Nie poradzimy sobie bez Unii

Wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do praworządności w Polsce.

Polska nie może blokować przyjęcia nowego budżetu Unii Europejskiej – apeluje Rada Przedsiębiorczości do liderów Zjednoczonej Prawicy Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina.
Podkreśla, że członkostwo w Unii Europejskiej jest polską racją stanu: zapewnia Polsce miejsce w wyjątkowej, bo zbudowanej na podstawowych prawach i wartościach, wspólnocie demokratycznych państw Europy; przez zdecydowaną większość społeczeństwa uznawane jest za jedno z największych osiągnięć po 1990 roku; daje Polsce, razem z innymi członkami Unii, silną pozycję w podzielonym świecie, bo tylko razem możemy stanowić przeciwwagę dla globalnych niebezpieczeństw i wyzwań; pozwala budować silny jednolity rynek, gwarantuje swobodny przepływ usług, towarów, kapitału i ludzi; daje gwarancje wsparcia i pomocy w sytuacjach kryzysowych.
A poza tym wszystkim, unijne fundusze zapewniają Polsce wyjątkowe wsparcie. Od dnia akcesji do UE Polska otrzymała prawie 190 mld euro, a nasza składka do unijnego budżetu wyniosła nieco ponad 60 mld euro. Bilans jest więc oczywisty: 130 mld euro zainwestowane w gospodarkę, infrastrukturę, w nowe miejsca pracy, w transfer nowoczesnych technologii i metod zarządzania.
Dzięki pracy i przedsiębiorczości Polaków, dzięki tym funduszom osiągnęliśmy szybszy wzrost gospodarczy i społeczny. Mamy większy udział w eksporcie i imporcie towarów i usług, a jako Polacy czujemy się Europejczykami.
Przynależność do UE to jednak coś zdecydowanie ważniejszego niż tylko dodatkowe pieniądze dla na polskiej gospodarki. To także budowany przez wiele lat wizerunek w oczach europejskich i światowych inwestorów. Polska zyskała miano kraju stabilnego, praworządnego, gwarantującego bezpieczeństwo inwestowania i prowadzenia działalności gospodarczej.
Jak wskazuje Rada Przedsiębiorczości, obecne wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do przestrzegania tych zasad w Polsce. Ma to bezpośredni wpływ na poziom inwestycji w naszym kraju i perspektywy rozwoju gospodarczego i społecznego.
Znajdujemy się w krytycznym momencie pandemii, a co za tym idzie groźby kryzysu. Uzgodnione na lipcowym szczycie UE stworzenie funduszu odbudowy i niemalże podwojenie budżetu Unii na najbliższe lata, jest planem wspólnego ratowania sytuacji gospodarczej i społecznej.
Zablokowanie na forum Unii możliwości utworzenia funduszu odbudowy, pozbawi Polskę dostępu do ponad 60 mld euro pomocy. Pozostawi także nasz kraj osamotniony i skłócony z naszymi dotychczasowymi sojusznikami w Europie. Bez tej pomocy nie będziemy w stanie skutecznie ratować gospodarki, miejsc pracy, dochodów rodzin, standardów społecznych, budować odporności wobec kolejnych kryzysów.
Rada Przedsiębiorczości apeluje więc o skuteczną współpracę z unijnymi instytucjami i liderami, o rozsądek i odpowiedzialność dla dobra Polaków i polskiej gospodarki.
Eksponowanie w trwających negocjacjach spraw ideologicznych i stawianie przez rząd warunków jest nie do przyjęcia dla demokratycznej Europy. Taka postawa pozbawia Polskę pomocy, bez której polscy przedsiębiorcy nie będą w stanie uratować swoich firm, a dotychczasowe łańcuchy sprzedaży i dostaw zostaną zniszczone.
Unia Europejska bez Polski sobie poradzi, Polska bez Unii – nie!

