Silvio Berlusconi ograł Covid19

W ostatnich dniach polityczny krajobraz włoskiej polityki na chwilę stanął w miejscu oczekując na wieści ze Szpitala Św. Rafała w Mediolanie, w którym przebywał jeden z włoskich polityków. Być może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie prosty fakt, że mowa o Silvio Berlusconim.

Na początku września były Premier Włoch poinformował ze swojej willi w miejscowości Arcore, że jest zainfekowany koronawirusem. Zarażeni byli też jego syn Luigi i córka Barbara oraz narzeczona Marta Fascina, obecnie również posłanka partii Forza Italia, a także członek ochrony, przyjaciele i służba.
Chcąc uspokoić swoich wyborców Silvio Berlusconi zaznaczył, że nie odczuwa żadnych objawów i że czuje się świetnie. Jednak już następnego dnia był zmuszony do stawienia się do szpitala Św. Rafała w Mediolanie, gdzie został poddany szczegółowym badaniom, które wykazały wczesny etap obustronnego zapalenia płuc.
Alberto Zangrillo, osobisty lekarz Berlusconiego i jednocześnie dyrektor oddziału anestezji i reanimacji, nakazał pozostawienie byłego premiera w szpitalu. Według niego choroba tego rodzaju wykryta na wczesnym etapie nie jest groźna, ale okolicznościami niesprzyjającymi były wiek i liczne choroby, które przeszedł w przeszłości.
Na pytania dziennikarzy otoczenie eurodeputowanego informowało, że nie ma powodów do zmartwień, mimo to w chwili ogłoszenia diagnozy świat włoskiej polityki zatrzymał się. Co prawda osobisty lekarz Berlusconiego twierdził, że stan byłego premiera jest stabilny co budziło ostrożny, ale uzasadniony optymizm.
Mimo to zaczęły się jednak pojawiać pewne obawy. A co jeśli tym razem Silvio Berlusconi nie oszuka losu i ten pojedynek przegra? Oczywiście publicznie nikt nawet nie odważył się postawić takiej tezy, tylko wszyscy dawali do zrozumienia, że Berlusconi niczym kiedyś Andreotti, inny mocarz włoskiej polityki, jest po prostu nie do zdarcia. Jednak zaczęły się pojawiać w kuluarach dość konkretne pytania: co dalej? Kto przejmie schedę lidera w partii Forza Italia, niegdyś najsilniejszego ugrupowaniu na półwyspie apenińskim, które być może niedługo przegoni Ligę Matteo Salviniego i wróci na szczyt popularności wśród prawicowych wyborców? Co się stanie z medialnym koncernem Mediaset, które uświadomiło milionom Włochów na czym polega prywatna telewizja? Kto go zastąpi na fotelu prezesa piłkarskiego klubu Monza? Lombardzki klub, który niczym kiedyś Milan został przez Berlusconi wykupiony za grosze i w kilka lat poprowadzony z Serie D (włoska czwarta liga), aż do Serie B (zaplecze włoskiej ekstraklasy) i są plany na awans do Serie A już w nadchodzącym sezonie. Inaczej mówiąc – kto przejmie imperium po Silvio Berlusconim?
Całe szczęście te pytania można zostawić na inny może bardziej odległy czas, ponieważ już w ostatni poniedziałek Silvio Berlusconi opuścił szpital. Były premier Włoch ocenił, że zakażenie koronawirusem było jednym z największych wyzwań w jego życiu i jest przede wszystkim wdzięczny prawdziwym bohaterom ostatnich miesięcy na półwyspie apenińskim, czyli lekarzom. Można odnieść wrażenia, że jak zawsze udało mu się kolejne wyzwanie wygrać na swoich warunkach. Jak sam stwierdził uśmiechnięty Berlusconi, w krótkiej rozmowie z dziennikarzami przed szpitalem: „uszło mi to na sucho”. Trudno się nie zgodzić.
Co ciekawe osobisty lekarz, któremu „Il Cavaliere” gorąco dziękował po wyjściu ze szpitala do niedawna uchodził za lidera „opozycji” wobec rządowych ekspertów nawołujących do jak najdłuższego zachowania „antykoronawirusowych„ restrykcji. Jak sam twierdził z klinicznego punktu widzenia wirus nie istnieje i przekonywał jeszcze w maju, że trzeba jak najszybciej powrócić do normalnego życia bo istnieją wszelkie przesłanki, aby to uczynić. Ciekawe czy dzisiaj ma dalej takie samo zdanie.

Nareszcie założyłam maseczkę Historia walczącej z epidemią, studiującej w Polsce, Chinki

„W tamtym czasie często słyszałam, jak inni chińscy studenci mówili, że nosząc maseczki, spotykali się z dziwnym spojrzeniem przechodniów. Zachęcałam więc Polaków na Facebooku, aby nie dyskryminowali Azjatów. Nie spodziewałam się, że otrzymam wsparcie od wielu Polaków, a niektórzy z nich przekazali moje posty dalej” – tak mówiła w połowie marca Zhang Huilinga (Lingling), Chinka studiująca na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wówczas polskie Ministerstwo Zdrowia wyjaśniało, że zdrowi ludzie nie muszą nosić maseczki, tylko osoby chore. Przy dalszym rozwoju epidemii, resort zdrowia zastrzegł, że od 16 kwietnia wszyscy muszą nosić maseczki w miejscach publicznych.

