„Prezydent porozumienia, reprezentant wszystkich Polaków”…

„Pragnę być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków. Chciałbym więc pozyskać również zaufanie i tych, którzy wyrażają sprzeciw wobec mojej osoby. Nie jest to zadanie łatwe. Podejmę je, choć nie jest pozbawione goryczy. Mojej drogi życiowej, też nikt nie słał różami”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Cóż za zbieg historycznych dat, pisałem w poprzednim tekście, akcentując 19 lipca 1943 r.- dzień, gdy młody zesłaniec syberyjski Wojciech Jaruzelski stawił się w obozie sieleckim nad Oką i 46 lat później, gdy Zgromadzenie Narodowe wybrało Generała Prezydentem Polski (DT, 7-8 lipca 2021).
Dziś wśród młodego pokolenia Polaków mało kto wie, że 20 września 1944 r. zmieniono ustawę o kompetencjach Przewodniczącego Krajowej Rady Narodowej i wprowadzono nazwę urzędu Prezydent Krajowej Rady Narodowej, którym został Bolesław Bierut. Funkcję tę pełnił do 4 lutego 1947 r., tj. do dnia otwarcia posiedzenia Sejmu Ustawodawczego i przekazania mu funkcji Rady. Od 5 lutego 1947 do 22 lipca 1952 r. był on Prezydentem Rzeczypospolitej (tak wtedy brzmiała nazwa naszego państwa) o statusie prawnym Głowy Państwa. Tego dnia została uchwalona nowa Konstytucja, która zniosła urząd prezydenta oraz wprowadziła nową, oficjalną nazwę państwa – Polska Rzeczypospolita Ludowa (PRL).Od 23 lipca był Bolesław Bierut nadal Prezydentem, ale już wybranym przez Sejm Ustawodawczy, do 20 listopada 1952 r. Tego dnia pracę rozpoczęła Rada Państwa określana mianem Kolegialnej Głowy Państwa. Był to organ nowy, dotychczas nie znany w polskim systemie ustrojowym. Funkcjonował 37 lat.

Kandydat… rezygnuje…

Propozycja przywrócenia urzędu prezydenta Polski padła podczas Okrągłego Stołu. O kandydacie, gen. Wojciechu Jaruzelskim – mówiono w kuluarach obrad. Po wyborach 4 czerwca 1989 r., nazwisko stało się „tematem publicznym”. Wtedy gorąca atmosfera rozliczeń i obelg, że za stan wojenny- tego przypominać nie muszę-a ton i skalę nadawało Kierownictwo Solidarności – teraz już przez Obywatelski Klub Parlamentarny (OKP)-groziła unicestwieniem osiągniętego porozumienia. Ale ono dla Generała miało pierwszorzędne znaczenie. Nie było to „znaczenie pod publiczkę”! 30 czerwca 1989 r. na XIII Plenum KC PZPR złożył rezygnację wyjaśniając, iż „kluczową sprawą dla Polski jest obecnie integracja, nauka nowych form życia publicznego, najszerzej pojęte porozumienie narodowe … Chcę jasno i otwarcie stwierdzić, że są to nie tylko hasła i dążenia, lecz również kamienie milowe linii politycznej, którą starałem się urzeczywistnić. Jeśli jednak na drodze do porozumienia, do zjednoczenia sił społecznych pojawia się przeszkoda, choćby tą przeszkodą miał być Wojciech Jaruzelski – jest jedno możliwe wyjście. Najwyższy interes państwa, świadomość dramatyzmu obecnego okresu, a przede wszystkim poczucie odpowiedzialności każą wyciągnąć nawet takie wnioski, które może ktoś uznać za krzywdzące czy niesprawiedliwe”. Proszę, by Państwo Czytelnicy jeszcze raz przeczytali ten fragment. Proszę o zwrócenie uwagi na słowa- „porozumienie nie jest tylko hasłem i dążeniem”. Że tak dyplomatycznie i zręcznie Generał dziękował większości Polaków za sprzeciw wobec obelg i krzywdzących oskarżeń, które mocno, boleśnie Go zabolały (wiem z późniejszych rozmów). Dominowały w dyskusjach parlamentarzystów, w mediach były swoistą sensacją. Jak pamiętam – były wyrazem „otwartej demokracji i prawdy”- tak je „rozumieli” i w tym celowali aktywiści opozycji, głównie Solidarności. Państwo też chyba pamiętają! Zwracały uwagę zagranicznej prasy i polityków. To przez Okrągły Stół, niemal „wymuszony” na solidarnościowej opozycji, m.in. przez skrzydło reformatorskie PZPR (także na „swoim betonie”), Papieża i zachodnich polityków – Polska była i obiektem zainteresowania i wzorem do naśladowania. „Zasługi Solidarności” w doprowadzeniu do „tego mebla” polegały na jej „łaskawej zgodzie” na przystąpienie do rozmów. Wiem, że ocena ta może zaboleć garstkę uczciwych działaczy Solidarności- przepraszam Panów, wśród nich Józefa Piniora i Janusza Onyszkiewicza. I proszę wskazać dowody, że ta ocena jest zbyt surowa!

Rekomendacja

Zgromadzenie Narodowe- Sejm i Senat, zebrani na wspólnym posiedzeniu 19 lipca, o godz.15 min.10, rozpoczęło obrady pod przewodnictwem Marszałka Sejmu, prof. Mikołaja Kozakiewicza.. Przyjęto regulamin wyborów, wzorowany na założeniach regulaminu z 1922 r. Przed zakończeniem tej części obrad, Marszałek – zgodnie z regulaminem- wezwał do zgłoszenia kandydatur na urząd prezydenta i ogłosił 30 min. przerwy. Obrady wznowiono o godz. 17 min. 40., a jedynym kandydatem był gen. Wojciech Jaruzelski, pisałem rok wcześniej

Marszałek stwierdził, „że w czasie ogłoszonej przerwy, zgodnie z wymogami Konstytucji i regulaminu zgłoszona została kandydatura na urząd Prezydenta obywatela Wojciecha Jaruzelskiego”. Jako pierwszy zabrał głos przewodniczący Klubu Poselskiego PZPR, prof. Marian Orzechowski. Myślą przewodnią uczynił próbę odpowiedzi na pytanie „kim powinien być człowiek piastujący ten wielce zobowiązujący i zaszczytny, najwyższej godności w naszej Ojczyźnie urząd” I odpowiadał – „powinien być przede wszystkim żarliwym patriotą, zdeklarowanym rzecznikiem porozumienia i dialogu, dla którego dobro narodu i Rzeczypospolitej jest i będzie wartością najwyższą. Doświadczony i sprawny polityk o bogatymi różnorodnym dorobku w służbie społecznej…Powinien to być wytrawny mąż stanu, cieszący się rozległym i nie kwestionowanym autorytetem na Wschodzie i na Zachodzie… Takim właśnie człowiekiem jest Wojciech Jaruzelski”. Kończył słowami- „Gorąco zachęcam obywatelki i obywateli posłów i senatorów do udzielenia poparcia dla kandydatury Wojciecha Jaruzelskiego. Zmierzajmy tym odpowiedzialnym wyborem ku nadziei, tak dzisiaj niezbędnej w życiu narodu”.

Głos Klubu Poselskiego OKP

W imieniu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego zabrał głos jego przewodniczący, prof. Bronisław Geremek. Podkreślił, że dokonane już zmiany nie są w pełni demokratyczne, że „obecne wybory Prezydenta PRL takiego charakteru nie mają… że zgłoszona została jedna kandydatura”… Oświadczył, że „czynimy własnym stanowisko Lecha Wałęsy wyrażone w oświadczeniu z 14 lipca, że wewnętrzna i międzynarodowa sytuacja Polski narzuca to, że Prezydentem może zostać jedynie osoba reprezentująca rządzącą koalicję”. Proszę, by Państwo byli uprzejmi chwilę zastanowić się nad powyższym oświadczeniem i odpowiedzieć sobie na kilka choćby takich pytań – jak rozumieć „czynienie własnym stanowiska Lecha Wałęsy”; co to znaczy, że „sytuacja… narzuca” do tego „osobę reprezentującą rządzącą koalicję”? Nie mam zamiaru podpowiadać Państwu „jedynie słusznych odpowiedzi”- znacie je z autopsji. Zamierzam tylko przypomnieć niektóre fakty i wydarzenia, np. takie. Po pierwsze- sytuacja wewnętrzna. Wiadomo, że chodzi o gospodarkę. Stąd proszę sobie przypomnieć, co Solidarność, a doradcy i eksperci w szczególności- wśród których był Pan Profesor uczynili by reforma gospodarcza była wprowadzona ustawą pod koniec 1981 r., a nie prowizorium na początku 1982 r. Jaki swój wkład merytoryczny w jej przygotowanie mogą przedstawić eksperci i doradcy? Co Solidarność zrobiła, by pomóc wdrożyć jej 10-cio punktowy plan? Czyżby Pan Profesor zapomniał grozę awantury bydgoskiej? Jakie sam i koledzy zajęli stanowisko wobec II etapu tej reformy w referendum, do czego namawiali członków Solidarności. A dyskusja w Redakcji „Robotnika”, 27 sierpnia 1981 r., gdzie m.in. mówi- Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. <solidarność> ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”; Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”; Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”. Co Pan Profesor z kolegami uczynił, by do tego nie doszło? Zachęcam żyjących działaczy ekspertów Solidarności, by uczcili rok 40-lecia stanu wojennego publikacją listy swoich konkretnych zabiegów i działań, np. by zreformować gospodarkę, by uniknąć stanu wojennego. Czy za to wszystko odpowiada tylko władza?

Po drugie- sytuacja zewnętrzna: przecież był świadkiem rozmowy prezydenta USA George’a Busha z Kierownictwem i doradcami, skutkiem czego Lech Wałęsa wydał wspomniane oświadczenie. Jak je rozumieć- czy aby nie swoistą „ingerencję” USA w wewnętrzną sprawę Polski? Ktoś powie, że w dobrej wierze. Słusznie, że tak. Ale ta „dobra wiara” oznaczała brak zgody- właśnie USA na władzę OKP, a konkretnie jej prezydenta! Elegancko uświadomił to ekspertom prezydent USA, sami tego nie potrafili dostrzec i pojąć. Czyżby „interes narodowy” Profesor i jego koledzy rozumieli tak, jak w 1981 r.? Oto dowód. 6 kwietnia 1989 r.(dzień po Okrągłym Stole) Margaret Thatcher rozmawiała w Londynie z Michaiłem Gorbaczowem. Powiedziała -„Najbardziej interesujące rzeczy dzieją się w Polsce. Spotkałam się z Wojciechem Jaruzelskim. Jest znaczącym i uczciwym politykiem, który robi wszystko dla swojego kraju, w tym bardzo trudnym momencie rozwoju. Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem. I nie ograniczali się do konfrontacji”. Czy te rady Pani Premier nie spodobały się Profesorowi i kolegom? Wciąż „żyli” rokiem 1981 – taką nieomylną „wiarą w konfrontację”? Wtedy i 8 lat później była fikcją, co dyplomatycznym językiem mówili im przywódcy Zachodu. Także Papież- Polak, przez znanych biskupów.

Po trzecie- rządząca koalicja. To przecież ta sama i ten sam Generał w 1981 r. i w 1989. Wtedy, 8 lat wstecz byli „źli”, oskarżani o najgorsze- teraz okazali się autentycznie dobrzy. To prezydent USA 10 lipca mówił m.in. w Sejmie- „Oddaję cześć generałowi Jaruzelskiemu za jego przywództwo”. To „przywództwo” obejmowało przecież stan wojenny, za który jego poprzednik ukarał Polskę (nie tylko Generała, rząd, partię – jak niektórzy uparcie głoszą), ale też Solidarność restrykcjami, które do końca 1984 r. kosztowały Polaków 13 mld dolarów. Bush słowami- „cześć za przywództwo”- finezyjnie zmienił tamtą amerykańską ocenę Generała i stanu wojennego. Stanął po stronie tej części zachodnich polityków i prasy, którzy wówczas nazywali Generała patriotą, np. Papież- Polak w Belwederze 1983, pisałem wcześniej kilka razy. Żal, wielki żal, że Profesor tego nie zauważył, nie zrozumiał- nawet wiosną i latem 1989 r., piszę ze wstydem. Natomiast tę finezję „naprawy błędnej oceny” dostrzegła prasa USA, np. The New York Times 14 lipca pisał- „Domysły, że generał Jaruzelski może ponownie zgłosić swą kandydaturę, nasiliły się w czasie wizyty Busha. Obaj przywódcy znajdowali się często obok siebie, a Bush mówił przy wielu okazjach pozytywnie o posunięciach Generała, mających na celu popieranie zmian… Pojawiają się także nie potwierdzone informacje, że Bush dyskutował impas w sprawie wyboru Generała w Gdańsku”. Zapytam żyjących jeszcze doradców, ekspertów Kierownictwa Związku- kto zaprzeczy tej ocenie i „domysłom” prasy USA sprzed 32 lat? Powtórzę- w roku 40-lecia stanu wojennego opublikujcie, upowszechnijcie stenogramy z tych rozmów, niech „Naród wie”! Niech wreszcie pozna Panów horyzonty myślenia i poczucia odpowiedzialności.

Pan Przewodniczący wspomniał, że „Klub Obywatelski wyrasta z doświadczenia lat 80-tych, z posiewu nadziei, którą była Solidarność i doświadczenia unicestwienia tej nadziei 13 grudnia 1981 r., momentu wprowadzenia stanu wojennego przeciwko Solidarności. Zapomnieć tego nie podobna”. Czytałem ten tekst wiele razy, by poznać styl, sposób myślenia, wyobraźnię Autora. Staram się zachować dozę szacunku, wyrozumiałości dla Profesora i ekspertów Dlaczego tylko tyle? Powiem wprost- to też uważam niemal za nadmiar. Może ktoś zapytać – skąd we mnie taka surowość, krytycyzm. Bo gdy tak jak Profesor myślą miliony „zwykłych ludzi” Solidarności – proszę się nie obrażać, w pełni rozumiem. Tego nauczył ich m.in. Profesor z kolegami! Ale jeśli to mówi z Wysokiej Trybuny Sejmu, uważam za brak osobistego poczucia odpowiedzialności i za tych „zwykłych ludzi” i za Polskę. Czyżby w tym „posiewie nadziei” nie posadzono plennych „chwastów” w postaci strajków, nienawiści, „wciągającej katastrofy”, o której sam mówił? Nie wiedział Profesor, że 13 grudnia uchronił przed bratobójczą walką domową, na jaką zanosiło się 17 grudnia nie tylko w Warszawie? Nie miał czasu przez lata 80-te przypomnieć sobie przebiegu obrad KKP 11-12 grudnia (był obecny), ostrzeżeń np. Ryszarda Reiffa przez dniem 17 grudnia- zapowiedzianymi wielkimi manifestacjami? Nawet wspomniana dyskusja z Bushem nie skłoniła Profesora do trzeźwiejszego spojrzenia, nie mówiąc o spotkaniu Klubu z Generałem! Zgadzam się z Panem prof. Geremkiem co do jednego – „unicestwienia nadziei” na „zwiedzenie” Syberii, tak może rozumiał interwencję, o której mówił. Żyjącym Kolegom Profesora mówię wprost- stan wojenny był ratunkiem dla Solidarności jako Związku, głównie dla Panów ekspertów imiennie! Oszczędził cierpień i bólu właśnie tym „zwykłym ludziom”- także i Wam Panowie! Napiszę o tym niebawem. Wiele lat później miałem zaszczyt rozmawiać z Generałem. Uważał Profesora za członka niewielkiej grupki „czołówki” w miarę rozsądnie myślących, darzył szacunkiem.

Głosy pozostałych Klubów Poselskich

Poseł Aleksander Bentkowski w imieniu Klubu PSL stwierdził, że „Klub nasz nie w całości popiera wybór gen. Wojciecha Jaruzelskiego… bo nie wszyscy ludowcy są przekonani… czy nowy rząd nie podejmie próby wyprowadzenia kraju z kryzysu, wspierając się na krzywdzie chłopa”. Krótko omówił krzywdy, jakie spotkały rolnictwo od początku Polski i wyraził nadzieję, że „wybrany Prezydent wzniesie się ponad podziały i różnice ideologiczne, polityczne… stanie się Prezydentem wszystkich Polaków, którego jedynym drogowskazem jest dobro Narodu i dobro Ojczyzny”. Tak sobie myślę czytając kolejny raz to wystąpienie- czyżby Generał w oczach ZSL, dopiero co „przebranego” za PSL – był odpowiedzialny za „krzywdy chłopa”? Ciekawe, co powiedzieliby ludowcy, którzy przez okres PRL piastowali funkcję np. marszałka Sejmu, a teraz?
Poseł Jan Janowski, w imieniu Klubu SD stwierdził, że podczas spotkania z Klubem, kandydat przyjął 5-cio punktowy program Stronnictwa, stąd „znacząca większość członków Klubu wyraża aprobatę dla jego kandydatury”. Zdumiewa ta „wyrozumiałość”.

Poseł Józef Wójcik w imieniu Klubu PAX potwierdził „stanowisko Klubu wcześniej już publicznie wyrażone, angażujące się w kandydaturę Wojciecha Jaruzelskiego na ten najwyższy urząd”. Podkreślił, że „światopogląd katolicki, zobowiązujący do aktywności doczesnej w imię wspólnego dobra, ma w Polsce szczególne znaczenie, jako wyraz ugruntowanych przekonań milionów Polaków”. Oby tak chcieli rozumieć i myśleć inni, ci „publiczni katolicy”.

Poseł Tadeusz Nowicki w imieniu Klubu Unii Chrześcijańsko-Społecznej, po ocenie sytuacji w Polsce i Europie stwierdził, że posłowie „w głosowaniu kierować się będą najlepiej pojętym poczuciem odpowiedzialności za losy Ojczyzny”.

Poseł Ryszard Gajewski, w imieniu Klubu Polskiego Związku Katolicko-Społecznego (PZKS), omówił zadania czekające Polskę. Przypomniał, że PZKS „sprzeciwiał się delegalizacji Solidarności, odrzucał projekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym i wstrzymał się od akceptacji dekretu Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego”. Uznał, że taka postawa „daje prawo do pozytywnego zaopiniowania kandydatury generała Wojciecha Jaruzelskiego”. Widział w tym wyborze „wybitną rolę…wybieranego przez nas Prezydenta”. Wreszcie „coś” z katolickiej szczerości (pisałem o tym przed rokiem).</solidarność>

Wybór i zaprzysiężenie

Po 30 min. przerwie wznowiono obrady i przystąpiono do wyboru, przez odczytywanie nazwiska i wrzucanie głosu do urny. Sekretarze przeliczyli głosy i okazało się że: głosowały 544 osoby; głosów nieważnych oddano 7; ważnych 537; bezwzględna większość wynosi 269; a Generał uzyskał 270 głosów.

