Dziedzictwo października – czy tylko rozczarowanie

Nowa książka Zbigniewa Siemiątkowskiego („Miedzy złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Toruń 2018) stanowi bardzo cenną, co nie znaczy niedyskusyjną, interpretację najciekawszego okresu w historii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: osiemnastu lat między śmiercią Stalina (marzec 1953) i upadkiem Gomułki (grudzień 1970).

W tym okresie nastąpiło przeobrażenie się rządzącej partii i rządzonego przez nią państwa. Partia wyzbyła się tych cech, które wynikały z jej komunistycznego rodowodu, a niepełny totalitaryzm zastąpiony został przez rządy autorytarne – znacznie mniej opresyjne i w istotny sposób rozszerzające granice wolności, zwłaszcza w sferze życia prywatnego, swobód religijnych oraz twórczości naukowej i artystycznej. W okresie tym w PZPR toczyła się walka o kształt tej partii. Walka ta stanowi temat omawianej tu monografii.
Autor jest do napisania tej pracy świetnie przygotowany. Urodzony w 1957 roku zna omawiany okres jedynie z literatury, z archiwaliów i z rozmów prowadzonych ze starszymi od niego uczestnikami wydarzeń. „Przywilej późnego urodzenia” pozwala mu spojrzeć na badane wydarzenia w sposób obiektywny, wolny od skażenia osobistymi wspomnieniami. Zarazem ma za sobą bogate doświadczenie polityczne. Jako młody politolog był jednym z aktywnych uczestników ruchu, który pod koniec lat osiemdziesiątych podjął próbę zmienienia PZPR z autorytarnej partii władzy w partię socjaldemokratyczną. Był jednym z założycieli Socjaldemokracji RP i członkiem jej Rady Naczelnej, posłem na Sejm I, II, III i IV kadencji, ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, ministrem-koordynatorem służb specjalnych w rządzie Leszka Millera, szefem Urzędu Ochrony Państwa a następnie Agencji Wywiadu. Po odejściu (mam nadzieję, że nie bezpowrotnym) z czynnej polityki wrócił na macierzysty Uniwersytet Warszawski, habilitował się, opublikował między innymi niezwykle cenną pracę o historii wywiadu cywilnego („Wywiad a władza: wywiad cywilny w systemie sprawowania władzy politycznej w PRL”, Warszawa 2009), a następnie podjął studia nad dziejami PZPR. Obecnie wydana książka nie jest zakończeniem tych studiów: autor nosi się z zamiarem kontynuacji w postaci monografii dotyczącej następnego okresu („gierkowskiego”).
W centrum uwagi autora jest partia, co powoduje, że inne zagadnienia potraktowane są marginesowo, lub całkowicie pominięte. Dotyczy to między innymi stosunków polsko-niemieckich, w tym niezwykle ważnego sukcesu, jakim była grudniowa (1970) wizyta kanclerza Willy Brandta w Warszawie i uznanie przez RFN nienaruszalności powojennej granicy. Wielkim paradoksem historii jest fakt, że to rzeczywiście historyczne osiągnięcie Władysława Gomułki miało miejsce kilkanaście dni przed spowodowaną przez jego politykę tragedii grudniowej i upadku tego polityka.
Autor podzielił swą pracę na cztery części, którym nadał tytuły: „oczekiwanie”, „nadzieja”, „rozczarowanie” i „poszukiwanie”. Oddają one ten sposób widzenia omawianego okresu, który był szczególnie silny w środowiskach radykalnie antystalinowskiej inteligencji partyjnej. Autor nie kryje swej sympatii wobec tej formacji, co prowadzi do bardzo krytycznej oceny procesu odchodzenia PZPR i osobiście Władysława Gomułki od demokratycznych zapowiedzi z października 1956 roku. W ciekawy sposób przedstawia wizerunek tego środowiska, w którego młodszej części (nazwanej później pokoleniem „pryszczatych”) dawniejszy fanatyzm okresu stalinowskiego ustąpił miejsca radykalizmowi antystalinowskiego „rewizjonizmu”. Najbardziej znaczącymi postaciami tego środowiska byli Leszek Kołakowski i Wiktor Woroszylski, ale podobnie gwałtowną przemianę przeszło wielu innych ludzi z tej generacji. Nie dotyczyło to – przynajmniej nie w tym samym stopniu – tych z nas, których droga do PZPR prowadziła nie przez „zauroczenie”, lecz przez kolejne rozczarowania polityką mocarstw zachodnich i ich polskich sojuszników.
Podkreślam czynnik pokoleniowy, gdyż odgrywał on istotną rolę. Siemiątkowski pokazuje i wyjaśnia ferment, który po śmierci Stalina wystąpił w kierowniczym aktywie PZPR, składającym się głownie z przedwojennych komunistów. Ludzie ci wiedzieli, czym był stalinizm. Wielu z nich przeszło przez radzieckie więzienia i obozy. Wszyscy oni stracili w czystkach stalinowskich licznych przyjaciół a często i członków rodzin. Znałem na przykład parę wdów po komunistach zamordowanych w ZSRR, które przeszły przez radzieckie obozy a po powrocie do Polski działały w PZPR – nawet na dość wysokich szczeblach. Trudno nam dziś zrozumieć psychologiczny mechanizm powodujący, że mimo wszystko ludzie ci pozostali przekonanymi, wręcz fanatycznymi, komunistami. Ta niemal religijna wiara w ideę komunizmu pozwalała im funkcjonować w systemie, którego okrucieństw sami doznali. Sprowadzanie tego – jak to czynią dzisiejsi antykomunistyczni publicyści – do oportunizmu czy wręcz agenturalności uniemożliwia zrozumienie późniejszej ewolucji znacznej części tego środowiska – tej, która odegrała bardzo istotną rolę w 1956 roku powodując , że Komitet Centralny PZPR potrafił odważnie a zarazem skutecznie przeciwstawić się radzieckim naciskom i zapoczątkować proces zmian idący dalej niż w innych państwach ówczesnego bloku socjalistycznego.
W pokoleniu młodszym – złożonym z ludzi urodzonych pod koniec lat dwudziestych (Kołakowski i Woroszylski to rocznik 1927) – było inaczej. Ludzie ci zafascynowani byli ideą komunizmu i wizją nowego ustroju, który jawił się im jako ucieleśnienie pięknych ideałów sprawiedliwości i wolności. Niewiele wiedzieli o tym, jak wygląda rzeczywistość idealizowanego przez nich „Kraju Rad”. W życiorysach tego pokolenia wojna i okupacja odgrywały zasadniczą rolę. Powojenna rzeczywistość była w ich oczach tym piękniejsza, im bardziej odrażające było doświadczenie nazistowskiej tyranii. Dla ludzi tego pokolenia ustanowienie nowego systemu nie było zniewoleniem, lecz w pełnym tego słowa wyzwoleniem. Zarazem jednak cechująca ich fanatyczna ideowość prowadziła do dramatycznego rozczarowania, gdy okazało się, że rzeczywistość daleko odbiega od ideału. Pamiętam, z jaką rozpaczą niektórzy z nich przyjmowali informacje o zbrodniach okresu stalinowskiego. To doświadczenie nakładało się na pewne cechy osobowościowe, zwłaszcza pewnego typu absolutyzm moralny, który powodował, że wczorajsi fanatycy komunistyczni stawali się zdeklarowanymi, bezkompromisowymi bojownikami o radykalne przeobrażenie partii i systemu w duchu demokracji i wolności. Znając wielu ludzi tej formacji wiem, że nie był to koniunkturalizm, co często zarzucali im przeciwnicy.
Nie dotyczy to jednak wszystkich zaliczanych w tych latach do tak zwanych „rewizjonistów”. Autor wspomina postać socjalisty Juliana Hochfelda (1911-1966) – mojego mistrza akademickiego, ale przede wszystkim jednego z najważniejszych rzeczników nurtu, który można określić jako polityczny realizm, przeciwieństwo politycznego „idealizmu”, by posłużyć się typologią wiele lat temu wprowadzoną przez Adama Bromke („Poland’s politics: idealism vs. realism”, 1967). Nie omawia jednak jego poglądów, między innymi propozycji Hochfelda dotyczących roli Sejmu czy jego koncepcji „otwartego marksizmu”. Nie jest to pominięcie przypadkowe. Chociaż autor odnotowuje istnienie realistycznego, a więc mniej radykalnego nurtu w środowisku partyjnych „rewizjonistów”, to jednak nie poświęca mu większej uwagi. Odnoszę wrażenie, że traktuje ten nurt jako mniej istotny. Mam w tej sprawie inne zdanie, w dużej mierze wynikające z mojej roli w tamtych latach.
Realiści, do których się zaliczałem, angażowali się w walkę o nowy kierunek polityki polskiej i o nowe oblicze partii, ale bardziej niż „idealiści” liczyli się z realiami epoki, zwłaszcza z konsekwencjami uzależnienia Polski od ZSRR. Wiedzieli, że w warunkach zimnej wojny i podziału świata całkowita likwidacja uzależnienia Polski od radzieckiego mocarstwa nie jest możliwa, a tragedia Węgier stanowiła dla nich groźne memento. Za najważniejsze osiągnięcie „polskiego października” uważali – nadal sądzę, że trafnie – znaczne rozszerzenie polskiej suwerenności, uwolnienie Polski i rządzącej nią partii od ingerencji radzieckiej w nasze sprawy wewnętrzne. Dla mnie był to w tym czasie problem najważniejszy, czemu dałem wyraz w moim pierwszym „rewizjonistycznym” artykule o „kryzysie internacjonalizmu”, opublikowanym w teoretycznym organie PZPR „Nowe Drogi” (listopad-grudzień 1956) i ostro zaatakowanym na łamach radzieckiego „Komunista”, NRD-owskiej „Die Einheit” i czechosłowackiego „Rudego Prawa”. Nawet po upływie sześćdziesięciu przeszło lat uważam, że w tym okresie sprawą najważniejszą była obrona tego, co udało nam się w 1956 roku zdobyć – nie tylko w stosunkach polsko-radzieckich, ale także w wielu obszarach polityki wewnętrznej, gdzie odejście od prób ustanowienia totalitaryzmu owocowało znacznym, choć z dzisiejszego punktu widzenia ograniczonym, zwiększeniem zakresu wolności. Zgadzam się z Andrzejem Walickim, który bardzo silnie podkreśla znaczenie ówczesnych zmian dla liberalizacji systemu w wielu sferach życia, w tym w obszarze nauki i kultury („Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”, Kraków 2013).
Zbigniew Siemiątkowski pokazuje, jak i dlaczego radykalni rewizjoniści przegrywali walkę o oblicze PZPR i o demokratyczny kierunek rozwoju państwa. Z jego analizy wynika, że ta przegrana była nieuchronna z uwagi przede wszystkim na nastroje panujące w społeczeństwie i w samej partii. Pokazuje też (w części czwartej), jak w nastroje te wstrzelili się partyjni nacjonaliści skupieni wokół generała Moczara i potocznie nazywani „partyzantami”. Mieli oni silniejsze oparcie społeczne niż partyjni „rewizjoniści”, ale w ostatecznym rachunku przegrali walkę o władzę na rzecz nowej formacji pezetperowskich technokratów, do których należeć miało następne dziesięciolecie. Rok 1968 pokazał jednak, że w znacznej części społeczeństwa polskiego drzemały skłonności nacjonalistyczne, w tym antysemickie, co przebijało się także do PZPR, do aparatu bezpieczeństwa, częściowo także do wojska. Gdyby tak nie było, strategia „partyzantów” nie miałaby sensu. To, dlaczego ostatecznie nie doszło do zwycięstwa kierunku nacjonalistycznego w PZPR, wymaga dalszych badań naukowych. Przekonany jestem, że nie było to jedynie następstwem zrozumienia przez Gomułkę, jakie żywioły wyzwolił nieprzemyślanym atakiem na rzekomych „syjonistów”. „Partyzanci” mieli licznych zwolenników, ale mieli też licznych przeciwników – i to nie tylko w kręgach „rewizjonistycznych”.
Proces stopniowej degeneracji autorytarnej władzy został przez autora przedstawiony bardzo ciekawie i wnikliwie. W znacznej mierze proces ten wynikał z cech osobowościowych Gomułki, jego rosnącego z upływem czasu despotyzmu w stosunkach z otoczeniem i coraz większego oderwania od rzeczywistości. Polityki nie da się zrozumieć bez uwzględnienia roli przywódców. Omawiany przez Siemiątkowskiego okres jest tego świetnym przykładem. Bez Gomułki rok 1956 w Polsce wyglądałby inaczej – zapewne znacznie gorzej. Zarazem zaś jego autokratyzm pociągał za sobą błędy polityczne, których kumulacja w ostatnim trzyleciu jego rządów doprowadziła do kryzysu politycznego i spowodowała upadek polityka, z którym czternaście lat wcześniej wiązano wielkie oczekiwania.
Czy jednak była to tylko kwestia przywództwa? Myślę, że u podstaw powtarzających się w PRL kryzysów politycznych leżał fakt, że narzucony Polsce w wyniku wojny system nie był w stanie zaspokoić rosnących aspiracji społeczeństwa – nie tylko zresztą materialnych. Niespełna dziesięć lat po tragicznym grudniu 1970 roku Polskę ogarnęła nowa, znacznie silniejsza fala robotniczego protestu. Czy była tylko konsekwencją błędnej polityki ekipy Edwarda Gierka stawiającej na technokratyczną modernizację? Z perspektywy czasu, uzbrojeni o wiedzę o tym, jak i dlaczego nastąpił upadek „państwowego socjalizmu” w Europie, dostrzegamy lepiej niż wówczas strukturalne przyczyny kryzysu tamtego systemu. Nie prowadzi to do zanegowania politycznej odpowiedzialności ówczesnych przywódców, ale pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego przegrywali.
„Przegranym rewizjonistom – pisze w zakończeniu swojej książki autor – pozostała legenda i marzenia ich następców o fajnym socjalizmie” (s. 325). Jest to tylko częściowo trafne. „Rewizjoniści” z omawianego w tej książce okresu nie zniknęli z polskiego życia politycznego. Znacząca ich część stała się zalążkiem opozycji demokratycznej a po latach niektórzy ludzie tej formacji stali się współtwórcami nowej, demokratycznej Rzeczypospolitej. Po drugiej stronie ludzie wywodzący się z nurtu realistycznego odegrali znaczącą rolę w nadawaniu polityce PZPR tego kierunku, który ostatecznie doprowadził do polskiego „okrągłego stołu” i do zmiany ustroju. Byli też inspiracją dla następnego pokolenia partyjnych reformatorów, dzięki któremu polska lewica miała swój bardzo istotny wkład w budowanie demokratycznego państwa, zwłaszcza w latach 1993-2005. To dobrze, że jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tego pokolenia zajął się trudnymi doświadczeniami poprzedników. W sztafecie pokoleń pamięć historyczna jest tym, co tworzy tożsamość. Lewica polska ma prawo uważać się za spadkobierców tych, dzięki którym Polska roku 1956 stała się źródłem nadziei – nawet jeśli nadzieja ta ustąpić miała rozczarowaniu.

