Epidemie w lustrze sztuki

Nie sądzę, by mogło być jakieś pocieszenie z sięgnięcia w czas epidemii po utwory artystyczne, których treść była osnuta wokół tematu epidemii, zarazy, „morowego powietrza”, różnie to nazywano, ale na pewno nie zaszkodzi jako ćwiczenie umysłowe w czas izolacji.

Być może pierwszy rozbudowany opis epidemii można znaleźć w „Wojnie peloponeskiej” greckiego dziejopisa z V w. p.n.e. Tukidydesa.
W 1722 ukazał się „A Journal of the Plague Year („Dziennik roku zarazy”) Daniela Defoe, autora jednej z najsławniejszych powieści w dziejach literatury powszechnej, „Przypadków Robinsona Crusoe”, znany też jako „Dziennik roku dżumy”. Jest to opowieść o wielkiej zarazie dżumy jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku.
Rzeczowa, sucha, beznamiętna, kronikarska narracja skontrastowana jest tu z bezmiarem apokalipsy, która dotknęła miasto na oczach pisarza. Ta beznamiętność zapisu nie przeszkodziła jednak Defoe pokazać straszną rzeczywistość. „Maska Czerwonego Moru”, znana też w innym przekładzie jako „Maska Śmierci Szkarłatnej” Edgara Allana Poe, to krótka nowela napisana w konwencji posępnej baśni, dziejącej się jakby „dawno, dawno, za górami, za lasami”, w krainie rządzonej przez księcia Prospero, który w czas dżumy schronił się, z gronem przyjaciół (jak na arce Noego) przed „czerwonym morem” za murami klasztoru, gdzie oddali się hedonistycznym uciechom, w tym balom i maskaradom.
Do czasu. Zaraza znalazła szczelinę i wkradła się w postaci tajemniczej figury. „I Śmierć Szkarłatna rozpostarła wszędy swą władzę nieograniczoną”.
„Pieśń Alpuhary” z „Konrada Wallenroda” Adama Mickiewicza rozpoczyna się słowami: „Już w gruzach leżą Maurów posady, naród ich dźwiga żelaza, bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza”, a w finale arabski wódz Almanzor „pocałowaniem wszczepia w duszę” wodza Hiszpanów „jad” czyli podstępnie zaraża wrogów. Juliusz Słowacki napisał poemat „Ojciec zadżumionych”, a Mickiewicz i największy romantyk angielski George Byron zmarli na cholerę.
W paryskim Luwrze można oglądać obraz Antoine-Jean Grosa „Zadżumieni w Jaffie” (1804), znany też pod nazwą „Napoleon odwiedza zadżumionych w Jaffie”. Wielkie dzieło egzystencjalizmu, „Dżuma” Alberta Camus (1947) tylko w znikomym stopniu odwołuje się do realnej epidemii tytułowej dżumy. Brak w niej realistycznych, technicznych opisów walki z epidemią, jest moralitet, są nieco metaforyczne uogólnienia, sygnały o działającym złu, nie ma dokumentalnego zapisu walki toczonej ze śmiercią przez doktora Bernarda Rieux i jego współpracowników.
Stąd odczytano „Dżumę” nie jako realistyczną powieść o epidemii, lecz moralitet odnoszący się do uogólnionego Zła (po II wojnie światowej mógł być nim faszyzm).
Jest za to galeria postaw ludzkich wobec epidemii, od egoizmu, zagubienia i strachu (Cottard), doszukiwania się „kary bożej” (ojciec Paneloux) poprzez obojętność, w tym także obojętność przełamaną (dziennikarz Rambert) przez impuls ludzkiej solidarności, aż po stoicką, heroiczną ofiarność (Rieux, Tarrrou). A to wszystko wbudowane w filozofię egzystencjalizmu, której fundamentalna zasada („Egzystencja poprzedza esencję”) wyrażała się w traktowaniu życia jako absurdu danego człowiekowi przez Ślepy Los, który tylko on sam może wypełnić treścią i sensem, n.p. przynależnością do ludzkiej wspólnoty.
„Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego może być poczytane za rodzaj „bluźnierstwa”, stwierdzenie bezpośrednio po passusie o „Dżumie” Camus, że inną wielką powieścią osnutą wokół tematu zarazy, epidemii, jest „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego (1971). A jednak, ta najwybitniejsza powieść tego pisarza (1924-1992) jest jednocześnie jedną z najwybitniejszych powieści w polskiej literaturze nie tylko XX wieku.
Stylizowana językowo, przy użyciu archaicznych hieratyzmów, na literaturę z epoki, mocno nasycona rozważaniami teologicznymi i filozoficznymi, na poziomie stricte gatunkowym miała być powieścią historyczną, osnuta wokół autentycznych wydarzeń, które rozegrały się w XIV-wiecznej (1458-1461) Brabancji (czyli dzisiejszej Belgii), epidemii zarazy oraz następujących po nich tzw. „vauderie d’Arras”, ale pokazanych bez realistycznej dosłowności. Narrator, nieokreślonego charakteru dostojnik Jan ukazuje dokonującą się w Arras apokalipsę: napierw epidemię, epidemia, głód, a w ich następstwie pogromy Żydów, prześladowanie czarownic i heretyków.
Jednocześnie jego oczyma postrzegamy dwóch głównych antagonistów: fanatycznego wójta Arras, Alberta, kogoś na podobieństwo Savonaroli, który wznieca terror jako zadośćuczynienie za grzechy, za które karą są nieszczęścia spadające na miasto oraz – na przeciwnym biegunie – biskupa Utrechtu Dawida, realistę, hedonistę, humanistę, który swoją „ludzkość” przeciwstawia doktrynerstwu i fanatyzmowi rywala. Przeciwstawienie to mocno przypominało antagonizm z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej między Robespierre’em a Dantonem.
Jako że powieść ukazała się w 1971 roku, zdarzyło się doszukiwanie się w obu postaciach metaforycznych kryptonimów Gomułki (Albert) i Gierka (Dawid). Częściej widziano w niej odpowiedź na Marzec 1968 roku, a także polityczna powieść o odwiecznych mechanizmach władzy.
Także kino dyskontowało motyw epidemii. W 1971 roku Roman Załuski nakręcił film „Zaraza”, fabularny, osnuty na autentycznej historii krótkotrwałego pojawienia się „czarnej ospy” na Dolnym Śląsku, skupiony był przede wszystkim na aspekcie sporów personalnych i postawie moralnej władzy: lekarz, główny bohater walki z epidemią, zostaje na końcu pominięty przy odznaczeniach.
Wątek epidemii pojawia się też m.in. filmie grozy „Nosferatu wampir” Wernera Herzoga (1979), ekranizacji powieści Brama Stokera o hrabim Drakuli, jak i w głośnym „Amadeuszu” Miloša Formana (1984), czy francuskim „Huzarze” reż. Jean Paul Rappaneau (1995), wg powieści Jeana Giono „Huzar na dachu”.
Wątek zarazy, która ogarnęła Paryż w 1832 roku znalazł się filmie Jerzego Antczaka „Chopin. Pragnienie miłości” Jerzego Antczaka (2002) (byłem naocznym świadkiem planu filmowego podczas kręcenia tej sceny na Starym Mieście w Lublinie i widziałem pomalowane na siwo nagie ciała statystów, wiezionych na konnym wozie), a amerykańska „Epidemia strachu”, w reż. Stevena Sonderbergha (2011) należy do późnej fazy gatunku amerykańskiego kina katastroficznego, różniącej się od fazy z lat siedemdziesiątych („Płonący wieżowiec”, „Rój” i inne) mniej komercyjno-melodramatycznym podejściem do tematu.
To czy ktoś w czas epidemii wybierze ten właśnie temat w sztukach wszelakich, czy przeciwnie, zechce się od niego trzymać z dala, jest kwestią usposobienia.
Czy można wskazać jakiś wspólny mianownik w sposobie ujęcia tematu zarazy czy epidemii przez twórców na przestrzeni wieków?
Nie jest to oczywiste, ale za taki wspólny mianownik można uznać moralno-społeczny wymiar tej strasznej plagi, jako etycznej próby dla wartości człowieka i człowieczeństwa w wymiarze indywidualnym oraz społecznym.

To zawsze tak się zaczyna,

niedostrzegalnie, niespodziewanie, nie do uwierzenia, ale wielkie polityczno-społeczne wydarzenia i przemiany mają często swój początek w pozornie mniej znaczących epizodach.

