Zmarł Piotr Jegor

W wieku 51 lat zmarł Piotr Jegor, były reprezentant Polski i piłkarz m.in. Górnika Zabrze, który jako pierwszy poinformował o jego śmierci. W ekipie z Zabrza zmarły występował przez dziesięć sezonów.

Jegor zaczynał karierę piłkarską w Górniku Knurów, skąd przeszedł do Górnika Zabrze, którego barwy reprezentował przez blisko 10 lat. W 1988 roku, jako 20-letni zawodnik, zasłynął kapitalna bramką zdobytą strzałem z dystansu w meczu przeciwko Realowi Madryt, którego trenerem był znany dobrze w Polsce Leo Beenhakker. Ostatecznie zabrzanie przegrali z „Królewskimi” 2:3, ale był to mecz w 1/8 finału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych.
Lwią część piłkarskiej kariery Jegor spędził w polskich klubach, a za granicą zaliczył jedynie krótki epizod w Hapoelu Hajfa. Najwięcej sezonów spędził w Górniku (10), ale występował też w Stali Mielec, Odrze Wodzisław, a na koniec grał jeszcze w zespołach niższych lig – w Stali Bielsko-Biała, Górniku Jastrzębie-Zdrój oraz LKS Bełk. W ekstraklasie Jegor rozegrał 294 meczów i zdobył 27 bramek, w reprezentacji Polski w latach 1989-1997 zaliczył 20 występów i strzelił jednego gola.

Czwarta porażka Pasów

Aspirująca jeszcze niedawno do walki o mistrzowski tytuł Cracovia przegrała w 26. kolejce w Zabrzu z walczącym o utrzymanie Górnikiem 2:3 i praktycznie pogrzebała swoje szanse na wywalczenie mistrzowskiego tytułu. Dla ekipy „Pasów” była to czwarta porażka z rzędu w rundzie wiosennej.

Po przegranych 0:2 derbach Krakowa z Wisłą trener Cracovii Michał Probierz w desperacji dokonał przed meczem z Górnikiem aż sześciu zmian w podstawowej jedenastce. Ofiarami tej kadrowej czystki padli m.in. Janusz Gol, Sylwester Lusiusz i Michal Siplak, którzy nawet nie znaleźli się w szerokiej kadrze meczowej. Na ławce rezerwowych usiedli natomiast Pelle van Amersfoort, Cornel Rapa i David Jablonsky. Zawodnicy, których w miejsce tych graczy szkoleniowiec „Pasów” posłał w bój na stadionie w Zabrzu, nie zdołali przerwać fatalnej serii porażek.
W następnej kolejce ekipa Probierza podejmie na własnym stadionie drużynę Jagiellonii, która w sobotę w dość kontrowersyjnych okolicznościach, po wątpliwym rzucie karnym, pokonała u siebie Śląsk Wrocław 1:0. Dzięki tej wygranej białostocczanie przeskoczyli z grupy spadkowej na ósme miejsce, ostatnie w grupie mistrzowskiej, mają jednak tylko jeden punkt przewagi nad dziewiątym Rakowem Częstochowa i dziesiątą Wisłą Płock.
Coraz gorzej wygląda sytuacja trzech ostatnich zespołów w tabeli, czyli ŁKS Łódź, Korony Kielce i Arki Gdynia. Ich strata do zespołów zajmujących niezagrożone spadkiem lokaty systematycznie się powiększa. Zwykle w takich sytuacjach kluby dokonują zmiany trenerów. Z tego patentu z trójki outsiderów pierwsza skorzystała Arka. Po przegranym 1:2 meczu z Wisłą Płock dymisję złożył Aleksandar Rogić. Serbski szkoleniowiec prowadził gdyński zespół od 10 października 2019 roku. Jego następcą ma zostać Leszek Ojrzyński, który doprowadził Arkę do zdobycia Pucharu Polski w 2017 roku.
Jeśli te nieformalne informacje się potwierdzą, Ojrzyńskiego na początek czeka wyjazdowa potyczka z Lechią Gdańsk w derbach Trójmiasta. Nie będzie to łatwa przeprawa, bo gdańszczanom w rundzie wiosennej idzie w kratkę i stracili już tak dużo punktów, że zjechali w tabeli grupy mistrzowskiej już na sam dół. Po remisie 4:4 w 26. kolejce Lechia ma na koncie 38 punktów, a zatem tylko o jeden więcej od ósmej Jagiellonii i dwa więcej od ekip Rakowa i Wisły Płock. W przypadku porażki z Arką trener Piotr Stokowiec będzie w tarapatach, bo jego zespół może zlecieć do grupy spadkowej. I to trwale, bo potem czekają go dwa wyjazdy, do Zabrza i Szczecina, oraz mecz u siebie z Cracovią.
Nikt nie chce zakończyć sezonu zasadniczego w dolnej połówce tabeli, bo tam trzy skazane już na degradację zespoły toczyć będą rozpaczliwą walkę o utrzymanie do ostatniej kolejki fazy play off. Zdecydowanie wygodniej będą miały zespoły w grupie mistrzowskiej, zwłaszcza że kwestia mistrzowskiego tytułu została już chyba definitywnie rozstrzygnięta. Zespoły zajmujące miejsca za Legią w tej kolejce potraciły punkty. Dla przypomnienia: Śląsk przegrał 0:1 z Jagiellonią, Pogoń zremisowała 0:0 z Rakowem, a Cracovia uległą Górnikowi 2:3. Mógł na tym skorzystać Lech Poznań, ale do awansu na pozycję wicelidera potrzebował zwycięstwa z Wisłą Kraków na jej terenie. Ten niedzielny mecz, podobnie jak spotkanie Legii z broniącym mistrzowskiego tytułu Piastem Gliwice, zakończył się jednak po zamknięciu wydania.

