Rektor przyniesiony w teczce

List otwarty Polskiej Partii Socjalistycznej do parlamentarzystów polskich w sprawie naruszania autonomii  uczelni wyższych i samorządności środowisk akademickich.

 

Polska Partia Socjalistyczna z niepokojem i oburzeniem przyjmuje kolejny etap ograniczania przez rządzące siły polityczne samorządności środowisk zawodowych i społecznych.
Procedowana ustawa o szkolnictwie wyższym, zwana potocznie „ustawą Gowina” oddaje szkoły wyższe pod władzę autorytarnej władzy. Wprowadzany nowy organ uczelni publicznej Rada Uczelni w której większość stanowią ludzie z poza uczelni może dokonywać wyboru Rektora co jest zaprzeczeniem standardów samorządności i demokracji w środowiskach akademickich. Rektora będzie można „przynieść w teczce” a los uczelni zależałby wówczas od rządzących sił politycznych.
Nie przewiduje się powoływania Rad Uczelni w uczelniach niepublicznych, pozostawiając wszystkie kompetencje Senatowi. Świadczy to dobitnie, że Rady Uczelni mają służyć celom politycznym, a nie merytorycznym oraz mają stanowić dodatkowe źródło zarobków dla „swoich” – wysoko opłacanych z naszych podatków urzędników.
Ustawowe rozbicie struktury wydziałowej uczelni to nie tylko odrzucenie akademickiej tradycji, ale odrzucenie racjonalnych metod zarządzania. „Ustawa Gowina” zawiera zapisy umożliwiające likwidację uczelni regionalnych, co oznacza likwidację regionalnych środowisk naukowych i kulturowych. Jest to sprzeczne z interesem społecznym i niegodne polskiego patrioty.
Obowiązująca ustawa zapewnia terytorialną autonomię uczelni, a konstytucja zapewnia wolność i swobodę badań naukowych. Zasady te nie były łamane w całej historii niepodległej Polski.
Tymczasem w dniu 11 maja 2018 roku policja wkroczyła na teren ośrodka Uniwersytetu Szczecińskiego w Pobierowie, łamiąc artykuł 227 ustawy o Szkolnictwie Wyższym. Policja przerwała seminarium naukowe poświęcone filozofii społecznej Karola Marksa i jej konsekwencjom. Miało to charakter zwalczania wszelkiej ideologii niezgodnej z ideologią rządzących i oznacza cofniecie polski do czasów „utrwalania władzy ludowej”.
Dotychczasowe zapisy dotyczące autonomii terytorialnej uczelni nie znalazły odpowiednika w „Ustawie Gowina. Oznacza to legalizację wkraczania sił porządkowych na teren uczelni.
Solidaryzujemy się z protestującymi studentami i pracownikami uczelni i popieramy ich żądania.
Piętnujemy wszelkie próby zastraszania środowiska naukowego, łamania autonomii i samorządności uczelni wyższych.