Śmiertelne strzały w Sarajewie do następcy tronu monarchii austro-węgierskiej stały się przyczyną wybuchu I wojny światowej, która pochłonęła 10 milionów ofiar. Z niskonakładowej „Iskry” wybuchł płomień rewolucji ogarniający nie tylko całą ówczesną Rosję. Podwyżka cen w 1970 roku, wg. Andrzeja Werblana, zupełnie zbędna, bo później została cofnięta bez poważniejszych ekonomiczno-społecznych skutków, spowodowała upadek Władysława Gomułki i zasadniczą zmianę polityki PZPR. Podobnie w przypadku niejako rutynowego zwolnienia suwnicowej Anny Walentynowicz, które wywołało strajk, powstanie Solidarności i wszelkie dalsze z tym faktem związane konsekwencje. Drzemiące od lat konflikty interesów, niespełnione oczekiwania i żądania mas, nierozwiązane rozliczne problemy stanowią rzeczywistą przyczynę znaczących wydarzeń, ale to zawsze tak się zaczyna.
Tym razem nieznany doktor Li
w jakimś dalekim Wuhen, gdzieś w Chinach – w mieście o którym mało kto słyszał, choć ma prawie 10 mln mieszkańców, dwadzieścia kilka wyższych uczelni, dwieście wieżowców ponad 150 metrowych i potężny przemysł – ogłosił w grudniu 2019 roku początek choroby COVID-19 i nowej epidemii, w co nie chciały uwierzyć miejscowe władze, a świat tym bardziej. O jej dalszym przebiegu dowiadywali się i doświadczali go, nadal często z niedowierzaniem, mieszkańcy kolejnych krajów, aż objęła cały świat, również zadamawiając się nad Wisłą, także na kwarantannie w naszych mieszkaniach.
Wszystkie epidemie, co dowodzi historia, niosące spustoszenie ludnościowe i szereg innych negatywnych skutków, wcześniej czy później kończyły swe tragiczne żniwo. Tak będzie i z koronawirusem, bo drastyczne acz skuteczne działania ograniczą jego zasięg, wygaśnie w nadchodzących wysokich temperaturach i suchym powietrzu, zatrzyma go w rozprzestrzenianiu, wcześniej czy później, nowa szczepionka. „To koniec świata, jaki znamy, Nowy tworzy się w tych dniach’’ pisze „Newsweek” (16-22.03.2020) i tak zapewne będzie się działo.
Skutki poza zdrowotne pandemii przede wszystkim ekonomiczne, a w konsekwencji społeczne i polityczne, już obserwowane, będące dziś nie tylko nie do przecenienia, ale i wyobrażenia, przybiorą postać procesu poważnych zmian.
Wymusi je recesja. Marek Belka we wspomnianym „Newsweeku” mówi, że z takim kryzysem jak dziś nie mieliśmy do czynienia i dodaje : „tak naprawdę to dokładnie nic nie wiemy. To znaczy wiemy, w jakim kierunku będzie się zmieniać sytuacja. I może trochę wiemy, co powinniśmy robić, ale absolutnie nie znamy jeszcze skali tego zjawiska.”
Bessa, ograniczenie działalności bądź upadek wielu firm, dalsze poważne pogłębienie różnic w poziomie materialnym, zwolnienia i katastrofalny wzrost liczby osób pozbawionych źródeł dochodu, aż do drastycznych sytuacji z częstym zagrożeniem życia. Wpływ odczuje także sektor bankowy, który podejmie z konieczności pewne przekształcenia, ale głównie w swojej obronie. Czekać go jednak będą zasadnicze zmiany, gdyż nie będzie mogła powtórzyć się sytuacja jak po kryzysie 2008 roku kiedy „rządy i banki centralne – tłumaczy ekspert z brytyjskiej komisji nadzoru finansowego Maciej Wróblewski – wpompowały do sektora finansowego mnóstwo pieniędzy w nadziei, że trafią one do realnej gospodarki, będzie więcej pracy, wyższe zarobki, klasa średnia odetchnie i poczuje się bardziej pewnie. Nic takiego nie nastąpiło. Pieniądze prawie w całości zostały zjedzone przez sektor finansowy.”
Ta wirusowa i postwirusowa sytuacja wywoła zwielokrotnione żądania pomocy, ratunku i zmiany, wyrażające się także w bardziej lub mniej zorganizowanych masowych oczekiwaniach, protestach i co za tym, w koniecznej sanacji dotychczasowej polityki finansowej i społecznej szeregu państw. Dominującymi będą gremialne oczekiwania egalitarne, partie i ruchy społeczne występujące pod takimi hasłami zyskają zwiększone poparcie, co wyrazi się także w przejmowaniu przez nie rządów. Można spodziewać się zamieszek, a nawet wystąpień rewolucyjnych. Czas więc najwyższy na lewicową „Doktrynę szoku” – jak pisze Bartosz Rydliński w „Dziennik-Trybuna” (20.03.2020) – „ten okropny kryzys, największej globalnej epidemii od 700 lat może być szansą na zastoso­wanie naszej, socjaldemokratycz­nej „Doktryny szoku”… W polskich warunkach, które są nadzwyczaj neoliberalne w europejskim kontekście, Lewica powinna przedstawić swój program reform, które wychodziłby daleko poza dotychczasowe schematy.”
„Zarażony kapitalizm” – tytuł z „Newsweeka” – będzie musiał przejść nadzwyczaj poważną kurację z wielokrotnym zastosowaniem respiratora i być może znów mu się uda, co zresztą już się zdarzało, i trzeba przyznać, z powodzeniem.
„Nie pytajmy w tych dniach
– pisze we wstępniaku cytowanego tytułu jego redaktor naczelny – tylko o to, jak egzamin z walki z wirusem zdają rządzący. Pytajmy samych siebie, jak my go zdajemy.” Ta sentencja połączona z szeregiem koniecznych zaleceń i zmian w naszych zachowaniach oraz postawach jest oczywiście słuszna. Ale żadną miarą nie wykluczy ocen rządzących, ich poprzednich i aktualnych decyzji, założeń prowadzonej polityki i preferencji dla określonych wydatków, zaniedbań starych i najnowszych. I nie będzie to dotyczyło jedynie służby zdrowia powszechnie niedoinwestowanej i zbyt często niedostępnej, niejednokrotnie skomercjalizowanej do granic absurdu i biznesowego interesu, niewydolnej na co dzień, a więc tym bardziej bezradnej w pandemicznej sytuacji.
Hiszpańska biolog napisała: Dajecie piłkarzom milion miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku? Poproście Ronaldo i Messiego, niech oni Wam teraz znajdą lekarstwo. Takich nonsensów odnaleźć można bez liku we wszystkich dziedzinach naszego publicznego, podobno normalnego, życia, a za wszystkimi kryje się paradygmat kapitalizmu, którym był zawsze i jest nadal wszechogarniający zysk. Czy może się to zmienić, przynajmniej ograniczyć, to się dopiero okaże po skutkach dalszego przebiegu pandemii COVID-19. Jedno natomiast jest pewne, że, jak pisze Wojciech Orliński („GW”, 21.03.2020) : „Dziś już widzimy jasno jak nigdy: polityka drobnych kroków i kompromisów, unikania wielkich wyzwań nie działa”.
W nieunikniony sposób
tocząca się światowa zaraza srogo egzaminuje instytucje państwa, ich wydolność i sprawność w sytuacji powszechnego zagrożenia. Witold Jurasz w obszernej publikacji na Onecie (17.03.2020) zastanawia się „Czy koronawirus zabije demokrację i Unię Europejską?” Czytamy: „Chiński cud gospodarczy sprawił, że coraz więcej osób – również w państwach europejskich – zaczęło zadawać sobie pytanie, czy istotnie nadal demokracja jest najbardziej wydajnym systemem rządzenia. Jeśli okaże się, że liberalne demokracje nie dość, że nie gwarantują rozwoju gospodarczego i nie są w stanie zapanować nad narastającymi, drastycznymi nierównościami społecznymi, to jeszcze – co gorsza – w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia obywateli są mniej efektywne od państw autorytarnych, popularność demokracji nieuchronnie ucierpi.”
Nie można odmówić autorowi szeregu słusznych obserwacji, pytań i uwag, ale jak to w naszej oficjalno-poprawnej publicystyce bywa, odważnych stwierdzeń brak, podobnie jak twórczych wniosków, Za to przy okazji sporo łatek przypina znienawidzonej, na tę wirusową okoliczność zupełnie bez sensu, jak zawsze Rosji, no i Chinom, bo tak wypada, gdyż wspólnie z USA bardzo ich nie lubimy. Wobec światowego, ekonomicznego sukcesu Państwa Środka autor staje bezbronny, ale w sprawie odpowiedzialności za pandemię wiąże to z jego autorytaryzmem, tak jakby tylko w takim ustroju powstawał wirus, a nadto celowo zamieniło Jedwabny na Koronawirusowy Szlak.
Już pierwsze słowa o niewydolnych liberalnych demokracjach z drastycznymi społecznymi nierównościami powinny kierować Jurasza ku jakimś poważniejszym rozważaniom o konieczności zmian, ale on tylko z żalem uważa, że „ucierpią”, utyskuje także, nota bene słusznie, nad niesprawnością mechanizmów Unii Europejskiej, co zresztą nie prowadzi go do żadnych poważniejszych sugestii.
Podobnie jest z opinią: „Model liberalnej demokracji może być zagrożony jak nigdy dotąd, a partie autorytarne i populistyczne będą zyskiwać nowych zwolenników”, bo Juraszowi nie mogą żadną miarą przejść przez klawiaturę laptopa słowa lewica, partie lewicowe i socjaldemokratyczne z lewicowym programem gdyż wg niego stygmatyzowane populizmem, nie mieszczą się w modelu demokratycznym. Proponowana przez autora korekta liberalnej demokracji to tylko odzyskanie przez państwo siły i zdecydowania, lepsi przywódcy i odważniejsze media. Ostatnie to najlepiej pro domo sua.

