Przerwa w pracy Ważny tunajt

Z wielkim zadziwieniem przyjąłem decyzję marszałek Witek o tym, aby bieżące posiedzenie Sejmu przerwać i dokończyć je…po wyborach. To tak, jakby nauczyciel pod koniec roku postanowił zakończyć lekcję przed czasem i wrócić do niej po wakacjach. W tej samej klasie, mimo że część uczniów nie zdała, a na ich miejsce doszli nowi. I to wszystko wyłącznie dla ich dobra.

Marszałek Elżbieta Witek argumentuje swoją decyzję o skróceniu posiedzenia Sejmu prośbami. Jakimi? Licznymi. I to nie tylko od swoich kolegów z prawa, ale też od tych z bardziej lewego prawa, czyli od PO. Prośby te uzasadniane były ponoć krótką kampanią wyborczą. Miesiąc, który pozostał do nowych wyborów, to podług słów marszałek Witek, bardzo mało, żeby skutecznie pracować w Sejmie i jednocześnie móc spotykać się z elektoratem. W związku z tym zarządza się posłom przymusowy płatny urlop, aby mogli skupić się tylko na kampanii, a pracę dla kraju skończą po wyborach. Z jednej strony to zrozumiałe: wiadomo przecież, że jak się człowiek nadmiernie czymś przejmuje i stresuje, to nie ma siły na to, żeby mógł się skupić na robocie. Pracuje wtedy mniej wydajnie, robi po łebkach, bo cały czas ciąży mu niezałatwiona sprawa, która wysysa z niego siły i życiodajny tlen. Dobrze więc robi pani marszałek, że wychodzi naprzeciw tym ludzkim ułomnościom. Większość posłów bieżącej kadencji zamierza bowiem startować również w najbliższych wyborach, więc jej decyzja powinna być każdemu na rękę. Z drugiej strony, wiadomo jednak, że jak się przerywa pracę, to po przerwie, nawet krótkiej, ciężko się wraca do starych obowiązków. Dajmy na to ja; kiedy gram z kolegami całodniową próbę, a w okolicach obiadu ściśnie głód, wiem, że po obiedzie nic wartościowego już nie wymyślę. Koledzy zresztą też. Tak mamy; jak się robotę przerwie, to się człek rozleniwi i potem tylko symuluje, że coś robi, a tak naprawdę myśli, kiedy będzie można pójść do domu. Złośliwi parlamentarzyści, oczywiście, głównie ci z opozycji, twierdzą, że PiS robi taki zwishenruf po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od ważnych dla kraju spraw tuż przed wyborami i powrócić do nich po wyborach, w starym składzie, żeby nie strzelać sobie w stopę kolejną kontrowersją. Może oczywiście tak być, choć o taki makiawelizm posłów PiS bym nie podejrzewał. Ot, zwyczajnie, zasiedziałe w Sejmie towarzystwo, które w większości potrafi tylko siedzieć w Izbie i brać za to pieniądze, boi się, że jak się nie przyłoży do kampanii i nie powtyka w kieszenie ludu odpowiedniej liczby ulotek, może się w przyszłym parlamencie już nie znaleźć. Trzeba będzie wtedy wziąć się za uczciwą robotę, a jak wiadomo powszechnie, do luksusu człowiek przywyka szybciej niż od niego odwyka. Idzie więc o to, że brać pieniądze za nic, a w tym czasie pracować przy swojej własnej kampanii. Wyborczej, buraczanej, wszystko jedno jakiej. Swojej.
Dyrektor zakładu zatrudnia w państwowej firmie sprzątaczkę, która w godzinach pracy sprząta u niego w domu. Robotnicy z państwowego przedsiębiorstwa za państwowe pieniądze stawiają płot na prywatnej posesji kierownika odcinka. Komuna mentalna w czystej postaci. Choć nie tylko, bo za kapitalizmu, zwłaszcza u nas, podobne praktyki również się spotyka. Czym zatem różnią się te dwie sytuacje przytoczone powyżej, od tej, z którą mamy do czynienia dzisiaj w Sejmie? Kompletnie niczym. Na państwowym folwarku zarządca, za zgodą pana, daje chłopstwu wolniznę na czas sianokosów na swoich morgach, ale po żniwach chłopstwo ma wrócić na pole dziedzica i uporządkować ściernisko, które po sobie zostawiło. Na miły Bóg, jak w cywilizowanym państwie, w środku Europy, władza może się aż tak szarogęsić? Okazuje się jednak, że można, i zrób Pan nam coś. Opozycja, tu akurat słusznie, atakuje rząd i wzywa do kontynuowania pracy. Robi to nie tyle z troski o Państwo, co z bojaźni o swój własny byt, bo im więcej PiS-u w kampanii w terenie kosztem czasu w Sejmie, tym mniej ich. Niby czas dla każdego jest taki sam, ale nie każdy może ściągnąć do siebie do gminy czy powiatu premiera czy ministra, żeby na jego tle pokazać się tłuszczy, jakiż to z niego dobry gospodarz i wymarzony kandydat, w przeciwieństwie do tamtego gołodupca, który tylko obiecuje gruszki na wierzbie. Poza tym, niech opozycja dzisiejsza nie zapomina, jak ongiś marszałek Borusewicz rozpuścił do domu senatorów przed końcem posiedzenia, bo nie było nad czym procedować. I wtedy dobrze było?

 

Ministerialny hejt szkodzi sądom

Z raportu Court Watch wynika, że obywatele gorzej oceniają dziś niezależność sądownictwa, rzetelność procesów oraz bezstronność sędziów niż przed PiS-owską nawałą.

