Bigos tygodniowy

Jak tu przyrządzać kolejny bigos, skoro od zeszłego czwartku w polityce trwa takie bigosowanie, że to, co jako tako ogarniemy przed południem, diametralnie zmienia się przed wieczorem, a następnego ranka budzimy się w jeszcze nowszej rzeczywistości? Ustawa o prawach zwierząt została uchwalona przez Sejm głosami większości PiS, Koalicji Obywatelskiej i Lewicy i teraz pójdzie do Senatu, ale jest ona tylko wycinkiem, elementem dużo bardziej skomplikowanej konstrukcji, bardzo trudnej do bieżącego rozpoznania. Mimo tego spróbujmy kilka spraw – na ile to możliwe – poznawczo uporządkować, choć tak naprawdę przede wszystkim wokół nich pospekulować. W szczerość pozytywnych, serdecznych intencji Jarosława Kaczyńskiego w stosunku do zwierząt wypada wierzyć, bo są one powszechnie znane z dawien dawna. Nie eliminuje to jednak przypuszczenia, że uznał on, iż projekt ustawy o prawach zwierząt można wykorzystać także, w pakiecie, dla celów politycznych, wewnątrzkoalicyjnych. Czy doszedł do tego wniosku spontanicznie, czy było to efektem wcześniejszych przygotowań – tego nie sposób sprawdzić. Nie ma to jednak zasadniczego znaczenia, bo sprawny polityczny taktyk może i planować, i wykorzystywać nadarzające się niespodziewanie okazje. Jedna z możliwych hipotez może być taka, że Kaczyński miał już dosyć pychy i samowoli Ziobry, tego samego, który kiedyś już się zbuntował i którego mimo to, jako syna marnotrawnego, przyjął ponownie na swoje łono. Może Kaczyński uznał, że po raz drugi warcholstwa Ziobry nie zniesie i chce się pozbyć z rządu toksycznego, kłopotliwego partnera? Przy okazji, na progu nowego sezonu politycznego, nadarzyła mu się okazja do przeprowadzenia praktycznego testu na spoistość koalicji z Ziobrem i Gowinem, okazja do uporządkowania przedpola, by uniknąć kłopotów w przyszłości, pozbycia się nielojalnych i wszelkiej potencjalnej „piątej kolumny”, tych co trzeba wyrzucić, tych co trzeba ze sobą związać. Dotyczyłoby to oczywiście także Gowina, który zbuntował się w maju w sprawie wyborów. Nie sądzę, by sprzeczna z zasadą prawdopodobieństwa była też hipnoza, że Kaczyński wziął pod uwagę wariant samodzielnego pójścia PiS do przedterminowych wyborów, bez wzięcia na listy gowinowców i ziobrystów, by się ich przy okazji raz na zawsze pozbyć, jako że mają nikłe szanse na samodzielne wejście do parlamentu. W nowej konstelacji politycznej, po wyborach prezydenckich, jest to ryzykowne i mogłoby się skończyć utratą władzy, ale i to może Kaczyński zwekslować na swoją korzyść. Jak to możliwe? Ano tak, że nadciąga ciężki kryzys gospodarczy i rząd PiS musiałby się z nim skonfrontować przy słabym prawdopodobieństwie sprostaniu mu. Nie miałby już w ręku swojego najważniejszego atutu – świadczeń do rozdawania, ale to i tak byłby chyba najmniejszy z nadciągających problemów. W takiej sytuacji oddanie władzy rządowi wyłonionemu z opozycji byłoby pozbyciem się parzącego dłoń kartofla i przekazanie go rywalom. Bo o ile PiS, wspomagane przez koniunkturę gospodarczą, rządziło przez pięć lat w warunkach komfortowych i ze swoim prezydentem w gotowości z długopisem w dłoni, o tyle rząd niepisowski stanąłby na wejściu oko w oko z kryzysem, silną opozycją PiS i reszty prawicy (nawet gdyby do parlamentu nie weszli gowinowcy i ziobryści, to raczej wejdą i to wzmocnieni, konfederaci) oraz nieprzychylnym prezydentem, który w nowej sytuacji będzie odrzucał ustawę po ustawie i faktycznie zablokuje zarówno rządzenie bieżące jak i próby robienia porządków po rządach PiS. W tych spekulacjach nie można też nie uwzględnić projektu tzw. ustawy bezkarnościowej, która powszechnie sytuowana jest w polu ostrego konfliktu między Ziobrą a Morawieckim. Opór Ziobry przeciw niej interpretowany jest jako chęć zatopienia rywala, który ma na koncie delikty prawne wytknięte mu w niedawnym wyroku WSA. W tej sytuacji Kaczyński, który wspiera Matousza i chyba widzi w nim sukcesora w roli szefa obozu politycznego, ma dwa wyjścia – albo przeforsować ustawę bezkarnościową, albo pozbyć się Ziobra. To tyle póki co spekulacji, które i tak są bardzo utrudnione przez skomplikowanie materii i liczbę mogących odgrywać rolę czynników. Trudno zbudować z nich jakiś spójny obraz, zgrabnie dopasować liczne elementy tej układanki i cokolwiek uznać tu za pewnik. Wydaje się jednak, że w perspektywie przyszłości, tak potężne zawirowania w łonie tzw. Zjednoczonej Prawicy raczej nie sprzyjają jej wzmocnieniu, lecz przeciwnie. I że jest ona raczej na drodze ku utracie władzy (choć to droga jeszcze raczej długa) niż na drodze do jej utrwalenia. I że raczej są sygnałem, nierychłego co prawda, ale jednak zmierzchu hegemonii szeroko rozumianej prawicy na polskiej scenie politycznej. Jej toczona z uporem i intensywnością, wydawałoby się, godnym lepszej sprawy, z tzw. ideologią LGBT i rewolucją kulturową jest być może w mniejszym stopniu próbą umacniania obecnie sprawowanej władzy, a w stopniu większym pierwszym etapem pozycjonowania się w roli przyszłej opozycji.


Francja w uznaniu zasług i zaangażowania na rzecz wolności i praw człowieka przyznała Adamowi Bodnarowi byłemu Rzecznikowi Praw Obywatelskich Order Legii Honorowej. W dniu 17 września 2020r. insygnia odznaczenia wręczył Adamowi Bodnarowi ambasador Frederic Billet. Bigos tygodniowy serdecznie gratuluje Adamowi Bodnarowi, mając świadomość, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju.


W minionym tygodniu Parlament Europejski przyjął Rezolucję w sprawie praworządności w Polsce. Rezolucja zawiera 60 uwag odnośnie przestrzegania, a właściwie nieprzestrzegania zasad państwa prawa i apel o powiązanie ich przestrzegania z mechanizmem przyznawania środków unijnych. Teraz chodzi o to, żeby Europa zaczęła wprowadzać swoje zapowiedzi w życie.


Nad i tak ograniczone prawa kobiet w Polsce po raz kolejny nadciągają czarne chmury. Na 22 października 2020r. na godzinę 11.00 wyznaczone zostało posiedzenie tzw. Trybunału Konstytucyjnego, który – mówiąc najkrócej i najprościej – zdecyduje, czy aborcja tzw. eugeniczna jest zgodna z konstytucją. Jeśli orzeknie, że nie, zezwalający na nią przepis zostanie automatycznie wykreślony z ustawy antyborcyjnej. Do tej pory wniosek posłów PiS był trzymany w TK jak zamrażarce, jak wieść głosiła, na życzenie Prezesa. Czyżby zmienił zdanie i przychylił się do planu radykalnego zaostrzenia prawa do aborcji? W każdym razie za miesiąc dojdzie zapewne do nowej fali masowych, Czarnych Protestów, jak te z października 2016 roku. Już pojawił się w internecie plakat Strajku Kobiet w tej sprawie. Wydaje się jednak, że z różnych powodów zagrożenie dla praw kobiet jest tym razem groźniejsze niż cztery lata temu.


