„Bardzo dobra wiadomość”

Krótka opowieść o tym, dlaczego czasem lepiej trzymać buzię zamkniętą na kłódkę.

Naprawdę, pan Biedroń tak powiedział:
– Mam dziś bardzo dobrą wiadomość! Zapraszam do stworzenia postępowej koalicji politycznej… Zapraszam Sojusz Lewicy Demokratycznej – coś tam, coś tam – Polską Partię Socjalistyczną, Zielonych, partię Razem, wszystkich tych, którzy chcieliby połączyć siły do współpracy, do tego żebyśmy razem usiedli do stołu i zaczęli rozmawiać o nowej sile, wszystkich tych, którzy chcieliby budować jedną, wielką, zjednoczoną opozycję, siłę, przymierze dla przyszłości postępowej Polski…
– Ha ha ha ha!
Co to się działo, co się działo!
Świata pół ze śmiechu się skręcało… Chciałoby się sparafrazować mistrza Młynarskiego.
Tak, tak, tak, tak – to ten sam Biedroń, który całkiem niedawno mówił:
– Byłem pół życia w SLD, wiem, jak wygląda praca w strukturach, znam ludzi. To partia wielu post-pezetpeerowców i karierowiczów w fatalnym wydaniu. SLD stało się partią obciachu bardziej niż PiS, ale wynika to przede wszystkim z faktu, że partia nie ma ludziom wiele do zaoferowania…
Tak mówił! W stosunku do SLD nawet nie udawał grzecznego – walił na odlew, między oczy, w zęby:
– Myślałem, że dinozaury wyginęły! PE to nie dom spokojnej starości! Leśne dziadki na płatnych wczasach. Mówię nie! Skończmy z dziadostwem w polskiej polityce…
To na Twitterze. Taki był! Ale już nie jest. Zastanawiam się co się stało, jakiegoż to cudu jesteśmy świadkami? Może to te diabelskie szóstki? Najpewniej tak! To dzięki nim pan Biedroń, mimo, że zapowiadał wynik dwucyfrowy, uzyskał trzycyfrowy – 6.06 proc! Dzięki szósteczkom dwa „Wiosenne” małżeństwa – jego oraz partnerki jego zastępcy, ulokowały swych przedstawicieli w ławach PE. Oni już jakoś się wyżywią, ale co z resztą? Jak sobie poradzi?…
Dla reszty zostają wybory krajowe. Tylko, że w pojedynkę słabnąca „Wiosna” nie da rady. Mówiąc po cichu, między nami – do sejmowych wyborów może nie przetrwać w ogóle. Chyba, że udałoby się ją jakimś cudem podczepić do większego statku… Na przykład do M/S Koalicja Europejska. Wtedy pozostali działacze mieliby szansę zacumować w porcie przy Wiejskiej. Przynajmniej niektórzy. Co prawda byliby tylko posłami na kraj, a nie na eksport, ale dobre i to…
Ot i cała tajemnica przeistoczenia się SLD z ropuchy w piękną księżniczkę, wartą progresywnego grzechu z „trzecią siłą polityczną w Polsce”… To też pan Biedroń – „progresywna trzecia siła”…
Gdy to wszystko mówił, miny otaczających go pań nie były przesadnie naznaczone szczęściem. Miny pani europosłanki Sylwii Spurek w ogóle nie było widać, bo pilnowała się, by w oko kamery nie wejść i zza placów pana Biedronia się nie wychylić.
Droga pani Sylwio! Naprawdę nie ma się czego wstydzić. 25 tys. głosów mniej od Leszka Millera, to żaden wstyd. Więksi z nim przegrywali, a przecież nie takie głupoty jak pani wygadywali.
O, niech pani popatrzy na pana Zandberga! Ten kompletnie się nie wstydzi, choć cała siła polityczna, której jest liderem, uzyskała zaledwie 1,24 proc. głosów. I to mimo, że występowali Razem! Pan Zandberg osobiście uzbierał 17108 głosów, Miller prawie pięć razy tyle.
1,27 proc. poparcia, to znacznie gorzej niż pan Biedroń, bo to grozi całkowitym odcięciem od państwowej kasy i zwykłą codzienną robotą. Bez kamer, bez wywiadów, bez tego całego obrzydliwego, ale tak pożądanego przez polityków blichtru… Pan Zandberg też więc w końcu poszedł po rozum do głowy. Jeszcze niedawno, jedna z jego bardzo ważnych członkiń (innych zresztą poza bardzo ważnymi tam nie ma) ostentacyjnie, publicznie, odmówiła Czarzastemu podania ręki. Minęło trochę miesięcy, a lider Razem mówi, że są otwarci na rozmowy z nim… Wystarczyło, że dostali jeden procent z haczykiem i już są otwarci! Co to znaczy magia cyfr?!
Co tam zastępczyni – sam pan Adrian nosząc głowę tak wysoko, że prawie dotykał czubka Pałacu Kultury, mówił… Co ja gadam „mówił”?! On przecież nie mówi, on wygłasza, objawia wręcz, prawdy absolutne, bezdyskusyjne:
– Resztki tej formacji (SLD – MB) nie zaprzątają szczególnie naszej uwagi. Oczywiście to, że przez lata pod słowem „lewica” funkcjonowała w Polsce partia pełna skorumpowanych aparatczyków, w dodatku wdzięcząca się do biznesu i mająca w nosie pracowników, będzie jeszcze długo utrudniało nam przekonywanie ludzi do lewicy. Polacy tyle razy zawiedli się na politykach, że dziś największe wyzwanie dla Razem to udowodnić, że gdy mówimy o sprawiedliwości społecznej i demokracji, to jesteśmy wiarygodni…
Można powiedzieć – udało się! Na początek udało się przekonać partię Razem. A ostatnio, w drodze eksperymentu wyborczego, udało się precyzyjnie określić zakres przekonania wyborców – 1,24 procenta!
Dwóch liderów. Jeden piękny, elokwentny, zabawny, porywający, miły, radosny, drugi zabójczo przystojny, poważny, wielki, silny, wyniosły, magnetyzujący…
Dwa różne charaktery, dwie różne drogi… A obie prowadzą do Canossy. Co oznacza, że warto czasem powściągnąć jęzor, schować nieco ambicje do kieszeni, by coś zyskać, ale nie warto robić z siebie przy okazji idioty.

Polska i Unia po wyborach

Polskie wybory do Parlamentu Europejskiego w pewnym stopniu różniły się od wyborów w innych państwach Unii Europejskiej. W Polsce eurowybory to był zaledwie sparring przrd jesiennymi wyborami do Sejmu. Stąd te wziął się eksperyment pod nazwą Koalicja Europejska. Stosunkowo najlepiej na tych koalicyjnych wyborach wyszedł SLD wprowadzając do Parlamentu Europejskiego osoby w przypadku których zadziałała magia nazwiska. Przegranymi natomiast są Nowoczesna i Partia Zielonych, którym nie udało się wprowadzić ani jednego europosła. Tak więc nie tylko zieloni ale też nowocześni okazali się zieloni równie pod względem dojrzałości politycznej. Ich zwolennicy odegrali rolę zająców napędzających głosy bardziej wytrawnym graczom politycznym. Taki jednak jest los politycznych marginesów, którym przyklejanie się do silniejszych i dominujących partnerów graczy w efekcie nie przynosi oczekiwanych korzyści.