Jeden z deklarowanych celów „reform” w wymiarze sprawiedliwości ewidentnie nie został osiągnięty – odbudowa zaufania społecznego do sądownictwa. Kaczyńskiemu i jego akolitom udało się zorganizować skuteczną nagonkę na część sędziów i rozbudzić agresję, co zwiększyło poparcie dla jego partii. Niemniej jeśli chodzi o postrzeganie samego systemu wymiaru sprawiedliwości, to sytuacja wygląda fatalnie. O sprawie pisze dziś dziennik Rzeczpospolita.
– Postawiliśmy sobie za cel sprawdzenie, jak reforma odbiła się na doświadczeniu zwykłych obywateli. Dane pokazują spadek ogólnego zaufania do sądów, ale to wyraz głównie obaw o ingerencję władzy wykonawczej – powiedział w rozmowie dziennikarzami Rz Bartosz Pilitowski, prezes Court Watch Polska i współautor raportu.
Fundacja badała stan polskiego sądownictwa w latach 2017-19. Z badań wynika m.in., że dla społeczeństwa najważniejsze jest usprawnienie pracy sądów. Odnotowała również wyraźny spadek zaufania do systemu. Jest on wyraźnie niższy niż w 2016 r., jednak warto zauważyć, że wzrósł w stosunku do roku 2015. Obecnie 45 proc. badanych w raporcie Court Watch negatywnie ocenia sądy. Pozytywnie – 32 proc.
Oprócz kwestii dot. stosunku obywateli do sądownictwa raport porusza też problemy, z jakimi stykają się sędziowie. Co 20 sędzia biorący udział w badaniu oznajmił, że był ofiarą – jak napisano w Rzeczpospolitej – „niedopuszczalnej presji na swoje orzekanie”. Dziennikarze Rz przywołują przy okazji dane Europejskiej Komisji na rzecz Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości (CEPEJ); ośrodek ten analizuje funkcjonowanie systemów władzy sądowniczej państw i przedstawia zalecenia w celu poprawy ich skuteczności. Według opracowań tej instytucji proporcja środków przeznaczanych na pomoc prawną względem wszystkich wydatków na sądownictwo w Polsce jest jedną z najniższych wśród krajów Rady Europy – 3,3 proc.

O nienawiści bez nienawiści

O nienawiści i agresji, które już na dobre zadomowiły się w polskiej debacie publicznej i o tym, jak im oddolnie przeciwdziałać, Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia z Julią Smogorzewską i Arturem Ryszkiewiczem, studentami Uniwersytetu Warszawskiego, współtwórcami nowej inicjatywy „Ruch Przeciwko Nienawiści”.

