O powstaniu wielkopolskim

Fakty historyczne wskazują na ścisły związek powstania wielkopolskiego z wybuchem w listopadzie 1918 roku rewolucji w Niemczech.

Wiele wskazuje na to, że gdyby nie insurekcja robotnicza i żołnierska w państwie Wilhelma II, powstanie wielkopolskie by nie wybuchło, a w każdym razie, nie miałoby najmniejszych szans na zwycięski finał. Już w styczniu 1918 roku doszło do któregoś z kolei strajku generalnego w Niemczech. Ten objął swoim zasięgiem również Wielkopolskę. Poza postulatami socjalnymi, domagano się zakończenia wyniszczającej wojny. Na zrewoltowanych obszarach, także w poznańskiem, powoływano rady robotnicze i żołnierskie.W dokumentach historycznych podkreśla się, że rady te miały zróżnicowany politycznie i narodowo charakter; w Wielkopolsce przybrały koloryt niemiecko – polski. Rady faktycznie przejmowały władzę w kraju, wprowadzając przy tym reformy socjalne, np. 8-godzinny czas pracy. Na ziemiach pozostających we władaniu II Rzeszy Niemieckiej dochodziło do zasadniczej odmiany stosunków społecznych. U schyłku grudnia 1918 roku większość zbuntowanych garnizonów niemieckich opuszczała swoje miejsca stacjonowania, co skutecznie osłabiło ich zdolność do przeciwstawienia się polskiemu żywiołowi.

Okoliczność ta sprzyjała zasadniczo spontanicznemu zrywowi Wielkopolan, który wybuchł 27 grudnia 1918, dając asumpt ludowemu powstaniu przeciwko niemieckiemu zaborcy, co doprowadziło do zdobycia pełni władzy, następnie do jej politycznego przejęcia przez odcinającą się od głębokich reform społecznych Narodową Demokrację. Sprawczo ważny rewolucyjny i lewicowy wątek powstania Wielkopolan w grudniu 1918 przeciwko pruskiemu zaborcy jest rytualnie pomijany- przemilczany – w polityce historycznej poszczególnych ekip rządzących Polską po 1989 roku. Nie pasuje on zwłaszcza sfanatyzowanej, nacjonalistycznej prawicy Prawa i Sprawiedliwości. Zakłamywanie historii – ze szczególnie karykaturalnym wzmożeniem pod rządami PiS – należy do politycznej normy zarządzania zasobem faktów opisujących nasze dzieje. Ofiarą takiego podejścia stało się również, ze szkodą dla prawdy, Powstanie Wielkopolskie, o czym warto i należy pamiętać.

Wojsko Polskie w Grudniu 1970

„Nasze Wojsko nie było żądnym krwi żołdactwem. Akt oskarżenia unikając ustaleń sprawstwa bezpośredniego oraz przypadków obrony koniecznej, w istocie rzeczy znieważa żołnierzy, czyni z nich anonimowych, bezwolnych siepaczy… Gdyby nie Wojsko, o ile więcej krwi by się przelało?… Stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Gdy Państwo Czytelnicy otrzymacie ten tekst, będziecie po obejrzeniu dokumentalnych filmów w TVP, prezentujących sytuację niejako w dwóch ujęciach: „na miejscu”- w miastach Wybrzeża. W „centrali”, czyli fragmenty rozmów, podejmowanych decyzji w MSW i informacji o decyzjach Władysława Gomułki w Warszawie. Zważywszy na tytuł publikacji- nie negując ani pomijając roli MO, ZOMO, MSW, zatrzymam Państwa uwagę na „obrazach z miast” i organów decyzyjnych, gdzie wiele razy przewijały się pojazdy wojskowe- transportery TOPAS i SKOT, czołgi i samochody oraz żołnierze, zarówno w budynkach, np. KW PZPR i na ulicach, wśród nich dowódcę 7 Dywizji Desantowej- wtedy płk Tadeusza Urbańczyka z grupą oficerów. Na zdjęciach widać żołnierzy używających broni palnej- strzelających z powietrze z okien budynku KW PZPR w Gdańsku, pod bramami stoczni i na ulicach- także strzelających z powietrze.

Treść publikacji oparłem na dokumentach i materiałach procesu sądowego, jaki został wytoczony za „Wydarzenia na Wybrzeżu”. Eksponuję oskarżenie gen. Wojciecha Jaruzelskiego z grupą oficerów. Być może, że do tego procesu będzie trzeba wrócić w późniejszym czasie- na życzenie Państwa, pokazując jego „całokształt”. Nie muszę mówić, że ta materia, zarówno z uwagi na specyfikę „języka sądowego”, szczegółowość opisu zdarzeń, ale także zdumiewających Czytelnika pominięć i przeinaczeń Prokuratury w akcie oskarżenia-niezwykle jest zawiła, trudna do przedstawienia „zrozumiałym językiem”. Namiastkę tego spotkają Państwo w dalszej treści publikacji. Zachęcam do przeczytania w pierwszej kolejności publikacji prof. Jerzego Wiatra, który – jak zawsze, na łamach Trybuny- prezentuje oceny faktów i zdarzeń, skłaniając Czytelnika do- potocznie mówiąc-„wyrabiania zdania”. Nie tyle dla siebie, co na użytek naszych dzieci i wnuków, by uczyć ich „historycznej wyobraźni”, poznawania „politycznego rodowodu i tła” tych wydarzeń oraz poczucia odpowiedzialności za Ojczyznę. Profesor czyni to zachęcająco, także do sięgnięcia po ten tekst -ale w drugiej kolejności. Też do innych publikacji prasowych oraz uważnemu przyjrzeniu się widowisku „Anioły Grudnia”- ciekawe „jakie i czyje”.

„Kto kazał strzelać?”

Obok politycznego, a dziś po 50 latach, chcąc „przypodobać się”(?) różnym krytykantom – powiedzielibyśmy „partyjnego” (wiadomo jakiej partii) tła i rodowodu wydarzeń na Wybrzeżu, czołową pozycję zajmuje pytanie- kto kazał strzelać i kto zdecydował o wyprowadzeniu Wojska na ulice. Nie trzeba wyjaśniać, że pierwsza część obejmuje MO, która miała wprawdzie prawo użycia broni, wobec ewidentnych zbrodniarzy, nie zaś wobec ulicznych wystąpień zbiorowych. Stąd MO, ZOMO i Wojsko-właśnie przy zbiorowych wystąpieniach ulicznych. Nie trzeba daleko szukać odpowiedzi- jest w powszechnie dostępnych materiałach. Podczas narady o godz. 9.00, 15 grudnia 1970 r., Władysław Gomułka zdecydował – w „obliczu brutalnego pogwałcenia porządku publicznego, masakrowania milicjantów, należy użyć broni wobec napastników, przy czym strzelać w nogi”- (akt oskarżenia). Uczynił to po informacji z MSW o zajściach w Gdańsku 14 grudnia (środa), w tym podpaleniu budynku KW PZPR i zagrożeniu w nim ludzi, niszczeniu mienia, np. samochodów strażackich, sklepów i rabunkach; 2 zabitych i wielu rannych milicjantów, ataku na Komendę Miejską MO, wtargnięcie tłumu do budynku i groźbie zabrania broni. Atak na komendę MO, opisał Lech Wałęsa w książce „Droga nadziei”, Wyd. Rytm, 1988. Oto fragment-„Ludzie podzielili się na dwie grupy. Jedna grupa poszła na Świerczewskiego, na komendę MO, druga zaś w stronę dzisiejszego budynku LOT. Widzę, że milicjanci mają ochotę z nami zacząć, ale chyba się wahają i dlatego cofają się. Wyprzedziłem ludzi i mówię do tych milicjantów: panowie, przed chwilą był akcja pod stocznią. Tam milicjanci dostali po łbach., dostaniecie i wy. Wycofajcie się, jak nas nie przepuścicie, potłuczemy i was. Posłuchali i powoli się wycofali… w tym czasie tłum dotarł już przed budynek komendy. Rzuca kamieniami, lecą szyby. Milicjanci stojący w oknach są zaskoczeni. Są wśród nich ranni. Leje się krew”. Pojawia się pytanie – czy, nawet po 50 latach mielibyście, obawy przed wydaniem takiej decyzji w Warszawie? Proszę zauważyć- po „telefonicznym opisie” zajść ulicznych w Gdańsku. Na ile wiarygodnym, precyzyjnym, a na ile emocjonalnym? Ktoś powie- może nie tyle do samej decyzji, co jej wykonania. Racja- co innego, patrzeć z boku, z dystansu czasu, przy odpowiednim nastawieniu do „tamtej władzy i milicji”, co innego samemu wykonywać taką decyzję, będąc obrzucany kamieniami, gdy obok ranni są koledzy. Ale takie dywagacje można toczyć bez końca. Raz jeszcze odwołam się do filmu dokumentalnego. Odniosłem wrażenie, że „dość oszczędnie” pokazuje zachowanie tłumu wobec MO i Wojska, poza budynkiem KW PZPR i komendy MO nie widać zniszczeń – może redaktorzy nie mogli „wszystkiego dojrzeć” i sfilmować, może…

Zeznając przed Sądem Generał stwierdził- „Na wciąż medialnie eksponowane pytanie: „Kto kazał strzelać?” wyraźną odpowiedź dał sam Władysław Gomułka w liście do Biura Politycznego KC PZPR z 27 marca 1971 roku, znajdującym się w aktach sprawy i przywołanym przeze mnie przed Sądem 12-13 marca 2002 r. Potwierdził to premier-przewodniczący Komitetu Obrony Kraju Józef Cyrankiewicz- w znajdujących się również w aktach sprawy oświadczeniach – m.in. stwierdzając, że decyzję Władysława Gomułki przekazał osobiście wyznaczonemu na Szefa Sztabu Lokalnego w Gdańsku, gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu (Główny Inspektor Obrony Terytorialnej- Sekretarz Komitetu Obrony Kraju). Przypomnę, że w znajdującym się w aktach sprawy oświadczeniu z 2 czerwca 1971 r., gen. Korczyński pisze: „O godzinie 9.50 (15 stycznia 1970 roku) tow. Cyrankiewicz poinformował mnie telefonicznie, że decyzją Biura Politycznego zezwolono na użycie broni, przyznając jednocześnie dowódcom jednostek pododdziałów prawo, zależnego od sytuacji rozstrzygania o jej zastosowaniu. Decyzję tę przekazałem dowódcom jednostek, rygorystycznie zastrzegając jednocześnie, aby przy konieczności użycia broni przestrzegać określonych bezpieczników”. W protokole z przeprowadzonej z nim przez Komisję rozmowy w dniu 17 czerwca 1971 roku znajduje się następujący zapis: „Tow .Korczyński – decyzję tę otrzymałem w dniu 15 grudnia 1970 roku o godz. 9,00 z minutami od Premiera Cyrankiewicza. Powiadomił mnie, że jest zezwolenie na wprowadzenie wojska i użycie broni w uzasadnionych przypadkach. Chcę przy tym zaznaczyć, iż jeszcze przed godziną 9 rano dzwoniłem do tow. Cyrankiewicza informując go o ciężkiej sytuacji … Wojsko będące w akcji nie używało broni, nie strzelało. Strzelało dopiero wtedy, kiedy dostałem takie polecenie od Cyrankiewicza””.

Postawa Generała

Był wezwany na tę odprawę. Wysłuchał informacji i decyzji I Sekretarza. Premier, Józef Cyrankiewicz uzupełnił ją wnioskiem o ogłoszenie stanu wyjątkowego i wprowadzenie godziny milicyjnej. O godz. 9.50 zadzwonił do gen. Grzegorza Korczyńskiego (był w Gdańsku), zapytał o sytuację i przekazał decyzję- zgodę na użycie broni przez MO i Wojsko, dopiero od godz. 12.00. Najpierw ostrzegać o użyciu, strzelać w powietrze, potem w ziemię i nogi. Poza Premierem- nikt z obecnych nie zabrał głosu. Byli m.in. marsz. Marian Spychalski, przewodniczący Rady Państwa i Mieczysław Moczar, Sekretarz KC, nadzorujący MON i MSW.

W tej sprawie Generał zabrał głos na VIII Plenum KC (luty 1971), gdy odczytano list Władysława Gomułki i wywiązała się dyskusja o użyciu Wojska i broni na Wybrzeżu. Stwierdził wtedy m.in., że sytuacja wskazywała na taką konieczność i jednocześnie ostrożność stosowania siły. Nie mógł być przeciwny, mimo świadomości, że podawane, napływające informacje były emocjonalne i nie dokładne. Swoją postawę o godz. 9.00 przed Sądem wyjaśniał tak-„Wojsko znalazło się na ulicach nie wtedy, kiedy rozpoczęły się tam protesty, demonstracje, ale dopiero wówczas, kiedy już zaistniały niszczycielskie fakty oraz doszło do sytuacji zagrażających życiu i zdrowiu ludzi. Do tego dochodziła świadomość, iż palone, dewastowane, rabowane jest – w ostatecznym rachunku – społeczne, wspólne dobro, że powstają ogromne straty materialne. I dla nas, starych i dla dziedziczących tradycje bojowe młodych żołnierzy, dramat 1970 roku był więc niejako podwójny. Ale też- jak sądzę – daje to nam moralne prawo do uczciwej, społecznie sprawiedliwej oceny”. Odniósł się też do oceny postawy Władysława Gomułki, mówiąc-„obok wad i błędów miał też niewątpliwe zasługi. Należały do nich m.in. usilne działania na rzecz ostatecznego uznania nienaruszalności naszej granicy zachodniej. Kilka dni przed tragicznymi wydarzeniami-7 grudnia 1970 roku, dokonał się ten historycznej wagi akt. Był wielkim sukcesem Polski i osobiście Gomułki. To, zresztą – jak sądzę, rzutowało również na nerwowość jego reakcji w czasie wydarzeń na Wybrzeżu. Odczuwał je jako poważne dezawuowanie wysiłków związanych z odbudową i zagospodarowaniem Ziem Zachodnich i Północnych, w co włożył osobiście tak wiele starań i serca. To, oczywiście nie usprawiedliwienie, ale pewne wyjaśnienie psychologicznych mechanizmów owych decyzji”.

Przygotowanie procesu Sądowego

Kto z Państwa pamięta deklarację- „przeszłość oddzielamy grubą kreską”, kto i kiedy ją wypowiedział? (premier Tadeusz Mazowiecki w ekspose, wrzesień 1989). Swoistą zapowiedzią jej podważenia i chęci „rozliczeń z przeszłością”, stała się interpelacja poselska Kazimierza Ujazdowskiego. Szef MON, gen. Florian Siwicki odpowiedział w maju 1990 r., m.in. pisząc- „Dyspozycja o użyciu broni została wydana przez ówczesnego I Sekretarza KC PZPR, na posiedzeniu nieformalnego zespołu kierowniczego, z udziałem przewodniczącego Rady Państwa i premiera. Następnie premier przekazał ją bezpośrednio do Gdańska wiceministrowi obrony narodowej gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu z pominięciem ministra obrony narodowej i szefa Sztabu Generalnego WP”.

