Małgosia – lepsze oblicze polityki

Małgorzata Sekuła- Szmajdzińska będzie na trzecim miejscu listy Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie w majowych wyborach do Europarlamentu. Małgosia była w przeszłości radną Warszawy i posłem VII kadencji Sejmu z Dolnego Śląska.

W tygodniku „Polityka” ówcześni posłowie wybrali 13 najlepszych, równorzędnych posłów tamtej kadencji. Wśród tych „primus inter pares” była posłanka Małgorzata. „Trudno zliczyć komisje i podkomisje, w których zajmowała się sprawami prawnymi, jej wystąpienia na forum komisji i na obradach plenarnych”. „Niezwykle ceniona za wiedzę i upór w dążeniu do celu, ale także zdolności do kompromisu. Posłowie i dziennikarze często uzasadniali jej kandydaturę tak: „Szkoda, że tak mało występuje publicznie, że nie jest zapraszana do telewizyjnych i radiowych debat, w których mogłaby pokazać to dobre oblicze polskiej polityki”. Nigdy nie wykorzystuje swojej pozycji „smoleńskiej wdowy…”
Małgorzata nie była zapraszana, bo nie gardłowała, nie wykłócała się, nie brała udziału w pyskówkach, a właśnie tacy, głośni, nie do końca wiedzący o co chodzi, brylują dzisiaj w mediach. Takie czasy nastały w polityce.
Małgosia może, choć w małej cząstce, te fatalne praktyki zmienić. Dlatego ona dla dolnośląskiej lewicy będzie numerem jeden na liście Koalicji Obywatelskiej w naszym regionie.

Przezwyciężanie historycznego podziału

Jednym z ciekawszych momentów niedawnej konwencji Koalicji Europejskiej, na której prezentowani byli liderzy list do Parlamentu Europejskiego, było wystąpienie Radosława Sikorskiego. Ten znany ze swych radykalnych wypowiedzi antykomunista otwarcie ustosunkował się do postawionego mu przez jednego z wyborców zarzutu, że zgodził się kandydować razem z komunistą Millerem. Odpowiedź Sikorskiego warta jest przypomnienia.

Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on, że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku.
Pojęcie „podziału postkomunistycznego” (użyte między innymi w wartościowej książce Mirosławy Grabowskiej „Podział postkomunistyczny” (Warszawa 2004) wywodzi się z socjologicznej koncepcji sformułowanej w latach sześćdziesiątych przez dwóch znanych socjologów polityki (a moich starszych przyjaciół) : Seymoura Martina Lipseta (1922-2006) i Steina Rokkana (1921-1979). Używali oni terminu „cleavages” tłumaczonego na polski jako „podział” lub „rozłam”. Idzie tu nie o jakikolwiek podział polityczny, lecz tylko o bardzo trwałą polaryzację wynikającą z ważnych wydarzeń historycznych. Pisząc o polityce europejskiej Lipset i Rokkan wymieniali trzy takie wielkie podziały, których korzenie tkwiły w reformacji, w rewolucjach narodowo-demokratycznych przełomu stuleci XVIII i XIX oraz rewolucji przemysłowej XIX wieku. „Podział postkomunistyczny” byłby kolejnym takim podziałem, u źródeł którego leżał stosunek do okresu rządów partii komunistycznych.
Podział ten nie we wszystkich państwach postsocjalistycznych ma jednakowo wielkie znaczenie. W szczególności nie wyznacza on w znaczącym stopniu układów politycznych w Rosji i w większości dawnych republik radzieckich. W Polsce natomiast miał on znaczenie fundamentalne, co wynika z faktu, że to w Polsce istniała najsilniejsza opozycja demokratyczna. Tak dla jej działaczy, jak i dla ludzi zaangażowanych po stronie ówczesnych władz, pamięć o tamtych wydarzeniach (w tym zwłaszcza o traumatycznym doświadczeniu stanu wojennego) stanowiła bardzo ważny wyznacznik dokonywanych wyborów.
Po 1989 roku podziały polityczne w naszym kraju były w pierwszym rzędzie odzwierciedleniem tak rozumianego „podziału postkomunistycznego”. Utrzymywał się on także wtedy, gdy zmieniał się układ sił. Po zwycięstwie Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich 1990 roku i po wyborach parlamentarnych 1991 roku wyrażał się on w izolacji wywodzącej się z PZPR lewicy, co zresztą było jedną z przyczyn niestabilności i upadku dwóch kolejnych rządów: Jana Olszewskiego w 1992 roku i Hanny Suchockiej rok później. Po imponującym zwycięstwie SLD w wyborach 1993 roku w kierownictwie tego ugrupowania pojawiła się koncepcja „wielkiej koalicji” z udziałem Unii Demokratycznej i Unii Pracy. Choć nie wszystkim działaczom naszego ugrupowania koncepcja ta odpowiadała, miała ona poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego a tym samym mogła stać się podstawą budowania polityki polskiej na podstawach innych niż historyczne podziały. W Unii Demokratycznej byli zwolennicy tej koncepcji, wśród których szczególną rolę odgrywał Jacek Kuroń. Większość grona kierowniczego tej partii była jednak przeciwna koalicji z SLD, co pociągało za sobą także odmowę udziału w koalicji ze strony Unii Pracy. Tym samym układ polityczny w drugiej kadencji Sejmu (1993-1997) odzwierciedlał historyczny podział na ugrupowania wyrosłe z PRL (SLD i PSL) oraz ugrupowania mające korzenie w antykomunistycznej opozycji. Podział ten utrzymał się przez dwie następne kadencje, w których SLD był albo najsilniejszą partią opozycyjną, albo głównym trzonem rządzącej opozycji. Podwójne zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich lat 1995 i 2000 oznaczało, że dla wielkiej części wyborców polityczny życiorys tego polityka nie był przeszkodą w oddaniu na niego głosu.
Taki układ polityczny załamał się w 2005 roku w wyniku dotkliwej klęski wyborczej SLD. Przyczyny tej klęski były nieraz analizowane, także przeze mnie, więc nie ma sensu by do tego wracać. Nie prowadziło to jednak do zaniku „podziału postkomunistycznego”. Podział ten utrzymywał się w postaci izolowania SLD, który przez następne czternaście lat pozostawał w opozycji i nie był brany pod uwagę przy budowaniu kolejnych koalicji rządowych.
Zarazem jednak od 2005 roku coraz silniejszy był nowy podział polityczny rozrywający dotychczasowy blok antykomunistyczny. W przededniu wyborów 2005 roku dość powszechne było przekonanie, że ich wynikiem będzie powstanie koalicji PO-PiS, co stanowiłoby odzwierciedlenie „podziału postkomunistycznego”, gdyż obie te partie kierowane były ( i są) przez ludzi niegdyś aktywnych w szeregach opozycji antykomunistycznej. Dlaczego tak się nie stało?
Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Sądzę, że w grę wchodziło kilka okoliczności. Pierwszą było to, że wobec wielkiego osłabienia SLD znikł jednoczący dawną opozycję czynnik walki ze wspólnym wrogiem. Drugą okolicznością było to, że wygrywając zarówno wybory parlamentarne jak i prezydenckie PiS uzyskał tak wielką przewagę na Platformą Obywatelską, że wykluczało to równorzędną, partnerską współpracę. Trzecią okolicznością były różnice programowe, co propagandziści PiS przekuli na przeciwstawienie Polski „solidarnej” Polsce „liberalnej”. Wreszcie nie bez znaczenia były ambicje osobiste przywódców, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, któremu nigdy nie układała się współpraca z niezależnymi od niego partnerami.
Konsekwencją załamania się koncepcji „PO-PISU” były długie lata wyniszczającej walki prowadzonej przez dwa ugrupowania o podobnych korzeniach historycznych. Raz jeszcze potwierdziła się prawidłowość, że najostrzejsza walka toczy się między tymi, którzy wyszli z tej samej formacji. Dotyczy to zarówno walk wyznaniowych (katolicy i protestanci, sunnici i szyici), jak i walk politycznych.
W walkach toczonych po 2005 roku między dwiema głównymi partiami polskiej prawicy SLD skazany był na rolę kibica. Jego poparcie nie było niezbędne ani jednej, ani drugiej stronie. Raz tylko SLD mógł znacząco wpłynąć na bieg wydarzeń: gdyby w 2015 roku jednoznacznie poparł Bronisława Komorowskiego. Jak wiadomo, tak się nie stało, co uważałem wtedy i nadal uważam za wielki błąd polityczny naszej formacji.
Obecne rządy PiS pogłębiły jednak podziały. Pokazały, że w grę wchodzą obecnie sprawy fundamentalne dla przyszłości Polski na dziesięciolecia: jej miejsce w Unii Europejskiej i utrzymanie zagrożonego ładu demokratycznego. Odpowiedzią na to jest powstanie Koalicji Europejskiej z partnerskim udziałem SLD. Jest to moment przełomowy – ostateczny kres „podziału postkomunistycznego” .
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.

