Gospodarka 48 godzin

Handel mniejszy i zyskowniejszy
Główny Urząd Statystyczny ostatecznie policzył, że obroty towarowe naszego handlu zagranicznego w okresie styczeń – lipiec bieżącego roku wyniosły 568,8 mld PLN w eksporcie oraz 543,6 mld PLN w imporcie. W porównaniu z tym samym okresem 2019 r. spadł zarówno nasz eksport, jak i import: odpowiednio o 3,9 proc. oraz o 8,1 proc. Ten regres to wynik pandemii koronawirusa – tyle, że w sumie wpłynęła ona korzystnie na obecną zyskowność polskiego handlu zagranicznego. Okazało się bowiem, że Polska dostarcza swym partnerom gospodarczym towary, bez których nie mogą się oni obejść, więc spadek naszego eksportu był ponad dwukrotnie mniejszy od spadku importu. W rezultacie, znacznie poprawiło się saldo naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 25,2 mld PLN, podczas gdy za taki sam okres roku ubiegłego wynosiło zaledwie 0,7 mld PLN. Podobne proporcje są w walutach obcych: nasz eksport wyrażony w dolarach wyniósł 142,8 mld USD, a import 136,6 mld USD, co oznacza, że dodatnie saldo to 6,2 mld USD, zaś w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło tylko 0,2 mld USD. Natomiast polski eksport w euro wyniósł 129,6 mld EUR, a import 124,0 mld EUR. Dodatnie saldo wyniosło więc 5,6 mld EUR, podczas gdy w styczniu – lipcu ubiegłego roku mieliśmy tu nawet stratę wynoszącą 0,2 mld EUR. Nie zmieniły się natomiast podstawowe kierunki naszej zagranicznej wymiany gospodarczej. Największy udział w eksporcie oraz imporcie Polska ma nadal z krajami rozwiniętymi – 86,1 proc. i 65,1 proc., zaś najmniejszy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej: w eksporcie 6,0 proc., a w imporcie 6,6 proc. Z państwami środkowoeuropejskimi mamy ujemne saldo, tak samo, jak z państwami rozwijającymi się.

Węglowe dostosowanie
Unia Europejska planuje wprowadzenie tzw. węglowego mechanizmu dostosowawczego, który może stanowić kolejny dopust boży dla naszego nieszczęsnego górnictwa węgla kamiennego. Węglowy mechanizm dostosowawczy to opłata, która ma na celu ograniczyć zjawisko ucieczki emisji, czyli przenoszenia przez przedsiębiorstwa produkcji wysokoemisyjnej z regionów o bardziej restrykcyjnych regulacjach (wpływających na wysokie ceny emisji dwutlenku węgla) do regionów o niższych wymaganiach, przekładających się też na niższe ceny emisji. Sposobem na ograniczenie przenoszenia wspomnianej produkcji wysokoemisyjnej ma być wyrównywanie cen emisji dwutlenku węgla w UE oraz poza nią. Aby osiągnąć ten cel, towary importowane na teren Unii zostaną obciążone dodatkowymi opłatami, zależnie od ilości dwutlenku węgla wyemitowanego podczas ich produkcji. Brzmi to wszystko dość zawile, ale mówiąc bardziej po ludzku chodzi o cło węglowe, które ma przyczynić się do ochrony konkurencyjności europejskiego przemysłu i dalszego ograniczania emisji CO2. Projekt przepisów w tej sprawie ma zostać przedłożony w pierwszym półroczu 2021 r., a ich implementacja powinna nastąpić do 1. stycznia 2023. Jeszcze jest więc trochę czasu na dostosowanie się, ale strona polska już uznała, że węglowy mechanizm dostosowawczy może negatywnie wpłynąć na gospodarcze interesy i sytuację Polski oraz jest kolejnym przykładem nieuzasadnionego obciążania jednego sektora gospodarki. Służyć zaś będzie nie przeciwdziałaniu zjawisku ucieczki emisji lecz w rzeczywistości głównie zasileniu budżetu Unii Europejskiej.

Rosną transakcje w sieci

Pod względem rozwoju sprzedaży w internecie, polski handel detaliczny przeskoczył siedem lat w siedem tygodni.

