PRL jako sztuczka erystyczna nr 32

Liberalni krytycy PiS-u często ujawniają swoją bezradność w bezskutecznej krytyce. Trochę to zrozumiałe, ponieważ jak ujawnił Kaczyński, posiada on rację całkowitą a ta, co oczywiste nie podaje się krytyce.

Po drugie krytyka trafiać może jedynie do ludzi, jak Kartezjusz, przynajmniej trochę wątpiących.

Skoro liberalna krytyka PiS- jest bezskuteczna, zarówno ta racjonalna jak i ta, próbująca odwoływać się do emocji, pozostają jedynie chwyty erystyczne. One mogą odnieść jakiś skutek o ile będę się odnosić do podmiotu ocenianego skrajnie negatywnie a związek pomiędzy przedmiotem krytyki a negatywnym porównaniem uda się uzasadnić audytorium.

Jak widać liberalnym krytykom pozostaje już tylko odwołanie się do PRL. Jest to na tyle częste, że można wysnuć wniosek, że stało się powszechną praktyką. Każde niemal działanie Rządu PiS jest przyrównywane do PRL. Nieliczni, goszczących na łamach mediów eksperci, socjolodzy, politolodzy wskazuje inne inspiracje i inne możliwości porównywania Państwa PiS.

Nie pewno są one bliższe ideologom PiS. Nieprzypadkowo porównuje się dobrą zmianę do Salazarowskiej Portugali. Nieprzypadkowo wątki nacjonalistyczne sięgają drugiej Rzeczypospolitej, która nawet jeśli nie była po roku 1935 brunatna, to na pewno nie była różowa. Jednak większości publicystów albo to nie przekonuje, albo nie wydaje się użyteczne. Wolą odwoływać się do porównań z PRL

Tymczasem dzień codzienny PRL – szczególnie po roku 1956 – nie był wcale zły.

Dla niektórych zjadaczy zwykłego chleba, który dla nich przestał być czarny, to były czasy dobrobytu i spokoju i to nie w porównaniu do czasów wojny ale właśnie w porównaniu do II RP. W porównaniu z II RP to był czas dobrobytu, wolności, spokoju i rozwoju. Emancypacji społecznej nieporównywalnej z żadnym okresem.

W III RP dominuje brak poczucia bezpieczeństwa, społeczne nierówności oraz intelektualna degrengolada. Wskazują na to badania społeczne nawet, krytykowana często za propagandę sukcesu „Diagnoza Społeczna”

PRL dla PiS była zbyt porządna i praworządna, zbyt wyrównana i równościowa. Władze liczyły się z opinią publiczna, a nawet z tą opozycją, której istnienia nie uznawały.

Słusznie, tym razem, piszą PiS-meni że taki Trybunał Konstytucyjny, rzecznik praw obywatelski to PRL-owskie wynalazki. PRL chciała się podobać społeczeństwu. Nawet jeśli trochę udawała. I nawet jeśli te wynalazki pochodzą z okresu, którzy dziś uznajemy za schyłkowy. Bo wprowadzając te instytucje rządzący PRL-em wcale nie myśleli o tym, że będą one funkcjonować w zupełnie innych realiach politycznych.

PiS nie musi udawać i nie chce. Polityki PiS z PRL-em nic nie łączy. Co najwyżej niektórych polityków. PRL dawała im wykształcenie ale oni wzięli tylko dyplomy. Nie bez powodu ideolodzy PiS wzdychają za Pinochetem, Margaret Thatcher, Reaganem i żołnierzami wyklętymi.

W tym kontekście bardzo dziwnie wygląda, gdy politycy utożsamiani z III RP oraz rządzące dziś PiS, wyrywają sobie nawzajem tradycje Solidarności. W warstwie postulatów i oczekiwań nie mając nic wspólnego z nadziejami robotników z 1980 roku. Tamci domagali się bardziej demokratycznego socjalizmu.

Zaś III RP przyniosła neokolonialny turbo kapitalizm. A nadchodząca IV marzy o bliżej nieokreślonym narodowym gospodarczym mocarstwie, oczywiście też kapitalistycznym.

Zakładam się, że gdyby robotnicy Szczecina i Gdańska wiedzieli co będzie skutkiem ich strajków, nigdy by ich nie zrobili. Nie mówiąc już o górnikach z Jastrzębia.

Nie mamy wiec recydywy PRL-u Mamy próbę sanacji Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Prezesa. Ani to ludowe, Ani socjalistyczne. Nie pachnie dyktaturą Proletariatu, prędzej przypomina rządy Admirała Horthego, Salazara. Taka mała dyktatura, małego człowieka.

I wzrost nie ma tu nic do rzeczy.

Dziadersa uwagi i refleksje o PRL – ciąg dalszy

Do kontynuacji uwag o PRL skłoniła mnie jedna ważna rocznica, o której będzie mowa w drugiej części tej publikacji, oraz pozytywne opinie moich zawodowych przyjaciół o poprzednio publikowanych uwagach, przypominających ogromny – owocny w konsekwencji – wysiłek włożony przez pracujących w PRL w rozwój krajowego systemu kształcenia.

Oczywiście wysiłek pracujących w PRL ludzi skierowany był w kilku bardzo ważnych kierunkach. Popatrzmy najpierw na krajobraz.

Krajobraz po wojnie

Po straszliwej w swych skutkach II wojnie światowej zwycięzcy przyznali nam, Polakom, kawałek Europy nad Wisłą, między Bugiem a Odrą. W 1914 roku, 31 lat wcześniej, ta część Europy podzielona była między 3 cesarstwa: niemieckie, rosyjskie i austro-węgierskie. Na straży podziału ponapoleońskiej Europy stały wtedy 3 z 4 potęg Europy kontynentalnej. Nasze powstania XIX wieku zderzały się z murem nie do obalenia. W ciągu zaledwie 31 lat XX wieku Niemcy wywołały dwie straszliwe w swych skutkach – dla nich i dla połowy świata – wojny. W 1945 roku wojsko rosyjskie stało nad Łabą, w Berlinie i Wiedniu. To był początek nowej rzeczywistości.

O pojałtańskim podziale Europy napisano setki tomów, napisano chyba wszystko. Dodam tylko kilka zdań. Jak spojrzymy na mapę naszej współczesnej Polski, to widzimy 16 województw. Z pewnym przybliżeniem ich granice odtwarzają granice podziału roku 1914. Otóż z Królestwa Kongresowego pozostało nam 5 województw: lubelskie, łódzkie, mazowieckie, podlaskie i świętokrzyskie. Ich łączna powierzchnia stanowi teraz 35% naszego terytorium. Z zaboru austro-węgierskiego pozostały nam 2 województwa: małopolskie i podkarpackie; ich łączna powierzchnia to 11% naszego obecnego terytorium. Pozostałych 9 województw: dolnośląskie, kujawsko-pomorskie, lubuskie, opolskie, pomorskie, śląskie, warmińsko-mazurskie, wielkopolskie i zachodniopomorskie, położone są w znacznej części na terytorium dawnego cesarstwa niemieckiego. Ich łączny obszar to 54% naszego terytorium (prawie 169 tys. kilometrów kwadratowych). Utrata tego terytorium, jak się okazało trwała, była składnikiem ceny, jaką Niemcy zapłaciły za wywołanie 2 wojen światowych. Tereny te my Polacy traktujemy nie jako zdobycz wojenną, ale jako nasze macierzyste ziemie, zasiedlane przez nas od wieków.

W latach 1945/46 na obszarze Europy Środkowej zmuszono kilka milionów ludzi do zmiany miejsca zamieszkania. Niemców przesiedlano na zachód. Pociągi pełne polskich rodzin wiozły je na tak zwane Ziemie Odzyskane, tysiące rodzin Żydów, polskich obywateli, wracało ze wschodu nad Wisłę, inne pociągi przewiozły rodziny ukraińskie na wschód. Uznano wtedy, że po doświadczeniach wojny, wydarzeniach w Generalnym Gubernatorstwie i na Wołyniu konieczna jest separacja narodów na tym obszarze. Na terytorium Polski zebrało się nas 23 miliony, poobijanych przez wojnę, niepewnych przyszłości. Połowa z nas pamiętała czasy przed 1914 rokiem, potęgę cesarskich Niemiec, wyzwiska od „bękartów Traktatu Wersalskiego”. Mimo tego większość z nas przyjęła ten wyrok historii. Postanowiliśmy pokazać, że mimo wszystko jesteśmy zdolni stworzyć prężne, żywotne państwo, z kulturalnym, wykształconym społeczeństwem, z rozwiniętym przemysłem, z bogatym piśmiennictwem i teatrami, z rozwiniętą nauką. Na pierwszych po wojnie Igrzyskach Olimpijskich w 1948 roku w Londynie zdobyliśmy brązowy medal, o ile pamiętam zdobył go bokser Antkowiak. To była ogromna radość nad Wisłą. W 1949 roku w świeżo odbudowanej Filharmonii w Warszawie odbył się kolejny, pierwszy po wojnie konkurs Chopinowski. Zwyciężyły w nim Halina Czerny-Stefańska i Bella Dawidowicz (ZSRR). To był kolejny wybuch radości. Odbudowa Starego Miasta w Warszawie w 1953 roku i Festiwal Młodzieży w Warszawie z Placem Konstytucji w roku 1955 po oddaniu Pałacu Kultury to kolejne fakty potwierdzające, że istniejemy, że pracujemy, że mamy własne państwo, że potrafimy.

Kierunki rozwoju, wyznaczone w pierwszych latach PRL były oczekiwane i akceptowalne przez większość społeczeństwa. Poza likwidacją analfabetyzmu i rozwojem systemu kształcenia (przypominamy sobie program „tysiąc szkół na tysiąclecie” uruchomiony, aby uczcić tysiąclecie chrztu Polski) zasadnicze cele rozwoju ulokowano w przemyśle. Uznano węgiel za naturalne bogactwo kraju i postanowiono rozwinąć górnictwo węgla kamiennego. W pierwszych latach powojennych węgiel kamienny był najważniejszym towarem eksportowym. Bardzo szybko uzupełniono program o rozwój górnictwa odkrywkowego węgla brunatnego. Rozwój technologii górniczych umożliwił rozwój górnictwa siarki, aż do wyczerpania złóż pod Tarnobrzegiem. Poza wydobywaniem węgla rozwinięto sieć kopalni miedzi. Koncern KGHM funkcjonuje z powodzeniem nadal, dając pracę tysiącom ludzi i znaczne dochody krajowi. Pokazaliśmy, że umiemy być górnikami! Energetyka powojenna wymagała rozwoju prawie od zera, transport morski, kolejowy, drogowy były w opłakanym stanie. Postanowiliśmy stworzyć system energetyczny kraju, poza tym produkować statki, wagony, lokomotywy i autobusy. Plany rozwoju obejmowały wiele obszarów, także hutnictwo, produkcję materiałów budowlanych i budownictwo, (trzeba było odbudować Warszawę, Gdańsk, Wrocław) a także kilka innych.

Oceniając teraz postawione cele i plany oraz stopień ich realizacji miejmy na uwadze warunki, w jakich wtedy startowaliśmy do odbudowy i rozwoju kraju. Zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy liczyć tylko na siebie (szansa na Plan Marshalla szybko się rozmyła). Bardzo nieliczna kadra przedwojennych specjalistów, nieuzupełniana w czasie wojny, gdyż uniwersytety były zamknięte, w połowie zginęła na frontach walk, w obozach jenieckich (Katyń!) i koncentracyjnych, rozproszyła się po świecie. W latach wojny rozwinięto w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech, ZSRR i Japonii wiele gałęzi techniki i technologii. Ogromny postęp poczyniono w obszarze radioelektroniki (radar!), nadzwyczajnie rozwinął się przemysł budowy samolotów i samochodów, statków i łodzi podwodnych, wielki postęp odnotowano w hutnictwie i przemyśle chemicznym. Niestety, obywatele PRL nie brali udziału w tym wyścigu nowych technologii, wystartowaliśmy do niego spóźnieni 6 lat, z niewielkimi siłami. Od pierwszych lat postawiono w PRL na rozwój kierunków inżynierskich na uczelniach technicznych, o czym pisałem w poprzednich uwagach. Jednak po powołaniu nowego wydziału i kierunku studiów trzeba czekać wiele lat, by poziom wykładów, podręczników, laboratoriów i wiedzy absolwentów osiągnął odpowiedni wymiar. Podsumowując: w roku 1945 podjęliśmy pogoń za uciekającym nam postępowym światem w warunkach ogromnego niedostatku wykształconych specjalistów, z zacofanym technologicznie i zniszczonym przez wojnę, niewielkim w wymiarze produkcyjnym przemysłem.

Jeszcze jedną uwagę należy dodać. Już 5 marca 1946 roku Winston Churchill, w słynnym potem przemówieniu w Fulton, użył terminu „żelazna kurtyna”. Wkrótce weszliśmy w okres zwany „zimną wojną”. Kraj między Odrą i Bugiem położony jest na wschód od Łaby, która była granicą między obozami politycznymi. W rezultacie byliśmy jako kraj zmuszeni do udziału w wyniszczającym siły wyścigu zbrojeń. Musieliśmy utrzymywać i uzbrajać liczną armię, co pochłaniało znaczną część naszych wypracowanych z trudem zasobów.

Model zarządzania gospodarką, który musieliśmy zastosować nie był efektywny, był rodzajem włączonego hamulca, który – jak się okazało – tworzył warunki powstawania okresowych, bolesnych dla społeczeństwa kryzysów. Wszyscy pamiętamy Poznań, Radom, Gdańsk, Gdynię.

Ale co najważniejsze, „żelazna kurtyna” szczelnie i skutecznie oddzieliła nas od nowoczesnej technologii, od najlepszych ośrodków naukowych i uniwersytetów. Byliśmy skazani na siebie, na nasze własne umiejętności. Musieliśmy sami zaprojektować, wykonać i uruchomić: huty, elektrownie, fabryki parowozów, autobusów i stocznie budujące statki. Otrzymywaliśmy pomoc i sporo maszyn z ZSRR, ale nasi inżynierowie musieli najczęściej poradzić sobie sami. Nie można mieć do nas pretensji, że nie dogoniliśmy światowej czołówki, ale potrafiliśmy projektować i budować elektrownie i statki oceaniczne, kopalnie węgla i rud miedzi, parowozy i cukrownie. To prawda, że nasz Polonez nie dorównał Mercedesowi, że ratowaliśmy się technologią Fiata i licencjami na tranzystory i obwody scalone. Jednakże w tych trudnych warunkach generacja naszych rodziców i my wykazaliśmy, że potrafimy uczyć się, organizować i owocnie pracować. Własnym wysiłkiem i ciężką pracą wpisaliśmy nasze państwo między Odrą i Bugiem na trwale w mapę Europy.

Budujemy elektrownie

W XIX wieku odkryto ogromne możliwości, jakie stwarza energia elektryczna w wytwarzaniu światła, w napędzie mechanicznym, w możliwości prostej transmisji na duże odległości. Pierwszą elektrownię wodną, hydroelektrownię, uruchomiono w Wielkiej Brytanii już w 1878 roku. W 1882 roku także w Londynie uruchomiono elektrownię cieplną „Edison Electric Light Station”. Rozpoczął się wiek elektryczności. W XX wieku już wszyscy zrozumieli, że w państwie rozwiniętym produkcja energii elektrycznej jest koniecznością.

W Tabeli zestawiłem kilka danych z Roczników Statystycznych, aby stworzyć perspektywę historyczną ostatnich 100 lat. Dwudziestolecie II Rzeczpospolitej było czasem bardzo trudnym dla społeczeństwa. Udało nam się scalić kawałki 3 zaborów w jedno państwo, ale globalne swym zasięgiem kryzysy ekonomiczne dotknęły bardzo naszą gospodarkę. Dlatego nie uzyskaliśmy znaczącego przyrostu mocy naszych elektrowni. Wyprodukowaliśmy w 1938 roku prawie 4 TWh, co odpowiadało produkcji elektrowni o mocy prawie 500 MW przez 1 rok. To niewiele.

Nie ma miejsca w tej publikacji na przedstawienie najkrótszej choćby historii rozwoju systemu energetycznego w Polsce. Taki system to nie tylko elektrownie produkujące energię, to także złożona sieć przesyłania energii i doprowadzenia jej do kilkudziesięciu milionów odbiorców. Pierwsze lata PRL to elektryfikacja wsi, doprowadzenie energii do każdego domu. Ale później sieć energetyczna była nieustannie, ogromnym nakładem pracy i środków, rozbudowywana i doskonalona.

Największym i dlatego najważniejszym dla Polski źródłem energii jest węgiel kamienny. Obfite i poznane złoża Górnego Śląska były w powojennych dekadach naturalnym obszarem eksploatacji. Kopalnie i elektrownie Górnego Śląska stały się źródłem energii dla prawie całej Polski. Pierwsze elektrownie uruchamiane w PRL wykorzystywały węgiel kamienny. Wielkim nakładem pracy budowaliśmy i uruchamialiśmy kolejne elektrownie i bloki energetyczne. Produkcja energii elektrycznej osiągnęła w roku 1979 poziom 117 TWH, co oznacza, że w stosunku do roku 1939 moc bloków energetycznych wzrosła trzydziestokrotnie.

Jednak w kolejnych latach zauważyliśmy, że w RFN zbudowano wielkie elektrownie w sąsiedztwie kopalni odkrywkowych węgla brunatnego. Poszliśmy także w tą stronę. Popatrzmy na kolejne etapy.

Elektrownia w Turowie, początek budowy w 1962 roku, obecna moc 1500 MW, czyli 1,5 GW. Mówimy o niej teraz, gdyż Czesi, nasi sąsiedzi mają kłopoty z wodą. Powinniśmy po sąsiedzku i przyjacielsku znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie, bez angażowania sądów.
Zespół Elektrowni „Pątnów-Adamów-Konin”, budowany wieloetapowo, pierwsze bloki oddano w latach 1964-67. Obecnie łączna moc zainstalowanych bloków to 2,5 GW.

Elektrownia w Bełchatowie, początek budowy 1975, 11 bloków energetycznych o mocy 370 – 390 MW każdy, oddanych zostało do użytku w latach 1981–1988. Obecna moc 5,1 GW.

Wymienieni wyżej 3 producenci są dominującymi producentami energii elektrycznej w naszym kraju. Łączna moc tych elektrowni to ponad 9 GW. Gdyby pracowały pełną mocą cały rok, to ich produkcja wyniesie prawie 80 TWh, czyli około 45% rocznej produkcji energii w Polsce, w roku 2017.

Po upadku muru berlińskiego zniknęła „żelazna kurtyna”. Weszliśmy do otwartej, przyjaznej strefy ekonomicznej, gdzie specjalistyczne, o światowym poziomie firmy gotowe są zrealizować prawie każde zamówienie na blok energetyczny lub całą elektrownię. Trzeba tylko mieć pieniądze. W dekadach PRL takie firmy pracowały także, ale po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”. Byliśmy zdani na siebie i sprostaliśmy wymaganiom. Zbudowaliśmy prawie od zera sprawny system produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, na średnim, światowym poziomie. Kilku milionom pracowników należy się uznanie i podziękowanie za ich pracę.
W XXI wieku klimatolodzy donieśli nam, że rosnący zbyt szybko poziom CO2 w atmosferze uruchamia procesy zmian klimatu, co zagraża katastrofami o skali globalnej. Patrzymy teraz na elektrownie węglowe innym okiem. Ostatnio rozpatrujemy możliwość budowy kilku elektrowni atomowych przez firmy z USA. Czekają nas kolejne, kosztowne inwestycje. Ale to już jest inna historia.