Lewarowanie lewicy

Dokonujące się obecnie przegrupowanie politycznej sceny Polski może mieć wieloletnie konsekwencje.

Część Czytelników i Czytelniczek z nieufnością patrzy na udział lewicy w Koalicji Europejskiej. Może nie w perspektywie wyborów europejskich, bo akurat proeuropejskość wszystkich partii wchodzących w skład tej koalicji jest elementem łączącym. Znacznie trudniej wyobrazić sobie wspólny start na jesieni – w wyborach parlamentarnych. Decydować będą o tym gremia partyjne. W przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej ogólnopartyjne referendum, najprawdopodobniej w czerwcu. Obserwując scenę polityczną, nabieram przekonania, że wspólny start opozycji w wyborach parlamentarnych może być początkiem odrodzenia lewicy. Nie zaś jej końcem, jak wieszczą sceptycy.

POPiS

Dzisiaj określenie „POPiS” – kierowane pod adresem polityków Platformy – traktowane jest przez nich jak obelga. Ale kiedyś tak nie było. W wyborach w 2005 roku Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska startowały wprawdzie oddzielnie. Ale zarówno politycy jak i wyborcy mieli świadomość, że różnice między obu partiami są kosmetyczne. A po wyborach powstanie POPiS. Zresztą na to się zanosiło, gdy przedstawiciele PO i PiS rozpoczynali rozmowy koalicyjne. Dysponując potężną większością – 288 mandatami.
Koniec końców POPiS nie powstał. A politycy obu partii zajęli się budowaniem muru i zasieków odgradzających ich ugrupowania. Jakbym miał podać jakiś wyrazisty przykład, to wskazałbym na dwa państwa niemieckie po II wojnie światowej. W obu mieszkali Niemcy. W obu mówili po niemiecku. A jednak przez lata podzieleni byli na tych „dobrych”. I tych „złych”.
Podobne korzenie. W przeszłości te same partie i koalicje: ZChN, AWS. Podobne poglądy. I programy. Jak bym nie znał wielu polityków i polityczek prawicy – miałbym kłopot w zgadywaniu. Czy już zaliczyć ich do tych „dobrych” – związanych z PO? Czy jeszcze do tych „złych” – związanych z PiS-em? Ujazdowski, Marcinkiewicz, Kamiński, Dorn. I naczelny adwokat prawicy – Roman Giertych.
Konkluzja jest prosta. Tak jak podział Niemiec na dwa państwa był tymczasowy, tak podział polskiej prawicy na dwa walczące ze sobą obozy – kiedyś się skończy. Moim zdaniem, prędzej niż później.

Po wyborach

Jesienne wybory parlamentarne przyniosą rozwiązania zero-jedynkowe. Albo będzie rządził PiS. Ewentualnie z Kukizem. Albo będzie rządziła koalicja partii tworzących obecnie Koalicję Europejską. Trzeciej możliwości nie ma. Wykluczam mezalianse typu PiS-PSL, czy PiS-SLD. Również Robert Biedroń musi odłożyć na później swoje plany zostania premierem.
To zero-jedynkowe rozstrzygnięcie wyborów będzie miało kolosalne znaczenie dla jednej z partii niedoszłego POPiS‑u. Platforma Obywatelska po przegranych wyborach w 2015 roku wpadła w tarapaty. Przez jakiś czas po piętach deptała jej Nowoczesna. I gdyby Ryszard Petru miał więcej doświadczenia i umiejętności politycznych, nie wykluczam, że dzisiaj PO byłaby tam, gdzie jest Nowoczesna. Platforma nie przetrzyma kolejnych przegranych wyborów. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Grzegorz Schetyna. Dlatego – mimo oporów swojego środowiska – usiadł przy jednym stole z Czarzastym.
Podobne konsekwencje będzie miała ewentualna przegrana Prawa i Sprawiedliwości. Wojna domowa w Zjednoczonej Prawicy od dłuższego czasu widoczna jest gołym okiem. Gdyby PiS przegrał – skłóceni ze sobą politycy doprowadzą do rozłamu w partii. Część na jakiś czas zniknie – obawiając się odpowiedzialności. Inni – będą zabiegali o podłączenie się do zwycięzców. A jeszcze inni – jak Zbigniew Ziobro – po raz drugi spróbują swoich sił. Bez starzejącego się Kaczyńskiego.

Płytka woda

Kiedyś, jako marszałek Sejmu i „trzeci bliźniak” Kaczyńskich, był potężnym i wpływowym politykiem. Ludwik Dorn –dzisiaj jest cenionym komentatorem politycznym. „Platforma łowi w płytkiej wodzie: walczy o tego samego wyborcę co Biedroń, Nowoczesna i SLD” – zatytułował swój felieton w Gazecie Wyborczej. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy” – zastanawia się Dorn. Faktycznie. Znam spore grono wyborców PO krzywo patrzących na poczynania Rafała Trzaskowskiego i kartę LGBT+. Nie poprą też Biedronia, zapowiadającego kasy fiskalne w kościołach. A już na pewno nie zagłosują na Kaczyńskiego. Jako wyborcy centroprawicy nie za bardzo mają na kogo głosować.
„Debata publiczna wyraźnie przesunęła się w stronę liberalizmu obyczajowego i radykalnego antyklerykalizmu” – zauważa Ludwik Dorn. A to tereny zupełnie obce dla większości polityków Platformy i ich wyborców – dodam ze swej strony. „Zadziwia samobójcza tendencja w PO – nie tylko wyraźnie porzuca ona swoich prawicowych wyborców, ale usiłuje się wzmocnić w antyklerykalnym i lewicowym segmencie, gdzie ma wiarygodną konkurencję ze strony Wiosny Roberta Biedronia” – konkluduje Dorn. Na lewicy zdecydowanie wiarygodniejszą partią od PO jest też SLD – muszę uzupełnić wypowiedź byłego marszałka.