Skąd idea założenia Ruchu Przeciwko Nienawiści?
Artur: Z oburzenia na to, co ostatnimi czasy dzieje się w Polsce. Widzimy, że przemoc i nienawiść coraz śmielej wychodzą na ulice, coraz bardziej zawłaszczają debatę publiczną i dodatkowo jest na to coraz większe społeczne przyzwolenie. Nasza nieformalna studencka grupa ma być odpowiedzią na te niepokojące trendy. Po prostu nie godzimy się z tym, że niektóre grupy w Polsce czują się coraz bardziej zagrożone.
Było jakieś konkretne wydarzenie, katalizator?
Julia: Takim katalizatorem były lipcowe wydarzenia białostockie. To po nich skrzyknęliśmy się w organizację, ale one raczej potwierdziły nasze obawy i niepokoje, niż otworzyły nam oczy. Frustracja i złość na to, że ksenofobia, homofobia i rasizm zdobywają przyzwolenie, wręcz popularność, narastała w nas od dłuższego czasu.
Osobiście padliście ofiarami tych fobii?
Artur: Są wśród nas osoby, które były ofiarami przemocy na tle homofobicznym. Ale to nie o prywatne krzywdy nam chodzi.
Julia: W Polsce istnieje problem z poziomem debaty publicznej. Nie istnieje jakikolwiek język porozumienia pomiędzy stronami różnych sporów politycznych, czy to na płaszczyźnie kwestii gospodarczych, konfliktów na linii związki zawodowe-przedsiębiorcy, czy innych, które są od dłuższego czasu na świeczniku. Myślę tutaj o sporze wokół osób LGBT. Samo stwierdzenie, że istnieje coś takiego jak ideologia LGBT, w celu przykrycia realnych osób nieheteronormatywnych jest czymś obrzydliwym i niedopuszczalnym. Pokazuje to, jak głęboko nienawiść zakorzeniła się w dyskursie. Jeśli jest na nią przyzwolenie w debacie publicznej, to czuję, że dotyka ona również mnie, jako członkini społeczeństwa.
Artur: Jeżeli na ulicy człowiek może zostać pobity tylko dlatego, że ma inne poglądy, orientację seksualną czy kolor skóry, to jest to fatalny prognostyk na przyszłość. Z jednej strony solidaryzujemy się z ofiarami, z drugiej chcemy pokazać, że nie ma naszej zgody na przemoc i nienawiść.
Wydarzenia ostatnich tygodni, sprawa tak zwanej „trollowni” w Ministerstwie Sprawiedliwości pokazuje, że na wyrażanie niezgody na przemoc nastał ostatni moment. W Polsce już nie tylko przyzwala się na przemoc, ale traktuje ją jako jawny, dopuszczalny instrument polityczny. Jedną z wielu metod walki z przeciwnikami.
Gdzie doszukiwalibyście się źródeł wtargnięcia nienawiści do dyskursu publicznego? I dlaczego tak łatwo doszło do jej znormalizowania?
Artur: Trudno mi powiedzieć, co było pierwszym impulsem, po którym nienawiść weszła na dobre w dyskurs publiczny. Ale za jej normalizację winię partie polityczne. One wszystkie się na tę brutalizację zgadzały. Nie widziały nic złego w patologizacji debaty publicznej.
Ale to prawica, szczególnie Prawo i Sprawiedliwość, wniosła do debaty publicznej i znormalizowała język nienawiści. To prawicowym politykom zawdzięczamy mówienie o „pasożytach”, które miały być przenoszone do Polski przez „nielegalnych imigrantów”, „strefy wolne od LGBT”, czy też usankcjonowanie przez patronat prezydenta Andrzeja Dudy obecności faszyzujących organizacji 11 listopada 2018 roku.
Artur: To nie jest kwestia tylko jednej partii politycznej ani nawet szeroko rozumianej prawicy. Winę ponoszą politycy wszystkich opcji, którzy przyzwalali na takie zachowania. Oczywiście możemy wskazać konkretne grupy takie jak ONR czy Młodzież Wszechpolska, które mają nienawiść wpisaną w strategię działania. Te organizacje mają teraz przyzwolenie władz na takie działania, to fakt. Jednak to, że nie umiemy normalnie dyskutować, tylko obrzucamy się wyzwiskami, nadal nie jest winą jednej opcji politycznej.
Julia: Odpowiedzialność ponosi każdy, kto przyzwala na jakikolwiek przejaw nienawiści, nie reaguje na zło, które się w naszym kraju dzieje. Szerzenie się poglądów skrajnie prawicowych, które mają duży wpływ na kształtowanie się języka młodych ludzi, zachęconych przez obecną chociażby w mediach publicznych propagandę do walki z nowym wrogiem jakim jest społeczność LGBT, nie jest jedynie winą PiS-u.
Artur: Nienawiść nie jest związana tylko z prawicą, z lewicą też może być.
Lewica w Polsce jest przede wszystkim bardzo słaba. Prawie nie wpływa na ogólny kierunek publicznego dyskursu. A jednak twierdzicie, że eskaluje nienawiść albo przyczynia się do jej normalizowania?
Artur: Wielokrotnie wśród przeciwników Marszów Równości mowa była o tym, że tam wyszydza się wiarę katolicką i katolików. Oczywiście wiemy, że Marsze Równości są świętem radości i równości – sam byłem na tegorocznym marszu w Warszawie i czułem się tam bardzo dobrze, nie widziałem żadnej agresji czy nienawiści. Zdarzają się tam jednak faktycznie pojedyncze osoby, które z katolików szydzą. Takie osoby należy edukować, mówić, że to, co robią nie jest dobrą odpowiedzią na przemoc, której doświadcza ze strony przeciwników. Jeżeli dopuszczamy język nacechowany negatywnie, po jednej czy drugiej stronie, dochodzi do jego szybkiej eskalacji. Dlatego sprzeciwiamy się i wyszydzaniu wiary katolickiej, i obrzucaniu osób nieheteronormatywnych kamieniami czy butelkami. To jest tak samo niedopuszczalne.
Potępiamy i słowa arcybiskupa Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”, i podcinanie gardła kukle przedstawiającej go przez artystę należącego do społeczności LGBT. Dobrze, że od tego performera jego środowisko się szybko odcięło.
Ale nie uważacie, że nienawiść zademonstrowana na scenie przez artystę LGBT, czy performance z hostią na jednym z Marszów Równości to zachowania nieporównywalne ze słowami polityków partii rządzącej lub kleru katolickiego? One miały miejsce w reakcji na przemoc słowną ze strony osób, grup, organizacji mających hegemoniczną pozycję, która zapewnia im bezkarność. Artysta LGBT, który podciął kukle gardło został od razu skrytykowany przez swoją społeczność, podobnie jak performance z hostią. Słowa polityków PiS i hierarchów katolickich spotykają się z aplauzem i kończą sytuacją pogromową na ulicach Białegostoku.
Artur: Ja bym tutaj nie relatywizował. Nienawiść to po prostu nienawiść, nie można jej leczyć nienawiścią. Podcinanie kukle gardła jest tak samo złe, jak słowa Jędraszewskiego czy polityków PiS.
Julia: Samo przyzwolenie na szeroko pojęty hejt to już katastrofalny błąd. Wielokrotnie członkowie danych społeczności czy opcji odpowiadają na nienawiść nienawiścią. Potem sami nie zauważamy, kiedy zaczyna się nakręcać spirala przemocy. Swojego czasu narodowcy wystawili akty „politycznego zgonu” grupie polityków. Śmiem twierdzić, że w jakimś stopniu uruchomili proces, który doprowadził do zamordowania prezydenta Gdańska. Morderca Pawła Adamowicza mógł działać w poczuciu, że przemoc wobec polityków jest bezkarna.
Artur: Pogróżki czy szczucie to codzienność wielu osób publicznych w Polsce. Ostatnio prezydent Dulkiewicz, wcześniej prezydenta Trzaskowskiego i jego zastępcę Pawła Rabieja. Hejt w ich kierunku jest podtrzymywany przez media publiczne i zachowania publicystów oraz polityków, co następnie daje przyzwolenie na lincz wobec innych osób. Tymczasem za zachowania cechujące się nienawiścią powinno się wykluczać z życia publicznego.
To trochę zaklinanie rzeczywistości, nie kierując się, jak to nazwaliście „relatywizmem”, zapędzamy się w kozi róg. Zachowania członków społeczności LGBT spotkały się z krytyką samej społeczności, chociaż ona sama jest dyskryminowana i marginalizowana. Nie daje się tego sprowadzić do tego samego poziomu, który reprezentują zachowania prawicy, która jest zdecydowanie w hegemonicznej pozycji. Ale dobrze, zostawmy to. Jakie działania do tej pory podjęliście?
Julia: Jesteśmy na początku naszej drogi. Na razie jesteśmy aktywni w mediach społecznościowych, a jeśli chodzi o działania „w realu”, to wysłaliśmy wnioski o udostępnienie informacji publicznej do kilku wojewodów z zapytaniem dotyczącym haniebnych uchwał Sejmików Województw, które określają je jako województwa bez ideologii LGBT. Chcieliśmy wiedzieć, czy według wojewodów są zgodne z Konstytucją RP. Na razie odpisała nam wojewoda świętokrzyska, która nie stwierdziła podstaw, by podejrzewać naruszenia prawa. Na pewno będziemy starać się coś z tym zrobić.
Opracowujemy też statystyki dotyczących przestępstw z nienawiści, które zostały popełnione w Polsce w 2018 i 2019 roku. Chodzi o trzy konkretne artykułu kodeksu karnego. Dostaliśmy już takie statystyki z Ministerstwa Sprawiedliwości.
Artur: W najbliższym czasie spotkamy się także z ikoną walki o prawa człowieka i obywatela w Polsce, która mam nadzieję zainspiruje nas nieco. Będziemy organizowali panele dyskusyjne, nagłaśniali patologie, uczestniczyli w protestach. Nawet po naszej rozmowie idziemy na demonstrację pod KPRM.
Julia: Będziemy upominać się o wprowadzenie do szkół kursu edukacji obywatelskiej, by od najmłodszych lat, młode Polki i Polacy potrafili zachować szacunek wobec praw innych, czasem odmiennych od nich samych i rozumieli, że inny nie znaczy gorszy czy straszny. Uczmy się też od siebie nawzajem i czerpmy z drugiego człowieka to, co w nim najszlachetniejsze.
Marzy nam się dyskurs publiczny, w którym strony nawzajem się słuchają, szanują, starają zrozumieć. Nic się nie zmieni, dopóki chęć współpracy nie zastąpi wyłącznego skupienia na wygranej.

