Incydent w cieśninie Ormuz i Biały Dom Wariatów

Po okresie rosnących napięć między Waszyngtonem a Teheranem, niedługo po tym, jak Waszyngton ogłosił, że to Iran odpowiada za niewyjaśniony jak dotąd „atak” na japońskie tankowce 13 czerwca w Zatoce Omańskiej (w którym nie miał żadnego interesu, wręcz przeciwnie, tym bardziej w czasie wizyty premiera Abe w Teheranie), 20 czerwca we wczesnych godzinach rannych irańskie siły zbrojne zestrzeliły bezzałogowego amerykańskiego drona wywiadowczego, jedną z najnowszych, prototypowych zabawek Pentagonu. Wbrew temu, co oznajmiła administracja prezydenta Donalda Trumpa, dron nie znajdował się nad wodami międzynarodowymi – nie mógł, nie ma takich w cieśninie Ormuz.

Cieśnina jest na to za wąska. Kończą się wody Iranu, zaczynają Omanu – nie ma nic pomiędzy. Kilkanaście godzin później, w nocy, Trump odwołał uderzenie odwetowe dosłownie na kilka minut przed jego planowanym czasem. Jest kilka standardowych liberalnych reakcji na to wydarzenie, które niestety często podzielane są przez komentatorów lewicowych.

„To ogromna nieodpowiedzialność obydwu stron, igranie z ogniem!”

Reakcja ta rozdziela winę po równo i lekceważy nie tylko poważną różnicę sił i usytuowania obydwu stron w tych sił międzynarodowym układzie, ale też podstawowe fakty dotyczące samego wydarzenia.

Iran znajduje się pod presją globalnego mocarstwa, które w kupę gruzu obróciło już dwóch jego bezpośrednich sąsiadów (Afganistan i Irak) oraz prowadzi nieformalną wojnę z dronów na północy trzeciego (Pakistanu). Oprócz tego od lat dowodzi (nieudaną jak dotąd) operacją wymiany reżimu w nieco dalszej, ale związanej z Iranem przyjaźnią z rozsądku Syrii, a także wspiera saudyjskie zbrodnie wojenne na innych przyjaciołach Iranu w Jemenie. Wszystko to, przypomnijmy, Amerykanie robią tysiące kilometrów od swoich granic. Iran tymczasem leży tam, gdzie leży.

W otoczeniu państw pod ciężarem amerykańskiego buta upadłych lub na krawędzi upadku, boi się o własne terytorium. Ma wszelkie prawo bronić swoich granic niezależnie od tego, jaki w Iranie panuje ustrój i czy się komuś podoba, kto w nim rządzi. Takie prawo (a bywa, że i obowiązek) ma każde państwo. Iran reaguje na presję mocarstwa od kilkudziesięciu lat mu wrogiego, odpowiedzialnego za tragiczną destabilizację całego regionu, w którym Iran ma pecha się znajdować.

Po incydencie z japońskimi tankowcami, który mógł być amerykańską prowokacją (Japończycy – właściciele tankowców i rząd – od początku dystansują się od amerykańskiej wersji wydarzeń), Iran nie mógł tak po prostu przyglądać się, jak samoloty amerykańskiej armii wlatują na jego terytorium. Jednak zanim uderzyli, Irańczycy wysłali Amerykanom kilka ostrzeżeń, które zostały zignorowane (celowo, żeby sprowokować eskalację?). Wówczas uderzyli wyłącznie w drona, a nie w towarzyszący mu samolot, na którego pokładzie byli ludzie – Irańczycy chcieli więc uderzyć, pokazać, że potrafią zestrzelić najdroższe amerykańskie zabawki (ok. 200 mln $), jednocześnie nikogo nie zabijając.

Wpisuje się to w pragmatyczną politykę międzynarodową prezydenta Hasana Rouhaniego (mówi się o polityce „strategicznej cierpliwości”), któremu można tylko pozazdrościć zimnej krwi. Pamiętajmy, że Iran dopiero w rok po amerykańskim wycofaniu się z podpisanego przez Obamę wielostronnego porozumienia nuklearnego zaczął pomrukiwać, że również będzie w takim razie zmuszony porzucić realizację jego postanowień. Póki co, wciąż się jednak do nich stosuje, pomimo ciężaru, jakim są dla niego amerykańskie sankcje.

„Takie incydenty to tylko woda na młyn ekstremistów w obydwu krajach – tylko oni tak naprawdę chcą wojny!”

