„Ostateczne… posunięcie państwa”…

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego, w tym głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy, porządku wewnętrznego i bezpieczeństwa publicznego, niezbędnego zaopatrzenia ludności oraz ogólnego ładu, dyscypliny i spokoju społecznego”

Myśl przewodnia…

„Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego, ze względu na bezpieczeństwo państwa”, to jeden z trzech dokumentów, opracowanych przez zespoły sztabowe MSW oraz MON. Przedyskutowany wraz z innymi dokumentami podczas gry decyzyjnej 16 lutego 1981 r. Skorygowany po „bydgoskim wstrząsie”, m.in. o stwierdzenie, że stan wojenny obejmie cały kraj.(pisałem w „Na progu”). Wraz z dwoma pozostałymi tj.

-„Centralny plan działania organów politycznych, władzy i administracji państwowej”;
– „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych w przypadku wprowadzenia stanu wojennego”- zostały doręczone premierowi. Proszę zauważyć-pisałem w „Na progu”, iż notatkę informacyjną o ich treści, zabrał premier 22 lutego, gdy wraz z I Sekretarzem KC PZPR udawał się do Moskwy na obrady XXVI Zjazdu KPZR.

Ocena Polski w Moskwie

Już podczas otwarcia obrad, nasza delegacja usłyszała od Leonida Breżniewa m.in.- że „przeciwnicy socjalizmu przy poparciu sił z zewnątrz, wywołując anarchię, dążą do odwrócenia rozwoju wydarzeń i skierowania go w nurt kontrrewolucyjny…Towarzysze polscy pracują obecnie nad tym, aby przezwyciężyć kryzysową sytuację. Dążą do zwiększenia zdolności bojowej partii, umocnienia (jej) więzów z klasą robotniczą, ludźmi pracy, opracowują konkretny program uzdrowienia polskiej gospodarki”. Przypomniał spotkanie przywódców państw Układu Warszawskiego w Moskwie, w grudniu 1980 r. (o nim i niedoszłym „ćwiczeniu” napiszę niebawem). Spotkanie to wykazało jasno- „komuniści polscy, polska klasa robotnicza, ludzie pracy tego kraju mogą absolutnie polegać na swoich przyjaciołach i sojusznikach; socjalistycznej Polski, bratniej Polski, nie opuścimy w biedzie i nie damy jej skrzywdzić!”

Po otwarciu obrad, premier z I Sekretarzem poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego. Niektórzy z Państwa mogą się solennie obruszyć. Uznać za zbytnią nadgorliwość, „poddaństwo” władzy ZSRR. Może cierpkie słowa padną pod adresem Generała- żołnierza, za „taką pokorę”. Nie mam zamiaru ani rozstrzygać „kto ma rację”, ani tym bardziej usprawiedliwiać tamtego faktu. To już się stało. Mam zamiar i proszę Państwa o cenę ówczesnej sytuacji. Wiem, że będziecie ją Państwo powtórnie czynić z pozycji „dzisiejszego oglądu”, gdy znany jest „ciąg dalszy”, nie tylko po 22 lutego 1981 r., ale do kwietnia 2021 r. Znane jest mnóstwo komentarzy, ocen, głównie „narracji uczonych”, do tego tych „lepiej wiedzących”. Stąd tym bardziej proszę o wczucie się w ówczesną sytuację, atmosferę i dokonanie możliwie obiektywnej oceny także tego faktu. 7 lutego 1981 r. szef MSW składa wizytę w ZSRR. Wiadomo, że gen. Mirosława Milewskiego „darzą uczuciem”. Czy pytać co powiedział „przyjaciołom” o zamiarach władzy, swoich bądź co bądź przełożonych, dyskusjach, sporach i pierwszych, roboczych zapisach odnośnie wprowadzenia stanu wojennego? Jak duży popełnimy błąd gdy powiemy, że powiedział wszystko co usłyszał, ze swoim krytycznym komentarzem? Że wszelkie rady i sugestie „przyjaciół” przyjął z uznaniem, „do skrupulatnego wykonania”? Stąd mam do Państwa pytanie- czy Generał i I Sekretarz mogli jechać do Moskwy nie przygotowując się do dyskusji na temat stanu wojennego? Pewnie, że mogli, tylko jaką sobie wystawiliby ocenę, gdyby gospodarze postawili konkretne pytania? Opowiadaliby frazesy o „bezgranicznej miłości” do ZSRR i komunizmu, jak np. Dubczek 13 lat wcześniej? Chyba aż tak nisko nie oceniają Państwo inteligencji i wyobraźni Generała i I Sekretarza, mimo ciągłego pokazywania ich w „czarnych barwach”. Proszę wziąć pod uwagę poprzedni tekst, „Bydgoski wstrząs”, gdzie piszę o „Notatce” z rozmowy z gen. Janem Łazarczykiem. Nie tylko jeden płk Czetwiertnikow „miał na oku wnętrze” Polski i Wojska.

Nie chcę obrazić Państwa inteligencji!

Nie trudno się domyśleć, że „temat Polski” był w kuluarach Zjazdu wiodącym. Jedni rozpytywali co się stało, inni, np. Erich Honecker tłumaczył Fidelowi Castro – „na nas, bratnich krajach, można polegać. Powiedzieliśmy towarzyszowi Jaruzelskiemu, że byłoby najlepiej, gdyby uregulowali sytuację własnymi siłami. Towarzysz Kania oświadczył mi, że prowadzą przygotowania do stanu wyjątkowego. Opierają się na wojsku, organach bezpieczeństwa i milicji, a także na najlepszych siłach partii. Powiedzieliśmy mu, że teraz nie wolno już dalej się cofać, ponieważ wtedy utraciliby resztki zaufania… Jeśli polska partia nadal będzie tolerowała takie ekscesy, sojusznicy zainterweniują. Jesteśmy odpowiednio przygotowani”( zwracam uwagę na „gotowość do interwencji” NRD i innych). Nie muszę Państwu pisać, że Premier z I Sekretarzem KC PZPR wrócili po dwóch dniach w minorowych nastrojach i sięgnęli po te dokumenty, by raz jeszcze je przemyśleć.

Podpisy i zbieg okoliczności

27 marca zatwierdził je Premier. Ponadto, dwa pierwsze- parafował I Sekretarz KC PZPR. Patrząc na datę, nie trudno spostrzec, że opisany „wstrząs bydgoski”, przyspieszył ich redakcję. To jego „wiekopomna zasługa”, a głównie pana Jana Rulewskiego. Czy potrzebna?- oceńcie Państwo. Czytelnik zwrócił mi uwagę, że nie napisałem, iż Pan Jan w więziennym uniformie paradował w Senacie, nawet było mu „do twarzy”! Odczytał ten fakt jako strój, na który sam zapracował. I przyznał się! Szkoda, że po latach, ale to też „coś”! Nawet Senat spełnił rolę tak kształcącą! (wobec kogo- pomyślcie Państwo). Naganę przyjąłem z pokorą.
Zgodnie z zapowiedziami Solidarności, 27 marca kraj zamarł na cztery godziny. W strajku ostrzegawczym wzięli udział pracownicy większości zakładów. Też 27 marca, ok. południa, do I Sekretarza KC zadzwonił Leonid Breżniew. Rozmowa dotyczyła zakończonego protestu. Jego zdaniem sytuacja weszła w fazę krytyczną, bo „wrogowie rwą się do władzy i w związku z tym powstało śmiertelne zagrożenie dla socjalizmu”.

Przekonywał, że „trzeba wykazać męstwo, ponieważ jest to ostatni moment, aby podjąć decyzje związane z ogłoszeniem stanu wojennego”. Rozmowa była bardzo emocjonalna, Breżniew dosłownie krzyczał na mnie. Wściekał się, że władzę przejmuje kontrrewolucja i bez przerwy naciskał na wprowadzenie stanu wojennego – opowiada Stanisław Kania w książce „Powstrzymać konfrontację”.

Kilka godzin po rozmowie Kani z Breżniewem, 27 marca w Warszawie wylądował samolot specjalny, którym przyleciał dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw Stron Układu Warszawskiego marsz. Wiktor Kulikow. Teraz przybywał w roli osobistego wysłannika sekretarza generalnego KC KPZR. To dawało mu większe prawa niż wszystkie posiadane przez niego stanowiska i tytuły razem wzięte. Z nim przybyło blisko 30 wysokich rangą przedstawicieli wojska i KGB, m.in. adm. Władimir Michajlin (zastępca Głównodowodzącego Zjednoczonych Sił Zbrojnych ds. Marynarki Wojennej), gen. Antolij Gribkow (Szef Sztabu ZSZPS UW), gen. Anatolij Mereżko (zastępca Szefa Sztabu ZSZPSUW), gen. Titow, gen. Katricz a także gen. Władimir Kriuczkow, I zastępca przewodniczącego KGB. W grupie był wiceprzewodniczący Państwowej Komisji Planowania ZSRR- Inoziemcow, który miał skontrolować stan polskiej gospodarki. „Przyjechali, m.in. ludzie, którzy pracowali nad przygotowaniem operacji wojskowych oraz politycznych na Węgrzech i w Czechosłowacji”- wspomina gen. Wojciech Jaruzelski.

„Presja na wprowadzenie stanu wojennego rosła. Radzieccy wojskowi niemal od razu po przylocie rozpoczęli kontrolę stanu prac nad przygotowaniami i dokumentami związanymi z tą opcją. Sztab Generalny wizytował m.in. gen. Nikołajew, mający z duże doświadczenie w akcjach specjalnych, związanych m.in. z inwazją na Czechosłowację w 1968 r. Przeczytał dokumenty, które przygotowywaliśmy, ale nie wyglądał na zachwyconego efektem naszych działań. Zaproponował on m.in. zawieszenie Konstytucji i przejęcie władzy w kraju przez Wojsko” – wspomina gen. Franciszek Puchała, członek zespołu opracowującego plany wprowadzenia stanu wojennego.

Radzieccy „konsultanci” nie byli zadowoleni z przedłożonych im dokumentów. Na tę okoliczność przywieźli swoje plany, opracowane w radzieckim Sztabie Generalnym. Odmówiono im „przyjemności”, nie przyjęto! Musieli przyjąć do wiadomości nasze racje i warianty działań.
Wizyta radzieckich generałów nie miała na to żadnego wpływu na treść i czas podpisu tych trzech dokumentów. Stanisław Kania wspomina, że „podpisanie nie powodowało powstania żadnej nowej sytuacji. Te dokumenty były formą prezentacji tego, co zrobił od października 1980 roku zespół pracujący nad stworzeniem rozwiązań prawnych umożliwiających wprowadzenie stanu wojennego. Chodziło o to, żeby te przepisy były zgodne z Konstytucją PRL. Wtedy naprawdę nie mieliśmy zamiaru wykorzystywać tej możliwości… Samo ogłoszenie stanu wojennego było uzależnione od zupełnie innych decyzji, niż te, które zapadły 27 marca”. Dalej pisze b. I Sekretarz – „Ta sprawa rozgrywała się nie w MON czy w MSW, ale w rozmowach na moim szczeblu. Bez mnie, czyli bez akceptacji pierwszego sekretarza, nikt nie mógł w tej kwestii niczego zdecydować. A ja wówczas nie miałem zamiaru, ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości, wprowadzać stanu wojennego, nawet mimo ogromnej presji ze strony Moskwy” – zapewnia, we wspomnianej książce.

Kolejne presje

Późnym popołudniem 3 kwietnia na Okęciu wylądował tajemniczy radziecki samolot. Na kadłubie i skrzydłach nie było ani czerwonej gwiazdy, symbolu radzieckich sił powietrznych, ani napisu „Aeroflot”, który znajdował się na maszynach cywilnych i tych, z których korzystali radzieccy przywódcy. Wsiedli do niego ok. godz.19-ej: I Sekretarz KC PZPR Stanisław Kania, premier Wojciech Jaruzelski i adiutant Generała, chor. Marian Stepnowski.