Legia już odjechała rywalom

W meczu na szczycie Legia Warszawa pokonała u siebie Cracovię 2:1 i umocniła się na prowadzeniu, powiększając przewagę nad drugą w tabeli ekipą „Pasów” do sześciu punktów. Było to już ósme z rzędu zwycięstwo legionistów na swoim stadionie.

W tym sezonie Legia po raz ostatni przegrała na swoim stadionie 28 września, 1:2 z Lechią Gdańsk w ramach 10. kolejki. Potem trener Aleksandar Vuković i jego podopieczni przekształcili obiekt przy Łazienkowskiej w niezdobytą twierdzę i do dzisiaj pozostają w niej niepokonani. Wygrana z Cracovią 2:1 była ósmym z rzędu zwycięstwem legionistów na własnym boisku. Serię zaczęli od pokonania Lecha Poznań 2:1, potem Wisły Kraków 7:0, Górnika Zabrze 5:1, Korony Kielce 4:0, Wisły Płock 3:1, ŁKS Łódź 3:1, Jagiellonii Białystok 4:0.
Przed sobotnią potyczką dwa najlepsze obecnie zespoły w ekstraklasie dzieliła różnica tylko trzech punktów, łączyła zaś przemożna chęć zdobycia mistrzowskiego tytułu. Starcie dwóch najbardziej stabilnych finansowo i organizacyjnie klubów naszej ekstraklasy miało być ostateczną weryfikacją sportowych aspiracji ich właścicieli. Obaj trenerzy, Aleksandar Vuković i Michał Probierz, wystawili do gry po czternastu zawodników, czyli w sumie 28 piłkarzy. W tej gromadce Polacy byli w mniejszości, bo było ich tylko dziewięciu – pięciu w Legii (Radosław Majecki, Artur Jędrzejczyk, Mateusz Wieteska, Michał Karbownik i Paweł Wszołek) oraz czterech w Cracovii (Janusz Gol, Michał Helik, Sylwester Lusiusz i Mateusz Wdowiak).
Do przerwy zespół Cracovii niczym 21-tysięczną warszawską publiczność nie zachwycił. Zespół „Pasów”, choć to przecież wicelider tabeli nie kryjący się z mistrzowskimi aspiracjami, zagrała przeciwko Legii równie niemrawo i kunktatorsko jak wcześniej siedem wcześniej tu ogranych przez legionistów zespołów.
Stołeczna drużyna pierwszą bramkę zdobyła po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Litwina Arvydasa Novikovasa, które wykorzystał Chorwat Domagoj Antolić. Ten tzw. stały fragment gry podopieczni trenera Vukovicia opanowali znakomicie, bo było to ich już ósme trafienie po takim zagraniu. Równie skuteczna w egzekwowaniu kornerów jest w naszej ekstraklasie jeszcze tylko drużyna Jagiellonii. Jeszcze przed przerwą „Wojskowi” podwyższyli na 2:0 po golu Gruzina Waleriana Gwili, który precyzyjnym strzałem w róg pokonał słowackiego golkipera „Pasów” Michala Peskovica.
Gracze Cracovii musieli w przerwie usłyszeć od trenera Probierza parę mocnych słów, bo po zmianie stron w końcu zaczęli odważniej atakować bramkę Radosława Majeckiego. Poszczęściło im się dość szybko, bo już w 51. minucie sędzia Szymon Marciniak podyktował na ich korzyść „jedenastkę” za zagranie ręką Serba Marko Vesovicza. Na wszelki wypadek poprosił o konsultację VAR, po której decyzję podtrzymał. Rzut karny pewnie wykorzystał Rumun Sergiu Hanca.
Legioniści na chwilę stracili rezon, lecz po kilku minutach odzyskali inicjatywę i już do końca spotkania w pełni kontrolowali sytuacje na boisku. Cracovia przegrała różnicą tylko jednej bramki jedynie dlatego, że w sobotę strzeleckie szczęście opuściło skutecznego w tym roku Gwinejczyka Jose Kante, który we wcześniejszych trzech meczach strzelił cztery gole.
Ta porażka raczej przekreśla definitywnie marzenia ekipy „Pasów” na wywalczenie pierwszego od 1948 roku mistrzostwa Polski. Cracovia traci do Legii już sześć punktów, a w następnej kolejce czeka ją derbowa potyczka z lokalną rywalką, Wisłą, zaś w kolejnych wyjazdy do Zabrza, Szczecina i Gdańska. A na obcych stadionach zespół „Pasów” nie jest już taki mocny jak u siebie.

