Giełda płacze ze szczęścia

W USA bardzo popularna stała się ostatnio scena z wieczornego serwisu informacyjnego telewizji CNBC: prowadzący audycję Jim Cramer pokazuje grafikę pod tytułem: ,,Najlepszy tydzień na giełdzie od 1938 roku”, gdy w tym samym na pasku informacyjnym przesuwa się wiadomość, że w ciągu ostatnich trzech tygodni pracę straciło 16 milionów Amerykanów. Nic chyba lepiej od tego nie obrazuje tragizmu sytuacji społeczno – gospodarczej, w jakiej znajdują się obecnie Stany Zjednoczone.

Śledząc jedynie wiadomości z Wall Street, można by w ogóle nie zauważyć, że jakikolwiek kryzys czy spowolnienie gospodarcze miały w ostatnim czasie miejsce. Indeksy giełdowe szybują, najbogatsi ostatnio jeszcze się wzbogacili, a największe firmy notują świetne wyniki finansowe. Idąc za forsowaną przez lata neoliberalną ideologią, zgodnie z którą ,,przypływ podnosi wszystkie łodzie”, należałoby założyć, że teraz pewnie całe amerykańskie społeczeństwo szybko się bogaci i przeżywa okres wyjątkowej prosperity. Tymczasem choćby krótkie spojrzenie na amerykańską Main Street bardzo brutalnie burzy tę wizję. Bezrobocie bije kolejne rekordy (sięga już 16 proc.), dziesiątki milionów ludzi nie mają pracy i grozi im eksmisja, a miliony kolejny godzą się na wyzysk i przedmiotowe traktowanie żyjąc w ciągłym strachu, że z dnia na dzień mogą utracić źródło utrzymania i dach nad głową. Nastawiona jedynie na zysk służba zdrowia w obliczu pandemii już od dawna całkowicie sobie nie radzi – dziennie przybywa 50 – 60 tys. nowych zakażeń koronawirusem, a ofiar śmiertelnych jest już ponad 170 tys., z czego oczywiście najwięcej wśród osób biednych. Skąd w obecnej sytuacji aż tak wielki rozdźwięk między sytuacją na giełdzie a realiami społecznymi?
Jest to przede wszystkim efekt formy, jaką miały pakiety pomocowe dla gospodarki przyjęte przez tamtejsze władze. W Europie większość państw skopiowała niemiecki model pomocy, wypróbowany jeszcze w trakcie kryzysu z 2008 roku. Nosi on nazwę ,,Kurzarbeit” i polega na umowie rządu z firmami (szczególnie małymi i średnimi), że w zamian za państwowe dopłaty do pensji pracowników, te zobowiązują ich nie zwalniać. Nie jest to model idealny, ale pozwala on w dużym stopniu ograniczyć skalę zwolnień, upadków firm i spadku popytu. Firmy nie muszą zwijać się z rynku, a pracownicy mają pewność zachowania źródeł utrzymania, popyt i podaż nie zmieniają się więc tak gwałtownie. W Stanach Zjednoczonych tymczasem ogłoszono co prawda rekordowy program pomocowy (6 bln. dolarów, czyli aż 30 proc. amerykańskiego PKB), jednak jego konstrukcja była zupełnie inna. Ogromna większość tych środków została oddana do dyspozycji FED (amerykańskiemu bankowi centralnemu), który jako główną (i praktycznie jedyną) metodę walki z kryzysem wybrał skupywanie papierów dłużnych wielkich firm i korporacji (,,zbyt wielkich, by pozwolić im upaść”), aby te nie wpadły w finansowe tarapaty. Rzecz jasna robił to bez stawiania im żadnych wymagań w kwestii ochrony miejsc pracy czy praw pracowników. I tak np. w środku pandemii FED uratował Boeinga potężnym zastrzykiem gotówki (skupując obligacje i bony kredytowe), a po kilku dniach firma ta zwolniła ponad 10 proc. załogi. Dodatkowo, kiedy wielkie korporacje zorientowały się, że będzie taki gigantyczny wykup, wyemitowały jeszcze więcej papierów dłużnych.
