Jubileusz Papieża-Polaka

„Jan Paweł II troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”.

z uchwały SLD, 2014 r.

Przywołana sentencja z uchwały SLD, wydanej na okoliczność kanonizacji papieży-Jana XXIII i Jana Pawła II, jest szlachetnym gestem wdzięcznej pamięci wobec obu świętych. Świadectwem politycznej mądrości, wyrazem obiektywizmu oceny dokonań. Godnym uwagi i szacunku dla jej Autorów, gdyż SLD- z natury swej jest spadkobierczynią PZPR, od lat na różne sposoby postponowaną i obrzydzaną Polakom. A okres gdy „Jan Paweł II troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”- to przecież dekada lat 80., zapisana w dziejach naszej Ojczyzny doniosłymi wydarzeniami, z decydującym udziałem Kierownictwa PZPR! – o czym Państwo Czytelnicy, szczególnie „Ci w dojrzałym wieku”, wiedzą z autopsji. Stąd też uprzejmie proszę Państwa o osobiste refleksje i przemyślenia nad przywołanymi myślami, naukami i wypowiedziami Jana Pawła II, odnoszącymi do Polski, jej problemów i pozycji. Uczcijmy tak 100. lecie urodzin jednego z największych Polaków XX wieku.

„Polska jest Ojczyzną trudnego wyzwania”…

Z pierwszą pielgrzymką Jan Paweł II przybył do Polski 2 czerwca 1979 r. Dzień wcześniej Trybuna Ludu napisała – „szczególnej wagi nabiera fakt, że Papież przybywa do Ojczyzny, kiedy obchodzimy 35- lecie Polski Ludowej”.
Na Okęciu, witając się z Ojczyzną, zwrócił się do Przewodniczącego Rady Państwa – „imieniem własnym oraz Rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej zechciał Pan wyrazić zadowolenie całego społeczeństwa, że >syn narodu polskiego, powołany do najwyższej godności w Kościele< pragnie odwiedzić Ojczyznę. Wspominam te słowa z wdzięcznością”. Warto zapamiętać słowa – „zadowolenie całego społeczeństwa”, a chwilę później powiedział – „że odwiedziny moje podyktowane są motywem ściśle religijnym”. W tym miejscu myśl, że Papież „podzielił” społeczeństwo, byłaby błędem. Bowiem wskazał na swój religijny, a nie państwowy motyw, był przecież jednocześnie głową państwa Watykan.

Ktoś może tej racji nie podzielać, więc wyjaśniam. Z chwilą wyboru kard. Karola Wojtyły, wizyta w Ojczyźnie dla milionów Polaków także dla kierownictwa PZPR, władzy była oczywista. Dziś już nie pamiętamy, że zachodnia prasa i RWE spekulowały jak postąpimy, „podsuwała” opozycji „cenne rady”. Wizyta Edwarda Gierka w Moskwie dawała powody. Tu ciekawostka. Papieża zdążył odwiedzić w Watykanie Andrzej Gromyko i wyniósł taką ocenę- „Nowy papież, w przeciwieństwie do poprzednich, wykazuje dużą znajomość problemów międzynarodowych, i to w wielu kwestiach szczegółowych. W tej problematyce czuje się swobodnie i pewnie. Nie mam wątpliwości, że na tronie piotrowym zasiadł człowiek kuty na cztery nogi. I, że jest naszym wspólnym, groźnym przeciwnikiem ideologicznym, który może sprawić wiele kłopotów również Polsce”. Do gościa na Kremlu powiedział – „To jest wyłącznie polska sprawa, a Polacy mają dylemat, bo i zaprosić trudno, i odmówić nie łatwo”. Proszę, zwróćcie Państwo uwagę na słowo Ojczyzna, „pełną nazwę Polski”, gdzie i do kogo wypowiada. Przemawiając w Belwederze (2 czerwca 1979) podczas oficjalnego powitania, m.in. mówił-„Dołączam od razu podziękowanie pod adresem Władz Państwowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej za to, że tak uprzejmie dołączyły się do zaproszenia Episkopatu Polski, wyrażającego życzenia katolickiego społeczeństwa w naszej Ojczyźnie, i ze swej strony również otwarły dla mnie podwoje ojczystej ziemi. Te podziękowania ponawiam, a równocześnie poszerzam je, mając na uwadze wszystko to, w czym stałem się dłużny różnym organom Władz zarówno centralnych, jak i terenowych ze względu na ich wkład w przygotowanie i urzeczywistnienie tych odwiedzin”. Zapytam- nie „wyczuwacie” tu Państwo „echa” różnych rad „szeptanej propagandy”, oficjalnych wypowiedzi, które jeszcze przed pielgrzymką mogły Gościowi sprawić przykrość, np. kosztami wizyty, czym niektórzy próbowali podsycać wiadome sobie nastroje i oczekiwania – „co Ruskie zrobią”, „co im Gierek powie”, czy dojdzie do „przepychanek” a Papież będzie uspokajał, itp. Dalej, w Belwederze Papież mówił- „To, że racją bytu państwa jest suwerenność społeczeństwa, Narodu Ojczyzny, to my, Polacy, szczególnie głęboko odczuwamy. Tego nauczyliśmy się poprzez całe nasze dzieje, a w szczególności poprzez ciężkie doświadczenia ostatnich stuleci…Słowo >Ojczyzna< posiada dla nas takie znaczenie pojęciowe i uczuciowe zarazem, którego, zdaje się, nie znają inne narody Europy i świata”. Szkoda, że nie mogę poznać Państwa oceny „suwerenności”- tej papieskiej i tej dzisiejszej.

Tę myśl kończył Papież taką oceną- „Dla całego naszego pokolenia tak straszliwym wstrząsem była ostatnia wojna światowa i przeżyta w Polsce okupacja. 35 lat temu wojna ta zakończyła się na wszystkich frontach. Rozpoczął się wraz z tym momentem nowy okres w dziejach naszej Ojczyzny. Nie możemy jednak zapomnieć wszystkiego, co się złożyło na doświadczenia wojny i okupacji. Nie możemy zapomnieć ofiary życia tylu Polaków i Polek. Nie możemy też zapomnieć bohaterstwa żołnierza polskiego, który walczył na wszystkich frontach świata >za wolność naszą i waszą<”. Właśnie, zwróćcie Państwo uwagę na ten „nowy okres w dziejach naszej Ojczyzny”- jak oceniany w III RP, za co są opluwane życiorysy nasze i rodziców? W obecności najwyższych władz, Papież „pozwolił sobie wyrazić radość z wszelkiego dobra, które jest udziałem moich rodaków żyjących w Ojczyźnie-jakiejkolwiek natury byłoby to dobro i z jakichkolwiek założeń wypływało. Myśl, która rodzi prawdziwe dobro, musi nosić na sobie znamię prawdy”.

Zastanówcie się Państwo- popijając łykiem mocnej kawy, by rzeźwiej było medytować, pamiętając, że był to 1979 r. A dalej zwracając się do I Sekretarza- „raz jeszcze serdeczne podziękowanie dla Pana oraz szacunek dla wszystkich jego starań mających na celu wspólne dobro Rodaków oraz właściwe znaczenie Polski w życiu międzynarodowym”- a jak dziś jest z tym „wspólnym dobrem” i „znaczeniem”, siebie pytam! Dołączył też Papież „wyrazy szacunku dla wszystkich dostojnych przedstawicieli władzy i zarazem dla każdego, wedle sprawowanego urzędu…wedle tej doniosłej odpowiedzialności” – nie zapomnijcie Państwo, że byli to głównie członkowie z „centrali” PZPR. Jest tu właściwy moment, by wspomnieć, że od 1963 r. jako Metropolita inicjował dyskretne, bez rozgłosu, osobiste kontakty np. z I sekretarzem KW PZPR w Krakowie (Lucjan Motyka, późniejszy Minister Kultury), kilka spotkań z Zenonem Kliszko na szlakach wędrówek po Tatrach, co zapamiętali Stanisław Stomma i pisarz Jerzy Zawiejski. Z tych rozmów, Zenon Kliszko – odpowiedzialny w Partii za stosunki Państwo-Kościół, odniósł wrażenie, że bp Karol Wojtyła byłby właściwym następcą Prymasa Wyszyńskiego. Później żartował w bliskim sobie kręgu, że ma „swojego człowieka” w Rzymie. Podczas homilii w Archikatedrze Warszawskiej mówił -„Pragnę ogarnąć wszystkich (wymienia osoby i zawody)…którzy pracujecie na roli, w przemyśle, w biurach, w szkołach, uczelniach, szpitalach, w instytucjach kulturalnych, w ministerstwach- wszędzie”.

Proszę, zwróćcie uwagę – Papież zwracał się do wszystkich, bez względu na wyznanie i przekonania, czy wtedy były tam krzyże czy nie! Jak Państwo pamiętają, od 1980 r. historia Polski „wydatnie przyspieszyła”. Próby władzy porozumienia się z Solidarnością poniosły fiasko. Ma w nich swój udział Papież. Do Rzymu (Castel Gandolfo), z polecenia gen. Wojciecha Jaruzelskiego 14 października 1981 r. udał się Józef Czyrek, Minister Spraw Zagranicznych. Zapoznał on Papieża z rządową oceną sytuacji w kraju i koncepcją Rady Porozumienia Narodowego, dla której chciał pozyskać poparcie, „błogosławieństwo” Papieża – jak pisze Generał. Nie chodziło o formalne uznanie, a jego wymiar praktyczny, konkretny – tj. takie działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Papież stanął na pozycjach realistycznych, wiedząc co dzieje się w kraju. Zgodził się zaangażować autorytet „młodego Prymasa” i Kościoła w pomysł Rady. Było to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy i swoiste „przymuszenie” Solidarności do podjęcia działań z władzą dla „wspólnego dobra”. Taka postawa Papieża wsparła starania władzy o doprowadzenie do Spotkania Trzech, 4 listopada 1981. Wprawdzie do niego doszło, efekt praktyczny żaden, co było dalej – Państwo wiecie.

Wiedza z różnych wiarygodnych źródeł pozwala mi uznać, że od tego „fiaska” Papież zaczął „inaczej rozumieć” sytuację władzy, osobiście Generała. Nie tracąc nadziei, „wierzył” w intencje kierownictwa Solidarności, ale dawał „pierwszeństwo wiary” w uczciwość działań Generała. Stąd w Belwederze 17 czerwca 1983 r., m.in. mówił- „I chociaż życie w Ojczyźnie od 13 grudnia 1981 roku zostało poddane surowym rygorom stanu wojennego… to nie przestaję ufać, że owa zapowiadana wielokrotnie odnowa społeczna …zwarta w porozumieniach, dojdzie stopniowo do skutku”. Po powitaniu, tej „ufności” dał wyraz w „ścisłym gronie”, gdy rozpoczął rozmowę słów -„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Choć wiele razy i w różnych kontekstach przywoływałem te słowa, uważam je za ocenę decyzji o stanie wojennym – była czynem patriotycznym w opinii Papieża, po tym co dowiedział się i usłyszał w zagranicznych mediach o stanie wojennym. Od Generała podczas powitania usłyszał pytanie- „kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” Śmiem uważać, że to pytanie wzmocniło wagę słowa „patriota”. W ustach Papieża miało wyraz wdzięczności dla Generała, dla ówczesnej władzy, dla reformatorskiego skrzydła PZPR, za uratowanie Polski i Polaków od rozlewu krwi, bólu i cierpień ludzi.

Była to „wdzięczność duchowa”, przemyślana wcześniej, tym pytaniem utwierdzona. Tu bardzo proszę, by nikt nie próbował mi zarzucać „wmawiania” Papieżowi słów i myśli, ani próby „wybielania” różnych dolegliwości stanu wojennego. Wielokrotnie o tym pisałem. W tym miejscu taki wyrazisty przykład: Gdy Papież pielgrzymował, mówi Generał – „my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady…czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Dostrzegacie tu Państwo wzajemne rozumienie Generała i Papieża splotu oczekiwań? Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przesłał na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Profesor Adam Łopatka uzasadniając cel przybycia, do kard. Macharskiego mówi – „Odgłosy prasy tragiczne. Od Brazylii po Oslo nie pisze się nic pozytywnego” (o tej pielgrzymce, moje -GZ).

Tu zapytam Czytelników-co myślicie, czego Zachód oczekiwał? Jeśli po 37 latach powiem, że rozlewu bratobójczej krwi, ofiar, sensacji- będę w błędzie? Proszę nie zapominać, 2 lata wcześniej, w maju 1981 r. był zamach w Rzymie. Także dziś wielu z nas, ze ściśniętym sercem pomyśli- czy „powtórka” mogła być w Polsce? Papież zaproponował spotkanie w Krakowie. Odbyła się 2,5 godz. rozmowa (pisałem kilka razy). Podczas rozmowy nawiązał do wizyty w Oświęcimiu – „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem”. Warto pamiętać tę naukę Papieża! Zaś opisując biedę w Meksyku skonstatował – „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”.

Wstyd pytać o „komunę”, byłaby obrazą mądrości Papieża, który ustrój akceptował w „krystalicznej formie”, wytykał wykoślawienia. Papież i Generał otwarcie, szczerze, wyrazili swe troski i ustalili kierunki przyszłego współdziałania. „Ta rozmowa przekonała mnie ostatecznie, że stan wojenny można już znieść, że Kościół będzie sprzyjał procesowi umiarkowanych zmian”, mówił Generał. Składając wizytę w Watykanie (styczeń 1987) Papież i Generał rozmawiali 70 min. o najważniejszych sprawach dla Polski. Jak wspominał Generał-Papież„dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost- „Opatrzność dała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy”.

Niech Państwo jeszcze raz przeczytają to zdanie, zastanowią się- „przełożenie na Polskę”, np. wpływ na skalę naszej suwerenności, uspokajanie czujności sąsiadów, poszerzanie skali i zakresu wewnętrznych przemian, demokracji itp. Drugim węzłowym tematem była sprawa zachodniej granicy Polski w kontekście zjednoczenia Niemiec. Generał mówił, że RFN i część państw zachodnich wciąż kwestionuje granicę zachodnią, a jest ona dla Polski „sprawą życia i śmierci”. Papież uznał te oceny mówiąc, że „Kościół w jednoznaczny sposób wypowiada się o polskości tych ziem”. Dal temu wyraz podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983). 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowie Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. To właśnie ten Papież nadał polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Zarazem była też czytelnym sygnałem normalizacji stosunków dyplomatycznych Watykan-Polska. Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi), pierwszy i jedyny w bloku wschodnim! Jego posadowienie we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Warto zastanowić się, dlaczego o tak doniosłej decyzji i pomniku „jakoś” w Polsce po 1989 r. zapomniano. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo-Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy. Zapewnił, że „Góra Świętej Anny (tu w 2000 r. stanął pierwszy pomnik Jana Pawła II) pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach” oraz o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą. Witając Papieża na Zamku Królewskim(czerwiec1987)-Generał mówił: „Odwiedzając Gdańsk i Szczecin, będzie Wasza Świątobliwość nie na obczyźnie, lecz we własnym, ojczystym kraju. To właśnie Polska Ludowa uzyskała szeroki dostęp do Bałtyku, przywróciła narodowi Wrocław i Olsztyn, Opolszczyznę i Pomorze Zachodnie. Sprawił to czyn bojowy, krew obficie przelana żołnierza polskiego i radzieckiego”. Gość w rozmowie z Generałem wyraził nadzieję, iż jego wizytę w Szczecinie, Zachód odczyta jako przypomnienie problemu zachodniej granicy i jednoznaczności stanowiska Kościoła w kwestii polskości tych ziem. Tu Papież przypomniał – „Wydarzenia lat 80.tych pozostawiły nam wszystkim to właśnie zadanie >pracy nad pracą<. W wielu wymiarach… Nieustannie trzeba podejmować to zadanie”. Uroczyste powitanie odbyło się na Zamku Królewskim, co poczta polska upamiętniła specjalnym znaczkiem. Ciekawe, czy Poczta Polska wznowi ten znaczek z okazji 100.lecia Urodzin Papieża-Polaka.

Żegnając się z Rodakami 14 czerwca 1987 r. na Okęciu, Papież mówił – „Polska jest Ojczyzną trudnego wyzwania…Ojczyzna nasza musi zabiegać o to, aby życie ludzkie w Polsce stawało się coraz bardziej ludzkie, coraz bardziej godne człowieka. Każdego człowieka, który żyje na tej ziemi”. Odnośnie praw człowieka, tkwiących u podstaw pokoju na świecie – „Każde z nich warunkuje prawdziwy postęp. Nie tylko osobowy, ale i społeczny. I nie tylko duchowy, ale też materialny”. Generał żegnał Gościa, takimi myślami – „Papież wkrótce pożegna Ojczyznę, zabierze ze sobą jej obraz w sercu. Lecz zabrać przecież nie może jej realnych problemów. Naród zostanie tu, między Bugiem a Odrą. Sam musi uporać się z wyzwaniami… Polsce prawda jest potrzebna, lecz potrzebna jest również prawda o Polsce”.

Po tej wizycie, niektórzy „lepiej wiedzący” odczytywali te słowa jako publiczny głos krytyki Generała, zapominając co wcześniej mówił Papież. Wymowne osobliwości Pierwsza- Papież 22 listopada 1981 r. wysłał list do Generała, w którym m.in. pisze -„Panie prezydencie, niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”. O czym te słowa świadczą- tak dla Polski jak i Generała osobiście? Druga – 6 grudnia 1989 r. nowy nuncjusz apostolski w Polsce, abp. Józef Kowalczyk składał Generałowi listy uwierzytelniające. Napisane w j. łacińskim, są adresowane tak: „Illustri et Honorabili Viro, Wojciech Jaruzelski, Republice Popularis Polonica Praesidii, Johannes Paulus PP II. – Wybitnemu i Czcigodnemu Mężowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, Prezydentowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, Jan Paweł II PP (Papież i Pasterz). Rozpoczynają się: „Illustris et Honorabilis Vis Salutem et prosperitatem Wybitny i Czcigodny Mężu- zdrowia i pomyślności”. Papież wcale nie musiał ani tak określać Generała, ani używać tak znienawidzonej przez obecną władzę nazwy państwa – Polska Rzeczypospolita Ludowa. Wiedział, że w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia 1990 r. nastąpi zmiana na „Rzeczypospolita Polska”. Mógł poczekać do początku 1990 r. z aktem wręczenia listów przez nuncjusza. A jednak tego nie uczynił. Tak, jakby chciał pełną nazwę PRL uwiecznić w swym dokumencie. Co do określenia Generała łacińskimi, pięknymi słowami, i to dwa razy-Wybitny i Czcigodny Mężu- kogo skłaniają do chrześcijańskiej, ludzkiej refleksji i zadumy?

Trzecia- w Gdyni zapamiętano m.in. takie słowa Papieża – „Chociaż rosłem na ziemi daleko stąd, to jednak mogę powiedzieć, że rosłem równolegle z tym miastem, które stało się poniekąd symbolem naszej drugiej niepodległości. Wraz z całym moim narodem nie przestaję żywić wdzięczności dla tych, którzy to miasto, ten port bałtycki tworzyli tutaj od podstaw, poniekąd z niczego”; Czwarta- w Gdańsku Papież mówił o przyszłości – „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie może nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować.” Wizyta na Westerplatte miała specjalną oprawę. Papież przybył tu z sopockiego mola motorówką Mewa. U nabrzeża witały dwa okręty Marynarki Wojennej w pełnej gali branderowej, a ORP Wodnik oddał salut 21 salw armatnich; Piąta- podczas pierwszego spotkania z Wojskiem Polskim 2 czerwca 1991 r. Papież wyraził refleksję „Jako Polak wiem, co na przestrzeni całych dziejów, a także na przestrzeni mojego własnego życia zawdzięczam tym, którzy w sposób często heroiczny uważali siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności Ojczyzny”. Zwracam uwagę- „na przestrzeni mojego własnego życia”, czyli w Polsce Ludowej, PRL – proszę sięgnijcie Czytelnicy pamięcią;

Szósta- Papież, przemawiając w Sejmie 11 czerwca 1999 r., m.in. mówił- „Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian…Zostało nam, zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej. Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja… Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm…Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu”. Siódma- kończąc VII pielgrzymkę w 1999 r. Papież niespodziewanie zaprosił do papamobile Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z Małżonką i razem podjechał do trybuny honorowej na Balicach. Pokażcie Państwo podobny przykład na świecie – ten Prezydent RP też był członkiem PZPR, częściowo „wychowankiem” Generała!