Ciszej nad tą trumną

Nie mogę wyjść z podziwu, ile emocji wzbudziła śmierć jednego człowieka.

Syna milionerów, męża celebrytki, ale wciąż człowieka. Nie wiem, co zadziwiające jest bardziej – ilość czasu antenowego przeznaczanego na tę historię w mediach i dosłowny potop wyrazów współczucia od dziesiątek gwiazd i celebrytów, czy zdziwienie hejtem, który powoli zaczął ulewać się internautom, gdy poznawali kolejne szczegóły śmierci Piotra Woźniaka-Staraka. Jedna z felietonistek „Polityki” jest zdumiona faktem, że ludzie wytykają Starakowi ”grzechy” i krytykują go w komentarzach. Autorka uznała, że wynika to z faktu, iż ludzie uświadomili sobie, że nawet bogacze są śmiertelni.
Mam zgoła inną teorię na ten temat. Ludzi wkurza przekonanie, że gdyby przeciętny Kowalski wybrał się z koleżanką na nocną eskapadę łódką, na której – według miejscowej prasy – znaleziono narkotyki, spadłby do wody i utonął, to narracja medialna byłaby zgoła inna. Raczej zabrakłoby peanów, jaki był zdolny i wychwalania osiągnięć zawodowych. Zapewne tabloidy podawałby wszystkie, najdrobniejsze szczegóły wprost z prokuratury, która z kolei – zamiast dawkować wiedzę i dość zdawkowo informować opinię publiczną – mogłaby sypać newsami jak z rękawa. O wyrazach współczucia od znanych ludzi ze świata sztuki, polityki i show biznesu też można zapomnieć. Za to przy wypadkach przypadkowych ludzi mamy zaraz dziesiątki wywiadów z rodziną, sąsiadami, wypowiedzi babci, zdjęcia koleżanki… Zaryzykuję więc stwierdzenie, że jednym z powodów, dla których ludzie tak chętnie wylewają pomyje na młodego, tragicznie zmarłego milionera, jest robienie z niego świętego i nakręcanie atmosfery „wielkiej straty”.
Drugim powodem, jasno wybijającym z komentarzy w sieci, jest pytanie – czy w poszukiwania któregokolwiek i którejkolwiek z nas zaangażowano by aż takie siły i nakłady finansowe? Sprzęt, ludzi, nurków, wojsko, prokuratora? Akcja poszukiwawcza niewątpliwie była bardzo szeroko zakrojoną, kosztowną operacją. Nie da się przemilczeć, że w pewnym stopniu opłaconą przez bliskich zaginionego – brali w niej również udział prywatni detektywi, ochroniarze itp. – ale ciągle zasadnym wydaje się pytanie, czy przeciętnego – dajmy na to – wędkarza, który wypadł z łodzi, też by tak intensywnie szukano? Sprowadzono by tylu ludzi, śmigłowiec? Telewizje? Historia pokazuje, że niekoniecznie.
I jeszcze refleksja. Paranoiczną żałobę po potomku bogatej i wpływowej rodziny nakręcały media, ludzie do takiego ubóstwienia bogatych jeszcze nie doszli. W miarę ujawniania przez lokalne media kolejnych szczegółów sprawy dochodzą raczej do wniosku, że Woźniak-Starak sam jest sobie winien. Bo po co się wybierał z nietrzeźwą koleżanką, zamiast siedzieć z żoną, z którą się zresztą pokłócił i został sam na Mazurach, gdy ta odjechała do Warszawy? Po co po nocy pływał ze znajomą? Dlaczego prawdopodobnie oboje pili wcześniej alkohol i dlaczego towarzyszka wypłynęła na brzeg nago? Ludzie już ułożyli w głowie historię, która niewiele ma wspólnego z nieszczęśliwym wypadkiem, któremu nikt nie był winny. Atmosfera tajemnicy i brak potwierdzeń lub zaprzeczeń większości wątków ze strony rodziny czy policji tylko podbija ten efekt. Tylko patrzeć, jak Patryk Vega nakręci film na podstawie tej historii i jeszcze na niej zarobi. Ludzie pobiegną do kin, bo kochają oglądać tragedie, a przede wszystkim – oceniać innych. A prawdy o tym wypadku i tak nikt z nas nigdy do końca nie pozna.

Głos lewicy

Ziobro do dymisji!

