Biedni, ale dumni!

Od kwietnia 2019 roku czekam na wyznaczenie przez sąd w Warszawie terminu rozprawy apelacyjnej w sprawie mojej przeciwko bankowi. Pierwszą instancję wygrałem, bank się oczywiście odwołał. Idzie o kredyt hipoteczny w CHF, który zaciągnąłem przeszło 10 lat temu, żeby móc gdzieś mieszkać. Bo uwierzyłem, że się da. Bo nie chciałem się tułać po kwaterach na początku drogi w dorosłość.

Z uwagą śledzę polemikę nurtu prorynkowego z nurtem śpiewakowsko-zanbergowskim w twitterowym sporze o stan mieszkalnictwa w Polsce. Asumpt do dyskusji dał Janek Śpiewak pisząc, że ludzie, którzy dostali od państwa mieszkania za komuny, mieli nieporównywalnie łatwiej niż ci, którzy muszą na nie zaprzęgnąć się w chomąto kredytu i żyć z nim przez 30 lat. Zgodził się z nim Adrian Zandberg, i ja też się z nim zgadzam, bo żaden przytomnie myślący Polak i Polka nie zgodzić się z tą prawdą nie może. Zwłaszcza taki Polak i Polka, którzy uwierzyli, że dzięki swojej uczciwości i ciężkiej pracy, zarobią na mieszkanie i będzie się w nim im żyło dostatnio. Nie wzięli jednak pod uwagę, że nasza uczciwość nie musi iść w parze z uczciwością tych, którzy pieniądze na własny kąt pożyczą.

Rację ma Zandberg mówiąc, że polityka mieszkaniowa III RP, to jeden z najbardziej wstydliwych grzechów nowej Polski; jej ramy programowe nakreślił ongiś z rozbrajającą szczerością prezydent Bronisław Komorowski, radząc młodej, wykształconej osobie, której bank odmówił zdolności, aby zmieniła pracę, wzięła kredyt i kupiła sobie wreszcie mieszkanie. Przecież to takie proste. Jeśli jednak człowiek nie chce brać kredytu na 30 czy 40 lat, a ma to szczęście, że może dostać lokal w spadku, może wszak sobie przeczekać czas do zgonu właściciela kątem u znajomych albo w wynajmowanej kawalerce, o ile go stać. Może również mieszkać u mamusi sam, sam z partnerem/partnerką lub z progeniturą i psem, jak to często się u nas zdarza. 3 metry kwadratowe na obywatela, ale za to jakie niskie opłaty.

Lewica ma pomysł na mieszkalnictwo. Tak przynajmniej twierdzi. Chce, aby to państwo przejęło na siebie trudy budowania mieszkań dla rodaków. Popieram w całej rozciągłości. To, w jaki sposób banksterka wraz z deweloperką hasa sobie po polskich miastach bez żadnej kontroli, woła o pomstę do nieba. Kto nie wierzy, niechaj przypomni sobie akcję z burmistrzem warszawskich Włoch i pieniędzmi przerzucanymi z auta do auta. Jak koleś dostał od dewelopera 200 tysięcy łapówki za „ułatwienie” zdobycia pozwolenia na budowę, to wyobraźcie sobie Państwo, jakie pieniądze są „w puli”. Przecież burmistrz, to tylko jeden z elementów tej układanki. W recepcie lewicy tkwi jednak pewne niebezpieczeństwo.

Pomysły lewicy mają się tyczyć przyszłości. To zrozumiałe. Raczej nikt nie wyobraża sobie, żeby znacjonalizować to, co się już zbudowało lub buduje. Co jednak zrobić z tymi wszystkimi naiwnymi, takimi jak choćby ja, którzy zaciągnęli kredyty na wolnym rynku, albo wyżyłowali się z ostatniego grosza, i nabyli mieszkania za swoje albo bankowe? Uwierzyli w państwo, że nie ich samym sobie, uwierzyli w obietnice prezydenta Dudy, który obiecywał, że rozliczy frankowy geszeft, a ostatecznie okazało się, że żaden polityk nie zamierza w ich sprawie kiwnąć palcem, żeby nie narazić się bankom. Chcemy pomagać nowym i młodym, ale co z całą rzeszą średnio-młodego pokolenia? Mieliście pecha, że urodziliście się w czasie przeciągu, między komuną a kapitalizmem? To trochę za mało, jak na mój gust.

Nie wiem jak wybrnąć z tej matni. Wiem jednak na pewno, że nie można podzielić ludzi na tych, którzy „sfrajerzyli” i na szczęśliwców, urodzonych pod szczęśliwą, nomen omen, gwiazdą. Bo to najprostsza droga do jeszcze większej polaryzacji i atomizacji Polaków i Polski en masse. Coś jednak zrobić trzeba, bo kto jak kto, ale nowoczesna lewica, jeśli już chce chwytać za łopaty i nimi pracować, powinna zasypywać rowy rozwarstwienia, które przez ostatnie 30 lat w Polsce wykopano między biednymi a bogatymi, między wsią a miastem, frankowiczem i złotówkowiczem. Żniwo bowiem wielkie, ale robotników mało.

