Najnowsze wydanie wierszyka Juliana Tuwima „Karta z dziejów ludzkości”

Ten tekst mógłby zacząć się w ten sposób: Smutne czasy II RP mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończyła się na ziemniakach, kapuście, zacierce lub chudym żurku, a od święta małym kawałkiem mięsa. Jakie były potrawy naszych dziadków?

Niestrawne historyczne kulinaria

Ale na Onecie, autorstwa Pawła Rzewuskiego brzmi on następująco „Smutne czasy PRL mocno zubożyły polską kuchnię. Dla wielu ludzi rodzima tradycja kulinarna kończy się na schabowych i mielonych. Tymczasem niegdyś jadano rzeczy, które nawet dzisiaj rzadko goszczą na polskich stołach. Jakie były potrawy naszych dziadków?” Przywołuje więc: parmezan, leguminy i Auflauf, kasztany, móżdżek, majonez, kapłony, raki, pularda, minogi.

Dziadkowie autora byli w tamtych czasach albo sporymi obszarnikami, albo równie bogatymi przedsiębiorcami, bo naród, szczególnie ten robotniczo-chłopski jadał co w pierwszym akapicie napisałem..

Nie było jednak tak źle w PRL-u: kasztany wszyscy posmakowali, bo te najlepsze były, dzięki „Stawce większej niż życie” na placu Pigalle, móżdżek jadałem w barze w Brzesku dopóki opresyjne władze sanitarne tego nie zakazały, a majonez, co prawda nie Monatowej, a kielecki do dziś można kupić w markecie. A jeśli chodzi o tego powszechnego schabowego i mielonego w Polsce Ludowej to dziś go brakuje wielu rodzinom.

Jerzy Urban znowu ante portas?

W „Newsweeku” (17-23.08.2020) ukazał się spory materiał jemu poświęcony, a w „Gazecie Wyborczej” (6.09.2020) wywiad liczący aż osiem stron. Może to zbieg okoliczności, może kryje się za tym jakaś tajemnicza przyczyna bo z Urbanem nigdy nic nie wiadomo, a być może niepokój, że nadchodzi-powraca, dzięki swoim filmikom, tym razem jako król Internetu. Z obu rozmów z Urbanem ważnym był fragment drugiej na temat PiS: „uważam, że będą rządzić jeszcze długo, a nawet nie rządząc, będą mieli wielki wpływ na społeczeństwo. Może za 10 łat ich wpływy zaczną maleć. Czy PiS się rozleci, czy nie, czy będzie Kaczyński, czy ktoś inny, tendencja narodowo-katolicka o skłonnościach autorytarnych i fundamentalistycznych jeszcze długo będzie potężna. I nikt z rządzących Polską nie będzie mógł tej tendencji ominąć.”

Podobnej, bardzo realnej przecież prognozy naszych najbliższych narodowych losów nie tylko nie miałem okazji nigdzie przeczytać, ale wątpię czy rozliczni współcześni nasi mędrcy, łącznie z polityczną opozycją, zdają sobie w ogóle z tego sprawę.

Materiał o Urbanie w „GW” dopełniony został obiektywnym, jak na ten tytuł, opisem jego publicznej działalności, natomiast na okładce wspomnianego „Newsweeka” zapowiedziano go jako „Drugie życie łajdaka”. Mógłbym się nie obruszyć, gdyby to pismo podobnie potraktowało przywódców Solidarności prowadzących strajkujących robotników od hasła „Socjalizm tak, wypaczenia nie” do najgorszej wersji kapitalizmu. Bądź twórców transformacji wyrzucających na bruk, czy poza pegeerowską ziemię, setki tysięcy ludzi. A jego redaktor naczelny Tomasz Lis w kolejnym wydaniu (7-13.09,2020) śmie coś jeszcze pisać o fundamentalnym znaczeniu wyrzeczenia się wszelkiej przemocy.

Wyrzeczenia się wszelkiego myślenia

oczekuje chyba Witold Gadomski przy czytaniu tekstu „Białoruś, czyli taka była alternatywa dla polskich reform” („GW”, 26.08.2020), w którym jako jedyny dotąd komentator na świecie, powiązał wydarzenia u naszego sąsiada nie z fałszerstwem prezydenckich wyborów, a z brakiem reform typu Balcerowicz. Potwierdzeniem tej tezy mają być rozlicznie, przywoływane liczby, nie uwzgledniające ani położenia tego kraju, jego ludnościowych i naturalnych możliwości, ani też dokonanego wyboru odmiennej, być może słusznej ekonomiczno-społecznej drogi. Gadomski w swych krytycznych opiniach nie wspomina o białoruskiej „Dolinie krzemowej”, której ze świeczką u nas szukać, ale w stosunku do całej wypowiedzi to zupełny drobiazg. Jak z licznych doniesień wynika Białorusini oczekują uczciwości w politycznym życiu, nie marząc o neoliberalnej transformacji, i miejmy nadzieję, że uchroni ich od tego zdrowy rozsądek.

Uchroń nas Panie

od wojny, nędzy i głodu, od rządowych podatków od cukru, deszczu i spółek, ale i od tych przyszłych od słońca (wschodzącego dla komuchów i zachodzącego dla euroentuzjastów), od powietrza (dla palących) i od wszystkich kolejnych, rządowo-podatkowych, genialnych pomysłów. I od…

Równie mądre propozycje,

w związku z drobną samochodową stłuczką spowodowaną przez stulatka, wygłosił kolejny, zapewne wybitny ekspert proponując obowiązkowe badania starszych kierowców. Wiedza o tym, że najwięcej wypadków, także śmiertelnych, powodują młodzi i troszkę starsi nie jest mu znana, a opisany zdarzenie znalazło się w mediach z uwagi na jego wyjątkowość, a nie częstotliwość. Parcie na szkło wyjaśnia zapewne co robił ten myśliciel w telewizji.

W pogoni za szpiegiem

„Nie wiemy jeszcze o Edwardzie Gierku bardzo ważnej rzeczy, a pewnie i długo nie będziemy wiedzieć – myślę tutaj o jego powiązaniach ze Związkiem Sowieckim i z sowieckimi służbami specjalnymi, ale nie w okresie, kiedy był I sekretarzem KC PZPR, lecz dużo wcześniej: gdy był działaczem belgijskiej partii komunistycznej w pierwszych powojennych latach” – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową prof. Jerzy Eisler, historyk, dyrektor Oddziału IPN w Warszawie, „gdyby… okazało się, że Gierek był lojalnym człowiekiem Moskwy, to ten cały mit dobrego polskiego gospodarza w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, a wcześniej dobrego gospodarza na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, zostałby bardzo poważnie podważony czy wręcz trzeba by go było odrzucić.”

Nie wiem czy w programie studiów historycznych, które kończył na Uniwersytecie Warszawskim pan Profesor była wykładana logika; ja na tej uczelni zdawałem ją u dra Zdzisława Ziemby, później profesora i nota bene męża znanej powszechnie prof. Hanny Świdy-Ziemby. Ale nawet jak nie, to przecież w XI ówczesnej klasie liceum uczyliśmy się wszyscy logiki z popularnego podręcznika Andrzeja Grzegorczyka, a wiec coś pozostać powinno.

Domniemane i tak oczekiwane powiązania Edwarda Gierka z ZSRR i spec-służbami, powodujące przekreśleniem jego powszechnej oceny jako dobrego gospodarza, stanowi nie tylko szczyt braku logiki, nadto pasują wzajemnie jak garbaty do ściany. Równie ważnymi są tu, degradujące historyka, nie poszukiwanie prawdy, a haka, celem polityczno-propagandowego dezawuowania Gierka. I to wszystko w imię dobrej (Instytut) Pamięci Narodowej.

Pucz, którego nie było

Na Onecie Wojtek Duch w tekście „Gomułka kontra Chruszczow. W 1956 r. na Warszawę ruszyły radzieckie czołgi” napisał: „Tymczasem sam Gomułka…chciał jednak, by partia w Polsce zachowała autonomię, co do składu personalnego oraz kierowania sprawami wewnętrznymi. To stało się powodem konfliktu, który niemal przerodził się w radziecki pucz.”
Wiadomo, że pucz, inaczej zamach stanu, dokonuje się z użyciem siły i przeprowadzają go samodzielnie miejscowi oponenci. Określenie „radziecki pucz” oznaczać może, ze sporym trudem, zamach stanu w ZSRR i taki miał miejsce – tzw. pucz Janajewa, inaczej pucz moskiewski w dniu 21 sierpnia 1991 roku. Natomiast w opisywanej polskiej sytuacji mógł ewentualnie mieć miejsce pucz tzw. natolińczyków przy pomocy miejscowych sil zbrojnych, acz w tamtych dniach na takie wsparcie liczyć żadną miarą nie mogli. Pomimo znaczenia i funkcji ministra obrony PRL, jakie posiadał wtedy marszałek Rokossowski oraz inni radzieccy wojskowi na stanowiskach w naszej armii, pucz z udziałem miejscowych sil zbrojnych nie miał szansy na sukces, gdyż zbyt wielu polskich dowódców popierało październikowy przełom i powrót do władzy Gomułki, nie wspominając o reakcji robotniczych załóg warszawskich zakładów pracy (czasem uzbrojonych) i nastrojach w całym kraju. Wśród naszych wojskowych byli m. in. generałowie: Wacław Komar (KBW), Julian Hibner (MSW), Jan Frey-Bielecki (lotnictwo) i kontradmirał Jan Wiśniewski; wszyscy komuniści, niektórzy z pochodzenia Żydzi, czasem związani z radzieckim wywiadem, ale wszyscy okazali się polskimi patriotami.

Tak wiec panie Wojtku – a jest to wiedza podstawowa – w opisanej sytuacji nie było szansy na żaden pucz, a mogła mieć miejsce jedynie radziecka interwencja zbrojna z osadzeniem swoich na kluczowych stanowiskach, która z wielu powodów nie nastąpiła, podobnie zresztą jak ta w latach 1980-1981.

Lotnisko i inne pomysły

W ślady byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, mówiącego o państwie San Escobar, którego po prostu nie ma, poszło Ministerstwo Zdrowia zaliczając na liście krajów objętych zakazem lotów Księstwo Andory z międzynarodowym lotniskiem, którego też tam nie ma. Nie ma też wystarczającej liczby szczepionek przeciw grypie bo naród nie wiedzieć czemu nie posłuchał PAD-a, natomiast wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przyznał, że za sprawą przygotowywanych zmian w zakazach w ruchu lotniczym, „turyści powinni liczyć się z tym, że możliwość powrotu do kraju może być ograniczona”. W okresie przedwyborczym nasze ukochane władze nadzwyczaj troszczyły się o Polaków będących gdzieś na krańcach świata, ale następne wybory będą dopiero w 2023 roku.

Tę celną myśl „ograniczona możliwość powrotu do kraju” można by twórczo rozwinąć w kolejną tarczę, tym razem antypisowską i wzorem Łukaszenki wręczać wszystkim, co bardziej krnąbrnym, opozycjonistom bon turystyczny w jedną stronę. I po kłopocie. Śmieszne? Wcale nie, bo przecież możliwe.