Nad rozlanym mlekiem wypłakuje też Mateusz Mazzini w tekście „Koronawirus może dobić liberalne demokracje” („GW”,24.03.2020), tak jakby same wcześniej straceńczą drogą żwawo nie podążały i jakby były warte dyskusji, jak o idealnym państwie Platona.
Dla porządku rzeczy dodać należy, że tym opiniom basuje Janusz Winnicki z „Polityki” w tekście „Zachód walczy z wirusem, a Chiny ruszają z propagandą”, którego początek brzmi: „Chiny ruszają światu na pomoc…niosą pomoc umęczonym Włochom, oferują ją Polsce i innym krajom. Ślą ją też Afryce…Nawet tam, do zamożnej Europy, na pokładzie wielkich samolotów transportowych lecą maseczki i testy. Chińscy lekarze dzielą się wiedzą i doświadczeniem, jak hamować postępy choroby. Stąd wrażenie, że w Państwie Środka, które w rozwoju Covid-19 jest kilka tygodni m.in. przed Europą, leży jedna z niewielu nadziei na szybkie uzyskanie posiłków.” Kolejne, odważne i mądre kiedyś, medium manipuluje tytułem materiału, aby tym komunistom z Azji jednak przywalić.
A w Polsce DPP
(Dobry Pan Prezydent) podjął wreszcie, w odróżnieniu od Czech i Węgier, nie mówiąc już o Włoszech, które to dużo wcześniej uczyniły, decyzję z szybkością szachisty i już (!!!) 24 marca zadzwonił do prezydenta Chin z prośbą o pomoc w sprzęcie ochronny dla personelu medycznego i innych służb. Samoloty z maseczkami, rękawiczkami jednorazowymi, kombinezami i respiratorami (!!!). już lądują na Okęciu, a Polakom przestraszonym i przerażonym epidemią, nieuniknioną ekonomiczną zapaścią i brakiem środków do życia rządowy obóz funduje kolejny spektakl kłamstwa, matactwa i tradycyjnego już łamania prawa z niealegorycznym danse macabre w tle.
Trzej jeźdźcy spełnionej pisowskiej apokalipsy dosiedli koronawirusa i próbują galopować do prezydenckiego zwycięstwa. Szable w dłoń, co prawda telewizyjna troszkę się wyszczerbiła, ale nic to. Naczelnik państwa, po chwilowym powrocie z politycznej kwarantanny, uważa, że dla kraju złe byłoby, gdyby po epidemii prezydent i premier byli z różnych opcji politycznych, że najwięcej z powodu epidemii koronawirusa stracił urzędujący prezydent, a nadto poucza tego ostatniego, że może od czasu do czasu wygłosić orędzie, ale przecież nie może nadużywać tej możliwości. Natomiast PAD w roli Głównego Inspektora Sanitarnego przesadnie nadużywa swych sił na terenie całego kraju, bohatersko narażając się wirusowi i politycznej opozycji. Premier albo kłamie w żywe oczy albo mija się z prawdą opowiadając wszem i wobec m. in. o ponad 200 miliardach rządowej pomocy obywatelom. I tylko giermek Szumowski, na wzór sienkiewiczowskiego Rzędziana zachowuje spokój i trzeźwy obraz tej pandemicznej bitwy , chociaż podległe mu służby chronić i ratować będą dopiero chińskie dostawy.
Wadim Tyszkiewicz: „jak można tak bezczelnie wykorzystywać tą trudną sytuację do umacniania władzy jedynie słusznej partii i lansowanie się prezydenta? Wstyd. Polacy czekają na konkretne działania, na dostępne testy, maseczki, na wyposażone szpitale, a nie na kłamstwa i lans polityków, wykorzystujących dramatyczną sytuację.”
Zdecydowana większość,
bo aż 70 proc. Polaków chce przesunięcia daty wyborów prezydenckich. Dla PiS byłoby najlepiej gdyby odbyły się w najbliższą niedzielę, bo po 10 maja, nawet jak by trochę została opanowana epidemia koronawirusa, to krajobraz po burzy nie będzie sprzyjał zwycięstwu. Tak to się zawsze zaczyna.

Błogosławiony stan strachu

Szóstą ofiarą koronawirusa w Polsce przez kilka godzin była 27 letnia kobieta z Łańcuta. Potem jednak Ministerstwo Zdrowia uznało, że nie zmarła na COVID-19. O co w tym chodziło i czy ciężarne są równie narażone na powikłania jak staruszkowie, z lekarzem ginekologiem dr Jackiem Tulimowskim rozmawia Tadeusz Jasiński.

Informacje na temat śmierci w Łańcucie zarażonej koronawirusem, 27-letniej kobiety, która chwilę wcześniej urodziła przez cesarkę spowodowały, że warto chyba porozmawiać właśnie o koronawirusie i ciąży.
W fachowym informatorze medycznym The RCOG, podano, że „Kobiety w ciąży nie wydają się być bardziej podatne na konsekwencje zakażenia COVID-19 niż populacja ogólna” , i choć w grupie obserwowanych nie odnotowano zgonów, naukowcy podkreślają, że jest zbyt mała ilość przypadków poddanych analizie aby wysnuwać wnioski ogólne. Lekarze postulują aby zwrócić również uwagę na choroby towarzyszące ciężarnym, które statystycznie mogą zwiększać ryzyko infekcji COVID-19.
Również Światowa Organizacja Zdrowia/ WHO poinformowała, że z dostępnych obecnie opisów przypadków klinicznych ciężarne najprawdopodobniej nie należą do grupy podwyższonego ryzyka ciężkiego przebiegu choroby COVID-19.
Wstępne wyniki badań wskazują, że kobiety w ciąży, u których rozwinęły się kliniczne objawy choroby COVID-19 nie przekazują infekcji koronawirusem swojemu dziecku, co potwierdza wstępna analiza przypadków o braku transmisji pionowej czyli przenoszenia koronowirusa z matki na płód drogą przezłożyskową. Niestety są to dane początkowe i nie odnoszą się do wszystkich trymestrów ciąży.
Mimo wcześniejszych analiz dotyczących transmisji wirusa, w prasie fachowej pojawiły się informacje o dwóch przypadkach wykrycia obecności u noworodków koronawirusa SARS-CoV-2. W jednym z przypadków detekcja nastąpiła 17 dni po urodzeniu, w drugim – po 36 godzinach od porodu. Pozytywnym wnioskiem jest to że w obu przypadkach stwierdzono iż do infekcji doszło najprawdopodobniej po urodzeniu dziecka a nie w trybie transmisji pionowej. 
Opisy chorych na COVID-19 ciężarnych z Pekinu zostały zamieszczone w czasopiśmie „ The Lancet”. Co prawda badania te były oparte jedynie na obserwacji dziewięciu kobiet, ale dają pewne podstawy do optymizmu.
Jakie zatem są kliniczne objawy infekcji COIVID-19 u ciężarnych?
W trakcie obserwacji 9 zarażonych COVID-19 kobiet stwierdzono, u siedmiu podwyższenie ciepłoty ciała, u czterech kaszel, u trzech bóle mięśniowe, u dwóch złe samopoczucie i bóle gardła.
U 5 spośród 9 obserwowanych ciężarnych zaobserwowano leukopenię poniżej 1000 leukocytów, u 3 podwyższenie poziomu aminotransferaz w surowicy krwi. U wszystkich 9 obserwowanych kobiet nie rozwinęły się kliniczne objawy ciężkiego zapalenia płuc/ w przeciwieństwie do epidemii SARS/, a stan kliniczny ciężarnych /rodzących był zbliżony do stanu klinicznego kobiet nieciężarnych w tym samym wieku chorych na COVID-19. W diagnostyce zastosowano: badania laboratoryjne, pobranie wymazów z gardła oraz badania płuc.
