Gospodarka 48 godzin

Środki łagodzenia kryzysu
W ubiegłym roku polski handel zagraniczny wypracował rekordową nadwyżkę, która wyniosła 82,4 mld zł, czyli 3,5 proc. naszego produktu krajowego brutto. Po raz ostatni tak wysoką nadwyżkę na rachunku bieżącym Polska osiągnęła w połowie lat 90-tych ubiegłego wieku. Wynik handlu zagranicznego przyczynił się do ograniczenia skali kryzysu gospodarczego w naszym kraju. Na wzrost gospodarczy w Polsce w czasie epidemii pozytywnie oddziaływało też spożycie publiczne, czyli, innymi słowy, konsumpcja finansowana ze środków publicznych (w krajach zachodnich określało się ją mianem „nakręcania koniunktury”). Dodatni wpływ obu tych czynników pozwolił częściowo zrównoważyć negatywne skutki ograniczenia poziomu konsumpcji i inwestycji. Spożycie publiczne wzrosło w 2020 r. o 4,4 proc. wobec poziomu z 2019 r. Wzrost był efektem nieco wyższych wydatków w sektorze ochrony zdrowia, a także podwyżki wynagrodzeń w sferze budżetowej.

Mafie podatkowe triumfują
Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości pogarszają się wyniki pracy organów egzekucyjnych. W 2020 r. wyegzekwowały one zaległości podatkowe na kwotę 3343,3 mln zł, tj. o 33,1% mniejszą niż w roku poprzednim. Liczba tytułów wykonawczych obejmujących należności podatkowe, zrealizowanych średnio przez jednego zatrudnionego w komórce egzekucyjnej obniżyła się z 283 w 2019 r. do 220 w 2020 r., a wyegzekwowana kwota z 1208,1 tys. zł do 830 tys. zł. Mniejsza była też liczba kierowanych do egzekucji tytułów wykonawczych obejmujących zaległości podatkowe.

Kary często fikcyjne
3,52 mln zł wyniosła najwyższa kara nałożona przez UOKiK za praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów podczas pokazów (organizowanych mimo pandemii). Wymierzono ją w ubiegłym roku firmie Comfort Med+ z Wysogotowa. W tym roku na razie najwyższa kara za oszukańczy pokaz jest znacznie niższa – około 200 tys zł. Dostała ją firma Koleta z Nowego Tomyśla. Informowała ona seniorów, że głównym celem spotkania będą badania układu krążenia, podczas gdy w rzeczywistości celem było zaprezentowanie stałej oferty firmy i sprzedaż jej produktów. Firma przekazywała też konsumentom nieprawdziwe informacje, które miały wzbudzić ich zaufanie: że prezentację i omówienie badań prowadzą „starsi diagności”, choć w rzeczywistości były to osoby bez takich kwalifikacji. Kary za oszukańcze pokazy nikogo jednak nie odstraszają, bo od ich wymierzenia do ewentualnej zapłaty mija wiele lat, sądy często je obniżają, a egzekucja bywa niewykonalna, gdyż firmy-efemerydy w porę znikają.

Niebezpiecznie w sieci
Rośnie zagrożenie oszustwami dokonywanymi podczas transakcji internetowych. Niestety, jedyną skuteczną ochroną przed nimi jest po prostu rezygnacja z jakichkolwiek transakcji dokonywanych w sieci. Policyjne statystyki wykazują, że w naszym kraju w ubiegłym roku doszło do prawie 55 tysięcy takich przestępstw, a duża część ich sprawców pozostała niewykryta, nie mówiąc już o ich ukaraniu. Zagrożenie stale rośnie, od 2017 r. liczba oszustw internetowych w Polsce zwiększyła się o ok. 50 proc. Najczęściej cyberoszuści stosują najprostsze metody – czyli podszywają się pod sklepy i firmy kurierskie.

Broni się jedynie handel

W polskiej gospodarce cały czas przeważają opinie, według których nie należy oczekiwać szybkiego rozwoju.
Wartość barometru koniunktury dla sektora handlowego na pierwszy kwartał bieżącego roku wyniosła 50,7 pkt. W ostatnim kwartale ubiegłego roku było to więcej, bo 52,8 pkt. Choć porównując kwartał do kwartału widać spadek (o 2,1 pkt.), to handel wciąż ma najwyższy odczyt wśród wszystkich najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. Jego wartość jako jedyna przekracza próg ograniczonego rozwoju (50 pkt). Barometr koniunktury jest wskaźnikiem informującym o skłonności małych oraz średnich firm do wzrostu i rozwoju.
Na taki wynik największy wpływ miały prognozy w obszarze sprzedaży i płynności finansowej. Ponad 28 proc. przedstawicieli firm handlowych spodziewa się wzrostu zamówień w pierwszym kwartale tego roku – to największy odsetek wśród wszystkich najważniejszych sektorów. Warto jednak zwrócić uwagę, że spadek sprzedaży przewiduje niewiele mniej liczna grupa – 27,5 proc. zapytanych.
Za sprzedażą idą w miarę niezłe prognozy dotyczące płynności finansowej. Tutaj, podobnie, jest najbardziej liczna grupa optymistów spośród badanych sektorów gospodarki. Na poprawę płynności wskazuje co czwarty przedstawiciel branży handlowej. 17,5 proc. przedsiębiorców przewiduje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (kredyty).
Eksperci Europejskiego Funduszu Leasingowego, przygotowujący ten barometr koniunktury, zwracają uwagę, że choć handel wydaje się być dziedziną najbardziej odporną na pandemię koronawirusa, głównie za sprawą rozkwitu zakupów internetowych, to jednak ponad połowa (56 proc.) przedstawicieli branży handlowej prognozuje upadki firm i zamykanie działalności gospodarczych. Natomiast prawie trzy czwarte (72 proc.) uważa, że koronawirus będzie mieć niekorzystny wpływ na przyszłą sytuację ich firmy. Handel obawia się konieczności likwidowania wielu biznesów. Po branży hotelarskiej, restauracyjnej i cateringowej jest to najwyższy odsetek wśród badanych sektorów gospodarki.
Jeśli chodzi o inwestycje, to 92,5 proc. przedsiębiorców handlowych nie planuje ich wzrostu. W ocenie poziomu inwestycji handel niczym nie wyróżnia się na tle pozostałych sektorów polskiej gospodarki. Tylko 3 proc. zapytanych planuje więcej inwestować. – Handel jako jedyna branża może pochwalić się dwoma odczytami z rzędu powyżej progu ograniczonego rozwoju, który oznacza, że firmy widzą szansę na pójście do przodu. Pandemia mocno dotknęła sektor handlowy, szczególnie gałąź tradycyjną, a powrót do poziomu sprzed Covid-19 zajmie trochę czasu, to jednak warto zwrócić uwagę na pozytywną zmianę. Jest nią przyspieszenie cyfryzacji sektora, zarówno po stronie sprzedawców jak i kupujących. Duża część sklepów wdrożyła wiele nowych rozwiązań aby przetrwać ten trudny czas. Z drugiej strony, na zdalne zakupy przerzuciło się wielu Polaków. Rynek e-commerce w ubiegłym roku mógł wzrosnąć nawet o jedną czwartą w porównaniu do 2019 r. – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.
Co do wpływu pandemii na sektor handlowy, należy zauważyć umiarkowany optymizm panujący wśród jego przedstawicieli. Na pytanie „ jak zmieni się kondycja branży w ciągu kolejnych 6 miesięcy?” największy odsetek stanowią ci, którzy nie przewidują zmiany (32 proc.). Aż 28 proc. zapytanych spodziewa się pogorszenia sytuacji w pierwszej części tego roku, podczas gdy polepszenia 26 proc. Optymiści należą więc do zdecydowanej mniejszości w branży handlowej, ale ten ostatni wynik stanowi „światełko w tunelu”, gdyż jest najwyższy od samego początku epidemii w Polsce, czyli od marca 2020 roku.
Handel jeszcze lepiej prezentuje się na tle głównego indeksu barometru koniunktury Europejskiego Funduszu Leasingowego. Wartość wskazań barometru na pierwszy kwartał bieżącego roku wyniosła dla polskiej gospodarki tylko 49,3 pkt. Osiągnięty poziom jest wprawdzie o 0,8 pkt. wyższy niż w czwartym kwartale 2020 r., ale to wciąż wskaźnik zakładający zwijanie się i plajtowanie, a nie rozwój.