70. rocznica utworzenia Wydziału Łączności Politechniki Warszawskiej
Podtytuł tego punktu mówi sam za siebie. Rocznica, o której wspomniałem na początku to właśnie siedemdziesięciolecie Wydziału Łączności, na którym w 1955 roku rozpocząłem studia.

Termin radiotechnika pojawił się w latach 30. poprzedniego wieku w związku z rozwojem techniki nadawania i odbioru radiowego. Obejmował także badania nad telewizją, radarem i technikami zapisu i rejestracji dźwięku. Odrębnym obszarem była telefonia. W roku 1939 liczba specjalistów w obszarze radiotechniki była w Polsce niewielka, najwyżej dwucyfrowa, przemysł radiowy nie istniał, o kierunku kształcenia nawet nie wspomnę. Dobrze pracował Wydział Elektryczny, to na nim powstawały pierwsze prace o propagacji fal i działaniu triody. Z różnych powodów – front naszych badań pozostawał daleko w tyle za Wk. Brytanią, Niemcami i USA. W latach II Wojny Światowej tempo badań i rozwoju radiotechniki przybrało niewyobrażalne rozmiary wyścigu technologii po śmierć i życie. W wyścigu tym – o czym wspomniano wcześniej – nie braliśmy udziału.
W roku 1945 nad morzem gruzów Warszawy wystawał budynek, który obecnie nazywamy Gmachem Głównym Politechniki. To tam zaczęli przybywać nieliczni wykładowcy, którzy przeżyli wojnę i powstanie. Przybyli pędzeni potrzebą by uruchamiać za wszelką cenę i jak najszybciej studia inżynierskie. Wszak bez inżynierów można odgruzowywać, ale nie można budować. Jeszcze jedną myśl mieli ci ludzie: w pościgu za światem mogli liczyć tylko na siebie.

Przed wojną silnym wydziałem Politechniki był Wydział Elektryczny. To przy nim wyrastała gałąź radiotechniki. Tak też zaczynano w roku 1945. Startuje rekrutacja na Wydziale Elektrycznym, a przy nim pojawia się specjalność: „prądy słabe”. To radiotechnika. Jednak tych kilku specjalistów, którzy tam skupili się wiedzieli, że to nie jest powtórka roku 1939, to już rok 1946, to już inna era. Trzeba – obok Wydziału Elektrycznego – utworzyć osobny wydział z własnym programem, odrębnymi laboratoriami, odrębnymi programami badawczymi. Tych kilku staje przed zadaniami – zdaje się – nie do wykonania. Po pierwsze nie ma kadry. Wydział Elektryczny pomaga. Zapraszają do pracy matematyków i fizyków, jakże wtedy nielicznych. Najzdolniejsi studenci 3 roku zostają asystentami, potem zostaną profesorami, niektórzy nie zdążą zrobić doktoratu, a zostaną członkami PAN.

Po drugie trzeba samemu pokonać dystans do czołówki, sięgnąć po literaturę naukową, kupić i sprowadzić z zagranicy, a potem napisać własne książki, podręczniki, skrypty. Na szczęście uniwersytety w USA i Wk. Brytanii publikują całe serie książek. Zasłynęła na całym świecie seria wspaniałych monografii wydanych w USA na przełomie lat 40. i 50. przez MIT (Massachusetts Institute of Technology, uniwersytet techniczny w USA, według wielu opinii najlepszy na świecie). W ZSRR pojawiają się całe serie bardzo dobrych tłumaczeń, często bez wiedzy autorów. Sięgamy po książki, gdzie się da i jak się da, a czas to ubogi zarówno w środki, jak i w kontakty.
Trzeci problem, to laboratoria, niezwykle istotny składnik procesu dydaktycznego. Coś przekazało wojsko, pomogły zakupy w ZSRR i w NRD. Są laboratoria, skromne, ale są.

Czas podsumować podjętą przez tych kilku pracę. Jest ich już kilkudziesięciu. Wnioskują o powołanie nowego w Politechnice Wydziału Łączności w roku 1951, w 6. roku po zakończeniu wojny. Jak wygląda ich dzieło? Mogę o tym sam opowiedzieć. Trafiam na ten Wydział w roku 1955. Jest nas 180 studentów, wybranych z 630 kandydatów po bardzo trudnych egzaminach. Studia magisterskie zaplanowano na 11 semestrów, w praktyce trwają 6 lat. Tygodniowa liczba zajęć przekracza 40 godzin. Pierwsze 2 lata, wzorem modelu francuskiego przygotowującego do Grand Ecole, to gruntowne studia wiedzy podstawowej z przewagą matematyki i fizyki. Dobrzy wykładowcy, dużo podręczników i skryptów, dobrze przygotowane laboratoria. Dobry zestaw specjalności dyplomowania, poza radiotechniką i telefonią można było wybrać elektronikę medyczną (aparatura Roentgena), elektroakustykę z akustyką sal koncertowych i automatykę. Studia są bardzo trudne i wymagają od studentów ogromnego wysiłku. Do dyplomu dociera dwóch na trzech. Mimo tego co roku liczba kandydatów kilkakrotnie przekracza liczbę miejsc.

Wydział Łączności po kilkunastu latach zmienił nazwę na Wydział Elektroniki. W 1965 roku otrzymał nowy gmach, w którym pracuje do dzisiaj. Liczba studentów powoli rosła i obecnie sięga 3,5 tysiąca. Jest to największy Wydział Politechniki Warszawskiej i jeden z największych w uczelniach technicznych. Obecnie kształci na 5 kierunkach, prowadzi studia doktoranckie, w języku angielskim i przez Internet. Zatrudnia kilkudziesięciu profesorów i doktorów habilitowanych, wkrótce będzie to liczba trzycyfrowa.

Wracając do czasów początku, lat 50-tych i 60-tych. Absolwenci Wydziału Łączności stworzyli w Warszawie całą serię instytutów naukowych i centrów badawczych, wśród nich wymienię PIE – Przemysłowy Instytut Elektroniki, PIT – Przemysłowy Instytut Telekomunikacji, ITE – Instytut Technologii Elektronowej, IŁ – Instytut Łączności, ITME – Instytut Technologii Materiałów Elektronowych, i kilka innych. Powstał od zera warszawski przemysł elektroniczny, który produkował lampy elektronowe, tranzystory i układy scalone, odbiorniki i nadajniki radiowe, radary i magnetrony, kineskopy i telewizory, systemy automatyki i aparaturę pomiarową. Absolwenci tego Wydziału dawali sobie doskonale radę tam, gdzie rzucił ich los. Większość pracowała i pracuje dla kraju. Wielu los rozrzucił po całym świecie. Na uniwersytetach od Alaski po Patagonię i Nową Zelandię można spotkać profesorów – absolwentów tego Wydziału, bo jego dyplom otwiera każde drzwi.

Chcę oddać ukłon tym kilku, którzy 70 lat temu, w powojennej pełnej gruzów Warszawie, w kraju pełnym ran i blizn, postanowili gonić świat, który nam uciekł. Uznali, że kraj skorzysta, gdy wykształci się specjalistów w obszarze niezwykle ważnej techniki. Nie wiem, czy rozważali możliwość czekania na III Wojnę Światową, pewnie nie. Postanowili gonić w sposób, który uznali za najskuteczniejszy i który był najskuteczniejszy. Takie dziania są zgodne z czymś, co nazywamy realpolityk. Nie przypominam ich nazwisk, aby kogoś nie pominąć, podam tylko jedno: profesor Janusz Groszkowski, nasz praojciec.

A jak wyglądały stosunki z władzą tamtych lat? Czy działali na zlecenie władz? Z pewnością nie pracowali „przeciw władzy”, to oni przekonali władzę i ustalili programy rozwoju uczelni, instytutów badawczych, zakładów produkcyjnych.

Zamiast konkluzji

Przypominam czasy i działania naszych ojców i nasze, aby przypomnieć ogrom pracy włożonej przez te dwie generacje w odbudowę i urządzanie kraju. Jeden z wielu domagam się sprawiedliwego osądu włożonego wysiłku i wykonanej pracy przez miliony ludzi, którzy w miastach naszego kraju zbudowali mieszkania – prawda, że skromne – dla 16 milionów ludzi, dla połowy mieszkańców. Kraj, który wtedy był PRL-em, teraz jest Rzeczpospolitą Polską. Rzeczpospolita nie powstała na gruzach PRL, ale jest jego kontynuacją w przestrzeni między Odrą i Bugiem. Owszem, na miejscu Stadionu Dziesięciolecia zbudowaliśmy Stadion Narodowy, ale w tej samej Warszawie. Ostatnie dekady to czas, gdy nagradzamy za strajki, nielegalne stowarzyszenia, starcia z policją, a nie za wybudowane mosty, elektrownie i szkoły. Podyktowany przez prawicę i IPN dominujący obecnie model myślenia ogłupia nas, niestety. Już teraz nie pozwala nam postawić właściwej diagnozy, dlaczego dystans między nami a czołówką krajów rozwiniętych nie maleje, jakie działania trzeba podjąć, aby go zmniejszyć. Jesteśmy blisko konkluzji, że to ONI powinni nas gonić, że na nas, przedmurzu, spoczywa obowiązek ochrony cywilizacji.

Dalej potrzebne nam są oceny oparte o realpolitik, aby właściwie diagnozować stan, w jakim jesteśmy i kierunki rozwoju, jakie powinniśmy wybrać na przyszłość. Wrócimy do tego tematu.

Solidarność na drodze… dokąd? (cz.I)

„Tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie… Nie będziemy wysuwać programów politycznych”
Lech Wałęsa

„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”.
Stefan kard. Wyszyński

Tytułowe pytanie może być dla Państwa zdumiewające. Przecież od 40 lat wiadomo, że postępowanie Solidarności doprowadziło do „ostatecznego posunięcia państwa”, jakim okazało się wprowadzenie stanu wojennego (to osobny temat). Skąd więc taka „tytułowa ostrożność?” Z nadziei porozumień sierpniowych, że „Polak z Polakiem się porozumie”. Że wspólnymi siłami społeczeństwa- klasy robotniczej w szczególności, i władzy- będzie możliwe wyprowadzenie gospodarki z kryzysu. Z błędów polityki gospodarczej „epoki Gierka”, które doprowadziły do robotniczych protestów.

Kulisy porozumień

Przedłużające się strajki sierpniowe i brak ugody, wywoływały zasadne zniecierpliwienie władzy. Rząd oceniał rosnące z każdym dniem straty gospodarcze. Nie mógł też pójść na daleko idące ustępstwa Komitetu Strajkowego. Nie radził sobie z tym Tadeusz Pyka, w Komisji Rządu zastąpił go Mieczysław Jagielski. Komitet Strajkowy nie spieszył się z ugodą. Zgłaszano wciąż nowe postulaty, a dyskusje nad ich treścią i realnością wykonania- co logiczne- budziły spory i kłótnie. Wreszcie przyjęły postać 21 postulatów. Równolegle utrzymywano napięcie robotnicze, które szybko przekształcano w strajki większości zakładów pracy Trójmiasta. Inspiratorami tego stanu- w Sali bhp Stoczni Gdańskiej, na Wybrzeżu, w kraju- byli działacze KOR. Wiemy to od lat, a rok temu w wywiadzie prasowym potwierdził Bogdan Borusewicz.

Proszę sięgnąć pamięcią i przypomnieć sobie, że ogłoszone 21 postulatów zyskało zrozumienie szerokich kręgów społeczeństwa, także w Wojsku i milicji, nie pomijając Kościoła. Nieliczni może i „krzywili się” na transmisje mszy św., ale ogólnie popierali te postulaty. Nie wstydźmy się tego, przynajmniej wobec siebie. Widzieliśmy wokół siebie wiele rzeczy złych, które można było poprawić, zmienić, nie czekać na „decyzje góry”. Przypomnijmy sobie koniec strajków, jak „odetchnęliśmy z ulgą”! Umacniał nas w tym przekonaniu Lech Wałęsa. Na wiecu kończącym strajk w Stoczni Gdańskiej, gdzie widniało hasło „Socjalizm tak, wypaczenia nie”- widać, że początkowo akceptowano ustrój- wezwał wszystkich „do roboty”. Mówiono też o „drugiej Japonii”,;„bułkę z szynką jeść będziecie”(później dodawano-„jeżeli nas zarejestrujecie”) oraz, że „wszyscy mają jednakowe żołądki”. Później strajkując, Solidarność zapomniała, że także powinna dbać o ich napełnienie -chociażby dla swoich członków (mówiąc uszczypliwie).

Dla Lecha Wałęsy i MKS pierwsze dni września miały decydujące, strategiczne znaczenie Wybuch strajku w sierpniu spowodował szybkie przybycie np. z Warszawy i Wrocławia grupy ekspertów i doradców, początkowo nazywanych intelektualistami. To głównie przedstawiciele KOR, np. Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, wspomniany Bogdan Borusewicz, Adam Michnik – „nadawali ton”, inspirowali strajki. Wiemy, że prof. Karol Modzelewski jest pomysłodawcą nazwy Solidarność. Wspierał ich prof. Bronisław Geremek, Jacek Taylor, Tadeusz Mazowiecki i inni. Oni też byli organizatorami, a część członkami Komisji Krajowej i struktur regionalnych Solidarności. Wypracowywali kierunki działania Solidarności. Domyślam się, że musieli sobie odpowiedzieć na kilka pytań, choćby takich- czy będziemy uczestniczyć w realizacji 21 postulatów; jakimi środkami będziemy egzekwować zapisy porozumienia od rządu; czy chcemy zmieniać Polskę przez zmianę ustroju czy i gospodarki. Oczywiście, tych pytań- problemów nie znajdą Państwo tak zapisanych w znanych dokumentach, wynikają one z ich treści. Część odpowiedzi, przynajmniej dla niektórych działaczy KOR była jasna- zmienić ustrój polityczny, odsunąć PZPR od władzy! To był cel zasadniczy! Ujawniali go działaniami, swoimi inicjatywami przez 1981 r., do ogłoszenia stanu wojennego.

Pierwszy sygnał…

Chyba pod koniec września, w październiku, gdy lokalne strajki wciąż trwały w różnych miejscach i zakładach -zaczęło się pojawiać pytanie-po co? Przecież umowy są podpisane, trzeba dać czas rządowi na wykonanie. I tu mamy pierwszy „sygnał ostrzegawczy”. 7 września, czyli tydzień po podpisaniu 21 postulatów, w Warszawie Prymas Tysiąclecia przyjmuje Lecha Wałęsę z delegacją, w której jest ks. Henryk Jankowski. Już wtedy kładzie akcent na sprawy związkowo- robotnicze. Przypomina i wyjaśnia, co mówił na Jasnej Górze -„Musimy mieć roztropność kierowniczą…Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”. Zwracam uwagę na słowa- „roztropność kierownicza”- jak wtedy mógł rozumieć Prymas w wymiarze krajowym i zewnętrznym; „swoje obowiązki”. Proszę sobie wyobrazić jak zapamiętali je i zrozumieli goście Prymasa, szczególnie Lech Wałęsa, ks. Jankowski. Prymas włącza „sygnał ostrzegawczy”- wykonać, co podpisaliście, zakończyć strajki! Czyżby miał przeczucie-może „Boże zalecenie”? Dlaczego natychmiast- po rozmowie, Lech Wałęsa z delegacją nie skorzystał tej rady? Kto zna odpowiedź? Prymas znał nazwiska doradców i ekspertów. Szczegóły „rodzącego się Związku” opisał mu jeden z nich, Tadeusz Mazowiecki -członek Rady Prymasowskiej. Wiemy, że wpływ „ludzi KOR” bardzo martwił Prymasa. Teraz, po latach nie tylko przyznajemy rację, wyrażamy mu głębokie uznanie!

Ostrzeżenia Michnika

Oceniając ówczesną sytuację, Adam Michnik, w „Biuletynie Informacyjnym” KOR (wrzesień 1980) opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Jestem pewien, że Państwo raz jeszcze przeczytają ten, uderzający realizmem wywód, że podzielą moje przypuszczenie o znajomości tego tekstu przez Prymasa. Przeznaczą chwilę czasu na wyobrażenie sobie jego zrozumienia przez członków KOR, kolegów Adama Michnika. Co więcej- uświadomienia sobie geograficznego i politycznego położenia Polski w 1981 r., a stąd bieżących i perspektywicznych skutków. Że mając to w pamięci, przed oczyma- z tego punktu widzenia będziecie oceniać sytuację Polski, naszej Ojczyzny, przed 40. laty i współcześnie. Kto w Solidarności to rozumiał- jak Państwo myślicie? Na własny użytek sporządźcie ich listę.

Sądowa ugoda

24 października Sąd Wojewódzki w Warszawie – przewodniczący sędzia Zdzisław Kościelniak- wpisuje NSZZ Solidarność do rejestru związków zawodowych. Dokonuje zmian w statucie- skreśla prawo do strajku i dopisuje stwierdzenie o kierowniczej roli PZPR. Reakcja Związku natychmiastowa- KKP ogłasza protest i gotowość strajkową we wszystkich regionach w kraju, składa odwołanie do Sądu Najwyższego. Wyjaśnienia sędziego dot. skreślenia prawa do strajku, jako zapisanego w 21 postulatach i wpisu o kierowniczej roli PZPR, jako uzupełnienia z „Protokołu” nie przekonują władz Związku, części prawników i części „centrali” Partii. Dwa tygodnie trwa poszukiwanie wyjścia z sytuacji, rośnie napięcie, „gorączka strajkowa” w kraju.10 listopada Sąd Najwyższy uchyla poprawki Sądu Wojewódzkiego. Związek zgodził się na aneks do statutu, w którym dołączono postanowienia Międzynarodowej Organizacji Pracy dot. wolności tworzenia związków zawodowych i zapis „Porozumienia”-„Tworząc nowe, niezależne, samorządne związki zawodowe, MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL. Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego systemu sojuszów międzynarodowych, dążą one do zapewnienia ludziom pracy odpowiednich środków kontroli, wyrażania opinii i obrony swych interesów. Nowe Związki zawodowe będą bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej. Stoją one na gruncie zasady społecznej własności środków produkcji stanowiącej podstawę istniejącego w Polsce ustroju socjalistycznego”. Znów poddaję Państwu pod rozwagę- proszę wskazać, czy i jak Solidarność rozumiała i „przestrzegała zasad określonych w Konstytucji” w 1981 r. i latach następnych? Temat ciekawy i dyskusyjny, będzie się pojawiał w kolejnych publikacjach. A zapis- … „nie zamierzają pełnić roli partii politycznej”, wymuszony przez Komisją Rządową, nie był ostrzegawczy, dalekowzroczny- także dla Papieża? (encyklika Laborem exercens). Co Państwo myślą, nawet po 40 latach?