Byle pretekst posłużył władzy, aby nasłać o 6:30 rano CBA na dom sędziego Beaty Morawiec. Wiadomo – naraziła się Ziobru i jest jedną z najbardziej znanych twarzy walki o praworządność.

Flaczki tygodnia

Jarosław Kaczyński podziwiał Aleksandra Kwaśniewskiego. Za to, że prezydent potrafił na Ukrainie „zagrać ostro”. Wbrew ówczesnej poprawności politycznej. Wbrew interesom Rosji. Wbrew powszechnym w Polsce opiniom, że komuchy są genetycznie prorosyjscy. I zawsze realizują interesy Kremla.

Pan prezes Kaczyński także lubi „zagrać ostro”. Podjąć ryzykowną i niespodziewaną przez komentatorów i analityków politycznych decyzję. Łamiącą dotychczasowe standardy politycznego zachowania, schematy racjonalnych działań.
Nie cierpi też „imposibilizmu”, czyli argumentacji, że czegoś nie można zrobić. Bo tak nie wypada, bo to niezgodne z poprawnością polityczną i politologiczną. Bo tak się nie robi.
I pewnie dlatego już kilka razy potrafił „zagrać ostro”. Nawet kiedy wiązało się to z ryzykiem przegranej.

Ale pan prezes wie również, że w polityce czasem warto dziś hucznie przegrać, aby jutro przekuć to w mit niezłomności, w fundament przyszłej wielkiej wygranej. Wie też, że polityka to sztuka cierpliwości i czekania. Twórczego czekania.

Dlatego „Flaczki” uważają, że zapowiadana przez zauszników pana prezesa groźba przedterminowych wyborów parlamentarnych nie jest tylko blefem w rozgrywce politycznej z krnąbrnymi koalicjantami. Zaproszeniem ich do złożenia hołdu lennego panu prezesowi.
I odrzucają powszechną, bezmyślnie powtarzaną przez krajowych komentatorów politycznych argumentację, że pan prezes Kaczyński nie pójdzie na przedterminowe wybory, bo „ma traumę 2007 roku”. Bo wtedy zagrał podobnie i przegrał. Bo władzę w państwie stracił.

Zapominają jednak, że wtedy pełnej władzy, czyli większości parlamentarnej, pan prezes nie posiadał. Bo rządził z koalicjantami. Z LPR i „Samoobroną”. A tylko pełna władza pana prezesa satysfakcjonuje.

Przedterminowe wybory parlamentarne są możliwe, bo teraz pan prezes też pełni władzy nie ma. I jeśli nawet pan Gowin hołd lenny mu złoży, to nadal poczucia posiadania tej pełnej władzy mieć już nie będzie. Nawet jeśli podobny hołd złoży pan Ziobro.
Bo skoro pan Gowin już raz woli prezesowej nie uszanował, skoro pan Ziobro kwity na totumfackich i familiantów pana prezesa zbiera, to czas te wrzody polityczne wycisnąć. Żelazem rozpalonym wypalić.

Nie od razu rzecz jasna. Przedterminowych wyborów nie da się zrobić z dnia na dzień. Nawet kiedy Sejm RP niezwłocznie podejmie uchwałę o przerwaniu swej kadencji. Większością głosów, których teraz pan prezes nie ma. Aby przyśpieszyć wybory parlamentarne pan premier Morawiecki może wystąpić do Sejmu o wotum zaufania. To może zapoczątkować procedurę szukania większości przez opozycję.
Ale to wymaga jedności opozycji i współpracy pana prezydenta Dudy. Ten na razie milczy jak zaklęty.
Jest też inny, skuteczny, ale niekorzystny propagandowo sposób. Rząd nie przedstawia w parlamencie przyszłorocznego budżetu w nakazanym mu konstytucyjnym terminie. Wtedy, na początku przyszłego roku, pan prezydent musi rozwiązać parlament.

Zatem decyzja o przedterminowych wyborach rozstrzygnie się w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. W tym czasie odbędzie się kongres PiS. Wybrani zostaną nowi wiceprezesi. Wśród nich może być pan premier Morawiecki.
W ciągu sześciu miesięcy powinna nastąpić „rekonstrukcja” rządu. Czy będą wśród nich gowinowcy? Pewnie tak, bo pan Gowin karku sztywnego nie ma.

Czy będzie w nim też pan Ziobro? Zapewne jeśli i on też hołd złoży, to przykładową karę ponieść musi. Może przestać być Prokuratorem Generalnym. Stracić fundusz sprawiedliwości. Wpływy w spółkach skarbu państwa. Czyli w rządzie pozostanie, ale wykastrowany politycznie.

W Polsce bywały już rządy mniejszościowe. Każdy nie przetrwał dłużej niż rok. Pan prezes Kaczyński pewnie wolałby być w opozycji niż rządzić na łasce byłych koalicjantów, opozycji i pana prezydenta. Tych, których uważa za gorszych, którymi gardzi nierzadko.
Pan prezes Kaczyński nie boi się ław opozycji. Jego PiS jest najbogatszą partią w Polsce. Ma sieć własnych mediów i wpływy w mediach publicznych. Ma Trybunał Konstytucyjny. Wsparcie swojego biznesu. Wsparcie hierarchów i proboszczów kościoła kat. Swojego prezydenta. Choć ten może się też zbuntować.

Pan prezes ma alternatywę: mniejszościowe rządy w czasach kryzysu gospodarczego i społecznego czy taktyczny odwrót na pozycję silnej, merytorycznej, zwartej opozycji?
Ma przykład kanclerza Adenauera, z wykształcenia też prawnika, który był kanclerzem do 87 roku życia. I przestał być przywódcą rządzącej Niemcami chadecji oraz posłem Bundestagu kiedy skończył 90 lat.

Pan prezes Kaczyński ma tylko 71 lat. Ma czas.

Bigos tygodniowy

Piszę te słowa wiekopomnego dnia 10 maja 2020 roku i tak sobie myślę, że – parafrazując znany motyw – „długo było czekać na te dziwne czasy, by na własne oczy jaja te zobaczyć”. Rzecz nie w tym, że miały być wybory, a ich nie ma, bo to się mieści w granicach wyobraźni, ale że miały być, nie ma, ale jakby są, choć ich nie ma. Były, a się nie odbyły. Wybory-widmo, ktoś tak to określił. Takie dowcipne określenia można by mnożyć, tylko że tak naprawdę nie jest do śmiechu, bo obłąkana szajka polityczna może nas naprawdę, na samym końcu, wpędzić w prawdziwe nieszczęście narodowo-państwowe. To wszystko może się pewnego dnia zawalić się jak „świat” Thomasa S. Eliota, „z hukiem i skomleniem”.


Te ruchy aut 9 maja przy Nowogrodzkiej, to ich zajeżdżanie, jednego po drugim, do kryjówki bossa na wezwanie i odjeżdżanie z niej, w ciężkiej atmosferze groźnej konfidencjalności – to przypomina sceny i nastroje z „Ojca chrzestnego” Puzo/Coppoli i „Kariery Artura Ui” Brechta. Modus życia w ciągłej gotowości, w stanie wrzenia, w permanentnym stanie wyjątkowym, w gotowości, „w blokach”, by albo z nagła zaatakować, albo być gotowym do obrony przed atakiem – to nie jest „bez żadnego trybu”. To tryb funkcjonowania charakterystyczny dla zorganizowanych grup przestępczych. Dla nich uprawianie polityki i sprawowanie władzy nie występuje w temperaturze 36,6 stopnia. Oni znają tylko stan wrzenia, nocne narady i nocne głosowania, pośpiech, szybkie decyzje, szybkie tempo. I nic dziwnego, bo ci, którzy uprawiają bandyterkę, zazwyczaj są na to skazani. Ludziom, którzy mają czyste intencje, taka permanentna gorączka zazwyczaj nie ogarnia.