Głosowanie strachem

Oczywiście w innych krajach eurowybory były, podobnie jak w Polsce, jakimś miernikiem poparcia dla poszczególnych ugrupowań. Jednak czasowa odległość od wyborów krajowych narzucała nieco odmienną logikę wyborów a tym samym kampanii wyborczych. Na czoło tematów tym razem wybiły się kwestie uchodźców i klimatu. Dlatego też swój stan posiadania zwiększyli zarówno nacjonaliści, jak i ekolodzy. Były to różne elektoraty jako że założenia programowe obu tych nurtów są reguły są wzajemnie ze sobą sprzeczne. Wyrazistym tego przykładem jest Alternatywa dla Niemiec (AfD) optując przeciwko odnawialnym źródłom energii i samochodom o napędzie elektrycznym oraz ograniczeniom wydobycia węgla licząc zapewne na poparcie ze strony górników w Brandenburgii i Saksonii.
Udzielając poparcia konkretnym partiom wyborcy niejako głosowali nad rozwiązaniami tych problemów przez Unię Europejską. Dotyczyło to ruchów o podłożu nacjonalistycznym w których pokładano nadzieję na na zahamowanie napływu emigrantów. Podobnie zwolennicy Zielonych widzieli w nich tych, co zawalczą o świeże powietrze. Z praktycznego punktu widzenia obie te postawy wydają się być z lekka irracjonalne. Nacjonaliści, choć będzie ich w PE więcej, nie zdołają przeforsować rozwiązań niezgodnych z linią europarlamentarnej większości. Podobnie, lecz nieco inaczej, ma się sprawa w przypadku ruchu Zielonych. Co prawda w swych ekologicznych postulatach mają szanse znaleźć poparcie innych frakcji. Jednak co tego? To nie Unia Europejska decyduje o losach świata. Są jeszcze inni potężni i wpływowi gracze, którzy mają też swoje własne interesy. UE może sobie zakazywać palenia tytoniu gdzie tylko się da, jednak nie może nikogo poza Unią zmusić do tego aby wypuszczał mniej gazów do atmosfery czy też ochładzał topniejące lodowce na Antarktydzie. Jednakże serwowana przez ekologów apokaliptyczna wizja klimatycznej zagłady zrobiła swoje i Zieloni powiększyli swój stan posiadania w PE. Po raz kolejny okazało się, zarówno w przypadku straszenia emigrantami, jak i ekologiczną katastrofą ludzie, przynajmniej w Europie, chętniej kierują się negatywnymi niż pozytywnymi emocjami. Natomiast tzw. euroentuzjaści nic pozytywnego nie potrafili zaproponować międląc jedyine slogany o konieczności wzmocnienia Unii.
Tak więc, unijni wyborcy wspierając obydwa te ruchy kierowali się strachem umiejętnie podsycanym przez polityków. Konserwatywna prawica nie mówiła co prawda o zarazkach roznoszonych przez uchodźców jednak akcentowała inne niebezpieczeństwa w tym także zagrożenie dla tzw. cywilizacji chrześcijańskiej, co mogło znaleźć uznanie wśród dewotek i bigotów. Nie przypadkiem ugrupowania szowinistycznej prawicy uzyskały największe poparcie we Włoszech, do którego to kraju w pierwszej kolejności trafiają uchodźcy z Afryki. Drugim krajem będącym na pierwszej linii przyjmowania uchodźców jest Grecja, gdzie zdecydowane zwycięstwo odniosła prawicowa Nowa Demokracja, co można odczytać nie tylko jako wyraz rozczarowania dla rządów SYRIZY i sprzeciwu zawarcie kontrowersyjnego porozumienia z Macedonią, lecz także jako objaw niechęci wobec przyjmowania emigrantów. W szybkim tempie też poparcie dla AfD, choć konserwatywni Niemcy jednak bardziej preferują chadeków. Wzrost poparcia w RFN zarówno dla ksenofobów, jak i Zielonych stanowi odzwierciedlenie trendów politycznych w całej unijnej Europie. Jeżeli Polska ma być sercem Europy, to Niemcy są jej jądrem.

Konserwatywna zaściankowa Europa

Jednak to nie szowiniści i ekolodzy będą dominować w Parlamencie Europejskim, gdzie większość stanowić będą nadal siły reprezentujące umiarkowaną prawicę i socjaldemokratów. Obydwie te formacje uważają się za euroentuzjastów, co już samo w sobie może stanowić sygnał, iż nie będą one dążyć do reformowania Unii uznając, że jest ona w obecnym kształcie jeśli nie wzorem doskonałości, to przynajmniej tworem do niego mocno zbliżonym.
Euroentuzjaści nie wyciągnęli poważniejszych wniosków z brexitu ograniczając się do utyskiwania nad osłabieniem UE. Chcąc zatrzymać za wszelką cenę Wielką Brytanię w Unii przebąkują o możliwości ponownego referendum, które anulowałoby wyniki poprzedniego dzięki czemu Londyn nadal by pozostał w Brukseli. Jednak zwycięstwo w wyborach europejskich partii Brexit mocno nadwerężyło te kalkulacje.
W wyniku wyborów straty poniosła europejska konsekwentna lewica. Najbardziej lewicowa frakcja Europejska Zjednoczona Lewica/Nordycka Zielona Lewica będzie miała o kilkanaście mandatów mniej. Przyczyny mogą być tu różne. Na przykład, Komunistyczna Partia Czech i Moraw zdobyła zbliżoną w porównaniu do poprzednich eurowyborów liczbę głosów jednak w PE zamiast trzech będzie miała tylko jeden mandat. Na niekorzyść czeskich komunistów zadziałała tu wysoka frekwencja preferująca silniejsze partie. Jest to jeszcze jeden z przykładów absurdalności ordynacji wyborczych dających większe szanse silniejszym niż słabszym.

Czym można by tłumaczyć spadek poparcia dla lewicy?

Chyba nie słabością programową, gdyż jej hasła są niezmienne i znane wyborcom. Czy zadziałała wysoka, jak w czeskim przypadku, stosunkowo wysoka frekwencja oraz udział w wyborach nowych, młodych wyborców o bynajmniej nie lewicowych poglądach? Wydaje się, że nikłe poparcie dla lewicy nawet w tych krajach, jak Czechy czy Cypr, gdzie od lat jest liczącą się siłą polityczną, wynika chyba głównie z odporności Europejek i Europejczyków na jednoznacznie lewicowe treści. Większość obywateli UE zamknęła się w swoim unijnym zaścianku nie dostrzegając potrzeby reformowania Unii ani ich własnych państw w lewicowym kierunku. Słaby wynik wyborczy Lewicy Razem potwierdza, że Polska znakomicie mieści się w tych europejskich standardach.

Co przyniosły te wybory socjalistom?

Modne jest pisanie dziś o wynikach ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wniosków pada wiele ze wszystkich stron sceny politycznej.