Stanisław Kania wspomina, że o tej misji powiedział Kazimierzowi Barcikowskiemu oraz Kazimierzowi Rokoszewskiemu i również żonie. Generał o miejscu i celu podróży powiedział gen. Michałowi Janiszewskiemu. Poprosił on do siebie chor. Mariana Stepnowskiego. Polecił mu „podnieść dwa palce i złożyć przysięgę, że to, co powie, zostanie tajemnicą”. Dziś „Generał i Stanisław Kania udają się do ZSRR. Nie można wykluczyć, że mogą zostać zatrzymani, a w kraju będzie wprowadzony tzw. porządek. Następnie objął mnie, ucałował i powiedział ->trudno, taki wybrałeś etat, mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy<”- wspomina Chorąży. Może to po latach brzmi „tajemniczo śmiesznie”, ale wtedy było „wyczuwalne zagrożenie”- dla gości w ZSRR i dla części członków władzy w Polsce, gdyby ZSRR chciał złożyć „gościnną wizytę”. Samolot wylądował w Brześciu nad Bugiem. Były dwa zasadnicze tematy rozmowy- sytuacja gospodarcza i stan wojenny. Rozmówcy gości – Jurij Andropow i Dmitrij Ustinow m.in. zagrozili wstrzymaniem dostaw surowców, o ile sytuacja w Polsce będzie nadal się zaogniać. I przypomnieli, że całość polskiego importu ropy naftowej pochodzi z ZSRR, którą sprzedają Polakom za połowę wartości rynkowej. Podobnie jest z ceną bawełny, rud żelaza i wielu innych towarów. Radzili, by użyć tych argumentów w rozmowach z Solidarnością, akcentując jakie konsekwencje mogą mieć ich działania (napiszę o tym wkrótce). Seria zarzutów, wręcz oskarżeń spadła na gości za wykręcanie się, zwlekanie ze stanem wojennym. Jurij Andropow przypomniał – „z wyrazem wyrzutu” wobec Generała, że dokumenty są gotowe, radzieccy doradcy gotowi są służyć pomocą – „wystarczy podpis”. Stanisław Kania stwierdził, że nie jest to możliwe, gdyż zdecydować o tym może tylko Sejm. Mimo to- pamięta I Sekretarz- „namawiano nas do zdecydowanych siłowych działań. Ale my mogliśmy jasno powiedzieć o konsekwencjach potencjalnej wojskowej interwencji w Polsce. Nikt by nas nie zrozumiał. Bylibyśmy bezsilni wobec masowych strajków, by cokolwiek zrobić, nawet z pomocą sąsiadów. Podkreślaliśmy, że zaprowadzimy porządek własnymi siłami. To spotkanie oddaliło zagrożenie, może trochę innego rodzaju niż to z w grudnia 1980, ale również bardzo poważne”( o „grudniu” napiszę niebawem). Wreszcie, po długich dyskusjach i gorących sporach- Andropow podsumował rozmowę: „No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego”. Zaznaczył dobitnie- „Nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje”. Rosjanie byli zdecydowanie mniej zadowoleni z przebiegu brzeskiej wizyty niż strona polska – ocenił Generał. Kilka dni później, 9 kwietnia, na posiedzeniu BP KPZR, relacjonując „brzeskie spotkanie”, marsz. Dmitrij Ustnow, mimo wielu krytycznych uwag m.in. ocenił – „trzeba nam tę dwójkę, Kanię i Jaruzelskiego utrzymać i umocnić więź między nimi”. Ogólny wniosek-„obecnie bardzo ważne jest utrzymanie prawidłowego tonu w stosunkach z naszymi przyjaciółmi. Z jednej strony nie trzeba ich przyhamowywać bez potrzeby, nie potęgować nerwowości, aby nie opadały im ręce. A z drugiej – wywierać ciągłą presję, taktownie zwracać uwagę na błędy i słabości ich polityki, w towarzyskim duchu doradzać, co należy zrobić”. Słowa podziękowania usłyszeli Andropow i Ustinow, że „odbyli bardzo pożyteczne spotkanie z Kanią i Jaruzelskim”. Proszę Państwa o obiektywną, racjonalną ocenę tej „wizyty”, o wnioski dla swoich dzieci i wnuków. Generał 21 maja poinformował BP KC PZPR, że kilka dni wcześniej odwiedzili go gen. Jurij Zarudin, dowódca stacjonującej w na terenie Polski Północnej Grupy Wojsk, oraz ambasador ZSRR Boris Aristow. Powiedział, że „rząd ZSRR zwraca uwagę kierownictwu PRL na przypadki prowokacyjnego zachowania się obywateli polskich w stosunku do radzieckich wojskowych oraz zjawiska antysowietyzmu występujące w całym kraju”. Ambasador skarżył się, że 19 marca w Legnicy napadnięto na sześciu żołnierzy Armii Radzieckiej. Oświadczył również, że 13 maja pijany członek Solidarności zaatakował radziecki patrol, a milicja, mimo wezwań, nie pojawiła się na miejscu. Opowiadał także o przykładach „antyradzieckiej propagandy w formie plakatów, ulotek, wystaw karykatur, napisów itd”. Stwierdził, że Solidarność przestała być związkiem zawodowym i zaczyna się przekształcać w siłę polityczną. Pretensje ambasadora dot. również obchodów 9 maja, rocznicy zakończenia II wojny światowej. Według niego świadczą „o niedostatecznej pracy polityczno-propagandowej i partyjnej na rzecz przyjaźni”. Jak z tego widać – radziecka presja rosła. Pretensje były właściwie o wszystko. Partia wobec „stanu” To oczywiście odrębny, złożony temat. Tu jedynie proszę Państwa o powtórne spojrzenie na cytat rozpoczynający tekst. Mając przed sobą zarysowany obraz radzieckiej presji – tylko w okresie 3 miesięcy pierwszego półrocza 1981 r. – proszę zwrócić uwagę na istotę „myśli”. Że „po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych”. Cóż to wtedy znaczyło? Że władza, szczególnie Partia i rząd rozmawiając i przekonując Solidarność do rozsądku, co czynił także Kościół- przypomnę Prymasa-„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”, zawsze mogła powiedzieć, że toczy żmudne spory, przyznaje się do błędów czy zaniedbań. Tak postąpił Stanisław Kania, gdy „przyciśnięty do muru” w Brześciu, stwierdził -„ostatnie wydarzenia, strajk ostrzegawczy z 27 marca i wydarzenia bydgoskie pokazały, że Solidarność jest silniejsza od władz” (o rozsądku Solidarności, niebawem). Co więcej-władza inaczej niż sąsiedzi, niż ZSRR postrzega stan wojenny. Nie jako walkę, użycie siły wobec Polaków, podkreślam, ale jako ostateczność, do której nie chce dopuścić przez swój brak ostrożności czy zniecierpliwienie odrzucaną wolą porozumienia. To także denerwujący ich – ale nasz argument, na który mogą krzyczeć, wyklinać, wreszcie muszą zacisnąć zęby i czekać… Jak długo? Kto z Państwa może wskazać granicę „cierpliwości sąsiedzkiej” w 1981 r. z dystansu 40 lat? A kto zechciałby wskazać taką granicę dla Solidarności, po przekroczeniu której, nastąpi użycie siły? Nie wstydźcie się Państwo, przecież wśród nas jest jeszcze kilka milionów Polaków, którzy 40 lat temu „dziarscy i zadziorni, pełni werwy” wygrażali władzy, szykowali się do obrony zakładów pracy. Przed kim, na jak długo, z jaką pewnością swoich, tylko swoich racji? Proszę też o zastanowienie się i krytyczną ocenę – czy partia, władza, wystawiając „swój grzbiet” pod „polityczne ciosy” i obelgi sąsiadów, nie broniła w ten sposób „grzbietu, skóry” Solidarności przez jej „wygarbowaniem” wciąż chętnymi rękoma sąsiadów (oczywiście, ta „chęć” falowała, ale ciągle była). Wrócę do tych kwestii w kolejnych tekstach. Po co ten „stan”? Przeczytaliście Państwo, że „jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego… głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy… niezbędnego zaopatrzenia ludności”. Znów cisną się pytania- kto „naruszał prawo konstytucyjne”? Czyżby ZSRR, który w Brześciu groził ograniczeniem dostaw surowców, „sprawiał” brak „normalnego rytmu pracy”? A kto odpowiadał za brak „niezbędnego zaopatrzenia ludności”? Tu niektórzy gotowi są krzyknąć- władza się wyżywi! Zapamiętaliśmy to. A czy członkowie Solidarności, a głównie jej bojowi działacze, inspiratorzy i autorzy „patriotycznych wezwań” nie potrzebowali „zaopatrzenia”, nie musieli jeść? Zapomnieli, gdy Lecha Wałęsa wołał- „wszyscy mamy jednakowe żołądki”. Cóż, zapomniał i więcej nie przypomniał, że „wszyscy”, bez wyjątku- mają dbać o ich napełnienie! Właśnie, co i jak poczynać, by przekonać poprzez rzeczowe argumenty i racje o potrzebie pracy dla siebie, nie dla „ruskich”, jak długo trzeba było czynić, by masy robotnicze „przejrzały na oczy” i zrozumiały, że stan wojenny będzie ostatecznym posunięciem państwa. Od strony tzw. politycznej, społecznej i gospodarczej jest mnóstwo opracowań, nie szczędzących krytycznych ocen władzy. Rzadko znajdziecie Państwo wśród nich oceny wyważone, zachęcam do sięgnięcia po książkę „Modzelewski-Werblan Polska Ludowa”, Wyd. Iskry, Warszawa 2017. Sygnalizowane wyżej, zaledwie cząstkowe problemy i dylematy były w nieustannym zainteresowaniu sztabów pracujących nad kompleksowym przygotowaniem dokumentacji tego stanu. Szeroko, jak wspomniałem wcześniej – ciekawie, z przywołaniem wielu szczegółów, także różnych niuansów i zawiłości, jakie napotykali planiści w sztabach i wszystkich ministerstwach, opisuje gen. Franciszek Puchała w książce „Kulisy stanu wojennego”. Wrócę do tej problematyki jesienią, gdy I Zjazd Solidarności i zorganizowane strajki postawiły Polskę na kolejnym progu do stanu wojennego, a którego w grudniu – niestety, ale nie udało się uniknąć.

Na zakończenie. Korzystam z sugestii wielu serdecznych, oddanych i życzliwych dzieciom, wśród Państwa i uprzejmie proszę o pozytywne odniesienie się do inicjatyw wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Walczyć o coś, a nie z kimś

Kiedy w 1975 roku zostawał pierwszym sekretarzem KW w nowoutworzonym województwie zamojskim, miał 46 lat. Nie znał za dobrze miasta ani regionu, ale dał się poznać jako ten gospodarz, który podźwignął z ruiny zamojską starówkę i pokazał ludziom, że Zamojszczyzna wcale nie musi być ubogim krewnym, tylko pięknym kawałkiem Polski. Dziś, 19 lutego, kończy 90 lat. Z LUDWIKIEM MAŹNICKIM rozmawia Jarek Ważny

Zastanawia się Pan czasem nad tym, w jakiej Polsce przyszło Panu żyć, tu i teraz?

– Oczywiście. Polska, wg. mnie ma możliwości dynamicznego rozwoju i zapewniania obywatelom coraz lepszego poziomu życia. To się wiąże z tym, co nowy ustrój odziedziczył po PRL-u, o czym nie można zapominać. Druga rzecz to fakt, że Polska ma cały czas bardzo dobrze wykształcony potencjał ludzki. Trzecia sprawa to znacząca pomoc z Unii Europejskiej.

A dla Pana, która z tych spraw jest najbardziej dojmująca?

– Mówiłem o czynniku ludzkim. Moje pokolenie to ludzie, którzy gdy szli odbudowywać Polskę, nie pytali, ile im za to zapłacą. W późniejszych latach poziom życia wzrastał, i był zależny od zamożności całego kraju. Było więc takie powszechne zainteresowanie całego społeczeństwa, tym, w jakim kierunku kraj zmierza i jak się rozwija. Ludzie, naturalnie nie wszyscy, ale większość Polaków, angażowali się w swoją pracę, walczyli, nie z czymś, ale o coś. I to rodziło ze wszech miar pozytywne skutki w rozwoju społecznym. Życzliwość, pomoc jeden drugiemu, zaangażowanie w sprawy najbliższego otoczenia. Dzisiaj, niestety, takie zachowania są szczątkowe. Panuje skrajny indywidualizm, często obliczony na konkretny zysk beneficjentów tego systemu który mamy.

Tamten system dobry, a ten niedobry?

– To nie tak. Ja często śledzę z uwagą w mediach wypowiedzi dziennikarzy, polityków, uczonych, szczególnie z kręgów ipeenowskich, na temat historii PRL-u. Te oceny najczęściej są z gruntu fałszywe. Oni koncentrują się w swoich sądach na tym, co w PRL-u było złe, a przecież ludzie pamiętają, także to, co było dobre. Pamiętają, jakie tanie były np. książki, bilety do kina, teatru, sanatoria. Pamiętają też, kto to wszystko przejął i co z tym zrobił.

Wraca Pan często do wspomnień z tamtych lat?

– Wspomnienia dają nam siłę. Żyło się wtedy czasami bardzo biednie. Ale, mam wrażenie, że żyło się ciekawiej i weselej, niż dziś. Przy wzajemnie życzliwości. Było więcej koleżeństwa, przyjaźni. To się już oczywiście nie wróci, i niczego złego w tym nie ma, bo wyczekujemy od życia czegoś lepszego. I tak się dzieje, dzięki środkom unijnym, ale i ludzkiej pracy. Ja jednak ciągle oczekuję, kiedy rządzący zapytają obywateli, które potrzeby, ich zdaniem, są najważniejsze do zrealizowania. W ten sposób powstanie optymalny, plan narodowy, którego w myśleniu i polityce mi brakuje. Bez takiej ogólnej wizji, ciągle będziemy walczyć z kimś, sami przeciw sobie, a nie o coś.

Co dzisiaj, w XXI wieku, jest pańskim zdaniem, najważniejszym wyzwaniem dla Polski i rządzących?

– Bez wątpienia ochrona zdrowia. Tutaj, moim zdaniem, kluczowa jest sprawa zaniedbywanej przez lata profilaktyki, a nie tylko obciążania szpitali i przychodni, które w tej chwili są niewydolne. Kolejna rzecz, to sprawa rozwoju nauki. Łożenia nań większych środków. To jest w końcu sprawa pewnego egalitaryzmu w polityce rządu, który by dostrzegał potrzeby tych najmniej docenionych przez obecny system. Pokrzywdzonych transformacją.

Pan, z tego co mi wiadomo, był posłem sprawozdawcą połączonych komisji w sprawie ubezpieczeń społecznych rolników. Dziś niejeden liberał zgrzyta zębami na samo wspomnienie.

– Ja już bezpośrednio po sejmowy wystąpieniu, pamiętam, zwróciłem się wtedy bezpośrednio do premiera ze słowami, że mam nadzieję, że to co uchwalono, to jest niezbędne minimum, co dajemy rolnikom, a premier znajdzie sposoby, żeby to jeszcze powiększyć, żeby wieś zyskała jeszcze więcej…

Polska wieś powinna się obawiać Polexitu?

– Oczywiście. To jest bardzo duże ryzyko i duża obawa. Na tym jednak tle, możliwego wyjścia Polski z Unii, co byłoby katastrofą, powinnyśmy jednak także zabiegać o dobrosąsiedzkie stosunki i korzystać ze współpracy, zarówno ze wschodem jak i z zachodem, bo nie o to chodzi, żebyśmy mieli naokoło wrogów.

Widzi Pan możliwość współpracy gospodarczej UE i Rosji ?

– Od dawna twierdziłem, że te dwa mocarstwa muszą ze sobą ściślej współpracować, bo wyjdzie to z korzyścią, tak dla Europy jak i Rosji. Kochać się nie musimy, ale powinniśmy wrócić do robienia wzajemnych interesów.

W tym roku mija 20 lat od śmierci Edwarda Gierka. Znał Pan Gierka bardzo dobrze. Jak go Pan wspomina, jako człowieka? Co, pańskim zdaniem, było jego największą wygraną?

– To był człowiek z ludu, jeden z nas. Znał bardzo dobrze biedę, bo sam się z tej biedy wydostawał. On rozumiał, jak rozwijać Polskę, ponieważ pracował ciężko na chleb, i na sercu mu leżała prawdziwa pomyślność ojczyzny, rozumiana jako to, żeby ludziom w kraju po prostu lepiej się żyło. Zostawił po sobie setki zakładów pracy, fabryk, elektrowni. Nie zapominał jednak i o kulturze, oświacie, nauce. Według mnie, Gierek, to najbardziej zasłużona dla Polski postać, w powojennej historii naszego kraju.

W 1979 r. wmurowywał Pan na zamojskim rynku tablicę pamiątkową w domu rodzinnym Róży Luksemburg. Trzy lata temu wojewoda lubelski , a dziś minister nauki, Czarnek, kazał tablicę skuć, w ramach walki z reliktami komunizmu. Za parę tygodni obchodzić będziemy 150-lecie urodzin Róży Luksemburg. Tymczasem w jej i Pana Zamościu, miasto odwraca się od niej, jak od wstydliwej choroby.

– To mnie nie dziwi, bo to wszystko wpisuje się w tę politykę, wymazywania historii PRL z historii Polski. To jest po prostu historyczne barbarzyństwo. Jakby pomniki czy tablice mogły zagrażać realnej władzy.

Jakby miał Pan wskazać największe minusy Polski Ludowej i plusy III RP, to co by to było?

– Najbardziej boli mnie to, żeśmy w PRL-u zaniedbali produkcję rynkową dla potrzeb ludności. To wynikało z wielu rzeczy i odbiło się na zaopatrzeniu, na wszystkim pozostałym. Budowaliśmy przemysł ciężki, bo taki trzeba było budować; huty, kopalnie itd., a na rynek produkowaliśmy za mało, za mało żeśmy o ten rynek dbali. W nowej Polsce z kolei podoba mi się to, czegośmy nie załatwili sami. To, że ludzie mogą jeździć, swobodnie przemieszczać się, kupować, co chcą i niczego im nie brakuje. Może oprócz pieniędzy.

IPN – Zasłużony Obrońca Dezubekizacji

W lutym 2021 r. mamy okazję świętować niecodzienną rocznicę, wręcz rzadkość w jakimkolwiek państwie określanym jako praworządne i demokratyczne. Oto mija trzecia rocznica od dnia, gdy Trybunał Konstytucyjny pani Przyłębskiej rozpoczął swą pracę nad konstytucyjnością ustawy powszechnie zwanej „dezubekizacyjną”.