#Lewica domaga się, by prezydent Andrzej Duda zwołał Radę Gabinetową. Afera w Ministerstwie Sprawiedliwości czeka na wyjaśnienie!
– Polki i Polacy chcą dymisji ministra Ziobry. Nie ma się co dziwić. Jeżeli minister Ziobro wiedział o tym, że w jego ministerstwie działała zorganizowana grupa nękająca sędziów, to powinien raz na zawsze zniknąć z polskiej polityki. Jeżeli nie wiedział, to dyskwalifikuje go to jako szefa resortu. Oznacza to bowiem, że nie panował nad własnym ministerstwem – mówiła podczas konferencji prasowej Dorota Olko, kandydatka Lewicy w okręgu siedlecko-ostrołęckim.
– Mateusz Morawiecki abdykował w sprawie afery hejterskiej, informując, że sprawę kończy dymisja Piebiaka. Tę sprawę trzeba wyjaśnić do samego dna. Wyjaśnić ją na poważnie – bo nie może być sędzią we własnej sprawie minister Ziobro, który jednocześnie jest zwierzchnikiem prokuratury i był szefem ministra Piebiaka – tłumaczył Krzysztof Gawkowski, startujący do Sejmu w okręgu bydgoskim.
– Zgodnie z art. 141 Konstytucji RP wzywamy prezydenta Andrzeja Dudę do tego, żeby zwołał Radę Gabinetową – mówił Gawkowski. – Oczekujemy, że pojawią się podczas niej wyjaśnienia ze strony ministra Ziobry, ale też jasne deklaracje premiera Morawieckiego. Do dziś nie doczekaliśmy się poważnych działań prokuratury, nie zostały zabezpieczone komputery prywatne i publiczne, z których korzystał wiceminister Piebiak i sędziowie oddelegowani do Ministerstwa. Nie mamy żadnej wiedzy na temat tego, by pan Ziobro został objęty postępowaniem nadzorczym. A przecież wiele przesłanek wskazuje na to, że wiedział, że jego resort przekształcił się w zorganizowaną grupę hejterską. Czy działała ona na zlecenie jednego z najważniejszych polityków Zjednoczonej Prawicy?
– W Polsce, o jaką walczy lewica, nie będzie miejsca na zorganizowany hejt. Będziemy z hejtem walczyć, a nie go generować – dodaje Olko.
Źródło: lewica2019.pl

Upały jak w Afryce

– W całym kraju mamy suszę. Wiemy, dlaczego są tak dotkliwe: to przez kryzys klimatyczny, którego efektem są ekstremalne zjawiska pogodowe – czy to nawałnice, czy właśnie susze – mówiła na konferencji prasowej Anna-Maria Żukowska, „dwójka” Lewicy na liście warszawskiej. – Kryzys klimatyczny jest faktem. Naukowcy nie mają wątpliwości, co jest jego podstawową przyczyną – emisje gazów cieplarnianych spowodowane ludzką aktywnością.
Źródło: lewica2019.pl

Zwalczaj hejt

„Gazeta Wyborcza” głosi zagrożenie hejtem (mowa nienawiści) i piętnuje to zjawisko, co ponoć ma spowodować opamiętanie operujących wyzwiskami i insynuacjami uczestników internetowych połajanek oraz awantur ulicznych.
W ostatnich dniach ukazały się dwa teksty szczególnie zabarwione emocjami i iście bigoteryjnym przekonaniem o posłannictwie i własnej doskonałości. Są to: 11.06.2019 Żaneta Gotowalska. „Musiał, Wieniawa, Kurdej-Szatan – na idoli młodego pokolenia wylała się fala hejtu za udział w Paradzie Równości” oraz 10.06.2019 20:58 „700 komentarzy pod jednym tekstem o głosujących na PiS. Każdy zawzięty antypisior powinien to przeczytać” listy do redakcji, odpowiedź Grzegorza Wysockiego. Podstawę do sformułowania zarzutu bigoterii stanowi to, że Autorka, Autor i Redakcja omawiają treści tzw. komentarzy i dyskutują z nimi argumentami sformułowanymi z zachowaniem kultury języka i logiki bez dostosowywania się do niskiego nieraz poziomu adwersarzy. Postępowanie takie zasługuje bezwzględnie na uznanie. Niestety mamy tu typowe działanie „na pokaz”, w którym GW usiłuje pokazać czytającym, jak to MY jesteśmy zdolni do dialogu z uznaniem godności przysługującej każdej osobie. Nie znam bowiem żadnego (poza dwoma wskazanymi wyżej) przypadku zainteresowania się autorskiego lub redakcyjnego treściami uwag czytelniczych. Publiczność jest traktowana jako osoby bezmyślne, zdolne jedynie do biernego wysłuchania kazań. A sprawa jest tym poważniejsza, że dotyczy to nie tylko GW, lecz wszystkich znanych mi lewicowych oraz liberalnych zarówno mediów, organizacji jak i członkiń i członków tego, co nazwę demokratyczną elitą intelektualną, że wymienię przykładowo kilka czasopism („Przegląd Socjalistyczny”, „Krytyka Polityczna”, „Kultura Liberalna” i in., blogów (Daniel Passent, Maria Szyszkowska i in.), inicjatywy jak Kongres Kultury i Kongres Obywatelski, oraz wszystkie partie polityczne. W polskiej demokracji dialog jako przejaw uznania zdolności do myślenia każdej jednostki nie istnieje. We wspomnianych dwu artykułach wyczuwa się pozostawione bez odpowiedzi pytanie o źródło niszczącego społeczeństwo zła, którego najbardziej widocznym przejawem jest hejt. A skoro nie znamy przyczyny, naiwnie sądzimy, że jedynym sposobem jest zwalczanie przejawów. I stąd wynika zarówno bezsilne piętnowanie hejterów jak i prawione im kazania, czy wołanie o kary dla nich. Przy tym wszystkie te sposoby są przywoływane już dość długo, by przekonać się, że są nieskuteczne, co niestety nie skłania do zastanowienia, czy aby nie popełniamy błędu. Szczególnie uderza staranne przemilczanie głosów wskazujących, że przyczyną zła może być coś, co zagraża dobremu mniemaniu o sobie wspomnianych wyżej mediów, organizacji i elity. A mam tu na myśli zwłaszcza książkę Mirosława Matyi „Polska semidemokracja”, publikację Fundacji im. Stefana Batorego zatytułowaną „Partie polityczne a jakość polskiej demokracji” (autor Paweł Marczewski), oraz niedopuszczane do szerszego obiegu prywatne opinie. To ostatnie dotyczy m. in. pracy Władysława Bujwida p. t. „Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego” Proponuję więc wspólne zastanowienie się nad przyczynami popularności hejtu, który jest po prostu błędnym traktowaniem wymiany zdań, porozumiewania się, dyskutowania. I przedstawiam swoje w tej kwestii zdanie: Powołam się na znane z łaciny twierdzenie, że „scribere scribendo, dicendo dicere disces” (pisania uczysz się pisząc, mówienia zaś – rozmawiając), które wyraża przekonanie, iż umiejętności nabywamy głównie przez samokształcenie i praktykę. Nauczanie, przypominające tresurę prawienie kazań, ma sens jedynie na poziomie elementarnym, w miarę zaś rozwoju coraz większą rolę odgrywa własna inicjatywa, a dotyczy to zwłaszcza dyskursu. I tu właśnie mamy wyjaśnienie: gdy ci, którzy mają wyrobione zasady kulturalnego porozumiewania się, odmawiają prowadzenia dialogu, poprzestają na prawieniu kazań, jako pole zdobywania umiejętności komunikowania się pozostaje dla ogółu podwórko i Facebook, które ofiarują swoje wzory. I rezultat jest taki, jaki mamy. A jeśli nie zaczniemy rozmawiać, nic się nie zmieni. Dla uproszczenia sprawy poruszyłem jedynie palącą sprawę mowy nienawiści, jednak problem jest znacznie szerszy i skomplikowany. Potrzebny nam jest przemyślenie wielu spraw dotyczących kultury i obywatelskości. Warunek: o dopuszczeniu do głosu musi decydować wartość argumentacji. Nie można pozwalać na to, by tak jak dzieje się to obecnie, pomijane były te opinie, które nie odpowiadają aktualnie lansowanej strategii politycznej, kwestionują autorytet „naszych” osób i organizacji, „mogą źle wpłynąć” na odbiór medium itp. O taki dyskurs apeluję.