Jest to wariant tej pierwszej reakcji, tyle że zawężony i skonstruowany tak, żeby sprawiał pozory, że bierze pod uwagę złożoność politycznej rzeczywistości w USA i Iranie.

To prawda, że w ustroju politycznym Iranu istnieją równoległe i rywalizujące o wpływy ośrodki i struktury władzy (kler, administracja prezydencka i złożony z konkurujących sił parlament, siły zbrojne podzielone na różne dość od siebie nawzajem niezależne gałęzie), których elity mogą dążyć do rozgrywania różnych napięć, w tym zewnętrznych, w rozgrywkach między sobą. Ale teza, że któryś z tych ośrodków chciałby wojny z USA, pozostaje jednak nadal do udowodnienia.

Iran od ponad dwustu lat nie najechał żadnego państwa, odpowiadał wyłącznie na napaści z zewnątrz. Irańczycy wciąż pamiętają wieloletnią wojnę z Irakiem Saddama Husajna (wojującym za saudyjskie pieniądze, zaangażowane zresztą i tym razem w podżeganie do wojny). Iran jest otoczony wojnami (wywołanymi albo przez Stany Zjednoczone, albo przez ich reżimy klienckie) i już teraz jest nimi przeciążony. Masy uchodźców z Afganistanu i Iraku, siły i środki kierowane nieprzerwanie na wsparcie sojuszników w Syrii, Iraku, Libanie, Jemenie – to wszystko są odczuwalne ciężary, zarówno dla irańskiego społeczeństwa, jak i dla aparatu państwa, zmagającego się przecież do tego wszystkiego z amerykańskimi sankcjami. Nikt w Iranie nie chce jeszcze jednej wojny, na dodatek z tak potężnym wrogiem. Ale Irańczycy są dumnym społeczeństwem i tak jak niegdyś Wietnamczycy, po prostu nie zamierzają paść na kolana. Przyzwyczajeni do płynących z Waszyngtonu pogróżek, są do wojny gotowi (pół miliona mężczyzn pod bronią, ósma armia świata).

W Stanach Zjednoczonych natomiast większość klasy politycznej i cała oligarchia pragną wojny – tej albo innej, albo też tej jako wstępu do innej, (znacznie) większej. Trita Parsi, autor książki o irańskim dealu Obamy, pisał niedawno w lewicowym „The Nation”, że jakie by nie były różnice między oficjalnymi dyskursami Republikanów i Demokratów, cała waszyngtońska klasa polityczna w głębi serca zawsze chciała Iran w jego obecnej (tzn. tej ukształtowanej przez rewolucję islamską Chomeiniego) postaci unicestwić. Świadomość, że tak duże (80-milionowe), rzucające się w oczy państwo, położone tak strategicznie, jeśli chodzi o dostęp do surowców energetycznych (nie tylko jego własnych złóż; jedna trzecia światowego eksportu ropy trafia na rynki przez kontrolowaną przez Iran cieśninę Ormuz), jest otwarcie wrogie modelowi świata podporządkowanemu woli jednego supermocarstwa, pozostaje dla amerykańskich klas panujących nie do wytrzymania.

Parsi przekonuje, że Obama był w tym wszystkim zaburzeniem, wprowadził sprzeczność niemożliwą na dłuższą metę do utrzymania. To dlatego musiał o Iran Deal walczyć nawet z własną partią i dlatego porozumienie przetrwało tak krótko. Wojna z Iranem jest w Waszyngtonie marzeniem nie tylko ekstremistów – bliższą prawdy byłaby teza, że jedynie wyjątki, „ekstremiści” (na warunki amerykańskiego establiszmentu) jej naprawdę, szczerze nie chcą.

W każdym razie do incydentu w Zatoce Omańskiej, tego z japońskimi tankowcami. W Kongresie dało się nagle słyszeć więcej niż dwa na krzyż głosy przeciwko nowej wojnie – jeszcze zanim wybuchła, a to się tam nie zdarza codziennie. Głosy krytyczne wobec eskalacji pojawiły się w całkiem dużych mediach, nawet jeśli nie zdominowały dyskursu, bo telewizja Fox i „Washington Post” jechały po staremu. Czy to wystarczy, żeby utrzymywać, że coś się radykalnie zmieniło od czasu poprzednich, wciąż przecież nie zażegnanych, wojen na Bliskim Wschodzie? W takim razie, dlaczego zaraz po odwołaniu przez Trumpa uderzenia odwetowego za drona w cieśninie Ormuz prasa i telewizja od razu zapełniły się komentarzami, że owszem, wszyscy pragniemy jedynie pokoju, ale wielka szkoda, że Iranowi jednak nie pokazaliśmy, kto tu rządzi?