Jak przebiegły w takiej sytuacji porody?
Wszystkie porody odbyły się drogą zabiegową cięcia cesarskiego, a stan noworodków po porodzie był zadowalający.
Wszystkie urodzone dzieci zostały ocenione w skali Apgar w pierwszej minucie na 8-9 punktów, w 5 minucie na 9-10 punktów. Badania płynu owodniowego, krwi pępowinowej, wymazów z gardła nie wykazały obecności koronawirusa. Podobnie nie było go w próbkach mleka, które pobrano od sześciu kobiet. 
Brak transmisji wirusa potwierdzony był w pierwszych obserwacjach na podstawie analizy wymazów z nosogardła pobranego u noworodków, w dalszej kolejności badaniom poddano: krew pępowinową, płyn owodniowy. Badania nie stwierdziły obecności wirusa SARS-CoV-19. Brak obecności wirusa stwierdzono również w mleku matek. Niestety liczba poddanych obserwacji kobiet jest zbyt mała aby wyciągać długofalowe wnioski.
Istotne jest również, że jeśli transmisja COVID-19 nie zachodzi poprzez mleko matki to nadal głównym zagrożeniem dla dziecka jest bliski kontakt z zakażoną koronawirusem matką. Zwłaszcza, że choroba w większości przypadków rozprzestrzenia się drogą kropelkową – poprzez kontakt z wydzielinami z nosa i jamy ustnej, w tym kontakt z kropelkami śliny uwalnianej z ust podczas mówienia, wydychania powietrza, kaszlu i kichania.
Nasuwa się wniosek, że u kobiet zakażonych COVID-19 powinno się rozważyć korzyści i ryzyko infekcji noworodka wynikające z podjęcia karmienia piersią, ewentualnie wprowadzić karmienie sztuczne.
Chińscy autorzy pracy zwracają uwagę, że badania wpływu infekcji COVID-19 na ciężarne i ich nowonarodzone dzieci objęły na razie bardzo małą grupę pacjentek. Dlatego konieczne jest dalsze prowadzenie obserwacji i badań klinicznych. Na dzień dzisiejszy uzyskane wyniki dają powody do lekkiego optymizmu, choć nadal podstawowym sposobem zachowania bezpieczeństwa matek i ich dzieci pozostaje izolacja i tym samym niedopuszczenie pojawienia się infekcji. W przypadku ciężarnych zarażonych COVID-19 chińscy lekarze sugerują natychmiastową izolację od zainfekowanej matki po urodzeniu się dziecka, a także niekarmienie piersią. Noworodki matek COVID-19 dodatnich powinny być zatrzymane w oddziale neonatologicznym w warunkach izolacji od innych dzieci przez okres co najmniej 14 dni, choć jest to zbyt krótki okres obserwacji aby ocenić długofalowe następstwa kliniczne u dzieci urodzonych przez matki COVID-19 dodatnie.
Centers for Disease Control and Prevention – agencja rządowa Stanów Zjednoczonych wchodząca w skład Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej zaleca, by kobiety, u których w ciąży wykryto zakażenie koronawirusem i urodziły dziecko, były oddzielone od noworodków, dopóki klinicznie nie zostanie potwierdzone, że już nie zarażają. 
Jakimi powikłaniami może skutkować koronawirus w ciąży?
Według opracowań WHO, infekcja wirusem COVID-19, która rozwinie się u ciężarnej, może doprowadzić do: poronienia, choć w przypadku koronawirusa z Wuhan na razie nie ma danych, które by to potwierdzały.
Poza tym źródła mówią, że może to doprowadzić do-porodu przedwczesnego, – niskiej masy urodzeniowej,-zespołu DIC czyli i sepsy, niewydolności nerek. No i wysoka gorączka towarzysząca zakażeniu COVID-19 podczas pierwszego trymestru ciąży może zwiększać ryzyko wystąpienia wad wrodzonych oraz-pojawienia się obustronnego zapalenie płuc zarówno u ciężarnej jak i u płodu.
Czyli przyczyna śmierci kobiety z Łańcuta czyli sepsa, to według WHO jedno z najgorszych powikłań zakażenia koronowirusem.
Tak, ale sepsa choć nader rzadko, ale jednak pojawia się po cesarskim cięciu. Widać w tym przypadku uznano, że związku między sepsą a koronawirusem nie było. Trzeba jednak pamiętać, że na każdym etapie ciąży COVID-19 może być niebezpieczny zarówno dla płodu jak i ciężarnej. Z wstępnej analizy wydaje się że najlepszym zaleceniem jest aby do końca epidemii ciężarne nie wychodziły z domu, uwzględniając sytuacje absolutnie konieczne np. wizytę u lekarza.
Mimo, że nie ma obecnie danych dotyczących większej podatności kobiet w ciąży na zachorowanie na COVID-19 należy uwzględnić, że zmiany zachodzące w trakcie ciąży w układzie odpornościowym mogą jednak wpływać na większą podatność na zakażenia układu oddechowego COVID-19. Dlatego u ciężarnych dopuszcza się pojawienie się większego ryzyka choroby o ciężkim przebiegu, lub zgonu w porównaniu z grupą kobiet nieciężarnych. Zależność tą zaobserwowano tylko u pacjentów z infekcjami koronawirusami (SARS i MERS), ale nie można wykluczyć że będzie również dotyczyć infekcji COVID-19.
Co nader interesujące, w badaniu opublikowanym w czasopiśmie „Lancet” lekarze sugerują, że u kobiet zainfekowanych COVID-19 okres kwarantanny powinien być dłuższy niż 14 dni, wynika to z okresu inkubacji koronawirusa SARS-CoV-2, który jest dłuższy u kobiet niż u mężczyzn. Dłuższy okres inkubacji to zwiększone prawdopodobieństwo rozprzestrzeniania się infekcji koronawirusa SARS-CoV-2, przy jednoczasowym braku lub łagodnych objawach klinicznych.
Jak zatem powinna wyglądać profilaktyka ciężarnych?
Standardowe. Nie przebywać w rejonie występowania choroby. Nie kontaktować się z osobami zarażonymi. Nie kontaktować się z osobami z cechami infekcji górnych dróg oddechowych. Zachować odpowiedni dystans minimum 1-1.5m od osób zarówno zdrowych jak i z objawami infekcji górnych dróg oddechowych/ kaszel, kichanie. Unikać dużych skupisk ludzkich. Przestrzegać zasad higieny – konieczne jest regularne i dokładne mycie rąk z odkażaniem za pomocą przeznaczonego do tego płynu. Unikać dotykania dłońmi twarzy,oczu, nosa, ust.
W przypadku kaszlu czy kichania należy usta i nos zakryć chusteczką. W uzasadnionych przypadkach jak choćby przebywanie w sklepie lub aptece założyć specjalną maseczkę ochronną z oznakowaniem FFP2, FFP3, ale nie chirurgiczną.
W domu należy odkażać blaty, klamki, poręcze, telefony komórkowe, klawiatury komputerów, piloty do telewizorów. Zaś przed spuszczeniem wody w toalecie zamykać deskę klozetową. Wypada wzmocnić układ odpornościowy i stosować odpowiednią dietę zawierająca owoce i warzywa. A przede wszystkim nie spożywać alkoholu, nie palić tytoniu.
Oczywiście wszystkie ciężarne, które mają podejrzenie, że mogą mieć objawy zakażenia koronawirusem, powinny niezwłocznie kontaktować się z lekarzem prowadzącym ciążę lub zatelefonować na bezpłatną infolinię NFZ pod numer 800 190 590 gdzie uzyskać można wszystkie informacje na temat koronawirusa.