Znów można latać

Gdzie te czasy okrutnego reżimu, gdy komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz hulał po Polsce za kierownicą, a dyktator gen. Wojciech Jaruzelski ze skromną obstawą w polonezie beztrosko przemierzał zniewolony kraj. Strefa zamknięta dla ruchu lotniczego w promieniu 600 m od domu Zbigniewa Ziobry już nie obowiązuje, ale cofnięty zakaz lotów wydaje się decyzją pochopną, gdyż na nadzwyczajną opiekę SOP zasługuje przewodniczący Solidarnej Polski. Partia co prawda w najnowszym sondażu IBRiS uzyskała aż-jedynie 1,4 % poparcia, co nie przeszkadza Ziobrze rządzić krajem prawie w roli wice-naczelnika. Wziąć pod uwagę jednak należy obawy rządzących przed kochającym ich narodem, wyrażające się w wielkich, prezydenckich samochodowych kolumnach, wzmożonym pilnowaniu domu pana prezesa, nie wspominając już o ogrodzonym Sejmie. Nasuwa się rozwiązanie nadzwyczaj proste, historycznie dobrze znane, a w dzisiejszej Polsce stosowane „na odwyrtkę””, o wydzieleniu specjalnych stref „Tylko dla PiS”. Wzorem może być także „zielona strefa” w Bagdadzie, w której mieszczą się, demokrację po całym świecie upowszechniające, amerykańskie instytucje, bo przecież, jak tak dalej ci kolorowi LGBT-owcy demonstrować będą, to diabli wiedzą co stać się może.

Zabawna moralność

Pan Prezydent Andrzej Duda 5 września ogłosił, że za rok, podczas narodowego czytania, będziemy słuchali zabawnego utworu Gabrieli Zapolskiej „Moralność Pani Dulskiej”. Zapowiadając ten dramat Panu Prezydentowi ze śmiechu pawie łzy z oczu się lały, a jego polonistom zapewne także, ale z odmiennych powodów. Kontynuując w taki właśnie sposób upowszechniane czytelnictwo proponuję na kolejną lekturę „Kamizelkę” Bolesława Prusa jako nadzwyczaj przystępny podręcznik krawiecki, a w jeszcze następnym roku Henryka Sienkiewicza „Janko muzykant” będącą opowieścią o życiu wielkiego kompozytora Jana Sebastiana Bacha.

A dla dopełnienia:

w naszych rozlicznych mediach i w życiu publicznym spotykają się nadzwyczaj często miejscowy mędrzec z tutejszym geniuszem.

Reparanci psychiczni

Kwestionowanie polskości PRL, od lat jest ulubioną zabawą polityków obozu rządzącego, skierowaną, ku niekumatej gawiedzi.

– Nikt na tej sali, kto chociaż trochę zna historię 1944-45 roku, nie wątpi, że to nie była polska władza. Ona została rzeczywiście przywieziona i osadzona na sowieckich bagnetach – mówił premier Morawiecki podczas debaty pt. „Marzec ’68. Ogólnopolski Ruch Społeczny Przeciw Komunizmowi”. – Nawet dla tych, którzy nie pamiętają dobrze PRL jest rzeczą jasną, że tamto państwo nie było państwem niepodległym, państwem suwerennym – co oznacza, że zdaniem Mateusza Morawieckiego, nie mając tych atrybutów, polskie państwo w latach 1945-89 nie istniało.

Było, a nawet nie było

– Położył ogromne zasługi nie tylko dla odbudowy polskiej nauki, ale dla przywrócenia polskości, dla budowy polskości na tych tutaj piastowskich naszych ziemiach – w taki sposób o prof. Stefanie Kulczyńskim mówił w czasie tego samego wydarzenia na Politechnice Wrocławskiej premier Mateusz Morawiecki.

Profesor Kulczyński był pierwszym powojennym rektorem Uniwersytetu i Politechniki Wrocławskiej, a przed wojną rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. W okresie PRL był też członkiem Rady Państwa. Wychwalanie zasług profesora budującego we Wrocławiu państwowość polską, dowodzi, że premier Morawiecki tym razem twierdzi, że za komuny państwo polskie, którego ważną postacią był Kulczyński, jednak istniało.
Nie wiadomo co o PRL sądzi wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak, ale na wszelki wypadek, w oparciu o opinię IPN-u, podjął decyzję o dekomunizacji skweru profesora Kulczyńskiego. Hreniak – żeby było jasne – jest według obowiązujących w państwie polskim reguł, przedstawicielem premiera.

Nie było, więc płaćcie

– W 1953 roku Polska nie była krajem suwerennym, w stu procentach podlegała Związkowi Radzieckiemu, i to zrzeczenie się dotyczyło wówczas tylko i wyłącznie NRD, ponieważ Polska ani ZSRR nie miały wówczas relacji z RFN – opowiada co jakiś czas poseł Arkadiusz Mularczyk na konferencjach z okazji domagania się reparacji od Niemiec, mimo że w wymienionym przez niego roku, tych odszkodowań państwo polskie się zrzekło. Mularczyk uznaje nieustająco, że „moralnym obowiązkiem polityków” jest wyjaśnienie kwestii reparacji „w sposób, który nie będzie budził żadnych wątpliwości”.

– Jeśli dzisiaj rzeczniczka rządu Niemiec twierdzi, że to zrzeczenie było skuteczne, to to oznacza, że współczesne Niemcy są następcą prawnym NRD – podkreślił poseł w sposób, który budził żadnych wątpliwości. Szczególnie co do ignorancji pana posła.

Tak się bowiem składa, że Niemcy w traktacie zjednoczeniowym stały się prawnym spadkobiercą zarówno RFN jak i NRD. I nie ma tam nikogo, kto by to kwestionował. Nie wspominając już o tym, żeby jakikolwiek niemiecki polityk kwestionował to, że NRD było państwem.
W te same tony uderzał w tym samym czasie i Macierewicz.

– Nie jest prawdą, że państwo polskie zrzekło się reparacji należnych nam ze strony Niemiec. To sowiecka kolonia, zwana PRL, zrzekła się tej części reparacji, które związane były z obszarem państwa też marionetkowego, sowieckiego NRD. W tym zakresie miało miejsce zrzeczenie, zresztą nigdy formalno-prawnie nieprzeprowadzone, tylko mające charakter pewnego aktu publicystyczno-politycznego – gardłował w wywiadzie ówczesny szef MON.

Mularczyk z Macierewiczem sami tego nie wymyślili. Rozwinęli bowiem tezę prezesa Kaczyńskiego z ubiegłorocznego konwentyklu Zjednoczonej Prawicy, gdzie Kaczyński też nie omieszkał zakwestionować istnienia Polski w latach 50-ych.

– Polska się nigdy nie zrzekła tych odszkodowań. Ci, którzy tak sądzą są w błędzie – skonstatował szef PiS.

Nie zadając sobie zasadniczego pytania, które brzmi: skoro to nie Polska się zrzekła, to kto się w jej imieniu wtedy podpisał?

Czy wobec tego , że pod aktem końcowym Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie podpisał się w Helsinkach szef PZPR Edward Gierek, to Polska podpisała ten akt, czy nie? To nie jest jasne.

Ale może jest? Wszak jeszcze 10 lat temu prezes opowiadał o pierwszym sekretarzu, że „Działał w takich okolicznościach, jakie wtedy były, ale to, że chciał uczynić z Polski kraj ważny – w tamtym kontekście, w tamtych okolicznościach – to była bardzo dobra strona jego działania, jego osobowości, jego poglądów, wskazująca na to, że był komunistycznym, ale jednak patriotą”.

Chwalą nas, więc było

– Rekonstrukcja Starego Miasta w Warszawie ustanowiła światowy precedens: polskie doświadczenie i osiągnięcia w tej dziedzinie na przestrzeni lat miały wielki wpływ na kształtowanie poglądów na temat ochrony światowego dziedzictwa – zwróciła uwagę wiceminister kultury prof. Magdalena Gawin, rozpoczynając dwa lata temu na Zamku Królewskim międzynarodową konferencję poświęconą ratowaniu światowego dziedzictwa.

– Wpis w 1980 r. historycznego centrum Warszawy na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jest jedynym wpisem obszarowym zrekonstruowanych zabytków. Daje to podstawę żeby dzisiaj zacząć rozmawiać na temat rekonstrukcji – kontynuowała wychwalanie osiągnięć ówczesnej Polski pani wiceminister.

Widać nie wiedziała, że nie można chwalić czegoś czego nie było. Nie wiedziało też o nieistnieniu w tym czasie Polski ponad 200 ekspertów goszczących na konferencji. No i spłodzili Rekomendację Warszawską w której na polskim przykładzie pokazano reszcie świata jak należy rekonstruować zniszczone zabytki. W dokumencie „odwołano się do przykładu i doświadczeń związanych z odbudową Warszawy po II wojnie światowej. W uznaniu dla heroizmu i poświęcenia polskiego społeczeństwa, które pełne determinacji odbudowało stolicę, historyczne centrum miasta zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1980 r.”

Było, więc nie płacimy

– Warto przypomnieć, że Polska rozwiązała sprawy odszkodowań z innymi państwami. W 1960 roku podpisaliśmy umowę także z USA, na mocy której zapłaciliśmy odszkodowania za mienie obywateli amerykańskich pozostawione w Polsce. Na mocy tego porozumienia Stany Zjednoczone przejęły wszystkie roszczenia na siebie, jeśli chodzi o obywateli USA z tamtego okresu, co potwierdziły w 2011 roku – to wypowiedź ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza w czasie gdy po raz kolejny środowiska żydowskie zaczęły domagać się restytucji mienia ich przodków.
Minister ani razu nie posłużył się nazwą PRL. Znaczy Polska chyba w czasach Gomułki jednak była. Nie Czaputowicz jeden tak uważa.

„Ostatni właściciel 2/3 działki Chmielna 70 Jan Henryk Holger Martin, jako obywatel Danii, został spłacony przez polski rząd”. To z kolei fragment orzeczenia Komisji Jakiego w jednej ze spraw. I mimo że chodzi o lata PRL, pada tam określenie „polski rząd”.

A jednak do grudnia nie było

Dla zimnowojennego świata nie było PRL – była Polska. To ona zakładała ONZ, negocjowała z innymi państwami dwustronnie i wielostronnie. Miała swoją reprezentację na igrzyskach olimpijskich i wszystkich możliwych zawodach sportowych. Na konferencje naukowe, do pracy na rozrzuconych po całym świecie budowach, jeździli ludzie z Polski, a nie PRL. Na misje pokojowe też.

Polska odbudowywała swoją stolicę. Polska przed 1989 czterokrotnie zasiadała w Radzie bezpieczeństwa ONZ. Z Polski, przyjechał do Watykanu Karol Wojtyła, do Stanów Roman Polański, a do Izraela dziesiątki tysięcy innych osób. W Polsce odbywały się Konkursy Chopinowskie. I to Polska zdobywała dwakroć trzecie miejsce na Mundialach. To w Polsce co jakiś czas wybuchały zadymy godzące w jej władze partyjno-państwowe. I także w Polsce utworzono NSZZ „Solidarność”.