Kierownicza rola…

Pytanie-dlaczego nie wpisano do statutu kierowniczej roli PZPR? Wśród kilku pokrętnych wyjaśnień, pojawia się i takie, że nowa nazwa Związku- NSZZ Solidarność nie musi stosować się do tego, co podpisał MKS. Prawda, że zaskakujące? A pytanie-dlaczego ta „nowa nazwa” uznaje za obowiązujące 21 postulatów- mogliby Państwo uznać za obrażające inteligencję! Przyjąć więc można, że to taka nowa „filozofia myślenia” Solidarności. Można inteligentnie zakpić, ale sprawa jest dalece poważniejsza. To sygnał, niejako „odkrycie kart”, że Solidarność w swoim działaniu może nie chcieć liczyć się ze zdaniem PZPR, nie szanować jej obecność, ale także z Państwem! Proszę czytać dokładnie-„Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie”…nie „gdzieś tam”, tylko tu w Polsce, na obszarze której i wobec mieszkających na tym „obszarze” obywateli chce działać. Przecież deklaruje, że dla ich dobra! Czy dla „dobra Polski”- ktoś może obruszyć się takim pytaniem. Ostrożnie z emocjami. Fakt, czytali Państwo-„ani nie podważając ustalonego systemu sojuszów międzynarodowych”. A jakie są – Układ Warszawski (UW) i Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG), jako główne. Polska, kilka innych umów międzypaństwowych i międzynarodowych podpisała, np. Akt Końcowy KBWE, jest też członkiem Międzynarodowej Organizacji Pracy- wyżej wspomnianej czy ONZ.

Dla wielu z Państwa interesującym może okazać się takie myślenie Prymasa. Podczas spotkania z Generałem, 26 marca 1981 r., wspomniał, że listopadzie 1979 r. wręczył Edwardowi Gierkowi memoriał (nie konsultował go z Episkopatem), gdzie wytykał błędy i nieprawidłowości w postępowaniu władz. Powiedział -„To partii głęboko szkodzi. Nie mam powodu do jej adorowania, ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa, silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną. Gierek w tej sprawie nie zrobił nic. A przecież można było uniknąć wielu zapalnych punktów. Można było uniknąć niezadowolenia społecznego”. („Stan wojenny”, Spotkanie z wielkością”, Wyd. BGW, 1992). Pomyślcie Państwo- czy słowa, że partia „w tym bloku jest… realnością… musi istnieć… być na poziomie… zdrowa, silna”, nie odnoszą się do „kierowniczej roli”? Nikt tu chyba nie podejrzewa Prymasa o koniunkturalizm. Ale należy pochylić czoło przed realizmem! Jednocześnie, słowa te mógł Generał odczytać jako wskazówkę do wzmocnienia wewnętrznej zwartości Partii, jej pozycji w kraju, bo…Kreml uważnie patrzy! Polaków, zachęca do namysłu nad kierowniczą rolą partii- także z dystansu 40 lat. A czy Prymas nie powiedział to samo co Adam Michnik, tylko „innymi słowami”?

„Serce ważne…wyżej głowa”

Proszę, by Państwo „rzucili okiem” na czołową sentencję. Realizm, kolejny raz Prymas wykazał 10 listopada. Spotkając się z delegacją Solidarności powiedział – „Chociaż mielibyście różne pokusy natury politycznej, pamiętajcie, że pierwszym waszym celem jest realizacja zadań społeczno-zawodowych: obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrona człowieka pracującego-to jest wasze najważniejsze zadanie”. Czy te zadania można było przedstawić Lechowi Wałęsie i kolegom jaśniej, wyraźniej, dosadniej- kto ośmieli się poczynić tę uwagę Prymasowi? A dalej- „Nadrzędnym celem wszelkiej działalności winien być interes Ojczyzny i rzetelna praca dla wszystkich ludzi, dla dobra Polski”. Uparcie Państwa pytam- czy i jak delegaci mogli rozumieć „interes Ojczyzny i rzetelną pracę”? Także podczas tego spotkania padły- jakże filozoficznie mądre i czasowo nie przemijające słowa -„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”. Kto z Państwa policzyłby sytuacje wymagające powtórzenia tych słów, wręcz wykrzyczenia wiele razy w całym 1981r. do 13 grudnia. Powtórzę, że głowa jest wyżej od serca, że głowa służy do myślenia, a nie bicia w przysłowiowy mur! Że serce, promieniujące miłością wiele razy w Historii Polski przeszkodziło, wręcz unicestwiło rozsądek głowy! Płaciliśmy nie raz krwią, życiem, dosłownie zakochanych – Powstanie Warszawskie. Do czego mogło doprowadzić działaczy Solidarności „serce” bijące abstrakcyjną miłością do Ojczyzny, do Narodu, gdyby nie stan wojenny? Serce, choć pełne miłości- u tych co wciąż kochają pannę „S”, jako posażną i wytworną damę. Niech zechcą się obudzić, wraz z wiosną 2021 r., przetrzeć oczy i dostrzec jej skromny posag, a wytworność przeciętną. Nie wierzycie Państwo- zachęcam do czytania książki „Zagrabiona historia Solidarności” prof. Bruno Drwęskiego, promował ją kilka razy Przegląd, a Trybuna 16-18 kwietnia 2021. Zachęcam Państwa, by nie dać sobą manipulować, gdy „piaskowi uczeni” zechcą pluć na stan wojenny w 40-lecie. Zachęcam do promowanej książki prof. Andrzeja Walickiego „PRL i skok do neoliberalizmu”. Filozoficznym, naukowym, przystępnym językiem-Profesor pokazuje, że „nie można zbudować obiektywnej oceny PRL przy pomocy mitologizacji zasług opozycji politycznej i autogloryfikacji kombatantów, którzy stworzyli wygodną dla siebie wersję historii”. Zachęcam do czytania Trybuny i Przeglądu!

„Socjalizm… niezły…”

Po spotkaniu z Prymasem 10 listopada 1980 r., Lech Wałęsa mówił dziennikarzom-„Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związku powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Kto dziś, po 40 latach chciałby wątpić w szczerość tych słów? Można wątpić w pamięć Lecha Wałęsy o odpowiedzialności za własne słowa, jako człowieka. A należy ostro, krytycznie mówić o jego odpowiedzialności jako przewodniczącego Związku, zarówno za robotników jak i za Polskę. Co sprawiło, że tak szybko zapomniał, że „tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie” a „Socjalizm to jest system niezły”? Może Państwo wiedzą.

Prymas, bogatszy o wnioski z dwóch miesięcy obserwacji działań Lecha Wałęsy i grupy współpracowników, 19 stycznia 1981r.(od 3 dni trwały strajki i protesty o wolne soboty)- spotkał się kolejny raz i nawiązał do sytuacji, m.in. tłumacząc- „Na pewno chcielibyście osiągnąć bardzo wiele. Aby chcieć wiele i osiągnąć wiele- trzeba mieć dużo cierpliwości na dziś i na jutro. Potrzeba umiejętności przewidywania tego, co jest do zrobienia dziś, a co jutro”. Lech Wałęsa miewał momenty „przewidywania”, ale działał „na wyczucie”, emocjonalnie. Jak reagowali jego doradcy i eksperci -byli bezsilni! To nie usprawiedliwienie, tylko żądanie odpowiedzialności.
Pamiętam gest, ocknięcie się Lecha Wałęsy, gdy w kwietniu 2007 r. jako Noblista, zabrał głos w obronie Generała, po wytoczeniu przez IPN procesu sądowego za stan wojenny. W liście do Marszałka Sejmu m.in. napisał – „Sowieci dla Polaków byliby z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego” (też porównanie!). Według niego, „dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji”. Przypomniał, że „połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. Dlatego władze nie powinny dopuścić do procesu Generała. „Lepiej późno niż wcale”-, pamiętając „kolejkową gehennę”, rysujący się głód zimą 1981 r. i następnym.

Dokąd pójdzie…

Czytając ten tekst, zasadniczo obejmujący II półrocze 1980 r. nasuwa się „teoretyczna odpowiedź” na tytułowe pytanie publikacji. Solidarność będzie zmierzać do naprawy socjalizmu w Polsce, do „przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrony człowieka pracującego”- jak10 listopada wbijał gościom do głowy Prymas. Stąd nawiasem mówiąc- wynika sens przygotowania osobnej publikacji o roli Papieża, Prymasa i Kościoła w 1981 r.

Napisałem wyżej- „teoretyczna odpowiedź”, bo faktyczną znamy. A Państwo wyczuwają moje, swoiste uczulenie adresowanie do Solidarności. Nie ma ono złośliwego podłoża. Ma wyraz bolesnej troski o Solidarność jako ludzi – jej „szeregowych” członków i Polaków. Powtarzam-ludzi i Polaków! Nie o struktury terenowe i teorie ubrane w „niepodległościowy kostium”. Kto, jeśli nie oni stali godzinami w kolejkach- kogo przeklinali, czy tylko Jaruzelskiego, Kanię, Cioska, Rakowskiego? Czy nie oni byliby wywożeni na Sybir tylko dlatego, że Kierownictwo Solidarności ujęło ich „sercem”, pięknymi obietnicami i tym zyskało ich zaufanie? To działacze KOR wybijali im z głów, gdzie leży Polska, jak jest podzielona Europa. Warto więc zapytać-czy Kierownictwo Solidarności czytało i dyskutowało o cytowanym tekście Adama Michnika, bo o efektach żaden prawicowy naukowiec nie pisze. Kiedy, w jakim okresie zaczęło rezygnować z rad i wskazań Prymasa, kierując Związek i znaczącą część społeczeństwa na jednoczesne niszczenie gospodarki i obalanie ustroju. To jest istota, klucz: położenie geograficzno-polityczne i militarne Polski, jej Konstytucja i ustrój polityczny, co kierownicza rola Partii uosabiała. Kto tego nie rozumiał i nie respektował- zmierzał do stanu wojennego. On okazał się ratunkiem- najpierw dla Kierownictwa Solidarności, potem członków. O tym w następnych tekstach.

Na zakończenie.

Zachęcam Państwa do wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Pod „pistoletem” strajkowym… „czarne złoto”.

„Rząd pod >pistoletem strajkowym<, zajmując się wciąż różnymi punktami zapalnymi, nie może efektywnie spełniać swej funkcji”. „Mówi się węgiel to >czarne złoto<. Dziś trzeba powiedzieć inaczej – węgiel to nasz tlen. Bez złota można żyć. Bez tlenu nie” – gen. Wojciech Jaruzelski

„Rząd pod >pistoletem strajkowym<, zajmując się wciąż różnymi punktami zapalnymi, nie może efektywnie spełniać swej funkcji. To nie po prostu sprawa samopoczucia władzy, lecz zakłócenie elementarnych warunków funkcjonowania państwa”. Ocena ta padła z trybuny Sejmu 12 lutego 1981r.,wygłoszona w ekspose przez Premiera-Generała. Udając obruszonego, można postawić pytanie – jakiż to tytuł, prawo ma nowy premier oceniać skutki działania organizatorów strajków? Przecież w tej chwili Sejm jeszcze nie wybrał rządu! Można sobie dworować z Premiera-Generała mówiąc, że „pistolet” nie był „nabity”, nie było podstaw do obaw, do strachu. Poprzednik, premier Józef Pińkowski, nie zdążył „nabić”. Zachęcam Państwa do lektury ekspose – a my dokonajmy przeglądu działań, tego „nabijania pistoletu”- od sierpnia 1980 r. Między sierpniem, a lutym… Przypomnę, iż w tekście „Na progu”… napisałem, że formalnie strajki powinny się zakończyć 31 sierpnia 1980 roku o godz. 17.00, po podpisaniu „Porozumienia”. Tak miało być. A w praktyce dopiero 3 września podpisano odrębne porozumienie z górnikami, a 11 września z hutnikami. Może wśród górników i hutników pojawią się odważni, którzy po 40 latach powiedzą dlaczego wydłużyli strajkowanie, kto was do tego namówił. Nie wstydźcie się Panowie, odwagi. Tekst szczególnie adresuję do robotników, przedstawicieli klasy robotniczej! Oto kilka, niektórych, wyrazistych przykładów: – godzinny strajk powszechny 3 października Solidarności, powód- władza nie wypłaca podwyżek, ogranicza dostęp do środków masowego przekazu, przeszkadza w tworzeniu nowych związków, itp.

Czy rzeczywiście tak było? Przypomnę, władza zgodziła się „wypłacać wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ”( pkt.7 „Porozumienia”).Uściślono w „Protokole”, że zaliczkę 40 proc. wynagrodzenia otrzymają za okres strajku, a po podjęciu pracy-wyrównanie do 100 proc. To dawało okazję do zarzutu, że władze zakładowe nie zauważyły „końca” strajku i „martwego czasu” do rozruchu zakładu, a stąd ocena, że się spóźniają, ociągają z wypłacaniem. Takie przypadki mogły być, nie zaprzeczę. Czy należało reagować strajkiem powszechnym? Może świadkowie- robotnicy powiedzą prawdę po 40 latach, zachęcam; – 24 październik, tzw. kryzys rejestracyjny. Sąd Najwyższy nie chce zarejestrować NSZZ Solidarność bez uznania przestrzegania Konstytucji i kierowniczej roli PZPR Na 27 października KKP ogłasza strajk, rząd ustąpił (napiszę osobno); – 21 listopada, strajk w Hucie „Warszawa” i fabryce traktorów w Ursusie. Powód – dzień wcześniej SB przeprowadziła rewizję w mazowieckiej Solidarności, gdzie pracownik powielarni Prokuratury Generalnej Piotr Sapełło doręczył kopię tajnego dokumentu Janowi Narożnikowi, działaczowi „S”. KKP wezwała inne regiony, poza mazowieckim do solidarnościowej akcji. Władza ustąpiła- zwolniła zatrzymanych po poręczeniu Stefana Bratkowskiego. W ocenach wielu uczonych pomija się szczegół – to dokument tajny. Dlaczego świadomie wprowadzają w błąd?; – 23 grudnia rząd ogłasza, że w 1981 r. będzie wolnych od pracy tylko 25 sobót. Doszło do sporu z rządem. Solidarność dołączyła różne regionalne postulaty. 16 stycznia rozpoczęły się strajki w ok. 300 zakładach pracy, głównie w województwach południowo-wschodnich. Strajk powszechny objął 28 stycznia ok. 600 tys. ludzi w 11 województwach i zapowiedziano na 3 lutego ogólnopolski strajk ostrzegawczy. Łącznie w styczniu strajkowało ok. 1,7 mln. ludzi. W odpowiedzi 30 stycznia prasa krajowa opublikowała Oświadczenie rządu PRL…„że z tytułu swych konstytucyjnych uprawnień zobowiązana jest do zapewnienia ładu, porządku i dyscypliny, do stworzenia warunków normalnego życia obywateli. Mając to na uwadze, Rada Ministrów w przypadku utrzymywania się tego stanu będzie musiała podjąć niezbędne decyzje, które sprzyjać będą normalnemu funkcjonowaniu przedsiębiorstw i zakładów zgodnie z najlepiej pojętym interesem społecznym” (strajk na 3 lutego odwołano). Ostatecznie podpisano porozumienie 31 stycznia-42 godzinny tydzień pracy i wolna sobota. Fakt, ten oceniła Danuta Zagrodzka na łamach „Gazety Wyborczej” 5 maja 1994 r.- „Postulat skracania czasu pracy w kraju, który się dorabia, wydaje się dość śmieszny. Solidarność wysuwała ten postulat przed 14 laty, ale wtedy, aby pokonać komucha, każdy postulat wydawał się dobry. Teraz ta podwójna moralność wychodzi nam bokiem”. A jak „wydaje się” Państwu po 40 latach? Wspomnę, że łączne podwyżki i skrócenie czasu pracy w 1981 r. wyniosły 255 -260 mld. zł. „Mimo starań Rządu, realizacja rozmija się z intencjami sygnatariuszy”, ocenił prof. Jan Szczepański. Na początku lutego prasa opublikowała komunikat GUS o wykonaniu planu za rok 1980 i sytuacji społeczno-gospodarczej kraju, oględnie mówiąc-mocno niekorzystny. Przykłady: spadek dochodu narodowego głębszy niż w 1979 r.; znaczna nadwyżka importu nad eksportem i dalszy wzrost zadłużenia; nie wykonano planu produkcji większości podstawowych wyrobów; spadek produkcji roślinnej i pogłowia zwierząt gospodarskich. Wnioski-deficyt żywności staje się najważniejszym problemem. Polska zaczyna balansować na skraju krachu gospodarczego. Zachęcam Państwa do przejrzenia prasy z początku lutego 1981 r., wczytania się w dane i oceny GUS, zastanowienia się nad I-ym półroczem strajków i wynikającymi stąd wnioskami oraz odpowiedzeniem sobie na pytanie- miał rację Generał, mówiąc w Sejmie, że rząd poprzednika znalazł się pod „pistoletem strajkowym”. Błądził, jeśli spodziewał się tego samego dla siebie? Moje refleksje Staram się czytać dostępną literaturę, by wreszcie zrozumieć dlaczego tzw. regionalne strajki trwały tu i ówdzie cały czas. Kto winien?- też pytanie, wiadomo, że władza.

Dlaczego? Zgodziła się „wypłacać wynagrodzenie wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku jak za urlop wypoczynkowy” (pkt.7„Porozumienia”).

