Gowin broni bredni

Jarosław Gowin próbuje z siebie zrobić rycerza w walce o „wolność nauki”.
A tak naprawdę broni homofobii i obskurantyzmu.

Śląski Uniwersytet Medyczny, podaje gazeta.pl rozwiązał umowę z człowiekiem, który wygłosił wykład pt. „Homoseksualizm a zdrowie”.
W nim powoływał się, wbrew ustaleniom międzynarodowych gremiów naukowych, oraz Światowej Organizacji Zdrowia na twierdzenia, że homoseksualizm jest niezgodny z naturą, a także, że przynosi problemy psychiczne, takie jak depresja, prowadzi do uzależnień oraz skutkuje częstszymi zachorowaniami na AIDS. Jako źródła wykładowca wymienił m.in. strony StopGender.pl i ortodoksyjnie katolicki portal PCh24. W reakcji na protesty społeczności LGBT, wskazujących, że tezy wykładu przeczą ustaleniom nauki, a także, że Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wypowiedziała się przeciwko wszelkim formom dyskryminacji,
Śląski Uniwersytet Medyczny rozwiązał umowę z autorem wykładu, zaś rzeczniczka prasowa skomentowała to następująco: „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz wicepremier Jarosław Gowin napisał na Twitterze, że jest to „jaskrawy przypadek złamania konstytucyjnej zasady wolności słowa”, któremu będzie się przeciwstawiał.
Teraz należy oczekiwać, jakich argumentów użyje wicepremier Gowin w obronie autora homofobicznego wykładu, by przekonać opinie publiczną, że to było wystąpienie oparte na naukowych podstawach.
Może być i śmiesznie, i strasznie.

Flaczki tygodnia

Czasem warto ugryźć się w język. Zwłaszcza kiedy chce się być kandydatką na prezydenta. I nie tylko kandydować, ale też zostać wybraną. A tego żaden kandydat demokratycznej opozycji nie osiągnie bez poparcia zjednoczonej Lewicy.

Warto gryźć się w język w kraju rozbuchanej mediokracji. Gdzie politycy pełnią role medialnych celebrytów. Codziennie popisują się „tweeterowymi” złośliwymi komentarzykami. Zabiegają o przodownictwo pracy w gromadzeniu internetowych lajków.
Trzeba nawet gryźć się w język w kraju gdzie media i wyborcy ocenia i rozliczają polityków tylko z tego co politycy mówią, a nie z tego co rzeczywiście robią.

Zatem każdy obserwator polskiego życia politycznego, kiedy tylko usłyszał w programie „Kropka nad i” komentarz pani poseł Małgorzaty Kidawy – Błońskiej o tym, że jeśli politycy Lewicy poprą projekt PiS, „to znaczy, że są nic niewarci”, od razu mógł zakładać się, że będzie z tego niezła medialna chryja.

Że pogardliwe określenie lewicowego sojusznika będzie powielane w Internecie przez wszystkie farmy trolli zarządzane przez PiS. Z zimną kalkulacją i gorącą satysfakcją.
Ach jakże ta nowa gwiazda liberalnych mediów głównego nurtu, ozdoba „Salonu warszawskiego”, sama się podłożyła. Sama pokazała, jakąż pogardę dla „młodszych braci” lewicy żywi wiecznie dumna, przekonana o swojej wspaniałości Platforma Obywatelska.
Jaką, iście kolonialną, pychę mieć może.

I nic dziwnego, że liczne grono medialnych komentatorów żyjących jedynie z analiz min, gęb i komentarzyków krajowych polityków, masowo zaczęło upowszechniać tezę, że oto tymi słowami byłej pani marszałek Sejmu RP, został wypowiedziany pakt o nieagresji i współpracy zawarty przez demokratyczne partie umiarkowanej prawicy, centrum i lewicy. Zwłaszcza, że słowne reakcje posłanek Wandy Nowickiej, Anny Marii Żukowskiej i przewodniczącego klubu parlamentarnego lewicy Krzysztofa Gawkowskiego na wypowiedź byłej marszałek zabrzmiały także ostro. Dopiero przeprosiny posłanki Barbary Nowackiej ostudziły rozpaloną atmosferę nieco.
Skoro gorączka nastrojów opadła, to warto zapytać; O cóż chodzi w przedłożonej przez grupę posłów PiS ustawie?
Dlaczego rządząca większość wybrała sposób procedowania ułatwiający szybkie uchwalenie ustawy? Kogo ona zaboli?
Kto może zyskać na niej, a kto stracić?