Do Polski przyjeżdżali prezydenci amerykańscy, francuscy i kanclerze RFN. Właśnie. Nie kanclerze Niemiec tylko RFN. Bo było to jedno z nielicznych państw przy których nazwie posługiwano się skrótem albo nazwą Niemcy Zachodnie. Z tego prostego powodu, że państwa niemieckie były dwa. Polska była jedna i przez wszystkie 45 powojennych lat nikt na świecie nie wpadł na to, że jej nie ma. Tak samo jak przez kolejne ponad 25 lat, też nie zdarzyło się, żeby ktoś zakwestionował fakt cywilno-prawno-międzynarodowego bytowania Polski. Mądrzy, rządzący w tym czasie, ludzie wiedzieli czym to pachnie.

W końcu dotarło do rządu, że kwestionowanie ciągłości państwowej z Polską Ludową, ma przykry zapach liczonych w miliardach odszkodowań. Nie wspominając o takim drobiazgu jak ustalane jeszcze w czasach PRL traktaty graniczne. Które, gdyby wymazało się z nich Polską Rzeczpospolitą Ludową, mogłyby stać się kwestią otwartą.

Przynależność do Unii i NATO też wcale taka pewna nie jest. Przecież Błaszczak powiedział w grudniu 2015 roku, że dopiero „tydzień temu w Polsce skończył się komunizm”.

Przerwana dekada

Nigdy nie piliśmy tyle wódki, nie jedliśmy tyle masła, nie słodziliśmy taką ilością cukru i nie wypalaliśmy tylu papierosów, jak w ostatnim roku Gierka. A do tego wszystkie granice były do przekroczenia jedynie na dowód osobisty z odpowiednią pieczątką. Polak potrafił!

Gdy czyta się dziś te gusowskie dane, a wtedy miało się na tyle lat, żeby wiedzieć o co wokół biega, a w dodatku nie mieszkało się na Śląsku, w Warszawie, albo innym mieście wojewódzkim, to ma się dziwne wrażenie, że ktoś poważnie traktuje cyferki, które powstały tylko by potwierdzać tezy ówczesnej władzy.

Byt określa świadomość

Jak bowiem interpretować dane mówiące, że w 1980 roku każdy z nas jadł tyle mięsa co dziś? Na prowincji szynkę oglądano tylko w „Potopie” Hoffmana. Żeby ją kupić, trzeba było nawiedzić duże miasto. Tak naprawdę, sklepy oferowały tam jedynie, co pośledniejsze fragmenty umięśnienia zabitych świń i krów, zaś w ladach z wędliną królowały pasztetowa i kaszanka.

Od sierpnia 1976 roku cukier był na kartki. Przypadało po 2 kg na osobę i kosztował 10,50 zł. Jak komuś było mało, to mógł doopatrzyć się w sklepie komercyjnym, ale już za 26 zł za kilogram.

Z dzisiejszej perspektywy, 2 kilo cukru na łeb, wydaje się ilością nie do przesłodzenia, ale trzeba pamiętać, że wtedy ludność pracująca miast i wsi zajmowała się masowo przerabianiem owoców na przetwory i domowym wypiekiem ciast. A najśmieszniejsze jest to, że gdyby wtedy i teraz podzielić cały cukier, przeznaczony do sprzedaży dla konsumentów indywidualnych i przemysłu, na statystyczną głowę, to wyjdzie, że zużywamy go niemal tyle samo.

W początkach roku 1980 bimber był wspomnieniem. Nie opłacało się go pędzić, bo Polski Monopol Spirytusowy zapewniał ciągłe dostawy gorzały i spirytusu. Naród skwapliwie z tego korzystał, osiągając wynik ok. 15 litrów wódki na przeciętnego Polaka w wieku od 0 do 100 lat. Cena pół litra wynosiła wówczas 120 zł.

Na żarcie 33 lata temu szło 23 procent zarobków. Na alkohol 14 procent. Może ta ostatnia dana wpływa na dziwny sentyment do czasów Gierka? Procenty zaburzają wszak postrzeganie.

Średnie zarobki w tamtych czasach to nieco ponad 5 tys. zł. Czarnorynkowy dolar był do nabycia za 120 zł. Flaszka „Wyborowej” w „Pewexie” kosztowała 95 centów, a Levisy, czy Wranglery 18 dolców, chyba, że trafiło się na promocję po 11. Oczywiście sklepy „Pewexu” też były tylko w dużych miastach. Tyle, że z dojazdem tam nie było żadnych problemów.

Według dzisiejszych ekologów PRL, z jego komunikacją publiczną, jest niedościgłym wzorcem. Autobusy dojeżdżały do każdej pipidówy. Zakłady pracy przywoziły i odwoziły chłoporobotników pod ich zagrody. Ceny biletów w PKS i PKP były bardziej niż przystępne. O komunikacji miejskiej nie wspominając.

Prymat ekologii w transporcie przejawiał się też w cenach rowerów. Za jedną wypłatę można było sobie sprawić trzy bicykle. Na rocznego Poloneza zaś (rocznego, bo na nówkę trzeba było mieć talon) trzeba było odkładać 100 procent zarobków przez 5 lat.

Ekologia ta nie przekładała się jednak na wskaźniki zdrowotne. Według Światowej Organizacji Zdrowia w drugiej połowie lat 70. w Polsce zaczęła rosnąć śmiertelność, osiągając maksimum w 1980. Dotyczyło to zwłaszcza mężczyzn w wieku 45-55 lat. Za główne przyczyny tego stanu uznano zanieczyszczenie środowiska, złe warunki pracy, przeludnione mieszkania, alkoholizm, złą dietę i pogorszenie się opieki medycznej.

Rzecz jasna, takie oceny do przeciętnego Polaka nie miały prawa trafiać. Dbał o to Urząd Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk, czyli cenzura. Działała ona jednak, jak wszystko w tych czasach – tak sobie. Zabraniała wydawać oficjalnie Andrzejewskiego, a puściła „Człowieka z marmuru”. Blokowała informacje o zanieczyszczeniu środowiska, ale nie miała oporów względem wyrywaniu murom zębów krat przez Jacka Kaczmarskiego. Zakazała puszczania w radiu „Rasputina” Boney M, ale przymknęła oko na „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Barei.

Oficjalna propaganda robiła władzy ludowej krzywdę. Wmówiła ludziom, że Polska jest dziesiątą potęgą przemysłową świata, a ludzie w to uwierzyli. I gdy wyjeżdżając na dowód osobisty do Budapesztu widzieli w tamtejszych sklepach Wranglery za forinty, w Czechosłowacji, półki sklepów mięsnych uginające się od wędlin, a w NRD szampon „Grune Apfel” i buty „Salamander”, to najzwyczajniej w świecie się wkurwiali.

Zaczęli jechać po ekscesach młodego Jaroszewicza, wymyślać przeloty Gierkowej do paryskich fryzjerni i przypierdalać się do zaopatrzenia sklepików w Komitetach Wojewódzkich. Tłumaczyli nawet z węgierskiego sformułowanie „edziogierek” co miało znaczyć bieda z nędzą.

Jako dzieci socjalizmu, Polacy przełomu lat 70 – 80-tych mieli wpojony egalitaryzm i nagle dostrzegli, że ci przy korycie mają więcej i mogą więcej.

Nadbudowa przerasta bazę

Politycznie, ostatni rok Gierka zaczął się tuż po odbębnieniu przez Wojtyłę, w czerwcu 1979 roku, wycieczki do Polski. Papieski wojaż dołożył się do, spowodowanego zimą stulecia, ponad miesięcznego przestoju gospodarki. Efektem tych dwu klęsk żywiołowych było to, że pierwszy raz po wojnie, PRL-owski PKB, zanurkował pod kreskę.

Wychwalacze „przerwanej dekady” opowiadają o wielkim skoku cywilizacyjnym, po roku 70-tym. O budowie niemal 600 zakładów, elektrowni, Centralnej Magistrali Kolejowej, „gierkówki”, Portu Północnego i 200-300 tysięcy mieszkań rocznie.

Wszystko fajnie, tyle, że fabryki i licencje kupowano w początku lat 70-tych. Przed wybuchem pierwszego powojennego kryzysu w gospodarce światowej, czyli krachu naftowego. Po nim, popyt na produkcję z nowych fabryk walnął się na tyle, że po roku 1976 przestano myśleć o kolejnych kredytowych inwestycjach. Widać było wyraźnie, że robi się coraz większa kicha.

W roku 1979 Polska miała do spłacenia 23 mld dolarów długu. Z tego 3,7 mld dolarów to były kredyty bieżące, handlowe np. na zakup zboża, surowców, które trzeba było od razu spłacić. Długi długookresowe wynosiły 19, 6 mld. dolarów. Same odsetki od nich to mniej więcej tyle ile 25 proc. ówczesnego, polskiego eksportu. Skala długu przerastała zdolność ich obsługi przez państwo, a gospodarka uzależniona od importu, na który ją nie stać, nie była w stanie produkować w dotychczasowej skali.

Ale z drugiej strony, zadłużenie wynosiło jedynie około 43% polskiego PKB. I to bez konstytucyjnej kotwicy zawieszonej na 60 procentach!

Wyznawcy gierkowego geniuszu mówią, że w roku 1980 Zachód nagle nabrał ochoty na polskie produkty. Pojawiły się szanse, by Polska przyspieszyła eksport. Wykorzystano to tylko częściowo, w pierwszej połowie roku. I znowu Polska rosłaby w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Niestety rozpoczęły się strajki.

A trzeba przyznać, że miał kto strajkować. W 1970 r. w polskim przemyśle pracowało ok. 3 mln 78 tys. ludzi. Po 10 latach, było ich już ok. 5 mln 245 tys. osób.

Z przemysłu utrzymywało się, wraz z rodzinami, ok. 14-16 mln ludzi, czyli ok. 40 proc. obywateli PRL. Zatrudnienie osiągnęło swój szczyt i nigdy już nie przekroczyło tego poziomu.

W dzisiejszych czasach, gdy rządowi brakuje kaski, to podnosi VAT, PIT czy inną akcyzę. Wtedy takich wynalazków fiskalnych nie było. Jedyna możliwość wydrenowania obywatela tkwiła w cięciu zarobków lub podwyższaniu cen. Podwyżka z roku 1976 zakończyła się jej odwołaniem, Radomiem i powstaniem KOR-u.

W początku 1980 roku władza nie miała dużego pola manewru. Próbowano wykorzystać metodę, dekadę później twórczo rozwiniętą przez Wałęsę. Gierek wymienił zderzak o nazwie Jaroszewicz na taki o nazwie Babiuch. Nic to nie dało. A na dodatek organizujący Igrzyska Olimpijskie towarzysze z Kremla domagali się wrzutki polskiego mięsa do moskiewskich sklepów. Prośbom Breżniewa się nie odmawiało. Na Wschód ruszyły transporty z żarciem. Rynek polski sechł. Na 1 lipca ogłoszono podwyżki cen mięsa. No i się zaczęło.