Zbigniew Siemiątkowski – „Między złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2019, s. 358, ISBN 978-83-66220-31-7.

Reformacja i czasy saskie

Januszowi Szuberowi, poecie

Wielu komentatorów powtarza, że (nadużycia seksualne duchownych wobec nieletnich – JS) to największe wyzwanie, przed jakim stanął Kościół katolicki od czasów reformacji” – napisał wzięty felietonista SO. Trzeba się z tym zgodzić; podobnie jak z dalszą częścią wywodu, że „reformatorzy w dużym stopniu mieli rację.
W istocie sobór watykański II w wielu swych ustaleniach tak naprawdę spełnił oczekiwania XVI-wiecznych rebeliantów.
Można by do tego dodać, że Kościół ustąpił również wobec żądań katolickich modernistów z przełomu XIX i XX wieku. Ale to już zupełnie inna sprawa…
Podzielam przekonanie, że nieszczęściem polskiego Kościoła i naszego – bądź co bądź osobnego – katolicyzmu było to, że nie przeorała ich reformacja. Nie dochodziłoby do częstego w Polsce mariażu tiary z koroną, czyli miłosnego uścisku Kościoła z władzą, który zawsze miał podstawy materialno-polityczne. Afery seksualne – wobec braku celibatu – miałyby charakter incydentalny, dzisiejsi hierarchowie nie budowaliby pałaców, a proboszczowie kiczowatych obiektów sakralnych, olbrzymich figur Chrystusa, strzelających w niebo krzyży i świętych oraz pół tysiąca pomników polskiego papieża. A przede wszystkim nie byłoby takiego zjawiska jak Rydzyk, z jego finansowo-medialno-edukacyjno-wydawniczo-propagandowo-termalnym imperium, które nie służy wierze, tylko władzy; bez względu na jej charakter (religijna, świecka).
Reformacja się nie udała; zatryumfowała kontrreformacja, dzięki której powstała ogromna ilość pałaców i świątyń, które – wykorzystując iluzjonistyczną architekturę i sztukę baroku – przemawiały do emocji prostego ludu, chroniąc go przed „nowinkami religijnymi” innowierców. Te bowiem apelowały do intelektu, rozsądku, wyobraźni; wszak podejmowały trudne pytania natury teologicznej: o status Trójcy św., ideę Opatrzności, bożo-człowieczeństwo Chrystusa, dziewictwo Maryi… A także inne, prostsze kwestie jak: autorytet Kościoła, supremacja soboru nad papieżem, granica między władzą świecką i duchowną, stosunek katolików do różnowierców, handel odpustami… Te i wiele innych zagadnień zaprzątały umysły rodzimych heretyków, których było sporo i którzy nadawali ton debacie religijnej w Polsce i w Europie. Ich wpływ musiał być znaczny, bo kiedy wygnano z Polski najbardziej liczącą się grupę innowierców, czyli Arian, byli oni w stanie odcisnąć swe piętno na następnej formacji intelektualnej, jaką było oświecenie. Dość przypomnieć, że korespondencję z nimi prowadził John Locke…
Tymczasem kontrreformacja w Polsce trwa nadal – jednak nie w obszarze nauki wiary, lecz w sferze propagandowej tudzież ceremonialno-symbolicznej. Jak przed trzema wiekami mamy szeroki front robót budowlano-montażowych wokół kiczowatych bazylik, pamiątkowych monumentów tudzież obiektów biznesowych (deweloperka, geotermia, domy „pogodnej jesieni”, obiekty przedpogrzebowe z chłodniami itp.). Towarzyszą temu instalacje nowych, nieznanych dotąd obrzędów jak orszak Trzech Króli, państwowo-rydzykowe obchody kolejnych rocznic prywatnego radia, obowiązkowe pielgrzymki maturzystów do Częstochowy… Ludzie władzy i Kościoła wmawiają narodowi, że jest wybrany, a więc ma szczególną misję wobec innych narodów lewacko-liberalnej Europy oraz świata? Kiedy się przyjrzeć tym „religijnym” poczynaniom, ma się wrażenie obcowania z wydmuszką (pisanka), której pompatyczna, czyli przesadna forma zdominowała wątłą treść, albo zupełny jej brak. A przecież nie tak dawno Kościół polski nadawał ton polityce wewnętrznej (Non possumus) i zagranicznej (List do biskupów niemieckich). Kiedyś bywał arbitrem w narodzie podatnym na rozmaite ideologie – religijne i świeckie, teraz jest stroną w sporze politycznym.
Jedna analogia przywołuje na pamięć inny obraz z przeszłości – czasy saskie. Oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji; bo z ogromnego obszaru I Rzeczypospolitej została zaledwie jedna trzecia, sąsiedzi nie instalują nam panujących, nie mamy wolnej elekcji ani liberum veto, nie prowadzimy gorących wojen z Rosją, Szwecją tudzież z innymi ludami ościennymi; przez kraj nie przetaczają się obce wojska (co najwyżej są zapraszane), wywiady przemykają dyskretnie, a jeden król nie ucieka przed drugim… Ale, czy rzeczywiście analogia do tamtej epoki jest nieuprawniona?
Kraj wydaje się podzielony wzdłuż koryta (albo biegu) Wisły; na zachodzie od tej linii oraz w miastach żyje bogate plemię oświecone przez Internet, na wschodzie we wsiach i małych miasteczkach – biedne i ciemne, słuchające Kościoła. Krajem rządzi szeregowy poseł, który jak król – dysponuje prezydentem, premierem, ministrami, nie podlega prokuraturze, a na krytykę reaguje pozwami sądowymi. Jakby nie czytał renesansowego traktatu O wolności bez swawoli… Jak za czasów saskich nie mamy bliskich sojuszników, bo nie pozwala na to poczucie mocarstwowości. Kiedyś o naszą słabość zewnętrzną i wewnętrzną dbali najbliżsi sąsiedzi, dziś robi to demokratycznie wybrana władza. Konfederacje sprzed wieków, zwoływane za lub przeciw, zastąpiły konwencje partyjne. Na jednej z nich można było usłyszeć, że jesteśmy krajem, w którym panuje największa wolność (echo „złotej wolności”). Sejmu wprawdzie dzisiaj nikt nie zrywa i nie ucieka na Pragę, ale można go zwołać o północy, albo przenieść do innej sali… Ważne kraje robią z nami, co chcą, instalują korporacje, organizują konferencje, na których nie tylko zapowiadają jakieś odległe wojny, ale nie zostawiają suchej nitki na naszej bohaterskiej, niczym nieskalanej historii najnowszej.
W ramach polityki godnościowej jesteśmy nieustannie obrażani i, unosząc się moralnym oburzeniem, czekamy na przeprosiny. A ponieważ te nie następują, zamiast pragmatycznie reagować na wezwania, jakie stoją przed rozchwianą Europą tudzież zmieniającym się układem sił w świecie – rząd zastanawia się nad dyplomatycznymi sankcjami wobec państw niewrażliwych na naszą wrażliwość. W tej sytuacji trudno myśleć o czystym powietrzu, zdrowym mięsie, sprawnej służbie zdrowia, klepiących biedę nauczycielach, czy niepełnosprawnych… Nie przeszkadza to władzy – w ramach akcji przedwyborczej – uruchamiać kolejne programy rozdawnictwa pieniędzy z naszych podatków. Dawniej sąsiedzi przekupywali magnatów, którzy z kolei przekupywali szlachtę; teraz „dobrzy panowie”, czyli władza robi to z ludem. Nawet prezes, człek niezamożny, robi finansowy prezent emerytom, przybijając własną „piątkę” do znanej wcześniej „piątki: premiera…
W Rzymie lud domagał się „chleba i igrzysk”; w Polsce dostaje pieniądze i rozrywkę w „narodowej telewizji”. Ale po co sięgać do starożytności; przed trzystu laty krążył wierszyk: Za króla Sasa/ jedz, pij i popuszczaj pasa; dotyczył on warstwy uprzywilejowanej – nie ludu. Obecnie też mamy taką warstwę, której wszystko się należy. Reszta społeczeństwa dogadza sobie poprzez wzrost „konsumpcji wewnętrznej” oraz prywatny import samochodowy, choć średnia wieku setek tysięcy (może milionów?) sprowadzanych aut – to 13 lat.

Psi gwizdek

Co roku 1 marca obchodzony jest w Polsce Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ustanowiony w 2011 roku świętem państwowym. Oficjalnie mówi się, że święto to jest uczczeniem pamięci żołnierzy, którzy walczyli z „sowiecką okupacją”, pod którą Polska znalazła się na skutek drugiej wojny światowej. Kult Żołnierzy Wyklętych ma jednak konkretny cel polityczny – o którym organizatorzy wprost nie mówią.