Od momentu wybuchu epidemii koronawirusa życie Zhang Huilinga w Polsce zaczęło przypominać jazdę kolejką górską.
Czas obchodów Chińskiego Nowego Roku, który przypadł pod koniec stycznia, to w Polsce okres akademickiej sesji. Lingling była zmęczona egzaminami, a jednocześnie chińskie media społecznościowe na jej telefonie komórkowym były pełne wiadomości o wybuchu epidemii. Chinka zaczęła martwić się o swoją rodzinę. Dziś tak wspomina ten czas: „Uważam mój dom w Guangdong za miejsce, w którym napływ imigrantów jest dość duży. Moi rodzice są starsi, a ich ciała nie są tak silne, jak wcześniej. Mój młodszy brat pracuje na lotnisku w Shenzhen. Bardzo się martwiłam o nich. Po sesji codziennie dzwoniłam do nich by dowiedzieć się jak się czują. Przypominałam im, żeby nie wychodzili z domu i pytałam czy mają wystarczającą ilość maseczek. Przekazywałam im różne informacje dotyczące zapobiegania epidemiom, w obawie, że będą podchodzić do sytuacji w sposób lekceważący”.
W celu odcięcia źródła infekcji Chiny postanowiły zamknąć miasto Wuhan pod koniec stycznia. Zaraz po tym Polacy zaczęli wracać z Chin do ojczyzny. Już wówczas w Europie zdarzały się przypadki infekcji koronawirusem. Chociaż wszyscy cieszyli się zimowymi feriami i oczekiwali nadejścia wiosny, to Lingling martwiła się rozprzestrzenianiem się epidemii w Europie:
„Myślę, że wielu ludzi wyjechało wtedy z Wuhanu do krajów europejskich, nie myślę tu wyłącznie o Chińczykach, ale też o Europejczykach, którzy wcześniej podróżowali, pracowali i studiowali w Chinach. Wszyscy oni stali się ukrytym zagrożeniem. W tym czasie Europa nie podjęła żadnych praktycznych działań. Jeśli chodzi o środki przeciwepidemiczne, strona polska wymagała od pasażerów powracających z Chin wypełnienia kwestionariusza z niektórymi podstawowymi informacjami. Nie mierzono wówczas pasażerom temperatury”.
Pod koniec lutego Uniwersytet Jagielloński został ponownie otwarty, ale większość polskich szkół wymagała od studentów z Chin pozostania w kwarantannie, po czym mogli wziąć udział w zajęciach. Nie dotyczyło to jednak studentów z Korei Południowej i Włoch, mimo że wówczas sytuacja epidemiologiczna w tych krajach była już bardzo poważna. Ponieważ w tym czasie w Polsce nie było potwierdzonych przypadków zarażenia koronawirusem, polski rząd nie podjął natychmiastowych surowych środków zapobiegania i kontroli, w związku z czynnikami ekonomicznymi. To pogłębiło wcześniejsze obawy młodej Chinki:
„W tym momencie nagle zdałam sobie sprawę, że zimowe ferie w Polsce właśnie się skończyły. Musiało być wielu Polaków, którzy właśnie wrócili z wakacji z krajów Europy Południowej i Zachodniej, a nawet z Azji Południowo-Wschodniej. Dodatkowo międzynarodowi studenci dopiero co wrócili na uczelnię. Zaniepokoiło mnie, że strona polska nie podjęła jeszcze żadnych kontrolnych środków.”
4 marca potwierdzono pierwszy przypadek zarażenia koronawirusem w Polsce. Dziewczyna już wcześniej zrobiła zapasy produktów spożywczych, kupiła też małą butelkę alkoholu, dwie butelki płynu dezynfekującego i mydło, ale nie kupiła maseczek. Jak wyjaśniła:
„Na szczęście chińscy studenci i przyjaciele w Polsce dali mi kilka maseczek, a potem ambasada Chin przysłała nam zestaw medyczny, co rozwiązało mój problem. W połowie marca moja była dyrektorka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Języków Obcych w Kantonie, Mao Yinhui, specjalnie przykazała mi dziesięć masek z Chin ”.
Jednak Lingling i jej chińscy przyjaciele napotkali inny problem. W chwili wybuchu epidemii w Polsce chińscy studenci, mimo że mieli w rękach maseczki, nie odważyli się ich nosić, ponieważ bali się nieprzyjemnych spojrzeń ze strony przechodniów. Gdy epidemia nasiliła się, Chinka postanowiła być odważną i na Facebooku wezwał Polaków, aby nie dyskryminowali Azjatów noszących maseczki. Napisała wówczas na Facebooku:
„Załóż maseczkę lub nie noś jej. Spróbujmy spojrzeć na różnicę między nimi: to jak radzenie sobie z przeziębieniem. Europejczycy piją mleko z miodem, a Chińczycy piją gorącą wodę z imbirem. Po prostu”.
Fakty dowiodły, że środki takie jak noszenie masek i utrzymywanie dystansu społecznego mają znaczący wpływ na powstrzymanie rozprzestrzeniania się epidemii. Wraz z rozwojem sytuacji polski rząd dostosował także w odpowiednim czasie różne ograniczenia izolacyjne i środki kontrolne. Podobnie jak zmiana koncepcji noszenia masek w Polsce, życie Lingling i otaczających ją polskich przyjaciół również uległo głębokiej zmianie z powodu epidemii, o czym tak mówi:
„Wielkanoc była bardzo trudnym czasem dla moich polskich przyjaciół. Większość z nich miała trudności aby obchodzić to święto, z daleka od rodziny. Współczuję im. Ale mam nadzieję, że coś czego zabrakło podczas tegorocznej Wielkanocy, będzie można zrekompensować za rok, w trakcie kolejnej wiosny. Wszyscy z niecierpliwością czekają na wygaszenie epidemii tak szybko, jak to możliwe, aby życie powróciło jak najszybciej na właściwy tor. ”
Podczas epidemii chińska studentka pozostaje w akademiku i kontynuuje naukę w formie zajęć online, ale ta forma nauki jest bardzo ograniczona. Ona, jej wykładowcy i koledzy z roku nie mogą się doczekać powrotu na uczelnię. Oprócz nauki Lingling i jej polscy przyjaciele pomagają innym, zwłaszcza osobom starszym, w pracach domowych lub zakupach. Wkrótce po zamknięciu uniwersytetu w mediach społecznościowych uruchomiono możliwość przekazywania darowizny na rzecz szpitali. Również i ona aktywnie uczestniczyła w tym wydarzeniu i ma swój wkład w walkę z epidemią koronawirusa w Polsce. Jak podkreśla:
„Myślę, że wszyscy są równi wobec epidemii. Wcześniej pomagałam w zdobyciu środków medycznych dla Wuhanu, teraz robię to dla Polski, która jest mi bliska, a potrzebuje w tym momencie wsparcia i pomocy. Co więcej, teraz jestem tutaj, a lokalna epidemia jest związana ze mną. Mogę wnieść niewielki wkład, więc od razu przekazałam dwieście złotych.”
Naprzeciwko akademika, w którym mieszka Lingling, jest park. Po wybuchu epidemii opustoszał on. Dziewczyna wielokrotnie patrzyła na światło słoneczne przenikające przez chmury i padające na pustą ziemię. Świat wydawał jej się bardzo daleki.

Jak Chińczycy obchodzili Święto Smoczych Łodzi w czasie epidemii?

Wiszące saszetki z medykamentami, jedzenie zongzi, wyścigi smoczych łodzi… Święto Smoczych Łodzi (Duanwu) to kolorowa tradycja, która ożywa co 12 miesięcy. W 2020 roku Święto Smoczych Łodzi przypadło 25 czerwca, w związku z czym Chińczycy mieli długi weekend od 25 do 27 czerwca.