Wyobraź sobie Ważny tunajt

Wyobraź sobie taką akcję. Wstajesz rano. Ale nie pędzisz. Wstajesz spokojnie. Najpierw zęby, bo to najsampierw musowo. Potem twarz-zimną wodą, żeby zmyć sny. Nie spieszysz się. Przede wszystkim, to się nie spieszysz. Spieszyć się jest poniżej ludzkiej godności. Wychodzisz z domu, wcześniej zjadasz śniadanie. No, powiedzmy, kanapkę z humusem, albo dwie, plus owsianka, bo tak należy. Do tego herbata. Mocna i bez cukru.

Wyobraź sobie taką akcję. Wstajesz rano. Ale nie pędzisz. Wstajesz spokojnie. Najpierw zęby, bo to najsampierw musowo. Potem twarz-zimną wodą, żeby zmyć sny. Nie spieszysz się. Przede wszystkim, to się nie spieszysz. Spieszyć się, jest poniżej ludzkiej godności. Wychodzisz z domu, wcześniej zjadasz śniadanie. No, powiedzmy, kanapkę z humusem, albo dwie, plus owsianka, bo tak należy. Do tego herbata. Mocna i bez cukru.
Jedziesz tramwajem do pracy. Czytasz po drodze gazetę. I czujesz spokój. Taki dojmujący spokój. Nie martwisz się o siebie, o rodzinę, o Polskę i polski system emerytalny; o prezenty na święta, o Kurdystan. Oprócz gazety, plecaka z drugim śniadaniem, słuchawkami i ajfonem, towarzyszysz Ci twój ulubiony, dawno niewidziany kompan podróży. Spokój.
Dojeżdżasz do biura. Na czas. Parę minut przed, ale nie za długo, bo należy szanować swój własny czas. W ołpenspejsie, gdzie masz wydzielone biurko, przedzielone od reszty biurek kartonowym przepierzeniem, od czasu do czasu spoglądasz na zdjęcia. Z wakacji. Ze ślubu. Z wypadu ze znajomymi do Szklarskiej Poręby. I dalej czujesz spokój. O rodzinę, o bliskich, o kolegów, przyjaciół, tych wszystkich, którzy już są czymś więcej niż kolegami, a mniej niż przyjaciółmi. O dzieci. Zwłaszcza o nie. To dla nich to wszystko przecież.
Wracasz po pracy do domu. W przerwie na obiad gadasz jeszcze z przełożonym. Omawiacie to, czego nie zdążyliście omówić tydzień temu na odprawie, bo Ty musiałeś wyjść wcześniej, żeby zdążyć na rehabilitację z córką, a On nie robił przeszkód, bo to ludzkie panisko. I to nic, że jest rudy jak wiewiórka.
Wysiadasz z tramwaju. Kupujesz serek wiejski w sklepie osiedlowym. Miałeś kupić jeszcze piwo na mecz, ale wolisz kupić izotonik, bo przed meczem masz plan, żeby pójść pobiegać. Przytyłeś przez ostatnią zimę, ale to nic, bo Twoja córka i tak cię kocha. Ciebie i Twój brzuch i wszystko inne. I czujesz się dobrze. Spokojnie. Czujesz, że to nie ma żadnego znaczenia, bo prawdziwe znaczenie masz Ty i Twoja rodzina. Nie martwisz się o to, że wywalą Cię z roboty, bo wiesz, że nawet jeśli, to i tak znajdziesz pracę. Nie martwisz się o to, że jak założysz jednoosobową działalność, to nie puszczą cię z torbami z ZUS-em. Nie martwisz się o to, że żona jest w drugiej ciąży i nie dostaniecie się za rok do żłobka. Jesteś o nich i o siebie spokojny. Wyobraź sobie, jak to jest żyć z takim spokojem ducha…
Nie martwisz się o to, że kredyt we frankach zeżre ci oszczędności życia, bo Państwo czuwa nad tym, żeby banki nie goliły obywateli jak baca owcy. Nie zastanawiasz się nad tym, czy polityka monetarna i zagraniczna Państwa wpłynie na Twoje zarobki w korporacji, bo Państwo czuwa nad tym, żeby nic złego ci się nie zadziało. Nie jesteś zdany na dopust boży Państwa, bo choć dostajesz pieniądze na dzieci, stać cię dzięki Twojej ciężkiej pracy, na dobre i dostatnie życie. Twojej pracy i tylko Twojej. Nie masz najmniejszych wątpliwości, że w aptece dostaniesz leki których potrzebujesz, a w ośrodku zdrowia zaszczepią Ci dziecko za darmo. Wreszcie, możesz dziś zasnąć spokojnie, bo wiesz, że Twój kraj jest silny siłą sojuszy międzynarodowych; mądrze prowadzonej polityki zagranicznej, opartej na teraźniejszości, a nie na umiłowaniu dla historii pięknych porażek. Kiedy się obudzisz, masz pewność, że pójdziesz nazajutrz na spacer do parku, w którym nadal będą drzewa, a nie nowe osiedle mieszkaniowe. Mijając park wiesz, że nie spotkasz na swojej drodze bandyterki w szalikach, plującej Ci pod buty, nawet w dzień derbowego meczu, bo masz na sobie szalik z misiem a nie z pszczółką.
Spotkasz na swojej drodze złodziei, krętaczy, kurwy, oszustów, bigamistów, gwałcicieli, morderców. Spotkasz księdza-pedofila i księdza-porządnego człowieka. Spotkasz polityka-szmatę i polityka z potrzeby serca. To na pewno też. Ale nie spotkasz, nie zobaczysz i nie usłyszysz o tym i o tych, o których nie usłyszałeś przez Swój cały, poprzedni dzień. Jesteś w stanie to sobie wyobrazić? Wyobraź sobie, że tak właśnie jest. Od zawsze.
Budzisz się 14 października 2019 roku. Jest dżdżysty ale piękny poniedziałek. Tak tak, takie połączenie jest możliwe. Wyobraź sobie to wszystko. Wyobraź sobie Polskę bez PiS.
Jarek Ważny

