Pandemia wkroczyła na parkiety

Obecnie na giełdach obserwujemy tzw. wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż zdarzało się to w ubiegłym roku.
W marcu 2021 r. minął rok od początku pandemii COVID-19 w Polsce. Koronawirus wywarł wpływ – i wywiera go nadal – na polską gospodarkę. Jednakże pomimo tego, że 2020 r. był czasem trudnym dla całego świata oraz dla naszego kraju, nie zniechęcił graczy giełdowych do inwestycji na giełdzie.
Za nami jest rok, który upłynął nie tylko od wybuchu pandemii, ale i od miesiąca, który wszyscy gracze giełdowi zapamiętają na długie lata. To właśnie w marcu ubiegłego roku przez wszystkie światowe parkiety giełdowe przetoczyła się paniczna wyprzedaż, wywołana przez pandemię mało jeszcze wtedy znanego wirusa. – Wszyscy obawialiśmy się wówczas nie tylko o produkt krajowy brutto, wyniki poszczególnych krajów, czy zerwane łańcuchy dostaw, ale przede wszystkim obawialiśmy się o nasze życie i zdrowie. W efekcie panującego strachu, w marcu ubiegłego roku na giełdach na całym świecie obserwowaliśmy gwałtowne spadki. Inwestorzy bali się, że w związku z pandemią koronawirusa wyniki wielu spółek gwałtownie się pogorszą. Jednakże już po paru tygodniach, pod koniec marca, mogliśmy obserwować gwałtowną hossę i odbicie. Wzrosty te w zasadzie trwają na większości spółek i indeksów aż do dzisiaj – optymistycznie uważa Przemysław Gerschmann, doradca zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW”.
Ubiegłoroczne spadki na światowych giełdach były naprawdę duże. W efekcie marcowej wyprzedaży także nasze indeksy WIG i WIG20 straciły po około 40 proc. Część analityków wydarzenia te porównywała z wielkim kryzysem lat trzydziestych ubiegłego wieku. Jednak wraz z końcem marca ubiegłego roku giełdy zaczęły stopniowo odbijać.
Liczba rachunków maklerskich w Polsce zwiększyła się w ciągu ubiegłego roku o 85 tys. (z uwzględnieniem wrześniowego wykreślenia z rejestru figurujących tam dotąd 60 tys. nieaktywnych kont). Liczba kont maklerskich miała również przełożenie na udział inwestorów indywidualnych w obrotach na warszawskim parkiecie. W minionym roku byli oni odpowiedzialni za jedną czwartą obrotów na głównym rynku akcji GPW. – Obecnie na giełdach obserwujemy tak zwaną wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż pod koniec marca 2020 r. Stopy procentowe na całym świecie nadal utrzymują się na rekordowo niskim poziomach. Pomimo tego, Polacy i obywatele innych krajów nie rezygnują z oszczędzania pieniędzy poprzez trzymanie ich na rachunkach bankowych. Ponadto bezpieczne aktywa, jak na przykład złoto czy obligacje nadal cieszą się dużą popularnością, Może to wskazywać, że prawdziwe wzrosty są jeszcze przed nami – dodaje Przemysław Gerschmann.
W nawiązaniu do tej oceny warto przypomnieć, że giełda jest jak wiadomo ulicą dwukierunkową. Popularność bezpiecznych ale nie przynoszących zysków aktywów równie dobrze może więc wskazywać na to, że warszawska giełda prawdziwe wzrosty ma już za sobą, przynajmniej w okresie pandemii.
Niestety, kolejna fala pandemii trwa w najlepsze i nie wiadomo, kiedy się skończy. Nieudolność rządu w jej zwalczaniu w połączeniu z inwazją nowych mutacji koronawirusa sprawiają, że także i graczy giełdowych mogą czekać trudne miesiące.

Gospodarka 48 godzin

Optymizm budowlany
Tylko 20 proc. firm budowlanych uważa, że epidemia koronawirusa ma niekorzystny wpływ na ich branżę. To najmniej ze wszystkich badanych sektorów gospodarki – wynika z pandemicznego barometru koniunktury na pierwszy kwartał bieżącego roku, mierzonego przez Europejski Fundusz Leasingowy. Dla 67 proc. podmiotów budowlanych koronawirus jest neutralny. Ponadto idzie wiosna, więc przedsiębiorstwa budowlane z umiarkowanym optymizmem spoglądają także na kolejne miesiące tego roku. Co druga z firm uważa, że w pierwszym półroczu tego roku ich kondycja poprawi się. 37,5 proc. – że pozostanie bez zmian. Tylko 5 proc. zapytanych jest zdania, że się pogorszy. Jest to nie tylko najwyższy wynik od początku realizacji badania dla budowlanki, ale także wśród wszystkich sektorów gospodarki. Mimo to barometr dla dla branży budowlanej na I kwartał 2021 wyniósł tylko 48,8 pkt., co wciąż wskazuje na regres. Jest to jednak o 0,4 pkt. więcej niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Wartość tego wskaźnika utrzymuje się na podobnym poziomie od połowy 2020 roku. Jedynie 6 proc. przedsiębiorców budowlanych prognozuje zwiększenie inwestycji, a 16,5 proc. zakłada ich spadek. Wzrost sprzedaży przewiduje 22,5 proc. przedsiębiorców, a spadek 20 proc. Tu także widać więc lekką przewagę optymistów. Budownictwo należy do tych części gospodarki, które z powodu koronawirusa nie zostały ani razu zamknięte.