Ósma – Papież – choć schorowany, przyjął Generała w przededniu 20 rocznicy stanu wojennego. Z troską mówił o zagrożeniach życia ludzi, o ofiarach, jakie Polacy ponoszą dla swej wolności, przywołał różne fakty z naszej przeszłości. Interesował się przemianami w kraju. Generał powiedział, że „najsmutniejszą pointą transformacji ustrojowej, dokonywanej rękami b. działaczy Solidarności jest to, iż ani w Gdańsku, ani w Szczecinie nie ma już potężnych stoczni, w których ten ruch powstawał. Nie ma Ursusa, marnieje FSO i wiele innych zakładów – filarów Solidarności”. Że 7,5 tys. „patriotów” wyceniło swoje zasługi dla wolnej Polski na blisko 2 miliardy złotych”. Papież kręcił głową niedowierzając. Serdeczna rozmowa, podczas której Papież m.in. wyraził taką myśl – „Europa potrzebuje Polski, Polska potrzebuje Europy”- okazała się być ostatnią.

Dziewiąta – Papież żegnając Rodaków m.in. apelował, by Polska „wchodziła w trzecie tysiąclecie nie tylko jako państwo stabilne politycznie i gospodarczo zasobne, ale również umocnione duchem miłości wzajemnej i społecznej”. Jan Paweł II: 27 lat był papieżem. Dłużej panowali: Święty Piotr i Pius IX. Odbył 104 pielgrzymki, 3 razy pokonując odległość między Ziemią a Księżycem, łącznie w podróży był 586 dni. Nazywany jest „wędrownym misjonarzem”. W 130 krajach odwiedził ok. 900 miejscowości, na 6 kontynentach. Do Polski odbył 8 pielgrzymek. Odmówiono wizyty w ZSRR i Chinach. Kanonizował 478 świętych, w tym 9 Polaków i beatyfikował 1318 osób, w tym 154 Polaków. Ogłosił 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji i 43 apostolskie listy oraz wydał 12 dzieł literackich. Mianował 232 kardynałów. Biegle mówił w 8 językach, niektórzy mówią, że w 9 a nawet 11. Był pierwszym, który odwiedził Wielką Brytanię, jedynym, którego przyjęto w Sejmie RP i Białym Domu. Jedynym przywódcą państwa, z którym spotkał się 8 razy jest gen. Wojciech Jaruzelski.

Kaczyński i Gowin potęgują chaos

Wybitny pisarz rosyjski o korzeniach ukraińskich, autor m.in. „Ożenku” i Rewizora”, Mikołaj Gogol twierdził,że „chaos zawdzięczamy nie tyle głupcom,co mędrcom,którzy przecenili swoje siły”. W obecnej sytuacji szeregu znamion chaosu globalnego w wielu dziedzinach można chyba się z tym zgodzić z małą poprawką,iż na ogół chodzi o osoby (zwłaszcza polityków),którzy sami się za mędrców uważają.

To ocena ponadczasowa i potwierdzająca się pod każdą szerokością geograficzną.Także nad Wisłą,by wspomnieć tylko z historii:Targowiczan,ekipę sanacyjną, czy inspiratorów wybuchu Powstania Warszawskiego,choć w tej ostatniej kwestii zdania mogą być wciąż podzielone.

Aktualnie blisko 8-miliardowy świat (pomijając m.in. problemy ekologiczne, klimatyczne, czy demograficzne) stoi przed nowym,wspólnym wyzwaniem jakim jest pandemia koronawirusa oraz związana z nią groźba globalnej recesji gospodarczej (nasza „tarcza” antykryzysowa w tym kontekście jest słaba i dziurawa) .Wciąż trudno przewidzieć wszystkie możliwe scenariusze rozwoju sytuacji i ewentualne analogie do okresów szerzenia się np. hiszpanki czy dżumy.W Polsce na to wszystko nakłada się ostatnia faza kilkuletniego cyklu wyborczego, jakim są wybory głowy państwa,które miały się odbyć 10 maja br.

Czy wybory mają sens?

Banałem jest stwierdzenie,iż przeciętny Polak martwi się dziś głównie o bezpieczeństwo zdrowotne -własne i Bliskich-a także o bezpieczeństwo ekonomiczne w perspektywie dużej inflacji i możliwej utraty pracy.Wybory zeszły na drugi albo jeszcze dalszy plan.Ale Jarosław Kaczyński oraz Prawo i Sprawiedliwość nie chcą przyjmować tego do wiadomości.Z uporem godnym lepszej sprawy forsują przeprowadzenie wyborów,choć kampania została już praktycznie dość dawno zawieszona. Dla nich liczy się bowiem przede wszystkich zagwarantowanie reelekcji Andrzeja Dudy, co za pewien czas-po pogorszeniu się sytuacji wewnętrznej- mogłoby stanąć pod znakiem zapytania.Uznali nawet, że możliwe jest (niezależnie od całkowitego nieprzygotowania na takie rozwiązanie) powszechne głosowanie korespondencyjne które w Polsce-w odróżnieniu od niektórych państw-odbywało się dotąd rzadko i na niewielką skalę.

Fałszywa analogia bawarska

Po południu w piątek 3 kwietnia Prawo i Sprawiedliwość złożyło w Sejmie,bez jakichkolwiek uzgodnień czy dyskusji, projekt ustawy o przeprowadzeniu wyborów prezydenckich 10 maja w powszechnym głosowaniu korespondencyjnym,co łamie wszelkie zasady dobrej legislacji,ustalone m.in. przez Radę Europy. Także polski polski kodeks wyborczy. Narusza też klasyczną tezę,iż „najlepsze są improwizacje dobrze przygotowane”. Ta w ogóle nie jest przygotowana i tego faktu nie zmieni dokonana tego samego dnia nominacja dotychczasowego wiceministra obrony narodowej na nowego prezesa Poczty Polskiej. Wystarczy porozmawiać z listonoszami oraz zobaczyć marny stan wielu placówek pocztowych.

Część polityków „dobrej zmiany”,broniąc takiego rozwiązania-porównywalnego ze skokiem do wody „na główkę” bez zbadania jej głębokości-zaczęło się powoływać na przykład niedawnych wyborów korespondencyjnych w największym kraju związkowym Niemiec-Bawarii.To całkiem fałszywe porównanie.Po pierwsze tam taka tradycja i możliwość sięga 1957r. i jest dobrze przyswojona.Po drugie chodziło tylko o II turę wyborów samorządowych 29 marca br. w przypadkach, gdy żaden z kandydatów nie uzyskał 50% głosów.Po trzecie raptem głosowało 1,1 mln osób,a w Polsce rzecz dotyczy ok. 30 mln wyborców! Analogiczne,sprawdzone rozwiązania stosowane są m.in. w Wielkiej Brytanii,w kilku stanach USA,np. w Colorado, Waszyngton, czy na Hawajach. A w Polsce nie tak dawno politycy PiS (np. posłowie Horała i Schreiber) gardłowali przeciwko takiemu rozwiązaniu argumentując jakoby sprzyjało ono fałszowaniu wyników.

Dr Jekyll i Mr Hyde prawicy

W trakcie ostatniego posiedzenia Sejmu i przed nim ujawniła się też znaczna aktywność lidera Porozumienia (złośliwi nazywają to ugrupowanie dysponujące 18 mandatami „nieporozumieniem”) Jarosława Gowina-jednego z wicepremierów oraz Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.To bardzo inteligentny i sprytny polityk, w pewnym sensie politycznie „obrotowy”. Był przecież w rządzie Tuska ministrem sprawiedliwości,nota bene nie będąc nawet absolwentem prawa.Rywalizował też z nim w wyborach na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej, uzyskując ponad 20% głosów,a potem trafił do Zjednoczonej Prawicy. Wcześniej był m.in. (bez habilitacji) rektorem Wyższej Szkoły im. Józefa Tischnera w Krakowie.

Kilka dni temu Gowin-krytycznie oceniając pomysł powszechnych wyborów korespondencyjnych-wystąpił z daleko idącą propozycją przełożenia wyborów prezydenckich do wiosny 2022r.,a więc jednorazowego wydłużenia do 7 lat kadencji Andrzeja Dudy, przy czym nie mógłby on już więcej kandydować.Naturalnie takie rozwiązanie wymagałoby zmiany Konstytucji RP.Na pierwszy rzut oka taka propozycja może wyglądać kusząco. Zgadzam się jednak z oceną dr Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz,byłej ambasador w Moskwie,iż to nie jest żaden kompromis,a raczej kolejna pułapka wciągająca polskie siły demokratyczne w realizowany przez PiS proces „uśmiercania” naszej demokracji.

Mamy obecnie do czynienia z sytuacją naprawdę wyjątkową.
Trzeba bezwzględnie trzymać się zapisów obecnej Ustawy Zasadniczej,zwłaszcza jej rozdziału XI.Jako członek 56-osobowej Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego (1993-1997) dobrze pamiętam jak zgodnie wypracowaliśmy zapisy o 3 stanach nadzwyczajnych:wojennym,wyjątkowym i klęski żywiołowej.Nota bene pewne nieporozumienia co do stanu wojennego,wprowadzonego przez gen. Jaruzelskiego w grudniu 1981r. były związane z tym,iż w ówczesnej konstytucji 
istniał tylko jeden- taki właśnie stan nadzwyczajny.

Należy przeto wprowadzić na terytorium całego kraju na 90 dni (z możliwością jednorazowego przedłużenia na 60 dni) stan wyjątkowy (de facto już istniejący) i w ciągu kolejnych 90 dni po jego zakończeniu przeprowadzić wybory prezydenta.W grę wchodzi także drugi wariant-wprowadzenie stanu klęski żywiołowej na czas 30 dni,który może być przedłużany za zgodą Sejmu. Również w tym przypadku w jego trakcie i w ciągu 90 dni po jego zakończeniu zakazane są m.in.: zmiana ustawy zasadniczej, ordynacji wyborczej i przeprowadzanie wyborów. Wszystko zgodnie z obecną konstytucją, która NIE wymaga zmiany.Niestety obecne władze nie zamierzają skorzystać. z żadnej z powyższych możliwości. Głównie ze względów politycznych, ale także w obawie przed wypłacaniem odszkodowań za poniesione straty.

Nawiązując do słynnej powieści Roberta L. Stevensona „Dziwna historia dra Jekylla i Mr. Hyde’a” można powiedzieć, iż-stosując należyte proporcje- Jarosław Gowin odgrywa w obecnej sytuacji w ramach Zjednoczonej Prawicy rolę tego pierwszego,a Jarosław Kaczyński- tego drugiego.Ale w istocie chodzi o niemal tożsame istoty.

Zdrada czy konieczność?