Święto Smoczych Łodzi, Święto Wiosny (Chunjie) i Święto Środka Jesieni (Zhongqiu) to najważniejsze dni w chińskim kalendarzu, które związane są z wielowiekową tradycją.
W tym roku panuje na całym świecie pandemii koronawirusa. Mimo, że obecnie w Chinach sytuacja epidemiologiczna jest pod kontrolą, to niektóre wydarzenia związane ze Świętem Smoczych Łodzi zostały zawieszone lub zmienione w związku z działaniami mającymi na celu zapobieganie i kontrolę epidemii.
Można powiedzieć, że Święto Smoczych Łodzi w tym roku było zarazem tradycyjne, jak i nowoczesne.
Skąd pochodzi Święta Smoczych Łodzi?
Pochodzenie Święta Smoczych Łodzi, nie jest jednoznaczne, ponieważ wzmianki i odnośniki do tej tradycji można znaleźć w wielu legendach i opowieściach. Według niektórych jego początki sięgają obrzędów z czasów dynastii Xia, inni uważają, że jego korzeni należy szukać wśród lokalnych rytuałów ludności mieszkającej w rejonach rzeki Jangcy. Jednak największą popularnością cieszy się historia związana z imieniem wielkiego chińskiego poety i patrioty – Qu Yuana, który żył na przełomie IV i III wieku p.n.e. w królestwie Chu. Poeta, oburzony politycznym zepsuciem i korupcją, zrozpaczony tym, że wrogie królestwo najechało jego ojczyznę i zdobyło stolicę, napisał poemat „Opłakując Ying” (Ying to nazwa stolicy państwa Chu), po czym rzucił się w nurt rzeki Miluo. Wydarzyło się to piątego dnia piątego miesiąca chińskiego kalendarza księżycowego. Próby ratowania Qu Yuana, a następnie poszukiwanie jego ciała przez miejscowych rybaków miały dać początek wyścigom smoczych łodzi.
Co Chińczycy jedzą podczas Święta Smoczych Łodzi?
Od czasu tragedii, każdego roku w rocznicę śmierci poety, ludzie gromadzili się na brzegu rzeki Miluo i rzucali do wody ryż, chcąc w ten sposób oddać cześć jego duchowi. Aby uchronić ryż przed zepsuciem, przed wrzuceniem do wody zawijano go w liście trzciny lub bambusa. Tak owinięty ryż nazywa się zongzi.
Jedzenie zongzi jest najważniejszym obyczajem kulinarnym Święta Smoczych Łodzi. Robi się je z kleistego ryżu, zawija w liść trzciny i bambusa, i gotuje na parze. Należy je przygotować w przededniu święta. Zongzi są również kulinarnym prezentem świątecznym, którym krewni i przyjaciele wymieniają się podczas wzajemnych wizyt. Poza tym w niektórych rejonach Chin utrzymują się inne lokalne zwyczaje, takie jak spożywanie solonych kaczych jaj czy picie ziołowego wina.
Co robią Chińczycy podczas Święta Smoczych Łodzi?
Do obchodów Święta Smoczych Łodzi można zaliczyć ponadto specjalne przystrajanie drzwi wejściowych domów pachnącymi bukietami ziół – bylicą. Wierzono, że można w ten sposób odpędzić demony oraz zapobiec chorobom. Wypełnione sproszkowanymi ziołami amulety przyczepiano do warkoczyków lub przyszywano do dziecięcych ubrań. Amulety służyły także jako naszyjniki i bransolety. Dzieci nosiły także buty, na których znajdowała się postać tygrysa, co miało im zapewnić długowieczność, spokój i szczęście. Saszetki pięknie pachnące zawieszano jako dekoracje. Jest to chiński zwyczaj ludowy, znany od tysięcy lat, który jest symbolem usuwania chorób i utrzymywania pokoju.
Warto wspomnieć, że wyścigi smoczych łodzi to bardzo tradycyjne wydarzenie. Co roku w Parku Mokradeł Xixi, w dzielnicy Wuchang w Hangzhou, w mieście w południowo-wschodnich Chinach, odbywają się zawody. Impreza ta wywodzi się z dynastii Ming, a jej historia sięga 500 lat. Ponieważ strumień Xixi jest wąski, istnieje wiele typów smoczych łodzi. Obecnie „Wyścigi smoczych łodzi w dzielnicy Wuchang” znalazły się na krajowej liście dziedzictwa niematerialnego. W 2020 roku wydarzenie nie odbyło się z powodu epidemii.
Jakie są nowe formy obchodzenia Święta Smoczych Łodzi podczas epidemii?
W związku z wprowadzeniem drugiego stopnia sytuacji kryzysowej w Pekinie, podczas okresu świątecznego nie organizowano żadnych wydarzeń masowych w stolicy, ale wykorzystano sieć internetową. W innych miastach Chin również pojawiło się więcej wydarzeń kulturalnych online niż w było to w przeszłości.
Tegoroczne Święto Smoczych Łodzi zainaugurowało osiem głównych działań w Internecie, w tym „Tysiące żaglowców i zamożne życie” czyli zawody smoczych łodzi czy „Konkurencja w robieniu zongzi”. Również zorganizowano ponad 70 kluczowych działań kulturalnych w 6 rożnych dziedzinach. W sumie na 32 stronach internetowych można było poczuć świąteczną atmosferę, gdyż tam łączyła się konsumpcja z kulturą, turystyką, sportem, nauką i technologią.
Wystawy online to największa zmiana związana z muzealnictwem w Pekinie. Podczas Święta Smoczych Łodzi ponad 100 muzeów i galerii sztuki w stolicy Chin wykorzystało swoje oficjalne strony internetowe i publiczne konta WeChat, aby odwiedzający mogli oglądać skarby i ekspozycje dzięki panoramicznym wirtualnym przewodnikom, audioprzewodnikom, wirtualnym salom wystawowym, kursom online i aplikacjom APP.
Istotą zwyczajów Święto Smoczych Łodzi jest pozostanie w zdrowiu oraz życzenia pomyślności. W tym roku, w czasie pandemii koronawirusa wykorzystano Internet do obchodów święta, nie zapominając przy tym o szacunku wobec tradycji.

Kultura po zarazie

Wszyscy głowią się, jak będzie wyglądał świat po zarazie, jak zmieni się życie kulturalne po jego odmrożeniu. Czy wróci w utarte koleiny, czy obierze inny, nieznany kierunek?