Polityka w czasach epidemii

Obecna, największa za życia obecnych pokoleń, pandemia pociągnie za sobą długotrwałe konsekwencje ekonomiczne, społeczne i polityczne. Niezależnie od tego, jak długo trwać będzie bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia ludności w większości państw świata, pewne wydaje się to, że po jego ustaniu nic już nie wróci do stanu dotychczasowego – stanu, do którego zdołaliśmy się tak bardzo przyzwyczaić, że trudno nam wyobrazić sobie, co mogłoby go zastąpić.

Ekonomiści – w Polsce zwłaszcza znany z dalekowzrocznych prognoz Grzegorz Kołodko – wskazują na to, że dotychczasowy model stałego wzrostu gospodarczego, oparty na rosnącej konsumpcji a zarazem wyczerpywania naturalnych zasobów, staje pod znakiem zapytania w warunkach trwałych następstw światowej recesji. Co więcej, recesja najprawdopodobniej uderzy w poszczególne regiony z niejednakową siłą. Nie można na przykład wykluczyć tego, że jedną z konsekwencji obecnego kryzysu może być relatywny wzrost pozycji ekonomicznej Chin, które dość szybko wydobyły się z epidemii i mogą stać się skutecznym rywalem dla osłabionych przez konsekwencje epidemii gospodarek Europy i Ameryki.
Koordynacja i współpraca
Prognozy tego typu wykraczają poza problematykę czysto ekonomiczną i kierują naszą uwagę ku długofalowym skutkom politycznym. Dotyczy to tak polityki międzynarodowej, jak i polityki wewnętrznej poszczególnych państw.
W stosunkach międzynarodowych obecny kryzys zdrowotny pokazuje z całą mocą ograniczenia możliwości i skuteczności działania państw narodowych. Wprawdzie to właśnie rządy państw narodowych podejmują decyzje mające na celu ograniczenie zasięgu i w dalszej perspektywie zwalczenie epidemii, ale już teraz widać, że bez głębszej współpracy i koordynacji międzynarodowej nie będą w stanie poradzić sobie z jej konsekwencjami. Unia Europejska, która jeszcze tak niedawno postponowali politycy „eurosceptycznej” prawicy, okazuje się niezbędna dla wyprowadzenia państw członkowskich z grożącej im zapaści gospodarczej. W tym kontekście Brytyjczycy będą zapewne żałowali swej decyzji o „brexicie” – tyleż egoistycznej, co nierozsądnej. Zmagające się z konsekwencjami kryzysu Stany Zjednoczone – z Trumpem lub bez niego – będą musiały na nowo przemyśleć swoje stosunki z resztą świata i zrewidować koncepcję amerykańskiej hegemonii, której podporządkowana była polityka tego mocarstwa po zakończeniu zimnej wojny. Ulegnie zapewne zmianie stosunek do Rosji. Gdy rosyjska pomoc medyczna dociera do najdotkliwiej dotkniętych Włoch, nasuwa się pytanie, jak długo jeszcze utrzymywać się będzie skierowana przeciw Rosji polityka sankcji i izolacji. Może więc z obecnego kryzysu wyłonią się stosunki międzynarodowe, w których świadomość wspólnoty losów całej ludzkości weźmie górę nad egoizmem narodowym czy ideologicznym zacietrzewieniem. Nie wiem, czy tak się stanie, ale chciałbym, by się stało.
W polityce polskiej sprawami centralnymi są jakość rządzenia oraz charakter polityki. W obu tych sprawach przeżywany obecnie kryzys skłania do wejścia na drogę radykalnej zmiany.
Powrót do dnia wczorajszego
Państwo okazało się tak bardzo niesprawne, że zwykły powrót do dnia wczorajszego wydaje się nierealny. Wieloletnie zaniedbania w służbie zdrowia, chronicznie niedofinansowanej i z roku na rok borykającej się z odpływem kadry lekarzy i pielęgniarek, dają o sobie znać szczególnie w warunkach nadzwyczajnych. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie obciążam obecnego rządu wyłączną odpowiedzialnością za ten stan rzeczy, gdyż zawiniły także rządy poprzednie – zwłaszcza te, które były u władzy już po wyjściu Polski z głębokiej recesji pierwszych lat po zmianie ustroju. Jednak odpowiedzialność rządów PiS jest o tyle większa, że ostatnie lata były okresem świetnej koniunktury gospodarczej w świecie, co przekładało się na wyraźne polepszenie sytuacji finansowej państwa. Co z tego miała służba zdrowia? Podobnie jak inna zaniedbywana dziedzina – oświata – była nadal pomijana w hojnym rozdzielaniu publicznego grosza. Ważniejsze były gospodarcze dziwolągi w rodzaju przekopywania Mierzei Wiślanej czy pomysł budowania wielkiego lotniska między Warszawą i Łodzią, a także czysto polityczne „inwestycje” w Wojska Obrony Terytorialnej, których skuteczność militarna podawana jest w wątpliwość przez najwybitniejszych specjalistów wojskowych.
Państwo jest źle i niekompetentnie zarządzane, gdyż o doborze kadr kierowniczych decydują obecnie przede wszystkim kryteria polityczne a nie fachowe. Tak nie zawsze było. W czasie, gdy byłem członkiem rządu kierowanego przez premiera Cimoszewicza żelazną zasadą było to, że o obsadzie stanowisk kierowniczych decyduje fachowość na nie legitymacja partyjna. Jednym z moich zastępców został wybitny działacz podziemnej „Solidarności”, nieżyjący już Mirosław Sawicki. Podobnie było i w innych ministerstwach. Potem pod tym względem było już tylko coraz gorzej.
Najnowszym przykładem niekompetencji aparatu państwowego jest to, co dzieje się na warszawskim lotnisku, gdzie tysiące pasażerów operacji „Lot do domu” kłębią się godzinami w kolejkach, gdyż – jak z rozbrajającą szczerością wyjaśniają odpowiedzialni za ten stan rzeczy urzędnicy – „brakuje ludzi” dla uruchomienia liczniejszych okienek kontroli paszportowej i dla przeprowadzenia niezbędnego pomiaru temperatury.
Poprawa stanu państwa nie jest zadaniem partyjnym, lecz narodowym. Musi zostać podjęta bardzo poważna praca nad tym, by nasze państwo było sprawne i skuteczne. Oznacza to przede wszystkim: rewizję priorytetów budżetowych, przywrócenie fachowej służby cywilnej i prowadzenie polityki porozumiewania się głównych sił politycznych w miejsce dyktatu aktualnej większości sejmowej.
Termin wyborów
To ostatnie wyzwanie wiąże się bardzo ściśle z obecnym sporem o termin wyborów prezydenckich. Politycy całej opozycji – od Lewicy po Konfederację – słusznie domagają się odłożenia wyborów, w czym wspierają ich najpoważniejsze autorytety prawnicze. Mają rację, ale nie mają siły sprawczej. Ta znajduje się w ręku Jarosława Kaczyńskiego, gdyż nikt zapewne nie sądzi, by decyzję w tej sprawie samodzielnie podejmować mieliby prezydent Duda, marszałek Witek czy premier Morawiecki. Przyczyna, dla której prezes PiS upiera się przy majowym terminie wyborów, jest całkowicie oczywista. Liczy na to, że w ten sposób uda się wybory wygrać. Dzięki czemu przez kolejne pięć lat głową państwa pozostanie człowiek całkowicie od prezesa zależny, pokornie znoszący upokarzanie go, jak ostatnio, gdy został cynicznie ograny w sprawie rzekomej „dymisji” Jacka Kurskiego.
Jarosław Kaczyński rozumuje logicznie, co nie znaczy, że bezbłędnie. Opozycja powinna z całą siłą uderzać w cynizm tej polityki i uczynić z tego podstawowy wątek walki wyborczej. Może okazać się, że ta gra obróci się przeciw obecnej partii władzy. Pod warunkiem, że opozycja nie złoży broni i że ponad podziałami istniejącymi w jej łonie, zdecyduje się na wspólny front – zwłaszcza w drugiej turze. Nie wykluczam zresztą tego, że prezes Kaczyński może nagle zmienić zdanie, jeśli sondaże wskażą na słabnięcie szans na wygraną Andrzeja Dudy.
Duchowy guru
Od wyborów prezydenckich ważniejsze jednak wydaje mi się to, jak ma wyglądać polityka polska w następnych latach. Czy ma nadal być zażartą walką dwóch nienawistnych plemion politycznych? Czy jej duchowym guru ma pozostawać bliski hitleryzmowi niemiecki teoretyk polityki Carl Schmitt (1888-1985), dla którego istotą polityki była relacja „wróg-przyjaciel” a celem politycznym jest zniszczenie wroga? Trzy lata temu ( w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung”) Jarosław Kaczyński wyraził swe szczere uznanie dla „realizmu” niemieckiego teoretyka. To mnie nie dziwi, gdyż prezes PiS okazał się pojętnym uczniem Carla Schmitta.
Polityka nie musi jednak być wyłącznie i zawsze walką z „wrogiem”. Może być także dążeniem do realizacji dobra wspólnego. Taka polityka nie wyklucza sporu, gdyż w rozumieniu owego dobra wspólnego będziemy niejednokrotnie się różnili. Jest to jednak spór merytoryczny, a nie walka na zniszczenie „wroga”. Taka polityka nazywana jest często „demokracja deliberatywną”, której cechy i walory przedstawił niedawno wybitny psycholog polityki profesor Janusz Reykowski ( w książce „Rozczarowanie demokracją: perspektywa psychologiczna”, 2019).
Polskę czekają bardzo trudne lata. Gdy skończy się epidemia, pozostaną i będą bardzo ostro odczuwane jej konsekwencje. Uderzają one szczególnie w warstwy ekonomicznie słabsze, w tym w ludzi młodych o nieustabilizowanej sytuacji zawodowej. Trzeba się liczyć z siłą gniewu zrodzonego z poczucia przekreślonych szans na szybką poprawę sytuacji materialnej tej liczącej się warstwy społecznej.
Jaki rząd?
Z nowymi wyzwaniami będzie musiał radzić sobie rząd – jaki rząd? Czy miałby to być rząd „współodpowiedzialności za państwo” złożony z przedstawicieli wszystkich ugrupowań sejmowych, co postulują profesor Maciej Kisilowski i dr Anna Wojciuk na łamach „Gazety Wyborczej” (23 marca br.)? Pomysł jest ciekawy, ale – moim zdaniem – całkowicie nierealny. W obecnym stanie rzeczy ani PiS, ani partie opozycyjne nie są w stanie zgodzić się na utworzenie takiego rządu i na zapewnienie mu niezbędnej siły politycznej. Już nieco bardziej realne wydaje mi się utworzenie ponadpartyjnego rządu fachowców, ale i do tego potrzeba takiej odpowiedzialności za państwo, jakiej obecnej partii władzy dość wyraźnie brakuje.
Czekają nas więc trudne czasy. Niezależnie od tego, co przyniosą wybory prezydenckie ( i kiedy się one odbędą) rząd Zjednoczonej Prawicy będzie musiał zmagać się z konsekwencjami kryzysu, a jego dotychczasowe „osiągnięcia” nie wskazują na to, by mu to szło dobrze. Opozycja będzie musiała szybko przygotować odważny a zarazem realny długofalowy program polityki ekonomicznej i społecznej nowego rządu, który zastąpi obecny po – bardzo możliwe że wcześniejszych – wyborach parlamentarnych. Powinna także jasno i wyraźnie deklarować odstąpienie od logiki „wojny polsko-polskiej”, gotowość do autentycznej a nie udawanej współpracy z dzisiejszymi przeciwnikami. Dla dobra państwa – czyli nas wszystkich.

Cisza!

Tak jak zasadą rządu despotycznego jest lęk, tak celem jego spokój:, ale to nie jest pokój, to cisza owych miast, w których mury już wkracza nieprzyjaciel.
Monteskiusz ” O duchu praw…”

Pan premier ogłosił stan epidemii. Zaostrza to rygory przestrzegania nakazy ministra zdrowia. Ograniczenie naszych praw obywatelskich w świetle zagrożenia zdrowia jest konieczne, dotyczy nas wszystkich.

Życie w ciszy

Syndromem walki z epidemią jest cisza. Puste ulice, zamknięte kina teatry, restauracje kawiarnie i bary. Tej ciszy nie zakłócają rozmowy na ulicach, w sklepach czy urzędach. Unikamy zbliżania się do siebie.

Oczywiście działają media: Internet radio czy telewizja. Przekazują informacje i komunikaty. Możemy w publikatorach napisać, co nam w duszy gra, ale to także cisza tylko w innym formacie.

Nasze społeczeństwo, jak to zwykle u nas bywa, w warunkach kryzysu, wykazuje się zdyscyplinowaniem i odpowiedzialnością. Dla wspólnego dobra godzimy się na życie w ciszy.

Tak się nie da wybierać

Czy można w takich warunkach przygotować się do dokonania wyboru Prezydenta RP? Czy tak dokonany wybór odzwierciedli wolę społeczeństwa?

Decyzja wyborcza musi opierać się o świadomą decyzję wynikającą z wiedzy o walorach kandydatów. Taka wiedza nie rodzi się w ciszy. Potrzebuje gwaru debaty społecznej, politycznego sporu na argumenty i wymiany myśli. Pamiętajmy o tym, że nasz wybór nie będzie tylko na czas epidemii, kiedyś się ona skończy. Będziemy potrzebowali polityków z wizją, co dalej, jak walczyć ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym, a żadna „tarcza” tu nie pomoże.. Czy jest to właściwy moment na wybory?
Zjednoczona prawica zasłania się przed przesunięciem wyborów Konstytucją, brakiem przesłanek do ogłoszenia stanu klęski itp. Politycy PIS i jej partii sojuszniczych tworzą różne karkołomne figury retoryczne, a demiurg z Żoliborza mówi o konieczności przeprowadzenia wyborów w maju bez żadnych ogródek. Dziwi taka argumentacja w ustach środowiska, które w minionym okresie nie przejmowało się konstytucją. Prawo tworzą ludzie i ludzie je zmieniają. Decyzja o zmianie terminu zależy jedynie od woli Sejmu najwyższej władzy ustawodawczej.

