Papież i Prymas wobec władzy i Solidarności w latach 1980-1981 (cz. I)

„Gdyby wszyscy działacze Solidarności wzięli sobie poważnie do serca mitygujące wskazówki Kościoła, prymasa Wyszyńskiego, a następnie Glempa – wprowadzenie stanu wojennego okazałoby się niepotrzebne.”
gen. Wojciech Jaruzelski

Majowe rocznice

Maj jest szczególnym miesiącem w dziejach polskiego Kościoła. Właśnie mija 40 lat, gdy 13 maja 1981 r. o godz. 17.17 na Placu św. Piotra, turecki zamachowiec ciężko ranił Jana Pawła II i dwie osoby. Jedną z nich, Papież zaprosił na spotkanie 4 czerwca. Po angielsku zapytał o stan zdrowia i leczenie w szpitalu. Zdumiał się odpowiedzią usłyszaną po polsku. Była Amerykanką polskiego pochodzenia. Jej matka, Katarzyna Placek-Balonek urodziła się i kilka lat mieszkała w Wadowicach. Z mężem Odrzywolskim wyemigrowali do USA. Tu urodziła się ich córka Anna, 18 maja 1923 r.(3 lata później niż Papież), a 13 maja ranna w pierś. Co za zbieg okoliczności! Trudne do wymówienia w USA nazwisko, zmieniła na Odre. Przyjaźnili się do końca życia.

Ten miesiąc był ostatnim w życiu Prymasa Tysiąclecia, zmarł 28 maja 1981r., mija 40 lat.

Pamięć o obu tych wydarzeniach skłania, by przypomnieć tu chronologicznie (kilka razy czyniłem wycinkowo) nauki, rady, ostrzeżenia Papieża, Prymasa Tysiąclecia, w roku 40 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Swoją pamięcią – oddajmy hołd i tak okażmy wdzięczność.
Prymas Tysiąclecia

Redakcja Trybuny- jak poprzednio, otwiera przed Państwem łamy celem zobrazowania wrażliwości obu wielkich Polaków i Kościoła na wspólne dobro i odpowiedzialność za Ojczyznę. Niestety, z żalem należy zauważyć, że tego poczucia odpowiedzialności nie dostrzegano w MKS, negocjującym 21 postulatów. Czas uciekał. Wywoływał obawy o stan gospodarki kraju i nastroje zniecierpliwienia, o czym informowała prasa. Zaniepokojony sytuacją Prymas, przypominał i wzywał do rozsądku, do odpowiedzialności.

Oto kilka myśli:
Jasna Góra, 26 sierpnia 1980 r. :
„W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku. Jeśli się obudzi w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa. Odpowiedzialność jest wspólna, bo wspólna jest i wina”.

„To wszystko wymaga rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy. Bez tego nie ma właściwego rozwiązania sytuacji, pomimo najsłuszniejszych racji, jakie moglibyśmy przytoczyć”.

„Żądania mogą być słuszne i na ogół są słuszne, ale nigdy nie jest tak, aby mogły być spełnione od razu, dziś. Ich wykonanie musi być rozłożone na raty. Trzeba więc rozmawiać: w pierwszym rzucie wysuwamy żądania, które mają podstawowe znaczenie, w drugim rzucie następne. Takie jest prawo życia codziennego…Musimy mieć roztropność kierowniczą … Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”.

„Pamiętajcie, jesteśmy narodem na dorobku. Doszliśmy do wolności przez gruzy. Jeszcze jako nowo mianowany biskup Warszawy szedłem do swojej katedry, prokatedry po stertach gruzów. Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. Ale nie nastąpiło to od razu. Dużo pozostało do zrobienia. Trzeba ciągle zwielokrotniać wysiłek pracy, pogłębiać jej poziom moralny, poczucie odpowiedzialności zawodowej, ażeby nastąpił należyty ład i porządek”.

Komentowałem te słowa, myśli w poprzednich tekstach, nie ma więc podstaw je powtarzać.

Jedynie logika chronologii wskazuje na celowość przypomnienia postawy Prymasa, jako hierarchy Kościoła czującego odpowiedzialność za Ojczyznę. Wzywał ze „świętego miejsca” do:
– „odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny”. Ta gorzka refleksja, sprawdziła się w grudniu, gdy miliony Polaków, także i strajkujących członków Solidarności stanęło przed widmem śmierci z głodu i zimna. Jak z goryczą oceniał Generał-gdyby „mitygujące wskazówki… prymasa Wyszyńskiego… Glempa”, zrozumieli „wszyscy działacze Solidarności”, wówczas stan wojenny nie byłby potrzebny. Ze zdumieniem i dozą wstydu, wypada zapytać- czyżby członkowie Solidarności nie znali tej banalnej prawdy, żeby strajkować, protestować czy głosić wzniosłe idee i pisać „patriotyczne narracje”- trzeba być najpierw sytym, najedzonym. A potem -żeby żyć i głosić romantyczne wizje, mądrze, racjonalnie dążyć do ich urzeczywistnienia. Godzi się zapytać działaczy i doradców Solidarności-czy tego nie wiedzieli w latach 1980-1981? Dlaczego wciąż tępy upór Solidarności ma uznanie, a rozum spotyka pogarda?;

– przypominał, że „wspólna jest i wina”, czyli władzy, partii i strajkujących robotników;

– wzywał do „rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy”. Kto czytelnie wskaże ile razy, gdzie i kiedy cechy te dobitnie wykazywało w praktyce Kierownictwo Solidarności?;

– uczył MKS i strajkujących, że wykonanie słusznych żądań musi być rozłożone na raty. Czy i kiedy z tej rady Solidarność skorzystała?
– przypominał przeszłość, gruzy Warszawy! Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. To zarówno „ku pamięci”, jak i przestrodze, by nie spowodować kataklizmu zniszczenia. Tylko władza pamiętała te bolesne doświadczenia. Kto o tym uczciwie mówi młodzieży?

Uwagi i refleksje

Do Prymasa doszły głosy, że część kościelnej hierarchii jasnogórską homilię przyjęła z dezaprobatą. Na spotkaniu z biskupami powiedział: „Po pierwsze – to, co mówiłem, uważam za uzasadnione i słuszne. Po drugie – jeśli miałbym jeszcze raz wystąpić, powiedziałbym to samo. A po trzecie – błogosławię waszą roztropność”. Wyjaśnił biskupom- „Jednym się wydawało, że za mało Prymas mówi >pod rząd<, innym znów, że za mało mówi >pod stoczniowców<. Prymas nie mówi ani pod rząd ani pod stoczniowców, tylko do rozumnych dzieci narodu. Narodowi na tym etapie wystarczyło spokojnie, bez złudzeń powiedzieć tylko tyle”. 26 sierpnia 1980 r. ukazał się komunikat Rady Głównej Episkopatu Polski, w którym czytamy-„Osiągnięte porozumienia poparte odpowiednimi gwarancjami, powinny zakończyć strajki, aby normalne funkcjonowanie gospodarki narodowej i życia społecznego w pokoju stało się możliwe. Porozumienia powinny być dotrzymane przez obie strony w myśl zasady: Pacta sunt servanda”. Zachęcam Państwa w ciepłe majowe dni- może już bez wirusa na działce, do własnej oceny „dotrzymania” 21 postulatów przez Solidarność i władzę – tak, na użytek dzieci i wnuków! Natomiast podczas posiedzenia Rady Głównej Episkopatu Polski, we wrześniu 1980 r. pod rozwagę poddał biskupom taką refleksję- „Nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się naród, trzeba unikać wszystkiego, co mogłoby nas doprowadzić do krwawych porachunków wewnętrznych i do interwencji obcej. Wolę utrzymywać, że interwencja obcych sił – tanków sowieckich- jest możliwa, choćbym miał się omylić, niż narazić się na to, by choć jeden chłopiec Polski zginął podniecony pewnością, że Moskale nie naruszą granic Polski”.

Czyżby ten światły Prymas już wtedy, we wrześniu- miesiąc po podpisaniu porozumień- już przewidywał walkę bratobójczą, „krwawe porachunki wewnętrzne”, których Solidarność nie zdążyła podjąć rok później-17 grudnia, bo wcześniej był 13 grudnia. Uprzedził „patriotyczny” rozlew krwi i „obcą interwencję”. Dzięki Generałowi i obywatelskiej postawie Wojska Polskiego, ani „Moskale nie naruszyli granic Polski” i ani „jeden chłopiec Polski nie zginął”. Kto będzie to pamiętał w 2021 r. 7 września 1980, Warszawa, spotkanie z Lechem Wałęsą Tydzień po podpisaniu 21 postulatów, w Warszawie Prymas Tysiąclecia przyjmuje Lecha Wałęsę z delegacją, w której jest ks. Henryk Jankowski. Kładzie akcent na sprawy związkowo- robotnicze. Przypomina i wyjaśnia, co mówił na Jasnej Górze -„Musimy mieć roztropność kierowniczą…Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”. Czyżby już wtedy, zaledwie tydzień, po głośnym podpisaniu porozumień sierpniowych i noszeniu Lecha Wałęsy na robotniczych rękach, po mszy św. w Kościele św. Brygidy, Prymas przewidywał brak „roztropności kierowniczej” i „boczenie” się związkowców na „wypełnianie swoich obowiązków”? Faktem jest, że Solidarność postulatów miała mnóstwo, niczym św. Mikołaj prezentów dla dzieciaków. Pamiętam rozmowę z Generałem podczas której wspominał „dobre rady” Solidarności, by tylko władza je realizowała. 10 listopada1980 Warszawa, rejestracja Solidarności Prymas, spotkając się z delegacją Solidarności powiedział – „Chociaż mielibyście różne pokusy natury politycznej, pamiętajcie, że pierwszym waszym celem jest realizacja zadań społeczno-zawodowych: obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrona człowieka pracującego-to jest wasze najważniejsze zadanie”. I dalej-„Nadrzędnym celem wszelkiej działalności winien być interes Ojczyzny i rzetelna praca dla wszystkich ludzi, dla dobra Polski”.

Może i z pewnym przekąsem- po latach warto zapytać działaczy, ekspertów Solidarności-do czego był im potrzeby „człowiek pracujący”? A jak w latach 1980-1981 rozumieli „w praktyce” interes Ojczyzny, który w różnych odniesieniach i znaczeniach przywoływał i tłumaczył Prymas? Panów działaczy i ekspertów proszę-wyjaśnijcie to „Narodowi” po 40 latach. Chyba zasłużył na taką waszą prawdę! Warszawa, 19 stycznia 1981 r. Tego dnia, Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i delegacją Solidarności. Wyjaśniał im- „Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata… W sytuacji, w jakiej znajduje się Polska, przeprowadzenie właściwej linii ku sprawiedliwości społecznej, aby uruchomić wszystkie prawa człowieka, osoby ludzkiej, a szczególnie prawa społeczne, organizacyjne, zawodowe-wymaga nie lada wysiłku, cierpliwości i rozwagi. Wymaga też nieustannego wiązania waszych najskuteczniejszych porywów z dobrem Rzeczypospolitej, które zawsze macie przed oczyma. Na pewno chcielibyście osiągnąć bardzo wiele. Aby chcieć wiele i osiągnąć wiele – trzeba mieć dużo cierpliwości na dziś i na jutro. Potrzeba umiejętności przewidywania tego, co jest do zrobienia dziś, a co jutro”. Jeśli Państwo uznaliście, że te słowa Prymasa trafiły do „serca” przewodniczącego, doradców i ekspertów- patrząc z dystansu 40 lat, sami możecie orzec. 27 stycznia 1980, Prymas zapisał „Nie trzeba zmniejszać czujności Narodu i nie uzbrajać go w awanturniczą gotowość do wszelkich porywów, by nie dopuścić do przelewu krwi. Moskale, dla obrony Bloku i wygodnej linii strategicznej, gotowi są uczynić wszystko, a nawet poświęcić Polskę. Istnieje atawizm historyczny, mający swoją siłę, nie dający się okiełznać. Słowem, nie wolno ryzykować życia młodych Polaków w beznadziejnej walce ze wschodnim mocarstwem, a z pewnością nie należy niczego czynić co mogłoby prowadzić do takiej sytuacji.” (Pro memoria, 27 stycznia1980).

Wielu z Państwa z zaciekawieniem przeczytałoby opinie i wnioski ekspertów Solidarności- nawet z dystansu czasu o tych refleksjach Księcia Kościoła. Byłaby to cenna nauka dla młodych. Prymas o partii Stanisław Kania, na posiedzeniu BP KC PZPR, 8 lutego 1981, złożył relację z rozmowy z Prymasem w dniu 7 lutego: „Wyszyński uważa, że w Polsce musi być silna władza, że Polska jest związana z blokiem socjalistycznym, że musi być partia, która winna sama się regenerować. Jeśli zaś partia miałaby się rozsypać, to wówczas musiałaby powstać nowa partia. On, Prymas Polski opowiada się za obecną partią, ale zmienioną. Partia gwarantuje władzę i spokój”. Nawet po 40 latach uważam, że te oceny Prymasa w ówczesnej sytuacji miały realne i racjonalne podstawy. Dedykuję wszystkim plujom na tamtą rzeczywistość, przy tym zachęcam co bardziej porywnych do rozwagi-12 września Prymas zostanie beatyfikowany. Niewątpliwie właściwym będzie, by przypomnieć dokonania i zasługi Księcia Kościoła dla całego okresu Polski Ludowej. Natomiast w Natolinie 26 marca 1981 r., rozmawiając z Generałem stwierdził-„Nie mam powodu do adorowania partii. Ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa, silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną. Gierek w tej sprawie nic nie zrobił. A przecież można było uniknąć wielu zapalnych punktów. Można było uniknąć niezadowolenia społecznego”. Oczywiste są te racje. Dekada lat 80-tych dowodzi, że ta partia „na poziomie”, choć „chwiejnego zdrowia”, jej skrzydło reform doprowadziło do Okrągłego Stołu i historycznych przemian. Chwała i uznanie członkom!” Natolin 26 marca 1981 r.

Działalność Solidarności (jeszcze trwał bydgoski incydent), w rozmowie z Generałem Prymas oceniał, że„ powinna iść po linii społeczno – zawodowej. Napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co idzie. Solidarność to taki romantyczno – renesansowy prąd. Obecnie jednak następuje infiltracja, aby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza KOR-owskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”. Były to dla Generała istotne uwagi, głównie odnośnie postrzegania Solidarności w społeczeństwie, roli KOR-u i wpływu jego doradców na przewodniczącego oraz dające wiele do myślenia „wpływy zewnętrzne”. Czyżby Prymas „coś wiedział” o „radach Zachodu” i finansowym wsparciu? Celną uwagę Prymas uczynił odnośnie rolników.

„Byłoby źle, gdyby te dwie Solidarności, miejska i wiejska, podały sobie ręce. Na zasadzie instrumentalnego wspierania – tej wiejskiej przez miejską. Im szybciej wiejską uznamy, tym bardziej będzie ona samodzielna… trzeba szukać sojuszników, a nie walczyć…Chłopi będą sprzymierzeńcami…To uspokoi wiele milionów ludzi”. Po latach można powiedzieć -słusznie, z punktu widzenia wsi i Kościoła. A jak ZSL? Stronnictwo chciało spokoju na swoim terenie, to oczywiste, tylko szczegół- wieś to nie PGR-y, gdzie byli „pracownicy rolni”, a nie chłopi w tradycyjnym rozumieniu. Zrozumienie Generała dla tego wywodu, Prymas odczytał i przekazał jako zgodę władzy! Tak rozmówcę postawił przed faktem dokonanym i pozostawił z tym dylematem! Proszę, wczujcie się Państwo w tamtą sytuację i wskażcie zadowalające wszystkich rozwiązanie. Dla Generała niezwykle wymowną była taka metafora Prymasa- „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami- germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”.

Dyplomatyczny język- „ściana słowiańska”, a jak wiele znaczący i wiele świadczący o wzajemnym rozumieniu! Pozwólcie Państwo „wybiec” myślą 2 lata naprzód, Belweder 17 czerwca 1983. Papież tą samą myślą rozpoczyna prywatną rozmowę- „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy”. Tę ocenę – umiejętność obrony racji Polski, okrywa wzniosłym tytułem- „ale przecież jest Pan także patriotą”! Bądźcie Państwo łaskawi zwrócić uwagę jesienią na krytyków Generała i stanu wojennego, czy dostrzegą to uznanie złożoności sytuacji i mądrości – przez Świętego Papieża. Warszawa, spotkanie 27 marca 1981 Dzień po spotkaniu z Generałem, a 3 dni przed generalnym strajkiem okupacyjnym, znów Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i jego grupą. Radził gościom – „Słuszne wydaje się rozłożenie waszych zadań na raty…Ale na razie najpilniejsza sprawa jest ta, abyście panowie chcąc wiele, nie stracili tego, co macie dziś… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, ale także roztropność i rozwaga… Wstrzymujemy się od środków tak kosztownych, jakim może być strajk generalny, który tak łatwo jest zacząć, ale skończyć bardzo trudno”. Lech Mażewski spotkanie ocenił jako „uratowanie” Solidarności, choć – „pęd solidarnościowych działaczy do konfrontacji z władzą, został ograniczony jedynie na krótko”. Warszawa, kwiecień 1981 r. Na początku kwietnia, Prymas spotkał się z delegacją wiejskiej Solidarności. Podobnie jak ich „miejskim kolegom” radził- „Pragnę całym sercem Wam życzyć, abyście działali cierpliwie. My w Polsce nie możemy się awanturować, bo nie jesteśmy sami… Możemy powiedzieć, iż obok władzy partyjnej, jest w Polsce władza społeczna. Dowody na to mieliśmy 27 marca. Dzięki Bogu, nie było innego dowodu, a mianowicie zapowiadanego strajku generalnego. Tego należało uniknąć. Chociaż bowiem moralnie jest uzasadnione prawo użycia tego środka przez ludzi broniących się, jednakże zawsze środki muszą być proporcjonalne do zamierzeń, do zadań i osiągnięć … Zawsze układajcie to tak, żeby była ta proporcja między postulatem, wymaganiem, a środkiem, który się będzie stosowało. Żeby do ptaków nie strzelać z granatów”.