Jednym świecę, drugim ogarek

Wyrok w sprawie frankowiczów był salomonowy, więc za wiele oni nie skorzystają, a ewentualne straty banków będą nikłe i rozłożone w czasie.

W polskiej gospodarce zaczynamy powoli dostrzegać wpływ spowolnienia globalnego. Indeks koniunktury PMI dla sektora przemysłowego w Polsce od października 2018 lokuje się poniżej poziomu 50 pkt (czyli wskazując na recesję) – i w pobliżu sześcioletniego minimum.
Natomiast publikowany przez Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych wskaźnik wyprzedzający koniunktury zanotował największy jednorazowy spadek od blisko czterech lat. Produkcja przemysłowa w czerwcu i w sierpniu w stosunku do poprzednich miesięcy spadła.
Jak ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich, naszą gospodarkę będą podtrzymywały transfery socjalne, ale to oszczędzi nam poważnego spowolnienia tylko wtedy, jeśli na świecie nie zagości recesja.
Nasza giełda i rynek walutowy z niepokojem czekały na wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kredytów we frankach.
Już 20 września zapowiedź ogłoszenia wyroku 3 października doprowadziła do dużego osłabienia naszej waluty, ale przed wyrokiem i po nim sytuacja się uspokoiła, a kursy wróciły do poziomów sprzed tej zapowiedzi.
Przed wyrokiem Związek Banków Polskich szacował koszt niekorzystnego dla banków wyroku na 60 mld złotych. Agencja ratingowa Moody’s twierdziła, że przekształcenie umowy o kredyt indeksowany do franka w kredyt w złotych oprocentowany według stopy LIBOR, oznaczałyby w najgorszym przypadku dla systemu bankowego koszt 20 mld złotych (1,5 razy większy niż zysk sektora za 2018 roku). Profesor Dariusz Filar szacował ten koszt na 35 mld złotych.
Jak widać, wyrok mógł poważnie zaszkodzić bankom, ale okazało się, że TSUE zachował się bardzo racjonalnie, a wyrok był zaiste salomonowy w związku z czym straty banków będą dużo mniejsze i do tego bardzo rozłożone w czasie.
Trybunał zawyrokował, że jeśli umowa indeksowana (indeksowana, ale nie denominowana) do franków zawiera niedozwolone klauzule (o czym ma zadecydować polski sąd) to albo jest nieważna albo na wyraźne żądanie klienta może być kontynuowana.
Poza tym TSUE stwierdził też, że jeśli po usunięciu klauzul niedozwolonych umowa straci charakter walutowej „równocześnie podlegając stopie oprocentowania opartej na stopie obowiązującej w odniesieniu do tej waluty, prawo Unii nie stoi na przeszkodzie unieważnieniu tych umów”.
Mówiąc po polsku, TSUE wykluczył sytuację, w której usunięcie klauzul niedozwolonych zamieniłoby kredyt frankowy na złotowy z oprocentowaniem jak dla szwajcarskiej waluty (czyli ujemnym). A to właśnie byłoby bardzo groźne dla banków.
Jak widać, banki nie stoją na straconej pozycji. Nie wiemy ilu „frankowiczów” pójdzie do sądu, chociaż kancelarie prawnicze z pewnością będą intensywnie grupowały kredytobiorców do pozwów grupowych. Ewentualne koszty dla banków mocno rozłożą się w czasie.
Nie dziwi więc to, że zarówno Adam Glapiński, prezes NBP, jaki i Jerzy Kwieciński, minister finansów, nawoływali do zachowania spokoju, twierdząc, że nic groźnego się nie wydarzyło.
Co nas teraz czeka? Przede wszystkim, to dni od 10 do 13 października. Będą wtedy kontynuowane rozmowy USA – Chiny. Poza tym, Boris Johnson przystawił pistolet do głowy UE, przedstawiając swoją wersję umowy rozwodowej i dając Unii czas do 11 października na jej zaakceptowanie.
W Polsce dochodzi jeszcze 13 października, czyli wybory parlamentarne. Wątpię jednak, żeby ich wynik poruszył na dłużej rynkiem walutowym i rynkiem akcji.