Opium dla mas

Stanął Lublin, Świdnik, Sanok i Tarnów. Postulaty były proste. Wstrzymać wzrost cen, dać podwyżki i przywrócić wkładkę mięsną w posiłku regeneracyjnym.

Władza dymała do strajkujących i podpisywała co chcieli. Z reguły zgadzała się na 40 proc podwyżki wynagrodzeń żądanych przez protestujących. Strajki gasły. Zaczynały się igrzyska. Dosłownie. Znicz olimpijski płonął na Łużnikach od 19 lipca do 3 sierpnia. Polscy sportowcy zdobywając wiele medali i wykonując gest Kozakiewicza, wyrządzili władzy ludowej niedźwiedzią przysługę. Polacy jeszcze bardziej uwierzyli, że są potęgą i zasługują na więcej.

Po igrzyskach ruszyła kolejna fala strajków i dotarła oczywiście do stoczni. Stoczni, które jak twierdzi Antoni Dudek, istniały tylko dlatego, że uskuteczniały „skrajnie deficytowy eksport statków do ZSRR”.

Strajki trwają, a Gierek coraz mniej. Na nic zdaje się kolejna zmiana premiera. Nic nie pomaga władzy wezwanie przez prymasa Wyszyńskiego robotników do rozsądku i zakończenia strajku. Dochodzi do podpisania porozumień sierpniowo wrześniowych, po czym Edward Gierek dostaje ataku serca i kończy karierę polityczną.

Od tego momentu zaczyna się jego legenda. Początkowo czarna, by z latami i publicystyką Janusza Rolickiego bieleć, czy wręcz błyszczeć. Legenda zaś zaczyna przechodzić w bajki.

Pierwsza jest o dobrym Gierku, co to zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Bajka ta pięknie zgrywa się z tezą samego Gierka, który twierdził, że strajki, które go obaliły były robotą złych ludzi z „esbecji”. Skoro lud tak bardzo kochał swego przywódcę, to czemu rok po jego upadku „Solidarność” liczyła 10 milionów członków? Chcieli obalić Kanię i Jaruzelskiego, aby przywrócić towarzysza Edwarda?

Druga, równie głupia legenda, mówi o tym, że Gierek był tak zamordystyczny, że pod jego koniec wszyscy byli antykomunistami. Więc, gdy przyjechał papież, Polacy się policzyli, przestali lękać i wespół w zespół zmienili oblicze ziemi, tej ziemi. Rzecz jasna, to w ramach tego antykomunizmu, nad bramą Stoczni widniał napis „Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się”

Koniec dekady Gierka nie ma jednak nic wspólnego z bajkami. Gierek upadł, bo ludzie widzieli, że budując „Drugą Polskę” staczają się w Trzeci Świat. Upadł, bo zaczęły pojawiać się duże nierówności płacowe. Upadł, bo świetny pi-ar wystarczył tylko na sześć lat.

Ale nade wszystko upadł dlatego, że nie wpadł na pomysł, jak wypchnąć z „zielonej wyspy” kilka milionów ludzi do pracy w Wielkiej Brytanii, Holandii i Norwegii, a tym co zostali wypłacić zasiłki za które zapłacą następne pokolenia.

Ożywić idee sprzed 45 lat

„Sądzimy, że nadszedł już czas, aby rozpatrzyć całokształt zagadnień bezpieczeństwa Europy. Powinniśmy rozważyć możliwość zwołania w tej sprawie konferencji wszystkich państw europejskich, z udziałem oczywiście Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych”                                                                      Adam Rapacki

Ożywienie dyplomatyczne wywołane ideą strefy bezatomowej w Europie, znaną jako Plan Rapackiego (pisałem DT, 1-2 czerwca 2020), skutkowało wieloma różnymi inicjatywami pokojowymi, krajów Europy i obu Ameryk. Podczas wizyty Adama Rapackiego w ZSRR na początku 1958 r. pojawiła się myśl o zwołaniu europejskiej debaty o rozbrojeniu. Zgłoszona oficjalnie przez MSZ ZSRR pod koniec lat 50. zwróciła uwagę opinii światowej. Polski MSZ po wielu konsultacjach, postanowił kontynuować dyplomatyczne sondaże w tym kierunku. Ich efektem stała się cytowana wyżej propozycja, którą szef MSZ Adam Rapacki, zgłosił 14 grudnia 1964 r. na XIX Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ.

Sens konferencji

Uprzejmie proszę Państwa Czytelników o zwrócenie uwagi na cytowane słowa MSZ Adama Rapackiego, a szczególnie:

– wszystkich państw europejskich. Dotychczas, tzn. w latach 50 i 60-tych w dyskusjach dominowało przeświadczenie, iż tylko mocarstwa mają swoisty tytuł i mogą, powinny debatować o szeroko rozumianych kwestiach bezpieczeństwa. Po raz kolejny Adam Rapacki mówi, iż takie swoiste prawo przysługuje każdemu krajowi, bez względu na położenie, wielkość terytorium i polityczne znaczenie. To oczywiście wywołało zainteresowanie i odbiło się szerokim echem wśród europejskich krajów NATO i UW (Układ Warszawski). Wiązał się z tym drugi akcent, tj.

– zaproszenie USA i Kanady do europejskiej debaty. Dlaczego- gdyż wojska obu tych państw stacjonowały w Niemczech Zachodnich. O znaczącej, wręcz decydującej roli USA w tym bezpieczeństwie – Państwo sami doskonale wiecie. USA powoli zaczęły rozumieć, że świat szuka sposobów do obrony przed jądrową apokalipsą. Natomiast ZSRR zyskuje swoimi inicjatywami pokojowymi uznanie na świecie. „Dobra prasa” o ZSRR zaczyna niepokoić USA, co skłania je do zainteresowania taką naszą, podkreślę- polską propozycją. Ważnym wydarzeniem był tzw. kryzys kubański w 1962 r. i ustąpienie ZSRR od montażu wyrzutni rakietowych na Kubie. Oczywiście, stało się to pod skrajnym naciskiem, wręcz groźbą wojny z USA. Fakt cofnięcia się ZSRR został dostrzeżony i po dziś dzień jest dowolnie, skrajnie interpretowany: jako ustąpienie przed siłą USA, lub jako rozsądek ZSRR. Dowolność takiej oceny jest łatwo dostrzegalna w wielu publikacjach. Ale zauważmy – co moim zdaniem fundamentalne- zaczęto w USA myśleć o potrzebie porozumienia ze Wschodem, ZSRR na wielu płaszczyznach, stąd idea „przerzucania mostów”;

– całokształt zagadnień: dotychczasowe propozycje koncentrowały się na redukcji broni – jądrowej i w mniejszym stopniu konwencjonalnej. Proszę zauważyć, że ta propozycja pojawia się w rok po Planie Gomułki (ogłoszony w grudniu 1963, w Płocku). Przez „całokształt” Polska rozumie też sprawę np. nienaruszalności granic i terytorialne status quo, ustanowione podczas Konferencji Poczdamskiej- dla nas granica na Odrze i Ziemie Odzyskane, mniejszości narodowe. Inne kraje podnoszą kwestie wolności i praw człowieka; budowę wzajemnego zaufania i stosunki dyplomatyczne opowiadając się za zasadą – „najpierw zaufanie, potem rozbrojenie”.

Raport Harmela

Niezwykle ciekawym skutkiem inicjatywy Adama Rapackiego jest tzw. Raport Harmela. Właśnie Pierre Harmel, szef MSZ Belgii dostrzegł – słuchając „polskiego głosu”, że małe kraje w kwestiach własnego bezpieczeństwa, rozbrojenia, światowego pokoju, itp. też mają prawo głosu i „wielcy” (potęgi militarne i gospodarcze) powinny ich wysłuchać, brać pod uwagę, a nie pomijać czy nawet lekceważyć, jak dotąd bywało, także w NATO. W 1966 r. zainicjował dyskusję, by przyszłe zadania NATO i procedury ich realizacji, przestudiować pod kątem perspektywicznego widzenia jako czynnika trwałego pokoju. Burzyło to dotychczasowe myślenie i widzenie NATO w kategoriach wojny, w pewnym sensie zakłócanych pomysłami rozbrojeniowymi ze Wschodu. Zdaniem Belga, NATO powinno zacząć myśleć w kategoriach pokoju, a więc nie tylko o obronie przed zagrożeniem, wojną ze Wschodem, a też o odprężeniu (z franc. „detente”) w stosunkach z krajami demokracji ludowej, jak się wtedy nazywały. W tym rozumowaniu utwierdziła Piotra Hamerla wizyta w Warszawie, we wrześniu 1965 r. Przekonał się, iż w kwestii rozbrojenia, pokoju i odprężenia jego poglądy znajdują uznanie, są wręcz tożsame w sensie korzyści dla Zachodu i Wschodu, czym nie omieszkał podzielić się z przedstawicielami NATO. Na rzecz tego pomysłu silny wpływ wywarła decyzja Francji o wycofaniu się ze struktur wojskowych NATO, w marcu 1966 r. Generał Charles de Gaulle uznał, że dalsze trwanie Francji hamuje jej koncepcję polityki „Od Atlantyku po Ural”. Inicjatywę Belgii, pod wpływem kilku mniejszych państw, Kierownictwo NATO przyjęło do wykonania, powołując 4 studyjne grupy robocze do spraw: stosunków Wschód-Zachód; ogólnej obrony; stosunków wewnątrz Sojuszu; rozwoju sytuacji poza obszarem NATO. Skutkiem tego powstał ów „Raport”. Zasadnicze wnioski sprowadzały się do podjęcia współpracy Kierownictwa NATO ze Wschodem w procesie odprężenia oraz uznania suwerennego prawa krajów NATO do własnej polityki bezpieczeństwa oraz współdziałania w rozwijaniu stosunków z ZSRR i krajami Europy Wschodniej.

Niektóre kraje, np. Hiszpania, Wielka Brytania uważały, że taka konferencja może się odbyć bez udziału ZSRR. Myślano o bezpieczeństwie Europy, ale wyłącznie Zachodniej. Także podobne myślenie było w bloku wschodnim, np. Rumunia. Dyplomaci włożyli wiele wysiłku by przekonać i zainteresować, wszystkie kraje odpowiedzialnością za własne i Europy- kontynentu- bezpieczeństwo. Do tego szeroko rozumiane- nie tylko militarne, ale gospodarcze, polityczne, itp

Rola Polski

Z chwilą zgłoszenia wspomnianej inicjatywy, w polskim MSZ powstał zespół ekspercko- dyplomatyczny do przygotowania całokształtu konferencji. Obok przekonania o jej potrzebie, należało zaproponować tematykę i problemy, które należało podjąć i wskazać- przynajmniej kierunki ich rozwiązania. Niejako gordyjskim węzłem była sprawa redukcji broni jądrowej, w czym przewagę miał Zachód (NATO) oraz konwencjonalnej, w czym z kolei przeważał ZSRR i UW. Nie mniej istotną dla nas sprawą była granica na Odrze i stanowisko RFN.