Giełda dla gier
Jak twierdzi zarząd stołecznej giełdy, Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie umacnia się na pozycji światowego lidera pod względem liczby notowanych spółek z branży producentów gier. Od października ubiegłego roku wyprzedza takich technologicznych gigantów, jak giełdy w Japonii czy Korei Południowej. Obecnie na Głównym Rynku i NewConnect notowanych jest łącznie 58 spółek z tej branży. Ubiegły miesiąc był niezły dla giełdy. W lutym 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 28,0 mld zł, czyli o 60,4 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami to 1 317,6 mln zł, o 52,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec lutego wyniosła 56 970,30 pkt i była o 15,6 proc. wyższa niż przed rokiem. Na rynku NewConnect w lutym odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami aż o 149,6 proc., do poziomu 917,2 mln zł. Spadły natomiast obroty energią elektryczną, do 16,9 TWh, czyli o 27,1 proc. rok do roku. Mniejszy był też handel gazem ziemnym, który spadł o 16,3 proc., do 11,7 TWh. Wzrosły zaś obroty Gwarancjami Pochodzenia dla prądu wytworzonego z odnawialnych źródeł energii, o 21,9 proc., do 2,0 TWh. Wartość 383 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku w lutym wyniosła 553,8 mld zł (122,6 mld EUR). Natomiast łączna kapitalizacja 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku to 1 099,6 mld zł (243,4 mld EUR). Nie jest to wielkość zbijająca z nóg.

Koleje zaczną od zera
PKP Polskie Linie Kolejowe oraz LTG Infra, litewski zarządca infrastruktury kolejowej podpisały list intencyjny dotyczący powołania Polsko-Litewskiej Grupy Infrastrukturalnej. Obie spółki będą współpracować przy poprawie jakości połączeń kolejowych oraz realizacji projektów transgranicznych. Będą miały co robić, bo między Polską a Litwą nie funkcjonują żadne połączenia kolejowe.

Gospodarka 48 godzin

Giełda przyśpieszyła

W styczniu 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na głównym rynku giełdy papierów wartościowych wyniosła 32,3 mld zł, czyli o 73,2 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Ruch na stołecznym parkiecie się zatem zwiększył, ale nie znaczy to, że spółki giełdowe na tym skorzystały. Wartość głównego indeksu WIG na koniec stycznia wyniosła 56 978,68 pkt i była tylko o 0,5 proc. wyższa niż w styczniu ubiegłego roku. W styczniu 2021 r. na giełdzie odbyło się 19 sesji giełdowych, o dwie mniej niż przed rokiem. Na równoległym rynku NewConnect w styczniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 196,8 proc., rok do roku, do poziomu 1,1 mld zł. Doszło do 807 tys. transakcji instrumentami pochodnymi (np. kontraktami terminowymi i opcjami) co oznacza wzrost o 37 proc.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną wyniósł 12,5 terawatogodzin, co oznacza spadek o 11,1 proc. w porównaniu ze styczniem 2020 r. Zwiększył się jednak o 72,6 proc. obrót gwarancjami pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej z odnawialnych źródeł energii, osiągając wartość 2,3 TWh. Natomiast handel gazem ziemnym wzrósł o 33,3 proc. rok do roku, do 14,8 TWh.
Wartość 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na głównym rynku giełdowym wyniosła 1 057,8 mld zł (233,1 mld EUR) – z czego kapitalizacja 384 spółek krajowych to 544,7 mld zł (120,0 mld EUR). Jeśli chodzi o zainteresowanie grą na giełdzie, to na koniec ubiegłego roku zarejestrowanych było 1 329 509 rachunków maklerskich, o 84 234 więcej w porównaniu w końcem 2019 r. „Ubiegły rok przyniósł na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie diametralną zmianę. Udział inwestorów indywidualnych w obrotach się podwoił. Jesteśmy niezwykle zadowoleni z powrotu inwestorów na nasz rynek i mamy nadzieję, że pozostaną z nami na dłużej ” – stwierdził Marek Dietl, prezes giełdy. Przez ostatnie lata udział graczy indywidualnych na warszawskim parkiecie malał, a sytuacja zmieniła się w 2020 r.

Przesadna promocja
Z nie do końca jasnych powodów państwowy PKO BP, który sponsoruje rozgrywki piłkarskiej ekstraklasy, dołączył do promocji szczepień przeciw Covid-19. Polega to na tym, że w trakcie telewizyjnej transmisji każdego meczu, na ekranie będą wyświetlane informacje promujące te szczepienia oraz zachęty do skorzystania z nich. Rzecz w tym, że szczepienia przeciw koronawirusowi już zostały tak doskonale wypromowane w Polsce (czego przykładem tłumy starszych ludzi, stojące beznadziejnie w kolejkach do rejestracji), że naprawdę nie trzeba na to dodatkowo wydawać pieniędzy Polaków, korzystających z usług PKO BP. Może lepiej byłoby za to nieco obniżyć im marże i opłaty? Równie niewielki sens mają kolejne billboardy zachęcające do szczepień przeciw Covid-19, które zawisły w wielu miastach w Polsce. Polaków naprawdę nie trzeba zachęcać do szczepień. Wysiłek i środki na promowanie szczepień lepiej więc przeznaczyć na ich sprawniejsze zorganizowanie.

Chińczycy inwestują
Na koniec ubiegłego roku wartość chińskich inwestycji w Polsce przekroczyła miliard dolarów. Daje to naszemu krajowi trzecie miejsce w Europie po Niemczech i Francji pod względem chińskich wydatków inwestycyjnych.

Giełda płacze ze szczęścia

W USA bardzo popularna stała się ostatnio scena z wieczornego serwisu informacyjnego telewizji CNBC: prowadzący audycję Jim Cramer pokazuje grafikę pod tytułem: ,,Najlepszy tydzień na giełdzie od 1938 roku”, gdy w tym samym na pasku informacyjnym przesuwa się wiadomość, że w ciągu ostatnich trzech tygodni pracę straciło 16 milionów Amerykanów. Nic chyba lepiej od tego nie obrazuje tragizmu sytuacji społeczno – gospodarczej, w jakiej znajdują się obecnie Stany Zjednoczone.