Nie tak szybko

Media żywią się wszystkim, co sensacyjne, czekają na każdy krwisty kąsek, który spadnie ze stołu. Są jak rekiny. A wokół Roberta Biedronia rozlało się ostatnio sporo krwi.

„SuperExpress”, który napisał o tym, że lider Wiosny dwadzieścia lat temu miał postawione zarzuty za znęcanie się nad matką nie kryje, że cała sprawa z wyciągnięciem tej informacji na światło dzienne była inspirowana politycznie. Nie kryje nawet, że to robota konkretnego środowiska skupionego wokół konkretnej partii (PO). Najwyraźniej naczelni opozycjoniści IV RP zapomnieli już, jakim oburzeniem pałali, gdy ich ówczesnemu szefowi wyciągano legendarnego dziadka z Wehrmachtu.
Mam wobec „Biedroń Przemocowiec Gate” ambiwalentne uczucia. Nie dziwi mnie, że człowiekowi, który aspiruje do pełnienia funkcji publicznych, zadaje się trudne pytania. Taki, jak się to mówi, lajf: właściciel sklepu spożywczego nie musi legitymować się krystalicznym życiorysem, ale poseł, wybraniec narodu – już powinien. Skoro potępiamy czyny radnego Piaseckiego i uważamy, że nie powinien pełnić funkcji publicznych, to Biedroń powinien być mierzony tą samą miarką.
A jednak sytuacja nie jest tożsama i pomimo wielu oczywistych zastrzeżeń co do programu partii Biedronia, pomimo tego, że nie jest on „moim wyborem” politycznym, w tej konkretnej sprawie będę go bronić.
Założyciel Wiosny nie jest w polityce „świeżakiem”, choć na takiego się kreuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sensacyjne nagłówki pt. „Pobił matkę?”, w dodatku dotyczące sprawy, która już dawno została wyjaśniona i zamknięta na etapie postępowania sądowego, nie ukazują się dziś przypadkiem. Obserwujemy typową śmierdzącą kampanijną sztuczkę. Na Niesiołowskiego haki trzymano w kieszeni przez długie miesiące, tu najwyraźniej jest podobnie.
Media robią bardzo ryzykowną rzecz, stawiając Biedronia w roli naczelnego oprawcy. Bo tym jest właśnie wyrwanie z kontekstu sprawy, którą dwadzieścia lat temu założyła mu matka. Tu absolutnie nie powinno się tego kontekstu lekceważyć. A kontekst był taki, że zarówno matka, rodzeństwo Biedronia, jak i on sam, przez lata byli ofiarami przemocy, a przy okazji – co bezpośrednio wynika z ich wypowiedzi – osobami współuzależnionymi, zastraszonymi, długotrwale funkcjonującymi w kryzysie. „Kiedy człowiek jest ofiarą przemocy, często nie wie, po której stronie stanąć” – mówi Biedroń i ja mu wierzę. Bo tak to właśnie działa. „Ofiara przemocy” kojarzy nam się ze skuloną postacią łkającą w kącie. Ofiara przemocy miewa mętlik w głowie. Szuka ujścia dla ekstremalnych emocji. Bywa, że znajduje się pod czyimś szkodliwym wpływem, jest manipulowana. Zdarza się, że powiela wzorce, od których tak bardzo chce uciec. Matka Biedronia nie kryje, że cała rodzina latami żyła w piekle. Dlatego ostatecznie wycofała swoje oskarżenia.
Warunkowe umorzenie kary oznacza uznanie winy. Więc tak, do aktu przemocy dojść musiało, nie da się oszukać rzeczywistości. Ale warunkowe umorzenie oznacza również szereg okoliczności szczególnych, istotnych na tyle, aby nie skazywać. W mojej pracy kuratora miałam do czynienia z podopiecznymi „po warunkowym”. Zazwyczaj oznaczało to, że do popełnienia przestępstwa skłaniały ich bieda, uwikłanie w krąg przemocy, głęboki kryzys emocjonalny. Dziś jednak zdaje się, że oboje, zarówno matka, jak i syn, przepracowali swoje traumy. Wyjaśnienia złożoności tej tragicznej sytuacji próżno szukać w plotkarskich notkach. Dlatego myślę, że pisząc o tej sprawie, należy zachować szczególną ostrożność i powstrzymać się od kategorycznych osądów.
To nie jest w żadnym wypadku usprawiedliwianie przekazywania przemocy dalej. To próba zrozumienia, dania szansy na wyplątanie się z obciążającej przeszłości. Mnie osobiście wyjaśnienia Biedronia przekonują. I myślę, że w konfrontacji z mediami słusznie stawia na ucieczkę do przodu poprzez szczerość i przypominanie kontekstu sprawy. Rozumiem też poniekąd jego słuszny żal o to, że akurat teraz postawiono go w ohydnej sytuacji, w której będzie „spalony”, cokolwiek nie zrobi: nawet jeśli otrzepie się z przysłowiowego gówna za pomocą racjonalnych argumentów, to jednak zawsze coś się przyklei.