Zespół, pod przewodnictwem prof. Mariana Dobrosielskiego (jedyny żyjący jego członek) -obok konsultacji z krajami Europy, przygotowywał i uzgadniał stosowne dokumenty. Było oczywistym, iż Konferencja, to nie tylko dyskusja, wymiana poglądów, ale i ustalenia, które będą miały istotne, nawet rozstrzygające znaczenie dla bezpieczeństwa Europy. To będzie interesujący przykład dla innych regionów świata, ułatwiający ONZ działania na niwie humanitarnej czy pokojowej. Nie zapominajmy o toczących się lokalnych konfliktach, wojnach np. w Indochinach, głównie w Wietnamie, gdzie USA uczyniły tu poligon doświadczalny z zastosowania napalmu, herbicydów, defoliantów, broni chemicznej. Dziś młode pokolenie tego nie słyszało. Przypomnę taki szczegół. Prof. Longin Pastusiak w tekście „Generał Jaruzelski i USA” (DT, 26-28 czerwca 2020), m.in. pisze, że ambasador USA w Polsce John Gronouski w rozmowie z wiceministrem spraw zagranicznych Marianem Naszkowskim wyraził niepokój z powodu wypowiedzi ówczesnego wiceministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, którzy rzekomo porównał działania amerykańskie w Wietnamie do działań wojsk Hitlera podczas II wojny światowej. To oznaczało oskarżenie USA o ludobójstwo. Marian Naszkowski odpowiedział, że „okrucieństwo wojny prowadzonej przez USA, metody i skutki przypominają nam postępowanie hitlerowców wobec Polski. Trudno, by takie analogie się nie narzucały, kiedy bombarduje się całe dzielnice mieszkaniowe Hanoi i zrzuca się bomby kulkowe. przeznaczone do zabijania ludzi”.

Na drodze do Helsinek

Ważną rolę na drodze do przygotowania Konferencji, spełniły trzy główne wydarzenia:

a) Apel budapeszteński Doradczego Komitetu Politycznego UW, z lipca 1966 r. Poparł on inicjatywę Adama Rapackiego, dot. podjęcia negocjacji i zwołania KBWE. Ponadto, odniósł się do kwestii nienaruszalności granic i terytorium, powojennego status quo w tym względzie – co Polsce mocno „leżało na sercu”, a stąd i do kwestii zjednoczenia Niemiec;

b) „lekcja CSRS”. W sierpniu 1968 r. wojska UW – jednostki ZSRR, Bułgarii, Węgier i Polski weszły do tego kraju. Od ponad 30 lat w Polsce nazywane jest agresją, zbrojną napaścią, bez zastanowienia się nad ówczesnym bezpieczeństwem Polski i wynikającymi stąd wnioskami. Istotę naszego postępowania wyjaśnił dziennikarzom Władysław Gomułka, m.in. mówiąc- Nie chcemy specjalnie mieszać się w ich wewnętrzne sprawy … Dla nas główną rzeczą jest to, aby … nie dopuścić do oderwania Czechosłowacji od obozu socjalistycznego, nie dopuścić do osłabienia Układu Warszawskiego, do zmiany układu sił w Europie, gdyż to wszystko godzi w nasze żywotne interesy. I my musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, … nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych, czy jeszcze nie zlikwidowano NRD. Nie można czekać, aż dojrzeje do tego decyzja. … Trzeba wybić szczególnie mocno niebezpieczeństwo ze strony niemieckiego rewanżyzmu i militaryzmu, które w pierwszym rzędzie zagraża Niemieckiej Republice Demokratycznej i naszemu krajowi. Wynika to z istoty polityki zachodnioniemieckiej, z oficjalnej polityki rządowej RFN…Trzeba podkreślać, że zagrożona była cała nasza południowa flanka, że imperializm chciał w pierwszym etapie osłabić pozycje socjalizmu w Czechosłowacji, aby w następnym etapie oderwać ją od obozu socjalistycznego. Zmiana układu sił stworzyłaby niebezpieczeństwo dla pokoju, a pierwszymi ofiarami mogłyby stać się NRD i Polska”. Od tego czasu mija 52 lata. Proszę Państwa o zastanowienie się, szczególnie nad celowo podkreślonymi zwrotami. Odpowiedzcie na pytanie- czy rozumowanie Władysława Gomułki w ówczesnej sytuacji nie miało podstaw? Jakie- zdaniem Państwa, wynikają stąd wnioski dla Polski, gdyby nie stan wojenny? Czy „lekcja” ta nie posłużyła także trzeźwo myślącym na Zachodzie, którzy potrafili na Europę spojrzeć „oczami Warszawy”, ale i Moskwy? Dowódca 7 Armii Polowej USA w Europie gen. James Hilliard Polk, na podstawie różnych źródeł uznał, że była to operacja wojskowa „najwyższej klasy”, dobrze zorganizowana i skoordynowana, właściwie zamaskowana i szybka. Był to zmasowany pokaz potęgi militarnej ZSRR. Pomyślcie Państwo w kontekście naszym, Polski, zachęcam!

c) „nowa polityka wschodnia” Niemiec, Willy Brandta, skierowana na porozumienie ze Wschodem, głównie Polską i ZSRR (napiszę o tym w grudniu br.) , to też wynik „lekcji CSRS”.

Proces przygotowania KBWE faktycznie rozpoczął się w 1971 r. ( w 7 lat po inicjatywie Adama Rapackiego. W sumie trwał 10 lat!), od wstępnego spotkania w Budapeszcie, gdzie dyskutowano o problemach, które powinna podjąć Konferencja. Węgierscy gospodarze wpadli na pomysł i przynieśli trzy wiklinowe kosze – na propozycje gospodarcze, polityczne i pozostałe. Stąd później mówiono o trzech „koszykach”. Żmudne, drobiazgowe negocjacje i uzgodnienia dyplomatów i ekspertów, prowadzone w Wiedniu (sprawa redukcji sił zbrojnych), Genewie (II faza przygotowań KBWE, negocjacje ekspertów) i Helsinkach (wielostronne rozmowy, spotkania szefów MSZ- I faza) trwały do sierpnia 1975, czyli następne 4 lata. Polska, a szczególnie zespół wybitnych ekspertów i dyplomatów MSZ pod kierownictwem prof. Mariana Dobrosielskiego odegrał kluczową, wiodącą rolę.

Finalne spotkanie

szefów 35 państw i rządów, w tym USA i Kanady w Helsinkach odbyło się w dniach 30 lipca- 1 sierpnia 1975 r. Polskę reprezentował z grupą polityków I Sekretarz KC PZPR, Edward Gierek. Kto wie, że do momentu rozpoczęcia obrad, Akt Końcowy nie miał ostatecznej redakcji? Przeszkodą były trzy zasadnicze kwestie, w których Polska i RFN nie uzyskały wspólnego, jednolicie rozumianego stanowiska. O co poszło? Ze strony Polski, o:

– zachodnią granicę,
– integralność terytorialną, czyli nasze Ziemie Odzyskane;
– odszkodowania za niemieckie mienie.

W tych kwestiach, tzw. łamanie oporu Zachodu tj. głównie USA, Wielkiej Brytanii i RFN trwało kilka lat. Zachód ustąpił, pozostając przy kwestii zjednoczenia Niemiec, ale po Odrę, a nie w granicach z 1937 roku. Zauważcie Państwo to podkreślenie! Polska miała tu jeszcze jeden argument- obawę przed kwestią łączenia rodzin polsko- niemieckich. Była ona podnoszona od kilku lat przez tzw. ziomkostwa w RFN. W tym przypadku obawa o wyjazdy do Niemiec kilku setek, nawet tysięcy młodych Polaków była dość silna i w tamtym czasie miała racjonalne uzasadnienie. Do tego była jeszcze sprawa odszkodowań za pozostawione mienie niemieckie. Sprawa ta „wisiała” bez ostatecznego rozstrzygnięcia do 31 lipca 1975. Wtedy to nocna rozmowa Edwarda Gierka i Kanclerza RFN Helmuta Schmidta miała moc przesądzającą. Niemcy odstąpili od odszkodowań i zastrzegli, że nie będą wspierać procesu łączenia rodzin, pozostawiając dobrowolności zainteresowanym Polakom i Niemcom, jako łamanie powojennej spuścizny.

Polska, ZSRR i pozostałe kraje naszego bloku nie chciały słyszeć o prawach człowieka. „Lekcja CSRS” z 1968 r. była tu nad wyraz wymowna, a dla Zachodu oznaczała „szczelinę”, którą warto poszerzać. Po „nocnej rozmowie”- Polska zgodziła się na zapis o prawach człowieka, zastrzegając, iż nie zgadza się na oficjalne uznanie prawa do istnienia opozycji politycznej i strajków. Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę, jak „rzeczywistość polityczna” zastrzeżenie to szybko zmieniła, mając na uwadze rok 1980.

Wielka Karta Pokoju

Tak w wielu publikacjach nazywany jest oficjalny dokument Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE), Akt Końcowy KBWE. Jest to deklaracja przestrzegania 10 zasad, którymi Państwa-Uczestnicy będą się kierować we wzajemnych stosunkach. Zwracam uwagę, że w rozumieniu prawa traktatowego nie był umową, a tylko „deklaracją”, jako uroczysty wyraz intencji „dobrej woli” o znaczeniu politycznym, wojskowym i moralnym, państw dwóch bloków polityczno- militarnych czyli NATO i UW w podzielonej także ideologicznie Europie.

Akt Końcowy KBWE Składa się z 4 części, tzw. koszyków. Są to:

I sprawy bezpieczeństwa europejskiego

II problemy współpracy gospodarczej, naukowo-technicznej i ochrony środowiska oraz praw człowieka;

III sprawy współpracy humanitarnej w innych dziedzinach;

IV kontynuowanie prac Konferencji.

Pierwszy„koszyk” zawiera 10 zasad obowiązujących we wzajemnych stosunkach państw KBWE. Są to:

– suwerenna równość i poszanowanie praw z niej wynikających,
– powstrzymanie się od groźby lub użycia siły,
– nienaruszalność granic,
– integralność terytorialna,
– pokojowe załatwianie sporów,
– nieingerencja w sprawy wewnętrzne państw,
– poszanowanie praw człowieka i podstawowych wolności,
– równouprawnienie i prawo narodów do samostanowienia,
– współpraca między państwami,
– wykonywanie w dobrej wierze zobowiązań wynikających z prawa międzynarodowego.

Dopełnieniem tych zasad jest Dokument dot. środków budowy zaufania, zawierający:

– powiadamianie o określonych rodzajach działalności wojskowej;
– wymiana informacji o Siłach Zbrojnych”;
– obserwacja określonych rodzajów działalności wojskowej;
– spotkania oceniające stan współpracy.

Drugi „koszyk” obejmował problemy współpracy gospodarczej, naukowo-technicznej i ochrony środowiska naturalnego.

Trzeci „koszyk” obejmował sprawy współpracy humanitarnej w innych dziedzinach, w tym prawa człowieka i obywatela.