To oznacza, że nastała pogoda dla wizjonerów i proroków. Kto jednak nie ma zadatków na proroka, może sięgnąć po wyniki coraz częściej publikowanych sondaży, ankiet i badań opinii, z których wyłania się przybliżony obraz tego, co nastąpi.
Sporo ciekawych wniosków podpowiadają
wyniki sondażu
przeprowadzonego w dnia 8-14 maja, a więc w okresie rozwiniętej już pandemii w połowie marca przez grupę badaczy z Centrum Kultury w Lublinie, przy wykorzystaniu narzędzi i komentarzy dr. Mariusza Gwozdy z Fundacji na rzecz Badań i Inicjatyw Społecznych. Przy wszystkich możliwych i zasadnych zastrzeżeniach, że to tylko sonda, że badania niereprezentatywne, że całkowicie dobrowolnie pozyskane odpowiedzi od przede wszystkim – jak można się domyślać – dotychczasowych odbiorców oferty kulturalnej tego Centrum, warto je dokładnie przestudiować.
Wzięło w nich udział ponad 700 osób, w większości o wyższym wykształceniu i bez wątpienia wyższym od przeciętnego standardzie potrzeb kulturalnych i rzeczywistego uczestnictwa w kulturze. Na pytanie bowiem jak często ankietowani – przez pandemią – korzystali ze spektakli, koncertów, seansów filmowych zadeklarowało, że raz w tygodniu (22 procent) albo częściej niż raz w tygodniu (14 procent) lub co najmniej raz w miesiącu (19 procent) albo częściej niż raz w miesiącu (27 procent). Sumując te wyniki otrzymujemy imponujący wskaźnik 82 procent ankietowanych, którzy uczestniczą co najmniej raz w miesiącu w wydarzeniu artystycznym. To wynik znacznie przekraczający przeciętną krajową. Pamiętajmy, że badania są prowadzone w Polsce, gdzie przeciętny rodak sięga po książkę rzadziej niż raz na dwa lata, a tzw. tzw.
indeks praktyk kulturalnych
przyjęty w Unii Europejskiej do badania poziomu uczestnictwa w kulturze sytuuje nas na końcu unijnej tabeli. Tak więc, wracając do ankietowanych, reprezentują oni, jeśli nie elitę, to z pewnością grupę znacznie bardziej zaawansowanych uczestników kultury od przeciętnej krajowej. Co zresztą potwierdza ich odpowiedź na pytanie: „Czy uczestnictwo w życiu kulturalnym i korzystanie z oferty instytucji kultury jest dla Pana/i ważne?”. Okazało się, że aż 91 procent ankietowanych odpowiedziało na tak postawione pytanie twierdząco.
Warte uwagi są wyniki sondażu dotyczące preferencji wyboru propozycji kulturalnych online, od których zrobiło się aż tłoczno w Internecie. Wbrew oczekiwaniom ankietowani traktują niemal równorzędnie spektakle (49 procent), koncerty (48 procent) i filmy (51 procent). Rzecz inaczej wyglądała, kiedy zapytano badanych o ich gotowość bezpośredniego uczestnictwa w imprezach kulturalnych już po ustąpieniu pandemii. Wtedy rozkład preferencji przedstawiał się następująco: najwięcej zwolenników zebrały koncerty (34), projekcje filmowe w kinach (18 procent) i spektakle (17 procent), ale i tak wyraźna pozostała przewaga kontaktu z żywym wykonawcą, co – jaki komentuje dr Gwozda dowodzi, że odbiorcy kultury stęsknili za bezpośrednim kontaktem z artystami i wyżej cenią sobie spektakle i koncerty (łącznie) od „bezdotykowego” kina. To dość krzepiąca wiadomość dla twórców teatralnych, bo – jak wiadomo – bezpośrednie oddziaływanie, tworzenie żywej wspólnoty jednego wieczoru jest fundamentem sztuki teatralnej, bez której sztuka teatru nie może się obejść.
Wspomniane deklaracje nie oznaczają, że odbiorcy kultury nie wyrażają poważnych obaw czy wahań związanych z uczestnictwem w imprezach masowych. Chętniej przewidują swój udział w spotkaniach czy zdarzeniach kameralnych niż w wielkich imprezach. Wiele osób wyraża wątpliwości, czy podczas imprez masowych rzeczywiście będzie dotrzymywany reżim sanitarny, czy bliskość fizyczna wielu osób nie stworzy na nowo zagrożenia epidemicznego. Jak widać, obawy, jakie wniosła – być może na trwałe – do naszego życia pandemia. Można się spodziewać, że podobnego typu obawy będą nam towarzyszyć jeszcze bardzo długo, nawet po wygaśnięciu je ognisk, oddziałując na zachowania i obyczaje kulturalne. Tak czy owak, będzie musiało upłynąć trochę czasu, nim publiczność na nowo uwierzy w bezpieczeństwo korzystania z sal teatralnych, koncertowych czy kin.
Może jeszcze bardziej znaczące, choć w samym badaniu we wspomnianej ankiecie specjalnie nieeksponowane są odpowiedzi na pytanie o
deklarowany poziom wydatków
ponoszonych na zaspokojenie potrzeb kulturalnych. Większość, bo 38 procent ankietowanych deklaruje utrzymanie dotychczasowego poziomu wydatków na kulturę, 10 procent jest gotowych zwiększyć te wydatki, ale aż 24 procent zapowiada ich zmniejszenie.
To bardzo ważna przestroga dla polityków i organizatorów życia kulturalnego. Oznacza bowiem, że aż co czwarty odbiorca kultury zamierza redukować swoje wydatki na kulturę. Wprawdzie nie wiemy w jakim stopniu, a także nie towarzyszą tej deklaracji żadne bliższe motywacje, ale nietrudno je sobie wyobrazić. Jeśli pamiętać o ekonomicznych skutkach zamrożenia gospodarki, spodziewanym i już następującym zubożeniu społeczeństwa, a więc i spadku siły nabywczej konsumentów kultury, wyjaśniają się powody zapowiadane zmniejszenie wydatków na kulturę . To ważna informacja także dla polskiej lewicy, w której programach zawsze akcentowano walkę o zapewnienie dostępności kultury, o niwelowanie występujących wciąż nierówności, które tę dostępność limitują. Prawdę mówiąc, wszystkie pozytywy omawianej ankiety, przyćmiewa ta ostatnia informacja. Jeśli bowiem rzeczywiście aż czarta część odbiorców kultury obniżyłaby poziom wydatków na kulturę, musiałoby to nieuchronnie doprowadzić do bardzo niepokojących skutków, zwłaszcza biorąc pod uwagę osłabioną wydolność finansową wielu instytucji artystycznych. Jeśli do tego dodać spodziewane obniżenie wpływów z biletów związane z koniecznością przestrzegania reżimu sanitarnego, sytuacja finansowa teatrów, filharmonii, kin, a nawet części muzeów może prowadzić do ich bankructwa. To z kolei tworzyłoby nowe „dziury” w sieci instytucji kulturalnych, a więc sprzyjało pogarszaniu się dostępności do kultury, Groziłby to w rezultacie efektem błędnego koła dekulturacji. Żeby temu niebezpieczeństwu zapobiec, trzeba już teraz myśleć o programie osłonowym, który chroniłby najsłabszych przed wykluczeniem z kultury.
Osobną częścią lubelskiej ankiety były opinie i propozycje uczestników – trudne do jakiegoś statystycznego uśrednienia – na temat powstałej w wyniku pandemii sytuacji i przyszłości. Niektóre z nich na pewno warte są uwagi i przemyślenia. Odsłaniają bowiem kierunek myślenia, jaki obrali odbiorcy kultury, a tym samym poniekąd zaproponowali organizatorom życia kulturalnego. Trudno je tutaj wszystkie omawiać, dla przykładu zacytuję tylko dwie z przytaczanych odpowiedzi na ankietę:
„Myślę, że to dla instytucji kultury może być nowy start. Nie wrócicie do tego, co było, tak samo, jak reszta z nas. Trzeba wykorzystać Internet nie jako dodatek do działalności kulturalnej, ale jako jedną z form, by utrzymać kontakt z ludźmi, którzy nigdy nie byli u Was, a Internet sprawia, że są i będą Waszymi odbiorcami”.
I drugi wpis:„Otwarcie świata po epidemii powinno być nowym otwarciem dla wszelakich idei, inicjatyw i działań. Należy wykorzystać zaistniałą sytuację do przeprowadzenia szeregu zmian, nie tylko tych związanych z wirusem. Zachęcam Państwa do wypełniania swojej misji w taki sposób, aby kultura zbliżała ludzi”.
Jak więc widać, to poważne oczekiwania. Apetyt na kulturę wcale nie maleje, ale zmieniają się warunki korzystania z jej dobrodziejstwa.

Lewica: samorządy potrzebują koła ratunkowego

Samorządy mogą wskutek pandemii stracić nawet 20 mld złotych: z jednej strony ponosiły większe wydatki związane z pomocą społeczną i spełnianiem zaostrzonych norm sanitarnych, z drugiej – osiągnęły niższe wpływy z podatków.

Nowy projekt ustawy złożony w Sejmie przez klub Lewicy przedstawia możliwość zrekompensowania tych strat. W przekonaniu socjaldemokratycznych posłów kryzys nie powinien być przyczyną załamania się usług publicznych, należy też ratować przed ostrym hamowaniem zaplanowane w samorządach inwestycje, które miały służyć wszystkim mieszkańcom. Kluczowy zapis projektu przewiduje subwencję rekompensującą dla samorządów. Miałaby ona objąć dochody utracone w wyniku zagrożenia ekonomicznego w następstwie wystąpienia COVID-19 oraz stosowania ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Autorzy projektu sugerują, by wyniosła połowę utraconego dochodu z udziałów we wpływach z podatku dochodowego od osób fizycznych oraz z podatku dochodowego od osób prawnych.

Serce Polski

Przypominają także, że podczas kryzysu samorządy ponosiły koszty związane z obsługą pomocy dla lokalnych przedsiębiorców, adaptacją szkół i przedszkoli do pracy przy zaostrzonych normach bezpieczeństwa, a wreszcie czekają je wydatki związane z organizacją wyborów prezydenckich.