Określenie „Żołnierze Wyklęci” zostało wymyślone przez Leszka Żebrowskiego publicystę m.in. „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej Codziennie” oraz późniejszego doradcę Ruchu Narodowego. Po raz pierwszy oficjalnie zostało użyte w 1993 roku przez stowarzyszenie nazywane Ligą Republikańską, kiedy to zorganizowano w Warszawie wystawę zatytułowaną „Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r.”. Jak tłumaczył Grzegorz Wąsowski – jeden z twórców wystawy i były członek Ligi Republikańskiej, żołnierze ci byli „wyklęci”, ponieważ po upadku komunizmu nadal byli zapomniani – a podmioty opiniotwórcze (jak władze, media), nie starały się przywrócić (odpowiedniej) pamięci o nich. Tak więc, wykorzystując potencjalne poczucie winy, żołnierzy tych postanowiono przedstawiać jako podwójne ofiary – najpierw sowieckiego terroru, a potem milczenia panującego już po zmianach ustrojowych.
Według oficjalnych komunikatów termin „Żołnierze Wyklęci” miał odnosić się do ogółu żołnierzy walczących z komunistami po zajęciu Polski przez Związek Sowiecki. Pierwotnym więc skutkiem wypromowania go – i najprawdopodobniej zakładanym celem jego twórców — było wrzucenie do jednego zbioru i traktowanie jako jedności, wszystkich antykomunistycznych partyzantów działających wtedy w Polsce. Rozmyto w ten sposób wiele dotyczących ich kwestii – idee jakimi się kierowali, ich cele, wizję Polski, o jaką walczyli, działania, których się podejmowali – wraz z etyczną ich oceną. Do jednej grupy wrzucono zarówno tych, którzy rzeczywiście chcieli żyć w wolnym i demokratycznym kraju, jak i członków Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i pomniejszych formacji, którzy marzyli o nacjonalistycznym państwie katolickim i mordowali niczemu winnych obywateli polskich, niepasujących do tej wizji. Tym samym zaczęto zacierać granicę pomiędzy walczącymi o wolność i zbrodniarzami – po to by na ideach tych pierwszych, przepchnąć kult tych drugich.
Tak więc faktycznym beneficjentem funkcjonowania terminu „Żołnierze Wyklęci” są członkowie organizacji partyzanckich o katolickim charakterze. Najczęściej NSZ – które, były nacjonalistyczną organizacją katolicką, czerpiąca swoją formę polityczną m.in. z przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. To do nich zasadniczo odnosi się to pojęcie – i to oni są pod nim gloryfikowani. Trudno oczekiwać innych intencji związanych z kultem „Żołnierzy Wyklętych”, jeżeli weźmie się pod uwagę działalność Leszka Żebrowskiego – który zajmuje się właśnie promowaniem historii „narodowych” organizacji zbrojnych – NSZ, NZW, NOW – oraz samą Ligę Republikańską, która była organizacją również odwołującą się do katolicyzmu. Jej deklaracja stanowiła, m.in. że: „Nierozłącznym elementem polskiej tradycji jest katolicyzm. Kościół jako część narodowej przeszłości pozwala jednostce nawet przy zagubieniu przez nią kontaktu z sacrum na trwanie w świecie niezmiennych wartości”. Deklaracja więc w pewien sposób utożsamia polskość z katolicyzmem, czym skłania się w kierunku idei państwa katolickiego. Polska, jakiej chciała Liga Republikańska, mogłaby być więc docelowo podobna do państwa, jakiego chciały NSZ i NZW – a przed wojną Obóz Wielkiej Polski, Obóz Narodowo Radykalny, Ruch Narodowo-Radykalny Falanga, Pogotowie Patriotów Polskich czy Polska Organizacja Faszystowska — gdzie nazywana była Katolickim Państwem Polskim, Katolickim Państwem Narodu Polskiego lub Wielką Polską.
Sam Kościół Katolicki stał się zresztą jednym z czołowych promotorów kultu „Żołnierzy Wyklętych”. Jeżeli mówi się o nich z zaangażowaniem, w duchu rzeczywistego poparcia i utożsamiania się z nimi — to w mediach katolickich, na katolickich marszach, w katolickich kazaniach (jak np. homilia ks. bp. Jerzego Mazura wygłoszona podczas pogrzebu żołnierzy NZW w Orłowie, 15 lutego 2014 roku).
Promocja „Żołnierzy Wyklętych” nie stanowi odkłamywania historii – jak twierdzą ludzie związani z ich kultem – ale jest dalszym jej przekłamywaniem, tyle że na modłę katolicką, a nie komunistyczną. Odkłamywanie historii polega na rzetelnym przedstawianiu faktów, z użyciem terminów ściśle definiujących historyczne desygnaty. Nie jest na pewno odkłamywaniem dorabianie dodatkowych pojęć, których celem jest mieszanie niezwiązanych, czy nawet przeciwnych sobie ludzi i idei. Zwłaszcza pojęć stworzonych na rzecz peryferyjnej drogi perswazji – niejasnych, odwołujących się do emocji, mitologizujących rzeczywistość.
Stosowanie w debacie publicznej takiego określenia jak „Żołnierze Wyklęci” jest manipulacją, stworzoną na cele historycznego rewizjonizmu. Jest podobnym narzędziem, jak stosowane w propagandzie komunistycznej etykiety w postaci „bandytów” i „zaplutych karłów reakcji”, które przyczepiano wszystkim antykomunistycznym działaczom. Podobne formy manipulacji nie są zresztą ani nowe, ani rzadkie. Grecki filozof Arystoteles wskazał, że na skuteczność retoryki ważny wpływ mają fakty, na które argumentujący nie ma bezpośredniego wpływu – i ustalił możliwości obejścia tej przeszkody. Rzymski filozof i mówca – Cicero, rozwinął myśl Arystotelesa, formując technikę, którą obecnie nazywa się perswazją wstępną – a która stosowana jest powszechnie m.in. przez obrońców w sądach. Jej celem jest wpoić odbiorcy, co powinien wiedzieć i uznawać za oczywiste, dobrać definicje, wygodnie sformułować problem, odpowiednio zarządzić wiarygodnością – tworząc dogodne warunki dla perswazji właściwej. Termin „Żołnierze Wyklęci” jest właśnie tego rodzaju kreacją – a służy ona pośredniej promocji ugrupowań takich jak Prawo i Sprawiedliwość czy Ruch Narodowy. Ma uwiarygodniać ich działalność – poprzez wskazywanie, że kontynuują one tradycję jakichś powszechnie cenionych dawniej organizacji. Legitymizować agresywny bunt przeciw liberalnemu porządkowi — utożsamiając go z „patriotyzmem”. Krzewić nienawiść do ludzi o innych poglądach czy pochodzeniu — już na płaszczyźnie definicji i z wykorzystaniem pokrętnie przedstawianej historii.
Mówi się, że istotą kultu „Żołnierzy Wyklętych” ma być ich walka z komunizmem. Należy więc tu przypomnieć, że w katolickiej retoryce mianem „komunistów” określa się nie tylko faktycznych komunistów, ale po prostu ludzi wyraźnie niepodzielających katolickich poglądów lub wywodzących się z pewnych grup etnicznych – a szczególnie zadeklarowanych liberałów, demokratów, lewicowców, ateistów, wyznawców prawosławia, ludzi o żydowskim, białoruskim, rosyjskim lub ukraińskim pochodzeniu. Na przykład w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” w 2012 roku, kard. Stanisław Nagy stwierdza, że „komunizm nie zginął, ale przedzierzgnął się w inteligencką ideologię nazywaną liberalizmem”. Ks. Marek Dziewiecki w artykule „Ateizm, czyli urojona wizja człowieka”, sugeruje, że wszyscy ateiści są odpowiedzialni za komunistyczne zbrodnie i powinni za nie przepraszać.
Takie etykietowanie „komunizmem” pozwala przedstawiać niegroźne, niezwiązane ze sobą osoby, jako zorganizowane, poważne zagrożenie – a za tym, umożliwia zachęcanie do walki z nimi i usprawiedliwianie wszelkich krzywd im wyrządzonych. Każdy bowiem atak, stanie się tym samym „obroną” – siebie, państwa, wolności – przed „komunistyczną tyranią”. Strona katolicka etykietowała swoją opozycję „komunizmem” nie tylko w Polsce. Bardzo wyraźne było to na przykład w katolickiej Hiszpanii.
To właśnie zjawisko było też jednym z motywów zbrodni dokonywanych przez „Żołnierzy Wyklętych” oraz jest nieodłączną częścią ich obecnego kultu. Dokument IPN – „Informacja o ustaleniach końcowych śledztwa S 28/02/Zi w sprawie pozbawienia życia 79 osób — mieszkańców powiatu Bielsk Podlaski w tym 30 osób tzw. furmanów w lesie koło Puchał Starych, dokonanych w okresie od dnia 29 stycznia 1946 r. do dnia 2 lutego 1946” – zaznacza:
„Nie sposób podejrzewać dzieci i starców, którzy zginęli przy pacyfikacji o współpracę z komunistami. Należy zatem uznać, że przyjęcie tezy o sprzyjaniu komunistom znajdowało tylko oparcie w ogólnym i upowszechnionym wówczas stereotypie, iż osoby deklarujące swoją narodowość jako białoruską mają przekonania komunistyczne, częściej w odróżnieniu od Polaków zapisują się do PPR i pełnią służbę w organach bezpieczeństwa”.
Wspomniany dokument zawiera też dość obrazowy opis zbrodni dokonanych przez tych, których gloryfikuje się jako „Żołnierzy Wyklętych” – w tym wypadku NZW.
„Wieczorem 1 lutego 1946 r. odbyła się odprawa dowódców plutonów. Kpt. Rajs przydzielił dowódcom zadania zniszczenia po jednej ze wsi: Zanie, Szpaki, Końcowizna. Wymienione wsie były w przeważającej części zamieszkałe przez ludność wyznania prawosławnego. […]
W godzinach wieczornych do wsi Szpaki wkroczył pluton pod dowództwem „Wiarusa”. Żołnierze zaczęli podpalać zbudowania i strzelać do mieszkańców. Śmierć od kul lub w płomieniach oraz od odniesionych od tego ran poniosło 7 osób. […] W jednym z domów dokonano gwałtu na kobiecie (zeznanie k. 1939 ). Wymieniona poddała się napastnikom, gdyż wcześniej Maria Pietruczuk (18 lat), która stawiała opór napastnikom, została postrzelona w okolicy klatki piersiowej i pleców. Zmarła w wyniku odniesionych ran w dniu 6.02.1946 r. w szpitalu w Bielsku. […]
Drugi pluton, dowodzony przez „Bitnego” po przybyciu do Zań zajął następujące pozycje. Z jednej strony wieś została otoczona przez drużynę „Gołębia”, a z drugiej – przez drużynę „Szczygła”. Trzecia drużyna pod dowództwem „Ładunka” weszła do wsi, gdzie zaczęto podpalać poszczególne zabudowania. Nie podkładano ognia pod domy należące do osób wyznania katolickiego, jak też nie podpalano zabudowań tych prawosławnych, którzy zamieszkiwali w bezpośrednim pobliżu gospodarstw, należących do rodzin katolickich (według zeznań świadków wówczas w Zaniach mieszkały 4 rodziny katolickie). Mieszkańców, którzy usiłowali wydostać się z płonących domów, zapędzano z powrotem lub strzelano do ludzi wybiegających z palących się budynków i próbujących uciec ze wsi. Przed oddaniem strzałów niektórych mieszkańców pytano o narodowość i wyznanie. […]
Szczegóły dotyczące usiłowania zastrzelenia Piotra Nikołajskiego podała jego żona: „Po chwili zauważyliśmy, że domy we wsi zaczynają się palić. Nasz dom też zaczął się palić. Wszyscy, którzy byli w tym domu, zaczęli wybiegać na zewnątrz. Mąż zabrał jedno dziecko, a ja drugie. Ola miała wówczas pół roku, a Maria 2 i pół roku. Wybiegaliśmy na ulicę. Mąż został wówczas ranny w nogę – w udo. Nie mógł uciekać. Ja widziałam, jak się przewrócił na ziemię z dzieckiem na ręku. Wówczas, to podbiegło do niego kilku partyzantów. Słyszałam, że któryś z nich mówił, że trzeba go zabić, słyszałam, jak inni oświadczyli, że nie mają z czego. Natomiast jeden z nich powiedział, a ja mam. Wyjął pistolet i strzelił z boku w skroń. Nie zabił męża, bo kula przeszła przez oczy, wybijając je. […]
Córka zabitego Daniela Olszewskiego z Zań, gdy zobaczyła leżącego na drodze ojca, to stwierdziła, że tato jeszcze żył. „Był ranny w głowę. […] Ja nie zauważyłam wtedy, że obok między drzewami leży siostra Marysia. Ją trafili w usta. Potem Romualda Siennicka mówiła, że Marysia bardzo się męczyła i musieli ją dobić z bliska”. Córka Kseni Antoniuk zeznała , iż udało się jej uciec do pobliskiego lasu, gdzie spędziła noc. Gdy wróciła, to mama, jak i brat Jan Antoniuk i 4-letni syn siostry Jan Sielewończuk zostali już pochowani. Jej ojciec Aleksander został ranny w obie ręce, z których jedną amputowano. Jak się dowiedziała od mieszkańców kule trafiły go, gdy usiłował wynieść z płonącego domu swojego wnuczka Jana Sielewończuka. […]
Józef A. złożył następujące zeznania opisujące zabójstwo matki Nadziei. […] Matka wyjrzała na zewnątrz domu i powiedziała, wracając do izby, że wschodnia część wsi się pali. Po kilku minutach matka wzięła obraz katolickiej Matki Boskiej oraz gromnicę i wyszła na zewnątrz, a my za nią, łącznie 5 osób, to znaczy te dwie dziewczyny, dwie moje siostry i ja. W tym samym czasie z ulicy podeszło 3 osobników. Jeden zapytał w naszym kierunku — prawosławni, czy katolicy. Matka odpowiedziała — panowie jesteśmy Polakami, jak nie wierzycie, to może to potwierdzić sąsiadka, która jednak nie potwierdziła, że jesteśmy katolikami. Wówczas to jeden z tych trzymających pistolet w ręku strzelił do matki. Ja w tym momencie zacząłem uciekać za dom, a potem w pole do lasu. Słyszałem kilka strzałów. Wywróciłem się i udałem zabitego. Siostry i sąsiadki zostały wepchnięte do domu. Dom podpalono”.