Śledząc jedynie wiadomości z Wall Street, można by w ogóle nie zauważyć, że jakikolwiek kryzys czy spowolnienie gospodarcze miały w ostatnim czasie miejsce. Indeksy giełdowe szybują, najbogatsi ostatnio jeszcze się wzbogacili, a największe firmy notują świetne wyniki finansowe. Idąc za forsowaną przez lata neoliberalną ideologią, zgodnie z którą ,,przypływ podnosi wszystkie łodzie”, należałoby założyć, że teraz pewnie całe amerykańskie społeczeństwo szybko się bogaci i przeżywa okres wyjątkowej prosperity. Tymczasem choćby krótkie spojrzenie na amerykańską Main Street bardzo brutalnie burzy tę wizję. Bezrobocie bije kolejne rekordy (sięga już 16 proc.), dziesiątki milionów ludzi nie mają pracy i grozi im eksmisja, a miliony kolejny godzą się na wyzysk i przedmiotowe traktowanie żyjąc w ciągłym strachu, że z dnia na dzień mogą utracić źródło utrzymania i dach nad głową. Nastawiona jedynie na zysk służba zdrowia w obliczu pandemii już od dawna całkowicie sobie nie radzi – dziennie przybywa 50 – 60 tys. nowych zakażeń koronawirusem, a ofiar śmiertelnych jest już ponad 170 tys., z czego oczywiście najwięcej wśród osób biednych. Skąd w obecnej sytuacji aż tak wielki rozdźwięk między sytuacją na giełdzie a realiami społecznymi?
Jest to przede wszystkim efekt formy, jaką miały pakiety pomocowe dla gospodarki przyjęte przez tamtejsze władze. W Europie większość państw skopiowała niemiecki model pomocy, wypróbowany jeszcze w trakcie kryzysu z 2008 roku. Nosi on nazwę ,,Kurzarbeit” i polega na umowie rządu z firmami (szczególnie małymi i średnimi), że w zamian za państwowe dopłaty do pensji pracowników, te zobowiązują ich nie zwalniać. Nie jest to model idealny, ale pozwala on w dużym stopniu ograniczyć skalę zwolnień, upadków firm i spadku popytu. Firmy nie muszą zwijać się z rynku, a pracownicy mają pewność zachowania źródeł utrzymania, popyt i podaż nie zmieniają się więc tak gwałtownie. W Stanach Zjednoczonych tymczasem ogłoszono co prawda rekordowy program pomocowy (6 bln. dolarów, czyli aż 30 proc. amerykańskiego PKB), jednak jego konstrukcja była zupełnie inna. Ogromna większość tych środków została oddana do dyspozycji FED (amerykańskiemu bankowi centralnemu), który jako główną (i praktycznie jedyną) metodę walki z kryzysem wybrał skupywanie papierów dłużnych wielkich firm i korporacji (,,zbyt wielkich, by pozwolić im upaść”), aby te nie wpadły w finansowe tarapaty. Rzecz jasna robił to bez stawiania im żadnych wymagań w kwestii ochrony miejsc pracy czy praw pracowników. I tak np. w środku pandemii FED uratował Boeinga potężnym zastrzykiem gotówki (skupując obligacje i bony kredytowe), a po kilku dniach firma ta zwolniła ponad 10 proc. załogi. Dodatkowo, kiedy wielkie korporacje zorientowały się, że będzie taki gigantyczny wykup, wyemitowały jeszcze więcej papierów dłużnych.
Tym sposobem praktycznie całe fundusze przeznaczone na pakiet pomocowy dla gospodarki trafiły do megakorporacji. Amerykańskie władze zrobiły im bardzo hojny prezent, jednocześnie nie wymagając nic w zamian. Niewyobrażalna wielkość tego prezentu pozwoliła wielkim firmom praktycznie uniezależnić się od jakichkolwiek praw rynkowych. Tu dochodzimy do sedna sprawy. W normalnych warunkach, bogactwo i wyniki firm są choć trochę powiązane z tym, że ludzie mają pracę, dostają pensje i mogą kupować ich produkty czy usługi. Nie mogą więc być one całkowicie ślepe na sytuację społeczną. Jednak teraz, po tak ogromnym darmowym zastrzyku gotówki dla wielkich, ich indeksy giełdowe ,,uwolniły się” realiów i kondycji większości społeczeństwa. 10 proc. najbogatszych Amerykanów posiada aż 84 proc. wszystkich akcji i to praktycznie wyłącznie do nich trafiły miliardy dolarów rządowych funduszy. Miliardy, które pozwoliły im już całkowicie odsunąć od siebie choćby najmniejsze troski o resztę społeczeństwa. Przerażające efekty tej ślepoty widać dzisiaj w USA na każdym kroku.
Kiedy jednak przyjrzymy się, kto stoi za takimi, a nie innymi działaniami władz Stanów Zjednoczonych w obliczu kryzysu, sytuacja staje się o wiele bardziej zrozumiała. Osobą odpowiedzialną za kształt amerykańskiego programu pomocowego i rozdział funduszy był Steve Mnuchin, szef departamentu skarbu. Początki zawrotnej kariery tego pana sięgają roku 2008 i ówczesnego kryzysu gospodarczego. Wtedy to, w odpowiedzi na krach na rynku nieruchomości rząd USA, ogłosił słynny pakiet pomocy dla banków – TARP. Gwarantował w nim, że jeśli klient nie będzie w stanie spłacić kredytu, rząd i Rezerwa Federalna oddadzą bankowi praktycznie całą pożyczoną kwotę. W tym właśnie momencie pojawił się ze swoim ,,pomysłem na biznes” Steve Mnuchin. Wykupił kalifornijski bank Indy Mac, obciążony dziesiątkami tysięcy ,,ryzykownych” hipotek, i zaczął te kredyty hipoteczne unieważniać z byle powodu. Szczególnie głośna była sprawa 90 – letniej kobiety, która pomyliła się przy racie o 27 centów (sic!), więc Mnuchin uznał ją za ,,niezdolną do spłaty kredytu”, na skutek czego została wyrzucona na bruk, jej dom bank Steve’a zlicytował i jeszcze wziął pieniądze od państwa, rekompensujące ,,niespłacony kredyt”. Takich i podobnych sytuacji były tysiące, Mnuchin był bowiem specjalistą w wynajdywaniu dziesiątek drobnych sposobów, żeby jak najwięcej ludzi wyrzucić z domów i tym sposobem się wzbogacić. Dorobił się na tym nielegalnym procederze wielkiej fortuny i wszedł do elity finansowej Wall Street. Mimo powszechnej wiedzy o źródle jego bogactwa, nigdy nie poniósł odpowiedzialności (kalifornijska prokuratura w niejasnych okolicznościach odmówiła wszczęcia śledztwa), a teraz nawet otrzymał tekę sekretarza skarbu w administracji Trumpa. Z taką przeszłością naprawdę ciężko, by Steve Mnuchin mógł być kimkolwiek innym niż tylko reprezentantem i rzecznikiem interesów swoich kolegów – miliarderów z Wall Street. Za to w tej roli, jak pokazuje jego projekt ,,pomocy dla gospodarki”, sprawdza się znakomicie.
Po internecie krąży taka zagadka: ,,Co jest w dobrym guście jak jesteś bogaty, a w złym guście jak jesteś biedny? Branie pieniędzy od państwa”. Dzisiejsze Stany Zjednoczone są tego karykaturalnym obrazem. Ci sami neoliberałowie z Wall Street, który publiczną służbę zdrowia odrzucają jako ,,marksistowski totalitaryzm” i panicznie protestują przeciwko przedłużeniu zasiłków dla bezrobotnych, nie mają żadnych oporów, by żądać dla siebie od państwa miliardowych ,,pakietów pomocowych”. Widać przy tym ich prawdziwą twarz i cele. Amerykańskiej finansowej oligarchii nie wystarcza już bowiem państwo, które ,,tylko” daje wielkie ulgi podatkowe i ,,nie zabiera”. Stworzonym przez swojego przedstawiciela ,,pakietem pomocowym” pokazali, że chcą aparatu państwowego podporządkowanego wyłącznie ich interesom i zdolnego nawet zabrać biednym, by tylko stale wypychać ich niemające dna kieszenie. A społeczeństwo? Niech niewidoczne z wysokich wież Manhattanu dalej haruje za grosze i bije się o ochłapy wierząc, że mamy w USA ,,demokrację”.