Kandydat Lewicy na prezydenta Robert Biedroń nazwał samorządy „bijącym sercem Polski” i przypomniał, jak wiele zadań związanych z codziennym funkcjonowaniem obywateli wykonują właśnie one.
– To one finansują szpitale, kierują szkołami, zarządzają opieką społeczną i innymi sieciami wsparcia. Dbają o to, żeby jeździły autobusy, a z naszych kranów leciała ciepła woda. Kiedy przychodzi do ratowania mieszkańców miast i miasteczek w czasie pandemii koronawirusa rząd zostawił je same. Nie ma w Polsce gminy ani miasta, które nie ucierpiałyby w wyniku pandemii – podkreślił.

– Wpływy Łodzi z podatków w kwietniu były niższe niż rok wcześniej o niemal połowę. Samorządy nie czekały na wsparcie rządu, kiedy kupowały środki ochrony, wspierały przedsiębiorców. Teraz to bardzo odczuwają – pokazała te straty na konkretnym przykładzie wiceprezydent Łodzi Małgorzata Moskwa-Wodnicka. Ubytki w przychodach nie ominą nawet najsilniejszych finansowo metropolii. Związek Miast Polskich szacuje straty na 20 mld złotych, Robert Biedroń wskazywał, że budżety walczących z kryzysem samorządów są nawet o 40 proc. uboższe.

Dość jazdy na gapę!

Ratunkiem dla samorządów ma być nie tylko ogólna rekompensata, ale też dotacje celowe. Po to, by w lokalnych budżetach na pewno nie zabrakło na edukację czy opiekę zdrowotną (nie tylko na walkę z epidemią).
– Panie Premierze, dość jazdy na gapę, kosztem samorządów i ich mieszkańców. Samorządowcy ze wszystkich zakątków Polski wystawiają PiS-owi rachunek za wykonaną za was pracę. Niech pan pokaże, że jesteście uczciwi i zapłaćcie! – apelował do Mateusza Morawieckiego poseł Marcin Kulasek.

Posłowie Lewicy podkreślali, że rząd przypisuje sobie wszystkie zasługi w walce z epidemią, a nawet je rozdmuchuje. Tymczasem zgodnie z „ustawą koronawirusową” z 2 marca premier ma prawo zlecać samorządom określone zadania związane ze zwalczaniem rozprzestrzeniania się choroby. I słusznie, tyle tylko, że na wykonanie tych czynności potrzebne są pieniądze, a te wcale nie płyną szerokim strumieniem. Równocześnie samorządowcy są zaskakiwani podejmowanymi na szczeblu centralnym decyzjami, które dotyczą bezpośrednio prowadzonych przez nie instytucji. Ostatnio np. zobowiązano ich do otwierania żłobków i przedszkoli, bez szczegółowych instrukcji, bez testów dla ich personelu.

Swoich samorządowców mają w Polsce wszystkie liczące się partie polityczne. Dlatego Lewica ma nadzieję, że akurat ten projekt zyska wsparcie ponad podziałami i sprawnie trafi pod obrady Sejmu.

Uchronić szkoły przed epidemią

Gdy minister Piontkowski ogłosił zdalne nauczanie, nauczyciele musieli niemalże z dnia na dzień zorganizować na nowo swoją pracę. Teraz, gdy ponownie otwarte zostały przedszkola, a do szkół mogą wracać klasy I-III, pedagodzy obawiają się: czy naprawdę uda się zapobiec fali zakażeń koronawirusem? W tej też sprawie do szefa MEN interpelację poselską kieruje poseł Lewicy Jan Szopiński.

Parlamentarzysta chce wiedzieć, czy MEN zamierza zorganizować i sfinansować, wspólnie z Ministerstwem Zdrowia i Głównym Inspektoratem Sanitarnym, powszechne badania na koronawirusa dla wszystkich pracowników oświaty, którzy mają bezpośredni kontakt z uczniami. Chodziłoby zatem nie tylko o kadrę pedagogiczną.

– Publiczne przedszkola i szkoły są podmiotami szczególnego zaufania społecznego, ponieważ realizują swoją misję w imieniu polskiego państwa, pod egidą Ministra Edukacji Narodowej, przy pomocy państwowego systemu zarządzania i finansowania edukacji. Dlatego na polskim państwie spoczywa szczególny obowiązek zapewnienia dzieciom i młodzieży jak najbardziej bezpiecznej edukacji w warunkach panującej pandemii koronawirusa – pisze poseł w interpelacji. – Dla tego bezpieczeństwa kluczowe jest wyeliminowanie tych nauczycieli i pracowników obsługi, którzy podejmują pracę będąc nosicielami wirusa, bo oni zarażą zarówno podopiecznych, jak też koleżanki i kolegów.

Poseł, podobnie zresztą jak nauczyciele w całym kraju, nie ma złudzeń: jeśli w szkole czy przedszkolu znajdzie się chory pracownik, to dekretowanie zasad „dystansu społecznego” nic nie pomoże. Zwłaszcza wśród najmłodszych wychowanków.

Starsi uczniowie nie wrócą

Jan Szopiński zwrócił uwagę, iż subwencja przekazana jednostkom samorządu terytorialnego na cele oświatowe nie została uzupełniona o środki na powszechne testowanie pracowników szkół i przedszkoli.
– Zatem można rozumieć, że Ministerstwo Edukacji Narodowej przyjęło, iż będą one zadaniem państwa – wnioskuje poseł, równocześnie pytając ministra, czy testy się w ogóle odbędą, a jeśli nie, to dlaczego.
25 maja do szkół mogli wrócić jedynie uczniowie klas I-III, na zajęcia opiekuńczo-wychowawcze łączone z dydaktycznymi. Co ze starszymi? Rzeczniczka MEN Anna Ostrowska tłumaczy, że ciągle nie ma w tej sprawie decyzji. Rok szkolny kończy się 26 czerwca. Jest jednak mało prawdopodobne, by ministerstwo poleciło starszym uczniom powrót na zajęcia w szkołach.

Testy? Po co?

O masowe przetestowanie nauczycieli do ministra Piontkowskiego apelował również Związek Nauczycielstwa Polskiego. Powoływał się przy tym na dane z Łodzi, gdzie samorząd przeprowadził testy w żłobkach i przedszkolach. Efekt? 14 proc. pozytywnych wyników i tylko jeden żłobek otwarty w planowanym terminie.

– Jak dotąd, poza wyjątkową sytuacją na Śląsku, nie słyszeliśmy, żeby poszczególne grupy zawodowe były testowane – skomentował te wyniki minister na konferencji prasowej. Wyraził również wątpliwość co do wiarygodności łódzkich testów.

Minister zdawał się również nie podzielać przekonania, jakie wyraził w interpelacji poseł Szopiński, co do szczególnej odpowiedzialności, z jaką wiąże się otwieranie szkół. Stwierdził, że gdy otwierano restauracje czy utrzymywano pracę sklepów, nikt nie planował masowego testowania osób, które tam pracują. Wniosek można wysnuć samodzielnie – nauczycielom bezpłatne i masowe testy też nie są potrzebne.

Trudno przypuszczać, by taka postawa ministra rozwiała obawy rodziców, którzy zdecydowali się wysłać dzieci do „bezpiecznych”, „pracujących w specjalnym reżimie sanitarnym” szkół.

Flaczki tygodnia

Przyszły, wybrany „z koperty” prezydent Polski będzie miał bardzo słabą pozycję polityczną. Niezależnie czy będzie nim Andrzej Duda, Małgorzata Kidawa- Błońska , czy Władysław Kosiniak- Kamysz. Już sam sposób i czas przeprowadzenia wyborów prezydenckich zdeterminuje jego przyszłą, niską legitymację do sprawowania władzy.

