zarządzać pieniędzmi gromadzonymi na IKE, należy się liczyć z prowizją od zarządzania naszymi środkami. Trudno sprecyzować jej procentową wartość, ale np. w Pracowniczych Planach Kapitałowych będzie ona wynosić 0,5-0,6 proc. rocznie od całości aktywów.
Z kolei dane Komisji Nadzoru Finansowego zamieszczone w cokwartalnych raportach o rynku OFE pokazują, że rocznie opłata za zarządzanie aktywami w OFE wynosi ok. 800 mln zł (ze 160 mld zł zgromadzonych aktywów), czyli także mniej więcej 0,5 proc. każdego roku.
Należy zatem spodziewać się podobnej opłaty w przypadku konta IKE, powstałego po przekształceniu OFE – ocenia Cinkciarz.pl. A to dosyć poważnie zmienia wyniki przedstawionych tu obliczeń.
Jeżeli okaże się, że nasze środki z OFE będą w IKE objęte opłatą za zarządzanie według stawki 0,5 proc. rocznie, wtedy po 25 latach wcale nie dostaniemy 28 800 zł, tylko o 11,7 proc. mniej – czyli 25 400 zł.
W przypadku dłuższego oszczędzania (na przykład 30 lat) prowizja może sięgać już prawie 14 proc. finalnie zgromadzonego przez nas kapitału.
W rezultacie, w większości przypadków zdecydowanie lepiej będzie zostawić te środki w ZUS, zakładając przyjętą teoretycznie opłatę za zarządzanie w IKE na poziomie 0,5 proc. rocznie.

Przegrana dezubekizacja

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie zapadł precedensowy wyrok: zdecydowano o cofnięciu zmniejszenia emerytury w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Orzeczenie dotyczy mężczyzny, któremu MSWiA obniżyło świadczenie, chociaż był idealnym przykładem przewidzianego w ustawie wyjątku.

Orzeczenie dotyczy Augustyna Skitka – byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, który w latach 80. w Gorzowie Wielkopolskim współpracował z „Solidarnością”, przekazywał opozycjonistom informacje o planowanych działaniach SB, których celem byli przeciwnicy rządu oraz aktywni w opozycji duchowni. W 1990 r. mężczyzna został zweryfikowany pozytywnie i przez kolejne 15 lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa. Po wprowadzeniu pierwszej tzw. ustawy dezubekizacyjnej przez rząd PO-PSL sąd potwierdził, że jego emerytura nie podlegnie zmniejszeniu. Mężczyzna spełniał wskazany w ustawie warunek – „podjął bez wiedzy i zgody przełożonych współpracę i czynnie wspierał osoby i organizacje działające na rzecz niepodległości Państwa Polskiego”.
Gdy PiS ogłosił drugą, radykalniejszą ustawę zmniejszającą świadczenia dawnych funkcjonariuszy, Augustyn Skitek również stracił emeryturę. Chociaż ponownie spełniał warunki, by zrobiono dla niego wyjątek. MSWiA nie zagłębiło się jednak w szczegóły jego sprawy, pozostało głuche na interwencję gorzowskiej „Solidarności” oraz rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara. Skitek poszedł do sądu.
Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, na niejawnym posiedzeniu Sądu Okręgowego Wydziału Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie sędzia Jolanta Lewandowska ogłosiła uchylenie decyzji Zakładu Emerytalnego MSWiA o zmniejszeniu emerytury, nakazała przywrócić pełne świadczenie i wypłacić wyrównanie za ostatnie 18 miesięcy – ok. 22 tys. złotych.
Obniżka emerytur na mocy ustawy przeforsowanej przez PiS dotyczy blisko 40 tys. osób. Większość złożyła odwołania, ale Zakład Emerytalny MSWiA uwzględnił je tylko w stosunku do kilkunastu sportowców, których milicyjne etaty były czystą fikcją. W tej sytuacji 27 tys. osób zwróciło się do sądu. Jeden z sędziów rozpatrujących taką skargę zadał w tej sprawie pytanie Trybunałowi Konstytucyjnemu.
– Teraz inni sędziowie zawieszają postępowanie w podobnych sprawach, tłumacząc się, że czekają właśnie na wyrok TK. Ale tak nie musi być. Sędziowie, jeśli uznają to za zasadne, mogą wydać wyrok bez czekania na Trybunał – tłumaczy „GW” Tomasz Oklejak, naczelnik Wydziału Spraw Żołnierzy w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.
Na razie jednak orzekać bez czekania na opinię TK zdecydowała się jedynie sędzia Lewandowska z warszawskiego Sądu Okręgowego. – To może być przełom, który spowoduje, że inni sędziowie też zaczną wydawać podobne orzeczenia – skomentował dla „GW” Zdzisław Czarnecki, szef Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP.