Pandemia koronawirusa zmieniła nasze codzienne życie w bardzo wielu aspektach, jednak wzrost znaczenia handlu internetowego kosztem kanału tradycyjnego był jednym z najbardziej zauważalnych trendów ostatnich miesięcy.
W ciągu zaledwie kilku tygodni przypadających na okres wprowadzenia ograniczeń związanych z zachowaniem bezpieczeństwa w stanie pandemii, udział sprzedaży internetowej w polskim handlu detalicznym wzrósł z ok. 5,5 proc. na koniec 2019 r. do blisko 12 proc. w szczytowym momencie tego roku. Dla zobrazowania naszej skali wzrostu warto porównać te dane z największym rynkiem e-commerce na świecie, jakim są Stany Zjednoczone: analogiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej zajął tam niemal siedem lat.
Biorąc pod uwagę wzrost sprzedaży online, wyraźnym liderem w naszym kraju była kategoria odzieży i obuwia, gdzie porównując stan z końca kwietnia z tym z początku roku, udział sprzedaży internetowej wzrósł ponad 2,5-krotnie. Niemniej jednak, w miarę znoszenia kolejnych obostrzeń widoczny jest powrót konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży, co powoduje unormowanie się udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej poszczególnych branż.
Przykładowo, w przypadku żywności w czerwcu sprzedaż internetowa była niższa o ok. 10 proc. niż w marcu. W kategorii mebli oraz sprzętu RTV i AGD, spadek w porównaniu z marcem wyniósł ok. 20 proc., zaś w przypadku farmaceutyków i kosmetyków wydatki internetowe były mniejsze o ok 30 proc.
Jeżeli natomiast za poziom odniesienia przyjmiemy sprzedaż internetową z lutego bieżącego roku, to okaże się, że jedyną kategorią sprzedaży detalicznej wyodrębnianą przez Główny Urząd Statystyczny, gdzie wartość internetowej sprzedaży nie wzrosła, były farmaceutyki i kosmetyki. Oznacza to, że w większości branż składających się na handel detaliczny pandemia spowodowała jednak trwałą zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do Internetu – nawet w przypadku takich branż, w przypadku których e-handel nie miał wcześniej znaczącego udziału, czego najlepszym przykładem jest sprzedaż produktów spożywczych.
Można zatem powiedzieć, że pandemia spowodowała skokowy wzrost liczby sklepów internetowych i firm sprzedających poprzez platformy e-commerce. Jako całość, polska gospodarka osiąga przychody z e-handlu bardzo zbliżone do poziomu Unii Europejskiej.
Analizując udział handlu internetowego w przychodach firm (bez podziału na sektor działalności oraz tego, czy odbiorca jest indywidualny czy biznesowy) Polska plasuje się dokładnie na europejskiej średniej wynoszącej 18 proc. Pozostajemy jednak w tyle za niektórymi państwami naszego regionu. Udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować trwale na poziomie ok. 8 proc. – w porównaniu z 5,4 proc. w 2019 r. To wyniki analizy ekspertów Santander Bank.
– Nie wiemy jeszcze jak dokładnie pandemia wpłynęła na finanse firm zajmujących się głównie detaliczną sprzedażą internetową. Bazując jednak na danych historycznych widzimy dwucyfrową dynamikę przychodów, co znacząco przekracza zarówno tempo rozwoju samej gospodarki jak i handlu detalicznego ogółem, notowane w dobrych czasach. Obrazuje to skalę, w jakiej rozwija się handel internetowy. Bazując na dostępnych danych, można z pewnością powiedzieć, że rok 2020 będzie dla polskiej branży e-commerce najlepszy w dotychczasowej historii – ocenia analityk Maciej Nałęcz
Jednocześnie pod względem liczby firm oferujących swoje towary lub usługi w Internecie Polska znajduje się nieco poniżej średniej unijnej – 16 proc. polskich firm prowadzi sprzedaż w kanale internetowym w porównaniu do 20 proc. w UE.
– Dane te mogą oznaczać, że sprzedaż w tym nowoczesnym kanale rozwijały dotychczas w Polsce większe firmy, które pod względem cyfrowych kompetencji być może nawet nieznacznie wyprzedzają swoich zachodnich konkurentów. Z kolei ze średniej unijnej można wywnioskować, że w całej Wspólnocie rośnie rola małych i średnich firm pod względem obecności w Internecie. Największe różnice, zarówno pod względem udziału w przychodach jak i liczby firm, widzimy w branży turystycznej – to wskazuje, że polscy touroperatorzy wyprzedzają swoich europejskich konkurentów w adopcji e-commerce, mimo iż jest to jedna z najbardziej ktywnych pod tym względem branż na poziomie całej Wspólnoty – mówi dyr. Małgorzata Nesterowicz z Santander Banku.
Kolejnymi przykładami większego udziału przychodów z e-commerce wśród polskich przedsiębiorstw wobec średniej europejskiej są między innymi produkcja elektroniki, branża motoryzacyjna oraz sektor meblowy, czyli sektory uczestniczące w dużej mierze we wzroście eksportu z Polski do UE w ostatniej dekadzie.
W Unii widoczne są bardzo duże różnice jeśli chodzi o handel w internecie. Na przykład, w branży budowlanej e-commerce stosuje zaledwie 6 proc. firm, a wśród firm z sektora nieruchomości ok. 11 proc. Na drugim biegunie znajdują się branże, dla których możliwość cyfrowego kontaktu z klientami jest nie tylko normą, ale niemalże warunkiem przetrwania.
Najbardziej rozwinięty pod względem handlu internetowego jest szeroko pojęty sektor turystyczno-wypoczynkowy. W 2019 r. ponad 60 proc. europejskich hotelarzy i ponad 50 proc. operatorów imprez turystycznych sprzedawało swoje usługi w cyfrowych kanałach dystrybucji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w obu tych branżach funkcjonują różne silne internetowe platformy sprzedażowe.
Trzecią najpowszechniej obecną w sieci branżą pod względem liczby firm jest działalność wydawnicza, co również można powiązać z funkcjonowaniem silnych podmiotów międzynarodowych rozwijajacych handel internetowy.
„Warto zauważyć, że wymienione tu branże nastawione są przede wszystkim na sprzedaż B2C” – podkreślają eksperci z banku Santander, co mówiąc po ludzku, oznacza dość oczywiste stwierdzenie, że wspomniane branże prowadzą sprzedaż dla klientów indywidualnych.
Kolejne miejsca pod względem powszechności handlu internetowego na europejskim rynku zajmuje handel hurtowy z szczególnym uwzględnieniem motoryzacji, oraz sam przemysł motoryzacyjny (jedna z nowocześniejszych części europejskiego przemysłu jako takiego).
Według danych za pierwszą połowę lipca 2020 r. poziom wydatków internetowych ustabilizował się na poziomie blisko 140 proc. wydatków z analogicznego okresu ubiegłego roku. To przesunięcie części wydatków konsumenckich do internetu może być naprawdę trwałe.

Wpływ epidemii na chińskie przedsiębiorstwa w Europie i perspektywy współpracy Chiny-UE

Epidemia koronawirusa poważnie wpłynęła na gospodarkę światową, a także zwiększyła presję operacyjną na chińskie firmy. Jak epidemia wpływa na chińskie firmy w Europie? Oto wywiad przeprowadzony przez dziennikarza Chińskiej Grupy Mediów z Gao Xiaochuanem, naukowcem z Centrum Badań Europy Środkowo-Wschodniej przy Uniwersytecie Pedagogicznym Huadong (EAST CHINA NORMAL UNIVERSITY).

