Zwalczaj hejt

„Gazeta Wyborcza” głosi zagrożenie hejtem (mowa nienawiści) i piętnuje to zjawisko, co ponoć ma spowodować opamiętanie operujących wyzwiskami i insynuacjami uczestników internetowych połajanek oraz awantur ulicznych.
W ostatnich dniach ukazały się dwa teksty szczególnie zabarwione emocjami i iście bigoteryjnym przekonaniem o posłannictwie i własnej doskonałości. Są to: 11.06.2019 Żaneta Gotowalska. „Musiał, Wieniawa, Kurdej-Szatan – na idoli młodego pokolenia wylała się fala hejtu za udział w Paradzie Równości” oraz 10.06.2019 20:58 „700 komentarzy pod jednym tekstem o głosujących na PiS. Każdy zawzięty antypisior powinien to przeczytać” listy do redakcji, odpowiedź Grzegorza Wysockiego. Podstawę do sformułowania zarzutu bigoterii stanowi to, że Autorka, Autor i Redakcja omawiają treści tzw. komentarzy i dyskutują z nimi argumentami sformułowanymi z zachowaniem kultury języka i logiki bez dostosowywania się do niskiego nieraz poziomu adwersarzy. Postępowanie takie zasługuje bezwzględnie na uznanie. Niestety mamy tu typowe działanie „na pokaz”, w którym GW usiłuje pokazać czytającym, jak to MY jesteśmy zdolni do dialogu z uznaniem godności przysługującej każdej osobie. Nie znam bowiem żadnego (poza dwoma wskazanymi wyżej) przypadku zainteresowania się autorskiego lub redakcyjnego treściami uwag czytelniczych. Publiczność jest traktowana jako osoby bezmyślne, zdolne jedynie do biernego wysłuchania kazań. A sprawa jest tym poważniejsza, że dotyczy to nie tylko GW, lecz wszystkich znanych mi lewicowych oraz liberalnych zarówno mediów, organizacji jak i członkiń i członków tego, co nazwę demokratyczną elitą intelektualną, że wymienię przykładowo kilka czasopism („Przegląd Socjalistyczny”, „Krytyka Polityczna”, „Kultura Liberalna” i in., blogów (Daniel Passent, Maria Szyszkowska i in.), inicjatywy jak Kongres Kultury i Kongres Obywatelski, oraz wszystkie partie polityczne. W polskiej demokracji dialog jako przejaw uznania zdolności do myślenia każdej jednostki nie istnieje. We wspomnianych dwu artykułach wyczuwa się pozostawione bez odpowiedzi pytanie o źródło niszczącego społeczeństwo zła, którego najbardziej widocznym przejawem jest hejt. A skoro nie znamy przyczyny, naiwnie sądzimy, że jedynym sposobem jest zwalczanie przejawów. I stąd wynika zarówno bezsilne piętnowanie hejterów jak i prawione im kazania, czy wołanie o kary dla nich. Przy tym wszystkie te sposoby są przywoływane już dość długo, by przekonać się, że są nieskuteczne, co niestety nie skłania do zastanowienia, czy aby nie popełniamy błędu. Szczególnie uderza staranne przemilczanie głosów wskazujących, że przyczyną zła może być coś, co zagraża dobremu mniemaniu o sobie wspomnianych wyżej mediów, organizacji i elity. A mam tu na myśli zwłaszcza książkę Mirosława Matyi „Polska semidemokracja”, publikację Fundacji im. Stefana Batorego zatytułowaną „Partie polityczne a jakość polskiej demokracji” (autor Paweł Marczewski), oraz niedopuszczane do szerszego obiegu prywatne opinie. To ostatnie dotyczy m. in. pracy Władysława Bujwida p. t. „Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego” Proponuję więc wspólne zastanowienie się nad przyczynami popularności hejtu, który jest po prostu błędnym traktowaniem wymiany zdań, porozumiewania się, dyskutowania. I przedstawiam swoje w tej kwestii zdanie: Powołam się na znane z łaciny twierdzenie, że „scribere scribendo, dicendo dicere disces” (pisania uczysz się pisząc, mówienia zaś – rozmawiając), które wyraża przekonanie, iż umiejętności nabywamy głównie przez samokształcenie i praktykę. Nauczanie, przypominające tresurę prawienie kazań, ma sens jedynie na poziomie elementarnym, w miarę zaś rozwoju coraz większą rolę odgrywa własna inicjatywa, a dotyczy to zwłaszcza dyskursu. I tu właśnie mamy wyjaśnienie: gdy ci, którzy mają wyrobione zasady kulturalnego porozumiewania się, odmawiają prowadzenia dialogu, poprzestają na prawieniu kazań, jako pole zdobywania umiejętności komunikowania się pozostaje dla ogółu podwórko i Facebook, które ofiarują swoje wzory. I rezultat jest taki, jaki mamy. A jeśli nie zaczniemy rozmawiać, nic się nie zmieni. Dla uproszczenia sprawy poruszyłem jedynie palącą sprawę mowy nienawiści, jednak problem jest znacznie szerszy i skomplikowany. Potrzebny nam jest przemyślenie wielu spraw dotyczących kultury i obywatelskości. Warunek: o dopuszczeniu do głosu musi decydować wartość argumentacji. Nie można pozwalać na to, by tak jak dzieje się to obecnie, pomijane były te opinie, które nie odpowiadają aktualnie lansowanej strategii politycznej, kwestionują autorytet „naszych” osób i organizacji, „mogą źle wpłynąć” na odbiór medium itp. O taki dyskurs apeluję.

Nie tak szybko

Media żywią się wszystkim, co sensacyjne, czekają na każdy krwisty kąsek, który spadnie ze stołu. Są jak rekiny. A wokół Roberta Biedronia rozlało się ostatnio sporo krwi.

„SuperExpress”, który napisał o tym, że lider Wiosny dwadzieścia lat temu miał postawione zarzuty za znęcanie się nad matką nie kryje, że cała sprawa z wyciągnięciem tej informacji na światło dzienne była inspirowana politycznie. Nie kryje nawet, że to robota konkretnego środowiska skupionego wokół konkretnej partii (PO). Najwyraźniej naczelni opozycjoniści IV RP zapomnieli już, jakim oburzeniem pałali, gdy ich ówczesnemu szefowi wyciągano legendarnego dziadka z Wehrmachtu.
Mam wobec „Biedroń Przemocowiec Gate” ambiwalentne uczucia. Nie dziwi mnie, że człowiekowi, który aspiruje do pełnienia funkcji publicznych, zadaje się trudne pytania. Taki, jak się to mówi, lajf: właściciel sklepu spożywczego nie musi legitymować się krystalicznym życiorysem, ale poseł, wybraniec narodu – już powinien. Skoro potępiamy czyny radnego Piaseckiego i uważamy, że nie powinien pełnić funkcji publicznych, to Biedroń powinien być mierzony tą samą miarką.
A jednak sytuacja nie jest tożsama i pomimo wielu oczywistych zastrzeżeń co do programu partii Biedronia, pomimo tego, że nie jest on „moim wyborem” politycznym, w tej konkretnej sprawie będę go bronić.
Założyciel Wiosny nie jest w polityce „świeżakiem”, choć na takiego się kreuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sensacyjne nagłówki pt. „Pobił matkę?”, w dodatku dotyczące sprawy, która już dawno została wyjaśniona i zamknięta na etapie postępowania sądowego, nie ukazują się dziś przypadkiem. Obserwujemy typową śmierdzącą kampanijną sztuczkę. Na Niesiołowskiego haki trzymano w kieszeni przez długie miesiące, tu najwyraźniej jest podobnie.
Media robią bardzo ryzykowną rzecz, stawiając Biedronia w roli naczelnego oprawcy. Bo tym jest właśnie wyrwanie z kontekstu sprawy, którą dwadzieścia lat temu założyła mu matka. Tu absolutnie nie powinno się tego kontekstu lekceważyć. A kontekst był taki, że zarówno matka, rodzeństwo Biedronia, jak i on sam, przez lata byli ofiarami przemocy, a przy okazji – co bezpośrednio wynika z ich wypowiedzi – osobami współuzależnionymi, zastraszonymi, długotrwale funkcjonującymi w kryzysie. „Kiedy człowiek jest ofiarą przemocy, często nie wie, po której stronie stanąć” – mówi Biedroń i ja mu wierzę. Bo tak to właśnie działa. „Ofiara przemocy” kojarzy nam się ze skuloną postacią łkającą w kącie. Ofiara przemocy miewa mętlik w głowie. Szuka ujścia dla ekstremalnych emocji. Bywa, że znajduje się pod czyimś szkodliwym wpływem, jest manipulowana. Zdarza się, że powiela wzorce, od których tak bardzo chce uciec. Matka Biedronia nie kryje, że cała rodzina latami żyła w piekle. Dlatego ostatecznie wycofała swoje oskarżenia.
Warunkowe umorzenie kary oznacza uznanie winy. Więc tak, do aktu przemocy dojść musiało, nie da się oszukać rzeczywistości. Ale warunkowe umorzenie oznacza również szereg okoliczności szczególnych, istotnych na tyle, aby nie skazywać. W mojej pracy kuratora miałam do czynienia z podopiecznymi „po warunkowym”. Zazwyczaj oznaczało to, że do popełnienia przestępstwa skłaniały ich bieda, uwikłanie w krąg przemocy, głęboki kryzys emocjonalny. Dziś jednak zdaje się, że oboje, zarówno matka, jak i syn, przepracowali swoje traumy. Wyjaśnienia złożoności tej tragicznej sytuacji próżno szukać w plotkarskich notkach. Dlatego myślę, że pisząc o tej sprawie, należy zachować szczególną ostrożność i powstrzymać się od kategorycznych osądów.
To nie jest w żadnym wypadku usprawiedliwianie przekazywania przemocy dalej. To próba zrozumienia, dania szansy na wyplątanie się z obciążającej przeszłości. Mnie osobiście wyjaśnienia Biedronia przekonują. I myślę, że w konfrontacji z mediami słusznie stawia na ucieczkę do przodu poprzez szczerość i przypominanie kontekstu sprawy. Rozumiem też poniekąd jego słuszny żal o to, że akurat teraz postawiono go w ohydnej sytuacji, w której będzie „spalony”, cokolwiek nie zrobi: nawet jeśli otrzepie się z przysłowiowego gówna za pomocą racjonalnych argumentów, to jednak zawsze coś się przyklei.