Uściślono w „Protokole”, że otrzymają zaliczkę 40 proc. wynagrodzenia za okres strajku, a po podjęciu pracy-wyrównanie do 100 proc. Jestem w błędzie pytając, czy warto strajkować z byle powodu, „bo i tak zapłacą”? Okazja do zarzutu, że władze zakładowe nie zauważały „końca” strajku i „martwego czasu” do rozruchu była cięgle, a stąd ocena, że się spóźniają, ociągają z wypłacaniem. Przypadki mogły być. Ale nie uznam za ocenę prawdziwą, że działanie władz terenowych, zakładów pracy było celowe, robotnikom, „na złość”. Gdyby tak było, szybko dostałaby nauczkę- ponowne strajki, protesty, interwencja MKS, rządu, jestem w błędzie? Niech Panowie, wtedy robotnicy i oczywiście członkowie Solidarności, przypomną sobie, dzieciom, wnukom jak „gorliwie pracowali”. Nie wstydźcie się powiedzieć prawdy. Cytowany zapis dawał okazję, otwierał furtkę do pomówień, że „chcemy pracować”, ale „nie płacą”- strajkujemy. Ten „wytrych” stosowaliście masowo. Wiem, wiosną 1981 zaczynały się braki i opóźnienia dostaw surowców. Ale tu będę uparty- nie przyjmę tego argumentu! Bo to w części „zasługa” Panów i górników-Polska nie wywiązywała się z eksportu węgla i produktów. To przysłowiowy kij, który ma dwa końce! Starajmy się być uczciwi w ocenie własnej i władzy. Kolejny argument. Ostrożność władzy w użyciu siły, was- Panowie robotnicy ośmielała, „dodawała otuchy”. Zarówno 40 lat temu jak i dziś, tę „ostrożność” należy uszanować, docenić, to nie tylko wniosek z Grudnia 1970 r. To także wyraz krytycznej samooceny władzy od początku lat ’80. Także szacunku dla robotniczego trudu, bez fałszu, uczciwie. Tu przyznaję „akcje wodzów” całkowicie przesłoniły Panom tę ocenę. Czekam na Panów- robotników głos. Ale wtedy Panów myślenie było proste- skoro nie biją, to znaczy że nas się boją i do tego płacą! Powtarzam, to wy-Panowie robotnicy jesienią ‘80 i częściowo wiosną ’81 r. byliście „motorem” strajków. Fakt, „związkowa góra” nie potępiała, mieliście ciche przyzwolenie. Łatwo i szybko przekonywała, że macie rację. Wtedy, jesień ‘80 r. „uczyliście” się strajkowania, byliście pojętni i podatni na „nauki” różnych „ekspertów poczty pantoflowej”. Słuchaliście wyrastających – jak przysłowiowe grzyby po deszczu- różnych „zakładowych wodzów”, takich „swojskich mądrali”. Bogdan Lis- w relacji z 1 stycznia 1984 r. (książka pt. „Konspira”), mówi: „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec1981r.,widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Sięgnijcie pamięcią robotnicy- dziś stateczni Panowie i powiedzcie „jak było” (znam treści kilku listów, które autorzy – zastrzegając nazwiska skierowali do Sądu, po oskarżeniu Generała za stan wojenny). Dzieci i wnuki. zapewne z uwagą posłuchają prawdy Dziadków i Rodziców. Będzie to dla nich lekcja- tak myślę uczciwej Historii. Zapytam Panów robotników- dziś dostojnych emerytów, dziadków – kto produkował znane wtedy buble. Takie przykłady. Ludzie nie chcieli kupować mebli ze „sklejki”, rozpadały się. Renomą i długimi kolejkami cieszyły się produkowane przez Fabrykę Mebli w Swarzędzu-był rarytas, kto pamięta? A motocykle, znane WFM-ki oraz WSK-i, były cenione i poszukiwane. Od pewnego czasu straciły popyt, nawet błotniki do nich były wadliwe. A przekleństwa rolników za buble w postaci wideł, które dosłownie nie nadawały się nawet do rozrzucania gnoju, a łopaty, szpadle, łamiące się przy próbie wbicia w ziemię? Zapytam Panów robotników- kto zalecał produkcję bubli, marnotrawstwa materiałów? Czy towarzysz dyrektor fabryki i zakładowy sekretarz partii? To przecież ich wywoziliście na taczkach- była przy tym „kupa śmichu”. Jak reagowaliście na kontrole wykonanych wyrobów? Przecież Panowie robotnicy swoimi „rencami” robiliście te buble, marnowaliście materiały, nie słuchaliście nawoływań członków partii, władzy do rozwagi, opamiętania… Zacytuję tu jedną z wielu, znamienną ocenę Generała – „To, że po >trupie gospodarki< można było dojść do władzy, nie było obce niektórym osobom z kręgu Solidarności. Tratowanie polskiej gospodarki dokonywało się w procesie żywiołowym, masowym, w większości lokalnym. Ale w jakiejś- trudnej do ustalenia mierze- miało to również charakter świadomy, celowy. Postępował paraliż podstawowych funkcji państwa, – okupowanie budynków użyteczności publicznej, rozkład społecznej dyscypliny, w tym wzrost absencji w pracy o 90 proc. ”.Wszystkich Panów robotników, czytających ten tekst proszę-oceńcie ile prawdy zawierają słowa Generała-„tratowanie polskiej gospodarki dokonywało się w procesie żywiołowym, masowym, w większości lokalnym…miało to również charakter świadomy, celowy”. Spójrzcie szczerze, uczciwie na tamten czas, z dystansu 40 lat! Nie pytam o stan Panów samopoczucia, co teraz powiedzielibyście Generałowi. Ale zachęcam- przekażcie 1proc. podatku na cel podany na końcu tekstu. Luty… i co dalej. Poprzednio kilka razy cytowałem różne fragmenty ekspose Generała. Nie było nikomu obce, a powszechnie dostępne i znane. Oceniał w nich Generał sytuację gospodarczą, mówił o groźbie braku żywności, prosił o 90 spokojnych dni. Że „czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki…podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych… stabilizacji gospodarki… reformy gospodarczej”. Faktycznie, pierwsze kilka tygodni – osłabienie lokalnych strajków. Później z trybuny Sejmu, 10 kwietnia dziękował za ten krótki oddech. Ale „wybuchł Bydgoszcz”, wraz z nim „ożywił się teren”- pisałem wcześniej. Tu zatrzymam Państwa uwagę, a głównie Panów robotników na kwestii powołania związku rolników indywidualnych. Przecież 21 postulatów nie obejmowało tej „branży”, nikt nie wliczał jej do „klasy robotniczej”, podobnie jak studentów. Zastanówmy się – rolnicy indywidualni. To właściciele gospodarstw mający po kilka, kilkanaście ha ziemi, łąk, czasami lasów, inwentarz, trzodę chlewną, dom, zabudowania gospodarcze. To nie chłop pańszczyźniany, mieszkający w pańskim czworaku i mający „ręce do roboty” u pana dziedzica (czasem kawałek ziemi, ogrodu). To nie „robotnicy rolni”, pracownicy fizyczni, jak dominująca część członków Solidarności. Nie spotkałem, czytając opisy „bydgoskiego wstrząsu”, by ktoś wspomniał o robotnikach PGR-ów. A przecież ta sprawa rozpoczęła się od okupacji budynku WK ZSL. Próbowali rozwiązać problem, m.in. Jerzy Grzybczak, sekretarz NK ZSL z grupą ekspertów. Jak wiemy, bez skutku. Dołączyły do protestu Ustrzyki Dolne. Na szczęście 19 lutego, podpisano porozumienie wygaszające rolnicze strajki w Bieszczadach i Rzeszowie. Rolnicze związki były przedmiotem rozmowy Prymas- Generał. Kardynał argumentował- „Byłoby źle, gdyby te dwie Solidarności, miejska i wiejska, podały sobie ręce. Na zasadzie instrumentalnego wspierania- tej wiejskiej przez miejską. Im szybciej wiejską uznamy, tym bardziej będzie ona samodzielna… trzeba szukać sojuszników, a nie walczyć…Chłopi będą sprzymierzeńcami…To uspokoi wiele milionów ludzi”. Po 32 dniach i zgody na rejestrację NSZZ RI, co nastąpiło 10 maja, problem zniknął. Warto byłoby poznać racje uczestników i ekspertów z NK ZSL- jak wówczas i dziś z dystansu 40 lat oceniają tę sprawę, wsparcie lokalnych strajków. Proszę Panów o głos. Wtedy ważyło na relacji PZPR- ZSL. Wróćmy do strajków. 10 kwietnia w Sejmie, Generał oceniał-„Właściwie załamał się rynek wewnętrzny. W sklepach brakuje żywności i wielu innych towarów. zakupy stały się, zwłaszcza dla kobiet, prawdziwą udręką. Każdy dzień złych wyników produkcyjnych osłabia gospodarkę, narusza jej wewnętrzne więzi, powiązania kooperacyjno-zaopatrzeniowe. Każdy dzień przedłużania się kryzysu cofa nas, pogarsza naszą sytuację”. Poprzestanę tu na pytaniu- czy Panowie robotnicy tego nie widzieli, nie byli uczestnikami, nie doświadczali, choćby poprzez żony w kolejkach- skutków swojego postępowania, faktycznie strajkowania „na zawołanie”? Po przeczytaniu powyższego fragmentu, mogą Państwo wpaść w zdumienie akcentem na tzw. lokalne strajki. Rozumiem to. Tego dotychczas nikt nie eksponował. Były uznawane jako „wola robotniczego ludu”. Stąd tytuł do pochwał, nie temat do zastanowienia, nawet przygany. To „stanowcze” postępowanie robotników znajduje uzasadnienie w opracowaniach prawicowych historyków. Dlaczego nie piszą prawdy? Przecież swoje dzieła powinni opierać na naocznych faktach, te-obiektywnie rzecz biorąc- nie dają podstaw do pochwał strajków. Za argument służy im często taka ocena gen. Wojciecha Jaruzelskiego na BP KC PZPR z 14 października 1980r. „Potrzebna jest kompleksowa analiza taktyki i strategii przeciwnika, rozeznanie jego zaplecza, źródeł inspiracji, środowisk, w jakich działa i celów do jakich zmierza…nastał czas konkretnego obnażania działalności jawnie szkodliwej i uświadamiania społeczeństwu jej konsekwencji i możliwych skutków”. Uczeni traktują to za dowód „wrogości” władzy do Związku. A ja uparcie pytam- władza nie miała prawa, nawet obowiązku mieć rozeznania w sytuacji wewnętrznej? Może „narzędzia” były nie takie- SB, a inne, też złe? Dlaczego nie piętnują, nie pokazują- nawet po latach- szkodliwości strajków i „roboty nauczycieli” robotników? Wymaga tego uczciwość i prawda. Państwo mają inne zdanie? Zachęcam do szukania dobrej woli w „młodym Związku”. Przypomnę, wicepremier Janusz Obodowski, szef Operacyjnego Sztabu Antykryzysowego, widząc pogłębiające się załamanie gospodarki i tego bolesne społecznie skutki, ustalił priorytety w dostarczaniu energii elektrycznej i paliw w 1981 r.1) gospodarstwa domowe i rolne; 2) zakłady służby zdrowia; 3) zakłady mleczarskie, piekarnicze, warzywno-owocowe i inne artykuły spożywcze; 4) szkoły i zakłady opieki społecznej; 5) zakłady gospodarki komunalnej; 6) zakłady usługowe dla ludności; 7) drobne zakłady przemysłowe i spółdzielcze, zajmujące się produkcją rynkową. Preferencje społeczne, humanitarne musiały siłą faktu dokonywać się kosztem innych dziedzin gospodarki, w tym eksportu. Rosło nasze zadłużenie zagraniczne. „Czarne złoto” Po 5 miesiącach kierowania rządem, Generał kolejny (3 raz) zabrał głos w Sejmie. Zwrócił uwagę na 12 proc. spadek produkcji przemysłowej od początku roku, w maju aż o 18 proc. Nastąpił spadek o 6 proc. dostaw towarów na rynek. Może być niższy o ok. 0,5 mln. ton skup mięsa. Wzrosła o 90 proc. nieusprawiedliwiona nieobecność w pracy. Posłowie usłyszeli ocenę- „Mówi się węgiel to >czarne złoto<. Dziś trzeba powiedzieć inaczej – węgiel to nasz tlen. Bez złota można żyć. Bez tlenu nie”. Przypomniał, że plan wydobycia na 1981 r. zakłada 188 mln. ton. Szacunki wskazują tylko na 165-168 mln. ton. „Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy”- podał przykład: za 1 mln. ton moglibyśmy zaimportować ok. 40 tys. ton masła, co zaspokoi rynek na 1,5 miesiąca. Do górników powiedział, że „mimo starań rządu również odczuwają trudności rynkowe, jakie niesie codzienny byt”. Po latach pisał- „Pod pretekstem troski o górników, doprowadzono do gwałtownego, katastrofalnego spadku wydobycia węgla o 38 mln ton. W tym samym czasie, kiedy amerykańskie rozgłośnie- >Wolna Europa< i >Głos Ameryki< zachwycały się strajkami w Polsce i bojkotem górniczych sobót – amerykańskie koncerny węglowe przechwytywały tradycyjne europejskie rynki zbytu polskiego węgla. W samym tylko 1981 r. straciliśmy na zmniejszeniu jego eksportu prawie pół miliarda dolarów”.(książka „Stan wojenny”…) Refleksje stąd płynące- pozostawiam Państwu. Wszystkich, którzy dają wiarę wówczas rozpowiadanym i od lat powtarzanym różnym insynuacjom, pomówieniom i oskarżeniom władzy, że bojkotowała realizację 21 postulatów – odsyłam do protokołów Nadzwyczajnej Komisji Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo – wrześniowych. Przewodniczył jej światowej sławy uczony, prof. Jan Szczepański. W lipcu 1981 r. informował Sejm, że skutki ok.700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów, dwukrotnie przekroczyły dochód narodowy (proszę wskazać gospodarkę, kraj na świecie, który mógłby je szybko zrealizować). Komisja ta w 1981 roku odbyła 13 posiedzeń, a protokoły liczą 296 stron. Rząd swoje sprawozdanie z realizacji tych porozumień, opublikował w czerwcu 1981 r. (liczy 50 stron). Szczegółowe sprawozdania za kolejne lata, tj.: 1982 – 1985, każdego roku były publikowane w sierpniu (są do wglądu w „Trybunie Ludu”). Zachęcam świat nauki, polityki i publicystyki, którym idee Solidarności bliskie są, by -mówiąc wprost -wzięli do ręki kalkulatory, te dokumenty, naukowe opracowania, pokryte kurzem archiwalnym i zechcieli skrupulatnie policzyć, skalkulować możliwości realizacyjne ówczesnej gospodarki. A czy wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat, w 2013 r. nie podważa ówczesnej realności tych postulatów? Czy nie należałoby spełnić postulat nr 14, wobec wieku emerytalnego kobiet, szczególnie pracujących zawodowo, fizycznie. Bez badań naukowych wiadomo, iż pracują na dwóch etatach-zawodowym i domowym. Za koronny argument służą kalkulacje kosztów emerytur. Czy 40 lat temu, te same koszty nie miały żadnego znaczenia dla autorów 21 postulatów, doradców i Kierownictwa Solidarności? Czy to nie nauka „historycznego myślenia” dla młodych Polaków? Warto się zastanowić, w jakim stopniu pod koniec 1981 r. wpłynęły one na świadomość klasy robotniczej, na otrzeźwienie Polaków, że stan wojenny przyjęli ze zrozumieniem. Patrząc z dystansu czasu można wyciągnąć co najmniej dwa wnioski. Swoim postępowaniem w znacznej mierze, podkreślam -co nie oznacza, że jedynej, robotnicy mają udział w zapaści gospodarczej, w doprowadzeniu do stanu wojennego. I drugi- pod wpływem żon-kobiet, nastąpiło opamiętanie. I tu poważnie, bez szczypty złośliwości-kieruję do Panów robotników, Rodzin słowa uszanowania. Za zrozumienie sytuacji, za rozsądek i „pozostanie w domu” w dniu 13 grudnia 1981 r. i później. Że doceniliście wartość własnej i najbliższych krwi, że nie posłuchaliście różnych „bojowych mądrali”. O tym napiszę w kolejnych tekstach.

Zachęcam Państwa do wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1proc. podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

„Ostateczne… posunięcie państwa”…

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego, w tym głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy, porządku wewnętrznego i bezpieczeństwa publicznego, niezbędnego zaopatrzenia ludności oraz ogólnego ładu, dyscypliny i spokoju społecznego”

Myśl przewodnia…

„Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego, ze względu na bezpieczeństwo państwa”, to jeden z trzech dokumentów, opracowanych przez zespoły sztabowe MSW oraz MON. Przedyskutowany wraz z innymi dokumentami podczas gry decyzyjnej 16 lutego 1981 r. Skorygowany po „bydgoskim wstrząsie”, m.in. o stwierdzenie, że stan wojenny obejmie cały kraj.(pisałem w „Na progu”). Wraz z dwoma pozostałymi tj.

-„Centralny plan działania organów politycznych, władzy i administracji państwowej”;
– „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych w przypadku wprowadzenia stanu wojennego”- zostały doręczone premierowi. Proszę zauważyć-pisałem w „Na progu”, iż notatkę informacyjną o ich treści, zabrał premier 22 lutego, gdy wraz z I Sekretarzem KC PZPR udawał się do Moskwy na obrady XXVI Zjazdu KPZR.

Ocena Polski w Moskwie

Już podczas otwarcia obrad, nasza delegacja usłyszała od Leonida Breżniewa m.in.- że „przeciwnicy socjalizmu przy poparciu sił z zewnątrz, wywołując anarchię, dążą do odwrócenia rozwoju wydarzeń i skierowania go w nurt kontrrewolucyjny…Towarzysze polscy pracują obecnie nad tym, aby przezwyciężyć kryzysową sytuację. Dążą do zwiększenia zdolności bojowej partii, umocnienia (jej) więzów z klasą robotniczą, ludźmi pracy, opracowują konkretny program uzdrowienia polskiej gospodarki”. Przypomniał spotkanie przywódców państw Układu Warszawskiego w Moskwie, w grudniu 1980 r. (o nim i niedoszłym „ćwiczeniu” napiszę niebawem). Spotkanie to wykazało jasno- „komuniści polscy, polska klasa robotnicza, ludzie pracy tego kraju mogą absolutnie polegać na swoich przyjaciołach i sojusznikach; socjalistycznej Polski, bratniej Polski, nie opuścimy w biedzie i nie damy jej skrzywdzić!”

Po otwarciu obrad, premier z I Sekretarzem poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego. Niektórzy z Państwa mogą się solennie obruszyć. Uznać za zbytnią nadgorliwość, „poddaństwo” władzy ZSRR. Może cierpkie słowa padną pod adresem Generała- żołnierza, za „taką pokorę”. Nie mam zamiaru ani rozstrzygać „kto ma rację”, ani tym bardziej usprawiedliwiać tamtego faktu. To już się stało. Mam zamiar i proszę Państwa o cenę ówczesnej sytuacji. Wiem, że będziecie ją Państwo powtórnie czynić z pozycji „dzisiejszego oglądu”, gdy znany jest „ciąg dalszy”, nie tylko po 22 lutego 1981 r., ale do kwietnia 2021 r. Znane jest mnóstwo komentarzy, ocen, głównie „narracji uczonych”, do tego tych „lepiej wiedzących”. Stąd tym bardziej proszę o wczucie się w ówczesną sytuację, atmosferę i dokonanie możliwie obiektywnej oceny także tego faktu. 7 lutego 1981 r. szef MSW składa wizytę w ZSRR. Wiadomo, że gen. Mirosława Milewskiego „darzą uczuciem”. Czy pytać co powiedział „przyjaciołom” o zamiarach władzy, swoich bądź co bądź przełożonych, dyskusjach, sporach i pierwszych, roboczych zapisach odnośnie wprowadzenia stanu wojennego? Jak duży popełnimy błąd gdy powiemy, że powiedział wszystko co usłyszał, ze swoim krytycznym komentarzem? Że wszelkie rady i sugestie „przyjaciół” przyjął z uznaniem, „do skrupulatnego wykonania”? Stąd mam do Państwa pytanie- czy Generał i I Sekretarz mogli jechać do Moskwy nie przygotowując się do dyskusji na temat stanu wojennego? Pewnie, że mogli, tylko jaką sobie wystawiliby ocenę, gdyby gospodarze postawili konkretne pytania? Opowiadaliby frazesy o „bezgranicznej miłości” do ZSRR i komunizmu, jak np. Dubczek 13 lat wcześniej? Chyba aż tak nisko nie oceniają Państwo inteligencji i wyobraźni Generała i I Sekretarza, mimo ciągłego pokazywania ich w „czarnych barwach”. Proszę wziąć pod uwagę poprzedni tekst, „Bydgoski wstrząs”, gdzie piszę o „Notatce” z rozmowy z gen. Janem Łazarczykiem. Nie tylko jeden płk Czetwiertnikow „miał na oku wnętrze” Polski i Wojska.

Nie chcę obrazić Państwa inteligencji!

Nie trudno się domyśleć, że „temat Polski” był w kuluarach Zjazdu wiodącym. Jedni rozpytywali co się stało, inni, np. Erich Honecker tłumaczył Fidelowi Castro – „na nas, bratnich krajach, można polegać. Powiedzieliśmy towarzyszowi Jaruzelskiemu, że byłoby najlepiej, gdyby uregulowali sytuację własnymi siłami. Towarzysz Kania oświadczył mi, że prowadzą przygotowania do stanu wyjątkowego. Opierają się na wojsku, organach bezpieczeństwa i milicji, a także na najlepszych siłach partii. Powiedzieliśmy mu, że teraz nie wolno już dalej się cofać, ponieważ wtedy utraciliby resztki zaufania… Jeśli polska partia nadal będzie tolerowała takie ekscesy, sojusznicy zainterweniują. Jesteśmy odpowiednio przygotowani”( zwracam uwagę na „gotowość do interwencji” NRD i innych). Nie muszę Państwu pisać, że Premier z I Sekretarzem KC PZPR wrócili po dwóch dniach w minorowych nastrojach i sięgnęli po te dokumenty, by raz jeszcze je przemyśleć.