Taki słaby, bojkotowany przez znaczną część, lub nawet większość obywateli, przyszły prezydent PR leży w interesie jedynie jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Dla tego psycho dyktatora każdy słaby politycznie prezydent korzystnym jest.
Niezależnie czy będzie to pan Duda czy pani Kidawa- Błońska. Bo jeśli prezydentem RP będzie Kidawa – Błońska, lub inny kandydat opozycji, to wówczas jaśniepan prezes nie uzna tej kandydatury.
On i jego wyznawcy będą bojkotować prezydenta opozycji. I zwalczać go na każdym kroku.
Jeśli prezydentem RP zostanie ponownie pan Andrzej Duda, to jaśniepan prezes będzie robił wszystko żeby opozycja bojkotowała i na każdym kroku zwalczała „prezydenta z koperty.
Aby pan prezydent Duda porzucił wszelkie myśli o wyrwaniu się na polityczną niepodległość.

Jaśniepan prezes Kaczyński jest mistrzem i miłośnikiem tworzenia konfliktów i podziałów społecznych. Kreowania kolejnych wrogów Polski.
I zarządzania Polską przez walkę z wykreowanymi kryzysami i demonami antypolonizmu.
Teraz, ku jego zmartwieniu, społeczeństwo polskie dotknął prawdziwy, nie wykreowany kryzys. I to tak złośliwie dotkliwy, że nawet sam jaśnie pan prezes nie potrafiłby go wymyśleć.
Okazało się że mały wirus bardziej potrafił przestraszyć Polki i Polaków niż wielki prezes.
Dlatego każdy poważny psycho dyktator z zazdrości znienawidziłby takiego wirusa.

Aby kraj nasz poradził sobie ze zdrowotnymi i ekonomicznych skutkami obecnej zarazy potrzebuje teraz sprawnej, czyli też silnej władzy. Silnej nie słabością spacyfikowanej lub podzielonej opozycji. Przeciwnie, tym razem silnej też opozycji wsparciem.
Polska pilnie potrzebuje teraz sprawnej władzy premiera i prezydenta. Silnej nie dekretami stanów nadzwyczajnych czy klęskowych, lecz swym autorytetem eksperckim i powszechnym społecznym zaufaniem.

Na razie pan prezydent Duda oraz pan premier Morawiecki i jego ministrowie robią wszystko żeby resztki swego eksperckiego autorytetu roztrwonić i zaufanie społeczne zupełnie stracić.
Nadal władzę swą legitymizują ostatnimi wynikami wyborów, które odbyły się w zupełnie innych warunkach gospodarczych, społecznych i politycznych.
Oraz wątpliwej jakości sondażami, które nadal dają im największy odsetek poparcia spośród wszystkich partii politycznych. Ale nawet te największe notowane poparcie nie daje już partii jaśniepana prezesa sejmowej większości.

Obecnie najskuteczniejszą legitymizację władzy obecnemu prezydentowi i premierowi daje śmiercionośny koronawirus.
To on jest niekoronowanym królem naszego kraju. On przecież, pod karą śmierci, zmusił obywateli naszego państwa do ograniczenia wszelkiej publicznej działalności, także wobec władzy opozycyjnej.

Jaśnie pan prezes Kaczyński zapewne obawia się powrotu polskiego życia politycznego do normalności po ustąpieniu zarazy.W interesie jego władzy jest stała obecność koronowirusa na terenie naszego kraju. Ów wirus, jak kiedyś Armia Radziecka, hamuje zapędy polskiego społeczeństwa do masowych antyrządowych wystąpień, strajków, ulicznych protestów przeciwko autorytaryzmowi władzy.
I pewnie dlatego psycho dyktator prze do wyboru posusznego sobie prezydenta pod osłoną śmiercionośnej zarazy.
Prze do wyborów polityką faktów dokonanych. I rękoma swych politycznych sług. Nawet za cenę łamania prawa.

Na czołowego „Prawołamacza” wyrasta teraz pan minister od atrakcyjnych posad państwowych Jacek Sasin. Organizuje wybory łamiąc obowiązujące prawo lub powołując się na regulacje jeszcze nie istniejące.
„Ja tylko wykonywałem rozkazy”- zapewne co rano powtarza sobie przed lustrem wykuwaną na pamięć sentencję. Przyszłą linię obrony.

Trwa w Polsce batalia kaczyńskiego pana ministra Sasina z prezydentami polskich miast. Pan minister Sasin i jego ludzie chcą od samorządów danych osobowych polskich wyborców. Prezydenci, zgodnie z obowiązującym prawem, odmawiają.
Spór jest tak teatralny, że można by pomyśleć, iż nie o spisy wyborców kaczystom chodzi. Tylko o przerzucenie odpowiedzialności za niezdolność do zorganizowania wyborów prezydenckich z pana ministra Sasina na samorządowców.
Bo przecież gdyby pan minister Sasin chciał szybko i sprawnie uzyskać dane wyborców, to skierowałby się do pana ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego. Trzymającego rękę na systemie PESEL. Ale nie skorzy stał z pomocy kolegi z rządu.

Ciekawe jest czemu pan minister Kamiński takich danych panu ministrowi Sasinowi nie wydał? Czy tylko dlatego, że jest świadom, iż byłoby to złamaniem prawa?
A on przecież już raz w swojej karierze prawo złamał i został sądownie skazany za to. Uratował go pan prezydent Duda, swym nadzwyczajnym ułaskawieniem.
Też z naruszeniem prawa i politycznego zwyczaju.

Jaśnie pan prezes Kaczyński prze do majowych wyborów prezydenckich ze świadomością, że może nie udać się ich zorganizować.
I dlatego tak misternie wciąga opozycję w swą grę. Aby potem na opozycję zrzucić winę za niezorganizowanie tych wyborów. Wmówić swojemu elektoratowi, że opozycja jest nie tylko antynarodowa, antykatolicka i niemoralna, ale też antypaństwowa i antysystemowa.
I właśnie dlatego, przy tak antysystemowej opozycji, pan prezes musi sięgnąć po środki nadzwyczajne.
Jak kiedyś Marszałek Piłsudski.

Grunt pod wyjątkowy stan sypią inni poddani prezesa. Pan minister rolnictwa Ardanowski rozpoczął polityczno- teatralną batalię piętnującą polskie firmy importujące zagraniczną żywność. By ubrać rząd w patriotyczne szaty. Nie wspomina, że w tym samym czasie rządowe agencje i firmy sprowadzają węgiel z Rosji, Mozambiku i Kolumbii. Wadliwe maseczki z Chin. A bezprawny druk kart do głosowania ministrowie zlecają niemieckiej drukarni.
Politycy PiS przekonują w TVP, że wybory prezydenckie są bezpieczne jak zakup golarki przez Internet. Tym samym zrównują pozycję i rolę prezydenta Rzeczpospolitej do kosmetycznego gadżetu.

Aby skutecznie i sprawnie wyjść z po pandemicznego kryzysu gospodarczego oraz zapaści społecznej, Polska musi mieć sprawny, powszechnie akceptowany parlament, rząd i prezydenta. Musi pozbyć się obecnego, patologicznego systemu sprawowania władzy. Psycho dyktatury „szeregowego posła” obecnej partii rządzącej.