Przeciwko mowie nienawiści!

„W moim kraju palą tęczę jak kiedyś ludzi w stodole; hejt nasz polski powszedni jak chleb, jak obiad na stole; Czego nie zniszczyli Hitler, Stalin; Czego Zomo pałą nie zajebało; Czego nie dopalił oświęcimski piec; Polskiej nienawiści zeżre wściekły pies” tymi słowami rozpoczyna się piosenka Marii Peszek pt. Modern Holocaust, która już w 2016 roku zwracała uwagę na wzrost mowy nienawiści w przestrzeni publicznej. Co roku podczas tzw. Marszu Niepodległości jesteśmy świadkami popisów przemocy symbolicznej oraz nienawistnych haseł, które wprost skierowane są do ludzi lewicy, mniejszości etnicznych i seksualnych. Również liberalny mainstream nie jest wolny od haseł odwołujących się do podobnych praktyk. Czym jest bowiem nawoływanie Radosława Sikorskiego do „dorżnięcia watahy” czy też nazywanie przez Donalda Tuska wyborczyń Prawa i Sprawiedliwości „moherowymi beretami”? Nie bez winy są także politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy przypinają łatki „zdradzieckich mord” i „złodziei” swoim przeciwnikom politycznym.
Temperatura politycznego sporu przekłada się na realne akty przemocy. Zabójstwo Marak Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi w 2010 roku na chwilę otrzeźwiło polityków. Przez moment politycy przestali się atakować, język debaty publicznej zelżał. Po paru dniach wszystko wróciło do „normy”, a politycy tak PO jak i PiS wrócili do uprawiania wojny polsko-polskiej.
Szok i przerażenie związane z zabójstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2019 roku było zapewne dla nas wszystkich czymś niezwykle dojmującym. Oto w świetle kamer uzbrojony w nóż napastnik dokonuje morderstwa na włodarzu Gdańska. Znów wszyscy zadaliśmy sobie pytanie o znaczenie słów, oskarżeń, nienawiści słownej, która przeradza się z zbrodnię. By przeciwdziałać podobnym zbrodniom w przyszłości trzeba działać, reagować i edukować. Taką rolę mają fundacje polityczne, których zadaniem jest współprowadzić debatę publiczną na w sprawach absolutnie kluczowych dla jakości demokracji. Reagując na to co wydarzyło się w ostatnich latach Centrum im. Ignacego Daszyńskiego wraz z Fundacją im. Friedricha Eberta organizują w nadchodzącą środę 3 kwietnia o godzinie 17:30 dyskusję otwartą pt. „Mowa nienawiści i agresja w życiu publicznym”, która odbędzie się w Gdańsku w Cafe Oficyna przy ul. Chlebnickiej 24/25. O tym skąd biorą się te niebezpieczne zjawiska oraz jak im przeciwdziałać dyskutować będą: dr hab. Małgorzata Niewiadomska-Cudak, dr Łukasz Cora oraz red. Dorota Sobieniecka-Kańska, zaś prowadzenie całości wydarzenia przypadnie koordynatorom Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w Gdańsku: dr Magdzie Leszczynie-Rzucidło oraz dr Tomaszowi Bojarowi-Fijałkowskiemu. Zapraszamy do udziału w naszej dyskusji czytelniczki i czytelników „Trybuny”.

Nowy fetysz: nienawiść do bezdomnych

Regularnie ta sama scena rozdziera mi serce i chodzi za mną potem przez kilka dni: ludzie przed trzydziestką, czasem nastolatki, nawet młode dziewczyny, czerpią perwersyjną przyjemność z upokarzania bezdomnych w komunikacji miejskiej.