Podpisy i zbieg okoliczności

27 marca zatwierdził je Premier. Ponadto, dwa pierwsze- parafował I Sekretarz KC PZPR. Patrząc na datę, nie trudno spostrzec, że opisany „wstrząs bydgoski”, przyspieszył ich redakcję. To jego „wiekopomna zasługa”, a głównie pana Jana Rulewskiego. Czy potrzebna?- oceńcie Państwo. Czytelnik zwrócił mi uwagę, że nie napisałem, iż Pan Jan w więziennym uniformie paradował w Senacie, nawet było mu „do twarzy”! Odczytał ten fakt jako strój, na który sam zapracował. I przyznał się! Szkoda, że po latach, ale to też „coś”! Nawet Senat spełnił rolę tak kształcącą! (wobec kogo- pomyślcie Państwo). Naganę przyjąłem z pokorą.
Zgodnie z zapowiedziami Solidarności, 27 marca kraj zamarł na cztery godziny. W strajku ostrzegawczym wzięli udział pracownicy większości zakładów. Też 27 marca, ok. południa, do I Sekretarza KC zadzwonił Leonid Breżniew. Rozmowa dotyczyła zakończonego protestu. Jego zdaniem sytuacja weszła w fazę krytyczną, bo „wrogowie rwą się do władzy i w związku z tym powstało śmiertelne zagrożenie dla socjalizmu”.

Przekonywał, że „trzeba wykazać męstwo, ponieważ jest to ostatni moment, aby podjąć decyzje związane z ogłoszeniem stanu wojennego”. Rozmowa była bardzo emocjonalna, Breżniew dosłownie krzyczał na mnie. Wściekał się, że władzę przejmuje kontrrewolucja i bez przerwy naciskał na wprowadzenie stanu wojennego – opowiada Stanisław Kania w książce „Powstrzymać konfrontację”.

Kilka godzin po rozmowie Kani z Breżniewem, 27 marca w Warszawie wylądował samolot specjalny, którym przyleciał dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw Stron Układu Warszawskiego marsz. Wiktor Kulikow. Teraz przybywał w roli osobistego wysłannika sekretarza generalnego KC KPZR. To dawało mu większe prawa niż wszystkie posiadane przez niego stanowiska i tytuły razem wzięte. Z nim przybyło blisko 30 wysokich rangą przedstawicieli wojska i KGB, m.in. adm. Władimir Michajlin (zastępca Głównodowodzącego Zjednoczonych Sił Zbrojnych ds. Marynarki Wojennej), gen. Antolij Gribkow (Szef Sztabu ZSZPS UW), gen. Anatolij Mereżko (zastępca Szefa Sztabu ZSZPSUW), gen. Titow, gen. Katricz a także gen. Władimir Kriuczkow, I zastępca przewodniczącego KGB. W grupie był wiceprzewodniczący Państwowej Komisji Planowania ZSRR- Inoziemcow, który miał skontrolować stan polskiej gospodarki. „Przyjechali, m.in. ludzie, którzy pracowali nad przygotowaniem operacji wojskowych oraz politycznych na Węgrzech i w Czechosłowacji”- wspomina gen. Wojciech Jaruzelski.

„Presja na wprowadzenie stanu wojennego rosła. Radzieccy wojskowi niemal od razu po przylocie rozpoczęli kontrolę stanu prac nad przygotowaniami i dokumentami związanymi z tą opcją. Sztab Generalny wizytował m.in. gen. Nikołajew, mający z duże doświadczenie w akcjach specjalnych, związanych m.in. z inwazją na Czechosłowację w 1968 r. Przeczytał dokumenty, które przygotowywaliśmy, ale nie wyglądał na zachwyconego efektem naszych działań. Zaproponował on m.in. zawieszenie Konstytucji i przejęcie władzy w kraju przez Wojsko” – wspomina gen. Franciszek Puchała, członek zespołu opracowującego plany wprowadzenia stanu wojennego.

Radzieccy „konsultanci” nie byli zadowoleni z przedłożonych im dokumentów. Na tę okoliczność przywieźli swoje plany, opracowane w radzieckim Sztabie Generalnym. Odmówiono im „przyjemności”, nie przyjęto! Musieli przyjąć do wiadomości nasze racje i warianty działań.
Wizyta radzieckich generałów nie miała na to żadnego wpływu na treść i czas podpisu tych trzech dokumentów. Stanisław Kania wspomina, że „podpisanie nie powodowało powstania żadnej nowej sytuacji. Te dokumenty były formą prezentacji tego, co zrobił od października 1980 roku zespół pracujący nad stworzeniem rozwiązań prawnych umożliwiających wprowadzenie stanu wojennego. Chodziło o to, żeby te przepisy były zgodne z Konstytucją PRL. Wtedy naprawdę nie mieliśmy zamiaru wykorzystywać tej możliwości… Samo ogłoszenie stanu wojennego było uzależnione od zupełnie innych decyzji, niż te, które zapadły 27 marca”. Dalej pisze b. I Sekretarz – „Ta sprawa rozgrywała się nie w MON czy w MSW, ale w rozmowach na moim szczeblu. Bez mnie, czyli bez akceptacji pierwszego sekretarza, nikt nie mógł w tej kwestii niczego zdecydować. A ja wówczas nie miałem zamiaru, ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości, wprowadzać stanu wojennego, nawet mimo ogromnej presji ze strony Moskwy” – zapewnia, we wspomnianej książce.

Kolejne presje

Późnym popołudniem 3 kwietnia na Okęciu wylądował tajemniczy radziecki samolot. Na kadłubie i skrzydłach nie było ani czerwonej gwiazdy, symbolu radzieckich sił powietrznych, ani napisu „Aeroflot”, który znajdował się na maszynach cywilnych i tych, z których korzystali radzieccy przywódcy. Wsiedli do niego ok. godz.19-ej: I Sekretarz KC PZPR Stanisław Kania, premier Wojciech Jaruzelski i adiutant Generała, chor. Marian Stepnowski.

Stanisław Kania wspomina, że o tej misji powiedział Kazimierzowi Barcikowskiemu oraz Kazimierzowi Rokoszewskiemu i również żonie. Generał o miejscu i celu podróży powiedział gen. Michałowi Janiszewskiemu. Poprosił on do siebie chor. Mariana Stepnowskiego. Polecił mu „podnieść dwa palce i złożyć przysięgę, że to, co powie, zostanie tajemnicą”. Dziś „Generał i Stanisław Kania udają się do ZSRR. Nie można wykluczyć, że mogą zostać zatrzymani, a w kraju będzie wprowadzony tzw. porządek. Następnie objął mnie, ucałował i powiedział ->trudno, taki wybrałeś etat, mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy<”- wspomina Chorąży. Może to po latach brzmi „tajemniczo śmiesznie”, ale wtedy było „wyczuwalne zagrożenie”- dla gości w ZSRR i dla części członków władzy w Polsce, gdyby ZSRR chciał złożyć „gościnną wizytę”. Samolot wylądował w Brześciu nad Bugiem. Były dwa zasadnicze tematy rozmowy- sytuacja gospodarcza i stan wojenny. Rozmówcy gości – Jurij Andropow i Dmitrij Ustinow m.in. zagrozili wstrzymaniem dostaw surowców, o ile sytuacja w Polsce będzie nadal się zaogniać. I przypomnieli, że całość polskiego importu ropy naftowej pochodzi z ZSRR, którą sprzedają Polakom za połowę wartości rynkowej. Podobnie jest z ceną bawełny, rud żelaza i wielu innych towarów. Radzili, by użyć tych argumentów w rozmowach z Solidarnością, akcentując jakie konsekwencje mogą mieć ich działania (napiszę o tym wkrótce). Seria zarzutów, wręcz oskarżeń spadła na gości za wykręcanie się, zwlekanie ze stanem wojennym. Jurij Andropow przypomniał – „z wyrazem wyrzutu” wobec Generała, że dokumenty są gotowe, radzieccy doradcy gotowi są służyć pomocą – „wystarczy podpis”. Stanisław Kania stwierdził, że nie jest to możliwe, gdyż zdecydować o tym może tylko Sejm. Mimo to- pamięta I Sekretarz- „namawiano nas do zdecydowanych siłowych działań. Ale my mogliśmy jasno powiedzieć o konsekwencjach potencjalnej wojskowej interwencji w Polsce. Nikt by nas nie zrozumiał. Bylibyśmy bezsilni wobec masowych strajków, by cokolwiek zrobić, nawet z pomocą sąsiadów. Podkreślaliśmy, że zaprowadzimy porządek własnymi siłami. To spotkanie oddaliło zagrożenie, może trochę innego rodzaju niż to z w grudnia 1980, ale również bardzo poważne”( o „grudniu” napiszę niebawem). Wreszcie, po długich dyskusjach i gorących sporach- Andropow podsumował rozmowę: „No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego”. Zaznaczył dobitnie- „Nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje”. Rosjanie byli zdecydowanie mniej zadowoleni z przebiegu brzeskiej wizyty niż strona polska – ocenił Generał. Kilka dni później, 9 kwietnia, na posiedzeniu BP KPZR, relacjonując „brzeskie spotkanie”, marsz. Dmitrij Ustnow, mimo wielu krytycznych uwag m.in. ocenił – „trzeba nam tę dwójkę, Kanię i Jaruzelskiego utrzymać i umocnić więź między nimi”. Ogólny wniosek-„obecnie bardzo ważne jest utrzymanie prawidłowego tonu w stosunkach z naszymi przyjaciółmi. Z jednej strony nie trzeba ich przyhamowywać bez potrzeby, nie potęgować nerwowości, aby nie opadały im ręce. A z drugiej – wywierać ciągłą presję, taktownie zwracać uwagę na błędy i słabości ich polityki, w towarzyskim duchu doradzać, co należy zrobić”. Słowa podziękowania usłyszeli Andropow i Ustinow, że „odbyli bardzo pożyteczne spotkanie z Kanią i Jaruzelskim”. Proszę Państwa o obiektywną, racjonalną ocenę tej „wizyty”, o wnioski dla swoich dzieci i wnuków. Generał 21 maja poinformował BP KC PZPR, że kilka dni wcześniej odwiedzili go gen. Jurij Zarudin, dowódca stacjonującej w na terenie Polski Północnej Grupy Wojsk, oraz ambasador ZSRR Boris Aristow. Powiedział, że „rząd ZSRR zwraca uwagę kierownictwu PRL na przypadki prowokacyjnego zachowania się obywateli polskich w stosunku do radzieckich wojskowych oraz zjawiska antysowietyzmu występujące w całym kraju”. Ambasador skarżył się, że 19 marca w Legnicy napadnięto na sześciu żołnierzy Armii Radzieckiej. Oświadczył również, że 13 maja pijany członek Solidarności zaatakował radziecki patrol, a milicja, mimo wezwań, nie pojawiła się na miejscu. Opowiadał także o przykładach „antyradzieckiej propagandy w formie plakatów, ulotek, wystaw karykatur, napisów itd”. Stwierdził, że Solidarność przestała być związkiem zawodowym i zaczyna się przekształcać w siłę polityczną. Pretensje ambasadora dot. również obchodów 9 maja, rocznicy zakończenia II wojny światowej. Według niego świadczą „o niedostatecznej pracy polityczno-propagandowej i partyjnej na rzecz przyjaźni”. Jak z tego widać – radziecka presja rosła. Pretensje były właściwie o wszystko. Partia wobec „stanu” To oczywiście odrębny, złożony temat. Tu jedynie proszę Państwa o powtórne spojrzenie na cytat rozpoczynający tekst. Mając przed sobą zarysowany obraz radzieckiej presji – tylko w okresie 3 miesięcy pierwszego półrocza 1981 r. – proszę zwrócić uwagę na istotę „myśli”. Że „po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych”. Cóż to wtedy znaczyło? Że władza, szczególnie Partia i rząd rozmawiając i przekonując Solidarność do rozsądku, co czynił także Kościół- przypomnę Prymasa-„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”, zawsze mogła powiedzieć, że toczy żmudne spory, przyznaje się do błędów czy zaniedbań. Tak postąpił Stanisław Kania, gdy „przyciśnięty do muru” w Brześciu, stwierdził -„ostatnie wydarzenia, strajk ostrzegawczy z 27 marca i wydarzenia bydgoskie pokazały, że Solidarność jest silniejsza od władz” (o rozsądku Solidarności, niebawem). Co więcej-władza inaczej niż sąsiedzi, niż ZSRR postrzega stan wojenny. Nie jako walkę, użycie siły wobec Polaków, podkreślam, ale jako ostateczność, do której nie chce dopuścić przez swój brak ostrożności czy zniecierpliwienie odrzucaną wolą porozumienia. To także denerwujący ich – ale nasz argument, na który mogą krzyczeć, wyklinać, wreszcie muszą zacisnąć zęby i czekać… Jak długo? Kto z Państwa może wskazać granicę „cierpliwości sąsiedzkiej” w 1981 r. z dystansu 40 lat? A kto zechciałby wskazać taką granicę dla Solidarności, po przekroczeniu której, nastąpi użycie siły? Nie wstydźcie się Państwo, przecież wśród nas jest jeszcze kilka milionów Polaków, którzy 40 lat temu „dziarscy i zadziorni, pełni werwy” wygrażali władzy, szykowali się do obrony zakładów pracy. Przed kim, na jak długo, z jaką pewnością swoich, tylko swoich racji? Proszę też o zastanowienie się i krytyczną ocenę – czy partia, władza, wystawiając „swój grzbiet” pod „polityczne ciosy” i obelgi sąsiadów, nie broniła w ten sposób „grzbietu, skóry” Solidarności przez jej „wygarbowaniem” wciąż chętnymi rękoma sąsiadów (oczywiście, ta „chęć” falowała, ale ciągle była). Wrócę do tych kwestii w kolejnych tekstach. Po co ten „stan”? Przeczytaliście Państwo, że „jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego… głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy… niezbędnego zaopatrzenia ludności”. Znów cisną się pytania- kto „naruszał prawo konstytucyjne”? Czyżby ZSRR, który w Brześciu groził ograniczeniem dostaw surowców, „sprawiał” brak „normalnego rytmu pracy”? A kto odpowiadał za brak „niezbędnego zaopatrzenia ludności”? Tu niektórzy gotowi są krzyknąć- władza się wyżywi! Zapamiętaliśmy to. A czy członkowie Solidarności, a głównie jej bojowi działacze, inspiratorzy i autorzy „patriotycznych wezwań” nie potrzebowali „zaopatrzenia”, nie musieli jeść? Zapomnieli, gdy Lecha Wałęsa wołał- „wszyscy mamy jednakowe żołądki”. Cóż, zapomniał i więcej nie przypomniał, że „wszyscy”, bez wyjątku- mają dbać o ich napełnienie! Właśnie, co i jak poczynać, by przekonać poprzez rzeczowe argumenty i racje o potrzebie pracy dla siebie, nie dla „ruskich”, jak długo trzeba było czynić, by masy robotnicze „przejrzały na oczy” i zrozumiały, że stan wojenny będzie ostatecznym posunięciem państwa. Od strony tzw. politycznej, społecznej i gospodarczej jest mnóstwo opracowań, nie szczędzących krytycznych ocen władzy. Rzadko znajdziecie Państwo wśród nich oceny wyważone, zachęcam do sięgnięcia po książkę „Modzelewski-Werblan Polska Ludowa”, Wyd. Iskry, Warszawa 2017. Sygnalizowane wyżej, zaledwie cząstkowe problemy i dylematy były w nieustannym zainteresowaniu sztabów pracujących nad kompleksowym przygotowaniem dokumentacji tego stanu. Szeroko, jak wspomniałem wcześniej – ciekawie, z przywołaniem wielu szczegółów, także różnych niuansów i zawiłości, jakie napotykali planiści w sztabach i wszystkich ministerstwach, opisuje gen. Franciszek Puchała w książce „Kulisy stanu wojennego”. Wrócę do tej problematyki jesienią, gdy I Zjazd Solidarności i zorganizowane strajki postawiły Polskę na kolejnym progu do stanu wojennego, a którego w grudniu – niestety, ale nie udało się uniknąć.

Na zakończenie. Korzystam z sugestii wielu serdecznych, oddanych i życzliwych dzieciom, wśród Państwa i uprzejmie proszę o pozytywne odniesienie się do inicjatyw wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Walczyć o coś, a nie z kimś

Kiedy w 1975 roku zostawał pierwszym sekretarzem KW w nowoutworzonym województwie zamojskim, miał 46 lat. Nie znał za dobrze miasta ani regionu, ale dał się poznać jako ten gospodarz, który podźwignął z ruiny zamojską starówkę i pokazał ludziom, że Zamojszczyzna wcale nie musi być ubogim krewnym, tylko pięknym kawałkiem Polski. Dziś, 19 lutego, kończy 90 lat. Z LUDWIKIEM MAŹNICKIM rozmawia Jarek Ważny

Zastanawia się Pan czasem nad tym, w jakiej Polsce przyszło Panu żyć, tu i teraz?

– Oczywiście. Polska, wg. mnie ma możliwości dynamicznego rozwoju i zapewniania obywatelom coraz lepszego poziomu życia. To się wiąże z tym, co nowy ustrój odziedziczył po PRL-u, o czym nie można zapominać. Druga rzecz to fakt, że Polska ma cały czas bardzo dobrze wykształcony potencjał ludzki. Trzecia sprawa to znacząca pomoc z Unii Europejskiej.

A dla Pana, która z tych spraw jest najbardziej dojmująca?

– Mówiłem o czynniku ludzkim. Moje pokolenie to ludzie, którzy gdy szli odbudowywać Polskę, nie pytali, ile im za to zapłacą. W późniejszych latach poziom życia wzrastał, i był zależny od zamożności całego kraju. Było więc takie powszechne zainteresowanie całego społeczeństwa, tym, w jakim kierunku kraj zmierza i jak się rozwija. Ludzie, naturalnie nie wszyscy, ale większość Polaków, angażowali się w swoją pracę, walczyli, nie z czymś, ale o coś. I to rodziło ze wszech miar pozytywne skutki w rozwoju społecznym. Życzliwość, pomoc jeden drugiemu, zaangażowanie w sprawy najbliższego otoczenia. Dzisiaj, niestety, takie zachowania są szczątkowe. Panuje skrajny indywidualizm, często obliczony na konkretny zysk beneficjentów tego systemu który mamy.

Tamten system dobry, a ten niedobry?

– To nie tak. Ja często śledzę z uwagą w mediach wypowiedzi dziennikarzy, polityków, uczonych, szczególnie z kręgów ipeenowskich, na temat historii PRL-u. Te oceny najczęściej są z gruntu fałszywe. Oni koncentrują się w swoich sądach na tym, co w PRL-u było złe, a przecież ludzie pamiętają, także to, co było dobre. Pamiętają, jakie tanie były np. książki, bilety do kina, teatru, sanatoria. Pamiętają też, kto to wszystko przejął i co z tym zrobił.

Wraca Pan często do wspomnień z tamtych lat?