OFE 2.0

Rząd PiS-u po dojściu do władzy zrealizował swoją obietnicę i przywrócił poprzedni wiek emerytalny.

 

To bardzo dobrze – samo podwyższenie wieku emerytalnego, a tym właściwie była „reforma’’ rządu Donalda Tuska, wynikała z konieczności ratowania budżetu pod neoliberalnym zarządzaniem. Wtedy też dotarło do wszystkich, że emerytury z OFE będą groszowe, a same fundusze przyczyniły się jedynie do wydrenowania dziury w ZUS-ie. Słusznie je więc zaorano, zamiast jednak konsekwentnie sięgnąć do głębokich kieszeni – sięgnięto do tych płytkich. Nic więc dziwnego, że taka „reforma’’, oznaczająca dla wielu ciężko pracujących ludzi to, że mogą swojej emerytury nie zobaczyć, wzbudziła powszechny opór. A potem wjechał Kaczyński. Uważam zresztą, choć nie mam na to twardych danych, że powrót do poprzedniego wieku emerytalnego przyczynił się do utrwalenia władzy PiS-u co najmniej tak samo jak szeroko reklamowane w publicystyce 500+.
PiS już jednak rządzi 3 lata. I poza zmniejszeniem wieku, w zakresie emerytur zrobiono niewiele. W tej chwili próbuje się to propagandowo przykryć wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych (w poniedziałek prezydent podpisał ostatecznie ustawę). Będzie to przedstawiane jako ratunek dla podkopywanego przez demografię systemu emerytalnego, realnie jednak w programie nie chodzi wcale o seniorów, lecz o dobro elit finansowych.
Teoretycznie program PKK jest dobrowolny. Ale to pracownik będzie musiał się z niego wypisywać i to co 2 lata. W praktyce więc należeć będzie doń znakomita większość pracujących. Co miesiąc od 3,5 do 8 proc. naszej pensji (w zależności od naszej i pracodawcy deklaracji) będzie trafiać do prywatnych instytucji finansowych, które zgarną za to sutą prowizję. Swoje dorzuci państwo – także, co kuriozalne, tym najbogatszym; te dopłaty pochodzić będą z Funduszu Pracy (przeciwko temu zaborowi protestowały związki zawodowe). Po osiągnięciu wieku 60 lat, uzbierane pieniądze będą wypłacane przez 10 lat. I tak wszyscy staniemy się rentierami…
W ciągu 10 lat na rynki finansowe z tytułu PPK ma wpłynąć ok. 50 mld. zł. Powtórzę: z naszych kieszeni wprost do kolegów Morawieckiego z sektora finansowego. Ręczę, że po odejściu z rządu, nasz premier nie będzie miał problemów ze znalezieniem dobrze płatnej pracy.
Z podawanych w mediach optymistycznych obliczeń wynika, że jeśli mamy 30 lat i zarabiamy średnią krajową, otrzymamy z PPK ok 1 tys. zł. Problem w tym, że nie znamy realnej wartości tego tysiaka za 30 lat, zresztą ⅔ pracujących zarabia mniej. I bierzemy pod uwagę jedynie ten wariant, który zakłada zyski prywatnych funduszy inwestycyjnych. A z tym przecież różnie bywa. Jak pamiętamy, kryzys finansowy w 2008 roku pożarł połowę dziesięcioletnich zysków z OFE. I choć teraz – w zależności od wieku – nasze składki będą inwestowane w różny sposób (dla młodych – ryzykownie, dla starszych – mniej), to nadal przecież mamy do czynienia z kapitalistyczną ruletką.
Obietnica przyszłych pieniędzy z rynków finansowych petryfikuje także system emerytalny. Rządzący godzący się na coraz niższe świadczenia w obecnej logice systemu mają wymówkę – nie ma już potrzeby myśleć np. o emeryturze obywatelskiej, równym i godnym świadczeniu dla wszystkich. Przecież jakoś to będzie. Zmniejszy się też presja zwiększenia składek na ZUS za pomocą presji na wyższe wynagrodzenia. A emerytom pozostanie modlitwa. Do świętego Boga Rynku.