Wyniki 24. kolejki:
Legia Warszawa – Cracovia 2:1
Gole: Domagoj Antolić (20), Walerian Gwilia (44) – Sergiu Hanca (51 k). Widzów: 21 000.
Jagiellonia Białystok – Lech Poznań 1:1
Gole: Bogdan Tiru (41) – Jakub Moder (62).
Widzów: 6886.
Raków Częstochowa – Piast Gliwice 2:0
Gole: Daniel Bartl (16), Felicio Brown Forbes (80). Widzów: 2011.
Wisła Kraków – Wisła Płock 2:2
Gole: Lubomir Tupta (10), Jakub Błaszczykowski (50 karny) – Dominik Furman (23), Alan Uryga (90). Widzów: 13 893.
Górnik Zabrze – Pogoń Szczecin 3:1
Gole: Erik Jirka (20), Igor Angulo (33), Jesus Jimenez (62) – Paweł Cibicki (76).
Widzów: 10 087.
Korona Kielce – Lechia Gdańsk 1:2
Gole: Michal Papadopulos (62) – Flavio Paixao (18), Maciej Gajos (90). Widzów: 4150.
Mecze Arki Gdynia z ŁKS Łódź i Zagłębia Lubin ze Śląskiem Wrocław zakończyły się po zamknięciu wydania.

Koniec zimowej przerwy

W najbliższy weekend wznowi rozgrywki nasza piłkarska ekstraklasa. W przerwie zimowej znów zniknęło z niej kilku zawodników, którzy w rundzie jesiennej nadawali ton swoim zespołom, jak napastnik Legii Warszawa, lider klasyfikacji strzelców Jarosław Niezgoda czy rozgrywający Lecha Poznań Darko Jevtić.