Sieroty Centrum

Kto zajmie osierocone polityczne centrum? Kaczyński dostrzegł taką szansę już dawno. Gdy pozbywał się Beaty Szydło, zamieniając ją na Mateusza Morawieckiego. Nowy premier miał za zadanie przesunąć PiS w stronę centrum. To się na razie nie udało. Bo nie mniej ważnym zadaniem PiS‑u było pilnowanie prawej flanki. By nie wyrosła tam partia „prawdziwych Polaków”.
Nie wykluczam, że jeśli Platforma przegra jesienne wybory, politycy prawego skrzydła PO mogą podjąć próbę porozumienia się z ludźmi Morawieckiego. Wracając do pomysłu „centrowania” PiS-u. A tak naprawdę, do budowania nowego wcielenia POPiS‑u. Zwłaszcza, że po marionetkowych premierach Marcinkiewiczu i Szydło, Morawiecki wydaje się mieć znacznie więcej do powiedzenia u Kaczyńskiego.
Ludwik Dorn zwraca uwagę na możliwy wzrost roli Polskiego Stronnictwa Ludowego w walce o centroprawicę. Bo tylko ta partia wyraźnie dystansuje się – również w ramach Koalicji Europejskiej – od nieakceptowanych przez prawicowych wyborców postulatów obyczajowych i antyklerykalnych. Zgadzam się. PSL kierowany przez popularnego Kosiniaka-Kamysza może sporo zyskać na przetasowaniach sceny politycznej. Podobnie jak Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Lewarowanie lewicy

Termin „lewarowanie” to inaczej dźwignia finansowa. Zna ją każdy gracz giełdowy. Przykładowo: mamy 1000 złotych. I perspektywę inwestycji, która w krótkim czasie może przynieść 50 proc. zysku. Możemy więc zarobić 500 złotych. Ale jeśli do zainwestowanego tysiąca dołożymy jeszcze pożyczone 99 tysięcy, to oczekiwany zysk sięgnie 50000 zł. Pożyczkę z odsetkami oddamy, a to co zostanie, będzie zwielokrotnieniem naszego kapitału tysiąca złotych. Proste? Tak. Choć niekiedy ryzykowne.
Po podpisaniu przez Sojusz Lewicy Demokratycznej umowy Koalicji Europejskiej, niektórzy nasi koledzy i koleżanki zaczęli przypominać historie z „przystawkami”. Jak skończyła Samoobrona, LPR, a ostatnio Nowoczesna. Gdy siły koalicjantów były nierówne. Oczywiście nie można wykluczyć podobnych kolei losów w przypadku lewicy. Ale moim zdaniem, zdecydowanie bardziej prawdopodobnym jest scenariusz zupełnie odmienny.
Po wejściu do gry Biedronia, notowania SLD nieco spadły. Nie dramatycznie, ale na tyle, że problematycznym może być przekroczenie progu wyborczego w jesiennych wyborach. Jeśli wystartuje koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, powrót posłanek i posłów SLD do Sejmu jest przesądzony. Trudno sobie wyobrazić, aby wśród możliwych do zdobycia przez Koalicję 200-250 mandatach, nie znalazła się spora grupa kandydatów i kandydatek SLD. A powrót do parlamentu byłby dopiero początkiem „lewarowania lewicy”.

Perspektywa

Politycznie na obecności w Koalicji Europejskiej najbardziej może stracić Platforma Obywatelska. I to niezależnie od wyniku wyborczego i ilości mandatów uzyskanych przez tą partię. Bo o opuszczone przez PO miejsce na centroprawicy zawalczy Kosiniak-Kamysz i PSL – tak jak sugerował Ludwik Dorn. A jako partia centrolewicowa Platforma nigdy nie była wiarygodna. I tu robi się miejsce na drugi etap „lewarowania lewicy”.
To, co chcę zasugerować, to plan na lata – nie na miesiące. Spodziewam się, że ostatecznie dojdzie do uporządkowania polskiej sceny politycznej. Na której swoje miejsce znajdzie zarówno nowoczesna prawica. Jak i lewica lub centrolewica. Ta pierwsza zacznie się kształtować wtedy, gdy polityczną karierę zakończy Kaczyński. Ta druga stopniowo będzie rosła w siłę już po najbliższych wyborach. Zbliżając do siebie polityków lewego skrzydła PO i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W ciągu najbliższych 2-3 lat to lewica może być największym beneficjentem tegorocznych wyborów. Mrzonka? Nie.
Jak podawał swego czasu CBOS, w ostatnich wyborach parlamentarnych niemal 40 proc. wyborców o poglądach lewicowych głosowało na PO. Dlaczego? Bo podobał im się program i działania rządu Tuska? Nie! Dlatego że głosowanie na małe ugrupowanie obarczone było ryzykiem straty głosu. Szczególnie wobec zagrożenia rządami Kaczyńskiego.
Następne wybory będą dopiero za cztery lata. Przez ten czas możemy być świadkami odrodzenia lewicy. Nie ucieczki elektoratu lewicowego do PO – jak ostatnio. Ale jego powrotu do partii lewicowej. Ważne, by Sojusz Lewicy Demokratycznej potrafił ich na powrót sobą zainteresować.

Okrągły stół

W przedwyborczej zawierusze, kłócący się politycy zapominają o mijającej właśnie 30 rocznicy obrad Okrągłego Stołu. Dzisiaj, w piątek, na Zamku Ujazdowskim w Warszawie odbywa się konferencja poświęcona tej rocznicy. Są prezydenci: Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Wtedy po różnych stronach – dzisiaj wspólnie. Zbigniew Bujak i Andrzej Wielowiejski z dawnej Solidarności. Stanisław Ciosek i Janusz Reykowski z dawnego PZPR. Też przy jednym stole.
W sobotę, podczas konwencji Koalicji Europejskiej, stanęli obok siebie politycy o życiorysach diametralnie różnych. Grzegorz Schetyna i Włodzimierz Czarzasty. Jesteśmy na dobrej drodze, by dokończyć to, co zaczęło się 30 lat temu przy Okrągłym Stole. Wtedy porozumieliśmy się. Ale zaraz potem podzieliliśmy. Na tych z Solidarności. I tych z postkomuny.
Przez lata wśród części Polaków (również o poglądach lewicowych) pokutowała teza lansowana przez Gazetę Wyborczą: „SLD wolno mniej”. Na szczęście w roku 2019 to już przeszłość.

Powrót posła

Robert Jarosław Iwaszkiewicz
– jest taki europoseł z Dolnego Śląska i Opolszczyzny. Został wybrany 5 lat temu z listy korwinowców. Nikomu szerzej nigdy nie był znany. Zapamiętałem go palącego cygara przy zbieraniu podpisów popierających jego listę. Jak wiadomo Korwin-Mikke i jego wyznawcy szli do europarlamentu, by zniszczyć Unię Europejską.

Po wyborze słuch o europośle Iwaszkiewiczu zaginął. Przepadł jak kamień w wodę. Teraz, po pięciu latach publicznego niebytu, ponieważ rozbicie UE nie powiodło się, europoseł Iwaszkiewicz odnalazł się i ponownie chce ubiegać się o poselstwo. Zapewne przez kolejne 5 lat planuje dalsze rozbijanie UE. To rozbijanie odbywa się na koszt samej Unii, bo płaci mu ona około 30 tys. złotych miesięcznie. Dla porównania dodam, że nasi krajowi posłowie zarabiają około 6,5 tys. złotych netto. Są przy europosłach pariasami. Europoseł Iwaszkiewicz liczyć umie i pewnie rozbijanie UE rozłożył na długie lata, bo to prywatnie bardzo mu się opłaca. Grosza na kampanię pewnie nie pożałuje, bo ma z czego ją finansować. Już obwiesił Wrocław swoimi bilbordami. Nic dziwnego, trzeba mocno przypomnieć się wyborcom i przekonać ich, że warto walczyć o to by w UE nie być. Polacy jednak chcą być w UE. Poseł Iwaszkiewicz także i dlatego ponownie chce się tam dostać. Jak przekona wyborców do swojej pokrętnej ideologii? Nie wiem. Wiem natomiast, że wyborców pewnie znowu znajdzie. Pewnie nie w takiej ilości jak poprzednio, ale są u nas wyznawcy pokrętnych i śmiesznych idei. Pewnie jak w każdym kraju.

Oj, będzie się działo!