Zważywszy, że jedną z podstawowych zasad prawa jest czynienie sprawiedliwości bez żadnej zwłoki, to oczywiste się staje, że przez minione 36 miesięcy pani prezes z pewnością zmuszała cały swój Trybunał do bardzo intensywnej pracy. W tym czasie musiała wiele razy odkładać terminy poszczególnych posiedzeń, przekładać rozprawy i odwoływać sesje, ale w końcu kilka z nich się odbyło i we wrześniu 2020 r. ogłosiła nawet, że proces wreszcie się zakończył. Pozostało już tylko ogłoszenie wyroku. Okazało się jednak, że pani Przyłębska nie jest w stanie odczytać jakiegokolwiek nawet odrobinę uczciwego orzeczenia (za jakim podobno opowiada się większość sędziów), wobec czego zamierza całą procedurę rozpoznawania ustawy rozpocząć na nowo. Oznacza to, że kilkadziesiąt tysięcy starych, niewinnie skrzywdzonych ludzi będzie musiało czekać na sprawiedliwość co najmniej następne trzy lata. Gdyby jednak pani prezes nadal nie znalazła w TK większości dla kłamstw, to z pewnością ogłosi kolejną trzyletnią rundę. Trzeba ją jednak zrozumieć, bo wcale nie jest proste zmuszenie wszystkich sędziów, by zapomnieli o kilku fundamentalnych regułach, oczywistych w cywilizowanym świecie, mówiących m. in. o nie działaniu prawa wstecz, o nie stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, o powadze rzeczy osądzonych, o zakazie stosowania zemsty politycznej, o wątpliwościach rozstrzyganych na korzyść, o domniemaniu niewinności, itp. To dlatego pani Przyłębska musi sięgać po kruczki proceduralne, w stosowaniu których jest ograniczona w zasadzie jedynie swoim sumieniem. A z tym sumieniem? – no cóż, „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dalej więc formalnie obowiązują w Polsce przepisy, które stwierdzają, że państwo miało prawo kłamać, oszukiwać i cynicznie wykorzystywać swoich obywateli. Według nich słuszne było składanie represjonowanym fałszywych obietnic i podpisywanie z nimi umów, że mają służyć nie liczącej się z czasem, a także narażając życie i zdrowie. Dzisiaj PiS-owska władza nie ma najmniejszego zamiaru wywiązywać się z przyjętych zobowiązań. Odmawia nawet, co jest szczególnie bulwersujące, wypłacenia rekompensat, gdy funkcjonariusze tracili życie, stojąc na straży bezpieczeństwa państwa, walcząc z bandytami, ścigając przestępców itp. To, na co ta wielkoduszna władzą się zdobyła, to zasiłki socjalne, na granicy minimum biologicznego. Każdy przedsiębiorca, który tak potraktowałby zatrudnionego przez siebie pracownika, trafiłby do więzienia i płaciłby horrendalne odszkodowania, ale dzisiejsi właściciele Polski głośno szczycą się, że tak sprytnie oszukali i wykorzystali łatwowiernych ludzi. I jeszcze w dodatku nazywają to wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej.

To wszystko dzieje się w Unii Europejskiej. która ma na swych sztandarach największymi literami zapisane hasło praworządność i grozi, że będzie karała każde państwo członkowskie, które jej nie przestrzega. Pozostaje pytanie czy instytucje UE nie widzą jak szokująco brutalnie są łamane prawa osób represjonowanych, osób które są także jej obywatelami? Czy Bruksela nie zdaje sobie sprawy, jak cynicznie, całymi latami uniemożliwia się starym, skrzywdzonym ludziom uzyskanie zwykłej sprawiedliwości? A może mają rację różni anty-uniści, że UE to bezduszna, doszczętnie zbiurokratyzowana instytucja, mająca swe piękne hasła jedynie na pokaz, dokładnie tak samo jak Polska Zjednoczona Prawica?

Politycy PiS doskonale wiedzą, jak ohydnych czynów się dopuścili i dlatego usilnie starają się przykrywać je kłamliwymi opowieściami o rzekomych masowych zbrodniach służb PRL oraz równie kłamliwymi argumentami o odbieraniu mitycznych przywilejów. Jest wprost szokujące, iż nikt nie zauważa, że praw emerytalnych i rentowych wszystkim represjonowanym dzisiaj funkcjonariuszom nie nadała żadna komunistyczna dyktatura jakimś tajnym dekretem. Prawa te uchwalił w 1994 r. w pełni demokratycznie wybrany Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, państwa wówczas już od pięciu lat całkowicie i bez zastrzeżeń niepodległego i samorządnego. Może więc wystarczy tych kłamliwych bzdur o bezprawnych komunistycznych przywilejach!

Na front zawziętej walki o utrwalenie dezubekizacyjnych kłamstw PiS wysłał nie tylko Trybunał Konstytucyjny i swą „szczujnie” TVP, ale także Instytut Pamięci Narodowej. Wielu ludzi w Polsce, naiwnie wierzących natrętnej antypeerelowskiej propagandzie, oczekiwało, że na żądanie sądów IPN zasypie je materiałami o zbrodniach popełnionych przez tamte służby. Teraz nie ma jak się do tego przyznać, ale wyszedł z tego potężny blamaż. Dzisiaj IPN w pismach do sądów oświadcza, że on jedynie miał formalnie wskazać miejsca zatrudnienia poszczególnych funkcjonariuszy i żadnych materiałów o ich przestępstwach nie ma obowiązku dostarczać. Jest to oczywiste matactwo, gdyż jeżeli IPN ma takie materiały, to musi je przekazać sądom, albo sam powinien wszczynać stosowne śledztwa.

Aby przykryć żałosny brak argumentów na poparcie rozdętej do niebywałych rozmiarów czarnej propagandy o służbach PRL, IPN wysilił się na własny komentarz skierowany do sędziów. Nie bardzo wiadomo w jakim charakterze przedstawia im swą opinię na ten temat (Instytut nie jest stroną procesu), ale jest to stek ogólników na poziomie „młodego agitatora” dla mało zorientowanych słuchaczy. Głównym argumentem jest tam rzekomy całościowy komunistyczny system zniewolenia społeczeństwa funkcjonujący w tamtej Polsce. Autor dokumentu nawet nie wysila się (może nie wie?) aby dostrzec, że na Polskę Ludową składały się co najmniej dwa bardzo mocno różniące się okresy, których cezurą był rok 1956. Rozciąganie opinii, która może być trafna co do czasów „stalinowskich”, na całość PRL, jest zwykłym, ordynarnym fałszem.

Pisałem już o tym w kilku swych felietonach, więc nie chcę się powtarzać, ale warto przytoczyć jeden przykład. Klasycznym kłamstwem nagminnie powtarzanym przez prawicowych polityków, dziennikarzy, publicystów jest stwierdzenie, że „stan wojenny był wojną wypowiedzianą przez komunistów społeczeństwu polskiemu”. Prawdą natomiast jest taka, że stan wojenny był aktem, który popierała zdecydowana większość Polaków. Badania socjologiczne dokonane w połowie lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach III RP(!), wskazały, że jego wprowadzenie nadal uważało za słuszne aż ok. 55 procent naszych obywateli, zaś przeciwne zdanie miało ok. 25 procent! Tych danych teraz nigdzie się nie przytacza, skrywa, lub próbuje fałszywie interpretować, ale już nic tego nie zmieni. To złożoność ówczesnych problemów politycznych, warunki gospodarcze i nasilające się nurty konfrontacyjne doprowadziły do dramatu stanu wojennego, zresztą pewnie nieuniknionego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej. Tak czy inaczej, okazuje się, że była to „wojna wypowiedziana społeczeństwu polskiemu”, popierana przez jego zdecydowaną większość.

Przykłady tak uprawianej propagandy można przytaczać wręcz w nieskończoność. Nie chodzi mi o wybielane PRL, bo nie był to dobry system, ale też z pewnością po 1956 r. nie był to system zbrodniczego zniewolenia społeczeństwa, jak odmalowuje to IPN. Można dyskutować o wielu aspektach i złożoności tamtych lat, ale do tego trzeba mieć wiedzę i umieć dostrzegać przeróżne odcienie i kolory, a nie używać jedynie czerni lub bieli i to z zastosowaniem pamiętnej zasady prezesa Kaczyńskiego: „nikt nam nie wmówi, iż białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Lewica musi zdefiniować się na nowo

– Głęboka zmiana częściej jest efektem mądrze i konsekwentnie przeprowadzonych reform, niż rezultatem rewolucji, rozumianej jako fizyczne, zbrojne obalenie dotychczasowe porządku i budowanie nowego na jego gruzach – mówi prof. Jerzy J. Wiatr, socjolog, wieloletni działacz polskiej lewicy, były minister i poseł na Sejm RP, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

MK-F:Na początku pandemii koronawirusa, gdy stawało się oczywiste, że światowy kryzys zdrowotny będzie również kryzysem gospodarczym, a bez interwencji państwa się nie obejdzie, część lewicowych teoretyków i działaczy miała nadzieję, że jest to również pewna szansa dla lewicy: że pojawią się namacalne dowody na to, że neoliberalny kapitalizm nie działa, a zatem warto słuchać lewicowego, socjalistycznego głosu. Tymczasem z pandemią walczymy od ponad roku, a lewica prawie wszędzie pozostaje w defensywie…

JJW:Lewica mogłaby wzmocnić się w wyniku pandemii tylko wtedy, gdyby była w stanie przedstawić przekonujący, realistyczny program alternatywny wobec działań obecnych rządów. Samo mówienie, że działania tych rządów są nieskuteczne, nawet jeśli często jest to spostrzeżenie słuszne, to za mało. Nawet trudności czy załamania się całego systemu nie są gwarancją wzrostu poparcia dla lewicy.

Lewica nie zyskuje, bo nie ma konkretnych propozycji?

Nie tylko. Gdyby chodziło tylko o program, wystarczyłoby posadzić kilkunastu mędrców za stołem, żeby ten mądry program wymyślili. Czasem jest tak, że w rzeczywistości nie są obiektywnie zawarte przesłanki do tego, by realistyczną alternatywę sformułować.

Warunki, które uczyniły możliwymi wielkie sukcesy lewicy w II poł. XIX w. oraz w pierwszej połowie wieku XX wyczerpały się. Mam tu na myśli istnienie przemysłowej klasy robotniczej. Klasa ta znajdowała się w stanie niespotykanego wyzysku i upodlenia – wystarczy sięgnąć po Germinal Zoli, by zrozumieć, czym była klasa robotnicza, o której Marks pisał, że nie ma nic do stracenia oprócz kajdan. Równocześnie była ona w ogromnym stopniu skoncentrowana. Za sprawą tych czynników była wielkim radykalnym, rewolucyjnym potencjałem.

Dziś jednak żyjemy w innych czasach. Przynajmniej w odniesieniu do rozwiniętych, zamożnych krajów do powiedzenia, że robotnik nie ma nic do stracenia poza kajdanami, można by dodać: „… i samochodem i domkiem pod miastem”. Po drugie, potencjał radykalny został osłabiony, gdyż w funkcjonowaniu społeczeństwa kapitalistycznego, także pod presją ruchu robotniczego, zaszły poważne zmiany. Do tego zaszły kluczowe zmiany w funkcjonowaniu gospodarki – odchodzenie od przemysłu, wdrażanie nowych technologii… Robotnicy nie są też już tak skoncentrowani. A zatem korzenie osłabienia współczesnej lewicy leżą nie w błędach poszczególnych ugrupowań – chociaż one jak najbardziej występowały – ale w strukturalnych przemianach społeczeństwa kapitalistycznego.

Skoro tak, to odnowa sił lewicy musi być konsekwencją właściwego rozpoznania klasowych procesów społecznych, które w zmienionych warunkach mogą stanowić źródło radykalnego potencjału.

Proletariat wielkoprzemysłowy odszedł w rozwiniętych krajach do przeszłości – trudno się z tym nie zgodzić. Ale też zdobycze ruchu robotniczego nie mają się najlepiej. Gdy osłabła lewica, upadł ZSRR, zniknęła presja na kapitalizm, szereg osłon socjalnych, które zaistniały choćby w europejskich państwach dobrobytu zostało rozmontowanych lub dzieje się to teraz. Rośnie koncentracja światowego bogactwa w rękach niewielkiej mniejszości, podobnie jak nierówności społeczne. Wyzysk również nie odszedł do przeszłości. Dlaczego ludzie, którzy nie są beneficjentami systemu, nie słuchają lewicy?

Oczywiście prawdą jest, że w niektórych – podkreślę, niektórych – krajach nastąpił odwrót od zdobyczy społecznych poprzedniego stulecia. Chodzi o kraje, w których sukcesy odniosły koncepcje neoliberalne, jak Wielka Brytania za Margaret Thatcher czy USA pod rządami Reagana. Jednak licznych stosunkowo krajów kapitalistycznych, rozwiniętych, to nie dotyczy. Zdobycze ruchu socjalistycznego w takich krajach jak państwa skandynawskie, RFN czy w dużej mierze Francja okazały się trwałe. Proces polaryzacji ekonomicznej również jest faktem, potwierdzonym statystycznie tak w skali globalnej, jak w skali poszczególnych państw. Jednak w wielu wypadkach proces rosnącego rozwarstwienia faktycznie zachodził, ale nie szedł z nim w parze proces pauperyzacji warstw biedniejszych. Jest przecież możliwa sytuacja, w której sytuacja określonych grup poprawia się, powiedzmy, według wskaźnika 3:1, a innych – 100:1. Wtedy różnice między nimi będą wyraźnie rosły, ale ci, którzy są na dole drabiny, nie będą mieć poczucia, że ich życie zmienia się na gorsze.

Ostatnio jednak obserwowaliśmy inny proces – wzrost nierówności i równoczesne ubożenie klasy średniej. W USA w wyniku polityki reaganowskiej najwięcej stracili nie robotnicy czy ogólnie ci, którzy są na samym dole społecznej struktury. Najbardziej ucierpiała klasa średnia. Z moich dawnych pobytów w USA pamiętam, że np. w latach 60., kiedy zaczynałem poznawać ten kraj, czy w latach 70. młody pracownik uniwersytecki stosunkowo łatwo mógł nabyć domek. Dziś, wobec wzrostu cen nieruchomości, to staje się praktycznie niemożliwe. W długiej perspektywie ten zanik klasy średniej może być bardzo niebezpieczny dla tej wersji kapitalizmu, która istnieje w Stanach Zjednoczonych. Z tym zastrzeżeniem, że radykalny potencjał tej klasy jest inny, niż proletariatu, o którym mówiliśmy wcześniej, bo klasa ta nie jest tak skoncentrowana. Jej mobilizowanie się, czy to samorzutne, czy w wyniku działań ugrupowań antykapitalistycznych będzie nieporównywalnie trudniejsze.

Trudniejsze, ale jednak możliwe. Czy to znaczy, że rewolucyjna myśl lewicowa ma ciągle przyszłość?

To zależy, jak rozumieć rewolucję. Wbrew temu, co napisał Majakowski, rewolucja nie musi wcale być parowozem dziejów. I tu leżał błąd tradycyjnej radykalnej myśli marksistowskiej czy anarchistycznej. Sprzeczności kapitalizmu prowadziły do wybuchu rewolucji w niektórych przypadkach, ale daleko nie powszechnie. Jeśli policzymy kraje, w których doszło do rewolucji, niekoniecznie nawet zwycięskiej, to będą stanowiły zdecydowaną mniejszość krajów kapitalistycznych. W większości z nich rewolucji nigdy nie było. Co nie znaczy, że nie dokonywały się zmiany.