Co to za kampania?

Kampania wyborcza się toczy, ale kandydaci opozycji utracili narzędzia. Zostali zepchnięci do sfery ciszy. Wyjątkiem jest pan kandydat Duda. Ma własną telewizję, pod pozorem obowiązków prezydenta dokonuje „wizyt gospodarskich”, promuje się w różnych miejscach z koronawirusem w tle, wygłasza orędzia i prezentuje rządowe programy, które nie są nawet jego prerogatywą.

Chyba zbyt niefrasobliwie zgodziliśmy się na ustawę epidemiczna. W dobrej wierze udzieliliśmy rządowi praw do ograniczenia naszych praw obywatelskich a jest to wykorzystywane do blokowania ogłoszenia stanu klęski.

Politycy Zjednoczonej Prawicy nie kryją już nawet powodu. Uważają, że wygrana Dudy to ciągłość władzy, że to najlepsze, co Polaków spotkać może. Cytując Monteskiusza, czy otaczająca nas cisza nie jest zwiastunem wdzierającego się do Polski autorytaryzmu?

Tukidydes w „Wojnie peloponeskiej” napisał, że w chwili zagrożenia ujawniają się dwie postawy ludzi. Jedni wałczą z zagrożeniem, ci najczęściej giną, i są tacy, którzy próbują na nieszczęściu skorzystać.
Kto jest kim? Musicie sobie sami odpowiedzieć!

Rząd wprowadza zakaz przemieszczania się

Jeszcze surowsze środki zaradcze ogłosił 24 marca rząd Mateusza Morawieckiego w walce z koronawirusem. Od 25 marca Polacy mają wychodzić z domów tylko do pracy i po zakupy. Zgromadzenia zostały zakazane całkowicie, ale matury i wybory prezydenckie odbędą się według planu.

Jeszcze surowsza izolacja ma zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Na konferencji prasowej ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i premiera Mateusza Morawieckiego poinformowano, iż liczba zachorowań w Polsce zbliża się do 800. Ratunkiem ma być pozostawanie w domach. Od 25 marca Polakom wolno tylko chodzić do pracy i z niej wracać, robić zakupy żywnościowe i spotykać się z członkami najbliższej rodziny. Innych spotkań zakazano.

Puste autobusy

Legalne pozostanie chodzenie do lekarza, chociaż służba zdrowia i tak jest obecnie maksymalnie podporządkowania koronawirusowi. Niezwiązane z epidemią zabiegi są przekładane. Komunikacja miejska nie zostanie zawieszona (po takie rozwiązanie sięgnęła Ukraina), ale pasażerowie będą mogli wykorzystać jedynie połowę normalnie dostępnych miejsc.
Spacery z psem i dla zachowania zdrowia? Tak, ale tylko w najbliższym otoczeniu. Minister Szumowski zastrzegł, że nie wyobraża sobie, by Polacy jeździli na bulwary lub chodzili z dziećmi na plac zabaw. Obostrzenia dotkną nawet kościoły. We mszy na żywo będzie mogło brać udział maksymalnie pięć osób.

Wybory według planu

Nie ma natomiast mowy o przełożeniu wyborów prezydenckich. Mateusz Morawiecki stwierdził, że nie widzi przesłanek do odłożenia głosowania. W ostatnich dniach o takie rozwiązanie apelowali m.in. eksperci Instytutu Batorego, wskazując, że podobne decyzje podjęto już za granicą – Francja zrezygnowała z II tury wyborów samorządowych zaplanowanej na 22 marca, przełożono też trzy stanowe prawybory prezydenckie w amerykańskiej Partii Demokratycznej. – Problemem będzie przygotowanie i zabezpieczenie epidemiologiczne członków obwodowych komisji wyborczych oraz ponad 27 tysięcy lokali wyborczych. Czy w sytuacji wzmożonego zapotrzebowania na środki ochrony osobistej, takie jak maseczki, rękawiczki i płyny dezynfekujące, państwo polskie w obecnej sytuacji jest w stanie zaopatrzyć wszystkie komisje w niezbędne ilości tych produktów, zapewniających odpowiedni poziom bezpieczeństwa ludzi tam pracujących? – komentuje prof. Bartłomiej Michalak z Instytutu Batorego.
W sprawie maseczek, rękawiczek i środków do dezynfekcji coraz więcej alarmujących sygnałów płynie tymczasem ze szpitali. Placówki medyczne w całym kraju apelują o pomoc, wsparcie materialne. Takie są skutki wieloletniego oszczędzania na służbie zdrowia. W tym kontekście słowa Łukasza Szumowskiego o trzech tysiącach wykonywanych testów na dobę mogą być tylko częściowym pocieszeniem.

Co ze szkołą?

Według harmonogramu mają odbyć się również majowe egzaminy maturalne. Tymczasem nauczyciele i dyrektorzy szkół od kilku dni głowili się nad tym, jak organizować nauczanie na odległość – od 25 marca uczniowie mają, zgodnie z decyzją ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego, przyswajać nowy materiał w systemie e-learningu. Przynajmniej w teorii, bo ministerstwo ani nie odpowiada na pytania, jak uczyć dzieci bez stałego dostępu do komputerów, ani jak pracować z uczniami ze specjalnymi potrzebami.

Czy zamkną magazyny Amazona?

Posłowie Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Adrian Zandberg wstawili się w ostatnich dniach za pracownikami Amazon Fulfillment. Polskie magazyny sprzedażowego giganta nie przerwały pracy ani nie zmieniły zasad funkcjonowania przez cały okres epidemii. Pracownicy nadal są dowożeni autobusami do pracy, tłoczą się w firmowych kantynach i szatniach. Niedawno pojawiła się informacja, że jednym z zakażonych jest pracownik magazynu Amazon w Łodzi. Mimo to magazyn pracuje dalej.
Wszyscy Polacy mają natomiast zacząć normalnie pracować po świętach wielkanocnych. Przynajmniej taką nadzieję wyraził dziś premier.

Wykupili maseczki, teraz proszą o pomoc

Koncern LPP w styczniu tego roku wykupił z polskiego rynku od kilkuset tysięcy do nawet miliona masek chroniących przed wirusami. Ruch ten doprowadził do drastycznego wzrostu cen tego produktu. Teraz, kiedy epidemia doprowadziła do obniżki cen akcji spółki, jej właściciele wraz z innymi kapitalistami z branży odzieżowej wystosowali do rządu apel o pomoc.

W styczniu bieżącego roku polskie szpitale miały poważny problem z zakupem masek ochronnych dla swojego personelu. Tym, którzy udało się nabyć niezbędne wyposażenie, firmy sprzedające maski podyktowały bandyckie ceny. Maseczka firmy Admed, przed zakupem LPP kosztowało 100 złotych, potem jego cena, w sytuacji niedoboru podaży, wzrosła do 350 złotych. Kilka innych przedsiębiorstw produkujących zabezpieczenia zerwało kontrakty ze szpitalami, aby zrealizować dostawy do LPP.

Maseczki wyjechały za granicę

Jak informuje Newsweek, koncern przekazał następnie maseczki do Chin. Oficjalnie – w ramach akcji humanitarnej. W rzeczywistości trafiły one do pracowników fabryk wytwarzających odzież dla LPP. W wielu regionach nałożono na mieszkańców obowiązek poruszania się po przestrzeni publicznej w maskach, dlatego też firma, chcąc mieć pewność, że pracownicy przyjdą do pracy, wyposażyła ich w odpowiedni sprzęt.
Determinacja LPP robiła wrażenie. Koncern próbował zassać z polskiego rynku jak najwięcej masek. Na stronie spółki pojawił się nawet numer telefonu, pod który mogły się zgłaszać podmioty chcące sprzedaż deficytowy towar.

Teraz chcą mniej płacić

Firma, której działania mogły narazić miliony Polaków na niebezpieczeństwo epidemiologiczne, kilka dni temu zwróciła się z apelem do rządu o zluzowanie zapisów kodeksu pracy, możliwość skracania czasu pracy, obniżania wynagrodzeń i odroczenia spłacania składek na ZUS na czas kryzysu.

LPP, a także inne firmy wchodzące w skład powołanego niedawno Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług chciałby również aby państwo dokładało do wypłat pracowników prywatnych firm odzieżowych.
Zachowanie kapitalisty skomentował poseł Lewicy Razem, Maciej Konieczny, który przypomniał, że LPP ma na sumieniu m.in. rejestrowanie swoich dochodów w spółkach w rajach podatkowych. Kiedy wiodło jej się dobrze, starała się maksymalnie ograniczać kwoty, którymi musiałaby podzielić się z polskim państwem. Co innego teraz, kiedy stanęło przed nią widmo utraty zysków (bo przecież nie bankructwa).

– Dziś ta sama korporacja, która ma zresztą za sobą historię unikania opodatkowania w Polsce oraz produkcji ubrań w skrajnie niebezpiecznych dla szwaczek warunkach, domaga się od państwa polskiego wsparcia finansowego na czas epidemii – wspomniał parlamentarzysta.