Z Włodzimierzem Cimoszewiczem, byłym premierem, ministrem sprawiedliwości i spraw zagranicznych, marszałkiem Sejmu, posłem do Sejmu, a obecnie senatorem, kandydatem do Parlamentu Europejskiego z listy Koalicji Europejskiej – rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

Czy polexit jest możliwy? Nie ten całkowity, wyjście Polski z Unii Europejskiej frontowymi drzwiami, ale częściowy, polegający na osłabieniu albo zamrożeniu integracji w niektórych sektorach? Taki hybrydowy polexit?
Już ma miejsce. Polski nie ma w ważnych dyskusjach, nie mamy żadnego sensownego stanowiska w kwestii przyszłości UE. To, co sie powtarza, to rytualne zaklęcia przeciwników integracji ukrywane za maska tzw. eurorealizmu. Utraciliśmy zdolność pozyskiwania sprzymierzeńców i sojuszników. Słynne „zwycięstwo” 1:27 było najbardziej znanym, ale nie jedynym takim przypadkiem. Nigdy wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło. Tak wiec, albo w wyniku bierności i braku propozycji, albo w rezultacie skonfliktowania się z innymi, w wyniku amatorskiej i niemądrej polityki zagranicznej, jesteśmy tam, ale nas nie ma. Jeżeli PiS utrzyma sie u władzy, kłótnie z władzami UE będą miały ciąg dalszy, PiS przestanie respektować prawomocne decyzje, na przykład Trybunału Sprawiedliwości, będzie podgrzewał antyunijne nastroje w kraju i w końcu może sie wydarzyć to samo, co w Wielkiej Brytanii.
Liderzy PiS zapowiadają sojusz w Parlamencie Europejskim z włoską nacjonalistyczną Ligą i konserwatywną hiszpańską partią Vox. Sojusz partii krytycznych wobec Unii Europejskiej, a także sojusz włosko-hiszpańsko-polski skierowany przeciwko hegemonii niemiecko-francuskiej w Unii Europejskiej.

Wielu analityków przewiduje, że nowy skład Parlamentu Europejskiego zostanie zdominowany przez eurosceptyków podobnych PiS, albo jeszcze bardziej radykalnych. Czy grozi to pęknięciem Unii Europejskiej, wyhamowania reform wzmacniających ją ?
Najpewniej te wrogie Unii ugrupowania zwiększą swoją reprezentację w Parlamencie, ale nie zdobędą większości. Dzisiaj prognozuje się wynik plus minus 60 do 40 proc. dla partii proeuropejskich. Będa miały mniej wygodną sytuację ale to nie jest istotne. Ważne jest, czy politykom chadeckim, lewicowym, liberalnym i zielonym wystarczy mądrości i wyobraźni, żeby rozpocząć realną, głęboką współpracę w gronie tych 4 frakcji. Tego wymaga powaga sytuacji w Europie. Jeśli będę miał tam coś do powiedzenia, będę przekonywał do takiego zachowania. Trzeba wierzyć, że większość Europejczyków dobrze życzy UE i trzeba na to właściwie odpowiedzieć.

Unia Europejska znalazła się na rozdrożu. To objaw wyczerpywania się jej formuły uformowanej traktatami z Maastricht i Lizbony?
I tak, i nie. Jest na rozdrożu, bo namnożyło sie więcej problemów i kłopotów niż kiedykolwiek wcześniej. To jednak tylko częściowo obciąża Unię, na przykład w zakresie imigracji, gdzie nie wypracowano całościowej, sensownej polityki. W większości przypadków nasze kłopoty są rezultatem zmian zachodzących poza Unią. Świat trzeszczy od gwałtownych zmian geopolitycznych. Jest to rezultat eksplozji gospodarczej nowych mocarstw. To jest proces nie do powstrzymania. Będzie trwał kilkadziesiąt lat. Będą mu towarzyszyły różne konflikty. W tym sensie nie można winić traktatów europejskich. Jest jednak zasadnicze pytanie o to, jak sie dostosować do nowej rzeczywistości globalnej? Moim zdaniem, trzeba Unię wzmacniać i wyposażać w nowe kompetencje. Tego brakuje w traktatach, ale ich ewentualna zmiana musi być poprzedzona wielką publiczną debatą w Europie. Na razie jeszcze nawet nie zaczęliśmy.

A jak Pan wyobraża sobie dalszą ewolucję Unii. Jaki jej kierunek byłby dla Polski pożądany?
W mniejszym stopniu chodzi o zmiany instytucjonalne, a w większym o zmiany w zakresie różnych polityk. Na przykład, coraz większym zagrożeniem dla spójności Wspólnoty jest utrzymywanie się dużych różnic warunków życia mieszkańców poszczególnych krajów. Te różnice powoli się zmniejszają, ale dzieje sie to zbyt wolno. To jedna z przyczyn coraz gwałtowniejszych żądań pracowniczych i wysokiego poziomu migracji wewnątrzunijnej. Potrzebne są wspólne działania. Konieczne jest rzeczywiste wypełnienie treścią wspólnej polityki zagranicznej. Brak uzgodnionych i respektowanych koncepcji stosunków z USA, Chinami czy Rosją osłabia Europę i grozi rozłamami w Unii. Wobec podważenia sojuszniczej wiarygodności USA jest potrzeba wzmocnienia współpracy obronnej. To tylko niektóre z przykładów.

W Polsce, i nie tylko, Parlament Europejski postrzegany jest jako kosztowny, zbiurokratyzowany twór. Posada eurodeputowanego to synonim dostatniej politycznej synekury. To zapewne dlatego, że dyskusja o reformach Unii toczy się pomiędzy stolicami państw członkowskich a Komisją Europejską. Zaś Parlament Europejski zajmuje się przede wszystkim szczegółowymi sprawami ustawodawstwa, a nie generalną debatą o przyszłości Unii i swojej. Jak to zmienić? Zapewne ten karykaturalny, ale popularny w europejskich społeczeństwach obraz Parlamentu Europejskiego jest nieprawdziwy. Ale czemu instytucja, która nie cierpi na brak pieniędzy ma tak kiepskie służby medialne? Czemu aby więcej dowiedzieć się o pracy parlamentu zainteresowani muszą cierpliwie poszukiwać potrzebnych im informacji? Czasem prowadzić iście dziennikarskie śledztwo?
Właśnie o tym mówię. Od 2008 roku, od kampanii wyborczej Obamy, codziennie otrzymuję kilka maili od kierownictwa Partii Demokratycznej. Część z nich to prośby o wsparcie, ale wiele zawiera informacje i wyjaśnienia dotyczące działań, zamiarów i poglądów polityków tej partii. Oni to robią w gigantycznej skali obejmującej dziesiątki, a może i setki milionów adresatów. Wzorzec jest gotowy.

Co sadzi Pan o wspólnych, europejskich siłach zbrojnych? Czy w naszym interesie jest większe zaangażowanie w ten projekt? Czy wystarczy nam NATO jako system zbiorowego bezpieczeństwa w Europie?
Powstanie wspólnej armii unijnej jest mało prawdopodobne w ciągu kilkunastu lat. Jednak możliwe są liczne ważne i racjonalne działania. Po pierwsze, silnie skoordynowana współpraca przemysłów obronnych. Same korzyści. Większa specjalizacja, dłuższe serie produktów, bodziec dla gospodarki, większa samowystarczalność Europy. Nie ma żadnych obiektywnych przeszkód. Są rozbieżne partykularne interesy i brak mądrości politycznej. To można przełamać. Armie powinny na co dzień i na dużą skalę nieustannie ćwiczyć wspólne działania. Można by spróbować lokować jednostki poszczególnych armii w innych krajach. Niech by się wszyscy do tego przyzwyczajali. I wojskowi, i cywile. Można wzmacniać instytucje wspólnego dowodzenia, rozpoznania i planowania.