Przełom, który dokonał się w myśli socjalistycznej pod koniec XIX w. przyniósł myślenie – początkowo piętnowane jako rewizjonistyczne – że można wprowadzać zmiany w ramach systemu, drogą reform. Czasem socjaliści grali słowami, jak Ignacy Daszyński, który mówił o „rewolucji w majestacie prawa”, mając na myśli tak głęboką zmianę dokonującą się stopniowo w ramach obowiązującego porządku prawnego, że jej skutki można potraktować jak zmianę rewolucyjną. Ja jestem przekonany, że głęboka zmiana częściej jest efektem mądrze i konsekwentnie przeprowadzonych reform, niż rezultatem rewolucji, rozumianej jako fizyczne, zbrojne obalenie dotychczasowe porządku i budowanie nowego na jego gruzach.

Ale czy współczesne elity pozwolą na jakiekolwiek zmiany? Dopuszczą do głosu polityków myślących w kategoriach korekty systemu? A może neoliberalni rządzący będą zamykać oczy na problemy społeczne, aż dojdzie do niekontrolowanego wybuchu gniewu albo innej katastrofy?

Gdy patrzę na współczesne elity, widzę ogromne zróżnicowanie. Zatrzymajmy się przy Stanach Zjednoczonych. Senator Sanders, człowiek o jednoznacznie lewicowych poglądach, nie jest może w stanie uzyskać nominacji prezydenckiej, ale on i jego zwolennicy wywierają coraz większą presję na przywództwo swojej partii. Jeśli porównać dzisiejszą Partię Demokratyczną i tę samą partię sprzed 40-50 lat, zobaczymy, jak wyraźnie przesunęła się w lewo. Nie chcę powiedzieć, że stała się partią socjalistyczną, ale chcę pokazać, że myślenie o elicie politycznej jako jednolicie neoliberalnej nie jest już trafne. Co będzie dalej? Nikt tego na pewno nie wie. Ja jednak ze swoim niepoprawnym lewicowym optymizmem jestem przekonany, że proces przesuwania się w stronę tradycyjnie lewicową, w stronę dokonywania reform, w stronę sprawiedliwości społecznej będzie trwał. To dotyczy również wielu krajów europejskich, gdzie wprawdzie tradycyjna socjalistyczna lewica ulega osłabieniu, ale z drugiej strony pojawiają się radykalne ruchy lewicowe, socjalne czy ekologiczne. Sytuacja jest dynamiczna.

W dziejach europejskiej lewicy zapisało się kilka partii komunistycznych, które w demokratycznych wyborach potrafiły osiągać wysokie wyniki. Jednak świetność Włoskiej czy Francuskiej Partii Komunistycznej to już historia. Nowe radykalne organizacje lewicowe mają szansę na większe sukcesy?

Zaznaczmy na początek, że te dwie partie komunistyczne były mimo wszystko ewenementem w zachodniej Europie czasów Zimnej Wojny. W innych państwach komuniści nie osiągnęli takiego znaczenia. A i ich sukcesy były ograniczone. Ok. 25 proc. Francuskiej Partii Komunistycznej brzmi świetnie, ale nadal oznacza, że ok. 75 proc. społeczeństwa poparło inne formacje. Jedynie Włoska Partia Komunistyczna raz otarła się – ale tylko otarła się – o możliwość wygrania wyborów. A zatem nie uzyskały jednak takiego potencjału, który dawałby szansę prawdziwego, głębokiego kształtowania losów swojego kraju. Szansę na wielką zmianę dały sukcesy partii socjaldemokratycznych. Jeśli kapitalizm europejski uległ znaczącemu przekształceniu, to nie dzięki względnie silnej pozycji partii komunistycznych w niektórych krajach, ale dzięki temu, że zwycięstwa wyborcze odnosili socjaliści, tworząc potem rządy i przekształcając ustawodawstwo. Państwo socjalne to dzieło rządzących partii socjalistycznych. W tym widziałbym wzór dla przyszłości i drogę do korzystnej lewicowej zmiany. Muszą powstać formacje, które byłyby w stanie wygrywać wybory i przekształcać stosunki społeczne w drodze reformatorskiej.

Próbowała tego grecka SYRIZA. Nie tak dawno próbował Jeremy Corbyn. Na drodze parlamentarnej, wyborczej zamierzał odwrócić część skutków brytyjskich neoliberalnych reform. Przegrał, a część lewicowych komentatorów wyraziła przekonanie, że widać jednak nie była to właściwa ścieżka.

Ależ nikt nie powiedział, że to jest droga łatwa! W walce politycznej zawsze są okresy sukcesów – brytyjska Partia Pracy miała takie – i są okresy porażek. A Partia Pracy, nawet jeśli jej pozycja jest najgorsza od dziesięcioleci, jest nadal siłą o potencjale, o którym lewica polska może jedynie marzyć. Nie spisujmy jej na straty! Ta partia nadal jest w stanie wiele osiągnąć.

Skoro już mówimy o polskiej lewicy… Czy ten niepoprawny lewicowy optymizm, z którym patrzy Pan na lewicę zachodnią, dotyczy również sytuacji w Polsce? Kraju, gdzie trzydzieści lat po terapii szokowej, po niezwykle bolesnej dla milionów ludzi transformacji, ludzie najbardziej wykluczeni, ludzie spoza wielkich i szybko się rozwijających ośrodków głosują na PiS, a lewica nie przekracza w sondażach 10 proc.?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie w sposób pozbawiony nutki osobistej. Jestem człowiekiem lewicy, byłem aktywnym działaczem, także na relatywnie wysokich stanowiskach partyjnych i państwowych. Mówię więc teraz do pewnego stopnia także o sprawach, w których sam uczestniczyłem. Sądzę, że polska lewica w okresie po zmianie ustrojowej miała swój świetny, gwiezdny czas. Z bardzo słabej pozycji, z jakiej startowaliśmy na początku lat 90. zdołaliśmy zbudować formację, która wygrywała wybory parlamentarne, prezydenckie, realnie kształtowała oblicze naszego kraju. Jak pisałem w wydanej pod koniec lat 90. „Socjologii wielkiej przemiany”, uniknęliśmy katastrofy socjalnej i ekonomicznej, do jakiej prowadziła nas neoliberalna polityka Leszka Balcerowicza, gdyż po przejęciu władzy przez koalicję SLD i PSL ster polityki gospodarczej znalazł się w ręku prof. Grzegorza Kołodki, który w sposób bardzo udany przeprowadził korekturę tej neoliberalnej reformy. Dlatego uważam, że przez pierwsze 15 lat po transformacji lewica dobrze służyła Polsce. Oczywiście, popełnialiśmy błędy – nie da się być w polityce i ich nie popełniać – ale nasz bilans, uważam, wypada bardzo korzystnie. Polska zmieniła się w niezwykle korzystny sposób.

Co stało się później? Zaistniały dwa groźne zjawiska, którym nie umieliśmy skutecznie się przeciwstawić. Po pierwsze, chociaż polskie społeczeństwo jako całość zyskiwało na zmianach, a kraj stawał się zamożniejszy i lepiej zorganizowany, to istniała znaczna – różnie szacowana, w granicach 20-30 proc. – część społeczeństwa, która nie tylko na zmianach nie skorzystała, ale straciła. Przede wszystkim dlatego, że zmiany spowodowały osłabienie wachlarza ochronnego, który państwo gwarantowało w czasach PRL wszystkim, a zwłaszcza najuboższym. Nie umieliśmy – bo nie można powiedzieć, że nie chcieliśmy – znaleźć odpowiedzi na ten proces. Efektem jest powstanie warstwy ludzi sfrustrowanych, generalnie negujących III Rzeczypospolitą, a przez to podatnych na demagogię w wykonaniu PiS. Co ma zresztą krótkie nogi, bo im dłużej PiS rządzi, tym bardziej widać, że poza hasłami nie ma najbiedniejszym ludziom nic do zaoferowania. Niemniej w wyniku tej tendencji lewica straciła poważną część poparcia.

Proces drugi: w polskim społeczeństwie pojawiły się konflikty, których korzenie nie leżą w gospodarce, lecz które mają charakter kulturowy. Wynikają m.in. z otwarcia na świat, które sprawia, że pewne normy czy zachowania stają się dla naszego społeczeństwa bardziej zrozumiałe, niż dawniej. Mam na myśli całą warstwę tolerancji w stosunku do rozmaitych mniejszości. W Polsce ze względu na siłę tradycyjnego, konserwatywnego katolicyzmu nadal istnieje np. dość silna niechęć wobec mniejszości seksualnych. W obiegu są różne pogardliwe określenia dotyczące tych ludzi. Niedawno w rozmowie z jednym ze znajomych nagle usłyszałem słowo „pedały”. Oburzyłem się, a on, skądinąd bardzo miły człowiek, nie wiedział, dlaczego: przecież wszyscy tak mówią! I teraz: jasne, że nie mówią tak wszyscy, ale przytaczam tę sytuację, żeby pokazać, że problem istnieje. Nietolerancyjne postawy mają głębokie korzenie i występują nie tylko wśród ludzi o prawicowych poglądach. Znam ludzi o lewicowych przekonaniach, nawet członków partii lewicowej, którzy myślą o mniejszościach tak, jak ten mój znajomy.

Albo inna rzecz: czy w Polsce zostały wykorzenione postawy antysemickie? Moim zdaniem nie. W czasie pierwszej kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego byłem przewodniczącym miejskiej organizacji SdRP. Prowadziłem spotkanie na Ochocie i oto wstał jeden z uczestników, człowiek lewicy, jak się później dowiedziałem – były oficer Ludowego Wojska Polskiego, i zapytał: czy to prawda, że Aleksander Kwaśniewski jest Żydem? Zamurowało mnie. Wypaliłem: dziwię się, że takie pytanie może paść na spotkaniu lewicy! Dostałem oklaski, czyli większość sali zachowała się tak, jak trzeba. Ale jednak znalazł się człowiek, którzy świadomie głosował na lewicę i równocześnie miał takie uprzedzenia.

Lewica nie potrafiła w odpowiednim momencie stać się awangardą sił walczących przeciwko wszelkim formom kulturowej kołtunerii: przeciwko dyskryminacji mniejszości etnicznych czy seksualnych, ale nie tylko. Martwi mnie, że proces narastającego buntu przeciwko nietolerancji rozwinął się, ale obok lewicy. Przecież np. protesty przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego, które i tak jest bardzo rygorystyczne, nie zaczęły się za sprawą działań partii lewicowych. Lewica przeoczyła wielki problem społeczny, który obecnie kształtuje życie polityczne w Polsce tak samo, jak sprawy ekonomiczne. I to był ogromny błąd.

Są komentatorzy, którzy twierdzą, że zasadniczy błąd polska lewica popełniła dużo wcześniej. Zarzucają jeszcze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przejście na pozycje prokapitalistyczne, zaprzepaszczenie dorobku kilku dekad PRL. Zdaniem takich autorów jak prof. Zbigniew Wiktor, którego tekst ukazał się niedawno w „Dzienniku Trybuna”, można było uniknąć tragicznych skutków społecznych neoliberalnej transformacji, gdyby partia trzymała się idei marksistowsko-leninowskich. Jak się Pan odnosi do takiego stawiania sprawy?

Tekst prof. Wiktora przeczytałem z wielką uwagą i zgadzam się w nim tylko z dwiema tezami. Z tym, co jest powiedziane o szkodliwości rusofobii i z częścią końcową, gdzie autor pozytywnie wypowiada się o dzisiejszej lewicy, widzi potrzebę jej wzmacniania. Jest to zresztą nieco niekonsekwentne w stosunku do jego wcześniejszej linii rozumowania – niemniej wniosek jest słuszny. Jednak spojrzenie prof. Wiktora na historię Polski Ludowej jest kuriozalne. Jeśli – jak on – ocenia się negatywnie już zmiany z roku 1956, to czy to znaczy, że wzorem prawidłowego budowania socjalizmu były wczesne lata 50.?!

Tamte lata to czas mojej młodości, więc teoretycznie powinienem o nich myśleć z największą sympatią – przecież tylko raz ma się dwadzieścia lat. Ale to były czasy, kiedy ludzi torturowano, mordowano. Wiktor mówi o walce klasowej, ale ta walka obejmowała także własnych towarzyszy, których wsadzano do więzień. Niektórzy stracili życie. To ma być wzór polityki lewicy? Dla mnie to jest oburzające. Podobnie w skali światowej. Jest w artykule Wiktora ustęp, gdzie autor potępia Chruszczowa i broni Stalina, podważa fakt masowych represji w ZSRR. To już jest albo zła wola, albo ignorancja. Na dokumentach, na podstawie których mordowano ludzi, m.in. na liście katyńskiej, są podpisy Stalina. Także na listach rozstrzeliwanych komunistów. Przypomnę paradoks: nieporównywalnie więcej polskich działaczy komunistycznych zginęło z rąk stalinowskich siepaczy niż polskiej przedwojennej policji. Nie rozumiem, jak człowiek, który deklaruje się jako komunista i gloryfikuje tę tradycję może równocześnie bronić Stalina.

Podobnie nie mogę zgodzić się z twierdzeniami Wiktora o rozwoju gospodarczym w czasach PRL, rzekomo imponującym na tle stanu obecnego. Wiktor twierdzi, że Polska była 10. gospodarczą potęgą świata. Nie znam żadnych wskaźników gospodarczych, które by o tym świadczyły – ani globalny produkt krajowy Polski nigdy nie sytuował naszego kraju na tak wysokiej pozycji, ani produkt krajowy per capita. Dziś oba te wskaźniki są dwa razy wyższe niż w schyłkowym okresie PRL. Zwróciłem uwagę na jeszcze jedną tezę: jakoby przewidywana długość życia Polaków miała świadczyć o fiasku naszego rozwoju jako państwa. Tymczasem od 1990 r. ta wartość wzrosła przeciętnie o dziewięć lat. W skali światowej na 193 państwa Polska znajdowała się w 2018 r. pod tym względem na 36. miejscu. Wyprzedzała wszystkie dawne państwa Bloku Wschodniego, nawet zamożniejszą od nas Republikę Czeską (miejsce 38), nawet Estonię (61), nie wspominając o Rosji, która jest na dalekiej 122. pozycji. Wskaźnik długości życia daje dobre, syntetyczne wyobrażenie o warunkach życia i pokazuje, że jednak po 1990 r. nie nastąpiła kompletna zapaść cywilizacyjna.

Zbigniew Wiktor wspomina o podwyżkach cen, których wprowadzenie kilkakrotnie doprowadziło do masowych protestów i zmian w kierownictwie partii. Ja też uważam, że wprowadzenie tych podwyżek było ciężkim błędem – gdy nie wiązało się z szerzej zakrojoną reformą gospodarczą. I jeśli gdzieś miałbym szukać fundamentalnego błędu kierownictwa PZPR, który zaciążył na losach Polski Ludowej, to właśnie w tym, że zahamowano bardzo ciekawie zaczynającą się próbę takiej reformy podjętą po wydarzeniach Października 1956 r. Mało się o tym pamięta, ale jednym z owoców zmian październikowych było stworzenie Rady Ekonomicznej, na czele której stanął światowej sławy uczony Oskar Lange, a jego następcą był również wielki ekonomista, Czesław Bobrowski. Jednym z największych błędów ekipy Władysława Gomułki było to, że Rada została już na początku lat 60. najpierw zepchnięta na bok, potem wygaszono, a wreszcie całkowicie zaprzestała działalności. Gdyby wprowadzono reformy gospodarcze w ramach systemu, to miałoby to pozytywne efekty i ekonomiczne, i polityczne.