Od wiosny zaczynają krążyć pogłoski, iż o funkcji Głowy Państwa „marzy” Lech Wałęsa. Jesienią było już wiadomo, że Generał rozmawiając z Prymasem Józefem Glempem i kilkoma osobami, wyraził wolę odejścia, ale pod warunkiem, że odbędą się powszechne wybory prezydenckie. Stosowne pismo do Marszałka Sejmu, skierował we wrześniu. Prokuratora Marynarki Wojennej w Gdyni, 8 października 1990 r. wszczęła śledztwo w sprawie wydarzeń grudniowych 1970 r., w toku których, „w wyniku użycia broni palnej przez żołnierzy, śmierć poniosły osoby cywilne”. Nikt-oczywiście nie mówi kogo ma na myśli. Proszę zauważyć-Generał jest jeszcze Prezydentem RP. Po latach uchylił mi przysłowiowego rąbka tajemnicy, co myślał słysząc o tych poczynaniach. Nie śmiem napisać, kto już wtedy nabierał „odwagi”. Tak właśnie rozpoczęło się postępowanie przygotowawcze. Ruszyło „pełną parą” od stycznia 1991 r. Początkowo śledztwo prowadziła Prokuratura Marynarki Wojennej, następnie Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku. Przesłuchano 3516 świadków. Zebrano ponad 100 tomów materiałów procesowych. Oskarżyciel wskazał 1091 świadków, do przesłuchania przez Sąd.

Początkowo sprawę miał prowadzić Sąd Wojewódzki w Gdańsku, który „postanowieniem z 7 listopada 1995 roku przekazał sprawę według właściwości, tj. profesjonalnej kompetencji, Sądowi Marynarki Wojennej w Gdyni. Sąd Apelacyjny to postanowienie uchylił. W rezultacie akt oskarżenia cechuje ignorancja w materii wojskowej…Odebranie sprawy prokuraturze wojskowej i przekazanie jej do prokuratury powszechnej, nie tylko poważnie wydłużyło jej przygotowawczy bieg, ale również spłyciło precyzję oskarżenia, które powinno uwzględnić w większym stopniu profesjonalno-regulaminowe uwarunkowania działalności Sił Zbrojnych”- ocenił Generał. Wreszcie skierowano do Sądu Okręgowego w Warszawie. Sprawa trafiła na wokandę w październiku 2001 r. W dniach 18 października i 8 listopada 2001 r., Generał złożył wyjaśnienia. Choroba Przewodniczącego Sądu sprawiła, że proces rozpoczęto od początku.

Oskarżeni ponownie złożyli wyjaśnienia. Biorąc pod uwagę wcześniejsze pytania Sądu i uwagi obrońców, Generał złożył rozszerzone wyjaśnienie w dniach 12-13 marca 2020 r. Ponadto, 27 czerwca, po złożeniu wyjaśnień przez wszystkich oskarżonych – złożył wniosek „o usunięcie istotnych braków postępowania przygotowawczego w celu uzupełnienia ewidentnych luk oraz wyeliminowania sprzeczności, niejasności, a nawet mijania się z prawdą”. Proszę zwrócić uwagę na tytuł wniosku. By Państwu skrótowo i przystępnie go opisać, konieczny jest odrębny tekst. Podam dwa takie przykłady. Pierwszy- „Prokuratura nie skorzystała ze wskazówki, którą tak plastycznie ujął pełnomocnik Solidarności, pan Piotr Łukasz Andrzejewski mówiąc, że „była to gigantyczna prowokacja: Milicja i Służby Bezpieczeństwa podpalały, a Wojsko gasiło” (wydarzenia w Gdyni 17 grudnia, moje, GZ). Trudno posądzić byłego senatora Rzeczypospolitej Polskiej, że w obliczu Wysokiego Sądu nie wiedział, co mówi, że użył bez pokrycia tak ważkich słów. Ma niewątpliwie jakąś wiedzę na powyższy temat. Obecnie powstaje okazja, aby prokuratura uzupełniając materiał dowodowy, poszła wskazanym przez niego śladem i eliminując pogłoski, czy plotki, a ustalając fakty, dotarła do winnych ewentualnej prowokacji. Niestety, nic w tym kierunku nie uczyniono”. Drugi- wniosek, por. Wiesława Gopa o zwrot aktu oskarżenia, który bezpodstawnie zarzuca, że 16 grudnia w rejonie nr 2 Stoczni Gdańskiej w „wyniku moich działań śmierć poniosły 2 osoby, a 11 było rannych. 3 pluton, którym dowodziłem, znajdował się w drugiej linii, w drugim rzucie. Gdyby miał strzelać do demonstrantów, musiałby najpierw strzelać do czołgów oraz w plecy innych, znajdujących się przed moim plutonem żołnierzy. Jak można mi przypisać odpowiedzialność za śmierć Stefana Mosiewicza, który został postrzelony z broni kalibru 9 mm, kiedy mój pluton uzbrojony był wyłącznie w pistolety maszynowe kalibru 7, 62 mm”. Jeszcze jeden, podobny wniosek. „Na str. 56 aktu oskarżenia znajduje się stwierdzenie: „mjr Wiesław Wiekiera podał komendę „ładuj broń”, a następnie „w górę, krótką serią ognia”. Natomiast na str. 57 jest zapis: „W wyniku użycia broni palnej przed bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej śmierć ponieśli Jerzy Matelski i Stefan Mosiewicz”. Jak pogodzić moją komendę do strzelania w górę z przypisaniem mi przez prokuraturę odpowiedzialności za śmierć powyższych dwóch i ranienie 11 osób”- pyta, zwracając akt oskarżenia mjr Wiesław Wiekiera.

Generał oskarżony o …

Składając dwukrotnie wyjaśnienia, oświadczał- „Oskarżenie jest bezpodstawne. Są w nim zasadnicze luki, ewidentne błędy i manipulacje, a nawet mijanie się z prawdą. Oświadczam, iż w czasie tragicznych wydarzeń w Grudniu 1970 roku na Wybrzeżu: nie postąpiłem wbrew Konstytucji; nie wydałem rozkazu użycia broni; nie popełniłem przestępstwa. Wręcz przeciwnie – w ramach swych realnych, zawężonych wówczas możliwości, przyczyniłem się do ograniczenia bolesnych skutków wydarzeń, a następnie do takich zmian polityczno-państwowych, które pozwoliły przerwać groźną spiralę rozszerzenia konfliktu oraz jego siłowego rozstrzygania, zapobiec katastrofie, realnie grożącej w ogólnokrajowej skali…Raz jeszcze stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem. Materiały śledztwa moje słowa potwierdzają. Trzeba wyjątkowej tendencyjności, ażeby zinterpretować je inaczej. Owa tendencyjność przejawia się m.in. także w tym, iż prokurator odrzucił gruntownie umotywowane wnioski dowodowe obrony, w tym również dotyczące uzupełniającego przesłuchania wielce istotnych dla sprawy świadków. Jak widać intencja jest inna- „wystrzelić” akt oskarżenia, a później niech się martwi Sąd, „wyłuskując” wśród 3516 przesłuchiwanych w nieskończoność świadków to, co jeszcze przed rozprawą mogło być oczywiste… Trudno nie zauważyć intencji „grubymi nićmi szytej” – przede wszystkim „polowania” na Jaruzelskiego”.

Uzasadniając bezpodstawność oskarżenia, mówił-„Gdyby to była tylko moja sprawa, nie dręczyłbym siebie, nie obciążałbym innych osób różnymi wyjaśnieniami i oświadczeniami. Jestem jednak starym żołnierzem, przez wiele lat byłem naczelnym dowódcą Wojska Polskiego. We wszystkich jego wcieleniach jest mi ono bliskie i drogie. Boleję, gdy podważane jest jego dobre imię. Taki bowiem jest wydźwięk tego procesu, łącznie z przypisywaniem Wojsku wszystkich ofiar, także tam, gdzie- jak to ewidentnie wynika nawet z aktu oskarżenia – „strzelały w tłum” inne informacje. W tej sytuacji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pełniąca polityczny obstalunek Prokuratura, po to, aby „uderzyć” we mnie, nie waha się zastosować takiej, krzywdzącej dla całego Wojska manipulacji”. W podsumowaniu tego wątku mówił -„Niech mi wolno będzie, jako byłemu przełożonemu wszystkich oskarżonych tu osób wojskowych- z całym poszanowaniem dla ostatecznego werdyktu Wysokiego Sądu- oświadczyć, iż nie widzę ich winy. Działali w ramach istniejących okoliczności oraz postawionych im zadań, i jak wynika ze znanych mi materiałów i faktów, oskarżenie tych osób jest niesprawiedliwe i krzywdzące. Jeśli zaś jakaś wina miałaby im być przypisana – to ja biorę ją na siebie”.

Refleksja…

Od 40 lat ofiary Wydarzeń Grudniowych upamiętnia pomnik w Gdańsku. Odsłonięty 16 grudnia 1980 r., jako jeden z postulatów powstałej Solidarności, przy ogromnym udziale jej członków. Kto z Państwa pamięta tę uroczystość? Proszę sobie przypomnieć, jakie wtedy i dziś wywołuje skojarzenia i refleksje. Generał wspominał tak-„Dla mnie jednak, przy całym szacunku dla poległych w 1970 roku robotników, było to nie tylko gorzkie „requiem”, lecz i „larum”. Nigdy nie wzniesiono pomnika 400 Polaków, poległych podczas zamachu majowego. Nie uczczono nawet obeliskiem małopolskich chłopów zastrzelonych przez policję, ani ofiar zajść krakowskich, lwowskich i wielu innych. Zaczynało wyglądać na to, że tylko Polska Ludowa dopuszczała się przemocy wobec robotników i chłopów. Nie mogłem się z tym wewnętrznie pogodzić. To było następne kłamstwo historyczne, a przecież miało ich już nie być”.

Mam świadomość skrajnego niedosytu tego tekstu, pewnego rodzaju ułomności. Wywoła on szereg pytań i wątpliwości. Skala złożoności „problemu” oraz ograniczone ramy publikacji na krótki, hasłowy opis nie pozwalają, gdyż zubożyłyby istotę sprawy. Do tego nie mogę dopuścić. Będę starał się odpowiedzieć na Państwa pytania, sugestie i wnioski w następnym tekście.

Na zakończenie

Słowa podziękowania i uznania kieruję do Pana Ministra Rafała Skąpskiego, za krótkie ale dobitne zwrócenie uwagi- powiem oględnie- na frywolność porównań sytuacji wewnętrznej obecnie i „medialnych polityków” do sytuacji z okresu stanu wojennego i Generała.

Zwrócił moją uwagę tekst „Każdy sukces ma swoją cenę” Pana Dawida Kopy. Nie tyle treścią, co argumentami Autora. Artykuł prof. Zbigniewa Wiktora w 102 rocznicę Rewolucji Październikowej faktycznie jest osobliwy, trudny w ocenie z dzisiejszej perspektywy. Pana ocena polemiki prof. Jerzego Wiatra z tym tekstem, zdumiała mnie. Przecież Profesor przystępnie i krótko zwraca uwagę na istotę wydarzenia sprzed 102 lat i jego następstwa. Pan ma pełne prawo z tą polemiką- jej argumentami, ocenami i wnioskami, nie zgadzać się! Ale, czy one świadczą o „obronie życiorysu”, oczywiście swojego przez prof. Wiatra? Zachęcam Pana – i to poważnie, by wnikliwie poznał życiorys Profesora i skrupulatnie wynotował gdzie, na jakich zagranicznych uczelniach na Zachodzie Profesor prowadził wykłady, do jakich naukowych stowarzyszeń oraz organizacji należał, nie tylko w Polsce. To pierwszy etap. Drugi- dla Pana trudniejszy. Proszę się zastanowić, czy tam właśnie na Zachodzie nikt nie wiedział, że Profesor był członkiem PZPR, zajmował ważne stanowiska w „centrali”, nie tylko dyrektora „wrażego” Instytutu. Czy z powodu „takiego członkostwa” spotkały Profesora na Zachodzie afronty, gesty dezaprobaty? I trzeci- też chyba dla Pana trudny. 26 marca 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski w Natolinie spotkał się z Prymasem Tysiąclecia. Generał pisze- „Na pewno to zdziwi czytelników, ale mówiąc o Rewolucji Październikowej w listopadzie 1917 roku, prymas stwierdził, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne, egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy””… Zachęcam do poznania drugiej wypowiedzi. Generał pisze- „Kiedy mówiliśmy o newralgicznym politycznie i strategicznie położeniu kraju- prymas użył bardzo plastycznej metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską””. Po przeanalizowaniu obu wywodów Prymasa, uprzejmie Pana proszę o ich interpretację, wykładnię dla obecnych Czytelników Trybuny. Będę prosił Panów-Redaktora Naczelnego i Zastępcę o publikację Pana tekstu. Z ciekawością i uwagą zapoznam się nie tylko ja. By ułatwić Panu pracę, proponuję przeczytać tekst Generała z tej jedynej rozmowy obu Mężów Stanu, pt. „Spotkanie z wielkością”. Jest w książce Generała „Stan wojenny. Dlaczego” (str. 81-92), Wyd. BGW 1992. I proszę nie zapomnieć- konicznie zamieścić „wyciąg” z życiorysu prof. Jerzego Wiatra i jego „wpływie” na „zachodnie wojaże” naukowe. Powiem Panu całkiem prywatnie – tym życiorysem i uznaniem dorobku Profesora na Zachodzie, można obdzielić nie jednego 38- letniego uczonego, który na pierwszym miejscu powinien mieć szacunek dla nauki. I prywatnie – proszę podać na jakiej Uczelni nauczono Pana „zaglądania” do cudzego życiorysu, by czynić z tego podstawę oceny treści publikacji. Czy nie wstydzi się Pan? Proszę się zastanowić, czy za 30-40 lat młodzi uczeni właśnie od życiorysu nie będą rozpoczynać oceny Pańskiego dorobku naukowego- już życzę dobrego samopoczucia. Pana teza o „doborze faktów” jest błędna, nie do przyjęcia. Czy na podstawie „dobranych faktów” jest możliwa ocena obiektywna wydarzenia, okresu historycznego, itp. Od kogo, jeśli nie od uczonego, naukowca oczekiwać prawdy, obiektywizmu?

Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje

Wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat są dla większości ludzi żyjących dziś odległą i coraz mniej zrozumiałą przeszłością a ich znaczenie dla powojennych losów Polski przesłoniły następne wydarzenia, w szczególności o jedenaście lat późniejszy stan wojenny. Warto jednak zastanowić się nad ówczesnym kryzysem politycznym, także dlatego, że płyną z niego wnioski dla władzy sprawowanej w innych, znacznie korzystniejszych warunkach, ale także narażonej na to, że swymi błędami może stworzyć zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa a samej sobie wykopać polityczny grób.

Historia pełna jest wielkich paradoksów. To, co stało się w Polsce w grudniu 1970 roku, należy do największych. Na początku tego miesiąca Polska odnotowała ogromny, o historycznej skali, sukces polityczny, jakim była wizyta w Warszawie kanclerza Willy Brandta i podpisanie 7 grudnia porozumienia normalizującego stosunki między PRL i RFN na gruncie uznania nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie. Było to uwieńczeniem wieloletniej, konsekwentnej polityki Władysława Gomułki – jego drugi wielki sukces polityczny (po pamiętnym październiku 1956 roku, gdy triumfalnie wrócił do władzy wbrew oporom radzieckiego kierownictwa i gdy swą odważną a zarazem mądrą polityka uchronił Polskę przed losem Węgier). Siódmego grudnia 1970 roku Gomułka był u szczytu powodzenia, z poczuciem dobrze spełnionego wobec Polski obowiązku. Dwa tygodnie później odchodził w poczuciu klęski, opuszczony przez najbliższych i skompromitowany w oczach rodaków.