Parsi jest przekonany, że w stosunku do Republiki Islamskiej, w ostatecznym rozrachunku, różnice między Republikanami a Demokratami, (neo)liberałami a neokonserwatystami, okazują się zawsze kosmetyczne, powierzchowne. Można wierzyć w szczerość kilku głosów, np. Sandersa et consortes. Reszta to karierowicze chwilowo – na potrzeby bieżącej rywalizacji o słupki w sondażach – motywowani głównie pokazowym, koniunkturalnym antytrumpizmem, którzy nie zareagowaliby, gdyby za Iran zabrała się Hillary Clinton.

Nie tyle mają coś aż tak przeciwko wojnie z Iranem jako takiej, co raczej boją się, że tak nieprzytomna administracja po prostu ją spartaczy już na starcie. Boją się nie wojny, tylko zmarnowania okazji do takiej wojny, o jaką chodzi. Boją się wojny „źle zrobionej” – która, na ten przykład, złoży całą światową gospodarkę, gdy odetnie ją od ropy z Zatoki Perskiej. Boją się wojny pozbawionej poparcia „społeczności międzynarodowej”, bo Biały Dom Trumpa najzwyczajniej nie umie w dyplomację i międzynarodowy PR. Do eskalacji napięć z Iranem nie chcą się przyłączyć nawet te stolice, które chętnie wespół z Waszyngtonem rozwalały Libię i Syrię, i w ogóle lubią neokolonialne eskapady (jak Paryż); w aktywnej opozycji wobec irańskiej polityki USA są stolice, które z administracją Trumpa łączy radykalny, irracjonalny konserwatyzm (jak Tokio).

„Amerykanie zrozumieli, że wojna w Iraku była katastrofą (nawet z punktu widzenia ich własnych interesów), dlatego nie chcą powtórki!”

A wojna w Wietnamie nie była katastrofą, także dla Amerykanów? I co, powstrzymała ich klasy panujące przed rozpętaniem kolejnych? Wojny w Libii Amerykanie nie wywołali (z Francuzami) już po wojnie w Iraku? Wojny w Syrii Amerykanie nie wywołali ze swoimi regionalnymi reżimami klienckimi już po wojnie w Iraku?

Amerykanie już od dawna nie importują ropy przez Zatokę Perską i cieśninę Ormuz – tamtędy wędruje ona do innych części świata. Interesu rozumianego jako bezpośrednia kontrola nad zasobami, które są im samym bezpośrednio potrzebne (lub „potrzebne”) Amerykanie dawno nie mieli – a jednak wszystko było gotowe, by wojnę z Iranem rozpętać, gdy tylko władzę po Obamie przejmie Hillary Clinton (co prawie do ostatniej chwili, jak doskonale pamiętamy, było przecież „jedynym możliwym” scenariuszem w 2016 roku).

Clinton była jawną zwolenniczką napaści na Iran („wymazałabym go z powierzchni Ziemi”) nawet wtedy, gdy prezydent z jej własnej partii inwestował cały swój polityczny kapitał w negocjacje z Teheranem i dążenie do podpisania długofalowego porozumienia. Po odejściu Obamy jego domyślna następczyni miała na forum ONZ zaprowadzić nad Syrią „strefę zakazu lotów”. To nie są spekulacje, to było w jej programie. Czego oficjalnie tam nie było, ale było oczywiste dla każdego, kto rozumie, jak Amerykanie używają takich międzynarodowych środków jak „strefy zakazu lotów” (patrz: Libia)? Tego, do czego strefa ta miała ostatecznie doprowadzić. Do otwartej inwazji na Syrię pod byle pretekstem, i do eskalacji wojny – pod pozorem, że ich samoloty „naruszyły strefę zakazu lotów”, a na pewno by „naruszyły” – na terytorium Iranu i w kolejne konfrontacje z Rosją.
Teza, że między końcem roku 2016 a dzisiaj coś się znacząco zmieniło w amerykańskich elit rozumieniu dotychczasowych bliskowschodnich wojen – że nastąpił moment jakiegoś „O Jezu! to wszystko katastrofa, zbrodnie i się nie opłaca, gdybyśmy tylko wiedzieli wcześniej!” – również pozostaje do udowodnienia. Jedyna różnica między wtedy a dziś polega na tym, że zamiast zaprawionej w wywoływaniu wojen i wspieraniu zamachów stanu Madamy Clinton, na tronie cesarza świata zasiadł człowiek, którego Biały Dom to dom wariatów i którego jastrzębie nie potrafią nawet dobrze upichcić własnego „incydentu w Zatoce Tonkińskiej”, takiego, w który ktokolwiek przy zdrowych zmysłach by uwierzył.