Mówią, że Główny Capo, to przemyślny strateg. Może i tak, ale i on podlega impulsom. Według mojej hipotezy zaniepokoiły go z nagła dwie okoliczności. Pierwsza, to gwałtowny przebieg protestu przedsiębiorców i lęk, że może tu zadziałać syndrom kuli śniegowej, że ta zaraza może się rozszerzyć jak wirus. Druga, to słowa prezeski Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, Joanny Lemańskiej, która w wypowiedzi dla mediów sceptycznie zdyskontowała zawartą w „umowie” Kaczyńskiego z Gowinem sugestię, że Sąd Najwyższy zrobi za nich robotę i zaklajstruje skutki niekonstytucyjnych poczynań władzy PiS. W przypadku personalnym Lemańskiej, nominantki neo-KRS (i znajomej Dudy Andrzeja, co jest okolicznością o przecenianym znaczeniu) mamy być może do czynienia z syndromem, który jest niejako zakodowany, zaszyty jak pułapka w pisowskich nominacjach, w tym przypadku do Sądu Najwyższego. Otóż, o ile w przypadku kooptacji urzędników i posłów do wiernopoddańczego korpusu „opryczniny”, pewność co do ich lojalności jako subordynowanych żołnierzy PiS jest bardzo wysoka, zazwyczaj stuprocentowa, o tyle w przypadku nominacji w sądownictwie sprawa wygląda inaczej. Powód zasadniczy – kariera prawnicza ma inny rytm i kształt niż polityczna. Kariera polityczna realizuje się zasadniczo – ujmując rzecz w pewnym uproszczeniu – „tu i teraz”, najwyżej jeszcze „jutro” lub „pojutrze” i podlega konsumpcji w zakreślonym kręgu interesów oraz personaliów. „Żołnierze” partyjni są jak amunicja, można jej użyć tylko raz i wystrzelić tylko ze ściśle określonego typu broni. Myślenie prawników obejmujących funkcje w sferze sądownictwa z konieczności musi rządzić się innymi regułami. Nie mam złudzenia, że wszyscy mają to na uwadze, bo zdarzają się fanatycy wierni zawsze i do końca, jak n.p. Pawłowicz Krystyna, albo ludzie, którzy z różnych powodów nie mają innego sposobu zrobienia kariery inaczej niż z poręki politycznej. Nie można jednak wykluczyć, a nawet trzeba założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że część nominatów „dobrej zmiany” rozumuje tak oto: owszem, to ONI dali mi nominację, ale ICH czas, tak czy owak jest policzony, a mogą upaść szybciej niż można przypuszczać, a moja kariera prawnicza będzie trwać i narażę ją na szwank, jeśli będę postępować jak partyjny funk, w imię dealu politycznego. Temu mechanizmowi autoargumentacji może towarzyszyć motyw natury – nazwijmy ją – etycznej, choć jest w niej także komponenta pragmatyczna, związana z misją niezawisłego sędziego. Rozumowanie może tu przebiegać następująco: rządzący wynieśli mnie na ten urząd, bym spełniał/spełniała swój urząd zgodnie z wszystkimi regułami, z niezawisłością na czele, bo przecież działają w imię najwyższego dobra ogólnego i ja przyjmuję to za dobrą monetę. Na maskaradę i udawanie się nie pisałem/pisałam. Traktuję przysięgę na serio. Naprawdę. A mogę sobie na to pozwolić dlatego, że mam przywilej nieodwołalności. W miarę upływu czasu będzie pojawiać się zjawisko różnicowania nominatów PiS na takich jak Pawłowicz, czy protegowani Ziobra, Zaradkiewicz albo Woicka i na tych, którzy będą się dystansować. Specyficzny mechanizm kariery prawniczej to czynnik, który niemożliwym czyni opanowanie sądownictwa tak łatwo, jak pocztę czy ministerialne muzea. Tam wystarczy postawić „Zdzikoty” i sprawa załatwiona. Tu mogą władzę PiS czekać kolejne zaskoczenia.


Rydzyk obsobaczył rząd za to, że obostrzenia nałożone na przebieg obrzędów religijnych „wychładzają wiarę”. Jeśli kilka tygodni ograniczeń mogło wychłodzić gorliwość Polaka-katolika, to nawet Rydzyk nie ma co żałować religijności o tak lichej trwałości. Inna sprawa, że pieniędzy szkoda.


O „ostatecznym rozwiązaniu kwestii pisowskiej, „zagazowaniu pisowskiej szumowiny”, „unicestwieniu pisowskiej zarazy” – napisał na twitterze były działacz Nowoczesnej z Przemyśla Kamil K. W poniedziałek zatrzymała go policja. A stary weteran peerelowskiej opozycji Waldemar Kuczyński napisał tak: „Panie Kaczyński i jego pomocnicy, róbcie tak dalej, a prędzej czy później wzbudzicie gniew ludzi i wywloką was z gabinetów, siedzib i mieszkań. I będziecie mieli szczęście, jeśli nie powieszą was na placu Konstytucji”. „Prawy sektor” internetu odpowiedział „symetrycznymi” groźbami, więc źle te nastroje wróżą, bo strzelba wisząca na ścianie podczas przedstawienia, często, choć nie zawsze, bywa użyta i tylko nie wiadomo, kto pierwszy po nią sięgnie.


Powiem jednak szczerze, że bardziej zaniepokoiły mnie zaobserwowane w telewizji widoki setek osób przechadzających się „ścisłymi grupkami” po plażach bałtyckich czy nadwiślańskich. Bez masek lub z maskami smętnie opuszczonymi poniżej podbródka. Dla pozoru. Tym bardziej, że na dodatek na Górnym Śląsku zarysowuje się koronawirusowy kontur „polskiej Lombardii”.

Koniec z końcem

Niedzielne wybory prezydenckie odbędą się tak, aby się nie odbyły.

Tak umówili się dwaj partyjni liderzy, szeregowi posłowie RP. Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński i Jarosław Gowin – przewodniczący Porozumienia Prawicy.
Co dalej będzie ?
Nie wiadomo.
Na razie znamy to, co było wiadomo w miniony czwartek.
Wówczas usłyszeliśmy, że dwaj liderzy polskiej prawicy ustalili, że:
Zaplanowane na 10 maja wybory prezydenckie odbędą się, ale nie zostaną przeprowadzone.
Sąd Najwyższy swym przyszłym wyrokiem unieważni te nieprzeprowadzone wybory.
Partia pana Gowina złoży w Sejmie RP projekt ustawy legalizującej nowe wybory prezydenckie, a partia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego poprze ten projekt.
Gowinowcy przewidują wybory w lipcu tego roku, a kaczyński wicepremier Sasin zadeklarował nowy swój czyn produkcyjny. Wybory prezydenckie już w czerwcu.
Wybory prezydenckie odbędą się w sposób korespondencyjny, o co zabiegał jaśniepan prezes.