Lista strat wiodących graczy jest znacznie dłuższa. PKO Ekstraklasę opuścili, oprócz wspomnianych już Niezgody (przeniósł się za ocean do występującego w MLS zespołu Portland Timbers) i Jevticia (szwajcarski piłkarz serbskiego pochodzenia trafił do Rubina Kazań), tacy wiodący gracze w swoich drużynach, jak Patryk Klimala, który z Jagiellonii Białystok przeszedł do Celticu Glasgow. Z kolei Adam Buksa z Pogoni Szczecin przeniósł się do grającego w amerykańskiej MLS New England Revolution, zaś z gdańskiej Lechii ruszyła w świat spora grupka piłkarzy – Słowak Lukas Haraslin wybrał grające w Serie A Sassuolo, Daniel Łukasik zagra w tureckim Ankaragucu, a Artur Sobiech w drugoligowym Fatih Karagumruk SK Stambuł. Lista zawodników, którzy zimą wyjechali do zagranicznych klubów jest rzecz jasna znacznie dłuższa.
Przyzwyczailiśmy się już, że o pół roku naszą ekstraklasę opuszczają czołowi gracze, ale takiego masowego exodusu jak tej zimy już dawno nie było. Kluby zarobiły na transferach niemałe pieniądze, padł nawet transferowy rekord, bo Legia sprzedała swojego bramkarza Radosława Majeckiego do AS Monaco za najwyższą w historii naszej ligi kwotę 7 mln euro plus bonusy. Wcześniej transferowym rekordzistą był obrońca Jan Bednarek, za którego Southampton zapłacił Lechowi Poznań 6 mln euro. 20-letni golkiper dokończy jednak ten sezon w barwach warszawskiego klubu, do którego został przez AS Monaco wypożyczony. Latem jednak odejdzie, a latem Legię czekają przecież kwalifikacje do europejskich pucharów, widać jednak nawet szefowie najbogatszego polskiego klubu nie wierzą, że ich zespół może przebić się do fazy grupowej Ligi Mistrzów czy nawet Ligi Europy, skoro nie próbowali zatrzymać w składzie kluczowych zawodników, bo przecież pozbyli się już teraz najlepszego strzelca zespołu (Niezgoda zdobył jesienią 14 bramek) i rozgrywającego (Cafu).
Tak przy okazji, to w tym sezonie raczej polski piłkarz nie zdobędzie korony króla strzelców. Za Niezgodą z 11 trafieniami plasują się Duńczyk Christian Gytkjaer z Lecha i Hiszpan Jesus Imaz z Jagiellonii, 10 bramek na koncie mają Słoweniec Damjan Bohar z Zagłębia Lubin i Hiszpan Jorge Felix z Piasta Gliwice, a 9. trafień ma kolejny Hiszpan, Igor Angulo z Górnika Zabrze. Dopiero za tą grupą cudzoziemców plasuje się pierwszy Polak, 37-letni weteran z Wisły Kraków Paweł Brożek, mający w dorobku 8 bramek. Legitymujący się siedmioma trafieniami Klimala i Buksa wyjechali, a następny w kolejności z polskich graczy, Piotr Parzyszek z Piasta, strzelił dotąd sześć goli.
Mimo kadrowego osłabienia faworytem rozgrywek pozostaje Legia. Warto pamiętać, że od sezonu 2003/2004 ekipa z Łazienkowskiej tylko raz nie zakończyła rozgrywek na podium (w 2009/2010 roku zajęli czwarte miejsce). Od sezonu 2012/13 pięciokrotnie zdobyli mistrzostwo (2013-2014, 2016-2018), a dwukrotnie wicemistrzostwo (2014/2015, 2018/2019).
Dla przypomnienia – ekstraklasa w tym sezonie gra w systemie ESA 37, czyli po rozegraniu 30 kolejek podzieli się ostatecznie na dwie grupy, mistrzowską i spadkową, w następnie każdy zespół rozegra jeszcze po siedem spotkań. Układ tabeli po 20 kolejkach pokazuje, że realne szanse na zajęcie miejsca w grupie mistrzowskie wciąż ma jeszcze 11 zespołów, co zwiastuje twardą walkę i nie najlepiej wróży odstającym od tej jedenastki zespołom ŁKS Łódź, Wisły Kraków, Korony Kielce, Arki Gdynia i Górnika Zabrze. Do zajmującego 11. lokatę Rakowa Częstochowa zabrzanie mają pięć punktów straty, ale ostatni ŁKS już 14, a przedostatnia Wisła Kraków 11. To dużo zważywszy na fakt, że do rozegrania w fazie zasadniczej pozostało jeszcze 10 kolejek. A pamiętajmy, że w tym sezonie z ekstraklasy spadną trzy drużyny, a nie dwie, jak w ostatnich latach. Ich miejsce zajmą trzy zespoły z I ligi – bezpośredni awans uzyskają dwa najlepsze, a trzeci awansuje po barażach z udziałem drużyn z miejsc 3-6.
Nie dziwi zatem, że podczas zimowej przerwy najbardziej aktywne w pozyskiwaniu nowych graczy były właśnie zespoły najbardziej zagrożone degradacją. Najwięcej piłkarzy sprowadziły ŁKS i Wisła Kraków. Łodzianie zatrudnili m.in. doświadczonego stopera Macieja Dąbrowskiego z Zagłębia Lubin, a po stracie na rzecz Lecha hiszpańskiego pomocnika Daniego Ramireza, w jego miejsce ściągnęli trzech jego rodaków – Samu Corrala, Antonio Domingueza i Carlosa Garcię. Korona Kielce natomiast zatrudniła dwóch nastoletnich angielskich piłkarzy bez znanych nazwisk, zaś Górnik Zabrze postawił na zaciąg słowacki, zatrudniając doświadczonego Romana Prochazkę z Victorii Pilzno oraz skrzydłowego Erika Jirka, który w 2018 roku jako gracz Spartaka Trnawa świetnie grał przeciwko Legii w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Jesienią był wypożyczony z Crvenej Zvezdy Belgrad do innego serbskiego zespołu, FK Radnicki Nisz, ale w Zabrzu liczą, że będzie rewelacją naszej ekstraklasy już tej wiosny.
PKO Ekstraklasa w tym sezonie zakończy rozgrywki 17 maja, chociaż pierwotnie rozegranie ostatniej, 37. kolejki planowano na 22-23 maja. Przyspieszenie tłumaczono interesem szykującej się do startu w Euro 2020 reprezentacji Polski oraz… zaplanowanym na 27 maja finałem Ligi Europy w Gdańsku.
Niewykluczone, że to ostatni sezon w obecnej formule rozgrywek, bo PZPN mocno naciska na kolejną reformę ekstraklasy i chce teraz 18-zespołowej ligi w dwurundowej formule, na co nie chce się zgodzić część klubów, w tym najsilniejsze – Legia, Lech i Cracovia. Przepychanki w tej sprawie wciąż trwają.
Zestaw par 21. kolejki:
Piątek: Arka Gdynia – Cracovia, godz. 18:00; Śląsk Wrocław – Lechia Gdańsk, godz. 20:30. Sobota: Korona Kielce – Górnik Zabrze, godz. 15:00; Lech Poznań – Raków Częstochowa, godz. 17:30; Wisła Kraków – Jagiellonia Białystok, godz. 20:00. Niedziela: Wisła Płock – Pogoń Szczecin, godz. 12:30; Piast Gliwice – Zagłębie Lubin, godz. 15:00; Legia Warszawa – ŁKS Łódź, godz. 17:30.

Grupa mistrzowska
Legia 20 38 40:20
Cracovia 20 36 29:16
Pogoń 20 35 22:16
Śląsk 20 34 27:21
Lech 20 31 33:20
Piast 20 31 22:21
Lechia 20 30 23:22
Wisła P. 20 30 25:32
Grupa spadkowa
Jagiellonia 20 29 31:26
Zagłębie 20 28 31:28
Raków 20 28 24:29
Górnik 20 23 24:27
Arka 20 21 17:28
Korona 20 21 12:24
Wisła K. 20 17 22:35
ŁKS Łódź 20 14 20:37

Superliga bez widzów

W ekstraklasie piłkarzy ręcznych zakończyła się pierwsza runda rozgrywek. Po 13. kolejkach na czele 14-zespołowej ligi plasuje się PGE Vive Kielce przed Orlenem Wisłą Płock i Górnikiem Zabrze. Problem w tym, że meczy PGNiG Superligi prawie nikt nie ogląda.