Czy jest Pan za zacieśnianiem czy rozluźnianiem współpracy z Grupą Wyszehradzką?
Pamiętajmy, że powstanie tej grupy to początek lat 90-tych.Wtedy celem była wzajemna pomoc w doprowadzeniu do rozszerzenia NATO. Po osiągnięciu tego celu Grupa Wyszehradzka nigdy nie znalazła nowego równie ważnego. Nie zamykałbym tej współpracy, ale i nie przeceniał jej znaczenia. W ostatnich latach, mimo teatralnie podkreślanej współpracy, różnice w kwestach zasadniczych, na przykład wobec agresji Rosji na Ukrainę, wzrosły.

A o inicjatywie Trójmorza?
Współpraca regionalna prawie zawsze ma sens. Jednak tylko wtedy, gdy ma niegłupio określony cel. Jak wiadomo, PiS wyskoczył z tym pomysłem chcąc stanąć na czele grupy państw konfrontujących sie z Niemcami i Francją. Od początku było to nierealistyczne i bezdennie głupie. Dodatkowo, megalomania PiS-u uważającego za rzecz oczywistą, że wszyscy mają uznać przywództwo Polski, była i pozostaje kontrproduktywna. Inne deklarowane cele, dotyczące współpracy w rozwoju regionalnej infrastruktury komunikacyjnej, to na razie tylko słowa.

Brexit to z jednej strony to precedensowa sytuacja, z drugiej ostrzeżenie dla państw, które mogłyby zdecydować na podobny krok. Jakie nauki można wyciągnąć z tego procesu?
Nie wolno traktować polityki zagranicznej instrumentalnie dla celów polityki wewnętrznej. Pokolenia brytyjskich polityków psioczyły na EWG, później UE, zawsze używając retoryki wojennej. Walczymy, bronimy itd. Cameron zagrożony buntem eurosceptyków w swojej partii zapowiedział referendum w sprawie członkostwa. Początkowo miała to być tylko retoryczna sztuczka, ale nadszedł czas, gdy nie było innego wyjścia i musiał rozpisać referendum. On sam, podobnie jak zwolennicy brexitu – Johnson, Farage i inni – nie wierzył, że większość zagłosuje za wyjściem. Kampania przed głosowaniem była wyjątkowo kłamliwa, ale wydarzyło się jeszcze coś, czego nikt nie przewidział. Amerykański miliarder Robert Mercer, właściciel Cambridge Analytica, postanowił pomajstrować w umysłach Brytyjczyków. Skutecznie. Później powtórzył to w USA z Trumpem. Niespodziewanie, nowe technologie tzw. mikroprofilowania pomogły w przeprowadzeniu nieznanej i zakamuflowanej kampanii deformowania poglądów. Politycy muszą zrozumieć, że nawet najwięksi manipulatorzy wśród nich stracili monopol. Brexit na tyle wstrząsnął UE, że paradoksalnie zwiększył jej spójność, a nie doprowadził do rozdarcia. Obecnie obserwowana agonia brytyjskiej klasy politycznej i potworna kompromitacja tego kraju będą działały odstraszająco.

Zauważył Pan, że Polska pod rządami PiS staje się państwem na marginesie głównych debat toczących się w Unii. Czy te straty da się odrobić?
Jeśli jesienią postanie demokratyczny, proeuropejski rząd, to część strat uda sie usunąć. Jednak natura nie znosi próżni i stania w miejscu. Ciągle coś się dzieje. Strefa Euro zacieśnia współpracę, Polska coraz bardziej odstaje od środka ciążenia w Unii. Gwałtownie pogorszone relacje, na przykład z Niemcami i Francją, nie dadzą się do końca naprawić. Pozostanie wyższy poziom ostrożności w odniesieniu do naszego kraju, zerwane kontrakty nie dadzą sie odtworzyć. Ale oczywiście będzie to sytuacja nieporównanie lepsza od obecnej.

Dlaczego kandyduje Pan z Warszawy, a nie z Pańskiego Podlasia?
Wbrew pozorom, Warszawa jest jeszcze bardziej moja niż Podlasie. Tu się urodziłem i stąd wyjechałem w wieku 35 lat. Ale oczywiście nie to było powodem mojego wyboru. Kandydowanie w Warszawie daje z naturalnych przyczyn więcej możliwości medialnego kontaktu z Rodakami. To jest ważne nie tylko dla mnie samego ale i całej Koalicji. Sporo wiem o świecie, Europie i Unii. Sprawami międzynarodowymi zajmuję sie nieomal nieprzerwanie od studiów, gdy specjalizowałem się w prawie międzynarodowym. Lata wykładów na wielu uczelniach, setki rozmów z politykami i ekspertami z różnych krajów, doświadczenia z czasu pełnienia funkcji premiera i szefa MSZ, osobiste zaangażowanie we wprowadzenie Polski do Unii czy negocjowanie konstytucji dla Europy, która była poprzedniczką Traktatu Lizbońskiego – to wszystko jest teraz do wykorzystania na rzecz zwycięstwa Koalicji Europejskiej.

Jaką problematyką chciałby się Pan zająć, jeśli zostanie Pan eurodeputowanym? W których komisjach Parlamentu Europejskiego zamierza Pan pracować?
Priorytet to komisja spraw zagranicznych. Jako drugą rozważam kilka, w tym zajmującą się sprawami środowiska. To szczególnie mi bliskie.

Jakie kwestie ważne dla Unii Europejskiej, ale także dla Polski, powinni mieć na uwadze wszyscy polscy euro deputowani, niezależnie od ich barw politycznych i przynależności frakcyjnej?
Odnalezienie właściwego miejsca dla Unii we współczesnym świecie, w jego zmieniającej się gospodarce, zmieniającym się układzie sil. Musimy dbać o swoje, nie bojąc się świata, ale go rozumiejąc i podejmując na czas niezbędne racjonalne działania. Oj, będzie się działo!

Kandydatki i kandydaci SLD

Tworzymy Koalicję Obywatelską, by odsunąć PiS od władzy.

Rada Krajowa SLD zatwierdziła kandydatki i kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego, którzy wystartują z list Koalicji Europejskiej. – Nie ma co uciekać od sformułowania, że jednoczymy się w Koalicji Europejskiej po to, aby pokonać PiS w wyborach. Tak, to jest nasza wojna i wspólnie: SLD, PO, PSL, Nowoczesna oraz Zieloni z PiS-m wygramy – mówił Włodzimierz Czarzasty podczas obrad Rady 31 marca 2019 r.
– Możecie być pewni, że jeżeli do Parlamentu Europejskiego z listy Koalicji Europejskiej wejdą z ramienia SLD kandydaci i kandydatki, to znajdą się oni we frakcji Socjalistów i Demokratów, bo tam jest ich miejsce – podkreślił lider Sojuszu.
Głos podczas obrad zabrali również byli premierzy z rekomendacji Sojuszu: Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz oraz Leszek Miller, a także wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki.
– Jesteśmy w okresie kształtowania się nowego układu sił w skali globalnej, siła Europy relatywnie w skali świata spada, dlatego musimy wspólnie zagwarantować jak najsilniejszą pozycję Unii Europejskiej – przestrzegał Włodzimierz Cimoszewicz.
Marek Belka ocenił polityczny potencjał PiS-u w przyszłym Parlamencie Europejskim, jako marginalny, ponieważ nie będą częścią żadnej liczącej się frakcji, która będzie miała wpływ na podział stanowisk w komisjach. – Złośliwi komentują, że rozpierzchniemy się z Koalicji Europejskiej po różnych frakcjach w PE. Tak, trafimy do różnych frakcji, ale tych, które będą decydowały wspólnie o kierunkach rozwoju Unii Europejskiej. A PiS trafi wprawdzie do jednej-tylko będzie siedzieć w oślej ławce!
Leszek Miller z powodów rodzinnych zwrócił się do członków Rady Krajowej za pośrednictwem telebimu. – Będę walczył o Europę socjalną, o europejską płacę minimalną, i o jak najlepszy dla Polski budżet!
– Kierujemy się dewizą Unii Europejskiej: Jedność w różnorodności. Jesteśmy różni, trafimy do różnych frakcji, ale do tych, które decydują i będą wspólnie decydowały o kierunkach rozwoju Unii – mówił wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki

Lista kandydatek i kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego 2019 r.