Przeciwko mowie nienawiści!

„W moim kraju palą tęczę jak kiedyś ludzi w stodole; hejt nasz polski powszedni jak chleb, jak obiad na stole; Czego nie zniszczyli Hitler, Stalin; Czego Zomo pałą nie zajebało; Czego nie dopalił oświęcimski piec; Polskiej nienawiści zeżre wściekły pies” tymi słowami rozpoczyna się piosenka Marii Peszek pt. Modern Holocaust, która już w 2016 roku zwracała uwagę na wzrost mowy nienawiści w przestrzeni publicznej. Co roku podczas tzw. Marszu Niepodległości jesteśmy świadkami popisów przemocy symbolicznej oraz nienawistnych haseł, które wprost skierowane są do ludzi lewicy, mniejszości etnicznych i seksualnych. Również liberalny mainstream nie jest wolny od haseł odwołujących się do podobnych praktyk. Czym jest bowiem nawoływanie Radosława Sikorskiego do „dorżnięcia watahy” czy też nazywanie przez Donalda Tuska wyborczyń Prawa i Sprawiedliwości „moherowymi beretami”? Nie bez winy są także politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy przypinają łatki „zdradzieckich mord” i „złodziei” swoim przeciwnikom politycznym.
Temperatura politycznego sporu przekłada się na realne akty przemocy. Zabójstwo Marak Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi w 2010 roku na chwilę otrzeźwiło polityków. Przez moment politycy przestali się atakować, język debaty publicznej zelżał. Po paru dniach wszystko wróciło do „normy”, a politycy tak PO jak i PiS wrócili do uprawiania wojny polsko-polskiej.
Szok i przerażenie związane z zabójstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2019 roku było zapewne dla nas wszystkich czymś niezwykle dojmującym. Oto w świetle kamer uzbrojony w nóż napastnik dokonuje morderstwa na włodarzu Gdańska. Znów wszyscy zadaliśmy sobie pytanie o znaczenie słów, oskarżeń, nienawiści słownej, która przeradza się z zbrodnię. By przeciwdziałać podobnym zbrodniom w przyszłości trzeba działać, reagować i edukować. Taką rolę mają fundacje polityczne, których zadaniem jest współprowadzić debatę publiczną na w sprawach absolutnie kluczowych dla jakości demokracji. Reagując na to co wydarzyło się w ostatnich latach Centrum im. Ignacego Daszyńskiego wraz z Fundacją im. Friedricha Eberta organizują w nadchodzącą środę 3 kwietnia o godzinie 17:30 dyskusję otwartą pt. „Mowa nienawiści i agresja w życiu publicznym”, która odbędzie się w Gdańsku w Cafe Oficyna przy ul. Chlebnickiej 24/25. O tym skąd biorą się te niebezpieczne zjawiska oraz jak im przeciwdziałać dyskutować będą: dr hab. Małgorzata Niewiadomska-Cudak, dr Łukasz Cora oraz red. Dorota Sobieniecka-Kańska, zaś prowadzenie całości wydarzenia przypadnie koordynatorom Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w Gdańsku: dr Magdzie Leszczynie-Rzucidło oraz dr Tomaszowi Bojarowi-Fijałkowskiemu. Zapraszamy do udziału w naszej dyskusji czytelniczki i czytelników „Trybuny”.

Nowy fetysz: nienawiść do bezdomnych

Regularnie ta sama scena rozdziera mi serce i chodzi za mną potem przez kilka dni: ludzie przed trzydziestką, czasem nastolatki, nawet młode dziewczyny, czerpią perwersyjną przyjemność z upokarzania bezdomnych w komunikacji miejskiej.

Wczoraj dwóch nabuzowanych chłopaków – na oko 25 lat – chciało bezdomnego z tramwaju wyrzucić na zimno, nazywając go przy tym „ścierwem” i „śmierdzielem”. Co ciekawe, każdorazowo przy tej faszystowskiej agresji ujawnia się jej liberalne usprawiedliwienie – wygłaszane na głos na użytek sumienia i obserwatorów: „można nie pić”, „trzeba iść do noclegowni”, „pracy jest dość”, „za nasze jesz i za nasze jedziesz”.
Chociaż żaden ze mnie superman i kiedyś za to oberwę, zapytałem wczoraj agresora, jak ciągnął bezdomnego do drzwi, czy nie ma ochoty zostać kanarem, bo widzę, że jara go przypierdalanie się do ludzi, ale póki nie ma identyfikatora to niech skończy się rządzić.
Popyszczył trochę na mój temat (nazwał mnie „małolacikiem”, podziękowałem za komplement), ale ogólnie sobie usiadł. Supermani po siłowniach jak zwykle udawali, że nic nie widzą, albo przyglądali się z plotkarskim nastawieniem.
Kiedy powiedziałem „przestań obrażać tego człowieka, kiedyś sam możesz być w jego sytuacji, a dziś jedyne bydło w tym tramwaju robisz Ty”, trafiłem w sedno. Gość puścił histerycznym tonem: „Byłem w takiej sytuacji! Byłbym… Ale się wziąłem, każdy ma to, co sobie wypracuje, nie?”. Przemówił ten strach, będący wyrazem jego świadomości jak niewielka granica, kilka niefortunnych sytuacji oddziela go od kondycji bezdomnego, którego widoku nie jest w stanie znieść. Ta nienawiść to w gruncie rzeczy nienawiść do siebie samego, do zawartej w sobie potencjalności, którą na razie dużym wysiłkiem udało się pokonać.
Ten agresor – na oko wyglądający jak ktoś wracający z budowy albo magazynu – wielokrotnie słyszał o takich jak on sam, że są nierobami, że każdy sobie rzepkę skrobie. Może w pracy jest popychadłem, może w domu nie jest szanowany, może wyrwał się z marginesu.
Ci, którzy wyżywają się na bezdomnych zawsze wyglądają na ludzi niemajętnych, niepewnych o swój los.
Wynosząc bezdomnego, chcą wyrzucić perspektywę, w której mogliby być na jego miejscu. Ale tego nie da się rozwiązać w pojedynkę. W pojedynkę można spróbować oduczyć się nienawiści do tego, co w nas samych słabe, brzydkie, odpychające. I wtedy będziemy stawać w obronie słabych, brzydkich, odpychających. Jeżeli wybierzemy kult supermana i rywalizacji, skończymy jako faszystowski osiłek – a w najlepszym razie jak te mopsy z siłowni, które biernie przyglądają się jak na ich oczach ginie człowieczeństwo.