Wedle podawanych szacunków zarobki wyższe niż 30-krotność przeciętnego wynagrodzenia, czyli około 140 tysięcy zł rocznie, osiąga w Polsce około 370 tysięcy osób.
Jeśli zostanie zniesiony obowiązujący dzisiaj limit odprowadzania przez nich pieniędzy na składki emerytalne do ZUS, to zaczną oni płacić tam więcej, ale zarabiać mniej. W zamian za utracone zarobki otrzymają obietnicę bardzo wysokich emerytur w przyszłości.

Obietnice jedynie. Bo skoro władza raz kazała bogatym do wspólnego emerytalnego koryta dopłacać, to w przyszłości może też wprowadzić górą granicę wysokości emerytur i złożonej obietnicy w pełni nie dotrzymać.
Zwłaszcza kiedy ta nowa władza nie będzie już związana z panem prezesem Kaczyńskim, z jego Prawem i Sprawiedliwością. A odziedziczyć po rządach PiS może liczne wydatki socjalne radykalnie powiększające deficyt budżetowy.

Ponieważ na zmianach ucierpią obywatele najbogatsi i pracodawcy, to zdecydowany, bardziej ideowy niż merytoryczny, sprzeciw wyrazili liderzy Koalicji Obywatelskiej.
Koalicyjni posłowie zajmujący się polityką emerytalną zauważyli, że pracujący na etatach i zagrożeni wyższymi składkami emerytalnymi zaczną zmieniać swe formy zatrudnienia. Będą zakładać jednoosobowe firmy i tym sposobem unikać zmniejszania swych wynagrodzeń. W skrajnych przypadkach rejestrować swą działalność gospodarczą poza granicami naszego kraju. Niezwykle czarną przyszłość, masową ucieczkę przedsiębiorczych, jęli wróżyć dla naszego kraju

Burza medialna wybuchła tylko dlatego, że politycy Lewicy nie zadeklarowali od razu, iż odrzucą projekt PiS.
Kiedy Krzysztof Gawkowski, przewodniczący Klubu Parlamentarnego Lewicy, powiedział: „Przedstawimy własne propozycje dotyczące ustawy o zniesieniu 30-krotności ZUS i będziemy je merytorycznie argumentować. Brakuje nam obecnie w projekcie przede wszystkim zabezpieczeń w postaci zapisów o emeryturze minimalnej i maksymalnej. Będziemy chcieli również odbyć konsultacje społeczne i dopiero po nich zapadną ostateczne decyzje”.
Taka, rzeczowa i niezobowiązująca, deklaracja wzbudziła wielkie podejrzenie liberalnych mediów, że oto politycy Lewicy mogą poprzeć PiS ustawę za jakieś, tajemnicze korzyści. Wywołała liczne plotki i lawiny medialnej piany.

Ciekawe jest, że PiS samo zafundowało sobie burzę medialną i spory wokół tego projektu ustawy. Jeszcze na początku minionego tygodnia parlamentarzyści PiS wycofywali się ze zniesienia limitu. Publicznymi przeciwnikami projektu Porozumienie Jarosława
Gowina oraz pan prezydent Andrzej Duda. Bez głosów frakcji „gowinowców” sami parlamentarzyści PiS tej ustawy nie uchwalą.

Po co zatem grupa posłów PiS wniosła projekt ustawy wiedząc, że nie ma on wymaganej większości i sprzeciw prezydenta? Po co wnieśli projekt, który nie da się uchwalić także ze względów proceduralnych. Za późno jest by zgodnie z prawem takie zmiany zaczęły obowiązywać już w przyszłym roku. A przedłożone zapisy projektu łatwo, po ewentualnych uchwaleniu, skierować do Trybunału Konstytucyjnego.

Czyżby zatem ów poselski projekt, zatwierdzony przez pana prezesa Kaczyńskiego miał inne, ukryte, polityczne cele?
Czy miał za zadanie przetestowanie reakcji opozycji. Zwłaszcza parlamentarzystów Lewicy. Sprawdzenie czy Lewica będzie automatycznie odrzucać wszystkie projekty PiS, czy mentalnie jest przygotowana na merytoryczną współpracę z partią pana Prezesa?