Okręg wyborczy nr 1 – województwo pomorskie

– Elżbieta Jachlewska (Inicjatywa Feministyczna), 4 miejsce na liście

– Jolanta Kalinowska (Socjaldemokracja Polska), 9 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 2 – województwo kujawsko-pomorskie

– Janusz Zemke, 2 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 3, województwa warmińsko-mazurskie oraz podlaskie

– Władysław Mańkut, 3 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 4 – Warszawa z 8 powiatami województwa mazowieckiego

– Włodzimierz Cimoszewicz, 1 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 5 – województwo mazowieckie bez m.st. Warszawy i powiatów przyległych

– Ireneusz Sitarski, 3 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 6 – województwo łódzkie

– Marek Belka, 1 miejsce na liście

– Aleksandra Stasiak, 5 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 7 – województwo wielkopolskie

– Leszek Miller, 2 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 8 – województwo lubelskie

– Riad Haidar, 3 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 9 – województwo podkarpackie

– Marek Ustrobiński, 3 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 10 – województwa małopolskie oraz województwo świętokrzyskie

– Andrzej Szejna, 3 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 11 – województwo śląskie

– Marek Balt, 2 miejsce

Okręg wyborczy nr 12 – województwa dolnośląskie i opolskie

– Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska, 3 miejsce na liście

Okręg wyborczy nr 13 – województwa lubuskie i zachodniopomorskie

– Bogusław Liberadzki, 1 miejsce na liście

 

Obalmy mity

Pragnę przedstawić Państwu pięć mitów, które zdominowały w ostatnim czasie polską politykę. A z mitami jest tak, że nie zawsze są one prawdziwe.

Mit pierwszy,

Koalicja Europejska musi mieć jeden skonsolidowany program we wszystkich sprawach. Tak nie będzie. Należy powiedzieć, że tworzymy Koalicję Europejską, ale jesteśmy różni i mamy różne programy. Czarzasty nie będzie Schetyną, nie myślimy tak samo w sprawie aborcji, w sprawie państwa świeckiego, czy też związków partnerskich. Ktoś szanuje bardziej profesora Leszka Balcerowicza, ktoś wierzy bardziej w profesora Grzegorza Kołodkę. Każdy po wyborach pójdzie do swojej frakcji w Parlamencie Europejskim. Jesteśmy różni i nie przyjmujemy krytyki, że jest to złe, ale łączy nas kilka zasadniczych spraw. Wszyscy wierzymy w projekt pt. Unia Europejska, uważamy, że jest to drugi Plan Marshalla, a który w obecnym czasie dotyczy i Polski. Pierwszy Plan, ze względu na historię naszego kraju, Polski nie objął. Pragniemy być strażnikami tego projektu. Uważamy, że członkostwo Polski w Unii Europejskiej jest wielką dla nas sprawą. Obserwujemy to co się dzieje z brexitem, jakie zamieszanie panuje obecnie w Europie. Łączy nas również to jak wielki mamy szacunek dla Unii Europejskiej i chcemy, aby i Polska była darzona szacunkiem w Unii. Szacunek to nie jest przegrywanie głosowań 27 do 1.
Mówią nam, że projekt Koalicji Europejskiej jest rzadki i niesłychany, że nie można się różnić i połączyć w ważnej sprawie. To jest nieprawda. Zwołaliśmy swego czasu Okrągły Stół, przy którym siedzieli przedstawiciele Episkopatu, strona opozycyjna – Solidarność, w tym i Lech Kaczyński; siedzieli przedstawiciele PZPR, którzy sprawowali władzę. A Okrągły Stół doprowadził do tego, że Polska przeszła przez pokojową transformację. Razem wprowadzaliśmy Polskę do Unii Europejskiej, bez względu na to czy ktoś był z Unii Wolności, Polskiego Stronnictwa Ludowego, czy tez Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Wierzyliśmy, że to wielki projekt, ale byliśmy różni. Kiedy w RFN powstaje tzw. Wielka Koalicja CDU-CSU i SPD, to mówimy: jacy nasi sąsiedzi są mądrzy. A przecież te partie są różne i nie mają takich samych programów. Są takie momenty w życiu każdego kraju, w życie każdego narodu, że dostrzega się sprawy ważniejsze od różnic między partiami. Powinniśmy być dumni z tego, że ponad podziałami jesteśmy w stanie stworzyć jedność. Należy o tym mówić i nie poddawać się krytyce, że różnice programowe są złe, damy radę i w tej sprawie. Z drugiej strony należy przypomnieć, iż PiS tworzy Zjednoczoną Prawicę, w tej koalicji są trzy partie. Czy ktoś zna nazwy dwu pozostałych partii poza PiS-em? A może jest tak, że szefem wszystkich tych partii jest Jarosław Kaczyński? Ten sam Jarosław Kaczyński, który jest jednocześnie premierem, prezydentem oraz I sekretarzem wszystkich partii tworzących Zjednoczoną Prawicę. Jednocześnie PiS mówi, że są to trzy różne struktury, ale przecież są jedną partią. Marzą o różnorodności, ale jej nie mają. Marzą o wielu przywódcach, ale mają jednego. I zarzucają nam to, że dogadaliśmy się ponad podziałami. Zarzucają nam to, co jest naszym, PO, PSL-u, Nowoczesnej oraz Partii Zielonych plusem.

Mit drugi,

Koalicji Europejskiej zarzuca się, iż partie się jednoczą, aby odsunąć PiS od władzy. Co to jest za zarzut? Łączymy się po to, aby odsunąć PiS od władzy. Powtórzę to raz jeszcze: łączymy się po to, aby odsunąć PiS od władzy. Dlaczego? Ponieważ chcemy Polski tolerancyjnej, praworządnej, szanującej konstytucję, socjalnej, ale i demokratycznej; mówiącej prawdę o historii i nieskłóconej. Polski bez Misiewiczów, bez rządzenia bankami przez prezesów partii za pomocą telefonu. To jest nasza wojna, o Polskę naszych marzeń. Bądźmy dumni, że pragniemy odsunąć PiS od władzy i nie wstydźmy się tego. Jako partie demokratyczne szukamy różnych drug, aby ratować Polskę przed utratą samorządności, praworządności, żeby w Polsce nie była łamana konstytucja. Mój przyjaciel Władysław Kosiniak-Kamysz zgłosił projekt wpisania do konstytucji, iż Polska jest członkiem Unii Europejskiej oraz NATO. Już dziś prawo mówi, iż nie można łamać konstytucji, ale jest tylko jedna metoda zagwarantowania obecności Polski w UE oraz NATO zawsze kiedy będzie tego chciała – to odsunięcie PiS-u od władzy. To nie konstytucję trzeba dopasowywać do sytuacji politycznej, to rządy prawa powinny działać na bazie ustawy zasadniczej. Aby to osiągnąć, nie możemy się co trzy miesiące zastanawiać co nowego wpiszemy do konstytucji, aby PiS nie łamał prawa w Polsce, ponieważ oni i tak ją złamią. Droga jest jedna, trzeba PiS od władzy odsunąć!