Najpierw ludzie, potem zyski

– Tak działa współczesny kapitalizm. Zyski wielkich korporacji raz po raz okazują się ważniejsze od życia i zdrowia nas wszystkich. Dziś już wiemy na pewno, że świat po pandemii nie będzie już taki jak dawniej. Nie stać na to, żeby dłużej podporządkowywać wszystko logice zysku. Pielęgniarki ratujące nasze życie zarabiają grosze, a grube miliardy zgarniają ludzie, którzy nie zawahają się pozbawić kraju zabezpieczenia przeciw epidemii dla własnego zysku. Czas to wreszcie zmienić – dodał Maciej Konieczny.
Spółka LPP ma za sobą znakomity okres. Od 1 stycznia 2019 r. do końca stycznia 2020 r., przychody ze sprzedaży wyniosły 9,885 mld zł, zysk brutto na sprzedaży – 5,124 mld zł, koszty operacyjne – 4,209 mld zł, a zysk EBIT – 805 mln zł.

O prawdziwą solidarność!

Koronawirus kiedyś ustąpi. Musimy – my, pracownicy najemni, oraz wszyscy ludzie dobrej woli – szczególnie dziś pilnować, aby straty jakie wszyscy poniosą, nie zostały jak zawsze po stronie społecznej, a dochody i zyski po stronie właścicieli kapitału czy pracowników wyższego szczebla administracji rządowej, samorządowej i innych instytucji państwowych.

Pracownikom służb ratownictwa medycznego, pielęgniarkom, lekarzom, salowym, ratownikom medycznym, ludziom zatrudnionym w nielicznych laboratoriów państwowych, szpitalnym gońcom i personelowi sprzątającemu, ochroniarzom na „śmieciówkach”, osobom przy kasach w sklepach wielkopowierzchniowych jesteśmy winni nie tylko słowa wsparcia i gesty pokrzepienia. One są wspaniałe, ludzkie. Ale nie można dopuścić, by nasza wdzięczność dla tych, którzy nie przerywają pracy i służby, ograniczyła się do nich i skończyła się wtedy, gdy minie bezpośrednie niebezpieczeństwo.

Nie wolno dopuścić do tego, by stało się tak, jak np. po powodzi we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku w 1997 r., gdy premie, podwyżki plac i splendor spadły wyłącznie na Prezesów, Dyrektorów, Starostów, Burmistrzów, Prezydentów Miast i ich świty, na dyrektorów Sanepidu, menadżerów różnego rodzaju, urzędników i sekretarki owych „szefów”, siedzących dziś albo w domach albo w sterylnych biurach i pomieszczeniach urzędów na telekonferencjach. Tym rzeczywiście walczącym dostały się tylko ochłapy z pańskiego stołu. Nie wszyscy mogą pracować zdalnie przy laptopie. Dopilnujmy, by zasłużone nagrody trafiły do ludzi z pierwszej linii frontu.

Okazujmy wdzięczność nie tylko machaniem kciukiem na Facebooku
podpisywaniem odezw i solidarnościowych apeli mnożących się w sieci, udziałem w akcjach balkonowych. Nadejdzie czas po epidemii i wtedy potrzebny będzie społeczny nacisk na rządzących, aby ludzie, którym dziś kibicujemy i za których trzymamy kciuki, byli odpowiednio wynagrodzeni i docenieni. Wtedy dopiero okażemy prawdziwą solidarność, wdzięczność i człowieczeństwo.

Rząd sobie poradzi. Na razie ogłosił z pompą założenia planu antykryzysowego w związku z pandemią koronawirusa. Nie miejscu tu na odniesienie się do szczegółów. Intencja naszego apelu jest inna. Ale jeśli z ust wysokiego funkcjonariusza NBP (Adama Glapińskiego) padają słowa o możliwości „czasowego obniżenia wynagrodzeń do minimalnego”, to jest to groźne memento. Gdy premier lekko zapowiada opłacanie przez państwo 40 proc. pensji równocześnie z przyzwoleniem na ich cięcie, możemy spodziewać się wielu złych rozwiązań. Musimy być niezwykle czujni.

Walka z kryzysem może zmienić się w pierwszy krok ku dalszej pauperyzacji ludzi pracy realizowanego przez polityków stojących na straży mega-biznesu i właścicieli kapitału. Nie może być naszej zgody, aby skutki pandemii ponieśli tylko pracownicy najemni. Tak chętnie mówimy o solidarności. Tym razem bądźmy solidarni w rzeczywistości.

Piotr Lewandowski, Radosław Czarnecki (Strajk.eu)

Damy radę!

Pisząc zeszłowtorkowy tekst byłam przekonana, że kiedy dzisiejszy będę mogła poświęcić rządowemu programowi ochrony przed skutkami epidemii. Bo przecież zapowiedzi były, prezydent nawet cudny tytuł wymyślił „Tarcza antywirusowa”. Niestety. Tytuł jest, treści brak.

Jest za to zapowiedź posiedzenia sejmu w najbliższy piątek. Sejm, kiedy to piszę nadal nie wiadomo w jaki sposób przeprowadzone będzie zgromadzenie 460 osób, w znacznej części z tzw. „grupy ryzyka ze względu na wiek” ma uchwalić ustawę, czyli tę „Tarczę”. W trybie ekstraordynaryjnym, bo ochrona ludzi tracących z dnia na dzień środki do życia jest absolutną koniecznością. Sejm, czyli ludzie, uchwalić, czyli najpierw się z treścią zapoznać, a następnie nad nią pracować, udoskonalić i uchwalić, a potem odesłać do Senatu. Jak? – pytam, i nie ja jedna to pytanie zadaję. Jest późny, poniedziałkowy wieczór. Projektu nie ma. A od tego co zostanie uchwalone zależy byt milionów ludzi. Bo niestety „dobrobyt” w Polsce rządzonej przez PiS jest dla znakomitej większości Polek i Polaków jak horyzont. Im oni bardziej próbują sięgnąć, tym on się oddala. Prawie połowa obywatelek i obywateli żyje z dnia na dzień i nie ma żadnych oszczędności. Żadnych! To ci co żyją od zlecenia, do zlecenia, samozatrudnieni, kosmetyczki, fryzjerzy, ale także młodzi dziennikarze, muzycy, aktorzy albo trenerzy, zwani czasem z angielska coach. Kołczem być jakoś się dawało gdy firmy zlecały rozmaite badania, szkolenia, imprezy. Firmy stanęły, widmo głodu zagląda w oczy milionom młodych z kredytami na głowach, za to bez żadnego zabezpieczenia. Więc trzeba tę Tarczę pilnie uchwalić – tylko nie wiadomo o niej zbyt wiele. Wiele wskazuje, że ochroni ona raczej banksterów niż prekariuszy. Wiadomo!

Z innych pewników za absolutnie udowodniony uważam też ten, że Jarosław Kaczyński nie jest żadnym wielkim strategiem politycznym, żadnym guru ani nawet zrozpaczonym po wielkiej stracie starszym panem o dobrym sercu. Kochającym zwierzęta, uczciwym, oddalonym od realiów i nieco smutnym. Jarosław Kaczyński w dwu wywiadach dla RMF i PAP ujawnił obrzydliwa twarz politycznego cynika i łotra. Kiedyś, gdy słyszałam opowieści o tym jak to on brata na śmierć …. prosiłam o niepowtarzanie głupich, niesprawdzonych i krzywdzących plotek. Teraz, kiedy prezes z zimną krwią chce posłać nas do urn wyborczych, a jednocześnie wszyscy, w tym także jego rząd powtarza – nie wychodźcie – bo tylko tak uchronicie siebie i innych, a kilkadziesiąt tysięcy ludzi już objętych jest kwarantanną, wiem. To nie jest ogarnięty nieprzemijającą żałobą brat, to socjopata, dla władzy skłonny poświęcić wszystkich. I jak to często u socjopatów bywa – tchórz, kryjący się za plecami innych przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. Za plecami biskupów. Bo pytany o to czy należy teraz chodzić na mszę – tysiące osób podpisały petycje o zamkniecie kościołów, żeby ograniczyć rozprzestrzenianie się zakażeń, Kaczyński odpowiada cynicznie „Nie ma zakazu. Biskupi nie mówią: „nie chodźcie do kościoła”. Biskupi mówią, że „dajemy wam dyspensę”, to przecież nie jest wezwanie do niechodzenia, tylko stwierdzenie, że można nie chodzić.” Prezydenta – „uważa, że wybory powinny się odbyć. Bo gdyby uważał inaczej, to z całą pewnością podjąłby odpowiednie działania”. Rządu. Nawet niemądrych samorządowców, którzy zafundowali w kilku gminach wybory uzupełniające. Na szczęście frekwencja była niska. Skutki mogą być straszne, wirus ma 14 dniowy okres inkubacji. Za to dla prezesa te wybory, w których zdecydowało się wziąć udział w sumie pewnie kilkaset osób są dla Kaczyńskiego dowodem na to, że wybory prezydenckie nie tylko powinny się odbyć 10 maja, ale dla ich odłożenia w czasie przez wprowadzenie stanu epidemii „nie ma żadnych przesłanek”. Kłamie, oszukuje, drwi z politycznych konkurentów, dzieląc ich na „tych co naprawdę się liczą” i pozostałych i z nas wszystkich opowiadając o urnach wyborczych, które można by dostarczyć do osób w kwarantannie. A na koniec ujawnia – „oczywiście byłoby to – dodam – niezwykle niekorzystne, żeby prezydent i premier byli z różnych obozów politycznych i się spierali. Jest tak, że potrzebujemy dzisiaj wśród innych warunków skutecznego przeciwstawiania się kryzysowi, także politycznej stabilizacji”.
Władza, tylko władza w rękach ludzi mu całkowicie powolnych jest jedynym celem prezesa. Dążenie do podporządkowania wszystkiego i wszystkich za każdą, nawet najwyższą cenę, jest najważniejszą cechą osobowości socjopatycznej. Wszyscy i wszystkie jesteśmy w rękach socjopaty, który za swoje czyny i słowa nie poniesie żadnej odpowiedzialności. Jest przecież tylko jednym z 460 posłów, starszym panem lubiącym zwierzęta. Koszmar jak z najgorszego snu.