Handel chce niższych czynszów

Część sieci sprzedaży rezygnuje z lokali w galeriach handlowych, przenosząc swoje sklepy do Internetu lub mniejszych sklepów.
Branża handlowa w ubiegłym roku boleśnie odczuwała skutki pandemii COVID-19. I jeszcze dotkliwiej odczuwa je teraz. Nakaz zamknięcia wielu sklepów spowodował, że duża część sieci sprzedaży renegocjuje umowy najmu w centrach handlowych, pragnąc dostosować je do nowych, trudniejszych warunków.
Starania o obniżkę czynszów nie spotykają się raczej z życzliwym podejściem właścicieli powierzchni handlowych, więc negocjacje idą opornie. Czynsze transakcyjne powierzchni handlowych znajdujących się w dużych centrach w Warszawie tylko nieznacznie spadły pod koniec drugiego kwartału 2020 r., a na rynkach innych dużych miast pozostały stabilne – wskazuje raport Narodowego Banku Polskiego o sytuacji na rynku nieruchomości w Polsce w III kwartale 2020 r.
Jak widać, pandemia nie spowodowała w ubiegłym roku obniżki czynszów za wynajem powierzchni handlowych. Rzecz w tym, że umowy najmu podpisywane są zazwyczaj na kilka lat, nie ma w nich klauzul przewidujących obniżkę z powodu epidemii – a zatem ewentualne zmiany w nowo podpisanych umowach wynajmu tylko bardzo nieznacznie wpływają na średnią z czynszów, obowiązujących w ostatnich latach. Sytuacja zmienia się jednak dynamicznie, gdyż zagrożenie ze strony handlu internetowego, nie potrzebującego wielkich obiektów, coraz bardziej zagląda w oczy właścicielom powierzchni handlowych.
Nikt dokładnie nie wie, ile wynoszą średnie wysokości cen za wynajem powierzchni handlowych w Polsce. Wiosną ubiegłego roku serwis Otodom szacował, że czynsze za najlepsze lokale kształtują się średnio na poziomie około 180 – 220 zł od metra miesięcznie, a w Warszawie mogą sięgać 400 – 500 zł za metr kwkadratowy.
Wkrótce zaczęła jednak obowiązywać tzw. Tarcza Antykryzysowa, która stanowiła, że na czas obowiązywania zakazu prowadzenia działalności handlowej w obiektach handlowych mających powyżej 2 tys. m² wygasają zobowiązania stron umów najmu. Najemca był zwolniony z płatności czynszu na czas zamknięcia lokalu, o ile złożył wynajmującemu ofertę przedłużenia umowy najmu według dotychczasowych warunków na okres obowiązywania zakazu działalności plus 6 miesięcy. To rozwiązanie sprawiło, że dziś już w ogóle nie wiadomo, ile rzeczywiście płaci się za wynajem powierzchni handlowej w Polsce.
Wiadomo natomiast, że zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej pod koniec ubiegłego roku wynosiły w Polsce ponad 12,2 mln metrów kwadratowych. Kończone budowy obejmowały natomiast około 0,3 mln m.kw. powierzchni handlowej. To niewiele, a niski przyrost nowych powierzchni może oznaczać, że inwestorzy uważają nasz rynek za nasycony, co potwierdza pojawianie się projektów przekształcających istniejące centra handlowe w kombinaty handlowo-usługowo-rozrywkowe
Część sieci sprzedaży w ogóle rezygnuje z lokali w galeriach handlowych, przenosząc swoje sklepy do Internetu lub mniejszych sklepów zlokalizowanych przy ulicach handlowych. Obserwujemy systematyczny wzrost zakupów on-line.
Duże centra handlowe już przed wybuchem pandemii przekształcały się w centra rozrywki, aby przyciągnąć klientów. Jednak obecne obostrzenia sanitarne uniemożliwiają prowadzenie także i tej części działalności.
Nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku powierzchni magazynowych – bo magazynów nie da się przenieść do internetu. Jak wskazuje raport NBP, rynek nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce pozostawał, mimo pandemii, w fazie dynamicznego rozwoju, a popyt i podaż utrzymywały się na wysokim poziomie.
Nowe powierzchnie magazynowe lokalizowane są zwłaszcza w pobliżu dużych miast. Koszty ziemi nie mają już takiego znaczenia, jak przed kilkoma laty, zaś możliwość niezwłocznej obsługi klienta i powiększenia obrotów skłania najemców do wyboru magazynów w bardzo dobrych lokalizacjach.
Na początku IV kwartału 2020 r. całkowite zasoby rynku powierzchni magazynowej w Polsce wzrosły do 20,3 mln metrów kwadratowych, a w budowie znajdowało się ponad 1,53 mln m.kw. nowoczesnej powierzchni magazynowej.
Mimo rozwoju, wielkość pustostanów magazynowych w całym kraju odnotowała jednak lekki wzrost, do poziomu 8,2 proc, wobec 7,3 proc. w 2019 r. Generalnie jednak, rynek nowoczesnej powierzchni magazynowej w ubiegłym roku okazał się mało podatny na trudną sytuację gospodarczą i nie odczuł negatywnych skutków pandemii.
Przyrost powierzchni mieszkaniowych, biurowych, handlowych i magazynowych w Polsce możliwy jest w duże mierze dzięki kredytom. Wartość kredytów na nieruchomości, udzielonych przedsiębiorstwom przez banki krajowe, wynosiła na początku IV kwartału ubiegłego roku 64,8 mld zł. Składały się na to kredyty na nieruchomości mieszkaniowe, deweloperskie, biurowe, przemysłowe, handlowe i usługowe.
Połowa tych kredytów denominowana jest w walutach obcych, zatem zmiany kursu miały istotny wpływ na obniżenie ich wartości. Na przykład wartość kredytów na nieruchomości biurowe spadła w ciagu trzeciego kwartału ubiegłego roku z 17,7 mld zł do 17,2 mld zł. Udział kredytów zagrożonych pozostał zaś w zasadzie niezmienny, wynosząc, zależnie od rodzaju nieruchomości, od 6,1 proc. do 19,4 proc. (najwięcej kredytów zagrożonych jest w budownictwie mieszkaniowym). Są to jednak ubiegłoroczne wskaźniki, które w 2021 r. mogą się znacząco pogorszyć.
Polski rynek nieruchomości na różne sposoby próbuje sobie radzić ze skutkami pandemii. Bez odmrożenia gospodarki niemożliwy będzie jednak powrót na ubiegłoroczną ścieżkę rozwoju.