Żeby oszczędzać, trzeba mieć co

Emerytury Polaków będą podłe. Mogą to zmienić, odejmując sobie od ust i zaciskając pasa przez całe dorosłe życie, aby tych kilku czy kilkunastu ostatnich lat nie spędzić w biedzie.

 

Im bliżej końca roku, tym więcej Polaków zaczyna interesować się możliwością obniżenia podatku poprzez otwieranie rachunków emerytalnych.
Najnowsze dane pokazują, że w pierwszym półroczu 2018 r. Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego posiadało 701,4 tys. osób, a Indywidualne Konta Emerytalne 960,6 tys. osób.

 

O wiele za mało

Pokolenie obecnych 20-latków, którzy rozpoczynają dopiero kariery zawodowe, może liczyć na emerytury w maksymalnej wysokości 38,6 proc. ostatniej pensji – i to pod warunkiem ciągłego zatrudnienia, począwszy od ukończenia 20 lat aż do momentu osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego.
Także prognozy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych zakładają, że większość Polaków będzie otrzymywać na emeryturze równowartość nie więcej niż 40-50 proc. swojej ostatniej pensji. Tak niskie świadczenia emerytalne to skutek demografii – starzejącego się społeczeństwa i wciąż niskiej dzietności.
Jak wynika z najnowszych badań Związku Banków Polskich Polacy w ciągu ostatnich 3 lat znacznie powiększyli swoje oszczędności, jednak nadal wypadamy blado w porównaniu do zachodnich sąsiadów – co zrozumiałe, bo jesteśmy od nich znacznie ubożsi.
Przede wszystkim, oszczędzamy nieregularnie – i największy odsetek badanych (bo aż 38 proc.) deklaruje, że chciałby mieć pełną dowolność w zakresie wysokości i częstotliwości dokonywanych na oszczędności wpłat. Między innymi z myślą o takich Polakach powstały Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Oprócz dużej dobrowolności w zakresie wpłat (możemy wpłacać, kiedy chcemy i ile chcemy, warunkiem jest tylko nieprzekroczenie ustalanej co roku maksymalnej kwoty wpłat), nie bez znaczenia mogą być również zachęty podatkowe. Oszczędzający korzysta na tym, że wpłacone kwoty pomniejszają dochody do objęcia podatkiem dochodowym od osób fizycznych (PIT).
W konsekwencji, można zapłacić niższy podatek lub nawet otrzymać zwrot z urzędu skarbowego.
Zyski z IKZE, podobnie jak z IKE, nie podlegają również tzw. podatkowi Belki, z tym, że przy wypłacie z IKZE (gdy pieniądze zostaną pobrane po ukończeniu przez daną osobę 65 lat), uiszczony powinien zostać zryczałtowany podatek dochodowy w wysokości 10 proc. wypłaconej kwoty.