Poza tym mamy wiele niewiadomych.
Skoro w niedzielę będą nieprzeprowadzone i unieważnione przez Sąd Najwyższy wybory prezydenckie, to od soboty powinna obowiązywać w Polsce cisza wyborcza.
Czy w przyszły weekend będzie obowiązywał nas zakaz mówienia o polityce i grożące za to sankcje?
Jaśniepan prezes Kaczyński wielokrotnie
oszukiwał
swych partnerów politycznych. Ostatnio zrobił w balona pana prezydenta Dudę. Za jego podpis pod ustawą o dofinansowaniu 10 miliardami złotych prorządowej telewizji i radia, jaśniepan prezes obiecał mu wyrzucenie pana prezesa Jacka Kurskiego z posady prezesa TVP SA.
Słowa niby dotrzymał, bo Jacek Kurski przestał być prezesem TVP SA. Tyle, że Kurski dalej kieruje rządową telewizją. Teraz z fotela pana „Doradcy prezesa TVP SA”.
Nie zdziwmy się zatem jeśli w przyszły poniedziałek dowiemy się, że wybory prezydenckie odbędą się już 23 maja.
Taki, niezgodny z prawem, termin ogłosić nam może pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek.
A posłuszny jaśnie panu prezesowi Trybunał Konstytucyjny orzeknie, że pani marszałek ma prawo łamać obowiązujące prawo.
Nie dziwmy się temu, bo ostatnie wydarzenia jednoznacznie potwierdziły, że jaśniepan prezes i elity „Prawa i Sprawiedliwości” stworzyły w Polsce
mafio podobny
system sprawowania władzy.
Wszyscy niedawno mogli dowiedzieć się, że jaśniepan prezes Kaczyński, formalnie szeregowy poseł RP, decyduje o przyszłych, najważniejszych głosowaniach Sejmu RP, pracach rządu RP, działalności pana prezydenta RP oraz dyktuje przyszłe wyroki dla Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego.
Jak sycylijski capo di tutti capi.
Czasem bywa demokratą i do procesu decyzyjnego doprasza któregoś z młodszych „capo”, jak teraz ambitnego Gowina. Tak uspołecznia proces decyzyjny.
Jak to dobrze, że jaśniepan prezes nie pasjonuje się piłką nożna, bo wtedy wyniki meczów ekstraklasy też by nam drukował.
Ostatnie wydarzenia potwierdziły też, że:
Pan prezydent Duda jest marionetką jaśniepana prezesa. Bezkrytycznie grającą w TVP SA rolę kandydata w niedzielnych wyborach prezydenckich. W czasie kiedy jaśniepan prezes z panem posłem Gowinem umawiali się na przesuniecie terminu tychże wyborów.
Opozycja dostała czas, od dwóch tygodni do dwóch miesięcy, aby doprowadzić do drugiej tury wyborczej. Szansy na sukces opozycyjnej kandydatury. Czeka ją teraz ciężka, ale nie beznadziejna praca.
Rację mieli liderzy Lewicy, kiedy publicznie uchylali się od deklarowania bojkotu wyborów wyznaczonych na 10 maja. Kiedy deklarowali rezerwę wobec kooperacji z panem „GieGie”. Z gowinującym „Gumowym Gowinem”.

Dostali za to lawinę krytyki, także od wielu prominentnych lewicowców.
Czy teraz dostaną od nich wyrazy uznania?
Rządzą Polską polityczni szulerzy. Dlatego wszelkie estetyczno – polityczne deklaracje o „przyzwoitym zachowaniu”, „moralnym wymiarze polityki” należy zachować na lepsze, przyszłe czasy.
A z szulerami trzeba, niestety po szulersku.
Jaśnie pan prezes nie zapomni panu posłowi Gowinowi publicznego zakwestionowania jego przywództwa. Postara się o jak najszybsze
wyeliminowanie go
z życia politycznego. Najskuteczniej można to zrobić w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Dlatego droga opozycjo, szykujcie się już teraz do nowych, może wielce przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.
Media krajowe skupiają się teraz na powielaniu popularnego w Internecie pytania:
Kto zapłaci za druk milionów bezprawnych kart do głosowania?
Choć każdy rozsądny człowiek wie, że za szulerstwa jaśniepana prezesa płacili, płacą, i nieraz jeszcze zapłacą wszyscy polscy podatnicy.

My też.
Dziś jednak najbardziej stratnym finansowo politykiem prawicy jest pan poseł Jarosław Gowin.
W efekcie swego sporu z jaśniepanem prezesem musiał podać się do dymisji. Stracił posadę wice premiera i związane z nią uposażenia. Kiedy nadchodzą lata chude.
A przecież jeszcze w tłustych latach, pan wiece premier Gowin wielce skarżył się mediom, że życie w Warszawie robi się coraz droższe i trudno mu tam wyżyć z jego dziewiętnasto tysięcznej pensji. Ledwo może związać koniec z końcem.
No, ale „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, jak deklarował niedawno jaśnie pan prezes.

Flaczki tygodnia

Mówimy – Gowin, a w domyśle – Kaczyński, mówimy – Kaczyński, a w domyśle – Gowin.

Trwa miesiąc gowinowski. Największe krajowe, dyżurne Autorytety Moralne, najsłynniejsi telewizyjni Komentatorzy odmieniają Gowina przez wszystkie przypadki polityczne. Jeszcze chwila, a polskie miasta i wszystkie wioski hosanna mu zaśpiewają, bo to będzie rok gowinowski.

A jeszcze niedawno tylko na sam dźwięk tego nazwiska te same Autorytety, ten sam gwiazdozbiór komentatorski pogardliwie wykrzywiał swe estetyczne usteczka. Co za miernota z tego Gowina, ach ta jego lizusowska mentalność, cóż za menda polityczna, co za ohydny karierowicz…
A po słynnej deklaracji pan wicepremiera,że „Głosowałem, ale się nie cieszyłem”, pojawił się nowy termin w polskim języku politycznym. Słynne „gowinowanie”.
Oznaczające lawirowanie między resztkami posiadanego sumienia i przyzwoitości a realizacją własnych interesów. Połączone z ucieczką od odpowiedzialności politycznej.

I kiedy wszystko wydało się już poukładane w „Dojnej Zmianie” to pan wicepremier Gowin zdecydował się zaprzeczyć samem sobie. Wbrew własnym wartościom, ideałom i utartym już stereotypie swej sylwetki, nagle przestał gowinować. Zechciał wybić się na niepodległość polityczną i zwykle człowieczeństwo, sprzeciwiając się jaśnie panu prezesowi.

Okazało się przy okazji, że ludzki wymiar w Prawie i Sprawiedliwości można osiągnąć jedynie sprzeciwiając się psycho dyktaturze
Kaczyńskiego.

To zmartwychwstanie polityczne Gowina, dokonane w okresie wielkanocnym, wielce zaskoczyło parlamentarną opozycję. Oto bowiem pojawiła się szansa pozbawienia PiS większości w Sejmie RP, czyli pozbawienia ich jaśniepańśkiej władzy. Może nie od razu, kiedyś tam, ale teraz przynajmniej zahamowania ich narastającej psycho dyktatury.

Problem w tym, że oferta przywracania demokracji w Polsce przyszła od polityka, który do tej pory przedkładał swą karierę nad wszystkie inne wartości. Nie wiemy też ilu wyznawców ma zmartwychwstaniec Gowin w swojej partii.
Czy wystarczy mu ich do zablokowania wyborów prezydenckich w maju tego roku w czasie najbliższego sejmowego głosowania?
Na razie więcej słyszymy o możliwości pozyskiwania potencjalnych Judaszów z szeregów partii Gowina i innych opozycyjnych klubów parlamentarnych przez elity PiS, niż solidarnościowych deklaracji wobec Gowina z szeregów partii, której nadal jest przywódcą.

Zauważcie też jak wielce zmienił się styl polskiej polityki. Jeszcze dwadzieścia, piętnaście lat temu sama informacja o korumpowania opozycyjnych parlamentarzystów przez obóz władzy wywołałaby gigantyczne wzburzenie mediów i przede wszystkim opinii publicznej. Powszechne żądania dymisji polityków uprawiających tak odrażający proceder.
Dziś przekupywanie parlamentarzystów traktowane jest jako jeden z licznych sposobów uprawiania polityki. Ocenianych jedynie wedle kryteriów skuteczności działania.
A przecież nie tak dawno jaśnie pan prezes Kaczyński przekonywał „ciemny lud”, że do „polityki idzie się nie dla pieniędzy”.

Zaplanowane przez elity PiS majowe wybory podzieliły opozycję. Na bojkotujących udział w niedemokratycznych wyborach i wzywających do udziału w głosowaniu. Podział taki powstał także na lewicy.