W pierwszej części ligowego sezonu średnia widzów na jedno spotkanie wynosi 1059 osób. W kończącej pierwszą rundę 13. kolejce w żadnej z hal nie zjawiło się nawet tylu widzów. Najwyższą frekwencję odnotowano w Płocku, ale nawet w Orlen Arenie trybuny świeciły pustkami, bo na mecz „Nafciarzy” z Zagłębiem Lubin wybrało się tylko tysiąc fanów płockiego zespołu. W 13. kolejce PGNiG Superligi średnia widzów była żenująco słaba i wyniosła ledwie 659 osób, co jest najgorszym wynikiem w całej rundzie. Przyzwoita na tym tle frekwencja w Płocku wypada jednak blado gdy porówna się ja do frekwencji na meczu z PGE Vive (4200 widzów). W Szczecinie potyczka Sandry Spa Pogoni z Górnikiem Zabrze zainteresowała tylko 350 kibiców. Jeszcze większą niespodzianka na minus była słaba frekwencja w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie na mecz z liderem ligi PGE Vive pofatygowało się tylko 550 widzów, co jest gorszym wynikiem od średniej jaką ma w tym sezonie piotrkowski klub (628 widzów). Rzadko się zdarza żeby przyjazd naszpikowanej gwiazdami światowego szczypiorniaka kieleckiej drużyny nie wywołał zainteresowania powyżej ligowej przeciętnej w danej hali.

Pod względem średniej widzów liderem PGNiG Superligi także jest PGE Vive Kielce, ale wynik 1987 osób w mogącej pomieścić ponad cztery tysiące osób Hali Legionów na kolana nie powala. Druga lokatę zajmuje  (średnia 1686 widzów), a dopiero trzecią Orlen Wisła Płock (1572). Kolejne miejsca pod względem frekwencji zajmują: KPR Gwardia Opole (1414), Zagłębie Lubin (1182), Chrobry Głogów (1060), Torus Wybrzeże Gdańsk (889), MMTS Kwidzyn (871), KS Azoty Puławy (700), NMC Górnik Zabrze (686), Sandra Spa Pogoń Szczecin (625), Piotrkowianin Piotrków Trybunalski (618), Grupa Azoty Tarnów (412) i SPR Stal Mielec (250).

 

Pogoń przegoniła Legię

Przerwa na reprezentację nie posłużyła prowadzącym w ekstraklasie po 15 kolejkach zespołom Legii Warszawa i Piasta Gliwice. W 16. serii spotkań legioniści przegrali w Szczecinie z Pogonią 1:3, a aktualni mistrzowie Polski ulegli w Poznaniu Lechowi 0:3. Nowym liderem z dorobkiem 31 punktów została drużyna „Portowców”.

Wedle układu ligowej tabeli hitem kolejki był mecz aktualnego lidera rozgrywek, czyli Legii, z Pogonią. Szczecińska drużyna miała jednak do legionistów tylko jeden punkt straty i w przypadku wygranej szanse na objęcie prowadzenia. W pierwszej kolejce rozgrywek obecnego sezonu „Portowcy” pokonali stołeczny zespół na Łazienkowskiej 2:1, w rewanżu na swoim przebudowywanym stadionie zwyciężyli jeszcze wyraźniej, bo 3:1. Dwa pierwsze gole, Adama Buksy i Srdana Spiridonovicia, były bezdyskusyjne, trzeci wzbudził trochę kontrowersji, bo sędzia Bartosz Frankowski dopiero po analizie VAR przyznał szczecinianom rzut karny, zamieniony na bramkę przez Buksę.

Legionistów przed kompromitacją uchronił niezawodny Jarosław Niezgoda, który w końcówce spotkania zdobył honorowego gola. Bohaterem szczecińskiej ekipy był natomiast Buksa, który sam zdobył dwie bramki, a przy trzeciej zaliczył asystę. Niezgoda uzyskał 10. trafienie w obecnych rozgrywkach i wskoczył na czoło klasyfikacji strzelców. Tyle samo bramek co 25-letni napastnik Legii ma też na koncie snajper Lecha Poznań Christian Gytkjaer. W meczu z Piastem Duńczyk dwukrotnie pokonał bramkarza gości, powiększając swój łączny dorobek w polskiej ekstraklasie do 51 bramek.

Spotkanie Lecha z Piastem także zasługiwało na miano hitu kolejki, bo przecież gliwiczanie to aktualni mistrzowie Polski, a po 15. kolejce zajmowali pozycję wicelidera. Trener gliwickiej drużyny Waldemar Fornalik jako szkoleniowiec nie ma jednak szczęścia w potyczkach z „Kolejorzem” rozegranych na poznański stadionie, bo nie wygrał tam od 2006 roku. Tym razem liczył na przełamanie tej kiepskiej passy, albowiem lechici przystępowali do meczu z Piastem po serii czterech spotkań bez zwycięstwa, a ponadto w trzech wcześniejszych tegorocznych starciach z gliwickim zespołem dwukrotnie przegrali i raz wywalczyli remis. Te trzy starcia odbyły się jednak poza stadionem na Bułgarskiej, a w sobotę „Kolejorz” zmierzył się z Piastem w swoim mateczniku. I tradycji stała się zadość – Fornalik znowu musiał przełknąć gorycz porażki, bo jego zespół przegrał gładko 0:3. Szkoleniowiec Piasta był wyraźnie niezadowolony i ostro zrugał swoich piłkarzy, ale znalazł też pozytywny aspekt w tej przegranej. „Moim zawodnikom taki kubeł zimnej wody dobrze zrobi” – skomentował cierpko porażkę Fornalik.