Gospodarka 48 godzin

Działki w górę?
Jak informują niektóre portale poświęcone nieruchomościom, w Polsce nastąpił wielki wzrost zainteresowania kupnem działek za miastem. Ma to być związane z epidemią koronawirusa – bo własna działka umożliwia wypoczynek z dala od innych ludzi. Największym zainteresowaniem cieszą się podobno działki na Mazurach oraz Warmii, gdzie w maju ceny miały pójść w górę o ponad jedną czwartą w porównaniu z majem 2019 r., zaś liczba zapytań o możliwość zakupu działki w tym rejonie zwiększyła się ponad dwukrotnie. Nie wiadomo jednak na razie, czy i jaki jest faktyczny wzrost cen transakcyjnych działek – oraz czy nie mamy tu do czynienia tylko z akcją promocyjną, której celem jest “podgrzanie” rynku nieruchomości. Z drugiej strony, liczba zapytań o możliwość zakupu mieszkania miała zmniejszyć się o jedną czwartą, co jednak jak na razie ponoć nie spowodowało zauważalnego spadku cen lokali mieszkalnych. Jak podaje Business Insider, w Zakopanem wystawiono na sprzedaż najdroższą działkę w Polsce, zlokalizowaną pod Gubałówką – właściciel zażądał 985 zł za metr kwadratowy. Oczywiście nie znalazł kupca za taką cenę, tym bardziej, że pod Gubałówką raczej trudno liczyć na możliwość odizolowania się od innych ludzi.

PiS dołuje giełdę
Polska giełda papierów wartościowych zarówno w skali 2019 roku, jak i całego ostatniego dziesięciolecia należała podobno do najgorszych rynków akcji na świecie. “Indeks WIG20 znalazł się wśród najgorszych indeksów giełdowych na świecie. W skali roku bryluje w niechlubnym gronie indeksów afrykańskich czy z krajów Bliskiego Wschodu” – stwierdza Business Insider, dla którego indeksy giełdowe tych państw są symbolem ostatecznego upadku. Ale w rzeczywistości, z warszawską giełdą nie jest źle. Wprawdzie indeks największych spółek WIG20 w ubiegłym roku zjechał o 5,6 proc, bo pod rządami PiS coraz gorzej radzą sobie duże firmy państwowe należące do tego indeksu. Już jednak indeks informatycznych wzrósł aż o 42,3 proc., zaś indeks firm z branzy nieruchomości o 28,7 proc. Główny indeks WIG urósł bardzo nieznacznie – o 0,25 proc. Stołeczna giełda osiągnęła w ubiegłym roku przyzwoity zysk netto wynoszący 119,32 mln zł. Niestety, to mniejszy zysk, niż w 2018 r, gdy GPW zarobiła 183,68 mln zł. Spadek zysku był jednak nie do uniknięcia, gdyż GPW jest także firmą państwową, więc pod rządami PiS musi osiągać coraz gorsze wyniki, na co nic nie można poradzić. Tym niemniej PiS-owski prezes warszawskiej giełdy Marek Dietl był zadowolony z ubiegłorocznych rezultatów i powiedział: “Wprowadzone w ostatnich dwóch latach zmiany w ramach strategii GPW2022 pozwoliły nam obronić poziom obrotów lepiej niż innym giełdom europejskim. Kierunki rozwoju obrane w 2018 roku okazały się właściwe. Innowacyjne rozwiązania zostały docenione. W 2019 r. nastąpił wzrost znaczenia warszawskiego parkietu”. Ponadto, kto miał nosa i dobre informacje, mógł na GPW zarobić prawdziwe kokosy. „Złotym strzałem” okazał się zakup akcji firmy CD Projekt, która stworzyła grę „Wiedźmin”. W dziesięcioleciu 2009 – 2019 r. kurs jej akcji wzrósł aż o ok. 22 tysiące procent, co było rekordem na GPW.