#10YearsChallenge

2009:

Od trzech lat działa program szkoleniowy Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE dla funkcjonariuszy porządku prawnego, którego tematem jest zwalczanie przestępstw z nienawiści. Za chwilę, w 2010 powstanie specjalny podręcznik dla policjantów – „Przestępstwa z nienawiści”.

2019:

Funkcjonariusze już nie uczą się pilnie przez całe ranki. Ich policyjną czytankę wycofano w 2016 roku po interpelacji posła (dziś ministra!) Andruszkiewicza, który sprzeciwił się stwierdzeniu zawartemu na kartach książki, że falanga, symbol otwarcie antysemickiego ruchu z lat 30. może w jakikolwiek sposób skojarzyć się komuś z nienawiścią. Jarosław Zieliński kupił te argumenty i wręcz stwierdził, że podręcznik „uczy niechęci, a nawet nienawiści do środowisk prawicowych”. Zadbał więc o to, aby dyskryminowani przez ONZ-owskie organy członkowie ONR nie bali się wieczorami wyjść z domu.
Styczeń 2018 – minister Błaszczak publikuje na Twitterze dane z oficjalnych statystyk policji: „Totalnych z PO i .N informuję, że w 2015 r. stwierdzono 791 przestępstw z „nienawiści”(art. 119,256 i 257 kk), w 2016 r.-765, a w 2017 r.-726.”. Najwyraźniej dane z Prokuratury Krajowej mniej pasują mu do tezy: te bowiem uparcie pokazują tendencje wzrostowe.

2009:

Polskie prawo nie definiuje przestępstw z nienawiści jako pojęć prawnych. Podstawą do ich ścigania są zapisy w kodeksie karnym (3 artykuły, mówiące o prześladowaniu z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości).

2019:

W 2016 a potem jeszcze raz, w 2017 Komitet Praw Człowieka ONZ naciska, aby do wyżej wymienionych przesłanek dopisać płeć, orientację seksualną, tożsamość płciową oraz niepełnosprawność. I będzie tak sobie naciskał dalej.

2009:

Nikt nie zna jeszcze „potwora gender”. Przed nami dopiero otwarcie Centrum Życia i Rodziny oraz Ordo Iuris.

2019:

Po śmierci Pawła Adamowicza prezydenci Wrocławia i Warszawy wychodzą z inicjatywą, aby zorganizować w szkołach zajęcia o tym, czym jest mowa nienawiści i jak rozpoznać dyskryminację. Ordo Iuris z Kają Godek protestują. Centrum Życia i Rodziny 20 stycznia wychodzi na Plac Bankowy pikietować przeciwko „deprawacji naszych dzieci”. Boi się „przemycania propagandy LGBTQ i ideologii gender do szkół” oraz „nie zgadza się na prezentowanie praktyk homoseksualnych, biseksualnych, transseksualnych i queer jako ‘normalność’”.

Nadal 2019:

Polacy w internecie wzywają do porzucenia języka nienawiści. Po chwili wzmożenia spokojnie wracają do wrzucania memów o tym, że Adrian Klarenbach to świnia. Niektórzy dziwią się, ilu spośród ich fejsbukowych znajomych „to debile”, którzy udostępnili fejkowe oświadczenie o upublicznieniu danych. Idą mrozy. Bezdomni śmierdzący w autobusach oburzają na zamkniętych grupach. Do zobaczenia w 2029.

Hejt jako nałóg

O hejcie i standardach w życiu publicznym rozmawia z Kamilą Terpiał filozof, kierownik Zakładu Etyki UW, prof. Paweł Łuków.

„Chroń mnie, Panie, od pogardy, od nienawiści strzeż mnie, Boże” – to słowa z utworu „Modlitwa o wschodzie słońca” wykonywanego przez Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego i Zbigniewa Łapińskiego w latach 80. Teraz też powinniśmy o to prosić?

Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w atmosferze nienawiści. Brakuje zwykłej przychylności dla innych i zaufania. Myślę, że to jest zjawisko, które ma charakter szerszy, nie obejmuje tylko świata polityki. Podkręcanie emocji, epatowanie osobliwościami od dłuższego czasu jest na porządku dziennym w bardzo wielu sferach naszego życia.

Dlaczego? Zmusza nas do tego dzisiejszy świat?

Nie da się tego wyjaśnić jednym prostym czynnikiem. Na pewno problemem jest osłabnięcie, a czasem wręcz brak, umiejętności rozmawiania w sposób rzeczowy o ważnych sprawach. Podejrzewam, że jest to skutek niedostatku edukacyjnego. Młodzież jest uczona faktów, ale już niespecjalnie ich analizowania, nazywania i rozumienia własnych emocji oraz wyrażania i uzasadniania swoich opinii. Kiedy wchodzą w świat dorosłych młodzi ludzie, konfrontują się z czymś, na co nie są przygotowani – w tzw. debacie publicznej jest coraz mniej faktów i rzeczowej argumentacji, a coraz więcej wybuchów emocji.

Dodać do tego należy współczesne media, których przetrwanie zależy od sponsorów i reklamodawców. Aby przyciągnąć uwagę odbiorców, najczęściej starają się przedstawić rzeczy w sposób jak najbardziej ekscytujący, często kosztem rzeczowości. Z kolei spora część polityków nie grzeszy większą wiedzą. Aby zwrócić na siebie uwagę wyborców, nie pozostaje im nic innego, tylko prezentować siebie i swoją partię przez epatowanie emocjami lub bulwersującymi wypowiedziami.

Polityka w coraz większym stopniu zdaje się funkcjonować według hasła „nieważne jak mówią, byle mówili”.

Teraz przyjdzie jakakolwiek refleksja o tym, jak niebezpieczne może być słowo?

Takie pytania zaczynają mnie irytować. Ćwiczyliśmy to już przecież nie raz. Po takim wydarzeniu następuje czas refleksji, a później wraca poprzednia codzienność. Na razie pewna refleksja jest zauważalna, ale nie widać powodów, aby sądzić, że potrwa dłużej lub spowoduje jakąś istotną zmianę. Zwłaszcza że najwięksi hejterzy hejtują dalej. Wzywając przy tym do zaprzestania hejtowania. I trudno powiedzieć, czy wynika to z ich hipokryzji, czy z braku świadomości tego, co robią. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo zachowujemy się jak ofiara nałogu, która szczerze obiecuje sobie poprawę po tym, jak kolejny raz przekroczyła pewną granicę, a po trzech dniach powraca do nałogu. Posługiwanie się złym, nienawistnym, rozemocjonowanym językiem jest jak nałóg, z którego nie wiadomo jak wyjść.

Nie zdecydujemy się na odwyk, bo jest za trudny?

Nie wiem. Ale jedno jest pewne: jeżeli pacjent sam nie chce się leczyć, to żaden terapeuta mu nie pomoże. Jeżeli nie dojdziemy do rzeczywistej zmiany postaw, to dalej będziemy się łudzić, że potrafimy sobie uporządkować społeczny świat trochę lepiej.

Z drugiej strony nie byłoby dobrze, gdybyśmy rozważali otaczający nas hejt wyłącznie w kategoriach zbiorowych. W końcu to konkretne osoby posługują się mową nienawiści. I część z nich robi to także teraz, bo mają tę szczególną łatwość widzenia źdźbła w cudzym oku i niedostrzegania belki we własnym.

A może jest ktoś albo coś, co mogłoby nas tam zaprowadzić?