Gospodarka 48 godzin

Handel mniejszy i zyskowniejszy
Główny Urząd Statystyczny ostatecznie policzył, że obroty towarowe naszego handlu zagranicznego w okresie styczeń – lipiec bieżącego roku wyniosły 568,8 mld PLN w eksporcie oraz 543,6 mld PLN w imporcie. W porównaniu z tym samym okresem 2019 r. spadł zarówno nasz eksport, jak i import: odpowiednio o 3,9 proc. oraz o 8,1 proc. Ten regres to wynik pandemii koronawirusa – tyle, że w sumie wpłynęła ona korzystnie na obecną zyskowność polskiego handlu zagranicznego. Okazało się bowiem, że Polska dostarcza swym partnerom gospodarczym towary, bez których nie mogą się oni obejść, więc spadek naszego eksportu był ponad dwukrotnie mniejszy od spadku importu. W rezultacie, znacznie poprawiło się saldo naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 25,2 mld PLN, podczas gdy za taki sam okres roku ubiegłego wynosiło zaledwie 0,7 mld PLN. Podobne proporcje są w walutach obcych: nasz eksport wyrażony w dolarach wyniósł 142,8 mld USD, a import 136,6 mld USD, co oznacza, że dodatnie saldo to 6,2 mld USD, zaś w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło tylko 0,2 mld USD. Natomiast polski eksport w euro wyniósł 129,6 mld EUR, a import 124,0 mld EUR. Dodatnie saldo wyniosło więc 5,6 mld EUR, podczas gdy w styczniu – lipcu ubiegłego roku mieliśmy tu nawet stratę wynoszącą 0,2 mld EUR. Nie zmieniły się natomiast podstawowe kierunki naszej zagranicznej wymiany gospodarczej. Największy udział w eksporcie oraz imporcie Polska ma nadal z krajami rozwiniętymi – 86,1 proc. i 65,1 proc., zaś najmniejszy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej: w eksporcie 6,0 proc., a w imporcie 6,6 proc. Z państwami środkowoeuropejskimi mamy ujemne saldo, tak samo, jak z państwami rozwijającymi się.

Węglowe dostosowanie
Unia Europejska planuje wprowadzenie tzw. węglowego mechanizmu dostosowawczego, który może stanowić kolejny dopust boży dla naszego nieszczęsnego górnictwa węgla kamiennego. Węglowy mechanizm dostosowawczy to opłata, która ma na celu ograniczyć zjawisko ucieczki emisji, czyli przenoszenia przez przedsiębiorstwa produkcji wysokoemisyjnej z regionów o bardziej restrykcyjnych regulacjach (wpływających na wysokie ceny emisji dwutlenku węgla) do regionów o niższych wymaganiach, przekładających się też na niższe ceny emisji. Sposobem na ograniczenie przenoszenia wspomnianej produkcji wysokoemisyjnej ma być wyrównywanie cen emisji dwutlenku węgla w UE oraz poza nią. Aby osiągnąć ten cel, towary importowane na teren Unii zostaną obciążone dodatkowymi opłatami, zależnie od ilości dwutlenku węgla wyemitowanego podczas ich produkcji. Brzmi to wszystko dość zawile, ale mówiąc bardziej po ludzku chodzi o cło węglowe, które ma przyczynić się do ochrony konkurencyjności europejskiego przemysłu i dalszego ograniczania emisji CO2. Projekt przepisów w tej sprawie ma zostać przedłożony w pierwszym półroczu 2021 r., a ich implementacja powinna nastąpić do 1. stycznia 2023. Jeszcze jest więc trochę czasu na dostosowanie się, ale strona polska już uznała, że węglowy mechanizm dostosowawczy może negatywnie wpłynąć na gospodarcze interesy i sytuację Polski oraz jest kolejnym przykładem nieuzasadnionego obciążania jednego sektora gospodarki. Służyć zaś będzie nie przeciwdziałaniu zjawisku ucieczki emisji lecz w rzeczywistości głównie zasileniu budżetu Unii Europejskiej.

Rosną transakcje w sieci

Pod względem rozwoju sprzedaży w internecie, polski handel detaliczny przeskoczył siedem lat w siedem tygodni.