Mając krytyczny stosunek do kolejnych ekip przewodzących PZPR nie zamierzam jednak ich potępiać. Nie można potępiać Gomułki i Gierka, jeśli się gloryfikuje Bieruta. Można wytknąć im błędy, ale nie obciąża ich tak straszny bilans, jak ten, który wiąże się z pierwszymi latami Polski Ludowej, które prof. Wiktor traktuje jak „raj utracony”. Zupełnie też nie zgadzam się z jego oceną gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zawsze uważałem go za wielkiego przywódcę, który uratował Polskę w bardzo dramatycznej sytuacji, przeprowadził nas wszystkich przez kryzys, który mógł skończyć się wielką narodową katastrofą. Byliśmy blisko wybuchu, blisko radzieckiej interwencji, rozlewu krwi i zredukowania Polski do statusu protektoratu ZSRR.

A czy zmiana systemu była kontrrewolucją? Ona nie była efektem decyzji tego czy innego przywódcy, ale rezultatem załamania się w Europie socjalizmu jako formacji. Nie można mówić, że gdyby w marcu 1985 r. kierownictwo KPZR postawiło na czele partii kogoś innego niż Gorbaczow, to system by przetrwał i wszystko wspaniale by funkcjonowało. System stworzony kilkadziesiąt lat wcześniej nie wytrzymywał konkurencji z systemem kapitalistycznym i musiał się załamać. Mógł zresztą załamać się w dużo gorszy sposób – poprzez serię krwawych wybuchów, jak z innych, narodowych powodów załamał się system dawnej Jugosławii. Dziwnie niemarksistowski brzmi zatem krytyka prof. Wiktora, który sugeruje, że socjalizm w Europie Wschodniej upadł za sprawą serii złych przywódców.

Wracając do czasów współczesnych – stwierdził Pan, że lewica polska „przespała” rozwój nowych linii podziałów, tych dotyczących spraw kulturowych, wolności jednostki. W ostatnich tygodniach właśnie te kwestie: prawa kobiet, prawo do życia według własnego systemu wartości (a nie konserwatywno-katolickiego) nadawały ton debacie publicznej. Lewica, która ma prawa człowieka w programie, miała nadzieję na wzrost swoich notowań, ale te wciąż oscylują, w najlepszym razie, wokół 10 proc. Dlaczego?

A dlaczego fala protestów miałaby się przełożyć na poparcie dla Lewicy? Czy Sojusz Lewicy Demokratycznej zrobił coś w sprawie ustawy antyaborcyjnej? Ostatni raz, kiedy wyraźnie zabraliśmy głos w tej sprawie i staraliśmy się coś zrobić – brałem w tym udział – to był moment uchwalania tej niefortunnej ustawy. Byliśmy wtedy niewielkim, 60-osobowym klubem parlamentarnym, broniliśmy odważnie i z charakterem starej ustawy, która dawała kobiecie prawo wyboru. Zostaliśmy przegłosowani, ale z naszej postawy w tamtym czasie jestem dumny.

W kadencji 1993-1997 dwukrotnie próbowaliśmy zmienić tę ustawę. Za pierwszym razem zmiany zawetował prezydent Lech Wałęsa, a my nie mieliśmy głosów, by weto odrzucić. Za drugim razem, kiedy prezydentem był już Aleksander Kwaśniewski, ustawa została podpisana, ale Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem prof. Zolla uznał ją za niezgodną z konstytucją. Niemniej próbowaliśmy coś robić. Ale potem nastąpił drugi okres rządów lewicy, 2001-2005. W tej kadencji nie zrobiono już nic, m.in. dlatego, że funkcjonowało przekonanie, że nie możemy drażnić Kościoła, bo potrzebujemy jego poparcia dla wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Zatem skoro nie robiliśmy w sprawie aborcji nic, skoro ruch na rzecz obrony praw kobiet rozwija się w gruncie rzeczy obok partii lewicy, bo te wyrażają dla ruchu poparcie, ale same nie organizują demonstracji (chyba że coś przeoczyłem) – to wielką naiwnością jest zakładanie, że protestujący zaczną masowo zwracać się ku lewicy.

Ale tylko lewica konsekwentnie opowiada się za prawami człowieka, za prawami kobiet, wolnością do decydowania o sobie… Rządzą nami narodowi katolicy, większość opozycji również stanowią partie prawicowe, które albo programowo są również konserwatywne, albo nie chcą, jak Platforma Obywatelska, zadzierać z Kościołem. Za kim ma więc pójść elektorat, który demonstruje na ulicach?

Może pojawi się zupełnie nowy ruch? Wolałbym, żeby na lewicy pojawiła się poważna refleksja nad tym, co to znaczy być człowiekiem lewicy dziś, w trzeciej dekadzie XXI w. Dobry program i działanie, które mu odpowiada, które pokazuje, że my naprawdę jesteśmy tam, gdzie są ludzie, których boli to, co się dziś dzieje w Polsce.

Jak mówić do tych ludzi? Dziś wielu z nich uważa za swoich obrońców PiS. Słuchają ich słów i obietnic, nawet jeśli te w dobie kryzysu są coraz oszczędniejsze…

W stosunku do tej części społeczeństwa wydaje mi się, że z jednej strony należy pokazywać, że pisowskie rozdawnictwo niczego radykalnie nie zmienia, a z drugiej strony, że my mamy dla nich inny i lepszy program. Musimy jednak go mieć, czyli opracować rzetelną strategię gospodarczą. Bardzo mnie dziwi, że lewica nie sięga po dorobek tych ekonomistów lewicowych, którzy już udowodnili, że potrafią skorygować negatywne skutki społeczne neoliberalnych zmian, w pierwszym rzędzie po myśl prof. Grzegorza Kołodki. Przecież mamy ludzi, którzy z jednej strony odrzucają neoliberalne myślenie, a z drugiej strony formułują realistyczną alternatywę. „Strategia dla Polski, której autorem jest prof. Kołodko jest w moim przekonaniu najlepszą nie tylko w Polsce, ale w całej wschodniej Europie koncepcją alternatywną dla neoliberalnych modeli. Jeśli lewica na serio chce odzyskać poparcie wśród tych warstw społecznych, które neoliberalizm szczególnie dotknął, to niech pokaże im alternatywę. Niech nie tylko mówi, że jest źle, ale wskazuje: jeśli dostaniemy wasze głosy i dojdziemy dzięki nim do władzy, to zrobimy to, to i to.

Obok tego mamy nadal zaniedbaną sprawę wolności i tolerancji. Nie wystarczy powiedzieć protestującym: zgadzamy się z wami. Trzeba tam być, organizować ludzi, zwoływać na protesty, tak, żeby na lewicę znowu patrzono jak na ważnego partnera w walce o lepszą Polskę.

Mówi Pan: lewica musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy być człowiekiem lewicy dziś. Jaka byłaby Pana odpowiedź?

Człowiek lewicy musi kierować się hasłami: wolność, równość, braterstwo. To oczywiście stare hasło Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ale ono wcale się nie zdezaktualizowało. Wymaga tylko nowego odczytania. Wolność – to cała ta sfera praw człowieka, o której rozmawialiśmy, wolność kobiety, wolność mniejszości, którym próbuje się narzucać różne normy, np. religijne. Równość – maksimum dającej się realizować równości ekonomicznej, ale nie „urawniłowka”, tylko zniesienie nieuzasadnionych przywilejów, powiązanie tego, co ja otrzymuję z tym, co ja daję z siebie. Wreszcie braterstwo, czyli solidarność. I w ramach społeczeństwa, z tymi, którzy są słabsi, pokrzywdzeni, i solidarność międzynarodowa, niezamykanie się tylko we własnym, narodowym kręgu, rozumienie, że mamy wspólne światowe problemy i solidarność musi dotyczyć także naszego stosunku do innych narodów. Na takim fundamencie widziałbym szansę budowania atrakcyjnej lewicowej wizji.

Jeszcze o grudniu 1970 r.

Na ogół staram się unikać polemiki z innymi autorami publikującymi w Trybunie ponieważ uważam, że każdy ma prawo do wyrażania swojego własnego zdania.. Jednakże w przypadku, gdy w grę wchodzą fakty, to czuję się zobligowany do ich skorygowania. Dlatego też pozwalam sobie zabrać głos w kontekście publikacji prof. Jerzego J. Wiatra pt. „Kryzys grudniowy 1970: przyczyny i konsekwencje”.

Również dlatego, że zostało tam przywołane nazwisko mojego ojca Bolesława Jaszczuka, sekretarza KC PZPR w latach 1963-70. Uważam zatem za celowe dokonanie pewnych sprostowań na podstawie zarówno relacji moich rodziców, jak i w oparciu o własne obserwacje.

Po pierwsze, w roku 1968 nie tylko na Węgrzech ale też w niektórych innych KS podjęto próby reformowania systemu ekonomicznego. W CSRS rozpoczęto wprowadzanie rachunku ekonomicznego, nazywanego tam rosyjskim terminem chozraščot, co jednak zostało przyhamowane po interwencji wojsk Układu Warszawskiego. Mimo to czechosłowacka gospodarka nie tylko się rozwijała lecz także była w wysokim stopniu samowystarczalna oraz pozbawiona zmory bezrobocia – wręcz na odwrót, sprowadzano tam masowo pracowników nie tylko z Polski ale i z Kuby – a także niemal zerowym poziomem inflacji dzięki czemu wzrost płac nominalnych automatycznie przekładał się na wzrost płacy realnej. W końcu lat 80. pracowałem w Czechosłowacji w sumie ponad pół roku i mogłem to obserwować z bliska. Sklepy były znakomicie zaopatrzone we wszystkie towary poczynając od szerokiego wyboru mięsa i wędlin po artykuły przemysłowe w przeważającej większości produkcji krajowej. Z towarów importowanych w sklepach można było wypatrzyć co najwyżej jakieś trunki czy albańskie owoce. Dewizami gospodarowano bardzo oszczędnie wydając je na wybrane artykuły konsumpcyjne, np. w Bratysławie funkcjonował sklep z renomowanymi francuskimi kosmetykami. Nie odczuwało się też braków w zaopatrzeniu. Kiedy jednego dnia w jednej z dzielnic Bratysławy zabrakło proszków do prania to zrobiła się afera na cały kraj. Ponadto czechosłowackie towary były atrakcyjne cenowo dla gości zagranicznych. Jugosłowianie masowo kupowali meble. Osobiście widziałem jak Węgrzy w jednym z największych sklepów wykupili cały zapas kawy. Jednakże już następnego dnia kawa ponownie się w sklepie pojawiła. Dobrze prosperowały też Zjednoczone Spółdzielnie Rolnicze, które w odróżnieniu od zakładów przemysłowych były obciążone znacznie mniejszą ilością obowiązkowych wskaźników. Przytoczone przeze mnie przykłady świadczą to tym, że gospodarka może całkiem nieźle funkcjonować bez wprowadzania reform. Jednak tylko do czasu aż system nie wyczerpie swoich możliwości. W 1988 r. moi czechosłowaccy rozmówcy zwracali uwagę na to, że system oparty o wielość obowiązkowych wskaźników jest skostniały i wymaga zmian. Jednak podobnie jak w 1968 r. ingerencja zewnętrzna nie pozwoliła na wdrożenie w życie bardziej demokratycznego modelu socjalizmu, tak w 31 lat później zmiana ustroju doprowadziła do zahamowania gospodarki i pojawienia się takich niespotykanych tam zjawisk, jak bezrobocie, bezdomność a nawet nędza, choć obszar biedy, jak wynikało z moich osobistych obserwacji w latach 90., był znacznie mniejszy niż na Węgrzech. Nowy mechanizm zaczęto też wprowadzać w ZSRR jednak jego promotor, ówczesny premier Aleksiej Kosygin był za słaby aby pokonać opór biurokracji. W efekcie w latach 70. namnożyła się liczba resortów gospodarczych. Powstawały np. ministerstwa budowy maszyn dla przemysłu lekkiego i oddzielne takie ministerstwa dla innych gałęzi przemysłu. Panowanie biurokracji na różnych szczeblach władzy nie tylko ekonomicznej doprowadziło w końcu do takiego stanu, że niezbędna stała się pieriestrojka. Jednak jej przebieg i skutki to już odrębny, szeroki temat.

Również w Polsce w końcówce lat 60. na najwyższych szczeblach władzy dostrzegano konieczność zmiany mechanizmów gospodarczych. Zespół ekspertów pilotowany przez mojego ojca pracował nad przygotowaniem nowych zasad funkcjonowania gospodarki czego efektem było wypracowanie systemu bodźców mającego na celu powiązanie wynagrodzeń z efektywnością produkcji. Był on być może nazbyt skomplikowany – może dlatego, że był przygotowany przez naukowców – jednak była to jakaś realna próba reformowania gospodarki co stoi w sprzeczności z tezą prof. Wiatra, iż pod koniec lat sześćdziesiątych prowadzono błędną politykę gospodarczą, „której źródło tkwiło w stanie ośrodka kierowniczego”. Po roku 1970 nowa ekipa odeszła od wdrażania mechanizmów ekonomicznych i postawiła na rozwój nowych technologii, co było przejawem przewagi strategii technicznej nad ekonomiczną. Jak trafnie zauważa prof. Wiatr, pokolenie, które przejęło władzę w większości „ tkwiło w okowach myślenia technokratycznego i dalekie było od śmielszych koncepcji reformatorskich”.

Należy też wspomnieć o tym, że sam Gomułka dostrzegał potrzebę zmian o czym może świadczyć fakt, iż w lutym 1968 r. zaproponował strategię selektywnego rozwoju. Z grubsza miała ona polegać na rozwoju przyszłościowych i proeksportowych gałęzi gospodarki kosztem przemysłu ciężkiego i wydobywczego. Nie trzeba być specjalnie domyślnym aby zauważyć, że tego typu strategia uderzała w lobby węglowe i hutnicze ulokowane głównie na Śląsku. Część aktywu i aparatu partyjnego czuła się ponadto znudzona władzą Gomułki i upatrywała w Edwardzie Gierku kogoś w rodzaju odnowiciela. Szczególnym tego dowodem było zebranie warszawskiego aktywu partyjnego w 1968 r., gdy z inspiracji ówczesnego I Sekretarza KD PZPR Warszawa-Wola grupa uczestniczących w nim osób skandowała głośno: Gierek! Gierek!

Władysław Gomułka był też niemile widziany przez niektórych działaczy ponieważ przy nim nie wypadało się bogacić. Gomułka co prawda nie wtrącał się w życie osobiste partyjnych i państwowych funkcjonariuszy sam jednak mieszkał w zwykłym mieszkaniu w zwykłym bloku. W podobnych warunkach mieszkały też inne osoby z najwyższych pięter władzy co może potwierdzić Józef Tejchma, który wraz z żoną i dwiema córkami zajmował trzypokojowe mieszkanie w pięciokondygnacyjnym budynku bez windy. Dlatego też innym nie wypadało budować sobie ekskluzywnych wilii. Oficer BOR przydzielony do ochrony sekretarza KC Ryszarda Strzeleckiego pisał w swoich wspomnieniach, że Strzelecki odmówił zamieszkania w zaproponowanej mu wilii. Skoro już mowa o ówczesnym BOR, to warto wspomnieć, że ochrona przysługiwała osobom wchodzącym w skład Biura Politycznego ale już nie sekretarzom KC. Artur Starewicz jeździł na wczasy wraz z rodziną bez kierowcy i sam zasiadał z kierownicą. Wspominam o tych faktach mimo tego, że nie dotyczą bezpośrednio głównego tematu publikacji prof. Wiatra, jednak ukazują one pewne niestandardowe na tle innych krajów reguły mające odniesienie do politycznego kierownictwa państwa.