W takich przypadkach bez wsparcia przyjaciół się nie obejdzie. Być może potrzebujemy liderów opinii, najlepiej charyzmatycznych. Tyle że jeden nie wystarczy. Poza tym musiałyby to być także autorytety moralne. Zadanie jest bardzo trudne, chociaż pewnie nie jest niewykonalne. Chyba że nastąpi jakaś katastrofa, która pozbawi hejterów dostępu do ich nałogu.

Jak bardzo na zaostrzenie języka wpływa podział społeczeństwa? Stefan Chwin, z którym ostatnio rozmawiałam twierdzi, że mur nie runie i dlatego nic się nie zmieni.

Mam wrażenie, że tłumaczenie wszystkiego podziałem społeczeństwa jest drogą na skróty. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Mowa nienawiści, hejt i podziały wpływają na siebie nawzajem. To taka spirala: im bardziej jesteśmy podzieleni, tym bardziej jesteśmy skłonni do hejtu, a im bardziej hejtujemy, tym bardziej się dzielimy. Musimy szukać szerzej wśród mechanizmów społecznych, które prowadzą do konkretnych zachowań. Skąd ludzie mają w sobie tyle wściekłych emocji?Co powoduje ten ogrom frustracji? Jednym z czynników na pewno jest brak umiejętności komunikowania swoich opinii i brak chęci i być może umiejętności współdziałania z innymi – także z tymi, z którymi się nie zgadzamy – aby zmieniać to, co nam przeszkadza i rodzi frustrację. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego…

Co zadziałało w przypadku mordercy prezydenta Pawła Adamowicza?

Zapewne kilka rzeczy. Ale warto spojrzeć na to, co zrobił, jako na sposób komunikowania niezadowolenia i radzenia sobie z nim. W otaczającym świecie otrzymał takie formy komunikacji, z jakich skorzystał. W pewnym sensie takie wydarzenia są oskarżeniem całego społeczeństwa, że dostarcza ludziom przykładów komunikowania swoich opinii, które są nienawistne i skłaniają do przemocy
Wiele osób nie potrafi artykułować swoich frustracji, nazywania tego, co je boli. Oskarżanie innych jest odreagowaniem, które nie rozwiązuje problemów.
TVP i inne prawicowe media wskazywały właśnie Pawła Adamowicza jako winnego całemu złu. To mogło mieć wpływ na mordercę?

Do myślenia i działania nakręca ogólna atmosfera, a to, o czym pani wspomniała, to jest wskazywanie celu. Dla kogoś, kto ma kłopoty z wyartykułowaniem swojej frustracji i nie do końca uświadamia sobie jej powody, wystarczy podpowiedzenie odpowiednio dobranym językiem, że ktoś jeden lub jakaś grupa osób odpowiada za wszystko, co złe. Taka osoba będzie myśleć: skoro ten ktoś jest winien wszystkiemu, co złe, to także mojemu nieszczęściu.

Powinniśmy reagować na najmniejsze nawet przejawy hejtu czy niesłuszne oskarżenia? Może to jest szansa na odtrucie?

Reagować – i to natychmiast – powinny oczywiście powołane do tego organy, takie jak policja czy prokuratura, nie pozostawiając wątpliwości, co spotka sprawców. Odtrutki mogą dostarczyć też media, bo to one w dużym stopniu kształtują język debaty publicznej. Oprócz tego są sposoby reagowania dostępne każdemu z nas. Każdy z nas dysponuje sankcją, którą może zastosować – brak pobłażania dla nienawiści i ostracyzm towarzysko-społeczny. Jeżeli ktoś posługuje się językiem nienawiści, to trzeba mu powiedzieć, że nie akceptujemy takich zachowań i zawiesić lub całkowicie zerwać z nim kontakty. Nie wolno nam umywać rąk w takich sprawach. Czasem wymaga to prawdziwej odwagi, ale częściej klarownego wyznaczania granic etycznych.

W naszym portalu przyjęliśmy na przykład zasadę niepisania o „wyczynach” posłanki Krystyny Pawłowicz. Tacy ludzie nie powinni pojawiać się w mediach?

Media często legitymizują hejterów, zapraszając ich do rozmowy. Dają w ten sposób sygnał, że co prawda jesteś człowiekiem, który gardzi innymi, ale twoje zdanie traktujemy tak samo poważnie, jak zdanie tych, co darzą innych szacunkiem. Powinniśmy mówić wprost, że jeżeli ktoś nie potrafi lub nie chce się zachowywać przyzwoicie, to nie będziemy interesować się jego opinią. Nie chodzi w takim przypadku o cenzurowanie, ale o obronę samych siebie przed takimi ludźmi. To jest także kwestia etyki dziennikarskiej. Dziennikarze nie muszą zapraszać do rozmowy ludzi, którzy czerpią satysfakcję z krzywdzenia innych za pomocą słów.

Rozumie pan, tak po ludzku, decyzję Jurka Owsiaka? Nie wytrzymał?

Rozumiem jego poczucie zniechęcenia. Myślę, że to, co się zdarzyło, pozbawiło go poczucia sensowności tego, co robi. Orkiestra jest świętem uśmiechniętej solidarności społecznej i szukania tego, co łączy. I w czasie tego święta dokonano aktu przemocy z nienawiści, która dzieli. Mam nadzieję, że to poczucie sensowności opuściło dyrygenta Orkiestry na krótko.

To człowiek, który odważnie i bezkompromisowo bierze odpowiedzialność za to, co robi, i czuje się współodpowiedzialny za to, co się stało, chociaż wiemy, że nie przyłożył do tego ręki. Nie powinien rezygnować, bo jest sercem tego wydarzenia. A Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest czymś wyjątkowym, jest tak ekumeniczna jak bodaj żadna instytucja w Polsce.

To dlaczego są ludzie, którzy nawet takie piękne wydarzenie chcą zniszczyć?

Jak ktoś chce uderzyć psa, to kij zawsze znajdzie. Jak ktoś jest wiernym bojownikiem sprawy, co do której nie ma najmniejszych wątpliwości, a zarazem czuje, że nie ma wystarczająco silnych argumentów w jej obronie, to jedyne, co może zrobić, to hejtować. To jest szukanie czegokolwiek, czym można skrzywdzić oponenta. Skoro nie można go przekonać, to trzeba go skrzywdzić. To jest połączenie faryzeizmu i przeświadczenia, że rozbieżność opinii i spór jest czymś nienormalnym. Bo jaką wartość ma spór, kiedy ma się dostęp do jedynej prawdy moralnej?

Są też ci, którzy chcą dyskutować, przeżywać i nie chcą hejtować. Na marsz przeciwko nienawiści w Gdańsku, który był swoistym pożegnaniem Pawła Adamowicza, przyszło dużo ludzi. Takie momenty dają nadzieję?

Potrzebne jest to, żebyśmy jako zbiorowość manifestowali w takiej sytuacji swoje zdanie. Konieczne jest także zdefiniowania celu. Dlatego wcześniej mówiłem o liderach, czyli ludziach, którzy byliby w stanie to zrobić.

Nie możemy stale powtarzać tych samych haseł. Potrzebne jest oryginalne podejście do problemu, które uwzględniałoby nasze realia. W tym celu trzeba skorzystać z wiedzy ekspertów, którzy wyjaśnią, skąd się biorą problemy i zaangażowania społecznego, żeby szukać dróg naprawy i działać.

Paweł Adamowicz pozostanie symbolem…

…normalności w życiu publicznym. Dla mnie jest uosobieniem tego, jak prowadzi się normalną lokalną politykę – załatwianie codziennych spraw, organizowanie sprawczej zbiorowości, otwartość na różnorodność, gotowość do wysłuchania innych i odpowiadania na głosy lokalnego społeczeństwa pomimo ataków i podejrzliwości. Pewnie nie był jedyny, ale pracował w bardzo trudnych warunkach. Gdańsk jest specjalnym miastem, chociażby dlatego, że jest symbolem wielu rzeczy ważnych dla Polaków.

Po śmierci prezydenta Gdańska był szok, niedowierzanie, później próba zrozumienia, jak i dlaczego coś takiego się wydarzyło. Co będzie dalej?