Tak w bardziej szczegółowym ujęciu wyglądały działania, które obecnie w ramach kultu „Żołnierzy Wyklętych” są przedstawiane jako „bohaterska walka z komunizmem” i „walka o wolną Polskę”. Tego rodzaju akcje przeprowadzano w wielu miejscach. W niektórych wypadkach żołnierze próbowali, grożąc śmiercią, zmusić swoje ofiary do przyjęcia katolicyzmu – np. akcja NZW we wsi Drochlin. Podobną działalność prowadziły NSZ. Przykładem może być tu mord na ludności żydowskiej w Przedborzu oraz mord na ludności pochodzenia ukraińskiego w Wierzchowinach (najstarsza ofiara miała w tym wypadku 92 lata, najmłodsza 2 tygodnie). Ponadto sporo osób – w tym działaczy Armii Krajowej – wyłącznie za żydowskie pochodzenie czy wyraźne liberalne poglądy, trafiło na listy proskrypcyjne NSZ.
Pojawiający się czasem argument okrutnych realiów wojny, podczas której zawsze ma dochodzić do pewnych incydentów, jest pokrętną próbą odwrócenia uwagi od istoty problemu. Faktem jest, że rabunków, gwałtów czy mordowania ludności dopuszczali się żołnierze z różnych formacji, w wielu krajach. Jest jednak różnica pomiędzy systemami, które za takie zachowania karały – a organizacjami takimi jak NSZ, gdzie działania te były spójne z ich politycznymi celami, znajdowały usprawiedliwienie w ich ideologii oraz były inspirowane działającą tam propagandą – wskazującą na niekatolików jako „komunistów” i „wrogów ojczyzny”, których należy zwalczać i dla których nie powinno być w Polsce miejsca.
Podobną nieprzypadkowość terroru widać w działalności zagranicznych organizacji katolickich tamtego okresu. Na przykład Manuel Tuñón de Lara, Julio Valdeón Baruque i Antonio Domínguez Ortiz w książce „Historia Hiszpanii” piszą, że „masowych zbrodni dopuszczały się wprawdzie obie strony, jednakże w obozie frankistowskim były one realizowane lub tolerowane odgórnie, mieściły się w koncepcji prowadzenia wojny, traktowano je jako narzędzie walki, „wojenną konieczność”. Po stronie republikańskiej natomiast krwawy terror nie należał do arsenału politycznej broni; był on zresztą wysoce nieopłacalny dla rządu, gdyż spontaniczny i wymykający się spod kontroli stawał się nieselektywny, nie paraliżował wroga, a jedynie dostarczał argumentów antyrepublikańskiej propagandzie” Masowy terror – mający swoje uzasadnienie w katolicyzmie, był więc cechą charakterystyczną i wspólną tak samo dla Falangi Hiszpańskiej, Ustaszy czy Słowackiej Partii Ludowej, jak i NSZ i NZW.
Kwestia politycznych dążeń NSZ i innych tego rodzaju formacji jest często w ogóle pomijana. Wyeliminowanie całych grup społecznych było zaś jednym z ich ideowych celów – drogą do budowania wspomnianego państwa katolickiego, czystego od wszelkich przejawów odmienności politycznej, wyznaniowej czy etnicznej. Takie dążenia w Polsce widoczne były zresztą już przed wojną. Przykładem nastawienia na powolne wykluczanie pewnych części społeczeństwa, może być tutaj idea getta ławkowego dla żydowskich studentów, forsowana m.in. przez ONR (którego ideologiczną kontynuacją były NSZ).
Jak wyglądałaby Polska, którą chciały budować NSZ i NZW – i jak wyglądałoby samo jej tworzenie – można zobaczyć na przykładach innych państw tamtego okresu, w których opcja katolicka przejmowała władzę – jak Chorwacja pod rządami Pavelicia. Węgry pod rządami Szálasiego, Hiszpania władana przez Franco (wraz z poprzedzającym okresem wojny domowej), Włochy rządzone przez Mussoliniego czy Słowacja pod wodzą Tiso. Wszystkie te państwa były totalitarne. Katolicyzm potępia demokrację, za jedyne akceptowalne systemy uznając monarchię i dyktaturę (Leon XIII – „Diuturnum illud”). Potępia również wolność słowa i wolność wyznania (Grzegorz XVI – „Mirari vos”, Leon XIII – „Libertas’, Pius IX – „Quanta cura”, Pius XI – „Divini Redemptoris”). Dla niepodporządkowanych przewiduje karę śmierci. Wedle nauk Kościoła Katolickiego, każdy akt okrucieństwa wobec ludzi o innych poglądach, jest działaniem słusznym. Święty katolicki – Tomasz z Akwinu („Summa theologiae”), nakazuje karać śmiercią heretyków, by nie rozprzestrzeniali heretyckiej myśli. Inny katolicki święty – Bernard z Clairvaux („Liber ad Milites Templi de laude novae militiae”) – naucza, że mordowanie niewiernych jest dla katolika powinnością. W państwach tych normą więc były represje wymierzone w ludzi cechujących się innymi poglądami politycznymi, wyznaniem, orientacją seksualną czy pochodzeniem etnicznym (które utożsamiano z wyznaniem lub służeniem obcym interesom).
W Chorwacji, Hiszpanii, Portugalii i Austrii w celu więzienia i eliminacji takich osób tworzono obozy koncentracyjne – np. Jasenovac, Stara Gradiška, Ciglana, Castuera, Formentera, Miranda de Ebro, Tarrafal, Wöllersdorf, Kaisersteinbruch. Słowacja i Węgry wysyłały swoje ofiary do obozów nazistowskich. Powszechna była mowa nienawiści. Na przykład w Chorwacji, w dzienniku „Novi List” franciszkanin Dionizije Juričev uświadamiał, że zabijanie siedmioletnich dzieci nie jest złe. Na łamach pisma „Katolički tjednik” (25 maja 1941 roku) można było przeczytać: „Są granice miłości. Ruch wyzwolenia świata od Żydów to ruch prowadzący do odnowy godności człowieka. Stoi za nim wszechwiedzący i wszechmocny Bóg”.9 Hiszpański generał Gonzalo Queipo de Llano postulował, żeby wymieszać mięso i krew „komunistów” (czyli wszystkich zwolenników republiki) i użyć ich jako zaprawy przy budowie kościołów. Biskup Kartaginy Miguel de los Santos Díaz Gómara mówił: „Błogosławione niech będą armaty, jeśli w lejach, które otwierają, zakwitną słowa Ewangelii”. Kardynał Isidro Gomá y Tomá w liście pasterskim z 24 listopada 1936 roku określa zaś przemoc sił Franco jako „prawdziwą krucjatę o religię katolicką”.
W Hiszpanii, po upadku republiki, zaczęto rozprawiać się z jej pozostałościami. Kościół Katolicki otrzymywał od państwa liczne przywileje. Przekazywano mu wydawnictwa i szkoły. Znoszono wolność słowa, wolność wyznania i wolność zgromadzeń. Zdelegalizowano małżeństwa cywilne i rozwody. Pozamykano niekatolickie kościoły. Nauka religii katolickiej w szkołach i płacenie podatków na rzecz prywatnych katolickich szkół stały się obowiązkowe. Wprowadzono kary za homoseksualizm i rozpowszechnianie środków antykoncepcyjnych. Rodzinom podejrzanym o niekatolickie poglądy, odbierano dzieci — które następnie sprzedawano do bogatych rodzin katolickich. Choć obozy koncentracyjne w Hiszpanii nie były typowymi obozami śmierci, to ludzie również ginęli tam w dużych ilościach np. przez wykańczającą pracę. W Chorwacji organizowano masowe mordy i brutalne egzekucje poprzedzone nierzadko torturami – np. obdzierano ludzi żywcem ze skóry, fragmentowano za pomocą pił i siekier, wyłupywano oczy, odcinano języki i nosy, kobietom obcinano piersi, nabijano dzieci na pale. Bywało, że tego rodzaju mordów dokonywali sami zakonnicy franciszkańscy.
Falangę Hiszpańską czy Ustaszy cechował katolicki fundament tak samo, jak NSZ i NZW, które odziedziczyły go po przedwojennych organizacjach chcących budować katolicką Polskę. Tak samo cechował je również terror, uzasadniany katolicką retoryką. Śmiało można więc uznać, że działacze NSZ i NZW walczyli o taki właśnie porządek, jaki zaistniał w Chorwacji czy Hiszpanii. Gdyby nie stanowili niewielkich oddziałów partyzanckich w państwie opanowanym przez komunistów, a warunki pozwoliły im urosnąć w siłę – najprawdopodobniej tak jak ich zagraniczne odpowiedniki, również wprowadziliby masowy terror. Dziś – jako „Żołnierze Wyklęci” – są zaś symbolem swoich czynów i dążeń.
Promocja „Żołnierzy Wyklętych”, ich kult – stanowią tym samym pośrednie szerzenie nienawiści. To nie tylko promowanie ksenofobicznych, totalitarnych, antywolnościowych idei, którymi kierowały się NSZ czy NZW, ale i wskazywanie przykładu „właściwych” postaw. Sugerowanie, że jacyś ludzie są „bohaterami” i „patriotami”, ponieważ zabijali za samą odmienność — jest sugestią, że takie działania są słuszne i pożądane. Z drugiej strony, wskazuje się w ten sposób, że każdy współczesny człowiek o podobnych cechach jak ofiary „Żołnierzy Wyklętych” – jest też zły, że jest „komunistą”, „wrogiem ojczyzny” i nie powinno być dla niego miejsca w otaczającej rzeczywistości, a krzywdzenie go nie jest niczym niestosownym.
Z tego względu kult „Żołnierzy Wyklętych” upodobały sobie środowiska pseudokibicowskie. Niegdyś agresja ich była związana prawie wyłącznie z barwami klubowymi oraz wątkami nazistowskimi. Kult „Żołnierzy Wyklętych” – tymczasem, nie dość, że uzasadnia nienawiść i przemoc wobec odmienności, to jeszcze został wypromowany w Polsce jako coś pozytywnego. Tak też pseudokibice zaczęli utożsamiać się z „Żołnierzami Wyklętymi”. Bywa więc, że groźby, przemoc i akty wandalizmu są przez nich uznawane za wyraz „patriotyzmu”. Wszelkie działania policji, polityków, organizacji społecznych czy publicystów wymierzone w tych pseudokibiców — są natomiast przez nich przedstawiane jako działania uderzające w „patriotów” i za tym porównywanie do prześladowań komunistycznych.
Jak utożsamianie mordowania ludzi z „patriotyzmem”, stanowić może bezpośrednią motywację do aktów agresji, racjonalizację takich zachowań lub usprawiedliwienie dla bandytyzmu — pokazuje sprawa z Legnicy, gdzie w 2015 roku pewien mężczyzna dokonał morderstwa na dwóch starszych małżeństwach. W lutym zaatakował parę z ulicy Oświęcimskiej. Starszego mężczyznę obalił na ziemię uderzeniem młotka w głowę. Potem zabił nim jego żonę. Kiedy usłyszał, że leżący mężczyzna wydaje z siebie jakieś dźwięki, wrócił do niego, zadając mu kolejne ciosy młotkiem – łącznie około 12. W sierpniu zaatakował zaś starszą parę z ulicy Głogowskiej, której remontował dom. Kobietę tłukł młotkiem w głowę i inne części ciała. Dodatkowo zadał jej kilka dźgnięć przy pomocy noża kuchennego. Łącznie wykonał około 31 ciosów. Podobnie przy pomocy młotka i noża zabił jej niepełnosprawnego męża, leżącego w łóżku w pomieszczeniu obok. Przed sądem twierdził, że zrobił to, bo został „wychowany w duchu patriotycznym”. Bronił się, usprawiedliwiając swój czyn tym, że wykonał egzekucję na „zdrajcach” narodu, „komunistach” i ludziach obrażających „patriotów”.
Kult „Żołnierzy Wyklętych” jest więc nie tylko wypaczaniem historii, ale zakamuflowaną pozytywnymi pozorami formą promocji ksenofobii, antywolnościowych idei, nienawiści i agresji. Dzięki temu kultowi, z jednej strony – pewne środowiska, które są świadome zbrodni „Żołnierzy Wyklętych”, mogą je oficjalnie pochwalać. Z drugiej – mogą reagować pozorowanym oburzeniem, gdy ktoś te zbrodnie potępi – nazywając to „atakiem na polskich patriotów”, „oczernianiem Polaków” i domagając się na tej podstawie cenzury. Aby w podobny sposób uciszyć krytyków i mieć niekrępowaną możliwość promocji organizacji takich jak NSZ – Prawo i Sprawiedliwość próbowało na przykład wprowadzić w 2013 roku prawny zakaz jakiegokolwiek publicznego oskarżania polskich „antykomunistycznych” partyzantów o udział w masowych zbrodniach.
Eksponowanie kultu „Żołnierzy Wyklętych”, powiązane chęcią uciszania jego krytyki, jest zresztą dla partii katolickich, nie tylko narzędziem szerzenia nienawiści, ale i nośnikiem innych niejawnych sygnałów kierowanych do wyborców. Metodę taką czasami określa się jako „psi gwizdek” (od angielskiego „dog whistle”), co jest odwołaniem do działania gwizdka wysyłającego dźwięk o częstotliwości słyszalnej dla psa, ale nie dla człowieka. W tym wypadku, do własnego, świadomego elektoratu dociera komunikat sugerujący, że partia taka gotowa jest akceptować ksenofobię, agresję, pochwalanie zbrodni i totalitarnych dążeń. Nieświadoma część społeczeństwa nie słyszy zaś nic poza pozytywnymi hasłami o patriotyzmie, wolności i walce z komunizmem. Rozprzestrzenianie się kultu NSZ i NZW to jednak nie tylko wina ugrupowań katolickich. To również wina polityków uważających się za liberałów – którzy kierując się wyłącznie własnym interesem, skłonni są celowo to zjawisko ignorować lub nawet je wspierać.
Brak reakcji na kult „Żołnierzy Wyklętych”, akceptowanie go czy nawet wspieranie jego ekspansji, buduje patologiczną sytuację w sferze społecznej i politycznej, pomaga zaburzać funkcjonowanie prawa i wypaczać debatę publiczną. Przyczynia się również do kreowania negatywnego wizerunku Polski, jako państwa przemilczającego niewygodne dla siebie fragmenty historii oraz gloryfikującego zbrodniarzy. Doprowadzono w ten sposób do stanu, w którym można legalnie promować totalitarne dążenia, agresję i uprzedzenia — jednocześnie zamykając usta tym, którzy to potępiają. Ludzie nieświadomi historii organizacji takich jak NSZ, mogą natomiast w pozorowanym duchu patriotyzmu i oporu wobec totalitaryzmu komunistycznego – być łagodnie przeciągani na stronę zwolenników ksenofobii, nacjonalizmu i alternatywnej tyranii. Kult „Żołnierzy Wyklętych” przemyca bowiem przez barierę akceptacji tych ludzi, pochwałę czynów i idei, z którymi normalnie by się nie zgodzili. Dzięki opakowaniu tego kultu w patriotyzm i pozytywny wydźwięk, takie osoby, nawet jeżeli faktycznie nie pochwalają jego obiektu, to przynajmniej będą go akceptować a w ich umysłach powstanie filtr, skutkujący odrzucaniem jakiejkolwiek krytyki bojówkarzy nazywanych „Żołnierzami Wyklętymi”.