Nie widziałem, mimo upływu czasu zbyt wielu wniosków formułowanych z perspektywy lewicowej, szczególnie socjalistycznej. Jedyny sformułowany wiarygodnie po stronie lewej padł w wypowiedzi przewodniczącego SLD – partia odniosła sukces, do Parlamentu Europejskiego wprowadziła pięciu przedstawicieli. To fakt, wypełniający wcześniejsze zobowiązania.
Na tym tle refleksja dotycząca listy zwycięzców i przegranych. Autentyczni zwycięzcy to: Prawo i Sprawiedliwość, SLD i Wiosna. Autentyczni przegrani to: Koalicja Europejska, PSL i Lewica Razem.
Co do zwycięzców, to trzeba podkreślić wysoki wynik PiS i znaczący przyrost głosów. SLD zachowało swój stan posiadania i bardzo wysoki procentowo wynik mandatów wobec ilości startujących w wyborach kandydatów. Wiosna swoim wynikiem ponad czterokrotnie przekroczyła stan naturalnej obecności osób LGBT w populacji.
Co do przegranych to: Koalicja Europejska nie spełniła postawionych przed sobą zadań, jako porozumienie polityczne i wyborcze. PSL przegrała na własne życzenie nie mobilizując właściwie swego żelaznego elektoratu. Koalicja Lewica Razem nie zmobilizowała właściwej ilości ludzi młodych i wykluczonych, prezentując dość sztampowe założenia programowe.
W sumie pejzaż po tej drugiej z kolei bitwie wyborczej (po jesiennych wyborach samorządowych) zaczyna stawać się coraz bardziej wyrazisty z dwóch powodów. Po pierwsze – zarysowuje się znacznie wyraźniej ideowe tło sporu międzyformacyjnego, które wyznacza zmianę na pozycji lidera transformacji i po drugie – umacnia się medialny charakter technologii wyborczej, zyskując przewagę nad tradycyjnymi do niedawna formami prezentacji i promocji kandydatów i założeń programowych.
Obecny w tej kampanii spór o charakterze ideowym dotyczył przynajmniej dwóch spraw: przyszłego modelu społeczno-gospodarczego Polski w Unii Europejskiej oraz roli i miejsca Kościoła katolickiego w Polsce. W zasadzie nie toczyła się ta kampania wokół spraw Unii Europejskiej, choć wiele polskich, wewnętrznych problemów Unii dotyczy.
Można stwierdzić, że większościowe poparcie poprzez wskazanie zwycięzcy uzyskała polityka społeczna realizowana w ciągu ostatnich trzech lat przez PiS, przekreślająca neoliberalny model stosunków oparty o „niewidzialną rękę rynku”. Wydaje się, że społeczne poparcie zyskuje model w zamyśle realizujący koncepcję Minimalnego Dochodu Gwarantowanego, przekładający się w praktyce działania rządu na rozwiązania cząstkowe, oparte o likwidację enklaw biedy i wykluczenia na tle neoliberalnej narracji sławiącej zaradność elit i kreatywną rolę pieniądza.
W bloku spraw dotyczących roli Kościoła katolickiego trwa, ale nie zakończył się, spór o moralny wizerunek kleru i patriotyczną rolę Kościoła, jako instytucji publicznej. Widać wyraźnie, że znacząca część elektoratu, szczególnie prowincjonalnego, nie przyjmuje argumentów zawartych w przesłaniu m.in. filmu „Tylko nie mów nikomu”, który mimo wszystko odegrał ważną rolę w tej kampanii.
Patrząc z kilkudniowej już pespektywy na wybory europejskie można sformułować kilka wniosków:
– wybory te nie potwierdziły lansowanego podczas kampanii antyunijnego trendu w szerokich kręgach społecznych
– wyraźnie zarysował się jednak trend dotyczący nieuchronności reform w Unii Europejskiej i zwiększenia roli państw narodowych
– znaczące wsparcie i zwycięstwo uzyskały siły polityczne negujące dotychczasowy charakter i formę rynkowych przemian w polskiej transformacji
– wybory te pokazały, że Polska jest mocno podzielona w widzeniu perspektywy rozwojowej na tle ogólnych przemian cywilizacyjnych, szczególnie rewolucji technologicznej
Polska lewica uzyskała w tych wyborach dobre miejsce, ale ono nie wyznacza perspektywy pozytywnej na następne, jesienne wybory do Sejmu i Senatu. Uzyskaliśmy potwierdzenie , słabszego co prawda, ale trwałego miejsca na scenie politycznej, jak również potwierdzenie znaczącej roli narracji lewicowej, również socjalistycznej w debacie publicznej.
Problemem jest dziś to, jakie wnioski wyciągną szerokie gremia lewicowe z zaistniałej sytuacji. Czy będziemy razem, czy osobno, czy interes poszczególnych sił i nurtów na lewicy przeważy nad interesami ogólnymi dotyczącymi Polski i Polaków.
Socjaliści proponują budowę wspólnej lewicowej, socjalistycznej alternatywy wobec neoliberalnej i konserwatywnej demagogii. Tym bardziej, że wyniki wyborów wskazują na wyraźne oczekiwania społeczne zgodne z tym kierunkiem myślenia.

Polacy zasługują na PiS

Wybory do Parlamentu Europejskiego były przeprowadzone uczciwie. W historii Polski było wiele momentów, w których zbiorowa mądrość naszego społeczeństwa mogłaby być podawana w wątpliwość. By zobaczyć naszą narodową świadomość realiów ekonomicznych i geopolitycznych wystarczy się cofnąć do 1939, tudzież do fatalnego w skutkach eksperymentu transformacyjnego po 1989. Tak jak hekatomba drugiej wojny światowej była zawiniona przez nieumiejętność prowadzenia realistycznej polityki zagranicznej przez rząd w Warszawie, tak i obecna sytuacja jest następstwem samostanowienia narodu polskiego.

Niestety – zmiany w mentalności Polaków, które zaszły od 1989 czasu, to – z punktu widzenia rozwoju społeczno-gospodarczego – zmiany na gorsze. Jesteśmy niestarannie wykształconym, homofobicznym, zatęchłym narodem, o najwyższym w Europie poziomie nierówności dochodowych i folwarcznym charakterze gospodarki. Projekt Polski jako kraju nowoczesnego można ostatecznie zamknąć, pożegnać się z nim, pogodzić się z blamażem. Na nic trudy Daszyńskiego, Budzińskiej-Tylickiej, Pużaka, Dąbrowszczaków, działaczy PPS, mas pracujących miast i wsi. Polska progresywna umiera.

Liberalny paradygmat i jego koniec

III RP jako projekt modernizacyjny odniosła klęskę i prowadzi nas do czegoś o wiele gorszego niż sam PRL. PRL był formą ustrojową narzuconą przez wielkie mocarstwa, teraz w autorytaryzm idziemy samodzielnie. Wiara w to, że kryzys gospodarczy PRL w latach 80-tych wywołany był wyłącznie przyczynami wewnętrznymi to czysty, ideologiczny dogmatyzm. Powstanie „Solidarności” można uzasadniać kryzysem irańskim, wojną w Afganistanie i ogólną sytuacją na rynkach światowych. Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii strajkują górnicy i powstaje Sex Pistols, najważniejszy zespół w historii muzyki punk. Wiara w to, że PRL zbankrutował z powodu sytuacji wewnętrznej nie ma poparcia w badaniach i nie ma sensu z punktu widzenia analiz makroekonomicznych; to mit, który miał uzasadniać kolonizację Polski przez zagraniczny kapitał.
W Polsce występują największe nierówności dochodowe wśród krajów Europy. Wśród państw wysokorozwiniętych gorzej jest tylko USA. Niemal każdy, kto był w USA wie, że w wielu miejscach państwo to wygląda jak kraj tzw. „Trzeciego Świata”. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków posiada 40 proc. przychodów. Przy średniej europejskiej dla głównego decyla dochodowego na poziomie 34 proc., w żadnym innym kraju UE dysproporcja ta nie jest aż tak widoczna. W 1980 r. wskaźnik ten wynosił 29 proc. przychodów (średnia europejska); w Polsce jednakowoż kształtował się na poziomie około 20 proc. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 40 lat, część przychodów generowana przez górny decyl dochodowy powiększyła się dwukrotnie. Jednocześnie skumulowany wzrost gospodarczy PKB wyniósł w latach 1980-2018 98,2 proc. Dekada lat 1980-1989 cechowała się skumulowanym spadkiem PKB na poziomie 5,7 proc., zaś w latach 1990-2000, 2001-2010 oraz 2011-2017 cechowały się odpowiednio skumulowanym wzrostem PKB na poziomie 37,8 proc, 38,1 proc. oraz 22,3 proc. Oznacza to, że nie tylko od 1980 r. gospodarka Polski podwoiła wartość swojego PKB, ale także, że najbogatsze 10 proc. społeczeństwa, które podwoiło swój udział w dochodach całego społeczeństwa, de facto czterokrotnie zwiększyło swoją zamożność. Wzrost ten nie był niestety jednak udziałem najmniej zamożnej części społeczeństwa.
Pianie nad sukcesem rozwojowym III RP miałoby jakikolwiek sens tylko wówczas, gdyby cały świat stanął w miejscu w roku 1989, a my byśmy rozwijali się tak, jak rozwijaliśmy się od 1989 do 2019 r. Niestety, przez ten czas drepczemy w miejscu i zajmujemy mniej-więcej to samo miejsce w globalnym podziale pracy. Bogactwa nie należy mierzyć wartościami bezwzględnymi; przeciwnie – zawsze ma relatywny charakter.
Dziś statystyczny Polak dysponuje luksusami niedostępnemu średniowiecznym królom, ale chyba zestawianie tego jest kompletnie pozbawione sensu, bo rozumienie biedy zależy od czasu i od szerokości geograficznej (czym innym jest bycie biednym w Szwajcarii, czym innym w Erytrei, czym innym w średniowieczu, czym innym we współczesności). Niestety, od 1945 do 1989 r. tempo awansu w globalnym podziale pracy, tj. wzrost PKB per capita w porównaniu do innych krajów, był szybszy niż za czasów neoliberalnego eksperymentu Balcerowicza i jego kontynuacji przez establishment III RP. Wprowadzenie kapitalizmu w Polsce w taki sposób, w jaki został wprowadzony – niedemokratycznie, wbrew hasłom „Solidarności”, przy dużym sprzeciwie społecznym wobec Planu Balcerowicza – spowodował, że polska demokracja skarlała już w chwili poczęcia. Fakt ten, wraz z dwukrotnym wzrostem nierówności dochodowych w latach 1989-2015, utorował drogę do zwycięstwa PiS.