Prawda, że ciekawe skojarzenie, „strzelanie z granatów”. Na jak długo zapamiętane, kto z Państwa wie? To podczas tej rozmowy poinformował gości o możliwości rejestracji ich Związku- NSZZ RI, w niezbyt odległym czasie. Stało się to 10 maja. Papież Jan Paweł II Papież- Polak uważnie śledził powstanie i działalność Związku. Był w stałym kontakcie z Prymasem, znał bieżące problemy, ich ocenę zachodniej prasy. Podczas pierwszej rozmowy w Watykanie, 11lutego 1981 r., Lechowi Wałęsie i grupie działaczy Solidarności- podobnie jak Prymas mówił -„Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby dojrzewały w spokoju, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna”. Te nasze, polskie doświadczenia uczynił „nauką Kościoła” dla przyszłych pokoleń – na zawsze, pisząc w encyklice Laborem exercens (14 września1981) o związkach zawodowych w następującym fragmencie- „Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy połączonych tym samym zawodem muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju …Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki w znaczeniu, jakie powszechnie nadaje się temu słowu dzisiaj. Związki nie mają charakteru partii politycznych walczących o władzę i nie powinny podlegać decyzjom partii politycznych ani też mieć zbyt ścisłych związków z nimi. …Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać… zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa”. Znów proszę o zauważenie, kogo ta nauka Papieża przywoła do rozważnych ocen i wniosków oraz powstrzyma przed opluwaniem jesienią , w 40-lecie stanu wojennego. Czy będzie to kolejna lekcja historycznej nienawiści i pogardy? A może tym razem-pokory i namysłu nad kolejami polskiego losu, ku nauce młodego pokolenia Polaków. Dziś- w majowe 40-te rocznice, te nauki Papieża i Prymasa można skrótowo ująć tak – Kościół ostrzegał, Solidarność lekceważyła, władza obroniła. Znając życzliwość Redakcji- napiszę o tym w stosownym czasie, jesienią br.

Pamięci polskich żołnierzy

W dniu 7 maja bieżącego roku minęło 78 lat od rozpoczęcia formowania w Związku Radzieckim zalążków I Armii Wojska Polskiego: I Korpus, potem I Dywizja, odnotowały swój początek w Sielcach nad Oką. Sponiewieranym syberyjską zsyłką nieszczęśnikom, którzy nie zdążyli dołączyć do Andersa, nie pozostawiono innego wyboru, jak przystąpienie do szeregów polskiego wojska tworzonego pod dowództwem Zygmunta Berlinga na terenie Związku Radzieckiego. Tylko w ten sposób było można wtedy podążać do Ojczyzny.

Polityczne i wojskowe kalkulacje, które Stalin wiązał ze zgodą na formowanie polskiego wojska na terenie ZSRR, mają w rozważaniach na ten temat znaczenie drugorzędne. W obliczu wyjątkowych okrucieństw II wojny, zwłaszcza wobec apokaliptycznych planów Hitlera dotyczących Słowian, w tym Polski i Polaków, sformowanie polskiej siły na wschodzie i włączenie jej do walk, pozostawało zadaniem racjonalnym, koniecznym i pilnym. Miało to też, jak się okazało, wagę polityczną, znaczoną symbolami krwawych bitew; najpierw pod Lenino na Białorusi, potem, na terenie Polski wykrwawiała berlingowców zbrojna pomoc niesiona powstańczej Warszawie, następnie boje o wał Pomorski i Kołobrzeg, forsowanie Odry, i wreszcie współuczestnictwo, u boku Armii Czerwonej, w zdobywaniu Berlina. I wszystkie te heroiczne i ludzkie znaki podlegają dzisiaj niszczącej fali prób wymazywania z Panteonu polskiej pamięci; kreowania osobliwego monopolu na zasłużoną chwałę o polskim udziale w II wojnie wyłącznie i zasadniczo tych od Andersa i Maczka – spod Monte Cassino i Falaise.

Przy całym szacunku dla polskiego wysiłku zbrojnego na Zachodzie, nie wolno godzić się na mataczenie historią polegające na umniejszaniu, wręcz na kasowaniu z publicystycznego obiegu narracji zasług i bohaterstwa żołnierzy Berlinga, potem Popławskiego i Świerczewskiego. Pomimo politycznych podziałów należy wreszcie uznać i przyjąć do wiadomości, że ci w polskich mundurach podążający od Wschodu to nie był jakiś gorszy sort polskiego wojska, zaś dowódcy i generałowie, zarówno ci idący od wschodu jak i od zachodu, zasługują na jednaki szacunek i wdzięczną pamięć Polaków. Dopóki takiej świadomości nie będzie się budować – reaktywować ją, bo w PRL-u taka właśnie pamięć, pomimo niedoskonałości, począwszy od 1956 roku była kultywowana – dopóty będzie panoszyć się w naszym kraju zakłamywanie historii, przy tym historyczna i intelektualna nędza podczepienia pod jej dobrą stronę kultu „wyklętych”. Nie wolno przy tym zapominać, że rzucanie kłód po nogi – utrudnianie funkcjonowania i życia – organizacjom kombatanckim i żołnierskim wywodzącym się z I i II Armii WP, zostało zapoczątkowane przez polityków Platformy Obywatelskiej, potem niebotycznie zwielokrotnione przez PiS.

Rocznica rozpoczęcia formowania polskiego wojska na Wschodzie – w Sielcach nad Oką – to dobra okazja do przywołania tamtej chwili nie tylko w kontekście jej następnie pełnego chwały szlaku bitewnego – w tym współudziału w wyzwalaniu Polski, oraz w zdobywaniu Berlina. To także, zwłaszcza w obliczu zakłamanej polityki historycznej autorstwa sfanatyzowanej, rządzącej prawicy, zwyczajne, ludzkie wołanie o przywrócenie pełnej i należnej prawdy, wraz z należnym szacunkiem dla tych dowódców i żołnierzy; prawdy nie wybiórczej i politycznie pasującej rządzącym, prawdy bez dyżurnych przemilczeń i bez nadętej agitacji o rzekomo jakimś gorszym gatunku żołnierzy, tych od Berlinga, I, potem również II Armii Wojska Polskiego. Czegoś takiego nie sposób akceptować zarówno na płaszczyźnie moralnej, jak i tej faktycznej, którą teraz usiłuje się politycznie naciągać i wpasowywać w szemrane cele aktualnie rządzących; co też z jakiś dziwacznym upodobaniem powielają i upowszechniają media, zwalniając się od myślenia i wpasowując w jedynie słuszną politycznie sztancę. Słowem, nie wolno pozwolić na to, aby zwyczajnie, bezustannie i bezkarnie kłamać.

Pamięć o minionej wojnie oraz o jej bohaterach to materia szczególnie i niezwykle delikatna, której nie wolno szarpać, i wedle politycznej woli poddawać kolejnym następującym po sobie reinterpretacjom na użytek bieżącej polityki. Pamięć taka – ta prawdziwa i nienaruszalna – winna nosić w sobie znaki trwałe, odporne na polityczne wichry i wahania. W Polsce winna znaczyć ją tożsamości żołnierskiej chwały obu kierunków wojennych frontów z polskim udziałem; bez dzielenia przelanej w minionej wojnie krwi żołnierzy w polskich mundurach na lepszą i gorszą, o czym warto przypomnieć przy okazji przywołanej na wstępie, ważnej rocznicy.

Na progu stanu wojennego

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”…

Myśl przewodnia…

„Bydgoski wstrząs”- pisałem o nim w jednym z poprzednich tekstów – postawił Polskę na progu stanu wojennego. Od tego stwierdzenia, wywołującego u niektórych- nawet po 40 latach – tzw. ciarki na plecach rozpoczynam z Państwem kolejną dyskusję. Tytuł tej publikacji podsunął mi jeden z Czytelników, zastrzegając podanie nazwiska. Dziękuję serdecznie, Państwu za wiele celnych uwag i spostrzeżeń, szczególnie tych życzliwie krytycznych. O niektórych wspomnę.

Na wstępie uprzejmie Państwa proszę o rozróżnienie dwóch pojęć: stan wojenny oraz interwencja zbrojna sąsiadów. Dziś będziemy skupiać uwagę na pierwszym. Drugie zasługuje na odrębną i to nie jedną publikację. Tu osobom „krytycznie uczulonym” wyjaśniam- „interwencja zbrojna sąsiadów”- finezyjnie NIE ukrywa odpowiedzialności ZSRR. O tym wiedzą wszyscy, to wynikało z jego dominującej pozycji w bloku wschodnim. „Polityka historyczna” ostatnich lat, rozbudziła wśród Polaków nienawiść do Rosjan, trwającą od kilku wieków, zwaną rusofobią. Jednocześnie ukryła inspirującą, podjudzającą rolę NRD i CSRS. Te państwa same utrzymywały gotowość do interwencji-Czesi do czerwca, NRD- do kwietnia 1982 r.- ale o tym później.

„Sierpniowe” oceny

Wydarzenia lipcowo-sierpniowe 1980 r., które strajkami i protestami objęły cały kraj, były głównym czynnikiem do ocen i przemyśleń. Oto kilka z nich:
– „Dziś żądają związków, utworzą siłę, a potem przypuszczą szturm na partię, na rząd, na Sejm” (Edward Gierek, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Będzie to stworzenie organizacji klasy robotniczej, możemy stracić możliwość sprawowania władzy” (Stanisław Kania, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Pojawią się procesy, które zaczną nas niszczyć i partia będzie musiała podjąć walkę” (Andrzej Werblan, 30 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR).
Oczywiście, wtedy, w sierpniu, w całym roku 1980 i później, każdy członek Partii, każdy dorosły Polak miał swoją ocenę sytuacji i – co jasne- każdy miał „swoją rację”. Przytłaczająca większość za zaistniałą sytuację winiła Kierownictwo Partii i rząd. Czy miała rację, śmieszne pytanie, ktoś powie. I teoretycznie i praktycznie racja była po stronie krytykujących. Przecież to władza- partia i rząd, podejmowały decyzje, czy to w formie uchwał Zjazdu (VII był się w 1976), czy słynnych 5-cio latek, planów rozwoju gospodarczego. Również władza korygowała bieżącą realizację tych planów. Ważnym i głośnym sygnałem do ich korekt były wydarzenia w Radomiu i Ursusie, 1976 r. Państwo zapewne z dostępnej i bogatej literatury znają te oceny. Na polu gospodarczym skłaniały ku ograniczeniu korzystania z zachodnich kredytów, a tym samym nie otwierania nowych inwestycji, a kończenia rozpoczętych, by zaczęły przynosić korzyści z podejmowanej produkcji. Pojawiły się niedobory na rynku, np. cukru i ukryta reglamentacja oraz podwyżki cen niektórych towarów. Był to dość wyraźny sygnał, że społeczeństwo nie tylko dostrzeże, ale i wyrazi niechęć. Znajdzie się ich „polityczny obrońca”. I tak się stało. Powstał Komitet Obrony Robotników (KOR) oraz Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Lepszej okazji, sytuacji w kraju, dla ich utworzenia nie można było sobie wyobrazić. Sprzyjała im atmosfera międzynarodowa- Akt Końcowy KBWE 1975. Polska zgodziła się na zapis o prawach człowieka, ale bez zgody się na oficjalne uznanie prawa do istnienia opozycji politycznej i strajków. Długo nie trzeba było czekać, zaledwie rok!

Lipcowo-sierpniowe protesty i strajki. Ale wtedy, w sierpniu zasadnicze pytanie brzmiało – co dalej? Choć niektórzy rozważali warianty „siłowego rozwiązania”, coś na wzór Grudnia’70, przeważała ostrożność i wola dojścia do porozumienia ze strajkującymi. Tę sytuację obrazowo oceni Jacek Kuroń- „W grudniu paliliśmy komitety, teraz utworzyliśmy swoje” (z przekąsem można powiedzieć -„nauka nie poszła w las”).Słusznie-przeważył pogląd na porozumienie, choć obawy wciąż rosły po stronie władzy. Dotyczyły rosnących żądań strajkujących. Ich presji i atmosfery nacisków nie wytrzymał przedstawiciel władzy, wicepremier Tadeusz Pyka. Zastąpił go Mieczysław Jagielski. Przerwy w produkcji, różne zakłócenia w komunikacji i codziennym życiu dla milionów Polaków nosiły nawet znamiona sensacji, choć wielu pamiętało wydarzenia grudniowe. Taką, nie spotykaną od 10-ciu lat sytuacją, Polska „zwróciła oczy” Europy. Stała się obiektem szczególnego zainteresowania. Wreszcie doszło do porozumienia- najpierw Szczecin, gdzie 30 sierpnia Komitet Strajkowy w Stoczni Warskiego i Kazimierz Barcikowski, podpisali stosowny dokument. Podpisane dzień później porozumienie w Gdańsku – 21 postulatów zna cały świat, nawet trafiły na listę UNESCO! Czy zakończyło strajki?- o tym za chwilę.

Wyzwania i oczekiwania

Rząd premiera Józefa Pińkowskiego i Kierownictwo Partii ze Stanisławem Kanią na czele, stanęły przed niezwykle trudnymi wyzwaniami, głównie dwoma – koniecznością reformy gospodarki oraz realizacji podpisanych porozumień. Tu można toczyć spór, co było ważniejsze – reforma czy realizacja postulatów. Zarys reformy rząd przedstawił na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu”…chodziło o porozumienia sierpniowe. Co zapisano odnośnie reformy? Oto pkt. 6-„Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez: a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Proszę o cierpliwość- będę o tym pisał w kolejnym tekście traktującym o działaniach Solidarności. Wspomnę tylko, że założenia reformy wysłano do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie-jaka była reakcja? Wszyscy, poza Węgrami-odnieśli się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto istota – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł…Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach” (szerzej pisałem na łamach rok temu). To także pod rozwagę wszystkim, którzy z kwaśną miną przyjęli ocenę- CSRS i NRD „podpowiadały” ZSRR interwencję zbrojną.

Realizacja 21 postulatów- tak ze strony władzy jak i Solidarności wymaga odrębnej analizy i oceny. Władza liczyła, że podpisane „Porozumienia” zakończą strajki, a zawołanie Lecha Wałęsy-„do roboty”, uczyni je faktem. Tu tylko taki szczegół. „Protokół porozumienia”… kończy się zapisem- „Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zobowiązuje się do zakończenia strajku z dniem 31 sierpnia 1980 roku o godz. 17.00”. Kto z Państwa pamięta co było dalej, przypomnę: dopiero 3 września podpisano odrębne porozumienie z górnikami, a 11 września z hutnikami. Niektórzy publicyści oceniają, że wrześniowa fala strajków była większa niż lipcowo-sierpniowa. Objęła ok. 800 zakładów i ok. 1 miliona osób. Dlaczego tak się stało- kto z Państwa zna odpowiedź? Tu pojawiają się uniki i wykręty. Dla przykładu- cytowany Komitet faktycznie zaprzestał strajku po podpisaniu umowy, czyli „wywiązał się” z zapisu. A „teren”? Albo nie „dosłyszał” co „centrala” ustaliła albo nie dowierzał- teraz można powiedzieć- „swojej górze” i dalej strajkował. A może MKS „cieszył” się z poparcia „dołów”, że „zapomniał” wprost nakazać zaprzestanie strajków” A może to „doły” tak „cieszyły” się z możliwości strajkowania i „siły”, jaką mogą pokazać partii. „Radość trwała”. Jeśli ktoś z rezerwą czytał fragmenty ocen Edwarda Gierka, Stanisława Kani, prof. Andrzeja Werblana- przecież osób nie wszystkich, które zabierały głos na posiedzeniach (są dostępne w wydanych protokołach)-proszę o zastanowienie się.