Tak więc kilka czynników plus polityczne ambicje niektórych liczących się postaci jak choćby Mieczysław Moczar musiało w końcu doprowadzić do usunięcia Gomułki w czym zresztą sam sobie pomógł przez ową feralną podwyżką cen. O ile mi wiadomo, Gomułka wahał się nad wprowadzeniem tych podwyżek akurat w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Jednak niektórzy współtowarzysze z Biura Politycznego przekonywali go, że sytuacja znajduje się pod kontrolą i ludzi ze zrozumieniem przyjmą podwyżkę cen. Podstawowym błędem Gomułki było to, że naiwnie uwierzył w te zapewnienia. Jednak gdyby nie ów tragiczny grudzień 1970 wcześniej czy później doszłoby do zmiany władzy na najwyższym szczeblu, gdyż takie były okoliczności oraz wola dużej części aktywu partyjnego. Przyznał to prywatnie jeden z ówczesnych nie żyjących już działaczy z najwyższych pięter władzy. Tak więc przyczyny kryzysu 1070 są o wiele bardziej złożone niż wynikałoby to z publikacji Jerzego Wiatra, a także z moich powyższych spostrzeżeń i wniosków. Sprawa ta być może będzie przedmiotem badań historyków i politologów co pozwoli nam zbliżyć się do lepszego poznania przyczyn a także politycznych kulisów tych wydarzeń.

O słuszności dezubekizacji

Wszystko się wyjaśniło. Po wielu latach ciężkiej pracy IPN-owskich prokuratorów oraz tytanicznego wysiłku prawicowych polityków i publicystów, którzy uparcie szukali jakichkolwiek autentycznych śladów zbrodni komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, mamy efekty.

Wreszcie został znaleziony powód, dla którego zastosowano dezubekizację, ostateczne rozwiązanie problemu funkcjonariuszy i urzędników rodem z PRL. Teraz wszyscy zrozumieją, że prawo i sprawiedliwość absolutnie wymagały, aby ponad 50 tys. staruszek i staruszków sprowadzić na skraj biologicznego przetrwania. Co prawda nie odkryto żadnych rzeczywistych i użytecznych propagandowo przestępstw, jakich mieli się dopuszczać. Został ujawniony inny porażający fakt.

Oto kilku wtajemniczonych przykościelnych komentatorów ogłosiło, że jedyną instytucją, która odpowiada za powszechne występowanie przeróżnych dewiacji i nieprawości seksualnych wśród katolickiego kleru, jest PRL-owska Służba Bezpieczeństwa! Argumentacja, jaką przytoczono, wręcz powala swoją logiką. Newralgiczną postacią jest tu św. Jan Paweł II, który przez ponad ćwierć wieku samowładnie rządził Watykanem i całym światowym kościołem. Okazało się, że Papież Polak tolerował nagminny homoseksualizm i przeróżne zboczenia seksualne swych podwładnych, w tym nierzadką pedofilię, gdyż wcześniej mieszkał w PRL i był przekonany, że wszystkie takie zarzuty stawiane pokornym sługom kościoła są spreparowane przez bezpiekę.

Gdy słyszy się takie rewelacje, to można wręcz wpaść w podziw, jak potężną była to służba i jak daleko sięgały jej macki. Bo przecież nie tylko polskiego podwórka, czyli kardynała Gulbinowicza, arcybiskupa Paetza, arcybiskupa Wesołowskiego, kapelana Cybuli czy prałata Jankowskiego, by podać tylko kilka nazwisk z górnej półki. Jeszcze większe szkody komunistyczna służba poczyniła w Meksyku, gdzie aby zhańbić kościół powołała Legion Chrystusa i postawiła na jego czele Marciala Degollado, którego nieletnie ofiary gwałtów i pedofilskich praktyk liczy się w setkach. Podobnie poczynała sobie w Stanach Zjednoczonych i pomogła uzyskać kardynalskie kapelusze Theodorowi McCarrickowi w Waszyngtonie i Bernardowi Law w diecezji bostońskiej. A można jeszcze wspomnieć o kardynale Georgu Pelly z Australii, o całym episkopacie Chile, o Irlandii, Kenii, Brazylii, Kanadzie, Filipinach, Argentynie, Tanzanii, Kolumbii . Żaden zakątek świata nie był bezpieczny przed zbrodniczymi działaniami polskiej bezpieki. Co zresztą mówić o świecie! Frederic Martel, autor książki „Sodoma”, przytoczył w niej opinię duchownego przez wiele lat pracującego w Watykanie, iż nawet 80 proc. kleru zamieszkującego papieską stolicę to czynni homoseksualiści.
Przypadkiem z tego obszaru, na który warto zwrócić uwagę, jest historia abp Józefa Wesołowskiego. W 2013 r . ujawniono, iż jako nuncjusz na Haiti nagminnie wykorzystywał pozycję i bogactwo do zaspakajania cielesnych żądz z małoletnimi, ubogimi chłopcami. Szczegóły działalności hierarchy w najbiedniejszym z krajów świata były tak szokujące, że odwołano go do Watykanu i zdecydowano o postawieniu przed sądem. Jednak wierny sługa kościoła taktownie zmarł na serce przed rozprawą w 2015 r. i nie trzeba było więcej rozgrzebywać nieprzyjemnego tematu. Czemu zaś ta sytuacja jest szczególnie ciekawa, gdy okoliczności pedofilskich praktyk arcybiskupa były analogiczne, jak w wielu innych seksualnych aferach kościelnych? Otóż w sieci pojawiły się plotki, że arcybiskup nie zmarł, a jedynie zamknęła się za nim furta zakonu o szczególnie ścisłej klauzurze.

Oczywiście nikt rozsądny w takie fantazje nie uwierzy, ale z drugiej strony, znając perfidię komunistycznej bezpieki, niczego nie można wykluczyć
Wyłaniający się obraz kościoła katolickiego (a przytoczone powyżej informacje jedynie bardzo powierzchownie dotykają problemu) jest tak szokujący, że karne zabranie rent i emerytur 50 tysiącom PRL-owskich funkcjonariuszy i urzędników było absolutną koniecznością. Można nawet powiedzieć, że wobec dziesiątek tysięcy dzieci gwałconych, molestowanych, zbrukanych i zniszczonych psychicznie, taki wyrok jest wręcz łagodny. Ale gdyby okazało się, że pod sutannami skrywane są kolejne pedofilskie zbrodnie, to trzeba będzie dezubekizację zdecydowanie rozszerzyć i dociągnąć chociaż do 100 tysięcy – niech nikt nie myśli, że władza lekceważy i pobłaża takim wynaturzeniom.

Oczywiście surowe konsekwencje wyciągnięte zostaną także wobec księży, którzy ulegli diabelskim podszeptom – jak powiedział ojciec Rydzyk: Zgrzeszyli, ale kto nie ma pokus? Przed udzieleniem rozgrzeszenia z pewnością zostaną im zadane ciężkie pokuty – co najmniej trzy „zdrowaśki” do odmówienia, a może nawet kilka „ojczenaszów”.

Wielka świąteczna smuta

Ponura jesień, a my obchodzimy radosne święto. Na smutno. Takie czasy.

To święto zawsze miało w sobie, z racji pory roku, coś smutnego. Nieliczni smutni notable składają wieńce pod pomnikami. Przemawiają smutno i pompatycznie, zarazem podkreślając, że to radosny dzień. Minister Błaszczak w krótkich, żołnierskich słowach mówi nam, jak tę wolność odzyskiwaliśmy. To wrażenie podkreślają smutne msze w kościołach.

Smutne jest też to, że prawica puszy się z tej okazji, choć na początku XX wieku i w czasie I wojny światowej wolała układać się z carską Rosją. O wolność walczyli i ginęli za nią socjaliści. Jednak marszałek Piłsudski szybko wyrzekł się socjalizmu i wysiadł na przystanku prawicowej dyktatury. Wymienił demokrację i socjalizm na zamach majowy i Berezę Kartuską. Wrzesień 1939 roku tragicznie zakończył ten okres.

Kiedy w 1945 roku przeganiano hitlerowców, to nie za sprawą prawicy. Dlatego PRL-u, wg prawicy, nie było, Była sowiecka kolonia, bo nie oni w kraju zaprowadzali nowy, znacznie sprawiedliwszy ład, choć był on często postawiony na głowie. Dlatego obecnie prawica tak usilnie wmawia nam, że to co mamy dzisiaj to jej zasługa, nie robotników i inteligencji, głównie z robotniczym rodowodem. Dlatego tak zaciekle tworzy się nową, fałszywą historię. Ta narracja sprawia, że w ten dzień cieszę się umiarkowanie. Nie wiem jak się cieszą u mnie na osiedlu. Na około 700 balkonów które ogarniam wzrokiem, zauważyłem ledwie kilka flag. Z roku na rok jest ich mniej. To wyraz obojętnienia. Demonstracje narodowców i chuliganów dodatkowo wzmacniają smutę tego święta.

Miło wspominam 22 lipca. To też było, za PRL, narodowe święto. Wspominam je ciepło, bo wtedy było lato i ładna pogoda, choć za tamtymi czasami nie tęsknię. By choć trochę godnie uczcić święto pojechałem do zaprzyjaźnionej cukierni. Była czynna. A tam rogale św. Marcina. W cukierni mają nazwę rogali Wincentego, ale nie świętego, bo Wincenty żyje, oby jak najdłużej i jest właścicielem cukierni. Jem rogale i ich słodkość zapijam białym winem. Niestety jest dość kwaśne. Słodkość i kwas, jak nasza obecna, postprawdziwa historia.

Najnowsze wydanie wierszyka Juliana Tuwima „Karta z dziejów ludzkości”

Ten tekst mógłby zacząć się w ten sposób: Smutne czasy II RP mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończyła się na ziemniakach, kapuście, zacierce lub chudym żurku, a od święta małym kawałkiem mięsa. Jakie były potrawy naszych dziadków?

Niestrawne historyczne kulinaria

Ale na Onecie, autorstwa Pawła Rzewuskiego brzmi on następująco „Smutne czasy PRL mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończy się na schabowych i mielonych. Tymczasem niegdyś jadano rzeczy, które nawet dzisiaj rzadko goszczą na polskich stołach. Jakie były potrawy naszych dziadków?” Przywołuje więc: parmezan, leguminy i Auflauf, kasztany, móżdżek, majonez, kapłony, raki, pularda, minogi.

Dziadkowie autora byli w tamtych czasach albo sporymi obszarnikami, albo równie bogatymi przedsiębiorcami, bo naród, szczególnie ten robotniczo-chłopski jadał co w pierwszym akapicie napisałem..

Nie było jednak tak źle w PRL-u: kasztany wszyscy posmakowali, bo te najlepsze były, dzięki „Stawce większej niż życie” na placu Pigalle, móżdżek jadałem w barze w Brzesku dopóki opresyjne władze sanitarne tego nie zakazały, a majonez, co prawda nie Monatowej, a kielecki do dziś można kupić w markecie. A jeśli chodzi o tego powszechnego schabowego i mielonego w Polsce Ludowej to dziś go brakuje wielu rodzinom.

Jerzy Urban znowu ante portas?

W „Newsweeku” (17-23.08.2020) ukazał się spory materiał jemu poświęcony, a w „Gazecie Wyborczej” (6.09.2020) wywiad liczący aż osiem stron. Może to zbieg okoliczności, może kryje się za tym jakaś tajemnicza przyczyna bo z Urbanem nigdy nic nie wiadomo, a być może niepokój, że nadchodzi-powraca, dzięki swoim filmikom, tym razem jako król Internetu. Z obu rozmów z Urbanem ważnym był fragment drugiej na temat PiS: „uważam, że będą rządzić jeszcze długo, a nawet nie rządząc, będą mieli wielki wpływ na społeczeństwo. Może za 10 łat ich wpływy zaczną maleć. Czy PiS się rozleci, czy nie, czy będzie Kaczyński, czy ktoś inny, tendencja narodowo-katolicka o skłonnościach autorytarnych i fundamentalistycznych jeszcze długo będzie potężna. I nikt z rządzących Polską nie będzie mógł tej tendencji ominąć.”

Podobnej, bardzo realnej przecież prognozy naszych najbliższych narodowych losów nie tylko nie miałem okazji nigdzie przeczytać, ale wątpię czy rozliczni współcześni nasi mędrcy, łącznie z polityczną opozycją, zdają sobie w ogóle z tego sprawę.

Materiał o Urbanie w „GW” dopełniony został obiektywnym, jak na ten tytuł, opisem jego publicznej działalności, natomiast na okładce wspomnianego „Newsweeka” zapowiedziano go jako „Drugie życie łajdaka”. Mógłbym się nie obruszyć, gdyby to pismo podobnie potraktowało przywódców Solidarności prowadzących strajkujących robotników od hasła „Socjalizm tak, wypaczenia nie” do najgorszej wersji kapitalizmu. Bądź twórców transformacji wyrzucających na bruk, czy poza pegeerowską ziemię, setki tysięcy ludzi. A jego redaktor naczelny Tomasz Lis w kolejnym wydaniu (7-13.09,2020) śmie coś jeszcze pisać o fundamentalnym znaczeniu wyrzeczenia się wszelkiej przemocy.

Wyrzeczenia się wszelkiego myślenia

oczekuje chyba Witold Gadomski przy czytaniu tekstu „Białoruś, czyli taka była alternatywa dla polskich reform” („GW”, 26.08.2020), w którym jako jedyny dotąd komentator na świecie, powiązał wydarzenia u naszego sąsiada nie z fałszerstwem prezydenckich wyborów, a z brakiem reform typu Balcerowicz. Potwierdzeniem tej tezy mają być rozlicznie, przywoływane liczby, nie uwzgledniające ani położenia tego kraju, jego ludnościowych i naturalnych możliwości, ani też dokonanego wyboru odmiennej, być może słusznej ekonomiczno-społecznej drogi. Gadomski w swych krytycznych opiniach nie wspomina o białoruskiej „Dolinie krzemowej”, której ze świeczką u nas szukać, ale w stosunku do całej wypowiedzi to zupełny drobiazg. Jak z licznych doniesień wynika Białorusini oczekują uczciwości w politycznym życiu, nie marząc o neoliberalnej transformacji, i miejmy nadzieję, że uchroni ich od tego zdrowy rozsądek.

Uchroń nas Panie

od wojny, nędzy i głodu, od rządowych podatków od cukru, deszczu i spółek, ale i od tych przyszłych od słońca (wschodzącego dla komuchów i zachodzącego dla euroentuzjastów), od powietrza (dla palących) i od wszystkich kolejnych, rządowo-podatkowych, genialnych pomysłów. I od…

Równie mądre propozycje,

w związku z drobną samochodową stłuczką spowodowaną przez stulatka, wygłosił kolejny, zapewne wybitny ekspert proponując obowiązkowe badania starszych kierowców. Wiedza o tym, że najwięcej wypadków, także śmiertelnych, powodują młodzi i troszkę starsi nie jest mu znana, a opisany zdarzenie znalazło się w mediach z uwagi na jego wyjątkowość, a nie częstotliwość. Parcie na szkło wyjaśnia zapewne co robił ten myśliciel w telewizji.