Jakie konkretne projekty i aktywa mają Chiny w Europie?
Gao Xiaochuan: Ze względu na politykę ograniczenia dla rynku infrastrukturalnego w krajach UE, obecne chińskie aktywa w Europie koncentrują się głównie w Serbii i w krajach bałkańskich spoza unii. Główne projekty, które zostały ukończone, to między innymi autostrada E763 w Serbii, drugi etap projektu elektrowni Kostolac w Serbii, elektrownia cieplna Stanari w Bośni i Hercegowinie, most na Dunaju w Belgradzie oraz obiekty przeciwpowodziowe we Wrocławiu. Serbska autostrada E763 ma około 300 kilometrów i jest to pierwszy projekt infrastrukturalny realizowany w ramach współpracy między Chinami a krajami Europy Środkowo-Wschodniej, a także pierwsza autostrada zbudowana przez chińskie firmy w Europie. Kolejne projekty zakładają budowę kolei węgiersko-serbskiej, autostrady północ-południe w Czarnogórze oraz mostu Peljesac w Chorwacji.
W regionie europejskim finansowane aktywa Chin koncentrują się w rozwiniętych gospodarkach Europy Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji. Po 2012 roku więcej chińskich instytucji finansowych zaczęło wkraczać do krajów europejskich wzdłuż „Pasa i Szlaku”, w tym do Włoch i Hiszpanii, które zostały teraz poważnie dotknięte epidemią, oraz do krajów Europy Środkowej i Wschodniej jako wschodzących gospodarek w Eurazji. Pod koniec 2018 roku Bank of China, Industrial & Commercial Bank of China, China Construction Bank i inne chińskie instytucje finansowe, utworzyły osiem w pełni licencjonowanych oddziałów w Polsce, Czechach, Serbii i na Węgrzech, obejmując prawie wszystkie regiony Europy Środkowo-Wschodniej. Po wprowadzeniu inicjatywy „Pasa i Szlaku” chińskie instytucje finansowe podjęły się głównych zadań oraz obowiązków zapewnienia wsparcia finansowego chińskim przedsiębiorstwom na ekspansję zagraniczną i udziału w budowie inicjatywy „Pas i Szlaku”.
Jaki wpływ ma epidemia na europejskie projekty infrastrukturalne chińskich przedsiębiorstw?
Mimo że sytuacja w Serbii i innych krajach bałkańskich nie jest tak poważna jak w Europie Południowej, kraje bałkańskie również doświadczyły pewnych trudności w zatrudnieniu po wybuchu epidemii. Dzięki wsparciu rządu serbskiego budowa krajowego odcinka kolei węgiersko-serbskiej nie została przerwana w tym czasie. W kwietniu chiński bank oraz węgierskie Ministerstwo Finansów podpisały umowę pożyczki dotyczącą projektu budowy odcinka węgierskiego kolei węgiersko-serbskiej, co oznacza znaczący postęp w promocji tego sztandarowego projektu połączenia chińsko-europejskiego. Most Peljesac to największy projekt budowy infrastruktury transportowej w Chorwacji od czasu nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami i Chorwacją. W sytuacji rozprzestrzeniania się epidemii w krajach europejskich strona odpowiedzialna za obiekt, pokonując różne trudności, kontynuuje budowę zgodnie z harmonogramem.
Obecnie około 40 proc. prac w ramach kontraktu budowy autostrady północ-południe w Czarnogórze zostało zakończonych, ale z powodu wybuchu epidemii w najbliższym czasie robotnicy nie mogą wrócić na budowę. Można więc powiedzieć, że epidemia wpłynęła w pewnym stopniu na postęp tego projektu. Ogólnie rzecz biorąc, epidemia nie spowodowała znaczącego negatywnego wpływu na aktywa projektów infrastrukturalnych chińskich przedsiębiorstw w Europie.
Jaki wpływ ma epidemia na chińskie instytucje finansowe w Europie?
Spadek europejskiej gospodarki realnej i znaczny wzrost deficytu fiskalnego w różnych krajach zwiększy niestabilność makroekonomiczną. Takie otoczenie gospodarcze wpłynie bezpośrednio na funkcjonowanie oraz na aktywa chińskich instytucji finansowych w Europie. Muszą one być przygotowane na nieściągalne długi, a nawet ponieść ryzyko kurczenia się aktywów. Ponadto, w porównaniu z lokalnymi bankami europejskimi, chińskie instytucje finansowe mają stosunkowo słabsze doświadczenie w rozszerzaniu rynku europejskiego i reagowaniu na ryzyko. W krajach Europy Południowej, poważnie dotkniętych epidemią, chińskie instytucje finansowe znajdują się pod jeszcze większą presją.
Jak epidemia wpływa na chińskie przedsiębiorstwa produkcyjne w Europie?
W ogólnym środowisku poważnego wpływu epidemii na realną gospodarkę europejską, funkcjonowanie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych napotkało już trudności. Hisense Europe, producent sprzętu AGD, dotknięty spadkiem popytu na rynku spowodowanym epidemią w krajach europejskich, odnotował spadek zamówień o 1/3 w marcu i 2/3 w kwietniu. Przewidywane straty wyniosą kilkadziesiąt milionów euro w pierwszej połowie roku. Firmy Hisense w Europie zatrudniają łącznie ponad 9 000 pracowników, a już planowane jest zwolnienie 2200 osób z fabryk w Słowenii, Serbii, Czechach i na Słowacji do końca tego roku, co stanowić będzie prawie 1/4 wszystkich pracowników. Ożywienie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych w Europie zależy głównie od ogólnego ożywienia gospodarki europejskiej i wzrostu popytu na rynku.
Czego oczekujesz od współpracy Chiny-UE?
W okresie walki z epidemią koronawirusa podstawa stosunków chińsko-europejskich była dobra, co położyło podwaliny dla relacji Chiny-UE, w celu zacieśnienia współpracy w okresie po epidemii. W tym czasie obie strony powinny unikać sporów ideologicznych, ale pogłębiać pragmatyczną współpracę. Obecna polityka łagodzenia sytuacji fiskalnej UE i jej członków, w celu promowania gospodarki, stabilizacja warunków życia ludzi i zapewnienie zatrudnienia spowoduje, że kraje będą miały historyczne deficyty i zwolnią rezerwy kapitałowe na projekty infrastrukturalne w okresie po epidemii z wyprzedzeniem. Chińskie przedsiębiorstwa zajmujące się projektami budowy infrastrukturalnej w Europie mogą skorzystać z tej okazji, by wyjść z Bałkanów i rozszerzyć swoje rynki w krajach unijnych. Chińskie instytucje finansowe w Europie muszą przyspieszyć transformację cyfrową i promować aktualizację internetowych usług finansowych. Należy iść zgodnie z nowym trendem rozwojowym przemysłu europejskiego w przyszłości, zwłaszcza dotyczy to wprowadzenia produktów innowacji finansowych w odpowiedzi na nowe potrzeby finansowe wynikające ze strategii takich jak zdrowie publiczne, system medyczny, blockchain, nowe technologie 5G i nowe materiały oraz rozwój nowych gałęzi przemysłu.