Aktywnymi zwolennikami bojkotu majowych wyborów są często obecni w mediach euro deputowani, byli premierzy Włodzimierz Cimoszewicz i Leszek Miller.
„Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że bojkot wyborów czy nieuczestniczenie w nich to kapitulacja. Kapitulacja jest wtedy, kiedy przyjmuje się warunki podyktowane przez Kaczyńskiego”, zadeklarował Leszek Miller.
Do udziału w wyborach, nawet tych niedemokratycznych, wzywają za to obecni liderzy zjednoczonej Lewicy. Zwłaszcza wicemarszałek Sejmu RP Włodzimierz Czarzasty.
Uważa on, że im wyższa będzie frekwencja wyborcza, tym mniejsze staną się szanse wygranej w pierwszej turze przez Andrzeja Dudę. Co zwiększa szansę na wspólnego kandydata opozycji w drugiej i pokonanie Dudy. Bojkot wyborów to jedynie ucieczka z pola walki, oddanie przyszłej prezydentury walkowerem.

„Flaczki Tygodnia” zachęcają wszystkich lewicowców do udziału w tych niedemokratycznych, nawet fałszowanych przez PiS wyborach.
„Flaczki” nie brzydzą się niedemokratycznych wyborów, bo nieraz w swej młodości w takich uczestniczyły. Wierząc, że wtedy nawet sam trening wyborczy przyda się potem w demokratycznych czasach.
„Flaczki” wielokrotnie uczestniczyły w misjach obserwujących zagraniczne wybory. Zwykle nieortodoksyjnie demokratycznych. I zawsze przekonywały się, że ogłaszane przez tamtejszą opozycje bojkoty wyborów nie skutkowały, nie obalały tamtych dyktatur.

„Flaczki” nie wierzą, intuicyjnie rzecz jasna, w obwieszczone już sondażowe zwycięstwo pana prezydenta Dudy w pierwszej turze wyborów.
Przeciwnie, „Flaczki” uważają, intuicyjnie również, że proponowany przez elit PiS sposób przeprowadzenia wyborów sprzyja mieszkańcom dużych miast. Czyli wyborcom innych kandydatów niż pan kandydat Duda.

Chociaż PiS to komżuchy, czyli partia popierająca polski kościół kat. to teraz hierarchia tegoż kościoła zaczyna dystansować się od dyktatorskich zapędów jej elit.
Hierarchowie zauważyli, podobnie jak Gowin, że psychodyktatorskie zapędy elit PiS prowadzą do bardzo ostrych podziałów wśród wiernych. Rozłamu wśród katolików. Jednoznacznie poparcie kościoła kat. dla PiS tym razem grozi odejściem wiernych od ołtarza. Kościół mieniący się powszechnym może szybko stać się kościołem jedynie wyborców tej partii.

Obserwując debaty o kolejnych rządowych „tarczach antykryzysowych” dostrzegły zdumione „Flaczki” powstanie nowego „socjalizmu” w naszym kraju. Przejawiającego się w żądaniu stworzeniu przez obecny rząd „państwa socjalnego”, równo i sprawiedliwie przyznającego pomoc poszkodowanym przez zarazę.
Ale pomocy tylko dla bankierów, wielkich przedsiębiorców i innych kapitalistów. Dla innych pracujących ten „socjalizm kapitalistów” będzie nieosiągalny.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej
Ryszard Grosset 3 MAJA 2020

Nasz prezydent z premierem dziś jak zwykle kłamią,
świętując konstytucję, którą co dzień łamią
i jak zwykle, niezmiennie, co dzień i „od święta”
pragną nas w dyktatury utopić odmętach.
Ale gniew już w narodzie narasta i siła,
co w historii niejeden reżim obaliła.
Miejcie się na baczności ,bo niedługo, rankiem
usłyszycie pod oknem „polską „Marsyliankę””.
A kiedy sprawiedliwość upomni się o was,
gdy nie będzie już gdzie się (i za kogo) schować,
swe czyny wam wspominać przyjdzie długie lata
w miejscu gdzie twarda prycza i żelazna krata.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes Kaczyński ma już swój Stalingrad. Ma też swojego generała Paulusa.

Kiedy 23 listopada 1942 roku wojska radzieckie okrążyły w rejonie Stalingradu 6 Armię generała Friedricha Paulusa oraz jej rumuńskich sprzymierzeńców, to dowodzący okrążonymi generał poprosił Hitlera o pozwolenie na odwrót. Ale psychodyktator nakazał swemu generałowi zdobycie Stalingradu za wszelką cenę.

Warto też przypomnieć, że oszołomiony sukcesami; szybkimi podbojami Polski, Beneluxu, Francji, Skandynawii, Bałkanów i ZSRR, niemiecki psychodyktator długo blokował proponowaną przez Hermanna Goringa politykę „Armaty zamiast masła”.
Dzięki temu ludność niemiecka nie odczuwała wielu rygorów prowadzonej wojny. Bywały naloty, był pobór do wojska, ale na terenach III Rzeszy jeszcze w 1942 roku nie było reglamentacji żywności. Żyło się tam całkiem nieźle. Zwłaszcza partyjnym prominentom wzbogaconym na grabieży Żydów i innych podbitych narodów.

Pewnie dlatego Hitler, cieszący się wysokim poparciem i licznymi dowodami miłości Niemców, uparł się, aby Paulu zrealizował jego ambicje. Zdobył miasto noszące imię Stalina. Wbrew sztuce wojenne, politycznej logice, ludzkiej przyzwoitości. Psychopolityka wzięła górę nad rozsądkiem.

Ale generał Pauls znał wojenne realia. W przeciwieństwie do swego Fuhrera, który żył w odizolowanych bunkrach. Otoczony gronem lizusowskich współpracowników.
Paulus nie był też politycznym wojownikiem. Pochodził z rodziny mieszczańskiej, ożenił się z rumuńską arystokratką. Karierę zrobił w sztabach, nie na frontach. Nie należał do starej, partyjnej gwardii Hitlera. Pewnie dlatego łatwiej było mu poddać się.

Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński nakazał swemu partyjnemu wojsku przeprowadzić wybory prezydenckie 10 maja. Za wszelką cenę. Pomimo, że Polska została okrążona zarazą, że procedura wyborcza zwiększy ilość śmiertelnych zachorowań.
Ale, zachowujący się jak psychodyktator, jaśniepan prezes Kaczyński nie godzi się na polityczny i symboliczny odwrót. Na utratę części władzy.

Pierwszym z grona elit PiS, który otwarcie zaapelował o taki odwrót, niczym Paulus w 1942 roku, był pan wicepremier Jarosław Gowin. Publicznie przedstawił swój plan wyjścia z politycznego kotła. Przesunięcia wyborów, przedłużenie kadencji obecnego pana prezydenta o dwa lata. Wzbudził tym sensację.

Ale to nie szczegóły planu politycznego pana wicepremiera są najważniejsze. Nawet kiedy zaprasza opozycję do negocjacji, a elitom PiS daje szansę wyjścia z śmiertelnego zaułka.
Bunt Gowina ma przełomowe, symboliczne i psychologiczne znaczenie w stworzonym przez elity PiS systemie „psycho dyktaury”.

Oto bowiem wasal polityczny jaśniepana prezesa publicznie wypowiada mu posłuszeństwo.
Tym samym podważa obowiązujący w PiS quasi religijny dogmat „O nieomylności Geniuszu Politycznym pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego”.
Pokazuje, Urbi AT Orbi, że można się z wolą jaśniepana prezesa Kaczyńskiego publicznie nie zgadzać.

Dlatego deklaracja pana wicepremiera Gowina wzbudziła tak wielkie zdumienie polskiej klasy politycznej.
Wielu prominentów PiS nie wierzyło w informację o niej, jak kiedyś nie uwierzono w kapitulację Paulusa.
Wielu polityków opozycji nie było przygotowanych na taki zwrot polityczny wicepremiera, do tej pory posłusznego jaśniepanu prezesowi. Nie miało planu co zrobić w takiej sytuacji.