 

Zdani na własne siły

W pierwszej połowie tego roku wpływy środków pieniężnych na IKE wyniosły 825,1 mln zł (o 60,6 mln zł więcej niż w I połowie 2017 r.). Z podanej kwoty, wysokość składki wyniosła 736,6 mln zł (o 92,4 mln zł więcej niż w I połowie 2017 r.), a transfery z pracowniczych programów emerytalnych – 88,4 mln zł (o 31,7 mln zł mniej niż w I połowie 2017 r.) – informuje raport „Indywidualne Konta Emerytalne oraz Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego w I połowie 2018 r.”.
W Polsce oszczędności emerytalne to coś, o czym powinniśmy myśleć samodzielnie i to jak najwcześniej. Biorąc pod uwagę obecne tendencje demograficzne, tj. wydłużenie długości życia oraz starzenie się naszego społeczeństwa, kapitał, który można odłożyć będzie prawdopodobnie większy niż mogliśmy to szacować jeszcze 10-20 lat temu.
Dla dzisiejszych 20, czy nawet 30 latków, perspektywa emerytalna może wydawać się czymś odległym – ale tak nie jest. Wszyscy radzą więc, by zacząć jak najwcześniej, nawet od niskich kwot – o ile oczywiście ma się co odkładać.
Zgodnie z projektem ustawy budżetowej na rok 2019, prognozowane przeciętne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w 2019 roku wzrośnie do kwoty 4765 zł. Z tego też wynika limit wpłat na IKE, który wynosi 14 295 zł (4765 razy 3), a w IKZE – 5718 zł (4765 razy 1,2). To oznacza możliwość zwiększenia odkładanej kwoty w stosunku do poprzedniego roku odpowiednio o 966 zł w przypadku IKE i o 386,40 zł jeśli chodzi o IKZE.
Pytanie, czy i jaką konkurencją dla obu tych form odkładania emerytalnego staną się Pracownicze Plany Kapitałowe?

 

Triumf zmowy bogatych

Chęć obrony swoich pieniędzy przez zamożne polskie elity jest ponadpartyjna, nie zna różnic ideologicznych oraz światopoglądowych, ma w nosie prawa i zasady.

 

Trybunał Konstytucyjny uznał, że zniesienie górnego limitu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, jest sprzeczne z ustawą zasadniczą. Obecnie obowiązuje ograniczenie, według którego składki płaci się co najwyżej od zarobków sięgających trzydziestu przeciętnych pensji. Ten kto zarabia więcej, już nie płaci wyższych składek.
Tak więc, dziś takie same składki na emeryturę i rentę są odciągane od zarobków kogoś zarabiającego wspomniane trzydzieści pensji – i od dochodów tego, kto zarabia jeszcze więcej, 35, 40 czy Bóg wie ile pensji.

 

Przywilej dla najbogatszych

Każdy normalny człowiek zapyta w tym momencie, dlaczego ludzie najlepiej zarabiający mają być dodatkowo uprzywilejowani i nie płacić wyższych składek w miarę wzrostu swych zarobków?
Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Skoro bowiem ktoś zwiększa swoje zarobki, na przykład od wysokości jednej przeciętnej pensji do trzydziestu, jednocześnie podnosząc płacone przez siebie składki – to logiczne jest, że i ten, kto zwiększa zarobki powiedzmy od 30 do 40 przeciętnych pensji, też powinien odprowadzać stopniowo coraz więcej pieniędzy na cel emerytalno-rentowy.
Nie ma powodu, by w kraju biednym i wciąż będącym na dorobku, istniało tak drastyczne, dodatkowe uprzywilejowanie grupy szczęściarzy, którzy i tak są uprzywilejowani dzięki temu, że osiągają ogromne dochody, przekraczające 30 przeciętnych pensji (świadomie piszę tu o szczęściarzach, bo między bajki należy włożyć pogląd, że najwyższe dochody w Polsce osiągają akurat ci najzdolniejsi i najbardziej pracowici).
Jest to drastycznie sprzeczne z naszą Konstytucją, która stwierdza, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Istnienie górnego limitu płaconych składek to ewidentny dowód braku sprawiedliwości społecznej w Polsce. I ponurym rechotem historii jest, że Trybunał Konstytucyjny uznał, iż zniesienie tego limitu jest sprzeczne z Konstytucją. Ten wyrok TK to zwieńczenie zmowy bogaczy, wymierzonej przeciwko próbie zniesienia limitu – i przeciwko sprawiedliwości społecznej.