Dwie machiny

PiS wygrywa i będzie wygrywał, bo przełamał liberalny paradygmat w sprawach gospodarczych. Na ten temat powiedziano już wiele i nie widzę sensu rozwlekania się o tym. Polska to kraj o niskim współczynniku urbanizacji i klasa polityczna powinna się zorientować, że LGBT i teoria płci kulturowej (gender) to tematy polaryzujące tylko dla bardzo niewielkiej części społeczeństwa. To, co się liczy, to to, że w Polsce od 2015 r., po raz pierwszy od 1989 r., nierówności dochodowe zaczęły spadać, a nie rosnąć. Te wybory to ostateczny blamaż obrońców III RP. Co więcej, stało się to w otoczeniu, w którym elektorat wielkomiejski miał być mocniej zdyscyplinowany.
Polska wydaje się rozbita na dwa obozy. Z jednej strony wielkomiejska, liberalna klasa średnia, która gdzieś ma hasła sprawiedliwości społecznej, i choć przynależni do niej pracownicy najemni tyrają za 3500 złotych na umowie-zlecenie, to będą bronić interesu klasowego najbogatszych. Z drugiej strony jest zapóźniona, katolicka polska wieś. Jest to spór o kilku zmiennych osiach, w którym trybalizm rozmył ostrość obrazu i zatracił pierwotną, ideologiczną treść. Dziś jest to jedna machina polityczna przeciw drugiej. W polityce jednakowoż wartości mają charakter wtórny: zakładanie nienaruszonego związku pomiędzy aksjologią a polityką może być tylko domeną naiwnych. Realpolitik wygląda inaczej. Rolę grają zasoby i możliwość ich utylizacji. Polityka jest, między innymi, sztuką kreowania sporów i wygrywania ich. Niestety, w dzisiejszym świecie polityką rządzą pieniądze.
Zwycięzcy i przegrani
Drugim zwycięzcą tych wyborów jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przy niewielkich nakładach na kampanię i bez ryzyka wpadnięcia pod próg wyborczy, wprowadzili do Parlamentu Europejskiego 5 osób, praktycznie bez kosztów utrzymując swoją reprezentację w Europarlamencie i utrzymując jedyną polską delegację we frakcji socjalistów. Brawo, Włodzimierzu Czarzasty. SLD rozegrało tę sprawę po mistrzowsku, bo wystawianie jednej listy z Razem byłoby dla obu tych partii ostatecznie skutecznym samobójstwem, a i podobnież w sprawie Wiosny, nie ma w przypadku tych ruchów podobieństw elektoratów. Podtrzymanie pięcioosobowej reprezentacji Polski w S&D to większy sukces, niż wszystko, co zrobiło Razem od początku powstania tej partii.
Wynik Wiosny Roberta Biedronia – porażająco niski. Mimo medialnej wrzawy wokół filmu braci Sekielskich i świetnej identyfikacji wizualnej, obecności w mediach (na co nie mogła liczyć np. koalicja Razem, UP i Ikonowicza) oraz sympatii, którą Biedroń ma w warszawskich salonach, nie udało się zrobić dwucyfrowego rezultatu. Na Wiosnę głosują młode kobiety z wielkich miast. Również młode kobiety z wielkich miast są statystycznie najlepiej wykształcone, więc ta korelacja nie powinna dziwić. Niestety, hipsterami spod Planu B nie wygrywa się wyborów.
Zrywy są możliwe. Tyle, że nie są trwałe. Palikot, Razem, Nowoczesna, Kukiz, być może Biedroń, który podzieli ten sam los. Sprawa inaczej ma się tylko z narodowcami, którzy stanowią ideologicznych kontynuatorów LPR (które przecież też nie wzięło się znikąd) i mają wsparcie potężnej instytucji, jaką jest kościół. Bynajmniej nie jest to kwestia szukania w tym jakichkolwiek ogólnych prawideł, tylko racjonalne przeanalizowanie ostatnich 30 lat polskiej sceny politycznej.

Sztuka przetrwania i jej brak

Próby zinstytucjonalizowania mikrolewicy w Polsce nie powiodła się, mimo, iż w ostatnich 3,5 roku mikrolewica miała zasoby, którymi nigdy wcześniej nie dysponowała. Pół miliona głosów w 2015 to był wypadek przy pracy, efekt świeżości i Adriana Zandberga w TVP. Taki wypadek się drugi raz nie powtórzy. Trochę mi jednak szkoda, że dla takich ludzi jak Adrian Zandberg nie ma miejsca w polityce (a myślę, że znalazłoby się dla niego biorące miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej do Sejmu, jeśli takowa powstanie), bo choć polityk z niego marny, to wniósłby merytoryczny powiew świeżości do obrad parlamentu. W polityce najważniejsze jest przetrwanie. Sztuka, której ortodoksyjna lewica nieparlamentarna ewidentnie nie potrafi. Trochę więcej realizmu, kochani. Już po wyborach samorządowych Razem powinno było się samorozwiązać. Choć oczywiście poglądowo jest mi to najbliższe środowisko, to nieudolność hermetycznych, lewicowych kółek krytyki marksistowskiej – bo właściwie taką mam percepcję Razem, trudno nazwać mi to ugrupowanie partią polityczną, choć formalnie niewątpliwie nią jest – nie pozwala mi z czystym sumieniem zagłosować na ten ruch.
Budowanie lewicowego zaplecza od zera, w kraju przeoranym przez prawicową narrację historyczną – paradoksalnie ogranicza, a nie przybliża realizację lewicowej agendy. Zdeterminowanie walki politycznej przez zgromadzone przez rozmaite ruchy zasoby jest prawdziwe, docelowe i realne. Niepogodzenie się z tym faktem sprawia, że lewica marnuje w Polsce swoje zasoby. Niestety, Partia Razem – mówiąc o darmowych lekach – żadnego konfliktu nie wykreuje, nie spowoduje żadnej polaryzacji. Tym bardziej, że nie dysponuje żadnymi zasobami, poza grupą świetnie wykształconych znawców pism Wallersteina. Być może zatem członkowie Razem powinni raczej zajmować się pisaniem książek, może robieniem filmów na YouTube, ale nie zajmować się polityką. Niestety, ale inna polityka nie jest możliwa.
Są też i pozytywy. Nie ma ich zbyt dużo, ale są.
Dzięki brawurowej akcji Gwiazdowskiego, któremu dziwnym trafem zabrakło (serio? ktoś w to wierzy?) 400 głosów do rejestracji list w całym kraju – Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy nie weszła do PE. Z boku wygląda to tak, jakby Gwiazdowski był dogadany z PiS-em, bo gdyby zarejestrował listy w całym kraju, mógłby też urwać parę punktów procentowych partii Kaczyńskiego. A prezes na pewno by tego nie chciał.

Rewolucji nie będzie

Przedwojenny PPS i późniejsza „Solidarność” rodziły się w momentach kryzysu, wojny bądź stanu wojennego. Wszakże do klimatu wojny bardzo pasuje narracja o niechęci na pogodzenie się z „bezsilnością i odmową podjęcia walki”. Znamienne. Dlaczego? Ano dlatego, że lewica mogłaby w Polsce objąć władzę jedynie na dwa sposoby – albo niedemokratycznie, poprzez przewrót lub rewolucję, albo poprzez wojnę, która, tak jak w przypadku drugiej wojny światowej, zresetowałaby stan elit politycznych. Praktyczną aplikacją tej walki byłoby zatem przekształcenie ruchu typu Razem w uśpioną siatkę, czekającą na rewolucję. Tudzież rozpoczęcie aktywnych działań rewolucyjnych, w stricte marksistowskim sensie.
Niestety, nie ma w Polsce świadomości klasowej i polski elektorat nie ma lewicowych poglądów. Polityką rządzą super-sprofesjonalizowane, technokratyczne partie. Każdy, kto chce realizować się w działaniu na rzecz dobra społecznego, nieważne, czy poprzez akt głosowania, czy dążenie do aktywnej obecności w polityce i bycia wybieranym, powinien rozważyć, co zrobić, by te poglądy miały jak największą szansę realizacji i zastanowić się, na jakie kompromisy jest w stanie pójść. Niestety: jak się kto brzydzi, to niech nie zajmuje się polityką – zawsze można prowadzić kanał na YouTube i przekonywać innych do swojej wizji świata. Rewolucji nie będzie. Wojny – miejmy nadzieję – też nie. Choć tego ostatniego nigdy nie wiadomo.