Gdy w Sejmie toczyła się debata, Generał w biurze początkowo oglądał transmisję na żywo, potem wyłączył telewizor (całość obejrzał z kasety VHS następnego dnia). Kilka dni później – na pytanie dziennikarza powiedział- „gdybym to wszystko oglądał wówczas na żywo, prawdopodobnie nie przyjąłbym urzędu. Traktuję godność, honor, może w sposób anachroniczny ale nie rozciągliwie”.

O godz. 22.min.40, witany oklaskami wszedł na salę obrad. Złożył ślubowanie i wygłosił krótkie orędzie kończąc słowami-„Z najlepszą wolą, zgodnie ze złożonym ślubowaniem będę służył Narodowi, służył Ojczyźnie. Tej, która nie zginęła, tej, która jest i która będzie”. Oceńcie, przypomnijcie sobie Państwo-co Generał uczynił, jak służył „porozumieniu w praktyce” jak OKP wspierało Prezydenta w tych wysiłkach, zapytajcie znanych posłów z tamtego czasu.

Znamienne oceny

Zygmunt Broniarek wybór Generała na Urząd Prezydenta przewagą 1 głosu, oceniał tak- „Można założyć, że każdy, nawet najmniejszy plus na jego (Generała – moje G.Z) korzyść liczył się. Takim plusem i to wcale nie małym było poparcie Busha … Opinie dziennikarzy dotyczyły nie tylko Busha i Wałęsy. Dotyczyły one także dwóch innych mężów stanu – Jana Pawła II i Michaiła Gorbaczowa, bowiem i oni zainteresowani byli utrzymaniem znacznego stopnia stabilizacji w kraju. W związku z tym w Waszyngtonie powstało powiedzenie: >Jaruzelski został wybrany prezydentem nie jednym głosem większości w polskim parlamencie, ale sześcioma – Papieża w Watykanie; Gorbaczowa w Moskwie; Wałęsy w Gdańsku oraz trzema głosami Busha. Dlaczego aż trzema? Bo oddanymi przez niego w Waszyngtonie, w Warszawie i w Gdańsku”.

Profesor Karol Modzelewski w interesującej książce „Zajeździmy kobyłę historii”… pisze, iż do wyboru Generała przyczynili się też posłowie opozycji demokratycznej, którzy albo nie wzięli udziału w wyborze, albo oddali głosy nie ważne. Wykazali się „umiejętnością myślenia geopolitycznego”. Mam do tego „myślenia” poważne wątpliwości, ale to moja sprawa. Natomiast w książce-wywiadzie pt. „Polska Ludowa”, Roberta Walenciaka z prof. Andrzejem Werblanem Profesor wyjaśnia, iż Generał został wybrany przewagą dwóch, a nie jednego głosu. „Niejaki >>wybitny polityk<< ale kiepski matematyk, Jan Maria Rokita powiedział, że skoro większość względna wynosi 50% plus 1, to wykuglował, że Jaruzelski wybrany został jednym głosem. A tak naprawdę-dwoma.” Krótka statystyka… Generał jest jedynym Prezydentem PRL, wybranym pod rządami Konstytucji 22 lipca 1952 r., przez Zgromadzenie Narodowe. Funkcję pełnił do 30 grudnia 1989 roku, czyli przez 165 dni PRL, gdy zmieniono nazwę Państwa na Rzeczypospolita Polska. Jedynym- po zmianach ustrojowych- i zarazem pierwszym Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, sprawującym ten Urząd z wyboru Zgromadzenia Narodowego, przez 357 dni, czyli do 22 grudnia 1990 r. Łącznie przez 522 dni. Czas tej, zaledwie 1,5 rocznej prezydentury dostarczył faktów i wydarzeń, które w oczach Europy czyniły Polskę nadal zachęcającym przykładem, zaś rozwaga i skuteczność działań Generała świadczyły o postawie Męża Stanu. Że był i pozostanie w pamięci milionów Polaków „tym, który odważył się być mądrym”. Może Państwo zechcą odnieść je do dnia dzisiejszego?

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca

Wracający do polityki polskiej Donald Tusk zasłynął z wyrażonego w bardzo danych czasach osądu, że „polskość to nienormalność”. PiS z nienawiścią wypominało mu to dziesiątki razy, traktując te słowa młodego jeszcze wtedy człowieka jako świadectwo jego – niemal – apostazji narodowej. Tymczasem rządzący dziś Polską radykalni nacjonaliści, każą nam Polskę kochać za wszelką cenę.

Kultura samouwielbienia i bezkrytycyzmu

Forsują oni kulturę bezkrytycyzmu i samouwielbienia. Każą nam kochać ojczyznę miłością bezkrytyczną, bez ulegania „pedagogice wstydu” i potępiają każdego, kto tego krytycyzmu się nie wyzbywa, kto ośmiela się nie być „prawdziwym Polakiem”. To przymuszanie do miłości, ma akurat w stosunku do szkolnej młodzieży przybrać niebawem postać szkolnego przymusu. Taki program katolicko-nacjonalistycznego, samodurnego wychowania przygotowuje fundamentalistyczny pisowski minister edukacji i nauki Czarnek. Bezkrytycyzm pisowskiego spojrzenia na historię jest szczególną aberracją. Jego heroldom nie wystarczy idealizacja rzeczywistych wydarzeń, eksponowanie pozytywnych warstw polskiej historii i przemilczanie jej warstw negatywnych i wstydliwych.

Absurd unikalny: kult klęsk

Oni czczą nawet klęski. W Europie i na świecie nie istnieje prawdopodobnie inny kraj, w którym muzeami i pomnikami czczono by straszliwe klęski narodowe. Tymczasem od 17 lat w Warszawie istnieje okazałe, technicznie imponujące, zaprojektowane z rozmachem muzeum straszliwej, krwawej klęski, jako było powstanie warszawskie 1944 roku. Trzeba to zestawić z faktem, że we Francji, ojczyźnie Wielkiej Rewolucji 1789-1994 nie ma, nawet w Paryżu, tematycznego muzeum upamiętniającego ten wielki przełom w dziejach ludzkości (jeśli nie liczyć skromnej ekspozycji w Muzeum Historii Paryża i skromniutkiego prowincjonalnego „muzeum” WRF w odległym od Paryża o kilkaset kilometrów miasteczku Vizille). Nie ma w Paryżu nawet pomnika wydarzeń 14 lipca 1789, inicjującego Rewolucję aktu zdobycia Bastylii. Tymczasem w Polsce PiS szykuje kolejne muzeum klęski, czyli muzeum Westerplatte, tak jakby obecna ekspozycja i stojący tam od ponad pół wieku pomnik nie wystarczały. Czy odwiedzający je zagraniczni goście także jak w przypadku warszawskiego muzeum powstania znów będą się zastanawiać, czy czy ich oczy nie mylą i czy nie pomylono przypadkiem deklarowanej wymowy ekspozycji z jej historyczną treścią? I czy nie trafili przypadkiem do świątyni chwały i zwycięstwa, a nie, jak się spodziewali, do mauzoleum przegranych? Wadziła też PiS-owi ekspozycja Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, bo jakoby nie dość uwypuklało imponujące polskie przewagi w tej wojnie, bo „za mało w nim było polskiej sławy i chwały”. Władze PiS zachowują się jak profesor Pimko z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, który chciał wymusić na swoich uczniach miłość do „wielkiego poety Juliusza Słowackiego, wzbudzającego w nas zachwyt, bo wielkim poetą był” i napotyka na ich opór w osobie ucznia Gałkiewicza, który odmawia owej wymuszonej miłości, mówiąc: „jak zachwyca, kiedy nie zachwyca”.

Antypedagogiczna pedagogia

Historia cywilizacji, w tym historia wychowania uczy, że tylko społeczeństwa uformowane na krytycyzmie w stosunku do swojej przeszłości i tradycji (jak n.p. Wielka Brytania) są w stanie osiągać wielkie rejestry cywilizacyjne, kulturowe, gospodarcze. Ale także elementarna wiedza psychologiczno-pedagogiczna uczy, że tylko uformowanie młodego człowieka w duchu zdolności do samokrytycyzmu może zaowocować wychowaniem twórczego obywatela. Wychowanie w duchu bezkrytycyzmu, samozachwytu i samodurstwa prowadzi do uformowania samodurnego, nietwórczego społeczeństwa, bo mało czynników tak kaleczy człowieka jak przekonanie, że jest najlepszy, najdoskonalszy, nieskażony i nie musi nad sobą pracować, pracować, być uczciwym, płacić podatki, dbać o czystość swojego otoczenia i przestrzegać prawa. Nie ma nic bardziej antypedagogicznego niż taka pedagogia. Tworzy ona zakochanych w sobie bezmyślnych egoistów, a nie wartościowych członków społeczeństwa. Jak bardzo unurzany jest PiS w samodurstwie narodowym, w ukochaniu w każdej, najdurniejszej nawet „tradycji” świadczy o tym choćby tryb, w jakim śpiewają oni, przy oficjalnych okazjach polski hymn, czyli „Mazurka Dąbrowskiego”. Nie wystarczają im dwie pierwsze kanoniczne zwrotki. Z demonstracyjnym upodobaniem śpiewają także durną, kompletnie dziś anachroniczną a przy tym kompletnie niezrozumiałą, bełkotliwą zwrotkę o „Basi”, „zapłakanym ojcu” i „naszych, co biją w tarabany”. Bo to też jest ta „wspaniała” tradycja polska. Wydaje się, że odśpiewujący „Mazurka” w całym jego anachronicznym kształcie pisowscy czynownicy dają sygnał: my ten anachronizm traktujemy jako wartość, nie śpiewamy tej zwrotki m i m o t e g o, że jest anachroniczna, lecz d l a t e g o, że jest anachroniczna. Tymczasem we Francji miała swego czasu dyskusja nad sensem wykonywania, przy oficjalnych okazjach, „Marsylianki”, z wszystkimi jej buńczucznymi, wojowniczymi frazami. Co prawda nie skończyła się ona (przynajmniej do tej pory) zmianą zgodną z intencjami tych, którzy wyrazili swoje wątpliwości, ale sam fakt, że taka dyskusja miała miejsce, świadczy o racjonalnym spojrzeniu Francuzów na własną historię.

„Tylko prawda jest ciekawa”

PiS-owi obca jest – w tym przypadku w odniesieniu do historii – formuła radykalnie prawicowego, emigracyjnego pisarza Józefa Mackiewicza (1902-1985): „tylko prawda jest ciekawa”. W powieści „Listopad” (1844), pisarz Henryk Rzewuski, podobnie jak Mackiewicz konserwatysta i reakcjonista, lecz nie nacjonalista polski, przeciwstawił sobie postacie dwóch braci, jednego wychowanego na tradycjonalnego szlachciurę w sarmackim dworze na Kresach, drugiego uformowanego w Paryżu, w duchu oświeceniowym, hołdującego „cudzoziemszczyźnie”, lecz nie stanął bynajmniej po stronie tego pierwszego.

W polskiej kulturze cały ten nurt idealizujący, uformowany w duchu bezkrytycyzmu i „ku pokrzepieniu serc” jest właściwie, poza nielicznymi wyjątkami, bezwartościowy, jałowy, pusty i okropnie nudny. W kulturze polskiej najciekawszy i jedynie wartościowy jest nurt krytyczny, ten w którym twórcy polscy mówili i pisali o Polsce „bez taryfy ulgowej”: od pisarzy oświeceniowych, Juliusza Słowackiego, krytycznej publicystyki epoki pozytywizmu, po krytycyzm nowoczesny Stanisława Brzozowskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza („Niemyte dusze”), Witolda Gombrowicza. Bo kultura to jeden z przejawów krytycznego myślenia o otaczającym nas świecie, to – by użyć sławnej formuły Josepha Conrada – „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Swoje największe sukcesy, doceniane w świecie, odnosił Andrzej Wajda wtedy, gdy „wymierzał sprawiedliwość” najnowszej polskiej historii, w „Kanale” czy „Popiele i diamencie”. Bo choć deklarował patriotyzm i kochał się na zabój w „polskiej formie”, był jednocześnie wobec swojego narodu krytyczny i to publiczność i krytyka, także zagraniczna, potrafiła docenić. Gdy w późniejszej fazie twórczości zamienił ów krytycyzm na schlebianie polskiej miłości własnej, stracił artystyczne zęby, a Złota Palma w Cannes 1981 dla „Człowieka z żelaza”, jednego z jego najsłabszych filmów, podsycającego polskie samouwielbienie, była skutkiem doraźnego, okolicznościowego zapotrzebowania politycznego.

Cynizm jest jedną z koronnych cech ludzi tworzących formację polityczną PiS. To wręcz emblemat tej formacji. W moim jednak przekonaniu w jednej dziedzinie są oni prostodusznie szczerzy – w swoim głębokim i niezbywalnym niezrozumieniu sensu fenomenu, jakim jest kultura. Oni nie są w stanie go pojąć. Dla nich kultura, to nie opatrzony w formę twórczy akt krytycznego myślenia, to nie uczciwe „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Oni do takiego pojęcia kultury są organicznie niezdolni. Dla nich kultura to „akademia ku czci”, to uwielbienie dla obrazków, które Gospodarz w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego nazwał „farbowanym fałszem”. Uważają przy tym, że krytycyzm w stosunku do własnej tradycji i kultury jest jej zdradą. Dla nich kultura, to nie rwący strumień krystalicznej wody rozpryskującej się na kamieniach, lecz zarośnięty glonami, nieruchomy staw. W Polsce Ludowej, której pisowcy nie lubią, krytyczny nurt wobec polskiej tradycji był bardzo żywy. Jednak był on silny także w oficjalnym nurcie II RP, tak cenionej przez obecnie rządzących. Był silny także w XIX wieku. Takiego samodurstwa narodowego jak dziś, nie było jeszcze w polskiej historii. PiS jest pod tym względem formacją jedyną w swoim rodzaju.

Osobliwość. Konstytucja 3 Maja i stan wojenny!?

    „Była Konstytucja (3 Maja) dziełem najświatlejszych umysłów ówczesnej epoki, zwycięstwem patriotyzmu nad zaprzaństwem, rozumu nad wstecznictwem, wspólnego dobra nad prywatą”.

                                                          gen. Wojciech Jaruzelski

„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. 

                                          Papież Jan Paweł II

    Obchody 230 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, skłoniły Panią Czytelniczkę do poważnej, historycznej refleksji. Uznała mianowicie, iż powinienem „coś” napisać o Konstytucji 3 Maja i stanie wojennym. Zdumiony i zaskoczony propozycją, próbowałem wyjaśnić Pani historyczne okoliczności i samą istotę obu wydarzeń. Osobliwość tej rozmowy, wręcz wymóg Czytelniczki – znającej historię tamtej epoki i dobrze pamiętającej realia dekady lat 80- tych, nie pozostawiał zbyt dużego pola manewru. Zakładając, że nie jest to indywidualna zachcianka, czy taka sobie fanaberia, a jedna z refleksji, „nie dającego spokoju dylematu”- szukanie historycznej paraleli, może po środowiskowej dyskusji – przyjąłem wyzwanie. A Państwo wydadzą werdykt. Że będzie surowy – wiem, ale proszę tym razem o odrobinę wyrozumiałości. Serdecznie dziękuję.

Cenię sobie każdy głos Czytelnika – pisałem kilka razy. To nie uniżenie grzecznościowy zwrot. Dla mnie, a sądzę, że dla każdego, kto pisze na łamach prasy, wypowiada się publicznie- ważna jest ocena i zarazem inspiracja. To swoiste „echo” różnych, środowiskowych i rodzinnych dyskusji, przemyśleń i refleksji Państwa, często bez ostatniego zdania, gdyż różne złożoności nie pozwalają na jednoznaczne słowo- podkreślę-obiektywnej oceny, stanowczy wniosek końcowy. To zasługa Redakcji, publikującej dyskusyjne teksty. Z uznaniem – dla Sekretarza Redakcji- zauważyła Czytelniczka, Trybuna stała się poszukiwanym dziennikiem.

Kilka uwag wstępnych

Wydarzenia te- Konstytucję 3 Maja i stan wojenny dzieli 190 lat, prawie dwa wieki naszej historii. I co najmniej dwie zasadnicze różnice. Pierwsza – okoliczności miejsca i czasu. Przecież lata 1788-1792 (okres Sejmu Wielkiego) i lata 1980-1983- są praktycznie nie porównywalne pod żadnym względem. Druga– Konstytucja 3 Maja -to „zbiór praw”, dokument, „Ustawa Rządowa”, której realizacja ma wprowadzić ustrojowe zmiany, wzmocnić państwo. Hasło- „król z narodem, naród z królem” oddaje jej istotę. A stan wojenny- co to było? Proszę na chwilę odstawić poranną kawę i przypomnieć sobie jak był, jest nazywany. Nie wstydźcie się Państwo przecież pamiętacie -przypomnę kilka: wojna z narodem, „wojna polsko- jaruzelska”, zamach stanu, „komunistów walka o utrzymanie władzy”, wreszcie „mniejsze zło”, ratunek dla Polski. A Państwo- jak stan wojenny nazywaliście w dekadzie lat 80-tych, jak po 1989 r., a jak nazwalibyście dziś w 2021 r.?

I pytanie zasadnicze- czy jednak jest „coś” wspólnego, co pozwala mówić o Konstytucji 3 Maja i stanie wojennym – tak! To Państwo(celowo piszę dużą literą), nasza Ojczyzna! Autorzy Konstytucji 3 Maja zapisali w tekście Konstytucji prawa, które miały uratować I Rzeczypospolitą przed anarchią, wstecznictwem i prywatą. A stan wojenny?- ratował przed „czymś” Państwo, czy nie? A jak nazywani są Autorzy Konstytucji?- a jak autorzy stanu wojennego? 