Odsunięcie od władzy pana posła Jarosława Kaczyńskiego, zwanego jaśniepanem prezesem jest warunkiem wyjścia Polski z obecnego kryzysu gospodarczego, złagodzenia jego przyszłych skutków

Demokracja epidemiczna

W czasie gdy walka z epidemią toczy się na kilku frontach, ustrój jaki znamy stara się stawić czoła populistom, którzy próbują zrealizować swoje marzenia o demokracjach nieliberalnych. I niestety idzie im to całkiem sprawnie, a najgorsze dopiero przed nami.

Zawieszone funkcjonowanie parlamentu, zakaz przeprowadzania wyborów, stan wyjątkowy bez ograniczenia czasowego i rządzenie za pomocą dekretów – to nie bananowa republika na Karaibach ani poradziecka dyktatura w środkowej Azji. To Węgry Anno Domini 2020. Zgodnie z przegłosowanym pod koniec marca prawem Viktor Orban zyskał władzę autokraty. Już w 2018 r. podczas swojego wykładu na Uniwersytecie Letnim w Tusnádfürdo dość przewrotnie argumentował, że demokracja chrześcijańska nie ma nic wspólnego z liberalizmem. Jednak znaczący krok w tym kierunku wykonał dopiero 30 marca. Brak zdecydowanej reakcji jego politycznej rodziny z Europejskiej Partii Ludowej (Tusk, Merkel czy Kurz) daje mu zielone światło do dalszych działań w budowaniu demokracji nieliberalnej, demokracji odbiegającej od fundamentalnych wartości UE. Ale czy to nadal jest „demokracja”?
To co mamy (nie)przyjemność obserwować dzisiaj, czyli rządzących tu i ówdzie populistów, może być jedynie zalążkiem do hydry, która wykluje się na jesieni. Galopujące bezrobocie, poczucie słabości państwa i braku perspektyw w wielu krajach Unii Europejskiej wyhoduje zapotrzebowanie na populizm. Już nie ten antyuchodźczy czy eurosceptyczny, a oparty o fundamenty tak dobrze znanej „walki z systemem”. A właśnie obecny system dla wielu staje się niewydolny ze swoją kulejącą służbą zdrowia i niemożnością utrzymania miejsc pracy. Chociaż dzisiaj ten scenariusz brzmi jak political fiction, a na horyzoncie brak jakichkolwiek nowych ruchów politycznych to załamanie zaufania do demokracji pojawi się w najbliższych tygodniach (punditerka? Może trochę). Błędne przekonanie, że władza skupiona w jednej ręce lepiej radzi sobie z sytuacjami kryzysowymi popycha ludzi do przekazania rządów politykom nieliberalnym, zaprzeczającym dotychczasowym wartościom obalając jednocześnie mit racjonalnego wyborcy, który głosuje zgodnie z poglądami, a nie przeciwko komuś.
Od kilku tygodni sondażownie pokazują skoki poparcia dla ugrupowań rządzących, co jest naturalną reakcją na zagrożenie jakim jest epidemia. Dla tych, którzy z koronawirusem radzą sobie stosunkowo dobrze (na tle innych państw są to zdecydowanie Niemcy) obecna sytuacja może stać się nowym początkiem i trampoliną do przedłużenia swojego mandatu, jednak rządy, które nie staną na wysokości zadania, pomimo tymczasowych wzrostów popularności, stracą najwięcej. Wówczas do walki o władzę przystąpią ci, którzy w erozji dotychczasowego systemu ujrzą szansę na rewolucję. Nie warto poświęcać czasu na dywagację co do umiejscowienia owych ruchów na politycznym kompasie.
Populizm w każdym wydaniu prowadzi do szkód. Pokuszę się jednak o tezę, że wspólnym mianownikiem całego wirusowego populizmu będzie podważenie demokracji liberalnej opartej o parlamentaryzm i poszanowanie wartości europejskich, stawiając w kontrze do niej autorytarne rządy silnej ręki jako znacznie bardziej skuteczne.
Gdzie w tym wszystkim Polska? Obawiam się, że na przedzie braku zaufania wobec demokracji. Dopiero po 2015 r. zaczęliśmy odrabiać lekcje z postaw obywatelskich, a aktywność społeczno-polityczna wzrosła co widać zarówno podczas elekcji gdzie rosła frekwencja jak i podczas ulicznych, rekordowych protestów. Szkoda, że było to wywołane przez skrajną polaryzację zamiast edukację obywatelską. Do dzisiaj „partia” kojarzy się z minionym ustrojem, a wiec dla znacznej części społeczeństwa są to konotacje negatywne (dla porównania: w wyborach na szefa brytyjskiej Partii Pracy zagłosowało 490 tys. członków i członkiń ugrupowania.
W Polsce wszystkie partie łącznie nie mają tylu działaczy). A to przecież partie są fundamentem demokracji parlamentarnej, to partie walczą i zdobywają władzę, w końcu to partie kształtują rzeczywistość. Niestety często zastępowane są przez trzeci sektor, któremu bliższe są kwestie wykluczenia komunikacyjnego, rozwoju terenów zielonych, budowy ścieżek rowerowych czy obrony lokalnych szkół przed zamknięciem, a to klasyfikuje partie jako niezorientowane w miejscowych problemach. Stąd też niebezpieczna chęć ucieczki od słowa – w domyśle negatywnego – partia. Zrobił to Palikot budując Ruch Palikota, tak samo działał Biedroń powołując Wiosnę, o której wielokrotnie mówił jako „nowym ruchu społeczno-polityczny”, „projekcie polityczny” – unikając jak ognia słowa na p… Nie sposób oczywiście pominąć Kukiza, który „demokrację” często i gęsto utożsamiał z „partiokracją”. Brak zaufania do systemu demokratycznego jest oczywisty kiedy politycy, często wbrew samym sobie, mówią, że ich partia to nie partia po czym rejestrują ugrupowanie (Kukiz) lub starają się uciec od politycznego kompasu pojęciowego, a na końcu odmieniają „lewicę” przez wszystkie przypadki (Biedroń, Palikot).
Epidemia koronawirusa, która jest potężnym szokiem społecznym przyspieszy erozję systemów demokratycznych i chociaż sił liberalnych, otwartych, wolnościowych i obywatelskich jest więcej to są one, najzwyczajniej w świecie, gorzej zorganizowane oddając pole populistom, którzy zbierają owoce wieloletnich zaniedbań dotychczasowych polityczek i polityków. Tych, którzy uciekali od podstawowych pojęć, tak ważnych dla kształtowania społecznej świadomości, ale i tych, którzy nie stawili czoła minionym kryzysom, w końcu tych, którym władza dla władzy zaślepiła pole widzenia. A przecież w polityce „chodzi o to by zmieniać świat”.

Strajki medyków w Brazylii

Pracownicy brazylijskiej służby zdrowia przeprowadzili strajki i protesty w kilku brazylijskich miastach, ponieważ nie zostali wyposażeni w środki ochrony osobistej. Z tego powodu coraz więcej lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych w Brazylii zaraża się i umiera na COVID-19.