 

Zamożni chcą mieć tu i teraz

Obecny rząd postanowił znieść górny limit składek. Nie robił tego oczywiście z sentymentu do idei sprawiedliwości społecznej, lecz po to, aby do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wpływało dodatkowo około 5 mld zł rocznie. W perspektywie pogarszającej się koniunktury gospodarczej w Polsce, bardzo to przyda się naszemu trzeszczącemu budżetowi, pozwoli sfinansować wiele potrzebnych wydatków i zmniejszy coroczne dotacje do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Nieważne zresztą z jakiego powodu rząd PiS planował zniesienie limitu, ważne, że byłaby to zmiana słuszna, potrzebna i zgodna z konstytucyjną regułą sprawiedliwości społecznej.
Niestety, o wprowadzeniu w życie tej zmiany decydowali właśnie ludzie najlepiej zarabiający, których dotknęłoby zniesienie górnego limitu składek.
To oni są bowiem w gremiach przedsiębiorców, którzy – pytani o opinię – totalnie skrytykowali ten pomysł, nie godząc się choćby na tak minimalne uszczuplenie swych dochodów, jakie spowodowałby wzrost odprowadzanych składek.
To oni zasiadają w Senacie i sprokurowali (zapewne całkowicie świadomie, z nadzieją na obalenie ustawy) zamieszanie z brakiem quorum przy głosowaniu nad projektem zniesienia limitu. To w interesie bogatych działał prezydent kierując ustawę do Trybunału.
To oni wreszcie tworzą skład Trybunału Konstytucyjnego, który akurat w tym konkretnym przypadku, choć nikt go nie prosił, postanowił wyjść poza ramy wniosku prezydenta i zająć się prawidłowością głosowania w Senacie.
Jak widać, solidarność bogatych w obronie swych dochodów jest ponadpartyjna, nie zna różnic ideologicznych ani światopoglądowych.

 

Cześć wam, „panowie magnaci”

Zabawne, że to właśnie ludzie z zamożnych, opiniotwórczych elit tak chętnie namawiają do odkładania pieniędzy na przyszłą emeryturę, nie konsumowania wszystkiego od razu, zadbania o to, by na starość nie obniżył się nasz poziom życia.
Oni sami jakoś nie zechcieli się zastosować do głoszonych przez siebie wywodów. Im jakoś nie zależy, żeby w przyszłości mieć jeszcze wyższą emeryturę dzięki płaceniu wyższych składek.
Nam każą myśleć o przyszłości – ale sami chcą mieć jak najwięcej pieniędzy właśnie teraz, dziś, a nie w „jesieni życia”, gdy w obliczu różnych chorób i nieprzewidzianych wydatków, wysoka emerytura może się bardzo przydać.
Wypada więc zawołać do nich: Hej, wy tam, „panowie magnaci”! Zadbajcie także o swoją jesień życia, płaćcie teraz wyższe składki, odkładajcie więcej na emeryturę, tak jak i nas namawiacie!.
W walce z ustawą znoszącą górny limit składek, podnoszony był bzdurny argument, że należy zostawić ten limit, gdyż wyższe wpłaty do ZUS dziś, spowodują wyższe wypłaty emerytur w przyszłości, czego nasz budżet nie udźwignie.
Akurat! Na tej zasadzie do ZUS nie należałoby w ogóle wpłacać żadnych składek, bo zawsze jest tak, że większe wpłaty składek obecnie, to wyższe wypłaty na emerytury za ileś lat.
Szkoda, że tak głupawy argument, obrażający inteligencję publiczności, jest powtarzany przez opiniotwórcze media.