Wnioski ze strajków

Osobną nie mniej wnikliwą analizę prowadziło Kierownictwo MSW.Obiektem obserwacji i pogłębiających się analiz był szeroko rozumiany rozkład dyscypliny społecznej, powszechne łamanie prawa, zasad współżycia społecznego, itp. Ważne było uzyskanie odpowiedzi – kiedy i jak należy przygotować podległe siły i środki oraz jak działać, by ten chaos zakończyć. Kryje się tu wątpliwość-czy Partia, władza, metodami politycznymi, także propagandowymi zdoła sytuację opanować. Meldunki organów MSW pozostawiały niewielki margines na taką nadzieję Że siły te od początku roku były w „gotowości”, to oczywiste. Że ocena wydarzeń grudniowych, była dla MSW druzgocąca i w przytłaczająco słuszna, za brutalne i w ogóle nadużywanie siły-widziano dobrze. Choć pojawiały się „łagodzące głosy”, że decyzje pojęła „partyjna góra”, ale wykonanie było nasze- replikowano. Co było szczególnie rażące- bicie bezbronnych osób wśród nich kobiet na ulicach, które nie stawiały oporu, nie podejmowały bójek. Dokumentalne zdjęcia pokazują, a filmy dokumentalno-fabularne jaskrawo, wyeksponowały bicie, katowanie osób zatrzymanych na posterunkach MO. Katowanie pokazano celowo, do przesady-na 70 rocznicę Grudnia, by młode pokolenie tak zapamiętało tamten czas. Kto teraz przyjmie gorzką, ale prawdę? Oglądałem te filmy ze zgrozą, myśląc o młodym pokoleniu. Skoro tak postępowało MO z demonstrantami to dlaczego podobnie – piszę podobnie, „nie tak samo”- dzisiejsza Policja ma nie traktować kobiety manifestujące na ulicach? Ta Policja dziś ma, tak samo jak MO 70 lat temu, też miało- poparcie władzy! Dziś nawet więcej- wspiera Episkopat! Czy z wiosną przyjdzie opamiętanie, głównie w Policji przy wykonywaniu poleceń władzy przeciwko pokojowo demonstrującym Kobietom? Publikacja-jedna z wielu w Przeglądzie, np. ostatni nr 13, „Byczy protest”. Cytat- „Siedzieliśmy kilka godzin, słuchając policjanta, któremu sprawiało satysfakcję szydzenie z nas i innych protestujących. Agresywnie obśmiewał fryzury, ubrania, zachowanie. Podobnie postępowała towarzysząca mu policjantka, szczególnie pastwiąca się nad jednym z nas-niepełnosprawnym mężczyzną”. Ten fakt dedykuję kapelanowi Policji z Ordynariatu Polowego WP, duchownym etykom i moralistom. Rodzicom i rodzinom policjantów, a policjantek- w szczególności!

Szef resortu, Stanisław Kowalczyk zalecił bieżącą analizę sytuacji. Oceny i wnioski wskazywały na-oględnie mówiąc- rozkład dyscypliny w kraju. Strajki lipcowo – sierpniowe i wynikające stąd wnioski wskazały na konieczność „systemowego podejścia”. Oznaczało to, że przeciwdziałać „rozwydrzeniu społecznemu” musi nie tylko MSW, ale i MON, terenowe organy władzy i administracji. Jeśli tak, to konkretnie kto, jakie organy władzy? Proszę zauważyć, że Stanisław Kania, od 5 września 1980 r. I Sekretarz, przez wiele lat był w Kierownictwie Partii odpowiedzialny za nadzór nad resortami-MSW oraz MON. Znał więc wiele niuansów i zawiłości ich specyfiki organizacyjnej i zasad działania. Nie mógł lekceważyć ocen i wniosków MSW, podobnie MON. Józef Pińkowski, premier też od 5 września- z urzędu został przewodniczącym Komitetu Obrony Kraju (KOK). Został więc odpowiedzialnym za całokształt bezpieczeństwa Państwa, a wewnętrznego- wtedy szczególnie!

Stan wojenny

Nie wiadomo dokładanie, kiedy pojawiła się w MSW myśl- wniosek, by sięgnąć do zapisów Konstytucji. Początkowo nie mówiono tego wprost. Jednakże nic nie przeszkadzało, by Kierownictwu Partii i rządu zwrócić uwagę na art. 33 Konstytucji, stanowiący o wprowadzeniu stanu wojennego. Zapis brzmiał-„Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa” (art.33, ust. 2). Wprowadzenie mogło nastąpić w drodze dekretu z mocą ustawy, a te Rada Państwa mogła wydać „w okresach między sesjami Sejmu” (art. 31, ust.1). A jeśli będzie obradował Sejm? tego nie rozstrzygnięto, stąd potem kwestia legalności.

Prawdą jest, że prace koncepcyjne nad stanem wojennym, zapoczątkowano w MSW, we wrześniu 1980 r. Dokładnie i interesująco, całokształt przygotowania i realizacji stanu wojennego przedstawia gen. Franciszek Puchała w książce- „Kulisy stanu wojennego”, wyd. Bellona 2016. Słowa poważania i uznania Panu Generałowi. Zachęcam Państwa do interesującej lektury.

12 listopada 1980 r. na posiedzeniu KOK omawiano- jak pisze gen. Puchała- „studyjną wersję koncepcji stanu wojennego”. Pojawiły się pierwsze rozbieżności pomiędzy MON a MSW. Nowy szef MSW, gen. Mirosław Milewski wskazywał na udział Wojska przy pacyfikowaniu fal następnych protestów i strajków, jakie mogą wybuchnąć. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski-kierując się wnioskami z Grudnia’70 – uważał, że Wojsko może wspierać Milicję logistycznie i prowadzić działania osłonowo-ochronne, szczególnie obiektów ważnych dla obronności Państwa.

KOK zgodził się – na wniosek MON- by procesem prac planistycznych objąć kluczowe resorty cywilne. Premier uważał, że konieczne jest opracowanie propozycji zmian w Konstytucji pozwalających na wprowadzenie tego stanu oraz innych regulacji, w tym ograniczenia, a nawet zakazu strajków na określony czas, w szczególnie newralgicznych obszarach gospodarki. Dalszy proces planowania realizowały: Sekretariat KOK, Sztab Generalny (SG WP) oraz sztab MSW. Organy te prowadziły bieżącą analizę sytuacji wewnętrznej, uogólniając wynikające stąd wnioski – wprowadzano do opracowywanych dokumentów. Dla Solidarności każda okazja była właściwa, by gotowość strajkowa „nie spuszczała z tonu”. Tę „niezwykłą aktywność” opiszę osobno. Tu taka ciekawostka. 10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy wreszcie zarejestrował NSZZ Solidarność. Dlaczego „wreszcie”? Związek „zapomniał” wpisać do statutu przestrzeganie Konstytucji! Żądanie Sądu dało taki efekt- uliczne protesty! Prymas Tysiąclecia, po rejestracji- spotkał się z przedstawicielami i powiedział im – „Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”. Co Państwo myślicie, nie wstydźcie się tak oceniać pannę „S”- nawet po 40 latach!

Gra decyzyjna

Nowym szefem KOK, od 11 lutego 1981 r. został premier rządu gen. Wojciech Jaruzelski. Prace planistyczne były mocno zaawansowane. 14 lutego gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, zameldował, że przy współpracy KOK, ministerstwa sprawiedliwości oraz prokuratury generalnej przygotowano projekty podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości. Gotowe były przepisy wykonawcze. Opracowano szczegóły akcji internowania osób zagrażających bezpieczeństwu państwa. Ponadto, przygotowano zasady cenzurowania przesyłek pocztowych, korespondencji telekomunikacyjnej i telefonicznej. Opracowano zasady wyłączenia teleksów i telefonów oraz wojskowej ochrony budynków radia i telewizji w chwili wprowadzenia stanu wojennego.

Rozpatrzenie koncepcji wprowadzenia stanu wojennego przyjęto metodą gry decyzyjnej. Zaplanowano na 16 lutego, w dwóch etapach. Kierowali nią: Szef SG WP, gen Florian Siwicki oraz ówczesny szef MSW gen. Mirosław Milewski. Uczestniczyło 38 oficerów z MON i MSW oraz przedstawiciele wydziału propagandy KC PZPR, wśród nich Walery Namiotkiewicz, odpowiedzialny za propagandę.

W I etapie zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę, treść i skutki wprowadzenia tego stanu, ze względu na bezpieczeństwo państwa. Sprecyzowano – w świetle hipotetycznie założonych wariantów rozwoju wydarzeń w kraju – główne przesłanki, uwarunkowania oraz optymalny tryb jego wprowadzenia. Na tym tle dokonano kompleksowego przeglądu stanu przygotowań organów władzy i administracji do realizacji przypisanych zadań. Przeanalizowano wzajemną synchronizację planów działania resortów i możliwości efektywnego współdziałania.

W II etapie poddano analizie koncepcję działania po wprowadzeniu stanu wojennego. Tu zwrócono szczególną uwagi na przedsięwzięcia prowadzące do osiągnięcia głównego celu, czyli zapewnienia normalizacji życia kraju w okresie obowiązywania tego stanu. Generalny wniosek z gry był następujący- wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością. Zapisano go jako istotę, sedno myśli przewodniej- „Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”. O tym w kolejnej publikacji.

Za naczelne zadanie wszystkich organów władzy i administracji państwowej w obecnej sytuacji kryzysowej uznano energiczne działania na rzecz wyeliminowania przesłanek jego wprowadzenia poprzez egzekwowanie przepisów prawa, umacnianie dyscypliny społecznej, przywrócenie normalnego rytmu pracy i nauki oraz szerokiego politycznego oddziaływania. Gdy okaże się konieczne- izolowanie organizatorów strajków i różnych prowodyrów.

Dość wnikliwie analizowano możliwości i sposoby ogłoszenia społeczeństwu informacji o wprowadzenia tego stanu. Na tym etapie nie podjęto wiążących decyzji, zalecając dalsze prace koncepcyjne. W sumie gra wykazała zaawansowany, choć nie pełny stopień przygotowania państwa na taką „ostateczną konieczność”.

Premier-Generał zapoznał się 21 lutego z „wnioskami- notatką”, opracowaną przez płk Ryszarda Kuklińskiego. Wniósł kilka uzupełnień i polecił przygotowanie krótkiej informacji do zapoznania władz ZSRR na XXVI Zjeździe KPZR(w USA też wiedziano-od kogo, kto zgadnie?)

Na zakończenie.

Przyjąłem-z uznaniem Państwa sugestię- pisania „kalendarza faktów”, prowadzących do stanu wojennego. Dobrze się złożyło – mogę go rozpocząć. Dla chronologicznego więc porządku:

– wrzesień 1980 r., początek prac koncepcyjnych w MSW;
-14 lutego 1981 r., gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, składa meldunek premierowi- gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu o przygotowaniu projektów podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości;
– 16 lutego 1981 r. Gra decyzyjna zespołów planistycznych SG WP i MSW, z udziałem przedstawicieli KC PZPR. Zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę i treść oraz skutki wprowadzenia stanu wojennego. Dokonano analizy koncepcji działania po wprowadzeniu tego stanu. Generalny wniosek – wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością;
– 22 lutego 1981 r. Premier-Generał i I Sekretarz KC PZPR, uczestnicząc w XXVI Zjeździe KPZR, poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego;
– 27 marca 1981 r., zatwierdzenie i parafowanie trzech dokumentów przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kanię: „myśl przewodnia”, „Centralny plan działania”, „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych”. O dalszym procesie planowania napiszę w kolejnych publikacjach.
– 27 marca 1981 r., wizyta grupy radzieckich oficerów w SG WP z ich przygotowanym planem wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Podziękowano, nie skorzystano.

W sprawie Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, spełniam Państwa prośbę i podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Nieszczęsne polskie konstytucje

Polskie konstytucje były dziełem masonów, jakobinów, socjalistów, komunistów i postkomunistów. Przynajmniej te sensowne, pozytywne. Co prawda, nie miały szczęścia, nie zdobywały powszechnego poparcia ani nie budziły posłuchu. O ironio, jedyna, którą przyjęto w referendum, jest ignorowana od następnego dnia po jej zaaprobowaniu.

Święto Konstytucji ustanowiono, by uczcić konstytucję wprowadzoną w trybie zamachu stanu. Konstytucję, która ani razu nie była skuteczna i której wyparł się król, jej orędownik. Konstytucję, którą stawiano sobie za wzór dwieście lat temu, ale która zawsze była martwa.

Jej losy podzieliła następna konstytucja, uchwalona w 1921 roku. Teoretycznie działała przez cztery lata, praktycznie prawie wcale. Była zbyt demokratyczna, zbyt socjalna, zbyt nowoczesna – o wiele nowocześniejsza niż dzisiejsza Nowoczesna. Potem przyszła Bereza Kartuska i proces brzeski.

Kolejną ustawę zasadniczą przygotowali majowi zamachowcy dla swojego Marszałka. Też chyba była przeklęta. Uchwalono ją w kwietniu 1935 roku, a już w maju Piłsudski zmarł i nie zdążył się nią nacieszyć. Jak się okazało, również miała działać przez cztery lata. Wybuchła wojna, rząd uciekł przez Zaleszczyki. Hitlerowcy wprowadzili swoje porządki. Gdy w 1945 roku uciekali przed Armią Czerwoną, razem z nimi maszerowała Brygada Świętokrzyska i inni wyklęci.

Po wielkiej wojnie pojawiła się uchwalona przez partię robotniczą demokratyczna konstytucja raczej nie całkiem demokratycznego państwa, choć może bardziej sprawiedliwego niż to dzisiejsze. Część konstytucyjnych zapisów była martwa, część to były marzenia, a część pozwalała działać nowym władzom.

Konstytucja z 1997 roku jest najładniejsza ze wszystkich polskich konstytucji. Pięknie uchwalona. Przyjęta w referendum, choć większości społeczeństwa wydawała się obojętna. Większe poparcie społeczne zyskał w referendum akces do Unii Europejskiej – może dlatego, że referendum unijne jako jedyne z dotychczasowych trwało dwa dni. Niestety, wszyscy od początku starają się tę konstytucję omijać albo wprost łamać, wczoraj, dziś i zapewne jeszcze nie raz w przyszłości.

Dziś rządzą ci, którzy od zawsze byli tej konstytucji przeciwni. Można powiedzieć, że są wierni sobie, a nie konstytucji, prawu czy innym normatywnym imponderabiliom. Sami wzięli ten narodowy kaduceusz polski i mącą nim wodę. Przy dzisiejszych majsterklepkach od prawa prof. Falandysz mógłby uchodzić za wzór rygoryzmu prawnego.

Czeka nas więc w przyszłości – oby niedalekiej – kolejny proces pisania, uzgadniania i uchwalania konstytucji. Będziemy bogatsi o bolesne doświadczenia i, mam nadzieję, mądrzejsi.

A konkordat trzeba wypowiedzieć.

„Zbrodnicze bandy podziemia” – przewrotnie „wyklęte” cz. I

„Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”
Z „Porozumienia”… 14 kwietnia 1950 r.

Zbliża się 10 rocznica przyjęcia przez Sejm ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, którym z mocy prawa stał się 1 marca. Tak, już mija 10 lat. Czas na refleksję. Mijająca dekada dostarczyła wielu powodów, natury faktograficznej i tej- powiedzmy etyczno- moralnej, ludzkiej. Każdego roku Ministerstwo Edukacji …wydawało stosowne pisma, wytyczne odnośnie organizowania „patriotycznych lekcji” historii i udziału w uroczystościach kościelnych. Telewizja, media, także Kościół świadomie przypominały lata 1944-1947 i późniejsze, jako okres i czyny godne święta państwowego-Narodowego Dnia Pamięci. Ludność, mocą tej ustawy uznano za „komunę”. Zbrojna walka z bezbronnymi jest od 10 lat patriotycznym, chwalebnym wzorcem w wychowaniu młodego pokolenia Polaków. Refleksje płynące z tego zakłamania historii, ujmuję w tym i kolejnych tekstach odnośnie „wyklętych” oraz „martwicy sumień”. Zachęcam Państwa do sięgnięcia po wspomnienia rodzinne, na „świadectwo prawdzie” naszym następcom.

Sens „Porozumienia”

Proszę o ponowne przeczytanie powyższej oceny. Jest w „Porozumieniu zawartym między przedstawicielami rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”, podpisanym 14 kwietnia 1950 r. Działalność podziemia była już śladowa, m.in. na skutek dwóch amnestii z 22 września 1945 r. i 22 lutego 1947 r. Pisał o tym Redaktor Tadeusz Jasiński, Trybuna z 28 lutego-1 marca 2020 r. Ponadto, operacja „Wisła” KBW i MO przeciwko podziemiu, akcja wyjaśniająca (celowo nie piszę propagandowa), nawoływania do udziału w odbudowie kraju, wyjazdów na Ziemie Odzyskane, podejmowania nauki, usuwania analfabetyzmu, itp. były prowadzone przez PSL, PPS, PPR (PZPR) organizacje młodzieżowe, także przez rozumnych księży i biskupów- nie zapominajmy tego- miały w tym chwalebny udział.
Pamiętajmy o reformie rolnej. Spełniała dwa zasadnicze cele-była praktyczną realizacją programu PPR i PPS oraz marzenia małorolnego i bezrolnego chłopstwa. Choć tego nikt nie mówił, że niektórym sędziwym mieszkańcom przypominała carskie uwłaszczenie po powstaniu styczniowym. Skoro niektórzy uczeni chcą być tacy „pryncypialni w prawdzie” -niech o tym też nie zapominają. Parcelacja majątków ziemiaństwa służyła też oddolnym inicjatywom, np. tworzeniu uspołecznionych ogniw „Samopomoc chłopska”, wiejskich sklepów. W południowo-wschodniej i centralnej Polsce spotkały się z szerokim poparciem ludności. Tu przypomnę Państwu taki fakt- ciekawostkę. Kardynał August Hlond w 1933 r. powołał Radę Społeczną, która w założeniu przyjęła potrzebę reformy rolnej, parcelacji wielkich majątków. Ziemiaństwo wywołało histerię- „czerwony biskup chce odebrać ziemię”! Endecja nazwała go robociarzem, choć z pochodzenia był Ślązakiem. Tłumaczył -że tych problemów społecznych nie da się rozwiązać, dając jałmużnę. Radził -„Kościół niech odda swoje ziemie i skupi się na pracy duszpasterskiej. Nie chcecie? przyjdzie chwila, że będziecie musieli”- prorocze myśli, chciałoby się powiedzieć. Jego następca, wspomniany kard. Stefan Wyszyński, był zwolennikiem takich poglądów, poparł więc tę reformę i zalecał taką postawę księżom. A jak do reformy rolnej odniosło się podziemie? Większość podziemia podjęła rabunkową działalność: napady na sklepy wiejskie, kradzieże, palenie domów, niszczenie mienia „Samopomocy chłopskiej”, połączone z morderstwami i zbrodniami. Pamięć o nich po 3-6 latach, była wciąż żywa. I znów ciekawostka. Jednym z dowódców pododdziałów AK na Podkarpaciu był Józef Gucwa, późniejszy biskup tarnowski, który uważnie obserwował tę reformę i reakcję ludzi. O jego poglądach i refleksjach, gdy powstawała Polska Ludowa i po zmianie ustroju w 1989 r.- zasługujących na szacunek, usłyszałem od Profesora, członka b. ZSL i Generała, podczas procesu sądowego. Ale to osobny temat.
Można z dozą wyrozumiałości przyjąć, że wtedy- 1950 r. gdy pisano „Porozumienie” nikomu do głowy- ze strony Kościoła jak i władzy nie przyszło roztrząsać jaki, czyj oddział popełniał zbrodnie. „Fakty masowe”, głównie w woj. rzeszowskim, lubelskim, podlaskim, były widoczne gołym okiem. Proszę zauważyć, że od 1948 r. Prymasem Polski był kardynał Stefan Wyszyński, wcześniej biskup lubelski. Znał sytuację wewnętrzną w kraju na bieżąco i nie było żadnej potrzeby „naukowego badania” bestialstw. Należy pamiętać, że „zbrodnia” jako taka, z ducha, nauki Kościoła podlegała potępieniu. Stanowisko Kościoła miało i ma charakter zasadniczy, doktrynalny. Posądzanie Prymasa, Episkopatu o koniunkturalizm wobec władzy wówczas i z dystansu70 lat byłoby historycznym błędem. „Porozumienie” oraz określenie „zbrodnicza działalność band podziemia” ma sens- powtórzę- oparty w faktach. Niektóre porażające przykłady morderstw, bestialstw, sadyzmu, podaję niżej.