Ta część amerykańskiej oligarchii, która trzyma w garści amerykański kompleks zbrojeniowy, ma interes ekonomiczny w kolejnych wojnach nawet wtedy, gdy oznaczają one szkody i straty z punktu widzenia ogólnospołecznego interesu Amerykanów. A do tego ma nieproporcjonalny wpływ na kształtowanie amerykańskiej polityki zewnętrznej, trzymając wielu zawodowych polityków w kieszeni i grając w golfa z właścicielami korporacji medialnych.

Ale interes polityczny bywa bardziej złożony i niejednoznaczny niż najbardziej bezpośredni interes ekonomiczny. Napaść zbrojna może być zbyt kosztowna, jeśli przeliczona na wartość zasobów, do których może otworzyć drogę, ale to nie jedyny rachunek zysków i strat, jaki wchodzi w grę, gdy imperia spuszczają psy wojny. Zwłaszcza imperia, które boją się, że zaraz wstąpią w fazę schyłku lub gwałtownego upadku. Takie imperium może zestawiać koszty wojny z długofalowymi kosztami słabnięcia swojej pozycji, jeśli nie udowodni, że wciąż należy się go bać.

Czasem jednak bywa jeszcze gorzej: wojna jest oligarchom potrzebna dla niej samej. Niesione przez nią zniszczenie samo w sobie jest interesem, o który chodzi, jedyną szansą na utrzymanie stosunków władzy, które stanowią filary imperium. Najpotężniejsza pośród klasy władców późnego kapitalizmu, wielka burżuazja amerykańska zdążyła już ogarnąć, że to, z czym od 2008 roku mamy do czynienia, to nie jest zwykła recesja. To strukturalny kryzys tak głęboki, że porównać go można tylko do tego zapoczątkowanego krachem w 1929. Że zagraża on reprodukcji systemu, któremu zawdzięczają swoją władzę i przywileje. Że pomimo stosowania w różnych częściach globu, przez lokalne elity, „tradycyjnych” recept z różnych podręczników – zaciskanie pasa w Europie, drukowanie ton pieniędzy w USA i Japonii – żadne z rozwiązań nie działa.

Amerykańska burżuazja pamięta, jak wyszła z ostatniego takiego kryzysu. Wbrew popularnej legendzie nie stało się to za sprawą New Dealu Roosevelta. New Deal tylko przeciągał tamten strukturalny kryzys kapitalizmu, doraźnie sprzątał szkody i łatał dziury, ale rozwiązała go dopiero II wojna światowa, niszcząc na całym świecie wystarczającą wartość już nagromadzonego kapitału, by system mógł odzyskać wysokie stopy zysku i rozpocząć nowy cykl akumulacji. Przynajmniej niektórzy z amerykańskich oligarchów muszą przeczuwać, że być może jedynym skutecznym sposobem na zachowanie ich klasowej władzy jest kolejna wojna światowa i gotowi są tym razem sami ją rozpętać. Są na to gotowi, bo obawiają się, że jak nie to, to zmiecie ich rewolucja.

Iran do rozpętania wojny światowej nadaje się jak mało co. Jest większym i ważniejszym w sensie międzynarodowym państwem niż Irak, Libia czy Syria. Ma przyjaciół, w tym kilku potężnych. Leży w węzłowym punkcie wielkiego chińskiego projektu nowych szlaków jedwabnych, a także w regionie, co do którego Rosja przedstawiła własne międzynarodowe ambicje. To daje niepowtarzalną szansę na wciągnięcie w wojnę dwóch innych mocarstw nuklearnych w sposób, który może się dać sprzedać jako ich „ingerencję” (w podobnym stylu, w jaki demonizowana jest rosyjska obecność w Syrii). To mogłoby na stronę USA aktywnie wciągnąć inne państwa NATO. Byłby to doskonały początek wojny światowej.