Pandemia koronawirusa zmieniła nasze codzienne życie w bardzo wielu aspektach, jednak wzrost znaczenia handlu internetowego kosztem kanału tradycyjnego był jednym z najbardziej zauważalnych trendów ostatnich miesięcy.
W ciągu zaledwie kilku tygodni przypadających na okres wprowadzenia ograniczeń związanych z zachowaniem bezpieczeństwa w stanie pandemii, udział sprzedaży internetowej w polskim handlu detalicznym wzrósł z ok. 5,5 proc. na koniec 2019 r. do blisko 12 proc. w szczytowym momencie tego roku. Dla zobrazowania naszej skali wzrostu warto porównać te dane z największym rynkiem e-commerce na świecie, jakim są Stany Zjednoczone: analogiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej zajął tam niemal siedem lat.
Biorąc pod uwagę wzrost sprzedaży online, wyraźnym liderem w naszym kraju była kategoria odzieży i obuwia, gdzie porównując stan z końca kwietnia z tym z początku roku, udział sprzedaży internetowej wzrósł ponad 2,5-krotnie. Niemniej jednak, w miarę znoszenia kolejnych obostrzeń widoczny jest powrót konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży, co powoduje unormowanie się udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej poszczególnych branż.
Przykładowo, w przypadku żywności w czerwcu sprzedaż internetowa była niższa o ok. 10 proc. niż w marcu. W kategorii mebli oraz sprzętu RTV i AGD, spadek w porównaniu z marcem wyniósł ok. 20 proc., zaś w przypadku farmaceutyków i kosmetyków wydatki internetowe były mniejsze o ok 30 proc.
Jeżeli natomiast za poziom odniesienia przyjmiemy sprzedaż internetową z lutego bieżącego roku, to okaże się, że jedyną kategorią sprzedaży detalicznej wyodrębnianą przez Główny Urząd Statystyczny, gdzie wartość internetowej sprzedaży nie wzrosła, były farmaceutyki i kosmetyki. Oznacza to, że w większości branż składających się na handel detaliczny pandemia spowodowała jednak trwałą zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do Internetu – nawet w przypadku takich branż, w przypadku których e-handel nie miał wcześniej znaczącego udziału, czego najlepszym przykładem jest sprzedaż produktów spożywczych.
Można zatem powiedzieć, że pandemia spowodowała skokowy wzrost liczby sklepów internetowych i firm sprzedających poprzez platformy e-commerce. Jako całość, polska gospodarka osiąga przychody z e-handlu bardzo zbliżone do poziomu Unii Europejskiej.
Analizując udział handlu internetowego w przychodach firm (bez podziału na sektor działalności oraz tego, czy odbiorca jest indywidualny czy biznesowy) Polska plasuje się dokładnie na europejskiej średniej wynoszącej 18 proc. Pozostajemy jednak w tyle za niektórymi państwami naszego regionu. Udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować trwale na poziomie ok. 8 proc. – w porównaniu z 5,4 proc. w 2019 r. To wyniki analizy ekspertów Santander Bank.
– Nie wiemy jeszcze jak dokładnie pandemia wpłynęła na finanse firm zajmujących się głównie detaliczną sprzedażą internetową. Bazując jednak na danych historycznych widzimy dwucyfrową dynamikę przychodów, co znacząco przekracza zarówno tempo rozwoju samej gospodarki jak i handlu detalicznego ogółem, notowane w dobrych czasach. Obrazuje to skalę, w jakiej rozwija się handel internetowy. Bazując na dostępnych danych, można z pewnością powiedzieć, że rok 2020 będzie dla polskiej branży e-commerce najlepszy w dotychczasowej historii – ocenia analityk Maciej Nałęcz
Jednocześnie pod względem liczby firm oferujących swoje towary lub usługi w Internecie Polska znajduje się nieco poniżej średniej unijnej – 16 proc. polskich firm prowadzi sprzedaż w kanale internetowym w porównaniu do 20 proc. w UE.
– Dane te mogą oznaczać, że sprzedaż w tym nowoczesnym kanale rozwijały dotychczas w Polsce większe firmy, które pod względem cyfrowych kompetencji być może nawet nieznacznie wyprzedzają swoich zachodnich konkurentów. Z kolei ze średniej unijnej można wywnioskować, że w całej Wspólnocie rośnie rola małych i średnich firm pod względem obecności w Internecie. Największe różnice, zarówno pod względem udziału w przychodach jak i liczby firm, widzimy w branży turystycznej – to wskazuje, że polscy touroperatorzy wyprzedzają swoich europejskich konkurentów w adopcji e-commerce, mimo iż jest to jedna z najbardziej ktywnych pod tym względem branż na poziomie całej Wspólnoty – mówi dyr. Małgorzata Nesterowicz z Santander Banku.
Kolejnymi przykładami większego udziału przychodów z e-commerce wśród polskich przedsiębiorstw wobec średniej europejskiej są między innymi produkcja elektroniki, branża motoryzacyjna oraz sektor meblowy, czyli sektory uczestniczące w dużej mierze we wzroście eksportu z Polski do UE w ostatniej dekadzie.
W Unii widoczne są bardzo duże różnice jeśli chodzi o handel w internecie. Na przykład, w branży budowlanej e-commerce stosuje zaledwie 6 proc. firm, a wśród firm z sektora nieruchomości ok. 11 proc. Na drugim biegunie znajdują się branże, dla których możliwość cyfrowego kontaktu z klientami jest nie tylko normą, ale niemalże warunkiem przetrwania.
Najbardziej rozwinięty pod względem handlu internetowego jest szeroko pojęty sektor turystyczno-wypoczynkowy. W 2019 r. ponad 60 proc. europejskich hotelarzy i ponad 50 proc. operatorów imprez turystycznych sprzedawało swoje usługi w cyfrowych kanałach dystrybucji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w obu tych branżach funkcjonują różne silne internetowe platformy sprzedażowe.
Trzecią najpowszechniej obecną w sieci branżą pod względem liczby firm jest działalność wydawnicza, co również można powiązać z funkcjonowaniem silnych podmiotów międzynarodowych rozwijajacych handel internetowy.
„Warto zauważyć, że wymienione tu branże nastawione są przede wszystkim na sprzedaż B2C” – podkreślają eksperci z banku Santander, co mówiąc po ludzku, oznacza dość oczywiste stwierdzenie, że wspomniane branże prowadzą sprzedaż dla klientów indywidualnych.
Kolejne miejsca pod względem powszechności handlu internetowego na europejskim rynku zajmuje handel hurtowy z szczególnym uwzględnieniem motoryzacji, oraz sam przemysł motoryzacyjny (jedna z nowocześniejszych części europejskiego przemysłu jako takiego).
Według danych za pierwszą połowę lipca 2020 r. poziom wydatków internetowych ustabilizował się na poziomie blisko 140 proc. wydatków z analogicznego okresu ubiegłego roku. To przesunięcie części wydatków konsumenckich do internetu może być naprawdę trwałe.

Wpływ epidemii na chińskie przedsiębiorstwa w Europie i perspektywy współpracy Chiny-UE

Epidemia koronawirusa poważnie wpłynęła na gospodarkę światową, a także zwiększyła presję operacyjną na chińskie firmy. Jak epidemia wpływa na chińskie firmy w Europie? Oto wywiad przeprowadzony przez dziennikarza Chińskiej Grupy Mediów z Gao Xiaochuanem, naukowcem z Centrum Badań Europy Środkowo-Wschodniej przy Uniwersytecie Pedagogicznym Huadong (EAST CHINA NORMAL UNIVERSITY).