Zbrodnicze bandy

Proszę o chwilę namysłu nad zwrotem- „zbrodnicza działalność band podziemia” Zwraca uwagę brak rozróżnienia na AK, BCh (część partyzantów z tych oddziałów zasiliła szeregi 1 i 2 AWP, to istotny szczegół), NSZ, WiN i inne-wszyscy mają jedno miano. Nie trudno postawić pytanie – dlaczego? Odpowiedzi niżej.

1. kpt. Romuald Rajs „Bury”
– 29-31.01.1946 oraz 2.02.46 oddział kpt. Romualda Rajsa „Bury” spalił 5 wsi: Zanie, Zaleszany, Końcowizna, Szpaki, Wólka Wyganowska, zabijając w okrutny sposób 82 osoby, w tym starców, kobiety i dzieci, których spalono żywcem w zamkniętych budynkach; w Zaleszanach spalił żywcem 14 osób, w tym 7 dzieci,(ciężarną Marię żonę, Sergiusza Niczyporuka, 3 synów, brata z żoną i dzieckiem), 2 zastrzelił. W Zaniach i Szpakach nie spalono katolickich domów i ich prawosławnych sąsiadów;
– w styczniu 1946 oddział „Burego” zatrzymał we wsi Łozice 40 chłopów na „szarwarku” przy pracy. Chłopi zawieźli ich do Hajnówki, potem do Zaleszan. Mieszkańców stłoczono w jednym domu i spalono. 30 furmanów zamordowano we wsi Puchały Stare, a 10 jako katolików puszczono wolno.
Dla oszczędności amunicji, ludzi palono żywcem w domach, zabijano obuchami siekier; strzelano tylko do uciekających i rannych.

„Z Polakami nie ma żartów”

„Ja tam nie żałuję ich, broń Boże, bo to kacapy. Cholera, ale jednak to człowiek był. Nie wiem jak strzelali inni, bo to zależało od ludzi, ale ja to nie przepuścił. Ja byłem okropnie cięty na nich, ale lepiej niech to między nami zostanie. Ale jednak taka walka to nie dla katolika. Mogłem ich puścić, ale nie puściłem. Nie wypuściłem nikogo”- opowiadał Czesław Popławski, „Pliszka”, o rajdzie przez wioski prawosławne.

„Żadnych tam dyskusji po tym nie było. Chłopaki wspominali, a ten to zrobił, a ten to. Większość z nas była cięta na Białorusinów. To nauczka-mówili chłopaki- żeby się nauczyli, że z Polakami nie ma żartów”- opowiadał Marian Maliszewski „Wyrwa” (Karta 1990, ze wspomnień bandytów „Burego”). .

Oddział IPN w Białymstoku 30.6.2005 uznał „Burego” winnym zbrodni ludobójstwa. Akcje „Burego” w „żadnym wypadku nie sprzyjały poprawie stosunków narodowych polsko- białoruskich i zrozumienia walki polskiego podziemia o niepodległość Polski”.18.11.2008 wyrok ten utrzymał Sąd Okręgowy w Białymstoku.

Film „Podwójnie wyklęty”, wyemitowany w 2019 r., na którym obecny był jego syn, wybiela „Burego”. Podlaski Oddział Partii Razem, napisał taką ocenę tego filmu-„Ciężko ponownie apelować o przyzwoitość i uczciwość. Trudno mówić o rzetelności naukowej, kiedy IPN ignoruje ustalenia końcowe śledztwa prowadzonego przez własną placówkę w Białymstoku, gdzie wprost padają stwierdzenia o zbrodni, której w żaden sposób nie można powiązać z walką o niepodległy byt państwa polskiego. Zbrodni, która nosi znamiona ludobójstwa”.

„Bury” dla Białorusinów mieszkających na Białostocczyźnie – ocenia prof. Eugeniusz Mironowicz z Uniwersytetu w Białymstoku – jest symbolem bezmyślnego okrucieństwa, sadyzmu, sprawcą mordu bezbronnej ludności, w tym dzieci, kobiet i starców”.

2. Józef Kuraś „Ogień” i jego oddział:
-23.6.1945, w Maniowej koło Nowego Targu, zamordował 4 osoby narodowości żydowskiej;
-10.12.1945 w Ostrowsku, na słupie telegraficznym powieszono ciężarną Katarzynę Kościelną, z d. Remierz, bo w rozmowie z sąsiadką nazwała „Ognia” bandytą;
-30.12.1945 w m. Gronków zamordowano 6 osób;
-21.1.1946 w Trybusiu zamordowano młynarza Pawła Bizuna i jego syna, Słowaków;
-28.1.1946 w Nowym Targu zamordowano Żyda Rudolfa Ozorowskiego;
-30.1.1946 w Porębie Wielkiej koło Limanowej zamordowano repatrianta Władysława Godfryda;
-10.2.1946 zamordowano Dawida Grazgerina, wójta gminy żydowskiej;
-29.2.1946 zamordowano kierownika Towarzystwa Tatrzańskiego w Zakopanem;
-2/3.5.1946 w Krościenku obrabowano i zamordowano 12 Żydów, 7 raniono;
-15.8.1946 w Rabce zamordowano kierownika Straży Pożarnej St. Mankiewicza;
-25.8.1946, ze szpitala św. Łazarza w Krakowie porwano 2 osoby, a pielęgniarkę Barbarę Kowalę zabito;
Józef Kuraś zgwałcił wezwaną z Waksmundu- Czubiakową, matkę 2 dzieci, a jego podwładny, który ją odprowadzał, także zgwałcił i zastrzelił.
„Ogień” w latach 19 45-1947 dokonał ok. 120 zwykłych napadów rabunkowych.

3. Inne bandy:
– 23.6.1944, banda „Łupaszki” zamordowała we wsi Dubinki 27 osób, w tym kobiety i dzieci, np. Annę Górską z 4-letnim synem;
-13.4.1945 we wsi Horeszkowie banda NSZ „Sokoła” zamordowała 8 przesiedleńców, w tym ciężarną kobietę, którą zakopano żywcem;
– 27.5.1945 w Przedborzu banda NSZ Władysława Kołacińskiego„Żbik” zamordowała 9 ocalałych Żydów, w tym kobietę i dziecko;
– wieś Piskorowice, kilka razy napadały bandy NZW, m.in. Józefa Zadzierskiego, „Wołyniaka”- zamordowano 178 osób. Proszę przeczytać opisy bandytyzmu w Przeglądzie, nr 17 z 2020, „Morderca na pomniku” (ma pomnik w Bostonie!);
– 8.6.1945 banda NSZ „Szarego” w Wierzchowinach zamordowała 194 osoby, w tym 45 mężczyzn, 84 kobiety i 65 dzieci do 11 lat (najstarszy 92 lata, najmłodszy 2 tygodnie). Tu taka relacja i ocena prof. Andrzeja Werblana – książka „Polaka Ludowa”, Wyd. Iskry, 2017- bardzo zachęcam do przeczytania. „To była wieś, głównie ukraińska, choć trochę i polska, w powiecie hrubieszowskim…Duże zgrupowanie oddziałów NSZ i poakowskich, w sumie dwustu wojaków, wieś tę wymordowało. Po to chyba, żeby postraszyć chłopów ukraińskich w tamtym regionie i >zachęcić< do wyniesienia się za Bug, a może dlatego, że posądzano tych chłopów o sprzyjanie nowej władzy. Rzetelnie to opisał historyk lubelski Rafał Wnuk. Początkowo >żołnierzom wyklętym< szło jak po maśle. Wysłane przeciw nim oddziały MO oraz elewów oficerskiej szkoły z Chełma łatwo rozbili, broń odebrali, nawet samochód pancerny zdobyli. Popełnili błąd. Idąc na Wierzchowiny napadli na małe polowe lotnisko radzieckie, wybili nieliczną załogę, spalili dwa samoloty, wymontowawszy przedtem – w celu dozbrojenia się, cztery działka. To ich zgubiło. W pościg ruszyła kompania wojsk pogranicznych NKWD z Brześcia. O połowę mniej liczna, około setki ludzi, uzbrojona podobnie, w broń piechoty, ckm-y i rkm-y. Jednak zmotoryzowana i z lepszą łącznością, ale przede wszystkim dobrze wyszkolona, z frontowym doświadczeniem. Dwa dni po Wierzchowinach dopadli ten dwustuosobowy oddział i w trwającej kilkanaście godzin bitwie wybili do nogi. Jeńców nie brali, rannych chyba dobijali, zginęło stu siedemdziesięciu partyzantów, odbito ten samochód pancerny i te działka. Straty Rosjan wyniosły sześciu poległych i jedenastu rannych”. Właśnie, gdyby nie „zaczepili” Rosjan. Przypomnę, iż mieli oni zakaz włączania się do walk wewnętrznych- z przestrzeganiem bywało różnie, zasadniczo się stosowali, co potwierdza w opracowaniach np. prof. Rafał Wnuk. Natomiast kilka przykładów bandyckich wyczynów „zbrodniczych band” na Dolnym Śląsku, przypomniał prof. Zbigniew Wiktor (DT, 24-26 kwietnia 2020). Ocena działalności podziemia Poddaję Państwu pod rozwagę – czy atakując przedstawicieli władzy, administracji, np. sołtysów, starostów, można było w ten sposób zmusić do demokratycznego sprawowania władzy? Wniknijcie Państwo myślą w głoszone dziś oceny o walce z „komuną”, zastanówcie się- czy oni byli „komuną”? Przecież wtedy w latach 1944- 1950, byli to ludzie we wsiach, miasteczkach umiejący czytać i pisać, po 2-4 klasach przedwojennej szkoły. Potrafili się sensownie „wygadać”, umieli napisać pismo do gromadzkiej rady narodowej (gminy) np. w sprawie podatku, którego chłop nie mógł zapłacić jednorazowo, by rozłożono na raty – pisał mój Ojciec. Były przypadki zabijania wiejskich nauczycieli, traktując ich jako „propagatorów komuny”, a nie jako ludzi niosących „kaganek oświaty”- jak to rozumieć? Dziś apologeci „zbrodniczych band” podnoszą, że podziemie atakowało posterunki MO, więzienia, „kazamaty komuny”. Zgoda, tak było. Zapytam- kto tam trafiał? Przecież, dla przykładu- komendantem MO w Nowym Targu był Józef Kuraś, ps. „Ogień”. Potem „robotę porzucił” i zajął się „obroną wolności” lub „krzewienia demokracji”- przyjmijcie Państwo wg własnego uznania! Przypomnę powyższy dowód -10 grudnia 1945 w Ostrowsku, na słupie telegraficznym powieszono ciężarną Katarzynę Kościelną, z d. Remierz, bo w rozmowie z sąsiadką nazwała „Ognia” bandytą. Wymierzył więc „karę” za obrazę „takiej władzy”. Kto powie, że „nie słuszną”? Co myśleć o sąsiadce? A napady rabunkowe, za co jego rabusie- bandyci złapani przez MO i KBW trafiali do więzień. Pytam – czyżby niesłusznie? Jednakże w MO, w niewielkiej liczbie byli przedwojenni policjanci, ale głównie zdemobilizowani wojskowi oraz „młody narybek” ci, którzy umieli czytać i pisać, proszę sięgnąć do przedwojennej ustawy o policji i zobaczyć, że to był podstawowy warunek naboru. Uparcie pytam- to też była „komuna”?

Więzienia. Były zapełnione częściowo np. przez chłopów nie mających pieniędzy na podatek, pomówieni w różnych waśniach, często bici trzymani kilka tygodni i zwalniani -znam od Ojca. Były sadystyczne przesłuchania, nie wyłączając tortur. Oto przykład – jeden z wielu. Żona płk Janusza Przymanowskiego (Autor „Czterech pancernych”)- Maria Hulewicz, b. sekretarka Mikołajczyka. Za próbę ucieczki przez granicę skazana na 7 lat więzienia, była torturowana, zmarła w 1978 r. Takie „praktyki” władzy, „sądowe morderstwa” należy ocenić jednoznacznie- ból i cierpienie, często nie zawiniona krzywda. Błąd, który zamiast odstraszać „rodził” przeciwników, a nie zwolenników. Jednakże główny „skład” przetrzymywanych, to członkowie właśnie „zbrodniczych band”. Kto to był? Głównie młodzi chłopcy, zwiedzeni „patriotyczną, narodową” propagandą różnych miejscowych oddziałów, nie rozróżniający ich politycznej orientacji, bo kto miał im objaśniać. Najczęściej pochodzili z wiejskiej i miejskiej biedoty, z „pańskich czworaków”, mieli w znacznej części od 16-25 lat. Dla przykładu, chyba w 2008 r. dowiedziałem się od gen. Wojciecha Jaruzelskiego, że prof. Zdzisław Sadowski, mający niepodważalne zasługi w przygotowaniu i wdrażaniu reformy gospodarczej- obok prof. Władysława Baki, Zbigniewa Madeja, jako 16-latek był w NSZ. Szczęśliwie objęła go amnestia, trafił na studia. Wywiad z Profesorem na początku 2018 zamieścił Przegląd. Nie sposób go czytać, by uniknąć refleksji. Ocena generalna Dostępna literatura, środowiskowe rozmowy, dyskusje i przemyślenia oraz publikacje prasowe np. na łamach Trybuny, Gazety Wyborczej i Przeglądu, za które serdecznie dziękuję Redaktorom Naczelnym i Redakcjom dają faktograficzne podstawy, by działalność podziemia oceniać jako zbrodniczą. Nieliczne zachowania mające znamiona poprawności należy nie tylko dostrzec. Należy je pamiętać! Ale nie przesłonią okrucieństw zadawanych bezbronnym ludziom – dzieciom, kobietom… „Uświęcanie” tych zbrodni czyni Polaka bezdusznym. Było to podziemie samozwańcze. Władza ogłosiła dwie amnestie- w styczniu 1945 i dwa lata później, w lutym 1947. Dlaczego z tego nie skorzystano? Można nie było szanować, nie „uważać za władzę”. Była daleko, w Warszawie. Wojna się skończyła, należało „urządzić siebie w cywilu”, także podwładnym dać zacząć normalne życie. Osobliwe wyjaśnienie tej zawiłości spotkałem u Hieronima Dekutowskiego, „Zapory”-„Amnestia jest dla przestępców, a my jesteśmy Wojsko Polskie”.

Zastanówcie się Państwo. Skoro tak, dlaczego to „Wojsko” nie zgłosiło się do pokojowej służby? Czyżby miał „coś” na sumieniu, a może podwładni też popełniali przestępstwa? Podczas wojny był w AK, która od stycznia1946 r. była rozwiązana. Czy jestem w błędzie uważając „jego Wojsko” za samozwańcze? Na obronę jego myślenia może przemawiać tylko propagandowe oddziaływanie, docierające ze Wschodu i Zachodu, z różnych politycznych ugrupowań, gdzie trudno doszukać się prawdy. Fakty z działalności zbrojnego podziemia wtedy, lata 1944-1947 i później, nie dają podstaw do pozytywnych ocen, tym bardziej ubranych w„patriotyczny garnitur”. Zachęcam Państwa do namysłu nad naszą „krwią pisaną” przeszłością. Temu celowi będą służyć kolejne teksty. Co możemy uczynić, by obiektywna prawda, nawet bolesna dla naszego poczucia dumy i godności narodowej, zajęła właściwe jej miejsce w wychowaniu młodego pokolenia? Proszę- pomyślcie Państwo!

Warszawa, 21 stycznia 2021

Edward Babiuch (1927-2021)

2 lutego 2021 roku zmarł Edward Babiuch, od lutego do sierpnia 1980 roku prezes Rady Ministrów PRL.