16 kwietnia liczba oficjalnie potwierdzonych przypadków koronawirusa w Brazylii osiągnęła 30 425, a liczba ofiar śmiertelnych 1924. Jednak, zdaniem brazylijskiego Centrum Wywiadu i Operacji Zdrowotnych, w rzeczywistości liczba zakażonych jest 12 razy większa i sięga 350 tys. osób. Rozbieżność pomiędzy oficjalnymi danymi a stanem faktycznym wynika z małej liczby przeprowadzanych testów i braku informacji. Ekstremistyczny rząd faszystowskiego prezydenta Jaira Bolsonaro bagatelizuje skutki pandemii, starając się realizować jedynie interesy wielkiego kapitału. Wiele zgonów z powodu COVID-19 nie zostało zarejestrowanych.
Ten scenariusz prowadzi do upadku brazylijskiego systemu opieki zdrowotnej, pozbawionego wsparcia ze strony skrajnie prawicowego rządu. Pracownicy służby zdrowia nie mają podstawowych środków ochrony, takich jak maseczki, kombinezony czy żele odkażające. W efekcie rośnie ich strach i rozgoryczenie. Protesty medyków wybuchają w coraz większej liczbie szpitali i przychodni lekarskich w różnych częściach Brazylii.
Pracownicy szpitala miejskiego Djalma Marques w Sao Luis, stolicy Maranhao – regionu położonego w północno-wschodniej części kraju, zagrozili w poniedziałek strajkiem po tym, jak z powodu braku podstawowych środków ochrony zaraziło się i zmarło na COVID-19 dwóch pracowników szpitala.
Równie zła sytuacja jest w położonym na południe od Maranhao regionie Minas Gerais, w którym wiele pielęgniarek, techników, fizjoterapeutów, psychologów i pracowników administracyjnych szpitali odmówiło wykonywania swoich obowiązków. Personel protestuje nie tylko w związku z brakiem środków ochrony, ale również z powodu przyznania przez rząd premii pieniężnych tylko lekarzom, z wyłączeniem pielęgniarek i innego personelu.
„[Pozbawienie nas premii pieniężnych – przyp. red.] było bardzo frustrujące (…) i absurdalne, ponieważ [tak jak lekarze] pracujemy w nieludzki sposób, bez sprzętu” – powiedział jeden z pracowników stacji telewizyjnej Record.
W środę wieczorem (15 kwietnia) odbył się protest pracowników służby zdrowia w Belém do Pará w północnej Brazylii. Pielęgniarki Mário Pinotti z izby przyjęć odeszły z pracy i zablokowały aleję przed szpitalem, protestując przeciwko warunkom, na jakie narażone są one i ich pacjenci.
W wywiadzie dla Rede Liberal, pielęgniarka Socorro Brito oświadczyła: „To najgorszy kryzys, jaki przeżyliśmy. (…) Pacjenci [zarażeni COVID-19] wchodzą tymi samymi drzwiami, co inni pacjenci, w tym dzieci. To niedorzeczne”.
Nauza Araújo, inna pielęgniarka powiedziała: „Pracujemy bez masek i bez kombinezonów. (…) Za kilka dni nie będzie miał się kto zajmować pacjentami. Walczymy tylko o godne warunki w miejscu naszej pracy.”
W czwartek (16 kwietnia) protestowali pracownicy placówki zdrowotnej w Belém. Swój protest udokumentowali na Twitterze. „Chcemy, aby nas wysłuchano i zagwarantowano nam niezbędne warunki pracy. To wszystko, czego potrzebujemy, aby zaspokoić potrzeby populacji, która nas potrzebuje” – taki apel w imieniu zespołu wystosowała jedna tamtejszych pielęgniarek.
Burmistrz Belém Zenaldo Coutinho z brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej (PSDB) broni się twierdząc, że brak środków ochrony osobistej w szpitalach jest spowodowany brakiem produktów na rynku światowym. Jego zdaniem profesjonaliści mają zagwarantowany niezbędny sprzęt co najmniej do przyszłego tygodnia.
Z burmistrzem Coutinho polemizuje anonimowy lekarz, który na łamach G1 informuje, że jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa brazylijscy medycy nie mieli odpowiedniego sprzętu. „Miesiąc temu, kiedy zaczęły pojawiać się przypadki w Belém, my, lekarze, zaczęliśmy domagać się minimalnych warunków pracy: wody, mydła, ręczników papierowych i środków ochrony osobistej.”
„Pracuję w szpitalu w Belém od dwóch lat. Nigdy nie widziałem czegoś takiego, co się dzieje teraz. Sytuacja pacjentów jest dramatyczna. Brakuje łóżek i respiratorów. To wygląda jak scena w filmie wojennym. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu ludzi potrzebujących intubacji. Niestety system publiczny w Belém już się zawalił” – dodaje lekarz.
Ultraprawicowy prezydent Brazylii Jairo Bolsonaro ma inne zmartwienia na głowie. Dąży do jak najszybszego zniesienia wszelkich ograniczeń dla przedsiębiorstw, bez względu na koszty ludzkie. Z polityką brazylijskiego prezydenta nie zgadzają się nawet jego właśni ministrowie i generałowie, którzy próbują go okiełznać w jego poczynaniach.

W 3 tygodnie 22 mln Amerykanów straciło pracę

Pogłębia się kryzys gospodarczy w Stanach Zjednoczonych. Tylko w tamtym tygodniu po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się 5 mln obywateli. Jeszcze nigdy w historii tego kraju, miejsca pracy nie znikały w takim tempie.

Dane opublikowane przez Departament Pracy pokazują, ze wzrost liczby bezrobotnych utrzymuje się na niezmiennym poziomie.
W tygodniu zakończonym 11 kwietnia po zasiłek dla bezrobotnych wystąpiło 5,245 mln Amerykanów. To o 1,37 mln mniej niż tydzień wcześniej, gdy zarejestrowano ponad 6,6 mln nowo rejestrowanych bezrobotnych. Dwa tygodnie temu odnotowano absolutny rekord w postaci niemal 6,867 mln.
Jeszcze tydzień wcześniej pracę straciło 3,3 mln (po rewizji w górę) ludzi, co było wówczas rekordem w 50-letniej historii tych statystyk. Rekord ten nie utrzymał się jednak długo. Łącznie przez ostatnie cztery tygodnie po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się 22 mln Amerykanów. Zwykle wyniki kształtują się w przedziale 200-300 tys. i tylko w okresach recesji przekraczały 400 tys. tygodniowo. Są to więc rezultaty kilkukrotnie wyższe od poprzednich rekordów: w marcu 2009 roku oraz w sierpniu 1982 roku po zasiłek zgłaszało się po niespełna 700 tys. Amerykanów tygodniowo.
Wtedy były to okresy szczytowego nasilenia zjawisk recesyjnych, którym jednak już wcześniej towarzyszył głęboki spadek aktywności gospodarczej.
Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Ten skok bezrobocia spowodowany jest wprowadzeniem szeregu restrykcji administracyjnych nakazujących zamknięcie sporej części amerykańskiego drobnego biznesu.
W ramach tzw. pakietu stymulacyjnego (The Coronavirus Aid, Relief, and Economic Security Act) specjalny zasiłek dla bezrobotnych należy się każdemu, kto stracił pracę (lub nie może jej wykonywać) z powodu administracyjnego zamknięcia gospodarki. Na mocy CARES rząd federalny dopłaca do stanowego zasiłku dodatkowe 600 USD tygodniowo.
Oznacza to, że w większości stanów wysokość tego zasiłku przekracza 1200 USD tygodniowo i jest on wyższy od mediany tygodniowego wynagrodzenia pracownika (wynoszącej 957 USD) w Stanach Zjednoczonych. Zatem dla wielu Amerykanów rejestracja uzyskanie statusu bezrobotnego faktycznie oznacza wzrost dochodów. Maksymalny czas pobierania tego zasiłku do 39 tygodni.