„Niech ktoś w końcu odbierze temu szaleńcowi władzę!”

To prawda, że Donald Trump jest kompletnym dzbanem, oportunistycznym rasistą i być może seryjnym gwałcicielem, do tego przywódcą bezprecedensowo nieprzewidywalnym. Podejmuje decyzje pod wpływem kaprysu, inby na Twitterze w środku nocy, albo tego, który pensjonariusz jego „Białego Domu Wariatów” ma u niego posłuch akurat w tym tygodniu. Jego działania są tak niespójne i chaotyczne, bo szczerze wyznaje tylko jedną ideologię: „ja, ja, ja”, „me, myself and I”. Cała reszta to próżnia wypełniana tymczasowo treściami zależnymi od tego, w czyim towarzystwie The Donald chwilowo spędza najwięcej czasu. A towarzystwo to zmienia się przecież jak w kalejdoskopie – Biały Dom Trumpa cechuje niebywała rotacja personelu.
To prawda, że te jego cechy w dniu incydentu w cieśninie Ormuz postawiły świat w sytuacji „za pięć trzecia wojna światowa”. Ale co, jeśli jednocześnie to one pozwalają też raz za razem cofnąć zegar i wszystko odwołać? Jeśli to tylko dzięki nim ta wojna wciąż jeszcze nie wybuchła i nadal można jej zapobiegać? Tak jak operacja wymiany reżimu w Wenezueli, nagle odłożona na półkę, bo Trump się znudził tematem?

Mimo tych wszystkich Boltonów i Pompeów, znajduje się w jego orbicie ktoś, kto w ostatniej chwili może do niego podejść i powiedzieć coś w rodzaju: „Donald, czy ciebie już do końca po****ło? Wiesz, co się stanie na rynkach światowych, jak Iran odpowie blokadą cieśniny Ormuz? Wiesz, że drony nie mają załogi, więc nikt nie zginął? Pamiętasz, że nie wygrałbyś wyborów, gdyby nie trzy stany, z których pochodzi najwięcej rekrutów, weteranów i ofiar, gdzie wszyscy są zmęczeni kolejnymi wojnami i liczyli na to, że w przeciwieństwie do Killary ty nowej nie rozpętasz?” A wtedy, tak samo gwałtownie i niespodziewanie, jak podjął był wcześniej decyzję o uderzeniu odwetowym, Trump dzwoni nagle do ambasadora Omanu, prosi go, żeby rząd w Muskacie uprzedził Teheran, co się święci, a następnie odwołuje całą akcję w ostatniej chwili i chwali się tą decyzją publicznie.
W Białym Domu Hillary Clinton w jej otoczeniu nie byłoby ani jednej takiej osoby, bo się z takimi ludźmi nie zadawała. W krótkim okresie, kiedy stała na czele Departamentu Stanu, potrafiła doprowadzić do dwóch wielkich wojen, a zdeterminowana, żeby przymusić Obamę do otwartej amerykańskiej inwazji na Syrię, szmuglowała broń chemiczną z Libii do syryjskich rebeliantów, żeby tamci robili ustawki na rachunek rządu Asada.

Gdyby w Gabinecie Owalnym zasiadała dziś Madame Clinton, zasłony byłyby tam w bez wątpienia lepszym guście, ale wojna w Iranie toczyłaby się już od co najmniej roku, być może właśnie „rozwijana” w postać wojny z Rosją i Chinami. Toczyłaby się w oparciu o bez porównania lepszą propagandę i międzynarodowy PR, z pomocą znacznie lepiej przygotowanych incydentów w zatokach i cieśninach, tak że zachodnia opinia publiczna wierzyłaby w słuszność amerykańskich racji jeszcze przez dziesięć nadchodzących lat. Tak jak do dzisiaj wierzy, że w Syrii z rządem Asada walczą „siły demokratyczne” lub „umiarkowane”; że odpowiedzialność Asada za incydenty z bronią chemiczną jest potwierdzonym obiektywnie faktem; że Białe Hełmy to pozarządowa organizacja humanitarna…