Wymóg szczególny

Oczekuję od Państwa całkowicie innego podejścia, postawy, podczas czytania tekstu, niż dotychczas. Proszę, by Państwo zechcieli wczuć się „wejść” w rolę ówczesnych decydentów, członków najwyższych władz państwowych, podjąć swoisty dialog z samym sobą-postawić sobie pytanie – „co ja zrobiłbym na ich miejscu?” Oczywiście, to niezwykle złożone wyzwanie, wymagające pewnego zasobu wiedzy ze „szczebla państwa”. Przewidywania przed podjęciem decyzji, podkreślam, jej skutków-tych najbliższych, za kilka dni, tygodni, miesięcy i dalszych – za kilka lat, dekad… Podejmując wyzwanie, należy stanowczo „odstawić na bok” proste fakty, np. w rodzaju- przecież ZOMO biło ludzi, były internowania, na półkach ocet. Oczywiście, tak było. Solidarność chciała tylko dobrze… też o tym słyszałem, znam głosicieli tej teorii – tylko nie pamiętam co „robili”, by było dobrze. Miliony Polaków wiedziały, w tym członków Solidarności – że strajki do niczego „dobrego” nie prowadziły, ale strajkowali… bo płacili… 

Osobisty monolog

W podejściu, które Państwu proponuję i proszę o przyjęcie, jest zasadnicza przeszkoda- znamy fakty, szczegóły, które doprowadziły do uchwalenia Konstytucji 3 Maja i co stało się później. Podobnie ze stanem wojennym. Tu należy chwilowo przyjąć „zasłonę, brak wiedzy”. Wyjaśnię na przykładzie. Jest 5 maja 1791 r. (dwa dni po uchwaleniu Konstytucji). Zastanawiam się- „ja marszałek Sejmu”, Aleksander Małachowski-co teraz zrobi Jakow  Bułhakow, ambasador carski. Może powinienem szybko spotkać się z nim i wyjaśnić, co znaczą  artykuły w „Rządowej ustawie”, co teraz będziemy robić, uspokoić go. Jeśli tak się zachowam, będę wbijał go w butę, jaki on ważny! Chwila- przecież jestem Polakiem, mam swój honor, mam zginać kark przed „ruskim”? Muszę myśleć w „kategoriach Państwa i Narodu”, żebyśmy mogli spokojnie dalej żyć i pracować dla niego. Nie mogę zapomnieć, że od prawie 90 lat (od 1704 r.) Rosja zaciągnęła nad Rzeczypospolitą protektorat. Zwolennikom króla Augusta wydawało się, że to dobry układ… mamy gorzkie skutki tej zależności i położenia naszego kraju. Podobnie postąpili Prusacy, oszukali nas… Pamiętam nocne spotkanie 4 grudnia 1790 r.  w domu sekretarza króla (był nim Włoch, Scypion Piattoli) i historyczne, mądre wywody ks. Kołłątaja. On pouczał, by rozumem naprawiać Ojczyznę, by nie były knowaniami dla protektora carskiego, bacznie patrzeć na Prusy. Muszę pomówić z królem, z Hugonem Kołłątajem, Ignacym Potockim, bp Adamem Krasińskim i wspólnie uradzimy. Trzeba szukać sojuszów dla „ustawy”… może Francja, Anglia .

Polityk i…historia dla uczonych

Proszę zauważyć, że ten przykład wskazuje rozterki, wątpliwości, tak natury moralnej jak i politycznej, obawy i zagrożenia. Którym tu, w tym momencie historii nadać pierwszeństwo? Dlatego proszę Czytelnika o „wejście” w rolę osoby mającej wpływ na decyzję, dany fakt. Skoro piszę o faktach historycznych mających dla Polski przełomowe znaczenie, należy postawić pytanie- czy polityk powinien oceniać fakty, oczywiście korespondujące z jego sytuacją, myśląc i wnioskując z przeszłości nad decyzją jaką podejmie, a „historię” pozostawić uczonym do oceny? 

Przeczytałem taką – skłaniającą do poważnego zastanowienia, ocenę prof. Jerzego Wiatra – „Chcę wyrazić swój pogląd na samą kwestię >polityki historycznej<, gdyż tu różnię się od znacznej części jej krytyków, którzy uważają, że politycy w ogóle nie powinni zajmować się historią, pozostawić ją historykom. Myślę o tym inaczej. Mądra polityka powinna czerpać z doświadczenia historycznego, m.in. po to, by nie powtarzać błędów popełnionych przez poprzedników. Jednak warunkiem niezbędnym tak rozumianej polityki historycznej jest to, by polityk starał się zrozumieć dylematy stojące w przeszłości przed jego poprzednikami i wyciągać z tego wnioski dla własnych działań”. W pełni podzielam ten pogląd Pana Profesora. Fakty przywołane w tym tekście to potwierdzają. A co Państwo Czytelnicy o tym myślicie? 

    Polska w II-ej połowie XVIII wieku.

    Przypomnijmy zatem skrótowo najistotniejsze fakty i okoliczności. I Rzeczypospolita jest od 1 lipca 1569 r., państwem Obojga Narodów- Polski i Litwy. Prawie 130 lat później dochodzi do wojny północnej o Inflanty, które należą do Szwecji. Car Piotr I, zamierza uzyskać dostęp do Bałtyku, przez zajęcie Inflant, należących do Szwedów. W tym celu zawiera sojusz z królem Saksonii i Polski, Augustem II Sasem. Szwedzi pokonali armię rosyjską pod Narwą w 1700 r. Choć I Rzeczypospolita formalnie zachowywała neutralność, Szwedzi wkroczyli w 1704 r. Dwa wydarzenia sprawiły, że 1704 r. jest przełomowy w dziejach Polski. Pierwsze– Król Szwedów Karol XII, mający stronników wśród szlachty i magnaterii, polecił zdetronizować króla Augusta II Sasa, jako sojusznika Rosji i wybrać królem Stanisława Leszczyńskiego, który stał się marionetką w ręku Szwedów. Drugie- sojusznicy króla Augusta, także szlachta i magnaci zawiązali tzw. konfederację sandomierską i zawarli układ z carem Piotrem I. Na jego mocy, wojska rosyjskie uzyskały prawo przekraczania wschodniej granicy, przemarszów przez nasze terytorium i stacjonowania. Stąd powiedzenie obrazujące anarchię w Polsce – „chodzą od Sasa do Lasa”. Historycy zgodnie oceniają, że te dwa wydarzenia przesądziły o utracie niepodległości. Mówiąc dzisiejszym językiem- suwerenności. Stało się to 87 lat, przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja. Jej ideę przypomniał prawie 200 lat później Generał na Zamku Królewskim – załączam. 

Co później – Szwedzi w 1706 r. opanowali Saksonię i wymusili na Auguście zrzeczenie się polskiego tronu. Ich klęska pod Połtawą (1709 r.), pozwoliła Augustowi wrócić na polski tron, za zgodą cara Piotra I. Sejm niemy w 1717 r. przyjął ustawy  rozciągające carskie wpływy na cały kraj. Pod dyktando Repnina (ambasador Rosji), Sejm w 1767 r. (3 lata po wyborze Stanisława Poniatowskiego królem Polski, na polecenie carycy Katarzyny- uchwalił tzw. prawa kardynalne: wolna elekcja monarchy, liberum veto, nietykalność osobista, prawo wypowiedzenia  królowi posłuszeństwa.

W 1772 r. caryca, wspólnie z sąsiadami ukarała króla zaborem części ziem (I rozbiór). Po I rozbiorze, Rzeczypospolitą nadal trawiła korupcja, nepotyzm warcholstwo, bałagan prawny, anarchia…Konstytucja, jako potrzeba zreformowania ustroju państwa, była wręcz koniecznością.

Polska po 1945 r.

Kształt terytorialny naszej Ojczyzny i powojenny podział Europy był formowany przez Wielką Trójkę w Teheranie (listopad- grudzień 1943), Jałcie (luty 1945) i Poczdamie (lipiec-sierpień 1945). Dla prowadzonego tu wywodu jest istotne, że Polska- mocą zachodnich aliantów, czego nie chcą wiedzieć historycy kierujący się rosyjską fobią, a nie faktami i rozumem stała się  częścią radzieckiej strefy wpływów. Jak to przebiegało w pierwszych powojennych latach, pisałem w tekstach dot. „wyklętych”. Jest rok 1980. Tu zasadniczy dylemat zawiera pytanie- czy można poszerzać ramy już uzyskanej-za Władysława Gomułki i Edwarda Gierka- suwerenności. Dotąd czyniono to na dwóch głównych płaszczyznach-politycznej i gospodarczej. Ich wspólnym mianownikiem było „otwarcie na Zachód”. Nasza aktywność na forum ONZ, w tym inicjatywy rozbrojeniowe i pokojowe oraz udział w przygotowaniu KBWE przyniosły nam uznanie. Udział w operacji Dunaj – CSRS 1968 r. przyspieszył bieg zdarzeń, skutkujący traktatem z 7 grudnia 1970 r. o normalizacji stosunków z NRF (sprawa zachodniej granicy). Zachodnie kredyty jako  wsparcie gospodarki i jednoczesne „poluzowanie” więzów z RWPG- przyniosły nam rozwój, ale i zadłużenie prawie 23 mld. $ . Stąd też rządy- Józefa Pińkowskiego a następnie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, przyjęły reformę gospodarczą za cel strategiczny, informując i prosząc sąsiadów o opinię- pisałem o tym poprzednio. 

Odniesienia … historyczne

Z dużym, wręcz ogromnym przybliżeniem- nie uproszczeniem – można próbować odnieść do I Rzeczypospolitej XVIII w, mając na szczególnej uwadze wpływ sąsiadów odnośnie reform wewnętrznych-głównie gospodarczej. Drugą była zmiana  stylu sprawowania kierowniczej roli partii (to osobny, złożony temat). Czy te dwie reformy można – znów – z dużym, przybliżeniem odnieść do Konstytucji 3 Maja? Przeciwnicy  takiego poglądu zapewne będą przeważać. Upływ czasu, diametralna zmiana sytuacji społeczno-gospodarczej i politycznej są oczywiste, dyskusji nie podlegają.  A jakie są racje aprobujących to odniesienie? Istota polega na idei, generalnej myśli reformy, stylu rządzenia, sprawowania władzy. Obejmowała wymiar polityczny, partyjny i gospodarczy-sposób zarządzania, wymianę tu kadr partyjnych, w znaczącej części na fachowców  gospodarki i finansów. A demokratyzacja życia wewnętrznego? To usprawnienie kierowania Państwem miało następować ewolucyjnie – Kościół nazywał „długim  marszem”. 

Miejsce Solidarności  

To drugi, zasadniczy dylemat prowadzonych tu historycznych odniesień. Gdzie należy ją sytuować, z czym, do jakich zmian przyrównać? Przeczuwam, że wielu Czytelników orientacji Lewicowej widzi ją „upodobnioną” do Konstytucji 3 Maja. Nie, to błąd. Jeśli ktoś poczuł się  dotknięty- pytam- czy podpisany „Protokół” (21 postulatów) zawierają zapisy reformatorskie- podobne lub zbliżone do „Ustawy rządowej”? Otóż nie – to sedno sprawy. Sam fakt  powstania wolnych związków zawodowych spowodował konieczność, respektowania ich potrzeb, na co władza zgodziła się (niektórzy przypomną tu, że przymuszona strajkami – nie zaprzeczę!) Idea powstania takich związków – podkreślam – jako idea była słuszna, sprawdziła się w wielu krajach bloku wschodniego po 1990 r., dużo wcześniej na Zachodzie. Czy miały one wpływ na zmianę stylu „kierowania Państwem”, jego wzmocnienie? Otóż tak- w Polsce miały, z gruntu negatywny. Czy to stwierdzenie uważacie Państwo za ostre, zbyt krzywdzące Kierownictwo Solidarności? Jeśli ma być „krzywdzące”, to wobec kilku milionów członków, których Kierownictwo uznało za siłę, „narzędzie” do walki z władzą i o władzę. Zwróćcie Państwo uwagę na podstawową, główną metodę działania – strajki i żądania. W połowie 1981 r. wartość ok. 700 umów dwukrotnie przekroczyła dochód narodowy. „Stała się rzecz paradoksalna, lecz przewidywalna. Ilość zawartych umów, podważyła ich realność”, ocenił prof. Jan Szczepański. Jak to rozumieć- że umowy władza podpisywała ze świadomością braku szans na ich realizację. Ktoś zapyta – to po co podpisywano? Odpowiem pytaniem – a było inne wyjście? Powtórzyć Grudzień ’70 w jeszcze bardziej krwawej bratobójczej formie?… z groźbą upadku „tej władzy”, o co chodziło radykałom. Bardziej realny byłby inny wariant-sojusznicza pomoc, dla „władzy tej partii”, za czym optowali twardogłowi Partii. Z rozlewem krwi, czego logicznie trudno wykluczyć. A wezwania Papieża i Prymasa Tysiąclecia do odpowiedzialności za Ojczyznę – kogo dotyczyły jeśli nie Solidarności w pierwszej kolejności? Pisałem w poprzednich tekstach. 

Historyczne odniesienia

Bliższy byłbym odniesieniu – tu uwaga – grupy radykałów Solidarności do „targowiczan”. Tamci chcieli utrzymać „stare prawa”, usunąć zapisane reformy w zalążku. Unicestwili cały kraj. Ci, z lat 1980-81, chcieli zmiany władzy, czym omal nie unicestwili siebie i „tej Polski”, czego nawet nie byli świadomi. W 1981 r. nie udało im się „ściągnąć” pomocy sąsiadów, a było bardzo blisko. Że takie, zgubne myślenie było- oto dowód. Podczas rozmowy z prof. Werblanem, prof. Modzelewski mówi- „Uważałem, że konfrontacja władz ze związkiem, tylko polskimi siłami, jest nie do wygrania. Że jak się zacznie- to nieuchronna będzie interwencja. Zresztą taką rozmowę miałem, prywatną zupełnie z Romanem Zimandem. Mówiłem mu, że nasze szanse na przetrzymanie polegają na podtrzymywaniu takiej sytuacji, w której polscy komuniści nie będą w stanie sami, własnymi siłami, z nami się rozprawić. A on tak spojrzał na mnie i powiedział, że jest na odwrót – nasze szanse polegają na tym, żeby to polscy komuniści byli w stanie z nami się rozprawić”. Profesor Andrzej Werblan ocenił- „Miał rację Roman Zimand”. („Polska Ludowa”).

Myślenie Papieża

„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Tymi słowami Papież rozpoczął rozmowę w „osiem oczu”, w Belwederze 17 czerwca 1983 r. (stan wojenny był zawieszony). Jakie fakty i jak oceniał z lat 1980 -83, do jakich wydarzeń z przeszłości odnosił? Czy „wczuwał” się w rolę Generała, władzy, czemu zapobiegła w Polsce, w Europie. Jakiego losu ludziom, wiernym-oszczędziła, co złego im wyrządziła. Jakie rozterki i myśli mogły zaprzątać uwagę Jego Świątobliwości przygotowując homilie do wiernych, wśród których będą członkowie Solidarności, radykałowie z Kierownictwa … Za kilka miesięcy 40 rocznica stanu. Ciekawe, co powie wtedy władza, biskupi, czy będą pamiętać te historyczne, wiekopomne słowa – dziś świętego Papieża. Zachęcam Państwa do  „wniknięcia” w myśli, do zrozumienia podstaw uznania Generała patriotą, do głębokiej refleksji.            

        Wystąpienie Prezydenta RP, gen. Wojciecha Jaruzelskiego,

                                                    z okazji Święta 3 Maja

                    na Zamku Królewskim w Warszawie, 3 maja 1990 r. 

Stając w murach Zamku Królewskiego, symbolu ciągłości naszego państwa, siły i żywotności narodu, patrząc na tę polską relikwię -oryginał Konstytucji, który zrządzeniem losu zachował się do dziś – nie sposób powstrzymać się od wzruszenia. A zarazem od myśli, że ten pożółkły dokument, to prawdziwa, widoma >arka przymierza, między dawnymi i nowymi laty<.

 Była Konstytucja dziełem najświatlejszych umysłów ówczesnej epoki, zwycięstwem patriotyzmu nad zaprzaństwem, rozumu nad wstecznictwem, wspólnego dobra nad prywatą. Była przede wszystkim- jak pisał historyk- >samodzielnym czynem narodowym<.

To wielkie dzieło za sprawą obcych potęg i naszych własnych słabości zostało zniweczone. Inaczej potoczyłyby się polskie dzieje, gdyby zasady Konstytucji dane nam było wprowadzić w życie. Lecz wdzięczność potomnych-przetrwała. Burzom dziejowym oparły się głęboki patriotyzm i  postępowe, demokratyczne – idee tej wielkiej karty naszego narodu.

Rodziła się Konstytucja z gorzkich nauk przeszłości, z żarliwej troski o siłę i całość państwa, o ludzkie prawa wszystkich jego obywateli. Ład wewnętrzny, harmonijne współżycie wszystkich stanów, to myśl przewodnia najlepszych w naszym narodzie- tych, którzy Ustawę Rządową stworzyli i poparli.

Jest znakiem naszych czasów, że właśnie dziś wracamy tak uroczyście do tego symbolu polskiej demokracji, suwerenności, sprawiedliwości.

Te, dalekowzrocznie zapisane karty są dla nas Polaków, nie tylko powodem do dumy. Niegdyś zwiastowały alarm dla osłabionego, zagrożonego państwa. W naszych czasach są i pozostaną drogowskazem na dziś i jutro. Źródłem otuchy, lecz i ostrzeżeniem, że nawet dzieło najszlachetniejsze może być zaprzepaszczone, jeśli dobro Rzeczypospolitej nie staje się dla wszystkich obywateli prawem najwyższym, jeśli nie towarzyszy mu zgoda narodowa, jeśli nie ma się przyjaciół i blisko, i daleko.

Czy tamten majowy testament potrafimy przełożyć na język współczesności? Czy zdamy pomyślnie historyczny egzamin?

Taką szansę mamy. Od narodu, od jego wyboru i woli zależy dziś, jak rozporządzi swą przyszłością. Polska jest w awangardzie przemian. Sprzyja im Europa i współczesny świat. Z tą myślą pozdrawiam wszystkich tu obecnych przedstawicieli dyplomatycznych, reprezentujących tak wiele państw, z którymi pragniemy rozwijać dobre, przyjazne, wzajemnie korzystne stosunki.

Półtora wieku temu, podczas obchodów 50-tej rocznicy 3 Maja, padły słowa, że Polska >jest to drzewo dziewięciu i więcej wieków, z które nowe coraz wyrastają latorośle<. To mądre zdanie przypomina, że rozwijać się może tylko naród doceniający potrzebę zmian, otwarty ku nadchodzącym czasom, zarazem jednak świadomy, że dorobku ciągłości dziejów roztrwonić nie wolno. Czy niosły blaski, czy cienie- były zawsze naszą, polską, ojczystą historią.