Urodził się w rodzinie górniczej 28 grudnia 1927 w Grabocinie (obecnie część Dąbrowy Górniczej). Od 1969 roku poseł na Sejm PRL – V, VI, VII i VIII kadencji, członek Biura Politycznego KC PZPR w latach 1970–1980, w latach 1972–1980 – członek Rady Państwa (od 1976 zastępca jej przewodniczącego). W latach 1953–1955 był słuchaczem w Szkole Partyjnej przy KC PZPR, studiował też w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Od 1948 roku był członkiem Polskiej Partii Robotniczej, a następnie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1949-1955 pracował w aparacie organizacyjnym Związku Młodzieży Polskiej, następnie w aparacie Komitetu Centralnego PZPR (od 1955 do 1959 był w nim instruktorem Wydziału Organizacyjnego). W latach 1959–1963 pełnił funkcję sekretarza Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR i kie jego Wydziału Organizacyjnego. W 1964 roku został członkiem KC. W latach 1963–1965 był zastępcą kierownika Wydziału Organizacyjnego KC, redaktorem naczelnym „Życia Partii”, w latach 1965–1970 – kierownikiem Wydziału Organizacyjnego KC. Jako bliski współpracownik Edwarda Gierka zmuszony został do odejścia ze stanowisk państwowych i partyjnych, w październiku 1980 odwołany z KC, a w lipcu 1981 wykluczony z partii przez IX Zjazd. Na wezwanie plenum KC zrezygnował także z mandatu poselskiego w grudniu 1980 roku. W Sejmie był przewodniczącym Komisji Obrony Narodowej (1971–1972) oraz przewodniczącym Klubu Poselskiego PZPR (1972–1980). W latach 1971–1981 był także członkiem prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu. W stanie wojennym wraz z innymi przywódcami z poprzedniej ekipy internowany.

Mieczysław Wojtczak, w latach siedemdziesiątych I wiceminister Kultury i Sztuki, szef Kinematografii:
Edwarda Babiucha poznałem w 1949 roku, jeszcze jako młody pracownik Polskiej Agencji Prasowej i miałem okazję utrzymywać z nim kontakty, a także obserwować go w różnych sytuacjach w jego działaniach oraz decyzjach. Jego biografia była ściśle związana z PRL, w tym także z najtrudniejszymi momentami jej historii. Znałem jego troskę o sprawę budowy socjalizmu, co mogę podkreślić z pełnym przekonaniem. Przez długie lata nie należał do tzw. głośnych polityków, działaczy, nie należał do grupy ostro walczących o swoją pozycję, pozostawał w cieniu, zachowywał rezerwę, dystans, ale potrafił wywierać wpływ na bieg zdarzeń i sprawy kraju. To spowodowało, że w ostatnim okresie swojej działalności stał się jednym z głównych decydentów.

Ciocia Janina. Demagogia i nieuczciwość intelektualna

O „Ludowej historii Polski” Adama Leszczyńskiego.

Lewica nie znosi polemik. Ostatnio nawet Bolesław Jaszczuk (junior) zajmując stanowisko w sprawie Grudnia 70 rozpoczął swoją wypowiedz od znaczącej deklaracji: „Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w „Trybunie”, ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania własnego zdania”.

Co by nie powiedzieć o „prawie do wyrażania własnego zdania” ma ono to do siebie, że w praktyce musi mieć ono bardzo warunkowy charakter, ponieważ nie wszystkie zdania są ze sobą równoważne. Co więcej nie wszystkie powinny być wyrażane jako, że istnieją zdania niekompetentne i niepoważne, których wyrażanie jest wyrazem osobliwego samozadowolenia autorów a niekiedy stanowią cyniczną manipulację. Są one pozbawione obiektywnej wartości a czasem wręcz wołają o przysłowiową „pomstę do nieba”. Tak się jednak składa, że w takich sprawach niebiosa milczą i może to nawet lepiej, bo gdyby np. pana Leszczyńskiego za rzeczy, które wypisuje w swojej ”Ludowej historii Polski” dopadł „grom z jasnego nieba” to byłoby nieludzkie nawet jeżeli byłoby głęboko sprawiedliwe. Milczenie niebios składa na śmiertelników obowiązek poszukiwania prawdy nawet jeżeli to wywołuje znienawidzoną przez lewicę dyskusję, czy o zgrozo, polemikę.

Tak się złożyło, że ze względów merytorycznych w książkę pana Leszczyńskiego się zaopatrzyłem, zapoznałem z nią, a nawet pomyślałem aby w wolnej chwili coś o niej napisać. Niestety przyroda nie znosi próżni i oto w „Trybunie” z 25-26 stycznia na stronie 12 pan Krzysztof Lubczyński zachwycił się opracowaniem pana Leszczyńskiego. To co spisał pan Lubczyński spowodowało, że poczułem się wręcz „zgwałcony” do zabrania głosu. To co jestem w stanie napisać w biegu, oczywiście, jest dalekie od doskonałości ale mam nadzieję, że cokolwiek wyjaśni.

Chciałbym stwierdzić na wstępie, że pan Lubczyński ma prawo zachwycać się książką pana Leszczyńskiego. Książka ta uderza w czuły punkt współczesnych konfliktów społecznych. Leszczyński stara się w niej rozegrać po swojej myśli bezsilną wściekłość współczesnego prekariatu wobec wyzysku realizowanego pod auspicjami wielkich korporacji. Książka ma się podobać panu Lubczyńskiemu i się mu podoba.

Tak więc pan Lubczyński ma pełne prawo zachwycać się opracowaniem pana Leszczyńskiego, nie ma natomiast prawa określać, tego czegoś, jako uprawiania nauki ani tym bardziej jako jakiegoś osiągnięcia naukowego bo na nauce najwyraźniej się nie zna i nie ma pojęcia o czym mówi, co będzie przedmiotem dalszych rozważań.

Nieprawdziwa jest w odniesieniu do „zagadnień metodologicznych historiografii” już teza wyjściowa recenzji: „Koncentrowanie się na wielkiej polityce – sojuszach, przemarszach armii, paktach, sejmach i dyplomatycznych intrygach – usuwa w cień to, co jest fundamentalne w przeszłości: odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”.

Po pierwsze istnieją od dawna takie obszary historii jak historia społeczna i historia gospodarcza zajmująca się tymi kwestiami i mające uznany dorobek. Po drugie co najmniej dyskusyjną jest teza, że „fundamentalne w przeszłości (jest): odsłonienie przed oczami czytelnika postaw społeczeństwa, zorganizowanych wokół systematycznej przemocy i ucisku oraz ekonomicznej gry związanej z podziałem władzy i zasobów”. Jeżeli coś jest tu fundamentalne to nie tylko „podział władzy i zasobów” ale również ich wytwarzanie.

Co byśmy nie powiedzieli o historii wyzysku i przemocy to jedno jest pewne, że mają one znaczenie również dla wytwarzania dóbr i co więcej właśnie jako czynnik sprzyjający ich wytwarzania znajdują swoje najbardziej oczywiste uzasadnienie. Nie trzeba sięgać do żadnych mitów, żeby się dowiedzieć, że to dzięki wyzyskowi stały się możliwe cywilizacja i kultura. Że, to wyzyskiwacze stworzyli świat, w którym osiągnęliśmy obecny poziom rozwoju społecznego, poziom wiedzy, techniki, kultury, itd. itp.

W sumie w dzisiejszym świecie o wiele łatwiej jest uzasadnić przemoc i wyzysk niż je zakwestionować. Znane z czasów rewolucji francuskiej powiedzenie „niech zginą sztuki piękne jeżeli stoją na drodze równości” (wolny przekład) jest raczej wyrazem bezsilności radykałów niż sensowną alternatywą dla istniejących stosunków. Żeby sensownie uzasadnić zniesienie stosunków wyzysku i przemocy, jak pokazuje wysiłek teoretyczny Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, trzeba się było solidnie napracować. Stworzyć metodologię, analizować rożne wymiary życia społecznego itp. itd. Warto też zwrócić uwagę że uzasadnienia wyzysku i przemocy były i są tworzone nieustannie na gruncie tak filozofii jak i nauk społecznych. Kpiną w żywe oczy z wszelkich naukowych standardów jest udawane że tego wszystkiego nie ma i, że dyskusja ogranicza się do przypowieści ze Starego Testamentu o ukaraniu Chama i archaicznych mitologii podboju.

Gdy chodzi o przemoc i wyzysk to przedmiotem dyskusji jest z reguły nie samo ich istnienie ale zakres i sens (racjonalność). Tak się bowiem składa, że a Zachodzie Europy mamy do czynienia z walką klas (niekoniecznie uciskanych z uciskającymi ale również grup wyzyskiwaczy np. feudałów z burżuazją), która stymulowała rozwój gospodarczy i cywilizacyjny. W przeciwieństwie do tej sytuacji w Polsce mamy do czynienia z modelem, w którym eskalacja wyzysku i przemocy prowadziła do irracjonalnego wręcz marnotrawstwa i samounicestwienia struktur państwa mającego to panowanie gwarantować. Można powiedzieć, że marnotrawny wyzysk feudalny zastąpiły w Polsce wyzysk i przemoc ze strony kapitału „nie mającego ojczyzny”, który dużą część wyzyskanych środków wywoził z kraju i jeżeli inwestował to już gdzie indziej. Ten obszar historii w poważnej polskiej historiografii opisywany był i jest wielokrotnie poczynając od pierwszego tomu „Historii Polski w zarysie” Michała Bobrzyńskiego prezentującego feudalny wymiar tej historii, po najnowsze badania Tadeusza Klementewicza analizującego kwestie uzależnień kapitalistycznych.

Zasadniczy problem metodologiczny tzw. „Ludowej historii Polski” pana Leszczyńskiego polega na jej dziennikarskiej metodzie narracji. Autor opisuje setki konkretnych przykładów uznawanych przez siebie za istotne zjawisk przemycając jakieś uogólnienia w tle i komentarzach. Opis tego rodzaju umożliwia „bardzo swobodne” operowanie faktami i bardzo swobodne operowanie czasem historycznym. Autor konstruuje swoje „narracje” w sposób całkowicie dowolny uniemożliwiając przy tym jakąkolwiek ich obiektywizację. Rzekome „bogactwo” faktograficzne jest jedynie ostentacyjnym lekceważeniem jakiejkolwiek dyscypliny intelektualnej, rzetelności naukowej a nawet zwykłej przyzwoitości. Zajmowanie się szczegółami wymagałoby tomu, nie mniejszego rozmiarami, niż rzeczone „dzieło” pana Leszczyńskiego.

Warto jednak zwrócić uwagę, że apogeum tych operacji koncentruje się na PRL. Ponieważ PRL (1944-1989) jest okresem w „historii ludowej” Polski najbardziej niezwykłym i najbardziej dynamicznym pan Leszczyński wkłada najwięcej wysiłku, żeby wpisać go w swoją tezę że w ciągu ostatnich dwustu lat w sytuacji ludu niewiele się w Polsce zmieniło i był on ciągle był przez elity wykorzystywany, wyzyskiwany i traktowany paternalistycznie.
Mamy więc wstrząsający obraz przemysłu PRL jako machiny eksploatacji gorszej niż przed wojną! Płace były niższe, świadczenia symboliczne a opisywana przez Milovana biurokracja Dżilasa tarzała się w dobrobycie i przywilejach „za żółtymi firankami”.. Problem tego, że przed ową wojną robotnicy przemysłowi stanowili niezbyt liczną grupę społeczną będącą w sumie elitą robotników natomiast ogromna część robotników z PRL to ludzie, przed wojną, na wsi zbędni, którzy przed wojną stanowili ukrytą armię bezrobotnych, i z tej chociażby, perspektywy poziom życia przed wojną i po wojnie wygląda zupełnie inaczej panu Leszczyńskiemu umyka. Industrializacja i historyczne przekroczenia granicy między społeczeństwem rolniczo-przemysłowym a przemysłowo-rolniczym to też rzeczy niegodne poważnych rozważań z punktu widzenia „historii ludowej” skupionej na wyzysku i przemocy.

Kwestią zlekceważoną, jako tzw. „wojenna obsesja bloku socjalistycznego” (s.484) jest też to, że istnienie Polski w powojennej Europie kosztowało. I to bardzo dużo. I musiało kosztować. Hilary Minc ponoć lubił powtarzać nawiązując do 1939 roku „Dzisiaj nasze niebo nie jest puste”. W październiku 1956 roku o kierunku rozwoju wydarzeń w Polsce nie zadecydowała wola Sekretarza KPZR Chruszczowa, ale konfrontacja między polskimi wojskami pancernymi a polskim lotnictwem. To wszystko kosztowało bardzo dużo, ale czyniło PRL w stosunku do II RP, państwem zdolnym do życia i żyjącym. Nie był to ideał ludowego dobrobytu z grafomańskiego „Listu” panów Kuronia i Modzelewskiego ale państwo, które trwale zakorzeniło się w Europie. Do dzisiaj od tego „peerelowskiego wyzysku” odcinamy kupony. To nie zrobiło się samo. To że „elita” czy też „biurokracja”, czy też „komuniści” byli pierwszą grupą przywódczą od pięciuset lat, która popchnęła Polskę do przodu odwracając dziejowy trend niemożności i nieudacznictwa, też okazuje mało istotne w historii cierpiącego katusze polskiego ludu.

To co pan Leszczyński wypisuje o industrializacji to przysłowiowe „małe miki” w stosunku do rozdziału „reforma rolna i kolektywizacja”, który sugeruje, że nieudana kolektywizacja zakończyła historię wsi z PRL-u gdyż potem już wiele się nie zdarzyło. To że historia ludu wiejskiego w PRL kończy się na nieudanej kolektywizacji jest niczym wobec tego czym się zaczyna. A zaczyna się opowieścią o nieszczęsnej „Cioci Janinie” (s. 497) właścicielce ziemskiej majątku przejętego pod przymusowy zarząd przez Niemców, znoszącej swój los z chrześcijańską pokorą i arystokratycznym wdziękiem. Historia o „Cioci Janinie” budzi nieodparte skojarzenia z historią pudla Gagi w pałacu na Ukrainie, opowiedzianej w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego, nie ma w niej jednak ironicznego komentarza Cezarego Baryki, a pełna grobowa powaga.

Zejście „Cioci Janiny” ze sceny historycznej było tylko częścią większej historycznej zmowy „totalitaryzmów”!: „ W ten sposób dokonywał się ostatni akt wielowiekowej historii polskiego ziemiaństwa: Na Kresach wywłaszczyli je ostatecznie po upadku II RP sowieci (oczywiście z małej litery – A.C.), na ziemiach wcielonych do Rzeszy – hitlerowcy, a reszty „likwidacji klasy wyzyskiwaczy” dokonała reforma rolna przeprowadzana od lata 1944 przez zwycięskich komunistów”(s. 498). No cóż biedni „wyzyskiwacze” (oczywiście w pazurkach). Nec Hercules contra plures. Z taka szatańską nawałą nie potrafiła sobie poradzić nawet arystokratyczna dobroć i godność „Cioci Janiny” a co dopiero jakieś obrzyny „żołnierzy wyklętych”.

Tego, co wyprawiali komuniści z reformą rolną nie sposób nawet streścić i masochistom pozostaje to przeczytać. Generalnie komuniści nad ludem wiejskim podobnie jak nad robotniczym znęcali się, mówiąc słowami pewnego PRL-owskiego pisarza jak „małpa nad sałatą”. Na szczęście z przysłowiowych czterech czarnych liter PRL lud roboczy wyzwoliła nowa idea. Jak pisze w ostatnich dwu zdaniach podstawowej narracji opracowania autor: „Komitet Obrony Robotników, założony przez grupę inteligenckich dysydentów po zamieszkach w Radomiu i Ursusie 1976 r., mówił o prawdziwym interesie robotników i opresji władzy. „Solidarność” zaadoptowała dużą część tych ideałów uczyniła z nich paliwo masowego, który zadał reżimowi śmiertelny cios” (s. 523).

Niestety w tym fascynującym miejscu narracja się urywa gdyż zdaniem autora zaczyna dotyczyć faktów zbyt świeżych i zbyt znanych, żeby o nich pisać. No cóż, być może jest to kwestia wrodzonej skromności autora a być może, nie umiejętności przestawienia się z obrazów niedoli i cierpień na obrazy radosnej szczęśliwości wynikającej z realizacji „prawdziwych interesów” nie tylko robotników, ale w ogóle „Ludu pracującego miast i wsi” wypływającej z nieśmiertelnego dorobku intelektualnego Komitetu Obrony Robotników. Czyż bowiem można sobie wyobrazić bardziej służący „prawdziwemu interesowi” robotników niż nieśmiertelny „plan Balcerowicza” i większe szczęście niż zapychanie „kuroniówki”?

To, ze autor nie potrafi oddać niepowtarzalności smaku kuroniówki wynika z kolejnego dość istotnego błędu metodologicznego, czy też ewidentnej niedoskonałości warsztatowej. Otóż pojęcie lud zrobiło karierę dzięki rewolucji francuskiej i ludowym powstaniom przeciwko armiom Napoleona. Tym co było wspólne obu tym zjawiskom była wyraźna podmiotowość warstw niższych, która rozbudziła różne nadzieje i obawy. Lud stał się przedmiotem intensywnych badań naukowych. W naukach społecznych, ekonomicznych, historycznych i politycznych bliższe przyjrzenie się „ludowi” doprowadziło do rozczarowania gdyż „lud” okazał się formacją o rozbieżnych, często sprzecznych interesach, nie zdolną do sensownych działań na dłuższą metę. W konsekwencji „lud” stracił znaczenie teoretyczne na rzecz znacznie efektywniejszych kategorii jak klasy i warstwy. (Stąd zresztą obecna moda na „lud” w naukach społecznych czy politycznych jest oczywistym regresem).