Trudno mi być prorokiem, zwłaszcza we własnym kraju. Pewnie do czasu wyboru nowego prezydenta Gdańska będzie jeszcze trwał czas refleksji i poważniejszej dyskusji. A co potem? Chciałbym, aby ta refleksja objęła resztę Polski, abyśmy uświadomili sobie, że hejt i przemoc nie zastąpi rozsądnej dyskusji. Teraz mamy wojnę za pomocą słów i zbieramy jej owoce. Trudno być optymistą. Ale jak nie można być optymistą, to pozostaje mieć nadzieję…

Szaleństwo jest przywilejem

„Fakty są takie, że ten człowiek w ogromnej frustracji, a także w przekonaniu o własnej rewolucyjnej sprawczości, dopuszcza się czynu nienawistnego, przemocowego”. Piotr Nowak (strajk.eu) rozmawia z dr Ewą Majewską – filozofką feministyczną z Uniwersytetu Warszawskiego.

13 stycznia wieczorem byłem pod Pałacem Kultury, gdzie trwało Światełko do Nieba. Tam właśnie przeczytałem o tragicznych wydarzeniach w Gdańsku. Pierwsze, co przyszło mi na myśl to: nie jestem w ogóle zaskoczony. Nienawiść była w polskiej polityce od dawna, a jej poziom narastał. A co Pani wtedy pomyślała?
Mniej więcej to samo. Mowa nienawiści jest elementem praktyk dyskryminacyjnych, które prowadzą do drastycznych czynów przemocowych. Od kilkunastu lat zawodowo zajmuję się działaniami antydyskryminacyjnymi. Ważną częścią tej pracy jest edukacja równościowa: przeciwko stereotypom, o prawach człowieka, prawach kobiet i mężczyzn, mniejszości. W ramach tej działalności miałam okazję się przekonać, że najskuteczniejsza jest prewencja. Rozbrajanie, omijanie, warsztatowe przepracowywanie mowy nienawiści.
To, co się stało w Gdańsku, zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza, znajomego moich rodziców jest tragedią, której można było w moim przekonaniu zapobiec. Tak jak podobnym wydarzeniom. Tym razem został zamordowany prezydent dużego miasta i o tym wszyscy słyszymy, ale bardzo wiele było napaści na obcokrajowców, uchodźców, w Warszawie pobito m.in. uchodźczynię, małą dziewczynkę. Za kolor skóry. Takie osoby są napadane i bite, ale takich zdarzeniach nie zawsze słyszymy. Tymczasem na zapobieganie takim wydarzeniom jest proste lekarstwo. Ono oczywiście nie jest 100 proc. skuteczne, ale jest i tak jest najlepszym, jakie znamy. To zaniechanie i powstrzymanie fali rewanżyzmu, stereotypizacji, mściwości, czyli mowy nienawiści w języku debaty politycznej i w parlamencie.

Piotr Ikonowicz napisał, że „zabójca prezydenta Gdańska jest idiotą, zbirem, trudno mu przypisać pobudki polityczne”.
Wydaje mi się, że Piotr Ikonowicz pomylił życie z tragedią. To, co Pan przytoczył przypomina strofę z Makbeta „Życie jest cieniem ruchomym jedynie, nędznym aktorem, który przez godzinę pyszni i miota się po scenie, aby umilknąć później na zawsze”. W moim przekonaniu słowa Piotra Ikonowicza sprawiają wrażenie odniesienia do fikcyjnej opowieści i nie mają związku z faktami, których mówimy. A one prezentują się tak: biały mężczyzna, przypuszczam, że z niższej klasy średniej…

Ukończył tylko szkołę podstawową.
Tak, ale jeśli chodzi o kapitał społeczny, można przypuszczać, że to niższa klasa średnia. Jak na polskie warunki oczywiście, bo według francuskich to byłby lumpenproletariat. Fakty są takie, że ten człowiek w ogromnej frustracji, a także w przekonaniu o własnej rewolucyjnej sprawczości, dopuszcza się czynu nienawistnego, przemocowego.

To nie było szaleństwo?
Szaleństwo jest wtedy, kiedy ktoś mówi, że nad nami leci niebieski słoń. Informacje o zaburzeniu psychicznym nie zostały w końcu potwierdzone, a Polskie Towarzystwo Psychiatryczne wydało oświadczenie, w którym przypomina, że kojarzenie przestępstwa popełnianego z nienawiści z chorobą psychiczną jest błędne. Takie oświadczenia są wydawane na całym świecie w każdej podobnej sytuacji. Psychiatrzy wskazali, że jest to łatwe rozwiązywanie trudnego problemu, diagnoza niedorzeczna i nieprawdziwa. Z mojej perspektywy, każdy biały mężczyzna z niższej klasy średniej zostanie usprawiedliwiony.
Co innego kobiety. Kilkanaście lat temu była seria napaści, o które podejrzewano Czeczenki. Pojawił się wówczas model „terrorystki czeczeńskiej”. Fatalna, w dużej mierze medialna historia. Czy u tych kobiet podejrzewano szaleństwo? Nie. Czy osoba, która ma ciemniejszy kolor skóry, uwikłana w jakieś przestępstwo, jest diagnozowana jako szalona? Nikt się nie zastanawia, czy sprawcy zamachów w Londynie czy Madrycie byli poczytalni. A pamiętajmy, że w sądach niepoczytalność jest okolicznością łagodzącą. Na takie traktowanie mogą liczyć jedynie biali mężczyźni z klasy wyższej. Nędzarze nigdy. Odsuńmy takie postrzeganie, jedno z drugim nie ma wiele wspólnego, a psychiatrzy zwracają uwagę na to, że takie myślenie kryminalizuje i wiktymizuje osoby, które zmagają się z zaburzeniami, z których większość żadnych przestępstw nie popełnia.

Czy to, co się stało w Gdańsku było też efektem kultury nienawiści, dominującej w polskim życiu politycznym? Działaczka związkowa Maria Świetlik napisała: „Nienawiść nie niesie szansy na zmianę. Ja nienawiści nie lubię. Cenię gniew, bunt, sprzeciw, opór, ale nie nienawiść, bo ona zaburza myślenie”. Może za dużo jest nienawiści, a za mało zdrowego gniewu?
Podoba mi się to, co powiedziała Maria, ale ja mam trochę inną perspektywę. Jestem zwolenniczką komunikacji bez przemocy według szkoły Marshalla Rosenberga. To metoda stosowania w wielu sytuacjach – przy rokowaniach podczas konfliktów zbrojnych, przy jej pomocy ściąga się z dachów samobójców. W tej komunikacji jest jedna podstawowa zasada – jeśli ludzie nie wiedzą, jakich emocji doświadczają, a bardzo często nie wiedzą, to włączają złość. Jeśli odczuwamy silne emocje, to w pierwszej chwili reagujemy złością, nawet w sytuacjach, kiedy jesteśmy bardzo szczęśliwi, kiedy wydarzyło się coś niebywale fortunnego, to pierwsza reakcja, kiedy nie potrafimy wsłuchać się w nasz stanu emocjonalny, to często złość. Nie zgodzę się więc, że mamy za mało gniewu, a za dużo nienawiści. To jest złość. Ludzie są wściekli. Specjalizacja tych emocji negatywnych w nienawiść czy autodestrukcje następuje później.
W Polsce jest bardzo dużo złości, bo jest dużo biedy, nierówności i lekceważenia dla ludzi. Mam doświadczenie mieszkania w czterech, pięciu innych krajach, przez kilka miesięcy lub kilka lat. W państwach europejskich i w USA ludzie mają znacznie więcej wzajemnego szacunku w codziennych stosunkach niezależnie od statusu społecznego i grupy etnicznej. W Polsce jest deficyt tego typu uznania. Najprawdopodobniej wynika to z rażących naruszeń naszej godności i bezpieczeństwa ekonomicznego.

I to powoduje, że ta złość zostaje uzbrojona w 15-centymetrowy nóż?
Ta złość zostaje uzbrojona przez panią Krystynę Pawłowicz, pana Jarosława Kaczyńskiego, pana Zbigniewa Ziobrę…

Grzegorza Schetynę?
Na razie skupmy się jednak na tym, co zrobił PiS. Ta partia włączyła więcej nienawiści do języka debaty.