Nadzieje i niespodzianki

Gracze giełdowi jak co roku mieli do czynienia z przepowiedniami, które się nie sprawdzają. Co naturalnie nie zakłóca dobrego samopoczucia ekspertów, przygotowujących prognozy na 2020 r.

Rok 2019 przyniósł szereg zaskoczeń w porównaniu do prognoz, które można było stawiać pod koniec 2018 r.
Przypomnijmy, że koniec ubiegłego roku był okresem silnych spadków na niemal wszystkich rynkach, co wpływało na stawiane tezy. Należy jednak przeanalizować prognozy na 2019 rok, by móc zweryfikować ich słuszność – i na tej podstawie spróbować przewidzieć, co przyniesie na rynkach rok 2020.

Umiarkowana sprawdzalność

Pierwsza prognoza na 2019 r. mówiła: „Ostatni rok hossy na rynku amerykańskim”. Konkretną odpowiedź na tę prognozę przyniesie dopiero rok 2020. Uczciwie trzeba jednak stwierdzić, że obecnie nic na to nie wskazuje, co jednak każe być również ostrożnym.
Druga prognoza: „Utrzymanie wysokiej zmienności na giełdach”. Teza wydawała się dość bezpieczna – i chyba w żadnym innym przypadku tak mocno się nie pomylono.
Zakładano, że rok 2019 będzie przeplatany okresem wzrostów i spadków, co jednak nie miało miejsca, w szczególności w przypadku rynków rozwiniętych. Podwyższona ostrożność w mijającym roku nie popłacała (jakkolwiek ta prognoza pozostaje aktualna na 2020 r.).
Trzecia prognoza „Europa Zachodnia – dobra na drugą połowę roku”, sprawdziła się w 50 proc. gdyż zarówno pierwsza, jak i druga część 2019 roku była korzystna dla giełd na Starym Kontynencie.
Czwarta prognoza: „Możliwe wzrosty na rynku złota”. Jeśli chodzi o sprawdzalność, była to najlepsza teza na ten rok.
Notowania złota przeniosły się z poziomu 1300 dolarów za uncję na poziom 1500 dol., można więc było sporo zyskać. Zakładając brak gwałtownych zdarzeń w przyszłym roku, cena złotego kruszcu poruszać się będzie w okolicach obecnego przedziału. Rok 2019 był przede wszystkim okresem silnych wzrostów na rynku amerykańskim i kolejnych historycznych rekordów indeksów S&P 500 i Nasdaq (ok. 8 proc. powyżej szczytowych poziomów z 2018 r.).
Tegoroczne stopy zwrotu robią wrażenie, oscylując w okolicach 30 proc., warto jednak pamiętać, z jakich poziomów startowały te indeksy na początku roku.
W ślad za rynkiem amerykańskim podążyły indeksy w Europie Zachodniej, co było o tyle zaskakujące, że dość silnym wzrostom towarzyszyło stopniowe pogarszanie się odczytów gospodarczych oraz rosnące zamieszanie wokół Brexitu. Koniec roku przyniósł jednak nieznaczną poprawę wyników ekonomicznych, dając szanse na poprawę w 2020 r.

A więc wojna

Inaczej wyglądała sytuacja na krajowym rynku. Duże spółki znajdowały się pod presją inwestorów zagranicznych oraz problemów wewnętrznych, związanych z wyrokami Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (w przypadku banków) oraz różnych inicjatyw i projektów (w przypadku spółek z wysokim zaangażowaniem Skarbu Państwa).
Relatywnie dobry okres mają natomiast za sobą małe spółki w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że część wzrostów była odreagowaniem po wcześniejszych, silnych spadkach.
Rok 2019, podobnie zresztą jak 2018, upłynął pod znakiem wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, a de facto pomiędzy USA a resztą świata. Na przestrzeni całego roku napięcie na przemian narastało i łagodniało, gdy obie strony wracały do rozmów. Rok zakończył się zawarciem wstępnego porozumienia, które jednak nie rozwiązuje żadnych istotnych problemów leżących u podstaw sporu. Sytuacji, związanej z napięciem na linii Waszyngton – Pekin nie pomagały protesty w Hongkongu, które trwały przez dużą część mijającego roku.
Istotne znaczenie w 2019 r. miała również polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Fed dokonał wolty w ciągu roku, z polityki zaostrzania oraz podwyżki stóp procentowych, do krótkiej serii obniżek stóp i otwarcia nieformalnego programu skupu aktywów. Wpłynęło to w oczywisty sposób na rynki, dostarczając im płynności i dalszego paliwa do wzrostów.

Wróżenie z fusów

Co czeka nas w 2020 roku? Podobnie jak w 2019, wiodącą role na rynkach akcji odgrywać będą Stany Zjednoczone. Trudno jednak oczekiwać powtórki wyników z mijającego roku.
Można szacować, że stopa zwrotu na przestrzeni całego 2020 r. wyniesie około 10 proc. (w przypadku indeksu S&P 500). W przypadku spółek technologicznych, części z nich rynek w nadchodzącym roku powie „sprawdzam”. Oczekujemy lepszego zachowania się spółek z tak zwanej starej gospodarki.
Biorąc pod uwagę rekordowe poziomy indeksów i dalsze etapy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami, czy sprawę impeachmentu Donalda Trumpa, można oczekiwać, że zmienność powróci.
2020 r. jest rokiem wyborczym w USA, mającym swoją specyfikę. Nie można zapominać o istniejącej ciągle groźbie recesji w USA (nie nastąpiła od rekordowo długiego czasu). Ostatnie odczyty wskaźników wyprzedzających mogą wzbudzać niepokój.
Prawdopodobnie w dalszym ciągu dobry okres będą mieć przed sobą spółki europejskie. Zagrożeniem może być jednak eskalacja konfliktu handlowego na linii USA – Unia Europejska. Ewentualne złagodzenie taryf celnych, połączone ze sprzyjającym momentem cyklu koniunkturalnego i monetarnego może w 2020 r. wspierać rynki wschodzące.