Czwartym „koszykiem” nazwano proces kontynuowania prac Konferencji, który polegał na spotkaniach „przeglądowych”. Każde „spotkanie” (było ich kilka) zawierało ocenę stanu realizacji „Aktu końcowego” w aktualnej sytuacji i podejmowano wynikające stąd „deklaracje”.

Ocena sytuacji w Polsce

z uwagi na zagrożenia bezpieczeństwa, była dokonywana dwukrotnie – podczas spotkań w Madrycie i Paryżu.

Spotkanie szefów rządów w Madrycie (11.11.1980- 9.9.1983). Obok oceny ZSRR za interwencję zbrojną w Afganistanie (1979), Polska musiała tłumaczyć się ze stanu wojennego. Atakowani byliśmy za łamanie praw człowieka i porównywani do junt wojskowych z republik bananowych. Solidarność była doceniana za kwestię podniesienia praw człowieka, jako swoistą „jutrzenkę” na Wschodzie. Można się dziwić, że przedstawiane wówczas argumenty nie trafiały do przekonania, niektórym uczestnikom. Choćby takie: stan wojenny był notyfikowany w ONZ, jako suwerenna decyzja Polski czym uniknęliśmy „wojskowej pomocy sąsiadów”- wówczas były czytelne dowody o dyslokacji wojsk z rozpoznania wywiadowczego, w tym satelitarnego. Nie trafiały do przekonania dowody zagrożenia upadłością gospodarki, do czego przyczyniły się strajki i zachodnie restrykcje. Także realna groźba bratobójczej walki, wojny domowej, czego udało się uniknąć była przyjmowana z niedowierzaniem, nawet podważana.

Nasze racje oględnie wsparła Francja i Niemcy oraz Wielka Brytania, podchodząc do nich z dużym zrozumieniem i wyczuciem sytuacji. Kraje te były przeciwne restrykcjom USA i stosowały je z umiarem. Duże znaczenie miało zawieszenie stanu po roku czasu i zniesienie pół roku później. W kwestii praw człowieka i wolności działania opozycji-jako argument ustawa z 8 października 1982 r. o tworzeniu nowych związków zawodowych na prawach dobrowolności. Był to pierwszy w bloku wschodnim tak widoczny przykład dotrzymania słowa przez władze w Polsce, gen. Wojciecha Jaruzelskiego w szczególności, co też z dużym uznaniem akcentowały niektóre osobistości polityczne Zachodu, po spotkaniu wobec Generała.
Spotkanie szefów rządów w Paryżu (19-21.11.1990) Aprobowało ustalenia konferencji wiedeńskiej w sprawie ograniczenia zbrojeń, w tym konwencjonalnych. Przyczyniła się do tego kolejna polska inicjatywa rozbrojeniowa, znana jako Plan Jaruzelskiego, ogłoszony 8 maja 1987 r. Posłużył za argument przy konstruowaniu „Traktatu o siłach konwencjonalnych w Europie”. Pierwszy raz w historii inicjatyw rozbrojeniowych, pojawiły się limity uzbrojenia, w czym „małe państwa” NATO i UW miały swój udział. Proszę zwrócić uwagę na limity przyjęte przez Polskę, np. czołgi-1730 wozów; 1700 BWP (bojowe wozy piechoty); artyleria-1610 dział (kaliber powyżej 100 mm); środki obrony przeciwlotniczej (OPL)- 3175 dział i wyrzutni rakiet; samoloty – 460; śmigłowce- 130; okręty – 80, w tym 40 bojowych.

Wspomniany Plan Jaruzelskiego, był istotnym argumentem za przyjęciem „Deklaracji o zaprzestaniu traktowania się jako przeciwnicy” oraz Paryskiej Karty Nowej Europy, jako „ery demokracji, pokoju i jedności”.

Na zakończenie- każdy z tych „koszyków”, skrótowo zawarte w nim propozycje i kierunkowe wskazania do działania państw i narodów zasługują na szczególne odświeżenie. Nie tylko w pamięci ale i rozważenie z wielu względów ich aktualności także w 2020 r., czyli po 45 latach. Szczególnie w Polsce – mamy do tego nie tylko „historyczny tytuł”, nie kwestionowane dokonania! Mamy też ważkie, narodowe potrzeby i wyzwania. Kto i kiedy je podejmie?

O czasie wolnym w PRL

Gramoląc się z wolna z wstrząsu wyborczego – naród wybrał Andrzeja Dudę na prezydencki stolec w pałacu Namiestnikowskim – zabrałem się do czytania na ONECIE tekstu wywiadu pani redaktor Agaty Szwedowicz z PAP-u z panem Wojciechem Przylipiakiem, autorem świeżo wydanej książki, pod frapującym tytułem: „Czas wolny w PRL”.

Nie żeby mnie w niej coś specjalnie zaskoczyło. Jako człowiek stosownej daty i słusznej w tamtym czasie przynależności, miałem cokolwiek do czynienia z tzw. czasem wolnym, nie tylko jako konsument laby zbiorowej i indywidualnej. Ochoczo włączałem się w organizację czasu wolnego dla ludzi młodych przez Związek Młodzieży Socjalistycznej w rodzinnym Poznaniu, co niniejszym z dumą podkreślam. Wczasowanie a la FWP również nie było mi obce, zatem blaski i cienie tegoż są mi znane poniekąd. Jednak, jakoś ani wtedy, ani całe lata potem, nie spotkałem się gromadnym grymaszeniem na jakąś komunistyczną podpuchę, która skrywała się w bazie i nadbudowie masowego wypoczynku obywateli socjalistycznego do 1989 roku państwa. Tę słusznie uświadomił mi dopiero autor rzeczonego dzieła, oraz pani redaktor z PAP-u.

Weźmy takie funkcjonowanie bazy owego wypoczynku: malkontenci byli zawsze; a to kaszanka marnie dopieczona, pomidorowa niedoprawiona, niedosolony schabowy. Bywały uwagi do jakości łoża, pościeli oraz wspólnej łazienki. Wypoczywający dzisiaj na francuskiej Riwierze, czy Costa del Sol, też niekiedy grymaszą; czepiają się marnej jakości krewetek i ostryg drażniących wysublimowany gust i powonienie Polaka wypoczywającego za granicą. Czasami zdarza się nie odlecieć na czas do domu z powodu plajty biura podróży. Czekający na odlot mogą męczyć się i narzekać, owszem, ale jako obywatele wolnej Polski, co im z pewnością rekompensuje doznany stres i niewygodę. Zdarza się, że niektórzy narzekają za granicą na hotelowe karaluchy. W PRL-u karaluchy bytowały również w miejscach wypoczynku, tyle że te polskie, w PRL, były ..pewnie czerwone.

Tytułem osobistego otarcia się o organizowanie czasu wolnego młodzieży w PRL, czuję się być nieco upoważnionym do skomentowania książki. Przywykłem do tego, że piszących artykuły i wywiady dla Onetu na temat PRL – szerzej niedawnej historii – łączy żarliwe przywiązanie do rytuału dokopywania dawno poległej Ludowej. Ci młodzi na ogół ludzie, realnie nie mogący pamiętać czasów, które dzisiaj gorliwie opluskwiają, wiedzę i poglądy w temacie czerpią ze źródeł niekoniecznie mądrych i dostatecznie wyważonych – tak zostali wychowani. Zresztą, jak mają być mądrymi, skoro np. książkową – szkolną – wiedzę o naszej niedawnej historii zawłaszczyli prawicowi fanatycy. No i „etos”. Nie da się zaprzeczyć, że kanonada czarno-białej, antykomunistycznej obróbki po 1989 roku, do pewnego stopnia w tamtym czasie racjonalna i zasadna, zrobiła swoje – w skutkach jednak posunęła się o przysłowiowy „jeden most za daleko”: odebrała wielu rozum, wciskając mózgi i namiętności w sztancę rytuału stygmatyzowania polskiej „komuny” barwą wyłącznie czarną i posępna, bez pamięci dla jej licznych, oczywistych zasług dla Polski i Polaków, przy kompletnym braku szacunku dla geopolitycznych powikłań i realiów. Z tego samego źródła twórczej łatwizny zdaje się czerpać pani redaktor Szwedowicz. Nie wątpię, że niezachwianie wierzy w słuszność kierunkowych pytań – komentarzy, które podsuwa panu Wojciechowi, autorowi rzeczonej książki. Ten zaś, jak wnioskuję z treści rozmowy, pożeglował w swym dziele, przynajmniej miejscami, w kierunku jedynie słusznym: co by ta władza w PRL robiła, i nie robiła, wszytko było do dupy – no, może nie całkiem – i podporządkowane mitycznym knowaniom „komunistów”. Nawet czas wolny, byt zdawałoby się wypłukany z niemiłej obu rozmówcom ideologii – ideologii jakiejkolwiek – służył „komuchom” do niecnego manipulowania obywatelami. To już nie tylko jakaś intencyjna aberracja, ale również dowód, jak czarno – białe schematy myślenia o Polsce Ludowej przeżarły mózgi mnogiej części osób, nie tyko starszych, także młodych i zdolnych poniekąd. I nie rzecz w tym, aby próbował wybielać powojenną Polskę, gdyż na przyganę w wielu obszarach zasługuje, lecz przypisywanie bytowi społecznemu, jakim był akurat „czas wolny” w realiach tamtego państwa, funkcji zasadniczo politycznej; narzędzia manipulowania obywatelami (może nawet niewolenia) to już grube przegięcie faktyczne i nadużycie intelektualne o cechach usłużnej propagandy, czego poniżej i pokrótce postaram się dowieść, nie licząc przy tym na zrozumienie autora książki i jego rozmówczyni.

Zresztą w państwie „totalitarnym”, co brzmi sugestywnie i dramatycznie, za jakie bezrefleksyjnie uchodzi PRL na całej długości trwania, wszystko było polityką. Czas wolny, przynajmniej ten masowy, również politycznym był. Ale błędem jest formułowanie na tej podstawie wniosków o jakiejś powszechnej marności gromadnego wypoczywania na pracowniczych urlopach. Nie ma sensu podkreślać przewag sposobów i form wypoczywania Polaków w III PR nad tymi, które były dostępne w Polsce ludowej. Są to przewagi oczywiste.