Mit trzeci,

nie ma w Polsce populizmu. Populizm w Polsce ma dwa oblicza: ideologiczne oraz progresywne. Od trzech lat uprawia go PiS. PiS szuka wroga, którym jest – według niego i używając jego słów – Żyd, muzułmanin, pedał, uchodźca, edukacja seksualna i onanizujące się trzyletnie dzieci, Niemiec, mord smoleński, dzielenie Polek i Polaków na sorty. To jest wszystko to czym nas codziennie straszą i mówią: tylko pod naszymi rządami możecie być bezpieczni. I to jest właśnie populizm ideologiczny. Jest również populizm progresywny, który polega na obiecywaniu Polkom i Polakom wszystkiego bez pokrycia. To jest prezentacja programu, który kosztuje 1 bilion złotych i mówienie, że to kosztuje 35 mld zł. Zresztą nie usłyszeliśmy nawet skąd wziąć te 35 mld? Populizm progresywny i prawicowy mają jedną cechę wspólną: obiecać wszystko wszystkim. Bez pokrycia. Zaatakować i podzielić kraj, na sorty. Byle by zdobywać punkty procentowe i władzę. W tym wszystkim wydarzyła się sprawa szczególnie skandaliczna, uznano, że ludzie starsi do niczego się nie nadają i nie mogą nigdzie kandydować, są gorsi od młodych. Zawsze mówię, że i młodzi, i starsi są ważni dla naszego kraju. W plemionach ameryki północnej była rada starszych, która wiedziała kiedy bizony przyjdą, a kiedy bizony przyszły to młodsi na nie polowali.
My jesteśmy dumni z tego, że ludzie z doświadczeniem oraz dystansem, ludzie mądrzy będą nas reprezentowali w Unii Europejskiej. Jesteśmy przekonani, że to dobra – z naszej lewicowej strony – propozycja dla Polek i Polaków. Trzy lata temu przedstawiłem projekt, w którym trzech byłych premierów, którzy pełnili tę funkcję z rekomendacji SLD, startowało do Parlamentu Europejskiego. I stało się to, znowu jesteśmy razem. Witam Włodzimierza Cimoszewicza i Marka Belkę! Pozdrawiam również Leszka Millera! To są ludzie, którzy wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej. Młodzi biegają szybko, ale starsi wiedzą dokąd. I jedni i drudzy są potrzebni.

Mit czwarty,

PiS twierdzi, że jeżeli opozycja przejmie władzę to wszystkie sprawy socjalne, które wprowadziła ta partia, zostaną zlikwidowane. Nic bardziej wierutnego, to kłamstwo. Powołam się na autora słów, które są w tej chwili powtarzane przez wszystkie partie opozycyjne: damy Wam to co PiS Wam dał i oddamy to co PiS Wam zabrał. Autor jest przed Wami. Wszyscy powtarzają: to rozsądne słowa. Rozsądne, pod warunkiem, że kasa jest pełna. Gwarantujemy to, że 500 plus zostanie utrzymane i gwarantuje to partia socjalna – Sojusz Lewicy Demokratycznej. Gwarantujemy to, że wiek emerytalny zostanie utrzymany. Jest jedna zasada, która nas różni od wszystkich partii: od PiS-u lub progresywnego populizmu. Zrobimy nowe projekty socjalne to tylko wtedy, kiedy nasze państwo będzie na to stać. Nie będzie żadnego rozdawnictwa. Jesteśmy poważną partią, odpowiedzialną oraz obywatelską. Jeżeli budżet państwa na to stać, to obywatelki i obywatele powinni z tego budżetu korzystać. Wolelibyśmy projekty, które systemowo pomagałaby Polkom i Polakom. Systemowo, a nie jednorazowo. Cieszymy się z tego, że emeryci dostaną dodatkową emeryturę, ale wolelibyśmy, aby nie dostawali jej raz w roku na trzy tygodnie przed wyborami. Zgłosiliśmy dwa projekty, które są odpowiedzią na pytanie, co byśmy zrobili gdybyśmy mieli co roku do wydania 40 miliardów złotych. Pierwszy dotyczył wybudowania 800 000 mieszkań, a projekt zakładał prosty pomysł, aby 50 000 złotych dać 800 000 osobom, aby mogły pokryć wkład własny na kredyt mieszkaniowy. Wierzymy, że byłoby to koło zamachowe dla polskiej gospodarki i wierzymy, że w przeciągu 10 lat problem mieszkań zostałby rozwiązany. Właśnie w sposób systemowy. 40 miliardów złotych sfinansowałoby nasz projekt, który mówi, iż najniższa renta i najniższa emerytura powinna być równa najniższemu wynagrodzeniu. Problem najniżej uposażonych emerytów zostałby rozwiązany na wiele lat, a nie raz przed wyborami.

Mit piąty,

Koalicja Europejska nie wypracuje wspólnego programu do Parlamentu Europejskiego. Bądźcie oto spokojni. Każda partia będzie wnosiła sprawy dla siebie najważniejsze. Dla SLD, dla socjaldemokracji będzie to kwestia ujednolicenia standardów socjalnych w Unii Europejskiej: płaca minimalna, usług medycznych, usług użyteczności publicznej, czy też świadczeń na rzecz niepełnosprawnych. Chcielibyśmy, aby w Polsce zostało wprowadzone euro, ale pod warunkiem, że będzie się to wiązało ze wzrostem płac Polek i Polaków.
Chciałbym podkreślić, że nasze kandydatki i kandydaci do Parlamentu Europejskiego zostaną wybrani, to wejdą do frakcji Socjalistów i Demokratów, tam jest ich miejsce.
Opowiedziałem Państwu o pięciu mitach, które bezmyślnie są powtarzane w mediach przez polityków, a przez nas, jako części Koalicji Europejskiej, w wielu miejscach bezkrytycznie przyjmowane. Nie wstydźmy się tego, że jesteśmy różni, że walczymy z PiS-em. Pragnę, aby SLD wraz ze swoimi partnerami w KE był gwarancją rozsądku, dystansu i doświadczenia, abyśmy trzymali się z dala od populizmu.