Jakie konkretne projekty i aktywa mają Chiny w Europie?
Gao Xiaochuan: Ze względu na politykę ograniczenia dla rynku infrastrukturalnego w krajach UE, obecne chińskie aktywa w Europie koncentrują się głównie w Serbii i w krajach bałkańskich spoza unii. Główne projekty, które zostały ukończone, to między innymi autostrada E763 w Serbii, drugi etap projektu elektrowni Kostolac w Serbii, elektrownia cieplna Stanari w Bośni i Hercegowinie, most na Dunaju w Belgradzie oraz obiekty przeciwpowodziowe we Wrocławiu. Serbska autostrada E763 ma około 300 kilometrów i jest to pierwszy projekt infrastrukturalny realizowany w ramach współpracy między Chinami a krajami Europy Środkowo-Wschodniej, a także pierwsza autostrada zbudowana przez chińskie firmy w Europie. Kolejne projekty zakładają budowę kolei węgiersko-serbskiej, autostrady północ-południe w Czarnogórze oraz mostu Peljesac w Chorwacji.
W regionie europejskim finansowane aktywa Chin koncentrują się w rozwiniętych gospodarkach Europy Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji. Po 2012 roku więcej chińskich instytucji finansowych zaczęło wkraczać do krajów europejskich wzdłuż „Pasa i Szlaku”, w tym do Włoch i Hiszpanii, które zostały teraz poważnie dotknięte epidemią, oraz do krajów Europy Środkowej i Wschodniej jako wschodzących gospodarek w Eurazji. Pod koniec 2018 roku Bank of China, Industrial & Commercial Bank of China, China Construction Bank i inne chińskie instytucje finansowe, utworzyły osiem w pełni licencjonowanych oddziałów w Polsce, Czechach, Serbii i na Węgrzech, obejmując prawie wszystkie regiony Europy Środkowo-Wschodniej. Po wprowadzeniu inicjatywy „Pasa i Szlaku” chińskie instytucje finansowe podjęły się głównych zadań oraz obowiązków zapewnienia wsparcia finansowego chińskim przedsiębiorstwom na ekspansję zagraniczną i udziału w budowie inicjatywy „Pas i Szlaku”.
Jaki wpływ ma epidemia na europejskie projekty infrastrukturalne chińskich przedsiębiorstw?
Mimo że sytuacja w Serbii i innych krajach bałkańskich nie jest tak poważna jak w Europie Południowej, kraje bałkańskie również doświadczyły pewnych trudności w zatrudnieniu po wybuchu epidemii. Dzięki wsparciu rządu serbskiego budowa krajowego odcinka kolei węgiersko-serbskiej nie została przerwana w tym czasie. W kwietniu chiński bank oraz węgierskie Ministerstwo Finansów podpisały umowę pożyczki dotyczącą projektu budowy odcinka węgierskiego kolei węgiersko-serbskiej, co oznacza znaczący postęp w promocji tego sztandarowego projektu połączenia chińsko-europejskiego. Most Peljesac to największy projekt budowy infrastruktury transportowej w Chorwacji od czasu nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami i Chorwacją. W sytuacji rozprzestrzeniania się epidemii w krajach europejskich strona odpowiedzialna za obiekt, pokonując różne trudności, kontynuuje budowę zgodnie z harmonogramem.
Obecnie około 40 proc. prac w ramach kontraktu budowy autostrady północ-południe w Czarnogórze zostało zakończonych, ale z powodu wybuchu epidemii w najbliższym czasie robotnicy nie mogą wrócić na budowę. Można więc powiedzieć, że epidemia wpłynęła w pewnym stopniu na postęp tego projektu. Ogólnie rzecz biorąc, epidemia nie spowodowała znaczącego negatywnego wpływu na aktywa projektów infrastrukturalnych chińskich przedsiębiorstw w Europie.
Jaki wpływ ma epidemia na chińskie instytucje finansowe w Europie?
Spadek europejskiej gospodarki realnej i znaczny wzrost deficytu fiskalnego w różnych krajach zwiększy niestabilność makroekonomiczną. Takie otoczenie gospodarcze wpłynie bezpośrednio na funkcjonowanie oraz na aktywa chińskich instytucji finansowych w Europie. Muszą one być przygotowane na nieściągalne długi, a nawet ponieść ryzyko kurczenia się aktywów. Ponadto, w porównaniu z lokalnymi bankami europejskimi, chińskie instytucje finansowe mają stosunkowo słabsze doświadczenie w rozszerzaniu rynku europejskiego i reagowaniu na ryzyko. W krajach Europy Południowej, poważnie dotkniętych epidemią, chińskie instytucje finansowe znajdują się pod jeszcze większą presją.
Jak epidemia wpływa na chińskie przedsiębiorstwa produkcyjne w Europie?
W ogólnym środowisku poważnego wpływu epidemii na realną gospodarkę europejską, funkcjonowanie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych napotkało już trudności. Hisense Europe, producent sprzętu AGD, dotknięty spadkiem popytu na rynku spowodowanym epidemią w krajach europejskich, odnotował spadek zamówień o 1/3 w marcu i 2/3 w kwietniu. Przewidywane straty wyniosą kilkadziesiąt milionów euro w pierwszej połowie roku. Firmy Hisense w Europie zatrudniają łącznie ponad 9 000 pracowników, a już planowane jest zwolnienie 2200 osób z fabryk w Słowenii, Serbii, Czechach i na Słowacji do końca tego roku, co stanowić będzie prawie 1/4 wszystkich pracowników. Ożywienie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych w Europie zależy głównie od ogólnego ożywienia gospodarki europejskiej i wzrostu popytu na rynku.
Czego oczekujesz od współpracy Chiny-UE?
W okresie walki z epidemią koronawirusa podstawa stosunków chińsko-europejskich była dobra, co położyło podwaliny dla relacji Chiny-UE, w celu zacieśnienia współpracy w okresie po epidemii. W tym czasie obie strony powinny unikać sporów ideologicznych, ale pogłębiać pragmatyczną współpracę. Obecna polityka łagodzenia sytuacji fiskalnej UE i jej członków, w celu promowania gospodarki, stabilizacja warunków życia ludzi i zapewnienie zatrudnienia spowoduje, że kraje będą miały historyczne deficyty i zwolnią rezerwy kapitałowe na projekty infrastrukturalne w okresie po epidemii z wyprzedzeniem. Chińskie przedsiębiorstwa zajmujące się projektami budowy infrastrukturalnej w Europie mogą skorzystać z tej okazji, by wyjść z Bałkanów i rozszerzyć swoje rynki w krajach unijnych. Chińskie instytucje finansowe w Europie muszą przyspieszyć transformację cyfrową i promować aktualizację internetowych usług finansowych. Należy iść zgodnie z nowym trendem rozwojowym przemysłu europejskiego w przyszłości, zwłaszcza dotyczy to wprowadzenia produktów innowacji finansowych w odpowiedzi na nowe potrzeby finansowe wynikające ze strategii takich jak zdrowie publiczne, system medyczny, blockchain, nowe technologie 5G i nowe materiały oraz rozwój nowych gałęzi przemysłu.