Ostatni niezły kwartał

W pierwszych miesiącach tego roku pandemia koronawirusa jeszcze nie odcisnęła swego fatalnego wpływu na polskim handlu zagranicznym.
Obroty naszego handlu zagranicznego w pierwszym kwartale bieżącego roku wyniosły 254,9 mld PLN w eksporcie oraz 251,4 mld PLN w imporcie. Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 3,5 mld PLN, gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku wyniosło 1,0 mld PLN. W porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku eksport wzrósł o 0,6 proc., a import spadł o 0,4 proc.
Mimo wprowadzonych w drugiej połowie marca br. szeregu ograniczeń na terenie Polski związanych z COVID-19, to nie miały one dużego wpływu na statystykę obrotów towarowych z zagranicą. Granice dla przepływu towarowego były i są otwarte. W danych za marzec, odnotowano spadek obrotów w statystyce towarowej handlu zagranicznego, tzn. w eksporcie o 5,6 proc., a w imporcie o 2,5 proc. w stosunku do marca ub. roku.
Eksport wyrażony w dolarach USA wyniósł 65,9 mld USD, a import 65,0 mld USD (spadek odpowiednio w eksporcie o 1,5 proc., a w imporcie o 2,5 proc.). Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 0,9 mld USD, gdy w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło minus 0,3 mld USD.
Eksport wyrażony w euro wyniósł natomiast 59,9 mld EUR, a import 59,0 mld EUR (wzrost w eksporcie o 1,7 proc., a w imporcie o 0,7 proc.). Dodatnie saldo wyniosło 0,9 mld EUR, podczas gdy w styczniu – marcu ubiegłego roku było ujemne: minus 0,8 mld EUR.
Największy udział w eksporcie ogółem Polska ma z krajami rozwiniętymi – 86,5 proc. (na Unię Europejską przypada 73,5 proc.). Podobnie jest w imporcie – 65,3 proc. (udział UE to 55,4 proc.). Jest to jednak nieco mniej niż w ubiegłym roku, gdy na kraje rozwinięte przypadało 88,0 proc. naszego eksportu (UE: 74,8 proc.) i 66,9 proc. importu (UE: 57,0 proc.) w styczniu – marcu 2019 r.
Natomiast najmniejszy udział odnotowano z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, który w polskim eksporcie wyniósł 5,9 proc., a w imporcie 7,6 proc., wobec odpowiednio 5,4 proc. i 7,6 proc. w tym samym okresie ubiegłego roku.
Ujemne salda Polska tradycyjnie odnotowała z krajami rozwijającymi się – minus 48,5 mld PLN (eksport: minus 12,6 mld USD, import: minus 11,4 mld EUR) i z krajami Europy Środkowo-Wschodniej – minus 4,2 mld PLN.
Taka struktura handlu zagranicznego to wynik systemowo słabej kondycji polskiej gospodarki. Z krajami rozwiniętymi mamy bilans dodatni, bo sprzedajemy im części i podzespoły, importując niewiele zaawansowanych wyrobów i technologii, których nasza mało nowoczesna gospodarka nie jest w stanie wykorzystać, bądź jej na nie nie stać.
Z kolei od krajów rozwijających się (i z Europy Środkowo – Wschodniej) kupujemy głównie surowce i także części oraz podzespoły. Nie mamy natomiast na tyle atrakcyjnych wyrobów finalnych, których eksport mógłby zrównoważyć nasze zakupy.
W I kwartale br. wśród głównych partnerów handlowych Polski odnotowano wzrost eksportu do Rosji, Stanów Zjednoczonych i Czech, a wzrost importu – z Korei Południowej, ze Stanów Zjednoczonych, z Holandii, Chin oraz Rosji. Obroty z pierwszą dziesiątką naszych partnerów handlowych stanowiły 65,7 proc. całego eksportu (w tym samym okresie ubiegłego roku 67,4 proc. , a importu – 64,1 proc. (wobec 64,0 proc. w styczniu – marcu 2019 r.).
Udział naszego najważniejszego partnera gospodarczego, Niemiec, w eksporcie obniżył się w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku i wyniósł 27,6 proc., a w imporcie 21,6 proc. Dodatnie saldo polskiego handlu z Niemcami wyniosło 16,2 mld PLN (4,2 mld USD, 3,8 mld EUR) wobec 13,6 mld PLN (3,6 mld USD, 3,1 mld EUR) w styczniu – marcu 2019 r.
Największy imporcie Polska ma z krajów rozwiniętych – 185,3 mld PLN, w tym z Unii Europejskiej 167,7 mld PLN, wobec odpowiednio 187,7 mld PLN ( w tym z UE 169,1 mld PLN) w takim samym okresie 2019 r.
W styczniu – marcu 2020 r. odnotowano wzrost obrotów w połowie branż towarowych w porównaniu z 2019 r.
W polskim eksporcie największy wzrost dotyczył napojów i tytoniu (o 17,1 proc.), olejów, tłuszczów, wosków, zwierzęcych i roślinnych (o 10,7 proc.), chemii i tzw. produktów pokrewnych (o 8,2 proc.), żywności i zwierząt żywych (o 7,3 proc., mimo różnych epidemii, takch jak np. pomór dzików,oraz zakazów sprzedaży, trapiących naszą branżę spożywczą).
Wzrost eksportu, choć minimalny, nastąpił takze jeśli chodzi o różne wyroby przemysłowe (o 1,4 proc. ), natomiast spadek odnotowaliśmy w paliwach mineralnych, smarach i materiałach pochodnych (o 19,2 proc.).
W polskim imporcie największy wzrost zanotowano w olejach, woskach, tłuszczach zwierzęcych i roślinnych (o 29,4 proc.), oraz w żywności i zwierzętach żywych (o 8,8 proc.), produktach chemicznych (o 8,2 proc.), napojach i tytoniu (o 5,2 proc.) oraz różnych wyrobach przemysłowych (tylko o 2,4 proc.), natomiast spadek – w surowcach z wyjątkiem paliw (o 8,8 proc.) oraz generalnie w towarach przemysłowych (o 3,7 proc.).

Zanim epidemia wstrzyma wymianę

Polskie firmy dobrze wykorzystały pierwsze miesiące bieżącego roku, zarabiając na handlu zagranicznym.

Początek roku nie osłabił kondycji polskiego handlu zagranicznego. Obroty towarowe w styczniu 2020 utrzymały się na poziomie wyników stycznia roku poprzedniego. Rynek niemiecki nadal dominuje w polskim eksporcie i imporcie.
Z opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny danych wynika, że w styczniu bieżącego roku (nowszych danych jeszcze nie ma) wartość eksportu polskich podmiotów gospodarczych utrzymała się na poziomie takim, jak w analogicznym miesiącu roku poprzedniego – w ujęciu złotowym eksport odnotował nieznaczny spadek (o 0,1 punktu procentowego), a w ujęciu w euro niewielki wzrost (o 0,4 p.p.).
Nadal największym rynkiem dla polskich towarów są kraje wysoko rozwinięte: przyjmują 87,1 proc. polskiego eksportu ogółem. Jednakże nastąpił tu nieznaczny spadek, o 1,8 p.p. (wszystkie porównania w stosunku do tego samego okresu roku 2019).