Odwrót Gowina wzbudził też niedowierzanie i zdumienie gwiazd krajowego komentatorstwa politycznego. Pojawiły się przeróżne analizy tłumaczące to nieoczekiwane wydarzenie.
Nawet wyjaśnienie, że wszystko to lipa, teatr polityczny pisany pod dyktando jaśniepana prezesa.
Bo cały ten „bunt” Gowina został starannie na Nowogrodzkiej wyreżyserowany. Ma dać alibi jaśniepanu prezesowi jeśli zdecyduje się zrezygnować z majowych wyborów. Wtedy pójdzie przekaz medialny do najwierniejszych wyborców PiS, do przysłowiowego „ciemnego ludu”. Że jaśniepan prezes chciał wyborów w maju, aby „Dobra Zmiana” dalej uszczęśliwiała Polskę, ale ten zły Gowin, ten przechrzta polityczny, prezesa i Polskę zdradził.

Minął weekend. Czas przeznaczony na konsultacje i polityczne knucie. Nastaje Wielki Tydzień i wielkanocne święta. Wyborcy PiS już powinni dowiedzieć się, co będzie z zapowiedzianym przez Gowina odwrotem, co z majowymi wyborami.
Jaśniepan prezes Kaczyński nie może wyrzucić pana wicepremiera Gowina i jego ludzi z rządu, oraz z zajmowanych posad w administracji państwowej, bo bez armii Gowina nie będzie miał większości w Sejmie. A w Senacie już nie ma. Cóż zatem z nim zrobi? Przekupi pana wicepremiera za odstąpienie od odwrotu?

W przededniu kapitulacji, 30 stycznia 1943 roku, generał Paulus został awansowany przez do stopnia feldmarszałka. Psychodyktator liczył, że Paulus nie skapituluje i popełni samobójstwo, bo od 1871 roku żaden niemiecki feldmarszałek nie dał się żywcem wziąć do niewoli. Samobójstwo Paulusa byłoby symbolem nieustępliwości wojsk niemieckich.
Bitwa zakończyła się klęską Niemców. Stracili wtedy mit niezwyciężonych. Inicjatywę militarną utracili pół roku później, po bitwie pod Kurskiem

Klęski na froncie wschodnim zmusiły Hitlera do zmiany polityki wewnętrznej. 18 lutego 1943 Goebbels zorganizował wielki mityng w Pałacu Sport w Berlinie i wezwał Niemców do zaakceptowania totalnej wojny. Do ciężkiej pracy i wyrzeczeń dla Fuhrera, aby odnieść „ostateczne zwycięstwo narodu”. Do rezygnacji z masła na rzecz armat.

Pan wicepremier Gowin wie zapewne, lepiej niż niejeden wyborca PiS, ile pracy i wyrzeczeń czeka w najbliższych miesiącach obywateli naszego kraju. Wie, że elity PiS przegrają każde następne wybory. Zwłaszcza, że te prezydenckie w maju stały się już dla PiS ich politycznym Stalingradem. Niebawem zobaczymy, czy zbuntowany Gowin zostanie „Paulusem” jaśniepana prezesa, czy może nawet jego „Brutusem”?

Na razie do wsparcia Gowina wzywa lewicę prezydent Aleksander Kwaśniewski, a polityków z centrum i prawicy Episkopat kościoła kat. pod przewodem abepe Stanisława Gądeckiego. Atakują jaśniepana prezesa na dwa fronty.

Wielki Tydzień to dobry czas na rozmyślania o mękach, śmierci i zmartwychwstaniu. Także politycznym.

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na
https://www.facebook.com/trybuna.net/

Gowin broni bredni

Jarosław Gowin próbuje z siebie zrobić rycerza w walce o „wolność nauki”.
A tak naprawdę broni homofobii i obskurantyzmu.

Śląski Uniwersytet Medyczny, podaje gazeta.pl rozwiązał umowę z człowiekiem, który wygłosił wykład pt. „Homoseksualizm a zdrowie”.
W nim powoływał się, wbrew ustaleniom międzynarodowych gremiów naukowych, oraz Światowej Organizacji Zdrowia na twierdzenia, że homoseksualizm jest niezgodny z naturą, a także, że przynosi problemy psychiczne, takie jak depresja, prowadzi do uzależnień oraz skutkuje częstszymi zachorowaniami na AIDS. Jako źródła wykładowca wymienił m.in. strony StopGender.pl i ortodoksyjnie katolicki portal PCh24. W reakcji na protesty społeczności LGBT, wskazujących, że tezy wykładu przeczą ustaleniom nauki, a także, że Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wypowiedziała się przeciwko wszelkim formom dyskryminacji,
Śląski Uniwersytet Medyczny rozwiązał umowę z autorem wykładu, zaś rzeczniczka prasowa skomentowała to następująco: „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz wicepremier Jarosław Gowin napisał na Twitterze, że jest to „jaskrawy przypadek złamania konstytucyjnej zasady wolności słowa”, któremu będzie się przeciwstawiał.
Teraz należy oczekiwać, jakich argumentów użyje wicepremier Gowin w obronie autora homofobicznego wykładu, by przekonać opinie publiczną, że to było wystąpienie oparte na naukowych podstawach.
Może być i śmiesznie, i strasznie.

Flaczki tygodnia

Czasem warto ugryźć się w język. Zwłaszcza kiedy chce się być kandydatką na prezydenta. I nie tylko kandydować, ale też zostać wybraną. A tego żaden kandydat demokratycznej opozycji nie osiągnie bez poparcia zjednoczonej Lewicy.

Warto gryźć się w język w kraju rozbuchanej mediokracji. Gdzie politycy pełnią role medialnych celebrytów. Codziennie popisują się „tweeterowymi” złośliwymi komentarzykami. Zabiegają o przodownictwo pracy w gromadzeniu internetowych lajków.
Trzeba nawet gryźć się w język w kraju gdzie media i wyborcy ocenia i rozliczają polityków tylko z tego co politycy mówią, a nie z tego co rzeczywiście robią.

Zatem każdy obserwator polskiego życia politycznego, kiedy tylko usłyszał w programie „Kropka nad i” komentarz pani poseł Małgorzaty Kidawy – Błońskiej o tym, że jeśli politycy Lewicy poprą projekt PiS, „to znaczy, że są nic niewarci”, od razu mógł zakładać się, że będzie z tego niezła medialna chryja.

Że pogardliwe określenie lewicowego sojusznika będzie powielane w Internecie przez wszystkie farmy trolli zarządzane przez PiS. Z zimną kalkulacją i gorącą satysfakcją.
Ach jakże ta nowa gwiazda liberalnych mediów głównego nurtu, ozdoba „Salonu warszawskiego”, sama się podłożyła. Sama pokazała, jakąż pogardę dla „młodszych braci” lewicy żywi wiecznie dumna, przekonana o swojej wspaniałości Platforma Obywatelska.
Jaką, iście kolonialną, pychę mieć może.

I nic dziwnego, że liczne grono medialnych komentatorów żyjących jedynie z analiz min, gęb i komentarzyków krajowych polityków, masowo zaczęło upowszechniać tezę, że oto tymi słowami byłej pani marszałek Sejmu RP, został wypowiedziany pakt o nieagresji i współpracy zawarty przez demokratyczne partie umiarkowanej prawicy, centrum i lewicy. Zwłaszcza, że słowne reakcje posłanek Wandy Nowickiej, Anny Marii Żukowskiej i przewodniczącego klubu parlamentarnego lewicy Krzysztofa Gawkowskiego na wypowiedź byłej marszałek zabrzmiały także ostro. Dopiero przeprosiny posłanki Barbary Nowackiej ostudziły rozpaloną atmosferę nieco.
Skoro gorączka nastrojów opadła, to warto zapytać; O cóż chodzi w przedłożonej przez grupę posłów PiS ustawie?
Dlaczego rządząca większość wybrała sposób procedowania ułatwiający szybkie uchwalenie ustawy? Kogo ona zaboli?
Kto może zyskać na niej, a kto stracić?