Nie piszę tego „na pocieszenie”, żeby „dodać otuchy” czy samemu z ulgą odetchnąć. Piszę to ze zgrozą. Chodzi mi o to, że najwyższy czas zacząć sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Choć szaleństwo Donalda Trumpa w każdej chwili grozi wybuchem, który doprowadzi do katastrofy, to jednocześnie to samo szaleństwo, dzięki tej samej nieprzewidywalności i kapryśności, które je konstytuują, trzyma nas wciąż na jakąś – niewielką, ale zawsze – odległość od wybuchu kolejnej wielkiej wojny. A co, jeśli jest ostatnią rzeczą, która nas tak jeszcze trzyma? Zauważyliście, że jesteśmy już w trzecim roku prezydentury marchewkowego Kaliguli, i pomimo iż niejednokrotnie balansował on na krawędzi, wciąż jednak nie rozpoczął żadnej nowej wojny (w przeciwieństwie do Obamy, obydwu Bushów czy Reagana na tym etapie prezydentury)? Możliwe, że w końcu jakąś wywoła, nikt z nas nie zna przyszłości – ale równie możliwe, że III wojna światowa zacznie się dopiero wtedy, jak Trump opuści Biały Dom, a na jego miejsce wprowadzi się jakiś Joe Biden czy inna Kamala Harris.

Czerwona gorączka opanowała całą Amerykę

Wirus antyrosyjskości po raz kolejny dotarł do Stanów Zjednoczonych. Choroba, na którą chronicznie cierpi Polska, zaczęła obecnie zbierać żniwo w USA. Trudno wyrokować czy i jak długo będzie na nią odporny Donald Trump, tym bardziej, że pierwsze jej symptomy można zaobserwować już nie tylko w jego macierzystej Partii Republikańskiej, ale także w łonie samej prezydenckiej administracji.

 

„Byliście państwo świadkami prawdopodobnie jednego z najbardziej haniebnych wystąpień amerykańskiego prezydenta podczas spotkania z rosyjskim przywódcą, z pewnością najbardziej haniebnego z tych, które obserwowałem” – to słowa Andersona Coopera, gwiazdy publicystyki CNN, który w ten sposób skomentował niedawną konferencję Trumpa z Władimirem Putinem w Helsinkach. Jego zdaniem, podobnie jak zdaniem większości liberalnych i konserwatywnych komentatorów w USA, już samo spotkanie z rosyjskim prezydentem nosiło znamiona zdrady narodowej. Czarę goryczy przelało zaś odżegnanie się Trumpa od kategorycznego oskarżenia Moskwy o ingerowanie w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 r.

To właśnie niespodziewana wygrana Trumpa sprzed dwóch lat skierowała uwagę amerykańskich publicystów i polityków w stronę Rosji. Wytłumaczenia sensacyjnej skądinąd porażki Hilary Clinton zaczęto doszukiwać się nie w zmęczeniu części społeczeństwa liberalną gospodarką, lecz w ingerencji rosyjskich hakerów. Wytłumaczenie proste, ale nader skuteczne. Tworzone przez Moskwę strony internetowe i fałszywe profile w mediach społecznościowych, krytykujące Clinton i sprzyjające Trumpowi, miały zatem przechylić szalę zwycięstwa na korzyść tego drugiego. Z pomocy Rosjan Trump miał korzystać także bezpośrednio, wysyłając swoich ludzi na spotkania m.in. z rosyjskim ambasadorem. Wysocy członkowie kampanii Trumpa spotykali się również z przedstawicielami Izraela i Arabii Saudyjskiej, ale o tych kontaktach media amerykańskie informują jakby mniej.

Nie ulega wątpliwości, że wiele z kont w mediach społecznościowych zostało założonych w Europie Wschodniej, przede wszystkim w Macedonii. To stąd wynajęci internauci podrzucali fałszywe, ale i prawdziwe oskarżenia wobec kandydatki Partii Demokratycznej. Jak się okazało, znaczna część z nich była powiązana z rosyjskimi służbami. Trudno jednak zmierzyć ich rzeczywisty wpływ na przebieg prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych. Co prawda, źródła internetowe odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu sympatii politycznych, jednak konserwatywni biali wyborcy w średnim wieku – a tacy stanowili większość elektoratu Trumpa – nadal czerpią wiedzę przede wszystkim z „tradycyjnej” telewizji, zwłaszcza z Fox News. Trudno także jednoznacznie wykluczyć podobną działalność służb innych państw. Jednak mówi się i pisze wyłącznie o Rosji.