Na unijne rynki

Wśród krajów wysoko rozwiniętych nadal największym odbiorcą polskich towarów są kraje Unii Europejskiej (80,8 proc. eksportu ogółem), ale ich znaczenie nieco spadło (o 2 p.p.). Do krajów strefy euro kierowane było 58,2 proc. eksportu ogółem, niewiele mniej (o 1,5 p.p.) niż w styczniu rok wcześniej.
Wzrósł natomiast (o 1,1 p.p.) udział krajów rozwijających się w polskim eksporcie ogółem, który wyniósł 7,2 proc. – oraz udział krajów Europy Środkowo-Wschodniej (o 0,7 p.p.), który ukształtował się na poziomie 5,5 proc. naszego eksportu ogółem.
Podobnie jest z importem. Jego wartość ogółem wyniosła w styczniu br. 81,5 mld złotych, co stanowiło 99,8 proc. wartości odnotowanej w tym samym okresie roku poprzedniego; wartość importu w przeliczeniu na euro wyniosła 19,1 mld euro, i była ona większa o 0,3 p.p. w porównaniu do stycznia ubiegłego roku.
Tak jak i w eksporcie, kraje wysokorozwinięte były głównym miejscem naszych zakupów, jednakże ich udział imporcie ogółem był znacznie niższy niż w eksporcie i wyniósł 62,8 proc. zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, zwrócić uwagę trzeba na znaczną zmianę w znaczeniu tego importu dla Polski: nastąpił spadek jego udziału w imporcie ogółem Polski o 3,5 pkt.proc. – na korzyść krajów rozwijających się, których udział wzrósł z kolei o 3,2 p.p. do poziomu 29 proc. wartości importu ogółem. Nieznacznie (o 0,3 p.p.) w imporcie ogółem Polski wzrósł udział krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Tracimy na wschodzących

Dobrą wiadomością jest utrzymujące się nadal dodatnie saldo obrotów naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 700 mln złotych (w przeliczeniu na euro było to 200 mln).
Dodatnie saldo występowało w handlu z krajami wysokorozwiniętymi, w tym z krajami UE i krajami strefy euro. Natomiast saldo w handlu z krajami rozwijającymi się było – podobnie jak w styczniu ubiegłego roku – ujemne i wyniosło 17,7 mld złotych (4,1 mld euro). Ujemne saldo (w wysokości 2,2 mld zł; 500 mln euro) występowało także w handlu Polski z krajami Europy Środkowo-Wschodniej.
Utrzymała się wysoka koncentracja eksportu na rynek niemiecki: jego udział w eksporcie ogółem wyniósł 27,4 proc. czyli tyle, ile wyniósł łącznie udział kolejnych pięciu krajów na liście najważniejszych odbiorców polskiego eksportu (Francji, Czech, Wielkiej Brytanii, Włoch i Holandii – 27,7 proc. polskiego eksportu ogółem).
To ważna informacja dla polskich polityków gospodarczych i eksporterów: w ocenie TEP, w związku z nadchodzącymi informacjami o spowolnieniu gospodarki niemieckiej możemy się spodziewać uderzenia w polski eksport i gospodarkę, chyba że polscy eksporterzy znajdą dla swoich towarów alternatywnych odbiorców ich towarów.
Stany Zjednoczone zajmują dopiero siódme miejsce na liście największych odbiorców polskiego eksportu (2,8 poc.), ex aequo z Hiszpanią i Węgrami. Listę dziesięciu najważniejszych odbiorców polskiego eksportu zamyka Szwecja (2,7 proc. eksportu ogółem).
66,7 proc. polskiego eksportu trafia do dziesięciu krajów, co oznacza wysoką koncentrację geograficzną eksportu.

Niemieckie uzależnienie

Głównym rynkiem, z którego pochodzą towary importowane do Polski jest rynek niemiecki (20,5 proc. importu ogółem), co nie dziwi, jeśli spojrzy się na strukturę towarową importu – 37,6 proc. towarów importowanych do Polski to maszyny, urządzenia i środki transportu, kolejne 17,8 proc. to różne inne wyroby przemysłowe, a 17,2 proc. to towary przemysłowe sklasyfikowane według surowca. Następne na liście (9,3 proc.) są chemikalia i towary pokrewne.
Wszystkie wymienione grupy towarów są towarami wysoko przetworzonymi; warto zauważyć, że stanowią one główne grupy towarowe w eksporcie gospodarki niemieckiej.
Przytoczone liczby wskazują na silne powiązanie gospodarki polskiej z wysoko uprzemysłowioną gospodarką niemiecką. To dobra wiadomość przy dobrym stanie koniunktury, ale – wobec zbliżającego się osłabienia gospodarczego w Niemczech – alarmująca.
Drugim pod względem wartości importu partnerem polskich podmiotów gospodarczych były Chiny (14,3 proc. importu ogółem); na kolejnych miejscach uplasowały się Rosja, Włochy i Stany Zjednoczone z (odpowiednio 6,7 proc., 4,4 proc., 4,1 proc.). Z tych pięciu krajów pochodziło 50 proc. polskiego importu ogółem.
Kolejne kraje na liście głównych importerów to Francja, Czechy, Holandia, Korea Południowa i Hiszpania. Z wszystkich tych dziesięciu krajów pochodziło 65 proc. polskiego importu.

Coraz mniej małych sklepów

Rządy Prawa i Sprawiedliwości systematycznie doprowadzają drobne placówki handlowe do upadku.