Ostatni niezły kwartał

W pierwszych miesiącach tego roku pandemia koronawirusa jeszcze nie odcisnęła swego fatalnego wpływu na polskim handlu zagranicznym.
Obroty naszego handlu zagranicznego w pierwszym kwartale bieżącego roku wyniosły 254,9 mld PLN w eksporcie oraz 251,4 mld PLN w imporcie. Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,5 mld PLN, gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku wyniosło 1,0 mld PLN. W porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku eksport wzrósł o 0,6 proc., a import spadł o 0,4 proc.
Mimo wprowadzonych w drugiej połowie marca br. szeregu ograniczeń na terenie Polski związanych z COVID-19, to nie miały one dużego wpływu na statystykę obrotów towarowych z zagranicą. Granice dla przepływu towarowego były i są otwarte. W danych za marzec, odnotowano spadek obrotów w statystyce towarowej handlu zagranicznego, tzn. w eksporcie o 5,6 proc., a w imporcie o 2,5 proc. w stosunku do marca ub. roku.
Eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 65,9 mld USD, a import 65,0 mld USD (spadek odpowiednio w eksporcie o 1,5 proc., a w imporcie o 2,5 proc.). Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 0,9 mld USD, gdy w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło minus 0,3 mld USD.
Eksport wyrażony w euro wyniósł natomiast 59,9 mld EUR, a import 59,0 mld EUR (wzrost w eksporcie o 1,7 proc., a w imporcie o 0,7 proc.). Dodatnie saldo wyniosło 0,9 mld EUR, podczas gdy w styczniu – marcu ubiegłego roku było ujemne: minus 0,8 mld EUR.
Największy udział w eksporcie ogółem Polska ma z krajami rozwiniętymi – 86,5 proc. (na Unię Europejską przypada 73,5 proc.). Podobnie jest w imporcie – 65,3 proc. (udział UE to 55,4 proc.). Jest to jednak nieco mniej niż w ubiegłym roku, gdy na kraje rozwinięte przypadało 88,0 proc. naszego eksportu (UE: 74,8 proc.) i 66,9 proc. importu (UE: 57,0 proc.) w styczniu – marcu 2019 r.
Natomiast najmniejszy udział odnotowano z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, który w polskim eksporcie wyniósł 5,9 proc., a w imporcie 7,6 proc., wobec odpowiednio 5,4 proc. i 7,6 proc. w tym samym okresie ubiegłego roku.
Ujemne salda Polska tradycyjnie odnotowała z krajami rozwijającymi się – minus 48,5 mld PLN (eksport: minus 12,6 mld USD, import: minus 11,4 mld EUR) i z krajami Europy Środkowo-Wschodniej – minus 4,2 mld PLN.
Taka struktura handlu zagranicznego to wynik systemowo słabej kondycji polskiej gospodarki. Z krajami rozwiniętymi mamy bilans dodatni, bo sprzedajemy im części i podzespoły, importując niewiele zaawansowanych wyrobów i technologii, których nasza mało nowoczesna gospodarka nie jest w stanie wykorzystać, bądź jej na nie nie stać.
Z kolei od krajów rozwijających się (i z Europy Środkowo – Wschodniej) kupujemy głównie surowce i także części oraz podzespoły. Nie mamy natomiast na tyle atrakcyjnych wyrobów finalnych, których eksport mógłby zrównoważyć nasze zakupy.
W I kwartale br. wśród głównych partnerów handlowych Polski odnotowano wzrost eksportu do Rosji, Stanów Zjednoczonych i Czech, a wzrost importu – z Korei Południowej, ze Stanów Zjednoczonych, z Holandii, Chin oraz Rosji. Obroty z pierwszą dziesiątką naszych partnerów handlowych stanowiły 65,7 proc. całego eksportu (w tym samym okresie ubiegłego roku 67,4 proc. , a importu – 64,1 proc. (wobec 64,0 proc. w styczniu – marcu 2019 r.).
Udział naszego najważniejszego partnera gospodarczego, Niemiec, w eksporcie obniżył się w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku i wyniósł 27,6 proc., a w imporcie 21,6 proc. Dodatnie saldo polskiego handlu z Niemcami wyniosło 16,2 mld PLN (4,2 mld USD, 3,8 mld EUR) wobec 13,6 mld PLN (3,6 mld USD, 3,1 mld EUR) w styczniu – marcu 2019 r.
Największy imporcie Polska ma z krajów rozwiniętych – 185,3 mld PLN, w tym z Unii Europejskiej 167,7 mld PLN, wobec odpowiednio 187,7 mld PLN ( w tym z UE 169,1 mld PLN) w takim samym okresie 2019 r.
W styczniu – marcu 2020 r. odnotowano wzrost obrotów w połowie branż towarowych w porównaniu z 2019 r.
W polskim eksporcie największy wzrost dotyczył napojów i tytoniu (o 17,1 proc.), olejów, tłuszczów, wosków, zwierzęcych i roślinnych (o 10,7 proc.), chemii i tzw. produktów pokrewnych (o 8,2 proc.), żywności i zwierząt żywych (o 7,3 proc., mimo różnych epidemii, takch jak np. pomór dzików,oraz zakazów sprzedaży, trapiących naszą branżę spożywczą).
Wzrost eksportu, choć minimalny, nastąpił takze jeśli chodzi o różne wyroby przemysłowe (o 1,4 proc. ), natomiast spadek odnotowaliśmy w paliwach mineralnych, smarach i materiałach pochodnych (o 19,2 proc.).
W polskim imporcie największy wzrost zanotowano w olejach, woskach, tłuszczach zwierzęcych i roślinnych (o 29,4 proc.), oraz w żywności i zwierzętach żywych (o 8,8 proc.), produktach chemicznych (o 8,2 proc.), napojach i tytoniu (o 5,2 proc.) oraz różnych wyrobach przemysłowych (tylko o 2,4 proc.), natomiast spadek – w surowcach z wyjątkiem paliw (o 8,8 proc.) oraz generalnie w towarach przemysłowych (o 3,7 proc.).

Zanim epidemia wstrzyma wymianę

Polskie firmy dobrze wykorzystały pierwsze miesiące bieżącego roku, zarabiając na handlu zagranicznym.

Początek roku nie osłabił kondycji polskiego handlu zagranicznego. Obroty towarowe w styczniu 2020 utrzymały się na poziomie wyników stycznia roku poprzedniego. Rynek niemiecki nadal dominuje w polskim eksporcie i imporcie.
Z opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny danych wynika, że w styczniu bieżącego roku (nowszych danych jeszcze nie ma) wartość eksportu polskich podmiotów gospodarczych utrzymała się na poziomie takim, jak w analogicznym miesiącu roku poprzedniego – w ujęciu złotowym eksport odnotował nieznaczny spadek (o 0,1 punktu procentowego), a w ujęciu w euro niewielki wzrost (o 0,4 p.p.).
Nadal największym rynkiem dla polskich towarów są kraje wysoko rozwinięte: przyjmują 87,1 proc. polskiego eksportu ogółem. Jednakże nastąpił tu nieznaczny spadek, o 1,8 p.p. (wszystkie porównania w stosunku do tego samego okresu roku 2019).