Walka i trud ostatnich dwóch stuleci nie poszły na marne. Przesłanie Konstytucji 3 Maja trwało niezmiennie w pamięci Polaków. Obecnie jej rocznica stała się znów świętem państwowym.

Niech uwieczniona w pieśni >majowa jutrzenka< świeci nowym, mocnym blaskiem. Niech będzie gwiazdą przewodnią ku pomyślności narodu, ku chwale Rzeczypospolitej.

Papież i Prymas wobec władzy i Solidarności w latach 1980-1981 (cz. I)

„Gdyby wszyscy działacze Solidarności wzięli sobie poważnie do serca mitygujące wskazówki Kościoła, prymasa Wyszyńskiego, a następnie Glempa – wprowadzenie stanu wojennego okazałoby się niepotrzebne.”
gen. Wojciech Jaruzelski

Majowe rocznice

Maj jest szczególnym miesiącem w dziejach polskiego Kościoła. Właśnie mija 40 lat, gdy 13 maja 1981 r. o godz. 17.17 na Placu św. Piotra, turecki zamachowiec ciężko ranił Jana Pawła II i dwie osoby. Jedną z nich, Papież zaprosił na spotkanie 4 czerwca. Po angielsku zapytał o stan zdrowia i leczenie w szpitalu. Zdumiał się odpowiedzią usłyszaną po polsku. Była Amerykanką polskiego pochodzenia. Jej matka, Katarzyna Placek-Balonek urodziła się i kilka lat mieszkała w Wadowicach. Z mężem Odrzywolskim wyemigrowali do USA. Tu urodziła się ich córka Anna, 18 maja 1923 r.(3 lata później niż Papież), a 13 maja ranna w pierś. Co za zbieg okoliczności! Trudne do wymówienia w USA nazwisko, zmieniła na Odre. Przyjaźnili się do końca życia.

Ten miesiąc był ostatnim w życiu Prymasa Tysiąclecia, zmarł 28 maja 1981r., mija 40 lat.

Pamięć o obu tych wydarzeniach skłania, by przypomnieć tu chronologicznie (kilka razy czyniłem wycinkowo) nauki, rady, ostrzeżenia Papieża, Prymasa Tysiąclecia, w roku 40 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Swoją pamięcią – oddajmy hołd i tak okażmy wdzięczność.
Prymas Tysiąclecia

Redakcja Trybuny- jak poprzednio, otwiera przed Państwem łamy celem zobrazowania wrażliwości obu wielkich Polaków i Kościoła na wspólne dobro i odpowiedzialność za Ojczyznę. Niestety, z żalem należy zauważyć, że tego poczucia odpowiedzialności nie dostrzegano w MKS, negocjującym 21 postulatów. Czas uciekał. Wywoływał obawy o stan gospodarki kraju i nastroje zniecierpliwienia, o czym informowała prasa. Zaniepokojony sytuacją Prymas, przypominał i wzywał do rozsądku, do odpowiedzialności.

Oto kilka myśli:
Jasna Góra, 26 sierpnia 1980 r. :
„W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku. Jeśli się obudzi w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa. Odpowiedzialność jest wspólna, bo wspólna jest i wina”.

„To wszystko wymaga rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy. Bez tego nie ma właściwego rozwiązania sytuacji, pomimo najsłuszniejszych racji, jakie moglibyśmy przytoczyć”.

„Żądania mogą być słuszne i na ogół są słuszne, ale nigdy nie jest tak, aby mogły być spełnione od razu, dziś. Ich wykonanie musi być rozłożone na raty. Trzeba więc rozmawiać: w pierwszym rzucie wysuwamy żądania, które mają podstawowe znaczenie, w drugim rzucie następne. Takie jest prawo życia codziennego…Musimy mieć roztropność kierowniczą … Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”.

„Pamiętajcie, jesteśmy narodem na dorobku. Doszliśmy do wolności przez gruzy. Jeszcze jako nowo mianowany biskup Warszawy szedłem do swojej katedry, prokatedry po stertach gruzów. Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. Ale nie nastąpiło to od razu. Dużo pozostało do zrobienia. Trzeba ciągle zwielokrotniać wysiłek pracy, pogłębiać jej poziom moralny, poczucie odpowiedzialności zawodowej, ażeby nastąpił należyty ład i porządek”.

Komentowałem te słowa, myśli w poprzednich tekstach, nie ma więc podstaw je powtarzać.

Jedynie logika chronologii wskazuje na celowość przypomnienia postawy Prymasa, jako hierarchy Kościoła czującego odpowiedzialność za Ojczyznę. Wzywał ze „świętego miejsca” do:
– „odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny”. Ta gorzka refleksja, sprawdziła się w grudniu, gdy miliony Polaków, także i strajkujących członków Solidarności stanęło przed widmem śmierci z głodu i zimna. Jak z goryczą oceniał Generał-gdyby „mitygujące wskazówki… prymasa Wyszyńskiego… Glempa”, zrozumieli „wszyscy działacze Solidarności”, wówczas stan wojenny nie byłby potrzebny. Ze zdumieniem i dozą wstydu, wypada zapytać- czyżby członkowie Solidarności nie znali tej banalnej prawdy, żeby strajkować, protestować czy głosić wzniosłe idee i pisać „patriotyczne narracje”- trzeba być najpierw sytym, najedzonym. A potem -żeby żyć i głosić romantyczne wizje, mądrze, racjonalnie dążyć do ich urzeczywistnienia. Godzi się zapytać działaczy i doradców Solidarności-czy tego nie wiedzieli w latach 1980-1981? Dlaczego wciąż tępy upór Solidarności ma uznanie, a rozum spotyka pogarda?;

– przypominał, że „wspólna jest i wina”, czyli władzy, partii i strajkujących robotników;

– wzywał do „rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy”. Kto czytelnie wskaże ile razy, gdzie i kiedy cechy te dobitnie wykazywało w praktyce Kierownictwo Solidarności?;

– uczył MKS i strajkujących, że wykonanie słusznych żądań musi być rozłożone na raty. Czy i kiedy z tej rady Solidarność skorzystała?
– przypominał przeszłość, gruzy Warszawy! Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. To zarówno „ku pamięci”, jak i przestrodze, by nie spowodować kataklizmu zniszczenia. Tylko władza pamiętała te bolesne doświadczenia. Kto o tym uczciwie mówi młodzieży?

Uwagi i refleksje

Do Prymasa doszły głosy, że część kościelnej hierarchii jasnogórską homilię przyjęła z dezaprobatą. Na spotkaniu z biskupami powiedział: „Po pierwsze – to, co mówiłem, uważam za uzasadnione i słuszne. Po drugie – jeśli miałbym jeszcze raz wystąpić, powiedziałbym to samo. A po trzecie – błogosławię waszą roztropność”. Wyjaśnił biskupom- „Jednym się wydawało, że za mało Prymas mówi >pod rząd<, innym znów, że za mało mówi >pod stoczniowców<. Prymas nie mówi ani pod rząd ani pod stoczniowców, tylko do rozumnych dzieci narodu. Narodowi na tym etapie wystarczyło spokojnie, bez złudzeń powiedzieć tylko tyle”. 26 sierpnia 1980 r. ukazał się komunikat Rady Głównej Episkopatu Polski, w którym czytamy-„Osiągnięte porozumienia poparte odpowiednimi gwarancjami, powinny zakończyć strajki, aby normalne funkcjonowanie gospodarki narodowej i życia społecznego w pokoju stało się możliwe. Porozumienia powinny być dotrzymane przez obie strony w myśl zasady: Pacta sunt servanda”. Zachęcam Państwa w ciepłe majowe dni- może już bez wirusa na działce, do własnej oceny „dotrzymania” 21 postulatów przez Solidarność i władzę – tak, na użytek dzieci i wnuków! Natomiast podczas posiedzenia Rady Głównej Episkopatu Polski, we wrześniu 1980 r. pod rozwagę poddał biskupom taką refleksję- „Nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się naród, trzeba unikać wszystkiego, co mogłoby nas doprowadzić do krwawych porachunków wewnętrznych i do interwencji obcej. Wolę utrzymywać, że interwencja obcych sił – tanków sowieckich- jest możliwa, choćbym miał się omylić, niż narazić się na to, by choć jeden chłopiec Polski zginął podniecony pewnością, że Moskale nie naruszą granic Polski”.

Czyżby ten światły Prymas już wtedy, we wrześniu- miesiąc po podpisaniu porozumień- już przewidywał walkę bratobójczą, „krwawe porachunki wewnętrzne”, których Solidarność nie zdążyła podjąć rok później-17 grudnia, bo wcześniej był 13 grudnia. Uprzedził „patriotyczny” rozlew krwi i „obcą interwencję”. Dzięki Generałowi i obywatelskiej postawie Wojska Polskiego, ani „Moskale nie naruszyli granic Polski” i ani „jeden chłopiec Polski nie zginął”. Kto będzie to pamiętał w 2021 r. 7 września 1980, Warszawa, spotkanie z Lechem Wałęsą Tydzień po podpisaniu 21 postulatów, w Warszawie Prymas Tysiąclecia przyjmuje Lecha Wałęsę z delegacją, w której jest ks. Henryk Jankowski. Kładzie akcent na sprawy związkowo- robotnicze. Przypomina i wyjaśnia, co mówił na Jasnej Górze -„Musimy mieć roztropność kierowniczą…Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”. Czyżby już wtedy, zaledwie tydzień, po głośnym podpisaniu porozumień sierpniowych i noszeniu Lecha Wałęsy na robotniczych rękach, po mszy św. w Kościele św. Brygidy, Prymas przewidywał brak „roztropności kierowniczej” i „boczenie” się związkowców na „wypełnianie swoich obowiązków”? Faktem jest, że Solidarność postulatów miała mnóstwo, niczym św. Mikołaj prezentów dla dzieciaków. Pamiętam rozmowę z Generałem podczas której wspominał „dobre rady” Solidarności, by tylko władza je realizowała. 10 listopada1980 Warszawa, rejestracja Solidarności Prymas, spotkając się z delegacją Solidarności powiedział – „Chociaż mielibyście różne pokusy natury politycznej, pamiętajcie, że pierwszym waszym celem jest realizacja zadań społeczno-zawodowych: obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrona człowieka pracującego-to jest wasze najważniejsze zadanie”. I dalej-„Nadrzędnym celem wszelkiej działalności winien być interes Ojczyzny i rzetelna praca dla wszystkich ludzi, dla dobra Polski”.

Może i z pewnym przekąsem- po latach warto zapytać działaczy, ekspertów Solidarności-do czego był im potrzeby „człowiek pracujący”? A jak w latach 1980-1981 rozumieli „w praktyce” interes Ojczyzny, który w różnych odniesieniach i znaczeniach przywoływał i tłumaczył Prymas? Panów działaczy i ekspertów proszę-wyjaśnijcie to „Narodowi” po 40 latach. Chyba zasłużył na taką waszą prawdę! Warszawa, 19 stycznia 1981 r. Tego dnia, Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i delegacją Solidarności. Wyjaśniał im- „Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata… W sytuacji, w jakiej znajduje się Polska, przeprowadzenie właściwej linii ku sprawiedliwości społecznej, aby uruchomić wszystkie prawa człowieka, osoby ludzkiej, a szczególnie prawa społeczne, organizacyjne, zawodowe-wymaga nie lada wysiłku, cierpliwości i rozwagi. Wymaga też nieustannego wiązania waszych najskuteczniejszych porywów z dobrem Rzeczypospolitej, które zawsze macie przed oczyma. Na pewno chcielibyście osiągnąć bardzo wiele. Aby chcieć wiele i osiągnąć wiele – trzeba mieć dużo cierpliwości na dziś i na jutro. Potrzeba umiejętności przewidywania tego, co jest do zrobienia dziś, a co jutro”. Jeśli Państwo uznaliście, że te słowa Prymasa trafiły do „serca” przewodniczącego, doradców i ekspertów- patrząc z dystansu 40 lat, sami możecie orzec. 27 stycznia 1980, Prymas zapisał „Nie trzeba zmniejszać czujności Narodu i nie uzbrajać go w awanturniczą gotowość do wszelkich porywów, by nie dopuścić do przelewu krwi. Moskale, dla obrony Bloku i wygodnej linii strategicznej, gotowi są uczynić wszystko, a nawet poświęcić Polskę. Istnieje atawizm historyczny, mający swoją siłę, nie dający się okiełznać. Słowem, nie wolno ryzykować życia młodych Polaków w beznadziejnej walce ze wschodnim mocarstwem, a z pewnością nie należy niczego czynić co mogłoby prowadzić do takiej sytuacji.” (Pro memoria, 27 stycznia1980).

Wielu z Państwa z zaciekawieniem przeczytałoby opinie i wnioski ekspertów Solidarności- nawet z dystansu czasu o tych refleksjach Księcia Kościoła. Byłaby to cenna nauka dla młodych. Prymas o partii Stanisław Kania, na posiedzeniu BP KC PZPR, 8 lutego 1981, złożył relację z rozmowy z Prymasem w dniu 7 lutego: „Wyszyński uważa, że w Polsce musi być silna władza, że Polska jest związana z blokiem socjalistycznym, że musi być partia, która winna sama się regenerować. Jeśli zaś partia miałaby się rozsypać, to wówczas musiałaby powstać nowa partia. On, Prymas Polski opowiada się za obecną partią, ale zmienioną. Partia gwarantuje władzę i spokój”. Nawet po 40 latach uważam, że te oceny Prymasa w ówczesnej sytuacji miały realne i racjonalne podstawy. Dedykuję wszystkim plujom na tamtą rzeczywistość, przy tym zachęcam co bardziej porywnych do rozwagi-12 września Prymas zostanie beatyfikowany. Niewątpliwie właściwym będzie, by przypomnieć dokonania i zasługi Księcia Kościoła dla całego okresu Polski Ludowej. Natomiast w Natolinie 26 marca 1981 r., rozmawiając z Generałem stwierdził-„Nie mam powodu do adorowania partii. Ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa, silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną. Gierek w tej sprawie nic nie zrobił. A przecież można było uniknąć wielu zapalnych punktów. Można było uniknąć niezadowolenia społecznego”. Oczywiste są te racje. Dekada lat 80-tych dowodzi, że ta partia „na poziomie”, choć „chwiejnego zdrowia”, jej skrzydło reform doprowadziło do Okrągłego Stołu i historycznych przemian. Chwała i uznanie członkom!” Natolin 26 marca 1981 r.

Działalność Solidarności (jeszcze trwał bydgoski incydent), w rozmowie z Generałem Prymas oceniał, że„ powinna iść po linii społeczno – zawodowej. Napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co idzie. Solidarność to taki romantyczno – renesansowy prąd. Obecnie jednak następuje infiltracja, aby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza KOR-owskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”. Były to dla Generała istotne uwagi, głównie odnośnie postrzegania Solidarności w społeczeństwie, roli KOR-u i wpływu jego doradców na przewodniczącego oraz dające wiele do myślenia „wpływy zewnętrzne”. Czyżby Prymas „coś wiedział” o „radach Zachodu” i finansowym wsparciu? Celną uwagę Prymas uczynił odnośnie rolników.

„Byłoby źle, gdyby te dwie Solidarności, miejska i wiejska, podały sobie ręce. Na zasadzie instrumentalnego wspierania – tej wiejskiej przez miejską. Im szybciej wiejską uznamy, tym bardziej będzie ona samodzielna… trzeba szukać sojuszników, a nie walczyć…Chłopi będą sprzymierzeńcami…To uspokoi wiele milionów ludzi”. Po latach można powiedzieć -słusznie, z punktu widzenia wsi i Kościoła. A jak ZSL? Stronnictwo chciało spokoju na swoim terenie, to oczywiste, tylko szczegół- wieś to nie PGR-y, gdzie byli „pracownicy rolni”, a nie chłopi w tradycyjnym rozumieniu. Zrozumienie Generała dla tego wywodu, Prymas odczytał i przekazał jako zgodę władzy! Tak rozmówcę postawił przed faktem dokonanym i pozostawił z tym dylematem! Proszę, wczujcie się Państwo w tamtą sytuację i wskażcie zadowalające wszystkich rozwiązanie. Dla Generała niezwykle wymowną była taka metafora Prymasa- „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami- germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”.

Dyplomatyczny język- „ściana słowiańska”, a jak wiele znaczący i wiele świadczący o wzajemnym rozumieniu! Pozwólcie Państwo „wybiec” myślą 2 lata naprzód, Belweder 17 czerwca 1983. Papież tą samą myślą rozpoczyna prywatną rozmowę- „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy”. Tę ocenę – umiejętność obrony racji Polski, okrywa wzniosłym tytułem- „ale przecież jest Pan także patriotą”! Bądźcie Państwo łaskawi zwrócić uwagę jesienią na krytyków Generała i stanu wojennego, czy dostrzegą to uznanie złożoności sytuacji i mądrości – przez Świętego Papieża. Warszawa, spotkanie 27 marca 1981 Dzień po spotkaniu z Generałem, a 3 dni przed generalnym strajkiem okupacyjnym, znów Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i jego grupą. Radził gościom – „Słuszne wydaje się rozłożenie waszych zadań na raty…Ale na razie najpilniejsza sprawa jest ta, abyście panowie chcąc wiele, nie stracili tego, co macie dziś… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, ale także roztropność i rozwaga… Wstrzymujemy się od środków tak kosztownych, jakim może być strajk generalny, który tak łatwo jest zacząć, ale skończyć bardzo trudno”. Lech Mażewski spotkanie ocenił jako „uratowanie” Solidarności, choć – „pęd solidarnościowych działaczy do konfrontacji z władzą, został ograniczony jedynie na krótko”. Warszawa, kwiecień 1981 r. Na początku kwietnia, Prymas spotkał się z delegacją wiejskiej Solidarności. Podobnie jak ich „miejskim kolegom” radził- „Pragnę całym sercem Wam życzyć, abyście działali cierpliwie. My w Polsce nie możemy się awanturować, bo nie jesteśmy sami… Możemy powiedzieć, iż obok władzy partyjnej, jest w Polsce władza społeczna. Dowody na to mieliśmy 27 marca. Dzięki Bogu, nie było innego dowodu, a mianowicie zapowiadanego strajku generalnego. Tego należało uniknąć. Chociaż bowiem moralnie jest uzasadnione prawo użycia tego środka przez ludzi broniących się, jednakże zawsze środki muszą być proporcjonalne do zamierzeń, do zadań i osiągnięć … Zawsze układajcie to tak, żeby była ta proporcja między postulatem, wymaganiem, a środkiem, który się będzie stosowało. Żeby do ptaków nie strzelać z granatów”.