Czy miał ten projekt pokazać panu wicepremierowi Gowinowi i panu prezydentowi, że pan prezes Kaczyński mentalnie gotowy jest na współpracę z Lewicą i nie musi być uzależniony od głosów Porozumienia pana Gowina? Pokazać, że znajdzie się bat nawet na niego?

Tak czy siak Lewica nie przegrała powyższej gry politycznej. Bo potrafiła zachować umiar w medialnym gadulstwie.

Refleksje o reformie szkolnictwa

Początek nowego roku akademickiego zbiega się z wejściem w życie szumnie zapowiadanej reformy. Nie wywołała ona tak silnych kontrowersji, jak wcześniejsza – zupełnie nieudana – pseudoreforma szkolnictwa podstawowego i średniego.

Poprzedzona została dość poważnie przeprowadzoną dyskusją, co można byłoby zapisać na plus ministrowi Gowinowi, gdyby nie to, że niezbyt widać wpływ tej dyskusji na kształt przeprowadzanych zmian. Chociaż jest już za późno, by dokonać zmian we wprowadzanej właśnie reformie, to jednak warto zastanowić się, co stanowi najważniejsze tkwiące w niej zagrożenie i jak ewentualnie można będzie zmiany te poprawić jeśli (lub gdy) powstaną niezbędne warunki polityczne.

Rankingi wstydu

Założoną intencją reformy miało być podniesienie poziomu szkolnictwa wyższego, które w ostatnich dziesięcioleciach istotnie nie może wykazać się szczególnie imponującymi osiągnięciami.
Notowania międzynarodowe naszych czołowych uczelni sytuują je daleko of czołówki światowej, co musi zastanawiać zwłaszcza dlatego, że ustępujemy w tych rankingach nie tylko wielkim mocarstwom (co byłoby zrozumiałe) ale także wielu państwom średniej wielkości.
W środowisku naukowym dość rozpowszechniony jest pogląd, ze tan stan rzeczy wynika głównie z niedofinansowania szkolnictwa wyższego. Daleki jestem od negowania tego argumentu. Paradoksem polskiej transformacji ustrojowej jest to, że trzydzieści lat po zmianie systemu uczelnie wyższe są w gorszej sytuacji finansowej niż były w okresie PRL, zwłaszcza w bardzo pod tym względem dobrych latach siedemdziesiątych. Dzieje się to w warunkach niewątpliwego, bardzo znacznego wzrostu polskiej gospodarki i podniesienia realnych dochodów ludności. Jest to fragment większej całości, na którą składają się – obok problemów edukacji – stan służby zdrowia, niedofinansowanie wymiaru sprawiedliwości i innych działów pracy państwowej. Reforma ministra Gowina tego problemu nie ruszyła, gdyż wymagałoby to przemyślenia całej polityki budżetowej. Gdy obecna opozycja dojdzie do władzy, będzie musiała na nowo przemyśleć tę politykę – nie tylko w odniesieniu do edukacji.

Intencje intencjami

Reforma szkolnictwa wyższego ma – według głoszonych intencji jej autorów – przynieść usprawnienie zarządzania, pozwolić na koncentrację środków w najlepszych uczelniach i zapewnić takie warunki awansu naukowego młodej kadry, które sprzyjać będą jej odmłodzeniu przy zachowaniu, a nawet podniesieniu, merytorycznych kryteriów tego awansu. Są to cele godne poparcia, ale problem tkwi w tym, że reforma polega na dobraniu środków, które nie będą sprzyjały realizacji tak określonych celów.
W sferze zarządzania uczelniami wyższymi reforma idzie w kierunku centralizacji. Likwidacja wydziałów, które stanowiły naturalne, okrzepłe latami, środowiska naukowe i koncentracja władzy w ręku rektorów przy znacznym osłabieniu roli ciał kolektywnych to rozwiązania, które nie tylko odbiegają do wielowiekowej tradycji uniwersyteckiej, ale także nie dają żadnej gwarancji, że w rezultacie tych zmian uczelnie będą lepiej zarządzane. Wiemy co tracimy (znaczną część uczelnianej demokracji), ale nie bardzo wiadomo, co mielibyśmy w wyniku tych zmian zyskać. Swoistość nauki polega na tym, że mechanizmy nieźle sprawdzające się w wojsku czy w administracji gospodarczej nie pasują do nauki i szkolnictwa wyższego, o jakości których decydują indywidualne talenty wielkich uczonych.