Jasne, że w demokracji każdy może posiadać i głosić poglądy dowolne, niekoniecznie zgodne z sądami innych, nawet, jak potwierdza praktyka, nie w pełni odpowiadające stanom faktycznym zjawisk, których dotyczą. Wolno pisać co się chce, przy czym, jeśli meritum pisania ma tę cechę, że „płynie po linii i na bazie” można liczyć na kasę na wydawnictwo, co, jak nieśmiało mniemam, spotkało autora omawianego „dzieła”. Polityka każdej władzy – tej Ludowej w latach 1945 – 1989, oraz aktualnej tamtej przeciwna i krytyczna – kreuje własne centra ponętnej grawitacji, pochłaniającej co niektóre, zdolne, ludzkie potencjały. Masę grawitacyjną tworzą pasujące władzy sądy, np. te dotyczące historii, także kasa z publicznej kiesy wspierająca twórczość władzy miłą. Jak powszechnie wiadomo, i wtedy i teraz można jakość żyć z kadzenia rządzącym oraz z dopiekania jej wrogom prawdziwym albo urojonym. Boczyć się na to nie zamierzam. Jasne, że partia i rząd w PRL kreowały i realizowały politykę społeczną swego autorstwa, także, i między innymi, w odniesieniu do „czasu wolnego” obywateli. Jednak niepoważnym jest sugerowanie, że z tej polityki płynęły jakieś masowe, czy grupowe nieszczęścia i niedogodności dla beneficjentów ośrodków wypoczynkowych FWP; że uczestnicy wczasów wagonowych na Helu, czy też licznych firmowych wypasów relaksacyjnych w zakładowych ośrodkach wypoczynkowych w górach i nad morzem byli, przez sam fakt pobytu w tychże, poddawani nieuświadomionej im indoktrynacji, która, kto wie, ich wypoczywanie czyniła męczącym. Czytając rzeczony wywiad można dojść do wniosku, że „komuniści” przymuszali naród do wypoczynku a la FWP; ten zaś narodowi nie pasował – ideologicznie. Cechą tamtego czasu była oczywista masowość wczasowania pod organizacyjną postacią jak wyżej, ta zaś wynikała m. innymi z braku szerszej, realnej dla niej alternatywy, przynajmniej początkowo, co wcale nie znaczyło, że za wypoczynkiem gromadnym podążały złorzeczenia i pomstowanie ludu na organizatorów wczasowania, oraz na władzę Ludową. Korzystały z niej na ogół osoby nieco starsze: rodzice z dziećmi i dziadkowie z wnukami, bo te oferowały szereg ułatwień. Wielu, zwłaszcza młodych, wypoczywało na własną rękę, taszcząc namiot i plecak, udając się w wędrówkę po Polsce autostopem, czy też podążając do celu rowerami, pociągiem lub autobusami PKS. Powoli nabierał na znaczeniu wynajem prywatnych kwater. Począwszy od lat sześćdziesiątych Polacy zaczęli wypoczywać za granicą – w demoludach, dokąd wyjeżdżali uzbrojeni we wkładkę paszportową oraz socjalistyczne dewizy. Wypoczynek zagraniczny trudno było nazwać masowym, ale istniał i powoli się rozwijał. Z wielu powodów, nie tylko politycznych, wypoczywanie na Zachodzie należało do śladowych. Pytam, cóż w tym złego i politycznie pokrętnego, że „władza ludowa zrobiła sobie z czasu wolnego dla ludu pracy sztandar i potraktowała rzecz priorytetowo”. Czyż władza demokratyczna żadnymi sztandarami nie wymachuje pod nosem narodu ? Trzeba mieć marne intencje, aby potraktować rzecz tak głęboko zaczepnie i uszczypliwie. Wygląda na to, że rozmówcy kompletnie pogubili się i nie rozumieją, czym była instytucja masowego wypoczynku we sponiewieranej wtedy niedawną wojną Polsce, również lata potem, dla ludzi, którzy w większości mieli żywo w pamięci przedwojenną mizerię i brak realnych perspektyw na życiowy rozwój. I godny wypoczynek. I nie jest to żadna komunistyczna propaganda. Autor książki wprawdzie zauważa, że w II RP wypoczynek – w Gdyni i Sopocie, w Zakopanem i Druskiennikach, szerzej gdziekolwiek, – przynależał do elit, ale wyciąga z tego, jak się zdaje, wnioski opaczne. Daje temu wyraz w dalszym komentowaniu swojej książki, na który w sposób jedynie słuszny naprowadza go pani redaktor z PAP-u, więc z „firmy” realnie i ideowo podporządkowanej władzy PiS. Jasne, że wbrew propagandowym komunikatom władzy, wczasy w PRL nie były „dla wszystkich”, lecz z pewnością były realną i ożywczą nowością dla ogromnej rzeszy ludzi, którzy przed wojną, epoką dziś modnie pudrowaną, mogli sobie o czymś takim najwyżej pomarzyć. I to jest ważniejsze od dywagacji: „masowe” czy „nie masowe”. Uczciwość wymagałaby to zauważyć. Komunikat propagandowy władzy ludowej autor odczytuje dosłownie, a za brak jego spełnienia gani „komunistów”, mając za nic ów, co by nie powiedzieć, masowy rzeczywiście charakter wypoczynku organizowanego przez państwo i jego agendy. Nie trzeba nikogo przekonywać, że miał wady, w ogromnej mierze materialne, także organizacyjne. Bywało, że i śmieszności: instytucja mitycznego dziś kaowca, wcale nie powszechna na wczasach FWP jakby wynikało z sugestii sączonej z rozmowy, tu i ówdzie istniała, bywała niekiedy poręczna także przy zabawianiu dzieciaków. Odwołanie się do filmu Barei zdaje się tu być czytelne, tyle że nietrafne, gdyż stanowiło w filmie o statku na Wiśle szerszą, inteligentną metaforę. Autor książki utrwala legendę wszechobecnego i wszechmocnego kaowca – partyjnego natręta; rozdyma ją do gabarytów kajzerowskiego Zeppelina. Twierdzenie autora, że: „poprzez kaowca państwo kontrolowało czas wolny uczestników wczasów” zakrawa na obrazę zdrowego rozsądku, a nawet inteligencji; należy pewnie dalej czytać, że .. obserwował i donosił. To już jakaś paranoja. Równie przegięty jest np. obraz obozu (obozów), akurat dla młodych małżeństw, organizowanego przez ZSMP, nadanie temuż powszechności posępnej poprzez optykę mało znanego filmu Łozińskiego nakręconego w 1977 roku, na który pan Przylipiak powołuje się w rozmowie z panią redaktor z PAP-u. Filmu nie widziałem. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy pokazywał przypadek realny, czy też jego scenariusz został artystycznie wydumany przez reżysera. Jakkolwiek było, dzieło to musiało być dla autora książki „wybitne”, i miarodajne; zatem reprezentatywne dla całości postponowanego zjawiska. Wedle mej wiedzy w temacie – ta jest nie najgorsza – sugerowanie, że na obozach ZSMP nauczano, czy też przymuszano wręcz, do donosicielstwa – szerzej, do zachowań po ludzku niegodnych, jest kompletnie oderwane od realności. Przynajmniej tej powszechnej. Choć autor nic takiego nie pisze, młody, podlewarowany ideowo przez propagandę PiS czytelnik, może sobie wydumać, iż te były – kto wie – podobnymi w tzw. treściach wychowawczych do .. obozów Hitlerjugend, a nawet, nie daj Boże, do ruskiego Komsomołu. Jakże miałoby być inaczej, skoro, nauczano na nich, rzekomo, kapowania na siebie oraz innych rzeczy po ludzku paskudnych. Trudno uwierzyć, że autor książki nie wie, iż przede wszystkim na nich całkiem przyjemnie wypoczywano i bawiono się, nawet kwitły miłości finalizowane potem ślubami – kościelnymi. Autorowi nie przyjdzie do głowy, że „ideowość” realna owym obozom przypisana do upierdliwych nie należała. Osobiście nie znam nikogo, kto by je wspominał wedle poetyki pana Przylipiaka i pani Szwedowicz. Być może obaj rozmówcy znają kogoś takiego.

Tak przy okazji i na marginesie: działaczom ZSMP dopiekł słusznie sam mistrz polskiego kina, Kieślowski. W sugestywnym wątku obrazu „Przypadek” ukazał członków tej organizacji jako wypłukane z kompasu i kręgosłupa moralnego indywidua, przykładające czerwoną łapę do niszczenia zakładowych opozycjonistów. I znowu, nie da się stwierdzić, czy nasz wybitny twórca pokazał kawałek znanej mu realności, czy tez wyłącznie ją modnie sobie umyślił i hamletyzował, co należało za tamtego czasu do twórczej, dobrze widzianej maniery. O ile mi wiadomo, ZSMP nie angażował się w polityczne zatargi i rozrachunki lat osiemdziesiątych, gdyż w klimacie tamtego czasu wytracał swój ideowy i organizacyjny potencjał. Do realnej walki z opozycją Związek się nie garnął. Lecz, kto ośmieli się poddawać w wątpliwość prawdomówność Kieślowskiego, który, jak powszechnie wiadomo .. .wielkim reżyserem był.

W kolejnej części wywiadu jego uczestnicy ganią „komunistów” za to, że: „..wiele imprez kulturalnych organizowano właśnie w niedziele, żeby wybić obywateli z rytmu kościelno – rodzinnego” – po to by obywatele nie uczęszczali na msze. To już jakaś żenada. Brakuje uwagi, że komuna przymuszała młodzież do uczestniczenia w owych imprezach. Te, owszem bywały, i to w niedziele, bo kiedy miały być. Co najwyżej nęcono nimi. Kto chciał walił do kościoła, kto chciał na „antykościelną” imprezę, wielu miało w nosie jedno i drugie. Jakkolwiek sytuacja w tej materii była dynamiczna, po 1956 roku zatraciła polityczną wyrazistość, nigdy nikogo nie ciągnięto za łeb i uszy gdziekolwiek i na cokolwiek, więc niech autor nie hamletyzuje i nie kreuje na siłę problemu, który był realnym marginesem. Nie mógł podobać się Kościołowi, lecz przy tym nie skutkował dolegliwością ludowi powszechną.