Głos lewicy

Protest humanistów

Publicysta Łukasz Moll podzielił się na Facebooku refleksją o tym, dlaczego na protestach uczelni wyższych przeciwko reformie Gowina widać głównie humanistów:
„Bo uprawiacie eseistykę, a nie naukę i nie ma z Was pożytku” – mówią ścisłowcy. „Bo w przeciwieństwie do Was bronimy klasycznych ideałów prawdy, dobra i piękna, a poza tym cenimy sobie wspólnotę” – odpowiadają im humaniści.
Nietrudno dostrzec, że obie odpowiedzi są dwiema stronami tej samej monety. To, co wśród ścisłowców uchodzi za występek, który należy zwalczać, u humanistów ma status cnoty, którą trzeba upowszechniać.
Obie odpowiedzi opierają się na pewnym wyobrażeniu humanistyki, które jest szkodliwe dla humanistów nawet wtedy, gdy jest przywoływane przez nich samych. Jest ono szkodliwe, ponieważ uniemożliwia dostrzeżenie dość przyziemnego – choć wypieranego – faktu: humaniści też grają na różnych rynkach o stawki w postaci kapitałów i możliwości wymiany jednego kapitału na inny.
Wpadła mi wczoraj w ręce analiza francuskiego Maja 68 zamieszczona przez Pierre’a Bourdieu w książce „Homo academicus”. Przykładanie kalek z 68 do obecnego protestu w Polsce nie ma oczywiście sensu. Nie gotowych diagnoz aktualności powinniśmy szukać np. u Bourdieu, ale metody, która pozwoli nam zrozumieć morfologię naszych protestów i wyprowadzić z niej różne trajektorie ich dalszego przebiegu.
Otóż Bourdieu dostrzega w swojej analizie, że to młodzi są siłą napędową Maja 68 i wiąże ten fakt ze zjawiskiem dewaluacji dyplomu. Krótko mówiąc: kapitał, na zdobycie którego liczyli, wybierając takie a nie inne studia w międzyczasie stracił mocno na wartości i nie otwiera już takich możliwości jak kiedyś.
Na tym jednak nie koniec. W obrębie młodych asystentów, doktorantów, absolwentów, studentów socjolog wyróżnia dwie najbardziej rewolucyjne frakcje, które doświadczają mocnej dewaluacji, ale na odrębne sposoby.
Pierwsza frakcja to młodzi z kręgów uprzywilejowanych, którym kapitał edukacyjny miał umożliwić reprodukcję pozycji rodziców. To potomkowie lekarzy czy prawników, którzy chcieli zostać profesorami, dyrektorami czy profesorami, a zostali np. dziennikarzami czy artystami, w czym widzieli raczej tymczasową strategię przystosowawczą. Często wybierają oni humanistykę, ponieważ pozwala im ona nabrać niedookreśloną tożsamość utrzymywaną przez lata w zawieszeniu. Oddala ona – realnie lub wyobrażeniowo – konfrontację ze skutkami dewaluacji dyplomu. Próbują oni zostać pisarzami, wolnymi strzelcami, ekspertami, freelancerami.
Położenie społeczne pierwszej frakcji i tak jawi się jako bardzo dogodne w drugiej frakcji, którą tworzą dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych. Bourdieu nazywa ich „cudownymi dziećmi”, ponieważ udało im się – przynajmniej na papierze – zgromadzić kapitał edukacyjny nieosiągalny dla swoich rodziców, który daje im pewne możliwości awansu. Są one poniżej oczekiwań, ale zostanie przez syna górnika i sprzedawczyni nauczycielem albo przez córkę chłopów sekretarką w korporacji i tak jest awansem. Wybierają oni humanistykę, ponieważ obowiązuje ją niewielki próg wejścia – dyplom wydaje się łatwy do uzyskania, a ogólne umiejętności dają spore pole manewru.
Koalicja tych grup – zawsze chwiejna i niepewna, oparta na wzajemnych resentymentach – staje się możliwa, gdy zapychają się coraz bardziej kanały umożliwiające wymianę kapitału edukacyjnego na inne. Uprzywilejowani z racji swojego pochodzenia mają odłożony jakiś kapitał ekonomiczny, który łagodzi skutki dewaluacji dyplomu, ale nie jest on w stanie zaradzić poczuciu dojmującego niedoboru kapitału symbolicznego, który odgrywa tak ważną rolę w kręgach, do których aspirują. Z kolei nieuprzywilejowani muszą dotkliwiej konfrontować się ze skąpością kapitału ekonomicznego, ale za to zdobyty kapitał kulturowy – choć odrzucony przez system – przynosi im ciągle znaczne uznanie w otoczeniu, z którego się wywodzą. Dla obu grup udział w proteście oznacza przyznanie się do porażki, choć z innych względów: uprzywilejowani musieliby zedrzeć ze swojego wizerunku lukrowaną powłokę i wyoutować się przed otoczeniem ze swojej degradacji, zaś nieuprzywilejowani musieliby mieć odwagę zakwestionować opowieść o swoim względnym sukcesie. Dlatego udział ten jest trudny.
Ale za to, gdy obie grupy włączają się w protest, to wnoszą one pierwiastek rewolucyjny. Bowiem w przeciwieństwie do innych uczestników ruchu, którzy chcieliby umiarkowanych reform albo kosmetycznych zmian, dzięki którym wszystko musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu, frakcja rewolucyjna musi przeforsować nowe zasady reprodukcji kapitału, żeby bronić się przed dewaluacją.