Dwieście lat Belwederu

Traf sprawił, że 100 rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę zbiega się z 200 rocznicą wzniesienia warszawskiego Belwederu (1818). Mariusz Kolmasiak przygotował gruntowne studium o dziejach tego klasycystycznego pałacu, sięgających do naszych niemal dni, który choć okazałością, skalą fizyczną, klasą architektoniczną czy metryką nie dorównuje wielu najsłynniejszym historycznym budowlom polskim, to kumuluje w swych murach niezwykle istotne fragmenty nowożytnych dziejów Polski, jak choćby pierwsze godziny Powstania Listopadowego i ucieczkę Wielkiego Księcia Konstantego, czy bytowanie i urzędowanie w nim Józefa Piłsudskiego (1926-1935), a po 1945 roku prezydenta PRL Bolesława Bieruta oraz kolejnych przewodniczących Rady Państwa PRL oraz trzech spośród sześciu prezydentów RP wybranych po 1989 roku, którzy wybrali Belweder na swoją stałą siedzibę (Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa przez część kadencji i Bronisław Komorowski). To uzmysławia, że chociaż znacznie krócej niż krakowski Wawel czy Zamek Królewski w Warszawie, także Belweder był przez szereg lat jednym z ważnych centrów władzy państwowej.
Praca Kolmasiaka jest jednocześnie historią polityczną Belwederu, portretem jego kulturowego i architektonicznego charakteru, a także opisem niezliczonych przemian w sferze wyposażenia wnętrz obiektu. Na miarę możliwości wynikających z zasobu dokumentacji autor studium ukazał liczne metamorfozy wnętrz Belwederu, choć oczywiście nie był w stanie zapisać i utrwalić każdego z zaistniałych ukształtowań i z tego powodu niejeden kształt wnętrza pałacu pozostanie poza możliwością udokumentowania go. W niejednym przypadku musiał się więc autor posiłkować hipotezami. Sprawia to, że opisana historia przypomina bardziej sekwencję stopklatek niż film o nienaruszonej ciągłości, ale to nie umniejsza atrakcyjności tej książki. Parkowe otoczenie pałacu zostało wspomniane jedynie marginalnie, autor skoncentrował się na samej budowli, za to gruntownie, włącznie z uwzględnieniem piwnic i oficyn bocznych. Proporcje chronologiczne narracji autora preferują okres po 1918 roku. Temu okresowi poświęcone jest prawie dwie trzecie objętości książki. Okresowi 1818 – 1918 zostało poświęcone około osiemdziesięciu stron, podczas gdy nieco więcej stron samemu tylko okresowi XX-lecia II RP. Ciekawie ilustrowana, pełna także rozmaitych dygresyjnych smaczków o posmaku anegdotycznym, praca Mariusza Kolamasiaka jest frapująca zarówno dla historyka i miłośnika historii, jak i dla historyka kultury czy historyka sztuki.

Mariusz Kolmasiak – „Belweder 1818-2018”, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2018, str. 367, ISBN 978-837399-791-2.

Historia po francusku

Popularną opowieść o historii Polski dla odbiorcy francuskojęzycznego przygotowało wydawnictwo Editions Spotkania. Obejmuje ona dzieje Polski od ich mitologicznego zarania po niemal naszą teraźniejszość, jako że opowieść otwiera reprodukcja obrazu Maksymiliana Piotrowskiego „Śmierć Wandy” (1859), tej „co nie chciała Niemca”, a kończą fotografie przedstawiające pomnik smoleński przy placu Piłsudskiego w Warszawie oraz aktualną parę prezydencką. Autor, prof. Piotr Biłos, literaturoznawca, zajmujący się przede wszystkim literaturą i kulturą polską (m.in. „Powieściowe światy”, studium o prozie Wiesława Myśliwskiego) jest zanurzony także w kulturze francuskiej, co pozwoliło mu na klarowne wyłożenie historii polskiej z myślą o odbiorcy francuskim, ale także czytelnik polski, o ile czyta w języku francuskim, może znaleźć w tej pracy wiele interesującego dla siebie. Ujęcia historii czy dziejów kultury przygotowywane z myślą o cudzoziemcach, właśnie przez swoją szczególnie pożądaną klarowność interpretacji zdarzeń i procesów historycznych, a także przez kryteria doboru postaci i zagadnień, pozwalają znaleźć w nich to, czego brak nieraz w ujęciach przygotowywanych z myślą o czytelniku rodzimym, w tym pewien rodzaj starannej klarowności wykładu. Także francuska warstwa językowa pozwala spojrzeć polskiemu czytelnikowi – czytającemu po francusku – na własną historię niejako świeżym okiem. Czyta się więc „La Pologne” Biłosa z prawdziwą przyjemnością, która wzmocniona jest o piękną szatę graficzną oraz ikonografię na wysokim poziomie edytorskim.

Piotr Biłos – „La Pologne. Precis d’histoire”, Editions Spotkania, Warszawa 2018, str. 309, ISBN 978-83-7965-384-3.

Władcy Polski. Reaktywacja

Znakomity to pomysł i wspaniała, ogromnie cenna edycja. Dzięki benedyktyńskiej pracy dwojga historyków i dziennikarzy możemy powrócić do zamierzchłej historii polskiego królestwa (nie mylić z Królestwem Polskim), od – chciałoby się rzec – Mieszka I, choć ta edycja sięga jeszcze bardziej wstecz, do „władców legendarnych”, do Stanisława Augusta Poniatowskiego. Dzięki tej pracy, nieco już spetryfikowana, wyblakła, przykurzona pamięć i wiedza wielu z nas o panowaniu książąt i królów polskich, jakby w bursztynie zatopiona w w cyklu portretów Jana Matejki (słynny „Poczet Krollów i książąt polskich”) i w mniej popularnym cyklu Marcelego Bacciarellego. Jak bardzo ta wiedza jest na ogół wyblakła, zaprzeszła, w stanie właściwie zaniku, uświadamia mi moje własne doświadczenie z czasów dzieciństwa szkolnego. Wtedy to, w latach 60-tych uczniowie, w tym ja, okładali podręczniki i zeszyty w papierowe okładki, ozdobione barwnymi miniaturowymi reprodukcjami wizerunków władców Polski, zaczerpniętych z portretów pędzla Matejki. Wtedy sięgałem po wiedzę o tych władcach, i z podręczników i z innych publikacji, ale do większości postaci z pocztu królów i książąt polskich już gruntowniej nie powróciłem. I oto jest znakomita okazja. Mirosław Maciorowski i Beata Maciejewska przeprowadzili rozmowy z dziewiętnastoma historykami, od seniorów-mediewistów, rocznik 1930, Henryka Samsonowicza i Jerzego Wyrozumskiego po najmłodszych w tym gronie Adama Perłakowskiego (1973) i Przemysława Wiszewskiego (1974). We wstępie do tego obszernego tomu dziennikarze-interlokutorzy naukowców napisali: „Anglicy i Francuzi uczynili ze swoich władców produkt eksportowy – dzieje krwawej Margot, Henryka VIII, królowej dziewicy Elżbiety I czy Elżbiety II weszły do popkultury i są znane milionom ludzi na całym świecie. Przy nich polscy monarchowie, zasuszeni w „Poczcie” Matejki, wydają się nudni i prowincjonalni. A przecież historia Polski jest równie pasjonująca i dramatyczna. Napędza ją bezwzględna rywalizacja o władzę i sukcesję, są w niej zdrady i sojusze, dworskie intrygi i romanse, nie brakuje walki na śmierć i życie. Jest też bogata warstwa codziennego, w której zachodnie wpływy zderzają się z sarmackim rozpasaniem. W 49 wywiadach tworzących książkę „Władcy Polski. Historia na nowo opowiedziana” (…) próbowaliśmy przyjrzeć się ludziom na szczytach władzy: jak podejmowali decyzje, kiedy naszymi dziejami rządził przypadek, a komu udało się osiodłać kobyłę historii”. Rozpoczynając lekturę tego tomu wchodzimy najpierw w strefę „Zarania”, czyli opowieść o władcach legendarnych i półlegendarnych, od Popiela i Piasta po nieznaną część biografii Mieszka I, jego tajemniczego syna (N.N) oraz Czcibora, a następnie wkraczamy na bogato ilustrowany szlak bardziej już rozjaśniony przez badaczy, ale dzięki narracji współczesnych nam historyków to rozjaśnienie staje się jeszcze intensywniejsze, a także bardziej dostosowane do współczesnych nam pojęć. Kończy tom lakonicznie sformułowana dygresja o pokusach sięgnięcia po polską koronę już po abdykacji Stanisława Augusta Poniatowskiego i III rozbiorze, od próby z czasów Księstwa Warszawskiego po ustanowienie Królestwa Polskiego przez carów rosyjskich (1815), którzy do końca istnienia caratu (1917) używali tytułu „króla Polski”. Wspaniała, ożywcza jak źródlana woda lektura, odświeżająca „zasuszoną” i „przykurzoną” u większości z nas, historyczną wiedzę o dziejach polskich.

Mirosław Maciorowski. Beata Maciejewska – „Władcy Polski. Historia na nowo opowiedziana”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, str. 1263, ISBN 978-83-268-2720-4.

 

Kucharka od kuchni

Każdy w Polsce zna jej nazwisko, choć nie każdy potrafi je wymówić. Każdy słyszał o jej książce, ale nie każdy przeczytał ją od deski do deski. Znane są jej przepisy – zwłaszcza ten na flaki – dziedzictwo kultury narodowej, ale poglądy autorki, jej działalność społeczna nie były znane.