Flaczki tygodnia

Pan prezes Kaczyński został sługusem amerykańskich koncernów internetowych. Społecznym zapewne, wykonującym lokajskie usługi bezpłatnie. Chociaż wcale nie tak bezinteresownie.
W zamian za służbę u jaśnie panów Amerykanów pan prezes liczy na uzyskanie popularności i poparcia w wyborach przez młodych, w zamyśle głupich, polskich internautów.
„Od dzisiaj nie będziemy mówili o „piątce PiS”, będziemy mówili o „piątce plus””, ogłosił pan prezes podczas sobotniej konwencji swej partii w Gdańsku.
Najpierw przypomniał dyrektywę o prawach autorskich przyjętą na początku zeszłego tygodnia przez Parlament Europejski.
Potem ogłosił, że godzi ona w „wolność dzisiaj tak bardzo cenioną przez wszystkie pokolenia, a w szczególności przez młodsze pokolenie, wolność w Internecie”.
I na koniec zadeklarował, że „PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana”.
Prezesowskie słowa to kolejny dowód, że polityka wyborcza PiS oparta jest na kłamstwach systematycznie wciskanych „ciemnemu ludowi”.
Oto pan prezes łaskawie obiecał swemu ludowi implementację unijnej dyrektywy. Jakież to piękne. Tylko zapomniał dodać, że taka implementacja, czyli przetworzenie zapisów unijnej dyrektywy w prawo krajowe, jest podstawowym obowiązkiem każdego rządu każdego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Żadnej łaski pan prezes i jego rząd obywatelom polskim nie robi. Za taką implementację parlamentarzyści i ministrowie PiS biorą pieniądze pochodzące z naszych podatków.
Podobnie nie może być łaską, ani nadzwyczajnym wydarzeniem, uroczyście ogłoszony zamiar, że rząd zwący się polskim przetworzy unijne przepisy zgodnie z polskim prawem i poszanowaniem polskich interesów. Przecież to psi obowiązek każdego polskiego rządu i każdego polskiego parlamentu. Oczekiwanie przez pana prezesa specjalnej nagrody za wykonywanie podstawowych, zawodowych obowiązków jest kuriozalne. To tak jakby za samą sprzedaż biletu w kolejowej kasie trzeba było dodatkowo nagradzać kasjera oddanym na niego głosem w plebiscycie „Miss PKP”.
Przegłosowana właśnie unijna dyrektywa o prawach autorskich wymusza na właścicieli internetowych portali zapłatę honorariów dla polskich artystów i dziennikarzy za korzystanie z ich dorobku.
Do tej pory, a ściślej do czasu przetworzenia unijnej dyrektywy w prawo krajowe, zagraniczni właściciele takich internetowych firm mogli bezkarnie okradać polskich artystów i dziennikarzy. W imię obłudnie rozumianej i lansowanej przez nich „wolności wypowiedzi w Internecie”.
Zadziwiające, że elity PiS odmieniające „polskość” przez wszystkie przypadki, codziennie publicznie deklarujące przywiązanie i dbałość o polską kulturę, apelujące o krzewienie polskości w każdym miejscu, o ochronę polskiej kultury na każdym polu, o codzienną walkę o polskość, zdecydowały się na tak antypolską postawę podczas głosowania w Parlamencie Europejskim. Głosując przeciwko dyrektywie poparły praktyki okradania twórców polskiej kultury przez zagraniczne koncerny.
Zdrada polskiej kultury przez elity polityczne PiS wynika z prostego, politycznego wyrachowania. Zagraniczne internetowe koncerny broniąc się przed koniecznością wypłaty honorariów dla twórców polskiej kultury przeprowadziły zręczną kampanię medialną. Manipulującą, oszukującą licznych internautów. Zagroziły wprowadzeniem mechanicznej cenzury w Internecie. Zagroziły, że w efekcie mechanicznej ochrony praw autorskich z Internetu znikną popularne satyryczne memy i inne formy działalności artystycznej wykorzystujące parodie cudzych dzieł.
Prawo autorskie pozwala na takie praktyki. Ale w prasie, radiu i telewizji, wszędzie poza Internetem, ewentualne sporne sprawy rozstrzygają ludzkie mózgi. Eksperci, którzy są w stanie odróżnić dozwoloną prawem satyrę i parodię od niedozwolonej kradzieży dokonywanej w innych celach.
W Internecie taką weryfikację mają przeprowadzać nieludzkie urządzenia korzystające ze sztucznej inteligencji. A ta nie jest jeszcze doskonała i nie zawsze potrafi odróżnić niuanse dozwolonej parodii od innego, już zakazanego użycia cudzej własności intelektualnej. To może grozić cenzurą w Internecie.
PiS w swojej retoryce propagandowej często sięga po antyintelektualne tony. Przeciwstawia kreowaną przez siebie na propagandowy użytek „kastę pazernych artystów” równie wykreowanej rzeszy „biednych, pragnących dostępu do bezpłatnej kultury” mas pracujących miast i wsi.
PiS zawsze budował swe kampanie wyborcze na szczuciu jednych grup społecznych przeciwko drugim. Dlatego kiedy PiS – owscy spece od propagandy wyborczej zorientowali się, że wielkie amerykańskie korporacje budujące społeczny sprzeciw wobec unijnej dyrektywy zyskują poparcie wśród młodych internautów, to postanowili przyłączyć się do tych korporacji. Zdecydowali się sprzedać długofalowe interesy polskiej kultury za chwilowe poparcie w tym roku wyborczym.
I ręka w rękę z amerykańskim i izraelskim kapitałem jęli tworzyć zjednoczony front działający na szkodę interesów polskiej kultury.
Zabawne jest to, że w swej obłudzie, kłamstwach kampanii wyborczych propagandziści PiS zwyczajnie zakiwali się. Pan prezes Kaczyński zapowiadając korzystną dla polskich internautów implementację dyrektywy unijnej, sam mimowolnie przyznał, że jednak można to prawo europejskie korzystnie zaadoptować. A zatem nie stanowiło ono aż takiego zagrożenia o jakim sam prezes wcześniej trąbił. To jednoznacznie dowodzi, że cały ten zgiełk jest jedynie zwykła propagandową rozgrywką dążącą do podgrzania emocji wyborców. Do szczucia młodych internautów na polskich twórców kultury, twórców i dziennikarzy na internautów. Do rozpalenia kolejnego pożaru społecznego. Aby potem deklarować, że będzie się go gasić.

Głos lewicy

Jedni warci drugich

Piotr Ciszewski ma już dosyć kampanii wyborczej zanim ta na dobre się zaczęła:
Jak podsumować początki kampanii do Parlamentu Europejskiego?
PiS – Geje! LGBT będzie uczyło dzieci masturbacji!
Koalicja Europejska – Nie jesteśmy PiS-em, głosujcie na nas, bo nasz program to „nie jesteśmy PiS-em!”
Wiosna – Patrzcie jacy jesteśmy fajni, a Robert Biedroń jeszcze fajniejszy! Znamy się na wszystkim bo Robert jest taki fajny!
Nie udało mi się z zasłyszanych dotąd debat dowiedzieć nic szczególnego o pomysłach głównych partii/koalicji na politykę UE, pozycję Parlamentu Europejskiego, europejskie standardy socjalne, umowy o wolnym handlu itd. itp.

Odsunąć PiS

Odsunięcie PiS od władzy to najważniejszy cel, jaki mogą sobie dzisiaj wyznaczyć rzeczywiści patrioci. Nie ci łysi, chamscy i głośni, z którymi PiS-owi po drodze nawet w dniu 100-lecia niepodległości, ale ci otwartogłowi, myślący i głęboko poruszeni skalą zniszczenia wspólnoty narodowej, zagrożenia rządów prawa i wartości demokratycznym. Tegoroczne wybory są najważniejsze od 1989 roku. Jeśli PiS przetrwa u władzy strachem i przekupstwem, będziemy mieli symulowaną demokrację, stracimy realny kontakt ze światem zachodnim, ugrzęźniemy w strefie wpływów wschodniego sąsiada. Taka jest logika we współczesnym świecie, który nie toleruje już komfortu splendid isolation. W tej sytuacji wszelkie wcześniejsze, a być może i dzisiejsze, różnice wśród opozycji tracą na znaczeniu. Kosztowną głupotą jest nieumiejętność dostrzeżenia tego, co najważniejsze. Nie wolno wykorzystywać instrumentalnie polityki zagranicznej do celów gry wewnątrz kraju. Pokolenia brytyjskich polityków wszczepiały do umysłów obywateli Wielkiej Brytanii eurosceptycyzm. Referendum w sprawie opuszczenia UE zostało rozpisane wyłącznie po to, żeby Cameron mógł opanować buntu w Partii Konserwatywnej. Nikt, włącznie z liderami ruchu na rzecz brexitu, nie przewidywał, że większość głosujących to poprze. Stąd zero planu realizacyjnego. Brytyjska klasa polityczna kompromituje siebie, kompromituje brytyjską demokrację i kraj. Ryzykuje rozpad państwa i koniec Zjednoczonego Królestwa. Wszyscy oni zapłacą bardzo wysoką cenę. Za kilka lat nikt z nich nie pozostanie aktywnym politykiem. Racja stanu i przyszłość narodu oraz państwa to nie stawka w grze w rosyjska ruletkę. Nieprzypadkowo PiS i brytyjscy torysi są w tej samej niszowej frakcji w PE. To bracia duchowi. Dlatego gra PiS-u z Unią i jej instytucjami jest potencjalnie bardzo ryzykowna i niebezpieczna. Ta droga prowadzi tam, gdzie są Brytyjczycy: na skraj przepaści.

Włodzimierz Czarzasty, info: sld.org.pl