Co się tyczy „martyrologii” dzieci w Polsce Ludowej, autor widzi wprawdzie plusy socjalistycznego wychowywania najmłodszych, ale zaraz poprawnie dodaje: „z drugiej strony wiele dzieci puszczonych samopas, nudziło się, przemierzając podwórka w poszukiwaniu jakiejkolwiek rozrywki.” To rzeczywiście bardzo odkrywcze. Zapytuję, czy w zachodnich demokracjach tamtego czasu dzieci miały inaczej niż w Komunie. Śmiem twierdzić, że lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte stanowią dla pierwszego pokolenia Polski Ludowej, do którego mam honor należeć, najlepszy czas w ich życiu. Potencjał poczucia podwórkowej wolności i bezpieczeństwa nie różnił się niczym od współczesnego. Jak zawsze i wszędzie bywały wyjątki, jednako czynienie z nich reprezentatywnych dla zjawiska uogólnień nie zasługuje na miano racjonalnych. Opinię o podwórkowej i szkolnej wolności tamtego czasu podpowiada mi osobiste doświadczenie, wiedza oraz intuicja; zawsze znajdą się niepodzielający mej opinii. Było z pewnością biednie – chleb z cukrem lub margaryną, owinięty w Trybunę Ludu lub inne organa Partii, mamy zrzucały nam z okien. Kawałkami gazet podcierały nam tyłki, bo papier toaletowy do dopiero przyszłość. Było może szaro zewnętrzne – połatane portki i pończochy – ale dzieciństwo mieliśmy wewnętrznie kolorowe i przede wszystkim zdrowe i bezpieczne na ogół. Czy naprawdę trzeba wyjaśniać, dlaczego. W odróżnieniu od wielu dzieciaków Polski przedwojennej nie chodziliśmy głodni, co w tamtym czasie miało jakieś znaczenie zwłaszcza dla naszych rodziców. Nie odczuwaliśmy też jakiegoś dramatyzowanego dziś łaknienia pomarańczy i bananów. Te jakkolwiek „rzucano” od święta, co marnie świadczyło o socjalistycznej gospodarce, nie przechodziło w nas w traumę, co zdają się niektórzy sugerować. Uważamy – zarozumiale i pewnie nie do końca słusznie – że to nasze dzieciństwo podwórkowe i szkolne było lepsze od dzieciństwa i młodości naszych dzieci i w wnuków w tzw. wolnej Polsce. Ponieważ z poglądem tym można się zgodzić lub nie, warto przyjąć tezę neutralną, głoszącą, iż po prostu było „inne”. Autor bierze sobie do wrażliwego serca „dziecięce” filmy tamtego czasu. Wysupłując z nich co niektóre kawałki, poddaje je potem reinterpretacji własnej pod jedynie słusznym kątem. Odpuszczę sobie komentowania detali, gdyż autor, mając ku temu prawo, przesadza mym zdaniem. Wersja „komunizmu” po polsku, realizowana w odniesieniu do najmłodszych, więc, w odróżnieniu od dorosłych politycznie nieświadomych, nie szkodziła tymże na żaden sposób. Z czasów dziecięcego bytowania w „reżimie” zapamiętałem pozapolityczną dolegliwość, jaką stanowił obowiązek picia tranu. Był rzeczywiści paskudny w smaku, co daje mi prawo czuć się ofiarą. Śmiem twierdzić, że system, pomimo oczywistych wad i braków, dobrze dbał o najmłodszych, czyniąc to, rzecz jasna, na miarę ówczesnych możliwości. Nie trzeba przekonywać, że głęboko innych, zwłaszcza uboższych od dzisiejszych. Kolejne dziesięciolecia polskiej „komuny”, pomimo politycznych poślizgów i zakrętów, nie da się zadekretować jako nieszczęścia powszechne, kaleczące pamięć oraz duszę prawdziwego Polaka. Nawet sztucznie i na siłę mitologizowany przez nieustannie walczących z komunizmem (postkomunizmem) stan wojenny, znajdował po pewnym czasie całkiem spore zrozumienie wśród Polaków, co również zakłócało dobre samopoczucie tzw. etosu.

Nie mam zamiaru czepiać się uwag pana Wojciecha Przylipiaka na temat wspominania „tamtego czasu” przez osoby starsze, o czym powiada w wywiadzie. Dobrze pamiętam sondaże czynione na ten temat w latach dziewięćdziesiątych, także potem. Wynikało z nich, że większość Polaków dobrze wspomina PRL, co jakoś nie pasowało do etosu. Nie da się zaprzeczyć, że niektóre osoby wychowujące się na początku lat osiemdziesiątych np. w Słupsku, gdzie była szkoła milicyjna, nie czuły się szczególnie szczęśliwie, gdyż zapamiętały „ .. dziesiątki samochodów z milicjantami kierującymi się w stronę Gdańska, by ..tłumić strajki”. Mają prawo uważać, że był to „ „ .. straszny czas”. Jakkolwiek takie uczucia nie należały do powszechnych, nie mam zamiaru ich szargać. W emocjonalnie rozchwianych latach osiemdziesiątych każdy doznawał doświadczeń własnych, wedle których współcześnie odmierza i wartościuje swoją historię. Trudno uwierzyć, że poniekąd naturalny sentyment do dzieciństwa, szerzej do młodości, mógł zostać skutecznie przytłumiony złymi doświadczeniami z lat władzy Jaruzelskiego – łącznie ze stanem wojennym, który od lat podlega dyktowanym polityką teatralnemu dramatyzowaniu. Wypada tu zapytać nieco trywialnie, ile było takich osób, którym komuna tak dopiekła, że skasowała przyjemną stronę wspominania młodości ?! Jasne, ani autor, ani ja tego nie wiemy. Jednako sugerowanie istnienia powszechności, czy też jakiejkolwiek szerszej traumy po PRL, należy mym zdaniem do wydumanych, więc bytujących poza Realem. Warto dodać, że wielu niegdysiejszych potępiaczy i pogromców „komuny” czuje się dziś rozczarowanymi owocami swej walki – wszak, nie o take Polske walczyli.

Na sam koniec czuję się w obowiązku zwrócić autorowi uwagę, że każdy czas, nawet ten w demokracji, jest przesycony walką o marzenia. Bardzo rozmaite. Czy ci, którzy próbowali wtedy „funkcjonować po swojemu” byli za tą przyczyną „antysystemowi”, zaś swoją rozmaitą aktywność osobistą kreowali z intencją oraz w oparach sprzeciwiania się komunie ? Kto w PRL przeszkadzał pionierom autostopu; autostopowiczom w ogóle; czy rzeczywiście „komuniści” walili kłody pod płetwy pionierom fotografii podwodnej; a może za pierwszymi próbami caravaningu po polsku skrywała się demonstracja, chęć pokazanie wała władzy ludowej wraz z jego „masowością” wypoczywania. Czy naprawdę, jak pisze autor, zaledwie „kilka osób ( które wymienia) „szło własnym torem, próbowało żyć poza systemem” I tu nie za bardzo wiadomo, jaki „system” miał piszący na myśli: skoro wypoczynek masowy był nieodrodnym dzieckiem ówczesnej władzy, mam powody mniemać, że chodzi o politykę. Bez przesady panie autorze dzieła „Czas wolny w PRL”. Powołuje się pan na osoby i przypadki realne. Te byłyby „antysystemowe,” gdyby ich uczestnicy czynili je w intencji politycznej. Fotografia podwodna i caravaning należały w tamtym czasie do raczkującej nowości. Na ich powszechność trzeba było jeszcze długo czekać. Szliby „pod prąd” czegoś tam, gdyby władza ludowa czyniła np. wstręty we wdrażaniu ich fajnych pomysłów. Może jestem niedouczony, ale o takich mi nie wiadomo. Sam, jeżdżąc po Polsce z namiotem, także korzystając z innych „:wolnych” możliwości konsumowania szkolnych wakacji, potem urlopów, również zakładowych, dostępowałem poczucia nieskrępowanej wolności i wewnętrznej autonomii. Twierdzę, nie tylko ja, że uczucia te należały do powszechnych. Władza ludowa nikomu nie przeszkadzała w wypoczynku, jakimkolwiek i gdziekolwiek. Nie brzydziła życia pionierom, przecierającym nowe możliwości uprawiania czasu wolnego. Nawet pionierzy nudyzmu po polsku, po pierwszych nieprzyjemnościach serwowanych przez zaskoczoną golizną obywateli władzę – patrz np. martyrologia Janusza Głowackiego przed kolegium orzekającym – prześladowanymi przez „komunę” nie byli. Czy autor naprawdę wierzy, że .. ci „pionierzy szli pod prąd (sic!) zaś masa – efwupowska zapewne – poddawała się oficjalnemu biegowi” ? Cechą propagandy detonowanej po 1989 roku, obecnie karykaturalnie wzmożonej przez prawicowy fanatyzm, jest nie tylko rytualna, czarno – biała obróbka Polski Ludowej. Osobliwością jest jej irracjonalność, za którą od niemal czterdziestu lat podąża szczucie na siebie Polaków wedle wątpliwych moralnie, dawno zwietrzałych, jedynie słusznych kryteriów. Czyż pan Wojciech Przylipiak, pisząc o tych, co „szli pod prąd” oraz o tych, co „poddawali się oficjalnemu biegowi” nie przykłada ręki do podziału – domyślnego przynajmniej – na Polaków lepszych i gorszych. Grzechem jest nie samo twierdzenie jak wyżej, do czego autor ma twórcze prawo, lecz kryjąca się za nim domyślność, wedle której jedni byli szacunku godni, ci drudzy już niezupełni skoro płynęli z niesłusznym prądem. Dzisiejsi propagandziści odmawiają prawa do czerpania życiowej satysfakcji wielu osobom, tylko dlatego, że te w jakiś sposób były, czy też czuły się związane z Polską Ludową, względnie, nie tylko uznawały tamtą państwowość za normalną i znośną, lecz przede wszystkim za politycznie uprawnioną na gruncie ówczesnej geopolityki oraz prawa międzynarodowego. Brak rozsądku jest nieustannie w Polsce nagradzany. Bezrefleksyjne hamletyzowanie tamtego stanu rzeczy politycznej i społecznej urosło w Polsce do rangi patriotycznego obowiązku. Przepoczwarzyło się w dobrze widzianą manierę intelektualną i towarzyską, Także, niestety, dziennikarską. Rzeczona książka to jeden z mnogich, wedle mej oceny, twórczych odprysków „filozofii” podziałów, i utrwalania politycznych stygmatów po polsku. Jak widać, nawet „czas wolny” da się podłączyć do propagandowego megafonu, głoszącego narodowi rzekomą marność Polski Ludowej.

I wreszcie Puenta: swych przemyśleń nie pisałem w gniewie, bliższe mi było zatroskanie o duchowe zdrowie i polityczną oraz historyczną trzeźwość Polaków. Nie miałem specjalnych powodów, aby akurat czepiać się książki autorstwa pana Przylipiaka. Tę potraktowałem jako pretekst – przypadek jeden z wielu. Chcę wyraźnie zaznaczyć, ze sądy własne na jej temat wywiodłem wyłącznie z ducha i litery wywiadu, z którym zapoznałem się na ONECIE. Książki nie czytałem, co nie znaczy, że okazuję lekceważenie jej autorowi, wszak odnajduję w niej (w wywiadzie) również konstatacje trafione i obiektywne; dowodzące znajomości omawianej materii oraz badawczej dociekliwości autora. Nie przeczę, że książka może być na swój sposób ciekawa. My „komuniści” zostaliśmy dobrze wychowani w „reżimie”; przez rodziny oraz szkołę – przez Kościół już niekoniecznie. Jeśli nam w czyjejś pisarskiej twórczości coś nie pasuje i uważamy ją za oderwaną od rzeczywistości, dobrze życzymy autorom. Na boczymy się również na kasę, którą przy tym uda się im zgarnąć. Miotamy się w żalu własnym, że ich pisanie trafia do księgarń, a takie jak akurat moje, niniejsze, także mu podobne, podąża w państwie PiS – poza łamami Trybuny, której cześć i chwała – na wydawniczy Berdyczów. I tutaj bliski mi przykład: środowisko, z którym czuję się przyjacielsko związany, nie miało najmniejszych szans na uzyskanie wsparcia ze środków publicznych na wydanie cyklu książek wspomnieniowych o Związku Młodzieży Socjalistycznej w Wielkopolsce. Uczyniliśmy to sumptem własnym, pozostając w nadziei na nadejście w ojczyźnie czasu rozumu i opamiętania się. Ale, czy i kiedy nadejdzie. Na koniec i przy okazji pytam: czy głosujący w niedawnych wyborach prezydenckich na Andrzeja Dudę. nie poddali się przypadkiem oficjalnemu biegowi, miast iść pod prąd ? Oto jest pytanie.