Jaruzelski i inni przed sądem

Akt oskarżenia, sporządzony przez Prokuraturę IPN, przyjąłem do wiadomości. Postawione mi zarzuty uważam za bezpodstawne, nacechowane jaskrawą jednostronnością. Jest to proces bezprecedensowy, o historycznej randze. Przed Sądem stają – żyjące jeszcze – osoby z najwyższych władz państwa, oskarżone o wieloczłonową zbrodnię. Przy tym uznanie jej za „zbrodnię komunistyczną” zaostrza efekt propagandowy, staje się zbrodnią szczególnego rodzaju, niejako zbrodnią „do kwadratu”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Tytuł tej publikacji, jest zarazem tytułem książki, której Autorem jest Peter Raina. To książka bardzo trudna dokumentacyjnie, treściowo, zarazem bardzo cenna, ważna poznawczo. Zawiera udostępnione Autorowi przez IPN dokumenty sądowe – głównie akt oskarżenia, który był jawny, szereg pism sądowych i prokuratorskich; dokumenty z różnych spotkań i narad gremiów kierowniczych i przywódców ZSRR, CSRS i NRD. Wniosek KPN o pociągnięcie do odpowiedzialności kilku członków rządu i Rady Państwa; ich wyjaśnienia i zeznania przed Sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej (SKOK), wraz z jej protokołem. Choć bez klauzuli tajności, nie były znane szerokiemu gronu Czytelników zeznania Generała przed Sądem(wydane książką „Być może to ostatnie słowo”), gen. Czesława Kiszczaka i Stanisława Kani. Wreszcie, najważniejsze dokumenty i zeznania oskarżonych oraz orzeczenie Sądu. Z natury rzeczy dokumenty sądowe zawierają szereg pojęć i zapisów prawnych, trudnych do zrozumienia Czytelnikom, nie posługującym się takim słownictwem. Odwołania do aktów prawnych, paragrafów kodeksowych pisane są językiem ścisłym, bardzo często nie dającym „przełożyć” się na zrozumiały język tzw. powszechnego użytku. Z tego punktu widzenia jest to książka „trudna”. Ale absolutnie nie zniechęcająca do czytania! Lektura tej fascynującej książki zapewne wiele razy wprowadzi Państwa Czytelników w zdumienie i zakłopotanie, co kilka razy ujawnił sam Autor. Czym, chce się już zapytać. Logiką, sensem i wiarygodnością argumentów i orzeczeń prokuratora (o tym niżej). Te akurat mogą nie dziwić, gdyż prasa w dniach procesu obu generałów dość krytycznie je komentowała, eksponując niedorzeczności, czytelne rozmijanie się z prawdą i właśnie logiką. Autor książki wypowiada się jednoznacznie krytycznie także o orzeczeniach Sądu
Zachęcam więc Państwa do lektury na jesienne i zimowe wieczory – dwa tomy liczą ponad 1000 stron. Akta sądowe liczą 91 tomów, po 300-400 stron każdy. Autor przestudiował ponadto wiele pozycji tzw. literatury pomocniczej, co wykazał w przypisach. Wielka chwała i uznanie Autorowi za ten pisarski i intelektualnie kształcący dla Czytelnika wysiłek!
Warto tę książkę poznać, mieć w bibliotece, choćby z uwagi na zbliżające się tzw. okrągłe rocznice-40. porozumień sierpniowych i stanu wojennego. Nie ulega wątpliwości, że wtedy „medialnie i politycznie” będzie głośno. Wówczas własne zdanie i pogląd, osobista i rodzinna pamięć o tamtych dniach – także ocenianych z dystansu 40 lat, będzie niezbędna. By nikt nam i naszym dzieciom nie robił wody z mózgu, po prostu nie pluł w nasze życiorysy i dorobek naszych ojców. Realizm i obiektywizm ocen oraz trzeźwość spojrzenia, świadczyć będą o nas samych, o rozumieniu służby, pracy i obronie Ojczyzny – nie tylko krwią i życiem, ale też rozumem. Tego rozumu, wyobraźni i przewidywania skutków decyzji jakże często brakowało naszym politykom w przeszłości. Szczęście, że Polska miała Generała, napisał Gorbaczow w jednym z listów. A „Opatrzność dała nam Gorbaczowa, oby mu tylko głowy nie ukręcili”-ocenił Papież Jan Paweł II podczas rozmowy z Generałem w 1987 r. Pomyślmy!
Intencje prokuratury i Sądu
Z zebranych dokumentów wyłania się intencja procesu sądowego nad tzw. autorami stanu wojennego. Autor stawia pytanie – „czym kierowano się wytaczając ów proces. Czy była to chęć dotarcia do „prawdy stanu wojennego” czy chęć zemsty?” Bez śladu zwątpienia stwierdza wprost – „analiza dokumentów wskazuje na zemstę”. Dla Państwa Czytelników może to być w pewnym sensie odkryciem!, choćby z uwagi na upływ czasu, zacierający wiele publikacji prasowych, wypowiedzi różnych komentatorów, którzy wnikali w złożoność realiów społeczno-politycznych i wojskowych przełomu lat 70 i 80. Kwestie stronniczości aktu oskarżenia, tzw. mijania się z faktami, nawet i wyraźnego przekręcania były podnoszone przez samych oskarżonych, dziennikarzy, osoby które w tamtym okresie były na konkretnych stanowiskach politycznych, państwowych oraz wojskowych. Podawano konkretne przykłady, i co z tego – chciałoby się zapytać? Prokuratura okazała się „odporna”. Jedynie Sąd pod wpływem wystąpień pisemnych oskarżonych, trzeba zauważyć krytycznej reakcji społecznej i medialnej, zwrócił prokuraturze akt oskarżenia.
Generał otrzymał akt oskarżenia 7 maja 2007 r. Tydzień później, już 14 maja wniósł do Sądu pismo (powołując się na zapisy kodeksu postępowania karnego) „o zwrot akt sprawy Prokuratorowi, dla ich zasadniczego uzupełnienia”. Autor załącza to pismo, jego treść wręcz „otwiera oczy” na skalę pominięć dokumentów, które – do tego nie trzeba wiedzy prawniczej – powinny być uwzględnione już na etapie formułowania aktu oskarżenia. Jeśli Państwo macie tu wątpliwości, zwróćcie uwagę na to zestawienie. Generał dokonał je w takich „blokach tematycznych”.
I. Na okoliczność sejmowych prac i ocen stanu wojennego: listę obecności posłów na posiedzeniach Sejmu z 2 sprawozdaniami stenograficznymi; ustawę „O stanie wyjątkowym” z 1937 r.;
II. Na okoliczność bezpieczeństwa i stabilności państwa… 4 stenogramy posiedzeń Sejmu, tekst porozumień sierpniowych i Statut NSZZ Solidarność przyjęty podczas rejestracji 10 listopada 1980; dokumenty IX Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR; dokumenty I Zjazdu NSZZ Solidarność oraz posiedzeń KKP w Gdańsku; 4 stenogramy posiedzeń Rządu; informacje oraz meldunki DYSOR (Dyżurny Sztab Operacyjny Rządu) za okres lipiec-grudzień 1981; wyniki badań opinii publicznej (OBOP), wypowiedzi prasowe Lecha Wałęsy i czołowych doradców; protokół z posiedzenia Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej w dniu 4 listopada 1992 r.
III. Na okoliczność stanu gospodarki w 1981 r… wskazane opracowania Zespołu Analiz Komisji Planowania Rady Ministrów; szyfrogram nr 2634 z Moskwy 9 września 1981, o ograniczeniu dostaw surowców i artykułów z ZSRR na 1982 r.; wskazane wypowiedzi Leonida Breżniewa, Gustawa Husaka, Ericha Honeckera oraz Konstantina Rusakowa;
IV. Na okoliczność różnorodnych nacisków… wskazane wypowiedzi przywódców państw sąsiednich; Listy KC KPZR z 5 czerwca i 17 września oraz posłanie z 21 listopada 1981 r.; dokumentacje zakłóceń kolejowych na stacjach granicznych z ZSRR; dokumentacja wywiadów USA (wskazane raporty); schemat wejścia do Polski wojsk NRD; sprawozdania attache wojskowych (podane); uzasadnienie rewizji nadzwyczajnej…oraz umorzenia śledztwa w sprawie Ryszarda Kuklińskiego; konkretne pisma i wypowiedzi Generała;
V. Na okoliczność warunków, intencji i propozycji działań… wskazane dokumenty z archiwów NRD; wskazane ustawy i uchwały Sejmu, protokoły z posiedzeń Komisji Współdziałania PZPR, ZSL, SD; oraz Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, komunikaty z podanych Konferencji Episkopatu; „Rozmowy Watykańskie abp. Bronisława Dąbrowskiego” oraz List Papieża Jana Pawła II do Generała i odpowiedź. Tu ciekawostka – Prokurator uznał te „kościelne” dokumenty za nic nie wnoszące do sprawy.
VI. Na okoliczność uzupełniającą i potwierdzającą fakty w pkt. I-V: wnioski o przesłuchanie osób: Mieczysław Rakowski, Stanisław Ciosek, Adam Strzembosz, Zbigniew Madej, Janusz Obodowski, Roman Malinowski, Janusz Kamiński, Władysław Baka, Antoni Rajkiewicz, Zbigniew Messner, Stanisław Długosz, Józef Czyrek, Jerzy Kuberski, prof. Jerzy Wiatr, Jerzy Kołodziejczyk, Antoni Bossowski, gen. Zbigniew Nowak, gen. Roman Misztal, gen. Marek Ochocki, płk Mieczysław Chodyniecki, płk Michał Sadykiewicz;
VII. Na okoliczność geopolitycznego i geostrategicznego położenia Polski… wnioski o przesłuchanie osób: Michaiła Gorbaczowa, Aleksandra Haiga (Sekretarz Stanu USA), Helmuta Schmidta (Kanclerz RFN), Margaret Thatcher, Francesco Cossiga (Prezydent Włoch. Znów ciekawostka – w 1994 r., przebywając w Polsce, przez dziennikarza przekazał Generałowi wiadomość – „Wiem, że ma Pan kłopoty, może Pan powołać mnie na świadka”. Wtedy Generał zeznawał przed SKOK. Prośbę ponowił w 2001 r., podczas osobistego spotkania z Generałem w Rzymie).
„Zestawienie” to Generał kończył z takim przekonaniem – „Ufam, iż da to możliwość dokonania kompleksowej oceny, wskazującej: Że wprowadzenie stanu wojennego uchroniło przed:
– paraliżem elementarnych funkcji państwa;
– całkowitym załamaniem gospodarki i w konsekwencji katastrofą społeczno-egzystencjalną;
– konfliktem bratobójczym;
– interwencją państw Układu Warszawskiego.
Że stan wojenny, nawet obciążony formalno-prawnymi uchybieniami, dokuczliwymi społecznie rygorami oraz powodującą krzywdy ludzkie, nadużywaną przez niektóre ogniwa władzy represyjnością, w tym tragedią w kopalni Wujek – nad tym wszystkim głęboko ubolewam – był jednakże mniejszym złem, wyższą koniecznością. O tym oczywiście zadecyduje niezawisły Wysoki Sąd”.
Zastanówcie się Państwo, poszukajcie i zwróćcie uwagę podczas czytania książki, jakie dokumenty, materiały i dowody wskazane przez Generała wykorzystał prokurator. Które spośród nich Sąd uznał za istotne dowody w tym procesie oraz zeznania których świadków Generała znalazły odzwierciedlenie w końcowym orzeczeniu Sądu.
„Komunistyczne państwo”
Trudno oprzeć się pytaniu i wrażeniu – czy organ władzy państwowej jakim jest władza sądownicza nie dostrzegał symptomów, oznak stronniczości, pomijania dokumentów, dowodów procesowych przez prokuratora? A jeśli je widział – dlaczego nie reagował zgodnie z obowiązującymi wówczas procedurami postępowania prawnego, a może jego „reakcja” prawna była lekceważona przez inny organ władzy, np. władzę wykonawczą. Proszę – zwróćcie Państwo uwagę na taki przykład, dowód.
Sejm 18 grudnia 1998 r. uchwalił ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (Dz.U.2016.152, tekst jednolity). W art. 2 ust.1 czytamy – „Zbrodniami komunistycznymi, w rozumieniu ustawy, są czyny popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego w okresie od 17 września 1939 r. do dnia 31 lipca 1990 r.” Przecież, po przeczytaniu tego zapisu, nawet niezbyt bystry w prawie czy wiedzy historycznej poseł, a szczególnie-używając potocznego języka – prawnik, powinien sobie postawić wręcz banalne pytanie – jakie to „państwo komunistyczne” istniało na ziemiach polskich po 17 września 1939 r.? Czy była nim Generalna Gubernia pod wodzą Hansa Franka, rezydującego w Krakowie i sprawującego władzę z woli Hitlera? A kto, jacy to „polscy komuniści” sprawowali władzę na terenach wcielonych do ZSRR w 1939 r. Chyba, że IPN chce ścigać urzędników tych państw sprawujących władzę administracyjną, może też i członków NSDAP oraz KPZR? Minęło już 20 lat obowiązywania tej ustawy – czy słyszał ktoś z Państwa Czytelników o postawieniu przez IPN przed sądem „funkcjonariusza ZSRR”? Następna ciekawostka. Ustawa pozwala ścigać takie zbrodnie popełnione do 31 lipca 1990 r. Proszę zwrócić uwagę – jaki fakt, zdarzenie historyczne wyznacza tę datę? Nie znam, proszę bardzo o uzupełnienie mojej wiedzy! Natomiast wiem, że 24 sierpnia 1989 r. Sejm powołał Tadeusza Mazowieckiego na stanowisko premiera. Rząd składał się głównie z członków opozycji, działaczy Solidarności. Owszem, byli w nim ministrowie – członkowie PZPR: gen. Florian Siwicki (MON), gen. Czesław Kiszczak (MSW). Kto wie, że w przeszłości członkiem PZPR był Jacek Kuroń, Minister Pracy w tym rządzie? Czy ten rząd mimo takiego „trefnego” składu można nazwać „funkcjonariuszami państwa komunistycznego”? Co więcej, od kiedy takie państwo istniało, czy była nim PRL? Jeśli tak – zmiana nazwy państwa nastąpiła na mocy ustawy z dniem 30 grudnia 1989 r., podpisanej przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Wobec tego nowa nazwa państwa po dziś dzień (sierpień 2019) brzmi – Rzeczpospolita Polska. Cóż takiego sprawiło, że pół roku jej istnienia z mocy prawa uznano państwem komunistycznym? A dlaczego nie uznano do 22 grudnia, gdy z tym dniem urząd Prezydenta RP formalnie złożył Generał? A może do31 lipca Generał „odkomuszył” się? I odtąd do 22 grudnia było „dobrze”.
Inny przykład. Niemal każdy młody historyk, polityk w III RP mówi o monopartii, czyli „jedynowładztwie” PZPR. Jest to oczywiste kłamstwo, nie jedyne. Dlaczego? A takie ZSL czy SD nic nie znaczyło, byli tylko przystawkami, „kwiatkami do komuszego kożucha”? Z jakiej to partii, konkretnie Stronnictwa członek był marszałkiem Sejmu w PRL? Proszę się zastanowić – gdyby przez 30 lat III RP marszałkiem Sejmu był członek PSL – byłoby to dla tej partii uwłaczające? Dla niej i całej Polski świadczyłoby w ten sposób, że „komunistyczne państwo” nadal istnieje? Czy ich Kluby Poselskie oraz Koła Poselskie, np. Chrześcijańskie – Znak, nic nie znaczyły w Sejmie, Radzie Państwa? Zwróćcie Państwo uwagę – czy dzisiejsze PSL przyznaje się do takich korzeni? Kto z Państwa pamięta, iż właśnie ZSL i SD po 4 czerwca 1989 r. szybko zapomniały o PZPR, przyłączyły się do Lecha Wałęsy, by z nim kreować nowy skład rządu (znane zdjęcie Wałęsy, Jóźwiaka i Malinowskiego) Przepraszam, jeśli ktoś z Państwa poczuł się dotknięty takim przypomnieniem i wywodem, do tego tuż przed wyborami parlamentarnymi. Może warto posłuchać mądrali rozbijających Koalicję Obywatelską, a teraz kreujących się na chłopskich przedstawicieli, zatroskanych o „dobro Narodu”. Może warto ocenić ich wiarygodność przez pryzmat Historii. Zachęcam też do spojrzenia na program Lewicy przez pryzmat Historii! Wiem, tu krytyków nie zabraknie! Oczywiście pamiętających „ogórkowy wystrzał”. A gdzie dorobek – ten socjalny, materialny i gospodarczy, kto o tym mówi? Kto, jeśli nie Lewica, SLD, jego europosłowie stanęli w obronie osób, funkcjonariuszy – czy na pewno „państwa komunistycznego” którym obniżono emerytury? Przecież nie tylko szło o funkcjonariusza – ale także jego żonę, jako wdowę, sieroty po nim, inwalidę. Tu z ludzkiego, „chrześcijańskiego miłosierdzia” żaden biskup nie miał nic do powiedzenia? Sięgnijcie Państwo pamięcią – kto i za „jakie grzechy” wnioskował o degradację Generała i innych oficerów? Tylko SLD, Lewica od 2016 r. – powtórzę – była i jest przeciwko dezubekizacji, zapowiedziała zwrot należności, naprawienie wyrządzonych krzywd, przywrócenie praw nabytych, sprzeciw wobec „majestatu prawa” działającego wstecz. Nie zapomnijmy o tym w dniu wyborów, niech „piękne, narodowe” zawołania nie przesłonią nam trzeźwości oceny słów i rozumnego podjęcia decyzji przy urnie wyborczej.
Przykład PZPR. Pełna nazwa – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza! Czy jest tu coś „komunistycznego”? Ale było wystrzałowo – poseł KPN (nazwisko godne „najwyższego zapomnienia”) w Sejmie rozszyfrował ten skrót – płatni zdrajcy, pachołki Rosji. Generał w książce „Stan wojenny” o tym pisze – „nie ma we mnie gniewu, choć byłby usprawiedliwiony. Jest raczej żal i wstyd, że jeden Polak może tak łatwo znieważać innych rodaków. Przecież i tych górników, którzy przed świętym obrazem w Piekarach Śląskich nie wstydzili się ani swych legitymacji partyjnych, ani przyznanych im przez władzę ludową wysokich, a jakże zasłużonych oznaczeń”. I co Państwo myślicie?
A jak brzmiały pełne nazwy takich partii w ZSRR – KPZR, Bułgarii – BPK, Rumunii – RPK, Czechosłowacji – KPCZ. Tam były „komunistyczna”! Jakim więc prawem mówi się o Polsce„komunistyczne państwo”, do tego w dokumentach, aktach prawnych jakim są ustawy. Proszę wybaczyć – nie mam zamiaru z Państwa Czytelników drwić, ani kpić w „żywe oczy” z własnej, mojej Ojczyzny! Uważam, że Lewica ogłaszając program wyborczy i zapowiadając rozwiązanie IPN ma rację, należy ją zdecydowanie w takim zamiarze poprzeć. Zarówno prawo jako zapis kodeksowy jak i instytucja prawa, jaką stał się od początku istnienia IPN, w żaden sposób nie mogą, nie powinny ośmieszać własnego państwa, naszej Polski tak wobec nas – Polaków jak i na arenie międzynarodowej. Co więcej – pojęcie „funkcjonariusz państwa komunistycznego” czy „komunistyczne państwo”, jest abstrakcją, takiego państwa na ziemiach polskich przez ponad 1000 lat nie było! Używanie nagminnie, masowo tych pojęć w mediach ma obrzydzić Polakom tamten ustrój. Co więcej – czyni z nas „ciemny lud”, który pluje we własne, rodziców i dziadków życiorysy. Cóż z tego, że w latach 1944 – do 31 lipca1990 (wg. ustawy IPN) nie było ani komunizmu, ani takiego ustroju. Ale „kumuna” i tak była, powtarzają lepiej wiedzący z poziomu piaskownicy. Dla nich sięgnięcie po słownik i wyjaśnienie tego określenia to „za wysokie progi”, czy ich intelekt to pojmie?
Stosowanie właściwych, zgodnych z rzeczywistością nazw, pojęć, określeń jest jednym z podstawowych wymogów czytelności i rozumienia języka, a w prawie, jego przepisach warunkiem wręcz niezbywalnym. Łamanie tej zasady czyni zapisy prawnicze nie tylko błędnymi, abstrakcyjnymi ale wprost powinno wykluczać i unieważniać prawomocność wydawanych wyroków w oparciu, na podstawie takich paragrafów. Proszę się zastanowić nad prawomocnością takich wyroków, Szanowni Czytelnicy. Ani takiego państwa, jako podmiotu prawa międzynarodowego, ani takich funkcjonariuszy nie było.
Prokurator gwałci prawo konstytucyjne
Peter Raina tak skrótowo ocenia akt oskarżenia (s. 342)., prawnie umocowany na art. 258 par.3 kk (kodeksu karnego) w związku z art.2 ust. 1 ustawy z 18 grudnia 1998, co wyżej skomentowałem. Pisze: „powołując się na artykuły karne, prokuratura gwałtownie naruszyła zasadę lex retro non agit, zasadę niedziałania prawa wstecz. Zasada ta, orzekł Trybunał Konstytucyjny w dniu 22 sierpnia 1990 r., „jest jednym z istotnych elementów państwa prawnego”. Stanowisko Trybunału zostało potwierdzone wyrokiem Sądu Najwyższego dnia 20 września 1991 roku że, w świetle art.1 Konstytucji RP, który określa Polskę jako demokratyczne państwo prawne, obowiązywanie zasady lex retro non agit nie może budzić najmniejszych wątpliwości”.
Zwróćcie Państwo uwagę – oto przykład zawiłości języka prawniczego, który dla mało obeznanego z tą terminologią Czytelnika nic nie wyjaśnia.. Zaś pytanie – o co w tym idzie nasuwa się samo. Skrótowo wyjaśnić to można i należy tak. Wspomniany art. 258 kk został przyjęty ustawą 6 czerwca 1997 roku, czyli 16 lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Zasada powyższa – nie działania prawa wstecz, w tym przypadku konkretnie 16 lat wstecz, zabrania korzystać z tego artykułu i tego kodeksu karnego do oskarżania i osądzania tzw. autorów stanu wojennego. Wobec tego pojawiają się dwa pytania – czy w ogóle nie można było ich sądzić? Można było, ale wg. kodeksu karnego, który obowiązywał w 1981 roku. Można też odpowiedzieć tak-nie można było sądzić, gdyż część oskarżonych pełniła wysokie stanowiska państwowe, np. Generał, ministrowie i z tego tytułu podlegali Trybunałowi Stanu. Dosłownie – Sąd Okręgowy powinien odmówić podjęcia się procesu sądowego. Dlaczego tak nie postąpił – zgadnijcie Państwo. Co więcej – art. 258 odnosi się do „zorganizowanej grupy albo związku mającym na celu popełnianie przestępstw”. Inaczej mówiąc – do złodziei zorganizowanych w różne bandy dla popełniania różnych przestępstw, np. napadów rabunkowych, morderstw, itp. Zapytacie Państwo – co oznacza zastosowanie tego artykułu i paragrafu wobec Generała i współoskarżonych? Mówiąc wprost – zrównanie ich z takimi bandytami, gangsterami różnych mafii. Publiczne i historyczne upokorzenie przez prokuratora i Sąd. Nikt przecież z Państwa nie uwierzy, że Sąd i prokurator nie znali zasady nie działania prawa wstecz. Świadomie więc łamali tę zasadę, takie prawo. Dlaczego – jeśli Autor napisał, cytowałem wyżej i powtarzam – „analiza dokumentów wskazuje na zemstę”, jest w błędzie? Kolejne pytanie – dlaczego nie reagował Sąd Najwyższy jako zwierzchnik niższych instancji sądowych, dlaczego milczał Trybunał Konstytucyjny? Przecież przygotowanie aktu oskarżenia i sam proces trwał kilka lat, było wiele publikacji prasowych i nie było żadnych tajemnic, które ukrywałyby łamanie tej zasady. Autor przywołuje taki przykład – „zasada ta została naruszona przez dekret z 31 sierpnia 1944 roku, by wymierzyć karę zbrodniarzom hitlerowskim, winnych znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami. Rzecz zrozumiała, że mamy tu do czynienia z sytuacją wyjątkową i naruszenia zasady nie działania prawa wstecz jest usprawiedliwione”. Chcecie Państwo „przetłumaczyć” sobie ten przykład na akt oskarżenia i proces sądowy Generała wraz ze współoskarżonymi – proszę.
O innych „tajemnicach” aktu oskarżenia i procesu sądowego, zauważonych przez Autora – napiszę niebawem.

Peter Raina – „Zdrada czy konieczność. Jaruzelski i inni przed sądem”, Wyd. Biblioteczka Myśli Polskiej, Warszawa 2019.

„Chłopi chcą być gospodarzami”

Obchodzimy 82. rocznicę sierpniowego, antysanacyjnego strajku chłopskiego z 1937 roku.

Dokładnie 82 lata temu pomiędzy 16 a 25 sierpnia 1937 roku miał miejsce w ówczesnej Drugiej Rzeczypospolitej ogłoszony przez Stronnictwo Ludowe (SL) masowy strajk chłopski. Był on skierowany swoim politycznym ostrzem przeciwko jawnie faszyzującemu, antydemokratycznemu, antychłopskiemu i antyrobotniczemu reżimowi sanacyjnemu.
Służalcza i wyjątkowo dyspozycyjna wobec sanacji tzw. policja państwowa zastosowała wtedy z pełną premedytacją wobec słusznie strajkujących, zmęczonych nieudolnymi rządami „sanacyjnych wizjonerów” chłopów wyjątkowo brutalne i krwawe represje. Ówcześni nad wyraz bezmyślni i politycznie krótkowzroczni i do tego rzecz warta podkreślenia samozwańczy włodarze państwa polskiego tak właśnie „rozwiązywali” wszystkie palące od środka przedwrześniowe społeczeństwo Drugiej RP problemy. Zamiast kulturalnego i cywilizowanego dialogu z obywatelami wyłącznie pięść, pałka i kula! Strajkujący w sierpniu 1937 roku chłopi domagali się przede wszystkim przywrócenia w Polsce zdeptanych i pohańbionych przez piłsudczykowski obóz rządzący zasad demokracji parlamentarnej, wszystkich swobód obywatelskich, skasowania wszystkich wyroków brzeskich oraz natychmiastowego, swobodnego powrotu emigrantów politycznych do Polski.