W ekipie Lecha radość ze zwycięstwa zmąciła wieść, że dwaj młodzi reprezentanci w kadrze poznańskiego klubu, boczny obrońca Robert Gumny i skrzydłowy Kamil Jóźwiak, doznali w spotkaniu z Piastem kontuzji i na jakiś czas wypadną ze składu.
W ostatnich dniach dużo też mówiono o Górniku Zabrze, a to dlatego, że wyszło na jaw iż z zabrzańskim klubem ostro negocjuje 130-krotny reprezentant Niemiec Lukas Podolski. Urodzony w Gliwicach napastnik od dziecka jest wielkim fanem Górnika i wielokrotnie mówił, że jego marzeniem jest zakończenie piłkarskiej kariery w tym klubie. A że z końcem roku kończy się jego kontrakt z japońskim Vissel Kobe i gwiazdor chce wrócić do Europy, działacze zabrzańskiego klubu namawiając 34-letniego napastnika, żeby dołączył do ekipy Górnika. Szanse na to są niewielkie, ale nie ulega kwestii, że gracz o takim nazwisku byłby wielkim wzmocnieniem. Tym bardziej, że zespół popadł w marazm. W 16. kolejce Górnik tylko zremisował u siebie z Wisłą Płock 2:2. Był to dziesiąty z rzędu mecz zabrzan bez zwycięstwa. Ostatni raz wygrali w lidze 25 sierpnia, pokonując Koronę Kielce 3:1. Dlatego zajmują dopiero 12. miejsce.

 

Angulo królem strzelców

Najlepszym strzelcem ekstraklasy został Igor Angulo, piłkarz grającego w grupie spadkowej ekstraklasy Górnika Zabrze. Hiszpan w zakończonym w niedzielę sezonie ekstraklasy zdobył 24 bramki. Rok temu z takim samym dorobkiem koronę wywalczył jego rodak Carlitos.

Jako pierwsi zakończyli rozgrywki piłkarze zespołów rywalizujących w grupie spadkowej. W sobotnich meczach niemal do ostatnich minut ważyły się losy Miedzi Legnica i Wisły Płock. Te dwa zespoły walczyły o uniknięcie spadku z ekstraklasy. W lepszej sytuacji byli płocczanie, którzy u siebie podejmowali zdegradowane już wcześniej Zagłębie Sosnowiec, a do zachowania miejsca w ligowej elicie wystarczał im remis. Cudu w Płocku nie było i spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Nie wiedzieli jednak o tym piłkarze Miedzi Legnica i w Krakowie wściekle walczyli z Wisłą do ostatniego gwizdka. W 68. minucie prowadzili już 4:2, ale potem sędzia Tomasz Kwiatkowski z Warszawy (czyli reprezentant tego samego Wojewódzkiego Związku Piłki Nożnej co Wisła Płock) podyktował na korzyść wiślaków dwa rzuty karne, najpierw w 78. minucie, a potem w 90., dzięki którym „Biała Gwiazda” doprowadziła do remisu 4:4. Taki obrót sytuacji nie złamał jednak w graczach z Legnicy woli zwycięstwa, bo w doliczonym czasie gry zdołali strzelić piątego gola. Zwycięstwo nic im jednak nie dało, bo dzięki punktowi wywalczonemu w meczu z Zagłębiem Sosnowiec Wisła Płock właśnie o jedno „oczko” wyprzedziła ekipę Miedzi w tabeli.

W tym samym czasie w Kielcach Górnik Zabrze kończył z przytupem nieudany dla siebie sezon, gromiąc w Kielcach Koronę 3:0. Wszystkie trzy gole zabrzanie strzelili w ostatnich dwudziestu minutach meczu, a dwa z nich na swoje konto zapisał Igor Angulo. Hiszpański napastnik w poprzednim sezonie był wicekrólem snajperów w naszej ekstraklasie z dorobkiem 22 trafień, a lepszy od niego w wyścigu po koronę króla strzelców okazał się Carlitos, wtedy jeszcze grający w barwach Wisły Kraków.
Co ciekawe, przed niedzielnymi meczami w grupie mistrzowskiej (zakończyły się po zamknięciu wydania) wiceliderem klasyfikacji snajperów z 18 golami na koncie był Marcin Robak ze Śląska Wrocław, czyli także gracz zespołu z grupy spadkowej. Dopiero za nim pędził peleton napastników drużyn walczących w tym sezonie w elicie. 16 goli miał Jesus Imaz z Jagiellonii Białystok, 15 Carlitos (Legia Warszawa), Flavio Paixao (Lechia Gdańsk), 14 Airam Cabrera (Cracovia)), 13 Filip Starzyński (Zagłębie Lubin), 12 Christian Gytkjaer (Lech Poznań) i 11 goli Adam Buksa (Pogoń Szczecin). Na dogonienie Igora Angulo żaden z wymienionych zawodników nie miał jednak żadnych szans i hiszpański napastnik mógł spokojnie czekać na wyniki niedzielnych potyczek.