Wczoraj dwóch nabuzowanych chłopaków – na oko 25 lat – chciało bezdomnego z tramwaju wyrzucić na zimno, nazywając go przy tym „ścierwem” i „śmierdzielem”. Co ciekawe, każdorazowo przy tej faszystowskiej agresji ujawnia się jej liberalne usprawiedliwienie – wygłaszane na głos na użytek sumienia i obserwatorów: „można nie pić”, „trzeba iść do noclegowni”, „pracy jest dość”, „za nasze jesz i za nasze jedziesz”.
Chociaż żaden ze mnie superman i kiedyś za to oberwę, zapytałem wczoraj agresora, jak ciągnął bezdomnego do drzwi, czy nie ma ochoty zostać kanarem, bo widzę, że jara go przypierdalanie się do ludzi, ale póki nie ma identyfikatora to niech skończy się rządzić.
Popyszczył trochę na mój temat (nazwał mnie „małolacikiem”, podziękowałem za komplement), ale ogólnie sobie usiadł. Supermani po siłowniach jak zwykle udawali, że nic nie widzą, albo przyglądali się z plotkarskim nastawieniem.
Kiedy powiedziałem „przestań obrażać tego człowieka, kiedyś sam możesz być w jego sytuacji, a dziś jedyne bydło w tym tramwaju robisz Ty”, trafiłem w sedno. Gość puścił histerycznym tonem: „Byłem w takiej sytuacji! Byłbym… Ale się wziąłem, każdy ma to, co sobie wypracuje, nie?”. Przemówił ten strach, będący wyrazem jego świadomości jak niewielka granica, kilka niefortunnych sytuacji oddziela go od kondycji bezdomnego, którego widoku nie jest w stanie znieść. Ta nienawiść to w gruncie rzeczy nienawiść do siebie samego, do zawartej w sobie potencjalności, którą na razie dużym wysiłkiem udało się pokonać.
Ten agresor – na oko wyglądający jak ktoś wracający z budowy albo magazynu – wielokrotnie słyszał o takich jak on sam, że są nierobami, że każdy sobie rzepkę skrobie. Może w pracy jest popychadłem, może w domu nie jest szanowany, może wyrwał się z marginesu.
Ci, którzy wyżywają się na bezdomnych zawsze wyglądają na ludzi niemajętnych, niepewnych o swój los.
Wynosząc bezdomnego, chcą wyrzucić perspektywę, w której mogliby być na jego miejscu. Ale tego nie da się rozwiązać w pojedynkę. W pojedynkę można spróbować oduczyć się nienawiści do tego, co w nas samych słabe, brzydkie, odpychające. I wtedy będziemy stawać w obronie słabych, brzydkich, odpychających. Jeżeli wybierzemy kult supermana i rywalizacji, skończymy jako faszystowski osiłek – a w najlepszym razie jak te mopsy z siłowni, które biernie przyglądają się jak na ich oczach ginie człowieczeństwo.

#10YearsChallenge

2009:

Od trzech lat działa program szkoleniowy Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE dla funkcjonariuszy porządku prawnego, którego tematem jest zwalczanie przestępstw z nienawiści. Za chwilę, w 2010 powstanie specjalny podręcznik dla policjantów – „Przestępstwa z nienawiści”.

2019:

Funkcjonariusze już nie uczą się pilnie przez całe ranki. Ich policyjną czytankę wycofano w 2016 roku po interpelacji posła (dziś ministra!) Andruszkiewicza, który sprzeciwił się stwierdzeniu zawartemu na kartach książki, że falanga, symbol otwarcie antysemickiego ruchu z lat 30. może w jakikolwiek sposób skojarzyć się komuś z nienawiścią. Jarosław Zieliński kupił te argumenty i wręcz stwierdził, że podręcznik „uczy niechęci, a nawet nienawiści do środowisk prawicowych”. Zadbał więc o to, aby dyskryminowani przez ONZ-owskie organy członkowie ONR nie bali się wieczorami wyjść z domu.
Styczeń 2018 – minister Błaszczak publikuje na Twitterze dane z oficjalnych statystyk policji: „Totalnych z PO i .N informuję, że w 2015 r. stwierdzono 791 przestępstw z „nienawiści”(art. 119,256 i 257 kk), w 2016 r.-765, a w 2017 r.-726.”. Najwyraźniej dane z Prokuratury Krajowej mniej pasują mu do tezy: te bowiem uparcie pokazują tendencje wzrostowe.

2009:

Polskie prawo nie definiuje przestępstw z nienawiści jako pojęć prawnych. Podstawą do ich ścigania są zapisy w kodeksie karnym (3 artykuły, mówiące o prześladowaniu z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości).

2019:

W 2016 a potem jeszcze raz, w 2017 Komitet Praw Człowieka ONZ naciska, aby do wyżej wymienionych przesłanek dopisać płeć, orientację seksualną, tożsamość płciową oraz niepełnosprawność. I będzie tak sobie naciskał dalej.

2009:

Nikt nie zna jeszcze „potwora gender”. Przed nami dopiero otwarcie Centrum Życia i Rodziny oraz Ordo Iuris.

2019:

Po śmierci Pawła Adamowicza prezydenci Wrocławia i Warszawy wychodzą z inicjatywą, aby zorganizować w szkołach zajęcia o tym, czym jest mowa nienawiści i jak rozpoznać dyskryminację. Ordo Iuris z Kają Godek protestują. Centrum Życia i Rodziny 20 stycznia wychodzi na Plac Bankowy pikietować przeciwko „deprawacji naszych dzieci”. Boi się „przemycania propagandy LGBTQ i ideologii gender do szkół” oraz „nie zgadza się na prezentowanie praktyk homoseksualnych, biseksualnych, transseksualnych i queer jako ‘normalność’”.

Nadal 2019:

Polacy w internecie wzywają do porzucenia języka nienawiści. Po chwili wzmożenia spokojnie wracają do wrzucania memów o tym, że Adrian Klarenbach to świnia. Niektórzy dziwią się, ilu spośród ich fejsbukowych znajomych „to debile”, którzy udostępnili fejkowe oświadczenie o upublicznieniu danych. Idą mrozy. Bezdomni śmierdzący w autobusach oburzają na zamkniętych grupach. Do zobaczenia w 2029.