Europa nam ucieka

Polskie władze powinny dokonać świadomego wyboru: czy chcą zapożyczać kraj na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami.
Kiedy w marcu 2020 r. Europa stanęła przed widmem kolejnej recesji, zarówno państwa członkowskie, jak i instytucje Unii Europejskiej przystąpiły do działania. Pierwsze krajowe programy pomocowe pojawiły się w ciągu kilkunastu dni i koncentrowały się na utrzymaniu płynności firm oraz zatrudnienia. Były to programy w miarę hojne pod względem wydatków i równocześnie minimalizujące obciążenia administracyjne. Środki krajowe są tu uzupełniane przez strumienie europejskie: przede wszystkim Next Generation EU, ale także fundusze strukturalne z kończącej się i nadchodzącej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.
Ta hojność jest na kredyt. Kraje Europy i Unia Europejska zadłużają się w imię szybszego wyjścia z recesji. O ile jeszcze rok temu panował konsensus co do konieczności systematycznej redukcji zadłużenia, dzisiaj rosnący dług przestał być tematem tabu. Zadłużamy się zbyt łatwo, więc proces ten wymaga szczególnej uwagi i transparentności – wskazuje Konfederacja Lewiatan w swym raporcie „Impuls dla Polski”. I zauważa, że w związku z szybko przyrastającym długiem nasz kraj nie może sobie pozwolić na utratę wiarygodności finansowej. Ale z drugiej strony, należy uznać, że dla średniej gospodarki otwartej, takiej jak Polska, nie było możliwości przyjęcia innej strategii niż podążanie za ogólnym trendem.
Tak więc, Europa się zadłuża, a my wraz z nią. Dzięki temu nie tylko ratujemy się przed recesją, ale też niwelujemy potencjalne zagrożenia: kolejnej fali emigracji zarobkowej do krajów radzących sobie lepiej oraz przejęć osłabionych firm przez lepiej wsparte firmy z zagranicy – wskazuje Lewiatan.
W nawiązaniu do tej opinii trzeba jednak dodać, że recesję i tak przecież już mamy, więc nie zapobiegły jej żadne polskie działania pomocowe. Kolejna fala emigracji zarobkowej nam nie grozi, bo atrakcyjne dla Polaków granice są zamknięte, a w krajach zachodnich rośnie bezrobocie i o pracę coraz trudniej. Wreszcie, przejęcie osłabionych polskich firm przez lepiej wsparte firmy z zachodu jest mało prawdopodobne, bo czas ogólnoeuropejskiego kryzysu nie jest dobrą porą na takie działania, a poza tym firmy z zachodu dotychczas już przejęły większość polskich firm, którymi były zainteresowane.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że Polska powinna pilnować tego, żeby Europa nam jeszcze dalej nie uciekła, a zwłaszcza żeby nie uciekła nam strefa euro. Zasilanie fiskalne polskiej gospodarki osiągnęło poziom ok. 9,5 proc. naszego produktu krajowego brutto – nieco niższy od Niemiec ale relatywnie wysoki na tle pozostałych krajów UE, co jest uzupełnione także przez gwarancje Narodowego Banku Polskiego – ocenia Lewiatan.
Teoretycznie, jeśli traktować wiążąco wszystkie deklaracje PIS-owskiej ekipy, to wartość koronawirusowego wsparcia przekroczy 200 mld zł. Obejmuje one m.in.: tarczę finansową (100 mld zł), tarcze antykryzysowe (ok. 75 mld zł), bon turystyczny (4 mld zł), zasiłek solidarnościowy (2,5 mld zł) oraz Fundusz Inwestycji Samorządowych (6 mld zł). W przyszłym roku do pakietu dołączy jeszcze tzw. estoński CIT (5 mld zł).
Wiadomo oczywiście, że w rzeczywistości tych pieniędzy będzie znacznie mniej, ale i tak w 2020 r. polska gospodarka może się spodziewać względnie dużego zastrzyku środków. Nie da się wykluczyć, że te 9,5 proc. PKB to dopiero pierwszy etap stymulacji.
Jeśli sytuacja epidemiczna nie ulegnie znaczącej poprawie lub nastroje konsumentów się pogorszą, to nie pozostawiamy sobie dużej przestrzeni do dalszych „impulsów” finansowych. A w skrajnym przypadku może się okazać, że 2021 r. skończymy z dużym długiem, niepełną zdolnością do generowania dochodów i niedostateczną stymulacją fiskalną. W tym wariancie wyjście z recesji będzie jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne dla społeczeństwa – uważa Lewiatan.
W swym raporcie zwraca też uwagę, że w Polsce dość powszechna stała się praktyka przenoszenia wydatków do funduszy celowych, których ujemne salda nie powiększają deficytu i długu. Zdaniem Lewiatana, nie oznacza to, że nasze zobowiązania stają się mniejsze, a jedynie, że ich nie widać. Oczywiście można argumentować, że w wielu europejskich krajach takie ograniczenia zobowiązań właściwie nie występują, bo limity zadłużania są opisane inaczej – nie jako poziom długu względem PKB. Nie zmienia to jednak faktu, że zobowiązaliśmy się traktować progi ostrożnościowe 55 proc. i 60 proc. PKB jako bezpieczniki. Swobodne traktowanie metod pomiaru deficytu i długu to nic innego jak wyjmowanie tych bezpieczników, a władza, która to robi, podważa do siebie zaufanie.
Kreatywność w księgowaniu wydatków publicznych nie przechodzi niezauważona także przez pożyczkodawców zagranicznych. Rosnąca dysproporcja między krajową i europejską metodologią szacowania deficytu będzie sygnalizować zagranicznym wierzycielom, że polskie obligacje czy bony skarbowe są jeszcze bardziej ryzykowne, niż wynikałoby to z oficjalnych deklaracji. W tym kontekście, jak dodaje Lewiatan, nie bez znaczenia pozostaje systematycznie niższa wiarygodność Polski jako kredytobiorcy w porównaniu do krajów strefy euro. Zaburzenie zaufania inwestorów zagranicznych przez niejasne operacje finansów publicznych doprowadzą do wzrostu kosztów obsługi długu lub ograniczą naszą zdolność do zadłużania.
Działania na rzecz zwiększenia transparentności sektora finansów publicznych (w szczególności uszczelniania stabilizującej reguły wydatkowej) są zatem niezbędnym krokiem w stronę przywrócenia porządku w obliczaniu dochodów i wydatków państwa. Umożliwi to dokonywanie świadomych wyborów: czy chcemy się zapożyczać na wystawną konsumpcję i balansować na granicy bezpieczeństwa w okresach dekoniunktury, czy też roztropnie zarządzać posiadanymi środkami i przez to być postrzeganymi jako dobrze rokujący, solidni pożyczkobiorcy.

Krezus na muszce

Doradca finansowy to ktoś w rodzaju pijawki. Wyszukuje klienta, a potem bezboleśnie się przysysa i doi ile wlezie.
Jeden z nich zgodził się anonimowo opowiedzieć Stefanowi Płonickiemu o swojej pracy.