Remanent

Tydzień po wyborach. Na chłodno. O tym, co zostało z Koalicji Europejskiej.

Koalicja Europejska poniosła dotkliwą porażkę. Nie ma sensu zaklinanie rzeczywistości i śpiewanie – wzorem kibiców – „Polacy, nic się nie stało”. Albo branie przykładu z lidera Wiosny – krzyczącego w wieczór wyborczy – „wygraliśmy”. Stało się! Gdyby na dzień przed wyborami ktoś z opozycji powiedział, że Koalicja Europejska przegra aż 7 punktami procentowymi, zostałby niechybnie oskarżony o sianie defetyzmu. Ale życie biegnie dalej. A w szczególności odliczanie czasu do wyborów parlamentarnych. Zostało niespełna 150 dni. Dlatego powyborczy remanent musi być szybki.

Winien Marks

Gdybym miał wskazać na najbardziej fundamentalną przyczynę porażki opozycji, sięgnąłbym do… Karola Marksa. Nawet zdecydowani przeciwnicy jego teorii przyznają, że miał rację twierdząc, że byt określa świadomość. Również Jarosław Kaczyński rozumie to doskonale.
Ostatnie cztery lata rządów PiS-u zbiegły się z czasem gospodarczej prosperity w Europie. W Polsce ta dobra koniunktura została dodatkowo podkręcona olbrzymimi transferami społecznymi. Zostawmy na boku dyskusję o zaletach i wadach „piątek Kaczyńskiego”. I możliwych konsekwencjach dla finansów publicznych w przyszłości. Jedno jest poza dyskusją. Zdecydowanej większości Polek i Polaków żyje się pod rządami PiS-u dostatniej niż pod rządami PO.
Trybunał Konstytucyjny? Sąd Najwyższy? Nawet najlepiej wykształcony i najbardziej niezawisły sędzia nie jest w stanie pomóc, gdy nie starcza od pierwszego do pierwszego. Brakuje na ratę kredytu. Nie ma za co kupić wyprawki szkolnej dla dziecka. Poziom życia – szczególnie niezamożnych rodzin – w ostatnich latach poprawił się. Niekiedy diametralnie. Dlatego nie miejmy pretensji do ponad sześciu milionów naszych rodaczek i rodaków, że zagłosowali na PiS. Bo to nie oni – winien jest Marks.

Leniwe centrum

Jeśli któryś z Czytelników, wyprzedzając mój tok rozumowania, doszedł do wniosku, że nic się nie da zrobić – to jest w błędzie. Jestem bardzo daleki od doradzania opozycji, by odłożyła swoje ambicje wyborcze do czasu aż w Polsce pojawi się jakiś kryzys. A przecież już autorzy tekstów biblijnych zauważyli, że po latach tłustych przychodzą lata chude. Nie, nie o to chodzi.
Błędem opozycji było skupienie się na jednym jedynym punkcie programu: odsunięciu PiS-u od władzy. Szczególnie wyraźnie widać to było u Biedronia, który wystartował w wyborach z hasłem: „Nareszcie zmiana”. Owszem, zmian oczekują. Zarówno Ci ze skrajnej prawicy (wyjście z Unii), jak i ci z lewicy (aborcja). Ale wyborcom z politycznego centrum – tam gdzie wygrywa się wybory – już tak bardzo na zmianach nie zależy. Z jednej strony trudno im zdzierżyć ordynarną propagandę telewizji publicznej. Ale zawsze mają pod ręką pilota. I setki innych kanałów. Z drugiej strony – czują podskórnie, że lepszym od Schetyny gwarantem zawartości ich portfeli jest Kaczyński. Mogę dopisać: niestety. Tylko co z tego?
Jeśli opozycja myśli na serio o poprawieniu wyniku wyborczego z 26 maja, musi wziąć się za program. Bo wytrych zwany „antypisem” na jesieni będzie kluczem do porażki.

Z kim

Nie sposób zasiąść do pisania programu, nie wiedząc z kim. Porozumienie przed wyborami europejskimi było łatwiejsze. Wszak wszystkich koalicjantów łączyła proeuropejskość. Znacznie trudniej będzie dogadać się co do zasad świeckiego państwa lub legalizacji związków partnerskich z konserwatywnym skrzydłem Platformy. A jeszcze trudniej z PSL-em. Czy wobec powyższego projekt Koalicji Europejskiej należy uznać za zakończony? Zdecydowanie nie!
Warto w powyborczym remanencie rzucić okiem na najniższe słupki. Koalicja o znanej skądinąd nazwie „Lewica Razem” zdobyła niespełna 1,3 proc. głosów. Co by było, gdyby w minioną niedzielę, w podobnej koalicji, pod szyldem „SLD – Lewica Razem”, wystartowali politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Spodziewam się, że wynik mógłby być podobny do tego z wyborów samorządowych. Piątką europarlamentarzystów lewicy z pewnością nie moglibyśmy się pochwalić.
Skalę polaryzacji sceny politycznej uzmysławia suma poparcia dwóch pierwszych ugrupowań. PiS i Koalicja Europejska zebrały 84 proc. wszystkich głosów. Zostawiając innym komitetom do podziału zaledwie 16 procent. Twierdzenie, że jakikolwiek polityk lub partia są w stanie w ciągu 4 miesięcy ten polityczny duopol przełamać, jest rozumowaniem wyłącznie życzeniowym.
W Sojuszu Lewicy Demokratycznej odbędzie się ogólnopartyjne referendum dotyczące startu SLD w wyborach parlamentarnych. Będę namawiał koleżanki i kolegów, by poparli wspólny start ugrupowań opozycyjnych. Nie dlatego, że marzę o starcie wraz z ludowcami. Którzy w mojej kadencji, gdyby nie sprzeciw Platformy, Świątynię Opatrzności Bożej zasililiby kolejnymi dziesiątkami milionów złotych. Ale dlatego, że jestem realistą.

Zdrowie, praca i mieszkanie

Wracajmy do programu. Jestem zdania, że ugrupowania startujące w ramach koalicji w wyborach parlamentarnych powinny zredukować postulaty o charakterze światopoglądowym. Podtrzymuję to, co zawsze twierdziłem: współczesna lewica musi mieć zarówno nogę społeczną jak i światopoglądową. Ale akurat przed najbliższymi wyborami, dla szerokiej koalicji priorytetem powinno być trafienie do wyborców politycznego centrum. Wyborców nieco rozleniwionych. Korzystających z fruktów koniunktury gospodarczej i łaskawości Kaczyńskiego. Jakich zmian mogą pragnąć?
Zdrowie. Koalicja Europejska trochę o tym mówiła. Ale wyliczanie z ilu do ilu dni skróci się kolejka do jakiegoś lekarza jest po prostu nudne. I niewiarygodne. System ochrony zdrowia w Polsce wymaga radykalnych zmian. Pisałem już o tym. Kasy chorych powinny refundować pacjentom leczenie we wszystkich szpitalach i gabinetach, również tych prywatnych. Dopiero wówczas zostałby zrealizowany art. 68 Konstytucji: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”.
Praca. Bezrobocie jest niskie. Brakuje rąk do pracy. To najlepszy okres, by zawalczyć o prawa pracownicze. Szczególnie z wielkimi i wszechmocnymi korporacjami. Przykład pierwszy z brzegu: jest skandalem, że polski kodeks pracy nie gwarantuje pracownikowi wynagrodzenia ani o złotówkę wyższego za pracę w niedzielę. Oczywiście niezależnie od prawa do dodatkowego dnia wolnego. Jeśli chodzi o prawa pracownicze – daleko nam jeszcze do standardów europejskich. Tu też konieczne są radykalne zmiany – prowadzone pod egidą związków zawodowych.
Mieszkanie. Wszystkie dotychczasowe programy mieszkaniowe można, jak mawiała moja babcia, o kant dupy potłuc. Artykuł 75 Konstytucji, mówiący że: „Władze publiczne (…) popierają działania obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania” jest pustym frazesem. Póki co, to rzekome „poparcie” doprowadziło do tego, że kilkaset tysięcy rodzin zostało uwikłanych w kredyty frankowe. A zarówno za rządów PO jak i PiS największymi beneficjentami owego „poparcia” są deweloperzy. Plus banki. Tutaj też konieczna jest radykalna zmiana w działaniach państwa.