W pogoni za szpiegiem

„Nie wiemy jeszcze o Edwardzie Gierku bardzo ważnej rzeczy, a pewnie i długo nie będziemy wiedzieć – myślę tutaj o jego powiązaniach ze Związkiem Sowieckim i z sowieckimi służbami specjalnymi, ale nie w okresie, kiedy był I sekretarzem KC PZPR, lecz dużo wcześniej: gdy był działaczem belgijskiej partii komunistycznej w pierwszych powojennych latach” – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową prof. Jerzy Eisler, historyk, dyrektor Oddziału IPN w Warszawie, „gdyby… okazało się, że Gierek był lojalnym człowiekiem Moskwy, to ten cały mit dobrego polskiego gospodarza w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, a wcześniej dobrego gospodarza na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, zostałby bardzo poważnie podważony czy wręcz trzeba by go było odrzucić.”

Nie wiem czy w programie studiów historycznych, które kończył na Uniwersytecie Warszawskim pan Profesor była wykładana logika; ja na tej uczelni zdawałem ją u dra Zdzisława Ziemby, później profesora i nota bene męża znanej powszechnie prof. Hanny Świdy-Ziemby. Ale nawet jak nie, to przecież w XI ówczesnej klasie liceum uczyliśmy się wszyscy logiki z popularnego podręcznika Andrzeja Grzegorczyka, a wiec coś pozostać powinno.

Domniemane i tak oczekiwane powiązania Edwarda Gierka z ZSRR i spec-służbami, powodujące przekreśleniem jego powszechnej oceny jako dobrego gospodarza, stanowi nie tylko szczyt braku logiki, nadto pasują wzajemnie jak garbaty do ściany. Równie ważnymi są tu, degradujące historyka, nie poszukiwanie prawdy, a haka, celem polityczno-propagandowego dezawuowania Gierka. I to wszystko w imię dobrej (Instytut) Pamięci Narodowej.

Pucz, którego nie było

Na Onecie Wojtek Duch w tekście „Gomułka kontra Chruszczow. W 1956 r. na Warszawę ruszyły radzieckie czołgi” napisał: „Tymczasem sam Gomułka…chciał jednak, by partia w Polsce zachowała autonomię, co do składu personalnego oraz kierowania sprawami wewnętrznymi. To stało się powodem konfliktu, który niemal przerodził się w radziecki pucz.”
Wiadomo, że pucz, inaczej zamach stanu, dokonuje się z użyciem siły i przeprowadzają go samodzielnie miejscowi oponenci. Określenie „radziecki pucz” oznaczać może, ze sporym trudem, zamach stanu w ZSRR i taki miał miejsce – tzw. pucz Janajewa, inaczej pucz moskiewski w dniu 21 sierpnia 1991 roku. Natomiast w opisywanej polskiej sytuacji mógł ewentualnie mieć miejsce pucz tzw. natolińczyków przy pomocy miejscowych sil zbrojnych, acz w tamtych dniach na takie wsparcie liczyć żadną miarą nie mogli. Pomimo znaczenia i funkcji ministra obrony PRL, jakie posiadał wtedy marszałek Rokossowski oraz inni radzieccy wojskowi na stanowiskach w naszej armii, pucz z udziałem miejscowych sil zbrojnych nie miał szansy na sukces, gdyż zbyt wielu polskich dowódców popierało październikowy przełom i powrót do władzy Gomułki, nie wspominając o reakcji robotniczych załóg warszawskich zakładów pracy (czasem uzbrojonych) i nastrojach w całym kraju. Wśród naszych wojskowych byli m. in. generałowie: Wacław Komar (KBW), Julian Hibner (MSW), Jan Frey-Bielecki (lotnictwo) i kontradmirał Jan Wiśniewski; wszyscy komuniści, niektórzy z pochodzenia Żydzi, czasem związani z radzieckim wywiadem, ale wszyscy okazali się polskimi patriotami.

Tak wiec panie Wojtku – a jest to wiedza podstawowa – w opisanej sytuacji nie było szansy na żaden pucz, a mogła mieć miejsce jedynie radziecka interwencja zbrojna z osadzeniem swoich na kluczowych stanowiskach, która z wielu powodów nie nastąpiła, podobnie zresztą jak ta w latach 1980-1981.

Lotnisko i inne pomysły

W ślady byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, mówiącego o państwie San Escobar, którego po prostu nie ma, poszło Ministerstwo Zdrowia zaliczając na liście krajów objętych zakazem lotów Księstwo Andory z międzynarodowym lotniskiem, którego też tam nie ma. Nie ma też wystarczającej liczby szczepionek przeciw grypie bo naród nie wiedzieć czemu nie posłuchał PAD-a, natomiast wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przyznał, że za sprawą przygotowywanych zmian w zakazach w ruchu lotniczym, „turyści powinni liczyć się z tym, że możliwość powrotu do kraju może być ograniczona”. W okresie przedwyborczym nasze ukochane władze nadzwyczaj troszczyły się o Polaków będących gdzieś na krańcach świata, ale następne wybory będą dopiero w 2023 roku.

Tę celną myśl „ograniczona możliwość powrotu do kraju” można by twórczo rozwinąć w kolejną tarczę, tym razem antypisowską i wzorem Łukaszenki wręczać wszystkim, co bardziej krnąbrnym, opozycjonistom bon turystyczny w jedną stronę. I po kłopocie. Śmieszne? Wcale nie, bo przecież możliwe.

Znów można latać

Gdzie te czasy okrutnego reżimu, gdy komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz hulał po Polsce za kierownicą, a dyktator gen. Wojciech Jaruzelski ze skromną obstawą w polonezie beztrosko przemierzał zniewolony kraj. Strefa zamknięta dla ruchu lotniczego w promieniu 600 m od domu Zbigniewa Ziobry już nie obowiązuje, ale cofnięty zakaz lotów wydaje się decyzją pochopną, gdyż na nadzwyczajną opiekę SOP zasługuje przewodniczący Solidarnej Polski. Partia co prawda w najnowszym sondażu IBRiS uzyskała aż-jedynie 1,4 % poparcia, co nie przeszkadza Ziobrze rządzić krajem prawie w roli wice-naczelnika. Wziąć pod uwagę jednak należy obawy rządzących przed kochającym ich narodem, wyrażające się w wielkich, prezydenckich samochodowych kolumnach, wzmożonym pilnowaniu domu pana prezesa, nie wspominając już o ogrodzonym Sejmie. Nasuwa się rozwiązanie nadzwyczaj proste, historycznie dobrze znane, a w dzisiejszej Polsce stosowane „na odwyrtkę””, o wydzieleniu specjalnych stref „Tylko dla PiS”. Wzorem może być także „zielona strefa” w Bagdadzie, w której mieszczą się, demokrację po całym świecie upowszechniające, amerykańskie instytucje, bo przecież, jak tak dalej ci kolorowi LGBT-owcy demonstrować będą, to diabli wiedzą co stać się może.

Zabawna moralność

Pan Prezydent Andrzej Duda 5 września ogłosił, że za rok, podczas narodowego czytania, będziemy słuchali zabawnego utworu Gabrieli Zapolskiej „Moralność Pani Dulskiej”. Zapowiadając ten dramat Panu Prezydentowi ze śmiechu pawie łzy z oczu się lały, a jego polonistom zapewne także, ale z odmiennych powodów. Kontynuując w taki właśnie sposób upowszechniane czytelnictwo proponuję na kolejną lekturę „Kamizelkę” Bolesława Prusa jako nadzwyczaj przystępny podręcznik krawiecki, a w jeszcze następnym roku Henryka Sienkiewicza „Janko muzykant” będącą opowieścią o życiu wielkiego kompozytora Jana Sebastiana Bacha.

A dla dopełnienia:

w naszych rozlicznych mediach i w życiu publicznym spotykają się nadzwyczaj często miejscowy mędrzec z tutejszym geniuszem.

Reparanci psychiczni

Kwestionowanie polskości PRL, od lat jest ulubioną zabawą polityków obozu rządzącego, skierowaną, ku niekumatej gawiedzi.

– Nikt na tej sali, kto chociaż trochę zna historię 1944-45 roku, nie wątpi, że to nie była polska władza. Ona została rzeczywiście przywieziona i osadzona na sowieckich bagnetach – mówił premier Morawiecki podczas debaty pt. „Marzec ’68. Ogólnopolski Ruch Społeczny Przeciw Komunizmowi”. – Nawet dla tych, którzy nie pamiętają dobrze PRL jest rzeczą jasną, że tamto państwo nie było państwem niepodległym, państwem suwerennym – co oznacza, że zdaniem Mateusza Morawieckiego, nie mając tych atrybutów, polskie państwo w latach 1945-89 nie istniało.

Było, a nawet nie było

– Położył ogromne zasługi nie tylko dla odbudowy polskiej nauki, ale dla przywrócenia polskości, dla budowy polskości na tych tutaj piastowskich naszych ziemiach – w taki sposób o prof. Stefanie Kulczyńskim mówił w czasie tego samego wydarzenia na Politechnice Wrocławskiej premier Mateusz Morawiecki.

Profesor Kulczyński był pierwszym powojennym rektorem Uniwersytetu i Politechniki Wrocławskiej, a przed wojną rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. W okresie PRL był też członkiem Rady Państwa. Wychwalanie zasług profesora budującego we Wrocławiu państwowość polską, dowodzi, że premier Morawiecki tym razem twierdzi, że za komuny państwo polskie, którego ważną postacią był Kulczyński, jednak istniało.
Nie wiadomo co o PRL sądzi wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak, ale na wszelki wypadek, w oparciu o opinię IPN-u, podjął decyzję o dekomunizacji skweru profesora Kulczyńskiego. Hreniak – żeby było jasne – jest według obowiązujących w państwie polskim reguł, przedstawicielem premiera.

Nie było, więc płaćcie

– W 1953 roku Polska nie była krajem suwerennym, w stu procentach podlegała Związkowi Radzieckiemu, i to zrzeczenie się dotyczyło wówczas tylko i wyłącznie NRD, ponieważ Polska ani ZSRR nie miały wówczas relacji z RFN – opowiada co jakiś czas poseł Arkadiusz Mularczyk na konferencjach z okazji domagania się reparacji od Niemiec, mimo że w wymienionym przez niego roku, tych odszkodowań państwo polskie się zrzekło. Mularczyk uznaje nieustająco, że „moralnym obowiązkiem polityków” jest wyjaśnienie kwestii reparacji „w sposób, który nie będzie budził żadnych wątpliwości”.

– Jeśli dzisiaj rzeczniczka rządu Niemiec twierdzi, że to zrzeczenie było skuteczne, to to oznacza, że współczesne Niemcy są następcą prawnym NRD – podkreślił poseł w sposób, który budził żadnych wątpliwości. Szczególnie co do ignorancji pana posła.

Tak się bowiem składa, że Niemcy w traktacie zjednoczeniowym stały się prawnym spadkobiercą zarówno RFN jak i NRD. I nie ma tam nikogo, kto by to kwestionował. Nie wspominając już o tym, żeby jakikolwiek niemiecki polityk kwestionował to, że NRD było państwem.
W te same tony uderzał w tym samym czasie i Macierewicz.

– Nie jest prawdą, że państwo polskie zrzekło się reparacji należnych nam ze strony Niemiec. To sowiecka kolonia, zwana PRL, zrzekła się tej części reparacji, które związane były z obszarem państwa też marionetkowego, sowieckiego NRD. W tym zakresie miało miejsce zrzeczenie, zresztą nigdy formalno-prawnie nieprzeprowadzone, tylko mające charakter pewnego aktu publicystyczno-politycznego – gardłował w wywiadzie ówczesny szef MON.

Mularczyk z Macierewiczem sami tego nie wymyślili. Rozwinęli bowiem tezę prezesa Kaczyńskiego z ubiegłorocznego konwentyklu Zjednoczonej Prawicy, gdzie Kaczyński też nie omieszkał zakwestionować istnienia Polski w latach 50-ych.

– Polska się nigdy nie zrzekła tych odszkodowań. Ci, którzy tak sądzą są w błędzie – skonstatował szef PiS.

Nie zadając sobie zasadniczego pytania, które brzmi: skoro to nie Polska się zrzekła, to kto się w jej imieniu wtedy podpisał?

Czy wobec tego , że pod aktem końcowym Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie podpisał się w Helsinkach szef PZPR Edward Gierek, to Polska podpisała ten akt, czy nie? To nie jest jasne.

Ale może jest? Wszak jeszcze 10 lat temu prezes opowiadał o pierwszym sekretarzu, że „Działał w takich okolicznościach, jakie wtedy były, ale to, że chciał uczynić z Polski kraj ważny – w tamtym kontekście, w tamtych okolicznościach – to była bardzo dobra strona jego działania, jego osobowości, jego poglądów, wskazująca na to, że był komunistycznym, ale jednak patriotą”.

Chwalą nas, więc było

– Rekonstrukcja Starego Miasta w Warszawie ustanowiła światowy precedens: polskie doświadczenie i osiągnięcia w tej dziedzinie na przestrzeni lat miały wielki wpływ na kształtowanie poglądów na temat ochrony światowego dziedzictwa – zwróciła uwagę wiceminister kultury prof. Magdalena Gawin, rozpoczynając dwa lata temu na Zamku Królewskim międzynarodową konferencję poświęconą ratowaniu światowego dziedzictwa.

– Wpis w 1980 r. historycznego centrum Warszawy na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jest jedynym wpisem obszarowym zrekonstruowanych zabytków. Daje to podstawę żeby dzisiaj zacząć rozmawiać na temat rekonstrukcji – kontynuowała wychwalanie osiągnięć ówczesnej Polski pani wiceminister.

Widać nie wiedziała, że nie można chwalić czegoś czego nie było. Nie wiedziało też o nieistnieniu w tym czasie Polski ponad 200 ekspertów goszczących na konferencji. No i spłodzili Rekomendację Warszawską w której na polskim przykładzie pokazano reszcie świata jak należy rekonstruować zniszczone zabytki. W dokumencie „odwołano się do przykładu i doświadczeń związanych z odbudową Warszawy po II wojnie światowej. W uznaniu dla heroizmu i poświęcenia polskiego społeczeństwa, które pełne determinacji odbudowało stolicę, historyczne centrum miasta zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1980 r.”

Było, więc nie płacimy

– Warto przypomnieć, że Polska rozwiązała sprawy odszkodowań z innymi państwami. W 1960 roku podpisaliśmy umowę także z USA, na mocy której zapłaciliśmy odszkodowania za mienie obywateli amerykańskich pozostawione w Polsce. Na mocy tego porozumienia Stany Zjednoczone przejęły wszystkie roszczenia na siebie, jeśli chodzi o obywateli USA z tamtego okresu, co potwierdziły w 2011 roku – to wypowiedź ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza w czasie gdy po raz kolejny środowiska żydowskie zaczęły domagać się restytucji mienia ich przodków.
Minister ani razu nie posłużył się nazwą PRL. Znaczy Polska chyba w czasach Gomułki jednak była. Nie Czaputowicz jeden tak uważa.