– Wspomnienia dają nam siłę. Żyło się wtedy czasami bardzo biednie. Ale, mam wrażenie, że żyło się ciekawiej i weselej, niż dziś. Przy wzajemnie życzliwości. Było więcej koleżeństwa, przyjaźni. To się już oczywiście nie wróci, i niczego złego w tym nie ma, bo wyczekujemy od życia czegoś lepszego. I tak się dzieje, dzięki środkom unijnym, ale i ludzkiej pracy. Ja jednak ciągle oczekuję, kiedy rządzący zapytają obywateli, które potrzeby, ich zdaniem, są najważniejsze do zrealizowania. W ten sposób powstanie optymalny, plan narodowy, którego w myśleniu i polityce mi brakuje. Bez takiej ogólnej wizji, ciągle będziemy walczyć z kimś, sami przeciw sobie, a nie o coś.

Co dzisiaj, w XXI wieku, jest pańskim zdaniem, najważniejszym wyzwaniem dla Polski i rządzących?

– Bez wątpienia ochrona zdrowia. Tutaj, moim zdaniem, kluczowa jest sprawa zaniedbywanej przez lata profilaktyki, a nie tylko obciążania szpitali i przychodni, które w tej chwili są niewydolne. Kolejna rzecz, to sprawa rozwoju nauki. Łożenia nań większych środków. To jest w końcu sprawa pewnego egalitaryzmu w polityce rządu, który by dostrzegał potrzeby tych najmniej docenionych przez obecny system. Pokrzywdzonych transformacją.

Pan, z tego co mi wiadomo, był posłem sprawozdawcą połączonych komisji w sprawie ubezpieczeń społecznych rolników. Dziś niejeden liberał zgrzyta zębami na samo wspomnienie.

– Ja już bezpośrednio po sejmowy wystąpieniu, pamiętam, zwróciłem się wtedy bezpośrednio do premiera ze słowami, że mam nadzieję, że to co uchwalono, to jest niezbędne minimum, co dajemy rolnikom, a premier znajdzie sposoby, żeby to jeszcze powiększyć, żeby wieś zyskała jeszcze więcej…

Polska wieś powinna się obawiać Polexitu?

– Oczywiście. To jest bardzo duże ryzyko i duża obawa. Na tym jednak tle, możliwego wyjścia Polski z Unii, co byłoby katastrofą, powinnyśmy jednak także zabiegać o dobrosąsiedzkie stosunki i korzystać ze współpracy, zarówno ze wschodem jak i z zachodem, bo nie o to chodzi, żebyśmy mieli naokoło wrogów.

Widzi Pan możliwość współpracy gospodarczej UE i Rosji ?

– Od dawna twierdziłem, że te dwa mocarstwa muszą ze sobą ściślej współpracować, bo wyjdzie to z korzyścią, tak dla Europy jak i Rosji. Kochać się nie musimy, ale powinniśmy wrócić do robienia wzajemnych interesów.

W tym roku mija 20 lat od śmierci Edwarda Gierka. Znał Pan Gierka bardzo dobrze. Jak go Pan wspomina, jako człowieka? Co, pańskim zdaniem, było jego największą wygraną?

– To był człowiek z ludu, jeden z nas. Znał bardzo dobrze biedę, bo sam się z tej biedy wydostawał. On rozumiał, jak rozwijać Polskę, ponieważ pracował ciężko na chleb, i na sercu mu leżała prawdziwa pomyślność ojczyzny, rozumiana jako to, żeby ludziom w kraju po prostu lepiej się żyło. Zostawił po sobie setki zakładów pracy, fabryk, elektrowni. Nie zapominał jednak i o kulturze, oświacie, nauce. Według mnie, Gierek, to najbardziej zasłużona dla Polski postać, w powojennej historii naszego kraju.

W 1979 r. wmurowywał Pan na zamojskim rynku tablicę pamiątkową w domu rodzinnym Róży Luksemburg. Trzy lata temu wojewoda lubelski , a dziś minister nauki, Czarnek, kazał tablicę skuć, w ramach walki z reliktami komunizmu. Za parę tygodni obchodzić będziemy 150-lecie urodzin Róży Luksemburg. Tymczasem w jej i Pana Zamościu, miasto odwraca się od niej, jak od wstydliwej choroby.

– To mnie nie dziwi, bo to wszystko wpisuje się w tę politykę, wymazywania historii PRL z historii Polski. To jest po prostu historyczne barbarzyństwo. Jakby pomniki czy tablice mogły zagrażać realnej władzy.

Jakby miał Pan wskazać największe minusy Polski Ludowej i plusy III RP, to co by to było?

– Najbardziej boli mnie to, żeśmy w PRL-u zaniedbali produkcję rynkową dla potrzeb ludności. To wynikało z wielu rzeczy i odbiło się na zaopatrzeniu, na wszystkim pozostałym. Budowaliśmy przemysł ciężki, bo taki trzeba było budować; huty, kopalnie itd., a na rynek produkowaliśmy za mało, za mało żeśmy o ten rynek dbali. W nowej Polsce z kolei podoba mi się to, czegośmy nie załatwili sami. To, że ludzie mogą jeździć, swobodnie przemieszczać się, kupować, co chcą i niczego im nie brakuje. Może oprócz pieniędzy.

IPN – Zasłużony Obrońca Dezubekizacji

W lutym 2021 r. mamy okazję świętować niecodzienną rocznicę, wręcz rzadkość w jakimkolwiek państwie określanym jako praworządne i demokratyczne. Oto mija trzecia rocznica od dnia, gdy Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej rozpoczął swą pracę nad konstytucyjnością ustawy powszechnie zwanej „dezubekizacyjną”.

Zważywszy, że jedną z podstawowych zasad prawa jest czynienie sprawiedliwości bez żadnej zwłoki, to oczywiste się staje, że przez minione 36 miesięcy pani prezes z pewnością zmuszała cały swój Trybunał do bardzo intensywnej pracy. W tym czasie musiała wiele razy odkładać terminy poszczególnych posiedzeń, przekładać rozprawy i odwoływać sesje, ale w końcu kilka z nich się odbyło i we wrześniu 2020 r. ogłosiła nawet, że proces wreszcie się zakończył. Pozostało już tylko ogłoszenie wyroku. Okazało się jednak, że pani Przyłębska nie jest w stanie odczytać jakiegokolwiek nawet odrobinę uczciwego orzeczenia (za jakim podobno opowiada się większość sędziów), wobec czego zamierza całą procedurę rozpoznawania ustawy rozpocząć na nowo. Oznacza to, że kilkadziesiąt tysięcy starych, niewinnie skrzywdzonych ludzi będzie musiało czekać na sprawiedliwość co najmniej następne trzy lata. Gdyby jednak pani prezes nadal nie znalazła w TK większości dla kłamstw, to z pewnością ogłosi kolejną trzyletnią rundę. Trzeba ją jednak zrozumieć, bo wcale nie jest proste zmuszenie wszystkich sędziów, by zapomnieli o kilku fundamentalnych regułach, oczywistych w cywilizowanym świecie, mówiących m. in. o nie działaniu prawa wstecz, o nie stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, o powadze rzeczy osądzonych, o zakazie stosowania zemsty politycznej, o wątpliwościach rozstrzyganych na korzyść, o domniemaniu niewinności, itp. To dlatego pani Przyłębska musi sięgać po kruczki proceduralne, w stosowaniu których jest ograniczona w zasadzie jedynie swoim sumieniem. A z tym sumieniem? – no cóż, „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dalej więc formalnie obowiązują w Polsce przepisy, które stwierdzają, że państwo miało prawo kłamać, oszukiwać i cynicznie wykorzystywać swoich obywateli. Według nich słuszne było składanie represjonowanym fałszywych obietnic i podpisywanie z nimi umów, że mają służyć nie liczącej się z czasem, a także narażając życie i zdrowie. Dzisiaj PiS-owska władza nie ma najmniejszego zamiaru wywiązywać się z przyjętych zobowiązań. Odmawia nawet, co jest szczególnie bulwersujące, wypłacenia rekompensat, gdy funkcjonariusze tracili życie, stojąc na straży bezpieczeństwa państwa, walcząc z bandytami, ścigając przestępców itp. To, na co ta wielkoduszna władzą się zdobyła, to zasiłki socjalne, na granicy minimum biologicznego. Każdy przedsiębiorca, który tak potraktowałby zatrudnionego przez siebie pracownika, trafiłby do więzienia i płaciłby horrendalne odszkodowania, ale dzisiejsi właściciele Polski głośno szczycą się, że tak sprytnie oszukali i wykorzystali łatwowiernych ludzi. I jeszcze w dodatku nazywają to wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej.

To wszystko dzieje się w Unii Europejskiej. która ma na swych sztandarach największymi literami zapisane hasło praworządność i grozi, że będzie karała każde państwo członkowskie, które jej nie przestrzega. Pozostaje pytanie czy instytucje UE nie widzą jak szokująco brutalnie są łamane prawa osób represjonowanych, osób które są także jej obywatelami? Czy Bruksela nie zdaje sobie sprawy, jak cynicznie, całymi latami uniemożliwia się starym, skrzywdzonym ludziom uzyskanie zwykłej sprawiedliwości? A może mają rację różni anty-uniści, że UE to bezduszna, doszczętnie zbiurokratyzowana instytucja, mająca swe piękne hasła jedynie na pokaz, dokładnie tak samo jak Polska Zjednoczona Prawica?

Politycy PiS doskonale wiedzą, jak ohydnych czynów się dopuścili i dlatego usilnie starają się przykrywać je kłamliwymi opowieściami o rzekomych masowych zbrodniach służb PRL oraz równie kłamliwymi argumentami o odbieraniu mitycznych przywilejów. Jest wprost szokujące, iż nikt nie zauważa, że praw emerytalnych i rentowych wszystkim represjonowanym dzisiaj funkcjonariuszom nie nadała żadna komunistyczna dyktatura jakimś tajnym dekretem. Prawa te uchwalił w 1994 r. w pełni demokratycznie wybrany Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, państwa wówczas już od pięciu lat całkowicie i bez zastrzeżeń niepodległego i samorządnego. Może więc wystarczy tych kłamliwych bzdur o bezprawnych komunistycznych przywilejach!

Na front zawziętej walki o utrwalenie dezubekizacyjnych kłamstw PiS wysłał nie tylko Trybunał Konstytucyjny i swą „szczujnie” TVP, ale także Instytut Pamięci Narodowej. Wielu ludzi w Polsce, naiwnie wierzących natrętnej antypeerelowskiej propagandzie, oczekiwało, że na żądanie sądów IPN zasypie je materiałami o zbrodniach popełnionych przez tamte służby. Teraz nie ma jak się do tego przyznać, ale wyszedł z tego potężny blamaż. Dzisiaj IPN w pismach do sądów oświadcza, że on jedynie miał formalnie wskazać miejsca zatrudnienia poszczególnych funkcjonariuszy i żadnych materiałów o ich przestępstwach nie ma obowiązku dostarczać. Jest to oczywiste matactwo, gdyż jeżeli IPN ma takie materiały, to musi je przekazać sądom, albo sam powinien wszczynać stosowne śledztwa.

Aby przykryć żałosny brak argumentów na poparcie rozdętej do niebywałych rozmiarów czarnej propagandy o służbach PRL, IPN wysilił się na własny komentarz skierowany do sędziów. Nie bardzo wiadomo w jakim charakterze przedstawia im swą opinię na ten temat (Instytut nie jest stroną procesu), ale jest to stek ogólników na poziomie „młodego agitatora” dla mało zorientowanych słuchaczy. Głównym argumentem jest tam rzekomy całościowy komunistyczny system zniewolenia społeczeństwa funkcjonujący w tamtej Polsce. Autor dokumentu nawet nie wysila się (może nie wie?) aby dostrzec, że na Polskę Ludową składały się co najmniej dwa bardzo mocno różniące się okresy, których cezurą był rok 1956. Rozciąganie opinii, która może być trafna co do czasów „stalinowskich”, na całość PRL, jest zwykłym, ordynarnym fałszem.

Pisałem już o tym w kilku swych felietonach, więc nie chcę się powtarzać, ale warto przytoczyć jeden przykład. Klasycznym kłamstwem nagminnie powtarzanym przez prawicowych polityków, dziennikarzy, publicystów jest stwierdzenie, że „stan wojenny był wojną wypowiedzianą przez komunistów społeczeństwu polskiemu”. Prawdą natomiast jest taka, że stan wojenny był aktem, który popierała zdecydowana większość Polaków. Badania socjologiczne dokonane w połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach III RP(!), wskazały, że jego wprowadzenie nadal uważało za słuszne aż ok. 55 procent naszych obywateli, zaś przeciwne zdanie miało ok. 25 procent! Tych danych teraz nigdzie się nie przytacza, skrywa, lub próbuje fałszywie interpretować, ale już nic tego nie zmieni. To złożoność ówczesnych problemów politycznych, warunki gospodarcze i nasilające się nurty konfrontacyjne doprowadziły do dramatu stanu wojennego, zresztą pewnie nieuniknionego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Tak czy inaczej, okazuje się, że była to „wojna wypowiedziana społeczeństwu polskiemu”, popierana przez jego zdecydowaną większość.

Przykłady tak uprawianej propagandy można przytaczać wręcz w nieskończoność. Nie chodzi mi o wybielane PRL, bo nie był to dobry system, ale też z pewnością po 1956 r. nie był to system zbrodniczego zniewolenia społeczeństwa, jak odmalowuje to IPN. Można dyskutować o wielu aspektach i złożoności tamtych lat, ale do tego trzeba mieć wiedzę i umieć dostrzegać przeróżne odcienie i kolory, a nie używać jedynie czerni lub bieli i to z zastosowaniem pamiętnej zasady prezesa Kaczyńskiego: „nikt nam nie wmówi, iż białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Lewica musi zdefiniować się na nowo

– Głęboka zmiana częściej jest efektem mądrze i konsekwentnie przeprowadzonych reform, niż rezultatem rewolucji, rozumianej jako fizyczne, zbrojne obalenie dotychczasowe porządku i budowanie nowego na jego gruzach – mówi prof. Jerzy J. Wiatr, socjolog, wieloletni działacz polskiej lewicy, były minister i poseł na Sejm RP, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

MK-F:Na początku pandemii koronawirusa, gdy stawało się oczywiste, że światowy kryzys zdrowotny będzie również kryzysem gospodarczym, a bez interwencji państwa się nie obejdzie, część lewicowych teoretyków i działaczy miała nadzieję, że jest to również pewna szansa dla lewicy: że pojawią się namacalne dowody na to, że neoliberalny kapitalizm nie działa, a zatem warto słuchać lewicowego, socjalistycznego głosu. Tymczasem z pandemią walczymy od ponad roku, a lewica prawie wszędzie pozostaje w defensywie…

JJW:Lewica mogłaby wzmocnić się w wyniku pandemii tylko wtedy, gdyby była w stanie przedstawić przekonujący, realistyczny program alternatywny wobec działań obecnych rządów. Samo mówienie, że działania tych rządów są nieskuteczne, nawet jeśli często jest to spostrzeżenie słuszne, to za mało. Nawet trudności czy załamania się całego systemu nie są gwarancją wzrostu poparcia dla lewicy.

Lewica nie zyskuje, bo nie ma konkretnych propozycji?

Nie tylko. Gdyby chodziło tylko o program, wystarczyłoby posadzić kilkunastu mędrców za stołem, żeby ten mądry program wymyślili. Czasem jest tak, że w rzeczywistości nie są obiektywnie zawarte przesłanki do tego, by realistyczną alternatywę sformułować.

Warunki, które uczyniły możliwymi wielkie sukcesy lewicy w II poł. XIX w. oraz w pierwszej połowie wieku XX wyczerpały się. Mam tu na myśli istnienie przemysłowej klasy robotniczej. Klasa ta znajdowała się w stanie niespotykanego wyzysku i upodlenia – wystarczy sięgnąć po Germinal Zoli, by zrozumieć, czym była klasa robotnicza, o której Marks pisał, że nie ma nic do stracenia oprócz kajdan. Równocześnie była ona w ogromnym stopniu skoncentrowana. Za sprawą tych czynników była wielkim radykalnym, rewolucyjnym potencjałem.

Dziś jednak żyjemy w innych czasach. Przynajmniej w odniesieniu do rozwiniętych, zamożnych krajów do powiedzenia, że robotnik nie ma nic do stracenia poza kajdanami, można by dodać: „… i samochodem i domkiem pod miastem”. Po drugie, potencjał radykalny został osłabiony, gdyż w funkcjonowaniu społeczeństwa kapitalistycznego, także pod presją ruchu robotniczego, zaszły poważne zmiany. Do tego zaszły kluczowe zmiany w funkcjonowaniu gospodarki – odchodzenie od przemysłu, wdrażanie nowych technologii… Robotnicy nie są też już tak skoncentrowani. A zatem korzenie osłabienia współczesnej lewicy leżą nie w błędach poszczególnych ugrupowań – chociaż one jak najbardziej występowały – ale w strukturalnych przemianach społeczeństwa kapitalistycznego.

Skoro tak, to odnowa sił lewicy musi być konsekwencją właściwego rozpoznania klasowych procesów społecznych, które w zmienionych warunkach mogą stanowić źródło radykalnego potencjału.

Proletariat wielkoprzemysłowy odszedł w rozwiniętych krajach do przeszłości – trudno się z tym nie zgodzić. Ale też zdobycze ruchu robotniczego nie mają się najlepiej. Gdy osłabła lewica, upadł ZSRR, zniknęła presja na kapitalizm, szereg osłon socjalnych, które zaistniały choćby w europejskich państwach dobrobytu zostało rozmontowanych lub dzieje się to teraz. Rośnie koncentracja światowego bogactwa w rękach niewielkiej mniejszości, podobnie jak nierówności społeczne. Wyzysk również nie odszedł do przeszłości. Dlaczego ludzie, którzy nie są beneficjentami systemu, nie słuchają lewicy?

Oczywiście prawdą jest, że w niektórych – podkreślę, niektórych – krajach nastąpił odwrót od zdobyczy społecznych poprzedniego stulecia. Chodzi o kraje, w których sukcesy odniosły koncepcje neoliberalne, jak Wielka Brytania za Margaret Thatcher czy USA pod rządami Reagana. Jednak licznych stosunkowo krajów kapitalistycznych, rozwiniętych, to nie dotyczy. Zdobycze ruchu socjalistycznego w takich krajach jak państwa skandynawskie, RFN czy w dużej mierze Francja okazały się trwałe. Proces polaryzacji ekonomicznej również jest faktem, potwierdzonym statystycznie tak w skali globalnej, jak w skali poszczególnych państw. Jednak w wielu wypadkach proces rosnącego rozwarstwienia faktycznie zachodził, ale nie szedł z nim w parze proces pauperyzacji warstw biedniejszych. Jest przecież możliwa sytuacja, w której sytuacja określonych grup poprawia się, powiedzmy, według wskaźnika 3:1, a innych – 100:1. Wtedy różnice między nimi będą wyraźnie rosły, ale ci, którzy są na dole drabiny, nie będą mieć poczucia, że ich życie zmienia się na gorsze.

Ostatnio jednak obserwowaliśmy inny proces – wzrost nierówności i równoczesne ubożenie klasy średniej. W USA w wyniku polityki reaganowskiej najwięcej stracili nie robotnicy czy ogólnie ci, którzy są na samym dole społecznej struktury. Najbardziej ucierpiała klasa średnia. Z moich dawnych pobytów w USA pamiętam, że np. w latach 60., kiedy zaczynałem poznawać ten kraj, czy w latach 70. młody pracownik uniwersytecki stosunkowo łatwo mógł nabyć domek. Dziś, wobec wzrostu cen nieruchomości, to staje się praktycznie niemożliwe. W długiej perspektywie ten zanik klasy średniej może być bardzo niebezpieczny dla tej wersji kapitalizmu, która istnieje w Stanach Zjednoczonych. Z tym zastrzeżeniem, że radykalny potencjał tej klasy jest inny, niż proletariatu, o którym mówiliśmy wcześniej, bo klasa ta nie jest tak skoncentrowana. Jej mobilizowanie się, czy to samorzutne, czy w wyniku działań ugrupowań antykapitalistycznych będzie nieporównywalnie trudniejsze.