Lucyna Ćwierczakiewiczowa, najsłynniejsza polska kucharka, urodziła się w niepolsko brzmiącej rodzinie. Dodatkowo jej rodzice, Fryderyk Bachman, radca prawny w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu i Henrietta z Bucklingów byli wyznania ewangelickiego.
Panna Lucyna nie doświadczyła szkolnej edukacji, poza krótkim pobytem na pensji dla zamożnych panien. Na swe szczęście dostała wykształcenie domowe, stosowne dla ówczesnych panien. Matka podsuwała jej książki z rodzinnej biblioteki, zaprzyjaźniony pastor uczył ją religii i protestanckiego etosu pracy, a zatrudniane nauczycielki – grać na fortepianie i śpiewać włoskie arie operowe. No i mówić po francusku, co jej się bardzo potem przydało. Wszystko po to, aby łatwiej było jej, jak każdej ówczesnej pannie, zabiegać o udane zamążpójście. Zwłaszcza, że jako niska, pulchna szatynka, nie mogła konkurować z innymi urodą.
Jej pierwsze małżeństwo z Feliksem Staszewskim zakończyło się rozwodem. Ojciec Feliksa był zadłużony u ojca Lucyny. Dzięki mariażowi rodzina Staszewskich pozbywała się długu, a rodzina Bachmanów nie musiała wypłacać posagu w gotówce. Feliks Staszewski nie czuł miłości, ani wdzięczności , ani krztyny lojalności. Żył jak ówczesny polski ziemianin. Marzył o wielkich interesach, przyziemne gospodarstwo domowe zaniedbywał, pieniądze na hulankach tracił.
Żonę swoją lekceważył i zdradzał. Wielokrotnie pewnie, bo zaproponowany przez nią rozwód odbył się bez jego oporów. A mógł go długo blokować, bo zgodnie z obowiązującym kodeksem Napoleona, kobieta była prawną własnością mężczyzny.
Z drugim mężem, inżynierem Stanisławem Ćwierczakiewiczem, stworzyli udany związek. Uczuciowy i biznesowy, Ćwierczakiewicz zaaprobował emancypację społeczną swej żony. Nawet kiedy stawała się facetem w ich związku. Co ciekawe, pani Lucyna swój drugi ślub zawarła w obrządku katolickim, chociaż kościelnego unieważnienia wcześniejszego sakramentu małżeństwa nie było. Ale i wtedy księża katoliccy potrafili pokazać swe dobro, dobrem materialnym zachęceni.
Biznesmenka
W 1860 roku ukazało się dzieło jej życia. Do dzisiaj wydawane, powielane, cytowane, parodiowane. Książka „365 obiadów za 5 złotych przez Autorkę Jedynych praktycznych przepisów Lucynę C”. Pierwsze tysiąc pięćset egzemplarzy szybko zniknęło z księgarni. Głównie za sprawą szeptanej reklamy, chociaż prasowe recenzje też były pochlebne. Od czasu wydawniczej premiery do śmierci autorki w 1901 roku, ukazało się dwadzieścia wznowień tej książki, każde przynajmniej w kilkutysięcznym nakładzie.
Ten niewątpliwy bestseller wydawniczy miał większą sprzedaż niż książki popularnego Bolesława Prusa. Jej przyjaciela i wiernego czytelnika. To Prus określił ją mianem „kucharki narodowej” dostrzegając w jej publikacjach wielką edukacyjna, wręcz cywilizacyjną rolę.
Bo Lucyna Ćwierczakiewiczowa była nie tylko „panią od obiadów”. Autorką przynajmniej dziesięciu, stale wznawianych książek kucharskich i poradników dla gospodyń domowych. Redaktorką 26 roczników firmowanych swym nazwiskiem Kalendarzy, czyli zbiorów przepisów, praktycznych porad, mądrości życiowych, wzbogaconych wierszami i krótkimi opowiadaniami.
Przez wiele lat prowadziła własne wydawnictwo, które wydawało jej książkowe poradniki i kalendarze. Swoją firmę znakomicie reklamowała, bo była też prekursorką sztuki promocji. Prowadziła dział mody i gospodarstwa domowego w popularnym tygodniku „Bluszcz”, współpracowała z „Kurierem Warszawskim”.
Od 1870 roku prowadziła przy Królewskiej 3 salon, gdzie podejmowała opiniotwórczych gości przygotowanymi przez siebie daniami. Gdzie od sztuki mięsa przechodzono do dyskusji o sztukach pięknych i sztuce życia.
Była wszędzie, gdzie wypadało jej być. Na balach, zwłaszcza dobroczynnych, teatralnych premierach, kulinarnych wystawach. Prowadziła trzymiesięczne kursy przysposobienia kulinarnego i prowadzenia domu dla pań. Została ówczesną celebrytką, ale ciężko na taką pozycję zapracowała. Jej pracowitość i aktywność wzbudzała w tradycyjnie zawistnym, polskim społeczeństwie zazdrość. „Jest jak rtęć, wszędzie się wciśnie”, powtarzano złośliwie.
Jeszcze większą zawiść budziły jej zarobki. Jak podliczono, w 1884 roku, jej działalność pisarsko – wydawnicza przyniosła w ciągu 24 lat równowartość czterech folwarków albo dwóch solidnych warszawskich kamienic. Było czego jej zazdrościć, było za co ją nienawidzić.
Feministka zza garów
Wszystko to osiągnęła w czasach kiedy kobiety nie miały praw wyborczych. Nie studiowały na polskich uczelniach. Kiedy deklaracja „Szlachta nie pracuje” uważana była za dowód nobilitacji, wysokiej pozycji społecznej, polskości wręcz. Kiedy szlachectwo oznaczało zbytek, często pokazową, ostentacyjną konsumpcję.
To przekładało się też na codzienne jedzenie. Obfite, tłuste, niezdrowe i często zwyczajnie niesmaczne. I wtedy ona dokonała rewolucji gastronomicznej. Zaczęła od wpajania Polkom i Polakom podstawowych zasad higieny. W jej wzorowej kuchni musiało być przede wszystkim czysto. Dlatego napisała „Poradnik porządku i różnych nowości gospodarskich”. Wpajała swoim kursantkom, że dobre, czyli smaczne gotowanie trzeba zacząć od wyszorowania kuchni. I dodatkowo salon, jadalnie też trzeba regularnie sprzątać. Dopiero potem można zacząć gotować.
Jej przepisy na obiady „za pięć złotych” propagowały zwykle dania polskie, robione z polskich lub dostępnych w Polsce składników. Dzisiaj niektóre, jak „dwa funty masła”, brzmią egzotycznie i wystawnie. Ale w przeciwieństwie do ówcześnie modnej, wzorowanej na magnackiej kuchni, jej przepisy były dostosowane do potrzeb rodzin mieszczańskich i zubożałego ziemiaństwa. Smakowo, wagowo i cenowo. Wśród tych wykwintnie brzmiących przepisów znajdziemy też dania skrojone na biedną kieszeń.
Żwawa, ruchliwa Ćwierczakiewiczowa przez całe życie próbowała zaktywizować zawodowo polskie kobiety. Namawiała je do prowadzenia działalności gospodarczej. Produkcji nalewek, ziół, hodowli jedwabników, sztucznych kwiatów, krawiectwa. Kobieta pracująca uwalniała się bowiem od męskiej dominacji i kurateli. Warto przypomnieć, że w tamtych czasach „porządnym kobietom” nie wypadało wejść do restauracji lub kawiarni.
Zasłynęła walką z plagą kołtuna na polskiej wisi i emocjonalną „klątwą” rzuconą na arcybiskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego podczas mszy w warszawskiej katedrze św. Jana w 1862 roku.
Była też ofiarą zbiorowego medialnego hejtu . Bo uzależniona od mediów, jak dziś wielu od Facebooka, opublikowała w prasie listę swych opinii o swoich pannach służących. Krzywdząc tym wiele swe dawne panie służące też kobiety pracujące.
Celebrytka zapomniała, że intymnych kuchennych sekretów nie wynosi się na zewnątrz. Straciła wtedy dobry smak.

Marta Sztokfisz: „Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, str. 356, ISBN: 978-83-08-06593-8.

Renta historyczna i podobne idée fixe

To nowe pojęcie za sprawą Sławomira Sierakowskiego ujrzało światło dzienne, ale miejmy nadzieję, że niedługo pożyje.

 

Zaczynając od podstaw, renta to nic innego jak dochód; może być pewnego rodzaju świadczeniem (inwalidzka, socjalna, rodzinna i inne) albo pochodzić z posiadanego kapitału, np. odsetki od obligacji itp. Znane jest także pojęcie renty feudalnej jako systemu świadczeń na rzecz feudała (pańszczyzna, danina, czynsz).

 

„Rentę historyczną”

eryguje Sierakowski na Onecie przy rozważaniach o aktywnym poparciu Niemiec dla budowy rurociągu Nord Stream 2. Poza względami ekonomicznymi, które podkreśla, uważa ponadto, że liczący się wpływ na taką, nie solidarnościową i prorosyjską, postawę rządu niemieckiego ma liczący się wpływ „rosyjska renta historyczna”. I dalej: „Nie chodzi jednak tylko o gospodarkę. Rosja po II wojnie światowej może liczyć na dodatkowe względy w Niemczech z powodów historycznych. Nad Renem i Szprewą pamięta się, że w II wojnie światowej zginęło 20 mln Rosjan. Nie pamięta się najczęściej, że to wcale nie byli sami Rosjanie, tylko obywatele Związku Radzieckiego i w tych liczbach jest przynajmniej 3 mln Ukraińców służących w Armii Czerwonej. Co nie zmienia faktu, że niemieckie zbrodnie na Wschodzie rzeczywiście należą do najbrutalniejszych, jeśli holocaust potraktować jako osobną kategorię. Zagłodzenie prawie trzech milionów jeńców Armii Czerwonej albo milion ofiar oblężenia Leningradu, to w Niemczech fakty jako tako znane opinii publicznej. Dlatego do dziś trudno jest Niemcom rozliczać Rosję z moralności.”

 

Niewiele w tym rozumowaniu

trzyma się logiki, przede wszystkim nie bardzo wiadomo o jakie niemoralne rosyjskie czyny tu chodzi. Jeśli o aktualny konflikt na Ukrainie, o którym też rozpisuje się autor, to wymyka się on takiej ocenie, będąc głównie skutkiem i wyrazem, znanych dobrze z historii, działań różnych mocarstw o rozszerzanie sfer swoich wpływów. Podobnie, wiązanie projektów businessowych z moralnymi zasadami niewiele ma wspólnego, bowiem w obu sytuacjach nadrzędnym jest określony interes ekonomiczny, polityczny czy też militarny. Sorry Winnetou, ale takimi to zasadami rządzi się świat od wieków.
Równie nietrafnym jest przypomnienie o śmierci milionów Ukraińców, stanowiące kulawe nawiązanie do współczesności. Sierakowski naśladuje tu niejako Grzegorza Schetynę, który w swoim czasie twierdził, że obóz koncentracyjny w Oświęcimiu wyzwolili nie Rosjanie a Ukraińcy – żołnierze 60. armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego. Jeden z wykształcenia socjolog, a drugi historyk, ale razem nie wiedzą skąd pochodziły nazwy radzieckich frontów i jakiej państwowej przynależności żołnierze na nich walczyli.
Ale nie to w rozumowaniu Sierakowskiego jest najważniejsze, bowiem próbuje on wytłumaczyć współczesne niemieckie decyzje przeszłością. Powróćmy więc do niej.

 

Kontakty niemieckie z Rosją

datują się zapewne wcześniej niż książę Holsztynu Karl Peter Ulrich von Holstein-Gottorp (wnuk Piotra I) zasiadł w 1762 roku na tronie imperatorów Rosji jako Piotr III Holstein-Gottorp-Romanow. Dotyczyły one niemieckiego handlu, rzemiosła, nowych produktów i wytworów, elementów kultury.
Ale nie tylko w tych obszarach, bowiem wśród małżonek rosyjskich carów były m. in.: przyszła caryca Katarzyna II Aleksiejewna Wielka, urodzona jako Sophie Friederike Auguste von Anhalt-Zerbst w Szczecinie, Aleksandra Fiodorowna, urodzona jako Fryderyka Luisa Charlotta Wilhelmina Hohenzollern – od 1825 cesarzowa Rosji jako żona cara Mikołaja I, i również Aleksandra Fiodorowna, żona ostatniego cara Rosji Mikołaja II, urodzona jako Wiktoria Alicja Helena Ludwika Beatrycze w Hesji-Darmstadt. Władczynie zapewne nie tylko swoje damy do towarzystwa przywoziły do, z niemiecka nazwanego, Sankt Petersburga. Liczące się wpływy niemieckie utrzymywały się też oczywiście poza carskim pałacem, obejmowały szereg dziedzin życia ekonomicznego, politycznego i wielu innych, w zmieniającej się Rosji. I trwały ponad 200 lat, przerywane stosunkowo krótkimi okresami wzajemnych zmagań zbrojnych. Wynikały z bliskości położenia obu państw i wzajemnie czerpanych, pełnymi garściami, korzyści: Niemcy pozyskiwali surowce, ale także osiągali spore korzyści z udziału w modernizacji Rosji, Rosja przede wszystkim to drugie m. in. poprzez dostęp do wysoko kwalifikowanych kadr, nowoczesnych sposobów zarządzania i rozwiniętej zachodniej techniki. I tak to generalnie pozostało po dziś dzień, bowiem zawsze business is business.