Wciąż konsekwentnie spada sprzedaż w małych sklepach. W rezultacie maleje ich liczba.
Jeszcze w 2015 r. w Polsce funkcjonowały 40543 małe sklepy. Na koniec 2018 było ich już tylko 33231.
Jest to efekt rządów Prawa i Sprawiedliwości, skierowanych przeciw drobnym przedsiębiorcom, prowadzącym takie sklepy. Co gorsza, rządzący doprowadzają małe sklepy do upadku pod płaszczykiem fałszywych obietnic dbania o ich interesy.
Handel rośnie, sklepiki giną
Struktura handlu detalicznego w Polsce ulega rozmaitym zmianom. Handel w naszym kraju wciąż jeszcze notuje jednak wzrosty. Motorem tego zjawiska jest rosnąca konsumpcja. Jednakże, mimo tych korzystnych tendencji, likwidowane są kolejne małe sklepy.
Notuje się ciągły spadek sprzedaży w tzw. segmencie tradycyjnym (są to nie zorganizowane w sieci, pojedyncze sklepy zlokalizowane przede wszystkim w małych miastach i na obszarach wiejskich).
Ubytek wynosi średnio ok 7,7 proc. rocznie. Tak więc, zmniejsza się rola tradycyjnego handlu, mierzona zarówno wartością sprzedaży, jak i liczbą sklepów – wskazuje raport Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce”.
Ekspertyzy wskazują także, że zauważalny jest wpływ ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele na pogłębianie spadku znaczenia tradycyjnych sklepów.
– Ustawa, która miała pomóc małym sklepom, przynosi odwrotny skutek. Zauważa się, że 49 proc. drobnych handlowców prowadzi dwa lub więcej sklepów. Przepisy dotykają ich więc bezpośrednio – mówi Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców i dodaje, że – rośnie udział dyskontów, które prowadzą aktywną politykę marketingową, zmieniając zachowania zakupowe Polaków.
Ponadto, duże sieci, korzystając z efektu skali, posiadają silną pozycję negocjacyjną w stosunku do producentów i są w stanie szybko dotrzeć z promocjami do konsumentów. Duzi producenci z kolei nie poświęcają czasu na negocjacje i realizowanie promocji z drobnymi partnerami.
Dyskretny urok małego formatu
Liczba małoformatowych sklepów spożywczych systematycznie maleje, podczas gdy dotychczas tzw. mały format pozostawał główną siłą napędową polskiego rynku FMCG (szybko zbywalnych artykułów konsumpcyjnych), co jest ewenementem w skali europejskiej – podkreśla ZPiP.
Na handel w Polsce i na świecie wpływają jednak nie tylko zmiany o charakterze gospodarczym, ale także trendy społeczne czy środowiskowe mające wpływ na zachowania konsumentów.
Dobrym opisem współczesnego konsumenta na rynku handlu detalicznego jest pojęcie tzw. smart shoppingu.
Smart shopper to klient, który ceni swój czas i korzysta w przemyślany sposób z dostępnych promocji, porównuje ze sobą oferty. Smart shopper posiada wiedzę o cenach najczęściej kupowanych produktów, sprawdza daty przydatności do spożycia, jest zainteresowany ofertami promocyjnymi.
Aby sprostać jego oczekiwaniom, sklep musi zapewnić nie tylko niską cenę, by zatrzymać klienta, ale także szybko dotrzeć do niego z korzystną ofertą. W rezultacie, konkurowanie na niskie ceny stało się fundamentem rynku sprzedaży detalicznej, wpisując się w takie właśnie oczekiwania konsumenckie.
Pierwszym krokiem do robienia inteligentnych zakupów jest ich odpowiednie planowanie. Już aż około 65 proc. Polaków sporządza w tym celu szczegółową listę produktów, a co drugi korzysta z gazetek promocyjnych jako źródła informacji o produktach i aktualnych promocjach.
Trzeba podejmować działania mogące powstrzymać likwidację małych, polskich sklepów – apeluje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jako jedno z rozwiązań, ZPP proponuje szerokie wdrażanie innowacji technologicznych w małym handlu, które mogłyby pomóc w spełnieniu oczekiwań konsumentów specjalizujących się w smart shoppingu.
– Polacy nadal chcą robić zakupy w okolicznych, osiedlowych sklepach. Wykorzystanie technologii musi być połączone z modernizacją działania. Te dwa elementy mogą spowodować, że wiele małych polskich sklepów będzie miało szanse przetrwać i zachować rentowność – zauważa Cezary Kaźmierczak prezes ZPiP.
Rząd nie pomoże
Mały sklep może zdecydować się na wykorzystanie platformy, dzięki której otrzymuje moduł fiskalny połączony z oprogramowaniem do zarządzania sprzedażą. Sklep uzyskuje rejestr sprzedaż oraz dane dotyczące m.in. sprzedaży w przeszłości, rozliczenia płatności, indeksacji towaru, a także raporty analityczne pozwalające na śledzenie trendów w zakupach klientów. W ramach aplikacji otrzymuje także oferty promocyjne bezpośrednio od producentów. Dzięki wykorzystaniu takiego narzędzia, klient może kupić produkt po niższej cenie, a mały sklep zaproponuje promocje dotychczas dla niego niedostępne, przy równoczesnym utrzymaniu marży na sprzedawanych towarach. Oznaczać to będzie zwiększenie sprzedaży.
– Rozwiązanie zapewniające sklepom detalicznym dostęp do promocji oferowanych bezpośrednio przez producentów FMCG sprawia, że w konsekwencji małe sklepy są w stanie podjąć konkurencję cenową ze sklepami wielkopowierzchniowymi, dyskontami oraz dużymi sieciami detalicznymi – dodaje Piotr Palutkiewicz z ZPiP.
– Należy wszelkimi sposobami powstrzymać trend upadku małych sklepów. Jeśli rząd nie chce im pomóc, sklepikarze muszą wziąć sprawy w swoje ręce i wdrażać wszelkie dostępne narzędzia, które mogą być pomocne w konkurowaniu z dużymi podmiotami – konkluduje Cezary Kaźmierczak.
Wydaje się, że na co, jak na co, ale na pomoc rządu trudno liczyć. Prominenci PiS mają wrażliwość walca drogowego a ich ośli upór w ignorowaniu sugestii jakichkolwiek korekt we własnych poczynaniach jest już wręcz legendarny.

Chcemy wyższych płac!

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa ponownie domaga się podjęcia przez rząd działań na rzecz obligatoryjnego wprowadzenia znacznie wyższych płac za pracę w niedziele i święta niż za pracę w dni powszednie. Rząd Prawa i Sprawiedliwości lekceważy setki tysięcy pracowników wykonujących swoje obowiązki w niedziele i święta. Odrębne regulacje zostały przyjęte jedynie dla handlu i w praktyce często wcale nie są one korzystne dla świata pracy. W niedziele i święta wciąż otwartych jest mnóstwo małych sklepów, w których praca jest szczególnie ciężka i niskopłatna, a prawo pracy jest łamane na masową skalę. Jednocześnie pracownicy dużych placówek handlowych ciężej i dłużej pracują w piątki i soboty, nie otrzymując za swoją pracę dodatkowego wynagrodzenia. Ustawa o handlu w niedziele miała być poddana korekcie, ale najwyraźniej rząd wycofał się nie tylko ze zmian, ale nawet z dyskusji na ich temat.
Naszym zdaniem przepisy odnośnie pracy w niedziele i święta powinny dotyczyć wszystkich branż i być korzystne płacowo dla pracowników. Dlatego opowiadamy się za 2,5 razy wyższymi wynagrodzeniami za każdą pracę w niedziele i święta, niezależnie od branży i regionu. Nowe rozwiązania dotyczyłyby między innymi handlu, gastronomii, ochrony energetyki, policji, wojska, służby zdrowia czy transportu. Dla wielu pracowników, którzy pracują w niedziele i święta, byłby to znaczący wzrost zarobków.

Bez układu nie da rady

Mimo bierności polskiego rządu, nasi producenci wciąż mają szanse, aby skutecznie zaistnieć na chińskim rynku i zwiększyć eksport.