Trudniejsze, ale jednak możliwe. Czy to znaczy, że rewolucyjna myśl lewicowa ma ciągle przyszłość?

To zależy, jak rozumieć rewolucję. Wbrew temu, co napisał Majakowski, rewolucja nie musi wcale być parowozem dziejów. I tu leżał błąd tradycyjnej radykalnej myśli marksistowskiej czy anarchistycznej. Sprzeczności kapitalizmu prowadziły do wybuchu rewolucji w niektórych przypadkach, ale daleko nie powszechnie. Jeśli policzymy kraje, w których doszło do rewolucji, niekoniecznie nawet zwycięskiej, to będą stanowiły zdecydowaną mniejszość krajów kapitalistycznych. W większości z nich rewolucji nigdy nie było. Co nie znaczy, że nie dokonywały się zmiany.

Przełom, który dokonał się w myśli socjalistycznej pod koniec XIX w. przyniósł myślenie – początkowo piętnowane jako rewizjonistyczne – że można wprowadzać zmiany w ramach systemu, drogą reform. Czasem socjaliści grali słowami, jak Ignacy Daszyński, który mówił o „rewolucji w majestacie prawa”, mając na myśli tak głęboką zmianę dokonującą się stopniowo w ramach obowiązującego porządku prawnego, że jej skutki można potraktować jak zmianę rewolucyjną. Ja jestem przekonany, że głęboka zmiana częściej jest efektem mądrze i konsekwentnie przeprowadzonych reform, niż rezultatem rewolucji, rozumianej jako fizyczne, zbrojne obalenie dotychczasowe porządku i budowanie nowego na jego gruzach.

Ale czy współczesne elity pozwolą na jakiekolwiek zmiany? Dopuszczą do głosu polityków myślących w kategoriach korekty systemu? A może neoliberalni rządzący będą zamykać oczy na problemy społeczne, aż dojdzie do niekontrolowanego wybuchu gniewu albo innej katastrofy?

Gdy patrzę na współczesne elity, widzę ogromne zróżnicowanie. Zatrzymajmy się przy Stanach Zjednoczonych. Senator Sanders, człowiek o jednoznacznie lewicowych poglądach, nie jest może w stanie uzyskać nominacji prezydenckiej, ale on i jego zwolennicy wywierają coraz większą presję na przywództwo swojej partii. Jeśli porównać dzisiejszą Partię Demokratyczną i tę samą partię sprzed 40-50 lat, zobaczymy, jak wyraźnie przesunęła się w lewo. Nie chcę powiedzieć, że stała się partią socjalistyczną, ale chcę pokazać, że myślenie o elicie politycznej jako jednolicie neoliberalnej nie jest już trafne. Co będzie dalej? Nikt tego na pewno nie wie. Ja jednak ze swoim niepoprawnym lewicowym optymizmem jestem przekonany, że proces przesuwania się w stronę tradycyjnie lewicową, w stronę dokonywania reform, w stronę sprawiedliwości społecznej będzie trwał. To dotyczy również wielu krajów europejskich, gdzie wprawdzie tradycyjna socjalistyczna lewica ulega osłabieniu, ale z drugiej strony pojawiają się radykalne ruchy lewicowe, socjalne czy ekologiczne. Sytuacja jest dynamiczna.

W dziejach europejskiej lewicy zapisało się kilka partii komunistycznych, które w demokratycznych wyborach potrafiły osiągać wysokie wyniki. Jednak świetność Włoskiej czy Francuskiej Partii Komunistycznej to już historia. Nowe radykalne organizacje lewicowe mają szansę na większe sukcesy?

Zaznaczmy na początek, że te dwie partie komunistyczne były mimo wszystko ewenementem w zachodniej Europie czasów Zimnej Wojny. W innych państwach komuniści nie osiągnęli takiego znaczenia. A i ich sukcesy były ograniczone. Ok. 25 proc. Francuskiej Partii Komunistycznej brzmi świetnie, ale nadal oznacza, że ok. 75 proc. społeczeństwa poparło inne formacje. Jedynie Włoska Partia Komunistyczna raz otarła się – ale tylko otarła się – o możliwość wygrania wyborów. A zatem nie uzyskały jednak takiego potencjału, który dawałby szansę prawdziwego, głębokiego kształtowania losów swojego kraju. Szansę na wielką zmianę dały sukcesy partii socjaldemokratycznych. Jeśli kapitalizm europejski uległ znaczącemu przekształceniu, to nie dzięki względnie silnej pozycji partii komunistycznych w niektórych krajach, ale dzięki temu, że zwycięstwa wyborcze odnosili socjaliści, tworząc potem rządy i przekształcając ustawodawstwo. Państwo socjalne to dzieło rządzących partii socjalistycznych. W tym widziałbym wzór dla przyszłości i drogę do korzystnej lewicowej zmiany. Muszą powstać formacje, które byłyby w stanie wygrywać wybory i przekształcać stosunki społeczne w drodze reformatorskiej.

Próbowała tego grecka SYRIZA. Nie tak dawno próbował Jeremy Corbyn. Na drodze parlamentarnej, wyborczej zamierzał odwrócić część skutków brytyjskich neoliberalnych reform. Przegrał, a część lewicowych komentatorów wyraziła przekonanie, że widać jednak nie była to właściwa ścieżka.

Ależ nikt nie powiedział, że to jest droga łatwa! W walce politycznej zawsze są okresy sukcesów – brytyjska Partia Pracy miała takie – i są okresy porażek. A Partia Pracy, nawet jeśli jej pozycja jest najgorsza od dziesięcioleci, jest nadal siłą o potencjale, o którym lewica polska może jedynie marzyć. Nie spisujmy jej na straty! Ta partia nadal jest w stanie wiele osiągnąć.

Skoro już mówimy o polskiej lewicy… Czy ten niepoprawny lewicowy optymizm, z którym patrzy Pan na lewicę zachodnią, dotyczy również sytuacji w Polsce? Kraju, gdzie trzydzieści lat po terapii szokowej, po niezwykle bolesnej dla milionów ludzi transformacji, ludzie najbardziej wykluczeni, ludzie spoza wielkich i szybko się rozwijających ośrodków głosują na PiS, a lewica nie przekracza w sondażach 10 proc.?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie w sposób pozbawiony nutki osobistej. Jestem człowiekiem lewicy, byłem aktywnym działaczem, także na relatywnie wysokich stanowiskach partyjnych i państwowych. Mówię więc teraz do pewnego stopnia także o sprawach, w których sam uczestniczyłem. Sądzę, że polska lewica w okresie po zmianie ustrojowej miała swój świetny, gwiezdny czas. Z bardzo słabej pozycji, z jakiej startowaliśmy na początku lat 90. zdołaliśmy zbudować formację, która wygrywała wybory parlamentarne, prezydenckie, realnie kształtowała oblicze naszego kraju. Jak pisałem w wydanej pod koniec lat 90. „Socjologii wielkiej przemiany”, uniknęliśmy katastrofy socjalnej i ekonomicznej, do jakiej prowadziła nas neoliberalna polityka Leszka Balcerowicza, gdyż po przejęciu władzy przez koalicję SLD i PSL ster polityki gospodarczej znalazł się w ręku prof. Grzegorza Kołodki, który w sposób bardzo udany przeprowadził korekturę tej neoliberalnej reformy. Dlatego uważam, że przez pierwsze 15 lat po transformacji lewica dobrze służyła Polsce. Oczywiście, popełnialiśmy błędy – nie da się być w polityce i ich nie popełniać – ale nasz bilans, uważam, wypada bardzo korzystnie. Polska zmieniła się w niezwykle korzystny sposób.

Co stało się później? Zaistniały dwa groźne zjawiska, którym nie umieliśmy skutecznie się przeciwstawić. Po pierwsze, chociaż polskie społeczeństwo jako całość zyskiwało na zmianach, a kraj stawał się zamożniejszy i lepiej zorganizowany, to istniała znaczna – różnie szacowana, w granicach 20-30 proc. – część społeczeństwa, która nie tylko na zmianach nie skorzystała, ale straciła. Przede wszystkim dlatego, że zmiany spowodowały osłabienie wachlarza ochronnego, który państwo gwarantowało w czasach PRL wszystkim, a zwłaszcza najuboższym. Nie umieliśmy – bo nie można powiedzieć, że nie chcieliśmy – znaleźć odpowiedzi na ten proces. Efektem jest powstanie warstwy ludzi sfrustrowanych, generalnie negujących III Rzeczypospolitą, a przez to podatnych na demagogię w wykonaniu PiS. Co ma zresztą krótkie nogi, bo im dłużej PiS rządzi, tym bardziej widać, że poza hasłami nie ma najbiedniejszym ludziom nic do zaoferowania. Niemniej w wyniku tej tendencji lewica straciła poważną część poparcia.

Proces drugi: w polskim społeczeństwie pojawiły się konflikty, których korzenie nie leżą w gospodarce, lecz które mają charakter kulturowy. Wynikają m.in. z otwarcia na świat, które sprawia, że pewne normy czy zachowania stają się dla naszego społeczeństwa bardziej zrozumiałe, niż dawniej. Mam na myśli całą warstwę tolerancji w stosunku do rozmaitych mniejszości. W Polsce ze względu na siłę tradycyjnego, konserwatywnego katolicyzmu nadal istnieje np. dość silna niechęć wobec mniejszości seksualnych. W obiegu są różne pogardliwe określenia dotyczące tych ludzi. Niedawno w rozmowie z jednym ze znajomych nagle usłyszałem słowo „pedały”. Oburzyłem się, a on, skądinąd bardzo miły człowiek, nie wiedział, dlaczego: przecież wszyscy tak mówią! I teraz: jasne, że nie mówią tak wszyscy, ale przytaczam tę sytuację, żeby pokazać, że problem istnieje. Nietolerancyjne postawy mają głębokie korzenie i występują nie tylko wśród ludzi o prawicowych poglądach. Znam ludzi o lewicowych przekonaniach, nawet członków partii lewicowej, którzy myślą o mniejszościach tak, jak ten mój znajomy.

Albo inna rzecz: czy w Polsce zostały wykorzenione postawy antysemickie? Moim zdaniem nie. W czasie pierwszej kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego byłem przewodniczącym miejskiej organizacji SdRP. Prowadziłem spotkanie na Ochocie i oto wstał jeden z uczestników, człowiek lewicy, jak się później dowiedziałem – były oficer Ludowego Wojska Polskiego, i zapytał: czy to prawda, że Aleksander Kwaśniewski jest Żydem? Zamurowało mnie. Wypaliłem: dziwię się, że takie pytanie może paść na spotkaniu lewicy! Dostałem oklaski, czyli większość sali zachowała się tak, jak trzeba. Ale jednak znalazł się człowiek, którzy świadomie głosował na lewicę i równocześnie miał takie uprzedzenia.

Lewica nie potrafiła w odpowiednim momencie stać się awangardą sił walczących przeciwko wszelkim formom kulturowej kołtunerii: przeciwko dyskryminacji mniejszości etnicznych czy seksualnych, ale nie tylko. Martwi mnie, że proces narastającego buntu przeciwko nietolerancji rozwinął się, ale obok lewicy. Przecież np. protesty przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego, które i tak jest bardzo rygorystyczne, nie zaczęły się za sprawą działań partii lewicowych. Lewica przeoczyła wielki problem społeczny, który obecnie kształtuje życie polityczne w Polsce tak samo, jak sprawy ekonomiczne. I to był ogromny błąd.

Są komentatorzy, którzy twierdzą, że zasadniczy błąd polska lewica popełniła dużo wcześniej. Zarzucają jeszcze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przejście na pozycje prokapitalistyczne, zaprzepaszczenie dorobku kilku dekad PRL. Zdaniem takich autorów jak prof. Zbigniew Wiktor, którego tekst ukazał się niedawno w „Dzienniku Trybuna”, można było uniknąć tragicznych skutków społecznych neoliberalnej transformacji, gdyby partia trzymała się idei marksistowsko-leninowskich. Jak się Pan odnosi do takiego stawiania sprawy?

Tekst prof. Wiktora przeczytałem z wielką uwagą i zgadzam się w nim tylko z dwiema tezami. Z tym, co jest powiedziane o szkodliwości rusofobii i z częścią końcową, gdzie autor pozytywnie wypowiada się o dzisiejszej lewicy, widzi potrzebę jej wzmacniania. Jest to zresztą nieco niekonsekwentne w stosunku do jego wcześniejszej linii rozumowania – niemniej wniosek jest słuszny. Jednak spojrzenie prof. Wiktora na historię Polski Ludowej jest kuriozalne. Jeśli – jak on – ocenia się negatywnie już zmiany z roku 1956, to czy to znaczy, że wzorem prawidłowego budowania socjalizmu były wczesne lata 50.?!

Tamte lata to czas mojej młodości, więc teoretycznie powinienem o nich myśleć z największą sympatią – przecież tylko raz ma się dwadzieścia lat. Ale to były czasy, kiedy ludzi torturowano, mordowano. Wiktor mówi o walce klasowej, ale ta walka obejmowała także własnych towarzyszy, których wsadzano do więzień. Niektórzy stracili życie. To ma być wzór polityki lewicy? Dla mnie to jest oburzające. Podobnie w skali światowej. Jest w artykule Wiktora ustęp, gdzie autor potępia Chruszczowa i broni Stalina, podważa fakt masowych represji w ZSRR. To już jest albo zła wola, albo ignorancja. Na dokumentach, na podstawie których mordowano ludzi, m.in. na liście katyńskiej, są podpisy Stalina. Także na listach rozstrzeliwanych komunistów. Przypomnę paradoks: nieporównywalnie więcej polskich działaczy komunistycznych zginęło z rąk stalinowskich siepaczy niż polskiej przedwojennej policji. Nie rozumiem, jak człowiek, który deklaruje się jako komunista i gloryfikuje tę tradycję może równocześnie bronić Stalina.

Podobnie nie mogę zgodzić się z twierdzeniami Wiktora o rozwoju gospodarczym w czasach PRL, rzekomo imponującym na tle stanu obecnego. Wiktor twierdzi, że Polska była 10. gospodarczą potęgą świata. Nie znam żadnych wskaźników gospodarczych, które by o tym świadczyły – ani globalny produkt krajowy Polski nigdy nie sytuował naszego kraju na tak wysokiej pozycji, ani produkt krajowy per capita. Dziś oba te wskaźniki są dwa razy wyższe niż w schyłkowym okresie PRL. Zwróciłem uwagę na jeszcze jedną tezę: jakoby przewidywana długość życia Polaków miała świadczyć o fiasku naszego rozwoju jako państwa. Tymczasem od 1990 r. ta wartość wzrosła przeciętnie o dziewięć lat. W skali światowej na 193 państwa Polska znajdowała się w 2018 r. pod tym względem na 36. miejscu. Wyprzedzała wszystkie dawne państwa Bloku Wschodniego, nawet zamożniejszą od nas Republikę Czeską (miejsce 38), nawet Estonię (61), nie wspominając o Rosji, która jest na dalekiej 122. pozycji. Wskaźnik długości życia daje dobre, syntetyczne wyobrażenie o warunkach życia i pokazuje, że jednak po 1990 r. nie nastąpiła kompletna zapaść cywilizacyjna.

Zbigniew Wiktor wspomina o podwyżkach cen, których wprowadzenie kilkakrotnie doprowadziło do masowych protestów i zmian w kierownictwie partii. Ja też uważam, że wprowadzenie tych podwyżek było ciężkim błędem – gdy nie wiązało się z szerzej zakrojoną reformą gospodarczą. I jeśli gdzieś miałbym szukać fundamentalnego błędu kierownictwa PZPR, który zaciążył na losach Polski Ludowej, to właśnie w tym, że zahamowano bardzo ciekawie zaczynającą się próbę takiej reformy podjętą po wydarzeniach Października 1956 r. Mało się o tym pamięta, ale jednym z owoców zmian październikowych było stworzenie Rady Ekonomicznej, na czele której stanął światowej sławy uczony Oskar Lange, a jego następcą był również wielki ekonomista, Czesław Bobrowski. Jednym z największych błędów ekipy Władysława Gomułki było to, że Rada została już na początku lat 60. najpierw zepchnięta na bok, potem wygaszono, a wreszcie całkowicie zaprzestała działalności. Gdyby wprowadzono reformy gospodarcze w ramach systemu, to miałoby to pozytywne efekty i ekonomiczne, i polityczne.

Mając krytyczny stosunek do kolejnych ekip przewodzących PZPR nie zamierzam jednak ich potępiać. Nie można potępiać Gomułki i Gierka, jeśli się gloryfikuje Bieruta. Można wytknąć im błędy, ale nie obciąża ich tak straszny bilans, jak ten, który wiąże się z pierwszymi latami Polski Ludowej, które prof. Wiktor traktuje jak „raj utracony”. Zupełnie też nie zgadzam się z jego oceną gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zawsze uważałem go za wielkiego przywódcę, który uratował Polskę w bardzo dramatycznej sytuacji, przeprowadził nas wszystkich przez kryzys, który mógł skończyć się wielką narodową katastrofą. Byliśmy blisko wybuchu, blisko radzieckiej interwencji, rozlewu krwi i zredukowania Polski do statusu protektoratu ZSRR.

A czy zmiana systemu była kontrrewolucją? Ona nie była efektem decyzji tego czy innego przywódcy, ale rezultatem załamania się w Europie socjalizmu jako formacji. Nie można mówić, że gdyby w marcu 1985 r. kierownictwo KPZR postawiło na czele partii kogoś innego niż Gorbaczow, to system by przetrwał i wszystko wspaniale by funkcjonowało. System stworzony kilkadziesiąt lat wcześniej nie wytrzymywał konkurencji z systemem kapitalistycznym i musiał się załamać. Mógł zresztą załamać się w dużo gorszy sposób – poprzez serię krwawych wybuchów, jak z innych, narodowych powodów załamał się system dawnej Jugosławii. Dziwnie niemarksistowski brzmi zatem krytyka prof. Wiktora, który sugeruje, że socjalizm w Europie Wschodniej upadł za sprawą serii złych przywódców.

Wracając do czasów współczesnych – stwierdził Pan, że lewica polska „przespała” rozwój nowych linii podziałów, tych dotyczących spraw kulturowych, wolności jednostki. W ostatnich tygodniach właśnie te kwestie: prawa kobiet, prawo do życia według własnego systemu wartości (a nie konserwatywno-katolickiego) nadawały ton debacie publicznej. Lewica, która ma prawa człowieka w programie, miała nadzieję na wzrost swoich notowań, ale te wciąż oscylują, w najlepszym razie, wokół 10 proc. Dlaczego?

A dlaczego fala protestów miałaby się przełożyć na poparcie dla Lewicy? Czy Sojusz Lewicy Demokratycznej zrobił coś w sprawie ustawy antyaborcyjnej? Ostatni raz, kiedy wyraźnie zabraliśmy głos w tej sprawie i staraliśmy się coś zrobić – brałem w tym udział – to był moment uchwalania tej niefortunnej ustawy. Byliśmy wtedy niewielkim, 60-osobowym klubem parlamentarnym, broniliśmy odważnie i z charakterem starej ustawy, która dawała kobiecie prawo wyboru. Zostaliśmy przegłosowani, ale z naszej postawy w tamtym czasie jestem dumny.