Prawda, że ciekawe skojarzenie, „strzelanie z granatów”. Na jak długo zapamiętane, kto z Państwa wie? To podczas tej rozmowy poinformował gości o możliwości rejestracji ich Związku- NSZZ RI, w niezbyt odległym czasie. Stało się to 10 maja. Papież Jan Paweł II Papież- Polak uważnie śledził powstanie i działalność Związku. Był w stałym kontakcie z Prymasem, znał bieżące problemy, ich ocenę zachodniej prasy. Podczas pierwszej rozmowy w Watykanie, 11lutego 1981 r., Lechowi Wałęsie i grupie działaczy Solidarności- podobnie jak Prymas mówił -„Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby dojrzewały w spokoju, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna”. Te nasze, polskie doświadczenia uczynił „nauką Kościoła” dla przyszłych pokoleń – na zawsze, pisząc w encyklice Laborem exercens (14 września1981) o związkach zawodowych w następującym fragmencie- „Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy połączonych tym samym zawodem muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju …Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki w znaczeniu, jakie powszechnie nadaje się temu słowu dzisiaj. Związki nie mają charakteru partii politycznych walczących o władzę i nie powinny podlegać decyzjom partii politycznych ani też mieć zbyt ścisłych związków z nimi. …Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać… zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa”. Znów proszę o zauważenie, kogo ta nauka Papieża przywoła do rozważnych ocen i wniosków oraz powstrzyma przed opluwaniem jesienią , w 40-lecie stanu wojennego. Czy będzie to kolejna lekcja historycznej nienawiści i pogardy? A może tym razem-pokory i namysłu nad kolejami polskiego losu, ku nauce młodego pokolenia Polaków. Dziś- w majowe 40-te rocznice, te nauki Papieża i Prymasa można skrótowo ująć tak – Kościół ostrzegał, Solidarność lekceważyła, władza obroniła. Znając życzliwość Redakcji- napiszę o tym w stosownym czasie, jesienią br.

Pamięci polskich żołnierzy

W dniu 7 maja bieżącego roku minęło 78 lat od rozpoczęcia formowania w Związku Radzieckim zalążków I Armii Wojska Polskiego: I Korpus, potem I Dywizja, odnotowały swój początek w Sielcach nad Oką. Sponiewieranym syberyjską zsyłką nieszczęśnikom, którzy nie zdążyli dołączyć do Andersa, nie pozostawiono innego wyboru, jak przystąpienie do szeregów polskiego wojska tworzonego pod dowództwem Zygmunta Berlinga na terenie Związku Radzieckiego. Tylko w ten sposób było można wtedy podążać do Ojczyzny.

Polityczne i wojskowe kalkulacje, które Stalin wiązał ze zgodą na formowanie polskiego wojska na terenie ZSRR, mają w rozważaniach na ten temat znaczenie drugorzędne. W obliczu wyjątkowych okrucieństw II wojny, zwłaszcza wobec apokaliptycznych planów Hitlera dotyczących Słowian, w tym Polski i Polaków, sformowanie polskiej siły na wschodzie i włączenie jej do walk, pozostawało zadaniem racjonalnym, koniecznym i pilnym. Miało to też, jak się okazało, wagę polityczną, znaczoną symbolami krwawych bitew; najpierw pod Lenino na Białorusi, potem, na terenie Polski wykrwawiała berlingowców zbrojna pomoc niesiona powstańczej Warszawie, następnie boje o wał Pomorski i Kołobrzeg, forsowanie Odry, i wreszcie współuczestnictwo, u boku Armii Czerwonej, w zdobywaniu Berlina. I wszystkie te heroiczne i ludzkie znaki podlegają dzisiaj niszczącej fali prób wymazywania z Panteonu polskiej pamięci; kreowania osobliwego monopolu na zasłużoną chwałę o polskim udziale w II wojnie wyłącznie i zasadniczo tych od Andersa i Maczka – spod Monte Cassino i Falaise.

Przy całym szacunku dla polskiego wysiłku zbrojnego na Zachodzie, nie wolno godzić się na mataczenie historią polegające na umniejszaniu, wręcz na kasowaniu z publicystycznego obiegu narracji zasług i bohaterstwa żołnierzy Berlinga, potem Popławskiego i Świerczewskiego. Pomimo politycznych podziałów należy wreszcie uznać i przyjąć do wiadomości, że ci w polskich mundurach podążający od Wschodu to nie był jakiś gorszy sort polskiego wojska, zaś dowódcy i generałowie, zarówno ci idący od wschodu jak i od zachodu, zasługują na jednaki szacunek i wdzięczną pamięć Polaków. Dopóki takiej świadomości nie będzie się budować – reaktywować ją, bo w PRL-u taka właśnie pamięć, pomimo niedoskonałości, począwszy od 1956 roku była kultywowana – dopóty będzie panoszyć się w naszym kraju zakłamywanie historii, przy tym historyczna i intelektualna nędza podczepienia pod jej dobrą stronę kultu „wyklętych”. Nie wolno przy tym zapominać, że rzucanie kłód po nogi – utrudnianie funkcjonowania i życia – organizacjom kombatanckim i żołnierskim wywodzącym się z I i II Armii WP, zostało zapoczątkowane przez polityków Platformy Obywatelskiej, potem niebotycznie zwielokrotnione przez PiS.

Rocznica rozpoczęcia formowania polskiego wojska na Wschodzie – w Sielcach nad Oką – to dobra okazja do przywołania tamtej chwili nie tylko w kontekście jej następnie pełnego chwały szlaku bitewnego – w tym współudziału w wyzwalaniu Polski, oraz w zdobywaniu Berlina. To także, zwłaszcza w obliczu zakłamanej polityki historycznej autorstwa sfanatyzowanej, rządzącej prawicy, zwyczajne, ludzkie wołanie o przywrócenie pełnej i należnej prawdy, wraz z należnym szacunkiem dla tych dowódców i żołnierzy; prawdy nie wybiórczej i politycznie pasującej rządzącym, prawdy bez dyżurnych przemilczeń i bez nadętej agitacji o rzekomo jakimś gorszym gatunku żołnierzy, tych od Berlinga, I, potem również II Armii Wojska Polskiego. Czegoś takiego nie sposób akceptować zarówno na płaszczyźnie moralnej, jak i tej faktycznej, którą teraz usiłuje się politycznie naciągać i wpasowywać w szemrane cele aktualnie rządzących; co też z jakiś dziwacznym upodobaniem powielają i upowszechniają media, zwalniając się od myślenia i wpasowując w jedynie słuszną politycznie sztancę. Słowem, nie wolno pozwolić na to, aby zwyczajnie, bezustannie i bezkarnie kłamać.

Pamięć o minionej wojnie oraz o jej bohaterach to materia szczególnie i niezwykle delikatna, której nie wolno szarpać, i wedle politycznej woli poddawać kolejnym następującym po sobie reinterpretacjom na użytek bieżącej polityki. Pamięć taka – ta prawdziwa i nienaruszalna – winna nosić w sobie znaki trwałe, odporne na polityczne wichry i wahania. W Polsce winna znaczyć ją tożsamości żołnierskiej chwały obu kierunków wojennych frontów z polskim udziałem; bez dzielenia przelanej w minionej wojnie krwi żołnierzy w polskich mundurach na lepszą i gorszą, o czym warto przypomnieć przy okazji przywołanej na wstępie, ważnej rocznicy.

Na progu stanu wojennego

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”…

Myśl przewodnia…

„Bydgoski wstrząs”- pisałem o nim w jednym z poprzednich tekstów – postawił Polskę na progu stanu wojennego. Od tego stwierdzenia, wywołującego u niektórych- nawet po 40 latach – tzw. ciarki na plecach rozpoczynam z Państwem kolejną dyskusję. Tytuł tej publikacji podsunął mi jeden z Czytelników, zastrzegając podanie nazwiska. Dziękuję serdecznie, Państwu za wiele celnych uwag i spostrzeżeń, szczególnie tych życzliwie krytycznych. O niektórych wspomnę.

Na wstępie uprzejmie Państwa proszę o rozróżnienie dwóch pojęć: stan wojenny oraz interwencja zbrojna sąsiadów. Dziś będziemy skupiać uwagę na pierwszym. Drugie zasługuje na odrębną i to nie jedną publikację. Tu osobom „krytycznie uczulonym” wyjaśniam- „interwencja zbrojna sąsiadów”- finezyjnie NIE ukrywa odpowiedzialności ZSRR. O tym wiedzą wszyscy, to wynikało z jego dominującej pozycji w bloku wschodnim. „Polityka historyczna” ostatnich lat, rozbudziła wśród Polaków nienawiść do Rosjan, trwającą od kilku wieków, zwaną rusofobią. Jednocześnie ukryła inspirującą, podjudzającą rolę NRD i CSRS. Te państwa same utrzymywały gotowość do interwencji-Czesi do czerwca, NRD- do kwietnia 1982 r.- ale o tym później.

„Sierpniowe” oceny

Wydarzenia lipcowo-sierpniowe 1980 r., które strajkami i protestami objęły cały kraj, były głównym czynnikiem do ocen i przemyśleń. Oto kilka z nich:
– „Dziś żądają związków, utworzą siłę, a potem przypuszczą szturm na partię, na rząd, na Sejm” (Edward Gierek, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Będzie to stworzenie organizacji klasy robotniczej, możemy stracić możliwość sprawowania władzy” (Stanisław Kania, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Pojawią się procesy, które zaczną nas niszczyć i partia będzie musiała podjąć walkę” (Andrzej Werblan, 30 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR).
Oczywiście, wtedy, w sierpniu, w całym roku 1980 i później, każdy członek Partii, każdy dorosły Polak miał swoją ocenę sytuacji i – co jasne- każdy miał „swoją rację”. Przytłaczająca większość za zaistniałą sytuację winiła Kierownictwo Partii i rząd. Czy miała rację, śmieszne pytanie, ktoś powie. I teoretycznie i praktycznie racja była po stronie krytykujących. Przecież to władza- partia i rząd, podejmowały decyzje, czy to w formie uchwał Zjazdu (VII był się w 1976), czy słynnych 5-cio latek, planów rozwoju gospodarczego. Również władza korygowała bieżącą realizację tych planów. Ważnym i głośnym sygnałem do ich korekt były wydarzenia w Radomiu i Ursusie, 1976 r. Państwo zapewne z dostępnej i bogatej literatury znają te oceny. Na polu gospodarczym skłaniały ku ograniczeniu korzystania z zachodnich kredytów, a tym samym nie otwierania nowych inwestycji, a kończenia rozpoczętych, by zaczęły przynosić korzyści z podejmowanej produkcji. Pojawiły się niedobory na rynku, np. cukru i ukryta reglamentacja oraz podwyżki cen niektórych towarów. Był to dość wyraźny sygnał, że społeczeństwo nie tylko dostrzeże, ale i wyrazi niechęć. Znajdzie się ich „polityczny obrońca”. I tak się stało. Powstał Komitet Obrony Robotników (KOR) oraz Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Lepszej okazji, sytuacji w kraju, dla ich utworzenia nie można było sobie wyobrazić. Sprzyjała im atmosfera międzynarodowa- Akt Końcowy KBWE 1975. Polska zgodziła się na zapis o prawach człowieka, ale bez zgody się na oficjalne uznanie prawa do istnienia opozycji politycznej i strajków. Długo nie trzeba było czekać, zaledwie rok!

Lipcowo-sierpniowe protesty i strajki. Ale wtedy, w sierpniu zasadnicze pytanie brzmiało – co dalej? Choć niektórzy rozważali warianty „siłowego rozwiązania”, coś na wzór Grudnia’70, przeważała ostrożność i wola dojścia do porozumienia ze strajkującymi. Tę sytuację obrazowo oceni Jacek Kuroń- „W grudniu paliliśmy komitety, teraz utworzyliśmy swoje” (z przekąsem można powiedzieć -„nauka nie poszła w las”).Słusznie-przeważył pogląd na porozumienie, choć obawy wciąż rosły po stronie władzy. Dotyczyły rosnących żądań strajkujących. Ich presji i atmosfery nacisków nie wytrzymał przedstawiciel władzy, wicepremier Tadeusz Pyka. Zastąpił go Mieczysław Jagielski. Przerwy w produkcji, różne zakłócenia w komunikacji i codziennym życiu dla milionów Polaków nosiły nawet znamiona sensacji, choć wielu pamiętało wydarzenia grudniowe. Taką, nie spotykaną od 10-ciu lat sytuacją, Polska „zwróciła oczy” Europy. Stała się obiektem szczególnego zainteresowania. Wreszcie doszło do porozumienia- najpierw Szczecin, gdzie 30 sierpnia Komitet Strajkowy w Stoczni Warskiego i Kazimierz Barcikowski, podpisali stosowny dokument. Podpisane dzień później porozumienie w Gdańsku – 21 postulatów zna cały świat, nawet trafiły na listę UNESCO! Czy zakończyło strajki?- o tym za chwilę.

Wyzwania i oczekiwania

Rząd premiera Józefa Pińkowskiego i Kierownictwo Partii ze Stanisławem Kanią na czele, stanęły przed niezwykle trudnymi wyzwaniami, głównie dwoma – koniecznością reformy gospodarki oraz realizacji podpisanych porozumień. Tu można toczyć spór, co było ważniejsze – reforma czy realizacja postulatów. Zarys reformy rząd przedstawił na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu”…chodziło o porozumienia sierpniowe. Co zapisano odnośnie reformy? Oto pkt. 6-„Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez: a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Proszę o cierpliwość- będę o tym pisał w kolejnym tekście traktującym o działaniach Solidarności. Wspomnę tylko, że założenia reformy wysłano do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie-jaka była reakcja? Wszyscy, poza Węgrami-odnieśli się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto istota – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł…Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach” (szerzej pisałem na łamach rok temu). To także pod rozwagę wszystkim, którzy z kwaśną miną przyjęli ocenę- CSRS i NRD „podpowiadały” ZSRR interwencję zbrojną.

Realizacja 21 postulatów- tak ze strony władzy jak i Solidarności wymaga odrębnej analizy i oceny. Władza liczyła, że podpisane „Porozumienia” zakończą strajki, a zawołanie Lecha Wałęsy-„do roboty”, uczyni je faktem. Tu tylko taki szczegół. „Protokół porozumienia”… kończy się zapisem- „Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zobowiązuje się do zakończenia strajku z dniem 31 sierpnia 1980 roku o godz. 17.00”. Kto z Państwa pamięta co było dalej, przypomnę: dopiero 3 września podpisano odrębne porozumienie z górnikami, a 11 września z hutnikami. Niektórzy publicyści oceniają, że wrześniowa fala strajków była większa niż lipcowo-sierpniowa. Objęła ok. 800 zakładów i ok. 1 miliona osób. Dlaczego tak się stało- kto z Państwa zna odpowiedź? Tu pojawiają się uniki i wykręty. Dla przykładu- cytowany Komitet faktycznie zaprzestał strajku po podpisaniu umowy, czyli „wywiązał się” z zapisu. A „teren”? Albo nie „dosłyszał” co „centrala” ustaliła albo nie dowierzał- teraz można powiedzieć- „swojej górze” i dalej strajkował. A może MKS „cieszył” się z poparcia „dołów”, że „zapomniał” wprost nakazać zaprzestanie strajków” A może to „doły” tak „cieszyły” się z możliwości strajkowania i „siły”, jaką mogą pokazać partii. „Radość trwała”. Jeśli ktoś z rezerwą czytał fragmenty ocen Edwarda Gierka, Stanisława Kani, prof. Andrzeja Werblana- przecież osób nie wszystkich, które zabierały głos na posiedzeniach (są dostępne w wydanych protokołach)-proszę o zastanowienie się.

Wnioski ze strajków

Osobną nie mniej wnikliwą analizę prowadziło Kierownictwo MSW.Obiektem obserwacji i pogłębiających się analiz był szeroko rozumiany rozkład dyscypliny społecznej, powszechne łamanie prawa, zasad współżycia społecznego, itp. Ważne było uzyskanie odpowiedzi – kiedy i jak należy przygotować podległe siły i środki oraz jak działać, by ten chaos zakończyć. Kryje się tu wątpliwość-czy Partia, władza, metodami politycznymi, także propagandowymi zdoła sytuację opanować. Meldunki organów MSW pozostawiały niewielki margines na taką nadzieję Że siły te od początku roku były w „gotowości”, to oczywiste. Że ocena wydarzeń grudniowych, była dla MSW druzgocąca i w przytłaczająco słuszna, za brutalne i w ogóle nadużywanie siły-widziano dobrze. Choć pojawiały się „łagodzące głosy”, że decyzje pojęła „partyjna góra”, ale wykonanie było nasze- replikowano. Co było szczególnie rażące- bicie bezbronnych osób wśród nich kobiet na ulicach, które nie stawiały oporu, nie podejmowały bójek. Dokumentalne zdjęcia pokazują, a filmy dokumentalno-fabularne jaskrawo, wyeksponowały bicie, katowanie osób zatrzymanych na posterunkach MO. Katowanie pokazano celowo, do przesady-na 70 rocznicę Grudnia, by młode pokolenie tak zapamiętało tamten czas. Kto teraz przyjmie gorzką, ale prawdę? Oglądałem te filmy ze zgrozą, myśląc o młodym pokoleniu. Skoro tak postępowało MO z demonstrantami to dlaczego podobnie – piszę podobnie, „nie tak samo”- dzisiejsza Policja ma nie traktować kobiety manifestujące na ulicach? Ta Policja dziś ma, tak samo jak MO 70 lat temu, też miało- poparcie władzy! Dziś nawet więcej- wspiera Episkopat! Czy z wiosną przyjdzie opamiętanie, głównie w Policji przy wykonywaniu poleceń władzy przeciwko pokojowo demonstrującym Kobietom? Publikacja-jedna z wielu w Przeglądzie, np. ostatni nr 13, „Byczy protest”. Cytat- „Siedzieliśmy kilka godzin, słuchając policjanta, któremu sprawiało satysfakcję szydzenie z nas i innych protestujących. Agresywnie obśmiewał fryzury, ubrania, zachowanie. Podobnie postępowała towarzysząca mu policjantka, szczególnie pastwiąca się nad jednym z nas-niepełnosprawnym mężczyzną”. Ten fakt dedykuję kapelanowi Policji z Ordynariatu Polowego WP, duchownym etykom i moralistom. Rodzicom i rodzinom policjantów, a policjantek- w szczególności!