 

Wojny kończące się zwycięstwem

jednej ze stron, oznaczały zajęcie przynajmniej części terytorium pokonanego przeciwnika, podbojem i różnym wykorzystaniem zamieszkującej je ludności oraz kontrybucją, czyli daniną pieniężną, narzuconą w traktacie pokojowym państwu pokonanemu, a dawniej opłatą nakładaną przez władcę na kraj przez niego podbity (haracz, trybut, podatek). Możliwy był również liczący się wpływ zwycięskiego państwa na dalsze losy pokonanego. Dzieje tego świata nie znają jednak, tak opisanego przez Sierakowskiego, pojęcia renty historycznej będącej formą państwowej rekompensaty, po wielu latach i ze względów moralnych, za popełnione w czasie minionej wojny zbrodnicze czyny.
I tak również nie jest w obecnych stosunkach pomiędzy Niemcami a Rosją, acz żadną miarą nie można wykluczyć, że – jak mówi Szczepan Twardoch w ostatnim „Newsweeku”: „poczucie odpowiedzialności za Zagładę leży w samym centrum niemieckiej myśli politycznej i definiuje współczesną polityczność tego kraju” – dotyczy ono również zbrodni hitlerowskich Niemiec na wschodzie. Ale to „poczucie odpowiedzialności” nie ma nic wspólnego z poparciem państwa niemieckiego dla businessowego projektu budowy wspomnianego Nord Stream 2.

 

Można by przejść

do porządku dziennego, bez tych wszystkich rozważań nad twórczą inicjatywą Sławomira Sierakowskiego, gdyby nie kilka znaczących względów.
Pierwszym jest niebezpieczeństwo uznania, skądinąd fałszywego wyjaśniania rzeczywistości, za prawidłowy sposób jej oglądu. Za pomocą tej renty historycznej można przecież prowadzić również bardzo aktywne kampanie polityczne, także dotyczące licznych polskich spraw.
Drugim osoba autora, który w polskim dyskursie politycznym zajmuje ważące miejsce, co w konsekwencji skutkować może, iż „renta historyczna” – pisana z cudzysłowem bądź bez – wejdzie nie daj Bóg do politologicznego języka i stanie się sposobem opisu i tłumaczenia pewnych wydarzeń.
Trzecim wreszcie powodem niepokoju, związanego z tym nowym pojęciem, jest fakt, że wpisuje się ono – jak mówi wspomniany Szczepan Twardoch – w umacnianie w Polsce, chorej, fałszywej świadomości, i z tego powodu gnijącej od środka.

 

Zjawisko polskiej chorej świadomości,

znane od wielu lat, przejawia się w oglądzie przeszłości, niedawno minionych wydarzeń, jak też w ocenie współczesności.
Opadł już co prawda pył z bitewnych polemik na temat sposobu uczczenia rocznicy odzyskania Niepodległości, ale warto powtórzyć, że po raz kolejny przedstawiono ją w zidealizowanej formie, pozbawionej głębszej refleksji, nie mówiąc już o przykrej niekiedy dla nas prawdzie. Przypomina ją niemiecki historyk Jochen Böhler w książce „Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski” cytując m. in. popularną przyśpiewkę grupy naszych żołnierzy w czasie konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1918—1919 oraz w okresie wojny polsko-bolszewickiej w latach 1919-1920:

Słynny z mordów i grabieży
Dziewiętnasty pułk młodzieży.
Lance do boju, szable w dłoń,
bolszewika goń, goń, goń!
Dziewiętnasty tym się chwali:
na postojach wioski pali.
Gwałci panny, gwałci wdowy,
Dziewiętnasty pułk morowy.
Same łotry i wisielce,
to są Jaworskiego Strzelce.
Bić, mordować —
nic nowego dla ułanów Jaworskiego.
Wroga gnębić, wódkę pić, Jaworczykiem trzeba być.

Te szokujące słowa i czyny, które także wiodły nas na drogach ku niepodległości, nie przystające do bogoojczyźnianych obchodów i obrzędów, są obecnie mało znaczącym wspomnieniem z lat minionych, w stosunku do bardzo dziś aktualnej, kolejnej sentencji Twardocha: „Rozumiem ludzi, którzy czują, że po 1989 r. wydarzył się w Polsce jakiś sukces i pokolenie, które tego dokonało, ma prawo uważać, że zrobiło dla Polski coś ważnego. Rozumiem ich rozgoryczenie i gniew, gdy odbiera się ważność i godność ich wyborom, a PiS stara się to robić. Ale rozumiem równocześnie ludzi, którym godność odebrało traumatyczne i nieopowiedziane doświadczenie transformacji, a potem samozadowolenie liberalnych elit po fałszywym końcu historii.”

 

Rzecz w tym,

że historia trwa nadal, i co prawda nie objawia się w historycznej rencie, ale w jakże podobnych politycznych wyobrażeniach i wyborach Polaków, zainfekowanych chorą świadomością, prowadzącą nas wszystkich, tym razem wspólnie, ku samozagładzie.
To nie jest przepowiednia na Nowy 2019 Rok, a tylko ostrzeżenie przed nadchodzącymi kolejnymi, politycznymi wyborami tego roku.

Dzieje tego świata nie znają opisanego przez Sierakowskiego, pojęcia renty historycznej będącej formą państwowej rekompensaty, po wielu latach i ze względów moralnych, za popełnione w czasie minionej wojny zbrodnicze czyny.

Bajkopisarz

W ostatnim numerze „Plus Minus”, tygodniowego dodatku Rzeczypospolitej, Eliza Olczyk rozmawia z Bartłomiejem Sienkiewiczem. Generalnie jest dobrze, Platforma Obywatelska świetna, idziemy do przodu. W tej sprawie nie będę się spierał. Ale mówiąc o chwale Platformy Pan Minister wspominając rok 2001 mówi: Siła tego środowiska było to, ż wszyscy wtedy wierzyliśmy, iż można zmienić reguły gry. Że to nie jest tak, iż SLD-owski beton, który w 2001 roku zalał Polskę jest nie do podgryzienia. Rodząca się PO potrafiła przeforsować w Sejmie ustawę o bezpośrednim wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, choć przeciwko temu pomysłowi byli PiS, SLD i w ogóle wszyscy”.
Otóż Pan Sienkiewicz mija się z prawdą. Ten postulat był w programie Konwencji SdRP (uprzejmie informuję Pana Ministra, że to poprzedniczka SLD) z 1994 roku. Znalazł się także w programie prezydenckim Aleksandra Kwaśniewskiego. Projekt ustawy zgłosił Klub Parlamentarny SLD w dniu 22 listopada 2001 roku (druk nr 154), swój projekt Platforma złożyła 17 grudnia. Marszałek Borowski zarządził wspólne czytanie, a za odrzuceniem projektu w I czytaniu głosowały Kluby PiS i LPR. W trzecim czytaniu tylko LPR głosował przeciw przyjęciu ustawy, która w ten sposób stała się faktem. Dodam, że w Senacie SLD miał wtedy bezwzględną większość i jednoznacznie ustawę poparł. A Prezydent Aleksander Kwaśniewski (tez z SLD) ją podpisał.
Nie zajmowałbym się tą kwestią, gdyby nie to, że Pan Sienkiewicz reprezentuje szeroki front wymazywaczy lewicy z historii III Rzeczypospolitej. Jak powszechnie wiadomo do NATO wprowadził nas Minister Geremek (sam, bez ówczesnego Prezydenta z SLD i Ambasadora Polski w USA, też związanego z lewicą). Do Unii Europejskiej wprowadził nas Mateusz Morawiecki (Miller z Kwaśniewskim się tylko przyglądali). Panie Ministrze, litości! Chwalmy się własnymi zasługami.

Moi ulubieni księża – Józef Mejer (1743-1825)

Niemożliwy ksiądz – jakobin.

 

Jego nazwisko jest jednym z czterech figurujących (obok Jana Dembowskiego, Kazimierza Konopki, Tomasza Maruszewskiego) na tablicy pamiątkowej, znajdującej się na jednym z filarów galerii stanowiącej część gmachu obecnego Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy (d. Pałac Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu) przy placu Bankowym. Tablica, wmurowana w 1951 roku, w imieniu „stolicy Polski Ludowej”, upamiętnia miejsce działania warszawskiego klubu jakobinów powołanego w dniach insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku. Ksiądz Józef Mejer był jednym z przywódców klubu.

 

Tajemnicza postać „polskiego Marata”

Pozostaje do dziś postacią bardzo tajemniczą o nierozpoznanej w dużym stopniu biografii, a na jego portret czy jakikolwiek wizerunek nie sposób natrafić. Józef Mejer (nazwisko pojawiało się w różnych wersjach: Meyer, Majer, Meier, a jego imieniem chrzestnym był Franciszek) urodził się w 1743 roku, a więc był rówieśnikiem wielu działaczy Wielkiej Rewolucji Francuskiej, od których czerpał inspirację, w tym Jean Paul Marata. Był katolickim zakonnikiem reguły pijarów (w murach zakonnych przebywał w latach 1759-1768), w jakimś momencie zasuspendowanym (zawieszonym w funkcjach kapłańskich) przez biskupa brzeskiego. Przede wszystkim był jednak publicystą, tłumaczem, redaktorem gazet, wydawcą. Początkowo działał w Wilnie, w kręgu bliskim Jakubowi Jasińskiemu, późniejszemu przywódcy tamtejszego kręgu insurekcji kościuszkowskiej, a także Józefowi Zajączkowi. Debiutował w 1771 roku w „Monitorze” pod pseudonimem M. de V. Napisał m.in. „Myśli do utworzenia banku narodowego” (1788), „Prawo natury czyli o związkach naturalnych” (1789) i teksty do licznych broszur o tematyce społeczno-politycznej. Od momentu jej powstania związał się z Kuźnicą Kołłątajowską, a przetłumaczył m.in. z francuskiego „Bibliotekę fizyko-chemiczną” (1788-91), a z niemieckiego dwa dramaty von Kotzebue’go. W 1794 roku zajął się też działalnością edytorską i w Rynku Starego Miasta ( kamienica Rogalskiego, czwarta licząc od Zapiecka, obecnie tzw. strona Kołłątaja) wydzierżawił lokal drukarni, w której edytował propagandowe druki patriotyczne i powstańcze. Wydawał m.in. „Dziennik Uniwersalny”, „Dziennik Handlowy”, „Gazetę Powstania Narodu”, „Gazetę Obywatelską” i „Gazetę Patriotyczną”. Wydał m.in. „Uwagi polityczne nad niniejszymi okolicznościami, mogące służyć za ciąg dalszy historii rewolucji francuskiej” (1794) autorstwa Jean Paul Rabauta Saint Etienne (1743-1793), działacza Konwentu, żyrondysty Po upadku insurekcji kościuszkowskiej i III rozbiorze Rzeczypospolitej znalazł się na emigracji w Paryżu, gdzie wstąpił do tzw. Deputacji Polskiej. Zmarł 15 maja 1825 w Krakowie.

 

Człowiek pisma

Ksiądz Józef Mejer napisał podczas pobytu w Paryżu, w okresie formowania się Legionów Polskich we Włoszech: „Jedna dobrze napisana książka jest więcej warta społecznie niż legiony”. Był namiętnym ideologiem patriotycznym. W „Gazecie Obywatelskiej” pisał m.in.: „Jeżeli 3 maja przed dwoma laty tyle mógł sprawić radości, a potem zdrada okryła nas smutkiem i hańbą, to pomnijmy, iż gdy dziś odrodzeni jesteśmy, występki karać przykładnie, a najmniejszy cień zdrady śledzić powinniśmy”. (…) Trzeba koniecznie, żeby publiczność wiedziała, którzy to są zdrajcy, a razem i koniecznie, którzy są wybawiciele od niewoli, bo inaczej, jeśli ta nie nastąpi klasyfikacja, to łotry poczciwych po kątach spokojnie siedzących zakrzyczą”. (…) „Mówmy prawdę, sami sobie winniśmy to szczęść, jakowe powinno by nas teraz otaczać”. (…) „Magistratury tymczasowe, jeśli macie w kole nawet swoim jakiego zdrajcę lub podejrzanego, wyrzućcie z koła swego, ażebyście potem i siebie, i innych nie szczęśliwymi nie porobili. Czyż lepiej, gdy lud będzie palcem wskazywał: oto zdrajca, i sam zechce go wyprowadzić z grona radzących o dobru publicznym; niech obrzydłe członki nie sromocą nawet inne wespół z nimi zasiadające osoby, chociaż najlepiej myślące”. (…) „Człowieku! Ktokolwiek jesteś, poznaj prawo człowieka. Czytaj odwieczne Chrystusa prawdy…”.