Kadra za miskę ryżu

Tu dotykam sprawy jeszcze ważniejszej: sposobu, w jaki reforma ma wpływać na dobór i awans młodej kadry naukowej. To z niej wyrosną przyszli mistrzowie akademiccy, od których pracy w ostatecznym rachunku zależeć będzie poziom polskiej nauki i polskich szkół wyższych. Ca la tradycja akademicka opiera się na tym, że najważniejszym kryterium oceny uczonego jest opinia innych uczonych. Czy jest to rozwiązanie idealne? Nie, gdyż idealnych rozwiązań nie ma. Środowisko naukowe może się mylić, jak na przykład sto lat temu myliło się polskie środowisko prawnicze nie doceniając oryginalności największego z polskich teoretyków prawa Leona Petrażyckiego – uczonego o światowej sławie, ale zbyt niezależnego, jak na kryteria ówczesnego (wtedy bardzo konserwatywnego) środowiska naukowego. Jednak na dłuższą metę nie ma lepszych kryteriów oceny niż opinia innych uczonych. Nie zastąpią jej biurokratyczne kryteria oparte na gromadzeniu punktów za publikacje, co zakłada, że sam fakt opublikowania tekstu w „punktowanym” czasopiśmie świadczy o poziomie kandydata do awansu naukowego.

Docenci pisowscy?

O co więc w istocie idzie w tej reformie? Moim zdaniem ma ona ukryte, ale dość oczywiste cele polityczne.
Wpisuje się w koncepcję „wymiany elit”, którą Prawo i Sprawiedliwość otwarcie głosi i dość konsekwentnie stara się realizować.
To dlatego obniża się znaczenie opinii uczonych a podnosi rolę punktacji, na którą istotny wpływ ma mieć ministerstwo, gdy z to ona – raczej arbitralnie – ustala listę „punktowanych” czasopism. Temu celowi ma także służyć wzmocnienie pozycji rektorów, gdyż osłabienie roli ciał kolektywnych oznacza zmniejszenie roli środowiska naukowego, w którym wpływy obecnej partii rządzącej są niewielkie.
Wszystko to przypomina zmiany wprowadzone półwieku temu, gdy – po niechlubnym marcu 1968 roku – ówczesne władze osłabiły pozycję senatów i rad wydziałów a wzmocniły znacznie pozycję rektorów, a także umożliwiły obejmowanie stanowiska docenta osobom bez habilitacji (tak zwanym „marcowym docentom”).
Nie na wiele to się zdało, gdyż środowiska naukowe cenią sobie własną pozycję i nie poddają się tak łatwo dyktatowi rządzących. Nie wróże więc powodzenia autorom reformy, co nie znaczy, że nie będzie ona miała niekorzystnego wpływu na warunki funkcjonowania polskiego szkolnictwa wyższego.

Ale z drugiej strony…

Gdy powstaną polityczne warunki dla naprawy państwa po rządach PiS, warto będzie poważnie odnieść się do sprawy reformowania szkolnictwa wyższego. Jedną ze zmian powinno być ponowne połączenie ministerstwa edukacji narodowej i szkolnictwa wyższego, tak jak to było w latach 1987-2006. Podzielenie Ministerstwa Edukacji Narodowej (przez rząd Jarosława Kaczyńskiego) było konsekwencją przejęcia kierownictwa MEN przez szefa Ligi Polskich Rodzin wicepremiera Romana Giertycha, co rodziło potrzebę zachowania kierownictwa szkolnictwa wyższego w ręku dotychczasowego ministra, wybitnego uczonego profesora Michała Seweryńskiego. Po zmianie rządu te względy straciły na znaczeniu, ale kolejni premierzy nie wrócili już – moim zdaniem niesłusznie – do rozwiązania, które w swoim czasie dobrze się sprawdziło. Połączenie odpowiedzialności za te obszary w jednym ręku jest uzasadnione tym, że między szkolnictwem ponadpodstawowym i wyższym istnieje wiele powiązań i wzajemnych zależności.

I pieniądze

Warto będzie także inaczej niż dotychczas konstruować politykę finansowania szkolnictwa wyższego i nauki, być może przez zwiększenie udziału wielkich przedsiębiorstw państwowych. Przede wszystkim zaś konieczne będzie uwolnienie szkolnictwa wyższego od politycznej kontroli – i to niezależnie od tego, kto sprawować będzie władzę w państwie.
Skutki obecnej reformy poznamy po jakimś czasie. Chciałbym się mylić, ale wątpię, by przyniosła ona pożądany przełom w sytuacji szkolnictwa wyższego. Od środowiska naukowego będzie zależało, czy – lub w jakim stopniu – wpłynie ona na klimat polityczny, w jakim funkcjonuje ten obszar życia społecznego.