Szef resortu, Stanisław Kowalczyk zalecił bieżącą analizę sytuacji. Oceny i wnioski wskazywały na-oględnie mówiąc- rozkład dyscypliny w kraju. Strajki lipcowo – sierpniowe i wynikające stąd wnioski wskazały na konieczność „systemowego podejścia”. Oznaczało to, że przeciwdziałać „rozwydrzeniu społecznemu” musi nie tylko MSW, ale i MON, terenowe organy władzy i administracji. Jeśli tak, to konkretnie kto, jakie organy władzy? Proszę zauważyć, że Stanisław Kania, od 5 września 1980 r. I Sekretarz, przez wiele lat był w Kierownictwie Partii odpowiedzialny za nadzór nad resortami-MSW oraz MON. Znał więc wiele niuansów i zawiłości ich specyfiki organizacyjnej i zasad działania. Nie mógł lekceważyć ocen i wniosków MSW, podobnie MON. Józef Pińkowski, premier też od 5 września- z urzędu został przewodniczącym Komitetu Obrony Kraju (KOK). Został więc odpowiedzialnym za całokształt bezpieczeństwa Państwa, a wewnętrznego- wtedy szczególnie!

Stan wojenny

Nie wiadomo dokładanie, kiedy pojawiła się w MSW myśl- wniosek, by sięgnąć do zapisów Konstytucji. Początkowo nie mówiono tego wprost. Jednakże nic nie przeszkadzało, by Kierownictwu Partii i rządu zwrócić uwagę na art. 33 Konstytucji, stanowiący o wprowadzeniu stanu wojennego. Zapis brzmiał-„Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa” (art.33, ust. 2). Wprowadzenie mogło nastąpić w drodze dekretu z mocą ustawy, a te Rada Państwa mogła wydać „w okresach między sesjami Sejmu” (art. 31, ust.1). A jeśli będzie obradował Sejm? tego nie rozstrzygnięto, stąd potem kwestia legalności.

Prawdą jest, że prace koncepcyjne nad stanem wojennym, zapoczątkowano w MSW, we wrześniu 1980 r. Dokładnie i interesująco, całokształt przygotowania i realizacji stanu wojennego przedstawia gen. Franciszek Puchała w książce- „Kulisy stanu wojennego”, wyd. Bellona 2016. Słowa poważania i uznania Panu Generałowi. Zachęcam Państwa do interesującej lektury.

12 listopada 1980 r. na posiedzeniu KOK omawiano- jak pisze gen. Puchała- „studyjną wersję koncepcji stanu wojennego”. Pojawiły się pierwsze rozbieżności pomiędzy MON a MSW. Nowy szef MSW, gen. Mirosław Milewski wskazywał na udział Wojska przy pacyfikowaniu fal następnych protestów i strajków, jakie mogą wybuchnąć. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski-kierując się wnioskami z Grudnia’70 – uważał, że Wojsko może wspierać Milicję logistycznie i prowadzić działania osłonowo-ochronne, szczególnie obiektów ważnych dla obronności Państwa.

KOK zgodził się – na wniosek MON- by procesem prac planistycznych objąć kluczowe resorty cywilne. Premier uważał, że konieczne jest opracowanie propozycji zmian w Konstytucji pozwalających na wprowadzenie tego stanu oraz innych regulacji, w tym ograniczenia, a nawet zakazu strajków na określony czas, w szczególnie newralgicznych obszarach gospodarki. Dalszy proces planowania realizowały: Sekretariat KOK, Sztab Generalny (SG WP) oraz sztab MSW. Organy te prowadziły bieżącą analizę sytuacji wewnętrznej, uogólniając wynikające stąd wnioski – wprowadzano do opracowywanych dokumentów. Dla Solidarności każda okazja była właściwa, by gotowość strajkowa „nie spuszczała z tonu”. Tę „niezwykłą aktywność” opiszę osobno. Tu taka ciekawostka. 10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy wreszcie zarejestrował NSZZ Solidarność. Dlaczego „wreszcie”? Związek „zapomniał” wpisać do statutu przestrzeganie Konstytucji! Żądanie Sądu dało taki efekt- uliczne protesty! Prymas Tysiąclecia, po rejestracji- spotkał się z przedstawicielami i powiedział im – „Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”. Co Państwo myślicie, nie wstydźcie się tak oceniać pannę „S”- nawet po 40 latach!

Gra decyzyjna

Nowym szefem KOK, od 11 lutego 1981 r. został premier rządu gen. Wojciech Jaruzelski. Prace planistyczne były mocno zaawansowane. 14 lutego gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, zameldował, że przy współpracy KOK, ministerstwa sprawiedliwości oraz prokuratury generalnej przygotowano projekty podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości. Gotowe były przepisy wykonawcze. Opracowano szczegóły akcji internowania osób zagrażających bezpieczeństwu państwa. Ponadto, przygotowano zasady cenzurowania przesyłek pocztowych, korespondencji telekomunikacyjnej i telefonicznej. Opracowano zasady wyłączenia teleksów i telefonów oraz wojskowej ochrony budynków radia i telewizji w chwili wprowadzenia stanu wojennego.

Rozpatrzenie koncepcji wprowadzenia stanu wojennego przyjęto metodą gry decyzyjnej. Zaplanowano na 16 lutego, w dwóch etapach. Kierowali nią: Szef SG WP, gen Florian Siwicki oraz ówczesny szef MSW gen. Mirosław Milewski. Uczestniczyło 38 oficerów z MON i MSW oraz przedstawiciele wydziału propagandy KC PZPR, wśród nich Walery Namiotkiewicz, odpowiedzialny za propagandę.

W I etapie zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę, treść i skutki wprowadzenia tego stanu, ze względu na bezpieczeństwo państwa. Sprecyzowano – w świetle hipotetycznie założonych wariantów rozwoju wydarzeń w kraju – główne przesłanki, uwarunkowania oraz optymalny tryb jego wprowadzenia. Na tym tle dokonano kompleksowego przeglądu stanu przygotowań organów władzy i administracji do realizacji przypisanych zadań. Przeanalizowano wzajemną synchronizację planów działania resortów i możliwości efektywnego współdziałania.

W II etapie poddano analizie koncepcję działania po wprowadzeniu stanu wojennego. Tu zwrócono szczególną uwagi na przedsięwzięcia prowadzące do osiągnięcia głównego celu, czyli zapewnienia normalizacji życia kraju w okresie obowiązywania tego stanu. Generalny wniosek z gry był następujący- wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością. Zapisano go jako istotę, sedno myśli przewodniej- „Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”. O tym w kolejnej publikacji.

Za naczelne zadanie wszystkich organów władzy i administracji państwowej w obecnej sytuacji kryzysowej uznano energiczne działania na rzecz wyeliminowania przesłanek jego wprowadzenia poprzez egzekwowanie przepisów prawa, umacnianie dyscypliny społecznej, przywrócenie normalnego rytmu pracy i nauki oraz szerokiego politycznego oddziaływania. Gdy okaże się konieczne- izolowanie organizatorów strajków i różnych prowodyrów.

Dość wnikliwie analizowano możliwości i sposoby ogłoszenia społeczeństwu informacji o wprowadzenia tego stanu. Na tym etapie nie podjęto wiążących decyzji, zalecając dalsze prace koncepcyjne. W sumie gra wykazała zaawansowany, choć nie pełny stopień przygotowania państwa na taką „ostateczną konieczność”.

Premier-Generał zapoznał się 21 lutego z „wnioskami- notatką”, opracowaną przez płk Ryszarda Kuklińskiego. Wniósł kilka uzupełnień i polecił przygotowanie krótkiej informacji do zapoznania władz ZSRR na XXVI Zjeździe KPZR(w USA też wiedziano-od kogo, kto zgadnie?)

Na zakończenie.

Przyjąłem-z uznaniem Państwa sugestię- pisania „kalendarza faktów”, prowadzących do stanu wojennego. Dobrze się złożyło – mogę go rozpocząć. Dla chronologicznego więc porządku:

– wrzesień 1980 r., początek prac koncepcyjnych w MSW;
-14 lutego 1981 r., gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, składa meldunek premierowi- gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu o przygotowaniu projektów podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości;
– 16 lutego 1981 r. Gra decyzyjna zespołów planistycznych SG WP i MSW, z udziałem przedstawicieli KC PZPR. Zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę i treść oraz skutki wprowadzenia stanu wojennego. Dokonano analizy koncepcji działania po wprowadzeniu tego stanu. Generalny wniosek – wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością;
– 22 lutego 1981 r. Premier-Generał i I Sekretarz KC PZPR, uczestnicząc w XXVI Zjeździe KPZR, poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego;
– 27 marca 1981 r., zatwierdzenie i parafowanie trzech dokumentów przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kanię: „myśl przewodnia”, „Centralny plan działania”, „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych”. O dalszym procesie planowania napiszę w kolejnych publikacjach.
– 27 marca 1981 r., wizyta grupy radzieckich oficerów w SG WP z ich przygotowanym planem wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Podziękowano, nie skorzystano.

W sprawie Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, spełniam Państwa prośbę i podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Nieszczęsne polskie konstytucje

Polskie konstytucje były dziełem masonów, jakobinów, socjalistów, komunistów i postkomunistów. Przynajmniej te sensowne, pozytywne. Co prawda, nie miały szczęścia, nie zdobywały powszechnego poparcia ani nie budziły posłuchu. O ironio, jedyna, którą przyjęto w referendum, jest ignorowana od następnego dnia po jej zaaprobowaniu.

Święto Konstytucji ustanowiono, by uczcić konstytucję wprowadzoną w trybie zamachu stanu. Konstytucję, która ani razu nie była skuteczna i której wyparł się król, jej orędownik. Konstytucję, którą stawiano sobie za wzór dwieście lat temu, ale która zawsze była martwa.

Jej losy podzieliła następna konstytucja, uchwalona w 1921 roku. Teoretycznie działała przez cztery lata, praktycznie prawie wcale. Była zbyt demokratyczna, zbyt socjalna, zbyt nowoczesna – o wiele nowocześniejsza niż dzisiejsza Nowoczesna. Potem przyszła Bereza Kartuska i proces brzeski.

Kolejną ustawę zasadniczą przygotowali majowi zamachowcy dla swojego Marszałka. Też chyba była przeklęta. Uchwalono ją w kwietniu 1935 roku, a już w maju Piłsudski zmarł i nie zdążył się nią nacieszyć. Jak się okazało, również miała działać przez cztery lata. Wybuchła wojna, rząd uciekł przez Zaleszczyki. Hitlerowcy wprowadzili swoje porządki. Gdy w 1945 roku uciekali przed Armią Czerwoną, razem z nimi maszerowała Brygada Świętokrzyska i inni wyklęci.

Po wielkiej wojnie pojawiła się uchwalona przez partię robotniczą demokratyczna konstytucja raczej nie całkiem demokratycznego państwa, choć może bardziej sprawiedliwego niż to dzisiejsze. Część konstytucyjnych zapisów była martwa, część to były marzenia, a część pozwalała działać nowym władzom.

Konstytucja z 1997 roku jest najładniejsza ze wszystkich polskich konstytucji. Pięknie uchwalona. Przyjęta w referendum, choć większości społeczeństwa wydawała się obojętna. Większe poparcie społeczne zyskał w referendum akces do Unii Europejskiej – może dlatego, że referendum unijne jako jedyne z dotychczasowych trwało dwa dni. Niestety, wszyscy od początku starają się tę konstytucję omijać albo wprost łamać, wczoraj, dziś i zapewne jeszcze nie raz w przyszłości.

Dziś rządzą ci, którzy od zawsze byli tej konstytucji przeciwni. Można powiedzieć, że są wierni sobie, a nie konstytucji, prawu czy innym normatywnym imponderabiliom. Sami wzięli ten narodowy kaduceusz polski i mącą nim wodę. Przy dzisiejszych majsterklepkach od prawa prof. Falandysz mógłby uchodzić za wzór rygoryzmu prawnego.

Czeka nas więc w przyszłości – oby niedalekiej – kolejny proces pisania, uzgadniania i uchwalania konstytucji. Będziemy bogatsi o bolesne doświadczenia i, mam nadzieję, mądrzejsi.

A konkordat trzeba wypowiedzieć.

„Zbrodnicze bandy podziemia” – przewrotnie „wyklęte” cz. I

„Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”
Z „Porozumienia”… 14 kwietnia 1950 r.

Zbliża się 10 rocznica przyjęcia przez Sejm ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, którym z mocy prawa stał się 1 marca. Tak, już mija 10 lat. Czas na refleksję. Mijająca dekada dostarczyła wielu powodów, natury faktograficznej i tej- powiedzmy etyczno- moralnej, ludzkiej. Każdego roku Ministerstwo Edukacji …wydawało stosowne pisma, wytyczne odnośnie organizowania „patriotycznych lekcji” historii i udziału w uroczystościach kościelnych. Telewizja, media, także Kościół świadomie przypominały lata 1944-1947 i późniejsze, jako okres i czyny godne święta państwowego-Narodowego Dnia Pamięci. Ludność, mocą tej ustawy uznano za „komunę”. Zbrojna walka z bezbronnymi jest od 10 lat patriotycznym, chwalebnym wzorcem w wychowaniu młodego pokolenia Polaków. Refleksje płynące z tego zakłamania historii, ujmuję w tym i kolejnych tekstach odnośnie „wyklętych” oraz „martwicy sumień”. Zachęcam Państwa do sięgnięcia po wspomnienia rodzinne, na „świadectwo prawdzie” naszym następcom.

Sens „Porozumienia”

Proszę o ponowne przeczytanie powyższej oceny. Jest w „Porozumieniu zawartym między przedstawicielami rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”, podpisanym 14 kwietnia 1950 r. Działalność podziemia była już śladowa, m.in. na skutek dwóch amnestii z 22 września 1945 r. i 22 lutego 1947 r. Pisał o tym Redaktor Tadeusz Jasiński, Trybuna z 28 lutego-1 marca 2020 r. Ponadto, operacja „Wisła” KBW i MO przeciwko podziemiu, akcja wyjaśniająca (celowo nie piszę propagandowa), nawoływania do udziału w odbudowie kraju, wyjazdów na Ziemie Odzyskane, podejmowania nauki, usuwania analfabetyzmu, itp. były prowadzone przez PSL, PPS, PPR (PZPR) organizacje młodzieżowe, także przez rozumnych księży i biskupów- nie zapominajmy tego- miały w tym chwalebny udział.
Pamiętajmy o reformie rolnej. Spełniała dwa zasadnicze cele-była praktyczną realizacją programu PPR i PPS oraz marzenia małorolnego i bezrolnego chłopstwa. Choć tego nikt nie mówił, że niektórym sędziwym mieszkańcom przypominała carskie uwłaszczenie po powstaniu styczniowym. Skoro niektórzy uczeni chcą być tacy „pryncypialni w prawdzie” -niech o tym też nie zapominają. Parcelacja majątków ziemiaństwa służyła też oddolnym inicjatywom, np. tworzeniu uspołecznionych ogniw „Samopomoc chłopska”, wiejskich sklepów. W południowo-wschodniej i centralnej Polsce spotkały się z szerokim poparciem ludności. Tu przypomnę Państwu taki fakt- ciekawostkę. Kardynał August Hlond w 1933 r. powołał Radę Społeczną, która w założeniu przyjęła potrzebę reformy rolnej, parcelacji wielkich majątków. Ziemiaństwo wywołało histerię- „czerwony biskup chce odebrać ziemię”! Endecja nazwała go robociarzem, choć z pochodzenia był Ślązakiem. Tłumaczył -że tych problemów społecznych nie da się rozwiązać, dając jałmużnę. Radził -„Kościół niech odda swoje ziemie i skupi się na pracy duszpasterskiej. Nie chcecie? przyjdzie chwila, że będziecie musieli”- prorocze myśli, chciałoby się powiedzieć. Jego następca, wspomniany kard. Stefan Wyszyński, był zwolennikiem takich poglądów, poparł więc tę reformę i zalecał taką postawę księżom. A jak do reformy rolnej odniosło się podziemie? Większość podziemia podjęła rabunkową działalność: napady na sklepy wiejskie, kradzieże, palenie domów, niszczenie mienia „Samopomocy chłopskiej”, połączone z morderstwami i zbrodniami. Pamięć o nich po 3-6 latach, była wciąż żywa. I znów ciekawostka. Jednym z dowódców pododdziałów AK na Podkarpaciu był Józef Gucwa, późniejszy biskup tarnowski, który uważnie obserwował tę reformę i reakcję ludzi. O jego poglądach i refleksjach, gdy powstawała Polska Ludowa i po zmianie ustroju w 1989 r.- zasługujących na szacunek, usłyszałem od Profesora, członka b. ZSL i Generała, podczas procesu sądowego. Ale to osobny temat.
Można z dozą wyrozumiałości przyjąć, że wtedy- 1950 r. gdy pisano „Porozumienie” nikomu do głowy- ze strony Kościoła jak i władzy nie przyszło roztrząsać jaki, czyj oddział popełniał zbrodnie. „Fakty masowe”, głównie w woj. rzeszowskim, lubelskim, podlaskim, były widoczne gołym okiem. Proszę zauważyć, że od 1948 r. Prymasem Polski był kardynał Stefan Wyszyński, wcześniej biskup lubelski. Znał sytuację wewnętrzną w kraju na bieżąco i nie było żadnej potrzeby „naukowego badania” bestialstw. Należy pamiętać, że „zbrodnia” jako taka, z ducha, nauki Kościoła podlegała potępieniu. Stanowisko Kościoła miało i ma charakter zasadniczy, doktrynalny. Posądzanie Prymasa, Episkopatu o koniunkturalizm wobec władzy wówczas i z dystansu70 lat byłoby historycznym błędem. „Porozumienie” oraz określenie „zbrodnicza działalność band podziemia” ma sens- powtórzę- oparty w faktach. Niektóre porażające przykłady morderstw, bestialstw, sadyzmu, podaję niżej.

Zbrodnicze bandy

Proszę o chwilę namysłu nad zwrotem- „zbrodnicza działalność band podziemia” Zwraca uwagę brak rozróżnienia na AK, BCh (część partyzantów z tych oddziałów zasiliła szeregi 1 i 2 AWP, to istotny szczegół), NSZ, WiN i inne-wszyscy mają jedno miano. Nie trudno postawić pytanie – dlaczego? Odpowiedzi niżej.