W Polsce określenie układ budzi pejoratywne skojarzenia. W Chinach guanxi, czyli układ, otwiera drogę do sukcesu. Sam fakt pochodzenia kontrahenta z zachodu, kojarzonego z pieniędzmi, uchyla w Chinach wiele drzwi. Tym niemniej, wiele z tych drzwi nie otworzy się szerzej, jeśli nie będziemy potrafili wejść w guanxi. Zatem znajomość chińskich realiów może znacząco wpłynąć na to, czy chiński partner będzie lubił i szanował swego polskiego kontrahenta, czy może większym szacunkiem obdarzy jego pieniądze.
Nie ma jednej recepty na udany biznes z Chinami. Nie ma określonego wzoru, przepisu czy magicznego zaklęcia, gwarantującego sukces na tym ogromnym rynku. Istnieje jednakże klucz do rozpoczęcia całego procesu tak, by szansa na powodzenie biznesu była jak największa. Tym kluczem jest wiedza, cenna dla wszystkich – importerów i eksporterów.
Taką wiedzą – użyteczną, popartą praktyką – podzielili się eksperci debat i seminariów organizowanych podczas trwania Kongresu Gospodarczego Europy Centralnej i Wschodniej. Jedna z ekspertek, Paulina Kiełbus-Jania mówiła właśnie o wpływie chińskiej kultury na negocjacje biznesowe.
Kongres odbywał się jednocześnie z China Homelife Poland, największymi w Europie Centralnej i Wschodniej targami artykułów chińskich. Ofertą wystawców zainteresowało się wiele tysięcy handlowców, przedsiębiorców i gości odwiedzających targi. Tegoroczna edycja została wzmocniona o filar eksportowy – targi Export Expo. Regionem patronackim targów było Mazowsze.
– Dynamika kolejnych edycji targów China Homelife w Polsce świadczy o rosnącej wadze tego wydarzenia. Ważne, że zdecydowano o zorganizowaniu targów Export Expo, co umożliwia ekspozycje towarów produkowanych w naszym regionie Europy – oświadczył marszałek Mazowsza Adam Struzik.
Na targi, odbywające się w Ptak Warsaw Expo w dniach 29-31 maja, przyjechało około 1100 wystawców ze wschodniego wybrzeża Chin (prowincje Zhejiang, Guangdond, Anhui, Shandong) oraz Hongkongu. Reprezentują ogromny potencjał. Sama tylko prowincja Zheijang zajmuje prawie jedną trzecią obszaru Polski. Zamieszkuje ją ponad 55 milionów ludzi. Stolica prowincji, Hangzhou jest ważnym centrum gospodarczym. W ubiegłym roku odwiedziło ją ponad 180 milionów turystów. Te liczby dają wyobrażenie o rynkowym potencjale chińskich partnerów.
W Polsce zjawili się przedstawiciele czołowych marek, jak ASD, Longliqi, Hengyi Petrochemical, Chunfeng Garment, Double Gun, Rider Intelligence, Jinfulai, Huajian i wiele innych. Proponowali produkty z branż takich jak elektronika, materiały budowlane, meble, odzież i tekstylia, oświetlenie, wyposażenie domów, dekoracje.
Na stoiskach obecni byli certyfikowani dostawcy i producenci, sprawdzeni już kontrahenci, gwarantujący jakość oferowanych wyrobów i sprawną dostawę.
Podkreślał te wartości Xu Ming, sekretarz generalny urzędu miasta Hangzhou, podczas gali Europejskich Laurów Przedsiębiorczości. Mówił o jakości działania: – Jakość jest życiem produktów. Ma szczególne znaczenie na rynku europejskim – a my stawiamy właśnie na jakość. Mam nadzieję, że dzięki jakości nasze wyroby zdobędą odbiorców na rynkach światowych.
Jak podsumował Marek Traczyk, prezes Warszawskiej Izby Gospodarczej, na zaproszenie WIG na targi przyjechało prawie 2000 handlowców z krajów z Europy Centralnej i Wschodniej – a także przedstawiciele ponad 50 izb i organizacji gospodarczych z Białorusi, Chorwacji, Czech, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski, Rosji, Słowacji, Ukrainy.
Warto tu zwrócić uwagę na Izbę Przemysłowo-Handlową z Petersburga bo to jedna z najstarszych i największych takich organizacji w Rosji. Zrzesza ponad 4000 rosyjskich i zagranicznych małych, średnich i dużych firm, współpracuje z izbami z 70 krajów. Teraz kolejną umowę o współpracy zawarła właśnie z Warszawską Izbą Gospodarczą.
O potrzebie rozwijania kontaktów gospodarczych z Chinami świadczy fakt, że wystawcy odnotowali wyraźny wzrost zainteresowania swymi produktami. Pomogło w tym zapraszanie handlowców do odwiedzenia targów z zapewnieniem im transportu i poczęstunku, a dla gości z zagranicy także noclegu. Łącznie przyjęto około 5000 przedsiębiorców.
Targi dały możliwość dokładnego zapoznania się z asortymentem oferowanych towarów. Przyjechali handlowcy z całej Polski, spotykali się kupcy z dostawcami. Przede wszystkim jednak można było umocnić to, co najważniejsze w relacjach biznesowych: wzajemne zaufanie – i przyczynić się do zacieśnienia współpracy pomiędzy przedsiębiorcami z Chin i Polski.
Organizatorzy zaproponowali dobrze przyjęty program, dzięki któremu do przedsiębiorców dobierani byli odpowiedni chińscy producenci. W przypadku bariery językowej zawsze można było rozmawiać za pośrednictwem tłumacza.
Targi China Homelife Poland organizowane są w naszym kraju przy współpracy z Warszawską Izbą Gospodarczą. Stanowią one międzynarodową markę – pod taką samą nazwą podobne targi odbywają się w 13 regionach świata. China Homelife Poland są jedyną w tej części Europy edycją tego wydarzenia i obejmują swym zasięgiem 16 krajów Europy Centralnej i Wschodniej.
Kolejna, dziewiąta edycja targów planowana jest na maj 2020 roku. Po raz czwarty będzie im towarzyszył Kongres Gospodarczy Krajów Europy Centralnej i Wschodniej. Wiadomo już, że więcej powierzchni zajmą wystawcy w strefie targów Export Expo – nie tylko z Polski, bo przyjadą także eksporterzy z innych państw Europy Centralnej i Wschodniej.
Dla Chin jest to ważna platforma do realizacji wielkiego projektu handlowego „Jeden Pas, jedna Droga”. Dla polskiej gospodarki – szansa, że skorzystamy z tego projektu jako liderzy tej części Europy.
O korzyściach płynących z obecności na targach i kongresie mówili przedstawiciele wszystkich zaproszonych izb, deklarując już udział w następnej edycji zjazdu samorządów gospodarczych Europy Centralnej i Wschodniej organizowanych pod egidą Warszawskiej Izby Gospodarczej.
Targi i kongres mogą stworzyć platformę wspólnego handlowego dialogu przedsiębiorców chińskich i europejskich. Na razie jest to raczej handlowy monolog, w którym rola głównego dostawcy przypada Chinom. Wiadomo, że nie zrównoważymy chińskiego eksportu, ale, zwłaszcza przy okazji takich imprez, trzeba robić wszystko, aby partnerów z Państwa Środka zainteresować polskimi wyrobami.
Dlatego na targach swoje produkty i usługi proponowali nasi przedsiębiorcy z branż takich jak przetwórstwo rolno-spożywcze, turystyka, kosmetyki, meble, spedycja międzynarodowa, platformy e-commerce.
Kontaktami z importerami z Chin szczególnie zainteresowana jest branża rolno-spożywcza, bo nadzieje na poprawę naszego bilansu handlowego eksperci pokładają zwłaszcza w żywności. Polska ma tu ogromne możliwości, ale w eksporcie przeszkadza zawiła biurokracja, bariery, celne, transportowe i kulturowe. Na razie do Państwa Środka wysyłamy głównie kurczaki i indyki, natomiast eksport wieprzowiny jest nadal blokowany. Niestety, rząd PiS praktycznie nic nie robi, aby wspomóc polskich eksporterów w działaniach na wielkim chińskim rynku.