*Autor był w latach 1996-1997 ministrem edukacji narodowej.

Rektor przyniesiony w teczce

List otwarty Polskiej Partii Socjalistycznej do parlamentarzystów polskich w sprawie naruszania autonomii  uczelni wyższych i samorządności środowisk akademickich.

 

Polska Partia Socjalistyczna z niepokojem i oburzeniem przyjmuje kolejny etap ograniczania przez rządzące siły polityczne samorządności środowisk zawodowych i społecznych.
Procedowana ustawa o szkolnictwie wyższym, zwana potocznie „ustawą Gowina” oddaje szkoły wyższe pod władzę autorytarnej władzy. Wprowadzany nowy organ uczelni publicznej Rada Uczelni w której większość stanowią ludzie z poza uczelni może dokonywać wyboru Rektora co jest zaprzeczeniem standardów samorządności i demokracji w środowiskach akademickich. Rektora będzie można „przynieść w teczce” a los uczelni zależałby wówczas od rządzących sił politycznych.
Nie przewiduje się powoływania Rad Uczelni w uczelniach niepublicznych, pozostawiając wszystkie kompetencje Senatowi. Świadczy to dobitnie, że Rady Uczelni mają służyć celom politycznym, a nie merytorycznym oraz mają stanowić dodatkowe źródło zarobków dla „swoich” – wysoko opłacanych z naszych podatków urzędników.
Ustawowe rozbicie struktury wydziałowej uczelni to nie tylko odrzucenie akademickiej tradycji, ale odrzucenie racjonalnych metod zarządzania. „Ustawa Gowina” zawiera zapisy umożliwiające likwidację uczelni regionalnych, co oznacza likwidację regionalnych środowisk naukowych i kulturowych. Jest to sprzeczne z interesem społecznym i niegodne polskiego patrioty.
Obowiązująca ustawa zapewnia terytorialną autonomię uczelni, a konstytucja zapewnia wolność i swobodę badań naukowych. Zasady te nie były łamane w całej historii niepodległej Polski.
Tymczasem w dniu 11 maja 2018 roku policja wkroczyła na teren ośrodka Uniwersytetu Szczecińskiego w Pobierowie, łamiąc artykuł 227 ustawy o Szkolnictwie Wyższym. Policja przerwała seminarium naukowe poświęcone filozofii społecznej Karola Marksa i jej konsekwencjom. Miało to charakter zwalczania wszelkiej ideologii niezgodnej z ideologią rządzących i oznacza cofniecie polski do czasów „utrwalania władzy ludowej”.
Dotychczasowe zapisy dotyczące autonomii terytorialnej uczelni nie znalazły odpowiednika w „Ustawie Gowina. Oznacza to legalizację wkraczania sił porządkowych na teren uczelni.
Solidaryzujemy się z protestującymi studentami i pracownikami uczelni i popieramy ich żądania.
Piętnujemy wszelkie próby zastraszania środowiska naukowego, łamania autonomii i samorządności uczelni wyższych.