Lewica

O zdrowiu, pracy i mieszkaniach lewica mówiła wielokrotnie. Oczywiście. Dlatego w ramach remanentu powinniśmy zapytać o pozycję lewicy po 26 maja. Sojusz Lewicy Demokratycznej wprowadził do Europarlamentu 5 swoich przedstawicieli (szkoda, że żadnej przedstawicielki). To jest najlepszy rezultat ze wszystkich ugrupowań tworzących Koalicję Europejską – w porównaniu do wyborów z roku 2014. Ale nie to jest, moim zdaniem, najważniejsze.
W wyborach samorządowych we Wrocławiu Sojusz Lewicy Demokratycznej startował w koalicji z konserwatystami skupionymi wokół prezydenta Dutkiewicza. Ta egzotyczna koalicja budziła wśród wrocławskiej lewicy spore kontrowersje. Jednak po wyborach trójka radnych SLD: Bartek Ciążyński, Dominik Kłosowski i Czesław Cyrul potrafiła przekonać prezydenta Sutryka do wielu pomysłów lewicy. „To co robi prezydent Sutryk, to w 90 procentach nasz program” – potwierdzają wrocławscy radni SLD.
Podobny proces można było zauważyć w Koalicji Europejskiej. Ewidentny skręt w lewo Platformy Obywatelskiej nie był zaplanowanym manewrem przewodniczącego Schetyny. Po prostu istnieje w społeczeństwie świadomość ułomności polskiej sceny politycznej bez lewicy. I Koalicja Europejska w jakimś stopniu starała się tę lukę zagospodarować. Twierdzę, że pozycja Sojuszu Lewicy Demokratycznej w ramach Koalicji Europejskiej była znacznie silniejsza, niż wynikało to z parytetów czysto arytmetycznych. Nie chodzi mi o ilość „jedynek” czy „dwójek”. Ale o kształtowanie oblicza politycznego całej koalicji.

Lewarowanie lewicy

To, co chcę zasugerować, to plan na lata – nie na miesiące. Spodziewam się, że ostatecznie dojdzie do uporządkowania polskiej sceny politycznej. Na której swoje miejsce znajdzie zarówno nowoczesna prawica. Jak i lewica lub centrolewica. Ta pierwsza zacznie się kształtować wtedy, gdy polityczną karierę zakończy Kaczyński. Ta druga stopniowo będzie rosła w siłę już po najbliższych wyborach. Zbliżając do siebie polityków lewego skrzydła PO i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W ciągu najbliższych 2-3 lat to lewica może być największym beneficjentem tegorocznych wyborów.
Jak podawał swego czasu CBOS, w ostatnich wyborach parlamentarnych niemal 40 proc. wyborców o poglądach lewicowych głosowało na PO. Dlaczego? Bo podobał im się program i działania rządu Tuska? Nie! Dlatego że głosowanie na małe ugrupowanie obarczone było ryzykiem straty głosu. Szczególnie wobec zagrożenia rządami Kaczyńskiego.
Następne wybory będą dopiero za cztery lata. Przez ten czas możemy być świadkami odrodzenia lewicy. Nie ucieczki elektoratu lewicowego do PO – jak ostatnio. Ale jego powrotu do partii lewicowej.

Remanent

Szanowni Czytelnicy i Czytelniczki, macie wrażenie, że akapit o lewarowaniu lewicy skądś znacie? Tak, to fragment mojego tekstu z „Trybuny” sprzed dwóch miesięcy. Dzisiaj – bogatszy o doświadczenia z wyborów do Europarlamentu – podpisuję się pod tamtymi słowami obiema rękoma. Nie wiem, czy pokonanie PiS-u na jesieni będzie w zasięgu opozycji. Ale o rychłym powrocie lewicy do głównego nurtu polskiej polityki jestem przekonany.

Co dalej lewico?

Wszystko wiadomo. Suweren przemówił. Mandaty rozdane. SLD może być zadowolony z udziału w Koalicji Europejskiej. Wywalczył 5 mandatów w europarlamencie. KE przegrała, ale gdyby skupione w niej partie poszły osobno byłoby jeszcze gorzej. To było najlepsze rozwiązanie jakie antypisowska opozycja mogą wymyśleć na te wybory. Jak to bywa w koalicji były potknięcia, różne opinie, niezgranie w kampanii. Związek partii nigdy nie będzie tak sprawny w kampanii jak partia o wodzowskim charakterze, wspierana państwowym groszem i propagandą. I te wybory są właśnie tego dowodem.
Główne skrzypce w koalicji grała PO. Wtórował SLD. PSL nie potrafił się odnaleźć do końca w zespole. Nowoczesna i Zieloni jedynie podtrzymywali rytm i to cichutko.
Co dalej? PO chciałaby koalicję kontynuować w wyborach parlamentarnych. PSL stoi w rozkroku. W SLD koalicja się raczej podoba. Co z tego może wyniknąć? SLD pewnie pójdzie do wyborów parlamentarnych w koalicji z PO Nowoczesną (o ile ta partia dotrwa do wyborów) i Zielonymi, uzyska ileś tam mandatów i utworzy własny klub lub koło w Sejmie. …Będzie skromna reprezentacja, a potem się zobaczy…. To jest myślenie pragmatyczne obliczone na dzisiejszy stan sceny politycznej. Taka sytuacja będzie powoli rugować lewicę z życia. Samodzielny start SLD byłby jednak obarczony sporym ryzykiem.
Zarazem widać, że bez SLD niemożliwe jest skonstruowanie zjednoczonej lewicy. Politycy z lewicy wiedzą o tym, ale ich osobiste ambicje nie pozwalają na podjęcie rozmów. Kłótnia na lewicy trwa znacznie dłużej niż swego czasu na prawicy i wynika z tego, że polska swarliwość to aktualna cecha lewicy.
Gdyby jednak SLD, Wiosna, Zieloni, Razem i ruchy feministyczne potrafiły się dogadać i stworzyć partię, nie koalicję, byłaby to siła, która mogłaby na początek liczyć na kilkanaście procent poparcia wyborców. Po eurowyborach widać, że Wiosna, bardziej liczyła na błyskotliwy sukces niż długi marsz. Wydaje mi się, że te skromne 6 procent poparcia to wszystko, co Wiosna mogła osiągnąć. Lewica Razem poległa w ciszy. Gdyby spontaniczność i żywiołowość Wiosny połączyć z doświadczeniem SLD, pryncypializmem Razem, zieloną rewolucją Zielonych i ruchami feministycznymi mogłaby powstać ciekawa mieszanka, strawna dla szerszych kręgów lewicy. Oczywiście zaraz pojawią się utyskiwania i narzekania elektoratu, że nigdy z tymi czy tamtymi, że to nie lewica, sługusy kościoła, itp. Elektorat lewicy jest dzisiaj równie kłótliwy i podzielony jak jej politycy. Innej sensownej alternatywy dla uratowania lewicy jednak nie ma.
Jest jeszcze problem przywództwa. I tutaj jest jeszcze większy problem, ale go celowo nie rozwinę, bo moje dywagacje są czysto życzeniowe, a tak bardzo chciałbym się mylić. Politycy lewicy i prawicy zresztą też, żyją zawsze najbliższymi wyborami i pod nie tworzą zespoły wyborcze. Po wyborach obietnice i programy idą w zapomnienie. PiS te zasady trochę zmienił i dlatego odnosi sukcesy.
Zdaje sobie sprawę, że w politycznej dwubiegunowości antypisowska koalicja jest konieczna. Jednak taka koalicja spowoduje wypłukanie lewicy z polityki. Może nie ma innego wyjścia, może to mniejsze zło, może w przyszłości powstaną formacje polityczne, o których nam się dzisiaj nawet nie śni. Jedno jest jednak pewne. Lewica w koalicji, będąc w mniejszości, będzie się pozbywać własnej tożsamości. Skoro jednak wyborcy jakoś na nami nie tęsknią i nie tylko w Polsce to też trzeba jakieś z tego wyciągać wnioski.