Chłopska fala strajkowa

objęła ówczesne województwa: białostockie, lubelskie, lwowskie, kieleckie, krakowskie, pomorskie, stanisławowskie, tarnopolskie, warszawskie. Częściowo również województwa: poleskie oraz wołyńskie.
W okresie strajku od policyjnych kul zginęło 42 chłopów. Około 6 tysięcy chłopów zostało aresztowanych. Na kary więzienia sanacyjne sądy skazały natomiast 600 chłopów.
Jak podkreślał profesor Józef Buszko: „Strajk chłopski w sierpniu 1937 r. stanowił ostatnią wielką bitwę mas pracujących w burzliwych latach 1935–1937, poważnie wstrząsając systemem rządzącym, nie zdołał jednak doprowadzić do jego obalenia. Nie ulega wątpliwości, że podstawową przyczyną niepowodzenia tak tej ostatniej, jak i poprzednich robotniczych antysanacyjnych wystąpień, stanowiło rozproszenie sił obozu demokratycznego, zwłaszcza rozbicie ruchu robotniczego. Obalenie sanacji mogło się dokonać jedynie w drodze bliskiej współpracy wszystkich sił lewicowych, reprezentujących masy ludowe, w pierwszym rzędzie KPP, PPS i SL, na co wskazywali komuniści nawołując do realizacji frontu ludowego”. (Cyt. za: J. Buszko, Historia Polski 1864–1948, Warszawa 1989, s. 318).
W związku z 82. rocznicą tamtych niezwykle ważnych dla polskiej lewicy socjalnej wydarzeń chciałbym poniżej przytoczyć ku koniecznej refleksji wymowny w swojej treści materiał pochodzący z kompletnie zapomnianej dziś publikacji autorstwa Józefa Gójskiego zatytułowanej: „Strajki i bunty chłopskie w Polsce”. „W okresie trwania strajku prasa nie podawała żadnych wiadomości o przebiegu akcji, mimo że już w pierwszych dniach jego wybuchu opinia publiczna w miastach dowiedziała się za pomocą ustnej propagandy, że Stronnictwo Ludowe zorganizowało strajk i że ogarnął on prawie całą wieś w Polsce.
Poza tym miasta odczuły na rynku brak pewnych produktów rolniczych, co bardziej jeszcze zaniepokoiło opinię, która żądna była dowiedzieć się prawdy.
Cenzura wszelkich wiadomości o strajku była bezwzględna.
Jedynie za pomocą tajnych komunikatów Stronnictwa Ludowego dowiadywano się, że odbywa się strajk chłopski w Polsce i że nie ma on na celu wygłodzenia miast, ale przede wszystkim jest aktem skierowanym przeciwko polityce rządów sanacyjnych.
Dopiero w dniu 25 sierpnia ukazał się pierwszy komunikat rządu i drugi w dniu 30 sierpnia 1937 r.
Z komunikatów tych, (…) zainteresowana opinia publiczna dowiedziała się o przebiegu akcji strajkowej, naturalnie w oświetleniu rządowym, tendencyjnym i wrogim ruchowi ludowemu.
Od tej chwili, a więcej jeszcze po interpelacji w sejmie posłów: ks. Lubelskiego, Zakliki i gen. Żeligowskiego w sprawie strajku, prasa mogła (naturalnie w ramach zakreślonych przez cenzurę) pisać i zająć stanowisko wobec strajku chłopskiego.
Stanowisko prasy polskiej w tej sprawie było różne i podzielone.
Prasa obozu rządowego wraz z endecką zajęła jak najbardziej wrogie stanowisko, nazywając strajkujących i organizatorów pachołkami komunistycznymi, warchołami i zwolennikami folks – frontu.
Prasa konserwatywna starała się zająć stanowisko zbliżone do obiektywnego z domieszką uszczypliwości w stosunku do organizatorów strajku, tj. do Stronnictwa Ludowego, chcąc obronić bardziej zachowawczy kierunek w stronnictwie i wśród chłopów, nie szczędząc oszczerstw w stosunku do grup radykalnych ruchu ludowego.
Prasa socjalistyczna, niezależna i prasa ludowa w bezstronny sposób naświetliły podłoże wybuchu i przebiegu strajku, wskazując niebezpieczeństwo i szkodę, jakie grożą państwu w wypadku dalszego ignorowania przez władze żądań chłopskich i robotniczych.
Przejdźmy z kolei pokrótce do wypowiedzi i stanowiska niektórych dzienników i czasopism wobec strajku.
„Gazeta Polska”(nr 241 i inne, rok 1937) pod szumnym tytułem „Stłumienie anarchicznej akcji Stronnictwa Ludowego” zajęła stanowisko sfer rządowych, atakując Stronnictwo Ludowe, stawiając mu zarzuty pracy antypaństwowej, współpracy z komunistami itp.
„Kurier Poranny” nazwał strajk chłopski zbrodnią, a „Express Poranny” i cała prasa czerwona „świętokradztwem”.
„Samowola i gwałty – pisał „Kurier Poranny” – zorganizowane na pewnych obszarach Rzeczypospolitej, zostały odparte. I tak będzie zawsze. Polska dzisiejsza nie może sobie pozwolić na żaden objaw słabości, musi żelazną, twardą, bezwzględną ręką bronić u siebie ładu i porządku, bez względu na motywy, w których imieniu występują wichrzyciele. Siewcy zamętu sami przybliżają chwilę, kiedy okres pobłażania się wyczerpie”.
„Polska Zbrojna” – organ wojska polskiego – dopatrywała się w akcji Stronnictwa Ludowego „widma Szeli”. „Ilustrowany Kurier Codzienny” zarzucał Stronnictwu Ludowemu, że do akcji strajkowej wciągnęło obce elementy, szczególnie komunistów. Podobne stanowisko zajęła prasa endecka.
Konserwatywny „Czas” ubolewał nad przebiegiem strajku, obciążył władze Stronnictwa Ludowego za wypadki, ale jednocześnie na innym miejscu dodał, że:
„(…) nie byłoby słuszne obarczanie odpowiedzialnością za ostatnie wypadki wyłącznie Stronnictwa Ludowego. Zarówno bowiem w przeszłości popełniano i nadal popełnia się błędy, polegające na niedocenianiu i niezrozumieniu świadomości politycznej oraz politycznych dążeń wsi.”.
Podobne stanowisko zajął „Kurier Polski”, organ ciężkiego przemysłu „Lewiatana”.
Nieco odmienne stanowisko zajęła prasa socjalistyczna.„Robotnik” – naczelny organ P. P. S. – zamieścił wiele artykułów odpierających ataki na Stronnictwo Ludowe, podając najbardziej obiektywną ocenę strajku chłopskiego. Redaktor naczelny M. Niedziałkowski, odpierając ataki prasy Stronnictwa Narodowego na Stronnictwo Ludowe, pisze m.in.:
„Chłopi chcą być gospodarzami w Polsce niepodległej. Chcą być gospodarzami, nie przedmiotem doświadczeń „elity” biurokratycznej. Robotnicy chcą być tak samo gospodarzami i pracownicy umysłowi też. Taka jest prawda, od tej prawdy już nikt nie odstąpi, bo rzeczywistość dostarczyła argumentów bez końca. Elita biurokratyczna nie zdała egzaminu. Musi tedy zaistnieć kontrola skuteczna. Kontrolę skuteczną gwarantuje tylko demokracja. Trzeba sobie zdawać sprawę, że w wyrażaniu swych myśli i uczuć wykazały masy chłopskie upór, zawziętość, poświęcenie daleko idące, że były to masy chłopskie w okolicach, gdzie ma swą główną siedzibę umiarkowany Ruch Ludowy, gdzie szeregi tego ruchu składają się, jak to doświadczyliśmy wiele razy, z ludzi, którzy rozumieją nie tylko swoje stanowe interesy. „Warszawski Dziennik Narodowy” – pisze autor – widzący zrazu w wydarzeniach chłopskich tylko przejaw „folks – frontu” i rękę komunistyczną, spostrzegł jednak, że zbytnio sobie uprościł to zjawisko socjalno–polityczne, jakim był strajk rolny, i że za daleko posunął się w insynuacjach i atakach na polski Ruch Ludowy”.
Dosyć dziwne stanowisko zajęła prasa naprawiacka, która atakując stale Stronnictwo Ludowe, szczególnie jego kierownictwo, po strajku chłopskim starała się przypodobać chłopom, biorąc w obronę ruch ludowy. Stanowisko takie zajęło pismo naprawy „Naród i Państwo” oraz „Jutro Pracy”, organ grupy płka Sławka.
Bezstronne, rzeczowe stanowisko zajął wobec strajku chłopskiego „Kurier Warszawski”. W artykule podpisanym inicjałami B. K. (Bolesław Koskowski) czytamy między innymi:
„Nikt nie zaprzeczy, że Stronnictwo Ludowe zajmuje niemałe miejsce co najmniej w dwu najdojrzalszych politycznie dzielnicach Polski i że jest na wsi prawdziwą siłą polityczną. Kto zdobędzie się na lekceważenie tak ważkiego czynnika i kto może się łudzić, że potrafi go unicestwić albo przynajmniej osłabić? Od 30 lat w Małopolsce, a od dziewiętnastu lat w całej Polsce ludowcy grali znaczną rolę i nie nie zapowiada, żeby ta rola miała im wypaść z rąk”.

Prasa Stronnictwa Ludowego

starała się w miarę dobrego humoru cenzora przedstawić jak najbardziej bezstronnie stan faktyczny przebiegu strajku, podkreślając na każdym miejscu podłoże strajku, które tkwiło głęboko w ciężkiej sytuacji prawno–politycznej wsi, upominającej się o słuszne prawa polityczne dla największej warstwy w narodzie – chłopów. „Zielony Sztandar” – organ naczelny Stronnictwa Ludowego – w artykule „Nie przeciągać struny” pisze m.in. o chłopskich żądaniach :
„(…) chłopi polscy wołają już o najrozmaitsze sprawy od szeregu lat. Wołają i byli jak rzadko kto cierpliwi w oczekiwaniu odpowiedzi. Wołają o zmianę warunków gospodarczych ich bytu, o reformy społeczne, a otrzymują tylko cienkie plasterki chwilowej poprawy. Wołają o oświatę, a tymczasem nic się nie zmienia w dziedzinie stosunków na wsi. Słyszeliśmy niedawno, że czas wreszcie oprzeć stosunki w Polsce na prawdzie. Nie należy więc przed prawdą zamykać oczu ani uszu”.
Tygodnik „Piast” – organ Stronnictwa Ludowego wychodzący w Krakowie – zamieścił artykuł W. Witosa, przebywającego wówczas na emigracji, w którym m.in. czytamy:
„Nawet leniwie myślący powinni zdać sobie z tego sprawę że chłopi niezadowoleni, od państwa odepchnięci, prawa pozbawieni, głodni i ciemni tego zadania nie spełnią, ale nic nie uczynią, aby ten stan zmienić (mowa o związaniu chłopów jak najbardziej z państwem). Powołani milczą, a różnym młokosom wydaje się, że chłop to tylko cyfra w ich rachunku którą oni mogą posuwać stosownie do ich woli, a nawet kaprysu. Jeśli zaś chłopi upomną się nieco śmielej albo popełnią jakiś akt rozpaczy, to jedni natychmiast ujrzą widmo Szeli, drudzy w nich znajdą komunistów, przychodząc z pomocą policji, nawet nieproszeni. Zapominają jedni i drudzy, że najpierw nie czas na podobne eksperymenty, bo wypadki i rozum domagają się czego innego, następnie, że chłop nie da się zrobić popychadłem, a w końcu, że oni są wobec niego znikomą mniejszością”.
To jest naturalnie pobieżny tylko przegląd prasy krajowej, która sprawą strajku zajmowała się przez okres kilku miesięcy.

Przejścia brak Ważny tunajt

Przypomniał mi się dziś Dołhobyczów. To taka wioseczka w powiecie hrubieszowskim, w której jeszcze pół roku temu działało graniczne przejście pieszo-rowerowe z Ukrainą. Jedyne takie na Lubelszczyźnie. W ostatnich sześciu miesiącach przekroczyło je 3,5 tysiąca podróżnych, z czego 850 pieszo lub rowerem. Funkcjonowało od lipca 2015 do końca 2018 r. I dość.

Dołhobyczów przypomniał mi się akurat dzisiaj, gdym włączył telewizor, i zobaczył prezydenta Dudę, składającego kwiaty pod pomnikiem ofiar Rzezi Wołyńskiej. Prezydent po raz wtóry zaapelował do władz ukraińskich o to zgodę na przeprowadzenie ekshumacji ofiar na Wołyniu. To, zdaniem prezydenta Polski, byłoby jasnym sygnałem, że nowej prezydenckiej administracji na Ukrainie zależy, podobnie jak nam, na utrzymaniu poprawnych i przyjacielskich stosunków między obydwoma krajami. Nikt ludziom życia nie przywróci, ale pamięć o nich i prawdę historyczną, nawet najgorszą, należy na światło dzienne wydobyć, choćby spod ziemi, nawet jeśli nie ma na niej mogiły. Kości pomordowanych nadal jednak pod nią tkwią i mogą pokazać światu, jak było naprawdę. Dziś już mogą. Nie bardzo jednak wierzę, że apel prezydenta Dudy spotka się na Ukrainie ze zrozumieniem, choć podobnie jak i pan prezydent, bardzo bym sobie życzył, żeby relacje polsko-ukraińskie wreszcie ucywilizować i zacieśnić. Znam Ukraińców dobrze, bo wychowałem się niespełna 30 kilometrów od nich. Znałem ich wtedy i znam ich dzisiaj. Wożą mnie taksówkami, podają zakupy w sklepie, bawią się z moim dzieckiem. Ba, z paroma grałem na jednej scenie koncerty. Nigdy nic złego mnie z ich strony nie spotkało. Wiem jednak, że póki sama Ukraina nie poradzi sobie wewnętrznie ze sobą i swoją spuścizną, niewiele się tam zmieni. A widoki na uporanie się z własnymi demonami są w Kijowie raczej nieciekawe.
Nowy prezydent Ukrainy postrzegany jest jako człowiek Ihora Kołomojskiego, skonfliktowanego z byłem prezydentem Poroszenką oligarchy, który otwarcie wspiera samodzielny batalion Azow walczący na zachodniej Ukrainie z wojskami separatystów prorosyjskich. Wiecie Państwo co to ten Azow? Na początku prywatna, nacjonalistyczna armia, finansowana z kieszeni bogaczy, takich jak m.in. Kołomojski, później, zalegalizowana przez ukraińskie władze jednostka. W jej skład wchodzą ochotnicy. Sami najlepsi synowie narodu? Nie do końca. Z przeróżnych źródeł dowiedzieć się można, że sporą grupę wojaków stanowią byli skazańcy. Obok nich, w okopach, siedzą legalni faszyści z różnych stron Europy, wyznający ideę supremacji białej rasy. Dalej ukraińscy nacjonaliści, wypisz wymaluj spod tryzuba Bandery, a jeszcze obok nich norlmalsi, postrzegający siebie jako patriotów, którym obecność pozostałych u boku nie wadzi. Wszyscy przystrojeni w mundury z wolfsangelem, przeróbką run, wykorzystywanym w symbolice neonazistowskiej. Jak ktoś ma silne nerwy i takiż sam żołądek, może sobie poszperać w sieci i poszukać filmików z przykładami na to, w jaki sposób towarzystwo obchodzi się z pojmanymi do niewoli jeńcami. Czy to znaczy że drudzy są święci? Bynajmniej. Rzecz jednak w tym, że to z Ukrainą chcemy się bratać bardziej niż z putinowską Rosją. Mam jednak wrażenie, że Ukraina niekoniecznie chce bratniego kontaktu z nami, tak bardzo, jak my z nimi.
Jeśli są wątpliwości, że w Jedwabnem było inaczej niż opisuje to Jan Tomasz Gross, to nie można zakryć ich czapką, a wszystkich tych którzy je podnoszą, nazwać kretynami i nacjonalistami, z którymi rozmawiać się nie godzi. Trzeba rzecz wyjaśnić, żeby nie tonąć w półprawdach i kłamstwach. Tak i na Ukrainie. Pokazać trzeba światu, jak było naprawdę. Kto stał za ludobójstwem, a nie za zbrodnią noszącą znamiona ludobójstwa, bo to podła i niegodziwa manipulacja, bawić się w semantykę nad cierpieniem ofiar. Obdartych ze skóry, poćwiartowanych, spalonych żywcem. Jeden kolega, gdy Rzeź Wołyńska stała się ongiś głośnym tematem sporów przekonywał mnie, że dziś to nie jest dobry czas, żeby atakować Ukrainę „rachunkiem krzywd”, kiedy na wschód od Kijowa siedzi im na karku Moskal. A kiedy jest na to dobry czas? Kiedy będzie lepszy? Jak mamy dojść do wzajemnego pojednania, gdy huk armat pod Mariupolem zagłusza prawdę spod Wołynia, do której nie nazbyt odważnie próbujemy przekonać naszych politycznych partnerów.
Tymczasem, w Dołhobyczowie, zamknięto pas dla pieszych i rowerów, bo podobno trudno było utrzymać nań porządek, a przez sam fakt jego istnienia, autokary notowały obsuwki. Zbliżenie obydwu narodów o którym mówimy, jakby się…oddaliło. Ludzie nie mogą już pojechać rowerem na Ukrainę i z powrotem. Zresztą po co by mieli. Nie dość że zabiją, to jeszcze rower ukradną. Lepiej nam u siebie, przy piecu.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Noc wzruszeń

Gruzini „Okę” i „Mazurka Dąbrowskiego” śpiewali po polsku.

Był to niezapomniany wieczór dla kilkuset mieszkańców, kuracjuszy i wczasowiczów przebywających na leczeniu i wypoczynku w Kudowie Zdroju. Piękna sala Teatru Miejskiego łącznie z balkonem była wypełniona do ostatniego miejsca. Wielu stało w przejściach przy ścianach, innym dostawiano krzesła. Na scenie swoje narodowe pieśni i piosenki wykonywali artyści z Gruzji, z Batumi. Uczestnicy tego koncertu będą długo wspominać to spotkanie z muzyką i pieśniami narodu gruzińskiego od trzynastego wieku do czasów współczesnych. Egzotyczny chór oczarował nas wszystkich. A co się działo na widowni, gdy artyści śpiewali po polsku naszą „Okę” napisaną przez Leona Pasternaka i wykonywaną przed laty przez żołnierzy 1. Korpusu i 1. Armii Wojska Polskiego na całym bitewnym szlaku. Wszyscy wstali z miejsc, a niektórzy mieli w oczach łzy. Ja również. Owacjom i okrzykom radości nie było końca. Wyrażano w ten sposób wdzięczność artystom z dalekiej Gruzji za śpiewanie tej pieśni po polsku, podobnie jak żołnierze polscy śpiewali ją na wschodnim szlaku bojowym, walcząc z niemieckimi barbarzyńcami, którzy zamordowali sześć milionów obywateli Polski, w tym trzy miliony Polaków. Wychodząc z tego koncertu, słyszałem liczne wypowiedzi jego odbiorców. Mówili, że Gruzini śpiewali „Okę” po polsku, podobnie jak „Mazurka Dąbrowskiego” Józefa Wybickiego. Pytali, a dlaczego w naszym kraju jej się nie śpiewa, np. w rocznicę bitwy pod Lenino na ziemi białoruskiej? W tej bitwie zginęło ponad dwa tysiące polskich młodzieńców i osób starszych, myśląc o Polsce, ojczystym kraju, do którego pragnęli wrócić po latach tułaczki. A nie jest śpiewana dlatego, że wciąż dzielona jest polska krew brocząca strumieniami za ojczysty kraj na dobrą i złą. Obchodziliśmy kolejną rocznicę bitwy o Monte Cassino. I słusznie. Tak, trzeba młodym Polakom wciąż przypominać, tam walczyli żołnierze Wojska Polskiego dowodzonego przez gen. dyw. Władysława Andersa. Ale na Boga, dlaczego się tego nie czyni z okazji rocznicy bitwy pod Lenino? Politycy, telewizja i prasa nawet nie wspominają, bo byłoby to niepoprawnością polityczną. Czy można walkę, męczeństwo i strumienie wylanej krwi oceniać wedle kryteriów polityczno-ideowych? Takie zachowania polityków prawicowych, zwłaszcza konserwatywnych, budzą u milionów Polaków stanowczy sprzeciw. Walcząc z okrutnym wrogiem niemieckim, żołnierze 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki nie mieli pojęcia o komunizmie, o sowieckim poddaństwie Polski. Kierowali się wolą powrotu do kraju i przyspieszenia jego wyzwolenia oraz odbudowy. Panowie politycy, władzo naszego kraju, kiedy wreszcie zrozumiecie, że takie różnicowanie narodu oraz podziały na dobrych i złych, prawdziwych bohaterów i niezłomnych żołnierzy jest nie tylko niesprawiedliwe, lecz wręcz amoralne. Dzieli to bowiem również cały naród i może osłabić nasz dalszy rozwój cywilizacyjny oraz pozbawić nasze państwo godnego miejsca wśród narodów Europy. A przecież chcemy być prawdziwym sercem Europy. Wcześniej czy później młode pokolenie się przekona, że m.in. „Oka” to też jedna z kart naszej narodowej historii, o której nie możemy zapominać. „Oka” zaświadcza o naszych bohaterskich zmaganiach o wolność Polski, o jej suwerenny byt. „Oka” to jakże ważny dokument o tym, jak nasze wojenne pokolenia Polaków traktowały patriotyzm. Ten koncert artystów dalekiego kraju to piękna lekcja o właściwym zachowaniu starszego i młodego pokolenia Polaków. Bo przecież wśród uczestników było rzeczywiście sporo młodzieży. Wszyscy śpiewaliśmy „Okę” i „Mazurka Dąbrowskiego” stojąc.

„Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat

Trzydziesta rocznica zakończenia polskiego „Okrągłego Stołu” skłania do zastanowienia się nad tym, co spowodowało, że po latach bardzo ostrego konfliktu Polacy zdołali – jako pierwsi w naszej części Europy – siąść do stołu rokowań i uzgodnić warunki, na których rozpoczęła się transformacja ustrojowa.

Jest zresztą oczywiste, że bez porozumienia „okrągłego stołu” nie byłoby wyborów czerwcowych, a wydarzenia potoczyłyby się inaczej – zapewne znacznie mniej dla Polski korzystnie.
Jeszcze parę lat wcześniej porozumienie między władzami i opozycją wydawało się niemożliwe. Dominował pesymizm co do przyszłości – nie tylko najbliższej. Uważano dość powszechnie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie zmieni się sytuacja geopolityczna Polski. W wydanej w 1986 roku książce („The Game Plan”) Zbigniew Brzeziński przewidywał, że układ międzynarodowy oparty na rywalizacji i dominacji dwóch supermocarstw – USA i ZSRR – trwać będzie przez dziesięciolecia. W Polsce stan wojenny zamroził sytuację polityczną – zdawać się mogło, że na bardzo długo. W jego wyniku wprowadzenia zdołaliśmy uniknąć krwawej konfrontacji i, moim zdaniem w tych warunkach nieuchronnej, zbrojnej interwencji radzieckiej, ale zarazem zahamowano proces zmian demokratycznych. Nie udała się, prowadzona połowicznie, reforma gospodarcza. Ludzie ówczesnej opozycji szczerze przyznają, że sądzili wówczas, iż szansa istotnych zmian odsunęła się na wiele lat – może na dziesięciolecia. W środowisku partyjnych reformatorów dominowało przekonanie, że należy bronić tego, co jeszcze zostało ze zmian „posierpniowych” a ewentualne głębsze zmiany muszą czekać na bardziej sprzyjające warunki międzynarodowe i wewnętrzne, co nam także wydawało się odległą przyszłością. Już wtedy pojawiały się jednak w obozie rządzącym inicjatywy zmierzające do zahamowania konfrontacji i utrzymania jakichś form dialogu z udziałem umiarkowanego skrzydła „solidarnościowej” opozycji. Wtedy, w czasie trwania stanu wojennego, takie inicjatywy partyjnych reformatorów nie mogły znacząco wpływać na bieg wydarzeń, ale stanowiły dowód, że reformatorskie skrzydło PZPR nawet wtedy nie porzuciło nadziei na dialog i porozumienie. Wszystko to zmieniło się pod koniec lat osiemdziesiątych. Splot wydarzeń międzynarodowych i wewnętrznych stworzył warunki dla podjęcia wyzwania, które jeszcze niedawno graniczyło z cudem.
To polskie zwycięstwo jest obecnie atakowane przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, przy czym niektórzy z nich (np. Andrzej Zybertowicz) posuwają się nawet do imputowania, że „Okrągły Stół” był porozumieniem komunistycznej władzy z jej agentami. W tych atakach kryje się wrogi stosunek do porozumienia ponad politycznymi podziałami, dążenie do polaryzowania sceny politycznej i do totalnego dyskredytowania opozycji. Tym ważniejsze jest, by przypominać o tym, co stało się trzydzieści lat temu i co stanowi fundament polskiej demokracji.
Drogę do Okrągłego Stołu otworzyły dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą był impas, w jakim znalazła się polityka polska siedem lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Wbrew obawom jednych, a oczekiwaniom innych, stan wojenny udał się w tym sensie, że przy minimalnych stratach spacyfikował sytuację i dał ówczesnej władzy niezbędny oddech. Nie doszło do strajku generalnego, czy też do wybuchu rewolucyjnego. Władzom udało się opanować sytuację, ale nie udało się wyeliminować opozycji „solidarnościowej”, która – choć poważnie osłabiona – zachowała niemałe wpływy i potrafiła zbudować sprawne struktury podziemne. W następnych latach następowała stopniowa liberalizacja systemu, ograniczane były represje, pojawiały się większe możliwości dialogu. Gospodarka znajdowała się w jednak stanie przewlekłego kryzysu.
Początkowa poprawa gospodarcza okazała się nietrwała a pod koniec lat osiemdziesiątych ponownie nastąpiło jej pogorszenie. Szybko rosło zadłużenie zagraniczne Polski, przy czym stosunkowo niskie wpływy z eksportu nie pozwalały nawet na regularną spłatę odsetek. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych oczywiste już było, że stabilizacja polityczna ani nie usuwa wyzwania, jakie dla władzy stanowiła wywodząca się z „Solidarności” opozycja, ani nie przywraca tej władzy takiego poparcia społecznego, jakie miała w pierwszej połowie poprzedniego dziesięciolecia. Przeprowadzone w listopadzie 1987 roku referendum w sprawie reform politycznych i gospodarczych nie dało władzom takiego mandatu, na jaki liczono, a bardzo niska frekwencja w wyborach do rad narodowych – zbojkotowanych przez „solidarnościową” opozycję – w czerwcu 1988 roku (55.19 proc.) sygnalizowała zmniejszanie się poparcia dla obozu rządzącego. W tych warunkach ponownie pojawiały się w tym obozie głosy na rzecz bardziej zdecydowanych zmian. Obok publicystyki i prac studyjnych (w tym grupy roboczej powołanej w ramach PRON, w której dane mi było pracować) reformatorskie poglądy coraz częściej pojawiały się w wystąpieniach osób zajmujących wysokie stanowiska polityczne. Powołanie w 1987 roku do Biura Politycznego Mieczysława F. Rakowskiego i powierzenie mu we wrześniu 1988 roku stanowiska premiera było – z uwagi na znane od dawna reformatorskie poglądy tego polityka – symptomem dojrzewających zmian. Nie było jednak jasności co do tego, w jakim kierunku zmiany miałyby iść. Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno, a rządowi Rakowskiego zaszkodziła decyzja o postawieniu w stan likwidacji stoczni gdańskiej, co – niezależnie od racji ekonomicznych przywoływanych w obronie tej decyzji – było poważnym błędem politycznym, gdyż sugerowało wrogi stosunek rządu do „Solidarności”.
Po stronie opozycji dojrzewała także świadomość, że konfrontacja nie jest w stanie doprowadzić do upadku władzy. Obecnie głoszone poglądy, jakoby również bez porozumienia możliwe było odsunięcie PZPR od władzy, kontrastują bardzo wyraźnie ze stanowiskiem, jakie pod koniec lat osiemdziesiątych wyrażali intelektualiści i przywódcy demokratycznej opozycji, zwłaszcza Bronisław Geremek i Adam Michnik. W połowie lat osiemdziesiątych Michnik opublikował (w Londynie) książkę, w której otwarcie pisał o możliwości porozumienia między władzą i opozycją na zasadzie legalizacji „Solidarności” i zrezygnowania przez nią z walki o władzę. Geremek w wywiadzie udzielonym wydawanemu w podziemiu „Tygodnikowi Mazowsze” (8.X.1986) sygnalizował możliwość wznowienia dialogu między władzą i opozycją „bez zmuszania żadnej ze stron do rezygnacji”. W 1987 roku, wykorzystując sytuację, powstałą w wyniku tego, że władze ograniczyły zasięg represji wobec działaczy opozycji, Lech Wałęsa przystąpił do tworzenia Komitetu Obywatelskiego, który stał się sprawnym i bardzo zwartym ośrodkiem kierowniczym. Inicjatywa powołania tego ciała wyszła od Geremka, ale decyzja należała do Wałęsy. Po trwających ponad rok przygotowaniach komitet ukonstytuował się 18 grudnia 1988 stając się ośrodkiem kierowniczym demokratycznej opozycji. Powołanie Komitetu Obywatelskiego miało kluczowe znaczenie, gdyż wokół tego ośrodka skupiły się główne siły opozycji demokratycznej pozostawiając na marginesie ugrupowania radykalne (Konfederację Polski Niepodległej, Solidarność Walczącą). Już wcześniej w opozycji demokratycznej krystalizował się nurt umiarkowany, intelektualnie nawiązujący do idei realizmu politycznego, zachęcający do dialogu z władzami. W czerwcu 1987 grupa realistów skupiona wokół Marcina Króla zaczęła wydawać legalnie miesięcznik „Res Publica” – pismo od 1982 roku ukazujące się w podziemiu. O potrzebie i możliwości dialogu z władzą mówił w wywiadzie dla pisma „Konfrontacje” Bronisław Geremek. Oznaczało to rozszerzanie pola dialogu i przygotowywało dalej idące inicjatywy. Umiarkowanej linii przyjętej przez główny nurt opozycji sprzyjało kierownictwo Kościoła Katolickiego, inspirowane w wielkiej mierze przez stanowisko papieża Jana Pawła Drugiego, który nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Polską i Watykanem uzależniał od pozytywnej ewolucji stosunków politycznych w Polsce.
Te procesy wewnętrzne tworzyły warunki niezbędne, ale niewystarczające, dla wejścia na drogę dialogu i porozumienia. Konieczne było pojawienie się drugiej okoliczności – zmiany sytuacji międzynarodowej. W przeszłości nacisk radziecki stanowił nieprzezwyciężalną barierę, o którą rozbijały się bardziej radykalne programy reformatorskie. Przez długie lata kierownictwo PZPR znajdowało się pod presją radziecką, by ograniczać zasięg zmian. Stopniowo zmieniało się to, gdy na czele KPZR stanął Michaił Gorbaczow. Nowy przywódca radziecki podjął szereg inicjatyw prowadzących do zmiany klimatu międzynarodowego i wygaszania „zimnej wojny”. W lipcu 1988 roku w czasie wizyty w Warszawie publicznie unieważnił on tak zwaną „doktrynę Breżniewa” – ogłoszoną dwadzieścia lat wcześniej i uzasadniająca „prawo” ZSRR do interweniowania w „obronie socjalizmu” w innych państwach . Wojciech Jaruzelski powiedział mi po latach, że dopiero około roku 1987 stało się dla niego jasne, iż ze strony ZSRR nie grozi Polsce w razie wprowadzenia bardziej radykalnych reform demokratycznych los Czechosłowacji czy Węgier. Dla ludzi zdolnych do politycznego myślenia było oczywiste, że bez takiego stanowiska Moskwy reformy demokratyczne skazane są na klęskę. Podzielam więc zdanie brytyjskiego historyka Archie Browna, który widzi w polityce Gorbaczowa niezbędny warunek zmian demokratycznych w ówczesnym bloku radzieckim („The Gorbachev Factor”, Oxford 1996).
Okoliczności te stworzyły warunki niezbędne, by mogło dojść do tego, że przedstawiciele dwóch stron polskiego konfliktu zasiedli do wspólnego stołu i doszli do porozumienia. Nie przesądzało to jednak o tym, że tak się stanie. Konieczna była wola polityczna. Doświadczenie historyczne wielu krajów wskazuje na to, że nie zawsze w kluczowych momentach pojawia się wola polityczna niezbędna, by można było wykorzystać pojawiające się szanse lub uniknąć pojawiających się zagrożeń. Zależy to nie tylko od kompetencji intelektualnych przywódców, czyli od tego, czy i jak dalece rozumieją oni sytuację, lecz także od ich cech charakterologicznych, w tym zwłaszcza odwagi podejmowania nowych wyzwań. Polska miała szczęście, gdyż ludziom stojącym wtedy na czele obu obozów politycznych nie zabrakło tych cech.
W tym kontekście podkreślić warto rolę przywódców. Chociaż na sukces „Okrągłego Stołu” pracowało wiele osób, decydująca była rola dwóch ludzi: Wojciecha Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy. Obaj mieli w tym momencie pozycję niekwestionowanych przywódców swoich obozów politycznych. Wbrew nim, czy bez nich, do porozumienia nie doszłoby. To jedna z tych sytuacji politycznych, w których szczególnie wiele zależy od przywódców politycznych. Polska miała tym razem szczęście, którego brakowało jej w wielu wcześniejszych momentach decydujących o jej losach. Miała przywódców na miarę wielkich wyzwań i szans stworzonych przez układ sił wewnętrznych i międzynarodowych.
Politolodzy badający procesy demokratycznej transformacji zwracają uwagę na to, że tak zwana „negocjowana reforma” zrealizowana w Hiszpanii po śmierci generała Franco czy w Polsce przy okrągłym stole wymaga, by po obu stronach zwolennicy reform zdołali zmarginalizować ich przeciwników: konserwatywnych zwolenników starego ładu w obozie władzy i niecierpliwych radykałów po stronie opozycji. W Polsce proces ten dokonał się jednak nierównomiernie: znacznie bardziej konsekwentnie w opozycji niż w obozie władzy. W opozycji bowiem dokonał się wyraźny podział. Radykałowie oderwali się od głównego nurtu, którego przywódcą był Lech Wałęsa wspierany przez szerokie grono czołowych działaczy i doradców dawnej „Solidarności”. Z Biura Politycznego PZPR usunięci zostali (na lub po odbytym w 1986 roku X zjeździe) niemal wszyscy przeciwnicy porozumienia, ale wielu z nich pozostało w składzie Komitetu Centralnego i w wielu komitetach wojewódzkich. Niejasne pozostawało stanowisko sporej części prasy partyjnej, w tym centralnego organu partii – „Trybuny Ludu”.
W szeregach opozycji decydujące było to, że przy braku lub słabości zorganizowanych struktur decydujący był głos przywódców – zwłaszcza najważniejszego, którym był Lech Wałęsa. W przededniu okrągłego stołu otoczył się on ludźmi o umiarkowanych poglądach, zdolnych do rozumienia konieczności kompromisu i lojalnie dążących do wcielenia go w życie. Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik odegrali wielką rolę w budowaniu porozumienia, ale nie mogliby odegrać tej roli, gdyby stojący na czele demokratycznej opozycji Lech Wałęsa nie zdecydował się na udzielenie im pełnego poparcia i na odsunięcie radykałów. Po latach będzie zresztą za to płacił wysoką cenę, gdyż radykałowie nigdy mu tego nie wybaczyli. Krytycy zawartego przy okrągłym stole kompromisu twierdzą, że można było uzyskać więcej, że nie trzeba było iść na ustępstwa wobec ówczesnej władzy. To jest myślenie ahistoryczne. Z tego, co nastąpiło później – w dużej mierze w wyniku okrągłego stołu – nie da się racjonalnie wnioskować o szansach alternatywnego scenariusza. Faktem jednak jest, że taka spóźniona krytyka zawartego w 1989 roku kompromisu sprzyja dezawuowaniu ówczesnych przywódców demokratycznej opozycji a tym samym pomaga legitymizować zwrot w kierunku nowego autorytaryzmu. „Wynaturzona, pisana na nowo historia największe polskie osiągnięcie po roku 1918, jakim był Okrągły Stół, traktuje niemal jak zdradę” – pisze trafnie Jan Widacki („Przegląd” 4-10 lutego 2019).
W obozie władzy sytuacja była znacznie mniej klarowna. PZPR przystępowała do okrągłego stołu bez należytego przygotowania programowego. W referacie przedstawionym na posiedzeniu KC PZPR 13 czerwca 1988 roku Wojciech Jaruzelski sygnalizował plan odbycia rozmów „Okrągłego Stołu” na temat koniecznej reformy państwa, ale jeszcze w tej fazie wykluczał legalizację „Solidarności” („Trybuna Ludu” 14.VI. 1988). W następnych miesiącach kierownictwo obozu rządzącego przesuwało się na coraz bardziej reformatorskie pozycje. Nie bez znaczenia było pojawienie się w 1988 ponownej fali strajków, które wprawdzie nie przybrały tak masowego charakteru, jak strajki z lat 1980-81, ale sygnalizowały narastanie społecznego zniecierpliwienia. Moim zdaniem była to okoliczność ważna, ale nie decydująca. Decydujące było stwierdzenie, że nowa polityka radziecka otworzyła możliwości zmian idących znacznie dalej, niż kiedykolwiek sądzono. Nowa sytuacja polityczna wymagała – przynajmniej częściowo – odnowienia kierownictwa obozu rządzącego. W przededniu rozmów do Biura Politycznego PZPR wybrany został (nie będący poprzednio nawet członkiem Komitetu Centralnego) wybitny uczony o jednoznacznie reformatorskich przekonaniach Janusz Reykowski. W centralnym aparacie partyjnym pojawili się młodzi zwolennicy zmian. Szybko rosło znaczenie Aleksandra Kwaśniewskiego, który w rządzie Rakowskiego kierował komitetem politycznym i odegrał bardzo znaczącą rolę w przygotowaniu i przeprowadzeniu rozmów z opozycją. Równocześnie jednak w Komitecie Centralnym utrzymywała się znaczna (być może stanowiąca nawet większość) grupa ludzi niechętnie lub wrogo nastawionych do tego, co postrzegali jako „kapitulację”. Postawy takie występowały zwłaszcza wśród działaczy PZPR średniego szczebla – ludzi silnie osadzonych w istniejącym systemie a zarazem na ogół pozbawionych szerszych horyzontów intelektualnych i niezbędnej wiedzy. Janusz Reykowski wspomina, że wiosną 1989 roku na jego zlecenie przeprowadzono badania sondażowe wśród członków PZPR, które pokazały, ze średni szczebel aktywu partyjnego – w odróżnieniu od szeregowych członków PZPR – był wyraźnie niechętny porozumieniu „Okrągłego Stołu”. Odzwierciedleniem poglądów tego środowiska było zachowanie członków Komitetu Centralnego PZPR, wyraźnie niechętnych porozumieniu z „Solidarnością” a zwłaszcza jej legalizacji. Tylko groźba podania się do dymisji przez generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego oraz przez premiera Rakowskiego spowodowała, że Komitet Centralny (w styczniu 1989 roku) wyraził zgodę na legalizację „Solidarności”, przy czym nie była to decyzja jednomyślna. Za uchwałą sankcjonującą tę politykę głosowało 143 osób, przeciw było 32, a wstrzymało się 14 członków KC. Niechętnie do kompromisu odnosiły się wpływowa centrala OPZZ i wiele komitetów wojewódzkich partii. Retrospektywnie powiedzieć można, że kierownictwo PZPR popełniło błąd przystępując do rozmów z opozycją bez wcześniejszego uporządkowania własnych szeregów. W czasie prac „Okrągłego Stołu” wyrażało się to w kontestowaniu kompromisu przez nielicznych, ale głośnych ortodoksów partyjnych, czego przykładem był list wystosowany 17 lutego 1989 przez należącego do zespołu politycznego „Okrągłego Stołu” prominentnego działacza PZPR a zarazem członka Polskiej Akademii Nauk. Autor otwarcie atakował linię porozumienia i domagał się usztywnienia stanowiska a w ostateczności zerwania rozmów. Obecność w zespole przygotowującym projekt zmian politycznych działacza otwarcie kwestionującego sens porozumienia było konsekwencją tego, że kierownictwo PZPR usiłowało utrzymać jedność partii w sytuacji, gdy jedność ta – jak pokazały późniejsze wydarzenia – była już nie do utrzymania.
Ostatecznie jednak porozumienie okazało się możliwe. W jego tle była ciekawa ewolucja poglądów – tak po stronie władzy, jak i w kręgach demokratycznej opozycji.
Po stronie PZPR kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją. Byłby to wariant wydarzeń podobny do dokonującej się wtedy brazylijskiej polityki „otwarcia” („abertura”). Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.
Również po stronie opozycji zmieniał się stosunek do „drugiej strony”. Jacek Kuroń snując refleksje o rozmowach „Okrągłego Stołu” przypomniał, że w zespole politycznym spotkał swoich „dawnych szefów” z ZMP – Janusza Reykowskiego i mnie. W politycznym zespole „Okrągłego Stołu” spotkała się czwórka dawnych kolegów z warszawskiego Żoliborza : Geremek, Kuroń, Reykowski i ja. „Najcenniejszą nauką z tego spotkania – pisał Jacek – było dla mniej jedno spostrzeżenie. Otóż ludzie, którzy zasiedli z nami do pertraktacji, nie tylko nie byli stalinistami, ale nawet ideowymi komunistami. To byli pragmatycy, realiści, rozumiejący, że ład centralnego sterowania zawalił się, a teraz trzeba jak najszybciej i jak najlepiej przejść do nowego. Oni mieli nam za złe, że jesteśmy zbyt awanturniczy, zbyt gwałtowni, co może zniszczyć to spokojne przejście. Jedno jest pewne – chcieli się porozumieć. W tym świetle strona moralna całej tej sprawy zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Oni mają prawo powiedzieć: dokonaliśmy zmian w komunizmie. A my możemy powiedzieć: zmienił się pod naszym naciskiem. Jedni i drudzy będą mieli rację, z tym, że komunizm zawalił się głownie pod własnym ciężarem” (Kuroń „Spoko! Czyli kwadratura koła”, 1992:78-79).
Ze swej strony dodałbym, że owo zawalenie się starego systemu mogło mieć bardzo rozmaite formy i że o polskiej, negocjowanej, drodze przekształceń zdecydowali ludzie zdolni do przejścia do porządku nad doświadczeniami i podziałami z niedawnej przeszłości.
Wypracowany przy „Okrągłym Stole” kompromis miał znaczenie historycznego precedensu. Nigdy w historii rządząca partia komunistyczna nie wynegocjowała ze swymi politycznymi przeciwnikami zmian, których sensem miała być rezygnacja z monopolu władzy (choć jeszcze nie z samej władzy) i otwarcie drogi do parlamentarnej demokracji w niezbyt odległej przyszłości. „Kontraktualna” ordynacja wyborcza do Sejmu miała – zgodnie z zawartym porozumieniem – obowiązywać tylko w wyborach 1989 roku. Potem miała zostać zastąpiona ordynacją w pełni demokratyczną. Stabilizatorem systemu miał być wyposażony w szerokie kompetencje prezydent, przy czym opozycja zdecydowała się powstrzymać przed kontestowaniem wyborów na to stanowisko. Ten mechanizm funkcjonował znacznie krócej niż przewidywaliśmy, gdyż druzgoczący dla obozu rządzącego wynik wyborów czerwcowych a następnie lawinowy upadek starego systemu w innych państwach Europy środkowo wschodniej, stworzyły presję na przyśpieszenie zmian w Polsce. Irlandzka dziennikarka Jacqueline Hayden, która po latach przeprowadziła serię wywiadów z głównymi uczestnikami rozmów okrągłego stołu, uważa, że na wynik rokowań istotny wpływ miała obustronna mylna percepcja własnych wpływów: strona rządowa przeceniała a strona opozycyjna nie doceniała, jej zdaniem, własną siłę, co skłaniało obie strony do zawarcia takiego, jak uzgodniony, kompromisu w sprawie wyborów (Hayden „The Collapse of Communist Power in Poland” 2006). Podobny obraz nastrojów po obu stronach wynika z przeprowadzonej po latach rozmowy Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana z Robertem Walenciakiem na temat przebiegu i wyników „Okrągłego Stołu” (Modzelewski, Werblan, Walenciak „Polska Ludowa” Warszawa 2017: 518-519). Jest to bardzo interesujący punkt widzenia, ale należy uwzględniać i to, że w miarę rozwoju wydarzeń relacje tych sił się zmieniały. Nie można wykluczyć, że początkowo – to jest w czasie, gdy zawierano porozumienie „Okrągłego Stołu”, obie strony dysponowały w przybliżeniu podobnym poparciem, ale poparcie dla obozu rządzącego spadało w miarę, jak coraz wyraźniejsze stawało się, że istnieje alternatywa polityczna. Procesowi temu sprzyjało niepotrzebne, moim zdaniem, przewlekanie procesu negocjacyjnego.
Ostateczny wynik przesądzony został przez wynik wyborów czerwcowych, które tak dalece osłabiły obóz rządzący, że niemożliwe stało się trwałe realizowanie wynegocjowanego kompromisu. Wynik ten był w części konsekwencją przyjęcia takiej ordynacji wyborczej do Senatu, która przekształciła mniej więcej 70-procentowy wynik „Solidarności” w sukces mierzony 99 mandatami (na sto). Przyjęcie takiej ordynacji (i odrzucenie propozycji ordynacji proporcjonalnej, co sugerował Andrzej Werblan) prowadziło do klęski obozu rządzącego. Podobnie działało wprowadzenie w wyborach do Sejmu listy krajowej, co temu segmentowi wyborów nadało charakter plebiscytu, w którym spektakularnie przegrała strona rządząca – mimo uzyskania ponad czterdziestu procentów głosów. W konsekwencji rozmowy „Okrągłego Stołu” stały się punktem wyjścia dla radykalnych zmian, dokonanych pokojowymi metodami i z zachowaniem ciągłości ładu konstytucyjnego. Zmiany te były bardziej radykalne, a zwłaszcza szybsze, niż przewidywały porozumienia okrągłego stołu, ale kierunek zmian określony został we wcześniej zawartym porozumieniu. W tym sensie „Okrągły Stół” zapoczątkował rewolucyjne – ale realizowane pokojowo i na gruncie prawa – zmiany systemu politycznego i ekonomicznego.
Czy bez polskiego okrągłego stołu nastąpiłby upadek systemu w całym naszym regionie? Tego nie da się rozstrzygnąć, gdyż historia nie zna experimentum crucis. Pamiętam jednak swoją wizytę w Budapeszcie w marcu 1989 roku, gdy wygłaszałem odczyty o procesie negocjacji w Polsce i rozmawiałem z wpływowymi członkami rządzącej tam partii. Śledzili oni z wielką uwagą proces negocjacji w Polsce i mówili mi otwarcie, że od sukcesu tego procesu uzależniają swoją strategię zmian. Sądzę, że gdyby w Polsce proces negocjacyjny załamał się, zahamowałoby to pokojowe zmiany nie tylko na Węgrzech, ale także w innych państwach naszego regionu, w tym w Czechosłowacji i w NRD. Klocki ówczesnego domina mogło padać w innym kierunku. Podzielam zdanie Aleksandra Kwaśniewskiego, który oceniając bilans „Okrągłego Stołu” z perspektywy trzech dziesięcioleci mówił, że „daliśmy innym wspaniały przykład. Naszą drogą poszli Niemcy, Węgrzy, w jakimś sensie Czechosłowacja, a nawet odległa Republika Południowej Afryki. Nasz koncept promieniał i ma zasługi przed światem” („Gazeta Wyborcza” 4 lutego 2019). Mam osobiste doświadczenie potwierdzające tę opinię. W 1995 roku brałem udział (wraz z Hanną Suchocką i Jerzym Osiatyńskim) w międzynarodowej konferencji w Belfaście poświęconej doświadczeniom porozumień kończących wieloletnie konflikty. Byliśmy jedynymi uczestnikami z dawnego państwa socjalistycznego, gdyż właśnie doświadczenie polskiego „Okrągłego Stołu” potraktowano tam jako cenną lekcję także dla innych krajów. Były na tej konferencji dwie osoby z RPA, reprezentujące obie strony dopiero niedawno wygaszonego konfliktu rasowego. Otwarcie mówili o tym, jak ważne było dla nich polskie doświadczenie negocjowanego porozumienia.
Z tych względów sądzę, że polski „Okrągły Stół” należy do najcenniejszych doświadczeń politycznych naszego narodu. Pokazaliśmy wtedy, że potrafimy się porozumieć i potrafimy maksymalnie wykorzystać szansę, która pojawiła się przed nami. Warto tę lekcję dobrze przemyśleć, gdyż może być ona pomocna w kształtowaniu narodowej przyszłości. ”Okrągły Stół” pokazał, że nawet z bardzo ostrego konfliktu można wyjść pokojowo, w drodze uzgodnionego kompromisu, bez krwi i ofiar. Wynik ten nie unieważnił różnic politycznych dzielących strony zawieranego porozumienia, ale ich dalszym relacjom nadał cywilizowany, wolny od niszczącej nienawiści, charakter.
Doświadczenie „Okrągłego Stołu” to nie tylko historia. W obliczu tego, co Janusz Reykowski trafnie nazywa „autorytarną kontrrewolucją”, doświadczenie porozumienia opartego na dialogu i negocjacjach nabiera szczególnego znaczenia. Jeśli po tegorocznych wyborach powstaną warunki dla odbudowywania państwa prawa i demokracji, to doświadczenie historyczne może okazać się szczególnie ważne.