A „dorzynanie watahy”?
Dobrze, ale to jest jednak wyjątek od reguły. Uważam, że problemy, jakie mamy z władzą PiS i problemy, jakie mieliśmy z władzą PO są być może w skutkach porównywalne. I możemy iść w tym kierunku – sprawdzać, czy przypadkiem implikacje rządów tych partii nie są podobne, ale nie można tych dwóch partii zrównywać w zakresie mowy nienawiści. Kampanie nienawiści wszczynał PiS, który nie zaczął się wczoraj, bo mamy z nim do czynienia od kilkunastu lat, a także nacjonaliści, kiedyś Liga Polskich Rodzin, teraz Ruch Narodowy. To jednak PiS daje nacjonalistom dostęp do mediów i stanowisk politycznych, a ostatecznie również możliwość przepoczwarzania złości i frustracji społecznej w nienawiść do różnych Innych: kobiet, gejów i lesbijek, liberałów, uchodźczyń.

Gdyby na polskiej scenie politycznej była obecna silna lewicowa partia, która uzbrajałaby niezadowolenie społeczne w bardziej racjonalny język wyrażania gniewu czy złości, to nie byłoby takiego poziomu ślepej nienawiści?
Jestem zwolenniczką lewicowego populizmu. Nie jestem przekonana, czy racjonalny język jest remedium na cokolwiek. Ale jestem pewnie w mniejszości, bo z jakichś zupełnie nieznanych powodów znaczna część lewicowych intelektualistów i intelektualistek uważa, że narracja np. Theodora Adorno trafi pod strzechy i pozwoli polskiemu ludowi wyjść ze zniewolenia. Z całym szacunkiem dla Adorno, jednego z moich ulubionych filozofów, autora świetnych studiów nad osobowością autorytarną, nie zgadzam się z takim spojrzeniem, uważam, że to za mało.
Musimy umieć rozmawiać w sposób emocjonalny. Nie widzę powodu, byśmy musieli szukać racjonalnego porozumienia na poziomie dyskusji chociażby o wysokości podatków. Widziałam to świetnie podczas działalności w Partii Razem, której nie jestem już członkinią. Komunikowałam się z osobami o różnym statusie społecznym, różnym wykształceniu i wydaje mi się, że sporo mojej sprawczości w tej partii i dla tej partii na zewnątrz polegało na tym, że nie atakowałam natychmiast każdej osoby, które ma inne zdanie. Tolerancja dla różnych poglądów, reprezentowana przez Różę Luksemburg czy Bertranda Russela jest bardzo ważna i sprawia, że możemy działać razem mimo istniejących różnic. Stricte racjonalna strategia nie wystarczy, byśmy mogli skutecznie się komunikować mimo różności, dogadać się w sprawie szczegółów.

Czy szok po śmierci Pawła Adamowicza, urealnienie przemocy spowodują, że nastąpi jakieś opamiętanie w tym społeczeństwie? Pojawiają się głosy, że należałoby wystudzić nieco poziom emocji.
To są reakcje mocno męskocentryczne. Mężczyźni w takich sytuacjach standardowo mówią: dość tych emocji. Ja bym tego nie powiedziała. Nie dlatego, że jakoś szczególnie utożsamiam się z pozycją czy funkcją kobiety. Ale dlatego, że w moim przekonaniu w związku z tą tragedią pojawiło się w Polsce wiele emocji, które ja szalenie doceniam i uznaje je za bardzo potrzebne. Smutek, empatia, solidarność, poczucie wspólnoty. Ta zbrodnia zjednoczyła ludzi. Ja tych akurat emocji nie chcę wygaszać. Chcę, abyśmy z tymi emocjami zbudowali taką wspólnotę, taką przyszłość, w której nie będzie takich potworności, jak to co się stało w Gdańsku.

Było wiele takich wydarzeń w historii Polski. Tragedia, bardzo silne emocje, pojawia się poczucie zjednoczenia, które jednak szybko opada i nie pozostaje po nim nic. Wierzy Pani, że tym razem zmiana będzie trwała?
Obecnie trwa wyścig konkurencyjnych koncepcji tego, co powinniśmy zrobić. Jeżeli głosy osób, które mówią dziś mówią o wygaszaniu emocji przeważą, to bardzo możliwe, że nie pozostanie po tym nic trwałego. Może jednak warto przypomnieć sobie czasy pierwszej „Solidarności”, kiedy emocje były silne i twórcze. Mam wrażenie, że istnieją emocje, które są w polityce bardzo potrzebne: współczucie, zaufanie, wyrozumiałość, empatia, solidarność. Nie mamy zbyt wiele czasu, by ustalić między sobą punkty spójne. Nie mamy przed sobą życia wiecznego. A ustalanie tego na poziomie racjonalnym może wymagać bardzo dużo czasu, więc powinniśmy użyć również emocji. Bazując na takich emocjach, jak empatia, współczucie czy solidarność, będzie nam łatwiej chociażby dogadać się w sprawie implikacji tej zbrodni. Gdybyśmy mieli roztrząsać wszystkie warunki, możliwości, przyczyny, skutki tego zdarzenia, mogłoby nam nie wystarczyć czasu.

Słowo zbrodnią się stało

Słuchanie przekazu TVP info i innych rządowych mediów nie należy do przyjemnych.

Czuję się jak idiota, albo że ci propagandziści chcą idiotę ze mnie zrobić. Komentarze odredakcyjne na temat zabójstwa prezydenta Adamowicza sprowadzone jest tylko do relacji: zabójca psychopata – nieudolna ochrona – dzielna policja – prokuratura która zrobi wszystko, by sprawę wyjaśnić. …”Psychopata mógł zabić nawet prezydenta Polski, bo był pod pałacem prezydenckim, choć tego sam pałac nie potwierdza”…. Zabójstwo prezydenta miasta jest więc, być może, mniejszą tragedią. Sam minister Ziorbo o takiej ewentualności w TVP Info zdaje relację co kilkanaście minut.
Nie ma w tych mediach żadnego odniesienia do znamiennych słów ojca Wiśniewskiego, który w trakcie uroczystości pogrzebowej powiedział, „Człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji”. Nie wymienił nikogo z nazwiska, ale na prawicy jest takich wielu, szczególnie wyróżnia się jeden. Dla ułatwienia o kogo chodzi dodam, że nie było go na pogrzebie. Nie wspomina się słowem o wyrokach śmierci na polityków, wydawanych przez straż przyboczną PiS-u, o wieszaniu portretów polityków PO na szubienicach.
Europoseł Legutko uważa, że w Polsce starcia polityczne odbywały się w kategorii werbalnej. Tymczasem słowo zbrodnią się stało. Całe wcześniejsze szczucie, wyzywanie, oskarżanie nie miało nic wspólnego z tragicznym wydarzeniem. Nikt tam nie ma prawa powiedzieć, ani pomyśleć, że ta zbrodnia jest kumulacją tych wcześniejszych werbalnych – jak to określił europoseł – walk politycznych.
Refleksja owszem jest. Trzeba bardziej chronić vipów i lepiej organizować masowe imprezy. I to wszystko.
Przypomnę na koniec, że to postsolidarnościowa prawica sprawiała w ostatnich dziesięcioleciach, że część społeczeństwa ma wykrzywione ze złości twarze i życzy współobywatelom, inaczej myślącym, wszystkiego najgorszego z szubienicami włącznie.
Refleksji u wyborców kto sprawił, że jest u nas tylu obywateli kipiących nienawiścią nie widzę. Prawica jest na topie. I wolę, na razie, tego wątku nie rozwijać bo wnioski byłyby nieprzyjemne.

Nie o hejt tutaj chodzi!