Zrozumienie dramatu Gomułki wymaga uwzględnienia nie tylko okoliczności, w jakich przyszło mu sprawować władzę, ale także – a raczej przede wszystkim – cech jego osobowości. Był człowiekiem nieprzeciętnym, o wielkiej sile charakteru i ideowości. Jak żaden inny z polskich przywódców komunistycznych potrafił przeciwstawić się Stalinowi wiedząc, że ryzykuje nie tylko stanowiskiem ale także życiem. W odróżnieniu od wielu innych przedwojennych komunistów bardzo wyraźnie stawiał interes narodowy Polski nad racjami „internacjonalistycznej solidarności”. To te cechy uczyniły go naszym wymarzonym, może nawet idealizowanym, przywódcą w roku 1956.
Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat i byłem w pełni zaangażowany w działania wspierające reformatorską większość ówczesnego Komitetu Centralnego. Zostało mi z tego okresu przekonanie o zbawiennym wpływie, jaki na bieg polskich spraw miało to, iż PZPR miała w Gomułce przywódcę historycznego formatu. Pozostawałem temu przekonaniu wierny przez wiele lat, także wtedy, gdy przeciw polityce Gomułki burzyli się moi bardziej radykalni koledzy, najczęściej zresztą wywodzący się z kręgu rozczarowanych byłych fanatyków komunistycznych. Jeszcze dziś, myśląc o fatalnym końcu tego polityka, nie zapominam o jego wcześniejszej roli, która zapewniła mu godne miejsce w historii Polski. Po przełomie październikowym Polska stała się najbardziej otwartym na świat państwem ówczesnego bloku socjalistycznego. Nauka i kultura rozkwitły w warunkach znacznej wolności twórczej. Kościół katolicki cieszył się swobodą, jakiej nie znały kościoły w innych państwach socjalistycznych. Nigdy nie wrócono do kolektywizacji rolnictwa ani do bezprawia aparatu bezpieczeństwa. W stosunkach z ZSRR Gomułka konsekwentnie i skutecznie dbał o suwerenność wewnętrzną i o interesy naszego państwa.

Jako przywódca PZPR – hegemonicznej partii ówczesnego systemu władzy – Gomułka stał się piastunem władzy autorytarnej. To było od niego niezależne, ale sposób sprawowania tej władzy już od niego zależał. Biograf Gomułki Andrzej Werblan zwraca uwagę na to, że w jego stosunku do współpracowników od początku wyraźny był rys autokratyczny. Kierownictwo PZPR przestało funkcjonować jako rządząca oligarchia, a stało się drużyną wodza, który „miał nad swoim otoczeniem, z jednej strony, znaczną przewagę polityczną, z drugiej – miał poparcie społeczne” (Modzelewski-Werblan Polska Ludowa, s. 165). Miało to fatalne konsekwencje –zwłaszcza wtedy, gdy w polityce Gomułki pojawiały się groźne w skutkach błędy.

Błędy te dotyczyły przede wszystkim polityki gospodarczej. Gomułka się na gospodarce nie znał i mimo ogromnej pracowitości, z jaką studiował materiały ekonomiczne nie był w stanie zastąpić tym luk w wiedzy ekonomicznej. Polska miała wówczas światowej sławy ekonomistów, wśród których szczególnie ważna była wielka trójka: Oskar Lange (1904-1965), Michał Kalecki (1899-1970) i Czesław Bobrowski (1904-1996). Po przełomie październikowym powstała Rada Ekonomiczna (z Oskarem Lange jako przewodniczącym i Czesław Bobrowskim jako wiceprzewodniczącym). Snuła ona ambitne plany zreformowania nadmiernie scentralizowanej gospodarki, ale napotkała na opór polityczny i na początku lat sześćdziesiątych przestała działać. Wybitni ekonomiści zostali pozbawieni realnego wpływu na politykę gospodarczą, której ster Gomułka przekazał technokratom. Od V Zjazdu PZPR (1968) kierownictwo polityki gospodarczej znajdowało się w ręku Bolesława Jaszczuka (1913-1990) – zasłużonego działacza KPP i PPR i więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych, ale człowieka o wykształceniu technicznym, bez naukowego przygotowania do kierowania gospodarką narodową. To właśnie odrzucenie autorytetów naukowych w połączeniu z przywiązaniem Gomułki do strategii gospodarczej opartej na systemie nakazowym i na inwestowaniu w ciężki przemysł zrodziło kryzys gospodarczy końca 1970 roku.

Decyzja o podwyżce cen artykułów codziennego użytku, zwłaszcza żywności, była w intencji Gomułki i Jaszczuka środkiem służącym podniesieniu wydajności pracy i zdyscyplinowania załóg robotniczych. Był to krok desperacki – wynik pogłębiających się trudności gospodarki, która coraz gorzej radziła sobie z narzuconym, przesadnie wysokim, tempem inwestowania w przemysł ciężki. Problem był realny, ale lekarstwo okazało się gorsze od choroby.

Trzeba w tym kontekście odnieść się do często głoszonej tezy, że taki kierunek polityki gospodarczej wynikał nieuchronnie z wad systemu i z nacisku ZSRR. To teza wygodna dla ówczesnej elity władzy – ale nieprawdziwa. Od 1 stycznia 1968 roku Węgry realizowały Nowy Mechanizm Ekonomiczny, w pewnej mierze oparty na wykorzystaniu praw rynku. Nie był on panaceum na wady gospodarki socjalistycznej, ale zapewnił Węgrom znacznie lepszą i bardziej stabilną sytuację gospodarczą. A przecież Węgry po interwencji 1956 roku były znacznie bardziej zależne od ZSRR niż Polska! Trzeba więc wyraźnie powiedzieć: za stan polskiej gospodarki po koniec lat sześćdziesiątych odpowiada błędna polityka gospodarcza, której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego.
Ośrodek ten – a mówiąc wprost tandem Gomułka-Jaszczuk – ponosił też pełną odpowiedzialność za źle pomyślaną i w fatalnym momencie ogłoszoną podwyżkę cen. Nic nie zmuszało do tej decyzji, a jej podjęcie świadczyło o oderwaniu się Gomułki od realiów społecznych.
Pierwotny błąd, jakim była podwyżka cen, pociągnął za sobą następne. Gdy w poniedziałek 14 grudnia rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej (wtedy imienia Lenina) reakcją władz były chaotyczne próby stłumienia protestu siłą, bez jakiejkolwiek próby porozumienia ze strajkującymi. Było to gaszenie pożaru benzyną.

Przebieg kryzysu grudniowego jest dobrze opisany w literaturze historycznej. Wystarczy więc przypomnieć jego kalendarium.
11 grudnia odbyło się posiedzenie Biura Politycznego, na którym bez jakiegokolwiek sprzeciwu przyjęto propozycję podwyżki cen. Weszła ona w życie w niedzielę 13 grudnia, a już w poniedziałek rozpoczął się protest stoczniowców gdańskich. Tego samego dnia obradowało plenum Komitetu Centralnego, ale członków tego grona nawet nie poinformowano o powstałej w Gdańsku sytuacji. We wtorek 15 grudnia na naradzie w KC Gomułka wydał (niekonstytucyjny) rozkaz użycia wojska przeciw demonstrantom – w tym czasie już atakującym budynek komitetu wojewódzkiego w Gdańsku. W środę rozruchy rozszerzyły się na Elbląg, a w czwartek na Szczecin. Rosła liczba ofiar, w tym w wyniku ostrzelania w Gdyni (w czwartek) robotników udających się do pracy, do czego wezwał ich wicepremier Stanisław Kociołek. Mnożyły się sygnały o narastających napięciach w innych miastach, w tym w Łodzi i w Warszawie.

W środę 16 grudnia kierownictwo radzieckie podjęło inicjatywę polityczną zachęcając przebywającego w Moskwie wicepremiera Piotra Jaroszewicza do szybkiego powrotu do kraju i przekazania radzieckiego „zaniepokojenia” powstałą sytuacją. 18 grudnia ambasador Awierkij Aristow przekazał list Komitetu Centralnego KPZR adresowany do KC PZPR i wzywający do znalezienia politycznego rozwiązania powstałej sytuacji, Za tym enigmatycznym sformułowaniem kryła się sugestia zmiany kierownictwa. Władze radzieckie jednoznacznie postawiły wtedy na Edwarda Gierka. Nagłe i ostre pogorszenie się stanu zdrowia Gomułki przyśpieszyło rozwiązanie. W sobotę 19 grudnia na posiedzeniu Biura Politycznego (bez Gomułki) zapadły decyzje personalne, zatwierdzone w niedzielę przez plenum KC PZPR. Wraz z Gomułką z kierownictwa PZPR odwołani zostali Bolesław Jaszczuk, Zenon Kliszko, Marian Spychalski i Ryszard Strzelecki – a więc najwierniejsi współtowarzysze upadającego przywódcy. Nowy szef partii wygłosił koncyliacyjne przemówienie do narodu. Zaczęło się wychodzenie z kryzysu władzy.

Wokół tych wydarzeń narosły liczne mity. Autorem jednego z nich był sam Gomułka, który (w wywiadzie udzielonym Antoniemu Przygońskiemu w marcu 1981 roku) dowodził, że jego upadek był spowodowany ingerencją radziecką i że 17-18 grudnia „sytuacja w Polsce była w zasadzie opanowana”. Moim zdaniem w ocenie tej zawarte są dwa podstawowe błędy. Po pierwsze: kierownictwo radzieckie nawet jeśli Gomułka grał mu na nerwach swą apodyktycznością nie miało możliwości zachwiania jego pozycją tak długo, jak długo sytuacja w Polsce by la stabilna. To dopiero bezsensowna podwyżka cen i brutalna odpowiedź na protest robotniczy stworzyły sytuację krytyczną, w której radziecka ingerencja stała się możliwa. Po drugie: wbrew opinii Gomułki sytuacja w połowie krytycznego tygodnia nie uspakajała się lecz zaostrzała tworząc całkowicie realną groźbę ogólnokrajowego wybuchu. Wybuch taki niósł z sobą groźbę wojskowej interwencji ZSRR – słusznie uważanej przez obie strony za katastrofalną. Tym, jak sądzę, przede wszystkim należy tłumaczyć inicjatywę kierownictwa KPZR.

Gomułka (w cytowanym wywiadzie) wyraził gorzką i niesprawiedliwą ocenę, że „komuniści polscy widzieli w KPZR czynnik nadrzędny” i traktowali Breżniewa jako „gospodarza”. A przecież czternaście lat wcześniej Komitet Centralny PZPR w zdecydowanej większości sprzeciwił się radzieckiej presji! Czyżby przez czternaście lat dokonał się – i to pod rządami Gomułki – nawrót do prosowieckiego serwilizmu? Prawda, której Gomułka nigdy nie zaakceptował, była taka: to nie serwilizm wobec Moskwy, lecz poważne błędy polskiego przywódcy obróciły przeciw niemu ludzi, którzy tkwili przy nim niemal do ostatniej chwili.

Andrzej Skrzypek, który na podstawie dokumentów radzieckich prześledził uważnie działania władz ZSRR w czasie polskiego kryzysu (Mechanizmy klientelizmu: stosunki polsko-radzieckie 1965-1989, Pułtusk-Warszawa 2008), twierdzi, że niekorzystna dla Gomułki decyzja kierownictwa KPZR zapadła już w środę 16 grudnia pod wpływem napływających informacji o ofiarach w Gdańsku (s. 114). Nic natomiast nie przemawia za tezą, że kierownictwo radzieckie już wcześniej podejmowało próby odsunięcia kłopotliwego polskiego przywódcy. Inną natomiast sprawą jest to, że w wyniku kryzysu grudniowego i zmiany polskiego kierownictwa nastąpiło wyraźne wzmocnienie zależności Polski od ZSRR. Ekipa Gierka ani nie chciała, ani nie potrafiła tak skutecznie bronić polskiej suwerenności, jak czynił to Gomułka. Jego upadek był więc z punktu widzenia pozycji Polski w „bloku socjalistycznym” wyraźnie niekorzystny.

Wokół przebiegu kryzysu grudniowego powstało wiele mniej lub bardziej sensacyjnych koncepcji spiskowych, które miałyby tłumaczyć ówczesną walkę o władzę. Rzecz znamienna: koncepcji tych nie podzielają kompetentni autorzy zachodni, w tym pierwszy autor poświęconej tej sprawie pracy Zbigniew Pełczyński – powstaniec warszawski i politolog brytyjski („The Downfall of Gomulka” w: A. Bromke i J.W. Strong, Gierek’s Poland, New York 1973). Prawda jest taka, że nawet jeśli w kierowniczym aktywie PZPR dostrzegano niebezpieczeństwa związane z polityką „zaciskania pasa”, to aż do krytycznego tygodnia nikt na działania wobec przywódcy opozycyjne nie miał odwagi się zdecydować.

Beneficjentami kryzysu grudniowego był Edward Gierek i skupiona wokół niego grupa technokratów, a także – szerzej na rzecz patrząc – młodsze pokolenie działaczy partyjnych, już bez korzeni w przedwojennej KPP. Pod tym względem kryzys ten bardzo głęboko przeorał polską politykę. Pokolenie przedwojennych działaczy KPP schodziło ze sceny otwierając drogę do władzy ludziom młodszym – wchodzącym w życie polityczne w latach wojny, lub już po jej zakończeniu. Był to proces polityczny – a nie biologiczny. Gomułka tracąc władzę miał 65 lat, odchodzący z nim współpracownicy byli od niego o kilka lat młodsi. Ich rówieśnicy kierowali innymi państwami socjalistycznymi przez wiele następnych lat. To kryzys polityczny wymusił zmianę pokoleniową na szczytach władzy.

Zmiana ta miała istotne konsekwencje. Nowe pokolenie przywódców było znacznie bardziej pragmatyczne, choć zarazem w swej większości tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich. Początkowo nowe kierownictwo zdecydowało się na poluzowanie polityki gospodarczej w kierunku poprawy warunków życia, co owocowało popularnością „ekipy Gierka” – przynajmniej w pierwszych latach. Już po paru latach wrócono jednak do bardziej tradycyjnej polityki inwestowania w ciężki przemysł (i górnictwo węglowe, będące „oczkiem w głowie” nowego szefa partii). W połączeniu z niekorzystną koniunkturą światową (po gwałtownej zwyżce cen ropy naftowej spowodowanej bojkotem arabskim po wojnie Jom Kipur 1973 roku) spowodowało to powrót poważnych trudności polskiej gospodarki. W tym znaczeniu kryzys grudniowy okazał się zmarnowaną szansą na istotną zmianę polityki gospodarczej.

Nie przyniósł on także trwałego uspokojenia sytuacji w kierownictwie PZPR. Rosnącemu kultowi Edwarda Gierka towarzyszyły kolejne zawirowania walk frakcyjnych, których ofiarami padali kolejno Mieczysław Moczar (1971), Franciszek Szlachcic (1974) i Stefan Olszowski (1980). W konfliktach tych trudno dopatrzyć się głębszego sensu programowego: była to w czystej postaci walka o władzę.

Jeden jednak aspekt zmiany grudniowej okazał się trwały i brzemienny w skutkach: rola wojska. Z przyczyn politycznych i ideologicznych sprawa ta nie była przedmiotem publicznej dyskusji w Polsce, ale znalazła wyraz w publikacjach poważnych uczonych zagranicznych. Pierwszym, który zwrócił uwagę na kluczową rolę wojska w rozwiązaniu kryzysu grudniowego i w polityce pogrudniowej był amerykański politolog z Los Angeles Andrzej Korboński (1927-2013) – powstaniec warszawski a prywatnie bratanek ostatniego Delegata Rządu na Kraj Stefana Korbońskiego. W kilku poświęconych temu zagadnieniu publikacjach wysunął on tezę, że o upadku Gomułki ostatecznie zdecydowało stanowisko ministra obrony narodowej generała Wojciecha Jaruzelskiego, który najpierw zakazał wojsku używania broni wobec demonstrantów a następnie oparł zmianę na stanowisku pierwszego sekretarza. Co więcej, dowodził Andrzej Korboński, decyzjami tymi stworzono swego rodzaju „prawa veta” wojska w stosunku do decyzji wymagających użycia siły, co miało kluczowe znaczenie w czerwcu 1976 roku a zwłaszcza latem 1980 roku. Jak w żadnym innym państwie ówczesnego „bloku państw socjalistycznych”, polskie siły zbrojne stały się bardzo ważnym i względnie samodzielnym czynnikiem politycznym. Warto o tym stanowisku kompetentnego amerykańskiego uczonego pamiętać – zwłaszcza w kontekście jednostronnych i powierzchownych naświetleń tych zagadnień w niechętnej Wojciechowi Jaruzelskiemu literaturze prawicowej (Np. Paweł Kowal i Mariusz Cieślik, autorzy tendencyjnej książki „Jaruzelski – życie paradoksalne”, Kraków 2015) prac Korbońskiego w ogólne nie zauważyli – czyżby tylko z niedouczenia?).