Lekcja eurowyborów

Zacząć muszę te niewesołe refleksje od wyznania, że źle oceniłem perspektywę proeuropejskiej opozycji w tych wyborach. Nie spodziewałem się tak wysokiej frekwencji, zwłaszcza w sprzyjających Prawu i Sprawiedliwości obwodach wiejskich i we wschodniej części kraju Biję się więc w piersi i postaram się w przyszłości wyciągnąć wnioski z tego doświadczenia.

Jak wielu moich przyjaciół i znajomych jestem tymi wyborami rozczarowany. Trzeba jednak patrzeć w przyszłość. To w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu rozstrzygną się losy Polski na następne lata. Mamy pięć miesięcy, by się do tych wyborów przygotować. Stawka jest bardzo wysoka. Tu idzie o umocnienie lub odwrócenie procesu przekształcania polskiego systemu politycznego w kierunku nowego autorytaryzmu. Jak wielokrotnie pisałem, cechą nowego autorytaryzmu – w odróżnieniu od klasycznego – jest to, że władza pochodzi nie z nagiej przemocy, lecz z woli wyborców: opiera się nie na bagnetach, lecz na kartkach wyborczych. Oznacza to szansę, ale także wyzwanie.
Wyniki wyborów pokazują, że istnieje równowaga między Zjednoczoną Prawicą (PiS i jego mniejsi sojusznicy) i demokratyczną opozycją (Koalicja Europejska, Wiosna i Lewica Razem). Na trzy listy demokratycznej opozycji padło łacznien45.8% głosów ważnych, czyli nieznacznie więcej niż na Prawo i Sprawiedliwość (45.4%). W pewnym sensie sukces partii władzy jest powtórzeniem jej sukcesu w wyborach z 2015 roku, gdy tylko dzięki temu, że koalicyjna lista Zjednoczonej Lewicy nie przekroczyła progu wyborczego prawica zdobyła ona bezwzględną większość mandatów sejmowych.
Powtarzam więc raz jeszcze: jeśli na serio chcemy odsunąć PiS od władzy i zapewnić Polsce demokratyczną przyszłość, powinniśmy na bok odłożyć nawet najbardziej uzasadnione wzajemne anse i zbudować możliwie szeroką – szerszą niż Koalicja Europejska – koalicję sił demokratycznych. Robert Biedroń ma powody, by cieszyć się z tego, że Wiosna znalazła się na trzecim miejscu, ale powinien pamiętać, że przy ordynacji obowiązującej w wyborach sejmowych kilka procent poparcia tej partii przełożyłoby się na znacznie więcej mandatów, gdyby Wiosna weszła w skład koalicji demokratycznej.
Jeszcze bardziej oczywista jest sytuacja Lewicy Razem. Szanuje i cenię ideowość działaczy tej formacji, ale raz jeszcze przestrzegam przed marnowaniem głosów. Nic nie wskazuje na to, że za pięć miesięcy Lewica Razem będzie w stanie pokonać próg wyborczy. Głosy oddane na tę listę znowu się zmarnują. Czy nie lepiej więc odłożyć na bok urazy z przeszłości i tym razem iść rzeczywiście razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej ma powody, by uznać swoją decyzję o wejściu w skład Koalicji Europejskiej za trafną. Ze wspólnych list wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego tylu posłów, ilu mieliśmy w poprzedniej kadencji. Przekonany jestem, że gdyby SLD szedł do wyborów osobno, takiego wyniku nie zdobyłby. Tak się składa, że dobrze znam (także ze wspólnej pracy w rządzie) i bardzo cenię wszystkich teraz wybranych SLD-owskich deputowanych, więc przekonany jestem, że Polska i Unia Europejska dobrze wyjdą na tym, że zdobyli oni mandaty.
Musimy teraz zakasać rękawy i tak pracować nad przygotowaniem następnej kampanii wyborczej, by nie skończyła się ona nową przegraną.
Oznacza to przede wszystkim przełamanie fatalnego podziału na miasta i wieś, Polskę wschodnią i zachodnią. Poważny – realistyczny a zarazem ambitny – program dla wsi i dla regionów mniej rozwiniętych to obecnie warunek sine qua non jesiennego zwycięstwa.
Musimy zrobić poważny wysiłek dla odzyskania poparcia najmłodszych wyborców. To ich przyszłość jest szczególnie zagrożona przedłużaniem się rządów PiS.
Zarazem konieczny jest poważny program uporządkowania stosunków miedzy państwem i kościołem. Koalicja sil demokratycznych nie jest i nie będzie ugrupowaniem antykościelnym. Powinna jednak bardzo wyraźnie określić swe zamiary w takich sprawach jak dalsze losy ustawy antyaborcyjnej, nauczania religii w szkołach publicznych i jej finansowanie ze środków budżetowych, a przede wszystkim zasady wynagradzania takich – dotąd wyraźnie dyskryminowanych – kategorii pracowników państwowych jak nauczyciele, służba zdrowia czy personel administracyjny sadów.
Musimy też silniej niż dotychczas wyeksponować nasze stanowisko w sprawie polityki zagranicznej. Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do dramatycznego osłabienia pozycji międzynarodowej naszego państwa. Awanturnicza rusofobia w połączeniu z boczeniem się na główne państwa Unii Europejskiej niszczy tę pozycję, jaką dla Polski wywalczyliśmy przez pierwsze ćwierćwiecze Trzecie Rzeczypospolitej.
Tak więc jest nad czym dyskutować i jest wiele do zrobienia, byśmy za pięć miesięcy mieli prawo do otwierania szampana. Jest to w zasięgu możliwości, ale łatwo nie przyjdzie.