To co dzieje się w mediach i polityce wokół sprawy zabójstwa prezydenta Gdańska, to zwykła zadyma. Sprawę sprowadzono do tzw. hej tu, który zapełnia fora internetowe. Towarzyszy temu dyskusja wokół tzw. mowy nienawiści i jej konsekwencji w obszarze świadomości społecznej. Mówimy bezrozumnie o widocznych skutkach, a o przyczynach tych zjawisk panuje cisza.
Z hejtem spotykamy się od lat, jako jedną z pochodnych istnienia mediów społecznościowych, które otworzyły świat informacji dla przeciętnych ludzi, mających dostęp do Internetu. Nie jest to nowe zjawisko w stosunkach międzyludzkich. Wcześniej objawiało się ono w postaci plotki, pomówienia. Sfera społeczna istnieje dzięki relacjom wzajemnym pomiędzy ludźmi, a media, w tym szczególnie, w ostatnich latach nowe media, to ułatwiają. Wołanie o likwidację, bądź ograniczenie hejtu można uznać w tej sytuacji za naiwność, brak wiedzy, lub uczestnictwo w zaciemnianiu społecznego obrazu dziś, w istniejących uwarunkowaniach społecznych i politycznych.
Zastanowić się trzeba nad tym, dlaczego uruchomiono dziś tak powierzchowną dyskusję o stanie świadomości Polaków, bez prób sięgania do źródeł i przyczyn tego zjawiska. Przyczyny są dość złożone, ich analiza wydaje się konieczna. Sytuacja społeczna zmierza bowiem szybko do przesilenia, a ono może nie być dla Polski najlepszym rozwiązaniem, choć widać siły, które wyraźnie do tego dążą.
Jeśli spojrzymy na kształtowanie się współczesnej wizji Polski XXI wieku, to daje się zauważyć, że od 1976 roku (wydarzenia w Radomiu), mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym, w którym wyłącznie jednym z epizodów był stan wojenny w grudniu 1981 roku czy też oddanie władzy przez PZPR w 1989 roku. Kraj i społeczeństwo jest przez kolejne ekipy polityczne, wywodzące się z różnych nurtów ideowych zarządzany kryzysowo, brak jest stabilizacji, jednej spójnej wizji rozwoju opartej o narodowy interes Polaków, tu i teraz.
Trzeba podkreślić, że na sytuację w Polsce ma zdecydowany wpływ sytuacja międzynarodowa i kształtowanie się świata pojałtańskiego, w ramach którego zarysowują się dwie przynajmniej koncepcje organizmu globalnego przyszłości: kontynuacja dotychczasowego jednobiegunowego organizmu z dominacją USA oraz budowa nowego, wielobiegunowego, zrównoważonego modelu opartego o kilka centrów cywilizacyjnych. Polska jest na linii frontu, stąd zapewne nasza sytuacja wewnętrzna wygląda tak, jak ją widzimy ostatnio.
Wracając do sytuacji aktualnej, trzeba podkreślić, że Polska targana jest koleją falą konfliktów społecznych i politycznych, których wynikiem może być nowy układ sił wewnętrznych po wyborach europejskich i parlamentarnych. Istnieje realna groźba dla rządzącej dziś koalicji prawicowej utraty władzy. Może to spowodować konieczność odejścia jednych ludzi i przyjścia innych, choć wśród rozumnej części społeczeństwa pojawia się pytanie: a co to zmieni?
Zauważyć trzeba, że jednym z głównych motywów walki o władzę w Polsce od dwóch dziesięcioleci nie jest czynienie dobrze i rozwój, ale władza sama w sobie, dająca dostęp do środków publicznych. Przykładów to potwierdzających jest wiele. Innym znaczącym elementem jest fakt, że kolejne ekipy rządzące w Polsce realizują wyłącznie wytyczne Konsensusu Waszyngtońskiego i jego linię neoliberalną w ekonomi i stosunkach społecznych. Dzieje się tak, mimo iż neoliberalizm w skali globalnej odchodzi w niesławie, pozostawiając po sobie ogromne rozwarstwienie i jednocześnie ogromny potencjał rewolucyjnego protest w całym świecie. Widać to również u nas. Jest on cynicznie wykorzystywany do walki politycznej, która zaczyna wylewać się na ulice.
Oceniając stan sytuacji w Polsce można zaryzykować tezę, że rządzące od kilkunastu lat kolejne ekipy polityczne nie są zdolne do wyprowadzenia kraju z narastającego kryzysu. Wywodzą się one z jednego pnia ideowo-politycznego, z jednej tradycji – przełomu sierpniowego. Narastający w Polsce konflikt jest ich dziełem. Zewnętrznie objawiane spory i różnice mają charakter pozorny, są często mylące dla elektoratu. Wielu rozumie je, jako cyniczną walkę o łupy.
Tak więc konkludując, nie o hejt tutaj chodzi, a o fundamentalne spory dotyczące sprawowania, utraty lub odzyskania władzy. Hejt jest pochodną szerszych procesów, którym ktoś patronuje i próbuje nimi zarządzać. Włączane jest w to społeczeństwo, narasta powszechna agresja, ukształtował się trwale w społecznej świadomości synonim „obcego”, z którym nie można już rozmawiać, a trzeba go zabić. To straszne zjawisko. Gdzie my jesteśmy, gdzie jest znaczący w historii Polski Kościół, który dziś stał się jedną ze stron konfliktu?
Polityka przestała być sztuką dialogu, kompromisu, szacunku do inaczej myślącego partnera, stała się polem konfrontacji i walki na śmierć i życie. Szkoda Polski.

Nienawistnej codzienności korzenie

Korzenie na ogół są niewidoczne, również często niedostrzegane w życiu społeczno-politycznym, co prowadzi do wyrażania błędnych bądź tylko częściowo słusznych opinii.

Tragiczna śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wywołała na licznych manifestacjach w całym kraju powszechny sprzeciw wobec narastającej w Polsce fali pogardy, nienawiści i przemocy. W wielu enuncjacjach medialnych różni politycy, dziennikarze i inne publiczne postaci wyrażały nie tylko żal po stracie tej wybitnej Osobistości ale i podejmowały próby odpowiedzi na pytanie : Jak i dlaczego mogło dojść do tego porażającego czynu ? Mówiono i pisano także, że ten cios w serce Prezydenta stanowi kolejny atak na podstawowe demokratyczne wartości; godzi także w czerwone serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, które stało się emanacją tego dobra, które jeszcze w Polakach zostało. Wiceszef „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski napisał: „Nazwijmy rzeczy po imieniu…w Gdańsku doszło do politycznej zbrodni, do wyrachowanej i zaplanowanej próby zabójstwa polityka wybranego w powszechnych wyborach, polityka o niedawno odnowionym wielkim demokratycznym i politycznym mandacie”.

„Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”,

bo żadne ekstremalne zachowania bądź drastyczne czyny nie rodzą się same z siebie, a wyrastają na określonym politycznym, społecznym czy religijnym podłożu; przyjmują wybrane wzory i oceny oraz dokonują się za poparciem, bądź przyzwoleniem, pewnych środowisk. I trwają w najlepsze tak długo, aż protest społeczny wymusi na władzy – bądź gdy sama to uczyni – podjęcie skutecznych, także prewencyjnych działań.

Śmierć prezydenta

Adamowicza w naturalny sposób przywodzi na myśl równie tragiczne wydarzenie sprzed lat dziewięćdziesięciu siedmiu, gdy zamordowany został pierwszy prezydent odrodzonej Polski Gabriel Narutowicz. Działo się to w okolicznościach bardzo zbliżonych do współczesnej atmosfery politycznej, i choć w tamtym czasie nie było telewizji, Internetu ani hajtu, to wywołana przez prawicę i endecję fala oszczerczych, napastliwych artykułów i licznych demonstracji wystarczyła, aby znalazł się ten, który pociągnie za cyngiel.
Ale mylą się ci, którzy sądzą, że Eligiusz Niewiadomski – morderca Narutowicza – zasługuje na wieczne potępienie, bowiem portal „Wolna Polska” wspomina go nadal ciepło w sporym materiale zatytułowanym: „Dla was zbrodniarz, dla nas bohater.” Ale to nie wszystko, zerwałem kilka lat temu z ogłoszeniowego słupa ulotkę pochwalną pod adresem czynu Niewiadomskiego, opatrzoną rysunkiem dymiącego pistoletu.
Takie przykłady z naszej publicznej sfery można mnożyć bez końca i znane są powszechnie tak obywatelom, jak i władzy, co nie znaczy, że aktualnie rządzący jeszcze raz nie pójdą wspólnie, acz oddzieleni „kilkuset metrowym buforem”, z narodowcami, ONR-em i podobnymi, którzy nam wszystkim – inaczej, czyli normalnie myślącym – najchętniej zgotowaliby los prezydenta Adamowicza.