Jak się poluje?
Żeby wiedzieć, kto ma forsę, każdy doradca ma swoją siatkę informacyjną. Najlepsi mają w niej po kilkaset nazwisk. I dzięki temu wiadomo, kto zrobił deal życia i ma pieniądze. A jak ma, to już jest prawie upolowany, bo teraz chciałby, żeby ten kapitał mnożył się sam.
Z doradców korzystają wszyscy. Od rolników, polityków, po aktorów, albo innych dziennikarzy celebrytów. Jednak najwięcej jest ludzi prowadzących średnie i duże biznesy. Zdaniem ludzi z branży finansowej mają oni teraz dużo wolnych środków. I nie chce im się tego wsadzać w jakiś realny biznes, inwestować w nowe firmy, tworzyć miejsca pracy. Wolą pograć na rynkach finansowych.
To są najlepsi klienci. Ktoś taki wykłada mnóstwo kaski i ma tak rozproszony portfel inwestycyjny, że, żeby ogarnąć ile ma w czym, musiałby temu poświęcać dużo czasu. Nikomu się tego nie chce robić. I to jest szansa dla doradcy. Bo gość nie wie, czy jest na plusie, czy już traci. Doradca nad tym panuje i może przerzucać te kapitały pod różnymi pozorami. Ale głównie po to, by wyjąć dla siebie kolejną prowizję.
Oficjalnie, doradca finansowy to osoba zaufania publicznego, obowiązują go zasady, etyka zawodowa i takie inne…
Nieoficjalnie credo całej branży wyłuszczył na jednym ze spotkań z doradcami szef pewnego funduszu inwestycyjnego. „Idea jest taka. Muszę zarobić ja. Musi zarobić wasza grupa doradcza. Musicie zarobić wy.” O kliencie nie wspominał. Klient nie jest bowiem od zarabiania, ale od dawania zarobić.
Doradcy finansowi nie tyle doradzają, co sprzedają. Ich towarem są tak zwane produkty finansowe przygotowywane przez fundusze inwestycyjne. Czyli takie pakiety, w których mogą być akcje, waluty i różne obligacje. Klientowi sprzedaje się obietnicę zysku. Doradcy wciskają mu to, co podsuwają fundusze. I dlatego dla funduszy są oni bardzo ważni. Fundusze inwestycyjne, są od nich uzależnione. I dlatego starają się z nimi zaprzyjaźniać. Organizują dla sprzedawców kolacje. Rzecz jasna po to, by sprzedawali głównie produkty tej firmy. Kolacja, dobra wódeczka, jakiś klub go-go, czasem imprezka z panienkami. Sponsoring ze strony funduszy pełen. I full inclusive. No i potem taki doradca czuje się w obowiązku sprzedawać produkty właśnie tego funduszu.
Etyka podpowiadałaby, że powinni sprzedawać to, czego potrzebuje indywidualny klient. Jednak branża tłumaczy się, że sprzedawanie ryzykownych papierów takiego zaprzyjaźnionego funduszu, tym, którzy chcą lokować bezpiecznie, nie jest żadnym konfliktem interesów, bo przecież starają się, żeby klient zarobił. A tak naprawdę kombinują by zarobić samemu i dać zarobić funduszom, których produkty sprzedają.
Doradcy nie sprzedają zysków sprzedają ich miraż. Namawiają ludzi do obstawiania, jak w ruletce. A jak coś pierdolnie, to zawsze zrzuca się to na karb mitycznych czynników zewnętrznych. Doradca finansowy, co prawda opowiada klientom cuda nie widy, ale nie ma złotej kuli, a rynek to kasyno. Tu nie ma nic pewnego. Klient jednak sądzi, że doradcy są depozytariuszami jakiejś wiedzy tajemnej, żeby go nie wyprowadzać z błędu doradcy pokazują klientom analizy techniczne, z których wynika w jakim punkcie trendu na rynku jesteśmy i dlaczego zaraz wszystko będzie rosnąć. To jest kit. Bo wystarczy jedna głupia informacja ze świata, albo z kraju i analizę można wyrzucić do kosza.
Na czym konkretnie polega strzyżenie klienta?
Ponoszone, przez kupującego koszty produktu danego funduszu składają się z opłat ukrytych i opłat widocznych. Opłaty widoczne to te za nabycie. Jest tabela i w zależności od kwoty jest określona prowizja. Jeśli chodzi o polskie fundusze, to wynoszą one do 3,5 proc. Im większa kasa, tym mniej prowizji klient zapłaci. Jeśli chodzi o zagraniczne fundusze dostępne w Polsce, to jest to 3, 4,5 proc, albo 5 procent. Ja najbardziej lubię te po 5 procentowe. Bo to jest kasa dla mnie i moje j firmy. Ja dostaję z tego 70 proc, a firma resztę. I to od razu po wpłacie klienta. Jeśli jednak moja firma świetnie sprzeda produkt jakiegoś funduszu, to dostaje od niego dodatkowe bonusy.
Kolejnym kosztem, i to kosztem ukrytym, są opłaty za zarządzanie. Tego klient już nie widzi, bo opłata ta wchodzi w koszt jednostki, a na wyciągu jest tylko wartość tej jednostki już po potrąceniu.
Jeśli inwestuje się w produkt agresywny, to opłata ta może wynosić nawet 1,5 procent. A jeżeli jest to fundusz defensywny, czyli np. pieniężny, te opłaty to czasem nawet setne procenta.