Kryzys grudniowy miał także poważne reperkusje dla przyszłości protestu robotniczego w PRL. Był to ostatni protest zdominowany przez starcia uliczne. Tragiczne doświadczenie grudnia 1970 roku zrodziło nowe przywództwo robotnicze i nową taktykę walki – opartą na strajku okupacyjnym. W tym sensie sukces strajków letnich 1980 roku był w dużej mierze dzieckiem tragedii grudnia 1970 roku. To odrębny ważny problem – wymagający zapewne innego autora.

Pierwsza polska feministka

„Wszystkie są córkami królowej Bony” – często myślę o tych kobietach, które na ulicach mojej rodzinnej Polski demonstrują przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, który zakazał przerywania ciąży nawet w przypadku poważnych wad rozwojowych płodu, czyniąc prawo aborcyjne, które jest już jednym z najsurowszych w Europie, jeszcze bardziej restrykcyjnym.

„To wojna” – z tym okrzykiem na ustach przez wiele dni protestowały i protestują nadal tysiące kobiet w całym kraju, od stolicy Warszawy po małe wioski na wsi – wydarzenie bez precedensu na terenach wiejskich i tradycyjnie konserwatywnych. To wojna z archaicznym i mizoginistycznym patriarchatem, nie tylko Jarosława Kaczyńskiego i polskiego Kościoła, ale całego społeczeństwa.

Bona Sforza, córka księcia Mediolanu Gian Galeazzo Sforzy i Izabeli Aragońskiej, została w 1518 roku drugą żoną króla Zygmunta I Starego, przyjmując tytuł królowej Polski i wielkiej księżnej litewskiej. To fałszywy mit, że Bona przywiozła do Polski „włoszczyznę” (czyli wiązkę korzeni pietruszki, selera, porów i kapusty włoskiej, z których gotuje się tradycyjny polski rosół), wino i że od niej zaczął się polski renesans. Warzywa i wino dotarły już wcześniej wraz z zagranicznymi kupcami poruszającymi się Bursztynowym Szlakiem, a renesans w Polsce był już w toku (po pożarze 1499 roku na Wawelu trwała odbudowa przy udziale włoskich artystów i rzemieślników, którzy przenieśli się z Węgier).

W rzeczywistości najsłynniejsza włoska imigrantka, która przez prawie czterdzieści lat przebywała nad Wisłą, zasiała w tym kraju zalążki feminizmu.

Wykształcone i niezależne kobiety były wówczas w Polsce zjawiskiem nieznanym, i znienawidzonym. Obawiano się ich jako demonów. Przykładna i cnotliwa polska niewiasta, nazywana „białogłową”, zawsze nosiła chustę lub proste nakrycie głowy, szła pokornie za mężem oraz nigdy nie odważała się podnieść oczu i otworzyć ust, zwłaszcza w obecności mężczyzn. Była jak karp słodkowodny. Bona była inna. Jej piękne, gęste, kręcone włosy w kolorze miodu falowały swobodnie na wietrze i inspirowały wersety poetów. Oczy ciemne i błyszczące jak rozżarzone węgle patrzyły śmiało i z wyższością. Głęboki dekolt ukazujący piersi ściśnięte przez gorset, bogate włoskie suknie i prowokujące nakrycia głowy, budziły wstręt bigotów. Przede wszystkim Bona miała jeszcze jedną wadę: mówiła, wyrażała opinie, kłóciła się, krytykowała, doradzała mężowi, zarządzała, wydawała rozkazy, zabierała głos w kwestiach politycznych i finansowych. Stary król Zygmunt I pozostawał pod dyskretnym wpływem swojej młodej, cudzoziemskiej żony, choć nigdy jej nie ustępował w sprawach państwowych. Z powodu takiej postawy Bony Sforzy, którą dziś możemy określić jako „feministyczną”, a która już wtedy reprezentowała dążenie do walki o równe szanse ekonomiczne i polityczne dla obu płci, królowa małżonka szybko popadła w konflikt z licznymi dostojnikami i magnatami w Polsce, i na Litwie, robiąc sobie wielu zaciekłych wrogów. Polska szlachta, dostojnicy i duchowni czuli się urażeni „rozpustą” włoskiej szlachcianki. Jeśli mamy mówić szczerze i opowiedzieć wszystko, to trzeba dodać, że na Wawelu, Bona zastała osławioną kompanię: „Bibones et Comedones”, stworzoną przez niektórych dworzan Zygmunta I. W odczuciu królowej ich imprezy, pijaństwo i bójki były obrzydliwe. Nie podobało jej się również ich podłe zachowanie, wulgarny styl, głupota, arogancja i prepotencja. Jak widać spotkała się z tradycyjnym obrazem typowego polskiego męskiego szowinizmu, który niestety przetrwał do naszych czasów.

Na polskim dworze królowej pozostało trzynaście Włoszek (damy Ifigenia, Beatrice Zurla, Lucrezia Alifio, Beatrice Roselli, Porcia Arcamone, Faustina Oppizoni, Laura Effrem, Isabella Dugnano, Laudomia Caracciolo, a także dwie guwernantki i dwie służące). Sforza postarała się, aby wszystkie jej dwórki wyszły za mąż za przyzwoitych mężczyzn, a później zorganizowała dla nich luksusową „klinikę położniczą” na Wawelu. Kobiety udawały się tam, aby rodzić dzieci z pomocą fachowych położnych i bez zbytniego ryzyka dla ich życia i zdrowia. Wszystko to wywoływało plotki i oszczerstwa. Zapewne tylko dzięki randze Włoszki nikt nie odważył się zarzucić jej otwarcie kontaktów z diabłem.

Od czasu, gdy najsłynniejsza włoska imigrantka wylądowała nad Wisłą jako królowa małżonka, minęło pięćset lat. Nie była zbytnio kochana i pozostała niezrozumiana, ale reprezentowała tę feministyczną siłę szoku, która już wtedy wywarła wrażenie na władzy. Często myślę o niej jako o protoplastce, dzięki której geny włoskiego kobiecego renesansu zostały przeniesione na Polki, co pozwoliło słodkowodnym karpiom otworzyć usta i wydać krzyk. Krzyk ten rozbrzmiewa dziś na polskich placach. Krzyk polskich „białogłów” tłumiony przez stulecia. Niestety w dalszym ciągu niektóre z nich pozostały słodkowodnymi karpiami.

Długa noc listopadowa

Historia jest istotna o tyle o ile wyciągamy z niej wnioski na przyszłość. Czyli zwykle nie jest istotna wcale. Oficjalne obchody od(u)zyskania państwowości zaczynają się i kończą mszami a ich bohaterami są zwykle narodowcy. Ateista Dmowski, chichotałby zza grobu, gdyby mógł.

Zwłaszcza, że 11 listopada 2018 roku nie zdarzyło się nic, po za symbolicznym końcem I wojny Światowej. Polskie państwo powstałoby, nawet gdyby Rada Regencyjna zapiłaby się na śmierć, a pociąg z Piłsudskim nigdy by nie wyjechał z Magdeburga.

Dzisiejsza narracja historyczna przekracza jednak zwykłą fantazję. Ojcami niepodległości nazywani są, będący z dala od wydarzeń z października i listopada 1918 – Dmowski, Paderewski i Piłsudski. Choć trzeba przyznać, że Paderewski przynajmniej spełnił rolę zapalnika przy wybuchu powstania Wielkopolskiego.

Wszędzie na ziemiach polskich, o niepodległość walczyli ludowcy, socjaliści, socjaldemokraci nawet komuniści. Niepodległość zawdzięczamy też rewolucyjnym wystąpieniom w Rosji i Niemczech i rozpadowi cesarstwa Austro-Węgier.

W Krakowie już od października 1918 działała Polska Komisja Likwidacyjna, oparta głównie o polityków Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego oraz Ludowców Wincentego Witosa. To jego powołano 28 października na przewodniczącego prezydium PKL z Daszyńskim oraz endekiem Skarbkiem jako zastępcami. A już 30 października Kraków był wolny dzięki szybkiej akcji konspiratorów Antoniego Stawarza. Wykorzystał proklamację powstania niepodległej Czechosłowacji i sprawnie rozbroił krakowski garnizon. Za to Czechom powinniśmy być wdzięczni, choć stosunki polsko-czeskie zawsze były takie bardziej facebookowe. Czyli skomplikowane.

Warto jeszcze pamiętać o chłopskich zrywach patriotycznych oraz Rzeczpospolitej Tarnobrzeskiej i Pińczowskiej.

Losy Antoniego Stawarza były interesujące. Pozostał w polskiej armii, walczył w wojnie Polsko-Sowieckiej. W czasie zamachu majowego opowiedział się po stronie rządowej za co potem został karnie przeniesiony a potem zwolniony z wojska. Pracę znalazł w krakowskim magistracie. W czasie wojny włączył się aktywnie w konspirację a po wojnie pracował w firmie ubezpieczeniowej. Zmarł w roku 1950 i został pochowany został na cmentarzu Rakowickim.

Może dlatego senatorzy po śmierci Komendanta wymyślili nowe święto na jego cześć, upamiętniające paktowanie z zaborcami i nic nie znaczącą umowę między Komendantem oraz Księciem (Lubomirskim), Panem (Ostrowskim) i Plebanem (Kakowskim). Tymczasowy Rząd Republiki Polskiej, powołany już 7 listopada 1918 r. w Lublinie, wezwał Radę Regencyjną do rozwiązania się. Tym bardziej, że na nic już nie miała wpływu, nikt jej nie słuchał, nikt na nią nie zważał. Oprócz Piłsudskiego. To był de facto jego pierwszy zamach stanu. Pierwszy z wielu.

Po śmierci Piłsudskiego sanacja zawarła niepisany pakt z endecją. Święto 11 listopada go niejako przypieczętowało. Nic dziwnego, że spadkobiercy ideowi OZoNu , ONR-u, wielbiciele trumny Piłsudskiego uznali je za swoje święto. I tak jest do dziś…

Ale czy to naprawdę może być święto wszystkich obywateli, skoro nie było czego świętować? Jakie idee przywołujemy, komu oddajemy cześć? Jeśli szukamy symbolicznej daty odzyskania niepodległości, to może to być tylko 7 listopada, czyli rocznica powołania Tymczasowego Rządu Ludowego. Czytając deklarację oraz manifest tego pierwszego polskiego rządu z Lublina i Krakowa, dowiemy się, że naprawdę się warto o nim pamiętać. To była nowoczesna platforma, demokratyczna i sprawiedliwa. Część deklaracji lubelskiego rządu znalazła się Konstytucji Marcowej. Mimo wielu starań nie wszystko udało się cofnąć kolejnym rządom czy nawet sanacyjnej „kwietniowej” pseudokonstytucji.

Jedna jeszcze rzecz okazała się trwało zdobyczą roku 1918. Rząd Daszyńskiego w swoje deklaracji przyznał prawa wyborcze kobietom, co dla ówczesnych socjalistów było oczywiste. Jednak nie wszyscy w 1918 roku byli socjalistami.

Świadome tego kobiety zorganizowały w Warszawie Zjazd Kobiet Polskich. Przedstawicielki Zjazdu wraz z delegatkami Centralnego Komitetu Równouprawnienia Kobiet Polskich (ps. darmo takiego hasła szukać w wikipedii ) odwiedziły Józefa Piłsudskiego w jego warszawskim mieszkaniu Miały ze sobą parasolki, bo przyzwoite panie bez nich nie wychodziły wtedy z domów. Część z nich była, podobnie jak ówczesna partnerka Piłsudskiego, Aleksandra Szczerbińska (późniejsza druga żona) działaczkami PPS. Co miały w torebkach, tego pewnie nikt nie chciał wiedzieć. Efektem tej wizyty było podpisanie przez Naczelnika Państwa w dniu 28 listopad 1918 roku, dekretu przyznającego kobietom pełnię praw wyborczych. Dzisiejszy naczelnik państwa też mieszka w Warszawie ale na tym chyba niepodobieństwa się kończą.

Polska razem. Oświadczenie z okazji Święta Niepodległości 11 listopada

11 listopada 2020, to Święto Niepodległości doby pandemii, kryzysu ekologicznego i zaostrzających się podziałów i konfliktów społecznych. To dzień, w którym od przeszło 30 lat wymazuje się pamięć o wkładzie wielu pokoleń polskich socjalistów w odzyskanie niepodległości i odbudowę naszej państwowości. Tego dnia nie można zapomnieć również o wielkim wysiłku polskich socjalistów, okupionym krwią, w utrwalenie zasad sprawiedliwości społecznej.

Zdajemy sobie sprawę, że 11 listopada to święto wszystkich Polaków i trudno pominąć podczas jego obchodów dorobek innych nurtów politycznych. Mamy jednak dość oszust historycznych i wskazywania, że narodowa prawica bardziej kochała i kocha Polskę niż socjaliści, czy ludowcy. Mamy dość nakręcania spirali nienawiści i zachęt do wojny domowej. W 2020 roku, w którym do tradycyjnych wyzwań musimy dołączyć nowe, które są trudne do okiełznania. Już same one okaleczają naród, który najmniej potrzebuje rozlewu krwi w obronie starego porządku, bądź konserwatywnej kontrrewolucji.

Trwający od wielu lat spór pomiędzy konserwatywnym zaściankiem a liberalną częścią społeczeństwa jest dla Polski zabójczy, nie daje na dłuższą metę szans na rozwój i polityczną równowagę. Jest on starym konfliktem ciągnącym się od 30 lat w łonie środowisk solidarnościowych o przewodnictwo w tzw. transformacji ustrojowej. Prowadzi on Polskę na margines Europy, wyklucza z procesu cywilizacyjnego, który w ostatnich latach wyraźnie w skali globalnej przyspiesza. Uważamy, że Solidarność winna wrócić do źródeł swego ideowego powstania w wyniku powszechnego robotniczego protestu o wolność i sprawiedliwość społeczną.

Zwracamy się do wszystkich Polaków, ludzi dobrej woli, ludzi polskiej lewicy.

Świętujmy Dzień Niepodległości w skupieniu i zadumie. Nie uczestniczmy w burdach profanujących duch święta narodowego. Odpowiedzmy sobie i wszystkim, jak najlepiej odrodzić nasz kraj i odbudować poczucie dumy bycia Polakiem. Opowiadamy się za jak najszybszym doprowadzeniem kraju do równowagi po pandemicznej depresji.
W bliskiej perspektywie proponujemy wszystkim siłom politycznym doprowadzenie do wcześniejszych wyborów parlamentarnych i utworzenie rządu odrodzenia narodowego.

Proponujemy za podstawę programową odrodzenia przyjąć stworzone przed 102 laty założenia Rządu Ludowego Ignacego Daszyńskiego, kontynuowane w myśli politycznej rządu Jędrzeja Moraczewskiego i kolejnych rządów II Rzeczypospolitej, w których brali udział socjaliści. Te wzory historyczne pomimo upływu czasu nie straciły na aktualności.