U nas wciąż kiepsko

Polska giełda papierów wartościowych zapewne tradycyjnie będzie odstawać od swoich zagranicznych odpowiedników.
Z drugiej jednak strony, historycznie niski poziom wycen może w końcu powiększyć napływ kapitału. Tutaj rolę stabilizatora mogą pełnić Pracownicze Plany Kapitałowe, chociaż opublikowana w grudniu stopa uczestnictwa w tym programie jest daleka od zadowalającej.
Inwestorzy powinni wybierać w w Polsce spółki, które wygrywają na trwających obecnie trendach takich jak wzrost kosztów pracy. W dalszym ciągu atrakcyjne mogą okazać się nieruchomości, ale z uwagi na dynamiczny wzrost cen w ostatnich dwóch latach, efektywne inwestowanie staje się coraz bardziej ryzykowne.

Nasza giełda się zwija

Spadające obroty, brak ciekawych debiutów, słabe zainteresowania akcjami polskich spółek – to aktualny obraz GPW.

Do 15,9 mld zł spadły w październiku 2019 r. obroty w ramach zleceń na giełdzie papierów wartościowych. To o 2,8 proc. mniej niż przed rokiem. Średnio na sesję obroty spadły z 712 mln zł do 692 mln zł.
Jak wynika z obliczeń Bankier.pl, średnie sesyjne obroty w okresie ostatnich dwunastu miesięcy wyniosły 777,1 mln zł, czyli o blisko 2 mln zł mniej niż we wrześniu i aż 60,5 mln mniej niż rok wcześniej. To najniższy wynik od stycznia 2017 r. Tymczasem średnie obroty za okres grudzień 2016 – listopad 2017 sięgnęły rekordowych 958 mln zł.
W międzyczasie miało miejsce istotne wydarzenie, we wrześniu 2018 roku GPW dołączyła do grona rynków rozwiniętych.
– To fundamentalna zmiana w postrzeganiu Polski przez globalnych inwestorów. Przekwalifikowanie naszego kraju daje możliwość zainteresowania nowych inwestorów akcjami polskich spółek i stanowi ogromną szansę dla całego rynku kapitałowego. Wierzę, że w dłuższej perspektywie spowoduje to napływ większego kapitału na warszawski parkiet – komentował wówczas Marek Dietl, prezes zarządu GPW.
Obroty rzeczywiście skoczyły, na pierwszej sesji po dołączeniu do grona rynków rozwiniętych udało się wykręcić rekordowe 5,4 mld zł. Wrzesień 2018 r. trendu jednak nie odmienił – obroty wciąż spadają.
Z analizy Bankier.pl wynika, że giełdzie nie pomógł awans do grona krajów rozwiniętych. Do przełamania marazmu polskiemu rynkowi potrzebne są napływ nowych środków i debiuty atrakcyjnych spółek.
Rzecznik GPW Paweł Lasiuk w rocznicę wejścia do grona rynków rozwiniętych wskazywał, że efekty nastapią dopiero w przyszłości. – W związku z przebudową portfeli inwestorów, do jakiej zawsze dochodzi po awansie, ostatni rok był dla GPW okresem przejściowym. Pełne efekty przekwalifikowania będzie można ocenić dopiero po zakończeniu tego okresu. Może on trwać nawet kilka lat – ocenił Lasiuk.

Lepiej, niż można było oczekiwać

Po spadku kursów akcji na początku października, zaczęły się one wspinać na coraz wyższe szczyty.