Od momentu wyboru Trumpa na prezydenta, amerykańskie media nie ustają w sugerowaniu, że zawdzięcza on swój urząd przede wszystkim Rosjanom. Co jakiś czas pojawia się także plotka o kompromitujących nagraniach wideo, którymi Kreml szantażuje amerykańskiego prezydenta. Ma to tłumaczyć jakoby nad wyraz pojednawczy stosunek Trumpa do Putina. Przy czym jeszcze kilka lat temu te same media przyklaskiwały tzw. resetowi w relacjach USA z Rosją, zapoczątkowanemu przez poprzedniego prezydenta Baracka Obamę. Prawda, że od tego czasu Krym znalazł się pod okupacją rosyjską, jednak i pozostali główni partnerzy USA, w tym Chiny, wcale nie prowadziły wyjątkowo pokojowej polityki. Tymczasem Xi Jinping, który niedawno załatwił sobie dożywotnie przywództwo i zakończył liberalny zwrot w kraju, przedstawiany jest przez amerykańskie media niczym mąż opatrznościowy światowego pokoju i wolnego handlu.

„Czerwona gorączka”, jak zwykło nazywać się antyrosyjskie nastroje, nie jest niczym nowym w USA. Już pod koniec XIX w. prasa amerykańska rozpisywała się na temat rosyjskich anarchistów, którzy mieli masowo przybywać do Stanów Zjednoczonych po to tylko, aby je zniszczyć od wewnątrz. Po zakończeniu I wojny światowej kraj opanował strach przed bolszewikami, skrywającymi się pod płaszczykiem imigrantów z Europy Wschodniej. To wówczas rozpoczęto deportacje z USA na niespotykaną dotąd skalę. Kilkaset mężczyzn i kobiet zostało wydalonych do Rosji tylko dlatego, że wzięli udział w strajku lub czytali socjalistyczną prasę. Dodatkowo wielu z nich niezgodnie z prawem pozbawiono amerykańskiego obywatelstwa. Kolejny ras antyrosyjski wirus zaatakował USA w latach 50., kiedy senator Joseph McCarthy „czyścił” państwowe urzędy z radzieckich szpiegów. Wystarczyło, aby ktoś wziął udział w spotkaniu Partii Komunistycznej USA, aby stracić pracę czy nawet trafić do więzienia. Mechanizm zawsze był ten sam: uwagę zmęczonego i poróżnionego społeczeństwa kierowano w stronę kozła ofiarnego, zaś każdą próbę krytyki istniejącego systemu uważano za „antyamerykańskie” zachowanie.

Nic tak nie spaja społeczeństwa jak wróg zewnętrzny, o czym wielokrotnie przekonywaliśmy się i nadal przekonujemy w Polsce. Prawda ta jest jeszcze dłużej znana w USA. Dlatego demokraci przy każdej okazji wypominają Trumpowi „prorosyjską” postawę. Ich zdaniem ma być ona spłatą długu za pomoc w wygraniu wyborów prezydenckich. Naprawdę zaś chcą w ten sposób odwrócić uwagę od własnych błędów, które doprowadziły ich do utraty Białego Domu i większości w Kongresie. Antyrosyjski wirus zainfekował nawet znaczną część Partii Republikańskiej. Konserwatywne elity przestraszyły się posądzenia o wspieranie „antyamerykańskiej” polityki obecnej administracji. Dotychczas bowiem to właśnie republikanie lubowali się w oskarżaniu o „antyamerykańskość” swoich przeciwników. Co więcej, część administracji prezydenckiej, w tym sekretarz stanu Mark Pompeo, przestraszyła się medialnej nagonki i zdystansowała się od pojednawczych słów Trumpa.

Polityka wewnętrzna i zagraniczna Donalda Trumpa obfituje w błędy i nagłe zwroty. Również sam prezydent pozostawia wiele do życzenia. To za jego przyczyną światem targają obecnie konflikty i emocje, których można by z łatwością uniknąć. Ta negatywna ocena nie zmienia jednak faktu, że sprowadzanie go do roli rosyjskiej marionetki – a taki wydaje się być przekaz głównych amerykańskich (ale i polskich) mediów – to droga prowadząca do pogłębienia już istniejących problemów i tworzenia nowych. Tymczasem poprawa stosunków na linii USA – Rosja leży nie tylko w interesie obu państw, ale także Polski i całej Unii Europejskiej. Uświadomienie sobie tej prostej prawdy to najlepsza szczepionka przeciwko antyrosyjskiemu wirusowi.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.