Co z dezubekizacją?

„Gazeta Wyborcza” poinformowała o zapowiedzi cofnięcia tzw. „ustawy dezubekizacyjnej”, jako niezgodnej z Konstytucją…

 

Sejmowa Komisja przyjęła opinię Biura Analiz Sejmowych, w której wskazano, że zmniejszenie emerytur w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej jest niekonstytucyjne. „Gazeta Wyborcza” wskazuje, że w głosowaniu wzięło udział wielu parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości (m.in. Marek Ast, Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz).

„Naszym zdaniem ograniczenie wysokości emerytury do przeciętnej wypłacanej przez ZUS jest niekonstytucyjne” – stwierdziła mec. Dorota Lis-Staranowicz, przedstawicielka Biura Analiz Sejmowych (BAS), wskazując, że „ art. 15c. ust. 2 i art. 3 w zakresie, jaki ma zastosowanie do wymiaru wysokości emerytury za okres służby w policji po 1 sierpnia 1990, ograniczający jej wysokość do kwoty przeciętnej emerytury, jest niezgodny z zasadą równości wyrażoną w art. 32 Konstytucji”.

4 października Komisja Ustawodawcza przyjęła opinię sejmowych prawników i zarekomendowała marszałkowi Sejmu, by takie właśnie stanowisko zaprezentował przed Trybunałem Konstytucyjnym. Trybunał ma bowiem rozstrzygnąć o konstytucyjności ustaw o dezubekizacji – pisze „Gazeta Wyborcza”. W ślad za tym, oraz odpowiadając na liczne zapytania pokrzywdzonych represyjną ustawą emerytów mundurowych – przypominamy czyimi głosami przyjęte zostały w Sejmie RP obie „ustawy dezubekizacyjne” – ta pierwsza z 23 stycznia 2009 roku i ta druga z 16 grudnia 2016 r. Najgorliwiej byłi „za” członkowie PiS, PO, ale także PSL.

Wobec skutków obu ustaw przeprowadzono szeroko zakrojone kampanie protestacyjne i odwoławcze, uznajac je za niekonstytucyjne, naruszajace prawa człowieka, niesprawiedliwe, łamiące zasadę niedziałania prawa wstecz, wprowadzajce wreszcie odpowiedzialność zbiorową. W tych działaniach najaktywniej protestowały środowiska lewicy – SLD, FSSM, organizacje związkowe mundurowych. O wszystkich akcjach informowaliśmy na stronie posła Janusza Zemke, osobiście wspierającego te przedsięwzięcia, także w Parlamencie Europejskim.

Jak kulą w płot! Czyżby teraz, na dwa tygodnie przed wyborami samorządowymi tzw. ustawy dezubekizacyjne stały się ratunkowym narzędziem pozyskania przychylności rządzącym niemałej grupy wyborców – emerytów i rencistów funkcjonariuszy mundurowych i ich rodzin, nieraz pozbawionych znacznej części ich świadczenia, wypracowanego całym zawodowym życiem?
Aż trudno w to uwierzyć. Poseł Borys Budka z PO podejrzewa, że to skutek pomyłki w głosowaniu członków Komisji Ustawodawczej z PiS, bo w przeciwnym razie, rządzący musieliby zwrócić zabrane emerytom świadczenia, liczone na ok. 300 mln rocznie. Zobaczymy, co uczyni marszałek Sejmu, wszak nie musi w swoim stanowisku sugerować się opinią Komisji Ustawodawczej. Zobaczymy też, co orzeknie Trybunał Konstytucyjny, choć wskazówka z Sejmu dla Julii Przyłębskiej będzie zapewne ważną przesłanką do wyroku. Ale czy orzeknie przed wyborami?