Sprawiedliwość społeczna i dobro człowieka winny być na sztandarach wszystkich sił postępowych współczesnej Polski.

Jana Ignacego Paderewskiego życiorys niezwykły

Dedykacja z okazji 160 rocznicy urodzin genialnego pianisty

Ignacy Paderewski urodził się 6 listopada 1860 r. we wsi Kuryłówka koło Żytomierza. Ojciec Jan, matka Poliksena Nowicka. Ignacego ochrzczono na imię Jana i Ignacego. Matka umiera niebawem na chorobę zakaźną, a ojciec zostaje uwięziony za sprzyjanie powstańcom, lecz z braku dowodów zwolniony. Traci przez to pracę, dom i zamieszkuje u siostry. Paderewski pragnął zostać pianistą i „uczynić” coś dla Polski. Polskie dzieci jednak nie mogły awansować w Rosji. Pierwsze kroki muzyczne stawiał, grając na starym pianinie, ucząc się od pobliskich muzyków, improwizując. Pierwsze lata w niczym nie zapowiadały jego kariery. Ojciec Ignacego cierpiał na oczy, więc prosił syna aby mu czytał, gdyż znał j. rosyjski. Pewnego dnia gdy karmił kucyka, ten rzucił się na niego i kopnął chłopca tak mocno, że stracił przytomność.

17 listopada 1871 r., Ignacego zaproszono do udziału w dobroczynnym koncercie, którym widzowie byli urzeczeni i został zaproszony na inne imprezy. Następnie zaproszony został przez rodzinę Chodkiewiczów na 7 dni do Kijowa, gdzie obejrzał teatr, operę i kilka koncertów.

Wracając z Kijowa dwoma parami sań, zostali zaatakowani przez stado wilków. Zmęczone konie przegrały wojnę z wilkami i na nic zdały się strzelby. Tylko przytomność umysłu zarządcy uratowała im życie. Kazał zatrzymać sanie, uwolnił konie z uprzęży i podczas gdy woźnice odpędzali zgłodniałe wilki, zrobił z sań ognisko, rozpalane do świtu, aż wilki odeszły.
Latem 1872 r. ojciec z synem przyjechali do Warszawy do Instytutu Muzycznego, gdzie po wysłuchaniu improwizacji Ignacego, został przyjęty bez egzaminów.

W Warszawie dużą pomoc okazała Paderewskiemu rodzina Kerntopfów, producenta fortepianów, oferując stancję i dostęp do fortepianu. Na uczelni musiał się uczyć obowiązkowo na kilku instrumentach. Był rozczarowany, a gdy odmówił gry w orkiestrze, został wyrzucony ze szkoły, lecz w wyniku interwencji rady pedagogicznej ponownie przyjęty.

Podczas wakacji Ignacy z dwoma przyjaciółmi wyjeżdżają do Rosji z koncertami. Policja rosyjska stała się podejrzliwa i ich aresztowano, lecz dzięki interwencji ojca zostali zwolnieni.

Paderewski nie chciał rozstać się z myślą o karierze pianisty, gdy zaprzestaną mu udzielać lekcji na fortepianie. Gdy wybuchła nowa awantura, w sprawie gry na puzonie, Ignacego znów relegowano z Instytutu. Wkrótce wyjechał do Rosji ze skrzypkiem Celewiczem, gdzie dawał koncerty muzyki Chopina i własnych utworów. Mróz bardzo im dokuczał. Paderewskiego zaatakowała szkarlatyna w karczmie, gdzie byli zakwaterowani. Przez 2 tygodnie żywili się chlebem i herbatą i byli bliscy głodowej śmierci, gdyż musieli opłacać za opał. Pomoc przyszła od ojca, który przysłał 100 rubli. Gdy Ignacy poczuł się lepiej pojechali do Petersburga koncertować, gdzie obdarzony zaufaniem oszust ukradł jemu gotówkę. Zmuszony został wrócić, gdy otrzymał od ojca następne 100 rubli. Wkrótce Paderewski został ponownie przyjęty do Instytutu, więc z determinacją zaczął ćwiczyć, i latem następnego 1878 roku, uzyskał dyplom i nawet zaproponowano mu objęcie klasy fortepianu. Zaangażowanie i upór okazały się wielkim sukcesem Paderewskiego. W wolnych chwilach uczył się hiszpańskiego, angielskiego, francuskiego i włoskiego.

Jedyny salon w którym bywał często, to dom Heleny i Władysława Górskich. Helena otoczyła Ignacego przyjaźnią i otworzyła przed nim świat muzyczny. Jej ojcem był baron Rosen, ożeniony z Greczynką, która urodziła Helenę. Po pewnym czasie Paderewski zakochał się w Antoninie Korsakównej i pobrali się na początku 1880 r. Gdy nadeszło lato urodził się syn, lecz po 10 dniach cierpień Antonina zmarła po porodzie. Wkrótce okazało się że syn jest kaleką. Chłopca ochrzczono i nadano imię Alfred.
Marzenia wiedeńskie spełniają się, dzięki pomocy Modrzejewskiej, wybitnej artystki, która zaproponowała Ignacemu wspólny występ w Krakowie, uzyskując potrzebne fundusze na podroż do Wiednia. W Wiedniu Paderewski poznał Leszetyckiego, słynnego pianistę i nauczyciela, dzięki któremu poznał niezgłębione dotychczas specjalne techniki „palcowania” i świat wirtuozerii.

Kariera Paderewskiego rozpoczyna się, gdy daje pierwszy koncert w Wiedniu, i w Paryżu, osiągając ogromny sukces. Wraca do Paryża, i tu wynajmuje mieszkanie, do którego wprowadza syna Alfreda. Dnia 17 XI 1891 r. daje pierwszy występ w USA, który stal się tak wielkim sukcesem, że pianista otrzymał propozycję na 117 koncertów.

Dnia 28 III 1892 r. pożegnał Amerykę koncertem w Metropolitan Opera a dochód 4000 dolarów ofiarował na budowę Łuku Waszyngtona. Wdzięczność Ignacego do USA była ogromna, bo gdy wracał do Szwajcarii dysponował kwotą 95000 dolarów. W zdobywaniu sympatii widzów i innych osób pomagała Paderewskiemu uroda i wdzięk osobisty. Do grona swoich przyjaciół mógł zaliczyć królową Wiktorię i królową Elżbietę i nawet późniejszego prezydenta USA W. Wilsona.

Paderewski gdy koncertował na obu półkulach, rozsławiał Polskę, a gdy otrzymał z Polski rozpaczliwe wezwania jechał natychmiast w ojczyste strony. Ignacy z Krakowa jedzie na manifestację chopinowską do Lwowa i tu wygłaszał sławną mowę, będącą płomiennym aktem na cześć ojczyzny, mowę, którą przedrukowała prasa całego świata, przypominając sprawę Polski.

Gdy wybuchła I w. św., Paderewski wyjeżdża do USA i tu wygłasza ponad 300 przemówień, a następnie płynie z narażeniem życia przez zaminowany i zagrożony łodziami podwodnymi Atlantyk do Europy. Przyjeżdża do Warszawy i tu składa wizytę marszałkowi Piłsudskiemu w Belwederze. Podróż powrotna obfitowała w incydenty. Podczas burzy, fortepian wyrwał się z uchwytów i potoczył po podłodze, przygniatając łóżko Paderewskiego lecz pomoc szybko nadeszła.

W 1893 r. powrócił do Paryża, gdzie dokończył swoją operę „Manru”, a libretto napisał A. Nossig, na podstawie powieści Kraszewskiego pt. „Chata za wsią”. Na cześć Paderewskiego odbyło się kilka premier opery w Polsce, na Litwie i w Dreźnie, oraz w Operze Poznańskiej.

Paderewski od dawna brał udział w wydatkach dla domu Górskich, także ze względu na syna. Znał Helenę od 20 lat i przez cały czas była jego podporą życiową. W 1895 r. sąd unieważnił małżeństwo Górskich i w 1809 r. wzięli cichy ślub w Warszawie. Paderewscy nie osiedlili się w Polsce z wielu powodów. Alfred potrzebował klimatu alpejskiego i lekarzy specjalistów. Wybrali willę Riond Bosson w Morges w Szwajcarii, z 200 hektarowym parkiem i tu sprowadził siostrę Antoninę. Życie w Morges przyniosło ból, gdy w czerwcu 1900 r. Alfred niespodziewanie zachorował i umarł na zapalenie płuc.

Paderewski zawsze pamiętał o Polsce i pragnął przekształcić kawałek ziemi ojczystej. Aby to urzeczywistnić ustanowił Konsorcjum, którego był głównym udziałowcem i w 1901 r. zbudowano nowoczesny, piękny hotel „Bristol”. Udział Paderewskiego w budowie hotelu zwrócił się w 1914 r., lecz gdy zaczynał przynosić dochody, został na okres wojny zarekwirowany przez niemieckie władze wojskowe.

Ponownie przemierza Amerykę Południową. Grał przed T. Rooseveltem, który znał powieści Henryka Sienkiewicza i często rozmawiali o Polsce. Paderewski powszechnie odgrywał rolę ambasadora kultury polskiej i wykorzystywał każda okazję, aby zapoznać cudzoziemców z tragedią i aspiracjami Polaków. W USA próbował utworzyć armię polską, a Francja w 1917 r. zgodziła się na utworzenie armii polskiej we Francji z uchodźców i Polaków francuskiego pochodzenia. Z okazji rocznicy zwycięstwa Polski w 1410 r. nad Krzyżakami, Paderewski ufundował pomnik, który odsłonięto w Krakowie w 1910 r. Wygłaszał tu słynne płomienne przemówienie do 150 tys. osób.

Wybuch I w. światowej w 1914 r. był wstrząsem. W Europie Polska początkowo nie znalazła sprzymierzeńców dla sprawy odzyskania niepodległości. Paderewski wierzył jednak w charakterystyczny idealizm Ameryki. Artyście udało się umocnić w 1917 r. swoją pozycję przywódcy Polonii amerykańskiej, gdy Paderewski otrzymał dokumenty, podpisane przez kilkaset stowarzyszeń polonijnych, reprezentujących 4 mln Polaków w USA.

Pod koniec 1915 r. poznaje płk. E. Hous’a, doradcę prezydenta Wilsona. Podczas spotkania doradca zapytał Paderewskiego” „Czego pragnąłby w najbliższej przyszłości?” W odpowiedzi Paderewski zaproponował pomoc USA dla głodującej ludności w Polsce. Z kolei płk odpowiedział: „Obiecuję panu pomoc Polsce jak tylko będę mógł, a myślę, że będzie to możliwe”. W dzień Nowego Roku 1916 r. prezydent Wilson ogłosił dniem zbiorki na rzecz Polski przez amerykański Czerwony Krzyż. W marcu 1916 r. Paderewskiego zaproszono do Białego Domu na obiad z prezydentem Wilsonem, a 6 listopada otrzymuje audiencję u prezydenta. Wystąpienie Paderewskiego na audiencji okazało się tak owocne, że prezydent Wilson powiedział: „Mój drogi Paderewski, mogę zapewnić pana, że Polska się odrodzi i będzie znów istnieć”.

22 I 1917 r. na memorandum Paderewskiego do Senatu USA Wilson odpowiedział: „Uważam, że powinna istnieć zjednoczona, niepodległa i samodzielna Polska”.

W Polsce uwięziono Piłsudskiego, a legiony rozwiązano, lub internowano. Dnia 29 marca 1917 r. tymczasowy rząd Kiereńskiego w Rosji ogłosił prawo Polski do niepodległości, a 6 kwietnia USA wypowiedziały wojnę Niemcom. Jednak w 1917 r. nastąpiły nieoczekiwane wydarzenia. W Rosji wybucha rewolucja październikowa. Wkrótce w Europie załamało się cesarstwo Habsburgów a następnie cesarstwo niemieckie. Trzy mocarstwa zaborcze przestały istnieć. Marszałek Piłsudski opuszcza więzienie 8 XI 1918 r. i 11 listopada obejmuje władzę w niepodległej Polsce, po czym wysyła telegramy do rządów sprzymierzonych oznajmiając ustanowienie Rzeczpospolitej Polskiej a następnie powierza Paderewskiemu misję sformułowania nowego rządu.

W 28-milionowej Polsce panowała katastrofalna sytuacja. Przemysł stanął z braku surowców. Kraj zalany był rublami, koronami i markami i panowała inflacja. Skala zniszczeń była ogromna. Miasta pozbawiona żywności, a tyfus i inne choroby szalały. Wszystko w Polsce trzeba było utworzyć od nowa, tj. od konstytucji do aparatu państwowego. Nadeszła oczekiwana pomoc z USA, z ONZ (UNRR).

28.06.1919 r. delegaci Paderewski i Dmowski przyjechali do Wersalu podpisać akt kapitulacji Niemiec. Gdy zgromadzeni usiedli reprezentanci wielkich mocarstw z prezydentem Wilsonem na czele i złożyli podpisy wraz z pozostałymi delegacjami. Gdy Ignacy przyjechał wreszcie do Szwajcarii, spostrzegł swoją krytyczną sytuację finansową, gdyż od 1917 r. nie dawał żadnych koncertów i wrócił ponownie do pracy artystycznej. W ciągu następnych 10 lat artysta wielokrotnie odbywał tournée po krajach sprzymierzonych, dając również dobroczynne koncerty na rzecz ofiar wojny, a w Stanach Zjednoczonych uzyskawszy 28600 dolarów, ofiarował całą kwotę American Legion, stając się największym pojedynczym ofiarodawcą.

W 1931 r. Paderewski zafundował pomnik Wilsona w Poznaniu i płk. House’a w Warszawie z własnych oszczędności jako dar i akt pamięci o Ameryce.

Od 1928 r. jego żona Helena czuła się coraz gorzej i dn. 16 I 1934 r. zmarła przeżywszy razem 45 lat. Swoje tournée po Stanach Zjednoczonych w 1931 r. zakończył grając dla 16 tys. osób, a 37 tys. dolarów ofiarował bezrobotnym muzykom amerykańskim. Także w Londynie dał podobny koncert ofiarując dochód 4000 dolarów muzykom brytyjskim.

W 1937 r. Paderewski wystąpił w głównej roli w filmie pt. „Sonata księżycowa” w reżyserii Lothara. Film okazał się sukcesem, wzmacniając finanse Paderewskiego przez wiele lat, gdyż jego inwestycje w Polsce nigdy nie wydobyły się z ruiny, spowodowane działaniami wojennymi w Europie.
Na początku 1941 r. uciekając przed zimnem przybył na Florydę, gdyż czuł się coraz gorzej i coraz częściej przebywał w łóżku. Pewnego dnia wieczorem, chory, leżący nieruchomo artysta znów odżył i zadziwił zebranych prośbą o szampana. Podniesiono go i podano lampkę szampana, którą wypił, po czym zapadł w sen, z którego już się nie obudził. Zmarł 29 VI 1941 r. w Nowym Jorku.

Paderewski pochowany został przez USA w krypcie Arlingtona, przeznaczonej dla wodzów armii USA, przy 19 strzałach artyleryjskich. Gen. Sikorski odznaczył Paderewskiego najwyższym odznaczeniem wojskowym, a Szwajcarzy w Morges, ku jego chwale wznieśli pomnik.

Szlachetny pionier socjalizmu polskiego

Rząd PiS szumnie zapowiadał wzniesienie – na 100 rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 roku – upamiętniającego ją obelisku na warszawskim placu Na Rozdrożu. Nie wyszło. Nie udała się im też realizacja planu muzeum Bitwy w podwarszawskim Ossowie. Ta indolencja czy brak woli sprawiają, że za namiastkę upamiętnienia tamtych wydarzeń nadal służyć musi muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. My natomiast korzystamy z okazji tej rocznicy, by przypomnieć jednego z wybitnych bohaterów tamtych dni, wielką, a znienawidzoną przez prawicę, historyczną postać polskiej lewicy.