1. kpt. Romuald Rajs „Bury”
– 29-31.01.1946 oraz 2.02.46 oddział kpt. Romualda Rajsa „Bury” spalił 5 wsi: Zanie, Zaleszany, Końcowizna, Szpaki, Wólka Wyganowska, zabijając w okrutny sposób 82 osoby, w tym starców, kobiety i dzieci, których spalono żywcem w zamkniętych budynkach; w Zaleszanach spalił żywcem 14 osób, w tym 7 dzieci,(ciężarną Marię żonę, Sergiusza Niczyporuka, 3 synów, brata z żoną i dzieckiem), 2 zastrzelił. W Zaniach i Szpakach nie spalono katolickich domów i ich prawosławnych sąsiadów;
– w styczniu 1946 oddział „Burego” zatrzymał we wsi Łozice 40 chłopów na „szarwarku” przy pracy. Chłopi zawieźli ich do Hajnówki, potem do Zaleszan. Mieszkańców stłoczono w jednym domu i spalono. 30 furmanów zamordowano we wsi Puchały Stare, a 10 jako katolików puszczono wolno.
Dla oszczędności amunicji, ludzi palono żywcem w domach, zabijano obuchami siekier; strzelano tylko do uciekających i rannych.

„Z Polakami nie ma żartów”

„Ja tam nie żałuję ich, broń Boże, bo to kacapy. Cholera, ale jednak to człowiek był. Nie wiem jak strzelali inni, bo to zależało od ludzi, ale ja to nie przepuścił. Ja byłem okropnie cięty na nich, ale lepiej niech to między nami zostanie. Ale jednak taka walka to nie dla katolika. Mogłem ich puścić, ale nie puściłem. Nie wypuściłem nikogo”- opowiadał Czesław Popławski, „Pliszka”, o rajdzie przez wioski prawosławne.

„Żadnych tam dyskusji po tym nie było. Chłopaki wspominali, a ten to zrobił, a ten to. Większość z nas była cięta na Białorusinów. To nauczka-mówili chłopaki- żeby się nauczyli, że z Polakami nie ma żartów”- opowiadał Marian Maliszewski „Wyrwa” (Karta 1990, ze wspomnień bandytów „Burego”). .

Oddział IPN w Białymstoku 30.6.2005 uznał „Burego” winnym zbrodni ludobójstwa. Akcje „Burego” w „żadnym wypadku nie sprzyjały poprawie stosunków narodowych polsko- białoruskich i zrozumienia walki polskiego podziemia o niepodległość Polski”.18.11.2008 wyrok ten utrzymał Sąd Okręgowy w Białymstoku.

Film „Podwójnie wyklęty”, wyemitowany w 2019 r., na którym obecny był jego syn, wybiela „Burego”. Podlaski Oddział Partii Razem, napisał taką ocenę tego filmu-„Ciężko ponownie apelować o przyzwoitość i uczciwość. Trudno mówić o rzetelności naukowej, kiedy IPN ignoruje ustalenia końcowe śledztwa prowadzonego przez własną placówkę w Białymstoku, gdzie wprost padają stwierdzenia o zbrodni, której w żaden sposób nie można powiązać z walką o niepodległy byt państwa polskiego. Zbrodni, która nosi znamiona ludobójstwa”.

„Bury” dla Białorusinów mieszkających na Białostocczyźnie – ocenia prof. Eugeniusz Mironowicz z Uniwersytetu w Białymstoku – jest symbolem bezmyślnego okrucieństwa, sadyzmu, sprawcą mordu bezbronnej ludności, w tym dzieci, kobiet i starców”.

2. Józef Kuraś „Ogień” i jego oddział:
-23.6.1945, w Maniowej koło Nowego Targu, zamordował 4 osoby narodowości żydowskiej;
-10.12.1945 w Ostrowsku, na słupie telegraficznym powieszono ciężarną Katarzynę Kościelną, z d. Remierz, bo w rozmowie z sąsiadką nazwała „Ognia” bandytą;
-30.12.1945 w m. Gronków zamordowano 6 osób;
-21.1.1946 w Trybusiu zamordowano młynarza Pawła Bizuna i jego syna, Słowaków;
-28.1.1946 w Nowym Targu zamordowano Żyda Rudolfa Ozorowskiego;
-30.1.1946 w Porębie Wielkiej koło Limanowej zamordowano repatrianta Władysława Godfryda;
-10.2.1946 zamordowano Dawida Grazgerina, wójta gminy żydowskiej;
-29.2.1946 zamordowano kierownika Towarzystwa Tatrzańskiego w Zakopanem;
-2/3.5.1946 w Krościenku obrabowano i zamordowano 12 Żydów, 7 raniono;
-15.8.1946 w Rabce zamordowano kierownika Straży Pożarnej St. Mankiewicza;
-25.8.1946, ze szpitala św. Łazarza w Krakowie porwano 2 osoby, a pielęgniarkę Barbarę Kowalę zabito;
Józef Kuraś zgwałcił wezwaną z Waksmundu- Czubiakową, matkę 2 dzieci, a jego podwładny, który ją odprowadzał, także zgwałcił i zastrzelił.
„Ogień” w latach 19 45-1947 dokonał ok. 120 zwykłych napadów rabunkowych.

3. Inne bandy:
– 23.6.1944, banda „Łupaszki” zamordowała we wsi Dubinki 27 osób, w tym kobiety i dzieci, np. Annę Górską z 4-letnim synem;
-13.4.1945 we wsi Horeszkowie banda NSZ „Sokoła” zamordowała 8 przesiedleńców, w tym ciężarną kobietę, którą zakopano żywcem;
– 27.5.1945 w Przedborzu banda NSZ Władysława Kołacińskiego„Żbik” zamordowała 9 ocalałych Żydów, w tym kobietę i dziecko;
– wieś Piskorowice, kilka razy napadały bandy NZW, m.in. Józefa Zadzierskiego, „Wołyniaka”- zamordowano 178 osób. Proszę przeczytać opisy bandytyzmu w Przeglądzie, nr 17 z 2020, „Morderca na pomniku” (ma pomnik w Bostonie!);
– 8.6.1945 banda NSZ „Szarego” w Wierzchowinach zamordowała 194 osoby, w tym 45 mężczyzn, 84 kobiety i 65 dzieci do 11 lat (najstarszy 92 lata, najmłodszy 2 tygodnie). Tu taka relacja i ocena prof. Andrzeja Werblana – książka „Polaka Ludowa”, Wyd. Iskry, 2017- bardzo zachęcam do przeczytania. „To była wieś, głównie ukraińska, choć trochę i polska, w powiecie hrubieszowskim…Duże zgrupowanie oddziałów NSZ i poakowskich, w sumie dwustu wojaków, wieś tę wymordowało. Po to chyba, żeby postraszyć chłopów ukraińskich w tamtym regionie i >zachęcić< do wyniesienia się za Bug, a może dlatego, że posądzano tych chłopów o sprzyjanie nowej władzy. Rzetelnie to opisał historyk lubelski Rafał Wnuk. Początkowo >żołnierzom wyklętym< szło jak po maśle. Wysłane przeciw nim oddziały MO oraz elewów oficerskiej szkoły z Chełma łatwo rozbili, broń odebrali, nawet samochód pancerny zdobyli. Popełnili błąd. Idąc na Wierzchowiny napadli na małe polowe lotnisko radzieckie, wybili nieliczną załogę, spalili dwa samoloty, wymontowawszy przedtem – w celu dozbrojenia się, cztery działka. To ich zgubiło. W pościg ruszyła kompania wojsk pogranicznych NKWD z Brześcia. O połowę mniej liczna, około setki ludzi, uzbrojona podobnie, w broń piechoty, ckm-y i rkm-y. Jednak zmotoryzowana i z lepszą łącznością, ale przede wszystkim dobrze wyszkolona, z frontowym doświadczeniem. Dwa dni po Wierzchowinach dopadli ten dwustuosobowy oddział i w trwającej kilkanaście godzin bitwie wybili do nogi. Jeńców nie brali, rannych chyba dobijali, zginęło stu siedemdziesięciu partyzantów, odbito ten samochód pancerny i te działka. Straty Rosjan wyniosły sześciu poległych i jedenastu rannych”. Właśnie, gdyby nie „zaczepili” Rosjan. Przypomnę, iż mieli oni zakaz włączania się do walk wewnętrznych- z przestrzeganiem bywało różnie, zasadniczo się stosowali, co potwierdza w opracowaniach np. prof. Rafał Wnuk. Natomiast kilka przykładów bandyckich wyczynów „zbrodniczych band” na Dolnym Śląsku, przypomniał prof. Zbigniew Wiktor (DT, 24-26 kwietnia 2020). Ocena działalności podziemia Poddaję Państwu pod rozwagę – czy atakując przedstawicieli władzy, administracji, np. sołtysów, starostów, można było w ten sposób zmusić do demokratycznego sprawowania władzy? Wniknijcie Państwo myślą w głoszone dziś oceny o walce z „komuną”, zastanówcie się- czy oni byli „komuną”? Przecież wtedy w latach 1944- 1950, byli to ludzie we wsiach, miasteczkach umiejący czytać i pisać, po 2-4 klasach przedwojennej szkoły. Potrafili się sensownie „wygadać”, umieli napisać pismo do gromadzkiej rady narodowej (gminy) np. w sprawie podatku, którego chłop nie mógł zapłacić jednorazowo, by rozłożono na raty – pisał mój Ojciec. Były przypadki zabijania wiejskich nauczycieli, traktując ich jako „propagatorów komuny”, a nie jako ludzi niosących „kaganek oświaty”- jak to rozumieć? Dziś apologeci „zbrodniczych band” podnoszą, że podziemie atakowało posterunki MO, więzienia, „kazamaty komuny”. Zgoda, tak było. Zapytam- kto tam trafiał? Przecież, dla przykładu- komendantem MO w Nowym Targu był Józef Kuraś, ps. „Ogień”. Potem „robotę porzucił” i zajął się „obroną wolności” lub „krzewienia demokracji”- przyjmijcie Państwo wg własnego uznania! Przypomnę powyższy dowód -10 grudnia 1945 w Ostrowsku, na słupie telegraficznym powieszono ciężarną Katarzynę Kościelną, z d. Remierz, bo w rozmowie z sąsiadką nazwała „Ognia” bandytą. Wymierzył więc „karę” za obrazę „takiej władzy”. Kto powie, że „nie słuszną”? Co myśleć o sąsiadce? A napady rabunkowe, za co jego rabusie- bandyci złapani przez MO i KBW trafiali do więzień. Pytam – czyżby niesłusznie? Jednakże w MO, w niewielkiej liczbie byli przedwojenni policjanci, ale głównie zdemobilizowani wojskowi oraz „młody narybek” ci, którzy umieli czytać i pisać, proszę sięgnąć do przedwojennej ustawy o policji i zobaczyć, że to był podstawowy warunek naboru. Uparcie pytam- to też była „komuna”?

Więzienia. Były zapełnione częściowo np. przez chłopów nie mających pieniędzy na podatek, pomówieni w różnych waśniach, często bici trzymani kilka tygodni i zwalniani -znam od Ojca. Były sadystyczne przesłuchania, nie wyłączając tortur. Oto przykład – jeden z wielu. Żona płk Janusza Przymanowskiego (Autor „Czterech pancernych”)- Maria Hulewicz, b. sekretarka Mikołajczyka. Za próbę ucieczki przez granicę skazana na 7 lat więzienia, była torturowana, zmarła w 1978 r. Takie „praktyki” władzy, „sądowe morderstwa” należy ocenić jednoznacznie- ból i cierpienie, często nie zawiniona krzywda. Błąd, który zamiast odstraszać „rodził” przeciwników, a nie zwolenników. Jednakże główny „skład” przetrzymywanych, to członkowie właśnie „zbrodniczych band”. Kto to był? Głównie młodzi chłopcy, zwiedzeni „patriotyczną, narodową” propagandą różnych miejscowych oddziałów, nie rozróżniający ich politycznej orientacji, bo kto miał im objaśniać. Najczęściej pochodzili z wiejskiej i miejskiej biedoty, z „pańskich czworaków”, mieli w znacznej części od 16-25 lat. Dla przykładu, chyba w 2008 r. dowiedziałem się od gen. Wojciecha Jaruzelskiego, że prof. Zdzisław Sadowski, mający niepodważalne zasługi w przygotowaniu i wdrażaniu reformy gospodarczej- obok prof. Władysława Baki, Zbigniewa Madeja, jako 16-latek był w NSZ. Szczęśliwie objęła go amnestia, trafił na studia. Wywiad z Profesorem na początku 2018 zamieścił Przegląd. Nie sposób go czytać, by uniknąć refleksji. Ocena generalna Dostępna literatura, środowiskowe rozmowy, dyskusje i przemyślenia oraz publikacje prasowe np. na łamach Trybuny, Gazety Wyborczej i Przeglądu, za które serdecznie dziękuję Redaktorom Naczelnym i Redakcjom dają faktograficzne podstawy, by działalność podziemia oceniać jako zbrodniczą. Nieliczne zachowania mające znamiona poprawności należy nie tylko dostrzec. Należy je pamiętać! Ale nie przesłonią okrucieństw zadawanych bezbronnym ludziom – dzieciom, kobietom… „Uświęcanie” tych zbrodni czyni Polaka bezdusznym. Było to podziemie samozwańcze. Władza ogłosiła dwie amnestie- w styczniu 1945 i dwa lata później, w lutym 1947. Dlaczego z tego nie skorzystano? Można nie było szanować, nie „uważać za władzę”. Była daleko, w Warszawie. Wojna się skończyła, należało „urządzić siebie w cywilu”, także podwładnym dać zacząć normalne życie. Osobliwe wyjaśnienie tej zawiłości spotkałem u Hieronima Dekutowskiego, „Zapory”-„Amnestia jest dla przestępców, a my jesteśmy Wojsko Polskie”.

Zastanówcie się Państwo. Skoro tak, dlaczego to „Wojsko” nie zgłosiło się do pokojowej służby? Czyżby miał „coś” na sumieniu, a może podwładni też popełniali przestępstwa? Podczas wojny był w AK, która od stycznia1946 r. była rozwiązana. Czy jestem w błędzie uważając „jego Wojsko” za samozwańcze? Na obronę jego myślenia może przemawiać tylko propagandowe oddziaływanie, docierające ze Wschodu i Zachodu, z różnych politycznych ugrupowań, gdzie trudno doszukać się prawdy. Fakty z działalności zbrojnego podziemia wtedy, lata 1944-1947 i później, nie dają podstaw do pozytywnych ocen, tym bardziej ubranych w„patriotyczny garnitur”. Zachęcam Państwa do namysłu nad naszą „krwią pisaną” przeszłością. Temu celowi będą służyć kolejne teksty. Co możemy uczynić, by obiektywna prawda, nawet bolesna dla naszego poczucia dumy i godności narodowej, zajęła właściwe jej miejsce w wychowaniu młodego pokolenia? Proszę- pomyślcie Państwo!

Warszawa, 21 stycznia 2021

Edward Babiuch (1927-2021)

2 lutego 2021 roku zmarł Edward Babiuch, od lutego do sierpnia 1980 roku prezes Rady Ministrów PRL.

Urodził się w rodzinie górniczej 28 grudnia 1927 w Grabocinie (obecnie część Dąbrowy Górniczej). Od 1969 roku poseł na Sejm PRL – V, VI, VII i VIII kadencji, członek Biura Politycznego KC PZPR w latach 1970–1980, w latach 1972–1980 – członek Rady Państwa (od 1976 zastępca jej przewodniczącego). W latach 1953–1955 był słuchaczem w Szkole Partyjnej przy KC PZPR, studiował też w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Od 1948 roku był członkiem Polskiej Partii Robotniczej, a następnie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1949-1955 pracował w aparacie organizacyjnym Związku Młodzieży Polskiej, następnie w aparacie Komitetu Centralnego PZPR (od 1955 do 1959 był w nim instruktorem Wydziału Organizacyjnego). W latach 1959–1963 pełnił funkcję sekretarza Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR i kie jego Wydziału Organizacyjnego. W 1964 roku został członkiem KC. W latach 1963–1965 był zastępcą kierownika Wydziału Organizacyjnego KC, redaktorem naczelnym „Życia Partii”, w latach 1965–1970 – kierownikiem Wydziału Organizacyjnego KC. Jako bliski współpracownik Edwarda Gierka zmuszony został do odejścia ze stanowisk państwowych i partyjnych, w październiku 1980 odwołany z KC, a w lipcu 1981 wykluczony z partii przez IX Zjazd. Na wezwanie plenum KC zrezygnował także z mandatu poselskiego w grudniu 1980 roku. W Sejmie był przewodniczącym Komisji Obrony Narodowej (1971–1972) oraz przewodniczącym Klubu Poselskiego PZPR (1972–1980). W latach 1971–1981 był także członkiem prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu. W stanie wojennym wraz z innymi przywódcami z poprzedniej ekipy internowany.

Mieczysław Wojtczak, w latach siedemdziesiątych I wiceminister Kultury i Sztuki, szef Kinematografii:
Edwarda Babiucha poznałem w 1949 roku, jeszcze jako młody pracownik Polskiej Agencji Prasowej i miałem okazję utrzymywać z nim kontakty, a także obserwować go w różnych sytuacjach w jego działaniach oraz decyzjach. Jego biografia była ściśle związana z PRL, w tym także z najtrudniejszymi momentami jej historii. Znałem jego troskę o sprawę budowy socjalizmu, co mogę podkreślić z pełnym przekonaniem. Przez długie lata nie należał do tzw. głośnych polityków, działaczy, nie należał do grupy ostro walczących o swoją pozycję, pozostawał w cieniu, zachowywał rezerwę, dystans, ale potrafił wywierać wpływ na bieg zdarzeń i sprawy kraju. To spowodowało, że w ostatnim okresie swojej działalności stał się jednym z głównych decydentów.

Ciocia Janina. Demagogia i nieuczciwość intelektualna

O „Ludowej historii Polski” Adama Leszczyńskiego.

Lewica nie znosi polemik. Ostatnio nawet Bolesław Jaszczuk (junior) zajmując stanowisko w sprawie Grudnia 70 rozpoczął swoją wypowiedz od znaczącej deklaracji: „Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w „Trybunie”, ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania własnego zdania”.