Zostawcie marki własne

Premier Morawiecki stwierdził, że polskie firmy nie są dostatecznie promowane w sklepach wielkopowierzchniowych – nikt nie wie o ich istnieniu i trudno im później przebić się z przyzwoitą marżą.
Stąd narodził się plan likwidacji marek własnych (realizowanych zresztą przez te same polskie firmy – tylko pod szyldem Carrefoura, Rossmana, Lidla czy Biedronki – te dwa markety są liderami produkcji marek własnych).
To postanowienie ideologicznie słuszne i stanowiące cios w przywileje marketów, ale niestety rykoszetem odbije się bardzo mocno na polskim kliencie – gdyż Morawiecki i spółka zdają się nie rozumieć, że to właśnie klienci najbiedniejsi, z mało zasobnymi portfelami władają do koszyków marki własne najczęściej. Zamiast mydła Palmolive wybierają mydło lidlowe, a zamiast chipsów Lays – biedronkowe prażynki. Rossmanowe kosmetyki są tanie, nietestowane na zwierzętach i po prostu dobrej jakości. Więcej – Instytut badawczy ABR SESTA na zlecenie portalu Money.pl postanowił sprawdzić, czy marki własne rzeczywiście są popularne wśród konsumentów i jakie konsekwencje może nieść ich zlikwidowania. Okazuje się, że rekordzista – mydło w płynie właśnie – podrożeje a o 165 procent. O 10 proc. podrożeje cukier, woda i soki o 60 proc., czekolada – aż o 107 (drugie miejsce na podium).
Dobra zmiana? Niekoniecznie.
– Jeżeliby doszłoby do realizacji ww. scenariusza, to w miejsce marek własnych pojawiłyby się produkty odpowiadające im jakością, tylko nieco droższe. Wprowadziliby je producenci, niekoniecznie związani z polskim biznesem. Konsumenci, nie mając alternatywy, płaciliby więcej. Starszym osobom mogłoby to przypominać czasy, gdy rynek był sztucznie regulowany. Oczywiście teraz półki nie świeciłyby pustkami. Wielu specjalistów pracowałoby nad nowymi rozwiązaniami, lecz niekoniecznie korzystnymi dla klientów – mówi Andrzej Wierzchoń, Senior Manager Sales w TERRITORY Influence/TRND CEE.
Regulujcie polski rynek mądrze, nie kosztem jego odbiorców, którzy od tych regulacji zbiednieją jeszcze bardziej.

Cuda na stacjach

Miesiącami ceny paliw w Polsce utrzymywały się na bardzo wysokim poziomie, chociaż w handlu hurtowym obserwowano spadki. Gdy z kolei ceny hurtowe paliw zaczęły rosnąć, w naszym handlu detalicznym zaczął się marsz w dół, inaczej niż w pozostałych krajach Unii.

Ceny paliw w Polsce zaczęły się obniżać w ostatnich dwóch tygodniach lutego. Potwierdzają to dane Komisji Europejskiej. Pomiędzy 11 a 25 lutego średni koszt litra benzyny bezołowiowej na krajowych stacjach spadł z 4,79 zł do 4,71 zł.
Nie byłoby w tym ruchu niczego zaskakującego, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie na europejskim rynku hurtowym ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) nastąpił wzrost ceny litra benzyny o ok. 15 groszy (niespełna trzy eurocenty). Bardzo podobnie zmieniały się też ceny na polskim rynku hurtowym. Wraz z akcyzą oraz opłatą paliwową ale bez podatku VAT, litr benzyny 12 lutego kosztował 3,56 zł. W ostatnich dniach lutego wspiął się natomiast do przedziału 3,70-3,74 zł, czyli osiągnął najwyższe wartości w hurcie od 4 miesięcy.

Zaskakujące zmiany

Tylko w Polsce przez ostatnie dwa tygodnie lutego cena detaliczna litra benzyny obniżyła się, podczas gdy we wszystkich pozostałych krajach Unii poszła w górę. Średnio o niecałe dwa eurocenty, czyli o 8 groszy.
Warto jednak pamiętać, że od połowy grudnia do połowy lutego ceny detaliczne benzyny, po wyłączeniu podatków, w Polsce były znacznie wyższe niż w Unii Europejskiej. Przez 6 tygodni – od początku stycznia do połowy lutego – były średnio o 3 eurocenty (13 groszy) wyższe niż przeciętnie w Unii. W porównaniu np. do Austrii różnica dochodziła do prawie 5 eurocentów (20 groszy).
Sytuacja wyglądała analogicznie jeśli chodzi o paliwo dieslowskie. Również tylko w Polsce ceny spadały w ostatnich dwóch tygodniach lutego. Jednak olej napędowy, tak samo jak benzyna, był w Polsce droższy niż średnio w Unii, od końca listopada do połowy lutego. W styczniu ta różnica sięgała prawie 5 eurocentów (20 groszy).
Zaburzenia widać na rynku detalicznym – ale nie w krajowym handlu hurtowym. Ceny ofertowe polskich rafinerii są zbieżne z trendami europejskimi i światowymi. To bezpośrednio na stacjach w naszym kraju dochodzi do największych zmian cen, które trudno uzasadnić jakimikolwiek procesami rynkowymi – bo pojawiają się one w najbardziej zaskakujących momentach – wskazuje Cinkciarz.pl.

Niewidzialna ręka

Skąd te zaburzenia? Wynikają one przede wszystkim z faktu, że w Polsce brakuje konkurencji pomiędzy koncernami paliwowymi na rynku detalicznym. Ostrzejsza walka o klienta pozwoliłaby na szybsze spadki cen, gdy benzyna czy diesel w hurcie szybko tanieją. Na razie ten proces widać praktycznie tylko na stacjach paliwowych przy hipermarketach.
Takie, jak obecnie zachowanie głównych koncernów funkcjonujących na polskim rynku detalicznym, wywołuje niepewność wśród innych sprzedawców paliw – i cementuje tendencję utrzymywania wysokich cen najdłużej jak to tylko możliwe.
Trawestując znane powiedzenie Adama Smitha z XVIII wieku, można stwierdzić, że na detalicznym rynku paliw w Polsce działa niewidzialna ręka, ale na pewno nie jest to ręka zdrowej rynkowej konkurencji.