 

Człowiek brutalnego czynu – 28 czerwca i później

Józef Mejer był jednak także człowiekiem czynu. W jego idei chodziło przy tym o jedno – o przywódcze zgromadzenie, towarzystwo, o jeden klub i związek rządzący lub zmierzający do władzy. To on miał wciągnąć do spisku powstańczego Jana Kilińskiego. 28 czerwca 1794 roku ksiądz Mejer był jednym z inspiratorów i organizatorów tzw. wieszań zdrajców-targowiczan, które Naczelnik Tadeusz Kościuszko uznał za samosądy i nakazał aresztować dziesiątki ich uczestników, w tym Mejera. 6 lipca Mejer został osadzony w Pałacu Brűhla i spędził w nim kilka tygodni. Mejerowi zarzucono, że należał do tych, którzy „dźwigali ciężkie kłody drzewa pod szubienice”. Byli wśród nich także Kazimierz Konopka, Franciszek Salezy Dmochowski Jan Kalasanty Szaniawski, zagorzały jakobin, w przyszłości skrajnie reakcyjny i konserwatywny szef cenzury Królestwa Polskiego. W swoich wspomnieniach Joachim Lelewel pisał, że „Mejer obciosywał toporem obsady owych pali, aby potem w stule i z pałaszem w ręku wzywać tłumy do wieszań”, w Rynku Starego Miasta i pod kościołem św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu. Najwyższy Sąd Kryminalny zarzucił Mejerowi, że „w dniu sobotnim w czasie egzekucji, stał pod szubienicą, rękami klaskał, tudzież potem z okien swej rezydencji aplauzy i oklaski czynił. Tenże ksiądz Mejer w czasie pierwszego tumultu był przed ratuszem w stule i przy pistoletach ceremonialnie. Konopce asystującym i wtedy drzewo na szubienicę obrabiać pomagał i one stawiał”. 30 lipca, po uniewinnieniu i uwolnieniu przez Najwyższy Sąd Kryminalny, został członkiem Deputacji Indagacyjnej, która przesłuchiwała i stawiała w stan oskarżenia wrogów insurekcji.

 

„Archetyp polskiego modernizatora”

Jako się rzekło, biografia księdza Józefa Mejera jest niepełna, pełna luk. W zasobach Biblioteki Narodowej znajduje się maszynopis z życiorysem Mejera, ale daleki od kompletności (istnieją nawet wątpliwości co do tożsamości księdza Mejera, jako że żyło w tym okresie kilku księży o tym imieniu i nazwisku). Także Bogusławowi Leśnodorskiemu, autorowi obszernej, naukowej monografii „Polskich jakobinów” (1960) nie udało się wiedzy o losach Mejera istotnie wzbogacić. Postać wojowniczego księdza pojawia się w przedwojennym studium Wacława Tokarza „Klub jakobinów w Warszawie” (1934), także w popularnej powieści historycznej dla młodzieży „Jakobińskie gniazdo”, autorstwa Wacława Kubackiego (1955). Ożywił pamięć jego postaci Jarosław Marek Rymkiewicz, koszmarny, samozwańczy ideolog propisowski, ale pisarz wyśmienity, w swojej eseistycznej opowieści fantastyczno-historycznej „Wieszanie”. Rymkiewicz napisał o księdzu na powitanie z nim w swojej opowieści nieco złośliwie, bo go jako radykalnego rewolucjonistę i „europejskiego modernizatora” nie lubi (choć i jednocześnie lubi za to, że chciał powiesić króla Stasia i jego kochanki) ale – trzeba mu to oddać – sugestywnie, barwnie i dowcipnie: „W maju 1787 roku (właśnie wtedy, gdy, kiedy „Dziennik {Handlowy}” zawierał „Uwagi i Myśli Patriotyczne, do Handlu Ściągające się”) Podlecki i Meier wydrukowali w swojej gazecie krótki artykulik, zatytułowany „O fabryce atramentu i szuwaksu w Warszawie”. Jak się domyślam, była to rzecz napisana na zamówienie – rodzaj rozbudowanego ogłoszenia mającego na celu zareklamowanie owej tytułowej fabryki czy raczej jej ciekawych produktów”. Rymkiewicz tak dalece śledzi zajęcia i związki księdza Mejera, że detalicznie przytacza nawet adres owej fabryki, czyli róg Bednarskiej i Sowiej na Mariensztacie, za narożną kamienicą, bo jak powiada „wiadomość ta może przydać się zainteresowanym historią Warszawy oraz sympatycznymi pigułkami na szczury”.
„Ciekawie, dlaczego w pewnej chwili księdzu Meierowi znudziło się takie modernizowanie – to znaczy mozolne przekonywanie czytelników gazety („Dziennika Handlowego”, przyp. KL), że koniecznie powinni się unowocześnić oraz zeuropeizować – wziął się za wieszanie. Propagowanie kontraktów krajowych i zaprowadzanie kontraktów krajowych do czytania to była żmudna robota, która jakiś skutek (zeuropeizowanie polskich obyczajów i polskiej umysłowości) mogła przynieść dopiero po wielu latach, więc może Mejer, widząc że nic się nie zmienia ( i ukąszeni przez wściekłego wilka nadal uciekają się do modlitw), chciał przyspieszyć” – ciągnie swoje ironie Rymkiewicz.
Nadszedł rok 1794 czyli rok kościuszkowskiej insurekcji. W styczniu ksiądz Mejer wydał kilka numerów „Dziennika Uniwersalnego”, pełnych wiadomości z dziedzin przyrodniczych, rolnictwa, medycyny prawa i obyczajów. „Zalecają one czytelnikom – pisze Rymkiewicz – naśladowanie europejskich sposobów życia, sugerując (wprost nigdzie nie jest to powiedziane), że kto się ucywilizuje i zeuropeizuje, ten będzie szczęśliwy”. Tuż przed wybuchem insurekcji nazwisko księdza Mejera znalazło się podobno na liście spiskowców, których aresztowania zażądał od Rady Nieustającej generał Igelstrőm – wskazywałoby to, że modernizacyjne projekty księdza-redaktora przybrały wówczas nieco inny kształt, który nie podobał się rosyjskiej władzy. Mejer zdołał się ukryć i nie został odnaleziony, dzięki temu uniknął nieprzyjemnych przesłuchań w piwnicach ambasady na Miodowej. Niebawem po wybuchu insurekcji ksiądz Józef Mejer wziął się za wydawanie „Gazety Warszawskiej Patriotycznej”. Wychodziła ona od 22 kwietnia do 16 lipca dwa razy w tygodniu, podobnie jak „Dziennik Handlowy” – pod różnymi tytułami „Gazeta Warszawska Patriotyczna od Czasu Powstania Siły Zbrojnej Narodu Polskiego”, „Gazeta Obywatelska i Patriotyczna Warszawska z Wiadomości Krajowych i Zagranicznych”.

„Poza redagowaniem „Gazety Patriotycznej” ksiądz Mejer miał też wówczas inne zajęcia – widywano go na ulicach Warszawy w sutannie ściągniętej skórzanym pasem; u pasa miał szablę lub kordelas Czy można powiedzieć, że umiarkowany modernizator popadł, po wybuchu insurekcji, w modernizacyjne szaleństwo? To nie takie proste. Ksiądz Mejer – archetyp polskiego modernizatora i polskiego jakobina – jest jedną z najbardziej zagadkowych postaci naszej osiemnastowiecznej historii. Ale wreszcie – Robespierre – to także zagadka”. Ksiądz Mejer odegrał pewną rolę w wypadkach 9 maja, gdy odbyły się pierwsze sądy (i samosądy) nad targowiczanami. Józef Wybicki zapisał we wspomnieniach, że do Ratusza, znajdującego się wtedy w Rynku Starego Miasta, w którym miało odbyć się posiedzenie Sądu Kryminalnego, wdarła się uzbrojona grupa z Kazimierzem Konopką na czele: „Wtem i on – i druga poczwara, niejaki ksiądz Mejer z podobnymi sobie, z gołymi pałaszami, nabitymi pistolety, szturmują drzwi naszej izby, którą gdy przymuszeni byliśmy otworzyć, jak wylew jaki spieniony nas zatopił”. Wieszania, przywołane wyżej, powtórzyły się niespełna dwa miesiące później, pod koniec czerwca, tym razem w trybie samosądów. Jak napisał Rymkiewicz, w „Gazecie Warszawskiej Patriotycznej ksiądz Mejer zamieścił następującą wiadomość: „Z Warszawy dnia 28 czerwca. Dnia wczorajszego pierwszy raz lud cyrkułami wyszedł z bronią ręczną, kosami i pikami ku okopom na musztrę, powróciwszy z okopów oświadczył swe prośby i życzenia przed Prezydentem przyspieszenia kary dla zdrajców, którzy ich pracy i trudów w strzeżeniu ustawnym tak wiele kosztują; chcąc zaś ostatnią posługę dla zdrajców uczynić, w jak największej spokojności przez noc dziesięć wystawił szubienic, z tych trzy w Starym Mieście; 4tą i 5tą na Dziedzińcu Kommisji; 6tą przed Pałacem Brylowskim; 7mą przed Pałacem Branickiego; 8mą na Krakowskim Przedmieściu; 9tą na Senatorskiej ulicy, 10tą na ulicy Miodowej”.

 

Spóźniona walka księdza Mejera

Ostatnie zapiski dotyczące losów księdza Mejera odnoszą się do jesiennego (1794), na chwilę przed ostateczną klęską insurekcji, prawdopodobnie tuż przed Szczekocinami, spotkania w mieszkaniu Hugo Kołłątaja w kamienicy Wasilewskiego u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Bednarskiej, w którym wzięli udział m.in. także ksiądz Florian Jelski i generał Jakub Jasiński. Rymkiewicz opiera się w swojej relacji na dwóch źródłach – „Pamiętnikach o Polsce i Polakach” Michała Kleofasa Ogińskiego oraz „Żywocie Juliana Ursyna Niemcewicza” pióra Adama Czartoryskiego. „Tematem narady (…) pisze w „Wieszaniu” J.M.R. – jest lista proskrypcyjna, przygotowana uprzednio przez Kołłątaja. Generał Jasiński dopisuje do niej kilka nazwisk, wśród nich nazwisko Michała Kleofasa Ogińskiego, ksiądz Mejer pyta, czy powieszone zostaną także kochanki Stanisława Augusta. Odpowiedź generała Jasińskiego – kobiet nie wieszamy – nie zadowala księdza Mejera, ponieważ uważa on, że nastała epoka braterstwa i równości, a zatem kobiety powinny być traktowane jak bracia, czyli dokładnie tak samo jak mężczyźni – inny sposób obchodzenia się z nimi ubliżałby ich ludzkiej godności i czyniłby z nich osoby odmienne, na poły zwierzęce”. Dalej Rymkiewicz już bardzo dowolnie, publicystycznie parafrazuje i „unowocześnia” treści zawarte w pamiętnikach: „Obrzydliwe zwierzęta – krzyczał ksiądz Mejer – Obrzydliwe włochate naczynia służące do zaspokajania męskiej żądzy. – Ksiądz Kołłątaj, zniecierpliwiony, mówi, że do wieszania kobiet przystąpi dopiero po opracowaniu filozoficznych podstaw feminizmu, kiedy zostanie rozstrzygnięte, czy feministki są naszymi braćmi, czy siostrami. Jeśli są braćmi, będziemy je wieszać”. Radykalny prawicowiec Rymkiewicz nie lubi „czerwońca” i „terrorysty” Mejera, więc musimy znieść ten szyderczy wobec niego ton, ale za to jak to jest sugestywnie, barwnie, z fantazją i polotem napisane. Nazajutrz księża Mejer i Jelski przystąpili do sporządzenia listy proskrypcyjnej, na której znaleźć się mieli król Stanisław August, Ignacy Potocki, Tadeusz Kościuszko, biskup Michał Skarszewski (oraz jego „dwie metresy, jedna męska, druga żeńska” – jak skrupulatnie dodaje Rymkiewicz). Cele sporządzenia listy wzięły jednak w łeb, insurekcja upadła, Polska też. Mejer znalazł się w Paryżu, a jego podpis widnieje na akcie zawiązania tzw. Deputacji Polskiej (1795), która miała utrzymywać kontakty z rządem francuskim i kierować działalnością polskich agentów.

„Dalsze losy księdza redaktora nie rysują się jasno – w latach późniejszych działało bowiem kilku księży Mejerów i nie wiadomo, z którym z nich należałoby utożsamić księdza Józefa” – konkluduje J.M. Rymkiewicz uświadamiając nam, jak dalece niepełna i niepewna jest wiedza o historii tak dawnej (a może raczej: nawet tak relatywnie niedawnej), jak schyłek XVIII wieku, kiedy to nie było taśmy filmowej, dźwiękowej, fotografii, obrazu cyfrowego, internetu, jutuby i innych technik. Dlatego choć protekcjonalny i sarkastyczny ton, z jakim Rymkiewicz odnosi się do księdza Mejera, może irytować, zwłaszcza lewicowca, to w końcu przecież nikt poza nim (Rymkiewiczem) nie podjął się nawet tak niedoskonałej i cząstkowej rekonstrukcji tej postaci. Nie miejmy więc zbyt wielkiej do niego pretensji.