Tym sposobem praktycznie całe fundusze przeznaczone na pakiet pomocowy dla gospodarki trafiły do megakorporacji. Amerykańskie władze zrobiły im bardzo hojny prezent, jednocześnie nie wymagając nic w zamian. Niewyobrażalna wielkość tego prezentu pozwoliła wielkim firmom praktycznie uniezależnić się od jakichkolwiek praw rynkowych. Tu dochodzimy do sedna sprawy. W normalnych warunkach, bogactwo i wyniki firm są choć trochę powiązane z tym, że ludzie mają pracę, dostają pensje i mogą kupować ich produkty czy usługi. Nie mogą więc być one całkowicie ślepe na sytuację społeczną. Jednak teraz, po tak ogromnym darmowym zastrzyku gotówki dla wielkich, ich indeksy giełdowe ,,uwolniły się” realiów i kondycji większości społeczeństwa. 10 proc. najbogatszych Amerykanów posiada aż 84 proc. wszystkich akcji i to praktycznie wyłącznie do nich trafiły miliardy dolarów rządowych funduszy. Miliardy, które pozwoliły im już całkowicie odsunąć od siebie choćby najmniejsze troski o resztę społeczeństwa. Przerażające efekty tej ślepoty widać dzisiaj w USA na każdym kroku.
Kiedy jednak przyjrzymy się, kto stoi za takimi, a nie innymi działaniami władz Stanów Zjednoczonych w obliczu kryzysu, sytuacja staje się o wiele bardziej zrozumiała. Osobą odpowiedzialną za kształt amerykańskiego programu pomocowego i rozdział funduszy był Steve Mnuchin, szef departamentu skarbu. Początki zawrotnej kariery tego pana sięgają roku 2008 i ówczesnego kryzysu gospodarczego. Wtedy to, w odpowiedzi na krach na rynku nieruchomości rząd USA, ogłosił słynny pakiet pomocy dla banków – TARP. Gwarantował w nim, że jeśli klient nie będzie w stanie spłacić kredytu, rząd i Rezerwa Federalna oddadzą bankowi praktycznie całą pożyczoną kwotę. W tym właśnie momencie pojawił się ze swoim ,,pomysłem na biznes” Steve Mnuchin. Wykupił kalifornijski bank Indy Mac, obciążony dziesiątkami tysięcy ,,ryzykownych” hipotek, i zaczął te kredyty hipoteczne unieważniać z byle powodu. Szczególnie głośna była sprawa 90 – letniej kobiety, która pomyliła się przy racie o 27 centów (sic!), więc Mnuchin uznał ją za ,,niezdolną do spłaty kredytu”, na skutek czego została wyrzucona na bruk, jej dom bank Steve’a zlicytował i jeszcze wziął pieniądze od państwa, rekompensujące ,,niespłacony kredyt”. Takich i podobnych sytuacji były tysiące, Mnuchin był bowiem specjalistą w wynajdywaniu dziesiątek drobnych sposobów, żeby jak najwięcej ludzi wyrzucić z domów i tym sposobem się wzbogacić. Dorobił się na tym nielegalnym procederze wielkiej fortuny i wszedł do elity finansowej Wall Street. Mimo powszechnej wiedzy o źródle jego bogactwa, nigdy nie poniósł odpowiedzialności (kalifornijska prokuratura w niejasnych okolicznościach odmówiła wszczęcia śledztwa), a teraz nawet otrzymał tekę sekretarza skarbu w administracji Trumpa. Z taką przeszłością naprawdę ciężko, by Steve Mnuchin mógł być kimkolwiek innym niż tylko reprezentantem i rzecznikiem interesów swoich kolegów – miliarderów z Wall Street. Za to w tej roli, jak pokazuje jego projekt ,,pomocy dla gospodarki”, sprawdza się znakomicie.
Po internecie krąży taka zagadka: ,,Co jest w dobrym guście jak jesteś bogaty, a w złym guście jak jesteś biedny? Branie pieniędzy od państwa”. Dzisiejsze Stany Zjednoczone są tego karykaturalnym obrazem. Ci sami neoliberałowie z Wall Street, który publiczną służbę zdrowia odrzucają jako ,,marksistowski totalitaryzm” i panicznie protestują przeciwko przedłużeniu zasiłków dla bezrobotnych, nie mają żadnych oporów, by żądać dla siebie od państwa miliardowych ,,pakietów pomocowych”. Widać przy tym ich prawdziwą twarz i cele. Amerykańskiej finansowej oligarchii nie wystarcza już bowiem państwo, które ,,tylko” daje wielkie ulgi podatkowe i ,,nie zabiera”. Stworzonym przez swojego przedstawiciela ,,pakietem pomocowym” pokazali, że chcą aparatu państwowego podporządkowanego wyłącznie ich interesom i zdolnego nawet zabrać biednym, by tylko stale wypychać ich niemające dna kieszenie. A społeczeństwo? Niech niewidoczne z wysokich wież Manhattanu dalej haruje za grosze i bije się o ochłapy wierząc, że mamy w USA ,,demokrację”.