100 lat temu, latem 1920 roku, powstał Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski z Julianem Marchlewskim na czele

Nie ma formacji bardziej podłej, mściwej i nierozumnej niż klerykalno-nacjonalistyczna reakcja polska. Jest zdolna do podłości wszelkich, choć uważa się za „sól ziemi polskiej”, za emanację „duszy polskiej”. Nie jest to niestety formacja już tylko historyczna. Ciągle żyje, bo ma niebywały dar przetrwania, odradzania się, a od kilku lat niepodzielnie rządzi Polską. Jedną z jej specjalności jest niszczenie pamięci o wybitnych ludziach i zastępowanie jej hołdami dla postaci co najmniej wątpliwej konduity. Z szeregów watażków „wyklęto-niezłomnych” gęsto najeżonych zbrodniarzami wojennymi zrobiła pierwszy szereg bohaterów narodowych. Z Juliana Marchlewskiego, rewolucjonisty, działacza ruchu robotniczego wywodzącego się ze szlachty polskiej, intelektualisty, wydawcy doktora ekonomii Uniwersytetu w Zurichu, człowieka, jak potwierdzają liczne świadectwa, szlachetnego, zrobiła zbrodniarza.

Biograficzny telegraf – od Włocławka do Nervi

Biografia i życiowy dorobek Marchlewskiego są tak bogate, że w krótkim, okolicznościowym (rocznica sierpnia 1920 roku) artykule prasowym można tylko zasygnalizować okruchy niektórych wątków – w intencji przypomnienia i oddania hołdu tej wspaniałej postaci.

Julian Marchlewski, urodził się 17 maja 1866 we Włocławku w rodzinie polsko-niemieckiej. Ojciec był Polakiem pochodzenia szlacheckiego parającego się handlem, matka – rodowitą Niemką z Westfalii, która przybyła do Włocławka, ABY zatrudnić się jako guwernantka. Stąd dzieci Marchlewskich, w tym Julian, uformowały się z dwóch językach: polskim i niemieckim. Julian Marchlewski był działaczem polskiego i międzynarodowego rewolucyjnego ruchu robotniczego i komunistycznego, współzałożycielem Związku Robotników Polskich i Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, działacz lewego skrzydła SPD, jednym z przywódców Związku Spartakusa, współtwórcą Kominternu (Międzynarodówki Komunistycznej), przewodniczącym Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, redaktorem prasy socjalistycznej (m.in. „Trybuny”, organu SDKPiL), publicystą i wydawcą, intelektualistą, człowiekiem głębokiej kultury i wiedzy. W latach 1884–1885 młody Julian należał do tajnego gimnazjalnego kółka marksistowskiego powiązanego z partią „Proletariat”. W 1887 rozpoczął w Warszawie pracę zawodową początkowo jako praktykant, następnie jako wykwalifikowany farbiarz.

Przez pewien czas wędrował po Saksonii i Szwajcarii jako robotnik. W 1889 był współzałożycielem Związku Robotników Polskich. Od listopada 1891 do listopada 1892 więziony w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, uwolniony za kaucją, wyjechał do Szwajcarii, gdzie wstąpił na Wydział Prawa Uniwersytetu w Zurychu. W 1896 uzyskał stopień naukowy doktora na podstawie dysertacji „Fizjokratyzm w Polsce”. W czerwcu 1902 wraz z przyjacielem Aleksandrem Helphandem (Parvusem), założył w Monachium przedsiębiorstwo wydawnicze „Dr J. Marchlewski und Co. Verlag Slavischer und Nordischer Literatur i stał się pierwszym wydawcą prozy Stefana Żeromskiego (m.in. „Popiołów”)”. Był członkiem Zarządu Głównego Socjaldemokracji Królestwa Polskiego, później przywódcą i głównym – obok Róży Luksemburg – ideologiem SDKPiL. Redagował m.in. czasopisma „Czerwony Sztandar”, „Przegląd Socjalistyczny” oraz „Sprawę Robotniczą”. Uczestnik rewolucji 1905–1907. Był szereg razy więziony, m.in. w Niemczech (Berlin). Po rewolucji przebywał w Cesarstwie Niemieckim, gdzie przyłączył się do lewego skrzydła SPD. Dla Marchlewskiego optymalnym rozwiązaniem kwestii narodowej na ziemiach zamieszkiwanych przez ludność polską była własna państwowość utrzymywana jeszcze długo po ustanowieniu ustroju socjalistycznego.

Pogląd ten odbiegał od typowych poglądów ówczesnych działaczy komunistycznych, w szczególności Róży Luxemburg. W 1919 roku był współtwórcą Kominternu (Międzynarodówki Komunistycznej). W tym samym roku prowadził rokowania z delegacją Józefa Piłsudskiego w Mikaszewiczach. W 1920 roku, postawiony został przez Lenina na czele Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Białymstoku. „Przywódcy TKRP (Polrewkomu, którego główną siedzibą był pałac Branickich w Białymstoku) mieli nadzieję, że w Warszawie wybuchnie powstanie rewolucyjne wywołane przez polskich robotników. Spodziewane ostateczne pokonanie kontrrewolucyjnej armii Piłsudskiego na przedpolach stolicy siłami Armii Czerwonej, miało tylko wzmocnić ducha bojowego proletariatu Warszawy. W nadziejach tych podtrzymał liderów Polrewkomu Michaił Tuchaczewski, obiecując, że stolica zostanie zdobyta najpóźniej 15 sierpnia. W tej decydującej chwili, kiedy ważyły się losy zarówno polskiej, jak i światowej rewolucji, Marchlewski wraz z Konem i Dzierżyńskim chcieli być bliżej centrum wydarzeń. Z tymi złudzeniami opuścili Białystok (…)” – cytuje D. Jakubowski za Tadeuszem Żenczykowskim. Od 1922 był pierwszym rektorem Komunistycznego Uniwersytetu Mniejszości Narodowych Zachodu w Moskwie, przewodniczący Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR). Przygotował program RKP(b) w zakresie dotyczącym rolnictwa. Od drugiej połowy 1923 roku nasilająca się choroba nerek coraz częściej wyłączała go z czynnego życia. W 1924 leczył się na Krymie. W grudniu wyjechał do Włoch, gdzie po czterech miesiącach pobytu wczasowego zmarł ( 22 marca 1925 w Bogliasco koło Nervi). W 1950 urna z jego prochami przywiezionymi z Berlina została złożona do grobowca na Powązkach Wojskowych w Warszawie (kwatera A6-0-B).

Człowiek, intelektualista, działacz

Zanim powstały obszerne biografie Juliana Marchlewskiego, trzy w PRL (Feliksa Tycha we współpracy z Horstem Schumacherem (1966), Bożeny Krzywobłockiej (1975) oraz krótki zarys biograficzny sporządzony przez Norberta Michtę (1979) i jedna po PRL, Dawida Jakobowskiego („Julian Marchlewski. Bohater czy zdrajca?” (2007), jego postać utrwalił w literaturze Stefan Żeromski, w swoim na gorąco niemal napisanym, słynnym reportażu „Na probostwie w Wyszkowie”. Żeromski opatrzył swoją relację z pobytu na tytułowym probostwie, po opuszczeniu go w noc z 15 na 16 sierpnia 1920 roku przez Marchlewskiego, Feliksa Dzierżyńskiego i Feliksa Kona, swoją namiętną, gniewną tyradą przeciw tym, którzy „na ziemię swoją sprowadzili najeźdźców”. Proboszcz parafii, na której przebywała wspomniana trójka działaczy, Wiktor Mieczkowski, odnotował (a także zeznał przed sądem wojskowym), że jego nocna rozmowa zwłaszcza z Marchlewskim, była rozmową z „wybitnym przedstawicielem warstwy inteligentnej”, a rozmówcę określił jako „typowego szlachcica polskiego, niskiego, o spokojnych rysach”. Ta opinia koreluje ze zdaniem Wacława Solskiego, który odnotował, że podczas rozmowy z Marchlewskim, „uderzył go jego wyjątkowo czysty, choć trochę staromodny, barwny i bogaty język”. Feliks Kon: „Był to natchniony wódz: jego mowa przenikała duszę masy. Mówił on o mękach i cierpieniach klasy robotniczej, wielkiej misji historycznej proletariatu, o nowym ustroju…”. Będąc natchnionym człowiekiem rewolucyjnej lewicy żywił jednocześnie Marchlewski wyraźny sentyment, a nawet fascynację polską kulturą, polskim imaginarium, nawet jej aspektem patologicznym: „dusza mi się rwie do polszczyzny. Ile dziwnego piękna jest w przeszłości Polski, nawet w okresie straszliwego upadku! Owi „Zebrzydowscy i Zborowscy w czerwonych deliach” – co za kanalie, ale jakie wspaniałe, bestie, w tym swoim rozpasaniu. Toć by tylko żywcem brać i do wściekłych jakich dramatów pakować!”. Cytował też frazę z „Wesela” Wyspiańskiego, że „Polska to wielka rzecz”. Ową polskość jednak „dywersyfikował”. Nie lubił polskości „legunów” , „ligawek” czy warszawskiego kołtuństwa. Bliski mu był polski nurt tradycji oświeceniowej, której poświęcił wiele miejsca w pracy dyplomowej napisanej na finał studiów w Zurichu w 1896 roku. Zarysował tam sylwetki i poglądów ludzi tej idei, Stanisława Leszczyńskiego, Stanisława Staszica, a w szczególności Hugo Kołłątaja, którą to postać najwyżej cenił i planował napisanie poświęconej mu monografii. Nazywał ich „najlepszymi mężami Polski”. Myślał też o napisaniu historii Polski, a w 1922 roku napisał wydane już po jego śmierci „Legendy o królach Polski”. Nie lubił natomiast Polski klerykalnego katolicyzmu, bo jeszcze jako uczeń gimnazjum we Włocławku doświadczył forsownych oddziaływań klerykalnych ze strony tamtejszego księdza-katechety. Jednak przede wszystkim był Marchlewski wielkim człowiekiem rewolucyjnej lewicy. „Marchlewski miał nadzieję, iż komunizm w Polsce przybierze łagodniejszą postać niż w Rosji. W referacie na VIII Zjeździe RKP (b) wysoko ceniący go Lenin następująco ustosunkował się do jego opinii: Jeden z najlepszych polskich towarzyszy komunistów, kiedy mu powiedziałem: „wy zrobicie to inaczej”, odrzekł: „Nie, zrobimy to samo, ale zrobimy to lepiej niż wy”. Na taki argument nie mogłem absolutnie nic odpowiedzieć” – czytamy w jednym z biogramów poświęconych Marchlewskiemu.

Julian Marchlewski był niewątpliwie jedną z kilku najwybitniejszych postaci polskiej, radykalnej lewicy rewolucyjnej, marksistą, internacjonalistą, człowiekiem szerokich horyzontów, komunistą (po jego śmierci nazywano go „najstarszym polskim komunistą”). Drogę życiową i ideową Marchlewskiego można określić jako integralną. Był jednocześnie komunistą niemieckim i radzieckim. Jako Polak był raczej socjalistą, a swoją działalność rozpoczynał u samych narodzin polskiego socjalizmu, przy partii „Proletaryat”. Jako człowiek lewicy był też człowiekiem kultury, a dla lewicy, zarówno socjalistycznej jak i komunistycznej kultura zawsze była jednym z najistotniejszych czynników postępu. Jednocześnie był postacią tak dalece nieszablonową, że budził dystans także w kręgach bliskich mu ideowo, a propaganda PRL miewała kłopoty z „wyprofilowaniem” jego wizerunku. Bardzo trafnie puentuje istotny dla nas dziś sens biografii Marchlewskiego jego ostatni biograf Dawid Jakubowski: „ mechanizm całości praktycznej realizacji komunizmu okazał się okazał się o wiele gorszy niż mogli to sobie wyobrazić ludzie, którzy rozpoczynali jego tworzenie. Ci pierwsi idealiści przewyższali zresztą moralnie i intelektualnie swoich epigonów i pseudonaśladowców. Późniejsza degradacja idei była konsekwencją rozwoju wypadków, których ze względu na wielość czynników istotnych nie można było przewidzieć. Marchlewski, podobnie jak wielu zaprzyjaźnionych z nim ideowych rewolucjonistów, po prostu uległ urokowi idei, które w praktycznej realizacji okazały się ich zaprzeczeniem. Nie przynosi to jednak ujmy owym pionierom, którzy mieli na względzie dobro ludzkości, niezachwianie wierząc w sprawiedliwość społeczną i rozwój duchowy zbiorowości ludzkiej”.

Dobroć musi zostać ukarana

No i po wyborach. Nasz kandydat – zacny człowiek , pokazał się w gronie startujących , ale nie odegrał znaczącej roli. Będzie to pewnie wielokrotnie przedyskutowane , podziękowania za oddane na niego głosy zostały ogłoszone , ale czy powstaną wnioski do dalszego działania – niewiele na dziś wiemy. Ma się odbyć Kongres lewicy późną jesienią , może coś zostanie postanowione.

Wybory wygrał dotychczasowy Prezydent Andrzej Duda.

Może się tym chwalić , bo wybrany został na drugą kadencję , przy wysokiej frekwencji i i pokonał godnego przeciwnika.

My, działacze lewicy, nie mamy powodów do radości, bo głosy oddano na dwie rywalizujące ze sobą partie, Prawo i Sprawiedliwość i Platformę Obywatelską, a one wywodzą się z Ruchu”Solidarność”.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że bardzo dobrze przygotowaliśmy czołowe oddziały socjalizmu – czyli wielkie zakłady pracy – do roli dyktatury proletariatu i tę formę dziś mamy.

Jeden z moich przyjaciół zawsze mi powtarzał – „Boguś – pamiętaj – każda dobroć musi być ukarana”. Powiedzonko to weszło także do moich zasobów myślowych i przypomniało mi się po wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej , zakończonych 12 lipca br.

O tyle to trudne do przełknięcia dla działaczy dawnych struktur partyjnych, bowiem wielu z nich pamięta słynny napis na płocie Stoczni Gdańskiej (ważnego wtedy imienia) o brzmieniu „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”.

Ano zwoziliśmy ludzi z przeludnionych wsi , żeby stali się klasą robotniczą , w pocie czoła tworzono nowe zakłady pracy , uczono podstawowych czynności zawodowych.

Aby przywożonym było łatwiej odczuć zdobycze socjalizmu, to nawet budowano bloki mieszkalne , a jak było już dużo mieszkańców, to może z bólem serca miejscowe Egzekutywy PZPR pozwalały na wydawanie zezwoleń na budowę miejscowych Kościołów szczególnie rzymskokatolickich , aby wierni mogli służyć Bogu.

Dobroć musiała zostać ukarana.

Kiedy rozpoczęto cykliczne wykłady w ramach szkolenia partyjnego , także o różnicach pomiędzy ustrojem kapitalistycznym a socjalistycznym, bardzo wielu z nas na nie nie przychodziło, bo przecież każdy już miał swój rozum i wiedział, że wszystko przez Ruskich.

No i komuchów (partyjniaków, związkowców, czerwonokrawaciarzy). Nie ważne było hasło odbudowy kraju po zgliszczach wojny 1939-1945, budowy linii energetycznych, doprowadzających prąd do każdego zakątka Polski, budowy szkół (1000 na Tysiąclecie), okresowych badań każdego pracownika, powstawania Domów Kultury, chórów i teatrów amatorskich z możliwością realizacji swoich osobistych pasji. Niektórym udawało się zdobywać odznaki „Bądź sprawny do pracy i obrony”, z czego wzięły się medale olimpijskie polskiego sportu (Helsinki, Melbourne, Rzym, Tokio, Meksyk, Monachium, Montreal, Moskwa, Seul), bo nakłady państwa na sport nie szły na marne.