A jednak, choć dzisiaj jest trudno, przetrwamy. Wierzę w to, a umacniają moją wiarę nie szaleństwa i dyrdymały władzy, ale ludzie zwyczajni, a dziś niezwyczajni całkiem. Ci, a raczej te szyjące z oddaniem maseczki dla lekarzy, ci co docierają do opuszczonych i bezdomnych z zakupami i dobrym słowem. Ci co wpłacają by zapewnić sprzęt szpitalom i gotują dla medyków ciepłe posiłki. Ci co trwają na lekarskich i pielęgniarskich posterunkach. I ci, co na wezwanie stacji krwiodawstwa mimo zimna stali w długich kolejkach, żeby oddać krew potrzebną w szpitalach. Tak długo jak jest możliwe stanie 4 godziny pod stacją krwiodawstwa, żeby podzielić się z kimś całkiem nieznanym i obcym własną krwią, nikt nas nie pokona! Damy radę! Dbajcie o siebie i pamiętajcie #zostańwdomu.

Bigos tygodniowy

Czy ktoś może mi to wytłumaczyć? Do sklepu czy na pocztę nie może wejść na raz więcej niż jedna osoba, a w kościele może przebywać jednocześnie 50 osób, które śpiewają i wygłaszają dziwne zdania, czyli rozprzestrzeniają wokół siebie ślinę w aerozolu. Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Jak się ma radykalny alert podtrzymywany przez rząd w związku z epidemią, jak się mają wszelkie wezwania ministra zdrowia i innych urzędników państwowych do zachowywania maksymalnych środków ostrożności, jak się ma zamknięcie szkół, wyższych uczelni, sądów, instytucji kultury, lokali gastronomicznych, supermarketów, zakładów usługowych, jak się ma wymóg wchodzenia pojedynczo do urzędów pocztowych i to do ściśle oznaczonej linii, do studiów telewizyjnych i radiowych, gdy odwołano mistrzostwa Europy w piłce nożnej, festiwal filmowy w Cannes i być może odwołana zostanie olimpiada w Japonii, etcetera, etcetera, etcetera, jak się ma praktyka licznych kwarantann, jak się ma wezwanie do nieprzychodzenia bez szczególnie uzasadnionej potrzeby do placówek służby zdrowia, jak się mają nieprzeliczone praktyki mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się epidemii, w tym między innymi zalecanie maksymalnie możliwego unikania bezpośrednich kontaktów, łącznie z unikaniem wspólnych spacerów – do trwania PiS przy przeprowadzeniu wyborów 10 maja? Jak się ten upór ma do definicji ewentualnego zagrożenia epidemiologicznego wypowiedzianej przed kamerą Polsat News przez dyrektora Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, która sprowadza się do sytuacji, w której co najmniej dwie osoby pracują w jednym pomieszczeniu przez co najmniej 15 minut? Jak się w końcu ma do tego osobisty apel Adriana do seniorów, by szczególnie chronili się przed zakażeniem – jak się to, do jasnej cholery, ma do uporczywego trwania władzy przy zachowaniu majowego terminu wyborów prezydenckich? Jojo Brudziński oficjalnie ogłosił zebranie 2 milionów podpisów pod kandydaturą Adriana. A przecież przeprowadzenie wyborów oznacza: konieczność zorganizowania tysięcy komisji wyborczych, czyli przebywania w jednym pomieszczeniu kilkorga osób przez wiele godzin, wzmożony, lawinowy ruch osobowy, w znaczącym stopniu osób starszych, zmierzający (pieszo lub środkami miejskiej komunikacji) do lokali wyborczych (dodatkowo dochodzi czynnik tempa przebiegu wyborów – jeśli głosujący będą wchodzili pojedynczo do lokali, to jak czas wyborów może zamknąć się w obrębie niedzieli?). Czy to nie będzie delikt kryminalny ze strony władzy, która w ten sposób narazi miliony ludzi na wzmożone ryzyko zakażenia, a więc zagrożenia zdrowia i życia? Czy to nie będzie delikt poważniejszy i bardziej karygodny niż łamanie Konstytucji, w którym to przypadku przynajmniej nie miało miejsca bezpośrednie narażenie ludzi na utratę zdrowia lub śmierć? Nawiasem: kilkuset lekarzy francuskich złożył pozew sądowy przeciw premierowi i minister zdrowia za przyzwolenie na wybory, co naraziło ludzi na śmierć. O tym, że de facto nikt, poza Adrianem, nie ma możliwości prowadzenia kampanii wyborczej już nawet nie wspomnę.

„W maju będziemy żyli w warunkach pandemii. Tylko wariat albo zbrodniarz mógłby proponować ludziom pójście do lokali wyborczych” – powiedział Donald Tusk. Z tej definicji wynika, że Kaczor, który kilka dni temu twardo opowiedział się za przeprowadzeniem wyborów 10 maja jest „wariatem lub zbrodniarzem”. Nie sprzeciwiam się tej opinii. Wystarczy poczytać relacje ze scen na lotniskach polskich, głównie Okęcia, w trakcie akcji „powrót do domu” obywateli polskich zza granicy. To co się działo na tych lotniskach i granicach zresztą też, nie było walką z wirusem, ale wspomaganiem go w intensywnych rozprzestrzenieniu się. I to przy zastosowaniu tzw. „procedur”. N.p. setki ludzi tłoczyły się w hali lotnisk, a inne setki przybywających na przejście w Zgorzelcu podpisywało oświadczenie o poddaniu się kwarantannie jednym podsuwanym im „służbowym” długopisem. Koronawirus mógł wesoło i żwawo przebiegać po tym długopisie z dłoni na dłoń. Nawiasem mówiąc, czyżby Prezesa, który poinformował, że „był w kościele” dotknął wirus Dzięgi. Oby w nie najcięższej postaci popychającej do korzystania z życiodajnej wody święconej ile dusza zapragnie. Życiodajnej w sensie życia wiecznego rzecz jasna.

Jedna z moich ulubionych posłanek, Klaudia Jachira (jaka szkoda, ze nie jest w Lewicy, tylko w KO, która do niej pasuje jak pięść do nosa) zwróciła uwagę na to, że epidemia uśpiła, a może po części sparaliżowała opozycję. Istotnie. Opozycja jakby zapomniała o niedawnym skandalu, jakim było przyznanie dwóch miliardów szczujni TVPiS, dwóch miliardów, które bardzo by się przydały na walkę z epidemią, zwłaszcza przy kolosalnych brakach przypomnianych przez samą pisówkę, Krynicką Bernadettę z Łomży. Opozycja powinna o tym nie mówić, a wyrykiwać donośnym głosem. Tymczasem nawet o szykowaniu się reżymu do wyborów prezydenckich mówi tak niemrawo, jakby chodziło o sprawę drugorzędną. Tymczasem powinna przez megafony ryczeć, że sam pomysł przeprowadzenia w terminie wyborów prezydenckich to skandal i głupstwo. Pojawił się mem z Adrianem stojącym obok urny cmentarnej i „zapraszającym do urn”

Mecenas Michał Wawrykiewicz mówi bez ogródek: już teraz, nie po ewentualnych wyborach można składać pozwy sądowe o zagrożenie zdrowia i o zaniechanie wyborów w nadzwyczajnych warunkach epidemii. Organizowanie wyborów tych warunkach jest działaniem prowadzącym do zagrożenia życia wielu osób. Artykuł 165 kodeksu karnego przewiduje za takie działania „sprowadzające niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej” karę do ośmiu lat więzienia, a w przypadku zaistnienia kwalifikowanej postaci tego przestępstwa: gdy następstwem tego czynu jest śmierć lub ciężki uszczerbek na zdrowiu – kara do dwunastu lat więzienia. Ten artykuł powinien być zaadresowany do prezydenta, premiera, marszałka Sejmu. „Sprawstwo nastąpi, jeśli wybory fatycznie zostaną zorganizowane w maju” – stwierdza Wawrykiewicz. Co do Kaczyńskiego, to prawnik jest zdania, że ten „szeregowy poseł” może zostać pociągnięty do odpowiedzialności za „podżeganie czy pomocnictwo”. „Dlatego w mojej ocenie – kontynuuje adwokat – w razie przeforsowania tej szalonej, zapewne tragicznej w skutki, decyzji można będzie mówić o odpowiedzialności karnej zarówno jego, jak i wielu innych osób, które uczestniczą w planowaniu wyborów, ryzykując życie milionów obywateli” – konkluduje. Ale to w odległej zapewne przyszłości. Na dziś, osobiście odmawiam, już teraz, uczestnictwa delikcie kryminalnym ludzi władzy, czyli pójścia na wybory na warunkach Kaczora. Czy ten człowiek jest obłąkany?

PS. Kącik poetycki
Ryszard Grosset

POMYSŁ GENIUSZA

Jest pomysł, co się zdaje durny
by emerytów gnać do urny
i ani trochę się nie zrażać
tym,że panuje w krąg zaraza.
Lecz ,gdy się trochę zastanowić,
wtedy w rozumie człowiekowi
myśl świta – prezes jest geniuszem
co problem chce rozwiązać z ZUSem.
Emeryt pójdzie – krzyżyk „walnie”,
złapie wirusa – skończy marnie.
Tą drogą siostry i braciszki
ZUS się uwolni od zadyszki.
Ruszaj do urny emerycie
Aby za państwo oddać życie.