„Srebra rodowe”… na stół

30. lecie obrad Okrągłego Stołu nie jest pustą rocznicą. Jest okazją, aby z perspektywy 30 lat spojrzeć na tamte czasy, gdy władza i Solidarność układały się ze sobą w atmosferze naznaczonej wzajemną nieufnością, ale także aby podsumować, czego od tego czasu dokonali ich polityczni spadkobiercy. Jakimi „srebrami” mogą się pochwalić? Jest to tym bardziej ważne, że rok 30. rocznicy Okrągłego Stołu to rok wyborczy.

Przy okazji rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu nietrudno było spotkać głosy eksponujące nieufność władzy do „młodego Związku”. Niebywale „gorąca” i złożona sytuacja w całym 1981 r., setki faktów i zdarzeń, wręcz nakazywały daleko idącą ostrożność. Rozbieżność słów i czynów w Solidarności, była widoczna gołym okiem. Niektórzy doradcy, np. Mazowiecki, Geremek, Kuroń, nawet Wałęsa – przyznawali, że zachowania Związku miały niebezpieczny charakter dla stabilności państwa, że władza mogła mieć powody do obaw, do wyostrzania czujności.
Także i Solidarność nie miała zaufania do władzy, wywodząc jego brak z historycznych przesłanek, z dawnych błędów, zaniedbań. Władza, terenowi przedstawiciele byli krytykowani za zbyt wolne tempo i błędy w realizacji porozumień sierpniowych.
Dość wspomnieć pkt.7 – „wypłacenie strajkującym zarobków za strajk jak za urlop wypoczynkowy”. Wiemy, że były dni, w których strajki trwały w kilkuset zakładach pracy jednocześnie. Można więc było ciągle strajkować otrzymując płace, tylko pytanie – skąd brać pieniądze?
Niektórzy Czytelnicy – w reakcji na poprzednie teksty – na przykład radzili, by wyraźnie pokazać wtedy słyszalne „racje i argumenty” wielu terenowych działaczy, setek tysięcy członków „panny S”, rwących się do strajków oraz apele władzy o ich przerwanie i zaniechanie na okres zimy 1981-82. Po kolejnym apelu KC PZPR z 16-18 października „do ludzi pracy miast i wsi”: „Tylko rozsądkiem i wysiłkiem całego społeczeństwa można zatrzymać dramatyczny bieg wydarzeń w naszym kraju. Nikt myślący nie podcina gałęzi, na której siedzi. Apelujemy do Was, zaoszczędźmy ojczyźnie strajków!” – w niektórych środowiskach robotniczych pojawiły się m.in. takie głosy. Można przecież strajkować 8 godz. nic nie jedząc. Można bez jedzenia przeżyć 24 godz. – strajkując. Z czego więc Partia „robi” problem? Czy Państwo – po latach – nie „przyznacie racji” temu „odkrywczemu rozumowaniu”, wielu aktywistów Solidarności?

Pokażcie swoje „srebra”

Mamy za sobą 30 lat ustrojowej transformacji. Jak były tworzone i jak rozpadały się koalicje rządowe, tak opcji prawicowej jak i lewicowe – – pamiętamy. Jaka tam „królowała” wzajemna ufność i szczerość partnerów – też dobrze pamiętamy. Jakie programy wyborcze oferowano, a co realizowano w praktyce – też przytłaczającej większości spośród nas „nie uleciało z pamięci”. Za kilka miesięcy kolejne wybory, najpierw do Parlamentu Europejskiego, a potem do Sejmu i Senatu. Zachęcam więc wszystkie partie, koalicjantów sprawujących władzę – szczególnie wywodzących się ze „zdrowego pnia” Solidarności, by przypomniały sobie szlacheckie wezwanie – „srebra rodowe na stół”! Proszę, przypomnijcie społeczeństwu jak wy – Solidarność u władzy – zrealizowaliście 21 postulatów sierpniowych, których domagaliście się nieograniczoną metodą strajków. Pokażcie wyborcom jakie „wymierne dobro”, w sensie materialnym i moralnym – dla Polski, dla Polaków przez te 30 lat uczyniliście.
Ktoś z Państwa może się tu żachnąć – przecież mimo różnych przeszkód, Polska powoli się rozwija! W czym problem? Fakt, Polska „czołganiem” się rozwija – minął czas, gdy mieliśmy kilka milionów bezrobotnych i nędzarzy, żyjących poniżej granicy ubóstwa (w 2017 r. było ich 4,3 proc. – skutek programu 500+). Przeróżne nadużycia gospodarcze, finansowe. itp. sprawiają, że „Polacy najbardziej obawiają się przestępczości pospolitej, wśród innych negatywnych zjawisk, które generują wymierne ekonomiczne i społeczne straty, wymienić należy: przestępczość zorganizowaną, gospodarczą, korupcję oraz ataki na systemy informatyczne. Bezpośrednie przełożenie poziomu przestępczości na rozwój państwa obserwowalne jest w szczególności na przykładzie przestępczości gospodarczej, która powoduje najwyższe straty. Zjawisko to dotyczy zarówno budżetu państwa (np. zmniejszenie wpływów, uzyskiwanie nienależnych zwrotów, wyłudzanie dopłat) jak i sektora prywatnego” …czytam w Uchwale nr 8 Rady Ministrów z dnia 14 lutego 2017 r. Pomyślcie Państwo – co i której opcji politycznej władza na tej niwie uczyniła, „niezmordowanie” czyni. Niech sami zainteresowani – partie polityczne: AWS, UW, PC, KLD, PSL, SLD, PO, b. Samoobrona – przecież są ich spadkobiercy – pokażcie skutki waszej walki z korupcją i przestępczością gospodarczą! Od roku 1989 do 2017. A od przyjęcia tej uchwały właśnie minęło 2 lata.
Wystawcie więc swoje dokonania pod wyborców osąd. Nie wstydźcie się – śmiało! Zamiast wytykać błędy, „grzechy” i pomniejszać dorobek innych – sami swoje „srebra” pokażcie. Piszę ten tekst, gdy zbliża się czas strajku nauczycieli. Spotykam się z pytaniami-zarzutami: były pieniądze na nagrody dla ministrów („im się należy” – kto to powiedział?); jest miliard 260 mln. zł dla TVP! Nie ma dla nauczycieli – bo takich „wyuczyli” posłów? Czy to tylko skutek reformy szkolnictwa?
Zachęcam do przestudiowania tekstu prof. Jerzego Wiatra – „Jakiej polityki oświatowej potrzebuje Polska?” („Dziennik Trybuna”, 25-26 marca br.). Kilka miesięcy temu był „protest okupacyjny” w Sejmie niepełnosprawnych osób. Politycy, biskupi, parlamentarzyści „pochylali się” czule nad ich dolą. Co, do końca marca 2019 r. dla nich, ich rodzin władza konkretnego, wymiernego uczyniła. Niech pokaże, proszę – „srebra rodowe” na stół!
A zapomnieliście Państwo o strajku pielęgniarek, protestach służby zdrowia? Kilka tygodni temu, rolnicy pod Pomnikiem Lotnika protestowali w osobliwy sposób, pominę zgryźliwe, dosadne komentarze. Sięgnijcie pamięcią dwie dekady wstecz – co nazwano „dziurą Bauca? Kto i jak ją załatał? A słynna już reforma Balcerowicza – ważny temat do rozważań korzyści i strat gospodarczych, także społecznych o różnej skali, nie mówiąc o następstwach, odczuwanych do dziś. Tu chętnych do plucia na „komunę” zapewne nie zbraknie, choć sam jej Autor już „spuścił z tonu” swego sukcesu.

SLD, do biczowania – wystąp!

Motywowany różnymi powodami, skupię uwagę Państwa na niektórych poczynaniach SLD. Dźwiga na swych barkach odium powojennej historii „błędów i wypaczeń”, dokładnie „polityką historyczną” wytykanych i doczernianych – nie zwalnia z ich przypominania. Sukcesy jej poprzedniczki (PZPR), są skrupulatnie zamazywane i niwelowane. Po 1989 r. na swoim „koncie” ma choćby zasłużonych Prezydentów Polski:
Generała Wojciecha Jaruzelskiego – wraz z reformatorami doprowadził do Okrągłego Stołu; a wcześniej poprzez stan wojenny uratował głównie Kierownictwo, działaczy i członków Solidarności przed Sybirem i ofiarami (jeśli są „twarde”, przeczące temu dowody – proszę „na stół”); ujawnienia „białych plam” w historii stosunków PRL-ZSRR, w tym Katynia; ostatecznie uregulował sprawę zachodniej granicy Polski.
Aleksandra Kwaśniewskiego – wprowadził Polskę do NATO i UE. (Tu najnowszy przykład – prof. Bronisław Geremek wprowadził Polskę do NATO, informował plakat na niektórych przystankach autobusowych w Warszawie, na 20. lecie członkostwa). Pytam – a Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski? Gdzie plejada pracowników MSZ, dyplomatów, polityków, wojskowych, którzy wdrażali w Wojsku zasady „Partnerstwa dla pokoju”. Są wątpliwości – proszę pytać generałów: Franciszka Puchałę, Czesława Piątasa, Krzysztofa Szymańskiego, Andrzeja Cieślewskiego, Czesława Laszczkowskiego, Ryszarda Olszewskiego, Jerzego Gotowałę, adm. Piotra Kołodziejczyka, Ryszarda Łukasika i innych (przepraszam wszystkich pominiętych, z szacunkiem dla wysiłku i efektów). Z goryczą pytam – czy w Fundacji im. B. Geremka nie ma elementarnego poczucia uczciwości i wiedzy, by rzetelnie, zgodnie z prawdą sporządzić plakat propagandowy? Wystarczyło pokazać na plakacie Profesora podpisującego dokument na tle pocztu flagowego (symbol Polski), w obecności Prezydenta RP i osoby wojskowej, by tak uszanować dorobek innych osób, bez względu na ówczesne przekonania polityczne! Wstydźcie się swego nieuctwa! A może kłamstwo, fałsz w tej Fundacji jest „na porządku dziennym”? Co ma myśleć młodzież, miliony Polaków znających różne inspiracje i działania, trwające 10 lat na tym polu.