Wedle podawanych szacunków zarobki wyższe niż 30-krotność przeciętnego wynagrodzenia, czyli około 140 tysięcy zł rocznie, osiąga w Polsce około 370 tysięcy osób.
Jeśli zostanie zniesiony obowiązujący dzisiaj limit odprowadzania przez nich pieniędzy na składki emerytalne do ZUS, to zaczną oni płacić tam więcej, ale zarabiać mniej. W zamian za utracone zarobki otrzymają obietnicę bardzo wysokich emerytur w przyszłości.

Obietnice jedynie. Bo skoro władza raz kazała bogatym do wspólnego emerytalnego koryta dopłacać, to w przyszłości może też wprowadzić górą granicę wysokości emerytur i złożonej obietnicy w pełni nie dotrzymać.
Zwłaszcza kiedy ta nowa władza nie będzie już związana z panem prezesem Kaczyńskim, z jego Prawem i Sprawiedliwością. A odziedziczyć po rządach PiS może liczne wydatki socjalne radykalnie powiększające deficyt budżetowy.

Ponieważ na zmianach ucierpią obywatele najbogatsi i pracodawcy, to zdecydowany, bardziej ideowy niż merytoryczny, sprzeciw wyrazili liderzy Koalicji Obywatelskiej.
Koalicyjni posłowie zajmujący się polityką emerytalną zauważyli, że pracujący na etatach i zagrożeni wyższymi składkami emerytalnymi zaczną zmieniać swe formy zatrudnienia. Będą zakładać jednoosobowe firmy i tym sposobem unikać zmniejszania swych wynagrodzeń. W skrajnych przypadkach rejestrować swą działalność gospodarczą poza granicami naszego kraju. Niezwykle czarną przyszłość, masową ucieczkę przedsiębiorczych, jęli wróżyć dla naszego kraju

Burza medialna wybuchła tylko dlatego, że politycy Lewicy nie zadeklarowali od razu, iż odrzucą projekt PiS.
Kiedy Krzysztof Gawkowski, przewodniczący Klubu Parlamentarnego Lewicy, powiedział: „Przedstawimy własne propozycje dotyczące ustawy o zniesieniu 30-krotności ZUS i będziemy je merytorycznie argumentować. Brakuje nam obecnie w projekcie przede wszystkim zabezpieczeń w postaci zapisów o emeryturze minimalnej i maksymalnej. Będziemy chcieli również odbyć konsultacje społeczne i dopiero po nich zapadną ostateczne decyzje”.
Taka, rzeczowa i niezobowiązująca, deklaracja wzbudziła wielkie podejrzenie liberalnych mediów, że oto politycy Lewicy mogą poprzeć PiS ustawę za jakieś, tajemnicze korzyści. Wywołała liczne plotki i lawiny medialnej piany.

Ciekawe jest, że PiS samo zafundowało sobie burzę medialną i spory wokół tego projektu ustawy. Jeszcze na początku minionego tygodnia parlamentarzyści PiS wycofywali się ze zniesienia limitu. Publicznymi przeciwnikami projektu Porozumienie Jarosława
Gowina oraz pan prezydent Andrzej Duda. Bez głosów frakcji „gowinowców” sami parlamentarzyści PiS tej ustawy nie uchwalą.

Po co zatem grupa posłów PiS wniosła projekt ustawy wiedząc, że nie ma on wymaganej większości i sprzeciw prezydenta? Po co wnieśli projekt, który nie da się uchwalić także ze względów proceduralnych. Za późno jest by zgodnie z prawem takie zmiany zaczęły obowiązywać już w przyszłym roku. A przedłożone zapisy projektu łatwo, po ewentualnych uchwaleniu, skierować do Trybunału Konstytucyjnego.

Czyżby zatem ów poselski projekt, zatwierdzony przez pana prezesa Kaczyńskiego miał inne, ukryte, polityczne cele?
Czy miał za zadanie przetestowanie reakcji opozycji. Zwłaszcza parlamentarzystów Lewicy. Sprawdzenie czy Lewica będzie automatycznie odrzucać wszystkie projekty PiS, czy mentalnie jest przygotowana na merytoryczną współpracę z partią pana Prezesa?

Czy miał ten projekt pokazać panu wicepremierowi Gowinowi i panu prezydentowi, że pan prezes Kaczyński mentalnie gotowy jest na współpracę z Lewicą i nie musi być uzależniony od głosów Porozumienia pana Gowina? Pokazać, że znajdzie się bat nawet na niego?

Tak czy siak Lewica nie przegrała powyższej gry politycznej. Bo potrafiła zachować umiar w medialnym gadulstwie.

Refleksje o reformie szkolnictwa

Początek nowego roku akademickiego zbiega się z wejściem w życie szumnie zapowiadanej reformy. Nie wywołała ona tak silnych kontrowersji, jak wcześniejsza – zupełnie nieudana – pseudoreforma szkolnictwa podstawowego i średniego.

Poprzedzona została dość poważnie przeprowadzoną dyskusją, co można byłoby zapisać na plus ministrowi Gowinowi, gdyby nie to, że niezbyt widać wpływ tej dyskusji na kształt przeprowadzanych zmian. Chociaż jest już za późno, by dokonać zmian we wprowadzanej właśnie reformie, to jednak warto zastanowić się, co stanowi najważniejsze tkwiące w niej zagrożenie i jak ewentualnie można będzie zmiany te poprawić jeśli (lub gdy) powstaną niezbędne warunki polityczne.

Rankingi wstydu

Założoną intencją reformy miało być podniesienie poziomu szkolnictwa wyższego, które w ostatnich dziesięcioleciach istotnie nie może wykazać się szczególnie imponującymi osiągnięciami.
Notowania międzynarodowe naszych czołowych uczelni sytuują je daleko of czołówki światowej, co musi zastanawiać zwłaszcza dlatego, że ustępujemy w tych rankingach nie tylko wielkim mocarstwom (co byłoby zrozumiałe) ale także wielu państwom średniej wielkości.
W środowisku naukowym dość rozpowszechniony jest pogląd, ze tan stan rzeczy wynika głównie z niedofinansowania szkolnictwa wyższego. Daleki jestem od negowania tego argumentu. Paradoksem polskiej transformacji ustrojowej jest to, że trzydzieści lat po zmianie systemu uczelnie wyższe są w gorszej sytuacji finansowej niż były w okresie PRL, zwłaszcza w bardzo pod tym względem dobrych latach siedemdziesiątych. Dzieje się to w warunkach niewątpliwego, bardzo znacznego wzrostu polskiej gospodarki i podniesienia realnych dochodów ludności. Jest to fragment większej całości, na którą składają się – obok problemów edukacji – stan służby zdrowia, niedofinansowanie wymiaru sprawiedliwości i innych działów pracy państwowej. Reforma ministra Gowina tego problemu nie ruszyła, gdyż wymagałoby to przemyślenia całej polityki budżetowej. Gdy obecna opozycja dojdzie do władzy, będzie musiała na nowo przemyśleć tę politykę – nie tylko w odniesieniu do edukacji.

Intencje intencjami

Reforma szkolnictwa wyższego ma – według głoszonych intencji jej autorów – przynieść usprawnienie zarządzania, pozwolić na koncentrację środków w najlepszych uczelniach i zapewnić takie warunki awansu naukowego młodej kadry, które sprzyjać będą jej odmłodzeniu przy zachowaniu, a nawet podniesieniu, merytorycznych kryteriów tego awansu. Są to cele godne poparcia, ale problem tkwi w tym, że reforma polega na dobraniu środków, które nie będą sprzyjały realizacji tak określonych celów.
W sferze zarządzania uczelniami wyższymi reforma idzie w kierunku centralizacji. Likwidacja wydziałów, które stanowiły naturalne, okrzepłe latami, środowiska naukowe i koncentracja władzy w ręku rektorów przy znacznym osłabieniu roli ciał kolektywnych to rozwiązania, które nie tylko odbiegają do wielowiekowej tradycji uniwersyteckiej, ale także nie dają żadnej gwarancji, że w rezultacie tych zmian uczelnie będą lepiej zarządzane. Wiemy co tracimy (znaczną część uczelnianej demokracji), ale nie bardzo wiadomo, co mielibyśmy w wyniku tych zmian zyskać. Swoistość nauki polega na tym, że mechanizmy nieźle sprawdzające się w wojsku czy w administracji gospodarczej nie pasują do nauki i szkolnictwa wyższego, o jakości których decydują indywidualne talenty wielkich uczonych.