„Ostatni właściciel 2/3 działki Chmielna 70 Jan Henryk Holger Martin, jako obywatel Danii, został spłacony przez polski rząd”. To z kolei fragment orzeczenia Komisji Jakiego w jednej ze spraw. I mimo że chodzi o lata PRL, pada tam określenie „polski rząd”.

A jednak do grudnia nie było

Dla zimnowojennego świata nie było PRL – była Polska. To ona zakładała ONZ, negocjowała z innymi państwami dwustronnie i wielostronnie. Miała swoją reprezentację na igrzyskach olimpijskich i wszystkich możliwych zawodach sportowych. Na konferencje naukowe, do pracy na rozrzuconych po całym świecie budowach, jeździli ludzie z Polski, a nie PRL. Na misje pokojowe też.

Polska odbudowywała swoją stolicę. Polska przed 1989 czterokrotnie zasiadała w Radzie bezpieczeństwa ONZ. Z Polski, przyjechał do Watykanu Karol Wojtyła, do Stanów Roman Polański, a do Izraela dziesiątki tysięcy innych osób. W Polsce odbywały się Konkursy Chopinowskie. I to Polska zdobywała dwakroć trzecie miejsce na Mundialach. To w Polsce co jakiś czas wybuchały zadymy godzące w jej władze partyjno-państwowe. I także w Polsce utworzono NSZZ „Solidarność”.

Do Polski przyjeżdżali prezydenci amerykańscy, francuscy i kanclerze RFN. Właśnie. Nie kanclerze Niemiec tylko RFN. Bo było to jedno z nielicznych państw przy których nazwie posługiwano się skrótem albo nazwą Niemcy Zachodnie. Z tego prostego powodu, że państwa niemieckie były dwa. Polska była jedna i przez wszystkie 45 powojennych lat nikt na świecie nie wpadł na to, że jej nie ma. Tak samo jak przez kolejne ponad 25 lat, też nie zdarzyło się, żeby ktoś zakwestionował fakt cywilno-prawno-międzynarodowego bytowania Polski. Mądrzy, rządzący w tym czasie, ludzie wiedzieli czym to pachnie.

W końcu dotarło do rządu, że kwestionowanie ciągłości państwowej z Polską Ludową, ma przykry zapach liczonych w miliardach odszkodowań. Nie wspominając o takim drobiazgu jak ustalane jeszcze w czasach PRL traktaty graniczne. Które, gdyby wymazało się z nich Polską Rzeczpospolitą Ludową, mogłyby stać się kwestią otwartą.

Przynależność do Unii i NATO też wcale taka pewna nie jest. Przecież Błaszczak powiedział w grudniu 2015 roku, że dopiero „tydzień temu w Polsce skończył się komunizm”.

Przerwana dekada

Nigdy nie piliśmy tyle wódki, nie jedliśmy tyle masła, nie słodziliśmy taką ilością cukru i nie wypalaliśmy tylu papierosów, jak w ostatnim roku Gierka. A do tego wszystkie granice były do przekroczenia jedynie na dowód osobisty z odpowiednią pieczątką. Polak potrafił!

Gdy czyta się dziś te gusowskie dane, a wtedy miało się na tyle lat, żeby wiedzieć o co wokół biega, a w dodatku nie mieszkało się na Śląsku, w Warszawie, albo innym mieście wojewódzkim, to ma się dziwne wrażenie, że ktoś poważnie traktuje cyferki, które powstały tylko by potwierdzać tezy ówczesnej władzy.

Byt określa świadomość

Jak bowiem interpretować dane mówiące, że w 1980 roku każdy z nas jadł tyle mięsa co dziś? Na prowincji szynkę oglądano tylko w „Potopie” Hoffmana. Żeby ją kupić, trzeba było nawiedzić duże miasto. Tak naprawdę, sklepy oferowały tam jedynie, co pośledniejsze fragmenty umięśnienia zabitych świń i krów, zaś w ladach z wędliną królowały pasztetowa i kaszanka.

Od sierpnia 1976 roku cukier był na kartki. Przypadało po 2 kg na osobę i kosztował 10,50 zł. Jak komuś było mało, to mógł doopatrzyć się w sklepie komercyjnym, ale już za 26 zł za kilogram.

Z dzisiejszej perspektywy, 2 kilo cukru na łeb, wydaje się ilością nie do przesłodzenia, ale trzeba pamiętać, że wtedy ludność pracująca miast i wsi zajmowała się masowo przerabianiem owoców na przetwory i domowym wypiekiem ciast. A najśmieszniejsze jest to, że gdyby wtedy i teraz podzielić cały cukier, przeznaczony do sprzedaży dla konsumentów indywidualnych i przemysłu, na statystyczną głowę, to wyjdzie, że zużywamy go niemal tyle samo.

W początkach roku 1980 bimber był wspomnieniem. Nie opłacało się go pędzić, bo Polski Monopol Spirytusowy zapewniał ciągłe dostawy gorzały i spirytusu. Naród skwapliwie z tego korzystał, osiągając wynik ok. 15 litrów wódki na przeciętnego Polaka w wieku od 0 do 100 lat. Cena pół litra wynosiła wówczas 120 zł.

Na żarcie 33 lata temu szło 23 procent zarobków. Na alkohol 14 procent. Może ta ostatnia dana wpływa na dziwny sentyment do czasów Gierka? Procenty zaburzają wszak postrzeganie.

Średnie zarobki w tamtych czasach to nieco ponad 5 tys. zł. Czarnorynkowy dolar był do nabycia za 120 zł. Flaszka „Wyborowej” w „Pewexie” kosztowała 95 centów, a Levisy, czy Wranglery 18 dolców, chyba, że trafiło się na promocję po 11. Oczywiście sklepy „Pewexu” też były tylko w dużych miastach. Tyle, że z dojazdem tam nie było żadnych problemów.

Według dzisiejszych ekologów PRL, z jego komunikacją publiczną, jest niedościgłym wzorcem. Autobusy dojeżdżały do każdej pipidówy. Zakłady pracy przywoziły i odwoziły chłoporobotników pod ich zagrody. Ceny biletów w PKS i PKP były bardziej niż przystępne. O komunikacji miejskiej nie wspominając.

Prymat ekologii w transporcie przejawiał się też w cenach rowerów. Za jedną wypłatę można było sobie sprawić trzy bicykle. Na rocznego Poloneza zaś (rocznego, bo na nówkę trzeba było mieć talon) trzeba było odkładać 100 procent zarobków przez 5 lat.

Ekologia ta nie przekładała się jednak na wskaźniki zdrowotne. Według Światowej Organizacji Zdrowia w drugiej połowie lat 70. w Polsce zaczęła rosnąć śmiertelność, osiągając maksimum w 1980. Dotyczyło to zwłaszcza mężczyzn w wieku 45-55 lat. Za główne przyczyny tego stanu uznano zanieczyszczenie środowiska, złe warunki pracy, przeludnione mieszkania, alkoholizm, złą dietę i pogorszenie się opieki medycznej.

Rzecz jasna, takie oceny do przeciętnego Polaka nie miały prawa trafiać. Dbał o to Urząd Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk, czyli cenzura. Działała ona jednak, jak wszystko w tych czasach – tak sobie. Zabraniała wydawać oficjalnie Andrzejewskiego, a puściła „Człowieka z marmuru”. Blokowała informacje o zanieczyszczeniu środowiska, ale nie miała oporów względem wyrywaniu murom zębów krat przez Jacka Kaczmarskiego. Zakazała puszczania w radiu „Rasputina” Boney M, ale przymknęła oko na „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Barei.

Oficjalna propaganda robiła władzy ludowej krzywdę. Wmówiła ludziom, że Polska jest dziesiątą potęgą przemysłową świata, a ludzie w to uwierzyli. I gdy wyjeżdżając na dowód osobisty do Budapesztu widzieli w tamtejszych sklepach Wranglery za forinty, w Czechosłowacji, półki sklepów mięsnych uginające się od wędlin, a w NRD szampon „Grune Apfel” i buty „Salamander”, to najzwyczajniej w świecie się wkurwiali.

Zaczęli jechać po ekscesach młodego Jaroszewicza, wymyślać przeloty Gierkowej do paryskich fryzjerni i przypierdalać się do zaopatrzenia sklepików w Komitetach Wojewódzkich. Tłumaczyli nawet z węgierskiego sformułowanie „edziogierek” co miało znaczyć bieda z nędzą.

Jako dzieci socjalizmu, Polacy przełomu lat 70 – 80-tych mieli wpojony egalitaryzm i nagle dostrzegli, że ci przy korycie mają więcej i mogą więcej.

Nadbudowa przerasta bazę

Politycznie, ostatni rok Gierka zaczął się tuż po odbębnieniu przez Wojtyłę, w czerwcu 1979 roku, wycieczki do Polski. Papieski wojaż dołożył się do, spowodowanego zimą stulecia, ponad miesięcznego przestoju gospodarki. Efektem tych dwu klęsk żywiołowych było to, że pierwszy raz po wojnie, PRL-owski PKB, zanurkował pod kreskę.

Wychwalacze „przerwanej dekady” opowiadają o wielkim skoku cywilizacyjnym, po roku 70-tym. O budowie niemal 600 zakładów, elektrowni, Centralnej Magistrali Kolejowej, „gierkówki”, Portu Północnego i 200-300 tysięcy mieszkań rocznie.

Wszystko fajnie, tyle, że fabryki i licencje kupowano w początku lat 70-tych. Przed wybuchem pierwszego powojennego kryzysu w gospodarce światowej, czyli krachu naftowego. Po nim, popyt na produkcję z nowych fabryk walnął się na tyle, że po roku 1976 przestano myśleć o kolejnych kredytowych inwestycjach. Widać było wyraźnie, że robi się coraz większa kicha.

W roku 1979 Polska miała do spłacenia 23 mld dolarów długu. Z tego 3,7 mld dolarów to były kredyty bieżące, handlowe np. na zakup zboża, surowców, które trzeba było od razu spłacić. Długi długookresowe wynosiły 19, 6 mld. dolarów. Same odsetki od nich to mniej więcej tyle ile 25 proc. ówczesnego, polskiego eksportu. Skala długu przerastała zdolność ich obsługi przez państwo, a gospodarka uzależniona od importu, na który ją nie stać, nie była w stanie produkować w dotychczasowej skali.

Ale z drugiej strony, zadłużenie wynosiło jedynie około 43% polskiego PKB. I to bez konstytucyjnej kotwicy zawieszonej na 60 procentach!

Wyznawcy gierkowego geniuszu mówią, że w roku 1980 Zachód nagle nabrał ochoty na polskie produkty. Pojawiły się szanse, by Polska przyspieszyła eksport. Wykorzystano to tylko częściowo, w pierwszej połowie roku. I znowu Polska rosłaby w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Niestety rozpoczęły się strajki.

A trzeba przyznać, że miał kto strajkować. W 1970 r. w polskim przemyśle pracowało ok. 3 mln 78 tys. ludzi. Po 10 latach, było ich już ok. 5 mln 245 tys. osób.

Z przemysłu utrzymywało się, wraz z rodzinami, ok. 14-16 mln ludzi, czyli ok. 40 proc. obywateli PRL. Zatrudnienie osiągnęło swój szczyt i nigdy już nie przekroczyło tego poziomu.

W dzisiejszych czasach, gdy rządowi brakuje kaski, to podnosi VAT, PIT czy inną akcyzę. Wtedy takich wynalazków fiskalnych nie było. Jedyna możliwość wydrenowania obywatela tkwiła w cięciu zarobków lub podwyższaniu cen. Podwyżka z roku 1976 zakończyła się jej odwołaniem, Radomiem i powstaniem KOR-u.

W początku 1980 roku władza nie miała dużego pola manewru. Próbowano wykorzystać metodę, dekadę później twórczo rozwiniętą przez Wałęsę. Gierek wymienił zderzak o nazwie Jaroszewicz na taki o nazwie Babiuch. Nic to nie dało. A na dodatek organizujący Igrzyska Olimpijskie towarzysze z Kremla domagali się wrzutki polskiego mięsa do moskiewskich sklepów. Prośbom Breżniewa się nie odmawiało. Na Wschód ruszyły transporty z żarciem. Rynek polski sechł. Na 1 lipca ogłoszono podwyżki cen mięsa. No i się zaczęło.

Opium dla mas

Stanął Lublin, Świdnik, Sanok i Tarnów. Postulaty były proste. Wstrzymać wzrost cen, dać podwyżki i przywrócić wkładkę mięsną w posiłku regeneracyjnym.

Władza dymała do strajkujących i podpisywała co chcieli. Z reguły zgadzała się na 40 proc podwyżki wynagrodzeń żądanych przez protestujących. Strajki gasły. Zaczynały się igrzyska. Dosłownie. Znicz olimpijski płonął na Łużnikach od 19 lipca do 3 sierpnia. Polscy sportowcy zdobywając wiele medali i wykonując gest Kozakiewicza, wyrządzili władzy ludowej niedźwiedzią przysługę. Polacy jeszcze bardziej uwierzyli, że są potęgą i zasługują na więcej.

Po igrzyskach ruszyła kolejna fala strajków i dotarła oczywiście do stoczni. Stoczni, które jak twierdzi Antoni Dudek, istniały tylko dlatego, że uskuteczniały „skrajnie deficytowy eksport statków do ZSRR”.

Strajki trwają, a Gierek coraz mniej. Na nic zdaje się kolejna zmiana premiera. Nic nie pomaga władzy wezwanie przez prymasa Wyszyńskiego robotników do rozsądku i zakończenia strajku. Dochodzi do podpisania porozumień sierpniowo wrześniowych, po czym Edward Gierek dostaje ataku serca i kończy karierę polityczną.

Od tego momentu zaczyna się jego legenda. Początkowo czarna, by z latami i publicystyką Janusza Rolickiego bieleć, czy wręcz błyszczeć. Legenda zaś zaczyna przechodzić w bajki.

Pierwsza jest o dobrym Gierku, co to zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Bajka ta pięknie zgrywa się z tezą samego Gierka, który twierdził, że strajki, które go obaliły były robotą złych ludzi z „esbecji”. Skoro lud tak bardzo kochał swego przywódcę, to czemu rok po jego upadku „Solidarność” liczyła 10 milionów członków? Chcieli obalić Kanię i Jaruzelskiego, aby przywrócić towarzysza Edwarda?

Druga, równie głupia legenda, mówi o tym, że Gierek był tak zamordystyczny, że pod jego koniec wszyscy byli antykomunistami. Więc, gdy przyjechał papież, Polacy się policzyli, przestali lękać i wespół w zespół zmienili oblicze ziemi, tej ziemi. Rzecz jasna, to w ramach tego antykomunizmu, nad bramą Stoczni widniał napis „Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się”

Koniec dekady Gierka nie ma jednak nic wspólnego z bajkami. Gierek upadł, bo ludzie widzieli, że budując „Drugą Polskę” staczają się w Trzeci Świat. Upadł, bo zaczęły pojawiać się duże nierówności płacowe. Upadł, bo świetny pi-ar wystarczył tylko na sześć lat.

Ale nade wszystko upadł dlatego, że nie wpadł na pomysł, jak wypchnąć z „zielonej wyspy” kilka milionów ludzi do pracy w Wielkiej Brytanii, Holandii i Norwegii, a tym co zostali wypłacić zasiłki za które zapłacą następne pokolenia.