SLD, czyli Koalicja Europejska. Koalicja Europejska, czyli SLD

„To nie są wybory europejskie. To są wybory jak najbardziej polskie|” – powiedział w prorządowym tygodniku „Sieci” premier Mateusz Morawiecki. Szczerze, bez kłamstw tym razem.
Udowodnił tam, że polityka europejska PiS jest całkowicie podporządkowana polityce wewnętrznej tej partii. To tylko część wojenek ideologicznych pana prezesa Kaczyńskiego, jego kontrrewolucji narodowo-katolickiej.
Premier Morawiecki zadeklarował też, że tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego będą dla PiS próbą generalną przed najważniejszymi- jesiennymi wyborami do Sejmu i Senatu. Dowodem popularności obozu władzy i opozycji zjednoczonej w Koalicji Europejskiej. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Rzeczywiście, tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego rozegrają się przede wszystkim między dwoma listami wyborczymi. Narodowo-katolickiego Prawa i Sprawiedliwości oraz polskiej, demokratycznej Koalicji Europejskiej. To one rywalizują o wyborcze zwycięstwo. To ich eurodeputowani będą decydować o polskiej polityce w Parlamencie Europejskim.
Poza nimi, jedynie na kilka mandatów mogą też liczyć dwa ugrupowania, które w sondażach przedwyborczych regularnie przekraczają próg wyborczy. Wiosna Roberta Biedronia i antyunijna, ultra-prawicowa Konfederacja.
Ale ich deputowani, poza znakomitymi warunkami pracy, niewiele w Parlamencie Europejskim osiągnąć mogą.
Efektywna praca w parlamencie, każdym, nie tylko Europejskim, to żmudna gra zespołowa. Mistrzowskie ćwierkanie na Twitterze, telewizyjne wygibasy, komentowanie cudzych komentarzy, tak bardzo premiowane w polskich mediach, nie przekładają się w Parlamencie Europejskim na realne polityczne efekty.
Tylko silne intelektualnie, liczne frakcje parlamentarne mogą być w Parlamencie Europejskim skuteczne. A kandydaci Wiosny i Konfederacji nie potrafili jednoznacznie swego uczestnictwa w takich frakcjach zadeklarować.
Kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej kandydują do Parlamentu Europejskiego z list Koalicji Europejskiej.
Z koalicją wyborczą jest jak z Unią Europejską. Aby państwo mogło uczestniczyć w tym korzystnym projekcie politycznym, musi zrezygnować z części swej suwerenności. Partia decydująca się na koalicję wyborczą też rezygnuje z części swej partykularnej suwerenności partyjnej na rzecz nadrzędnego interesu wszystkich obywateli naszej Polski i Europy.
Za to wszyscy kandydaci SLD jednoznacznie zadeklarowali, że w przyszłym Parlamencie Europejskim zasilą frakcję Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów. Drugą co do wielkości frakcję tego parlamentu. O postępowym, socjalnym programie.
Kandydaci SLD z list Koalicji Europejskiej prezentowali się już na łamach naszej „Trybuny”.
Poznaliście poglądy dwójki byłych premierów. Włodzimierza Cimoszewicza, kandydującego z Warszawy i otaczających ją gmin,
oraz Leszka Millera kandydującego z Wielkopolski.
Dzisiaj możecie poznać europejskie plany trzeciego premiera, Marka Belki kandydującego z regionu łódzkiego.
O swoim dorobku i przyszłej pracy w Parlamencie Europejskim mówili na łamach „Trybuny”:
Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska kandydująca z Dolnego Śląska i regionu opolskiego,
Andrzej Szejna kandydujący z Małopolski i Świętokrzyskiego,
Janusz Zemke kandydujący z Kujawsko-Pomorskiego,
Marek Balt kandydujący ze Śląska,
Riad Haidar kandydujący z Lubelszczyzny
i Elżbieta Jachlewska kandydująca z Pomorskiego.
Znacie też poglądy często wypowiadającego się na łamach „Trybuny” wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Bogusława Liberadzkiego, ponownie kandydującego z Lubuskiego i Zachodniopomorskiego.
Na listach Koalicji Europejskiej znajdziecie też innych kandydatów SLD: Marka Ustrobińskiego z Podkarpacia, Jolantę Kalinowską z Pomorskiego, Władysława Mańkuta z Warmii, Mazur i Podlasia, Ireneusza Sitarskiego z Mazowsza, oraz Aleksandrę Stasiak z Łódzkiego.
W odpowiedzi na liczne pytania naszych Czytelników informujemy, że w tych wyborach kandydatów SLD nie ma na listach komitetu „Lewica Razem”. Bo tym razem jest to koalicja stworzona wokół Partii Razem, Unii Pracy i RSS.
„Nie dajmy się uwieść szarlatanom, którzy już pokazali jak niewiele umieją” – zaapelował na łamach tygodnika „Sieci” premier Morawiecki.
I wezwał zwolenników PiS do masowego uczestnictwa w niedzielnych wyborach. W tej próbie generalnej przed jesiennymi wyborami do Sejmu RP i Senatu RP.
Tym razem zgadzamy się z panem premierem.
Apelujemy do naszych Czytelników.
Bierzcie sprawy Polski i Europy w swoje ręce.
Nieobecni podczas wyborów nie mają potem racji.
Głosujcie rozsądnie.
Nie dajcie się uwieść szarlatanom, gwiazdom jednego sezonu politycznego, mistrzom medialnego lansu.
Wybierzcie fachowych i pracowitych.
Znanych Wam dobrze, zwłaszcza z łamów naszej „Trybuny.

Głos lewicy

PiS pracuje na klęskę

Łukasz Moll snuje refleksje przedwyborcze:
Z realnych, a nie życzeniowych scenariuszy na niedzielny wieczór wyborczy najlepszy będzie ten, w którym PiS wyraźnie pokona Koalicję Europejską. Będzie to oznaczało, że Konfederacja przekracza 5 proc. próg wyborczy nieznacznie lub wcale i że na lewo od PO istnieje jakieś życie.
Poza tym mimo że partia rządząca z każdym miesiącem ciężko pracuje na utratę władzy, to opozycja ciągle nie dała ani jednego pozytywnego argumentu, dla którego należałoby jej tę władzę oddać jesienią. Powrót do tej całej gadki o zaciskaniu pasa, o długu publicznym, przywilejach pracowniczych, tanim państwie i ulgach dla korporacji jest dla mnie perspektywą wprost przerażającą. Głównym grzechem PiS jak dla mnie jest to, że do tego powrotu może dojść.

Wybory w kapitalizmie

Na ten sam temat, choć nieco z innej perspektywy, wypowiada się na Facebooku Tymoteusz Kochan:
Całe miasta zaklejone reklamami i bilbordami, na których widnieją tylko same twarze i śmiesznie krótkie hasła, które pasują w zasadzie równie dobrze do każdej partii…
Reklamy wyborcze to coś na co mam szczególną alergię i to od wielu lat.
Niestety w ten postpolityczny cyrk bawią się nie tylko partie prawicowe, które ze zrozumiałych przyczyn programu pokazywać nie chcą i nie muszą, ale i lewica. Z budżetu partii idą więc tysiące złotych na reklamy praktycznie całkowicie pozbawione treści, zbliżone do reklam kosmetyków i mające mniej od nich treści.
Sama twarz i numer oraz logo.
Zamiast wykorzystać okazję i umieścić tam chociażby 1 punkt programu, wymienić jakieś zasługi, rozpisać swoje cele chociaż na dwa dłuższe zdania dla bardziej uważnych i nieobeznanych z lewicową ofertą…
Nie. Lepiej w kółko bawić się w konkurs na najlepszy makijaż. Wyjście poza bańkę najlepiej jeszcze sobie utrudnić.

Lewica czy nie lewica

Swoje trzy grosze dorzucił Piotr Nowak, dziennikarz strajk.eu:
Podobno PiS przejął elektorat socjalny i jest to problemem tzw. lewicy. Dlaczego w takim razie komitet Lewica-Razem na finiszu kampanii wyborczej atakuje liberalną Wiosnę?

Nigdy nie postrzegałem Wiosny jako ugrupowania prospołecznego, ale skoro lewica w nich uderza i mają takie notowania to pewnie są lewicą, a zatem mają mój głos.

Kto startuje

A wszystko trafnie podsumowuje dziennikarz Krytyki Politycznej Przemysław Witkowski:
Niezwykle mnie to bawi.
W Koalicji Europejskiej masa byłych członków PZPR, sekretarze, członkowie KC, ZSMPowcy, dyplomaci;
w PiS aparat bezpieczeństwa, sędziowie, prokuratorzy, za PRL ściśle związani z władzą, TW SB na eksponowanych stanowiskach, w PKP czy na placówce;
w Konfederacji PZPRowskie odpady: zrzuty po Stronnictwie Demokratycznym, trepy, dzieci sekretarzy spod Legnicy, paxowcy.
A w Razem legenda opozycji, banda młodzianków i dziewoj co to w PRL mieli jeno pacholęctwo, dodatkowo wychowanych w duchu zachodniego socdemu.
Ale nie, to tu są Ci słynni „komuniści”.
Za czytanie komentarzy Polaków wypowiadających się o polityce państwo powinno mi wypłacać dodatek za pracę w niebezpiecznych dla zdrowia warunkach.

Dlaczego Sojusz?

Pragnę zwrócić się do wyborców lewicy. Lewica jest tu, w Koalicji Europejskiej.
Wyborcom Sojuszu Lewicy Demokratycznej chcę powiedzieć: jesteśmy gwarantami w tej koalicji wszystkich spraw socjalnych, państwa świeckiego, mówienia prawdy o historii, przywrócenia tego, co ludziom aktywnym zawodowo do 1989 r. zostało zabrane, aby ich prawa nabyte zostały zwrócone. Gwarantujemy to!
Decyzję, jaką podjęliśmy, podjęliśmy bardzo świadomie. 1200 000 wyborców, którzy głosowali na nas w ostatnich wyborach samorządowych i parlamentarnych – zwracam się da Was! Jesteśmy jako Sojusz Lewicy Demokratycznej w Koalicji Europejskiej.
Na koniec chciałbym się podzielić swoją osobistą refleksją. Wiem co to znaczy głos stracony.
Zdaję sobie sprawę, że jeżeli w ostatnich wyborach samorządowych wszyscy bylibyśmy mądrzejsi, to dzisiaj w sejmikach wojewódzkich rządziłaby demokracja i rozsądek. W tej chwili w 8 województwach rządzi PiS, który nie gwarantuje np. spraw związanych z in vitro, czy też łagodzenia złych ustaw, które uchwala obecny Sejm.
Wiem co to znaczy głos stracony, a te wybory, które odbędą się za kilka dnia, zdecydują o jednej rzeczy: czy damy Polkom i Polakom nadzieję, że Polska będzie w pełni demokratyczna, czy też te nadzieje mogą się w pełni załamać.
Nie marnujmy głosu, głosujmy na listę nr 3, na listę Koalicji Europejskiej!