Chyba że owa „niekonstytucyjność”, jako zabieg PR, będzie ważna tylko do wyborów…

Co z ta dezubekizacją?

„Gazeta Wyborcza” poinformowała o zapowiedzi cofnięcia ustawy, jako niezgodnej z Konstytucją… Sejmowa Komisja przyjęła opinię Biura Analiz Sejmowych, w której wskazano, że zmniejszenie emerytur w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej jest niekonstytucyjne. „Gazeta Wyborcza” wskazuje, że w głosowaniu wzięło udział wielu parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości (m.in. Marek Ast, Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz). „Naszym zdaniem ograniczenie wysokości emerytury do przeciętnej wypłacanej przez ZUS jest niekonstytucyjne” – stwierdziła mec. Dorota Lis-Staranowicz, przedstawicielka Biura Analiz Sejmowych (BAS), wskazując, że „ art. 15c. ust. 2 i art. 3 w zakresie, jaki ma zastosowanie do wymiaru wysokości emerytury za okres służby w policji po 1 sierpnia 1990, ograniczający jej wysokość do kwoty przeciętnej emerytury, jest niezgodny z zasadą równości wyrażoną w art. 32 Konstytucji”. 4 października Komisja Ustawodawcza przyjęła opinię sejmowych prawników i zarekomendowała marszałkowi Sejmu, by takie właśnie stanowisko zaprezentował przed Trybunałem Konstytucyjnym. Trybunał ma bowiem rozstrzygnąć o konstytucyjności ustaw o dezubekizacji – pisze „Gazeta Wyborcza”. W ślad za tym, oraz odpowiadając na liczne zapytania pokrzywdzonych represyjną ustawą emerytów mundurowych – przypominamy czyimi głosami przyjęte zostały w Sejmie RP obie „ustawy dezubekizacyjne” – ta pierwsza z 23 stycznia 2009 roku i ta druga z 16 grudnia 2016 r. Najgorliwiej byłi „za” członkowie PiS, PO, ale także PSL..
(…) Wobec skutków obu ustaw przeprowadzono szeroko zakrojone kampanie protestacyjne i odwoławcze, uznajac je za niekonstytucyjne, naruszajace prawa człowieka, niesprawiedliwe, łamiące zasadę niedziałania prawa wstecz, wprowadzajce wreszcie odpowiedzialność zbiorową. W tych działaniach najaktywniej protestowały środowiska lewicy – SLD, FSSM, organizacje związkowe mundurowych. O wszystkich akcjach informowaliśmy na stronie posła Janusza Zemke, osobiście wspierającego te przedsięwzięcia, także w Parlamencie Europejskim. Jak kulą w płot! Czyżby teraz, na dwa tygodnie przed wyborami samorządowymi tzw. ustawy dezubekizacyjne stały się ratunkowym narzędziem pozyskania przychylności rządzącym niemałej grupy wyborców – emerytów i rencistów funkcjonariuszy mundurowych i ich rodzin, nieraz pozbawionych znacznej części ich świadczenia, wypracowanego całym zawodowym życiem.
Aż trudno w to uwierzyć. Poseł Borys Budka z PO podejrzewa, że to skutek pomyłki w głosowaniu członków Komisji Ustawodawczej z PiS, bo w przeciwnym razie, rządzący musieliby zwrócić zabrane emerytom świadczenia, liczone na ok. 300 mln rocznie. Zobaczymy, co uczyni marszałek Sejmu, wszak nie musi w swoim stanowisku sugerować się opinią Komisji Ustawodawczej. Zobaczymy też, co orzeknie Trybunał Konstytucyjny, choć wskazówka z Sejmu dla Julii Przyłębskiej będzie zapewne ważną przesłanką do wyroku. Ale czy orzeknie przed wyborami? Chyba że owa „niekonstytucyjność”, jako zabieg PR, będzie ważna tylko do wyborów…