Inaczej jednak potoczyła się historia „ludu” w naukach o kulturze. Tutaj lud rozgościł się na trwałe i zajął uprzywilejowaną pozycję. Badania kultury ludowej, poezji ludowej, literatury ludowej, obyczajowości ludowej, muzyki ludowej, mentalności ludowej, wyobraźni ludowej, sprawiedliwości ludowej, religijności ludowej, antysemityzmu ludowego itd. itp. stało się obszarem niezwykle płodnych badań ukazujących, rzeczywiście pewne cechy wspólne charakterystyczne dla warstw niższych przynależących do danego społeczeństwa.

Jest rzeczą znamienną, że całe to wręcz niewyobrażalne bogactwo nie znajduje książce pana leszczyńskiego żadnego odbicia. Lud cierpi podlega wyzyskowi, przemocy, ale nie mówi, nie myśli, nie śpiewa, nie kładzie uszu po sobie, nawet nie warczy jak w „Ferdydurke” Gombrowicza. Za lud mówią najczęściej „Ciocie Janiny” albo dokumenty. Ta oczywista słabość ma nie tylko historyczny wymiar i dotyczy nie tylko pana Leszczyńskiego.
Kiedy na gruncie nauk społecznych czy politycznych mówimy dzisiaj o „populizmie” jakoś omawiając specyfikę tego zjawiska nie zwracamy uwagi na to że nazwa bezpośrednio odsyła nas do naszego drogiego „ludu”. Ten odsyłacz w przypadku rozumienia współczesnej polityki czyni ją bardzo bliską dorobkowi nawet niekoniecznie najnowszej etnografii i etnologii.
To w populizmie mamy odrodzony wściekły lud ujawniający swoje wszystkie niezbyt sympatyczne cechy sięgające od fascynującej Brzozowskiego ludowej reakcji 1799 po niedawny szturm na Kapitol.
Gdyby pan Leszczyński spojrzał na lud i ludowa historię polski oczami etnografa czy etnologa zobaczyłby taki właśnie wściekły lud, któremu akuratnie nie posmakowała kuroniowka i nie przekonały wzniosłe idee Adama Michnika. Zobaczyłby ludową „biopolitykę” pięćset plusa, zobaczyłby ludowe prawo i ludową sprawiedliwość. Ludową muzykę disco-polo. Ludowy nacjonalizm i ludową” plemienność”. Ludowy antysemityzm i ludową religijność. Januszów i Grażyny, Sebiksów i Dżesiki którzy wreszcie ruszyli po swoje.

Gdyby pan Leszczyński poważnie traktował swoje dzieło zauważył by coś jeszcze co niby klamra spina jego wizję dziejów. Rozpoczyna on historię ludu od przekleństwa spadającego na biblijnego Chama i jego potomków. Tym co dzieje się na naszych oczach jest zdjęcie tej historycznej klątwy. Mamy oto Prezydenta Maliniaka, Premier Szydło i Premiera Pinokio, Prezesa Obajtka, stare i młode chamstwo w dowolnych wyborach i konfiguracjach, chamstwo w mediach, chamstwo w kulturze. Brakuje nam tylko nowego Adama Ważyka, który do starego wiersza „Lud wejdzie do śródmieścia” dodałby wchodzącego tam Chama.

Nie wiem jak długo potrwa obecny karnawał Ludowości sprowokowany przez głupotę antysocjalistycznej opozycji, której się wydawało i wydaje, ze sprawowanie władzy to sama przyjemność i bebefity ale sadząc po ostatnich prośbach o powrót Donalda Tuska może to jeszcze potrwać.
Niezależnie od dalszego rozwoju wydarzeń książka pana Leszczyńskiego jest żałosną karykaturą przyzwoitego uprawiania nauki.

Natomiast, jak sądzę, warto pamiętać o jednej rzeczy. Nie każdy lubi publiczne wspominki o tym, jak to go silniejsi chłopcy bili na podwórku, jak to musiał się opłacać w szkole żeby mu dano spokój itd. itp. Być może polski lud nie lubi jak mu się wypomina dawną słabość i cierpienia i woli słuchać zupełnie innych bajek, jaki to był piękny i młody, jak to tłukł wszystkich w okolicy, iluż to bohaterskich czynów dokonał itd. itp. Może wyjść z założenia, ze klient nasz Pan i poszukać jakiejś nowej formuły politycznej pisaniny.

O powstaniu wielkopolskim

Fakty historyczne wskazują na ścisły związek powstania wielkopolskiego z wybuchem w listopadzie 1918 roku rewolucji w Niemczech.

Wiele wskazuje na to, że gdyby nie insurekcja robotnicza i żołnierska w państwie Wilhelma II, powstanie wielkopolskie by nie wybuchło, a w każdym razie, nie miałoby najmniejszych szans na zwycięski finał. Już w styczniu 1918 roku doszło do któregoś z kolei strajku generalnego w Niemczech. Ten objął swoim zasięgiem również Wielkopolskę. Poza postulatami socjalnymi, domagano się zakończenia wyniszczającej wojny. Na zrewoltowanych obszarach, także w poznańskiem, powoływano rady robotnicze i żołnierskie.W dokumentach historycznych podkreśla się, że rady te miały zróżnicowany politycznie i narodowo charakter; w Wielkopolsce przybrały koloryt niemiecko – polski. Rady faktycznie przejmowały władzę w kraju, wprowadzając przy tym reformy socjalne, np. 8-godzinny czas pracy. Na ziemiach pozostających we władaniu II Rzeszy Niemieckiej dochodziło do zasadniczej odmiany stosunków społecznych. U schyłku grudnia 1918 roku większość zbuntowanych garnizonów niemieckich opuszczała swoje miejsca stacjonowania, co skutecznie osłabiło ich zdolność do przeciwstawienia się polskiemu żywiołowi.

Okoliczność ta sprzyjała zasadniczo spontanicznemu zrywowi Wielkopolan, który wybuchł 27 grudnia 1918, dając asumpt ludowemu powstaniu przeciwko niemieckiemu zaborcy, co doprowadziło do zdobycia pełni władzy, następnie do jej politycznego przejęcia przez odcinającą się od głębokich reform społecznych Narodową Demokrację. Sprawczo ważny rewolucyjny i lewicowy wątek powstania Wielkopolan w grudniu 1918 przeciwko pruskiemu zaborcy jest rytualnie pomijany- przemilczany – w polityce historycznej poszczególnych ekip rządzących Polską po 1989 roku. Nie pasuje on zwłaszcza sfanatyzowanej, nacjonalistycznej prawicy Prawa i Sprawiedliwości. Zakłamywanie historii – ze szczególnie karykaturalnym wzmożeniem pod rządami PiS – należy do politycznej normy zarządzania zasobem faktów opisujących nasze dzieje. Ofiarą takiego podejścia stało się również, ze szkodą dla prawdy, Powstanie Wielkopolskie, o czym warto i należy pamiętać.

Wojsko Polskie w Grudniu 1970

„Nasze Wojsko nie było żądnym krwi żołdactwem. Akt oskarżenia unikając ustaleń sprawstwa bezpośredniego oraz przypadków obrony koniecznej, w istocie rzeczy znieważa żołnierzy, czyni z nich anonimowych, bezwolnych siepaczy… Gdyby nie Wojsko, o ile więcej krwi by się przelało?… Stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Gdy Państwo Czytelnicy otrzymacie ten tekst, będziecie po obejrzeniu dokumentalnych filmów w TVP, prezentujących sytuację niejako w dwóch ujęciach: „na miejscu”- w miastach Wybrzeża. W „centrali”, czyli fragmenty rozmów, podejmowanych decyzji w MSW i informacji o decyzjach Władysława Gomułki w Warszawie. Zważywszy na tytuł publikacji- nie negując ani pomijając roli MO, ZOMO, MSW, zatrzymam Państwa uwagę na „obrazach z miast” i organów decyzyjnych, gdzie wiele razy przewijały się pojazdy wojskowe- transportery TOPAS i SKOT, czołgi i samochody oraz żołnierze, zarówno w budynkach, np. KW PZPR i na ulicach, wśród nich dowódcę 7 Dywizji Desantowej- wtedy płk Tadeusza Urbańczyka z grupą oficerów. Na zdjęciach widać żołnierzy używających broni palnej- strzelających z powietrze z okien budynku KW PZPR w Gdańsku, pod bramami stoczni i na ulicach- także strzelających z powietrze.

Treść publikacji oparłem na dokumentach i materiałach procesu sądowego, jaki został wytoczony za „Wydarzenia na Wybrzeżu”. Eksponuję oskarżenie gen. Wojciecha Jaruzelskiego z grupą oficerów. Być może, że do tego procesu będzie trzeba wrócić w późniejszym czasie- na życzenie Państwa, pokazując jego „całokształt”. Nie muszę mówić, że ta materia, zarówno z uwagi na specyfikę „języka sądowego”, szczegółowość opisu zdarzeń, ale także zdumiewających Czytelnika pominięć i przeinaczeń Prokuratury w akcie oskarżenia-niezwykle jest zawiła, trudna do przedstawienia „zrozumiałym językiem”. Namiastkę tego spotkają Państwo w dalszej treści publikacji. Zachęcam do przeczytania w pierwszej kolejności publikacji prof. Jerzego Wiatra, który – jak zawsze, na łamach Trybuny- prezentuje oceny faktów i zdarzeń, skłaniając Czytelnika do- potocznie mówiąc-„wyrabiania zdania”. Nie tyle dla siebie, co na użytek naszych dzieci i wnuków, by uczyć ich „historycznej wyobraźni”, poznawania „politycznego rodowodu i tła” tych wydarzeń oraz poczucia odpowiedzialności za Ojczyznę. Profesor czyni to zachęcająco, także do sięgnięcia po ten tekst -ale w drugiej kolejności. Też do innych publikacji prasowych oraz uważnemu przyjrzeniu się widowisku „Anioły Grudnia”- ciekawe „jakie i czyje”.

„Kto kazał strzelać?”

Obok politycznego, a dziś po 50 latach, chcąc „przypodobać się”(?) różnym krytykantom – powiedzielibyśmy „partyjnego” (wiadomo jakiej partii) tła i rodowodu wydarzeń na Wybrzeżu, czołową pozycję zajmuje pytanie- kto kazał strzelać i kto zdecydował o wyprowadzeniu Wojska na ulice. Nie trzeba wyjaśniać, że pierwsza część obejmuje MO, która miała wprawdzie prawo użycia broni, wobec ewidentnych zbrodniarzy, nie zaś wobec ulicznych wystąpień zbiorowych. Stąd MO, ZOMO i Wojsko-właśnie przy zbiorowych wystąpieniach ulicznych. Nie trzeba daleko szukać odpowiedzi- jest w powszechnie dostępnych materiałach. Podczas narady o godz. 9.00, 15 grudnia 1970 r., Władysław Gomułka zdecydował – w „obliczu brutalnego pogwałcenia porządku publicznego, masakrowania milicjantów, należy użyć broni wobec napastników, przy czym strzelać w nogi”- (akt oskarżenia). Uczynił to po informacji z MSW o zajściach w Gdańsku 14 grudnia (środa), w tym podpaleniu budynku KW PZPR i zagrożeniu w nim ludzi, niszczeniu mienia, np. samochodów strażackich, sklepów i rabunkach; 2 zabitych i wielu rannych milicjantów, ataku na Komendę Miejską MO, wtargnięcie tłumu do budynku i groźbie zabrania broni. Atak na komendę MO, opisał Lech Wałęsa w książce „Droga nadziei”, Wyd. Rytm, 1988. Oto fragment-„Ludzie podzielili się na dwie grupy. Jedna grupa poszła na Świerczewskiego, na komendę MO, druga zaś w stronę dzisiejszego budynku LOT. Widzę, że milicjanci mają ochotę z nami zacząć, ale chyba się wahają i dlatego cofają się. Wyprzedziłem ludzi i mówię do tych milicjantów: panowie, przed chwilą był akcja pod stocznią. Tam milicjanci dostali po łbach., dostaniecie i wy. Wycofajcie się, jak nas nie przepuścicie, potłuczemy i was. Posłuchali i powoli się wycofali… w tym czasie tłum dotarł już przed budynek komendy. Rzuca kamieniami, lecą szyby. Milicjanci stojący w oknach są zaskoczeni. Są wśród nich ranni. Leje się krew”. Pojawia się pytanie – czy, nawet po 50 latach mielibyście, obawy przed wydaniem takiej decyzji w Warszawie? Proszę zauważyć- po „telefonicznym opisie” zajść ulicznych w Gdańsku. Na ile wiarygodnym, precyzyjnym, a na ile emocjonalnym? Ktoś powie- może nie tyle do samej decyzji, co jej wykonania. Racja- co innego, patrzeć z boku, z dystansu czasu, przy odpowiednim nastawieniu do „tamtej władzy i milicji”, co innego samemu wykonywać taką decyzję, będąc obrzucany kamieniami, gdy obok ranni są koledzy. Ale takie dywagacje można toczyć bez końca. Raz jeszcze odwołam się do filmu dokumentalnego. Odniosłem wrażenie, że „dość oszczędnie” pokazuje zachowanie tłumu wobec MO i Wojska, poza budynkiem KW PZPR i komendy MO nie widać zniszczeń – może redaktorzy nie mogli „wszystkiego dojrzeć” i sfilmować, może…

Zeznając przed Sądem Generał stwierdził- „Na wciąż medialnie eksponowane pytanie: „Kto kazał strzelać?” wyraźną odpowiedź dał sam Władysław Gomułka w liście do Biura Politycznego KC PZPR z 27 marca 1971 roku, znajdującym się w aktach sprawy i przywołanym przeze mnie przed Sądem 12-13 marca 2002 r. Potwierdził to premier-przewodniczący Komitetu Obrony Kraju Józef Cyrankiewicz- w znajdujących się również w aktach sprawy oświadczeniach – m.in. stwierdzając, że decyzję Władysława Gomułki przekazał osobiście wyznaczonemu na Szefa Sztabu Lokalnego w Gdańsku, gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu (Główny Inspektor Obrony Terytorialnej- Sekretarz Komitetu Obrony Kraju). Przypomnę, że w znajdującym się w aktach sprawy oświadczeniu z 2 czerwca 1971 r., gen. Korczyński pisze: „O godzinie 9.50 (15 stycznia 1970 roku) tow. Cyrankiewicz poinformował mnie telefonicznie, że decyzją Biura Politycznego zezwolono na użycie broni, przyznając jednocześnie dowódcom jednostek pododdziałów prawo, zależnego od sytuacji rozstrzygania o jej zastosowaniu. Decyzję tę przekazałem dowódcom jednostek, rygorystycznie zastrzegając jednocześnie, aby przy konieczności użycia broni przestrzegać określonych bezpieczników”. W protokole z przeprowadzonej z nim przez Komisję rozmowy w dniu 17 czerwca 1971 roku znajduje się następujący zapis: „Tow .Korczyński – decyzję tę otrzymałem w dniu 15 grudnia 1970 roku o godz. 9,00 z minutami od Premiera Cyrankiewicza. Powiadomił mnie, że jest zezwolenie na wprowadzenie wojska i użycie broni w uzasadnionych przypadkach. Chcę przy tym zaznaczyć, iż jeszcze przed godziną 9 rano dzwoniłem do tow. Cyrankiewicza informując go o ciężkiej sytuacji … Wojsko będące w akcji nie używało broni, nie strzelało. Strzelało dopiero wtedy, kiedy dostałem takie polecenie od Cyrankiewicza””.

Postawa Generała

Był wezwany na tę odprawę. Wysłuchał informacji i decyzji I Sekretarza. Premier, Józef Cyrankiewicz uzupełnił ją wnioskiem o ogłoszenie stanu wyjątkowego i wprowadzenie godziny milicyjnej. O godz. 9.50 zadzwonił do gen. Grzegorza Korczyńskiego (był w Gdańsku), zapytał o sytuację i przekazał decyzję- zgodę na użycie broni przez MO i Wojsko, dopiero od godz. 12.00. Najpierw ostrzegać o użyciu, strzelać w powietrze, potem w ziemię i nogi. Poza Premierem- nikt z obecnych nie zabrał głosu. Byli m.in. marsz. Marian Spychalski, przewodniczący Rady Państwa i Mieczysław Moczar, Sekretarz KC, nadzorujący MON i MSW.

W tej sprawie Generał zabrał głos na VIII Plenum KC (luty 1971), gdy odczytano list Władysława Gomułki i wywiązała się dyskusja o użyciu Wojska i broni na Wybrzeżu. Stwierdził wtedy m.in., że sytuacja wskazywała na taką konieczność i jednocześnie ostrożność stosowania siły. Nie mógł być przeciwny, mimo świadomości, że podawane, napływające informacje były emocjonalne i nie dokładne. Swoją postawę o godz. 9.00 przed Sądem wyjaśniał tak-„Wojsko znalazło się na ulicach nie wtedy, kiedy rozpoczęły się tam protesty, demonstracje, ale dopiero wówczas, kiedy już zaistniały niszczycielskie fakty oraz doszło do sytuacji zagrażających życiu i zdrowiu ludzi. Do tego dochodziła świadomość, iż palone, dewastowane, rabowane jest – w ostatecznym rachunku – społeczne, wspólne dobro, że powstają ogromne straty materialne. I dla nas, starych i dla dziedziczących tradycje bojowe młodych żołnierzy, dramat 1970 roku był więc niejako podwójny. Ale też- jak sądzę – daje to nam moralne prawo do uczciwej, społecznie sprawiedliwej oceny”. Odniósł się też do oceny postawy Władysława Gomułki, mówiąc-„obok wad i błędów miał też niewątpliwe zasługi. Należały do nich m.in. usilne działania na rzecz ostatecznego uznania nienaruszalności naszej granicy zachodniej. Kilka dni przed tragicznymi wydarzeniami-7 grudnia 1970 roku, dokonał się ten historycznej wagi akt. Był wielkim sukcesem Polski i osobiście Gomułki. To, zresztą – jak sądzę, rzutowało również na nerwowość jego reakcji w czasie wydarzeń na Wybrzeżu. Odczuwał je jako poważne dezawuowanie wysiłków związanych z odbudową i zagospodarowaniem Ziem Zachodnich i Północnych, w co włożył osobiście tak wiele starań i serca. To, oczywiście nie usprawiedliwienie, ale pewne wyjaśnienie psychologicznych mechanizmów owych decyzji”.