Dobroć musiała być ukarana.

Wyśmiewany dziś Wyścig Pokoju gromadził przy odbiornikach, na poboczach dróg, na stadionach miliony obserwatorów. Mecze polskiej reprezentacji w piłce nożnej, zwycięstwo polskich lekkoatletów nad USA przy 100-tysięcznej publiczności na Stadionie Dziesięciolecia też nie wzięły się z powietrza, trzeba było ciężkiej pracy takich wspaniałych trenerów jak
Górski, Mulak, Stamm, Koncewicz, Król, Łasak i wielu innych.

Polski teatr, polskie kino, polska kultura uznawana była na świecie dzięki nazwiskom twórców : Abakanowicz, Wajdy, Zespołów Pieśni i Tańca „Mazowsze „  i ”Śląsk”, a Kabaret wybitnego prześmiewcy PRL-u Jana Pietrzaka mógł wędrować po USA.

W dobie zrywu SOLIDARNOŚCI to wszystko było krytykowane, wyceniane, uznawane za propagandę sukcesu.

Dobroć musi być ukarana.

Kiedy dziś patrzę na wykształconą kadrę naukowo – dydaktyczną z tytułami profesorskimi nadanymi przez Henryka Jabłońskiego (przypominam był to Przewodniczący Rady Państwa), ciśnie się na usta krzyk – „to oddaj ten tytuł” – i nie opluwaj wysiłku ludzi, pracujących i wytwarzających produkty, z czego tworzył się fundusz na uczelnie i uczonych.

Dobroć musi zostać ukarana.

W naszych lewicowych wydawnictwach – TRYBUNA , PRZEGLĄD – natrafiam na zdaniowe „perełki” i w pełni je podzielam:

W Przeglądzie nr 29 str.5 Marek Nap pisze nt. znieważania ludzi pracy PRL
„Największym sukcesem kolejnych ekip posolidarnościowych jest to, że rzesze ludzi nie kojarzą tych obelg ze swoją pracą i rolą w tamtym systemie. Lecą za wodzem jak ćmy do ognia. Chichotem historii jest fakt , że robotnicy wywalczyli sobie kapitalizm.”

Dodam tylko swój komentarz , że lud pracujący miast i wsi własnymi rękoma obalił swój ustrój.

Dobroć musi zostać ukarana.

W Trybunie nr 136/2020 Tadeusz Wojciechowski świetnie spuentował w artykule „Czyszczenie pamięci” postawę opozycjonistów PRL-u. Od siebie dodam , że też trochę w tym PRL-u przeżyłem, pracowałem, działałem to i co nieco pamiętam, bo mimo 78 przeżytych lat pamięć jeszcze mnie nie zawodzi a wielu mych rodaków jakby zawodzi.

Od 1989 roku minęło ponad 30 lat – pisze Tadeusz Wojciechowski, a wielu komentatorów ma niewiele ponad 40 lat , czyli wtedy byli 10 – letnimi antykomunistami. Druga uwaga jest jeszcze lepsza. Traktowanie okresu PRL-u jako okupacji, zniewolenia, niszczenia narodowej kultury w sposób ciągły, zapominanie o ogromnym wysiłku powojennej odbudowy, podniesienia z ruin stolicy kraju, przeniesieniu kilku milionów obywateli ze wschodu na zachód Polski w nowych granicach – zafundowanych nam przez Wielką Trójkę, to jest nic w porównaniu z „gnębieniem” polskiego narodu.

Im dalej od transformacji ustrojowej, tym więcej kombatantów walczących o niepodległość.

W wielu publikacjach zostało wielokrotnie udowodnione, że tworzony w PRL-u nowy ustrój – mówmy wyraźnie SOCJALISTYCZNY, posiadał całą masę pomyłek – jak to w roku 2014 pisał w TRYBUNIE nr 195/2014 Jerzy Kochan, ale nie znaczy to, że znacznie więcej było poprawnych efektów ogólnej pracy całego narodu – bo i rzekomi przeciwnicy tego ustroju też dokładali swoją cegiełkę do naszego majątku. Z przesłania tego wtedy ciekawego wykładu – cały czas aktualnego w treści – wynika , że próba pozytywnego wykładu istoty socjalizmu (pisze autor), choćby i skrótowego i nie wolnego od uproszczeń, wydaje się ważna i potrzebna. Pozwoli ona na pewne uporządkowanie różnych wątków krytyki kapitalizmu, ich strukturyzację, hierarchizację… a czasem wyrzucenie jako niespecyficznych czy ponadczasowych i związanych generalnie po prostu z conditio humanae.

Nie można pozwolić w polityce historycznej na kryminalizację – jak to nazwał w swym ww. artykule Jerzy Kochan – socjalizmu.

Wielu naszych rodaków jest po prostu chorych na zanik pamięci, albo co gorsze niedouczonych, bo gdyby chciało im się sięgnąć do Deklaracji PPR z 1943 r, to by przeczytali jak wyglądała Polska w okresie sanacji lat trzydziestych, jakie koncepcje miała ekipa „Londyniszcza” – jak to pięknie nazwał Krzysztof Lubczyński. Przecież to było podłoże do dokonanych w latach 1944 – 1947 zmian ustrojowych.

No , ale przecież wciąż przypominam – dobroć musi być ukarana.

Historia lubi się powtarzać, można więc przewidzieć, że przyjdzie czas na opamiętanie.

Jeśli mamy coś naprawiać w naszej Ojczyźnie – to przede wszystkim przywracać pamięć.

Najciekawsze z tego wszystkiego jest dzisiejsze zawołanie Zjednoczonej Prawicy DAMY RADĘ.

Bez aktywności społeczeństwa nie dadzą rady. Bez ciężkiej pracy nad odbudową polskich gałęzi przemysłu, bez wytężonych umysłów tworzących nowinki techniczne i zarabiających na bogactwo kraju, nic z tego nie wyjdzie.

Nasi dzisiejsi władcy zawierzają wszystko Bogu i Mateczce Częstochowskiej „Tak nam dopomóż….” A jak nie dopomoże – to co?

Bo dobroć może zostać ukarana !!!

„Tak: to było upokorzenie. Nigdy go nie zapomnę…”

„Byłem jedynym kandydatem – i wybrano mnie jednym głosem przewagi. Ileż było z tego powodu kąśliwych uwag i kpin! Tym bardziej, iż nie było tajemnicą, że ten jeden głos zawdzięczałem wczorajszym przeciwnikom z Solidarności… Tak: to było upokorzenie. Nigdy go nie zapomnę. I nie mam zamiaru niczym tego głosowania upiększać, tłumaczyć, interpretować. Zapłaciłem za wszystko, za co odpowiadałem i za wszystko, w czym nie brałem udziału”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Jednym z istotnych ustaleń Zespołu Okrągłego Stołu ds. reform politycznych, któremu przewodniczył prof. Janusz Reykowski było przywrócenie urzędu prezydenta (o jego historii pisałem na tych łamach dwa lata temu). „Ustanowienie urzędu Prezydenta uzasadnione zostało potrzebami utrzymania stabilności państwa oraz podejmowania decyzji w przypadku zablokowania prac w Sejmie i Senacie lub rządowego przewlekłego kryzysu”. Proszę o zauważenie zwrotu- „utrzymać stabilność państwa”. Czy zadanie to nie wynikało z doświadczeń lat 80. oraz przewidywania ew. zagrożeń w tej sferze? Wszyscy wiemy, że częściowo sprawdziły się za prezydentury Lecha Wałęsy (1990-1995).

Ustalenia Okrągłego Stołu, skutkowały inicjatywą ustawodawczą w sprawie zmiany Konstytucji, którą Sejm uchwalił już 7 kwietnia, wprowadzając m.in. Rozdział 3a, „Prezydent Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”. Jest oczywiste, iż dyskusja, kto personalnie powinien objąć urząd, początkowo niejako „towarzysko” toczyła się wśród uczestników obrad tego „mebla”. Ale została zdominowana wyborami do Sejmu i Senatu, które zaplanowano na 4 czerwca. Agresywną kampanię wyborczą w formie plakatowej i treści słownej wobec „bloku władzy”, głównie PZPR, narzuciła Solidarność. Jeśli ktoś ma inną ocenę, proszę sięgnąć po publikacje prasowe czy też słynny plakat z dziarsko maszerującym kowbojem! Co miał przypominać, do czego skłaniać wyborców, sympatyków Solidarności i zwolenników władzy- przypomnijcie Państwo sobie i młodzieży. Wynik tych wyborów jest znany, głównie z triumfalistycznych, często wywołujących moralne i logiczne zdumienie komentarzy Solidarności. Cóż, „zwycięzcy nikt nie pyta”…

Obawy i powściągliwość

Po II-ej turze wyborów, czyli po 18 czerwca wybór kandydata na prezydenta szybko stał się głównym tematem rozmów w kierownictwach ówczesnych sił politycznych, burzliwej dyskusji we wszystkich środowiskach i kręgach społecznych. Największe emocje wywołano w Solidarności, wśród aktywu, członków i posłów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP). Należy tu oddać szacunek doradcom i ekspertom Lecha Wałęsy, który za ich radą usunął skrajne osoby z Kierownictwa, wśród nich Jana Rulewskiego, co pozwoliło na rzeczowe rozmowy tak o najbliższej jak i dalszej przyszłości Polski. Ocena tej sytuacji i racje bliskich współpracowników przekonały Przewodniczącego Solidarności do nie wysuwania swej kandydatury. Rozstrzygnęły dwa zasadnicze argumenty- jak zachowa się ZSRR, gdy władzę w kraju obejmie Solidarność. Tu obawiano się interwencji zbrojnej sąsiada i stanu wojennego ze strony przegranej władzy, PZPR. Kto nie wierzy, niech sięgnie do dziś „słusznie zapomnianych” dywagacji w Związku. I drugi- że sytuacja wewnętrzna, gospodarcza jest kryzysowa i Solidarność nie che ponosić za nią odpowiedzialności. „Zapomniano” o strajkach i żądaniach z całej dekady lat 80., ich skutkach, o swoim współudziale w doprowadzeniu do takiego stanu.

Jedyny kandydat

Na posiedzeniu Sekretariatu KC PZPR 22 czerwca, uczestnicy- po ocenie sytuacji- na urząd prezydenta rekomendowali gen. Wojciecha Jaruzelskiego, wówczas Przewodniczącego Rady Państwa i I Sekretarza KC PZPR. Generał realnie oceniał swoje szanse, miał ku temu podstawy. Choć osobiście nie uczestniczył, ale doprowadził do Okrągłego Stołu, czuwał nad jego przebiegiem obrad, inspirował kierunki myślenia i rozwiązań, z dozą ostrożności zaaprobował pomył Aleksandra Kwaśniewskiego na reaktywowanie Senatu. Dzięki powołaniu i przewodzeniu Radzie Konsultacyjnej, sprawa narodowego porozumienia uzyskała praktyczny wpływ na sposób myślenia o Polsce, jej teraźniejszości i przyszłości. Liczył się z krytyką za politykę gospodarczą, społeczną i wyzwaniami, jakie przyjdzie podjąć na tym urzędzie. Jednego nie przewidział- form ataku i żądań ze strony Solidarności, gdyż panujący tam układ personalny był sprzyjający. Okazało się, że poparcie prezentowały osoby związane z Lechem Wałęsą, a wyborcze zwycięstwo obudziło w jej szeregach dawnego ducha walki. Coraz więcej głosów wręcz żądań, domagało się odcięcia od systemu politycznego oraz stanowczego potępienia stanu wojennego. Byłoby to- po latach wspominał Generał – zaprzeczeniem „samemu sobie”. Służył Polsce, co wiele razy mówił- „takiej jaka była i jaką być mogła” w ówczesnych uwarunkowaniach. Ustrój, choć miał-jak mówił- „wiele wrodzonych wad”, ale miał przeważające osiągnięcia, jakie każdy myślący Polak widział i korzystał. „Byliśmy -mówił-heretycką wyspą” o wielu korzystnych, wyróżniających nas „odrębnościach”, jakich nie miało żadne państwo bloku.

Zaskoczenie i…ożywienie

Na głosy żądań odpowiedział 30 czerwca rezygnacją z kandydowania, podczas obrad XIII Plenum KC PZPR. Zaproponował na swoje miejsce gen. Czesława Kiszczaka, który wraz z reformatorskim skrzydłem w PZPR, wiele uczynił dla doprowadzenia i pomyślnego przebiegu Okrągłego Stołu. Przedstawiciele opozycji poznali go wcześniej, jako szefa MSW, a teraz jako sprawnego organizatora i negocjatora. Miał więc – oczywiście daleko mniejsze niż Generał – szanse wyboru.

Stanowisko Generała zaskoczyło kierownictwa sił politycznych, głównie OKP i PZPR. Ożywiło, co znamienne kolejne krytyczne głosy wobec tej Osoby, ale również wezwania do refleksji do zastanowienia się nad przyszłością Polski, w tym jej „historycznie przełomowym momencie”.
Tu bezwzględnie należy zwrócić uwagę na faktyczne ożywienie i zaniepokojenie sytuacją przez znaczących polityków europejskich i światowych, wśród nich ZSRR, USA i Watykanu. Po latach wspominał Generał, że Jan Paweł II w prywatnej rozmowie, oceniając ten czas uznał, że był „przełomowy” dla Polski, Wschodu i Zachodu, a niektórzy „mocno pogubili się w ocenie przeszłości”. Z dalszej rozmowy-oceniał Generał- wynikało, że Papież myślał o stanie wojennym i krzywdach, o ludzkiej pamiętliwości zamiast przebaczenia i widzenia wspólnego dobra, jakim jest Ojczyzna. Wtedy, dyplomacja Watykanu podjęła dyskretne kroki, m.in. poprzez otocznie Prymasa Polski (abp Dąbrowski) i abp Tadeusza Gocłowskiego, celem opanowania skrajnych emocji i przywołania do rozwagi opozycję, także i niektórych posłów OKP, ułatwiając tym tonowanie nastrojów w ich gronie i wśród wyborców.

Zagraniczne zachęty

Generał wspominał o wielu telefonach z zagranicy, m.in. od Michaiła Gorbaczowa, Kanclerzy Niemiec i Austrii, prezydenta Francji, nawet z ambasad, np. Wielkiej Brytanii, Japonii Wszyscy wskazywali zasługi Generała dla Polski; europejskiego, szczególnie RFN i światowego pokoju; zachęcali do ponownego zastanowienia się, przemyślenia…

Na szczególne zauważenie zasługuje USA, prezydent Gorge Bush. Po wizycie w Polsce w 1987 r.miał dobre wrażenie o przemianach w kraju i jego Gospodarzu. Właśnie przygotowywał się do ponownej wizyty, zaplanowanej na połowę lipca. Zachęcam Państwa Czytelników, by raz jeszcze przeczytali tekst prof. Longina Pastusiaka „Generał Jaruzelski i USA”, Trybuna 26-28 czerwca 2020. Autor, światowej sławy, wybitny amerykanista, niezwykle czytelnie przedstawił stosunki Polska- USA w dekadzie lat 80. Wywołał u Czytelników szereg pytań, np. o zachowanie Ronalda Reagana podczas spotkania z Generałem (wrzesień 1990)odnośnie gospodarczych i moralnych krzywd wyrządzonych Polsce po wprowadzeniu staniu wojennego (wyniosły ponad 15 mld $), czy USA to naprawiły, dlaczego sankcje i restrykcje trwały aż do 1987 r., gdy stan wojenny został zniesiony w lipcu 1983 r. (zwieszony w końcu 1982). Nie tylko na te i szereg innych pytań, np. odnośnie pomocy w udostępnianiu licencji z zakresu ochrony środowiska, nie potrafiłem skrótowo odpowiedzieć. Jedno mnie zdumiało- czy USA proponowały udział polskich uczonych w badaniach Kosmosu do celów pokojowych. Są one świadectwem zainteresowania tym tekstem i innymi publikacjami, które zamieszcza Redakcja Trybuny, zasługując na słowa uznania i podziękowania, które w tym miejscu kieruję.