 

Pięć drużyn liczy na cud

Przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej sezonu pięć zespołów (Lechia, Legia, Piast, Cracovia i Zagłębie Lubin) jest już pewnych gry w grupie mistrzowskiej. Na obsadzenie pozostałych trzech miejsc szanse ma jeszcze pięć drużyn.

Sytuacja jest skomplikowana dla całej piątki zespołów aspirujących do zajęcia miejsca w czołowej ósemce, ale w najtrudniejszym położeniu znalazła się Korona. Szanse kielczan na zakwalifikowanie się do elity są w zasadzie tylko teoretyczne, bo muszą w ostatniej kolejce wygrać na wyjeździe z z Piastem Gliwice, a także liczyć na bardzo wysoką porażkę Pogoni Szczecin z Legią oraz Wisły Kraków z Zagłębiem Lubin, a także na remis Lecha z Jagiellonią.

Koroniarzom degradacja jednak nie zagraża, bo nawet jeśli ostatecznie wylądują w grupie spadkowej, to będą mieli ogromną przewagę punktową nad niżej obecnie klasyfikowanymi zespołami Zagłębia Sosnowiec, Wisły Płock, Arki, Górnika, Miedzi i Śląska.

W niewiele lepszym położeniu znalazła się Pogoń. Gdyby „Portowcy” wygrali z Arką w 29. kolejce (zremisowali 3:3), mieliby awans do grupy mistrzowskiej w kieszeni, a tak muszą teraz pokonać w ostatniej serii spotkań Legię, bo tylko zwycięstwo da im miejsce w Top 8 bez oglądania sie na wyniki innych spotkań. W przypadku remisu szczecinianie będą musieli liczyć na porażkę Wisły Kraków lub porażkę albo remis Lecha. Pogoń zapewni sobie miejsce w grupie mistrzowskiej także w przypadku remisu lub porażki Wisły Kraków, jednoczesnych porażkach Wisły i Lecha, porażki Lecha oraz remisu lub porażki Korony.

Pokonać jednak Legię nie będzie „Portowcom” łatwo, bo po zwolnieniu portugalskiego trenera-zamordysty Ricardo Sa Pinto legioniści pod wodzą duetu Aleksandar Vuković – Marek Saganowski wyraźnie odżyli i z każdym kolejnym meczem nabierają wiatru w żagle. W dwóch meczach (z Jagiellonią i Górnikiem) zdobyli komplet punktów, strzelając pięć goli i tracąc jednego. W Zabrzu o swoich strzeleckich umiejętnościach przypomniał Carlitos. Jego dwie bramki zapewniły Legii zwycięstwo, na uwagę zasługuje jednak łatwość, z jaką hiszpański napastnik dochodził do strzeleckich sytuacji. Niewykluczone, że w jego rosnąca forma może w końcówce sezonu okazać się decydującym czynnikiem w wyścigu o mistrzostwo.

Wprawdzie pod względem jakości i stylu gry wielkiej poprawy u legionistów nie widać, ale na ich szczęście równie topornie na boisku prezentuje się drużyna prowadzącej w tabeli Lechii. Gdańszczanie nadrabiają to walecznością, lecz taka siłowa gra ma swoją cenę, którą przyjdzie im zapłacić właśnie na finiszu.

 

Lotto Ekstraklasa: Rekordy frekwencji padają w derbach

W 26. kolejce padł rekord frekwencji w tym sezonie naszej piłkarskiej ekstraklasy. Derby Krakowa Wisła – Cracovia obejrzało 28 235 widzów. Dotychczasowy rekord, ustanowiony w derbach Trójmiasta Lechia Gdańsk – Arka Gdynia został pobity o trzy tysiące.

Wbrew pozorom rekordowa liczba widzów na stadionie Wisły w Krakowie jest tak naprawdę frekwencyjną porażką Lotto Ekstraklasy. A to dlatego, że najlepszy w tym sezonie wynik, ustanowiony dopiero w 26. kolejce po rozegraniu 206 meczów z udziałem publiczności, w poprzednim byłby dopiero na siódmym miejscu. Co prawda rekord frekwencji padł w spotkaniu 30. kolejki Lecha z Górnikiem, na które przyszło w Poznaniu 36 941 osób, ale pięć pozostałych lepszych niż w tym sezonie wyników ustanowiono wcześniej.

Wracając do 26. kolejki obecnych rozgrywek, to poza Krakowem przyzwoita liczba widzów stawiła się jeszcze tylko w Warszawie na Łazienkowskiej. Starcie Legii ze Śląskiem (1:0) obejrzało w stolicy 18 342 osób. Na pozostałych sześciu stadionach nigdzie frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy, nawet w Białymstoku, gdzie na spotkanie Jagiellonii z Korona Kielce stawiło się zaledwie 7 660 kibiców.