Na unijne rynki

Wśród krajów wysoko rozwiniętych nadal największym odbiorcą polskich towarów są kraje Unii Europejskiej (80,8 proc. eksportu ogółem), ale ich znaczenie nieco spadło (o 2 p.p.). Do krajów strefy euro kierowane było 58,2 proc. eksportu ogółem, niewiele mniej (o 1,5 p.p.) niż w styczniu rok wcześniej.
Wzrósł natomiast (o 1,1 p.p.) udział krajów rozwijających się w polskim eksporcie ogółem, który wyniósł 7,2 proc. – oraz udział krajów Europy Środkowo-Wschodniej (o 0,7 p.p.), który ukształtował się na poziomie 5,5 proc. naszego eksportu ogółem.
Podobnie jest z importem. Jego wartość ogółem wyniosła w styczniu br. 81,5 mld złotych, co stanowiło 99,8 proc. wartości odnotowanej w tym samym okresie roku poprzedniego; wartość importu w przeliczeniu na euro wyniosła 19,1 mld euro, i była ona większa o 0,3 p.p. w porównaniu do stycznia ubiegłego roku.
Tak jak i w eksporcie, kraje wysokorozwinięte były głównym miejscem naszych zakupów, jednakże ich udział imporcie ogółem był znacznie niższy niż w eksporcie i wyniósł 62,8 proc. zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, zwrócić uwagę trzeba na znaczną zmianę w znaczeniu tego importu dla Polski: nastąpił spadek jego udziału w imporcie ogółem Polski o 3,5 pkt.proc. – na korzyść krajów rozwijających się, których udział wzrósł z kolei o 3,2 p.p. do poziomu 29 proc. wartości importu ogółem. Nieznacznie (o 0,3 p.p.) w imporcie ogółem Polski wzrósł udział krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Tracimy na wschodzących

Dobrą wiadomością jest utrzymujące się nadal dodatnie saldo obrotów naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 700 mln złotych (w przeliczeniu na euro było to 200 mln).
Dodatnie saldo występowało w handlu z krajami wysokorozwiniętymi, w tym z krajami UE i krajami strefy euro. Natomiast saldo w handlu z krajami rozwijającymi się było – podobnie jak w styczniu ubiegłego roku – ujemne i wyniosło 17,7 mld złotych (4,1 mld euro). Ujemne saldo (w wysokości 2,2 mld zł; 500 mln euro) występowało także w handlu Polski z krajami Europy Środkowo-Wschodniej.
Utrzymała się wysoka koncentracja eksportu na rynek niemiecki: jego udział w eksporcie ogółem wyniósł 27,4 proc. czyli tyle, ile wyniósł łącznie udział kolejnych pięciu krajów na liście najważniejszych odbiorców polskiego eksportu (Francji, Czech, Wielkiej Brytanii, Włoch i Holandii – 27,7 proc. polskiego eksportu ogółem).
To ważna informacja dla polskich polityków gospodarczych i eksporterów: w ocenie TEP, w związku z nadchodzącymi informacjami o spowolnieniu gospodarki niemieckiej możemy się spodziewać uderzenia w polski eksport i gospodarkę, chyba że polscy eksporterzy znajdą dla swoich towarów alternatywnych odbiorców ich towarów.
Stany Zjednoczone zajmują dopiero siódme miejsce na liście największych odbiorców polskiego eksportu (2,8 poc.), ex aequo z Hiszpanią i Węgrami. Listę dziesięciu najważniejszych odbiorców polskiego eksportu zamyka Szwecja (2,7 proc. eksportu ogółem).
66,7 proc. polskiego eksportu trafia do dziesięciu krajów, co oznacza wysoką koncentrację geograficzną eksportu.

Niemieckie uzależnienie

Głównym rynkiem, z którego pochodzą towary importowane do Polski jest rynek niemiecki (20,5 proc. importu ogółem), co nie dziwi, jeśli spojrzy się na strukturę towarową importu – 37,6 proc. towarów importowanych do Polski to maszyny, urządzenia i środki transportu, kolejne 17,8 proc. to różne inne wyroby przemysłowe, a 17,2 proc. to towary przemysłowe sklasyfikowane według surowca. Następne na liście (9,3 proc.) są chemikalia i towary pokrewne.
Wszystkie wymienione grupy towarów są towarami wysoko przetworzonymi; warto zauważyć, że stanowią one główne grupy towarowe w eksporcie gospodarki niemieckiej.
Przytoczone liczby wskazują na silne powiązanie gospodarki polskiej z wysoko uprzemysłowioną gospodarką niemiecką. To dobra wiadomość przy dobrym stanie koniunktury, ale – wobec zbliżającego się osłabienia gospodarczego w Niemczech – alarmująca.
Drugim pod względem wartości importu partnerem polskich podmiotów gospodarczych były Chiny (14,3 proc. importu ogółem); na kolejnych miejscach uplasowały się Rosja, Włochy i Stany Zjednoczone z (odpowiednio 6,7 proc., 4,4 proc., 4,1 proc.). Z tych pięciu krajów pochodziło 50 proc. polskiego importu ogółem.
Kolejne kraje na liście głównych importerów to Francja, Czechy, Holandia, Korea Południowa i Hiszpania. Z wszystkich tych dziesięciu krajów pochodziło 65 proc. polskiego importu.

Coraz mniej małych sklepów

Rządy Prawa i Sprawiedliwości systematycznie doprowadzają drobne placówki handlowe do upadku.