Zaraz, klient – przykładowo – chce zarobić 15 procent, a na wejściu oddaje wam już 5 proc. To jakieś jelenie są?
W dobie kryzysu nie każdemu uśmiecha się zapłacić taką dużą prowizję. Mówi się więc tak: Wie pan, chce pan dużo zarabiać. Ja zapewniam takie zarobki, ale to musi odpowiednio dużo kosztować. I wtedy, jeśli wydaję się gościowi odpowiednio profesjonalny, to taki tekst i prowizję łyka.
Czasem pojawiają się jednak tacy, którzy umieją liczyć, albo są w materii finansowej trochę wyedukowani. Takich trzeba po prostu nieco dłużej przekonywać. No i wtedy o prowizjach niemal się nie wspomina, a rozmawia się jedynie o zyskach. Tyle, że o zyskach nie może być mowy do momentu, kiedy zostaną one przez fundusz wypracowane. Dlatego jedyne zyski, którymi się posługujemy, to te z przeszłości. I to na nich pokazuje się jak będzie rosła zainwestowana fortuna.
Mnie nie przekonałbyś, że gdy przyjdę z milionem i mam szansę zarobić 150 tysięcy, to muszę wyłożyć na wejściu 50 tysiów.
Jakbyś miał bańkę, to bym cię przekonał. Trzeba to tak wytłumaczyć klientowi, żeby ukryć tę prowizję. Bo jeśli przychodzi ktoś z bańką i zobaczy na wyciągu 5 proc od tej bańki, czyli 50 tysięcy, to się wkurwi. Więc prowizję, którą my dostajemy od razu w całości, klientowi rozbija się na wiele miesięcy, bo mniejsze kwoty będą go mniej bolały.
Oczywiście klient już od początku wie, jaka będzie prowizja, tyle, że trzeba go tak zagadać, żeby nie zdążył przeliczyć. Ma słyszeć tylko o procentach. A to, że pięć procent od bańki to 50 tysiów, ma do niego nie docierać. Procenty nie bolą. Boli utrata kilkudziesięciu tysięcy złotych.
A z tych opłat ukrytych też coś masz jako doradca?
O tych kosztach mówi się tylko na początku pierwszych spotkań i ma to być zrobione tak, żeby klient nie zapamiętał. Zajarzy tylko, że jest opłata za nabycie produktu. Muszę tak robić, żeby ukryć czysty zarobek dla mnie, od stałych dochodów. To mała kaska, ale stała. Opłatą za zarządzanie dzielę się z funduszem inwestycyjnym i swoją firmą.
Słyszałem, że doradcy zaczynają klepać biedę.
Aż tak, to nie. Żyć się da. My nie lubimy oferować rynków pieniężnych, bo tam praktycznie nie ma prowizji. Dla klienta, rynek pieniężny jest najbardziej bezpiecznym, czyli takim, na którym się nie traci.
Jednak i tu pojawiają się fundusze, które oszukują klienta i mają zapisane w statutach, że obok obligacji państwowych mogą kupować też obligacje firm. A te z kolei są dla mnie tym samym, czym akcje. Jeśli bowiem firma się posypie, to popłyną i jej akcje i oczywiście te obligacje. I im bardziej dane obligacje są zagrożone, tym większy może być na nich zarobek. Ale jak nie pójdzie, to zyski lecą pod kreskę. Klientom nie mówi się oczywiście, co wchodzi w skład portfela, my też rzadko kiedy się o tym dowiadujemy. Fundusze mocno chronią te informacje, ale jeśli ktoś jest często zapraszany na te zakrapiane kolacje, to ma okazję dowiedzieć się ciekawych szczegółów.
Ja zarabiam zawsze. Klient niekoniecznie. Prowizję za sprzedaż ma się bez względu na koniunkturę. Kaskę za zarządzanie też, tyle, że gdy wartość produktu rośnie, to i ona jest większa, ale gdy spada, to ja i tak coś z tego zawsze mam. Zawsze na końcu, tak naprawdę bity jest klient.
Jak reagują inwestorzy, którzy zainwestowali w zysk, a tu nagle są mocno pod kreską?
Miałem tylko raz taką sytuację, gdy zarządzający funduszami przyjeżdżali i zachwalali inwestowanie w małe i średnie spółki, opowiadając, że rynek będzie grzał do przodu. No to wpuściłem w to kolesia na półtorej bańki. No i nie był szczęśliwy, bo małe i średnie spółki zaczęły pikować w dół. Uciekliśmy z tego funduszu dość szybko, ale i tak popłynął na 150 czy 200 tysięcy. Przyjął to na klatkę, ale sądzę, że do tej pory mnie wyklina. Od tej pory staram się być na wszystkich wódeczkach organizowanych przez zarządzających, żeby mieć przecieki co do takich numerów. Choć z drugiej strony, za tę wiedzę muszę zapłacić sprzedawaniem, czasem nieciekawych produktów. Bo mnie nie zaproszą. Więc etycznie jest, jak jest. Tyle że jeśli wiem, że gość ma całe oszczędności życia, to nie wsadzę go na produkt, który go tych oszczędności pozbawi.
To ty taki wrażliwy społecznie jesteś?