Księgowy Lecha musi rwać włosy z głowy, bo po słabych w tym roku wynikach fani „Kolejorza” obrazili się na swój zespół. Przegrany 0:3 mecz z Górnikiem Zabrze obejrzało tylko 9 881 widzów, a pamiętajmy, że stadion w Poznaniu ma ponad 42 tysiące miejsc.

Ale w naszej ekstraklasie nawet dobre wyniki nie zawsze przekładają się na wzrost frekwencji. Przekonują o tym przykłady Zagłębie Lubin (5823 widzów w spotkaniu z Arką Gdynia) i rewelacji wiosennej rundy Piasta Gliwice (5573 osoby na meczu z Miedzią Legnica). Tradycyjnie już niewielu fanów wybrało się na stadion w Płocku (2511 na przegranym 0:2 meczu z Pogonią) i w Sosnowcu (tylko 2624 widzów przyszło zobaczyć jak ich zespół gra z liderem ligi Lechią Gdańsk). Po 26. kolejkach najliczniejszą widownią może pochwalić się Legia (średnia na mecz 13 392). Druga jest Wisła Kraków (15 791), trzecia Lechia (13 892), czwarty Lech (13 183, a piąty Górnik (12 405 widzów).

 

Piłkarze w Polsce kosztują niewiele

Przy okazji transferu Krzysztofa Piątka z Genoi do AC Milan głośno było o polskich piłkarzach i ich rynkowej wartości. Branżowy niemiecki portal „Transfermarkt.de” zaktualizował przy tej okazji wyceny piłkarzy polskiej Lotto Ekstraklasy. W niej za najdroższego gracza uznano pomocnika Legii Warszawa Sebastiana Szymańskiego, którego wyceniono na sześć milionów euro.

Rynkowa wartość piłkarzy zależy od wielu czynników, ale jak z każdym towarem jego wartość wynosi dokładnie tyle, ile ktoś jest gotów za jego transfer zapłacić. Sebastian Szymański ma 19 lat i w tym sezonie jest podstawowym graczem Legii, bo zaliczył już 26 występy we wszystkich rozgrywkach, ale jako ofensywnym pomocnik nie może pochwalić się jakimiś nadzwyczajnymi osiągnięciami – zdobył tylko jedną bramkę i zaliczył trzy asysty. Zainteresował się nim Spartak Moskwa i Rosjanie wedle plotek publikowanych w polskich mediach byli nawet skłonni zapłacić za niego osiem milionów euro. Ostatecznie do transakcji nie doszło, ale ten nieudany transferowy epizod w zestawieniu Transfermark.de” podwoił wartość Szymańskiego z trzech do sześciu milionów euro.

Znacznie konkretniejszą podstawę do rynkowej wyceny piłkarskiej wartości zyskał tej zimy 18-letni środkowy obrońca Pogoni Szczecin Sebastian Walukiewicz, za którego włoskie Cagliari Calcio zapłaciło cztery miliony euro, ale zostawiło zawodnika w ekipie „Portowców” do końca sezonu.

Inny włoski klub, Fiorentina, finalizuje właśnie transfer 21-letniego pomocnika Górnika Zabrze Szymona Żurkowskiego. Jego wartość niemiecki portal wycenił na cztery miliony euro, ale Włosi zapłacą zabrzańskiemu klubowi 3,7 mln euro, lecz w bonusach za ewentualne osiągnięcia oferują dalsze 1,4 mln euro. W sumie zatem transfer tego utalentowanego piłkarza może przynieść Górnikowi Zabrze w sumie 5,1 mln euro.

Na cztery miliony euro niemiecki portal wycenił z kolei bocznego obrońcę Lecha Poznań 20-letniego Roberta Gumnego. Ten piłkarz już rok temu był przymierzany do transferu i wtedy w spekulacjach pojawiła się kwota pięciu milionów euro, ale potem przytrafiła mu się kontuzja i jego wartość trochę spadła. W tym sezonie Gumny jest jednak podstawowym graczem Lecha, a poza tym jego rodzina mocno naciska na jak najszybszy transfer gdziekolwiek na Zachód, więc latem pewnie odejdzie.
Zaskakujący awans w rankingu najbardziej wartościowych zawodników w ciągu pół roku zaliczyli 19-letni bramkarz Legii Radosław Majecki (z 250 tys. euro do 2,5 mln euro) oraz 22-letni Słowak Lukasz Haraslin z Lechii Gdańsk (z 300 tys. euro do 2 mln euro).

Obniżono natomiast rynkową wartości napastników Legii – 23-letni Jarosław Niezgoda po przerwie spowodowanej problemami z sercem wyceniany jest obecnie na 3,5 mln euro (poprzednio 4 mln euro), a 28-letni Hiszpan Carlos Daniel Lopez Huesca, zwany Carlitosem zamiast 3 mln kosztuje teraz wg. „Transfermark.de” tylko dwa miliony euro). Na taką sama kwotę wyceniania są 28-letni duński napastnik Lecha Christian Gytkjaer i 25-letni portugalski pomocnik Legii Carlos Miguel Ribeiro Dias „Cafu”.