Wciąż konsekwentnie spada sprzedaż w małych sklepach. W rezultacie maleje ich liczba.
Jeszcze w 2015 r. w Polsce funkcjonowały 40543 małe sklepy. Na koniec 2018 było ich już tylko 33231.
Jest to efekt rządów Prawa i Sprawiedliwości, skierowanych przeciw drobnym przedsiębiorcom, prowadzącym takie sklepy. Co gorsza, rządzący doprowadzają małe sklepy do upadku pod płaszczykiem fałszywych obietnic dbania o ich interesy.
Handel rośnie, sklepiki giną
Struktura handlu detalicznego w Polsce ulega rozmaitym zmianom. Handel w naszym kraju wciąż jeszcze notuje jednak wzrosty. Motorem tego zjawiska jest rosnąca konsumpcja. Jednakże, mimo tych korzystnych tendencji, likwidowane są kolejne małe sklepy.
Notuje się ciągły spadek sprzedaży w tzw. segmencie tradycyjnym (są to nie zorganizowane w sieci, pojedyncze sklepy zlokalizowane przede wszystkim w małych miastach i na obszarach wiejskich).
Ubytek wynosi średnio ok 7,7 proc. rocznie. Tak więc, zmniejsza się rola tradycyjnego handlu, mierzona zarówno wartością sprzedaży, jak i liczbą sklepów – wskazuje raport Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce”.
Ekspertyzy wskazują także, że zauważalny jest wpływ ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele na pogłębianie spadku znaczenia tradycyjnych sklepów.
– Ustawa, która miała pomóc małym sklepom, przynosi odwrotny skutek. Zauważa się, że 49 proc. drobnych handlowców prowadzi dwa lub więcej sklepów. Przepisy dotykają ich więc bezpośrednio – mówi Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców i dodaje, że – rośnie udział dyskontów, które prowadzą aktywną politykę marketingową, zmieniając zachowania zakupowe Polaków.
Ponadto, duże sieci, korzystając z efektu skali, posiadają silną pozycję negocjacyjną w stosunku do producentów i są w stanie szybko dotrzeć z promocjami do konsumentów. Duzi producenci z kolei nie poświęcają czasu na negocjacje i realizowanie promocji z drobnymi partnerami.
Dyskretny urok małego formatu
Liczba małoformatowych sklepów spożywczych systematycznie maleje, podczas gdy dotychczas tzw. mały format pozostawał główną siłą napędową polskiego rynku FMCG (szybko zbywalnych artykułów konsumpcyjnych), co jest ewenementem w skali europejskiej – podkreśla ZPiP.
Na handel w Polsce i na świecie wpływają jednak nie tylko zmiany o charakterze gospodarczym, ale także trendy społeczne czy środowiskowe mające wpływ na zachowania konsumentów.
Dobrym opisem współczesnego konsumenta na rynku handlu detalicznego jest pojęcie tzw. smart shoppingu.
Smart shopper to klient, który ceni swój czas i korzysta w przemyślany sposób z dostępnych promocji, porównuje ze sobą oferty. Smart shopper posiada wiedzę o cenach najczęściej kupowanych produktów, sprawdza daty przydatności do spożycia, jest zainteresowany ofertami promocyjnymi.
Aby sprostać jego oczekiwaniom, sklep musi zapewnić nie tylko niską cenę, by zatrzymać klienta, ale także szybko dotrzeć do niego z korzystną ofertą. W rezultacie, konkurowanie na niskie ceny stało się fundamentem rynku sprzedaży detalicznej, wpisując się w takie właśnie oczekiwania konsumenckie.
Pierwszym krokiem do robienia inteligentnych zakupów jest ich odpowiednie planowanie. Już aż około 65 proc. Polaków sporządza w tym celu szczegółową listę produktów, a co drugi korzysta z gazetek promocyjnych jako źródła informacji o produktach i aktualnych promocjach.
Trzeba podejmować działania mogące powstrzymać likwidację małych, polskich sklepów – apeluje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jako jedno z rozwiązań, ZPP proponuje szerokie wdrażanie innowacji technologicznych w małym handlu, które mogłyby pomóc w spełnieniu oczekiwań konsumentów specjalizujących się w smart shoppingu.
– Polacy nadal chcą robić zakupy w okolicznych, osiedlowych sklepach. Wykorzystanie technologii musi być połączone z modernizacją działania. Te dwa elementy mogą spowodować, że wiele małych polskich sklepów będzie miało szanse przetrwać i zachować rentowność – zauważa Cezary Kaźmierczak prezes ZPiP.
Rząd nie pomoże
Mały sklep może zdecydować się na wykorzystanie platformy, dzięki której otrzymuje moduł fiskalny połączony z oprogramowaniem do zarządzania sprzedażą. Sklep uzyskuje rejestr sprzedaż oraz dane dotyczące m.in. sprzedaży w przeszłości, rozliczenia płatności, indeksacji towaru, a także raporty analityczne pozwalające na śledzenie trendów w zakupach klientów. W ramach aplikacji otrzymuje także oferty promocyjne bezpośrednio od producentów. Dzięki wykorzystaniu takiego narzędzia, klient może kupić produkt po niższej cenie, a mały sklep zaproponuje promocje dotychczas dla niego niedostępne, przy równoczesnym utrzymaniu marży na sprzedawanych towarach. Oznaczać to będzie zwiększenie sprzedaży.
– Rozwiązanie zapewniające sklepom detalicznym dostęp do promocji oferowanych bezpośrednio przez producentów FMCG sprawia, że w konsekwencji małe sklepy są w stanie podjąć konkurencję cenową ze sklepami wielkopowierzchniowymi, dyskontami oraz dużymi sieciami detalicznymi – dodaje Piotr Palutkiewicz z ZPiP.
– Należy wszelkimi sposobami powstrzymać trend upadku małych sklepów. Jeśli rząd nie chce im pomóc, sklepikarze muszą wziąć sprawy w swoje ręce i wdrażać wszelkie dostępne narzędzia, które mogą być pomocne w konkurowaniu z dużymi podmiotami – konkluduje Cezary Kaźmierczak.
Wydaje się, że na co, jak na co, ale na pomoc rządu trudno liczyć. Prominenci PiS mają wrażliwość walca drogowego a ich ośli upór w ignorowaniu sugestii jakichkolwiek korekt we własnych poczynaniach jest już wręcz legendarny.

Chcemy wyższych płac!

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa ponownie domaga się podjęcia przez rząd działań na rzecz obligatoryjnego wprowadzenia znacznie wyższych płac za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości lekceważy setki tysięcy pracowników wykonujących swoje obowiązki w niedziele i święta. Odrębne regulacje zostały przyjęte jedynie dla handlu i w praktyce często wcale nie są one korzystne dla świata pracy. W niedziele i święta wciąż otwartych jest mnóstwo małych sklepów, w których praca jest szczególnie ciężka i niskopłatna, a prawo pracy jest łamane na masową skalę. Jednocześnie pracownicy dużych placówek handlowych ciężej i dłużej pracują w piątki i soboty, nie otrzymując za swoją pracę dodatkowego wynagrodzenia. Ustawa o handlu w niedziele miała być poddana korekcie, ale najwyraźniej rząd wycofał się nie tylko ze zmian, ale nawet z dyskusji na ich temat.
Naszym zdaniem przepisy odnośnie pracy w niedziele i święta powinny dotyczyć wszystkich branż i być korzystne płacowo dla pracowników. Dlatego opowiadamy się za 2,5 razy wyższymi wynagrodzeniami za każdą pracę w niedziele i święta, niezależnie od branży i regionu. Nowe rozwiązania dotyczyłyby między innymi handlu, gastronomii, ochrony energetyki, policji, wojska, służby zdrowia czy transportu. Dla wielu pracowników, którzy pracują w niedziele i święta, byłby to znaczący wzrost zarobków.