Jeszcze gorzej jest w bankach. Wystarczy pójść do takiego, gdzie na dużej sali sprzedaje się produkty finansowe. Można wtedy posłuchać jak pracownicy, którzy dostali od szefów prikaz sprzedawania pakietu jakiegoś funduszu, w którym jest pół na pół akcji i obligacji, wciskają kit klientom, że to po prostu zwykła lokata. Więc każdy się na to nabiera. I nawet przez myśl nikomu nie przejdzie, że to zysk tylko z tej bezpieczniejszej połowy. A druga połowa jest w akcjach i jak one dostaną w dupę, to może zrobić się tak, że inwestor jest minus 30 procent. Czyli taka lokata jest w stanie wygenerować stratę na poziomie jednej czwartej. Jest kilka banków, które tak łapią klienta. Na witrynach 3, 4, 5 proc. Wielkimi literami. A w umowach małym druczkiem, że połowa inwestowana tak, a połowa w akcje. I oczywiście adnotacja, że klient jest świadom ryzyka.
W kryzysie doradca finansowy jeść musi, a klientów jak na lekarstwo. Jak wyglądają wtedy granice przyzwoitości?
Ja robię w ten sposób, że wpuszczam ludzi na jakiś fundusz zagraniczny, z którego jest dla mnie duża prowizja. Informuję, że trzeba te walory mieć dłuższy czas. Klient się zgadza z tą argumentacją, a ja trzymam taką pozycję do czasu, aż zwróci nabywcy prowizję i zarobi 1, może 2 proc. Potem informuję klienta, że trzeba to w cholerę sprzedać, i wchodzić w coś nowego. To nowe, to kolejna prowizja dla mnie. Bo jeść trzeba.
Jak się pracuje, by klient nie odszedł?
Jak ktoś ma u mnie kilka milionów, to wiadomo, że daje mi żyć z tej ukrytej prowizji. Jak ktoś ma tylko 50 tysięcy, to nie bardzo. Wiadomo, że do niego nie zadzwonię z życzeniami urodzinowymi i nie przyjadę z butelką wina na święta. Chyba, że wiem, że ten mały klient ma coś do sprzedania i gdy mu się uda, to będzie miał kaskę. Takiego klienta też trzeba hołubić.
Zróbmy symulację, gdy klient wkłada milion i ma zarobić 10 procent. Przy założeniu, że taki zysk wypala.
Proste. Na funduszu zagranicznym zarabia 10 proc. Odejmij od tego 5 proc prowizji i wyjdzie na to, że klient myśląc, że wyjął tyle ile chciał, zarobił tylko 5 procent. Oczywiście, żeby się cieszył z zysku, trzeba mu te liczby odpowiednio przedstawić.
Ale klient, który dał bańkę, a w niej prowizję w wysokości 50 tysięcy, liczy, że ugra na inwestycji nie 50 tysięcy, ale 95. Czyli dokładnie 10 procent, kwoty, którą będziecie obracali.
I dlatego tuż przed końcem umowy, gdy jeszcze nie ma wyciągów, ściąga się klienta i mówi mu się, że zarobił tyle ile chciał i lada chwila środki będą dla niego dostępne, ale nagle pojawiła się nowa atrakcyjna oferta i żeby zarobić, powinien w nią wejść. Klient ciesząc się, że zarobił, wchodzi w nowy produkt i w nową prowizję od sprzedaży i mam go przekonywać w taki sposób, żeby dzięki wielu cyferkom i wskaźnikom, nie zobaczył, że ani nie zyskał tyle ile chciał, a w dodatku duża część tego zysku pójdzie w moją kolejną prowizję. Jednak najczęściej nie rozmawiamy o zyskach rzędu 10 proc. Z reguły jest to znacznie więcej i ci najbogatsi, tak czy inaczej wychodzą na tych produktach na dużych plusach. Mogę z nich zdzierać skórę bez żadnych oporów.
Robin Hoodami to nie jesteście, bo zarabiacie dla funduszy.
Każda z takich firm doradczych jak moja, ma tzw. partnerów. Złotych, srebrnych, albo brązowych. W zależności ile i jakich papierów do sprzedania nam dają. Taki partner organizuje kolacje, kongresy, albo dwutygodniowe szkolenia np. na Kubie, albo w Amsterdamie. Chyba nie muszę mówić, że to są zwykłe wypady turystyczno-alkoholowe, a nie jakieś finansowe, wielogodzinne trucia.. Wszystko po to, żeby lepiej sprzedawać jego produkty, a nie konkurencji.
Za co właściwie odpowiadają fundusze inwestycyjne?
One nie tłumaczą się ze swoich wyników. I jeżeli nie trafią, a ostatnio zdarza się to często, bo na rynku dzieją się jaja, to nie jest to oczywiście ich wina. Przed klientem musi tłumaczyć się doradca. Doradca, który tak naprawdę najczęściej sam nie wie, z czego składa się ten pakiecik, który sprzedaje.
Parę lat temu był taki produkt o nazwie jednego z kontynentów. Zrobił się boom, ściągnięto strasznie dużo kasy. Wszystko szło w górę jak rakieta. Aż przyszedł kryzys w Egipcie, gdzie była inwestowana większość tych środków. Wartość udziałów zaczęła błyskawicznie spadać. Zaczęły się telefony klientów do nas, i nasze do zarządzających tymi funduszami. Odpowiedzi były takie, żeby nie panikować i czekać, bo wszystko jest pod kontrolą. I zamiast sprzedawać czekaliśmy, a klientom z tego czekania zrobiło się minus 50 procent. Wszystko przez to, że rządzący tym fundusz szwajcarski obiecywał naszym funduszom prowizje jak uda im się jak najdłużej utrzymać środki na tym produkcie. Dlatego łgali w żywe oczy.
To co? Lepiej być biednym?