Wynik wyborów parlamentarnych w Polsce był czynnikiem neutralnym dla rynku finansowego. W dużym uproszczeniu, utrzymał się status quo. Niewielki wpływ miała również opublikowana w październiku rządowa strategia rozwoju rynku kapitałowego, z uwagi na brak rewolucyjnych pozytywnych zmian. Jakkolwiek trzeba stwierdzić, że publikacja tej strategii jest czynnikiem pozytywnym. Generalnie, w porównaniu do października ubiegłego roku, tegoroczny początek IV kwartału przebiegał w nastrojach dalece lepszych, niż możemy pamiętać z 2018 roku.
Po silnym spadku indeksów giełdowych w pierwszych dniach października, nie nastąpiła dalsza eskalacja, a zaczął realizować się etap wyjścia indeksów na nowe historyczne szczyty, jak mogliśmy to obserwować w przypadku rynku amerykańskiego. Tradycyjnie też można było obserwować wysoką nierównowagę wyników krajowych indeksów akcji w porównaniu do rynków bazowych, najważniejszych.
Dwa wyroki unijne
Krajowy rynek akcji znajdował się pod wpływem kilku czynników. Jednym z nich były dwa wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczące kredytów gotówkowych oraz kredytów hipotecznych indeksowanych do franka szwajcarskiego.
Wyrok w sprawie kredytów gipotecznych nie miał wysokiego wpływu na notowania banków, głównie z powodu braku silnych negatywnych zaskoczeń. Natomiast wyrok dotyczący kredytów gotówkowych zdołował w znaczący sposób kurs Alior Banku.
Można przypuszczać, że wpływ obydwu wyroków będzie stopniowo odzwierciedlany w wynikach banków w kolejnych kwartałach i latach, ale dzięki temu rynek uniknie silnego, skokowego spadku.
Istotną kwestią może być trzecia rewizja indeksów obliczanych przez Morgan Stanley Capital Investment, jednak jej wpływ na krajowy rynek powinien być dużo słabszy niż w poprzednich dwóch razach.
Słabsze wyniki, wyższe kursy
Pomimo wcześniejszych deklaracji, Fed (bank centralny USA) zdecydował się na uruchomienie programu skupu aktywów. Polityka monetarna łagodzi słabsze odczyty danych z amerykańskiej gospodarki. Poziom zysków spada trzeci kwartał z rzędu, wykazując obecnie ujemną dynamikę na poziomie – 3,7 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jednak, jak wynika z opublikowanych na dzień 30 października wyników, około 80 proc. spółek zanotowało pozytywne zaskoczenia (ale trzeba uczciwie stwierdzić, że prognozy analityków amerykańskich były ponadprzeciętnie konserwatywne).
Rynki finansowe żyją trwającą obecnie stymulacją monetarną i możliwym ponownie porozumieniem na linii USA – Chiny. Obecnie strony wróciły do rozmów i wstrzymały się z wprowadzeniem ogłoszonych we wrześniu represyjnych działań. Ponadto, Państwo Środka zobowiązało się do zwiększenia zakupów amerykańskich surowców rolnych. W dalszym ciągu nieporuszone pozostają kluczowe kwestie związane z ochroną własności intelektualnej i polityką walutową. Trudno tutaj oczekiwać szybkiego pełnego porozumienia Chin i USA. Zakłada się zawarcie porozumienia cząstkowego, które nie wyjaśnia jednak wszystkich problemów i nie zamyka meritum sporu. Okazja do tego pojawi się w połowie listopada, na szczycie Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC) w Chile.
W przypadku Chin należy się przyzwyczaić do nieco słabszej dynamiki wzrostu produktu krajowego brutto, na co nie pozostaje bez wpływu kwestia wojny handlowej. Coraz słabsze są natomiast odczyty wskaźników koniunktury PMI dla Europy Zachodniej, w tym dla gospodarki niemieckiej. Istnieje obawa, że gorsza kondycja sektora przemysłowego przeniesie się na sektor usług. Są jednak głosy, że na przełomie roku 2019 będzie można obserwować odwrócenie obecnych tendencji. W dalszym ciągu oczekiwana jest bardziej ekspansywna polityka fiskalna w Europie Zachodniej.
Co wpływa na notowania?
Obecnie tematem numer jeden, poza trwającymi negocjacjami dotyczącymi kwestii szczegółowych Brexitu, będą grudniowe wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii.
Czynnikiem ryzyka pozostają publikowane dane gospodarcze. W ostatnich kwartałach po osiągnięciu historycznych szczytów w USA następowała korekta spadkowa. Trudno obecnie wykluczyć powtórkę tego scenariusza.
W Stanach Zjednoczonych, poza kwestią wojny handlowej, na notowania w dalszym ciągu wpływa kwestia ewentualnego impeachmentu Donalda Trumpa. Zbliżamy się coraz silniej do rozpoczęcia realnej kampanii wyborczej, co może przynieść porcję zarówno pozytywnych, jak i negatywnych informacji dla rynków.

Uszczuplenie portfeli

Czy bessa zawita na parkiety giełdowe?

Maj nie mógł zacząć się gorzej. Spadek rynkowych indeksów był więcej niż zauważalny i mocno uszczuplił portfele inwestorów.
Osłabienie koniunktury na światowych giełdach można przypisywać różnym czynnikom. Na przykład eskalacji napięcia gospodarczego pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami i wprowadzaniem przez prezydenta Donalda Trumpa kolejnych ceł na chińskie towary. Jednak podstawowa przyczyna jest dość prosta – amerykański rynek akcji ma za sobą bardzo długi okres wzrostów i naturalne jest pojawienie się nerwowości
Pierwsze tweety Donalda Trumpa o chęci nałożenia ceł na chińskie produkty pociągnęły za sobą szereg zdarzeń, których głównym skutkiem był wzrost globalnej awersji do ryzyka i spadek nadziei na szybkie rozwiązanie problemu. Do tej pory dotyczył on całej chińskiej gospodarki, teraz zaczął dotykać poszczególnych spółek.
Pierwszą ofiarą został chiński gigant Huawei, który został wpisany na czarną listę. W efekcie kolejne amerykańskie i sprzyjające USA korporacje zaczęły odmawiać Chińczykom dalszej współpracy, co w przypadku takich firm jak Google nie pozostaje bez znaczenia.
Taka sytuacja nie sprzyja globalnej wymianie handlowej. Część nieamerykańskich spółek już szuka sposobu, by powrócić do współpracy z chińskim gigantem.
Ponadto, według ostatnich badań skutki wojny celnej uderzą nie tylko w Państwo Środka, ale również w zwykłych obywateli amerykańskich, którzy średnio zapłacą ponad 800 dolarów rocznie za nową politykę amerykańskiego prezydenta.
Warto też zaznaczyć, że strona chińska nie pozostawia zaistniałej sytuacji bez odpowiedzi, chociaż można odnieść wrażenie, że władze Chin w dalszym ciągu kalkulują, co im się bardziej opłaca, pozostawiając piłeczkę w rękach Amerykanów. Na razie główną groźbą było możliwe embargo eksportu 17 metali ziem rzadkich, wykorzystywanych przede wszystkim w przemyśle zaawansowanych technologii. Jest to jednak broń obosieczna, gdyż trudno byłoby znaleźć dla tych towarów nowe rynki zbytu.
Europa Zachodnia ma również swoje demony. Do nierozwiązanego problemu brexitu i zwalniającej gospodarki dołączyły ostatnie wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które wygrały ugrupowania skrajnie prawicowe i populistyczne, co budzi obawy zwłaszcza w przypadku Francji i Włoch.
Na warszawskiej giełdzie miesiąc mijał w cieniu geopolityki. Mało przydatne były rewelacyjne dane gospodarcze o wzroście inwestycji prywatnych i dobrej koniunkturze w sektorze przemysłowym oraz w sektorze sprzedaży detalicznej. Trwający sezon wyników nie zmienił ogólnego obrazu krajowej giełdy. W przypadku dużych spółek poza sektorem handlu detalicznego trudno było doszukiwać się znaczących, pozytywnych zaskoczeń. Czynnikiem ryzyka pozostaje reforma otwartych funduszy emerytalnych.