„Baty” za Koalicję…

Wiadomość o udziale SLD w Koalicji Europejskiej ucieszyła mnie. Wreszcie wnioski i nauki płynące z Okrągłego Stołu przyniosą po 30 latach pożyteczny owoc. Razem, bacząc na główny cel, możemy więcej i lepiej dla dobra Polski – logika tego uczy. O sukcesach członkostwa w UE i stąd płynących korzyści – często pisze w „Trybunie” prof. Bogusław Liberadzki, dziękuję! Jakże okazałem się naiwnym, gdy po kilku dniach przeczytałem krytyczne uwagi pod adresem przewodniczącego SLD. Pytam – gdzie byli krytycy, ci „mądrale”, na kogo postawili przypominając słaby wynik wyboczy do samorządów. Znów, dawne urazy, błędy itp. wzięły na Lewicy górę, obudziły się uśpione animozje? Kiedy wreszcie zapiekłość, zapamiętanie się w swoich racjach pozwoli – głównie młodym działaczom Lewicy – pójść razem, ze „starymi”, dostrzec „coś” dobrego u obecnych adwersarzy i krytyków Lewicy w PO, PSL, Razem, by „coś” wspólnie zrealizować, nie tracąc własnej tożsamości. Wszystkim krytykom Przewodniczącego podsuwam dwa rozwiązania. Pierwsze – usiądźcie i napiszcie swoje programy wyborcze, oceńcie szanse spełnienia teraz, na przestrzeni 2-4 lat, poddajcie pod osąd Kierownictwa. I drugie – niech śmiały działacz skieruje odważną propozycję: proszę wybrać mnie przewodniczącym, a doprowadzę SLD do sukcesu jaki wam przedstawiam pod rozwagę!, w krótkim czasie, 2-4 lat. Póki co, Panu Przewodniczącemu z tych łam „Trybuny” gratuluję rozwagi i odwagi, umiejętności widzenia „racji wyższych”, które dziś nazywają się zdobyciem jak największej liczby głosów Polaków dla posłów SLD do PE, by mogli spełniać cele przedstawione wyborcom.
Wszystkich Państwa serdecznie zachęcam – przedstawcie publicznie, na środowiskowych spotkaniach cele i zadania, które waszym zdaniem są realne do osiągnięcia przez SLD w ramach Koalicji, a stąd w UE. Życzę Państwu energii i siły woli, by tego dokonać. Naprawdę warto, dla siebie i naszych dzieci. Zaś nabyte tu doświadczenie, będzie przydatne do wyborów parlamentarnych. Też dla nas, mających serce i rozum po Lewej stronie!
Członek SLD – wcześniej PZPR – obecny europoseł Pan Janusz Zemke ma najdłuższy, 30. letni staż parlamentarny. Niedawno obchodził 70. urodziny. Proszę, Panie Ministrze – przyjąć gratulacje, życzenia osobistego i rodzinnego szczęścia, dobrego zdrowia na wiele długich lat owocnej pracy dla nas – Polaków. SLD – obok Jubilata – może poszczycić się także widocznym i słyszalnym dorobkiem europosłów – prof. Krystyny Łybackiej (pisze o tym „Przegląd” nr 12 z 2019 r.) i prof. Bogusława Liberadzkiego. Nieco krótszy staż w PE ma prof. Adam Gierek, popierany przez SLD.

Przewodniczący przeprasza…

Przed 1 marca br., Pan Włodzimierz Czarzasty, w imieniu członków i Kierownictwa, przeprosił Polaków za posłów SLD, którzy w 2011 r. poparli ustawę o Dniu Wyklętych. Pan Przewodniczący SLD, nie wyjaśniał, nie usprawiedliwiał, że ta formacja miała inne intencje i oczekiwania wobec ustawy. „Rzeczywistość” – jak to często w Polsce bywa – zaskoczyła wielu. Kilka dni później, słowa te powtórzył w Hajnówce, protestując wraz z wieloma osobami, w tym członkami Lewicy– przeciwko „upatriotycznianiu” zbrodniarzy, poprzez manifestacje dla ich pamięci i zacieraniu ich czynów, hańbiących ludzką godność i człowieczeństwo. Panie Przewodniczący – proszę z łam „Trybuny” przyjąć wyrazy uznania i wdzięczności za te słowa przeproszenia, wypowiedziane szczerze i w pokorze wobec ludzkiego cierpienia i zaniedbania w naprawie krzywd, wyrządzonych ludziom i ich rodzinom. Cała Lewica, bez najmniejszej zwłoki powinna uznać ten ludzki gest i publicznie domagać się zmiany tej ustawy – mając też na względzie poczucie własnej godności. Głośne obchody tego „Dnia” w Hajnówce zwróciły uwagę sąsiadów, co nasz Ambasador wyjaśniał w MSZ Białorusi. Jeśli ktoś z Czytelników poczuł się urażony „przesadną jaskrawością” powyższych słów, gotów jestem je powtórzyć oraz służę takimi przykładami – ku refleksji.
Oddział kpt. Romualda Rajsa, ps. „Bury”, w dniach 29-31.01.1946 oraz 2.02.46 spalił 5 wsi: Zanie, Zaleszany, Końcowizna, Szpaki, Wólka Wyganowska, zabijając w okrutny sposób 82 osoby, w tym starców, kobiety i dzieci, których spalono żywcem z zamkniętych budynkach; w Zaleszanach spalił żywcem 14 osób, w tym 7 dzieci (ciężarną Marię, żonę Sergiusza Niczyporuka, 3 synów, brata z żoną i dzieckiem), 2 zastrzelił. W Zaniach i Szpakach nie spalono katolickich domów i ich prawosławnych sąsiadów. Dla oszczędności amunicji, ludzi palono żywcem w domach, zabijano obuchami siekier; strzelano tylko do uciekających i rannych.
Oddział IPN w Białymstoku 30 czerwca 2005 r. uznał „Burego” winnym zbrodni ludobójstwa. Akcje „Burego” w „żadnym wypadku nie sprzyjały poprawie stosunków narodowych polsko – białoruskich i zrozumienia walki polskiego podziemia o niepodległość Polski”. 18 listopada 2008 r. wyrok ten utrzymał Sąd Okręgowy w Białymstoku. Ze wspomnień bandytów „Burego”: „Ja tam nie żałuję ich, broń Boże, bo to kacapy. Cholera, ale jednak to człowiek był. Nie wiem jak strzelali inni, bo to zależało od ludzi, ale ja to nie przepuścił. Ja byłem okropnie cięty na nich, ale lepiej niech to między nami zostanie. Ale jednak taka walka to nie dla katolika. Mogłem ich puścić, ale nie puściłem. Nie wypuściłem nikogo” – mówił Czesław Popławski „Pliszka” o rajdzie przez wioski prawosławne. „Żadnych tam dyskusji po tym nie było. Chłopaki wspominali, a ten to zrobił, a ten to. Większość z nas była cięta na Białorusinów. To nauczka-mówili chłopaki – żeby się nauczyli, że z Polakami nie ma żartów” – „wyklęty” Marian Maliszewski „Wyrwa” (Karta 1990). Zachęcam do czytania „Przeglądu”.
Józef Kuraś zgwałcił wezwaną z Waksmundu Czubiakową, matkę 2 dzieci, a jego podwładny, który ją odprowadzał, też ją zgwałcił i zastrzelił. „Ogień” ze swoją bandą w latach 1945-47 dokonał zabójstw wielu Polaków, Słowaków i Żydów (dokładna liczba jest wciąż trudna do ustalenia) oraz ok. 120 zwykłych napadów rabunkowych.

„Panowie-chłopi”, proszę o głos

Oddział NSZ „Szarego” – 8 czerwca 1945 r. w Wierzchowinach zamordował 194 osoby, w tym 45 mężczyzn, 84 kobiety, 65 dzieci do 11 lat (najstarszy miał 92 lata, najmłodszy 2 tygodnie). Jeden z „bohaterów” tej akcji, 15-latek, przechwalał się, że „dwoje staruszków tak się prosili, a ja ich łopatą zatłukłem”. Tu fakt z Sejmu, który dn. 9 listopada 2012 r. debatował nad „Uchwałą” w związku z 70. rocznicą powstania Narodowych Sił Zbrojnych (została przyjęta). Namiętne spory nad jej treścią trwały podczas prac Sejmowej Komisji Kultury i obrad Sejmu. Pytanie posła SLD, prof. Tadeusza Iwińskiego – „Jak posłowie Polskiego Stronnictwa Ludowego mogą głosować za uczczeniem struktury, która unicestwiała chłopów biorących ziemię z reformy rolnej?” – pozostało bez najmniejszej reakcji ze strony PSL. Gdy słuchałem transmisji z obrad, było mi po ludzku wstyd i żal. Zastanawiałem się, czyżby w PSL nie znali naukowców, np. prof. Józefa Kozioła, który z aptekarską dokładnością i wiarygodnością przedstawiłby swoim Kolegom dowody bandytyzmu NSZ? Znana była i promowana wtedy książka „Pany i rezuny”, Autorzy – Grzegorz Motyka i Rafał Wnuk. Kopie dokumentów i opisy „praktycznej współpracy” NSZ z UPA i innymi bandyckimi grupami w mordowaniu Polaków na Wołyniu i południowo-wschodniej Polsce, w niej porażają bestialstwem.
Zapytam – dlaczego wtedy, w 2012 r. i dziś, w 2019 r., PSL sprzyja fałszowaniu historii? Dlaczego pozwala na „upatriotycznianie” wielu przestępstw NSZ, choć nie należy wykluczyć, iż były grupy osób czy drobne oddziały, które nie dopuszczały się bestialstw. Dlaczego w tekście „Uchwały”, głosami PSL nie dokonano takiego rozróżnienia. Ewidentne zbrodnie NSZ mocą poparcia posłów PSL uzyskały sejmową pieczęć „zasługi dla Ojczyzny”. Zauważcie, „Panowie-chłopi”, że w 2012 r. NSZ nie było na pomniku Polskiego Państwa Podziemnego, obok którego przechodzicie do Sejmu. Nie było też śladu o BCh, choć były samodzielnie walczącą formacją, dopiero w końcowym okresie wojny podległą AK.
Zapytam – dlaczego PSL, głośno i wyraźnie nie poparło Włodzimierza Czarzastego, nie poszło śladem SLD? „Panowie-chłopi”, ujawnijcie prawdę o swej postawie wtedy i obecnie! Nie wstydźcie się, „srebra rodowe” na stół!

Rozwichrzone myśli i sugestie

Zastanówcie się Państwo – co mogli czuć i przeżywać przez lata ocaleni sąsiedzi i ich najbliżsi na Podlasiu, Podhalu, Lubelszczyźnie, Rzeszowszczyźnie. Konkretnie – rodzina Niczyporuków czy Czubiakowej – o swojej żonie, córce, matce i babci. Syn Kurasia nie miał wstydu „tyle, co brudu za paznokciem”, by domagać się obecnie 1 mln. zł odszkodowania za „patriotyczne” wyczyny ojca-mordercy. Zastanówcie się Państwo – gwałt, morderstwo jest od kilku lat czynem chwalebnym. Do czego doszliśmy, jak nisko upadliśmy moralnie? Zachęcam do przeczytania refleksyjnego tekstu w „Przeglądzie” nr 8, z 18-24 lutego oraz 9, z 25 lutego – 3 marca 2019 r. Pani Sędzi za obiektywizm oceny „dowodów” i lekcję rozumienia sprawiedliwości – wyrazy szacunku i poważania.
Uważam, że dla milionów trzeźwo myślących Polaków, członków i Kierownictwa SLD, „sprawa wyklętych” – to wyzwanie, wręcz wezwanie wobec powojennego podziemia, do wydania i wykonania naszego testamentu. Dlaczego – ktoś z Państwa zapyta. Wśród wielu organizacji zbrojnych, które – ocenił prof. Leon Kieres (b. prezes IPN) „uległy zbandyceniu” – byli ewidentni mordercy, zbrodniarze. Ale znaleźli się także ludzie młodzi, wiedzeni złudną ideą walki o Polskę, np. prof. Zdzisław Sadowski. Proszę, przeczytajcie Państwo tekst w „Przeglądzie” nr 2 ze stycznia br. o reformatorze naszej gospodarki. Sugeruję rozważenie takiej opcji. SLD w przyszłym Sejmie powinno przedstawić ustawę o zmianie nazwy tego „Dnia” na dzień pokory i przebaczenia, pokuty i pamięci (robocza nazwa). Proszę wrócić do słów cytowanych – „Cholera, ale jednak to człowiek był”, czy „taka walka to nie dla katolika”, albo „nie wypuściłem nikogo”. Dla żyjących przestępców, ich rodzin – dzień osobistej, duchowej pokory i pokuty. Dla rodzin zamordowanych – dzień przebaczenia i pamięci, także w pokorze, skrytości ducha, wyciszenia dojmującego bólu, urazu i nienawiści. Wiem – to jest trudne. Może potrzebne będzie wypowiedzenie się całego społeczeństwa, np. w referendum. Ale nie może to być dzień zamiany zbrodni na „chwałę”. Musi to być też dzień pokornej skruchy i pamięci wobec niewinnie skrzywdzonych.
Jako ludzie ceniący humanizm, musimy dać wymierny dowód swej postawie. Dla kogo? – ktoś zapyta? Dla siebie – młody, dorosły i sędziwy Polaku – dla siebie! Jeśli z oceny przeszłości, która jest tkanką naszej przyszłości, nie usuniemy zła i nie zaszczepimy w sobie wymogu prawdy – właśnie wobec siebie, czeka nas wymarcie.
Biskup Polowy WP, inaugurując tegoroczne obchody „Dnia”, w homilii zachęcał „aby wsłuchiwać się w słowa świadków historii”. Mówił, że „nie chodzi o to, by wzbudzać nienawiść, ale żeby poznać prawdę, o wielkiej rzeszy Polaków, którzy dali świadectwo prawdzie”. Czy opisy aktów zbrodni, będące w archiwach IPN i publicznym obiegu, jeszcze wymagają „pieczęci Prawdy”? Czy cierpienia fizyczne i duchowe rodzin zamordowanych przez bandytów, którzy dziś-powiedzmy otwarcie – przy milczącej zgodzie duchownych, głównie biskupów – są na ołtarzach, wymagają jeszcze „pieczęci Prawdy”? Uwłaczałbym tu majestatowi śmierci i cierpienia, pytając o czyją prawdę tu chodzi.

Fałszywy „żołnierz”

Matka-Historia uczy nas, że żołnierz jest ostoją patriotyzmu, ducha polskości, także – nie wstydźmy się przyznać – w znacznym stopniu promotorem religijności Wojska i jego człowieczeństwa. Gdzie był i jest polski żołnierz, tam każdy ma czuć się bezpiecznie! Czy nie tego uczy choćby udział WP w misjach pokojowych? (ciekaw jestem Państwa refleksji po zwiedzeniu wystawy „Od Biskupstwa Polowego do Ordynariatu Polowego”). Nie jest do pogodzenia z żadną filozofią ani religią, by palącego żywcem cywili, zabijającego ich siekierą – nazywać tym szlachetnym mianem! Powtórzę – kojarzącym się z patriotyzmem. Nigdy więc nie użyję słowa „żołnierz” w odniesieniu do owego „Dnia”. Dla Polaka – żołnierz to godność, splendor noszenia „narodowej szaty”. Tak nauczyła mnie Matka-Historia!
Chcę głęboko wierzyć, że Ordynariat Polowy WP, uczestnicząc w państwowych pogrzebach „wodzów” bandyckich oddziałów, miał i wciąż ma w pamięci ich zbrodnie popełnione na osobach cywilnych. Że odprawiając za ich morderców, znanych z nazwiska i pseudonimów, a wymienianych podczas nabożeństw – także za zamordowane dzieci, kobiety, starców – zanosi błagalne suplikacje: „wieczny odpoczynek racz im dać Panie”. Pamiętam zdegustowanie Biskupa Polowego WP krytycznymi ocenami za udział w państwowym pochówku „Łupaszki”. Wyżej cytowane słowa, przyjmuję jako naukę stamtąd płynącą.

Wątpiącym…

Dla Czytelników wątpiących w sens tych sugestii lub też wywodzących swe racje z przekonań wyznaniowych i religijnych, mam taką propozycję. Jan Paweł II 4 marca 1979 r. ogłosił I encyklikę „Redemptor Hominis” – „Odkupiciel człowieka”. Kilka razy używa tam i wyjaśnia sens słów – „człowiek jest drogą Kościoła”, „Człowiek nie może żyć bez miłości”. Nawiasem mówiąc, postrzega człowieka we współczesnej przyrodzie, co dla ekologów może być interesujące. Przy innej okazji, Papież wyjaśnia, że „martwica sumień, ich obojętność na dobro i zło, jest wielkim zagrożeniem człowieka, także społeczeństwa, gdyż ostatecznie od ludzkich sumień zależy poziom moralności społeczeństwa… Trzeba wszystko czynić, ażeby mu przywrócić zdrowie ducha”.
Przewodniczący SLD, bez wiedzy i nauki Papieża-Polaka, na tej drodze uczynił godny najwyższego szacunku i pilnej realizacji – krok! Innym dał godny naśladowania przykład. Paliłby mnie ogień wstydu, gdybym Biskupom, Episkopatowi rekomendował jako myśl przewodnią na Wielki Post, tę Encyklikę Jana Pawła II.

Wojna, pamięć i rozwaga My, socjaliści

II wojna światowa i jej skutki coraz bardziej zacierają się w polskiej pamięci.

Żyjące dziś aktywnie już trzecie pokolenie zna tę wojnę z przekazów rodzinnych i historii szkolnej. Odbudowany, szczególnie przez drugie pokolenie kraj, wielki postęp na miarę możliwości i rozwój cywilizacyjny Polski w okresie PRL, nie stanowią świadectwa o ogromie zniszczeń i tragedii okresu 1939-1945. Oficjalna narracja historyczna przeinacza i przemilcza fakty tamtego okresu, nagina i wypacza ówczesną rzeczywistość do potrzeb bieżącej polityki, głównie globalnej, ale również wewnętrznej. Polityka ta, jak widać od dłuższego czasu, nie wynika z polskich interesów.
Za kilka miesięcy obchodzić będziemy 80 rocznicę wybuchu II wojny światowej. Czy się to komuś podoba, czy nie, wojna ta wybuchła 1 września 1939 roku napadem na Polskę. Rozpoczęła ją III Rzesza Niemiecka rządzona przez Hitlera. Sprawcami tragedii Polski i Polaków byli Niemcy i ich sojusznicy z państw tzw. Osi. Okupacja Polski przez III Rzeszę trwała do 1945 roku. Wszystko, co stało się wówczas na ziemiach polskich jest jej dziełem. Zginęło w tej wojnie z rąk niemieckich ponad 6 milionów obywateli polskich. Polska została wyzwolona w 1945 roku przez Armię Czerwoną z udziałem I i II Armii Wojska Polskiego, oraz największego w Europie ruchu oporu, w którym znaczący udział miały siły lewicy socjalistycznej. Obydwie armie – radziecka i polska doszły do Berlina. Tam zawisły dwie flagi zwycięzców – biało-czerwona i czerwona. Niezależnie, na froncie południowym i zachodnim walczyły armie innych państw koalicji antyhitlerowskiej, były na tych frontach
również oddziały polskie.