Przygotowanie procesu Sądowego

Kto z Państwa pamięta deklarację- „przeszłość oddzielamy grubą kreską”, kto i kiedy ją wypowiedział? (premier Tadeusz Mazowiecki w ekspose, wrzesień 1989). Swoistą zapowiedzią jej podważenia i chęci „rozliczeń z przeszłością”, stała się interpelacja poselska Kazimierza Ujazdowskiego. Szef MON, gen. Florian Siwicki odpowiedział w maju 1990 r., m.in. pisząc- „Dyspozycja o użyciu broni została wydana przez ówczesnego I Sekretarza KC PZPR, na posiedzeniu nieformalnego zespołu kierowniczego, z udziałem przewodniczącego Rady Państwa i premiera. Następnie premier przekazał ją bezpośrednio do Gdańska wiceministrowi obrony narodowej gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu z pominięciem ministra obrony narodowej i szefa Sztabu Generalnego WP”.

Od wiosny zaczynają krążyć pogłoski, iż o funkcji Głowy Państwa „marzy” Lech Wałęsa. Jesienią było już wiadomo, że Generał rozmawiając z Prymasem Józefem Glempem i kilkoma osobami, wyraził wolę odejścia, ale pod warunkiem, że odbędą się powszechne wybory prezydenckie. Stosowne pismo do Marszałka Sejmu, skierował we wrześniu. Prokuratora Marynarki Wojennej w Gdyni, 8 października 1990 r. wszczęła śledztwo w sprawie wydarzeń grudniowych 1970 r., w toku których, „w wyniku użycia broni palnej przez żołnierzy, śmierć poniosły osoby cywilne”. Nikt-oczywiście nie mówi kogo ma na myśli. Proszę zauważyć-Generał jest jeszcze Prezydentem RP. Po latach uchylił mi przysłowiowego rąbka tajemnicy, co myślał słysząc o tych poczynaniach. Nie śmiem napisać, kto już wtedy nabierał „odwagi”. Tak właśnie rozpoczęło się postępowanie przygotowawcze. Ruszyło „pełną parą” od stycznia 1991 r. Początkowo śledztwo prowadziła Prokuratura Marynarki Wojennej, następnie Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku. Przesłuchano 3516 świadków. Zebrano ponad 100 tomów materiałów procesowych. Oskarżyciel wskazał 1091 świadków, do przesłuchania przez Sąd.

Początkowo sprawę miał prowadzić Sąd Wojewódzki w Gdańsku, który „postanowieniem z 7 listopada 1995 roku przekazał sprawę według właściwości, tj. profesjonalnej kompetencji, Sądowi Marynarki Wojennej w Gdyni. Sąd Apelacyjny to postanowienie uchylił. W rezultacie akt oskarżenia cechuje ignorancja w materii wojskowej…Odebranie sprawy prokuraturze wojskowej i przekazanie jej do prokuratury powszechnej, nie tylko poważnie wydłużyło jej przygotowawczy bieg, ale również spłyciło precyzję oskarżenia, które powinno uwzględnić w większym stopniu profesjonalno-regulaminowe uwarunkowania działalności Sił Zbrojnych”- ocenił Generał. Wreszcie skierowano do Sądu Okręgowego w Warszawie. Sprawa trafiła na wokandę w październiku 2001 r. W dniach 18 października i 8 listopada 2001 r., Generał złożył wyjaśnienia. Choroba Przewodniczącego Sądu sprawiła, że proces rozpoczęto od początku.

Oskarżeni ponownie złożyli wyjaśnienia. Biorąc pod uwagę wcześniejsze pytania Sądu i uwagi obrońców, Generał złożył rozszerzone wyjaśnienie w dniach 12-13 marca 2020 r. Ponadto, 27 czerwca, po złożeniu wyjaśnień przez wszystkich oskarżonych – złożył wniosek „o usunięcie istotnych braków postępowania przygotowawczego w celu uzupełnienia ewidentnych luk oraz wyeliminowania sprzeczności, niejasności, a nawet mijania się z prawdą”. Proszę zwrócić uwagę na tytuł wniosku. By Państwu skrótowo i przystępnie go opisać, konieczny jest odrębny tekst. Podam dwa takie przykłady. Pierwszy- „Prokuratura nie skorzystała ze wskazówki, którą tak plastycznie ujął pełnomocnik Solidarności, pan Piotr Łukasz Andrzejewski mówiąc, że „była to gigantyczna prowokacja: Milicja i Służby Bezpieczeństwa podpalały, a Wojsko gasiło” (wydarzenia w Gdyni 17 grudnia, moje, GZ). Trudno posądzić byłego senatora Rzeczypospolitej Polskiej, że w obliczu Wysokiego Sądu nie wiedział, co mówi, że użył bez pokrycia tak ważkich słów. Ma niewątpliwie jakąś wiedzę na powyższy temat. Obecnie powstaje okazja, aby prokuratura uzupełniając materiał dowodowy, poszła wskazanym przez niego śladem i eliminując pogłoski, czy plotki, a ustalając fakty, dotarła do winnych ewentualnej prowokacji. Niestety, nic w tym kierunku nie uczyniono”. Drugi- wniosek, por. Wiesława Gopa o zwrot aktu oskarżenia, który bezpodstawnie zarzuca, że 16 grudnia w rejonie nr 2 Stoczni Gdańskiej w „wyniku moich działań śmierć poniosły 2 osoby, a 11 było rannych. 3 pluton, którym dowodziłem, znajdował się w drugiej linii, w drugim rzucie. Gdyby miał strzelać do demonstrantów, musiałby najpierw strzelać do czołgów oraz w plecy innych, znajdujących się przed moim plutonem żołnierzy. Jak można mi przypisać odpowiedzialność za śmierć Stefana Mosiewicza, który został postrzelony z broni kalibru 9 mm, kiedy mój pluton uzbrojony był wyłącznie w pistolety maszynowe kalibru 7, 62 mm”. Jeszcze jeden, podobny wniosek. „Na str. 56 aktu oskarżenia znajduje się stwierdzenie: „mjr Wiesław Wiekiera podał komendę „ładuj broń”, a następnie „w górę, krótką serią ognia”. Natomiast na str. 57 jest zapis: „W wyniku użycia broni palnej przed bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej śmierć ponieśli Jerzy Matelski i Stefan Mosiewicz”. Jak pogodzić moją komendę do strzelania w górę z przypisaniem mi przez prokuraturę odpowiedzialności za śmierć powyższych dwóch i ranienie 11 osób”- pyta, zwracając akt oskarżenia mjr Wiesław Wiekiera.

Generał oskarżony o …

Składając dwukrotnie wyjaśnienia, oświadczał- „Oskarżenie jest bezpodstawne. Są w nim zasadnicze luki, ewidentne błędy i manipulacje, a nawet mijanie się z prawdą. Oświadczam, iż w czasie tragicznych wydarzeń w Grudniu 1970 roku na Wybrzeżu: nie postąpiłem wbrew Konstytucji; nie wydałem rozkazu użycia broni; nie popełniłem przestępstwa. Wręcz przeciwnie – w ramach swych realnych, zawężonych wówczas możliwości, przyczyniłem się do ograniczenia bolesnych skutków wydarzeń, a następnie do takich zmian polityczno-państwowych, które pozwoliły przerwać groźną spiralę rozszerzenia konfliktu oraz jego siłowego rozstrzygania, zapobiec katastrofie, realnie grożącej w ogólnokrajowej skali…Raz jeszcze stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem. Materiały śledztwa moje słowa potwierdzają. Trzeba wyjątkowej tendencyjności, ażeby zinterpretować je inaczej. Owa tendencyjność przejawia się m.in. także w tym, iż prokurator odrzucił gruntownie umotywowane wnioski dowodowe obrony, w tym również dotyczące uzupełniającego przesłuchania wielce istotnych dla sprawy świadków. Jak widać intencja jest inna- „wystrzelić” akt oskarżenia, a później niech się martwi Sąd, „wyłuskując” wśród 3516 przesłuchiwanych w nieskończoność świadków to, co jeszcze przed rozprawą mogło być oczywiste… Trudno nie zauważyć intencji „grubymi nićmi szytej” – przede wszystkim „polowania” na Jaruzelskiego”.

Uzasadniając bezpodstawność oskarżenia, mówił-„Gdyby to była tylko moja sprawa, nie dręczyłbym siebie, nie obciążałbym innych osób różnymi wyjaśnieniami i oświadczeniami. Jestem jednak starym żołnierzem, przez wiele lat byłem naczelnym dowódcą Wojska Polskiego. We wszystkich jego wcieleniach jest mi ono bliskie i drogie. Boleję, gdy podważane jest jego dobre imię. Taki bowiem jest wydźwięk tego procesu, łącznie z przypisywaniem Wojsku wszystkich ofiar, także tam, gdzie- jak to ewidentnie wynika nawet z aktu oskarżenia – „strzelały w tłum” inne informacje. W tej sytuacji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pełniąca polityczny obstalunek Prokuratura, po to, aby „uderzyć” we mnie, nie waha się zastosować takiej, krzywdzącej dla całego Wojska manipulacji”. W podsumowaniu tego wątku mówił -„Niech mi wolno będzie, jako byłemu przełożonemu wszystkich oskarżonych tu osób wojskowych- z całym poszanowaniem dla ostatecznego werdyktu Wysokiego Sądu- oświadczyć, iż nie widzę ich winy. Działali w ramach istniejących okoliczności oraz postawionych im zadań, i jak wynika ze znanych mi materiałów i faktów, oskarżenie tych osób jest niesprawiedliwe i krzywdzące. Jeśli zaś jakaś wina miałaby im być przypisana – to ja biorę ją na siebie”.

Refleksja…

Od 40 lat ofiary Wydarzeń Grudniowych upamiętnia pomnik w Gdańsku. Odsłonięty 16 grudnia 1980 r., jako jeden z postulatów powstałej Solidarności, przy ogromnym udziale jej członków. Kto z Państwa pamięta tę uroczystość? Proszę sobie przypomnieć, jakie wtedy i dziś wywołuje skojarzenia i refleksje. Generał wspominał tak-„Dla mnie jednak, przy całym szacunku dla poległych w 1970 roku robotników, było to nie tylko gorzkie „requiem”, lecz i „larum”. Nigdy nie wzniesiono pomnika 400 Polaków, poległych podczas zamachu majowego. Nie uczczono nawet obeliskiem małopolskich chłopów zastrzelonych przez policję, ani ofiar zajść krakowskich, lwowskich i wielu innych. Zaczynało wyglądać na to, że tylko Polska Ludowa dopuszczała się przemocy wobec robotników i chłopów. Nie mogłem się z tym wewnętrznie pogodzić. To było następne kłamstwo historyczne, a przecież miało ich już nie być”.

Mam świadomość skrajnego niedosytu tego tekstu, pewnego rodzaju ułomności. Wywoła on szereg pytań i wątpliwości. Skala złożoności „problemu” oraz ograniczone ramy publikacji na krótki, hasłowy opis nie pozwalają, gdyż zubożyłyby istotę sprawy. Do tego nie mogę dopuścić. Będę starał się odpowiedzieć na Państwa pytania, sugestie i wnioski w następnym tekście.

Na zakończenie

Słowa podziękowania i uznania kieruję do Pana Ministra Rafała Skąpskiego, za krótkie ale dobitne zwrócenie uwagi- powiem oględnie- na frywolność porównań sytuacji wewnętrznej obecnie i „medialnych polityków” do sytuacji z okresu stanu wojennego i Generała.

Zwrócił moją uwagę tekst „Każdy sukces ma swoją cenę” Pana Dawida Kopy. Nie tyle treścią, co argumentami Autora. Artykuł prof. Zbigniewa Wiktora w 102 rocznicę Rewolucji Październikowej faktycznie jest osobliwy, trudny w ocenie z dzisiejszej perspektywy. Pana ocena polemiki prof. Jerzego Wiatra z tym tekstem, zdumiała mnie. Przecież Profesor przystępnie i krótko zwraca uwagę na istotę wydarzenia sprzed 102 lat i jego następstwa. Pan ma pełne prawo z tą polemiką- jej argumentami, ocenami i wnioskami, nie zgadzać się! Ale, czy one świadczą o „obronie życiorysu”, oczywiście swojego przez prof. Wiatra? Zachęcam Pana – i to poważnie, by wnikliwie poznał życiorys Profesora i skrupulatnie wynotował gdzie, na jakich zagranicznych uczelniach na Zachodzie Profesor prowadził wykłady, do jakich naukowych stowarzyszeń oraz organizacji należał, nie tylko w Polsce. To pierwszy etap. Drugi- dla Pana trudniejszy. Proszę się zastanowić, czy tam właśnie na Zachodzie nikt nie wiedział, że Profesor był członkiem PZPR, zajmował ważne stanowiska w „centrali”, nie tylko dyrektora „wrażego” Instytutu. Czy z powodu „takiego członkostwa” spotkały Profesora na Zachodzie afronty, gesty dezaprobaty? I trzeci- też chyba dla Pana trudny. 26 marca 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski w Natolinie spotkał się z Prymasem Tysiąclecia. Generał pisze- „Na pewno to zdziwi czytelników, ale mówiąc o Rewolucji Październikowej w listopadzie 1917 roku, prymas stwierdził, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne, egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy””… Zachęcam do poznania drugiej wypowiedzi. Generał pisze- „Kiedy mówiliśmy o newralgicznym politycznie i strategicznie położeniu kraju- prymas użył bardzo plastycznej metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską””. Po przeanalizowaniu obu wywodów Prymasa, uprzejmie Pana proszę o ich interpretację, wykładnię dla obecnych Czytelników Trybuny. Będę prosił Panów-Redaktora Naczelnego i Zastępcę o publikację Pana tekstu. Z ciekawością i uwagą zapoznam się nie tylko ja. By ułatwić Panu pracę, proponuję przeczytać tekst Generała z tej jedynej rozmowy obu Mężów Stanu, pt. „Spotkanie z wielkością”. Jest w książce Generała „Stan wojenny. Dlaczego” (str. 81-92), Wyd. BGW 1992. I proszę nie zapomnieć- konicznie zamieścić „wyciąg” z życiorysu prof. Jerzego Wiatra i jego „wpływie” na „zachodnie wojaże” naukowe. Powiem Panu całkiem prywatnie – tym życiorysem i uznaniem dorobku Profesora na Zachodzie, można obdzielić nie jednego 38- letniego uczonego, który na pierwszym miejscu powinien mieć szacunek dla nauki. I prywatnie – proszę podać na jakiej Uczelni nauczono Pana „zaglądania” do cudzego życiorysu, by czynić z tego podstawę oceny treści publikacji. Czy nie wstydzi się Pan? Proszę się zastanowić, czy za 30-40 lat młodzi uczeni właśnie od życiorysu nie będą rozpoczynać oceny Pańskiego dorobku naukowego- już życzę dobrego samopoczucia. Pana teza o „doborze faktów” jest błędna, nie do przyjęcia. Czy na podstawie „dobranych faktów” jest możliwa ocena obiektywna wydarzenia, okresu historycznego, itp. Od kogo, jeśli nie od uczonego, naukowca oczekiwać prawdy, obiektywizmu?

Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje

Wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat są dla większości ludzi żyjących dziś odległą i coraz mniej zrozumiałą przeszłością a ich znaczenie dla powojennych losów Polski przesłoniły następne wydarzenia, w szczególności o jedenaście lat późniejszy stan wojenny. Warto jednak zastanowić się nad ówczesnym kryzysem politycznym, także dlatego, że płyną z niego wnioski dla władzy sprawowanej w innych, znacznie korzystniejszych warunkach, ale także narażonej na to, że swymi błędami może stworzyć zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa a samej sobie wykopać polityczny grób.

Historia pełna jest wielkich paradoksów. To, co stało się w Polsce w grudniu 1970 roku, należy do największych. Na początku tego miesiąca Polska odnotowała ogromny, o historycznej skali, sukces polityczny, jakim była wizyta w Warszawie kanclerza Willy Brandta i podpisanie 7 grudnia porozumienia normalizującego stosunki między PRL i RFN na gruncie uznania nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie. Było to uwieńczeniem wieloletniej, konsekwentnej polityki Władysława Gomułki – jego drugi wielki sukces polityczny (po pamiętnym październiku 1956 roku, gdy triumfalnie wrócił do władzy wbrew oporom radzieckiego kierownictwa i gdy swą odważną a zarazem mądrą polityka uchronił Polskę przed losem Węgier). Siódmego grudnia 1970 roku Gomułka był u szczytu powodzenia, z poczuciem dobrze spełnionego wobec Polski obowiązku. Dwa tygodnie później odchodził w poczuciu klęski, opuszczony przez najbliższych i skompromitowany w oczach rodaków.