W kadencji 1993-1997 dwukrotnie próbowaliśmy zmienić tę ustawę. Za pierwszym razem zmiany zawetował prezydent Lech Wałęsa, a my nie mieliśmy głosów, by weto odrzucić. Za drugim razem, kiedy prezydentem był już Aleksander Kwaśniewski, ustawa została podpisana, ale Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem prof. Zolla uznał ją za niezgodną z konstytucją. Niemniej próbowaliśmy coś robić. Ale potem nastąpił drugi okres rządów lewicy, 2001-2005. W tej kadencji nie zrobiono już nic, m.in. dlatego, że funkcjonowało przekonanie, że nie możemy drażnić Kościoła, bo potrzebujemy jego poparcia dla wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Zatem skoro nie robiliśmy w sprawie aborcji nic, skoro ruch na rzecz obrony praw kobiet rozwija się w gruncie rzeczy obok partii lewicy, bo te wyrażają dla ruchu poparcie, ale same nie organizują demonstracji (chyba że coś przeoczyłem) – to wielką naiwnością jest zakładanie, że protestujący zaczną masowo zwracać się ku lewicy.

Ale tylko lewica konsekwentnie opowiada się za prawami człowieka, za prawami kobiet, wolnością do decydowania o sobie… Rządzą nami narodowi katolicy, większość opozycji również stanowią partie prawicowe, które albo programowo są również konserwatywne, albo nie chcą, jak Platforma Obywatelska, zadzierać z Kościołem. Za kim ma więc pójść elektorat, który demonstruje na ulicach?

Może pojawi się zupełnie nowy ruch? Wolałbym, żeby na lewicy pojawiła się poważna refleksja nad tym, co to znaczy być człowiekiem lewicy dziś, w trzeciej dekadzie XXI w. Dobry program i działanie, które mu odpowiada, które pokazuje, że my naprawdę jesteśmy tam, gdzie są ludzie, których boli to, co się dziś dzieje w Polsce.

Jak mówić do tych ludzi? Dziś wielu z nich uważa za swoich obrońców PiS. Słuchają ich słów i obietnic, nawet jeśli te w dobie kryzysu są coraz oszczędniejsze…

W stosunku do tej części społeczeństwa wydaje mi się, że z jednej strony należy pokazywać, że pisowskie rozdawnictwo niczego radykalnie nie zmienia, a z drugiej strony, że my mamy dla nich inny i lepszy program. Musimy jednak go mieć, czyli opracować rzetelną strategię gospodarczą. Bardzo mnie dziwi, że lewica nie sięga po dorobek tych ekonomistów lewicowych, którzy już udowodnili, że potrafią skorygować negatywne skutki społeczne neoliberalnych zmian, w pierwszym rzędzie po myśl prof. Grzegorza Kołodki. Przecież mamy ludzi, którzy z jednej strony odrzucają neoliberalne myślenie, a z drugiej strony formułują realistyczną alternatywę. „Strategia dla Polski, której autorem jest prof. Kołodko jest w moim przekonaniu najlepszą nie tylko w Polsce, ale w całej wschodniej Europie koncepcją alternatywną dla neoliberalnych modeli. Jeśli lewica na serio chce odzyskać poparcie wśród tych warstw społecznych, które neoliberalizm szczególnie dotknął, to niech pokaże im alternatywę. Niech nie tylko mówi, że jest źle, ale wskazuje: jeśli dostaniemy wasze głosy i dojdziemy dzięki nim do władzy, to zrobimy to, to i to.

Obok tego mamy nadal zaniedbaną sprawę wolności i tolerancji. Nie wystarczy powiedzieć protestującym: zgadzamy się z wami. Trzeba tam być, organizować ludzi, zwoływać na protesty, tak, żeby na lewicę znowu patrzono jak na ważnego partnera w walce o lepszą Polskę.

Mówi Pan: lewica musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy być człowiekiem lewicy dziś. Jaka byłaby Pana odpowiedź?

Człowiek lewicy musi kierować się hasłami: wolność, równość, braterstwo. To oczywiście stare hasło Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ale ono wcale się nie zdezaktualizowało. Wymaga tylko nowego odczytania. Wolność – to cała ta sfera praw człowieka, o której rozmawialiśmy, wolność kobiety, wolność mniejszości, którym próbuje się narzucać różne normy, np. religijne. Równość – maksimum dającej się realizować równości ekonomicznej, ale nie „urawniłowka”, tylko zniesienie nieuzasadnionych przywilejów, powiązanie tego, co ja otrzymuję z tym, co ja daję z siebie. Wreszcie braterstwo, czyli solidarność. I w ramach społeczeństwa, z tymi, którzy są słabsi, pokrzywdzeni, i solidarność międzynarodowa, niezamykanie się tylko we własnym, narodowym kręgu, rozumienie, że mamy wspólne światowe problemy i solidarność musi dotyczyć także naszego stosunku do innych narodów. Na takim fundamencie widziałbym szansę budowania atrakcyjnej lewicowej wizji.

Jeszcze o grudniu 1970 r.

Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w Trybunie ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania swojego własnego zdania.. Jednakże w przypadku, gdy w grę wchodzą fakty, to czuję się zobligowany do ich skorygowania. Dlatego też pozwalam sobie zabrać głos w kontekście publikacji prof. Jerzego J. Wiatra pt. „Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje”.

Również dlatego, że zostało tam przywołane nazwisko mojego ojca Bolesława Jaszczuka, sekretarza KC PZPR w latach 1963-70. Uważam zatem za celowe dokonanie pewnych sprostowań na podstawie zarówno relacji moich rodziców, jak i w oparciu o własne obserwacje.

Po pierwsze, w roku 1968 nie tylko na Węgrzech ale też w niektórych innych KS podjęto próby reformowania systemu ekonomicznego. W CSRS rozpoczęto wprowadzanie rachunku ekonomicznego, nazywanego tam rosyjskim terminem chozraščot, co jednak zostało przyhamowane po interwencji wojsk Układu Warszawskiego. Mimo to czechosłowacka gospodarka nie tylko się rozwijała lecz także była w wysokim stopniu samowystarczalna oraz pozbawiona zmory bezrobocia – wręcz na odwrót, sprowadzano tam masowo pracowników nie tylko z Polski ale i z Kuby – a także niemal zerowym poziomem inflacji dzięki czemu wzrost płac nominalnych automatycznie przekładał się na wzrost płacy realnej. W końcu lat 80. pracowałem w Czechosłowacji w sumie ponad pół roku i mogłem to obserwować z bliska. Sklepy były znakomicie zaopatrzone we wszystkie towary poczynając od szerokiego wyboru mięsa i wędlin po artykuły przemysłowe w przeważającej większości produkcji krajowej. Z towarów importowanych w sklepach można było wypatrzyć co najwyżej jakieś trunki czy albańskie owoce. Dewizami gospodarowano bardzo oszczędnie wydając je na wybrane artykuły konsumpcyjne, np. w Bratysławie funkcjonował sklep z renomowanymi francuskimi kosmetykami. Nie odczuwało się też braków w zaopatrzeniu. Kiedy jednego dnia w jednej z dzielnic Bratysławy zabrakło proszków do prania to zrobiła się afera na cały kraj. Ponadto czechosłowackie towary były atrakcyjne cenowo dla gości zagranicznych. Jugosłowianie masowo kupowali meble. Osobiście widziałem jak Węgrzy w jednym z największych sklepów wykupili cały zapas kawy. Jednakże już następnego dnia kawa ponownie się w sklepie pojawiła. Dobrze prosperowały też Zjednoczone Spółdzielnie Rolnicze, które w odróżnieniu od zakładów przemysłowych były obciążone znacznie mniejszą ilością obowiązkowych wskaźników. Przytoczone przeze mnie przykłady świadczą to tym, że gospodarka może całkiem nieźle funkcjonować bez wprowadzania reform. Jednak tylko do czasu aż system nie wyczerpie swoich możliwości. W 1988 r. moi czechosłowaccy rozmówcy zwracali uwagę na to, że system oparty o wielość obowiązkowych wskaźników jest skostniały i wymaga zmian. Jednak podobnie jak w 1968 r. ingerencja zewnętrzna nie pozwoliła na wdrożenie w życie bardziej demokratycznego modelu socjalizmu, tak w 31 lat później zmiana ustroju doprowadziła do zahamowania gospodarki i pojawienia się takich niespotykanych tam zjawisk, jak bezrobocie, bezdomność a nawet nędza, choć obszar biedy, jak wynikało z moich osobistych obserwacji w latach 90., był znacznie mniejszy niż na Węgrzech. Nowy mechanizm zaczęto też wprowadzać w ZSRR jednak jego promotor, ówczesny premier Aleksiej Kosygin był za słaby aby pokonać opór biurokracji. W efekcie w latach 70. namnożyła się liczba resortów gospodarczych. Powstawały np. ministerstwa budowy maszyn dla przemysłu lekkiego i oddzielne takie ministerstwa dla innych gałęzi przemysłu. Panowanie biurokracji na różnych szczeblach władzy nie tylko ekonomicznej doprowadziło w końcu do takiego stanu, że niezbędna stała się pieriestrojka. Jednak jej przebieg i skutki to już odrębny, szeroki temat.

Również w Polsce w końcówce lat 60. na najwyższych szczeblach władzy dostrzegano konieczność zmiany mechanizmów gospodarczych. Zespół ekspertów pilotowany przez mojego ojca pracował nad przygotowaniem nowych zasad funkcjonowania gospodarki czego efektem było wypracowanie systemu bodźców mającego na celu powiązanie wynagrodzeń z efektywnością produkcji. Był on być może nazbyt skomplikowany – może dlatego, że był przygotowany przez naukowców – jednak była to jakaś realna próba reformowania gospodarki co stoi w sprzeczności z tezą prof. Wiatra, iż pod koniec lat sześćdziesiątych prowadzono błędną politykę gospodarczą, „której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego”. Po roku 1970 nowa ekipa odeszła od wdrażania mechanizmów ekonomicznych i postawiła na rozwój nowych technologii, co było przejawem przewagi strategii technicznej nad ekonomiczną. Jak trafnie zauważa prof. Wiatr, pokolenie, które przejęło władzę w większości „ tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich”.

Należy też wspomnieć o tym, że sam Gomułka dostrzegał potrzebę zmian o czym może świadczyć fakt, iż w lutym 1968 r. zaproponował strategię selektywnego rozwoju. Z grubsza miała ona polegać na rozwoju przyszłościowych i proeksportowych gałęzi gospodarki kosztem przemysłu ciężkiego i wydobywczego. Nie trzeba być specjalnie domyślnym aby zauważyć, że tego typu strategia uderzała w lobby węglowe i hutnicze ulokowane głównie na Śląsku. Część aktywu i aparatu partyjnego czuła się ponadto znudzona władzą Gomułki i upatrywała w Edwardzie Gierku kogoś w rodzaju odnowiciela. Szczególnym tego dowodem było zebranie warszawskiego aktywu partyjnego w 1968 r., gdy z inspiracji ówczesnego I Sekretarza KD PZPR Warszawa-Wola grupa uczestniczących w nim osób skandowała głośno: Gierek! Gierek!

Władysław Gomułka był też niemile widziany przez niektórych działaczy ponieważ przy nim nie wypadało się bogacić. Gomułka co prawda nie wtrącał się w życie osobiste partyjnych i państwowych funkcjonariuszy sam jednak mieszkał w zwykłym mieszkaniu w zwykłym bloku. W podobnych warunkach mieszkały też inne osoby z najwyższych pięter władzy co może potwierdzić Józef Tejchma, który wraz z żoną i dwiema córkami zajmował trzypokojowe mieszkanie w pięciokondygnacyjnym budynku bez windy. Dlatego też innym nie wypadało budować sobie ekskluzywnych wilii. Oficer BOR przydzielony do ochrony sekretarza KC Ryszarda Strzeleckiego pisał w swoich wspomnieniach, że Strzelecki odmówił zamieszkania w zaproponowanej mu wilii. Skoro już mowa o ówczesnym BOR, to warto wspomnieć, że ochrona przysługiwała osobom wchodzącym w skład Biura Politycznego ale już nie sekretarzom KC. Artur Starewicz jeździł na wczasy wraz z rodziną bez kierowcy i sam zasiadał z kierownicą. Wspominam o tych faktach mimo tego, że nie dotyczą bezpośrednio głównego tematu publikacji prof. Wiatra, jednak ukazują one pewne niestandardowe na tle innych krajów reguły mające odniesienie do politycznego kierownictwa państwa.

Tak więc kilka czynników plus polityczne ambicje niektórych liczących się postaci jak choćby Mieczysław Moczar musiało w końcu doprowadzić do usunięcia Gomułki w czym zresztą sam sobie pomógł przez ową feralną podwyżką cen. O ile mi wiadomo, Gomułka wahał się nad wprowadzeniem tych podwyżek akurat w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Jednak niektórzy współtowarzysze z Biura Politycznego przekonywali go, że sytuacja znajduje się pod kontrolą i ludzi ze zrozumieniem przyjmą podwyżkę cen. Podstawowym błędem Gomułki było to, że naiwnie uwierzył w te zapewnienia. Jednak gdyby nie ów tragiczny grudzień 1970 wcześniej czy później doszłoby do zmiany władzy na najwyższym szczeblu, gdyż takie były okoliczności oraz wola dużej części aktywu partyjnego. Przyznał to prywatnie jeden z ówczesnych nie żyjących już działaczy z najwyższych pięter władzy. Tak więc przyczyny kryzysu 1070 są o wiele bardziej złożone niż wynikałoby to z publikacji Jerzego Wiatra, a także z moich powyższych spostrzeżeń i wniosków. Sprawa ta być może będzie przedmiotem badań historyków i politologów co pozwoli nam zbliżyć się do lepszego poznania przyczyn a także politycznych kulisów tych wydarzeń.

O słuszności dezubekizacji

Wszystko się wyjaśniło. Po wielu latach ciężkiej pracy IPN-owskich prokuratorów oraz tytanicznego wysiłku prawicowych polityków i publicystów, którzy uparcie szukali jakichkolwiek autentycznych śladów zbrodni komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, mamy efekty.

Wreszcie został znaleziony powód, dla którego zastosowano dezubekizację, ostateczne rozwiązanie problemu funkcjonariuszy i urzędników rodem z PRL. Teraz wszyscy zrozumieją, że prawo i sprawiedliwość absolutnie wymagały, aby ponad 50 tys. staruszek i staruszków sprowadzić na skraj biologicznego przetrwania. Co prawda nie odkryto żadnych rzeczywistych i użytecznych propagandowo przestępstw, jakich mieli się dopuszczać. Został ujawniony inny porażający fakt.

Oto kilku wtajemniczonych przykościelnych komentatorów ogłosiło, że jedyną instytucją, która odpowiada za powszechne występowanie przeróżnych dewiacji i nieprawości seksualnych wśród katolickiego kleru, jest PRL-owska Służba Bezpieczeństwa! Argumentacja, jaką przytoczono, wręcz powala swoją logiką. Newralgiczną postacią jest tu św. Jan Paweł II, który przez ponad ćwierć wieku samowładnie rządził Watykanem i całym światowym kościołem. Okazało się, że Papież Polak tolerował nagminny homoseksualizm i przeróżne zboczenia seksualne swych podwładnych, w tym nierzadką pedofilię, gdyż wcześniej mieszkał w PRL i był przekonany, że wszystkie takie zarzuty stawiane pokornym sługom kościoła są spreparowane przez bezpiekę.

Gdy słyszy się takie rewelacje, to można wręcz wpaść w podziw, jak potężną była to służba i jak daleko sięgały jej macki. Bo przecież nie tylko polskiego podwórka, czyli kardynała Gulbinowicza, arcybiskupa Paetza, arcybiskupa Wesołowskiego, kapelana Cybuli czy prałata Jankowskiego, by podać tylko kilka nazwisk z górnej półki. Jeszcze większe szkody komunistyczna służba poczyniła w Meksyku, gdzie aby zhańbić kościół powołała Legion Chrystusa i postawiła na jego czele Marciala Degollado, którego nieletnie ofiary gwałtów i pedofilskich praktyk liczy się w setkach. Podobnie poczynała sobie w Stanach Zjednoczonych i pomogła uzyskać kardynalskie kapelusze Theodorowi McCarrickowi w Waszyngtonie i Bernardowi Law w diecezji bostońskiej. A można jeszcze wspomnieć o kardynale Georgu Pelly z Australii, o całym episkopacie Chile, o Irlandii, Kenii, Brazylii, Kanadzie, Filipinach, Argentynie, Tanzanii, Kolumbii . Żaden zakątek świata nie był bezpieczny przed zbrodniczymi działaniami polskiej bezpieki. Co zresztą mówić o świecie! Frederic Martel, autor książki „Sodoma”, przytoczył w niej opinię duchownego przez wiele lat pracującego w Watykanie, iż nawet 80 proc. kleru zamieszkującego papieską stolicę to czynni homoseksualiści.
Przypadkiem z tego obszaru, na który warto zwrócić uwagę, jest historia abp Józefa Wesołowskiego. W 2013 r . ujawniono, iż jako nuncjusz na Haiti nagminnie wykorzystywał pozycję i bogactwo do zaspakajania cielesnych żądz z małoletnimi, ubogimi chłopcami. Szczegóły działalności hierarchy w najbiedniejszym z krajów świata były tak szokujące, że odwołano go do Watykanu i zdecydowano o postawieniu przed sądem. Jednak wierny sługa kościoła taktownie zmarł na serce przed rozprawą w 2015 r. i nie trzeba było więcej rozgrzebywać nieprzyjemnego tematu. Czemu zaś ta sytuacja jest szczególnie ciekawa, gdy okoliczności pedofilskich praktyk arcybiskupa były analogiczne, jak w wielu innych seksualnych aferach kościelnych? Otóż w sieci pojawiły się plotki, że arcybiskup nie zmarł, a jedynie zamknęła się za nim furta zakonu o szczególnie ścisłej klauzurze.

Oczywiście nikt rozsądny w takie fantazje nie uwierzy, ale z drugiej strony, znając perfidię komunistycznej bezpieki, niczego nie można wykluczyć
Wyłaniający się obraz kościoła katolickiego (a przytoczone powyżej informacje jedynie bardzo powierzchownie dotykają problemu) jest tak szokujący, że karne zabranie rent i emerytur 50 tysiącom PRL-owskich funkcjonariuszy i urzędników było absolutną koniecznością. Można nawet powiedzieć, że wobec dziesiątek tysięcy dzieci gwałconych, molestowanych, zbrukanych i zniszczonych psychicznie, taki wyrok jest wręcz łagodny. Ale gdyby okazało się, że pod sutannami skrywane są kolejne pedofilskie zbrodnie, to trzeba będzie dezubekizację zdecydowanie rozszerzyć i dociągnąć chociaż do 100 tysięcy – niech nikt nie myśli, że władza lekceważy i pobłaża takim wynaturzeniom.

Oczywiście surowe konsekwencje wyciągnięte zostaną także wobec księży, którzy ulegli diabelskim podszeptom – jak powiedział ojciec Rydzyk: Zgrzeszyli, ale kto nie ma pokus? Przed udzieleniem rozgrzeszenia z pewnością zostaną im zadane ciężkie pokuty – co najmniej trzy „zdrowaśki” do odmówienia, a może nawet kilka „ojczenaszów”.