Przypomnienie tych faktów

wydaje się konieczne ze względu na panującą w Polsce od dłuższego czasu dezorientację historyczną. Dodatkowo należy przypomnieć, jak wyglądał skład państw przynależnych do obydwu walczących stron, bo o tym prawie wszyscy zapomnieli. Brutalna propaganda z kilku ośrodków krajowych i międzynarodowych kreuje sprawców tej wojny na bohaterów, a ofiary są w niezrozumiały sposób ubierane są w szaty sprawców. Aż dziwi, że na taką sytuację przystały również niektóre kręgi polityczne w Polsce.
Przypomnijmy, że w koalicji z III Rzeszą były wówczas następujące główne państwa: Włochy i Japonia, a także z Europy: Węgry, Rumunia, Słowacja, Bułgaria, Jugosławia, Finlandia, Chorwacja, Francja Vichy. Ponadto Polacy doznali cierpień i strat ze strony oddziałów SS utworzonych przez Litwinów, Łotyszy, Estończyków, Ukraińców i Rosjan (Własowa). W koalicji antyhitlerowskiej były główne państwa: ZSRR, Polska, USA, W. Brytania oraz Australia, Belgia, Chiny, Dania, Francja, Grecja, Holandia, Indie, Kanada, Luksemburg, Norwegia, Nowa Zelandia, RPA i szereg państw mniejszych.

Minione 80 lat

zmieniło europejski i globalny pejzaż sojuszy, niemniej nie do końca, a wydaje się, że historyczna rzetelność i pamięć dla ofiar wojny wymaga po prostu uczciwego spojrzenia na fakty.
Przywołując dzień 1 września 1939 roku o tych faktach należy pamiętać. Trwające dziś porównywanie agresji niemieckiej z agresją radziecką z 17 września 1939 roku budzi wątpliwości historyków, inny był bowiem jej charakter i inne motywy. Również inne konsekwencje historyczne, militarne i polityczne.
Konsekwencją wydarzeń II wojny światowej i tragicznych losów Polski i Polaków było przesunięcie Polski na zachód, na stare ziemie piastowskie i ustalenie naszej wschodniej granicy wzdłuż linii Curzona z lipca 1920 roku (propozycja ministra spraw zagranicznych W. Brytanii).
Polska przygotowuje się dziś do obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej. W przestrzeni publicznej pojawiają się informacje dotyczące charakteru tych obchodów i gości (reprezentantów państw), do których skierowane zostały zaproszenia. Dwa co najmniej problemy budzą zapytania i wątpliwości: po pierwsze, dlaczego nie skierowano takiego zaproszenia do prezydenta Federacji Rosyjskiej, która jest następcą prawnym ZSRR, jednego ze zwycięzców tej wojny oraz drugie, dlaczego Polska, najbardziej pokrzywdzony w II wojnie światowej kraj i naród, będzie świętować tę rocznicę głównie w gronie historycznych przeciwników, a nie byłych sojuszników z koalicji antyhitlerowskiej. Można odnieść wrażenie, że interesy bieżące polskich elit rządzących dość mocno rozmijają się z postrzeganiem głównych wydarzeń naszej historii przez naród.

Każda polska rodzina

ma w swej pamięci ofiary, jakie poniosła podczas wojennej pożogi lat 1939-1945. W okresie Polski Ludowej pamięć ta stanowiła o kształcie polityki państwowej w dziedzinie wychowania, edukacji i tradycji. W okresie transformacji tradycja ta zaczęła zanikać, zrozumiałe – upływ czasu, coraz mniej świadków wydarzeń i tragedii.
Ale to nie jest podstawowy powód – polityka państwowa elit posierpniowych ulega stałej degeneracji, jest efektem zgniłych kompromisów i wątpliwych sojuszy. Powinna ona być polityką kształtowaną przez wszystkie siły polityczne różnych orientacji, a nie przez jedną opcję prawicową wyrażającą kompleksy i resentymenty umarłej już tradycji postszlacheckiej.
Należę do pokolenia, które dojrzałą edukację historyczną rozpoczynało już po 1956 roku, kiedy ówczesne harcerstwo było nośnikiem tradycji patriotycznej opartej o mit Powstania Warszawskiego. Jestem dziś do tej tradycji przywiązany i każdy fałsz historyczny, a takich jest coraz więcej w polityce państwowej, razi mnie i wywołuje opór.
Uważam, że polska lewica, szczególnie jej patriotyczna część nawiązująca do tradycji PPS, powinna się temu czynnie przeciwstawić.

Dziedzictwo października – czy tylko rozczarowanie

Nowa książka Zbigniewa Siemiątkowskiego („Miedzy złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Toruń 2018) stanowi bardzo cenną, co nie znaczy niedyskusyjną, interpretację najciekawszego okresu w historii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: osiemnastu lat między śmiercią Stalina (marzec 1953) i upadkiem Gomułki (grudzień 1970).

W tym okresie nastąpiło przeobrażenie się rządzącej partii i rządzonego przez nią państwa. Partia wyzbyła się tych cech, które wynikały z jej komunistycznego rodowodu, a niepełny totalitaryzm zastąpiony został przez rządy autorytarne – znacznie mniej opresyjne i w istotny sposób rozszerzające granice wolności, zwłaszcza w sferze życia prywatnego, swobód religijnych oraz twórczości naukowej i artystycznej. W okresie tym w PZPR toczyła się walka o kształt tej partii. Walka ta stanowi temat omawianej tu monografii.
Autor jest do napisania tej pracy świetnie przygotowany. Urodzony w 1957 roku zna omawiany okres jedynie z literatury, z archiwaliów i z rozmów prowadzonych ze starszymi od niego uczestnikami wydarzeń. „Przywilej późnego urodzenia” pozwala mu spojrzeć na badane wydarzenia w sposób obiektywny, wolny od skażenia osobistymi wspomnieniami. Zarazem ma za sobą bogate doświadczenie polityczne. Jako młody politolog był jednym z aktywnych uczestników ruchu, który pod koniec lat osiemdziesiątych podjął próbę zmienienia PZPR z autorytarnej partii władzy w partię socjaldemokratyczną. Był jednym z założycieli Socjaldemokracji RP i członkiem jej Rady Naczelnej, posłem na Sejm I, II, III i IV kadencji, ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, ministrem-koordynatorem służb specjalnych w rządzie Leszka Millera, szefem Urzędu Ochrony Państwa a następnie Agencji Wywiadu. Po odejściu (mam nadzieję, że nie bezpowrotnym) z czynnej polityki wrócił na macierzysty Uniwersytet Warszawski, habilitował się, opublikował między innymi niezwykle cenną pracę o historii wywiadu cywilnego („Wywiad a władza: wywiad cywilny w systemie sprawowania władzy politycznej w PRL”, Warszawa 2009), a następnie podjął studia nad dziejami PZPR. Obecnie wydana książka nie jest zakończeniem tych studiów: autor nosi się z zamiarem kontynuacji w postaci monografii dotyczącej następnego okresu („gierkowskiego”).
W centrum uwagi autora jest partia, co powoduje, że inne zagadnienia potraktowane są marginesowo, lub całkowicie pominięte. Dotyczy to między innymi stosunków polsko-niemieckich, w tym niezwykle ważnego sukcesu, jakim była grudniowa (1970) wizyta kanclerza Willy Brandta w Warszawie i uznanie przez RFN nienaruszalności powojennej granicy. Wielkim paradoksem historii jest fakt, że to rzeczywiście historyczne osiągnięcie Władysława Gomułki miało miejsce kilkanaście dni przed spowodowaną przez jego politykę tragedii grudniowej i upadku tego polityka.
Autor podzielił swą pracę na cztery części, którym nadał tytuły: „oczekiwanie”, „nadzieja”, „rozczarowanie” i „poszukiwanie”. Oddają one ten sposób widzenia omawianego okresu, który był szczególnie silny w środowiskach radykalnie antystalinowskiej inteligencji partyjnej. Autor nie kryje swej sympatii wobec tej formacji, co prowadzi do bardzo krytycznej oceny procesu odchodzenia PZPR i osobiście Władysława Gomułki od demokratycznych zapowiedzi z października 1956 roku. W ciekawy sposób przedstawia wizerunek tego środowiska, w którego młodszej części (nazwanej później pokoleniem „pryszczatych”) dawniejszy fanatyzm okresu stalinowskiego ustąpił miejsca radykalizmowi antystalinowskiego „rewizjonizmu”. Najbardziej znaczącymi postaciami tego środowiska byli Leszek Kołakowski i Wiktor Woroszylski, ale podobnie gwałtowną przemianę przeszło wielu innych ludzi z tej generacji. Nie dotyczyło to – przynajmniej nie w tym samym stopniu – tych z nas, których droga do PZPR prowadziła nie przez „zauroczenie”, lecz przez kolejne rozczarowania polityką mocarstw zachodnich i ich polskich sojuszników.
Podkreślam czynnik pokoleniowy, gdyż odgrywał on istotną rolę. Siemiątkowski pokazuje i wyjaśnia ferment, który po śmierci Stalina wystąpił w kierowniczym aktywie PZPR, składającym się głownie z przedwojennych komunistów. Ludzie ci wiedzieli, czym był stalinizm. Wielu z nich przeszło przez radzieckie więzienia i obozy. Wszyscy oni stracili w czystkach stalinowskich licznych przyjaciół a często i członków rodzin. Znałem na przykład parę wdów po komunistach zamordowanych w ZSRR, które przeszły przez radzieckie obozy a po powrocie do Polski działały w PZPR – nawet na dość wysokich szczeblach. Trudno nam dziś zrozumieć psychologiczny mechanizm powodujący, że mimo wszystko ludzie ci pozostali przekonanymi, wręcz fanatycznymi, komunistami. Ta niemal religijna wiara w ideę komunizmu pozwalała im funkcjonować w systemie, którego okrucieństw sami doznali. Sprowadzanie tego – jak to czynią dzisiejsi antykomunistyczni publicyści – do oportunizmu czy wręcz agenturalności uniemożliwia zrozumienie późniejszej ewolucji znacznej części tego środowiska – tej, która odegrała bardzo istotną rolę w 1956 roku powodując , że Komitet Centralny PZPR potrafił odważnie a zarazem skutecznie przeciwstawić się radzieckim naciskom i zapoczątkować proces zmian idący dalej niż w innych państwach ówczesnego bloku socjalistycznego.
W pokoleniu młodszym – złożonym z ludzi urodzonych pod koniec lat dwudziestych (Kołakowski i Woroszylski to rocznik 1927) – było inaczej. Ludzie ci zafascynowani byli ideą komunizmu i wizją nowego ustroju, który jawił się im jako ucieleśnienie pięknych ideałów sprawiedliwości i wolności. Niewiele wiedzieli o tym, jak wygląda rzeczywistość idealizowanego przez nich „Kraju Rad”. W życiorysach tego pokolenia wojna i okupacja odgrywały zasadniczą rolę. Powojenna rzeczywistość była w ich oczach tym piękniejsza, im bardziej odrażające było doświadczenie nazistowskiej tyranii. Dla ludzi tego pokolenia ustanowienie nowego systemu nie było zniewoleniem, lecz w pełnym tego słowa wyzwoleniem. Zarazem jednak cechująca ich fanatyczna ideowość prowadziła do dramatycznego rozczarowania, gdy okazało się, że rzeczywistość daleko odbiega od ideału. Pamiętam, z jaką rozpaczą niektórzy z nich przyjmowali informacje o zbrodniach okresu stalinowskiego. To doświadczenie nakładało się na pewne cechy osobowościowe, zwłaszcza pewnego typu absolutyzm moralny, który powodował, że wczorajsi fanatycy komunistyczni stawali się zdeklarowanymi, bezkompromisowymi bojownikami o radykalne przeobrażenie partii i systemu w duchu demokracji i wolności. Znając wielu ludzi tej formacji wiem, że nie był to koniunkturalizm, co często zarzucali im przeciwnicy.
Nie dotyczy to jednak wszystkich zaliczanych w tych latach do tak zwanych „rewizjonistów”. Autor wspomina postać socjalisty Juliana Hochfelda (1911-1966) – mojego mistrza akademickiego, ale przede wszystkim jednego z najważniejszych rzeczników nurtu, który można określić jako polityczny realizm, przeciwieństwo politycznego „idealizmu”, by posłużyć się typologią wiele lat temu wprowadzoną przez Adama Bromke („Poland’s politics: idealism vs. realism”, 1967). Nie omawia jednak jego poglądów, między innymi propozycji Hochfelda dotyczących roli Sejmu czy jego koncepcji „otwartego marksizmu”. Nie jest to pominięcie przypadkowe. Chociaż autor odnotowuje istnienie realistycznego, a więc mniej radykalnego nurtu w środowisku partyjnych „rewizjonistów”, to jednak nie poświęca mu większej uwagi. Odnoszę wrażenie, że traktuje ten nurt jako mniej istotny. Mam w tej sprawie inne zdanie, w dużej mierze wynikające z mojej roli w tamtych latach.
Realiści, do których się zaliczałem, angażowali się w walkę o nowy kierunek polityki polskiej i o nowe oblicze partii, ale bardziej niż „idealiści” liczyli się z realiami epoki, zwłaszcza z konsekwencjami uzależnienia Polski od ZSRR. Wiedzieli, że w warunkach zimnej wojny i podziału świata całkowita likwidacja uzależnienia Polski od radzieckiego mocarstwa nie jest możliwa, a tragedia Węgier stanowiła dla nich groźne memento. Za najważniejsze osiągnięcie „polskiego października” uważali – nadal sądzę, że trafnie – znaczne rozszerzenie polskiej suwerenności, uwolnienie Polski i rządzącej nią partii od ingerencji radzieckiej w nasze sprawy wewnętrzne. Dla mnie był to w tym czasie problem najważniejszy, czemu dałem wyraz w moim pierwszym „rewizjonistycznym” artykule o „kryzysie internacjonalizmu”, opublikowanym w teoretycznym organie PZPR „Nowe Drogi” (listopad-grudzień 1956) i ostro zaatakowanym na łamach radzieckiego „Komunista”, NRD-owskiej „Die Einheit” i czechosłowackiego „Rudego Prawa”. Nawet po upływie sześćdziesięciu przeszło lat uważam, że w tym okresie sprawą najważniejszą była obrona tego, co udało nam się w 1956 roku zdobyć – nie tylko w stosunkach polsko-radzieckich, ale także w wielu obszarach polityki wewnętrznej, gdzie odejście od prób ustanowienia totalitaryzmu owocowało znacznym, choć z dzisiejszego punktu widzenia ograniczonym, zwiększeniem zakresu wolności. Zgadzam się z Andrzejem Walickim, który bardzo silnie podkreśla znaczenie ówczesnych zmian dla liberalizacji systemu w wielu sferach życia, w tym w obszarze nauki i kultury („Od projektu komunistycznego do neoliberalnej utopii”, Kraków 2013).
Zbigniew Siemiątkowski pokazuje, jak i dlaczego radykalni rewizjoniści przegrywali walkę o oblicze PZPR i o demokratyczny kierunek rozwoju państwa. Z jego analizy wynika, że ta przegrana była nieuchronna z uwagi przede wszystkim na nastroje panujące w społeczeństwie i w samej partii. Pokazuje też (w części czwartej), jak w nastroje te wstrzelili się partyjni nacjonaliści skupieni wokół generała Moczara i potocznie nazywani „partyzantami”. Mieli oni silniejsze oparcie społeczne niż partyjni „rewizjoniści”, ale w ostatecznym rachunku przegrali walkę o władzę na rzecz nowej formacji pezetperowskich technokratów, do których należeć miało następne dziesięciolecie. Rok 1968 pokazał jednak, że w znacznej części społeczeństwa polskiego drzemały skłonności nacjonalistyczne, w tym antysemickie, co przebijało się także do PZPR, do aparatu bezpieczeństwa, częściowo także do wojska. Gdyby tak nie było, strategia „partyzantów” nie miałaby sensu. To, dlaczego ostatecznie nie doszło do zwycięstwa kierunku nacjonalistycznego w PZPR, wymaga dalszych badań naukowych. Przekonany jestem, że nie było to jedynie następstwem zrozumienia przez Gomułkę, jakie żywioły wyzwolił nieprzemyślanym atakiem na rzekomych „syjonistów”. „Partyzanci” mieli licznych zwolenników, ale mieli też licznych przeciwników – i to nie tylko w kręgach „rewizjonistycznych”.
Proces stopniowej degeneracji autorytarnej władzy został przez autora przedstawiony bardzo ciekawie i wnikliwie. W znacznej mierze proces ten wynikał z cech osobowościowych Gomułki, jego rosnącego z upływem czasu despotyzmu w stosunkach z otoczeniem i coraz większego oderwania od rzeczywistości. Polityki nie da się zrozumieć bez uwzględnienia roli przywódców. Omawiany przez Siemiątkowskiego okres jest tego świetnym przykładem. Bez Gomułki rok 1956 w Polsce wyglądałby inaczej – zapewne znacznie gorzej. Zarazem zaś jego autokratyzm pociągał za sobą błędy polityczne, których kumulacja w ostatnim trzyleciu jego rządów doprowadziła do kryzysu politycznego i spowodowała upadek polityka, z którym czternaście lat wcześniej wiązano wielkie oczekiwania.
Czy jednak była to tylko kwestia przywództwa? Myślę, że u podstaw powtarzających się w PRL kryzysów politycznych leżał fakt, że narzucony Polsce w wyniku wojny system nie był w stanie zaspokoić rosnących aspiracji społeczeństwa – nie tylko zresztą materialnych. Niespełna dziesięć lat po tragicznym grudniu 1970 roku Polskę ogarnęła nowa, znacznie silniejsza fala robotniczego protestu. Czy była tylko konsekwencją błędnej polityki ekipy Edwarda Gierka stawiającej na technokratyczną modernizację? Z perspektywy czasu, uzbrojeni o wiedzę o tym, jak i dlaczego nastąpił upadek „państwowego socjalizmu” w Europie, dostrzegamy lepiej niż wówczas strukturalne przyczyny kryzysu tamtego systemu. Nie prowadzi to do zanegowania politycznej odpowiedzialności ówczesnych przywódców, ale pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego przegrywali.
„Przegranym rewizjonistom – pisze w zakończeniu swojej książki autor – pozostała legenda i marzenia ich następców o fajnym socjalizmie” (s. 325). Jest to tylko częściowo trafne. „Rewizjoniści” z omawianego w tej książce okresu nie zniknęli z polskiego życia politycznego. Znacząca ich część stała się zalążkiem opozycji demokratycznej a po latach niektórzy ludzie tej formacji stali się współtwórcami nowej, demokratycznej Rzeczypospolitej. Po drugiej stronie ludzie wywodzący się z nurtu realistycznego odegrali znaczącą rolę w nadawaniu polityce PZPR tego kierunku, który ostatecznie doprowadził do polskiego „okrągłego stołu” i do zmiany ustroju. Byli też inspiracją dla następnego pokolenia partyjnych reformatorów, dzięki któremu polska lewica miała swój bardzo istotny wkład w budowanie demokratycznego państwa, zwłaszcza w latach 1993-2005. To dobrze, że jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tego pokolenia zajął się trudnymi doświadczeniami poprzedników. W sztafecie pokoleń pamięć historyczna jest tym, co tworzy tożsamość. Lewica polska ma prawo uważać się za spadkobierców tych, dzięki którym Polska roku 1956 stała się źródłem nadziei – nawet jeśli nadzieja ta ustąpić miała rozczarowaniu.

Zbigniew Siemiątkowski – „Między złudzeniem a rzeczywistością. Oblicze ideowe PZPR pod rządami Władysława Gomułki”, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2019, s. 358, ISBN 978-83-66220-31-7.