Zrozumienie dramatu Gomułki wymaga uwzględnienia nie tylko okoliczności, w jakich przyszło mu sprawować władzę, ale także – a raczej przede wszystkim – cech jego osobowości. Był człowiekiem nieprzeciętnym, o wielkiej sile charakteru i ideowości. Jak żaden inny z polskich przywódców komunistycznych potrafił przeciwstawić się Stalinowi wiedząc, że ryzykuje nie tylko stanowiskiem ale także życiem. W odróżnieniu od wielu innych przedwojennych komunistów bardzo wyraźnie stawiał interes narodowy Polski nad racjami „internacjonalistycznej solidarności”. To te cechy uczyniły go naszym wymarzonym, może nawet idealizowanym, przywódcą w roku 1956.
Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat i byłem w pełni zaangażowany w działania wspierające reformatorską większość ówczesnego Komitetu Centralnego. Zostało mi z tego okresu przekonanie o zbawiennym wpływie, jaki na bieg polskich spraw miało to, iż PZPR miała w Gomułce przywódcę historycznego formatu. Pozostawałem temu przekonaniu wierny przez wiele lat, także wtedy, gdy przeciw polityce Gomułki burzyli się moi bardziej radykalni koledzy, najczęściej zresztą wywodzący się z kręgu rozczarowanych byłych fanatyków komunistycznych. Jeszcze dziś, myśląc o fatalnym końcu tego polityka, nie zapominam o jego wcześniejszej roli, która zapewniła mu godne miejsce w historii Polski. Po przełomie październikowym Polska stała się najbardziej otwartym na świat państwem ówczesnego bloku socjalistycznego. Nauka i kultura rozkwitły w warunkach znacznej wolności twórczej. Kościół katolicki cieszył się swobodą, jakiej nie znały kościoły w innych państwach socjalistycznych. Nigdy nie wrócono do kolektywizacji rolnictwa ani do bezprawia aparatu bezpieczeństwa. W stosunkach z ZSRR Gomułka konsekwentnie i skutecznie dbał o suwerenność wewnętrzną i o interesy naszego państwa.

Jako przywódca PZPR – hegemonicznej partii ówczesnego systemu władzy – Gomułka stał się piastunem władzy autorytarnej. To było od niego niezależne, ale sposób sprawowania tej władzy już od niego zależał. Biograf Gomułki Andrzej Werblan zwraca uwagę na to, że w jego stosunku do współpracowników od początku wyraźny był rys autokratyczny. Kierownictwo PZPR przestało funkcjonować jako rządząca oligarchia, a stało się drużyną wodza, który „miał nad swoim otoczeniem, z jednej strony, znaczną przewagę polityczną, z drugiej – miał poparcie społeczne” (Modzelewski-Werblan Polska Ludowa, s. 165). Miało to fatalne konsekwencje –zwłaszcza wtedy, gdy w polityce Gomułki pojawiały się groźne w skutkach błędy.

Błędy te dotyczyły przede wszystkim polityki gospodarczej. Gomułka się na gospodarce nie znał i mimo ogromnej pracowitości, z jaką studiował materiały ekonomiczne nie był w stanie zastąpić tym luk w wiedzy ekonomicznej. Polska miała wówczas światowej sławy ekonomistów, wśród których szczególnie ważna była wielka trójka: Oskar Lange (1904-1965), Michał Kalecki (1899-1970) i Czesław Bobrowski (1904-1996). Po przełomie październikowym powstała Rada Ekonomiczna (z Oskarem Lange jako przewodniczącym i Czesław Bobrowskim jako wiceprzewodniczącym). Snuła ona ambitne plany zreformowania nadmiernie scentralizowanej gospodarki, ale napotkała na opór polityczny i na początku lat sześćdziesiątych przestała działać. Wybitni ekonomiści zostali pozbawieni realnego wpływu na politykę gospodarczą, której ster Gomułka przekazał technokratom. Od V Zjazdu PZPR (1968) kierownictwo polityki gospodarczej znajdowało się w ręku Bolesława Jaszczuka (1913-1990) – zasłużonego działacza KPP i PPR i więźnia hitlerowskich obozów koncentracyjnych, ale człowieka o wykształceniu technicznym, bez naukowego przygotowania do kierowania gospodarką narodową. To właśnie odrzucenie autorytetów naukowych w połączeniu z przywiązaniem Gomułki do strategii gospodarczej opartej na systemie nakazowym i na inwestowaniu w ciężki przemysł zrodziło kryzys gospodarczy końca 1970 roku.

Decyzja o podwyżce cen artykułów codziennego użytku, zwłaszcza żywności, była w intencji Gomułki i Jaszczuka środkiem służącym podniesieniu wydajności pracy i zdyscyplinowania załóg robotniczych. Był to krok desperacki – wynik pogłębiających się trudności gospodarki, która coraz gorzej radziła sobie z narzuconym, przesadnie wysokim, tempem inwestowania w przemysł ciężki. Problem był realny, ale lekarstwo okazało się gorsze od choroby.

Trzeba w tym kontekście odnieść się do często głoszonej tezy, że taki kierunek polityki gospodarczej wynikał nieuchronnie z wad systemu i z nacisku ZSRR. To teza wygodna dla ówczesnej elity władzy – ale nieprawdziwa. Od 1 stycznia 1968 roku Węgry realizowały Nowy Mechanizm Ekonomiczny, w pewnej mierze oparty na wykorzystaniu praw rynku. Nie był on panaceum na wady gospodarki socjalistycznej, ale zapewnił Węgrom znacznie lepszą i bardziej stabilną sytuację gospodarczą. A przecież Węgry po interwencji 1956 roku były znacznie bardziej zależne od ZSRR niż Polska! Trzeba więc wyraźnie powiedzieć: za stan polskiej gospodarki po koniec lat sześćdziesiątych odpowiada błędna polityka gospodarcza, której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego.
Ośrodek ten – a mówiąc wprost tandem Gomułka-Jaszczuk – ponosił też pełną odpowiedzialność za źle pomyślaną i w fatalnym momencie ogłoszoną podwyżkę cen. Nic nie zmuszało do tej decyzji, a jej podjęcie świadczyło o oderwaniu się Gomułki od realiów społecznych.
Pierwotny błąd, jakim była podwyżka cen, pociągnął za sobą następne. Gdy w poniedziałek 14 grudnia rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej (wtedy imienia Lenina) reakcją władz były chaotyczne próby stłumienia protestu siłą, bez jakiejkolwiek próby porozumienia ze strajkującymi. Było to gaszenie pożaru benzyną.

Przebieg kryzysu grudniowego jest dobrze opisany w literaturze historycznej. Wystarczy więc przypomnieć jego kalendarium.
11 grudnia odbyło się posiedzenie Biura Politycznego, na którym bez jakiegokolwiek sprzeciwu przyjęto propozycję podwyżki cen. Weszła ona w życie w niedzielę 13 grudnia, a już w poniedziałek rozpoczął się protest stoczniowców gdańskich. Tego samego dnia obradowało plenum Komitetu Centralnego, ale członków tego grona nawet nie poinformowano o powstałej w Gdańsku sytuacji. We wtorek 15 grudnia na naradzie w KC Gomułka wydał (niekonstytucyjny) rozkaz użycia wojska przeciw demonstrantom – w tym czasie już atakującym budynek komitetu wojewódzkiego w Gdańsku. W środę rozruchy rozszerzyły się na Elbląg, a w czwartek na Szczecin. Rosła liczba ofiar, w tym w wyniku ostrzelania w Gdyni (w czwartek) robotników udających się do pracy, do czego wezwał ich wicepremier Stanisław Kociołek. Mnożyły się sygnały o narastających napięciach w innych miastach, w tym w Łodzi i w Warszawie.

W środę 16 grudnia kierownictwo radzieckie podjęło inicjatywę polityczną zachęcając przebywającego w Moskwie wicepremiera Piotra Jaroszewicza do szybkiego powrotu do kraju i przekazania radzieckiego „zaniepokojenia” powstałą sytuacją. 18 grudnia ambasador Awierkij Aristow przekazał list Komitetu Centralnego KPZR adresowany do KC PZPR i wzywający do znalezienia politycznego rozwiązania powstałej sytuacji, Za tym enigmatycznym sformułowaniem kryła się sugestia zmiany kierownictwa. Władze radzieckie jednoznacznie postawiły wtedy na Edwarda Gierka. Nagłe i ostre pogorszenie się stanu zdrowia Gomułki przyśpieszyło rozwiązanie. W sobotę 19 grudnia na posiedzeniu Biura Politycznego (bez Gomułki) zapadły decyzje personalne, zatwierdzone w niedzielę przez plenum KC PZPR. Wraz z Gomułką z kierownictwa PZPR odwołani zostali Bolesław Jaszczuk, Zenon Kliszko, Marian Spychalski i Ryszard Strzelecki – a więc najwierniejsi współtowarzysze upadającego przywódcy. Nowy szef partii wygłosił koncyliacyjne przemówienie do narodu. Zaczęło się wychodzenie z kryzysu władzy.

Wokół tych wydarzeń narosły liczne mity. Autorem jednego z nich był sam Gomułka, który (w wywiadzie udzielonym Antoniemu Przygońskiemu w marcu 1981 roku) dowodził, że jego upadek był spowodowany ingerencją radziecką i że 17-18 grudnia „sytuacja w Polsce była w zasadzie opanowana”. Moim zdaniem w ocenie tej zawarte są dwa podstawowe błędy. Po pierwsze: kierownictwo radzieckie nawet jeśli Gomułka grał mu na nerwach swą apodyktycznością nie miało możliwości zachwiania jego pozycją tak długo, jak długo sytuacja w Polsce by la stabilna. To dopiero bezsensowna podwyżka cen i brutalna odpowiedź na protest robotniczy stworzyły sytuację krytyczną, w której radziecka ingerencja stała się możliwa. Po drugie: wbrew opinii Gomułki sytuacja w połowie krytycznego tygodnia nie uspakajała się lecz zaostrzała tworząc całkowicie realną groźbę ogólnokrajowego wybuchu. Wybuch taki niósł z sobą groźbę wojskowej interwencji ZSRR – słusznie uważanej przez obie strony za katastrofalną. Tym, jak sądzę, przede wszystkim należy tłumaczyć inicjatywę kierownictwa KPZR.

Gomułka (w cytowanym wywiadzie) wyraził gorzką i niesprawiedliwą ocenę, że „komuniści polscy widzieli w KPZR czynnik nadrzędny” i traktowali Breżniewa jako „gospodarza”. A przecież czternaście lat wcześniej Komitet Centralny PZPR w zdecydowanej większości sprzeciwił się radzieckiej presji! Czyżby przez czternaście lat dokonał się – i to pod rządami Gomułki – nawrót do prosowieckiego serwilizmu? Prawda, której Gomułka nigdy nie zaakceptował, była taka: to nie serwilizm wobec Moskwy, lecz poważne błędy polskiego przywódcy obróciły przeciw niemu ludzi, którzy tkwili przy nim niemal do ostatniej chwili.

Andrzej Skrzypek, który na podstawie dokumentów radzieckich prześledził uważnie działania władz ZSRR w czasie polskiego kryzysu (Mechanizmy klientelizmu: stosunki polsko-radzieckie 1965-1989, Pułtusk-Warszawa 2008), twierdzi, że niekorzystna dla Gomułki decyzja kierownictwa KPZR zapadła już w środę 16 grudnia pod wpływem napływających informacji o ofiarach w Gdańsku (s. 114). Nic natomiast nie przemawia za tezą, że kierownictwo radzieckie już wcześniej podejmowało próby odsunięcia kłopotliwego polskiego przywódcy. Inną natomiast sprawą jest to, że w wyniku kryzysu grudniowego i zmiany polskiego kierownictwa nastąpiło wyraźne wzmocnienie zależności Polski od ZSRR. Ekipa Gierka ani nie chciała, ani nie potrafiła tak skutecznie bronić polskiej suwerenności, jak czynił to Gomułka. Jego upadek był więc z punktu widzenia pozycji Polski w „bloku socjalistycznym” wyraźnie niekorzystny.

Wokół przebiegu kryzysu grudniowego powstało wiele mniej lub bardziej sensacyjnych koncepcji spiskowych, które miałyby tłumaczyć ówczesną walkę o władzę. Rzecz znamienna: koncepcji tych nie podzielają kompetentni autorzy zachodni, w tym pierwszy autor poświęconej tej sprawie pracy Zbigniew Pełczyński – powstaniec warszawski i politolog brytyjski („The Downfall of Gomulka” w: A. Bromke i J.W. Strong, Gierek’s Poland, New York 1973). Prawda jest taka, że nawet jeśli w kierowniczym aktywie PZPR dostrzegano niebezpieczeństwa związane z polityką „zaciskania pasa”, to aż do krytycznego tygodnia nikt na działania wobec przywódcy opozycyjne nie miał odwagi się zdecydować.

Beneficjentami kryzysu grudniowego był Edward Gierek i skupiona wokół niego grupa technokratów, a także – szerzej na rzecz patrząc – młodsze pokolenie działaczy partyjnych, już bez korzeni w przedwojennej KPP. Pod tym względem kryzys ten bardzo głęboko przeorał polską politykę. Pokolenie przedwojennych działaczy KPP schodziło ze sceny otwierając drogę do władzy ludziom młodszym – wchodzącym w życie polityczne w latach wojny, lub już po jej zakończeniu. Był to proces polityczny – a nie biologiczny. Gomułka tracąc władzę miał 65 lat, odchodzący z nim współpracownicy byli od niego o kilka lat młodsi. Ich rówieśnicy kierowali innymi państwami socjalistycznymi przez wiele następnych lat. To kryzys polityczny wymusił zmianę pokoleniową na szczytach władzy.

Zmiana ta miała istotne konsekwencje. Nowe pokolenie przywódców było znacznie bardziej pragmatyczne, choć zarazem w swej większości tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich. Początkowo nowe kierownictwo zdecydowało się na poluzowanie polityki gospodarczej w kierunku poprawy warunków życia, co owocowało popularnością „ekipy Gierka” – przynajmniej w pierwszych latach. Już po paru latach wrócono jednak do bardziej tradycyjnej polityki inwestowania w ciężki przemysł (i górnictwo węglowe, będące „oczkiem w głowie” nowego szefa partii). W połączeniu z niekorzystną koniunkturą światową (po gwałtownej zwyżce cen ropy naftowej spowodowanej bojkotem arabskim po wojnie Jom Kipur 1973 roku) spowodowało to powrót poważnych trudności polskiej gospodarki. W tym znaczeniu kryzys grudniowy okazał się zmarnowaną szansą na istotną zmianę polityki gospodarczej.

Nie przyniósł on także trwałego uspokojenia sytuacji w kierownictwie PZPR. Rosnącemu kultowi Edwarda Gierka towarzyszyły kolejne zawirowania walk frakcyjnych, których ofiarami padali kolejno Mieczysław Moczar (1971), Franciszek Szlachcic (1974) i Stefan Olszowski (1980). W konfliktach tych trudno dopatrzyć się głębszego sensu programowego: była to w czystej postaci walka o władzę.

Jeden jednak aspekt zmiany grudniowej okazał się trwały i brzemienny w skutkach: rola wojska. Z przyczyn politycznych i ideologicznych sprawa ta nie była przedmiotem publicznej dyskusji w Polsce, ale znalazła wyraz w publikacjach poważnych uczonych zagranicznych. Pierwszym, który zwrócił uwagę na kluczową rolę wojska w rozwiązaniu kryzysu grudniowego i w polityce pogrudniowej był amerykański politolog z Los Angeles Andrzej Korboński (1927-2013) – powstaniec warszawski a prywatnie bratanek ostatniego Delegata Rządu na Kraj Stefana Korbońskiego. W kilku poświęconych temu zagadnieniu publikacjach wysunął on tezę, że o upadku Gomułki ostatecznie zdecydowało stanowisko ministra obrony narodowej generała Wojciecha Jaruzelskiego, który najpierw zakazał wojsku używania broni wobec demonstrantów a następnie oparł zmianę na stanowisku pierwszego sekretarza. Co więcej, dowodził Andrzej Korboński, decyzjami tymi stworzono swego rodzaju „prawa veta” wojska w stosunku do decyzji wymagających użycia siły, co miało kluczowe znaczenie w czerwcu 1976 roku a zwłaszcza latem 1980 roku. Jak w żadnym innym państwie ówczesnego „bloku państw socjalistycznych”, polskie siły zbrojne stały się bardzo ważnym i względnie samodzielnym czynnikiem politycznym. Warto o tym stanowisku kompetentnego amerykańskiego uczonego pamiętać – zwłaszcza w kontekście jednostronnych i powierzchownych naświetleń tych zagadnień w niechętnej Wojciechowi Jaruzelskiemu literaturze prawicowej (Np. Paweł Kowal i Mariusz Cieślik, autorzy tendencyjnej książki „Jaruzelski – życie paradoksalne”, Kraków 2015) prac Korbońskiego w ogólne nie zauważyli – czyżby tylko z niedouczenia?).

Kryzys grudniowy miał także poważne reperkusje dla przyszłości protestu robotniczego w PRL. Był to ostatni protest zdominowany przez starcia uliczne. Tragiczne doświadczenie grudnia 1970 roku zrodziło nowe przywództwo robotnicze i nową taktykę walki – opartą na strajku okupacyjnym. W tym sensie sukces strajków letnich 1980 roku był w dużej mierze dzieckiem tragedii grudnia 1970 roku. To odrębny ważny problem – wymagający zapewne innego autora.