Porąbało cię? Biedny dyma po kredyty. I to dopiero jest nie strzyżenie, ale golenie. I nie do gołej skóry, ale do kości. Banki i ci od chwilówek się z takimi klientami nie cackają, bo przecież są biedni.

PiS nie modernizuje Polski

Nasz kraj nadal wlecze się w ogonie państw europejskich pod względem innowacyjności. To się raczej nie zmieni.

Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący innowacyjności („European Innovation Scoreboard 2019”). W rankingu obejmującym wszystkie kraje Unii Europejskiej Polska znalazła się 25 miejscu, wyprzedzając tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Polska znajduje się na tym 25 miejscu w unijnym rankingu innowacyjności od 2011 r. W latach poprzednich była to pozycja 24 lub 23 ( w latach 2006-2010).
Mimo ogromnych funduszy unijnych, które przeznaczane były i są na innowacje oraz na działalność badawczo-rozwojową, mimo pieniędzy krajowych kierowanych na te cele, oraz coraz lepiej dostosowanych do potrzeb przedsiębiorstw rozwiązań prawnych, mających wspierać ich decyzje dotyczące inwestycji w innowacje i badania oraz rozwój, nasza pozycja wśród krajów UE pogarsza się.
Inni po prostu robią na rzecz innowacyjności więcej niż Polska. Litwa, Łotwa i Słowacja wyprzedziły nas już dawno.
Indeks opisujący polską innowacyjność co prawda systematycznie, z roku na rok rośnie. Ale w porównywalnym tempie rośnie też średni indeks innowacyjności dla UE. Nie zmniejszają się zatem w sposób istotny różnice między poziomem innowacyjności w Polsce i w UE.
Co jest tego powodem? Przede wszystkim niski poziom innowacyjności mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Ich skłonność do wdrażania rozmaitych innowacji (produktowych, procesowych, marketingowych i organizacyjnych) jest bardzo niska. Niska jest także skłonność tych małych i średnich przedsiębiorstw, które inwestują w innowacje, do współpracy z innymi podmiotami. Odzywa się tu brak zaufania, który zdaje się być naszą przywarą także w procesie inwestowania w innowacje.
Problemy niskiej innowacyjności tkwią także w słabości polskiego systemu badań naukowych. Niewiele osób spoza Polski chce u nas pracować nad doktoratami, a polscy naukowcy mało mają międzynarodowych publikacji i niezbyt często są one cytowane. A to oznacza, że nasza baza naukowa bez której trudno o innowacyjność, istotnie różni się in minus od średniej dla UE.
Raport Komisji Europejskiej zwraca także uwagę na niski poziom inwestycji realizowanych przez fundusze podwyższonego ryzyka. Rzeczywiście, fundusze działające na polskim rynku nie są zainteresowane nowymi, innowacyjnymi firmami (start-upami) w początkowej fazie ich działania. Zdecydowanie chętniej włączają się z kapitałami i swą wiedzą, gdy produkt jest już gotowy, a rynek się nim zainteresował.
Ale mamy też, według unijnego raportu, także i silne strony – duża liczbę osób z wyższym wykształceniem, dobrze już rozbudowana sieć łączy szerokopasmowych. Nadzieję budzi też zwiększające się zatrudnienie w szybko rosnących firmach działających w innowacyjnych sektorach.
Warto przyjrzeć się rankingowi innowacyjności i jego składowym, bo znaleźć tam można odpowiedź na cześć pytań o przyczyny ciągle niskiego poziom innowacyjności polskiej gospodarki.
Jak widać, ani spore kapitały przeznaczane na badania, rozwój i innowacje, ani naprawdę dobre rozwiązania podatkowe (ulgi na działalność badawczo-rozwojową oraz objęcie 5-procentową preferencyjną stawką podatkową dochodów z praw własności intelektualnej) nie są wystarczające.
Potrzebne jest wzmocnienie sektora nauki i silniejsze powiązanie go z gospodarką, wzmocnienie zdolności kapitałowej małych i średnich przedsiębiorstw do inwestowania, zainteresowanie funduszy finansowaniem także i tych inwestycji, które znajdują się we wczesnych fazach rozwoju i obarczone są sporym ryzykiem niepowodzenia. Tylko pomysłu na wzrost zaufania nie ma.
Zwiększenie skłonności do inwestowania w innowacje jest ważne, bo jak Komisja Europejska podkreśla w swym raporcie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat innowacje były siła napędową około dwóch trzecich wzrostu gospodarczego w Europie. Ocenia się, że w latach 2021-2027 inwestycje w badania naukowe, rozwój i innowacje wygenerują do 100 tysięcy nowych miejsce pracy w tych dziedzinach.

Dyskretny urok małych portów

Mogą pełnić ważną rolę dla rozwoju gospodarki lokalnej w naszych regionach nadbałtyckich, ale grozi im, że pójdą na dno. Brakuje infrastruktury, pieniędzy, zaangażowania.