Nie jest jednak prawdą,

o czym bezpośrednio lub w podtekstach mówi się o tej zbrodni, że fala zalewającej Polskę nienawiści zaczęła się i jest wynikiem tylko aktualnych rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Zjednoczona Prawica ma w tej materii oczywiście wyjątkowe zasługi, bo jak inaczej interpretować sławetne słowa Jarosława Kaczyńskiego o „zdradzieckich mordach” wygłoszone w najważniejszym w tym kraju miejscu? I szereg innych wypowiedzi i czynów atakujących politycznych przeciwników, ale i umizgów oraz zaniechań pod adresem narodowców choćby wieszających na szubienicach portrety europosłów. Jeśli dodać do tego dewastację polskiego wymiaru sprawiedliwości, oskarżanego o czyny, których jego członkowie nie popełnili, pozbawiony rzetelnej prawdy, upowszechniany mit „żołnierzy wyklętych” z jednoczesną dezubekizacją skierowaną na tych, którzy wiernie służyli III RP, a również panoszące się powszechnie kłamstwo wypowiadane przez rządowych prominentów i prezenterów państwowej, narodowej pono, telewizji, to osiągnięcia aktualnie panującego obozu politycznego dla dekompozycji naszego życia publicznego są rzeczywiście ogromne.

Korzenie naszej codziennej

nienawiści mają swój początek – o czym obecnie nikt nie chce wspominać – już u zarania III RP, gdy zwycięskie solidarnościowe elity zapoczątkowały podział społeczeństwa na prawych Polaków i tych wszystkich, którzy w jakikolwiek mierze swą aktywnością wyróżniali się w okresie Polski Ludowej, Bardzo szybko zadano kłam słowom Tadeusza Mazowieckiego: „Zasadę walki, która prędzej czy później prowadzi do wyeliminowania przeciwnika, musi zastąpić zasada partnerstwa…Chcę być premierem rządu wszystkich Polaków, niezależnie od ich poglądów i przekonań, które nie mogą być kryterium podziału obywateli na kategorie.”
Dokonujący się podział społeczny wraz z narastającą wzajemną nienawiścią utrwalała upowszechniana negacja całego okresu PRL i wysiłku pokoleń, które w jakimś stopniu go tworzyły. Dołączyły szybko: wojna na górze i na teczki, podziały na postkomuchów i postsolidaruchów, później reanimowano komunistów, ale także tych, którzy stali tam gdzie ZOMO stało, ubeków i postubeków, lepszy i gorszy sort. Dokonał się również trwały podział w obozie solidarnościowym na PO i PiS, a dziś dodatkowo zaowocował na zwolenników i przeciwników „dobrej zmiany”.
Nastąpiły nadto podziały na oczywiście lepszych naszych i obcych, którymi stali się nie tylko potencjalni w Polsce uchodźcy, ale również wszyscy inni: Żydzi, którzy obrażają nieskazitelny naród polski, Niemcy nie chcący nam płacić zaległych wojennych reparacji, Rosjanie z wiadomych powodów i Unia Europejska, która ośmiela się wtrącać w nasze suwerenne decyzje.

Te wszystkie podziały

zaowocowały nie tylko krańcowo różnymi politycznymi postawami i narastającą wzajemną wrogością, w której nie ma już oczywiście miejsca na szacunek i wysłuchanie innych, ale również represyjnymi, ekonomicznym działaniami w stosunku do byłych bądź obecnych, domniemanych wrogów, w imię czynienia tzw. dziejowej sprawiedliwości z pominięciem obowiązującego prawa.
Najbardziej jaskrawym przykładem takich poczynań, poza trwałą działalnością IPN-u, była ustawa dezubekizacyjna, będąca jaskrawym przykładem odpowiedzialności zbiorowej, zabierająca część wypracowanych emerytur, akceptowana zresztą zgodnie tak przez PO jak i PiS. Stanowiła nie tylko kontynuację wcześniejszej czystki kadrowej, pozbawionej jakichkolwiek, poza politycznymi, podstaw, nadto zapowiadała dalsze podobne działania nie tylko w resorcie obrony narodowej. Był to program ostatecznego rozwiązanie problemu nadal zbędnie istniejących ludzi, związanych w jakikolwiek sposób z okresem PRL, krytycznych bądź wrogich obecnym władcom naszego, podobno wspólnego, kraju.
Jeżeli po śmierci prezydenta Pawła Adamowicza pisze Adam Michnik „Biało-czerwona flaga Rzeczypospolitej Polskiej okryta jest dziś kirem”, to należy brutalnie przypomnieć o pomijanych ponad czterdziestu trumnach osób, także przykrytych taką samą flagą – ludzi, którzy popełnili samobójstwo lub zmarli gwałtowną śmiercią, z przyczyn rządowych decyzji pozbawiających ich środków do życia. W tym kontekście trudno nawet wspominać o wszystkich pozostałych hańbionych, bez prawa do obrony także swojej godności.
Przelana krew Pawła Adamowicza, podobnie jak przywołanych ofiar postsolidarnościowych włodarzy współczesnej Polski jest taka sama i woła-krzyczy-żąda zaprzestania tego polsko-polskiego wyniszczania.

Niestety w tej narastającej

wzajemnej rzezi Polaków aktywnie od lat uczestniczy hierarchia, i nie tylko, kościoła katolickiego, stanowiąc poważne wsparcie dla pozbawiania nas wszystkich zdrowego rozsądku, ale zawsze pilnująca swoich wpływów i interesów. Nie można się nadziwić, że nadal funkcjonują w polskim Kościele, i w naszym życiu publicznym, i mają znaczące wpływy takie postaci jak ojciec Tadeusz Rydzyk, z którym nikt jakoś, nawet w Watykanie, dziwnym trafem poradzić sobie nie może.
Ale to zrozumiałe po słowach arcybiskupa Gądeckiego wygłoszonych po śmierci Adamowicza: „Zabójca potrzebuje większego współczucia niż zabity”. I dalej, po faryzejsku: „Należy dążyć do jedności i pokoju społecznego. Myślę także o tym, że w takim momencie trzeba rzetelnej modlitwy i o taką proszę. Apeluję o, to by nie wykorzystywać politycznie śmierci prezydenta Adamowicza”.
Czyżby ksiądz arcybiskup przestraszył się gwałtownego, społecznego oburzenia, które uderzyć może, podobnie jak po śmierci Narutowicza, w przychylne mu środowiska polskiej prawicy, a tym razem, w hołubione Prawo i Sprawiedliwość ?

Warto właśnie dziś przywołać

słowa ojca Ludwika Wiśniewskiego: „ Oto na naszych oczach umiera w Polsce chrześcijaństwo. I nie jest to wynik propagandy libertyńskiej, zabiegów kół masońskich czy międzynarodowych spisków. Chrześcijaństwo wykorzeniamy my sami, duchowni i najgorliwsi członkowie Kościoła, własnymi rękami i na własne życzenie…Wprowadziliśmy w naszą religijność element, który ją rozsadza: wrogość. Jesteśmy nią nie tylko zarażeni, ale przyzwyczailiśmy się do niej: stała się do pewnego stopnia wręcz naszym znakiem rozpoznawczym. A gdzie jest wrogość, tam prawo obywatelstwa ma nienawiść – wroga przecież należy zniszczyć. Można więc pluć, drwić i deptać ludzi, można bezpodstawnie oskarżać ich o niegodziwości, a nawet zbrodnie, i równocześnie powoływać się na Ewangelię, stroić się w piórka obrońcy chrześcijańskich wartości i Kościoła, odbywać pielgrzymki na Jasną Górę, składać świątobliwie ręce do modlitwy i ukazywać w mediach rozmodloną twarz.”
Nie sądzę aby takimi przemyśleniami dzielili się, w czasie żałobnej mszy świętej za Pawła Adamowicza, prominentni działacze PiS, z prezydentem Andrzejem Dudą na czele, a krokodyle łzy leją dziś także ci, którzy okopywali wspólnie korzenie tej nienawiści.