Głos lewicy

Protest humanistów

Publicysta Łukasz Moll podzielił się na Facebooku refleksją o tym, dlaczego na protestach uczelni wyższych przeciwko reformie Gowina widać głównie humanistów:
„Bo uprawiacie eseistykę, a nie naukę i nie ma z Was pożytku” – mówią ścisłowcy. „Bo w przeciwieństwie do Was bronimy klasycznych ideałów prawdy, dobra i piękna, a poza tym cenimy sobie wspólnotę” – odpowiadają im humaniści.
Nietrudno dostrzec, że obie odpowiedzi są dwiema stronami tej samej monety. To, co wśród ścisłowców uchodzi za występek, który należy zwalczać, u humanistów ma status cnoty, którą trzeba upowszechniać.
Obie odpowiedzi opierają się na pewnym wyobrażeniu humanistyki, które jest szkodliwe dla humanistów nawet wtedy, gdy jest przywoływane przez nich samych. Jest ono szkodliwe, ponieważ uniemożliwia dostrzeżenie dość przyziemnego – choć wypieranego – faktu: humaniści też grają na różnych rynkach o stawki w postaci kapitałów i możliwości wymiany jednego kapitału na inny.
Wpadła mi wczoraj w ręce analiza francuskiego Maja 68 zamieszczona przez Pierre’a Bourdieu w książce „Homo academicus”. Przykładanie kalek z 68 do obecnego protestu w Polsce nie ma oczywiście sensu. Nie gotowych diagnoz aktualności powinniśmy szukać np. u Bourdieu, ale metody, która pozwoli nam zrozumieć morfologię naszych protestów i wyprowadzić z niej różne trajektorie ich dalszego przebiegu.
Otóż Bourdieu dostrzega w swojej analizie, że to młodzi są siłą napędową Maja 68 i wiąże ten fakt ze zjawiskiem dewaluacji dyplomu. Krótko mówiąc: kapitał, na zdobycie którego liczyli, wybierając takie a nie inne studia w międzyczasie stracił mocno na wartości i nie otwiera już takich możliwości jak kiedyś.
Na tym jednak nie koniec. W obrębie młodych asystentów, doktorantów, absolwentów, studentów socjolog wyróżnia dwie najbardziej rewolucyjne frakcje, które doświadczają mocnej dewaluacji, ale na odrębne sposoby.
Pierwsza frakcja to młodzi z kręgów uprzywilejowanych, którym kapitał edukacyjny miał umożliwić reprodukcję pozycji rodziców. To potomkowie lekarzy czy prawników, którzy chcieli zostać profesorami, dyrektorami czy profesorami, a zostali np. dziennikarzami czy artystami, w czym widzieli raczej tymczasową strategię przystosowawczą. Często wybierają oni humanistykę, ponieważ pozwala im ona nabrać niedookreśloną tożsamość utrzymywaną przez lata w zawieszeniu. Oddala ona – realnie lub wyobrażeniowo – konfrontację ze skutkami dewaluacji dyplomu. Próbują oni zostać pisarzami, wolnymi strzelcami, ekspertami, freelancerami.
Położenie społeczne pierwszej frakcji i tak jawi się jako bardzo dogodne w drugiej frakcji, którą tworzą dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych. Bourdieu nazywa ich „cudownymi dziećmi”, ponieważ udało im się – przynajmniej na papierze – zgromadzić kapitał edukacyjny nieosiągalny dla swoich rodziców, który daje im pewne możliwości awansu. Są one poniżej oczekiwań, ale zostanie przez syna górnika i sprzedawczyni nauczycielem albo przez córkę chłopów sekretarką w korporacji i tak jest awansem. Wybierają oni humanistykę, ponieważ obowiązuje ją niewielki próg wejścia – dyplom wydaje się łatwy do uzyskania, a ogólne umiejętności dają spore pole manewru.
Koalicja tych grup – zawsze chwiejna i niepewna, oparta na wzajemnych resentymentach – staje się możliwa, gdy zapychają się coraz bardziej kanały umożliwiające wymianę kapitału edukacyjnego na inne. Uprzywilejowani z racji swojego pochodzenia mają odłożony jakiś kapitał ekonomiczny, który łagodzi skutki dewaluacji dyplomu, ale nie jest on w stanie zaradzić poczuciu dojmującego niedoboru kapitału symbolicznego, który odgrywa tak ważną rolę w kręgach, do których aspirują. Z kolei nieuprzywilejowani muszą dotkliwiej konfrontować się ze skąpością kapitału ekonomicznego, ale za to zdobyty kapitał kulturowy – choć odrzucony przez system – przynosi im ciągle znaczne uznanie w otoczeniu, z którego się wywodzą. Dla obu grup udział w proteście oznacza przyznanie się do porażki, choć z innych względów: uprzywilejowani musieliby zedrzeć ze swojego wizerunku lukrowaną powłokę i wyoutować się przed otoczeniem ze swojej degradacji, zaś nieuprzywilejowani musieliby mieć odwagę zakwestionować opowieść o swoim względnym sukcesie. Dlatego udział ten jest trudny.
Ale za to, gdy obie grupy włączają się w protest, to wnoszą one pierwiastek rewolucyjny. Bowiem w przeciwieństwie do innych uczestników ruchu, którzy chcieliby umiarkowanych reform albo kosmetycznych zmian, dzięki którym wszystko musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu, frakcja rewolucyjna musi przeforsować nowe zasady reprodukcji kapitału, żeby bronić się przed dewaluacją.