W Polsce funkcjonuje łącznie 27 średnich i małych portów morskich (sześć średnich i 21 małych).
Biorąc pod uwagę wielkość przeładunków, odgrywają one marginalną rolę w porównaniu z tymi dużymi.
I trudno, żeby było inaczej, skoro i największe nasze porty, choć odnotowują wzrost wielkości przeładunków, nie należą do bałtyckiej ekstraklasy i wciąż mają wolne moce przeładunkowe.

Wielcy rosną, małym ubywa

Jak więc w warunkach konkurencyjnej walki o każdą tonę przeładunków, miałyby poradzić sobie porty znacznie mniejsze, dostosowane do przyjmowania jednostek o niewielkiej wyporności i głębokości zanurzenia oraz wyposażone w słabszą infrastrukturę (zwłaszcza komunikacyjną, co w ogóle jest piętą achillesową Polski)?.
Wszystkie z tych 27 naszych małych i średnich portów bałtyckich przeładowują rocznie około 550 tys ton towarów. Porty duże (Świnoujście, Gdynia, Gdańsk, Szczecin) – około 80 mln ton rocznie.
Jak widać, znaczenie naszych małych portów, w porównaniu z największymi, jest marginalne. I tę ich słabszą pozycję dokazują statystyki przeładunkowe – bo następuje koncentracja przewozu towarów, na czym zyskują najwięksi. Do rosnących dysproporcji przyczynia się także zła polityka gospodarcza Prawa i Sprawiedliwości i nieumiejętność zadbania o rozwój obszarów położonych poza wielkimi aglomeracjami.
W rezultacie małe porty tracą – ich przeładunki jeszcze w 2015 wynosiły ok. 770 tys. ton. Porty największe zaś, siłą rzeczy, stają się jeszcze większe – w 2015 r. przeładowały niespełna 70 mln ton towarów, a więc sporo mniej niż obecnie.
Małe porty mogą pełnić jednak dość istotną rolę w gospodarce lokalnej, przyczyniając się do lepszego rozwoju regionów nadmorskich. Służą także wspieraniu turystyki, bo sporą część przewożonych ładunków stanowią „ładunki” żywe – czyli wakacyjni przybysze.
„Niewystarczające fundusze hamują rozwój średnich i małych portów morskich. Odbywa się w nich minimalna ilość przeładunków. Bez inwestycji w infrastrukturę portową, zapewniającą lepszy do nich dostęp, niemożliwe jest wykorzystanie ich potencjału” – zauważa oczywiste fakty Najwyższa Izba Kontroli.

Pieniędzy wciąż brakuje

Poziom finansowania małych i średnich polskich portów jest dalece niewystarczający. Zdaniem NIK, aby mogły one zwiększyć przeładunek towarów i zacząć zarabiać na swojej działalności należy zainwestować w ich infrastrukturę, przede wszystkim pogłębić drogi podejściowe do portów i same akweny. Na to jednak nie ma pieniędzy.
Utrzymanie infrastruktury zapewniającej dostęp do średnich i małych portów jest finansowane ze środków budżetu państwa. Na bieżące potrzeby tych portów (utrzymanie torów wodnych, tj. głównie roboty czerpalne) przeznaczono w 2015 r. – 8,2 mln zł, co stanowiło niespełna 38 proc. bieżących potrzeb, w 2016 r. – 5,9 mln zł (zaspokojono 34 proc. potrzeb) i w 2017 r. 7,4 mln zł (blisko 25 proc. zapotrzebowania).
Czyli, pod rządami PiS potrzeby małych i średnich portów wzrosły, a nakłady na ich utrzymanie w ruchu, spadły. Biorąc pod uwagę tylko infrastrukturę zapewniającą dostęp do nich, wartość niezrealizowanych dotychczas, a zaplanowanych zadań inwestycyjnych wynosi blisko 447 mln zł.
Niedobór środków na bieżące potrzeby związane z utrzymaniem infrastruktury powodującej, że porty są dostępne, wynosi zaś ponad 47 mln zł. Tak to wygląda w Polsce planowanie gospodarcze i późniejsze realizowanie tych planów.

Dla nich funduszy zabrakło

Na poprawę infrastruktury średnich portów planowano przeznaczyć fundusze z Unii Europejskiej przyznane w ramach programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014 – 2020. W ten sposób miała być finansowana przebudowa wejścia do portów: w Elblągu (za blisko 22 mln zł), w Ustce ( za 205 mln zł) i w Darłowie (220 mln zł).
Planowano – ale się nie udało. Ostatecznie do programu nie zakwalifikowano mniejszych portów, wzięto pod uwagę tylko te wielkie, o podstawowym znaczeniu dla gospodarki narodowej.
Z powodu braku środków, prace w małych i średnich portach ograniczano do najpilniejszych potrzeb, czyli pogłębiania torów wodnych i remontu falochronów. A i tak z powodu niewystarczających funduszy wystąpiły spłycenia torów podejściowych do czterech średnich portów (w Elblągu, w Darłowie, w Ustce i w Stepnicy) i ośmiu małych (w Dźwirzynie, w Rowach, w Łebie, w Kamieniu Pomorskim, w Mrzeżynie, w Wolinie, w Trzebieży i w Dziwnowie).
Powodowało to, że przy niskich stanach wody występowały trudności w manewrowaniu przy wyjściu i wejściu do portów dla jednostek o maksymalnym zanurzeniu dla danego portu. W rezultacie, następowało ograniczenie żeglugi i dalsze „zwijanie się” tych portów. Spółki zarządzające portami nie były oczywiście w stanie pokryć kosztów ich utrzymania z przychodów.