Świat ucieka polskiej giełdzie

W czasie, gdy wszędzie na świecie panowała hossa, polski rynek akcji powoli osuwał się pod swoim ciężarem.

Kwiecień był ciekawym miesiącem na giełdach. To, co zapamiętamy najbardziej, to dysproporcja w zachowaniu się polskich indeksów na tle innych rynków zagranicznych. Wszędzie na świecie panowała hossa, ale nie na naszej giełdzie. Na początku miesiąca udało się co prawda przekroczyć barierę 2400 punktów, ale znowu okazało się to nietrwałe i chwilowe, podobnie jak próby na przełomie stycznia i lutego.
Niepokojąco wygląda porównanie stóp zwrotu. Nasz WIG20 od początku roku zyskał 2,6 %, równocześnie węgierski BUX wzrósł o 9%, niemiecki DAX o 16,7%, zaś amerykański S&P500 o 17,4%. Nieco lepiej prezentują się wyniki mWIG40, który wzrósł o 5,8% oraz sWIG80, który zyskał 13,7%. Warto jednak pamiętać, że te ostatnie dwa indeksy w kwietniu traciły na wartości.
Gracze mają stracha
Co się właściwie stało z naszą giełdą? Jedną z teorii może być wzrost obaw zagranicznych inwestorów o kondycję krajowych finansów publicznych po kolejnych obietnicach fiskalnych rządu, które są obecnie wdrażane. Trudno jednak właśnie w tym znaleźć wytłumaczenie słabszych wyników gieły papierów wartościowych, gdyż zarówno duże agencje ratingowe, jak i dane statystyczne potwierdzają, że przynajmniej w jedno-dwuletnim horyzoncie polskie finanse publiczne są w dobrej kondycji, a deficyt budżetowy w relacji do produktu krajowego brutto plasuje nas w unijnej średniej.
Kolejnym tłumaczeniem jest kwestia otwartych funduszy emerytalnych. Tutaj inwestorzy mogą obawiać się zwiększonej podaży akcji z uwagi na możliwe przeniesienie części środków do Funduszu Rezerwy Demograficznej oraz konieczność spieniężenia aktywów celem pokrycia opłaty przekształceniowej.
Jest tu jednak sporo znaków zapytania. Nie znamy szczegółowych przepisów, limity inwestycyjne w FRD mogą ulec zmianie, co zmniejszy potencjalną podaż akcji. Ponadto, w perspektywie widać już pracownicze plany kapitałowe, co w dłuższym horyzoncie czasowym powinno wesprzeć GPW. Pytanie więc, czemu inwestorzy nie są skłonni kupować tej przyszłości? Część z nich może bać się inwestować na GPW z uwagi na dużą ilość zmian w polskim prawodawstwie, co zawsze budzi ryzyko. Ten czynnik dotyczy jednak przede wszystkim inwestycji długoterminowych, a część zagranicznego kapitału na GPW ma charakter spekulacyjny.
Jedyną pewną kwestią jest zniechęcenie inwestorów indywidualnych do krajowego rynku, co widać narastająco po statystykach nabyć i umorzeń jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. Zaufanie do rynku kapitałowego zostało w ubiegłym roku mocno nadwątlone. Nakłada się na to klęska funduszy absolutnej stopy zwrotu, mających teoretycznie zapewnić osiąganie zysku w każdych warunkach, co pokazało szereg ryzyk płynnościowych na GPW.
Czekać czy uciekać?
Trudno w tym momencie powiedzieć, co by mogło przekonać krajowy, rozdrobniony kapitał do powrotu na giełdę. Wsparciem kolejny raz mogą być niemal mityczne już PPK, które mogłyby wesprzeć stopy zwrotu krajowych indeksów. To jest jednak scenariusz już na 2020 rok, gdy otoczenie rynkowe może być zupełnie inne.
Tymczasem na świecie inwestorzy korzystali na ograniczaniu niemal wszystkich czynników ryzyka. Chodzi tu przede wszystkim o politykę amerykańskiej rezerwy federalnej oraz kwestię Brexitu. Istnieje wprawdzie ryzyko spowolnienia gospodarczego oraz przeniesienia różnych wojen handlowych na Europę. Jednak po notowaniach giełdowych indeksów można zauważyć, że czynniki te zeszły na dalszy plan.
Liderem wzrostów były Stany Zjednoczone, którym udało się nadrobić straty poniesione podczas obserwowanej w IV kwartale ubiegłego roku wyprzedaży, a nawet podnieść indeksy na poziomy nowych rekordów. W kwietniu giełdom za oceanem pomagał sezon publikowania wyników za pierwszy kwartał, w którym spółki tradycyjnie już ogłaszały rezultaty lepsze od oczekiwań analityków – choć warto zaznaczyć, że oczekiwania te były pesymistyczne. Biorąc zaś pod uwagę dobrą sytuację na amerykańskim rynku pracy, do bessy mamy jeszcze co najmniej kilka kwartałów. Nie oznacza to jednak, że nie będziemy już w tym roku świadkami znaczącej korekty na Wall Street.
Podsumowując, krajowy rynek akcji jest mocno opóźniony we wzrostach wobec swoich zagranicznych odpowiedników. Na pocieszenie można stwierdzić, że takie zjawiska były w historii obserwowane nie raz. Biorąc pod uwagę poziom obecnych wycen na GPW, powiedzenie Sell in may and go away (sprzedaj w maju i uciekaj) nie musi być w tym przypadku uzasadnione.