Wspomnę, że Prezydent USA, George Bush w pamiętniku pt. Świat utracony” m.in. pisze: „Po przybyciu do Belwederu to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski… mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów, tak Polsce niepotrzebnych… powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności i nalegałem, aby przemyślał ponownie swoją decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd polityczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie, jakie posiadał Jaruzelski, stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego w Polsce”.

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Prezydent USA mówi o „doświadczeniu” Generała! Czyżby obejmowało także stan wojenny? Warto też zapytać, czy „nadzieja” o której mówił, dziś nie jest godna pamiętania i głębokiego namysłu? Czy nie ustrzegła nas od kolejnego „etapu nienawiści” ze strony wewnętrznej opozycji? Czy jej (tej „nadziei”) spełnienie się nie było lekcją demokracji, ważnej także dla państw Zachodu i Wschodu? Inna to sprawa jak „demokrację” rozumiemy i praktykujemy prawie 30 lat po Okrągłym Stole i wyborze Generała na urząd Prezydenta Polski. Powiem, iż Okrągły Stół i rola Generała w doprowadzeniu do tego „mebla” oraz realizacji jego ustaleń, zasługuje na odrębną, wnikliwie wyważoną publikację.

Bush przemawiając w Sejmie 10 lipca 1989 r., 5 razy wymienia nazwisko Generała i kończy słowami: „Ameryka życzy wam dobrze, dziś, kiedy stoicie wobec ciężkich problemów. Oddaję cześć generałowi Jaruzelskiemu za jego przywództwo oraz za jego nadzwyczajną gościnność wobec mojej osoby”. Proszę o zapamiętanie – amerykańska „cześć za przywództwo”!

Poparcie i zachęty Rodaków

Obok ogólnego poruszenia w kraju, „temat Generała” był przedmiotem ostrej krytyki i wsparcia ze strony różnych gremiów. Rada Wojskowa MON, na posiedzeniu 3 lipca- obok merytorycznych kwestii, przyjęła stanowisko w sprawie „wsparcia Wojska” dla Generała.

Następnego dnia, 4 lipca Redaktor Adam Michnik na łamach „Gazety Wyborczej” zawarł tekst – „Wasz prezydent, nasz premier”. Analizując powstałą sytuację, niejako przeciął mrzonki o kandydacie Solidarności, wskazując na „waszego” czyli PZPR kandydata i na „naszego” czyli premiera z opozycji. Pisał- „Polsce potrzebny jest teraz silny i wiarygodny układ władzy …możliwy do zaaprobowania przez wszystkie, główne siły polityczne…Dlatego twierdzę: roztrząsanie osobistych przewag generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, jest drogą fałszywą. Obu z nich przez wiele lat publicznie atakowałem i o obu mógłbym dziś powiedzieć sporo słów pozytywnych”.

Indywidualne rozmowy polityków i przyjaciół Generała sprawiły, że podjął rozmowy z klubami i kołami parlamentarnymi, kierownictwami wszystkich stronnictw i partii politycznych. Wielce znamienne w argumenty było ostatnie posiedzenie Rady Konsultacyjnej 17 lipca (jej dorobek zasługuje na osobną publikację). Kilka z nich, szczególnie znamiennych tutaj cytuję.

– prof. Jan Szczepański: „my wiemy, że prezydentura to jest twardy kawałek chleba… w którym będzie więcej troski, zgryzoty, niż przyjemności… Pan po prostu da sobie z tym radę”;

– prof. Czesław Bobrowski: „Od chwili kiedy powstał problem wyboru Prezydenta, wielu przedstawicieli świata uniwersyteckiego wypowiadało się publicznie w telewizji na ten temat. Jedni wprost, inni w sposób okrężny, ale bardzo czytelny, podkreślali, że w interesie publicznym byłby wybór naszego Przewodniczącego, generała Wojciecha Jaruzelskiego”;

– prof. Tadeusz Koszarowski: „Panie Generale! Mimo udręczeń sprawowania władzy w Polsce, proszę nie rzucać >cugli na środku rzeki<… Jako stary lekarz- apeluję do – jak wierzę – przyszłego prezydenta… żeby zechciał poświęcić parę lat życia naszej, wspólnej sprawie”;

– Marek Kotański: „Nie znam oczywiście tajników Pana duszy, ale mogę powiedzieć, że z całego serca chciałbym, aby właśnie Pan był naszym, Polskim Prezydentem”;

– Anna Przecławska: „Jest rzeczą oczywistą Panie Generale, że ja także przyłączam się do tych wszystkich głosów, które proszą, żeby Pan nie wycofywał się z tej gry, żeby Pan nawet w sytuacji, w której jest tylko szansa, a nie pewność – zdecydował się jednak kandydować”;

– Janusz Kuczyński: „W ostatnich dniach głosi się, że deputowani z OKP zobowiązali się wobec swych wyborców, że będą głosować przeciw wyborowi generała Jaruzelskiego. Nie neguję takich postulatów… Jednak z całą pewnością można je odrzucić jako typową manipulację …prowizoryczne sondy publiczne temu przeczą…Niektóre osoby zapowiadały nawet, że będą się modliły w intencji wyboru generała Jaruzelskiego”;

– Zbigniew Czajkowski: „Myślę, Panie Generale, że decyzja jaką Pan podjął 13 grudnia 1981 r., nie była dla Pana łatwiejsza od decyzji, jaką ma Pan podjąć dzisiaj. Wierzę, że jeśli „wczoraj” powiedział Pan „A”, to dziś powie Pan „B”, jako konsekwencję swego postępowania”;

-Maciej Giertych: „Po 13 grudnia narodowi demokraci rozpoznawali się poprzez stosunek do stanu wojennego. Kto go popierał, dawał dowód umiejętności myślenia geopolitycznego, umiejętności wyniesienia się ponad opozycyjność wobec socjalizmu. Ta postawa nas łączyła”. Tu ciekawostka. Część tej rodziny, wśród nich Ojciec Pana Macieja- byli zdeklarowanymi endekami, działaczami przedwojennymi i obozu londyńskiego. Część od nich się odcięła, dając temu dowód przez pisownię nazwiska, np. Zbigniew Gertych (proszę zwrócić uwagę), który w latach 1985-1987 był wicepremierem, potem ambasadorem Polski w Wielkiej Brytanii (zm. w 2008 r.).

Dzień wyborczy Zgromadzenie Narodowe- Sejm i Senat, zebrani na wspólnym posiedzeniu 19 lipca, o godz.15 min.10, rozpoczęło obrady pod przewodnictwem Marszałka Sejmu, prof. Mikołaja Kozakiewicza. Przyjęto regulamin wyborów, wzorowany na założeniach regulaminu z 1922 r. Przed zakończeniem tej części obrad, Marszałek – zgodnie z regulaminem- wezwał do zgłoszenia kandydatur na urząd prezydenta i ogłosił 30 min. przerwy. Obrady wznowiono o godz. 17 min. 40., a jedynym kandydatem był gen. Wojciech Jaruzelski. Głos zabrał poseł Marian Orzechowski, przewodniczący Klubu Poselskiego PZPR, który odpowiadając na pytanie- kim powinien był kandydat na ten urząd powiedział- „Powinien to być wytrawny mąż stanu, cieszący się rozległym i nie kwestionowanym autorytetem na Wschodzie i na Zachodzie, wytrwale dążący do umocnienia miejsca i pozycji suwerennej Polski w Europie i świecie. takim właśnie człowiekiem jest Wojciech Jaruzelski”. Poseł Bronisław Geremek w imieniu Klubu OKP wyraził żal że zgłoszono jedną kandydaturę. Przypomniał, że posłowie i senatorowie mieli możliwość spotkania z Generałem i „będą głosowali zgodnie ze swoim przekonaniem, zgodnie z sumieniem, z wolą wyborców”. Poseł Aleksander Bentkowski w imieniu Klubu PSL stwierdził, że „Klub nasz nie w całości popiera wybór gen. Wojciecha Jaruzelskiego… bo nie wszyscy ludowcy są przekonani… czy nowy rząd nie podejmie próby wyprowadzenia kraju z kryzysu, wspierając się na krzywdzie chłopa”. Krótko omówił krzywdy, jakie spotkały rolnictwo od początku Polski i wyraził nadzieję, że „wybrany Prezydent wzniesie się ponad podziały i różnice ideologiczne, polityczne… stanie się Prezydentem wszystkich Polaków, którego jedynym drogowskazem jest dobro Narodu i dobro Ojczyzny” – warto pomyśleć nad tą wypowiedzią. Poseł Jan Janowski, w imieniu Klubu SD stwierdził, że podczas spotkania z Klubem, kandydat przyjął 5-cio punktowy program Stronnictwa, stąd „znacząca większość członków Klubu wyraża aprobatę dla jego kandydatury”. Poseł Tadeusz Nowicki w imieniu Klubu Unii Chrześcijańsko-Społecznej, po ocenie sytuacji w Polsce i Europie stwierdził, że posłowie „w głosowaniu kierować się będą najlepiej pojętym poczuciem odpowiedzialności za losy Ojczyzny”. Poseł Ryszard Gajewski, w imieniu Klubu Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, omówił zadania czekające Polskę. Przypomniał, że PZKS „sprzeciwiał się delegalizacji Solidarności, odrzucał projekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym i wstrzymał się od akceptacji dekretu Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego”. Uznał, że taka postawa „daje prawo do pozytywnego zaopiniowania kandydatury generała Wojciecha Jaruzelskiego”. Gdy w Sejmie toczyła się debata, Generał w biurze początkowo oglądał transmisję na żywo, potem wyłączył telewizor (całość obejrzał z kasety VHS następnego dnia). Kilka dni później – na pytanie dziennikarza powiedział- „gdybym to wszystko oglądał wówczas na żywo, prawdopodobnie nie przyjąłbym urzędu. Traktuję godność, honor, może w sposób anachroniczny ale nie rozciągliwie”. Wybór i zaprzysiężenie Po 30 min. przerwie wznowiono obrady i przystąpiono do wyboru, przez odczytywanie nazwiska i wrzucanie głosu do urny. Sekretarze przeliczyli głosy i okazało się że: głosowały 544 osoby; głosów nieważnych oddano 7; ważnych 537; bezwzględna większość wynosi 269; a Generał uzyskał 270 głosów. Było już po godz. 22, 19 lipca, gdy po obliczeniu wyników głosowania w Zgromadzeniu Narodowym, marszałkowie Sejmu i Senatu zaprosili Generała do Sejmu. Oto fragment rozmowy: Mikołaj Kozakiewicz- „Panie Generale, mam zaszczyt powiadomić Pana o wyborze na prezydenta i zapytać, czy przyjmuje Pan ten wybór. Generał: „Dziękuję bardzo. Przyjmuję”. Andrzej Stelmachowski: „Ze swej strony gratuluję”.

Kozakiewicz: „Jesteśmy strasznie zmęczeni. Jak Generał się domyśla, osobiście jestem bardzo zadowolony, że po tym ciężkim boju jednak stało się to, co dla dobra Polski jest niezwykle ważne” Generał: „Powiem szczerze, nie ma we mnie radości. Jest poczucie ogromnego ciężaru, ogromnego obowiązku, który postaram się spełnić najlepiej jak potrafię. Widzę ogromne rozdarcie, które musimy wspólnie leczyć. To, powinno być naszym wspólnym zadaniem i tu bardzo liczę na Panów marszałków, na naszą wspólną pracę”. Kozakiewicz:„Mam głęboką wiarę, przekonanie, że najbliższe lata prezydentury generała Jaruzelskiego potwierdzą nadzieje tych, którzy na Niego glosowali, a rozwieją obawy tych, którzy przeciwko Niemu głosowali”. Stelmachowski: „Myślę, że w tej chwili stoimy wszyscy w punkcie w ogóle zwrotnym. Widać, że kształt czwartej Rzeczypospolitej wykuwa się z wielką trudnością. Ale wierzę, że te trudności będą przezwyciężone”. O godz. 22.min.40, witany oklaskami wszedł na salę obrad Generał. Złożył ślubowanie i wygłosił krótkie orędzie. Koniec posiedzenie Zgromadzenia Narodowego o godz. 23. min.05. Po wyborze Wybór na Urząd Prezydenta został dokonany jednym głosem. Zygmunt Broniarek komentując ten fakt mówi: „Można założyć, że każdy, nawet najmniejszy plus na jego (Generała – moje G.Z) korzyść liczył się. Takim plusem i to wcale nie małym było poparcie Busha … Opinie dziennikarzy dotyczyły nie tylko Busha i Wałęsy. Dotyczyły one także dwóch innych mężów stanu – Jana Pawła II i Michaiła Gorbaczowa, bowiem i oni zainteresowani byli utrzymaniem znacznego stopnia stabilizacji w kraju. W związku z tym w Waszyngtonie powstało powiedzenie: >Jaruzelski został wybrany prezydentem nie jednym głosem większości w polskim parlamencie, ale sześcioma: – papieża w Watykanie; Gorbaczowa w Moskwie; Wałęsy w Gdańsku oraz trzema głosami Busha. Dlaczego aż trzema? Bo oddanymi przez niego w Waszyngtonie, w Warszawie i w Gdańsku”.

Gratulacje napływały z całego świata, oczywiście, od wyborców i przyjaciół z kraju, wśród nich od mieszkańców Kurowa (miejsca urodzenia). Generał udzielił wielu wywiadów, w jednym z nich mówiąc o wyborze jednym głosem, powiedział – „Pocieszam się gorzko, że także wiele innych równie ważnych, jeśli nie ważniejszych historycznych decyzji podjęto większością jednego głosu. Skazanie na śmierć Ludwika XVI, utworzenie III Republiki we Francji, wybór Konrada Adenauera na kanclerza – żeby nie szukać już innych przykładów”.

W wywiadzie Roberta Walenciaka pt. „Polska Ludowa”, Wyd. Iskry, 2017, prof. Karol Modzelewski wyjaśnia, iż Generał został wybrany przewagą dwóch, a nie jednego głosu. „Niejaki >wybitny polityk< ale kiepski matematyk, Jan Maria Rokita powiedział, że skoro większość względna wynosi 50% plus 1, to wykuglował, że Jaruzelski wybrany został jednym głosem. A tak naprawdę-dwoma… dzięki nieformalnemu poparciu dwóch parlamentarzystów OKP. Dwóch! Stelmachowskiego i Wielowiejskiego”. 11 grudnia 1990 r., żegnając się z Rodakami, mówił: „Nie jestem ani pierwszym, ani jedynym polskim politykiem- żołnierzem, któremu przyszło nieraz iść pod prąd, podejmować decyzje nie przysparzające poklasku, zaznać niezrozumienia, bolesnych rozterek, upokorzeń i goryczy” Właśnie, dwa tygodnie później zaznał tego kolejny raz, zlekceważony brakiem zaproszenia na zaprzysiężenie swojego następcy. Dziś można powiedzieć, że goryczy zaznał ponad ludzką miarę. Nawet w dniu pogrzebu nie zaznał chrześcijańskiego spokoju. O bilansie tej prezydentury pisałem kilka razy, przypomnę w 30. lecie jej zakończenia.