Co by nie powiedzieć o „prawie do wyrażania własnego zdania” ma ono to do siebie, że w praktyce musi mieć ono bardzo warunkowy charakter, ponieważ nie wszystkie zdania są ze sobą równoważne. Co więcej nie wszystkie powinny być wyrażane jako, że istnieją zdania niekompetentne i niepoważne, których wyrażanie jest wyrazem osobliwego samozadowolenia autorów a niekiedy stanowią cyniczną manipulację. Są one pozbawione obiektywnej wartości a czasem wręcz wołają o przysłowiową „pomstę do nieba”. Tak się jednak składa, że w takich sprawach niebiosa milczą i może to nawet lepiej, bo gdyby np. pana Leszczyńskiego za rzeczy, które wypisuje w swojej ”Ludowej historii Polski” dopadł „grom z jasnego nieba” to byłoby nieludzkie nawet jeżeli byłoby głęboko sprawiedliwe. Milczenie niebios składa na śmiertelników obowiązek poszukiwania prawdy nawet jeżeli to wywołuje znienawidzoną przez lewicę dyskusję, czy o zgrozo, polemikę.

Tak się złożyło, że ze względów merytorycznych w książkę pana Leszczyńskiego się zaopatrzyłem, zapoznałem z nią, a nawet pomyślałem aby w wolnej chwili coś o niej napisać. Niestety przyroda nie znosi próżni i oto w „Trybunie” z 25-26 stycznia na stronie 12 pan Krzysztof Lubczyński zachwycił się opracowaniem pana Leszczyńskiego. To co spisał pan Lubczyński spowodowało, że poczułem się wręcz „zgwałcony” do zabrania głosu. To co jestem w stanie napisać w biegu, oczywiście, jest dalekie od doskonałości ale mam nadzieję, że cokolwiek wyjaśni.

Chciałbym stwierdzić na wstępie, że pan Lubczyński ma prawo zachwycać się książką pana Leszczyńskiego. Książka ta uderza w czuły punkt współczesnych konfliktów społecznych. Leszczyński stara się w niej rozegrać po swojej myśli bezsilną wściekłość współczesnego prekariatu wobec wyzysku realizowanego pod auspicjami wielkich korporacji. Książka ma się podobać panu Lubczyńskiemu i się mu podoba.

Tak więc pan Lubczyński ma pełne prawo zachwycać się opracowaniem pana Leszczyńskiego, nie ma natomiast prawa określać, tego czegoś, jako uprawiania nauki ani tym bardziej jako jakiegoś osiągnięcia naukowego bo na nauce najwyraźniej się nie zna i nie ma pojęcia o czym mówi, co będzie przedmiotem dalszych rozważań.

Nieprawdziwa jest w odniesieniu do „zagadnień metodologicznych historiografii” już teza wyjściowa recenzji: „Koncentrowanie się na wielkiej polityce – sojuszach, przemarszach armii, paktach, sejmach i dyplomatycznych intrygach – usuwa w cień to, co jest fundamentalne w przeszłości: odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”.

Po pierwsze istnieją od dawna takie obszary historii jak historia społeczna i historia gospodarcza zajmująca się tymi kwestiami i mające uznany dorobek. Po drugie co najmniej dyskusyjną jest teza, że „fundamentalne w przeszłości (jest): odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”. Jeżeli coś jest tu fundamentalne to nie tylko „podział władzy i zasobów” ale również ich wytwarzanie.

Co byśmy nie powiedzieli o historii wyzysku i przemocy to jedno jest pewne, że mają one znaczenie również dla wytwarzania dóbr i co więcej właśnie jako czynnik sprzyjający ich wytwarzania znajdują swoje najbardziej oczywiste uzasadnienie. Nie trzeba sięgać do żadnych mitów, żeby się dowiedzieć, że to dzięki wyzyskowi stały się możliwe cywilizacja i kultura. Że, to wyzyskiwacze stworzyli świat, w którym osiągnęliśmy obecny poziom rozwoju społecznego, poziom wiedzy, techniki, kultury, itd. itp.

W sumie w dzisiejszym świecie o wiele łatwiej jest uzasadnić przemoc i wyzysk niż je zakwestionować. Znane z czasów rewolucji francuskiej powiedzenie „niech zginą sztuki piękne jeżeli stoją na drodze równości” (wolny przekład) jest raczej wyrazem bezsilności radykałów niż sensowną alternatywą dla istniejących stosunków. Żeby sensownie uzasadnić zniesienie stosunków wyzysku i przemocy, jak pokazuje wysiłek teoretyczny Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, trzeba się było solidnie napracować. Stworzyć metodologię, analizować rożne wymiary życia społecznego itp. itd. Warto też zwrócić uwagę że uzasadnienia wyzysku i przemocy były i są tworzone nieustannie na gruncie tak filozofii jak i nauk społecznych. Kpiną w żywe oczy z wszelkich naukowych standardów jest udawane że tego wszystkiego nie ma i, że dyskusja ogranicza się do przypowieści ze Starego Testamentu o ukaraniu Chama i archaicznych mitologii podboju.

Gdy chodzi o przemoc i wyzysk to przedmiotem dyskusji jest z reguły nie samo ich istnienie ale zakres i sens (racjonalność). Tak się bowiem składa, że a Zachodzie Europy mamy do czynienia z walką klas (niekoniecznie uciskanych z uciskającymi ale również grup wyzyskiwaczy np. feudałów z burżuazją), która stymulowała rozwój gospodarczy i cywilizacyjny. W przeciwieństwie do tej sytuacji w Polsce mamy do czynienia z modelem, w którym eskalacja wyzysku i przemocy prowadziła do irracjonalnego wręcz marnotrawstwa i samounicestwienia struktur państwa mającego to panowanie gwarantować. Można powiedzieć, że marnotrawny wyzysk feudalny zastąpiły w Polsce wyzysk i przemoc ze strony kapitału „nie mającego ojczyzny”, który dużą część wyzyskanych środków wywoził z kraju i jeżeli inwestował to już gdzie indziej. Ten obszar historii w poważnej polskiej historiografii opisywany był i jest wielokrotnie poczynając od pierwszego tomu „Historii Polski w zarysie” Michała Bobrzyńskiego prezentującego feudalny wymiar tej historii, po najnowsze badania Tadeusza Klementewicza analizującego kwestie uzależnień kapitalistycznych.

Zasadniczy problem metodologiczny tzw. „Ludowej historii Polski” pana Leszczyńskiego polega na jej dziennikarskiej metodzie narracji. Autor opisuje setki konkretnych przykładów uznawanych przez siebie za istotne zjawisk przemycając jakieś uogólnienia w tle i komentarzach. Opis tego rodzaju umożliwia „bardzo swobodne” operowanie faktami i bardzo swobodne operowanie czasem historycznym. Autor konstruuje swoje „narracje” w sposób całkowicie dowolny uniemożliwiając przy tym jakąkolwiek ich obiektywizację. Rzekome „bogactwo” faktograficzne jest jedynie ostentacyjnym lekceważeniem jakiejkolwiek dyscypliny intelektualnej, rzetelności naukowej a nawet zwykłej przyzwoitości. Zajmowanie się szczegółami wymagałoby tomu, nie mniejszego rozmiarami, niż rzeczone „dzieło” pana Leszczyńskiego.

Warto jednak zwrócić uwagę, że apogeum tych operacji koncentruje się na PRL. Ponieważ PRL (1944-1989) jest okresem w „historii ludowej” Polski najbardziej niezwykłym i najbardziej dynamicznym pan Leszczyński wkłada najwięcej wysiłku, żeby wpisać go w swoją tezę że w ciągu ostatnich dwustu lat w sytuacji ludu niewiele się w Polsce zmieniło i był on ciągle był przez elity wykorzystywany, wyzyskiwany i traktowany paternalistycznie.
Mamy więc wstrząsający obraz przemysłu PRL jako machiny eksploatacji gorszej niż przed wojną! Płace były niższe, świadczenia symboliczne a opisywana przez Milovana biurokracja Dżilasa tarzała się w dobrobycie i przywilejach „za żółtymi firankami”.. Problem tego, że przed ową wojną robotnicy przemysłowi stanowili niezbyt liczną grupę społeczną będącą w sumie elitą robotników natomiast ogromna część robotników z PRL to ludzie, przed wojną, na wsi zbędni, którzy przed wojną stanowili ukrytą armię bezrobotnych, i z tej chociażby, perspektywy poziom życia przed wojną i po wojnie wygląda zupełnie inaczej panu Leszczyńskiemu umyka. Industrializacja i historyczne przekroczenia granicy między społeczeństwem rolniczo-przemysłowym a przemysłowo-rolniczym to też rzeczy niegodne poważnych rozważań z punktu widzenia „historii ludowej” skupionej na wyzysku i przemocy.

Kwestią zlekceważoną, jako tzw. „wojenna obsesja bloku socjalistycznego” (s.484) jest też to, że istnienie Polski w powojennej Europie kosztowało. I to bardzo dużo. I musiało kosztować. Hilary Minc ponoć lubił powtarzać nawiązując do 1939 roku „Dzisiaj nasze niebo nie jest puste”. W październiku 1956 roku o kierunku rozwoju wydarzeń w Polsce nie zadecydowała wola Sekretarza KPZR Chruszczowa, ale konfrontacja między polskimi wojskami pancernymi a polskim lotnictwem. To wszystko kosztowało bardzo dużo, ale czyniło PRL w stosunku do II RP, państwem zdolnym do życia i żyjącym. Nie był to ideał ludowego dobrobytu z grafomańskiego „Listu” panów Kuronia i Modzelewskiego ale państwo, które trwale zakorzeniło się w Europie. Do dzisiaj od tego „peerelowskiego wyzysku” odcinamy kupony. To nie zrobiło się samo. To że „elita” czy też „biurokracja”, czy też „komuniści” byli pierwszą grupą przywódczą od pięciuset lat, która popchnęła Polskę do przodu odwracając dziejowy trend niemożności i nieudacznictwa, też okazuje mało istotne w historii cierpiącego katusze polskiego ludu.

To co pan Leszczyński wypisuje o industrializacji to przysłowiowe „małe miki” w stosunku do rozdziału „reforma rolna i kolektywizacja”, który sugeruje, że nieudana kolektywizacja zakończyła historię wsi z PRL-u gdyż potem już wiele się nie zdarzyło. To że historia ludu wiejskiego w PRL kończy się na nieudanej kolektywizacji jest niczym wobec tego czym się zaczyna. A zaczyna się opowieścią o nieszczęsnej „Cioci Janinie” (s. 497) właścicielce ziemskiej majątku przejętego pod przymusowy zarząd przez Niemców, znoszącej swój los z chrześcijańską pokorą i arystokratycznym wdziękiem. Historia o „Cioci Janinie” budzi nieodparte skojarzenia z historią pudla Gagi w pałacu na Ukrainie, opowiedzianej w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego, nie ma w niej jednak ironicznego komentarza Cezarego Baryki, a pełna grobowa powaga.

Zejście „Cioci Janiny” ze sceny historycznej było tylko częścią większej historycznej zmowy „totalitaryzmów”!: „ W ten sposób dokonywał się ostatni akt wielowiekowej historii polskiego ziemiaństwa: Na Kresach wywłaszczyli je ostatecznie po upadku II RP sowieci (oczywiście z małej litery – A.C.), na ziemiach wcielonych do Rzeszy – hitlerowcy, a reszty „likwidacji klasy wyzyskiwaczy” dokonała reforma rolna przeprowadzana od lata 1944 przez zwycięskich komunistów”(s. 498). No cóż biedni „wyzyskiwacze” (oczywiście w pazurkach). Nec Hercules contra plures. Z taka szatańską nawałą nie potrafiła sobie poradzić nawet arystokratyczna dobroć i godność „Cioci Janiny” a co dopiero jakieś obrzyny „żołnierzy wyklętych”.

Tego, co wyprawiali komuniści z reformą rolną nie sposób nawet streścić i masochistom pozostaje to przeczytać. Generalnie komuniści nad ludem wiejskim podobnie jak nad robotniczym znęcali się, mówiąc słowami pewnego PRL-owskiego pisarza jak „małpa nad sałatą”. Na szczęście z przysłowiowych czterech czarnych liter PRL lud roboczy wyzwoliła nowa idea. Jak pisze w ostatnich dwu zdaniach podstawowej narracji opracowania autor: „Komitet Obrony Robotników, założony przez grupę inteligenckich dysydentów po zamieszkach w Radomiu i Ursusie 1976 r., mówił o prawdziwym interesie robotników i opresji władzy. „Solidarność” zaadoptowała dużą część tych ideałów uczyniła z nich paliwo masowego, który zadał reżimowi śmiertelny cios” (s. 523).

Niestety w tym fascynującym miejscu narracja się urywa gdyż zdaniem autora zaczyna dotyczyć faktów zbyt świeżych i zbyt znanych, żeby o nich pisać. No cóż, być może jest to kwestia wrodzonej skromności autora a być może, nie umiejętności przestawienia się z obrazów niedoli i cierpień na obrazy radosnej szczęśliwości wynikającej z realizacji „prawdziwych interesów” nie tylko robotników, ale w ogóle „Ludu pracującego miast i wsi” wypływającej z nieśmiertelnego dorobku intelektualnego Komitetu Obrony Robotników. Czyż bowiem można sobie wyobrazić bardziej służący „prawdziwemu interesowi” robotników niż nieśmiertelny „plan Balcerowicza” i większe szczęście niż zapychanie „kuroniówki”?

To, ze autor nie potrafi oddać niepowtarzalności smaku kuroniówki wynika z kolejnego dość istotnego błędu metodologicznego, czy też ewidentnej niedoskonałości warsztatowej. Otóż pojęcie lud zrobiło karierę dzięki rewolucji francuskiej i ludowym powstaniom przeciwko armiom Napoleona. Tym co było wspólne obu tym zjawiskom była wyraźna podmiotowość warstw niższych, która rozbudziła różne nadzieje i obawy. Lud stał się przedmiotem intensywnych badań naukowych. W naukach społecznych, ekonomicznych, historycznych i politycznych bliższe przyjrzenie się „ludowi” doprowadziło do rozczarowania gdyż „lud” okazał się formacją o rozbieżnych, często sprzecznych interesach, nie zdolną do sensownych działań na dłuższą metę. W konsekwencji „lud” stracił znaczenie teoretyczne na rzecz znacznie efektywniejszych kategorii jak klasy i warstwy. (Stąd zresztą obecna moda na „lud” w naukach społecznych czy politycznych jest oczywistym regresem).

Inaczej jednak potoczyła się historia „ludu” w naukach o kulturze. Tutaj lud rozgościł się na trwałe i zajął uprzywilejowaną pozycję. Badania kultury ludowej, poezji ludowej, literatury ludowej, obyczajowości ludowej, muzyki ludowej, mentalności ludowej, wyobraźni ludowej, sprawiedliwości ludowej, religijności ludowej, antysemityzmu ludowego itd. itp. stało się obszarem niezwykle płodnych badań ukazujących, rzeczywiście pewne cechy wspólne charakterystyczne dla warstw niższych przynależących do danego społeczeństwa.

Jest rzeczą znamienną, że całe to wręcz niewyobrażalne bogactwo nie znajduje książce pana leszczyńskiego żadnego odbicia. Lud cierpi podlega wyzyskowi, przemocy, ale nie mówi, nie myśli, nie śpiewa, nie kładzie uszu po sobie, nawet nie warczy jak w „Ferdydurke” Gombrowicza. Za lud mówią najczęściej „Ciocie Janiny” albo dokumenty. Ta oczywista słabość ma nie tylko historyczny wymiar i dotyczy nie tylko pana Leszczyńskiego.
Kiedy na gruncie nauk społecznych czy politycznych mówimy dzisiaj o „populizmie” jakoś omawiając specyfikę tego zjawiska nie zwracamy uwagi na to że nazwa bezpośrednio odsyła nas do naszego drogiego „ludu”. Ten odsyłacz w przypadku rozumienia współczesnej polityki czyni ją bardzo bliską dorobkowi nawet niekoniecznie najnowszej etnografii i etnologii.
To w populizmie mamy odrodzony wściekły lud ujawniający swoje wszystkie niezbyt sympatyczne cechy sięgające od fascynującej Brzozowskiego ludowej reakcji 1799 po niedawny szturm na Kapitol.
Gdyby pan Leszczyński spojrzał na lud i ludowa historię polski oczami etnografa czy etnologa zobaczyłby taki właśnie wściekły lud, któremu akuratnie nie posmakowała kuroniowka i nie przekonały wzniosłe idee Adama Michnika. Zobaczyłby ludową „biopolitykę” pięćset plusa, zobaczyłby ludowe prawo i ludową sprawiedliwość. Ludową muzykę disco-polo. Ludowy nacjonalizm i ludową” plemienność”. Ludowy antysemityzm i ludową religijność. Januszów i Grażyny, Sebiksów i Dżesiki którzy wreszcie ruszyli po swoje.

Gdyby pan Leszczyński poważnie traktował swoje dzieło zauważył by coś jeszcze co niby klamra spina jego wizję dziejów. Rozpoczyna on historię ludu od przekleństwa spadającego na biblijnego Chama i jego potomków. Tym co dzieje się na naszych oczach jest zdjęcie tej historycznej klątwy. Mamy oto Prezydenta Maliniaka, Premier Szydło i Premiera Pinokio, Prezesa Obajtka, stare i młode chamstwo w dowolnych wyborach i konfiguracjach, chamstwo w mediach, chamstwo w kulturze. Brakuje nam tylko nowego Adama Ważyka, który do starego wiersza „Lud wejdzie do śródmieścia” dodałby wchodzącego tam Chama.

Nie wiem jak długo potrwa obecny karnawał Ludowości sprowokowany przez głupotę antysocjalistycznej opozycji, której się wydawało i wydaje, ze sprawowanie władzy to sama przyjemność i bebefity ale sadząc po ostatnich prośbach o powrót Donalda Tuska może to jeszcze potrwać.
Niezależnie od dalszego rozwoju wydarzeń książka pana Leszczyńskiego jest żałosną karykaturą przyzwoitego uprawiania nauki.

Natomiast, jak sądzę, warto pamiętać o jednej rzeczy. Nie każdy lubi publiczne wspominki o tym, jak to go silniejsi chłopcy bili na podwórku, jak to musiał się opłacać w szkole żeby mu dano spokój itd. itp. Być może polski lud nie lubi jak mu się wypomina dawną słabość i cierpienia i woli słuchać zupełnie innych bajek, jaki to był piękny i młody, jak to tłukł wszystkich w okolicy, iluż to bohaterskich czynów dokonał itd. itp. Może wyjść z założenia, ze klient nasz Pan i poszukać jakiejś nowej formuły politycznej pisaniny.