Kadra za miskę ryżu

Tu dotykam sprawy jeszcze ważniejszej: sposobu, w jaki reforma ma wpływać na dobór i awans młodej kadry naukowej. To z niej wyrosną przyszli mistrzowie akademiccy, od których pracy w ostatecznym rachunku zależeć będzie poziom polskiej nauki i polskich szkół wyższych. Ca la tradycja akademicka opiera się na tym, że najważniejszym kryterium oceny uczonego jest opinia innych uczonych. Czy jest to rozwiązanie idealne? Nie, gdyż idealnych rozwiązań nie ma. Środowisko naukowe może się mylić, jak na przykład sto lat temu myliło się polskie środowisko prawnicze nie doceniając oryginalności największego z polskich teoretyków prawa Leona Petrażyckiego – uczonego o światowej sławie, ale zbyt niezależnego, jak na kryteria ówczesnego (wtedy bardzo konserwatywnego) środowiska naukowego. Jednak na dłuższą metę nie ma lepszych kryteriów oceny niż opinia innych uczonych. Nie zastąpią jej biurokratyczne kryteria oparte na gromadzeniu punktów za publikacje, co zakłada, że sam fakt opublikowania tekstu w „punktowanym” czasopiśmie świadczy o poziomie kandydata do awansu naukowego.

Docenci pisowscy?

O co więc w istocie idzie w tej reformie? Moim zdaniem ma ona ukryte, ale dość oczywiste cele polityczne.
Wpisuje się w koncepcję „wymiany elit”, którą Prawo i Sprawiedliwość otwarcie głosi i dość konsekwentnie stara się realizować.
To dlatego obniża się znaczenie opinii uczonych a podnosi rolę punktacji, na którą istotny wpływ ma mieć ministerstwo, gdy z to ona – raczej arbitralnie – ustala listę „punktowanych” czasopism. Temu celowi ma także służyć wzmocnienie pozycji rektorów, gdyż osłabienie roli ciał kolektywnych oznacza zmniejszenie roli środowiska naukowego, w którym wpływy obecnej partii rządzącej są niewielkie.
Wszystko to przypomina zmiany wprowadzone półwieku temu, gdy – po niechlubnym marcu 1968 roku – ówczesne władze osłabiły pozycję senatów i rad wydziałów a wzmocniły znacznie pozycję rektorów, a także umożliwiły obejmowanie stanowiska docenta osobom bez habilitacji (tak zwanym „marcowym docentom”).
Nie na wiele to się zdało, gdyż środowiska naukowe cenią sobie własną pozycję i nie poddają się tak łatwo dyktatowi rządzących. Nie wróże więc powodzenia autorom reformy, co nie znaczy, że nie będzie ona miała niekorzystnego wpływu na warunki funkcjonowania polskiego szkolnictwa wyższego.

Ale z drugiej strony…

Gdy powstaną polityczne warunki dla naprawy państwa po rządach PiS, warto będzie poważnie odnieść się do sprawy reformowania szkolnictwa wyższego. Jedną ze zmian powinno być ponowne połączenie ministerstwa edukacji narodowej i szkolnictwa wyższego, tak jak to było w latach 1987-2006. Podzielenie Ministerstwa Edukacji Narodowej (przez rząd Jarosława Kaczyńskiego) było konsekwencją przejęcia kierownictwa MEN przez szefa Ligi Polskich Rodzin wicepremiera Romana Giertycha, co rodziło potrzebę zachowania kierownictwa szkolnictwa wyższego w ręku dotychczasowego ministra, wybitnego uczonego profesora Michała Seweryńskiego. Po zmianie rządu te względy straciły na znaczeniu, ale kolejni premierzy nie wrócili już – moim zdaniem niesłusznie – do rozwiązania, które w swoim czasie dobrze się sprawdziło. Połączenie odpowiedzialności za te obszary w jednym ręku jest uzasadnione tym, że między szkolnictwem ponadpodstawowym i wyższym istnieje wiele powiązań i wzajemnych zależności.

I pieniądze

Warto będzie także inaczej niż dotychczas konstruować politykę finansowania szkolnictwa wyższego i nauki, być może przez zwiększenie udziału wielkich przedsiębiorstw państwowych. Przede wszystkim zaś konieczne będzie uwolnienie szkolnictwa wyższego od politycznej kontroli – i to niezależnie od tego, kto sprawować będzie władzę w państwie.
Skutki obecnej reformy poznamy po jakimś czasie. Chciałbym się mylić, ale wątpię, by przyniosła ona pożądany przełom w sytuacji szkolnictwa wyższego. Od środowiska naukowego będzie zależało, czy – lub w jakim stopniu – wpłynie ona na klimat polityczny, w jakim funkcjonuje ten obszar życia społecznego.

*Autor był w latach 1996-1997 ministrem edukacji narodowej.

Rektor przyniesiony w teczce

List otwarty Polskiej Partii Socjalistycznej do parlamentarzystów polskich w sprawie naruszania autonomii  uczelni wyższych i samorządności środowisk akademickich.

 

Polska Partia Socjalistyczna z niepokojem i oburzeniem przyjmuje kolejny etap ograniczania przez rządzące siły polityczne samorządności środowisk zawodowych i społecznych.
Procedowana ustawa o szkolnictwie wyższym, zwana potocznie „ustawą Gowina” oddaje szkoły wyższe pod władzę autorytarnej władzy. Wprowadzany nowy organ uczelni publicznej Rada Uczelni w której większość stanowią ludzie z poza uczelni może dokonywać wyboru Rektora co jest zaprzeczeniem standardów samorządności i demokracji w środowiskach akademickich. Rektora będzie można „przynieść w teczce” a los uczelni zależałby wówczas od rządzących sił politycznych.
Nie przewiduje się powoływania Rad Uczelni w uczelniach niepublicznych, pozostawiając wszystkie kompetencje Senatowi. Świadczy to dobitnie, że Rady Uczelni mają służyć celom politycznym, a nie merytorycznym oraz mają stanowić dodatkowe źródło zarobków dla „swoich” – wysoko opłacanych z naszych podatków urzędników.
Ustawowe rozbicie struktury wydziałowej uczelni to nie tylko odrzucenie akademickiej tradycji, ale odrzucenie racjonalnych metod zarządzania. „Ustawa Gowina” zawiera zapisy umożliwiające likwidację uczelni regionalnych, co oznacza likwidację regionalnych środowisk naukowych i kulturowych. Jest to sprzeczne z interesem społecznym i niegodne polskiego patrioty.
Obowiązująca ustawa zapewnia terytorialną autonomię uczelni, a konstytucja zapewnia wolność i swobodę badań naukowych. Zasady te nie były łamane w całej historii niepodległej Polski.
Tymczasem w dniu 11 maja 2018 roku policja wkroczyła na teren ośrodka Uniwersytetu Szczecińskiego w Pobierowie, łamiąc artykuł 227 ustawy o Szkolnictwie Wyższym. Policja przerwała seminarium naukowe poświęcone filozofii społecznej Karola Marksa i jej konsekwencjom. Miało to charakter zwalczania wszelkiej ideologii niezgodnej z ideologią rządzących i oznacza cofniecie polski do czasów „utrwalania władzy ludowej”.
Dotychczasowe zapisy dotyczące autonomii terytorialnej uczelni nie znalazły odpowiednika w „Ustawie Gowina. Oznacza to legalizację wkraczania sił porządkowych na teren uczelni.
Solidaryzujemy się z protestującymi studentami i pracownikami uczelni i popieramy ich żądania.
Piętnujemy wszelkie próby zastraszania środowiska naukowego, łamania autonomii i samorządności uczelni wyższych.