Gminy wolą zaczekać

W krajowych dokumentach strategicznych jako słabą stronę średnich i małych portów wskazano niską efektywność zarządzania nimi przez Urzędy Morskie, a przez to konieczność przyspieszenia ich komunalizacji – czyli sprzedaży samorządom terytorialnym.
W kilku przypadkach przeprowadzona komunalizacja większości średnich portów poprawiła rozwój infrastruktury portowej. Przykładem mogą być porty w Kołobrzegu, Mrzeżynie, Stepnicy i Ustce. Nie nastąpiła jednak komunalizacja jeszcze 16 małych portów.
Brak zainteresowania przejęciem małych portów przez gminy był głównie spowodowany regulacjami prawnymi, nakładającymi na właściciela obowiązek utrzymania kapitałochłonnej infrastruktury portowej, bez wsparcia środkami z budżetu państwa.
Przyczyną opieszałej komunalizacji może być także to, że wykluczono możliwości wsparcia średnich i małych portów środkami z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014-2020.
Wszystko to źle wróży na przyszłość – także i dla portu w Elblągu, przed którym przecież miały być świetlane perspektywy po propagandowym przekopaniu Mierzei Wiślanej. Niestety, wygląda na to, że grozi im zatonięcie.

Małe, zielone i z twarzą Waszyngtona

Zadziwiający jest budżet naszego kraju. Kwalifikuje się do nagrody Nobla z fizyki.

 

Niby sztywny, i niby z gumy”, a jednak tak rozciągliwą substancję trudno spotkać w przyrodzie. Ni to kauczuk, ni plastelina. Prawdziwy fenomen. I jeszcze te nadwyżki z wbudowaną funkcją znikania na zawołanie!
Kiedy po 40 dniach okupacji niepełnosprawni opuszczali Sejm, obowiązywała wersja, że nie da się z niego wycisnąć już ani kropelki pieniądza, nawet w wariancie kompromisowym od przyszłego roku – tylko osławione pieluchomajtki, które już nawet mnie śnią się po nocach, a co dopiero protestującym.
W ostatni sobotę Mateusz Morawiecki ściskał zaś dłonie i oddawał klucze pierwszym szczęśliwcom z Białej Podlaskiej, którzy załapali się na Mieszkanie Plus. A że niektóre rodziny jeszcze przed podpisaniem ostatecznych umów wycofały się z programu, bo za 1,3 tysiąca wynajmą mieszkanie na wolnym rynku bez żadnych obostrzeń, rząd jakoś nie wspomina. Jak na złość, znowu w magiczny sposób nasz budżet zwinął się w kulkę, kiedy doszło do rozliczeń z deweloperami.
Okazało się, że powtórzyła się sytuacja z Jarocina. Mieszkania przekazywane są w stanie surowym, a sam czynsz zamiast 900, wyniesie 1100 – bez licznikowych opłat. Na dodatek po trzech miesiącach niepłacenia na czas najemca może zostać wyrzucony na bruk bez prawa do lokalu socjalnego, będzie też musiał na swój koszt zdzierać położone przez siebie wcześniej podłogi, żeby oddać mieszkanie takim, jakim je wziął. Nie wiadomo, ile lat trzeba będzie dopłacać do czynszu, aby uzyskać własność. Dlaczego tak? „Taniej się nie dało” – tłumaczy PiS, który skutecznie oddał sukces Mieszkania Plus deweloperom.
– Spokojnie, będą dopłaty! – premier Morawiecki usiłował ratować honor inwestycji. Tylko że budżet swoim zwyczajem znowu zrobił woltę. Dopłaty, owszem, będą, ale nie starczy dla wszystkich – tylko dla tych spełniających kryterium dochodowe. I nie będą waloryzowane (strasznie złośliwy stwór z tego budżetu, nie sądzicie?).
Ale cóż to? Coś tam jednak majaczy na pustym rzekomo dnie rządowego worka z pieniędzmi. Coś zielonego i z twarzą Jerzego Waszyngtona. Hokus pokus i państwowe konto nagle rozkwitło wizją nowoczesnej infrastruktury w Polsce północnej. W dokumencie, który MON przekazało amerykańskiemu kongresowi znajdują się plany inwestycji 2 miliardów dolarów – jeżeli tylko miłościwi Amerykanie zechcą przyjąć ów skromny podarunek w zamian za pozostawienie u nas jednej dywizji pancernej w ramach stałej bazy NATO. Przy takiej kasie, jaką jesteśmy w stanie wyłożyć według „Propozycji amerykańskiej obecności w Polsce”, 94 miliony dotacji dla spółek ojca Rydzyka wydaje się skromniutką jałmużną z niedzielnej tacy.
Co można zrobić za 7,5 miliarda złotych? Na przykład spełnić wszystkie postulaty niepełnosprawnych (około 3,8 miliarda) i lekarzy rezydentów (2 mld) oraz opłacić pierwszą transzę podwyżek dla nauczycieli. Albo zmodernizować cały tabor PKP Intercity. Albo wyłożyć połowę rocznej wysokości dopłat do czynszów w Mieszkaniu Plus.
Ale te wszystkie wydatki leżą w Kancelarii Premiera w zamkniętej na głucho szufladce z napisem „Pierdoły”. Otwarta jest za to ta druga, z tabliczką „Wazelina do tyłka Wuja Sama – używać tylko zgodnie z przeznaczeniem”.